28.05.2026

Żylak promienisty (Phlebia radiata) niecodzienny grzyb z wilgotnego lasu

Żylak promienisty
Phlebia radiata
Wielokrotnie wiosną widywałem pniaki, po niedawnym ścięciu drzewa. Korzenie jeszcze pompowały sok do góry. I na tych wyciekach zbierały się liczne owady. Zawsze to coś słodkiego. Słodkie zwabia. Gdy zobaczyłem ten niecodzienny pniak w rezerwacie "U źródeł rzeki Łyny", to pomyślałem, że to właśnie taka sytuacja. Pomyślałem także, że może jakiś śluzowiec lub jakieś grzyby także skorzystały z darmowego posiłku. Ja rozglądałem się za owadami i szybko znalazłem żuki "gnojarze", czyli chrząszcze z rodzaju Geotrupes (w szerokim i dawnym sensie). Kilka osobników żuka leśnego (Anoplotrupes stercorosus) pożywiało się na tym dziwnym wykwicie. Ale potem profesor Dariusz Kubiak zidentyfikował na zdjęciu grzyba o tajemniczej dla mnie nazwie "żylak promienisty". 

Żylak promienisty to jeden z tych grzybów, które łatwo przeoczyć, dopóki nie nauczymy się patrzeć mykologicznie czyli bardziej uważnie, z czułością dla drobnych, wilgotnych cudów. Na pierwszy rzut oka wygląda jak coś pomiędzy rozlanym dżemem a zaschniętą kroplą bursztynu. Dopiero z bliska widać, że to nie przypadkowa plama, lecz misterny organizm o własnej logice wzrostu. Galaretowata plektenchyma, delikatne różowo‑pomarańczowe światło, jakby drewno pod spodem lekko się żarzyło. To grzyb nadrzewny, saprotrof. Występuje w lasach, parkach, ogrodach, sadach. Rośnie na pniakach, leżących na ziemi pniach i gałęziach, głównie na drewnie drzew liściastych. 

Ten niepozorny mieszkaniec lasów (Phlebia radiata), żylak promienisty, należy do grzybów tremelloidalnych, czyli tej całej galaretowatej, nieoczywistej frakcji królestwa grzybów wielkoowocnikowych. To nie jest żadna formalna grupa systematyczna, raczej kategoria „na oko”: grzyby, które nie tworzą kapeluszy ani trzonów, lecz rozlewają się po podłożu jak zastygła fala. Jak syropowaty sok z drzewa. Wspólna jest im konsystencja, woskowato‑galaretowata, sprężysta, czasem trochę przezroczysta. Wspólna jest też ich pora roku. Najlepiej czują się wtedy, gdy świat jest mokry, chłodny i pachnie rozkładem. A tak jest w wilgotnych lasach, zwłaszcza wiosną. Źródła Łyny dostarczają wilgoci nieustannie. A zacieniony las dobrze tą wilgocią gospodaruje. Od późnej jesieni do wiosny, kiedy większość grzybów śpi, one dopiero zaczynają swoje ciche, wilgotne życie. I tak jak za mundurem panny sznurem, tak za grzybami owady także sznurem. 

Żylak promienisty wyrasta na martwym drewnie drzew liściastych: brzozy, olszy, buka, dębu, topoli, wierzby, jarzębiny. Czasem pojawia się także na iglastych, choć rzadziej. W Polsce jest pospolity, ale nie rzuca się w oczy. Bo mało komu kojarzy się z grzybami. Jego owocniki są cienkie, przylegające do drewna jak skóra, która zrosła się z pniem. Początkowo tworzą niewielkie, owalne plamki, później rozrastają się szeroko, zrastając się ze sobą w nieregularne płaty. Brzeg bywa postrzępiony, jakby ktoś delikatnie naciął go nożem. Kolor, od bladoróżowego po pomarańczowo‑czerwony, z czasem ciemnieje, przechodząc w brązy i szarości. W suchych okresach owocniki kurczą się i twardnieją, niemal znikając, by po deszczu znów nabrać życia.

Owocniki ma grubości do 8 mm, początkowo koliste lub owalne, później szeroko rozrastające się. Są płasko rozpostarte i całkowicie przyrośnięte do podłoża, rzadziej z odwiniętym brzegiem. Brzeg jest  postrzępiony. Poszczególne owocniki rosnąc zrastają się z sąsiednimi pokrywając znaczny obszar.
Hymenofor wykształcony jest w postaci rozchodzących się promieniście fałd i żyłek. U żylaka promienistego nie jest gładki, lecz pofałdowana w promieniste żyłki, jak miniaturowa mapa rzek i dopływów. Niczym opowieść o źródłach rzeki Łyny. To właśnie od tych „żył” pochodzi nazwa rodzaju Phlebia. Gdy patrzy się na nie pod lupą, ma się wrażenie, że grzyb oddycha, że w tych fałdach krąży jakaś powolna, leśna krew.

Choć wygląda delikatnie, jego rola w lesie jest znacząca. Żylak promienisty jest saprotrofem czyli jednym z tych cichych destruentów, które zamieniają drewno w próchno, próchno w glebę, a glebę w nowe życie. Powoduje białą zgniliznę, czyli rozkład ligniny, tej najtwardszej części drewna. To dzięki takim grzybom las nie zamienia się w cmentarzysko pni, lecz wciąż się odnawia. W martwym drewnie, które dla nas jest odpadem, on widzi bogaty bufet: celulozę, hemicelulozę, ligninę. Rozkłada je cierpliwie, aż z twardego pnia zostaje miękka, pachnąca ziemia. Pomagają mu w tym liczne saprofagiczne owady.

W świecie grzybów galaretowatych żylak promienisty ma kilku podobnych kuzynów. Najłatwiej pomylić go z żylakiem trzęsakowatym (Phlebia tremellosa), który jednak tworzy odstające płaty i ma bardziej kapeluszowaty charakter. Jest też żylica olbrzymia (Phlebiopsis gigantea), większa i masywniejsza, ale również o galaretowatej naturze. Wspólny mianownik jest jeden: wilgoć, drewno i powolna praca rozkładu.

Kiedy więc następnym razem zatrzymasz się przy omszałym pniaku, spróbuj spojrzeć na niego nie jak na resztkę drzewa, lecz jak na tętniący życiem mikrokosmos. Może dostrzeżesz na jego powierzchni delikatne, pomarańczowe żyłki, jakby ktoś namalował je cienkim pędzelkiem. To żylak promienisty — jeden z tych leśnych rzemieślników, którzy pracują w ciszy, ale bez których las nie byłby sobą. Mogą być także śluzowce, np. wykwit zmienny.

Czytaj także: Kisielec, trzęsak czy masło wiedźm?

27.05.2026

Odszkolnić uniwersytet, czyli o mądrości w czasach sztucznej inteligencji

Jeden obraz wart tysiąca słów: na uniwersytetach ubywa studentów i ubywa studentów na wykładach.
 

Każda zmiana jest trudna. Ostatnie lata to doświadczanie głębokiej zmiany cywilizacyjnej i próby dostosowania dydaktyki akademickiej do tych zmian. Można oczywiście udawać, że nic się nie dzieje, że to tylko studenci źli, że młode pokolenie niedobre itd. Takie zaklęcia dla samousprawiedliwienia. Lepiej jest jednak próbować zrozumieć zmiany cywilizacyjne jakie się dokonują oraz próbować dostosować edukację do tych nowych warunków. I wcale nie chodzi o obniżanie wymagań. Może wyjaśnię to na przykładzie: uczelnia z wykładami dla Polaków. A co będzie, gdy przyjdą np. Francuzi, Niemcy, Somalijczycy? Nie da się wykładać po polsku. Można oczywiście kazać się studentom najpierw nauczyć mówić i pisać po polsku. Ale można także dostosować język przekazu do odbiorcy. I wcale nie oznacza to obniżenia poziomu. Umiędzynaradawianie polskich uniwersytetów już następuje, coraz więcej zajęć jest w języku uniwersalnym czyli w języku angielskim. Taka współczesna łacina. 

