8.09.2026

O tym, jak jedna sylaba może zmienić cały świat




Dodając mały fragment można zmienić znaczenie całości. Zmienia się system. Bo całość to coś więcej niż suma części. Kontekst i sąsiedztwo zmienia znaczenie obrazu. Jak z rzeczownika obraz zrobić czasownik, czyli zmieć w czynność? Można obrazować lub obrazić. Ruszyć (uczasownikować) „rzecz” można na różne sposoby a za każdym razem otrzymamy nieco inny sens. Idźmy dalej i sprawdźmy co się stanie ze słowem „obrazić”, gdy dodamy różne przedrostki czyli nieco ozdobimy całość małymi dodatkami (czyli zmienimy kontekst).

Gdyby ktoś powiedział mi, że filozofia mieści się w prefiksach, w pierwszej chwili roześmiałbym się. Ale już zobaczenie jednego przykładu, obrazu, wybija z tego poczucia pewności. Weźmy zatem słowo „obrazić”. Pozornie zwyczajne, nawet trochę przykre – bo przecież nikt nie lubi być obrażony ani obrażany. A jednak wystarczy dostawić do niego dwie, trzy litery z przodu, a znaczenie wywraca się do góry jak naleśnik na patelni.

„Obrazić” pochodzi od prasłowiańskiego obrazu – kształtu, podobizny, formy. Obrazić kogoś pierwotnie znaczyło tyle, co zniekształcić jego wizerunek, naruszyć godność. To już samo w sobie jest niebezpieczne: obraz jako akt złego malarstwa na czyjejś duszy. Paradoksalnie jest więcej innych słów o podobnym znaczeniu. Niżej podaję tylko 10 przykładów, a zapewne znajdzie się więcej.
  • Znieważyć - oznacza obrażenie kogoś, używając obraźliwych słów lub zachowań.
  • Urazić - dotyczyć może sytuacji, gdy ktoś czuje się urażony czyimś zachowaniem, ale niekoniecznie jest to celowe. Możemy urazić nieprawdziwym obrazem kogoś lub sytuacji z nim.
  • Zhańbić - oznacza publiczne poniżenie kogoś, co prowadzi do utraty honoru. Plama na honorze to tez może być obraz.
  • Poniżyć - odnosi się do działania, które ma na celu upokorzenie kogoś.
  • Obmówić - oznacza mówienie źle o kimś za jego plecami.
  • Oczernić - to działanie mające na celu zaszkodzenie czyjejś reputacji poprzez rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji. Oczernianie ma jakiś związek z obrazem, który został zaczerniony, pobrudzony czernią.
  • Zelżyć - używane w kontekście obrażania kogoś w sposób wulgarny.
  • Zniesławić - podobne do oczerniania, ale często odnosi się do publicznego rozpowszechniania fałszywych informacji. Zły obraz sławy.
  • Zbezcześcić - odnosi się do profanacji czegoś, co jest uważane za święte lub szanowane. Sprofanować obraz kogoś.
  • Zhańbić - podobne do zhańbienia, ale często odnosi się do działań, które naruszają czyjąś godność. Naruszają czyjś obraz w szerokim sensie.
Ale jeśli sięgnąć jeszcze głębiej w analizy etymologiczne, to obraz obrazu robi się jeszcze bardziej złożony. W "Słowniku etymologicznym języka polskiego" Aleksandra Brüknera takie znajdujemy wyjaśnienie: "obraz, obrazek; obrazowy, obrazkowy, obraźnik (...) oznaczał pierwotnie wyrzezaną w drzewie (od rzezać, p. raz) lub wyciosaną w kamieniu postać". Obraz jako podobizna miałby zatem swoje pochodzenie w rezaniu, rzezaniu, ryciu w drewnie czy to w kamieniu. Obraz więc byłby podobizną wyrytą, wyrezaną. Ale wróćmy do słowa "obrazić".

Teraz dostawmy przedrostek „wy-”. I możemy już wyobrazić sobie jaki obraz przyjmuje nowa, nieco zmieniona całość. Wyobrazić to już zupełnie inna bajka czyli wy-tworzyć obraz, wyjąć go z niebytu i wystąpić, okazać przed umysłem. Obraz którego jeszcze nie ma, ale jest w wyobraźni i może się zobrazować. Tam, gdzie „obrazić” niszczy czyjąś postać, „wyobrazić” za sprawą umysłu coś tworzy i nie ma negatywnego kontekstu. Czyż nie jest to fascynujące, że jeden rdzeń może być jednocześnie aktem wandalizmu i aktem tworzenia świata, w zależności od tego, przez które drzwi językowe się wejdzie? Jaka przedrostkowa zapowiedź (albo jej brak) przed tym rdzeniem słownym się pojawi, taki i wynik końcowy mamy. Przedrostkowa zapowiedź zmienia sposób patrzenia na rdzeń słowny czyli nasz obraz.

A co się stanie, gdy dodamy z przodu „prze-”? Przeobrazić się nie obraża ale zmienia, wprowadza metamorfozę. Tak jak u płazów czy owadów z przeobrażeniem. Wodna larwa chruścika (kłódki) przeobraża się w imago ze skrzydłami i lądowym trybem życia. I nie dlatego, że ktoś ją obraził, ani że sobie ją wyobraził, tylko dlatego, że „prze-” niesie w sobie ideę przejść na drugą stronę, w tym przypadku zmianę formy z larwy na imago oraz zmianę środowiska wodnego na lądowe. Przedrostek „prze-” to taki tunel językowy – wchodzisz do jednego z kształtów, a wychodzisz z innym.

I tu dochodzimy do sedna: przedrostek do nie ozdobnik. To drogowskaz, który każe rdzeniowi patrzeć w zupełnie inną stronę. To zapowiedź, zwiastun, który ukierunkowuje naszą opinię. Najpierw słyszysz o kimś jego zapowiedź, że jest dobry, zły, ładny, utalentowany, leniwy itp. I już patrzysz w zupełnie innym kontekście, gdy tę osobę zobaczysz. „Obraz” jest jak glina – sam w sobie neutralny, uniwersalny, dowolny kształt, jaki nadamy mu kontekstem. To przedrostki, sufiksy i kontekst sąsiedztwa, a nawet intonacja wypowiadania konkretnego słowa czynią sens całości. Spróbujcie dowolne słowo wypowiedzieć z różną intonacją. Będzie miało takie samo znaczenie w odbiorze? Bez intonacji głosu język pisany jest uboższy od tego mówionego...

Skoro już bawimy się w demiurgów języka, pozwólmy sobie na narzędzie twórczej wyobraźni i wymyślmy nowe słowa z tego samego rdzenia. Słowa, których jeszcze nie było, nikt (oprócz dzieci) ich nie używał. Jakie mogą mieć znaczenie?

Doobrazić – kiedy obraziliśmy kogoś tylko trochę, za mało, i musimy tę robotę dokończyć. „Nie doobraziłem go, więc wrócę i jeszcze raz obrażę kompletnie” – napisze może najemny i opłacany zawodowy albo internetowy troll-perfekcjonista, dla którego dobra obraza to sztuka wymagająca staranności.

Podobrazić – coś w rodzaju ukrytej, subtelnej złośliwości, obrazy podanej pod nosem, ledwie zauważalnej, w sam raz na aperitif przed rywalizacją. „Nie powiedziano wprost nic złego, tylko tak trochę podobraził” – to obraza w wersji light, bez cukru, ale z posmakiem. 

Zaobrazić – tu przedrostek „za-” dodałby przesadę albo zamknięcie w formie: zaobrazić kogoś, kto może zawierać uwięziony w jednym, sztywnym wizerunku, skazać na etykietkę, z której nie wynika. „Media go zaobraziły jako złoczyńcę i już nic tego nie zmieniło” – ktoś został zamknięty w obrazie jak w klatce. Można jeszcze "zobrazić", choć znamy jedynie z formy "zobrazować". Jedna literka mniej a już nieco inne znaczenie. A może i tu iść w kierunku znaczenia malarskiego, a wtedy zaobrazić mogło by znaczyć uwiecznić kogoś na obrazie, czyli namalować jego portret? Czy to już koniec wyobraźni z przedrostami i końcówkami? Jest ich w języku więcej. Sami spróbujcie, np. nad-obrazić, obrazi-ciel itd.

Ale przecież można doobrazić i podobrazić w zupełnie innym sensie, np. tworzenia materiałów. do malowania obrazu przez malarza. Jest podobrazie, więc może podobrazić oznaczać mogłoby prace przygotowawcze do podobrazia? A pozostając w tej samej tematyce doobrazić, oznaczać mogłoby dokończenie malowania obrazu. Wyobraźnia nasza może stworzyć znacznie więcej znaczeń. Tak jak garncarz z jednego kawałka gliny ulepić może całkiem różne rzeczy: donicę, kubek, wazę, talerz itd.

Czy te słowa naprawdę są prawdziwe? Nie, na razie żyją tylko w naszej wyobraźni. Dopóki ktoś ich nie użyje w konkretnym kontekście, opisze ich znaczenie a inny podchwycą i zaczną używać. Tak jak z kęsem gliny, póki garncarz z niej czegoś nie ulepi, nie wypali w piecu a inni nie zaczną tego używać.

A może człowiek też jest jak ten rdzeń słowny – nabiera sensu i znaczenia dopiero w otoczeniu innych ludzi? Sam w sobie znaczy niewiele. Natomiast w działaniu, w zestawieniu z drugim człowiekiem, z kontekstem, nabiera zupełnie nowego sensu. Tak jak w przysłowiu, z jednego drzewa i krzyż i łopata. A może bycie sobą zmienia się w zestawieniu z przedrostkami? Być „wy-sobą”, kiedy odkrywamy coś nowego, „prze-sobą”, kiedy się zmieniamy, albo, niestety, czasami po prostu ktoś, kto pojawił się i musi to jeszcze do-sobić, żeby była sprawa jasna.

Przedrostki w języku polskim (ale przecież nie tylko w naszym języku!) pełnią niezwykle istotną rolę, przekształcając znaczenie słów w sposób, który może być zarówno subtelny, jak i radykalny. Na przykładzie słowa „obrazić” możemy zaobserwować, jak niewielka zmiana na początku wyrazu może prowadzić do zupełnie odmiennych konotacji. Słowo „obrazić” oznacza zazwyczaj akt znieważenia kogoś, sprawienia, że ktoś czuje się urażony lub poniżony. Jest to działanie, które ma na celu zadanie emocjonalnej krzywdy, często poprzez użycie obraźliwych słów lub zachowań. W społecznym ujęciu, „obrazić” można postrzegać jako naruszenie integralności drugiej osoby, jako akt, który podważa jej godność i wartość.

Z drugiej strony, mamy słowo „wyobrazić”. Przedrostek „wy-” sugeruje pewien rodzaj oddzielenia lub wyodrębnienia. „Wyobrazić” oznacza stworzenie mentalnego obrazu czegoś, co nie jest obecne w rzeczywistości. Jest to akt twórczy, który pozwala nam eksplorować możliwości, marzenia i idee. W filozoficznym kontekście, „wyobrazić” można postrzegać jako ekspansję umysłu, jako sposób na przekraczanie granic rzeczywistości i odkrywanie nowych światów. Kolejnym przykładem jest „przeobrazić”. Przedrostek „prze-” sugeruje przejście przez coś, transformację. „Przeobrazić” oznacza zmienić coś w sposób fundamentalny, przekształcić jedną formę w inną. W takim ujęciu, „przeobrazić” można postrzegać jako akt metamorfozy, jako proces, w którym coś starego umiera, aby mogło narodzić się coś nowego. Jest to dynamiczny proces, który wymaga otwartości na zmianę i gotowości do porzucenia starych wzorców.

Te trzy przykłady („obrazić”, „wyobrazić”, „przeobrazić”) pokazują, jak przedrostki mogą zmieniać znaczenie słów, prowadząc nas od aktu krzywdzenia do aktu tworzenia, od oddzielenia do transformacji. W filozoficznym sensie, przedrostki te odzwierciedlają różne aspekty ludzkiego doświadczenia: cierpienie, kreatywność i przemianę. Każdy z tych aktów – obrażanie, wyobrażanie, przeobrażanie – jest częścią większej narracji o ludzkiej egzystencji, o naszej zdolności do niszczenia i tworzenia, do cierpienia i rozwoju.

W ten sposób, przedrostki nie tylko zmieniają znaczenie słów, ale także otwierają przed nami nowe perspektywy na temat natury rzeczywistości i naszego miejsca w niej. Zupełnie tak samo jak naszyjnik, apaszka czy torebka do sukienki zmieniają wygląd kobiety. Nie mówiąc o butach...

7.09.2026

Weź mnie czyli zostaw swój ślad na Ziemi

Przykład pozostawionej książki w Katowicach. 
 

Każdy człowiek chce zostawić jakiś ślad na Ziemi. Ślad po sobie. Proste „tu byłem”, niczym pies zaznaczający swoją obecność i swoje terytorium. Albo terytorialny gatunek oznaczający swój rewir zapachem lub głosem. Nawet terytorialne chruściki z rodzaju Hydropsyche strydulując zaznaczają swój teren "ja tu łowię". W samym pragnieniu pozostawienia śladu nie ma zresztą niczego złego. Przeciwnie, jest ono częścią naszej ludzkiej natury i gatunku terytorialnego, społecznego. Zostawiamy fotografie, książki, budynki, obrazy, drzewa, wspomnienia. Chcemy, żeby po naszym przejściu przez świat coś pozostało.

