13.05.2026

Drzewo Mocy i słoik z duszą, czyli Olsztyn Street Art Garden vol.9



Wspólne malowanie w przestrzeni publicznej jest dla mnie wielką przygodą. Spotkanie z ludźmi i rozmowy niczym przy darciu pierza. I oto pojawia się kolejna okazja w ramach Olsztyn Street Art Garden. To już dziewiąta edycja streetartowego malowania. Tym razem powstanie instalacja zatytułowana "Drzewo Mocy". Jednocześnie będzie to swoiste drzewo pamięci. Cos niepotrzebnego, wyrzuconego nabierze nowej wartości. Stare słoiki dzięki sztuce ulicznej nabiorą nowego znaczenia. W uproszczeniu można byłoby napisać, że słoiki dostana nową duszę.  

Słuchajcie, sprawa jest prosta, słoik po ogórkach, dżemie, pomidorach suszonych czy musztardzie mają w swoim życiu dwa wyjścia. Albo skończą marnie, pływając w Łynie obok starego kalosza, albo przejdzie spektakularną metamorfozę i zostaną gwiazdami Olsztyn Street Art Garden vol. 9. Wybór wydaje się oczywisty, prawda?

Już 23 maja (w godzinach 12:00–16:00) zapraszam Was na streetartową akcję, której nie powstydziliby się najaktywniejsi uliczni artyści i najbardziej oszczędne gospodynie domowe. Lub pozytywnie zakęreni rozwojem zrównoważonym ludzie. Przed nami do wykreowania Drzewo Mocy – instalacja, która udowadnia, że między „recyklingiem” a „sztuką” jest tylko cienka warstwa farby akrylowej. I kawałek sznurka.

O co w tym wszystkim chodzi? Zamiast ciskać butelką lub słoikiem w krzaki, pod płot lub narzekać na butelkomaty, przynieś ją do nas, na Olsztyn Street Art Garden, Stowarzyszenie Arka, Olsztyn. Ul. Niepodległóści 85, na skraj Parku Centralnego. Scenariusz 23 maja (sobota) wygląda tak:
  • Dajesz jej nowe życie: chwytasz za pędzel i zmieniasz nudne szkło w barwne arcydzieło.
  • Zaklinasz czas: do środka wrzucasz kartkę z życzeniem, ważną historię albo drobny przedmiot, który ma przetrwać dla potomnych.
  • Wieszasz na specjalnie przygotowanym Drzewie Mocy: Twoje dzieło ląduje na specjalnej konstrukcji, tworząc wspólną, miejską instalację – Drzewo Pamięci i Życzeń. A obok będzie się działo wiele innych aktywności w ramach Olsztyn Street Art Garden
Twój ekwipunek artysty jest prosty jak proste jest życie człowieka skromnego i minimalistycznie nastawionego do konsumpcji. Własne szkło czyli słoik (z nakrętką!) lub butelka – koniecznie z odzysku. Farby i pędzle będą na miejscu. Przemyśl i przygotuj przesłanie czyli coś, co chcesz wysłać w przyszłość, do innych ludzi. Może być to list, może być kapsel znaleziony na trawniku lub chodniku, qr kod z linkiem do filmiku lub wpisu w mediach społecznościowych, kawałek szkiełka lub okruch naczynia ceramicznego. Albo nasionko lub ptasie piórko. Nie oceniam, to Twoja historia. I w końcu głowa pełna pomysłów. Bo piękno i sztuka to nasza najlepsze remedium przeciwko zaśmiecaniu krajobrazu. A sztuka uliczna jest sposobem wypowiadanie się i opowiadania o świecie. naszym, współczesnym świecie.

Zamiast narzekać, że miasto szpecą śmieci lub gryzmoły na murach i fasadach budynków, przyjdź i stwórz coś, co zamiast razić nasze poczucie estetyki, będzie chwytać za serce i prowokować mózg do przemyśleń i refleksji. Widzimy się przy pędzlach? w sobotę 23 maja? Niech moc (i akryl) będzie z nami!

Rok temu, przy okazji podobnego pikniku, powstały takie opowieści przy malowaniu https://wakelet.com/wake/sYNmLD3a683mvo9xQGZPA

Jeszcze raz w skrócie: Piknik Olsztyn Street Art Garden vol.9, 23 maja, godz. 12.00-16.00, Olsztyn. ul. Niepodległości 85. Malujemy na słoikach lub na butelkach (wszystkie z recyklingu). Malujemy farbami akrylowymi i wieszamy na specjalnym drzewie (Drzewo Mocy, Drzewo Pamięci). Do słoików wkładamy kartki z życzeniami lub drobne przedmioty, które chcemy przesłać do przyszłości. Tak powstanie drzewo Pamięci. Przesłanie jest takie, by te puste słoiki czy butelki były wykorzystane do streetartu a nie wyrzucane do rzeki czy parku. Piękno i sztuka przeciw zaśmieceniu i szpeceniu krajobrazu. Przyjdź ze swoim słoikiem (nie zapomnij o nakrętce). Przynieść też swoje przesłanie, zapisane na kartce lub swoje życzenie. Może to być także drobny przedmiot. Opowiedz swoją historię. Opowiedz o tym, co dla Ciebie ważne za pomocą obrazu własnoręcznie namalowanego, dołączonej opowieści itp.  

10.05.2026

Zasychamy


Susza i pożary nie są zaskoczeniem. Wynikają z globalnych, antropogenicznych zmian klimatu. Proces zachodzi od kilkudziesięciu lat a skutki były przewidywalne i informowali o nich naukowcy. Prognozy były publikowane nie po to, aby straszyć lecz by podejmować rozsądne działania. Po pierwsze by zatrzymać emisje gazów cieplarnianych a jeśli nie da się zatrzymać to przynajmniej zmniejszyć i spowolnić ocieplane klimatu. Po drugie, wiedząc jakie będą skutki, można podejmować działania łagodzące negatywne konsekwencje. To także wymaga wysiłku. Naukowcy jasno i wyraźnie wskazywali, że albo będziemy ponosić duże i w części rozproszone skutki globalnego ocieplenia (w tym problemy z suszami i pożarami), albo będziemy inwestować w dostosowanie do zmian klimatu i przeciwdziałać. Notorycznie przez populistów naukowcy nazywani byli oszołomami lub ekoterrorystami a analizy i prognozy były ignorowane. Wypierane ze świadomości stało sie powszechną praktyką. Zgodnie z zasadą, że jak się stłucze termometr to i choroby nie będzie, bo nie będzie widać. Zakryć oczy by nie widzieć problemu.

Zmiany w środowisku zachodzą za szybko, siedliska i biocenozy nie zdąża się do tego przystosować. Stąd ponosimy duże straty nie tylko w leśnictwie, ale i rolnictwie. To są bardzo wymierne straty, mimo że są rozproszone. Straty gospodarcze można wskazać dość precyzyjnie.

Ostatnia zima wydawała się śnieżną. Śnieg relatywnie długo zalegał (jak na warunki ostatniego dziesięciolecia), ale wbrew pozorom nie było go dużo. Wiosenne roztopy nie przyniosły zbyt dużej poprawy. Zmiana warunków środowiskowych to przesunięcie sukcesji ekologicznej. Niektóre gatunki na tym skorzystają a inne  stracą. Na trwale zmieniają się biocenozy. I są to także skutki odczuwalne gospodarczo, i na polach i w lasach także.

Zbyt mało opadów w stosunku do potrzeb. Dlatego jest bardzo sucho i płoną lasy, będą także straty w rolnictwie. Czy polityka zielonego ładu ma sens i czy jest kosztowna? Pytanie "Czy jesteś za realizacją unijnej polityki klimatycznej, która doprowadziła do wzrostu kosztów życia obywateli, cen energii i prowadzenia działalności gospodarczej i rolniczej?" jest fałszywe i bałamutne. Jest zasłanianiem sobie oczu szalikiem i mówienie "nic nie widać". By siebie i innych samooszukiwać.