Przejdę do metafory. Wiosenne słońce wpadające przez okna uniwersyteckich sal rzuca jaskrawe światło na kryzys, o którym w kuluarach rozmawiamy od lat, a który w dobie kultury ekranowej i sztucznej inteligencji stał się egzystencjalnym pytaniem o sens akademii/uniwersytetu. Kiedy algorytm potrafi w kilka sekund wygenerować poprawną systematykę bezkręgowców, streścić gruby podręcznik do ekologii czy napisać poprawny esej o ekologii krajobrazu, musimy zapytać wprost: po co nam dzisiaj wykłady podające i co właściwie sprawdzamy podczas egzaminów? Bo przecież wykłady i egzaminy to kwintesencja uniwersytetu. Tak przy najmniej było. Może dalej tak będzie? Tylko wtedy te wykłady i te egzaminy będę nieco inaczej wyglądały. Tego nowego staram się nauczyć. A wcześniej zrozumieć sytuację i zachodzące procesy.

Tradycyjny model akademicki, będący kalką dziewiętnastowiecznej szkoły, trzeszczy w szwach już od dawna. Jeśli się nie zmieni, uniwersytet stanie się kosztownym skansenem. Czas na nowo zdefiniować relację między mistrzem a uczniem, przenosząc ciężar z encyklopedycznego „wiem” na relacyjne i ekologiczne „rozumiem i współistnieję”. Tak, wiem, mój język skażony jest porównaniami biologicznymi. To coś więcej niż tylko powierzchowne podobieństwo. W tle poszukuję wspólnego wzorca systemów.

Od kilku lat próbuję mniej mówić na wykładach a więcej rozmawiać i angażować studentów. Idzie mi to opornie i powoli. Trudno wyskoczyć z utartych kolein i wieloletnich przyzwyczajeń. Czasem wychodzę ze studentami na wykład ... do parku. Tak było ostatnio na wykładzie ze studentkami kierunku pedagogika przedszkolna i wczesnoszkolna. Przedmiot - edukacja społeczno-przyrodnicza. W terenie nie da się powiedzieć tylu słów co na sali. Nie ma poglądowych slajdów z tekstem czy ilustracjami. Ale jest możliwość doświadczania przyrody. Przecież niebawem, jako absolwentki i nauczycielki, same będą wychodzić w teren ze swoimi przedszkolakami i uczniami. Z zaskoczeniem patrzyłem na emocje, gdy studentki wyłowiły z jeziora raka amerykańskiego i mogły go dotknąć. Takie same emocje będą u dzieci. 

Wykład w parku to w konwencji przekazywania wiedzy zmarnowany czas. Bo w sali wykładowej można byłoby wypowiedzieć więcej słów i zawrzeć więcej informacji. A ile by zostało w studenckich głowach? Wiedzę mogą samodzielnie czerpać z książek, z internetu, z AI. A emocje i doświadczanie są unikalne. Może więc na współczesnych wykładach nie jest najważniejsze przekazywanie wiedzy? Może relacje, motywacje i rozumienie są ważniejsze i bardziej deficytowe? Zmierzam do tego, że wykłady jako takie nie muszą zniknąć z planu zajęć. Może zmieni się ich forma. Staram się to zrozumieć i praktykować. Idzie mi to wolno. Ale widzę progres. Widzę też, że muszę nauczyć się nowej dydaktyki. Już nie tylko prezentacja w Power Poincie lecz nowy sposób projektowania procesu uczenia się, w którym tablet, smartfon i aplikacje AI nie są przeszkoda a wsparciem. Tak jak w judo - nie przeciwstawiać się przeciwnikowi tylko wykorzystać jego siłę. 

A co z egzaminem? Ten zawsze kojarzy się ze sprawdzaniem wiedzy. Przyjrzyjmy się krytycznie temu, czym przez dekady był egzamin na kierunkach biologicznych. I na wszystkich innych. W swoim najgorszym, choć wciąż powszechnym wydaniu, realizował on trzy ukryte funkcje. Był narzędziem posłuszeństwa, nieświadomym narcyzmem akademickim i podobno sprawdzał wiedzę praktyczną.

Tak więc po pierwsze, egzamin bywał narzędziem instytucjonalnej tresury, dla niektórych był sposobem na zmuszenie studenta do posłuszeństwa. Egzamin jako rytuał przejścia, w którym władza nad losem młodego człowieka koncentruje się w ręku profesora, uczy nie biologii, lecz konformizmu i strategii przetrwania w zhierarchizowanym systemie. Uczy wpisywania sie w oczekiwany klucz odpowiedzi. Ma pokazać swoją podległość i podlizywanie się zwierzchnikowi. To w jakimś sensie dobre, bo przecież żyjemy w społeczeństwie hierarchicznym i zawsze mamy jakiegoś szefa nad sobą. I jesteśmy szefami dla innych. Uczymy się z tym żyć. Od dziecka słyszałem, że pokorne ciele dwie matki ssie. To jakaś wielowiekowa, społeczna mądrość. Ale nawet do wielowiekowej mądrości warto podejść krytycznie i na nowo przemyśleć stare wzorce.

Po drugie, taki egzamin jest często nieświadomym narcyzmem akademickim. Sprawdza nie tyle wiedzę studenta, ile wiedzę samego egzaminatora. Profesor, niczym wzorzec z Sèvres, staje się jedynym punktem odniesienia. Kryterium sukcesu brzmi: „Czy student myśli tak jak ja i czy powtarza moje własne słowa?”. Czy był na wykładach i zapamiętał moje święte słowa? To ślepa uliczka, która zamiast odkrywców produkuje kopie – klony intelektualne, które w dynamicznie zmieniającym się świecie są bezradne. Sam się na tym wielokrotnie przyłapywałem. Bo co uznać za punkt odniesienia? To co ja sam wiem? A to czego nie wiem nie jest już ważne? Przecież najczęściej sam nie wiem czego jeszcze nie wiem. A co być może jest ważne i istotne. 

Po trzecie wreszcie, próbowano bronić egzaminów jako testu wiedzy przydatnej w praktyce. Tyle tylko, że definicja tej „praktyki” uległa całkowitej dezaktualizacji. Dawniej praktyką było pamiętanie klucza do oznaczania owadów (cech diagnostycznych). Dziś praktyką jest umiejętność postawienia właściwego pytania badawczego, zinterpretowania danych w terenie i krytycznej weryfikacji tego, co podpowiada nam ekran smartfona. Albo umiejętność wykorzystania narzędzia w telefonie do rozpoznawania gatunków. Wiedzy jest zbyt dużo, by ją zapamiętać a czasy zbyt dynamiczne by mieć dobry kanon najważniejszej wiedzy. Nie jest tak ważne co wiedzą lecz ważne jest to, co z dostępną wiedzą potrafią zrobić. To wprost odniesienie do konektywizmu. Szukanie i weryfikacja informacji jest współcześnie tak ważne jak kiedyś umiejętność czytania i pisania. 

Od lat mniej więcej wiem, jak nie powinien wyglądać egzamin. Ale to nie znaczy, że wiem jak powinien. Coś tam popróbuję, ale nie mam pewności czy to jest właściwe. I czy ma sens. Na przykład egzamin trwający cały semestr i który ma postać dziennika refleksji. Przecież mogą korzystać z narzędzi AI w pisaniu, wymyślaniu. I korzystają. Sam fakt posiłkowania się AI nie jest niczym złym. Diabeł tkwi w szczegółach, by narzędzia AI były pomocnym narzędziem a nie zastępowały pracy i myślenia. Teraz dla mnie wyzwaniem nie jest sprawdzenie wiedzy studenta lecz sprawdzenie rozumienia procesów i sprawdzenie tego, co student potrafi zrobić z dostępną wiedzą. Elementy tego procesu już od dawna przewijają się w pytaniach nawet maturalnych. W pytaniu są podstawowe dane a zdający egzamin ma wybrać z tych danych to, co istotne i pokazać swój sposób rozumienia. Zatem być może wystarczy konsekwentniej pójść tą droga?

Współczesny świat niesie za sobą niezwykle zróżnicowane i płynne potrzeby. Student biologii, biotechnologii, mikrobiologii  czy pedagogiki wczesnej edukacji nie potrzebuje sztywnego zestawu zamkniętych regułek, które zdezaktualizują się za pięć lat. Potrzebuje elastyczności. Tymczasem sztywne zakresy wymagań i kurczowe trzymanie się sylabusów nakierowanych na reprodukcję wiedzy sprawiają, że edukacja staje się jedynie taśmą produkcyjną powielającą schematy myślowe wykładowcy. W świecie stabilnym i z wolnymi zmianami zdobyta wiedza przez wykładowcę była przez długie lata dobrym punktem odniesienia do weryfikacji wiedzy studenta. Teraz i profesorowie ciągle muszą szybko uzupełniać swoją wiedzę w różnych jej aspektach. 