Problem zaczyna się wtedy, gdy jedynym pomysłem na "nieśmiertelność" jest bazgroł na cudzej elewacji. Wulgarne napisy, pseudonimy, symbole klubowe czy przypadkowe kreski na murach nie są przecież żadnym twórczym śladem. Kibolskie gangi oznaczają swój teren  demolując ławki, przystanki lub wypisując mało estetyczne napisy na elewacjach. To zwyczajny wandalizm. Podobnie jak nacinanie drzew scyzorykiem, wydrapywanie napisów na ławkach czy niszczenie przystanków. Czasem ktoś chce w ten sposób powiedzieć „tu byłem”, ale w rzeczywistości mówi coś zupełnie innego: „nie obchodzi mnie, że to jest wspólne i że inni będą musieli za moje zachowanie zapłacić”. Niszczenie i dewastacje to jedyny pomysł na zaistnienie i zaznaczenie swojego bycia, swojego istnienia?

Jest w tym zresztą coś paradoksalnego. Człowiek chce być zauważony, a jednocześnie pozostawia po sobie coś, co większość przechodniów chciałaby jak najszybciej usunąć. Kosztowne odmalowanie elewacji, wymiana szyby na przystanku czy czyszczenie zabytkowego muru stają się rachunkiem wystawionym całej społeczności. Prywatna potrzeba zaznaczenia własnego istnienia zamienia się w publiczny koszt i wspólną szpetotę.

Najbardziej przykre jest to, że podobne „tu byłem” trafia czasem w miejsca, które powinny być dla nas szczególnie ważne. Widziałem takie ślady nawet na Jasnej Górze. Widziałem je również na średniowiecznych freskach w jednej z kaplic w Lublinie. Człowiek, który wydrapuje swoje imię w zabytku mającym kilkaset lat, najwyraźniej chce konkurować z historią. Tyle że jego podpis nie staje się przez to bardziej wartościowy. Jest tylko kolejną warstwą zniszczenia. To już lepiej zrobić swoje selfie "tu byłem" i umieścić w mediach społecznościowych... 

A przecież można zostawić po sobie ślad zupełnie innego rodzaju. Można zostawić komuś książkę. Bookcrossing jest pięknym przykładem kultury dzielenia się, w której przedmiot nie jest własnością zamkniętą w domowej biblioteczce, lecz zaczyna wędrować między ludźmi. Szczególnie podoba mi się zwyczaj zostawiania książek na przystankach. Anna Wojszel, warmińska artystka z Wipsowa, tworzy takie małe punkty wymiany książek. Tam, gdzie pomaluje przystanek, tam zostawia na dobry początek kilka książek. Wcześniej zbiera książki od innych, te niepotrzebne. Jeśli mamy w domu książkę, której już nie potrzebujemy, możemy ją tam zostawić. A jeśli akurat nie mamy czego podarować, możemy odwiedzić półkę bookcrossingową, zabrać książkę i po przeczytaniu przekazać ją dalej. Możemy nawet napisać w niej kilka słów od siebie. Taki dopisek będzie śladem człowieka – ale śladem, który nie niszczy, tylko łączy.

Innym sposobem są malowane kamyczki. Mały kamień, ozdobiony kolorowym obrazkiem czy krótkim przesłaniem, może powędrować z rąk do rąk i z miejsca na miejsce. Ktoś go znajdzie, uśmiechnie się, zrobi zdjęcie, zostawi w innym miejscu. Zamiast dewastacji mamy więc grę, sztukę, niespodziankę i społeczną opowieść. Małe rzeczy a jednak zupełnie inny stosunek do świata i znacznie trwalszy ślad. 

Ślad po człowieku nie musi być raną zadaną krajobrazowi ani samopoczuciu innych ludzi. Ani raną zadana innemu człowiekowi czy estetyce. Może być prezentem. Może być książką, obrazkiem na kamyku, posadzonym drzewem, dobrym słowem, fotografią albo wiedzą przekazaną drugiemu człowiekowi. Dobre wspomnienia w naszych głowach zostają na dłużej, niż te bolące, nieestetyczne, agresywne, czy wulgarne.

Stać nas przecież na więcej niż prymitywne „tu byłem”. Jeśli naprawdę chcemy zaznaczyć swoją obecność na Ziemi, zróbmy to tak, aby świat po naszym odejściu był choć odrobinę lepszy, ciekawszy i piękniejszy. To dopiero będzie wartościowy ślad. I znacznie trwalszy.

5.09.2026

O wierze, niewierze i denialiźmie



Człowiek od zarania dziejów poszukuje sensu w otaczającym go chaosie, tworząc narracje mające oswoić lęk przed niewiadomą. W współczesnym świecie relacja między rozumem a iluzją przybrała jednak specyficzną, wypaczoną formę. Obserwujemy dziś osobliwy dramat, w którym wiara nie dotyczy już sfery sacrum, lecz przybiera postać denializmu – zorganizowanego odrzucenia ustaleń naukowych. To ludowa wiara, gdzie każdy może być prorokiem. Może ta sprawczość tak kusi? Szeregi antyszczepionkowców, zwolenników teorii spiskowych czy osób kwestionujących kryzys klimatyczny nie poszukują prawdy, lecz dogmatu dającego poczucie złudnej kontroli. Ta nowa wiara rzadko jednak powstaje w próżni. Nierzadko stanowi ona przemyślny biznes, w którym cyniczni oszuści żerują na naiwności ludzkiej, oferując cudowne terapie na nowotwory czy metafizyczne recepty na skomplikowane problemy współczesności.

Biegunowo przeciwną postawą jest niewiara, utożsamiana tu z metodą naukową. Nauka z natury swojej nie „wierzy”. Nauka, jako proces badawczy, wątpi, weryfikuje i poddaje bezwzględnym testom empirycznym każdą postawioną hipotezę. Odrzuca zabobon na rzecz żmudnego procesu poznawczego. Jednak konfrontacja między naukową niewiarą a denialistyczną wiarą nie jest czystą dysputą intelektualną. Denializm, aby skutecznie uwodzić odbiorcę, stosuje strategię głęboko zakorzenioną w biologii czyli mimikrę.

W świecie przyrody mimikra jest sztuką kamuflażu i przetrwania. Bezbronny organizm przybiera barwy gatunku jadowitego, a drapieżnik upodabnia się do niewinnego otoczenia, by oszukać ofiarę. Analogicznie pseudonaukowy denializm przyobleka szaty prawdziwej nauki. Używa skomplikowanego, quasi-medycznego języka, powołuje się na zmanipulowane statystyki, tworzy własne instytuty i przyznaje stopnie naukowe w fikcyjnych dziedzinach. Ta ewolucyjna wręcz adaptacja kłamstwa pozwala mu zwieść ludzki umysł. Denializm udaje racjonalność, by niepostrzeżenie wstrzyknąć do świadomości odbiorcy emocjonalny fałsz, czerpiąc z tego procederu materialne zyski. Niczym pasożyt mylący i dezorientujący system obronny organizmu, wnika do środka i tam ujawnia swoją pasożytniczą naturę.

Dlaczego tak łatwo ulegamy tej mimetycznej iluzji? Odpowiedź leży w naszej własnej przeszłości ewolucyjnej. Nasze umysły kształtowały się w warunkach, w których szybkie decyzje emocjonalne miały bezpośrednie znaczenie adaptacyjne. Dostrzeżenie kształtu przypominającego węża wymagało błyskawicznej ucieczki i to bez zbędnego zastanawiania się, czy dany osobnik jest jadowity, czy całkowicie niegroźny. Koszt błędu poznawczego w przypadku zwłoki był zbyt duży. Inaczej traktowaliśmy obiekty nieruchome, takie jak grzyby. Widząc grzyba w lesie, nasi przodkowie nie uciekali w popłochu; zatrzymywali się, analizowali, porównywali i oceniali ryzyko zatrucia. Zastanawiali się na spokojnie: czy trujący czy jadowity czy może jednak jadalny?  Czasem ostrożnie próbowali mały kawałek lub obserwowali zwierzęta. I czekali na rezultaty. Zasięgali opinii innych: czy ktoś zjada takie grzyby i jak się po nich czuł? Długi namysł i powolna analiza. W przypadku ruchliwych zwierząt, potencjalnie niebezpiecznych, lepsza była szybka i emocjonalna reakcja niż spokojne i powolne zastanawianie się.

Tragedia współczesnego człowieka polega na tym, że mechanizm ucieczki przed wężem przeskoczył w sferę abstrakcyjnych pojęć. Teorie spiskowe i denialistyczne dogmaty uruchamiają w nas ten właśnie pierwotny, emocjonalny odruch – szybką aktywację lęku lub oburzenia, która wyłącza powolną, analityczną refleksję. Między naukową niewiarą a denialistyczną wiarą toczy się zatem walka o to, jak potraktujemy docierające do nas informacje: czy jak groźnego cienia, od którego należy natychmiast uciec w ramiona prostej iluzji, czy jak nieruchomy grzyb, nad którym trzeba się pochylić, zachować dystans i spokojnie sprawdzić, co naprawdę kryje się pod jego kapeluszem.

Być może właśnie na tym polega jedno z największych wyzwań współczesności. Nasz mózg wciąż reaguje jak organizm z sawanny sprzed setek tysięcy lat, podczas gdy żyjemy w oceanie zalewającej nas informacji. Mimikra nie zniknęła wraz z rozwojem cywilizacji. Zmieniła jedynie środowisko. Dziś nie udaje liścia ani osy. Udaje naukę. Udaje fakty i sprawdzone informacje.

A nauka? Nauka pozostaje wierna swojej niewierze. Nie ufa pozorom, nie zachwyca się podobieństwem, nie ulega emocjonalnym skrótom. Sprawdza. Powtarza. Wątpi. I właśnie dlatego, choć często przegrywa wyścig o pierwsze wrażenie, ostatecznie pozostaje najskuteczniejszą metodą odróżniania prawdy od jej doskonale wykonanej imitacji.

Zmieniona i poszerzona wersja felietonu dla VariArtu "Kij w mrowisko".

4.09.2026

Doliny rzeczne to infrastruktura klimatyczna

Widok na Płocidugę Dużą z ulicy Tuwima, koniec sierpnia 2026 r., Olsztyn. Widoczny główny kanał odprowadzający wodę z tego obiektu. 


W tradycyjnej inżynierii polegamy na tak zwanej „szarej infrastrukturze”: betonowych wałach, podziemnych rurach i żelbetowych zbiornikach. Kosztują one miliony złotych, wymagają stałych napraw, a przy gwałtownych ulewach i tak bywają bezradne. Naturalna dolina rzeczna wykonuje tę samą pracę znacznie skuteczniej, działając jak wielofunkcyjny system inżynieryjny.
 
Dolina rzeczna to w przenośni płuca miasta czyli naturalna klimatyzacja miejska. Płynąca woda w połączeniu z roślinnością obniża temperaturę otoczenia w czasie upałów nawet o kilka stopni. Działa jak gigantyczny nawilżacz i wentylator, rozbijając niebezpieczne dla zdrowia miejskie wyspy ciepła.
Jest jednocześnie samonaprawialnym buforem przeciwpowodziowym. Ekologicznie zdrowa rzeka potrzebuje przestrzeni. Gdy poziom wody rośnie, roztopy i deszcze rozlewają się na podmokłe łąki i starorzecza. Czy tak jak w przypadku Olsztyna do dawnego, osuszonego jeziora rzecznego. Dolina przejmuje energię fali powodziowej i magazynuje miliony metrów sześciennych wody bez użycia ani jednej tony cementu. Czasem tylko pomagają bezgotówkowo bobry. I w końcu dolina rzeczna to rezerwuar na czasy suszy. Woda zatrzymana w dolinie nie ucieka błyskawicznie do morza. Wsiąka w grunt, zasila podziemne warstwy wodonośne i powoli oddaje wilgoć do otoczenia. Dzięki temu roślinność wokół rzeki potrafi przetrwać długie tygodnie bez deszczu.

Uznanie rzek za infrastrukturę wymaga całkowitej zmiany myślenia o budżetach miejskich. Jeśli wydajemy miliony na utrzymanie dróg czy sieci energetycznych, z tą samą troską powinniśmy chronić korytarze rzeczne. Różnica polega na tym, że obsługa infrastruktury naturalnej nie wymaga jej ciągłego przebudowywania. Wystarczy jej nie niszczyć i nie zabudowywać. Każdy metr kwadratowy terenu podmokłego oddany rzece to mniej zalanych ulic i zniszczonych piwnic. Natura oferuje nam darmowe, niewyczerpywalne rozwiązanie inżynieryjne. Musimy tylko pozwolić rzekom być rzekami.

Holandia przeprowadziła największą na świecie reformę zarządzania wodą pod hasłem Ruimte voor de Rivier („Przestrzeń dla rzeki”). Zamiast bez końca podwyższać wały przeciwpowodziowe, Holendrzy przesunęli je w głąb lądu, poszerzyli koryta i utworzyli kontrolowane tereny zalewowe w ponad 30 lokalizacjach. W Nijmegen nad rzeką Waal wykopano dodatkowy kanał ulgi, tworząc zieloną wyspę miejską, która podczas wezbrań bezproblemowo przyjmuje nadmiar wody.

Inne miasta w Europie i Polsce również skutecznie wykorzystują naturalną retencję rzeczną. Na przykład  w Monachium (Niemcy) projekt Isar-Plan, gdzie na odcinku 8 kilometrów usunięto betonowe obudowania rzeki Izary. Odtworzono naturalne meandry, żwirowe wyspy i szerokie tereny zalewowe. Rzeka przestała zagrażać miejskim osiedlom, a jej brzegi stały się głównym terenem rekreacyjnym.
Kolejny przykład to okolice Wrocławia w Dolinie Widawy (obszar Natura 2000). Podczas przebudowy węzła wodnego odsunięto wały od rzeki Widawy. Stworzono szeroki polder zalewowy, który przy wysokim stanie Odry bezpiecznie przejmuje falę wezbraniową i chroni miasto przed powodzią. I w końcu Warszawa z jej dzikim brzegiem Wisły. Prawy brzeg Wisły w stolicy celowo pozostawiono nieuregulowany. Obszar Natura 2000 w samym środku metropolii działa jak naturalny bufor retencyjny i unikalny korytarz ekologiczny. I jest miejscem rekreacji dla Warszawiaków.