W debacie publicznej pojawiło się ostatnio pytanie: „Czy unijna polityka klimatyczna ma sens, skoro jest tak kosztowna?”. Krytycy pytają retorycznie, czy obywatele chcą płacić za unijne ambicje klimatyczne, które podnoszą ceny energii i koszty prowadzenia biznesu. Aby zrozumieć błąd w tym myśleniu, warto posłużyć się prostą analogią stomatologiczną. Codzienne mycie zębów kosztuje. Pasta, szczoteczki, nici dentystyczne to stały wydatek i, co gorsza, codzienny wysiłek rano i wieczorem. Można by uznać to za „niepotrzebny koszt” i „narzucony rygor”. Jednak każdy, kto choć raz musiał skorzystać z zaawansowanego leczenia kanałowego lub wstawiania implantów, ten wie, że profilaktyka jest najtańszą możliwą inwestycją. Ba, nawet zwykła wizyta w gabinecie stomatologicznym jest już sporym wydatkiem. Tylko, że zęby myjemy codziennie, a do dentysty chodzimy co jakiś czas. Może raz na kilka lat. Stąd łatwiej mówić i pisać bałamutnie o kosztownych i niepotrzebnych wydatkach każdego dnia. A przecież profilaktyka zawsze jest tańsza niż leczenie czy naprawianie szkód zaniedbania.

Unijna polityka klimatyczna jest właśnie taką „pastą do zębów”. Inwestycje w transformację energetyczną, retencję wody i mitygację do zmian klimatu wydają się dziś obciążeniem. Jednak koszty zaniechania, w tym straty w rolnictwie, liczone w miliardach, zniszczone przez pożary lasy, zapaść sektora energetycznego z powodu braku wody do chłodzenia elektrowni oraz wzrost cen żywności – są wielokrotnie wyższe. To one w ostatecznym rozrachunku uderzą w portfele obywateli znacznie mocniej niż jakakolwiek unijna dyrektywa mobilizująca nas do przeciwdziałania skutkom ocieplania klimatu

Patrząc na płonące polskie lasy, musimy zrozumieć, że nie walczymy tylko z ogniem, ale z konsekwencjami własnej bierności. Pytanie nie brzmi: „Czy stać nas na politykę klimatyczną?”, ale „Czy stać nas na jej brak?”. Obecna sytuacja pokazuje, że czas debaty nad tym, „czy klimat się zmienia”, bezpowrotnie minął. Teraz stoimy przed brutalnym wyborem. Albo zapłacimy za nowoczesną, odporną na zmiany gospodarkę, albo będziemy co roku patrzeć, jak nasze pieniądze, bezpieczeństwo i krajobraz idą z dymem lub wysychają na popiół. Wybór wydaje się oczywisty, o ile tylko przestaniemy wierzyć, że od stłuczenia termometru gorączka minie sama.

Rozproszone koszty i straty wynikające ze zmian klimatu i braku dostosowań (mitygacji) są znacznie wyższe niż inwestycje w zapobieganie, łagodzenie i dostosowania. Straty wynikające z zaniechania w jeszcze większym stopniu oprowadzają do wzrostu kosztów życia obywateli, cen energii i prowadzenia działalności gospodarczej i rolniczej.

Woda stanie się wkrótce nową walutą. I to znacznie ważniejszą niż kryptowaluty. Kto wody nie szanuje dzisiaj, ten jutro będzie bankrutem. I to dosłownie. Na Polskę możemy spojrzeć jak na gąbkę, która przestała przyjmować wodę. Susza hydrologiczna (niski stan rzek) i glebowa to nie tylko problem rolników. Kiedyś wiosna kojarzyła się z roztopami i błotem. Dziś marzec i kwiecień to miesiące suszy i „pyłu”. To także zmiana kulturowa bo tracimy krajobraz, który znaliśmy.

Pożary lasów w Polsce rzadko są „naturalne” (jak od pioruna). Jesteśmy krajem sosny, a sosna pali się jak pochodnia. W połączeniu z wyschniętą na pieprz ściółką, wejście do lasu z papierosem to nie nieostrożność, to niemal sabotaż ekosystemu. Ba, nawet wyrzucenie butelki do lasu przyczyniać się może do powstania otwartego ognia. Pożary to także straty pozafinansowe. Np. śmierć mikroorganizmów glebowych, których nie da się „nasadzić” nowymi drzewkami. Odbudowa warstwy próchnicznej trwa dekady. A patrząc na tradycyjną energetykę, opartą na węglu, to warto przypomnieć, że elektrownie potrzebują wody do chłodzenia. Niski stan rzek to ryzyko blackoutów. Przemysł także traci gdy są czasowe ograniczenia w poborze wody dla fabryk. Traci także turystyka. Płonące obszary to wykluczenie szlaków z użytkowania, zakazy wstępu do lasów, wysychające jeziora i rzeki, którymi nie popłynie żaden kajak.

Przez dekady osuszaliśmy bagna, by „wydzierać” ziemię naturze. Teraz natura zmusza nas do spłacania tego długu z nawiązką i dużymi odsetkami. W miastach rozmnożyły się betonowe place, które w czasie upałów działają jak grzejniki, a w czasie deszczu uniemożliwiają wodzie wsiąkanie w grunt. I woda szybko ucieka do Bałtyku. Kiedyś polskie lato pachniało skoszoną trawą i burzą, która przynosiła ulgę. Dziś coraz częściej pachnie spalenizną i kurzem. Podczas, gdy my spieramy się o politykę, pod naszymi stopami dokonuje się cichy dramat bo Polska wysycha. A lasy, które miały być naszym azylem, stają się tykającymi bombami.

Stepowienie Wielkopolski to  proces, o którym mówi się od lat, a który staje się faktem. I to nie tylko na Wielkopolsce. Retencja wody to słowo klucz, a raczej nasz narodowy brak umiejętności zatrzymywania wody. 

Ile jeszcze odpłynie od nas wody, w czasie gdy populiści będą bredzić o niepotrzebnych kosztach polityki klimatycznej?

8.05.2026

Fenomen Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i powtórka Łatwoganga

Instalacja sztuki nowoczesnej

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, zainicjowana i prowadzona przez wiele lat przez Jerzego Owsiaka, jawi się jako jedno z najpiękniejszych zjawisk, jakie wyrosły z polskiego doświadczenia zbiorowego w wolnej Polsce po roku 1989. W świecie, w którym symbole narodowe bywają zawłaszczane, reinterpretowane lub instrumentalizowane, Orkiestra pozostaje czymś rzadkim: żywym świadectwem tego, że solidarność może być praktykowana, a nie tylko wspominana. W tym sensie WOŚP nie jest jedynie akcją charytatywną, lecz ostatnim tchnieniem tamtej pokojowej rewolucji, która niegdyś odmieniła bieg historii. Dała nam poczucie wspólnoty i poczucie sensu. W moim subiektywnym odczuciu wyrosła z Sierpniowej Solidarności i z roku 1980. Wielkiego, pokojowego przełomu. Odzyskanie wolności i wspólnotowości bez rozlewu krwi. Sierpień został zszargany i zdyskredytowany przez lata uporczywego opluwania. WOŚP się obronił.

W polskiej pamięci zbiorowej istnieje kilka momentów, które budują poczucie dumy: pokojowe obalenie komunizmu (1980-1989), zdolność do samoorganizacji, siła wspólnoty. W zestawieniu z dramatycznymi wydarzeniami w innych krajach jak i z naszej przeszłości: z nieudanymi i krwawymi powstaniami, ze współczesnymi krwawymi pacyfikacjami, zamieszkami, rewolucjami, które płonęły na ulicach Iranu czy Ukrainy. Ta współczesna polska droga wydaje się czymś wyjątkowym. Nie dlatego, że była wolna od cierpienia, lecz dlatego, że opierała się na logice współdziałania, a nie destrukcji. Na sile pokojowego protestu. I negocjacji przy okrągłym stole.

WOŚP wyrasta właśnie z tego etosu. Jest jego kontynuacją, choć w zupełnie innym kontekście. To solidarność przełożona na język codzienności. Nie heroiczna (choć pokojowe zmiany to też heroizm tylko w innym wymiarze), lecz praktyczna. Nie patetyczna, lecz skuteczna. To solidarność, która nie potrzebuje wielkich słów, bo działa poprzez tysiące drobnych gestów.

Współczesna Polska doświadczyła jednak głębokiego pęknięcia. W przestrzeni publicznej pojawiły się narracje, które  jak wskazują liczne analizy, podważały zaufanie społeczne, budowały podziały i redefiniowały pojęcia wspólnoty. W wielu komentarzach publicystycznych pojawia się teza, że część środowisk politycznych i medialnych próbowała przejąć lub zniszczyć symbolikę solidarności, przekształcając ją w narzędzie walki plemiennej. W tych samych analizach wskazuje się również na proces zawłaszczania instytucji religijnych przez określone środowiska polityczne, co zdaniem komentatorów, doprowadziło do ich upartyjnienia i utraty uniwersalnego charakteru. I w jakimś sensie spora część dorobku Solidarności została zbrukana, zawłaszczona i zdegradowana. Została wyrwana z naszego poczucia zbiorowej dumy. Zmarnowane i roztrwonione.