Do czego więc służą wykłady w dobie AI? Lub do czego mogłyby służyć? W kulturze ekranowej, gdzie uwaga jest towarem deficytowym a student bombardowany jest tysiącami bodźców, tradycyjny wykład ex cathedra umarł. Próba konkurowania z Wikipedią, YouTubem czy ChatGPT na ilość przekazywanych faktów jest z góry skazana na porażkę. AI wie więcej, pamięta lepiej i nigdy się nie męczy. Bo korzysta z kumulatywnej wiedzy całej ludzkości. Bo AI szybciej i pełniej porusza się ogólnoludzkim konektomie wiedzy i doświadczeń. Także w sferze fantazji i halucynacji. 

Logika akademii musi więc ulec odwróceniu. Wykład nie może być już miejscem „transmisji danych”. Jego celem, moim zdaniem, jest zainteresować, zaciekawić i zainspirować do własnych poszukiwań. Profesor nie jest już dystrybutorem wiedzy, lecz kuratorem treści i architektem intelektualnej przygody (projekczycielem). Wykład z biologii czy ekologii ma być jak otwarcie drzwi do lasu – nauczyciel pokazuje bioróżnorodność, fascynujące powiązania troficzne, subtelność ewolucyjnych przystosowań, ale to student musi w ten las wejść i podjąć własną pracę. To tak jak uczyć się gotowania przez zapamiętywanie przepisów z książki kucharskiej versus samodzielne gotowanie z błędami i porażkami. W tym drugim przypadku student zapamięta mniej przepisów, ale lepiej zrozumie sam proces gotowania i samodzielnego poszukiwania. 

Ekologia i edukacja przyrodnicza to nie są dyscypliny czysto teoretyczne, zamknięte w murach laboratoriów. One są potrzebne indywidualnemu człowiekowi do przetrwania i zrozumienia swojego miejsca w biosferze. Wykład ma budować osobistą relację studenta z ekosystemami i biosferą zmieniającej się Ziemi. Ma uświadamiać, że zniszczenie lokalnego ekosystemu rzecznego to nie tylko strata w tabeli bioróżnorodności, ale realne zagrożenie dla naszej wspólnej przyszłości. Ekran smartfona spłaszcza świat do dwóch wymiarów; wykład ma przywrócić mu głębię, zapach, dotyk i moralny niepokój.

Co w tym roku spróbowałem? Od dawna studentom przekazuję prezentacje wykładowe, jako formę notatek. W tym roku nagrywam wykłady i generuję z pomocą AI plik tekstowy (audiodeskrypcja). Też jako formę dodatkowych notatek. Po zakończeniu semestru przyjrzę się rezultatom i spróbuję ulepszyć proces w kolejnym roku. Zapis audiodeskrypcji to surowe dane do dalszej poprawy. Część studentów w informacji zwrotnej pisze, że to się przydaje. Dawniej myślałem o nagrywaniu wykładów i późniejszym ich potem edytowaniu, poprawianiu, uzupełnianiu. Ale nigdy mi się to nie udało. Samemu nie dam rady. Potrzebny ktoś z zewnątrz. I najlepiej nagrywać dwoma kamerami (dwa plany filmowe), a potem miksować ze slajdami z prezentacji w zwarty, zintegrowany przekaz. Taki współczesny skrypt. Nawet próbowałem dzielić wykład na mniejsze porcje, nagrywałem na komputerze a potem umieszczałem a Genially. Jako swoisty skrypt epoki postpiśmiennej. Można byłoby tworzyć wykład hybrydowy. Ale brakuje mi asystenta. Nie jestem człowiekiem orkiestrą. Zbyt wiele jest do ogarnięcia. Wymyśliłem funkcję asystenta zajęć. Na razie słabo to wychodzi, bo studenci rzadko się do tej roli zgłaszają. I ja nie mam wykrystalizowanej wizji takiego podejścia. Pozostaje mi szukać dalej. Krok po kroku. Już wiem, że sam profesor niewiele zdziała. Potrzebny cały ekosystem edukacyjny.

Jak zatem uczyć w tych nowych, wymagających czasach? Moim zdaniem odpowiedzią jest konektywizm czyli teoria uczenia się na miarę ery cyfrowej. Zakłada ona, że wiedza jest rozproszona w sieciach (ludzkich i technologicznych), a najważniejszą umiejętnością jest zdolność do dostrzegania powiązań między polami, ideami i pojęciami. Wiedzy całej ludzkości nie da się jednej osobie ogarnąć. Nasze mózgi są zbyt małe w stosunku do ogólnoludzkiej wiedzy wypracowanej przez stulecia. Można się jednak nauczyć sensownie poszukiwać potrzebnej wiedzy. I można się nauczyć korzystać z tej wiedzy. W nawiązaniu do wykładów i egzaminów - ważniejsze staje się rozumienie procesów i umiejętność poszukiwania w ogromnym konektomie niż samodzielne zapamiętanie wszystkiego, co ważne. 

W takim świecie struktura relacji akademickich musi ulec spłaszczeniu. Przechodzimy od rywalizacji do współpracy. Student i wykładowca stają się partnerami w procesie badawczym. Nauczyciel akademicki musi przestać być sędzią, który z surową miną stawia stopnie i rozlicza z błędów. Powinien stać się mentorem, liderem i dowódcą wyprawy naukowej. Sam się tego uczę. Powoli ale jednak z jakiś progresem. I chcę tą swoją wiedzą dzielić się z innymi. Na przykład przez dyskusje. 

Sędzia stoi z boku, poza grą, i ocenia. Lider idzie na czele, inspiruje swoim zapałem, dzieli się wątpliwościami i pokazuje, jak radzić sobie z porażką, która w naukach przyrodniczych jest przecież codziennością. Mentor w erze AI to ktoś, kto uczy mądrości: jak zadawać algorytmom mądre pytania, jak wątpić w ich odpowiedzi i jak syntetyzować wiedzę biologiczną z etyką i humanizmem.

Jak zatem powinien wyglądać współczesny egzamin na kierunkach biologicznych? Jeśli zmieniamy wykład, musimy zmienić też egzamin. Skoro odrzucamy pamięciówkę, jak sprawdzić kompetencje przyszłego biologa? Jednym z pomysłów, być może nie najlepszych, ale trzymam się każdego, jest to, że nowoczesny egzamin z przedmiotu przyrodniczego powinien opierać się na trzech filarach: zadaniach problemowych, krytycznej analizie źródeł i relacyjności w połączeniu z terenem,

Zadania problemowe i studium przypadków. Zamiast pytać o definicję sukcesji ekologicznej, dajmy studentowi realny problem: „Oto zdegradowany teren po pożarze w naszym regionie. Zaprojektuj proces jego renaturyzacji, uwzględniając zmiany klimatyczne i lokalną florę. Masz dostęp do internetu i AI – użyj ich jako asystentów, ale obroń swój projekt przed komisją”. Trzeba więc przygotować dobre materiały do takiego studium przypadku. Wiele pracy, od razu z marszu się nie da. Próbuję co roku pójść o krok dalej. Zbyt wolno to idzie. Być może jestem zbyt niecierpliwy i zbyt dużo oczekuję?  Potrzeba szerszego zespołu i współpracy, także wsparcia ze strony uczelni. Ale na moim uniwersytecie administracja się rozrasta, powstają kolejne wyspecjalizowane centra z dyrektorami a stosunek liczby profesorów do pracowników technicznych cięgle się zmniejsza. Trzeba większość pomocy do zajęć zrobić samemu. Gdzie te czasy, gry przed wykładem przychodził pracownik techniczny i przygotowywał tablicę, pomoce, a  profesor wchodził na salę jak artysta na przygotowaną scenę i był zapowiedziany przez konferansjera. Teraz to wszystko trzeba zrobić samemu. Dwa w jednym, i profesor i asystent techniczny. Nie ma więc efektu wejścia. Student wchodzi na salę, gdy wykładowca już jest i się krząta, coś włącza, coś sprawdza. Nie ma wyraźnego początku wykładu. Nie oceniam czy to dobrze czy źle. Może w części rolę asystenta spełnią urządzenia i AI lub efektywniej włączymy w to samych studentów? A potem włączymy do procesu wspólnego przygotowania postpiśmiennego skryptu z notatkami z zakresu przedmiotu?