W Kopenhadze (Dania) powstały parki retencyjne. Po serii nawalnych ulew miasto przekształciło miejskie skwery i parki w obniżone tereny zielone. W czasie suszy służą do wypoczynku, a podczas ulew zamieniają się w tymczasowe stawy retencyjne. 

Można zauważyć, że współczesne miasta odwracają się twarzą do swoich rzek. Przestały traktować  rzeki jako kanalizację do odbioru nieczystości i dostrzegły wartość krajobrazową. Mieszkańcy chcą widzieć swoje rzeki, spacerować nad brzegami i cieszyć się przyrodą. Tak stało się w Olsztynie gdy zbudowano Park Centralny. Podobnie dzieje się teraz w małym, mazowieckim miasteczku, w Przasnyszu. Wzdłuż rzeki Węgierki powstają bulwary spacerowe. To trwały trend cywilizacyjny widoczny już w wielu miejscach. 

Oddanie przestrzeni rzekom przestaje być traktowane jako uległość wobec natury. To najnowocześniejsza, najtańsza i najskuteczniejsza inżynieria miejska XXI wieku. A rzeka, jak to rzeka, czasem wylewa i czasowo nie mamy wszędzie dostępu. Nie traktujmy tego jako katastrofę. Wszystko działa jak należy. I takich terenów podwójnego przeznaczania: retencyjnego i rekreacyjnego powinno być coraz więcej. 

3.09.2026

Wewnętrzne życie łopianu

Wewnętrzne życie łopianu w pierwszym skojarzeniu kieruje nas ku życiu duchowemu, intelektualnemu. Ale rośliny nie mają układu nerwowego ani tym bardziej mózgu. Biolodzy często żartują, porównując wewnętrzne życie człowieka do życia różnych pasożytów i symbiontów, znajdujących się wewnątrz naszego organizmu. Są wewnątrz a więc jakieś życie „wewnętrzne” jest. Czasami pojęcie życia wewnętrznego wykorzystywane jest do opisu hologenomu czy holobionta. Ale rośliny nie mają przewodu pokarmowego! Jakie więc życie wewnętrzne mógłby mieć łopian, bylina? Wystarczy odwołać się do pojęcia holobionta czy botanicznego konsorcjum. Z każdą rośliną związane są jakieś wirusy, bakterie czy grzyby. Tych zazwyczaj nie widzimy. Liczne małe roślinożerne pasożyty, takie jak choćby mszyce, już swoim okiem dostrzeżemy. Także tajemnicze wzroki na liściach, jak te na zamieszczonych zdjęciach. To są miny czyli takie mini górnicze korytarzyki, drążone przez owady. Wewnątrz liścia a więc jakaś wewnętrzność już jest. I o tym jest niniejszy artykulik.

Co jeszcze zobaczymy na liściach roślin, np. łopianu? Galasy czyli wyrośla. Oraz ślady żerowania innych foliofagów czyli małych roślinożerców. To oczywiście zupełnie inna opowieść, na inny raz.

Zacznę swą łopianą opowieść od wiejskiego lub wakacyjnego podwórka. Kwiatostany a potem owocostany to rzepy. Posiadają zagięte i liczne haczyki. Dzięki nim łatwo przyczepiają się do ubrań czy włosów. I myśmy rzucali w siebie takimi rzepami. Jakaś mała podwórkowa zabawa. Najgorzej, jak taki rzep przyczepił się do włosów, zwłaszcza dziewczynek. Dlatego niejednokrotnie dostawaliśmy zakaz by nie rzucać we włosy. Ale wydłubywanie rzepów z ubrań, też było męczące. Rzepy, czepiające się nie tylko psiego ogona, to biologiczne przystosowanie łopianu do dyspersji nasion. Dojrzałe owoce, zasuszone, łatwo przyczepiają się do sierści zwierząt i wędrują daleko od miejsca swojego „urodzenia”. Biolodzy nazywają to zoochorią.

Łopian ma duże liście, więc często robiliśmy sobie z nich czapki lub parasolki (oczywiście to tylko podwórkowa, dziecięca zabawa). Lub wykorzystywaliśmy do budowy szałasów. I w tamtych, wakacyjnych czasach, nie myślałem nigdy o wewnętrznym życiu łopianu. Dopiero studia biologiczne i wieloletnia praktyka ekologa terenowego zmieniła mój sposób patrzenia na świat.

Wróćmy do tytułowego łopianu, który wygląda jak roślinny olbrzym z kapeluszem liściowym i fioletowymi kulkami kwiatów. Olbrzymem wydawł się wyrośnięty łopian zwłaszcza dla małego dziecka. Pod tą pozorną surowością rzepiej byliny kryje się miniaturowe miasto z własnymi ulicami, mieszkańcami i infrastrukturą. Te „ulice” to miny liściowe — cienkie korytarzyki i plamy wyżarte wewnątrz blaszki liścia przez larwy owadów. Opowieść o wewnętrznym życiu łopianu to opowieść o tych, którzy kopią (a w zasadzie wygryzają) tunele w łopianie, o ich ekologicznych powiązaniach i o tym, jak pojęcie holobiont pomaga zrozumieć, że łopian to nie tylko samotna roślina, lecz złożony system współzależności.


Najczęstszymi lokatorami liści są larwy muchówek z rodziny miniarkowatych (Agromyzidae). To drobne, niemal przezroczyste „robaczki” (muchy), które wgryzają się między warstwy liścia i zostawiają kręte, jasne korytarze. Zjadają liście ale są schowane wewnątrz blaszki liściowej a przez to ukryte przed drapieżnikami. Obok nich bywają minówki motyli z rodziny kibitnikowatych (Gracillariidae), które zaczynają od cienkich korytarzy, a potem rozszerzają je w plamy lub kieszonki i czasem zwijają liść. Rzadziej sprawcami bywają niektóre chrząszcze, roztocza czy nicienie, ale to agromyzydy i gracillariidy są najczęściej notowanymi „kopaczami” łopianu. Z samego zdjęcia nie da się chyba wywnioskować kto tak na pewno jest sprawcą tych wzorów. Potrzebne byłoby bliższe przyjrzenie się, a najlepiej zobaczenie larw pod powiększeniem.

Dlaczego wybierają łopian? Liść to jednocześnie spiżarnia i schronienie: miękka tkanka do żerowania, osłona przed drapieżnikami i stabilne mikrośrodowisko. Dla larwy to jak wynajęcie mieszkania z ochroną i zapasem jedzenia.

Miny to nie przypadkowe dziury — to kronika życia larwy. Kształt miny, szerokość korytarza, rozmieszczenie odchodów owada i sposób, w jaki mina się rozszerza, powiedzą specjaliście-entomologowi, kto był lokatorem. Ja jestem hydrobiologiem i takie światy liściowe są dla mnie czymś nowym, niemalże egzotycznym. Wąskie, kręte korytarze z drobnymi grudkami odchodów zwykle wskazują na miniarkowate (muchówki). Miny zaczynające się jako korytarz, a potem przechodzące w plamę, sugerowałyby motyle z rodziny kibitnikowatych. Dla rośliny to nie tylko defekt estetyczny bo takie wygryzione miny zmniejszają powierzchnię fotosyntetyczną, zaburzają gospodarkę wodną liścia i mogą ułatwiać wtórne infekcje. Wszak taki owad nie sprząta po sobie…

Minowanie chroni przed drapieżnikami i pasożytami, ale nie wszystkimi. Miny są sygnałem: przyciągają pasożyty i drapieżniki, które regulują populacje owadów minujących. Liść z minami to więc nie tylko strata, lecz też informacja i element sieci troficznej. Pojęcie holobiont zmienia perspektywę: roślina nie jest pojedynczym organizmem, lecz złożonym systemem składającym się z rośliny i jej stałych współtowarzyszy — mikrobiomu, grzybów, owadów i innych organizmów. Łopian jako holobiont obejmuje nie tylko jego tkanki, lecz także mikroorganizmy w korzeniach i na liściach, owady minujące, pasożyty oraz drapieżniki tych owadów. Owady minujące wpływają na skład gatunkowy pasożytów i drapieżników, które z kolei kontrolują populacje minerów. Mikrobiom rośliny może modyfikować reakcje na uszkodzenia, zmieniając atrakcyjność liścia dla kolejnych jajoskładaczy (czyli jeden pasożyt odstręcza kolejnych). Sieć zależności obejmuje interakcje chemiczne, behawioralne i troficzne, w których każdy aktor wpływa na innych. Pojęcie holobiontu pokazuje, że uszkodzenie liścia to nie izolowany problem, lecz sygnał o stanie całego systemu.

A teraz pozwólmy sobie na małe, humorystyczne porównanie. Wyobraźmy sobie łopian jako kamienicę: liście to mieszkania, a larwy minerów to lokatorzy, którzy wprowadzili się bez zgody właściciela, nie płacą czynszu ale zostawiają swoje odchody. Agromyzydy (miniarkowate) to studenci wynajmujący pokój na miesiąc; gracillariidy (kibitnikowate) to rodziny, które najpierw wynajmują, potem robią remont i zostawiają większe ślady. Właściciel (łopian) czasem wzywa ochronę — pasożytnicze błonkówki — które robią porządek. Sąsiedzi (inne rośliny) podsłuchują i uczą się, czy warto inwestować w broń chemiczną. Cała kamienica tętni życiem, a administracja ekosystemu pilnuje porządku.

Zrozumienie, kto kopie w liściu, ma praktyczne znaczenie dla ochrony roślin, ale jeszcze ważniejsze jest ekologiczne spojrzenie: liść z minami to fragment opowieści o holobioncie, o współzależnościach i o tym, jak drobne organizmy kształtują większe systemy.

Następnym razem, gdy zobaczysz korytarzyk w liściu łopianu (albo innej roślinie zielnej czy w liściach drzew), pamiętaj, że czytasz właśnie rozdział z mikroekologicznej powieści, gdzie każde miniaturowe owadzie odchody mają swoją historię, a każdy tunel łączy losy wielu gatunków.

2.09.2026

O maglu, rozmowach w pociągu i o zazdrości podsycającej nienawiść

Magiel w muzeum w Nikiszowcu, odtworzenie klimatu dawnego miasta.
 

Nie każdy współczesny człowiek, zwłaszcza ten młody, wie czym był magiel. W kulturze zostało tylko powiedzenie o treściach i opowieściach z magla. Czyli plotkach mało wartościowych. Ludzie, jako gatunek społeczny, od najdawniejszych czasów rozmawiali przy pracy. A magiel do dodatek do pralni. W przemysłowych miastach, dla robotników, mieszkających w domach, budowano pralnie i magle zbiorowe. Nie trzeba było prać w domu (mało miejsca i groźba zawilgocenia murów). W pralni były odpowiednie miejsca na tarę, na gotowanie bielizny. A że żelazka były jeszcze jedynie nowinką to maglowanie było najlepszym sposobem na gładkie ubrania. I w prani był magiel. Kobiety przychodziły tu na wiele godzin, czasem z dziećmi. I był czas na plotkowanie czyli bardzo krótkie opowieści i rozmowy. Teraz nazwalibyśmy je small talk. Krótkie rozmowy, w których swoją analizą i swoim „zdrowym rozumem” staramy się zabłysnąć i zaimponować innym, że wiemy, i znamy wiedzę tajemną, ukrytą przed innymi, że jesteśmy na szczycie hierarchii społecznej, bo jestesmy dobrze poinformowani i to najnowszymi informacjami. Magiel nie był jedynymi miejscem na takie rozmowy.

Także w pociągach zawsze się rozmawiało. Siedzenia w przedziałach były ustawione frontem do siebie, co ułatwiało kontakty i rozmowy. Teraz takich ustawień jest mniej. Ale są. I są rozmowy w czasie podróży. Takie krótkie pogwarki niczym w maglu.  

W czasie urlopowych wojaży, w  pociągu na Górnym Śląsku, mimowolnie przysłuchiwałem rozmowie młodych ludzi. Jechali na weekendowy wypoczynek gdzieś w Beskidy albo do Czech. Dominowali w rozumie mężczyźni. Byli bardziej aktywni. Rozmawiali o różnych rzeczach. W tym o Ukraińcach w Polsce. I z całej rozmowy wywnioskowałem, że mimowolnie polska prawica bardzo zazdrości Ukraińcom. I dlatego ich dyskredytuje, jak każdy zazdrośnik. Czego nieświadomie zazdroszczą? Że teraz to Ukraińcu są „Chrystusem narodów” Europy, że uwaga świata skupia się na ich cierpieniu, na ich walce i na ich bohaterstwie, pozostawiając równocześnie Polaków w cieniu. I nasze chwalebne cierpienia z przeszłości. U nas teraz spokój, nikt nam bomb z samolotów nie zrzuca, w więzieniach nie wyklina, nie jesteśmy pod zaborami ani okupacją. To Ukraińcu są teraz przedmurzem Europy i bronią nas przez dzikimi, azjatyckimi zbrodniarzami. Bronią również Polaków. A my tylko na grillach gardłujemy. Są więc Ukraińcy bardzo ważni. I co najważniejsze, cierpią. W mentalności zajmują uprzywilejowana pozycje, trwale przecież zarezerwowaną dla cierpiętniczej i "wyklętej polskości". I jak tu się z innymi narodami licytować: "Pani choroba to moja zdrowie".