Na tym tle WOŚP jawi się jako fenomen odporności. Mimo wieloletnich prób dyskredytowania, mimo kampanii podważających jej sens, mimo prób ideologicznego etykietowania - przetrwała. Co więcej: rosła. To rzadki przypadek, gdy inicjatywa społeczna nie tylko nie ugięła się pod presją, ale stała się jeszcze silniejsza. Jest z czego być dymnym. 

Filozoficznie rzecz ujmując, WOŚP oparła się dlatego, że jego fundamentem nie jest ideologia, lecz relacja. Relacja między ludźmi, którzy chcą pomagać, a tymi, którzy tej pomocy potrzebują. Relacja między wolontariuszem a przechodniem. Między wspólnotą a jej najsłabszymi członkami. To relacja, której nie da się łatwo zniszczyć, bo nie opiera się na deklaracjach, lecz na doświadczeniu. Każdy, kto wrzucił choćby złotówkę do puszki, kto widział sprzęt z serduszkiem w szpitalu, kto obserwował energię wolontariuszy, ten uczestniczył w czymś, co przekracza spory polityczne. I czuł wspólnotę. WOŚP jest więc praktyką dobra, a nie jego teorią. A praktyki, które zakorzeniają się w ciele społecznym, są znacznie trwalsze niż abstrakcyjne hasła.

Wielka Orkiestra to również fenomen wolontariatu. W czasach, gdy wiele analiz socjologicznych wskazuje na erozję zaufania społecznego, Orkiestra pokazuje coś odwrotnego: że Polacy potrafią działać razem, że potrafią ufać sobie nawzajem, że potrafią tworzyć wspólnotę nie poprzez deklaracje, lecz poprzez działanie. To wolontariat, który nie jest obowiązkiem, lecz wyborem. Nie jest narzucony, lecz spontaniczny. Nie jest ideologiczny, lecz ludzki.

I można byłoby pomyśleć, że WOŚP była epizodem, doświadczeniem jednego pokolenia. Że jest czymś incydentalnym. Czymś wyjątkowym w tym polskim piekiełku wzajemnego opluwania się i deprecjonowania naszych niewątpliwych sukcesów. Ale w ostatnich dniach ujawniło się coś, co daje duży optymizm. Unaoczniło się zjawisko, które w niezwykle ciekawy sposób rezonuje z ideą WOŚP. To oddolna akcja młodych twórców internetowych, takich jak Łatwogang, zbierających środki na leczenie dzieci chorych na raka. To nie jest tylko kolejna zbiórka. To nowa forma budowania wspólnoty, która wyrasta z tych samych korzeni, co Orkiestra, ale rozwija się w zupełnie innym ekosystemie kulturowym. To głos zupełnie nowego pokolenia. Nowa spontaniczność i ujawnienie się tego, co pod wierzchem zastygłej lawy ciągle kipiało. I z czego można być dumnym. 

Młodzi ludzie, wychowani w świecie cyfrowym, tworzą własne rytuały solidarności: streamy, wyzwania, wspólne akcje, mobilizacje społeczności. Ich działanie nie jest oparte na tradycyjnych instytucjach, lecz na relacjach sieciowych, na poczuciu przynależności do wspólnoty, która istnieje w przestrzeni wirtualnej, ale działa w świecie realnym. Ja tego nie rozumiem, ale ogromnie  mi się podoba. Czuje kontynuację dobrych i ważnych wartości. To jest fascynujące, bo pokazuje, że solidarność nie jest reliktem przeszłości. Ta solidarność jest transmisyjna. Przechodzi z pokolenia na pokolenie, zmieniając formy, ale zachowując sens. 

W akcjach takich jak te organizowane przez Łatwogang widać trzy rzeczy: 1. empatię, która nie jest abstrakcyjna, lecz konkretna i skierowana do dziecka, którego historię poznają tysiące ludzi; 2. sprawczość, która daje młodym poczucie, że mogą realnie zmieniać świat; oraz 3. wspólnotę, która nie jest narzucona, lecz dobrowolna i tworzona oddolnie. To jest ta sama energia, która napędza WOŚP,  tylko wyrażona innym językiem. To dowód, że solidarność, z której byliśmy tak dumni w roku 1980 i 1989, nie umarła. Zmieniła tylko medium.  

Jeśli spojrzeć na WOŚP z perspektywy filozofii polityki, można powiedzieć, że jest ona ostatnim żywym pomnikiem polskiej pokojowej rewolucji. Nie pomnikiem z brązu, lecz z ludzi. Nie pomnikiem, który stoi, lecz który działa. Nie pomnikiem, który przypomina o przeszłości, lecz który tworzy teraźniejszość. W świecie, w którym wiele wartości zostało podważonych, a wiele instytucji utraciło zaufanie, WOŚP pozostaje przestrzenią, w której można jeszcze poczuć sens wspólnoty. Jest jak okno, przez które wciąż wpada światło tamtej dawnej nadziei.

Wielka Orkiestra to również fenomen wolontariatu. W czasach, gdy wiele analiz socjologicznych wskazuje na erozję zaufania społecznego, Orkiestra pokazuje coś odwrotnego: że Polacy potrafią działać razem, że potrafią ufać sobie nawzajem, że potrafią tworzyć wspólnotę nie poprzez deklaracje, lecz poprzez działanie. To wolontariat, który nie jest obowiązkiem, lecz wyborem. Nie jest narzucony, lecz spontaniczny. Nie jest ideologiczny, lecz ludzki. I właśnie dlatego młode pokolenie tak łatwo odnajduje się w podobnych inicjatywach, bo są one autentyczne.

Z tamtego czasu niewiele zostało. Etos solidarności został nadwyrężony, instytucje upartyjnione, symbole zawłaszczone. A jednak WOŚP trwa. I może właśnie dlatego budzi tak silne emocje: bo jest dowodem, że wspólnota jest możliwa, nawet jeśli wszystko wokół zdaje się temu przeczyć. WOŚP to nie tylko zbiórka. To pamięć o tym, kim potrafiliśmy być i kim wciąż możemy być. W świecie, w którym wiele wartości zostało podważonych, a wiele instytucji utraciło zaufanie, WOŚP pozostaje przestrzenią, w której można jeszcze poczuć sens wspólnoty. Jest jak okno, przez które wciąż wpada światło tamtej dawnej nadziei.

Z tamtego czasu chyba  niewiele zostało. Etos solidarności został nadwyrężony, instytucje upartyjnione, symbole zawłaszczone. A jednak WOŚP trwa. A obok niej wyrastają nowe formy solidarności: cyfrowe, młodzieżowe, spontaniczne.

Może właśnie dlatego budzą tak silne emocje. Bo są dowodem, że wspólnota jest możliwa, nawet jeśli wszystko wokół zdaje się temu przeczyć. WOŚP i akcje takie jak te organizowane przez Łatwoganga przypominają nam, że solidarność nie jest wspomnieniem, jest praktyką, którą można wciąż na nowo tworzyć.

Nie wiem czy akcja Łatwoganga jest jednorazowa, czy uda się kontynuacja, ale i tak jestem z niej, jako Polak, bardzo dumny. Dużo zmieniła.  Trzymam kciuki za kontynuację, jeśli nie wprost to przynajmniej przez pośrednie rezonowanie. Młodzi ludzie, nowe pokolenie, nie są tacy źli jak o nich często mówimy. My ich nie rozumiemy. Ale wolontariat i solidarność rozumiemy jak najbardziej. 

5.05.2026

Co robię na Warmińskim Szlaku Kulinarnym? Opowiadam !



Co ja robię na Warmińskim Szlaku Kulinarnym? Najprościej byłoby powiedzieć: opowiadam. Ale to zdanie, choć prawdziwe, jest tylko wierzchołkiem opowieści, która zaczęła się wiele lat temu. Wtedy  postanowiłem, że nauka nie może być zamknięta w murach uczelni, a biolog – jeśli chce być pożyteczny – musi czasem wyjść z laboratorium i wyruszyć w teren. Terenem tym okazała się Warmia, jej krajobrazy, ludzie, małe przedsiębiorstwa, lokalne smaki i codzienność, która – jeśli tylko się pochylić – pulsuje wiedzą, historią i ekologią.