Weryfikacja i krytyka źródeł. Egzamin może polegać na przedstawieniu studentowi tekstu wygenerowanego przez sztuczną inteligencję na temat specyficznego zjawiska biologicznego (np. symbiozy mikoryzowej), w którym ukryto subtelne błędy merytoryczne i tzw. halucynacje AI. A może nie tylko tekstu lecz podcastu, wideo, zestawu fiszek itp.? Zadaniem studenta byłoby te błędy znaleźć, sprostować i podeprzeć się rzetelną literaturą naukową. Teoretycznie to możliwe, ale mi osobiście brakuje wielu umiejętności posługiwania się nowoczesnymi narzędziami. I wiem, że uda się to w pracy zespołowej, nawet online. Czas samotników już minął 

Egzamin relacyjny i terenowy. Biologii nie da się w pełni zrozumieć na ekranie. Egzamin to rozmowa na żywo, najlepiej w terenie, przy wspólnym stole laboratoryjnym lub nad brzegiem rzeki. To tam, w bezpośrednim kontakcie z przyrodą i drugim człowiekiem, sprawdza się umiejętność biologicznego myślenia przyczynowo-skutkowego, pasję oraz etyczną wrażliwość. Na taki egzamin trzeba byłoby więcej czasu. Wymagałby więcej wysiłku w przygotowanie i większego zaufania do oceniania. Bo terenowego egzaminu nie da się archiwizować tak jak pisemnego testu, z możliwością wglądu po 3, 5  czy 10 latach. 

To się musi zmienić w akademickim systemie kształcenia. Musimy porzucić iluzję, że kontrola i standaryzacja dają jakość. W czasach, gdy maszyny stają się coraz bardziej ludzkie w swoich możliwościach poznawczych, to my na uniwersytetach, musimy stać się bardziej ludzcy w swojej mądrości, relacyjności i szacunku dla natury. Odszkolnijmy uniwersytet, by uratować myślenie. Może w ten sposób paradoksalnie wrócimy do korzeni uniwersytetów? 

W dobie sztucznej inteligencji, która w kilka sekund generuje esej, zdaje egzaminy lekarskie czy pisze kod, tradycyjny model studiowania zaczyna trzeszczeć w szwach. Studiowanie musimy wymyśleć na nowo. Albo powrócić do źródeł w nowym wydaniu. Kiedyś to profesor był jedynym źródłem rzadkich informacji. Dzisiaj wiedza jest zdemokratyzowana i dostępna na jedno kliknięcie. Co traci sens? Siedzenie przez 90 minut i przepisywanie slajdów z Power Pointa, które wykładowca czyta monotonnym głosem. AI streści to lepiej i szybciej. Sprawdziłem to w tym roku na audiodeskrypcji. O ile cały spisany wykład wyglądał dość słabo, bo były liczne błędy, o tyle jednostronicowe podsumowanie wyglądało bardzo sensownie i chyba przydatne jest w powtarzaniu materiału.

Co zyskuje sens? Wykład jako przestrzeń do dyskusji, moderowanej debaty i krytycznej analizy. Profesor nie powinien być już "mędrcem na scenie", ale "przewodnikiem idącym obok studenta". Sens mają wykłady inspirowane modelem odwróconej klasy: teorię przyswajasz w domu (np. z pomocą AI), a na uczelni porozmawiasz o jej praktycznym zastosowaniu i o najróżniejszych niuansach.

Tradycyjne egzaminy (zwłaszcza testowe lub pisane w domu eseje) w świecie AI stają się w pewnym sensie fikcją i pustym rytuałem. Skoro AI potrafi je zdać, to znaczy, że sprawdzały one jedynie pamięciówkę lub umiejętność schematycznego pisania – a to za mało na dzisiejsze czasy. Co traci sens? Zakuć, zdać, zapomnieć (3 razy z). Egzaminy sprawdzające suchą wiedzę faktograficzną. Czasem rozumienie, jeśli są to pytania otwarte. Jaki jest nowy sens egzaminowania? Przejście w stronę oceny kompetencji, a nie wiedzy. Zamiast pisać esej, student musi go obronić na żywo, odpowiadając na podchwytliwe pytania. Ale ja mam praktyczne pytanie: jak zorganizować taki egzamin? Tego jeszcze nie wiem. Dopiero próbuję. Zamiast rozwiązywać standardowe zadanie, student musi rozwiązać realny, skomplikowany problem, gdzie AI może być najwyżej asystentem, ale to człowiek musi podjąć decyzję i uzasadnić swój proces myślowy.

Coraz mocniej wybrzmiewa pytanie: "po co nam w ogóle uniwersytet w erze AI? Skoro AI "wie wszystko", po co studiować? Uniwersytet musi przestać być "fabryką dyplomów", a stać się czymś więcej. Jego nowa (a właściwie pierwotna, sokratejska) rola to kształtowanie mądrości, nie tylko wiedzy. Niby więc nowe, ale wracamy do korzeni akademii, do początków uniwersytetów. AI ma dane, ale nie ma mądrości życiowej, empatii ani zrozumienia kontekstu społecznego. Tak się nam przynajmniej na razie wydaje w pysze ludzkiego myślenia (że jesteśmy wyjątkowi i niepowtarzalni). Po Koperniku i Darwinie przezywamy kolejny wstrząs poznawczy.

W świecie fake newsów i halucynacji AI, umiejętność weryfikacji źródeł i wątpienia jest cenniejsza niż kiedykolwiek. Krytyczne myślenie zawsze było ważne. Ale teraz jest ważne jeszcze bardziej. Uniwersytet to przede wszystkim ludzie. Spotkania w kuluarach, wspólne projekty koła naukowego, kłótnie na seminariach. Tego żaden algorytm nie zastąpi. Zatem wykłady i egzaminy mają sens tylko wtedy, gdy uczą nas myśleć, a nie tylko pamiętać. Jeśli uniwersytety szybko się nie dostosują, staną się skansenami. Jeśli jednak podejmą cywilizacyjną rękawicę, mogą stać się kuźnią ludzi, którzy potrafią technologią AI mądrze zarządzać.

A jak Ty to widzisz ze swojej perspektywy? Studiujesz, wykładasz, czy po prostu obserwujesz ten dynamiczny świat z boku?

Ja próbuję odejść od sprawdzania tego, co student wie, na rzecz tego, czy potrafi zarządzać wiedzą, którą ma pod ręką. I nie jest łatwo wypracować nowe standardy. Idzie mi z mozołem i ciągle mam różnorodne wątpliwości. 

25.05.2026

Nie tylko Dzień Chruścika, ale i Dzień Ważki




25 maja jest Dniem Ważki. W kalendarzu świąt dziwnych są i te przyrodnicze. Bo zawsze się znajdzie jakiś pretekst by opowiadać o przyrodzie i o niezwykłych owadach. Tak więc w kalendarzu pojawiają się czasem daty, które na pierwszy rzut oka wydają się egzotyczne, może nawet trochę żartobliwe. A jednak kryją w sobie coś więcej niż tylko sympatyczną ciekawostkę. Tak jest z Dniem Ważki, obchodzonym od 2019 roku w Polsce w dniu 25 maja. Jest świętem młodym, ale już rozpoznawalnym w środowisku miłośników przyrody. Jego inicjatorką była Ewa Rauner‑Bułczyńska z Puław. Data nie jest przypadkowa, to rocznica urodzin Edmonda de Sélys Longchamps, jednego z ojców współczesnej odonatologii (nauka zajmująca się badaniem ważek, dział zoologii i entomologii). Wybór tej postaci to nie tylko ukłon w stronę historii nauki, ale i przypomnienie, że fascynacja ważkami ma długą tradycję, a ich badanie łączy w sobie precyzję, wrażliwość i zachwyt nad światem wodno‑powietrznym. Ważki są duże i aktywne, łatwo je zauważyć w środowisku. Często pojawiały się w motywach malarskich secesji i Młodej Polski. A dla biologa fascynujące są różne aspekty ich biologii i filogenezy.