I jak tę zazdrość polska prawica wyraża? A, że Ukraińcy to nie są (prawdziwi) Europejczycy, że są jak wschodni Rosjanie, że nie to co my. Zatem nie można ich przyjmować do UE. Że ich rozwój technologii wojskowej to fikcja. Przecież cały świat chwiali ukraińskie drony. A tu zazdrość, że to pic, że są nic nie warte itd. Nie to co nasze! A najgorsze, że cierpią w bombardowaniach i inne narody im współczują. A jakżeż to tak, przecież to my, prawi Polacy, cierpimy lub cierpieliśmy za miliony, to my byliśmy skrzywdzeni, i nikt nas w krzywdzie nie może wyprzedzić, nie może być bardziej skrzywdzony. Stąd i chyba z tej zawiści rodzi się nienawiść. A przynajmniej zazdrość daje dużo paliwa do postaw antyukraińskich. Bo czymże jest Ruch Obrony Granic na odrzańskim moście czy palenie rac w Berlinie? Tam nic nie grozi, co najwyżej mandat. A odwagi by zapalić race na Placu Czerwonym i przypomnieć 17 września nijak nie starczy… Pozostaje więc zazdrość i rosnąca złość z detronizacji…

To była tylko jednostkowa rozmowa czworga młodych osób. A z jednego przykładu nie można wyciągać jeszcze wniosków ogólnych. Bo byłby to anegdotyczny dowód. Niemniej wydaje mi się, że w tym pociągu, niczym w dawnym maglu, coś było można między wierszami wyczytać. Coś z nastrojów społecznych i sposoby rozumowania. Czy ta diagnoza polskiej martyrologicznej zazdrości jest słuszna? Nie wiem. To już trzeba byłoby przeprowadzić bardziej dokładne i szerzej zakrojone badania socjologiczne.

Wspólnych magli i pralni już nie ma. Pozostają więc przygodne rozmowy w pociągach. By na moment zabłysnąć przed innymi swoją błyskotliwa analizą sytuacji. A jak tam, panie, Chińczyki, czy się trzymają?

1.09.2026

Czasznica workowata z wiejskiego pastwiska

(Sząbruk, Warmia, 10 kseronia, kserotermiczna łąka)
 

Na purchawki zazwyczaj nie zwracamy uwagi. Jako dziecko lubiłem nadeptywać na dojrzałą purchawkę i patrzeć jak „wybucha”,  jak przez otwór na szczycie, pęknięcie, wydobywa się „dym” zarodników. Ciekawy sposób na rozziewanie zarodników. Nie wiedziałem, że jest grzybem jadalnym i wykorzystywanym w medycynie. Spotykałem zazwyczaj purchawki w lesie, w czasie grzybobrania lub spacerów. Oraz na wiejskich pastwiskach. I ostatnio, będąc w Sząbruku w muzeum konnych kieratów, na kserotermicznej łące znowu zobaczyłem ten piękny grzyb, już otwarty i rozsiewający zarodniki. Kserotermiczne pastwisko raczej nie kojarzy się z grzybami, bo te zazwyczaj preferują siedliska wilgotne. Jako saprofity nawet i na suchej łące, na pastwisku znajdą, dla siebie dobre warunki do życia. To, co widzimy, czyli owocniki to tylko fragment grzybiego życia. Większość czasu spędzają w formie podziemnej, strzępkowatej grzybki, ukrytej dla naszych oczu.

Czasznica oczkowata, zwana także purchawką oczkowatą występuje zazwyczaj na suchych pastwiskach. A to przecież siedlisko antropogeniczne. Wcześniej musiała przecież żyć w naturalnych siedliskach. Zapewne były to polany leśne lub naturalne zbiorowiska zielne kserotermiczne, występujące na lekkich glebach.

Czasznica oczkowata , purchawka oczkowata, ma wiele naukowych synonimów: Calvatia utriformis syn. Calvatia caelata, Handkea utriformis Lycoperdon utriforme, Lycoperdon caelatum. Zaliczona jest do rodziny purchawkowatych (Lycoperdaceae), rzędu pieczarkowców (Agaricales). Mykolodzy najpewniej stosunkowo często poddają rewizji i zmianom klasyfikacji swoje obiekty badań, stąd w książkach i na stronach internetowych można spotkać tyle różnych synonimów. Może i dlatego, że w przeszłości gatunek został podzielony na trzy odmiany (ranga taksonomiczna wykorzystywana w botanice i mykologii, niższa od gatunku, zoolodzy używają terminu podgatunek): Calvatia. Utriformis var. utriformis, C. utriformis var. hungarica i C. utriformis var. gruberi. Te odmiany wyróżniono na  podstawie różnic w zdobieniu egzoperidium (zewnętrznej warstwy tkanki ściany, czyli perydium) i zarodników. Późnienie prace wskazały, że te trzy odmiany nie są wyraźnie rozgraniczone miedzy sobą. Co sugeruje, że zmiany w warunkach środowiskowych, w których hodowane są okazy, mogą wpływać na rozwój cech, na podstawie których wyróżniono wspomniane odmiany. W nauce nigdy nie ma nic raz na zawsze ustalone. Bo nauka to dyskusja i ciągłe odkrywanie nowych argumentów, dowodów. W pewnym sensie nauka zawsze podaje wyniki tymczasowe.

Podobno owocniki czasznicy oczkowatej mogą osiągać rozmiary aż do 25 cm szerokości i 20 cm wysokości. Jak tak dużych nigdy nie widziałem. A w książce z mojej domowej biblioteczki („Grzyby i ich oznaczanie” B. Gumińskiej i W. Wojewody) podany jest maksymalny rozmiar 15 cm. Może i wielkość zależy od lokalnych warunków siedliskowych?

Czasznica oczkowata należy do najbardziej charakterystycznych grzybów spotykanych na łąkach i pastwiskach Europy. Ten przedstawiciel purchawkowatych przyciąga uwagę nie tylko rozmiarami, ale także niezwykłą powierzchnią owocnika przypominającą mozaikę lub spękaną korę. Choć dla wielu osób jest jedynie ciekawostką przyrodniczą, odgrywa ważną rolę w funkcjonowaniu ekosystemów trawiastych, a młode owocniki są cenionym grzybem jadalnym. Sam nigdy ich nie jadłem. I bez asysty doświadczonego mykologa nie odważyłbym się spróbować.

Owocnik czasznicy oczkowatej osiąga zazwyczaj od 5 do 15 cm średnicy, niekiedy nawet do 20-25 cm. Ma kształt spłaszczonej kuli, dużej gruszki lub maczugi z nieco zwężoną podstawą. Młode owocniki są białe, jędrne i ciężkie. Najbardziej charakterystyczną cechą gatunku jest zewnętrzna warstwa okrywy. W miarę dojrzewania rozpada się ona na wielokątne, płaskie fragmenty tworzące wzór przypominający mozaikę lub oczka, od czego pochodzi polska nazwa „czasznica oczkowata”. Powierzchnia staje się kremowa, szarawa lub jasnobrązowa. Wnętrze owocnika, zwane glebą, początkowo jest śnieżnobiałe. Z czasem zmienia barwę na oliwkową, a następnie ciemnobrązową. Taką właśnie widać na załączonym wyżej zdjęciu. Dojrzała „gleba” rozpada się na pył zarodnikowy. Gdy osłona pęka od góry, wiatr i krople deszczu uwalniają miliony zarodników do otoczenia. Albo przechodzące zwierzęta lub psotne dzieciaki nadeptują by zobaczyć jak taka purchawka „wybucha” i „dymi”. Zabawa wiejskich pastuszków i wakacyjnych letników spacerujących po pastwiskach. Często po rozsianiu zarodników pozostaje charakterystyczna miseczkowata podstawa utrzymująca się jeszcze przez wiele miesięcy. Może nawet przezimować.

Czasznica oczkowata jest gatunkiem saprotroficznym, czyli odżywia się martwą materią organiczną, zgromadzoną w glebie. Najczęściej występuje poza lasami: na suchych łąkach, murawach, pastwiskach, przydrożach, ugorach oraz na śródleśnych polanach. Szczególnie chętnie zasiedla gleby lekkie, piaszczyste, dobrze nasłonecznione i stosunkowo zasobne w składniki pokarmowe. Można powiedzieć, że niektóre siedliska antropogeniczne dobrze służą czasznicy. Owocniki pojawiają się od późnej wiosny do jesieni, najobficiej latem i wczesną jesienią. Niekiedy tworzą tak zwane czarcie kręgi, czyli mniej lub bardziej regularne okręgi owocników powstające w wyniku promienistego wzrostu grzybni w glebie. Wyznaczając środek takiego kręgu można ustalić, gdzie wykiełkował zarodnik i jak rozwijała się grzybnia w glebie. Czyli zobaczyć to, co jest niewidoczne dla ludzkich oczu z powierzchni gruntu.

Czasznica oczkowata jest gatunkiem stosunkowo pospolitym i szeroko rozpowszechnionym w strefie umiarkowanej półkuli północnej. Występuje w większości krajów Europy, a także w wielu rejonach Azji i Ameryki Północnej. Szczególnie często spotykana bywa na otwartych terenach trawiastych Europy Północnej i Środkowej. Gatunek ten jest szeroko rozpowszechniony w północnych strefach umiarkowanych , często spotykany na pastwiskach i piaszczystych wrzosowiskach. W Polsce uznawana jest za gatunek dość częsty. Można ją znaleźć niemal w całym kraju, zwłaszcza w krajobrazie rolniczym, na ekstensywnie użytkowanych pastwiskach oraz ciepłych murawach.

Podobnie jak wiele innych purchawek, czasznica oczkowata jest jadalna wyłącznie w młodym stadium rozwoju owocnika. Warunkiem spożycia jest idealnie białe wnętrze owocnika. Gdy tak zwana gleba zaczyna żółknąć, oliwkowieć lub brązowieć, grzyb traci wartość kulinarną i nie powinien być zbierany do spożycia. Wykazuje działanie antybiotyczne wobec wielu bakterii i może bioakumulować miedź i cynk.

Badanie aktywności przeciwdrobnoustrojowej kilku gatunków z rodziny Lycoperdaceae przeprowadzone w 2005 roku wykazało, że czasznica oczkowata wykazuje „znaczną aktywność” przeciwko wielu bakteriom, w tym Bacillus subtilis, Escherichia coli, Klebsiella pneumoniae, Pseudomonas aeruginosa, Salmonella typhimurium, Staphylococcus aureus, Streptococcus pyogenes i Mycobacterium smegmatis. Z drugiej strony wykazuje niską aktywność przeciwgrzybiczą przeciwko gatunkom Candida albicans, Rhodotorula rubra i Kluyveromyces fragilis. Badanie stężeń miedzi i cynku w 28 różnych gatunkach grzybów jadalnych wykazało, że czasznica oczkowata selektywnie bioakumulowała zarówno miedź (251,9 mg miedzi na kilogram grzyba), jak i cynk (282,1 mg Zn/kg grzyba) w wyższych stężeniach niż wszystkie inne testowane grzyby. Autorzy tych badań zauważyli, że chociaż te pierwiastki śladowe stanowią ważne wymagania żywieniowe dla ludzi i że czasznicę można uznać za dobre źródło tych pierwiastków, to wchłanianie tych pierwiastków z grzybów jest „niskie ze względu na ograniczone wchłanianie z jelita cienkiego”. Zatem sami, bez konsultacji z lekarzem, nie aplikujmy sobie takich leczniczych czy dietetycznych kuracji. Nie polecam internetowego znachorstwa, bazującego na wyrwanych z szerszego kontekstu wiedzy informacjach podanych przez Chat GPT czy odszukanych na różnych stronach internetowych.

Czy czasznica oczkowata ma właściwości lecznicze? Tak, ale trzeba zachować ostrożność w ocenie. Czasznica oczkowata wykazuje obiecujące właściwości biologiczne w badaniach laboratoryjnych, jednak nie jest uznawana za grzyb leczniczy o potwierdzonej skuteczności klinicznej u ludzi. O pojedynczych badań laboratoryjnych do działności klinicznej jeszcze daleka droga. Najlepiej udokumentowane są właściwości przeciwbakteryjne. Wyciągi z czasznicy oczkowatej wykazywały aktywność wobec różnych bakterii Gram-dodatnich i Gram-ujemnych w badaniach laboratoryjnych. Oznacza to, że grzyb wytwarza związki mogące hamować rozwój drobnoustrojów, ale nie oznacza jeszcze, że spożywanie owocników działa jak antybiotyk u człowieka. Najnowsze badania nad gatunkiem określanym obecnie jako Bovistella utriformis (jeden z akceptowanych synonimów tego taksonu) wykazały, że wyizolowane z niego polisacharydy mogą przyspieszać gojenie ran poprzez wspomaganie regeneracji tkanek i procesów przeciwzapalnych. Wyniki uzyskano na modelach zwierzęcych oraz w analizach molekularnych. To bardzo interesujący kierunek badań, ale wymaga jeszcze potwierdzenia w badaniach klinicznych u ludzi. Badania nad purchawkami i czasznicami wskazują również na obecność związków o aktywności antyoksydacyjnej, które mogą neutralizować wolne rodniki. Dotyczy to jednak głównie analiz ekstraktów grzybowych prowadzonych w warunkach laboratoryjnych. W wielu kulturach purchawki były wykorzystywane do tamowania krwawień i opatrywania ran. Dotyczyło to zwłaszcza dojrzałej masy zarodnikowej, którą przykładano do skaleczeń. Współczesna medycyna nie stosuje jednak takich metod rutynowo.

Młode owocniki są jadalne i zawierają białko, błonnik, składniki mineralne oraz związki bioaktywne charakterystyczne dla grzybów wielkoowocnikowych. Nie są jednak uznawane za „superżywność” ani lek. Czasznica oczkowata posiada potencjał leczniczy, zwłaszcza w zakresie: działania przeciwbakteryjnego, właściwości przeciwutleniających, wspomagania gojenia ran, dostarczania biologicznie aktywnych polisacharydów. Jednak obecnie brak wystarczających badań klinicznych, aby traktować ją jako sprawdzony środek leczniczy. Jej główne znaczenie pozostaje kulinarne i ekologiczne.