Warmiński Szlak Kulinarny to nie tylko mapa miejsc, gdzie można dobrze zjeść, czegoś się dowiedzieć itp. To mapa relacji, mikrohistorii, lokalnych innowacji i tradycji, które wciąż żyją, choć czasem trzeba je wydobyć spod warstwy codzienności. A ja, naukowiec, biolog i ekolog, znalazłem się na tej mapie nie przypadkiem. To świadomy wybór, konsekwentnie realizowany od lat, by popularyzować naukę tam, gdzie ludzie naprawdę żyją i pracują.

Od dawna wierzę, że uniwersytet powinien być otwarty. I nie tylko w sensie symbolicznym, ale dosłownym. Otwarty na region, na jego potrzeby, na przedsiębiorców, na mieszkańców. Otwarty na rozmowę. W tym sensie Warmiński Szlak Kulinarny jest dla mnie naturalnym przedłużeniem trzeciej misji uniwersytetu: społecznej, partnerskiej, zakorzenionej w lokalności.

Kiedy odwiedzam kolejne miejsca na Szlaku, nie jestem turystą. Jestem słuchaczem i obserwatorem. Rozmawiam z właścicielami małych firm, pytam o ich wyzwania, o to, co ich cieszy, co ich martwi, czego potrzebują. Pytam o wartości. I opowiadam o przyrodzie, o etnografii, o dziedzictwie przyrodniczym, o tym, jak nauka może im pomóc, choćby w najmniejszych rzeczach. To jest transfer wiedzy, ale taki, którego nie widać w raportach i tabelach. Cichy, codzienny, oparty na zaufaniu. Ale realny i znaczący.

Warmia jest naturalnym środowiskiem dla idei cittaslow. Tu powolność nie jest wadą, lecz wartością. To powolność, która pozwala zauważyć szczegóły: smak chleba na zakwasie, lemoniadę z pokrzyw, królewieckie marcepany, zapach ziół z przydomowego ogródka, historię ukrytą w starym przepisie lub rekodziele. Lub przyrodę na przystanku autobusowym wymalowaną. W tym klimacie moja popularyzacja nauki znajduje swoje miejsce. Bo nauka też potrzebuje uważności. Potrzebuje zatrzymania się, rozmowy, wspólnego odkrywania. Współtworząc Wimlandię czy nawet tak nieoczywiste projekty jak „maść czarownic do latania”, uczyłem się, że lokalność jest przestrzenią twórczą. Że współpraca z małymi przedsiębiorstwami może być inspiracją dla dydaktyki, a dydaktyka może być wsparciem dla przedsiębiorców. To właśnie w takich miejscach wspólnie z restauratorami i studentami wspólnie przygotowywaliśmy całkiem nowe potrawy z owadami. I je z ciekawością jedliśmy... Satysfakcja z odkrywania i ze spotkania. Oraz ze wspólnego działania, niczym ze wspólnego darcia pierza czy łuskania fasoli. 

Wspólne doświadczenia z wcześniejszej współpracy a teraz skrystalizowane w Warmińskim Szlaku Kulinarnym, stały się jednym z fundamentów kierunku Dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze. Bo dziedzictwo to nie tylko zabytki i rezerwaty. To także smak, zapach, sposób wytwarzania, opowieści przekazywane przy stole. Albo opowiadane w Radiu Olsztyn lub pisane na blogu. Kiedy prowadzę zajęcia, często wracam do tych rozmów z regionu. Do historii o tym, jak powstaje lokalny kozi ser, jak prowadzi się małą pasiekę, jak zmienia się krajobraz w oczach ludzi, którzy żyją z ziemi i z turystyki. Studenci słyszą wtedy nie teorię, lecz żywą praktykę. A ja – dzięki tym spotkaniom – mogę uczyć bardziej autentycznie. A w zasadzie projektować sytuacje edukacyjne. 

Co więc robię na Warmińskim Szlaku Kulinarnym? Wędruję i poszukuję. To moja metoda popularyzacji nauki – szeroka, otwarta, zanurzona w lokalności. Wędrowanie pozwala mi zobaczyć region nie jako mapę administracyjną, lecz jako sieć powiązań: ludzi, smaków, krajobrazów, mikrohistorii. To także smakowanie tradycji – dosłownie i metaforycznie. Bo tradycja jest jak ekosystem: żyje, zmienia się, adaptuje. Trzeba ją badać, ale też doświadczać. Dlatego blog „Profesorskie Gadanie” znalazł się na mapie Warmińskiego Szlaku Kulinarnym. Nie jako przewodnik kulinarny, lecz jako towarzysz drogi. Jako miejsce, gdzie spotykają się nauka, lokalność i opowieść. W bardzo dobrym i kreatywnym towarzystwie, bo Warmia potrafi łączyć ludzi, którzy chcą działać z pasją.

A ja? Ja po prostu idę dalej. Słucham, opowiadam, smakuję, zapisuję. I wierzę, że właśnie tak wygląda współczesny uniwersytet otwarty: zakorzeniony i ukorzeniony w swojej społeczności, obecny w jej codzienności, gotowy do rozmowy.



4.05.2026

Studenckie wyciekanie czyli dropout




Zjawisko studenckiego dropoutu (wyciekania) jest dziś uważane za jedno z najpoważniejszych problemów szkolnictwa wyższego, a jego skala rośnie globalnie. Przynajmniej w opinii uczelni wyższych. To nie tylko rezygnacja ze studiów, ale złożony proces stopniowego odłączania się studenta od uczelni - emocjonalnie, społecznie, organizacyjnie i akademicko. Dropout to przedwczesne opuszczenie studiów, zwykle poprzedzone spadkiem motywacji, pogorszeniem wyników, brakiem integracji społecznej lub trudnościami finansowymi. Badania pokazują, że to zjawisko ma charakter wieloczynnikowy, łączący aspekty akademickie, ekonomiczne i psychospołeczne. Istniało wcześniej ale wobec nadmiaru chętnych w stosunku do oferowanych miejsc, ani nie martwiło, ani nie interesowało zbytnio środowisk akademickich. 

Studenckie wyciekanie (dropout) dziś brzmi jak nowe słowo‑klucz, jakby dopiero teraz ktoś odkrył, że studenci potrafią znikać z uczelni po cichu, bez dramatycznych deklaracji, raczej przez powolne opuszczanie rytmu akademickiego życia. A przecież to zjawisko nie narodziło się wczoraj. Ono było chyba zawsze, tylko nie mieliśmy na nie nazwy. A może po prostu nie chcieliśmy patrzeć zbyt uważnie? Skoro wcześniej na uczelniach często się słyszało "studenci zawsze będą", to po co się tym zajmować? Po co dostrzegać? W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku nikt nie mówił o „wyciekaniu”, choć studenci odchodzili tak samo lecz chyba z innych powodów, w innych okolicznościach. Wtedy raczej nazywane było to "odsiewem".

Dla przykładu to, co znam z opowieści starszych koleżanek i kolegów oraz z autopsji. Rok 1981, Wyższa Szkoła Pedagogiczna w Olsztynie. Czas po strajkach, po zawieszeniu zajęć. Gdy wreszcie wrócono do edukacyjnej normalności, okazało się, że ta normalność jest podwójnie gęsta. Dwa semestry do zrobienia w jednym, a na biologii nauczycielskiej oznaczało to nie tylko więcej wykładów, ale przede wszystkim laboratoria, czyli długie godziny przy mikroskopach, preparatach, hodowlach, z których nie dało się zrezygnować ani ich skrócić. Zajęcia od rana do wieczora. Nauka piętrzyła się jak stosy zeszytów w akademikowym pokoju, a kolokwia nadchodziły jedno po drugim, jakby ktoś ustawił je w szeregu i wydał rozkaz do maszerowania.