Dzień Ważki wyrósł z potrzeby popularyzacji wiedzy o owadach, które choć efektowne i chętnie fotografowane to wciąż pozostają dla wielu tajemnicą. To święto ma swój rytm i przyrodniczy rytuał. Są spacery nad wodą, warsztaty, pokazy larw i wylinek, opowieści o migracjach i terytorialnych pojedynkach samców. Maj to dobry fenologicznie czas by pokazywać wazki w terenie. W tle pobrzmiewa jednak głębszy sens. Ważki są wskaźnikami jakości środowiska, a ich obecność lub brak mówi o stanie wód i całego krajobrazu więcej niż niejeden raport dotyczący hydrochemii wód powierzchniowych. Świętując je, świętujemy więc także troskę o ekosystemy, które pozwalają im istnieć.

Zanim jednak pojawił się Dzień Ważki, w Polsce obchodzono już inne, jeszcze bardziej niszowe święto - Dzień Chruścika, ustanowiony 11 grudnia 2002 roku. Pomysł narodził się w radiowej Trójce, a od 2003 roku Olsztyn stał się nieformalną stolicą tego święta, organizując seminaria, spotkania i wykłady poświęcone owadom wodnym z rzędu Trichoptera. Chruściki, choć pozbawione spektakularnego uroku ważek (mniejsze, nocny tryb życia imagines, znacznie więcej gatunków i trudniejszych do rozpoznania niż wazki), mają w sobie inną siłę przyciągania. Larwy chruścików są mistrzami kamuflażu, architektami podwodnych domków. Na dodatek stanowią kluczowy element wodnych sieci troficznych. To owady, które nie epatują barwą ani lotem lecz uczą uważności pokazują, że piękno przyrody bywa ukryte, skromne, wymagające cierpliwego spojrzenia. Przyroda wymaga uważności i cierpliwości. Chruściki także.

Oba święta (Dzień Ważki i Dzień Chruścika) tworzą razem ciekawy duet. Ale nie są osamotnione. Są i inne podobne, entomologiczne, święta. Owady nam nie tylko wadzą lecz i fascynują bogactwem gatunków i różnorodnością cykli życiowych. Jest o czym opowiadać przez cały rok. Ale wróćmy do ważek i chruścików. Z jednej strony mamy owady, które kojarzą się z dynamiką, światłem i powietrzem. Z drugiej strony są te, które żyją w cieniu, na dnie, czasem w mule, wśród roślin zanurzonych w wodzie. Jedne przyciągają wzrok, drugie wymagają lupy. A jednak oba rzędy łączy wspólna przestrzeń: woda jako środowisko życia larw, cykl przeobrażeń, rola bioindykatorów, a także ich znaczenie w edukacji ekologicznej. Świętowanie ich dni to nie tylko sympatyczny gest wobec owadów, ale także forma opowieści o wodzie, o jej czystości, różnorodności i kruchości, o zdrowiu ekosystemu i zawiłościach ewolucji.

W czasach, gdy przyroda coraz częściej znika z codziennego doświadczenia, takie święta pełnią rolę małych latarni. Przypominają, że świat owadów wodnych jest fascynujący, że warto zatrzymać się nad brzegiem jeziora, rzeki, stawu czy strumienia. Że warto spojrzeć pod powierzchnię, poszukać domku chruścika, poszukać polujących larw ważek. Albo śledzić lot ważki nad trzcinami lub chruścików o zmierzchu nad wodą. To popularyzacja wiedzy w najczystszej postaci - nie nachalna, nie tylko akademicka lecz oparta na ciekawości i zachwycie. I może właśnie dlatego tak potrzebna.

Choć kojarzymy ważki przede wszystkim z powietrznym tańcem nad trzcinami, ważki są w istocie owadami wodnymi. Ich życie zaczyna się pod powierzchnią, w świecie ciemnym, gęstym i pełnym drapieżników. Dopiero później, po miesiącach – a czasem latach – spędzonych jako larwy, wynurzają się z wody, by przeobrazić się w jedne z najbardziej efektownych stworzeń lata. Ta podwójna natura ważek sprawia, że są znakomitym symbolem ekosystemów wodnych. Łączą to, co ukryte, z tym, co widoczne. Łączą to, co powolne, z tym, co szybkie i zwinne.

W Polsce żyje prawdopodobnie 74 gatunki ważek. Dlaczego prawdopodobnie? Bo do 72 gatunków dołączyły dwa nowe, a że w przyrodzie nic nie jest stałe, to można spodziewać się kolejnych gatunków lub wymierania tych, które były tu od dawna. Nasze ważki należą do dwóch podrzędów: równoskrzydłych (Zygoptera) i różnoskrzydłych (Anisoptera). Odonatologia (nauka o ważkach) ma w naszym kraju długą tradycję. Kiedyś były zaliczane do owadów siatkoskrzydłych, razem z chruścikami. Już w XIX wieku polscy przyrodnicy opisywali lokalne gatunki, a w ostatnich dekadach wiedza ta została uporządkowana i wzbogacona dzięki atlasom, monografiom i intensywnym badaniom terenowym. W tym corocznym warsztatom odonatologicznym. Polska odonatofauna jest dziś jedną z najlepiej rozpoznanych grup owadów, co nie jest wcale oczywiste, jeśli porównać ją z innymi rzędami, wciąż czekającymi na pełne opracowanie.

Ważki zawdzięczają tę popularność nie tylko efektownemu wyglądowi, lecz także roli, jaką pełnią w ekosystemach. Larwy są drapieżnikami polującymi na drobne bezkręgowce, kijanki, a nawet narybek. Dorosłe osobniki kontrolują liczebność komarów i muchówek, a ich obecność nad wodą jest jednym z najbardziej czytelnych sygnałów, że biocenoza wodna jest dobrze zachowana. To właśnie dlatego ważki stały się bioindykatorami – organizmami, które pozwalają ocenić jakość środowiska. Jeśli znikają, oznacza to, że w wodzie dzieje się coś niepokojącego.

W ostatnich latach rośnie także zainteresowanie ważkami wśród fotografów, edukatorów i miłośników przyrody. Powstają grupy obserwatorów, organizowane są spacery i warsztaty, a 25 maja obchodzimy Dzień Ważki – święto, które ma przypominać o ich znaczeniu i zachęcać do poznawania tych niezwykłych owadów. To nie tylko okazja do podziwiania ich barw i akrobacji, lecz także moment, w którym można opowiedzieć o wodzie: o jej czystości, o zagrożeniach, o tym, jak bardzo jest potrzebna zarówno nam, jak i im.

Ważki są więc nie tylko pięknym elementem letniego krajobrazu, ale także ambasadorami ekosystemów wodnych. Ich życie, zaczynające się w środowisku wodnym, a kończące w powietrzu, jest opowieścią o przemianie, o zależnościach między środowiskami i o kruchości natury. Patrząc na nie, widzimy nie tylko owada, lecz cały świat, który go stworzył i którego jest częścią. I może właśnie dlatego warto o nich mówić, pisać i świętować. bo w ich skrzydłach odbija się stan naszych jezior, rzek i mokradeł. I dawne demony słowiańskie ukryte w polskich nazwach takich jak np. świtezianka.

O niezwykłym sposobie zapłodnienia występującym u ważek, z wtórnym aparatem kopulacyjnym napiszę następnym razem. Kryje się tu i archaiczne pozostawianie plemniomieszka (typowe dla siedlisk wilgotnych) i terytorializm sprawnych lotników. Ślad początków filogenezy owadów.

23.05.2026

Niby nic, to tylko szubarga pięciokropka

Dwie larwy szubargi.
 Od ponad 40 lat odwiedzam źródła rzeki Łyny. Tu, jako student, zaczynałem swoja przygodę naukową z owadami i chruścikami w szczególności. Dlatego ;lubię tu wracać na ćwiczenia terenowe z zoologii bezkręgowców. Z perspektywy lat widać duże zmiany zapuszczania się przyrody. Przybyło siedliska martwego drewna, bobry pomogły z zdziczeniu krajobrazu. Niektóre dawne drogi polne zarosły i są nie do przebycia, polany zmieniły się w las. Człowiek systematycznie wycofuje się na rzecz dzikiej przyrody. I mimo że to rezerwat geomorfologiczny to bioróżnorodność jest tu fascynująca. Zawsze coś ciekawego entomologicznie się spotka.