Młode owocniki mają łagodny smak i miękką konsystencję. Można je smażyć w panierce, dusić, grillować lub dodawać do zup. Grube plastry młodych owocników bywają porównywane do kotletów grzybowych. Dzięki dużym rozmiarom pojedynczy okaz może dostarczyć surowca do przygotowania posiłku dla kilku osób.

Rola czasznicy oczkowatej w ekosystemach łąkowych wykracza daleko poza jej znaczenie kulinarne. Jako saprotrof uczestniczy w rozkładzie obumarłych szczątków roślinnych, przyspieszając obieg materii i uwalnianie składników pokarmowych do gleby. Dzięki temu zwiększa żyzność siedlisk trawiastych. Grzybnia czasznicy współtworzy bogatą sieć organizmów glebowych, stanowiąc źródło pokarmu dla licznych bezkręgowców. Jednocześnie wpływa na strukturę gleby i procesy humifikacji, które kształtują właściwości fizyczne oraz chemiczne środowiska łąkowego. Obecność czasznicy oczkowatej jest również wskaźnikiem zachowanych, mało przekształconych siedlisk trawiastych. Gatunek ten szczególnie dobrze rozwija się na tradycyjnie użytkowanych pastwiskach i murawach, których różnorodność biologiczna należy do najwyższych w Europie. Zanik takich siedlisk prowadzi często do ograniczenia liczebności wielu gatunków grzybów saprotroficznych, w tym także czasznicy oczkowatej.

Czasznica oczkowata (Calvatia utriformis, syn. Handkea utriformis) jest okazałym grzybem łąk i pastwisk, łatwo rozpoznawalnym dzięki mozaikowato spękanej powierzchni owocnika. Młode egzemplarze są jadalne i cenione przez smakoszy, natomiast w przyrodzie gatunek pełni ważną funkcję saprotrofa odpowiedzialnego za rozkład materii organicznej i utrzymanie obiegu składników odżywczych. Stanowi zarazem interesujący element bioróżnorodności tradycyjnych krajobrazów łąkowych, przypominając o znaczeniu grzybów w funkcjonowaniu ekosystemów. I jest wdzięcznym obiektem fotograficznym. Zwłaszcza te dojrzałe i popękane owocniki.

29.08.2026

Relacja z VI Konferencji Ochrony Wód

Fot. Zofia Szulgit.

W Nowym Młynie nad rzeką Wełną (Wielkopolska) odbyła się VI Konferencja o Ochronie Wód. Byłem drugi raz i ponownie wracam bardzo zadowolony, z wieloma nowymi informacjami i pomysłami.  Uczestniczyli w tej konferencji naukowcy z różnych polskich uczelni i dyscyplin oraz przedstawiciele władz samorządowych i organizacji pozarządowych. Naukowcy spotykali się z praktykami by dyskutować o problemach ochrony wód, w tym wynikających ze zmian klimatu. Przedstawiano zarówno podstawy teoretyczne jak i przykłady praktycznych działań w różnej skali.

Konferencja wydaje się nietypowa, bo obrady i dyskusje odbywały się nie w jakimś hotelu czy na uczelnianej auli ale w terenie. Czyli tam gdzie się chroni wodę i gdzie najbardziej widać lokalne problemy z zasobami wodnymi. Tematyka konferencji widoczna była tuż obok, np. przepływająca rzeka Wełna i krajobraz rolniczy. Taka formuła do skuteczne wyjście z wiedzą naukową do społeczności lokalnej i szybki transfer wiedzy z uniwersytetu do praktyki. Formuła tej konferencji jest nietypowa i bardzo trafna. Warto ją naśladować w innych częściach Polski. Polecam uwadze i zachęcam do udziału w przyszłym roku.

Najkrócej konferencję możnaby streścić jednym zdanie: "rzeki to infrastruktura klimatyczna". Konferencja „Ochrona Wód” była dla mnie nie tylko spotkaniem specjalistów zajmujących się gospodarką wodną. Była przede wszystkim rozmową o tym, jak chcemy żyć w świecie, w którym woda staje się coraz bardziej deficytowym zasobem. Zmiany klimatu oznaczają przecież nie tylko wzrost temperatury. To także susze, gwałtowne opady (i wynikające z tego wysokie stany wód oraz powodzie błyskawiczne), powodzie, pożary i coraz większa nieprzewidywalność obiegu wody. Pytanie „co zrobić, gdy brakuje wody?” przestaje być pytaniem na przyszłość. Staje się pytaniem o teraźniejszość.

Jednym z kluczowych słów tej dyskusji jest retencja. Warto jednak patrzeć na nią nie tylko przez pryzmat pieniędzy wydawanych na budowę zbiorników. Każda złotówka przeznaczona na zatrzymanie wody może być bowiem także inwestycją w oszczędności. Jeżeli zatrzymamy wodę w krajobrazie, możemy później wykorzystać ją zamiast pobierać kolejne zasoby z głębszych warstw wodonośnych. Retencja jest więc nie tylko kosztem, lecz także formą naturalnej infrastruktury. W tym kontekście interesujący jest przykład rowów melioracyjnych. Sam rów nie zatrzymuje wody. Jeżeli ma jedynie szybko odprowadzać ją poza teren, działa przeciwko retencji. Potrzebne są działające zastawki, tradycyjnie nazywane szandrami, i przede wszystkim ich regulacja (musi ktoś je opuszczać i podnosić w odpowiednim czasie). Dopiero wtedy system melioracyjny może stać się systemem gospodarowania wodą, a nie tylko jej odprowadzania. W lasach czasem wystarczy bardzo proste rozwiązanie: zastawienie rowu jutowym workiem wypełnionym ziemią wydobytą z tego samego rowu. Nie zawsze potrzebujemy więc wielkiej betonowej inwestycji. Czasem potrzebujemy przede wszystkim wiedzy, wyobraźni i dobrego gospodarowania krajobrazem.

Ważna jest również zmiana naszego myślenia o rzekach. Przez dziesięciolecia wiele miejscowości odwracało się od rzek. Traktowano je jak przeszkodę, ściek albo kanał, który należy ujarzmić. Dzisiaj obserwujemy proces odwrotny. Miasta i wsie zaczynają zwracać się ku wodzie. Rzeka staje się miejscem spaceru, odpoczynku, rekreacji i spotkania. Odzyskujemy rzeki dla mieszkańców, bo zaczynamy rozumieć, że są one nie tylko elementem hydrologii, ale także częścią lokalnej tożsamości i przestrzeni publicznej. Taka przemiana dokonuje się w wielu miejscach Polski i Europy, choć oczywiście wymaga inwestycji i konsekwentnego planowania.

Równocześnie trzeba pamiętać, że nie każda forma retencji jest równie dobra. W coraz cieplejszym klimacie duży, płytki zbiornik z otwartym lustrem wody może być bardzo skutecznym „urządzeniem” do jej odparowywania. W wielu sytuacjach lepszym rozwiązaniem są mokradła, torfowiska, bagna czy płytkie zbiorniki porośnięte trzciną i inną roślinnością. Roślinność zacienia powierzchnię i ogranicza parowanie, a gleba i mokradła mogą przechowywać ogromne ilości wody. Zamiast więc trzymać wodę przede wszystkim na słońcu, powinniśmy uczyć się zatrzymywać ją w glebie i mokradłach.

Dolina rzeczna powinna być także korytarzem swobodnej migracji rzeki. Rzeka nie jest prostą rurą, którą można dowolnie przesuwać i prostować. Jej naturalna dynamika jest częścią funkcjonowania całego ekosystemu. Woda zajmuje bowiem nie tylko powierzchnię, którą widzimy. Woda to przestrzeń: trzy wymiary obejmujące atmosferę, powierzchnię terenu, glebę i wody podziemne. Dopiero tak rozumiany obieg wody pozwala zobaczyć, jak bardzo jesteśmy od niego zależni.

Woda nie znika sama z siebie. Zmienia miejsce, stan skupienia i drogę przepływu, a człowiek może ten obieg poważnie zaburzyć. Uszczelniamy powierzchnie, osuszamy mokradła, regulujemy rzeki, odprowadzamy wodę z krajobrazu, a później dziwimy się, że podczas suszy jej brakuje, a podczas ulewy pojawia się jej nagle zbyt dużo. Dlatego potrzebujemy nie tylko planów, lecz także mechanizmów ich wykonywania. Potrzebujemy „sojuszy zlewniowych”, czyli współpracy samorządów i instytucji znajdujących się w obrębie tej samej zlewni. Rzeka nie zna przecież granic gmin, powiatów ani województw. Jeżeli jeden samorząd zatrzymuje wodę, a drugi poniżej przyspiesza jej odpływ, trudno mówić o skutecznej gospodarce wodnej. Prawo wodne dotyczy nie tylko Wód Polskich. Dotyczy również samorządów wszystkich szczebli. Wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast mogą zrobić bardzo dużo.

W tej zmianie myślenia ważną rolę mogą odegrać także muzea. Muzeum jest swoistą świątynią wiedzy, ale zarazem miejscem dialogu nauki ze społeczeństwem i budowania narracji o świecie. Wystawy mogą więc nie tylko opowiadać o przeszłości, lecz także pomagać zrozumieć przyszłość. Mogą pokazywać, czym jest retencja, dlaczego mokradła są ważne i dlaczego rzeka jest częścią klimatycznej infrastruktury miasta. Bo rzeki rzeczywiście są infrastrukturą klimatyczną. Ich zanik, podobnie jak osuszanie mokradeł i degradacja gleb, może być początkiem kolejnych katastrof. Ochrona wód nie jest więc zadaniem wyłącznie hydrologów, przyrodników czy administracji. To zadanie społeczne.

I chyba właśnie o to chodziło w konferencji „Ochrona Wód”: nie tylko o to, jak gospodarować wodą, ale o to, jakiej zmiany potrzebujemy w naszym myśleniu. Antropocentryzm nie musi oznaczać przekonania, że człowiek stoi na szczycie wszystkiego i może podporządkować sobie przyrodę. Można rozumieć go inaczej: człowiek jest w centrum odpowiedzialności, a nie na szczycie hierarchii stworzonej przez siebie samego.

Dlatego warto pytać nie tylko, ile kosztuje retencja. Warto zapytać, ile kosztuje jej brak. I jeszcze ważniejsze pytanie: w jakim świecie chcemy żyć i co właściwie rozumiemy przez dobre życie? Jeśli odpowiedzią ma być świat, w którym możemy spacerować nad żywą rzeką, korzystać z czystej wody i przetrwać kolejne fale suszy oraz ulew, musimy zacząć zatrzymywać wodę tam, gdzie spada. I zrobić to wspólnie.

Ja na komentowanej konferencji przedstawiłem referat pt. „Czy i dlaczego bioróżnorodność małych zbiorników wodnych jest zagrożona?”. W referacie zawarte były wyniki wieloletnich badań (ponad 40-letnich) nie tylko nad nad chruścikami i nie tylko zbiorników z Warmii i mazur ale i wielu części Polski. Najwięcej oczywiście informacji było z okolic Olsztyna, jako przykład problemu i zachodzących zmian.
 
Materiały z konferencji publikowane są nie tylko w formie tradycyjnych, tekstowych streszczeń referatów ale i w formie nagrań widea i bezpłatnie dostępne w kanale https://www.youtube.com/@KonferencjaJaracz



28.08.2026

Moje próby wyjścia z rytualnego impasu



Czytaliście "Konopielkę" Edwarda Redlińskiego, wydaną w 1973 roku? Ja ją czytałem dawno temu a wciąż we mnie tkwi. I ekranizacja tej książki także. Niby książka o tematyce wiejskiej, ale jest w niej aspekt uniwersalny, odnoszący się do reagowania na zmiany. Upór przed wprowadzeniem kosy i wbrew faktom i dowodom naocznym, siła uprzedzeń zakłócająca poznanie i doprowadzająca do przemocy są uniwersalne. Opór wbrew faktom, wbrew doświadczeniu, trwanie przy rytualne utrwalonych czynnościach daje sią zauważyć nie tylko na wsi. Konserwatyzm czasem bywa dobry. Ale  nie w obliczu głębokich zmian.

Trzeba otworzyć okno, by wpuścić więcej światła i przewietrzyć zatęchłą atmosferę. Nie, nie było stęchlizny od zawsze. Ona się pojawiła z czasem. Wietrzyć pokój trzeba systematycznie. Podobnie z edukacją. Co jakiś czas znowu trzeba odpowiadać na stare pytania o sens, cel i znaczenie. Nieustannie potrzebna refleksja i stawiania podstawowych pytań. I ciągłe szukanie aktualnej odpowiedzi, bo ta sprzed wielu lat może być już mocno nieadekwatna.

Jako nauczyciel akademicki coraz częściej mam wrażenie, że uczestniczę w wielkiej przemianie, która dotyka samego fundamentu edukacji. Przez lata pytanie „Co wiesz?” było oczywiste, niemal rytualne. Zakładało, że wiedza jest czymś, co student nosi w sobie, jak zasób zgromadzony w pamięci. Tymczasem dziś, w epoce natychmiastowego dostępu do informacji, to pytanie traci sens. Wystarczy telefon, szybkie wyszukiwanie, a teraz także narzędzia sztucznej inteligencji, które potrafią nie tylko znaleźć odpowiedź, lecz także ją zinterpretować, uporządkować i przedstawić w formie gotowej do użycia. W takim świecie sprawdzanie pamięci staje się anachronizmem. Dlatego coraz częściej staram się pytać inaczej: „Jak potrafisz zarządzać wiedzą, którą masz pod ręką?”.