I wtedy zaczęli odpadać. Nie tylko ci, których łatwo byłoby o to podejrzewać. Nie ci, którzy „zawsze mieli problemy”. Przeciwnie, odchodzili ci najbardziej ambitni czyli ci, którzy chcieli mieć wysokie oceny, piątki i czwórki. Czyli ci, którzy stawiali sobie ocenową poprzeczkę wysoko i nie umieli jej obniżyć nawet wtedy, gdy sytuacja obiektywnie tego wymagała. Dziś powiedzielibyśmy, że „wyciekali” po cichu, bez buntu, raczej z poczuciem porażki niż złości. Nie dlatego, że nie nadawali się na studia, ale dlatego, że nie potrafili pogodzić się z myślą, że tym razem nie będzie piątek, że trzeba będzie przejść przez ten rok z mniejszą elegancją, z większą improwizacją, z odrobiną chaosu. Paradoksalnie przetrwali ci, którzy mówili sobie: „najwyżej nas wyrzucą”. Ci, którzy potrafili odpuścić, którzy nie traktowali każdego potknięcia jak końca świata. Może dlatego, że mieli w sobie więcej elastyczności, a może po prostu więcej życiowego luzu. Może byli przyzwyczajeni do porażek i do tego, że nie są w czołówce peletonu. Może i współcześnie brakuje tego życiowego zahartowania pokoleniu płatków śniegu?

Kiedy dziś słucham dyskusji o dropoucie, mam wrażenie, że zmieniły się słowa, ale nie zmieniła się istota. Wyciekają ci, którzy nie znajdują dla siebie miejsca w rytmie uczelni. Czasem z powodu przeciążenia, czasem z powodu ambicji, czasem dlatego, że świat wokół nich przyspieszył bardziej niż oni potrafią nadążyć. W 1981 roku winne były strajki, nietypowe nagromadzenie zajęć i presja, by utrzymać poziom. Dziś winne są inne rzeczy: samotność, brak wspólnoty, nieczytelne oczekiwania, zbyt wiele bodźców, zbyt mało sensu. Ale mechanizm pozostaje chyba podobny. Człowiek odpuszcza nie wtedy, gdy jest słaby, lecz wtedy, gdy nie widzi już przestrzeni, by być sobą w systemie, który wymaga nieustannego dopasowania. 

Może więc dropout nie jest ani nowy, ani zaskakujący. Może jest po prostu lustrem, w którym odbija się to, jak uczelnie (dawniej i dziś) radzą sobie z różnorodnością ludzkich historii, ambicji i ograniczeń. A może jest też przypomnieniem, że czasem przetrwanie nie zależy od siły, lecz od zdolności do powiedzenia sobie: „zrobię tyle, ile mogę, a reszta niech się dzieje”.

Wróćmy do lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Rok 1982, część kolegów dostała sie na studia bez egzaminów wstępnych, bo w wyniku stanu wojennego byli trzy lata w wojsku. Pojedynczy mężczyźni, którzy zniknęli już w pierwszych tygodniach, po zajęciach z zoologii bezkręgowców i chemii. Po pierwszym roku zniknęło kilka osób. W tym moja mądra koleżanka, ale bardzo wrażliwa. Rok 1984 albo 1985, ta sama uczelnia, ten sam kierunek. I ja w centrum mojej uwagi. Trzeci rok studiów, w którym coś zaczęło się we mnie kruszyć. Nie z powodu jednego wydarzenia, raczej przez powolną utratę sensu. Biologia, którą znałem z popularnonaukowych książek, była pełna opowieści o ewolucji, ekologii, o wielkich pytaniach i jeszcze większych tajemnicach. Tymczasem na studiach te fascynujące dla mnie obszary czekały gdzieś na końcu programu. Jak deser, który podaje się dopiero wtedy, gdy gość zjadł całą resztę - również to, czego nie lubi. Żeby dotrwać do tego deseru trzeba ogromnej cierpliwości, bo nie ma jak zmienić kolejności.

A po drodze było dużo tego, czego nie lubiłem. Dużo nauki pamięciowej, przedmioty, które wydawały mi się odległe od tego, co naprawdę chciałem robić. Odreagowywaliśmy dowcipem. Na początku chemia i fizyka, później kolejne bloki materiału, które trzeba było wkuć, choć nie budziły we mnie żadnej ciekawości. I wtedy trafiłem na kolejną „kobyłę” czyli przedmiot, który w opinii prowadzących miał być jednym z filarów wykształcenia biologa. Dla nich ważny, dla mnie kompletnie nieprzydatny. Dziś, po czterdziestu latach, mogę powiedzieć to samo, tylko spokojniej: nic mi się z tego nie przydało. Był jak przeszkoda na zmęczenie w biegach na selekcję. Może na weterynarii albo medycynie ten poziom szczegółowości miał sens, ale nie na kierunku nauczycielskim. A jednak strach był realny, rygor był realny, presja była realna. Dałbym radę, ale straciłem poczucie sensu.

I wtedy po raz pierwszy naprawdę pomyślałem, żeby rzucić studia. To byłby klasyczny dropout. Nie buntowniczy, nie dramatyczny, tylko cichy, wynikający z poczucia bezsensu. Rozjazd między marzeniami a rzeczywistością był zbyt duży. Biologia, którą kochałem, była gdzieś daleko. A ta, którą miałem przed sobą, była jak ciężka, niechciana walizka. Lub jak bardzo niewygodne buty - nie da się zajść w nich zbyt daleko. Gdyby wtedy istniały licencjaty, pewnie bym dokończył swoje studia. Widząc bliską metę zacisnąłbym zęby, przetrwałbym semestr i miałbym w ręku dyplom, który pozwoliłby mi zrobić przerwę i pójść dalej. Ale wtedy były tylko jednolite, pięcioletnie studia magisterskie. Perspektywa ciągnięcia tego jeszcze przez ponad dwa lata była jak patrzenie w tunel bez światła. Tu mała dygresja, od lat słyszę, że lepsze są studia pięcioletnie, bo jak się już złapie studenta, to jest on na dłużej. Tylko ten sposób myślenia nie uwzględnia tego, że studenci uciekają wcześniej (dropout). Już ich na studiach nie trzyma strach przed pójściem w kamasze (za naszych młodzieńczych czasów dotyczyło mężczyzn, którzy uciekali na studia przed obowiązkową służba wojskową). Koniec dygresji.

I gdy tak myślałem o rzuceniu studiów i wyjeździe w Bieszczady", ktoś podał mi pomocną dłoń. Po prostu podpowiedział mi, żebym nie porzucał studiów, tylko poszedł na urlop dziekański. Pomógł mi znaleźć pracę w laboratorium, gdzie przez kilka miesięcy byłem techniczną pomocą, kimś od mycia szkła i drobnych zadań. Paradoksalnie to właśnie ta praca, tak prosta pozwoliła mi psychicznie odpocząć. Byłem na uczelni ale nie nie byłem aktywnym studentem. Miałem czas na czytanie książek naukowych i popularnonaukowych, na własne zainteresowania, na działalność w studenckim kole naukowym, gdzie po prostu prowadziłem badania naukowe. Po kilku miesiącach sens studiowania powrócił.

Po tym semestrze wróciłem na studia. Spokojniejszy, bardziej świadomy, z nową energią. Dzięki indywidualnemu tokowi studiów nadrobiłem zaległości i skończyłem wszystko w terminie. Tak, jakby żadnej przerwy nie było. Patrząc z dzisiejszej perspektywy widzę, że to nie była porażka, tylko moment koniecznego zatrzymania. Gdybym wtedy odszedł, nikt nie nazwałby tego dropou­tem, byłoby  "po prostu zrezygnował”. Ani ja pierwszy, ani ostatni. A jednak to byłby dropout w czystej postaci: odejście nie z braku zdolności, lecz z braku sensu. Zostałbym "odsiany".

Dziś, kiedy w różnych gremiach pisze się i dyskutuje o wyciekaniu studentów, często szuka się winnych, na przykład programu, wykładowców, systemu, pokolenia (pokolenie Z, pokolenia Alfa). Ale czasem dropout rodzi się po prostu z tego, że człowiek potrzebuje oddechu, przerwy, dystansu. Człowiek potrzebuje widzieć i czuć sens. Potrzebuje czasem dystansu i tego, że musi na chwilę wyjść z biegu (a raczej wyścigu szczurów), żeby móc do niego wrócić. I może właśnie to jest najważniejsza lekcja z tamtych lat, że nie każdy, kto odchodzi, naprawdę chce odejść. Czasem po prostu nie widzi już drogi, dopóki ktoś nie pokaże mu innej. Czasem nie ma po prostu cichej przystani, gdzie można byłoby odpocząć i odzyskać poczucie sensu.