Majowa wizyta wiąże się nieodmiennie z chrabąszczami majowymi. Byliśmy pod koniec maja, już po szczycie liczebności owadów dorosłych. W wielu miejscach widać było martwe owady objadane przez mrówki. Tym razem spotykaliśmy nie tylko ogniczka ale i oleicę.

Pośród tych ekscytujących i znanych mi owadów zawsze spotykam coś nowego, co udaje się utrwalić na zdjęciu. Na przykład te zielone larwy na liściach czeremchy. Myślałem, że to może gąsienice motyli. Skojarzyło mi sie z jakimiś modraszkami. Po powrocie do domu szukałem z wykorzystaniem Google Lens. Kilkanaście różnych propozycji, które trzeba było dokładniej sprawdzić, porównać i doczytać. Tak z pomocą narzędzi internetowych doszedłem, że do lary szubargi pięciokropki. Tu mała refleksja. Kiedyś musiałbym przeglądać liczne książki i atlasy entomologiczne by rozpoznać gatunek. szanse byłyby małe. Łatwiej znaleźć w takich książkowych opracowaniach gatunki pospolite lub charakterystyczne. Teraz technologia pomaga, a w teren nie trzeba zabierać kilku ciężkich przewodników do rozpoznawania tylko telefon z dostępem do internetu. Jest lżej i łatwiej. Potrzebne jest jednak krytyczne myślenie i doświadczenie.

Wróćmy jednak do bohatera ze zdjęcia. Te dwie zielona larw na zielonym liściu dobrze się maskują. Łatwiej zobaczyć ślady ich żerowania. To szubarga pięciokropka, Gonioctena quinquepunctata,  jeden z tych niepozornych mieszkańców naszych lasów i parków, których zwykle się nie zauważa, dopóki nie zacznie się patrzeć uważniej. A kiedy już się zobaczy małego, czerwonobrązowego chrząszcza z pięcioma czarnymi plamkami na pokrywach to trudno nie poczuć sympatii do stworzenia, które łączy w sobie prostotę wyglądu i zaskakującą złożoność biologii. Dorosłych szubarg nie widzieliśmy. Być możę kiedyś je widziałem, ale nie rozpoznałem i nimi się nie zaintersowałem. Teraz uwagę moja zwróciły larwy. Szubarga pięciokropkowa to gatunek związany niemal nierozerwalnie z czeremchą, drzewem o własnej, bogatej historii ekologicznej. I to właśnie na jej liściach rozgrywa się cały cykl życia tego niewielkiego chrząszcza z rodziny stonkowatych.

Wiosna zaczyna się dla szubargi wcześnie. Dorosłe chrząszcze zimują w ściółce, pod opadłymi liśćmi, w szczelinach kory – wszędzie tam, gdzie można przetrwać mrozy i wilgoć. Gdy tylko czeremcha wypuszcza pierwsze, jeszcze miękkie liście, chrząszcze wychodzą z ukrycia i ruszają na żer. To moment, w którym ich obecność najłatwiej zauważyć bo na młodych liściach pojawiają się drobne, okrągłe otworki, jakby ktoś nakłuł je igłą. To znak, że szubarga rozpoczęła sezon żerowania.

Najbardziej niezwykły element jej biologii ujawnia się jednak nieco później. Samice Gonioctena quinquepunctatażyworodne (a w zasadzie jajożyworodne). Zamiast składać jaja, rodzą w pełni ukształtowane larwy. Można powiedzieć, że chronią jaja w swoim ciele, dopóki mnie wyklują się z nich larwy. To rzadkość wśród chrząszczy i cecha, która zawsze budzi zdumienie, gdy opowiada się o niej studentom czy uczestnikom zajęć terenowych. Larwy pojawiają się na liściach czeremchy w kwietniu i maju, zwykle pojedynczo, choć na jednym liściu może ich być kilka. Żerują intensywnie, wygryzając charakterystyczne dziurki, a przy masowym pojawie potrafią przeobrazić liść w ażurową siatkę nerwów. Niczym koronkowa robota. Mimo to drzewa radzą sobie z tymi uszkodzeniami dość dobrze. Czeremcha jest odporna, a szubarga, choć żarłoczna, nie stanowi dla niej znaczącego zagrożenia.

Gdy larwa osiągnie dojrzałość, opuszcza liść i spada na ziemię. W ściółce, w cienkiej warstwie gleby, rozpoczyna się etap przepoczwarczenia> ten etap życia jest ukryty i łatwy do przeoczenia dla obszerwatora przyrody. Po dwóch lub trzech tygodniach z poczwarki wychodzi młody chrząszcz nowego pokolenia. Przez chwilę żeruje na liściach, ale lato to dla niego przede wszystkim czas przygotowań do zimy. Jeszcze zanim liście zaczną żółknąć, szubargi znikają z oczu, wtapiając się w warstwę opadłych liści, gdzie przeczekają chłody, by wiosną znów wrócić na czeremchę.

Choć gatunek ten bywa liczny, jego obecność rzadko budzi niepokój. W lasach i parkach nie prowadzi się żadnych działań ochronnych ani zwalczających. I słusznie, bo szubarga jest naturalnym elementem ekosystemu, a jej żerowanie nie wpływa istotnie na kondycję drzew. Jest jednym z wielu drobnych ogniw łańcucha zależności, które sprawiają, że wiosenne liście czeremchy są nie tylko piękne, ale i pełne życia. Sądząc po licznych śladach żerowania na liściach czeremchy, szubarga ma się dobrze w rezerwacie "U źródeł rzeki Łyny". 

Wystarczy więc zatrzymać się przy czeremsze w maju, unieść jeden z liści i spojrzeć pod światło. Może zobaczysz drobne, okrągłe perforacje, może larwę o miękkim, jasnym ciele, a może dorosłego chrząszcza z pięcioma czarnymi kropkami (dorosłe zobaczymy późnym latem). A jeśli tak to będziesz świadkiem małej historii, która co roku powtarza się wśród gałęzi, choć większość ludzi nigdy jej nie zauważa. I to właśnie w takich chwilach najlepiej widać, jak bogata i nieprzewidywalna potrafi być przyroda, nawet ta najbliższa.
.

Zapuszczony teren rezerwatu. Zapuszczony bo od puszczy. Upodabniający sie do pierwotnej puszczy. 


22.05.2026

Inteligencja rozproszona i hologenom



Nie milkną słowa oburzenia na Olgę Tokarczuk, że prowadzi rozmowy ze sztuczną inteligencją. Niezrozumiałe są dla mnie te oburzenia w czasach powszechnego i częstego korzystania z różnorodnych narzędzi sztucznej inteligencji. Jako społeczeństwo jeszcze nie znaleźliśmy sposobu korzystania z tego nieludzkiego członka naszej społeczności. Chciałbym do AI odnieść się w kontekście inteligencji rozproszonej (konektomu) oraz biologicznego pojęcia holobionta i hologenomu.

Mocno jeszcze tkwimy w dawne myśli filozoficznej, która powstała na odkrywczym i rewolucyjnym fundamencie kartezjańskiego cogito. Zgodnie z tym postrzegamy podmiot jako autonomiczną, izolowaną twierdzę świadomości. „Myślę, więc jestem” (cogito ergo sum) zamknęło inteligencję w granicach jednostkowego umysłu, a biologię – w granicach pojedynczego organizmu, wyraźnie oddzielonego od świata. Współczesna nauka, a w szczególności rewolucyjna koncepcja hologenomu, rzuca jednak wyzwanie temu paradygmatowi. Pozwala dostrzec coś jeszcze – wspólnotowość. Pokazuje ona, że to, co zwykliśmy uważać za zindywidualizowaną „istotę”, w rzeczywistości jest gęstą, wielogatunkową siecią współzależności. Może właśnie dlatego w filozofii rozwija się konektywizm?