To pytanie otwiera zupełnie nową przestrzeń dydaktyczną. Nie chodzi już o to, by student posiadał wiedzę, lecz by potrafił się w niej poruszać. To właśnie konektywizm - przekonanie, że wiedza jest rozproszona w sieciach, narzędziach, relacjach, a kompetencją staje się umiejętność docierania do niej, filtrowania jej i przekształcania w coś sensownego. W tym sensie sztuczna inteligencja nie jest zagrożeniem, lecz katalizatorem zmiany. Uświadamia nam, że tradycyjne formy egzaminowania - testy, kolokwia, odpytywanie - badają jedynie to, co najłatwiej zautomatyzować. A skoro algorytm potrafi odpowiedzieć szybciej i precyzyjniej niż człowiek, to nie ma sensu konkurować z maszyną w zapamiętywaniu faktów.

Dlatego szukam nowych form pracy ze studentami. Zamiast klasycznych esejów proszę o projekty, narracje, opowieści, materiały hybrydowe, a nawet formy postpiśmienne: nagrania, prezentacje mówione, wizualne eksperymenty. Chodzi o to, by student nie tylko odnalazł informację, lecz by potrafił ją przetworzyć, nadać jej własny sens, włączyć ją w opowieść o świecie. W tym sensie projekt staje się testem kompetencji poznawczych, a nie pamięciowych. To sprawdzian tego, czy student potrafi z wiedzy zrobić użytek - czy potrafi ją zastosować, zinterpretować, przekształcić, a czasem nawet zakwestionować.

Jednym z najcenniejszych narzędzi w tej nowej dydaktyce jest dziennik refleksji. To nie jest zwykły zeszyt z notatkami. To laboratorium myślenia, miejsce, w którym student uczy się obserwować własny proces poznawczy. Widzę, jak z tygodnia na tydzień zmienia się jego sposób patrzenia na świat, jak wiedza zaczyna się splatać z doświadczeniem, jak rodzą się pytania, których wcześniej nie potrafił sformułować. Dziennik pozwala mi ocenić nie to, ile student wie, lecz jak myśli. A to w epoce sztucznej inteligencji staje się kluczowe. Takie mam głębokie przekonanie.

Podobnie jest z e‑bookami, projektami terenowymi, cyfrowymi portfolio. Każda z tych form pozwala studentowi wejść w rolę twórcy, a nie tylko odbiorcy wiedzy. Wymaga od niego nie tylko orientacji w informacjach, lecz także umiejętności ich selekcji, interpretacji i prezentacji. To właśnie te kompetencje - krytyczne, narracyjne, projektowe - stają się dziś najważniejsze. Sztuczna inteligencja może podpowiedzieć treść, ale nie zastąpi ludzkiej zdolności nadawania sensu.

Moje własne poszukiwania w tej nowej rzeczywistości polegają więc na redefinicji roli nauczyciela. Nie jestem już strażnikiem wiedzy, który ocenia poprawność odpowiedzi. Staję się przewodnikiem po krajobrazie informacji, towarzyszem w procesie myślenia, kimś, kto pomaga studentowi zrozumieć, jak działa jego własny umysł. W świecie, w którym wiedza jest zawsze pod ręką, edukacja musi uczyć nie pamięci lecz mądrości. Nie reprodukcji lecz interpretacji. Nie tylko powtarzania lecz tworzenia. Dlatego pytanie „Co wiesz?” ustępuje miejsca pytaniu „Co potrafisz zrobić z wiedzą, którą masz?”. I to właśnie pytanie - proste, a jednocześnie fundamentalne - staje się osią współczesnej dydaktyki. W epoce sztucznej inteligencji nie chodzi o to, by wiedzieć więcej, lecz by myśleć głębiej. A to jest kompetencja, której żadna maszyna za nas nie przejmie. Przynajmniej na razie.

22.08.2026

Czy i dlaczego bioróżnorodność małych zbiorników wodnych jest zagrożona?



Utrzymująca się i nasilająca się od ponad dekady susza hydrologiczna powoduje powolne lecz sukcesywne zanikanie małych zbiorników okresowych, tych śródleśnych jak i tych śródpolnych. Po ostatniej, nieco bardziej śnieżnej zimie, wiele zbiorników ponownie wypełniło się wodą w Polsce Północno-Wschodniej. Przynajmniej częściowo (choć nie wszystkie) zbiorniki odnowiły się wiosną 2026 roku. Susza roku 2026 skupia uwagę społeczną na wysychających rzekach i jeziorach. To jest najbardziej widoczne. Małe zbiorniki okresowe, zarówno te w dolinach rzecznych jak i w krajobrazie pojeziernym, nie wywołują większych dyskusji. I tak większość z nich w okresie letnim była co roku  wyschnięta, a wiec poza wakacyjnym widokiem. Nie są wiec obecne w społecznej świadomości. A poza tym mała jest skala i brak bezpośredniego przełożenia na gospodarkę. Kto by się więc takimi małymi zbiornikami przejmował?

Niektóre zbiorniki okresowe, znajdujące się w Lesie Miejskim w Olsztynie, obserwuję już od blisko 40 lat. Tej wiosny woda pojawiła się lecz zaskakująco mało było płazów i nie widać niegdyś masowo występujących chruścików takich jak: Limnephilus stigma, Grammotaulius nitidus, Glyphotaelius pellucidus czy Anabolia brevipennis. Całkowicie zanikło siedlisko okresowego strumienia z chruścikiem Ironoquia dubia. To stan utrzymujący się co najmniej od kilku lat. W ubiegłym roku zbiorniki te w większości były całkowicie suche wiosną. Zdawałoby się, że owady zdolne do aktywnego lotu szybko mogą rekolonizować odnawiające się zbiorniki. A jednak i tu widać duży ubytek różnorodności biologicznej. Wynika to zapewne z dużej skali (krajobrazowej i regionalnej) zaniku siedlisk wodnych. Brakuje więc refugiów, w których mogłyby przetrwać populacje w latach bardziej suchych. Znacznie trudniejsza sytuacja jest dla reliktowych skorupiaków takich jak dziwogłówka wiosenna. Na ich niekorzyść działa także szybko podnosząca się temperatura wód wiosennych. Skorupiaki te giną, gdy woda jest zbyt ciepła. W ubiegłym roku niektóre zbiorniki śródpolne wypełniły się wodą dopiero późnym latem. To zbyt późno dla rozrodu płazów i owadów wód okresowych. 

Wydaje się, że małe zbiorniki wodne są bardzo wrażliwe na zmiany klimatu i postępującą suszę. A przede wszystkim narażona jest zamieszkująca je bioróżnorodność. Potrzebne są pilne badania porównawcze by ocenić skalę i tempo tych zmian. Mamy dużo danych sprzed 30-50 lat, więc jest punkt odniesienia. Wydaje się także, że potrzebne są pilne i aktywne działania na rzecz czynnej ochrony i renaturyzacji takich zbiorników. Ma to znaczenie nie tylko dla retencji wody oraz celów gospodarczych lecz i dla ochrony różnorodności biologicznej.

Wydaje się także konieczna czynna ochrona i rozmnażanie nie tylko płazów i skorupiaków w warunkach kontrolowanych, ale i nawet wielu gatunków owadów. Działania takie mogą być podejmowane w małej skali lokalnej. Ale tylko duża skala tych działań może wywrzeć skutek widoczny w skali krajobrazu czy regionu. 

Nieco poszerzone streszczenie referatu na VI Konferencję o Ochronie Wód, która odbędzie się w dniach 25-26 sierpnia 2026 roku w Porcie Nowy Młyn. 

20.08.2026

AI jako proteza językowa



Od blisko pięćdziesięciu lat noszę okulary. To proteza dla moich oczu. Dzięki nim widzę świat wyraźniej i lepiej, rozpoznaję twarze z daleka, i napisy na tablicy czy ekranie. Oczywiście, okulary mają swoje wady. Ograniczają pole widzenia. W czasie deszczu pokrywają się kroplami, zimą po wejściu do ciepłego pomieszczenia natychmiast zaparowują. Czasem się gubią, czasem spadają z nosa. Mimo to nie rozważam rezygnacji z nich. Zrosłem się z nimi jak w symbiozie. Bilans korzyści jest oczywisty.

Podobnie jest z uzębieniem. Natura wyposażyła mnie w komplet zębów, ale czas zrobił swoje. Są plomby, są implanty. To również swoiste protezy a więc ciała obce, nieorganiczne. Nie są idealne, wymagają troski i kosztują niemało, ale dzięki nim mogę normalnie jeść, a moje zdrowie jest lepsze. I z ust nie wydobywa się niemiły zapach, co ma znaczenie w kontaktach międzyludzkich. I mogę się bez skrępowania uśmiechać. Gdybym mógł wybierać, wolałbym oczywiście mieć własne, doskonałe zęby. Jednak życie nie pyta o nasze preferencje. Ewolucja nie tworzy organizmów idealnych – tworzy organizmy wystarczająco dobre. A cywilizacja i zmiana sposobu jedzenia przyniosły ze sobą próchnicę. Teraz stomatologia niweluje te mankamenty cywilizacyjno-ewolucyjne. Bez tych protez ocznych i uzębieniowych moje życie byłoby gorsze, krótsze, mniej komfortowe. Inni mają sztuczne zastawki, szyny i śruby w złamanych kończynach, czasem całe protezy kończyn, itp.

Od dzieciństwa zmagam się z dysleksją. Pisanie nigdy nie było dla mnie tak łatwe jak mówienie. Literówki, błędy, przestawione litery – to moi długoletni towarzysze. Przez lata pomagały mi słowniki (te nie zawsze są pod ręką), później komputer z korektą pisowni (czasem poprawia nie na to słowo, które powinien). Dziś pojawiło się kolejne narzędzie – sztuczna inteligencja (AI). I coraz częściej zastanawiam się, czy nie jest ona po prostu kolejną protezą. Tym razem nie dla oczu ani zębów, lecz dla języka.

To określenie może brzmieć prowokująco. Słowo „proteza” kojarzy się z ubytkiem, z niepełnosprawnością, z czymś sztucznym. Tymczasem biolog patrzy na protezy trochę inaczej. Każde narzędzie rozszerzające możliwości organizmu jest w pewnym sensie przedłużeniem jego fenotypu. Bobry budują tamy, ślimaki noszą muszle, chruściki budują przenośne domki, pustelniki wykorzystują porzucone muszle innych gatunków, a teraz fragmenty butelek, i innych ludzkich artefaktów, które jako śmieci trafiają do morza. Ludzie od tysięcy lat posługują się ubraniem, ogniem, pługiem, od setek lat książką i od niedawna komputerem. Wszystkie te wynalazki zmieniają relacje organizmu ze środowiskiem. I zmieniają relację między ludźmi. Ewolucja pełna jest przykładów takich rozszerzeń. Co więcej, często przestają one być jedynie narzędziami, a stają się częścią nowej całości.

Biologicznym przykładem jest symbioza. A początki jej czasem bywają pasożytnitwem, drapieżnictwem i tylko czasem protokooperacją lub komensalizmem. Dawno temu pewne bakterie nie zostały strawione przez większe komórki. Czy to one napadły na dużo większą od siebie komórkę preeukariotyczną, czy to raczej duży chciał zjeść małego? Niezależnie jakie były początki i "intencje" z czasem zaczęły żyć razem. A same bakterie z czasem przekształciły się w mitochondria – nasze komórkowe elektrownie. A komórka-gospodarz stała się w pełni eukariontem z organellami. Inne bakterie (sinice) stały się chloroplastami roślin. Bez tych dawnych symbiontów nie byłoby zwierząt, roślin ani grzybów w obecnej postaci. Te nowe organizmy powstały nie tyle przez rywalizację, lecz przez współpracę. A na pewno przez integrację swojego z tym obcym, zewnętrznym.

Podobne zjawiska obserwujemy w całych ekosystemach. Porost nie jest ani samym grzybem, ani samym glonem. Jest nową jakością. Mrówki hodują mszyce niczym pasterze bydło. Przeżuwacze nie mogłyby trawić celulozy bez miliardów mikroorganizmów, zamieszkujących ich żołądkowe żwacze. Rafy koralowe istnieją dzięki współpracy koralowców z glonami. W przyrodzie granice między „ja” i „nie-ja” okazują się znacznie mniej ostre, niż zazwyczaj nam się wydaje.

Czy podobny proces zaczyna zachodzić między człowiekiem a sztuczną inteligencją? Nie twierdzę, że AI jest żywym organizmem. Nie jest. Jest ludzkim narzędziem. Nie ewoluuje biologicznie, nie rozmnaża się, nie odczuwa. Ale w relacji z człowiekiem zaczyna pełnić funkcję przypominającą biologiczną symbiozę. Ja dostarczam doświadczenia, wiedzy, intencji i pytań. AI pomaga mi formułować zdania, porządkować argumenty, dostrzegać alternatywy językowe. Osobno jesteśmy czymś innym niż razem. Ołówek czy pióro, pozwalające zapisywać myśli i zdania osłabia naszą pamięć. Bo wystąpienia już nie musimy wymyśleć i w pełni zapamiętać by je potem wygłosić. Możemy zapisywać, poprawiać i dopiero potem wygłosić. Albo odczytać. 

Pytanie tytułowe jest szczególnie interesujące w przypadku osób takich jak ja. Dyslektyk przez całe życie inwestuje ogromną ilość energii w poprawność zapisu. Tak jak osoba zacinająca się,  męcząca się z dłuższą wypowiedzią. Ta energia mogłaby zostać wykorzystana gdzie indziej. Na spokojne leżenie na sofie lub na myślenie, analizę, tworzenie nowych idei. Jeśli proteza językowa przejmuje część mechanicznej pracy (jest swoistym służącym lub asystentem), nie musi oznaczać intelektualnego lenistwa. Może być raczej przesunięciem zasobów poznawczych na wyższy poziom. Choć może uzależnić. Tak jak panicz z arystokratycznej rodziny, który nie potrafi sam się ubrać czy zrobić sobie śniadania.