Kiedy patrzę na tamte lata z dzisiejszej perspektywy, widzę jeszcze jedno: system, w którym studiowaliśmy, sam sprzyjał wyciekaniu. Pięć lat jako jedna, nieprzerwana ściana do przebicia. Zero przystanków, zero etapów pośrednich, zero oddechu. Albo kończysz, albo odchodzisz z niczym. Może wtedy byliśmy bardziej zdeterminowani? Może wykształcenie wyższe było bardziej deficytowe i dawało od razu awans społeczny i zawodowy? A to bardziej motywowało do wysiłku i znoszeniu bezsensownych trudności? I było mniej miejsc na studiach. Współcześnie czasem także słyszę różne głosy, że jest za dużo studiujących, że trzeba zmniejszyć liczbę uczelni, zmniejszyć liczbę studentów. Takie magiczne myślenie o przeszłości, że była dobra i wspaniała.

W tym sensie system boloński  3 + 2 jest jak otwarcie okna w dusznym pokoju w akademiku. Mniejsze porcje nauki, krótsze odcinki, po których można się zatrzymać, rozejrzeć, pomyśleć. Licencjat daje coś, co dawniej było nieosiągalne: możliwość powiedzenia „wystarczy na teraz” bez poczucia porażki. Można odpocząć, popracować, zmienić kierunek, uczelnię, miasto. Można wrócić po roku albo po pięciu latach pracy w zawodzie. Można wrócić ale już jako ktoś inny, dojrzalszy, bardziej świadomy. System boloński nie rozwiązuje wszystkich problemów, ale w pewnym zakresie naprawdę przeciwdziała wyciekaniu, bo pozwala studentowi zejść z trasy, nie wypadając z niej na zawsze.

Czasem myślę, że można by pójść jeszcze dalej. Że może dobrym rozwiązaniem byłoby certyfikowanie każdego roku studiów. Tak, aby każdy etap kończył się jakimś namacalnym potwierdzeniem wysiłku i uzyskanej wiedzy. Rok pracy, rok nauki, rok życia - i coś zostaje. Nie dyplom pełny, ale znak, że ten czas nie był stracony. Bo dziś, mimo systemu bolońskiego, wciąż zdarza się, że ktoś odchodzi po dwóch latach i wychodzi z niczym. A przecież to nie jest „nic”. To są setki godzin zajęć, kolokwiów, laboratoriów, lektur, doświadczeń, rozmów, prób i błędów. To jest realna część edukacji, która po prostu nie została domknięta. Przecież w szybko zmieniającym sie świecie każdy dyplom i tak szybko traci na wartości. Potrzebuje aktualizacji na studiach podyplomowych, na kursach i szkoleniach. 

Gdyby takie certyfikaty istniały w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, wielu moich kolegów i koleżanek nie odeszłoby „z kwitkiem”. Może łatwiej byłoby im wrócić. Może łatwiej byłoby im uwierzyć, że to, co zrobili, ma wartość. Bo dropout często nie wynika z braku zdolności, tylko z poczucia, że wysiłek nie przekłada się na sensowny efekt. A system, który nagradza tylko pełne, niepodzielne ukończenie, sam tworzy przestrzeń do wyciekania.

Dziś, kiedy patrzę na współczesnych studentów, widzę, że ich wyzwania są inne, ale mechanizmy są podobne. Może najważniejszy jest brak poczucia sensu. Do tego przeciążenie oraz rozjazd między oczekiwaniami a rzeczywistością. I może właśnie dlatego warto myśleć o studiach nie jako o jednym wielkim maratonie, ale jako o serii krótszych biegów, z których każdy ma swoją wartość. Bo jeśli chcemy ograniczyć wyciekanie, musimy dać ludziom możliwość zatrzymania się bez poczucia, że przegrali. Zwłaszcza w szybko zmieniającym się świecie i szybko zmieniających się oczekiwaniach rynku pracy. A może to nie wyciekanie jest problemem tylko nieadekwatny system edukacji? Może to nie trzeba przeciwdziałać wyciekaniu tylko po prostu diametralnie zmienić cały system kształcenia?

Kiedy dziś myślę o dropoucie, widzę go już nie tylko jako zjawisko akademickie, ale jako coś znacznie szerszego - jako napięcie między tym, jak szybko zmienia się świat, a tym, jak powoli zmieniają się instytucje, które mają nas do tego świata przygotować. Bo przecież ciągle trzeba się uczyć. Sam tego doświadczam. Nowe narzędzia, nowe technologie, nowe sposoby pracy pojawiają się tak szybko, że czasem mam wrażenie, jakbym znów był na pierwszym roku studiów, próbując nadążyć za czymś, co nieustannie wymyka się i ucieka do przodu. Uczenie się stało się stanem permanentnym, a nie krótkim etapem życia. Ale jednocześnie nie da się spędzić całego życia w szkole. Przynajmniej nie w tej tradycyjnej z salami, planami zajęć i semestrami odmierzającymi czas.

Może więc remedium na dropout nie polega na tym, by studia były łatwiejsze, krótsze czy bardziej atrakcyjne, ale by były inaczej ułożone. Mniejsze porcje, ale za to rozłożone na całe życie. Nie 3 + 2, a raczej 1 + 1 + 1 + 1 + 1 czyli moduły, które można układać jak klocki, w zależności od tego, gdzie akurat jesteśmy, czego potrzebujemy, co nas ciekawi. Na studiach uczymy się nie tylko z wykładów i ćwiczeń, ale także przez kontakt z ludźmi i aktywności nie ujęte w programie studiów. Na przykład koła naukowe, agendy kulturalne, kluby turystyczne itp. Studiowanie to nie tylko biblioteka i program zajęć. To przede wszystkim wielowymiarowe środowisko i interakcje społeczne. Rok intensywnej nauki, potem przerwa na pracę. Kolejny rok, gdy pojawi się potrzeba lub chęć. I tak dalej, bez poczucia, że coś się „przerywa”, że się „odpada”, że się „wycieka”. Bo w takim systemie nie ma już jednej ścieżki, z której można spaść. Jest wiele ścieżek, które można wybierać. Tak, wybór i poczucie sprawstwa, są niezwykle ważne.

To byłaby ogromna zmiana, większa niż wprowadzenie systemu bolońskiego. Ale myślę, że dziś jest na nią przestrzeń. Właśnie dlatego, że mamy narzędzia, które mogą ją unieść. Sztuczna inteligencja i technologie online, która potrafią wspierać uczenie się, porządkować wiedzę, podpowiadać, co dalej, pomagać w powrotach po przerwie. Narzędzia, które nie zastępują myślenia, ale ułatwiają orientację w świecie, w którym wiedza nie mieści się już w żadnym podręczniku. Dzięki nim uczenie się może stać się bardziej elastyczne, bardziej osobiste, bardziej dopasowane do rytmu życia niż do rytmu semestrów. I może być hybrydowe, czyli łączące kształcenie online z kontaktem bezpośrednim.

Może więc dropout nie jest problemem studentów, tylko problemem systemu, który wciąż myśli kategoriami sprzed dekad? A może jest sygnałem, że czas przestać traktować edukację jak linię prostą, którą trzeba przejść od początku do końca bez zatrzymania. Bo jeśli uczenie się ma trwać całe życie, to musi być podzielone na odcinki, które da się udźwignąć. I które da się przerwać bez poczucia winy. Wtedy wyciekanie przestanie być porażką, a stanie się naturalnym elementem drogi. I może właśnie o to chodzi, by studia były nie jednorazowym sprintem, ale serią krótkich biegów, do których można wracać tyle razy, ile potrzeba. I że można biegać po różnych trasach. Także takich, które się samemu wybierze.

2.05.2026

Dlaczego nauka przez całe życie i małymi porcjami?




Dlaczego? Bo tak naprawdę nie wymyślamy niczego nowego tylko wracamy do tego, co dla Homo sapiens było naturalne od zawsze. Zanim powstały szkoły, zanim ktoś wpadł na pomysł, by usadzić ludzi w ławkach i uczyć ich według jednego programu, człowiek uczył się nieustannie: od starszych, od rówieśników, na własnych błędach, obserwując przyrodę i innych ludzi. Wiedza była jak chleb,  zdobywana codziennie, w małych kawałkach, w rytmie codziennego życia. Dopiero później przyszła epoka wielkich instytucji, które próbowały zamknąć proces uczenia w sztywnych ramach: od września do czerwca, od pierwszej lekcji do ostatniej, od podstawówki do dyplomu. Szkoła średniowieczna i szkoła epoki przemysłowej były niewątpliwym sukcesem i umożliwiały rozwój społeczny. To uporządkowanie w klasach i programach dało dobry efekt. Ale czas spędzony w ławach szkolnych systematycznie się wydłużał. Już nie  trzy klasy, nie 7 klas ale 12 lat nauki dla większości populacji a potem nawet 17 lat dla blisko połowy. Jeśli doliczyć studia doktoranckie to wychodzi 21 lat nieustannej nauki w systemie szkolnym.