W tym świetle intuicja francuskiego filozofa Pierre’a Lévy’ego, który postulował zastąpienie kartezjańskiej formuły nowym imperatywem: „Myślimy, więc jesteśmy” (cogitamus ergo sumus), zyskuje głębokie, biologiczne zakorzenienie. Lévy definiuje inteligencję zbiorową jako „formę powszechnie rozproszonej inteligencji, stale ulepszanej, skoordynowanej w czasie rzeczywistym i widocznej w efektywnym wykorzystaniu umiejętności”. Choć filozof odnosił te słowa do społeczeństwa informacyjnego, internetu i struktur takich jak Wikipedia czy algorytmy Google, to natura zrealizowała ten projekt miliardy lat przed powstaniem pierwszego serwera. Teraz możemy dodać jeszcze szybko rozwijająca się sztuczna inteligencję, połączoną z nami sieciami internetowymi i mobilnymi telefonami.

Gdy przyjrzymy się holobiontowi – czyli organizmowi gospodarza wraz z całym zasiedlającym go mikrobiomem – odkrywamy, że esencja inteligencji rozproszonej nie jest jedynie domeną ludzkiej technosfery, lecz fundamentalną zasadą samego życia. To nie wyjątek, to raczej coś powszechnego i uniwersalnego. Z perspektywy genetycznej żaden organizm wyższy nie jest monolitem. Nasz własny genom to zaledwie skromna partytura w potężnej orkiestrze genów bakteryjnych, protistowych, grzybowych i wirusowych, które wspólnie tworzą hologenom. Ta dynamiczna struktura działa dokładnie tak, jak opisywał to Lévy: żadna z cząstek tworzących ten układ nie posiada pełni wiedzy ani wszystkich narzędzi metabolicznych, a jednak całość funkcjonuje w sposób zintegrowany, samosterujący i celowy.

Wikipedia, tworzona bezinteresownie przez miliony edytorów z całego świata, jawi się jako doskonały ekwiwalent mikrobiomu jelitowego. Miliardy bakterii, nieświadome globalnego celu istnienia gospodarza, realizują swoje lokalne, ewolucyjne programy. Jednak efekt ich zsynchronizowanej w czasie rzeczywistym pracy – synteza neuroprzekaźników, modulacja układu odpornościowego, metabolizm ksenobiotyków (substancji obcych dla organizmu) – tworzy nową jakość. Grupa działa tak, jakby posiadała jeden, nadrzędny umysł. Przewód pokarmowy, często nazywany „drugim mózgiem”, jest w istocie rynkiem wymiany informacji, biologicznym Google, w którym chemiczne zapytania gospodarza znajdują natychmiastową, zoptymalizowaną odpowiedź w rozproszonej bazie danych mikrobiomu.

Badacze z Massachusetts Institute of Technology (MIT), analizując czynniki determinujące sukces ludzkiej inteligencji kolektywnej, doszli do wniosku, że o efektywności grupy nie decyduje suma indywidualnych ilorazów inteligencji (IQ) jej członków, lecz ich umiejętność współpracy. Wyróżnili oni trzy kluczowe elementy:
  1. Wnikliwość społeczną (wrażliwość na sygnały partnerów),
  2. Umiejętność dyskutowania (utrzymywanie struktur demokratycznych, nieautorytarnych),
  3. Obecność pierwiastka relacyjnego (empatii, skorelowanej statystycznie z większą liczbą kobiet w zespole).
Te czysto socjologiczne i psychologiczne determinanty znajdują swój uderzający analog w mikrobiologicznej architekturze holobiontu. Biologiczny konsensus dostrzegamy nie tylko w ekosystemie ale i mikrobiomie czy hologenomie. Mikroorganizmy w ciele gospodarza nie komunikują się za pomocą słów, lecz poprzez quorum sensing (wyczuwanie liczebności) – subtelny, chemiczny system „głosowania”, który pozwala bakteriom koordynować swoje zachowania dopiero po osiągnięciu odpowiedniego zagęszczenia. To nic innego jak biologiczna wnikliwość społeczna i nieustanna, molekularna dyskusja. Demokratyczny charakter tej wspólnoty objawia się w tym, że drastyczne zaburzenie tej równowagi (np. dominacja jednego patogennego szczepu) prowadzi do choroby całego układu – dysbiozy.

Powodzenie holobiontu, podobnie jak grupy badawczej czy zespołu projektowego, zależy od wspólnego celu. W świecie gier wideo projektanci jednoczą graczy wokół wspólnego zadania. W świecie przyrody tym wspólnym celem jest przetrwanie i adaptacja. Życie od samego zarania, od etapu pierwotnych hord i plemion, wiedziało, że w grupie jednostki są silniejsze. Oczywiście, nie tylko życie wiedziało to przez dobór naturalny było selekcjonowane. Zbiorowe podejmowanie decyzji pozwalało przetrwać kryzysy. W kontekście ewolucyjnym, hologenom jest ucieleśnieniem tej zasady: pojedynczy ssak czy owad dostosowuje swój genom przez pokolenia, ale jego mikrobiom potrafi przetasować swoje geny w kilka godzin, ratując gospodarza przed nową toksyną w środowisku. Synergia ta sprawia, że wynik całej grupy jest nieskończenie lepszy niż możliwości jej najsłabszego elementu.

Wracając do ujęcia historyczno-filozoficznego, możemy dostrzec fascynującą paralelę między rozwojem ludzkiej cywilizacji a ewolucją biologiczną. Na wczesnym etapie rozwoju – hordy czy plemiona – inteligencja zbiorowa miała charakter lokalny, organiczny, oparty na bezpośredniej bliskości ciał i głosów. Z czasem, dzięki pismu, drukowi, a ostatecznie sieci internetowej, ludzkość stworzyła zewnętrzny, techniczny substrat dla swojej kolektywnej mądrości. Sztuczna inteligencja jest kolejnym krokiem zwiększającym efektywność tego zbiorowego myślenia i działania. 

Hologenom pokazuje jednak, że natura nigdy nie porzuciła tej pierwotnej, organicznej formy sieciowości. Każdy z nas nosi w sobie taką „wewnętrzną internetową sieć” złożoną z bilionów mikroorganizmów. Filozoficzny projekt Lévy’ego, który widział w inteligencji zbiorowej „projekt humanistyczny” zwiększający dostęp do wiedzy i budujący społeczeństwo obywatelskie, w świecie biologii realizuje się jako projekt ekologiczny.

Zamiast hierarchicznego zarządu centralnego, mamy tu do czynienia z absolutną decentralizacją. Nie ma jednego „szefa” zarządzającego hologenomem; mózg gospodarza jest w stałym, dwukierunkowym dialogu (oś jelitowo-mózgowa) z lokatorami swoich flaków. To rozproszona mądrość ciała, która redefiniuje pojęcie suwerenności jednostki. Zrozumienie inteligencji rozproszonej w kontekście hologenomu zmusza nas do głębokiej rewizji pojęć takich jak „ja”, „inny”, „inteligencja” czy „świadomość”. Jeśli nasz nastrój, nasze wybory żywieniowe, a nawet sprawność naszych procesów poznawczych są współtworzone przez aktywność istot nie-ludzkich, to gdzie kończy się nasz umysł?

Zarówno w biologii, jak i w strukturach społecznych, największy potencjał osiąga grupa połączona relacjami sieciowymi. Tak jak komputery zwielokrotniły możliwości ludzkiego myślenia, tworząc globalną sieć informacji, tak hologenom spaja miliony lat ewolucji różnych królestw życia w jeden, sprawnie działający mechanizm. Powrócę jeszcze do sztucznej inteligencji. Ona maksymalizuje wspólna inteligencję rozproszoną. Usprawnia korektom, w którym myślimy i działamy. 

Odrzucając kartezjańską pychę izolowanego Ego, filozofia i biologia spotykają się dziś w tym samym punkcie: w zachwycie nad faktem, że istniejemy tylko dlatego, że współistniejemy. Jesteśmy pluralizmem udającym jedność, symfonią rozpisaną na biliony głosów, w której mądrość nie należy do żadnego z muzyków z osobna, lecz rodzi się w samym procesie wspólnego grania. A sztuczna inteligencja jest ewolucyjnym usprawnieniem i poszerzeniem ludzkiego myślenia. We wspołpracy z nieludzkimi elementami. To zupełnie nowa jakość. I nic dziwnego, że tak wiele osób oburzyło się na wypowiedź Olgi Tokarczuk. Po prostu nie rozumieją ani słów Noblistki, ani współczesnej sytuacji kulturowej.