Oczywiście każda proteza ma swoją cenę. Okulary mogą się stłuc a na pewno zawężają pole widzenia. Implant może wymagać wymiany (a na pewno jego zakładanie wiążą się z bólem i wkładem finansowym). AI również ma ograniczenia. Potrafi się mylić, konfabulować, tworzyć pięknie brzmiące, lecz fałszywe zdania. Kto bezkrytycznie zaufa tej protezie, szybko przekona się, że ostre widzenie nie zawsze oznacza prawdziwego obrazu świata.

Dlatego nie chodzi o zastąpienie człowieka przez AI. Chodzi o nauczenie się nowej współpracy. Tak jak współpracy z innymi ludźmi, ze zwierzętami gospodarskimi. A nawet z narzędziami – wytworami człowieka. Być może za kilkadziesiąt lat korzystanie z AI będzie równie zwyczajne jak noszenie okularów. Nikt nie będzie pytał, czy tekst został napisany z pomocą sztucznej inteligencji, tak jak dziś nikt nie pyta, czy autor pisał w okularach albo używał edytora tekstu zamiast maszyny do pisania. Lub czy pisał ręcznie w zeszycie a potem dał do przepisania swojej asystentce. 

Najciekawsze pytanie brzmi jednak inaczej. Nie: „Czy AI odbierze nam umiejętność pisania?”. Lecz: „Jakim gatunkiem staniemy się dzięki tej nowej relacji?”. Może już trzeba używać innej nazwy, nie Homo sapiens tylko Homo sapientissimus lub Homo artificialis? Ewolucja wskazuje nam, że czasem największe przełomy nie rodziły się z doskonalenia pojedynczego organizmu, lecz z tworzenia nowych związków między różnymi organizmami. Być może jesteśmy właśnie świadkami narodzin kolejnej formy współpracy. Jeszcze nie biologicznej, ale już poznawczej. A jeśli historia życia czegoś uczy, to tego, że dobrze funkcjonujące symbiozy potrafią przetrwać setki milionów lat.

Dawno temu opanowanie ognia spowodowało, że nasz mózg się powiększył a jelita skróciły. I przy ognisku narodziły się opowieści. Opanowanie węgla i maszyny parowej spowodowało rozwój cywilizacji i znowu wywarło biologiczny skutek na naszych ciałach i społecznościach. Żyjemy w czasach kolejnej, wielkiej zmiany zarówno ewolucyjnej jak i technologicznej. A co z tego wyniknie, to się za jakiś czas nasi potomkowie dowiedzą.

18.08.2026

Kto uratuje nas przed niewiedzą? Dlaczego świat potrzebuje ekologów?



Zmiany klimatu przestały być abstrakcyjnym tematem naukowych konferencji. Coraz częściej stają się codziennym doświadczeniem. Długotrwałe susze przeplatają się z gwałtownymi ulewami, poziom wód gruntowych spada, z krajobrazu znikają owady zapylające, a wraz z nimi kolejne gatunki roślin i zwierząt. W takich chwilach społeczeństwo zadaje bardzo konkretne pytania: jak gospodarować wodą? Jak chronić bioróżnorodność? Czy wycinać drzewa, czy i gdzie sadzić nowe? Jak urządzać miasta, aby były odporne na upały? Jak prowadzić rolnictwo, by nie niszczyć środowiska? Odpowiedzi na te pytania nie biorą się z opinii ani z internetowych dyskusji. Powstają dzięki wieloletnim badaniom terenowym, obserwacjom i analizie danych. Właśnie dlatego świat potrzebuje ekologów. A warto przypomnieć, że ekologia to nauka zajmująca się poznawanie praw zachodzących na styku organizm-środowisko i organizm-inny organizm. A ekolodzy to naukowcy.

Za pośrednictwem dziennikarzy naukowcy coraz częściej odpowiadają na pytania społeczeństwa. Sam regularnie udzielam wywiadów dotyczących jakości wód, zmian klimatycznych, owadów, jezior czy ochrony przyrody. W każdej takiej rozmowie staram się oddzielać fakty od domysłów. Nie wystarczy bowiem wiedzieć, co się dzieje. Trzeba jeszcze rozumieć dlaczego tak się dzieje i jakie będą konsekwencje podejmowanych decyzji.

Ekologia jest nauką o zależnościach. Pokazuje, że usunięcie jednego elementu ekosystemu może wywołać lawinę nieoczekiwanych skutków. Uczy patrzenia na przyrodę jak na skomplikowaną sieć powiązań, a nie zbiór przypadkowych gatunków. Bez tej wiedzy łatwo podejmować kosztowne błędy – zarówno w gospodarce wodnej, leśnictwie, rolnictwie, jak i planowaniu miast.

Paradoks polega na tym, że właśnie teraz, gdy wiedza ekologiczna jest potrzebna bardziej niż kiedykolwiek, na uczelniach kurczy się liczba etatów w podstawowych naukach terenowych. Ubywa botaników, zoologów i ekologów prowadzących systematyczne badania w lasach, na łąkach, rzekach i jeziorach. A nawet w miastach (ekologia miasta). A przecież przyrody nie da się poznać wyłącznie zza biurka i mikroskopu.

Sztuczna inteligencja jest znakomitym narzędziem do analizowania informacji, wyszukiwania zależności i wspomagania interpretacji wyników. Jednak nie zastąpi człowieka brodzącego po bagnach, liczącego ptaki o świcie, pobierającego próbki wody, rozpoznającego rośliny na torfowisku czy przez wiele lat obserwującego zmiany zachodzące w jednym jeziorze. AI analizuje dane, ale najpierw ktoś musi je zdobyć.

Dlatego inwestowanie w ekologów nie jest luksusem ani fanaberią. Jest inwestycją w bezpieczeństwo społeczeństwa. Im lepiej rozumiemy funkcjonowanie ekosystemów, tym mądrzej potrafimy gospodarować wodą, chronić bioróżnorodność i przygotowywać się na zmieniający się klimat. Świat nie potrzebuje mniej ekologów. Potrzebuje ich dziś bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Kompetencją XXI wieku jest umiejętność zapominania i oduczania się. Świat zmienia się tak szybko, że nie wystarczy uczyć się nowych faktów i nowoodkrytych zależności w przyrodzie. Trzeba również umieć oduczać się nieadekwatnych zachowań i nawyków. Kiedyś się ich uczyliśmy bo w tamtym czasie miały sens. Ale jeśli się dużo wokół nas zmieniło, to trzeba zmieniać także codzienne nawyki. Przyroda to bardzo złożony system a na dodatek teraz zachodzą głębokie i znaczące zmiany.

Współpracy z mediami muszą uczyć się sami naukowcy ale i media muszą umieć prowadzić sensowny dialog z naukowcami. By poznać i zrozumieć a nie tylko by mieć klikalnego newsa. Czasem w dwóch zdaniach nie da się wyjaśnić złożonego problemu. Trzeba więcej czasu i wysiłku.

17.08.2026

Krótkie rozmowy czyli jak opowieść ukształtowała nasz gatunek




Gdy myślimy o ewolucji człowieka, przed oczami stają nam zazwyczaj krzemienne toporki, ucieczka przed drapieżnikami czy opanowanie ognia. Jednak z biologicznego i ewolucyjnego punktu widzenia naszym najbardziej spektakularnym narządem okazuje się wysoce społeczny mózg, a najskuteczniejszą strategią przetrwania – umiejętność tworzenia i dzielenia się opowieściami.

Zanim powstała Encyklopedia PWN, Wikipedia, podręczniki szkolne czy sieciowe algorytmy, tworzenie i rozpowszechnianie wiedzy (zarządzanie) wiedzą miało charakter głęboko prosumpcyjny. Każdy członek pierwotnej grupy był jednocześnie odbiorcą i autorem informacji o świecie. Nasz przodek patrzył własnymi oczami na otoczenie, a następnie relacjonował to, co dostrzegł, reszcie plemienia. I tak było przez setki tysięcy lat. Każdy widział swoimi oczami i opowiadał, relacjonował innym, czasem halucynował czyli zmyślał, fantazjował, konfabulował, czasem był to fałszywy obraz rzeczywistości. Tak powstawały także mity i baśnie. Bo mówienie w grupie to bycie wyżej w hierarchii społecznej. Chociaż przez moment. Dlatego niektórzy mają takie trudności z zakończeniem swojej wypowiedzi....

Nie był to jednak chłodny, cyfrowy zapis rzeczywistości. Biologiczny aparat sensoryczny oraz pamięć Homo sapiens nie działają jak kamera wideo. Są z natury ułomne, powiązane z emocjami i skłonne do uleganiu złudzeniom. Gdy brakowało twardych danych, mózg – biologicznie nieznoszący próżni poznawczej – łatał luki wyobraźnią. Zmyślaliśmy, fantazjowaliśmy i konfabulowaliśmy. Dzisiaj, po doświadczeniach ze sztuczną inteligencją, nazwałybyśmy ten proces „halucynowaniem”. W perspektywie ewolucyjnej była to jednak iskra, z której rozgorzała kultura. To właśnie na pograniczu niedokładnej percepcji i twórczej wyobraźni narodziły się mity, baśnie i pierwsze próby objaśnienia groźnego wszechświata. Co ciekawe, ten fałszywy lub wyolbrzymiony obraz rzeczywistości często pełnił funkcję adaptacyjną: strach przed hipotetycznym, zmyślonym potworem w ciemnym lesie skutecznie chronił przed realnym drapieżnikiem, chorobą czy pasożytem.

Tworzenie narracji pełniło również fundamentalną rolę w strukturze socjalnej. W biologii społecznej mowa jest odpowiednikiem iskania u naczelnych, ale o znacznie większym zasięgu. Mówienie na forum grupy oznaczało budowanie własnej pozycji w hierarchii. Dlatego właśnie opowiadaliśmy to, co widzieliśmy, czego doświadczyliśmy, co usłyszeliśmy. Niczym mrówka, przynosiliśmy informacje ze świata zewnętrznego. Dzięki nawet tym krótkim opowieściom każda osoba opowiadając przynajmniej na moment zyskuje prestiż poznawczy i społeczny. Osoba potrafiąca przykuć uwagę rodziny, grupy, plemienia, wzbudzić emocje czy skupić myśli innych wokół wspólnego mitu, automatycznie zyskiwała szacunek. Barwna opowieść była dowodem wysokiej sprawności intelektualnej i bogatych zasobów społecznych – odpowiednikiem pawiego ogona w świecie ludzkiej kognitywistyki.

W tym kontekście zabawianie opowieściami nie stanowiło ewolucyjnego luksusu ani zbędnej rozrywki. Z biologicznego punktu widzenia snucie narracji było równie kluczowe dla przetrwania jak przynoszenie wartościowego pożywienia czy obrona obozowiska przed przeciwnościami losu. Jedzenie dostarcza białka i kalorii, obrona przed zagrożeniem daje bezpieczeństwo grupie, a opowieść jest spoiwem społecznym, redukcją lęku, przekazem wiedzy i budowaniem tożsamości. Nawet gdy są to z pozory banalne informacje, dowcipy, anegdoty czy zagadki do rozwiązania. Zabawianie opowieściami jest równie ważne jak przynoszenie jedzenia czy obrona przed przeciwnościami losu.

Opowieść spajała grupę, budowała zaufanie i ułatwiała współpracę w skali, jakiej nie osiągnął żaden inny gatunek na Ziemi. Dostarczała pożywienia dla ducha, budując tkankę społeczną, bez której żaden osobnik nie przetrwałby samotnie w środowisku.

Jesteśmy potomkami tych, którzy potrafili opowiadać i słuchać. Choć współcześnie dysponujemy zaawansowanymi technologiami, wciąż napędza nas ta sama biologiczna potrzeba. Dawne ognisko zamieniliśmy na ekrany, ale nasza natura pozostała bez zmian: jesteśmy narracyjnymi małpami, dla których dobrze opowiedziana historia wciąż znaczy tyle samo, co codzienny chleb.

Prosumpcję wiedzy (gdy każdy był producentem i konsumentem jednocześnie) w dużym stopniu skomercjalizowaliśmy. W telewizji, gazetach, radiu czy mediach społecznościowych są zawodowi (komercyjni) opowiadacze i reporterzy zbierający informacje. Media społecznościowe, ze względu na ich prosumpcyjny charakter, pozwalają nam wrócić do społecznych korzeni. Skala jest tylko inna -  ogrom słuchaczy. Kiedyś z wiedzy korzystaliśmy bezpłatnie. W miarę rozwoju cywilizacji i poszerzania się wielkości grupy, wiedza uległa znaczącej komercjalizacji. Może to efekt specjalizacji tak jak i innych zawodów czy umiejętności? Dawno temu każdy sam robił sobie ubranie, plótł koszyk, teraz specjalizujemy się w czynnościach. Dlatego wzrosła jakość usług i produkcji. Czy to samo dotyczy tworzenia i przekazywania wiedzy ogólnoludzkiej? I czy cała ta wiedza może zostać bezkarnie skomercjalizowana? Profesjonalizacja i komercjalizacja nie zawsze przynosi dobre efekty.

13.08.2026

AI jest jak stałocieplność u zwierząt – kosztowna energetycznie




Słusznie obawiamy się, że powszechne korzystanie z AI to rosnące zużycie energii elektrycznej. A tego cennego zasobu nie warto zużywać na błahe sprawy. Tak jak i inne technologie (od samochodu po pralkę i komputer) AI wymaga energii elektrycznej. Ułatwia nam pracę, czasem daje rozrywkę, ale niesie spore koszty energetyczne. W niniejszym artykule chciałbym porównać AI do stałocieplności zwierząt. Bo stałocieplność też jest kosztowna energetycznie.