Dziś te ramy pękają. Świat przyspieszył tak bardzo, że nie da się już raz nauczyć i mieć „spokój” do emerytury. Kiedyś wystarczyło opanować jeden fach. Wystarczyło nauczyć się  szyć buty, lepić garnki, uczyć jednego przedmiotu. I do końca swego życia i można było z tego żyć. Adaptacje były znikome. Prawie nic się nie zmieniało. Teraz jest tak, jakby ktoś z zapałem opanował sztukę robienia lamp naftowych. Piękna umiejętność, ale praktycznie muzealna. Produkt dla kolekcjonerów. Zawody znikają, technologie się zmieniają, a to, co dziś jest oczywistością, jutro może być anachronizmem. Dlatego kompetencją XXI wieku nie jest już wiedza sama w sobie lecz umiejętność uczenia się. Szybkiego uczenia się i adaptacji do nowych warunków. I to uczenia się poza tradycyjną szkołą.

A skoro uczymy się przez całe życie, to nie możemy robić tego tak, jakbyśmy mieli znowu 15 lat i wolne popołudnia. Całego życia nie da się spędzić w szkole a potem na uniwersytecie. Dlatego potrzebujemy nauki w małych porcjach, tak jak aktualizacji oprogramowania w komputerze czy smartfonie. System działa, ale co jakiś czas wymaga drobnej poprawki, łatki, usprawnienia. Nie resetu, czy formatowania dysku, tylko regularnych i niewielkich uzupełnień. Czasem odinstalowujemy niepotrzebne aplikacje i dodajemy zupełnie nowe. Podobnie działa współczesna edukacja: mikrokursy, mikropoświadczenia, krótkie szkolenia, szybkie certyfikaty, moduły, lektury książek czy tylko krótkie teksty w social mediach. Małe porcje, które daje się wpleść w codzienne życie i codzienne obowiązki. Aż do późnej starości. Bo inaczej nie kupimy biletu ani nie dokonamy operacji bankowej. 

Potrzebujemy kopernikańskiego przewrotu w edukacji. Nie kosmetycznej reformy, nie kolejnej zmiany podstawy programowej lecz zmiany sposobu myślenia i działania. Edukacja nie jest już linią prostą, którą przechodzi się od punktu A do punktu B. Bardziej jest jak wchodzenie po schodach na wysoką wieżę. Jest więc raczej spiralą, do której wracamy wielokrotnie, za każdym razem z innym doświadczeniem i innymi potrzebami. Tak jak w cyklu Kolba. I ta zmiana już się dzieje. Buduje się oddolnie, organicznie, w rytmie życia, a nie ministerialnych rozporządzeń. Bo naturalnego procesu nie da się ani uruchomić lub zatrzymać, ani słowami, ani dekretami.

Sztuka polega na tym, by płynąć z nurtem rzeki, a nie próbować zawracać Wisły kijem, by popłynęła z Warszawy do Krakowa zamiast do Gdańska. W Krakowie ta wiślana woda już była. Teraz płynie dalej, tak jak my, którzy uczymy się nie dlatego, że ktoś każe, ale dlatego, że świat nieustannie nas do tego zaprasza. Czasem uczymy sie z czystej, ludzkiej ciekawości. To szanse i zagrożenia jednocześnie. I jeśli odpowiadamy na to zaproszenie małymi krokami, regularnie, z ciekawością, to właśnie wtedy nauka staje się nie obowiązkiem, lecz naturalną częścią życia. Tak jak u naszych przodków mieszkających w jaskiniach i kamiennymi pięściakami czyszczący skóry zwierząt.

A gdyby tak uniwersytety odpowiedziały na to wyzwanie? Gdyby popłynęły z nurtem współczesnych zmian? Gdyby w pełni odpowiedziały na społeczne zapotrzebowanie? To co by się stało?

1.05.2026

Mniej mówimy, mniej piszemy – co to z tego będzie?

Stół to miejsce, które łączy i inspiruje do rozmów niezaplanowanych.


Inspiracją do niniejszego tekstu były moje podróże koleją w dzieciństwie (jakieś 50 lat temu) oraz biografia noblisty Richarda Feynmana. Ostatnim impulsem krótka informacja profesora Waldemara Kuligowskiego z Instytutu Antropologii i Etnologii UAM w Poznaniu o odkryciach z psychologii.

Fizyk Richard Feynman lubił chodzić do uczelnianej stołówki w małej uczelni. Dlaczego? Bo miał okazję porozmawiać z naukowcami innych specjalności. Były to niezaplanowane spotkania z ludźmi i okazja do nieoczekiwanych rozmów. Teraz podobnie odbieram przygodne spotkania, także na Facebooku. Tak trafiłem na krótką notatkę profesora Kuligowskiego. Ale te niezaplanowane spotkania mogą odbywać się także w kawiarni, na wystawie, w domu kultury, na konferencji, na ławce w parku. Byleby była możliwość interakcji z drugim człowiekiem na niezaplanowany temat. W pewnym sensie spontaniczność i mimowolne wyjście ze swojej wąskiej bańki informacyjnej.

Potrzebne są trzy warunki do takich rozmów z ludźmi: 1. Okazja i sytuacja (stołówka, kawiarnia, Fecebook), 2. Chęć do rozmowy (otwartość) i 3. Umiejętność takiej rozmowy. To ostatnie wydaje się oczywiste ale… Pamiętam z dzieciństwa jazdę w pociągu z przedziałami, ktoś wchodził i od razu rozmowa, pytania. Nawet mnie, nieśmiałego introwertyka, wciągały do rozmów czasem banalnych, czasem dawały możliwość wysłuchania ciekawych życiowych perypetii. Czasem jakaś anegdota, czasem ważna informacja o dalszej podróży. Innym razem jakaś ciekawostka ze świata. Teraz w pociągach są głównie wagony bezprzedziałowe i milczymy. Jesteśmy obok siebie ale mocno odgrodzeni od siebie na kilka sposobów. Ewentualnie czytamy książki lub raczej oglądamy coś na ekranach tabletów czy smartfonów. Jest okazja i sytuacja ale brakuje chęci do rozmowy. I umiejętności rozpoczęcia oraz kontynuacji. Jak zagadnąć i wciągnąć kogoś do rozmowy, gdy tej prostej czynności nie ćwiczymy?

Współcześnie wiedzę zdobywamy małymi porcjami w niezaplanowanych spotkaniach online, ekranowo. To duża wartość w poszerzaniu swoich własnych horyzontów. Życie ekranowe ma swoje niewątpliwe plusy jeśli potrafimy z tego sposobu komunikacji korzystać. Ale ma też spore zagrożenia. A może to nie zagrożenia tylko efekt ogromnej zmiany i ewolucji zarówno Homo sapiens jak i życia społecznego? Może to ewolucja samej noosfery? Jacek Dukaj pisał o epoce postpiśmiennej. I miał niewątpliwie rację, tego teraz mocno doświadczamy.

Z facebookowej notatki profesora Kuligowskiego wynikało, że mówimy coraz mniej. Statystyki są bezlitosne: około 300 słów dziennie mniej niż dekadę temu. W skali roku to ponad 120 tysięcy niewypowiedzianych słów czyli objętość powieści, która nigdy nie powstanie, bo nie została opowiedziana (tak jak te krótkie historie w pociągach mojego dzieciństwa). Ten ubytek nie jest metaforą lecz wynikiem badań dwojga psychologów z Arizona University i Missouri University, przeprowadzonych na ponad dwóch tysiącach osób z USA, Europy, Australii i Meksyku. Zjawisko to najsilniej dotyczy ludzi poniżej 25. roku życia, czyli pokolenia, które dorastało już w świecie ekranów.