Od czasu do czasu pojawiają się w ewolucji rozwiązania, które na pierwszy rzut oka mogą się wydać nierozsądne. Są kosztowne, wymagają ogromnych nakładów energii i sprawiają wrażenie biologicznej rozrzutności. A jednak to właśnie one zmieniają reguły gry. Jednym z takich wynalazków była stałocieplność ssaków i ptaków. Drugim – być może – jest współczesna sztuczna inteligencja. Z biologii można jeszcze podać przykład ludzkiego narządu – mózgu. To bardzo energochłonny narząd. Jakie daje korzyści, skoro jest kosztowny energetycznie i sprawia kłopoty przy narodzinach? Na pierwszy rzut oka porównanie biologii z informatyką wydaje się karkołomne. Jednak gdy spojrzymy na oba zjawiska przez pryzmat ekonomii energii, podobieństwa okazują się zaskakująco głębokie.

Przez większą część historii życia na Ziemi dominowały zwierzęta zmiennocieplne. Bezkręgowce, gady, płazy, ryby nie produkują dużych ilości ciepła własnym metabolizmem. Są rozsądnie oszczędne, dostosowują się do temperatury otoczenia. Gdy robi się chłodno, ich metabolizm zwalnia. Kiedy wyjdzie słońce, ożywają. Ich organizmy przypominają niezwykle oszczędne samochody – spalają niewiele paliwa, ale osiągi zależą od warunków zewnętrznych. Taka strategia ma ogromne zalety. Zmiennocieplny wąż czy krokodyl może przez wiele dni obyć się bez jedzenia. Krokodyl po obfitym posiłku potrafi nie polować przez tygodnie. W świecie, gdzie zdobycie pokarmu jest niepewne, oszczędność energii staje się wielką zaletą. Nieprzypadkowo właśnie zmiennocieplność dominuje wśród współczesnych gatunków zwierząt. Wyobraźmy sobie siebie samych – obfity posiłek na Boże Narodzenie i Święta Wielkanocne, a potem nic. Ileż odeszłoby pracy i ile uwolnilibyśmy czasu!

Jednak oszczędność ma swoją cenę. Gdy temperatura otoczenia spada, spada również wydajność mięśni i tempo reakcji enzymatycznych. Zmiennocieplny organizm staje się zakładnikiem pogody. Nie może polować zimą, trudno mu być aktywnym nocą, a zasiedlanie chłodniejszych obszarów staje się poważnym wyzwaniem. Stąd popadanie w stan odrętwienia czy anabiozy.

Około dwustu milionów lat temu, w filogenezie zwierząt powstały organizmy, które przestały polegać na cieple otoczenia. Zaczęły same produkować ciepło, spalając duże ilości energii. Narodziła się stałocieplność. Z punktu widzenia rachunku energetycznego był to krok ryzykowny. Ssaki i ptaki potrzebują wielokrotnie więcej pokarmu niż gady o podobnej masie ciała. Ich serca biją szybciej, płuca pracują intensywniej, a mitochondria nieustannie produkują ATP, którego znaczna część zamienia się po prostu w ciepło. Organizm inwestuje energię nie tylko w ruch, wzrost czy rozmnażanie, ale również w utrzymanie stałej temperatury. A przy stałej temperaturze powstają enzymy, które działają optymalnie w określonej temperaturze. Jednym z zysków jest optymalizacja.

Dlaczego dobór naturalny nie odrzucił tak kosztownego rozwiązania? Bo koszt okazał się inwestycją. Stałocieplność pozwoliła uniezależnić aktywność od temperatury otoczenia. Ssaki mogły polować zimą, ptaki latać o świcie, a wiele gatunków prowadzić nocny tryb życia w chłodniejszych regionach świata. Mogły zasiedlać chłodne regiony, wysokie góry i obszary polarne. Ich mięśnie pracowały z pełną wydajnością niezależnie od pogody. W świecie, gdzie liczy się szybkość reakcji, długotrwała aktywność i zdolność eksplorowania nowych środowisk, wyższy rachunek energetyczny okazał się ceną wartą zapłacenia.

Dobrym przykładem przewagi stałocieplności może być porównanie ssaka pustynnego i pustynnej jaszczurki. Oba organizmy żyją w tym samym środowisku, ale zupełnie inaczej gospodarują energią. Pustynia w ciągu dnia jest miejscem skrajności. Rozgrzany piasek i skały osiągają temperatury, przy których trudno utrzymać aktywność, natomiast nocą ta sama pustynia gwałtownie się wychładza. Dla jaszczurki oznacza to konieczność ciągłego dostosowywania się do warunków zewnętrznych. Wieczorem jej metabolizm zwalnia, a nocny chłód niemal zatrzymuje aktywność. Rankiem zwierzę musi najpierw znaleźć odpowiednio nasłonecznione miejsce i cierpliwie czekać, aż promienie słońca podniosą temperaturę jego ciała. Dopiero wtedy mięśnie zaczynają pracować z pełną wydajnością, a polowanie staje się możliwe.

Ssak pustynny funkcjonuje inaczej. Gdy nocą temperatura spada, jego organizm nie czeka na zewnętrzne źródło energii. Nadal utrzymuje stałą temperaturę, a jego mięśnie i układ nerwowy pozostają gotowe do działania. O świcie, kiedy jaszczurka dopiero zaczyna "uruchamiać swoje systemy", ssak może już od dawna przemierzać teren w poszukiwaniu pożywienia. Nie musi czekać na odpowiedni moment. Jego wewnętrzny metabolizm działa jak nieustannie pracujący silnik. Ale za tę gotowość trzeba zapłacić. Ssak musi zdobywać znacznie więcej energii niż jaszczurka. I ma kłopoty przy wyższej temperaturze z pozbywaniem się nadmiaru ciepła. Każdy dzień oznacza większe zapotrzebowanie na pokarm. Organizm stałocieplny przypomina samochód, który nie tylko musi dojechać do celu, ale również przez całą noc utrzymywać pracujący silnik. Można wyobrazić sobie zimowy poranek i samochód z niesprawnym akumulatorem. Kierowca wie, że rano może pojawić się problem z uruchomieniem silnika. Jednym ze sposobów rozwiązania problemu byłoby pozostawienie samochodu z włączonym silnikiem przez całą noc. Rano samochód na pewno ruszy bo silnik jest już rozgrzany, wszystkie układy działają, nie ma ryzyka zimnego startu. Ceną za tę niezawodność jest jednak duże zużycie paliwa.

Stałocieplność działa na podobnej zasadzie. Zwierzę płaci energetyczny "rachunek za gotowość". Nie oszczędza tak jak jaszczurka, która wyłącza niemal cały kosztowny metabolizm i korzysta z darmowego ogrzewania słonecznego. W zamian ssak otrzymuje coś niezwykle cennego czyli możliwość działania wtedy, gdy środowisko nie jest sprzyjające. To właśnie jest jedna z największych zalet kosztownych rozwiązań ewolucyjnych: nie zawsze są tańsze, ale bywają bardziej niezawodne.

Podobny mechanizm obserwujemy w przypadku sztucznej inteligencji. Serwery i obwody potrzebują ogromnej ilości energii, specjalistycznej infrastruktury i ciągłego "metabolicznego podtrzymywania życia" w centrach danych. Jednak dzięki temu jest zawsze gotowa do działania, może przetwarzać informacje niezależnie od chwili i warunków oraz wykonywać zadania wymagające ogromnej złożoności. Jest jak nasz duży kosztowny mózg – szybko analizuje dużo danych i ułatwia szybkie dostosowanie się do aktualnej sytuacja. Po prostu uczy się, w przeciwieństwie do wolniej działającego mechanizmu selekcji naturalnej. Ale w większości czasu nasz mózg zajmuje się zdawałoby się próżną zabawą. Niby jałowy bieg, bezproduktywny dla ewolucyjnego i ekologicznego dostosowania się. Bo po co tracić energię na zabawę czy jałowe gadanie?

Tak jak ssak nie czeka rano na słońce, aby rozpocząć aktywność, tak system sztucznej inteligencji nie zaczyna każdego zadania od zera. Dysponuje wytrenowanymi modelami, infrastrukturą i zdolnością błyskawicznego reagowania. Oczywiście cena pozostaje wysoka. Tak jak pustynny ssak musi codziennie zdobyć więcej pokarmu niż jaszczurka, tak sztuczna inteligencja wymaga większych nakładów energetycznych niż tradycyjne algorytmy czy myślenie analogowe. Pytanie nie brzmi jednak wyłącznie: "ile energii zużywa?". Pytanie brzmi: "co otrzymujemy w zamian za tę energię?". W ewolucji odpowiedzią była większa niezależność i zdolność zajmowania nowych nisz. W technologii odpowiedzią może być większa zdolność rozwiązywania problemów, szybsza analiza informacji i tworzenie narzędzi, które wcześniej były poza zasięgiem przeciętnego człowieka.

Energia jest kosztem. Ale czasem jest również inwestycją w nowe możliwości. Tak właśnie było wtedy, gdy pierwsze ssaki zaczęły ogrzewać własne ciała. I być może podobnie jest dzisiaj, gdy człowiek buduje maszyny, które zaczynają "utrzymywać własną temperaturę intelektualną".

Wróćmy na chwilę jeszcze do biologicznej stałocieplności zwierząt. Nie oznacza to, że stałocieplność jest rozwiązaniem uniwersalnie lepszym. W wielu środowiskach i sytuacjach ekologicznych zmiennocieplność często wygrywa. Gdy zasoby są ograniczone, organizm spalający niewiele energii ma większe szanse przetrwania. W biologii nie istnieją rozwiązania idealne. Istnieją jedynie rozwiązania lepiej lub gorzej dopasowane do określonych warunków.

Ta lekcja ewolucji okazuje się zaskakująco aktualna, gdy spojrzymy na rozwój sztucznej inteligencji. Dzisiejsze modele sztucznej inteligencji, wymagają dużej ilości procesorów i pamięci danych a więc dużo sprzętu i dużo energii. Przypominają raczej organizmy stałocieplne. Nieustannie przetwarzają ogromne ilości informacji, wymagają potężnych procesorów i centrów danych zużywających ogromne ilości energii elektrycznej. I albo trzeba tę energią zabrać z innych procesów cywilizacyjnych albo wyprodukować jej więcej niż dotychczas. I jeszcze potrzebna woda do chłodzenia...

Wytrenowanie dużego modelu językowego pochłania energię, która jeszcze kilkanaście lat temu wydawałaby się niewyobrażalna dla pojedynczego programu komputerowego. Do tego dochodzi energia potrzebna do jego codziennego działania oraz woda do chłodzenia serwerów. Co ciekawe, podobnie jak u ssaków znaczna część tej energii zamienia się po prostu w ciepło, które trzeba skutecznie odprowadzić. Serwerownie przypominają pod tym względem żywe organizmy. Mają własne systemy chłodzenia, obiegi cieczy, wymienniki ciepła i skomplikowane mechanizmy utrzymujące odpowiednią temperaturę pracy. Tak jak organizm ssaka nie może dopuścić do przegrzania mózgu, tak centrum danych nie może pozwolić na przegrzanie procesorów.

Czy oznacza to, że sztuczna inteligencja jest energetycznie nieefektywna? To zależy od punktu widzenia. Jeżeli mierzymy jedynie zużycie energii, odpowiedź brzmi: tak. Jeżeli jednak mierzymy zdolność rozwiązywania problemów, szybkość analizy danych, tworzenia nowych rozwiązań czy wspomagania człowieka w pracy intelektualnej, obraz staje się znacznie bardziej złożony. Podobnie jak stałocieplność, wykorzystując AI płacimy wysoki rachunek za uzyskanie większej niezależności od ograniczeń środowiska. AI potrafi analizować miliony dokumentów, tłumaczyć teksty, wspierać lekarzy, projektować białka czy pomagać naukowcom w odkrywaniu nowych zależności. Wszystko to odbywa się kosztem energii. Energii, które zabraknie na inne procesy gospodarcze lub aktywność człowieka. Lub musimy zwiększyć produkcję energii a to oznacza kolejne nakłady inwestycyjne i być może także emisję gazów cieplarnianych. A na pewno oznacza to przekształcanie środowiska Ziemi.

Historia biologii podpowiada jednak coś jeszcze. Ewolucja nigdy nie kończy się na pierwszym, mało ekonomicznym rozwiązaniu. Ptaki należą dziś do najbardziej wydajnych energetycznie organizmów o wysokim metabolizmie. Ich układ oddechowy i krwionośny osiągnął sprawność, o której inżynierowie mogą tylko marzyć. Być może podobna droga czeka sztuczną inteligencję. Dzisiejsze modele są energochłonne, ale kolejne generacje mogą wykonywać te same zadania znacznie mniejszym kosztem.

Być może za kilkadziesiąt lat będziemy patrzeć na współczesne centra danych tak, jak biolog patrzy dziś na pierwsze stałocieplne ssaki – jako na etap przejściowy. Kosztowny, nieco niezdarny, ale otwierający drogę do kolejnego skoku ewolucyjnego. Bo zarówno w przyrodzie, jak i w technice, postęp rzadko polega na minimalizacji kosztów. Częściej polega na znalezieniu takiego poziomu inwestycji energetycznej, który otwiera możliwości wcześniej niedostępne. Energia nie jest tylko wydatkiem. Jest walutą, za którą można kupić niezależność, elastyczność i zdolność przekraczania ograniczeń. A to właśnie te cechy najczęściej decydują o sukcesie – zarówno organizmów żywych, jak i technologii tworzonych przez człowieka.

Podsumowaniem może być zwrot „rachunek za gotowość” - ssak płaci energią za to, że rano nie musi czekać na słońce, a AI płaci energią za to, że nie musi za każdym razem zaczynać myślenia od zera. Serwery ciągle są w działaniu. Bo i ciągle ktoś z AI korzysta. To w pewnym sensie łączy biologię z filozofią techniki. Na koniec wato postawić sobie pytanie, czy i co zyskujemy przez powszechne używanie AI? Czy ten zysk warto okupić dużym i stałym wydatkiem energetycznym?