Co właściwie się dzieje? Przesuwamy ciężar relacji z rozmów bezpośrednich (face to face) na komunikację ekranową (screen to screen). Wokół nas wyrasta infrastruktura, która pozwala nie mówić: samoobsługowe kasy, biletomaty, aplikacje bankowe, automatyczne check‑iny. W miejscach, gdzie kiedyś trzeba było zamienić choć dwa zdania, dziś wystarczy stuknąć w ekran. Zamiast rozmowy – SMS. Zamiast tonu głosu – emotikon. Zamiast opowieści – mem lub rolka. Zamiast rozmowy z ekspedientką – regały i kasa samoobsługowa (czytaj opowieść o dwóch kiełbaskach).

W codzienności pojawia się coraz więcej zachowań przypominających autystyczne wycofanie, choć nie mających nic wspólnego z klinicznym autyzmem: unikanie kontaktu wzrokowego, lęk przed rozmową z nieznajomym, poczucie dyskomfortu, gdy trzeba zadzwonić zamiast napisać. Słuchawki stają się przenośną ścianą dźwiękoszczelną, którą nosimy ze sobą jak tarczę. Coraz trudniej wejść w spontaniczną interakcję, bo spontaniczność wymaga odwagi, a ekrany tę odwagę skutecznie amortyzują.

Jednocześnie świat informuje nas o swoich złożonościach w formie krótkich komunikatów: paski newsowe, powiadomienia, równoważniki zdań. Złożone procesy redukujemy do kilku słów, bo tyle mieści się w okienku powiadomienia. W efekcie nie tylko mniej mówimy – mniej też rozmawiamy, a rozmowa to coś więcej niż wymiana informacji. To sposób regulowania emocji, budowania więzi, uczenia się siebie nawzajem. Rozmowa to budowanie relacji. Mamy coraz mniej spotkań przy stole z licznymi biesiadnikami (zobacz górne zdjęcie), czy to przy rodzinnym obiedzie, czy posiłku w uniwersyteckiej stołówce. Może więc problem nie polega na tym, że za mało powiedzieliśmy, lecz na tym, że czegoś ważnego nie przegadaliśmy. I że wciąż odkładamy tę rozmowę na później, licząc że ekran (algotytm) zrobi to za nas.

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze jeden, cichy, ale znaczący proces: coraz mniej piszemy ręcznie. Długopis czy ołówek stał się narzędziem awaryjnym, używanym głównie do podpisów i sporadycznych notatek. Pismo odręczne – kiedyś podstawowy sposób porządkowania myśli – dziś bywa traktowane jak archaiczna umiejętność, coś pomiędzy kaligrafią, a hobby dla nostalgików. Tymczasem badania neuropsychologów pokazują, że ruch dłoni prowadzącej literę po kartce aktywizuje obszary mózgu odpowiedzialne za pamięć, koncentrację i myślenie sekwencyjne. Pisząc ręcznie, myślimy inaczej – wolniej, głębiej, bardziej refleksyjnie. Gdy przestajemy to robić, zanikają nie tylko ładne litery, ale i pewien sposób rozumienia świata. Na listach obecności czy w pracach pisemnych widać u współczesnych studentów duże trudności z odręcznym pisaniem. Litery są koślawe, pismo mało czytelne, zdania krótkie nieporadne.

A przecież pisanie to nie tylko technika, lecz forma wewnętrznego dialogu. Kiedyś, żeby coś zapamiętać, trzeba było to zanotować. Dziś wystarczy zrobić zdjęcie tablicy, zeskanować stronę, wkleić link. Zamiast zapisu – zrzut ekranu. Zamiast myśli – skrót. Zamiast zdania – fragment. W efekcie coraz trudniej nam budować dłuższe wypowiedzi, bo mózg przyzwyczaja się do myślenia w krótkich impulsach, a nie w ciągłych, dłuższych i spójnych narracjach.

I tu pojawia się kolejna warstwa: narzędzia AI, które potrafią pisać za nas. To wygodne, szybkie, często imponujące. Ale im częściej oddajemy im pióro, tym rzadziej ćwiczymy własne. Zaczynamy tracić nie tylko sprawność językową, lecz także odwagę, by samodzielnie formułować myśli. Skoro algorytm zrobi to lepiej, po co się męczyć? Skoro potrafi ułożyć zdanie, po co próbować samemu? W ten sposób powoli zanika jedna z najbardziej ludzkich kompetencji: umiejętność tworzenia opowieści. Nie tylko opowiadania historii innym, ale przede wszystkim – opowiadania ich sobie. Na przykład w dzienniku refleksji czy pamiętniku.

Pisanie jest jak mięsień. Nieużywany słabnie. A gdy słabnie, zaczynamy polegać na protezach języka: gotowych formułach, kliszach, automatycznych podpowiedziach, gifach, emotikonkach. Zamiast własnego stylu pojawia się algorytmiczna gładkość. Zamiast nieporadnego, ale autentycznego zdania generujemy perfekcyjny akapit, który nie należy do nas. W pewnym momencie może się okazać, że potrafimy rozpoznać dobry tekst, ale nie potrafimy go już stworzyć.

Może więc problem nie polega tylko na tym, że mniej mówimy. Ani na tym, że mniej piszemy. Być może chodzi o coś głębszego: że coraz rzadziej spotykamy się z własnymi myślami w formie, która wymaga wysiłku, czasu i uważności. A bez tego trudno budować nie tylko relacje z innymi, ale i relację z samym sobą. Czy to jest to, o czym wcześniej pisał Jacek Dukaj? Wchodzimy w epokę postpiśmienności i nowej mówioności? A ta mówioność jest przede wszystkim ekranowa?

Jak więc odzyskać to, co ewidentnie tracimy? Paradoksalnie – nie przez odrzucenie technologii, lecz przez przywrócenie proporcji. Rozmowa, pismo i narracja nie zniknęły. One jedynie ustąpiły miejsca wygodniejszym, szybszym, bardziej błyskotliwym formom komunikacji. Żeby wróciły, trzeba im zrobić przestrzeń. Najprościej zacząć od rozmowy. Wystarczy kilka minut dziennie, by przełamać ekranową ciszę: zadzwonić zamiast napisać, zapytać ekspedientkę o coś więcej niż „paragon?”, zagadać współpasażera, pozwolić, by dialog potoczył się nieprzewidywalnie. Rozmowa jest jak mięsień społeczny – im częściej go używamy, tym mniej krępuje nas kontakt z drugim człowiekiem. A gdy wraca swoboda, wraca też ciekawość, która jest paliwem relacji.

Z pisaniem jest podobnie. Nie trzeba od razu prowadzić dziennika ani tworzyć literackich miniatur. Wystarczy krótka notatka odręczna: trzy zdania o tym, co dziś przykuło uwagę, jedno zdanie o emocji, szkic myśli, która nie chce zniknąć. Ręka, która kreśli litery, zmusza mózg do zwolnienia, a zwolnienie otwiera przestrzeń na refleksję. To powolne pisanie jest jak rozmowa z samym sobą – intymna, nieśpieszna, wymagająca obecności.

Najtrudniejsza do odzyskania jest narracja, bo wymaga czasu i ciągłości. Ale i ona wraca, gdy zaczynamy znów układać myśli w sekwencje, a nie w impulsy. Można zacząć od drobiazgów: opowiedzieć komuś dzień nie w punktach, lecz w historii; spróbować opisać sytuację tak, by miała początek, rozwinięcie i puentę; przeczytać tekst nie po to, by wyłowić informację, lecz by zanurzyć się w opowieści. Narracja to sposób porządkowania świata – jeśli jej nie ćwiczymy, świat staje się chaotyczny, poszatkowany, trudny do uchwycenia. Technologia nie musi być wrogiem. Może być narzędziem, o ile nie pozwolimy jej przejąć tego, co najbardziej ludzkie: rozmowy, pisma, opowieści. To kompetencje, które nie giną – one jedynie cichną, gdy ich nie używamy. 

Opowieści stworzyły człowieka jako istotę społeczną. Towarzyszyły nam, gdy posługiwaliśmy się kamiennymi pięściakami i oszczepami. Towarzyszyły nam, gdy sierpem kosiliśmy zboże. Nawet w fabryce. Warto do narracyjnych opowieści powracać nawet z nowymi narzędziami AI. A współczesna szkoła i uniwersytet mogą być miejscami, gdzie uczymy opowiadać. I opowiadamy w miejscach niezaplanowanych spotkań: na ławce w parku czy akademickiej stołówce.