19.05.2026

Najlepszy jest pomnik, którego nie widać




Kontekst naprawdę potrafi namieszać. Tak jak sztuka czy streetartowa instalacja. Weźmy choćby Olsztyn: miasto zielone, z wieloma jeziorami, ale jeśli chodzi o sztukę w przestrzeni publicznej, to raczej skromne. Mało jest pomników, rzeźb czy instalacji. Dlatego pomysł ustawienia w parku rzeźby jelenia z brązu brzmi całkiem sensownie. Zwierzę szlachetne, sylwetka efektowna, a spacerowiczom zawsze miło, gdy coś im niespodziewanie „mrugnie” z krzaków, nawet jeśli to tylko metal. Tyle że… odlew z Chin. Chiński jeleń w warmińskim parku. Brzmi jak żart, który opowiada się przy ognisku, a nie jak decyzja inwestycyjna. Bo czy naprawdę nie mamy w Polsce, w Europie, w regionie ludzi, którzy potrafią odlać jelenia? Przecież to nie jest gatunek egzotyczny. Po taniości? To może z włókna szklanego, tak jak ta krowa na wypasie, która się pojawiła na krótko także w Parku Centralnym w ramach działań artystycznych? W czymże krowa gorsza od jelenia? Że nie z dostojnego i arystokratycznego brązu?

Ale to dopiero początek. Bo rzeźba nie została jeszcze odsłonięta, a już wywołała burzę większą niż ta, która potrafi przejść nad Jeziorem Ukiel w lipcu. Największe emocje wzbudziła geneza przedsięwzięcia: myśliwi i sympatycy łowiectwa zbierali łuski po nabojach, by sfinansować zakup brązu. Przedstawiciele różnych organizacji prozwierzęcych nie kryją oburzenia, co utrwaliło Radio Olsztyn (Rzeźba jelenia w olsztyńskim Parku Centralnym. Dar myśliwych budzi skrajne emocje).

Ich zdaniem to makabryczny pomysł: pomnik zwierzęcia finansowany ze śmierci innych zwierząt. Trudno odmówić temu pewnej dramaturgii. Pierwotnie jeleń miał być odlany właśnie z tych łusek. Ostatecznie jednak sprzedano je, by obniżyć koszty, a samą rzeźbę wykonano w Chinach. I tak powstała konstrukcja, która łączy w sobie polskie lasy, chińskie odlewnie i europejską debatę o sensie symboli. Wywołujący emocje i dyskusje streetart w pełnej krasie. I to na bogato, bo odlany z brązu. Niczym pomniki jelenia z czasów niemieckich cesarzy, którzy upamiętniali swoje polowania tu i tam. Dostojne dowody arystokraty "tu byłem, tu polowałem". 

Ale zostawmy jelenia w spokoju, niech stoi, skoro już przepłynął pół świata. W całej tej historii jest bowiem jeden element, który mnie autentycznie cieszy: rzeźba stała się pretekstem, by myśliwi… posprzątali po sobie. Tak, dobrze czytasz. Zebrali łuski. Jeśli do tak podstawowego odruchu potrzeba motywacji w postaci zbiórki na pomnik, to trudno, dobre i to. Ołowiu ze śrutu, niestety, nie pozbierają, bo ten jest drobny i trudno go wyzbierać z gleby czy dna zbiornika wodnego. Jeden Kopciuszek by nie wystarczył. Ale może kiedyś zgodzą się na stalowe śruciny? Fakt, mniej efektywne niż te ołowiane, ale żelazo w środowisku nie czyni takich zanieczyszczeń jak ołów. A to już byłby zysk. Kto wie, cuda się zdarzają, skoro już mamy chińskiego jelenia jako symbol polskiego łowiectwa.

Wróćmy do sedna czyli do śmieci. Bo w tej historii, paradoksalnie, to one są najważniejsze. Łuski to tylko wierzchołek góry odpadów, które zostają w lasach, na torfowiska, mokradła, nad jeziorami i nad rzekami. Gdyby myśliwi nie zostawiali pod ambonami nęcisk wyglądających jak śmietnik po nieudanym pikniku. Gdyby wędkarze nie porzucali butelek, puszek i plastykowych opakowań po przynęcie i własnych przekąskach na brzegach jezior. Gdyby spacerowicze i turyści nie traktowali lasu jak wielkiego kosza, w którym „przecież nikt nie widzi”. Gdyby… Ale nie idźmy tą drogą, bo lista „gdyby” jest długa jak Warmia szeroka i Mazury długie.

Zamiast tego powiedzmy prosto: jesteś w lesie, nad jeziorem, nad rzeką to zabierz swoje śmieci ze sobą. Są lżejsze niż to co przyniosłeś (aś) czy przywiozłeś (aś). To nie jest filozofia zen, to nie wymaga doktoratu z ekologii. To tylko jeden ruch ręką. Jedna reklamówka. Jedna decyzja, że nie zostawiasz po sobie śladu, który będzie straszył następnych sto lat. Nie trzeba do tego rzeźby, zbiórki, fundacji ani medialnej burzy. Wystarczy jedna reklamówka i odrobina przyzwoitości. Pomnika z tego nie odleją. Nie będzie uroczystego odsłonięcia 19 czerwca jelenia w Parku Centralnym w Olsztynie, nie będzie wstęgi, fanfar ani przemówień. Ale za to będzie czysto. A czysty las, czysta rzeka, czyste jezioro to jest sztuka, której nie trzeba sprowadzać z Chin. Nie będzie brązowej figurki przedstawiającej turystę z pełnym workiem śmieci. Czy wędkarza nad brzegiem rzeki. Ale za to będzie czysto. A czysty las, czyste jezioro, czysta rzeka jest sztuką, której nie trzeba sprowadzać z Chin ani z USA. To jest sztuka, którą możemy zrobić sami, codziennie, bez fanfar, bez odsłonięcia, bez przecinania wstęgi.

I może właśnie to jest najpiękniejszy pomnik, jaki możemy postawić przyrodzie: taki, którego… nie widać. Taki, który zostaje po nas w postaci braku śmieci. I taki, który nie budzi kontrowersji, bo nie ma się do czego przyczepić. Dosłownie. 

W zasadzie to pomyliłem sie. Takie pomniki widać, bo widać piękno niezaśmieconego, niezeszpeconego krajobrazu. I nic, że to nie z brązu. Ani z marmuru. 

18.05.2026

W obronie płazów





W ostatnich dziesięcioleciach drastycznie spada liczebność płazów w Polsce. Jedną z przyczyn jest śmiertelność na drogach w czasie ich wiosennej wędrówki do zbiorników wodnych w celach rozrodczych. Ostatnie 10 lat to czas narastającej suszy hydrologicznej i zanikania wielu małych i okresowych zbiorników wodnych, czyli tradycyjnych siedlisk rozrodczych płazów. Przekłada się to na wzrost zagrożenie wyginięcia wielu gatunków. Po prostu coraz mniej siedlisk i coraz niebezpieczniejsza jest wędrówka do miejsc rozrodu.

Przepust dla płazów – czyli specjalny tunel pod drogą połączony z odpowiednio poprowadzonymi płotkami naprowadzającymi – to jedno z najskuteczniejszych rozwiązań ochronnych, jakie współczesna nauka zaleca do stosowania w miastach i krajobrazach przekształconych przez człowieka. Jego znaczenie dla bioróżnorodności jest dużo większe, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.

Przepust dla płazów na ulicy Leśnej w Olsztynie, o który dopominają się przyrodniczy i społecznicy, nie jest fanaberią ani działaniem symbolicznym, lecz konieczną inwestycją wynikającą zarówno z obowiązku prawnego, jak i z realnych potrzeb ochrony lokalnych ekosystemów. W Olsztynie, mieście położonym wśród lasów i jezior, płazy stanowią jeden z najbardziej wrażliwych elementów biocenozy. Ich cykl życiowy wymaga corocznych migracji między miejscami zimowania a zbiornikami wodnymi, w których się rozmnażają. Gdy na tej drodze staje asfaltowa jezdnia, zwierzęta nie mają żadnej możliwości bezpiecznego przejścia. Skutki są widoczne gołym okiem: masowa śmiertelność, która w ciągu kilku tygodni migracji potrafi zdziesiątkować lokalną populację. Dane zebrane przez mieszkańców – 141 martwych płazów na zaledwie 1,5‑kilometrowym odcinku drogi w ciągu dwóch dni – pokazują skalę problemu, który nie rozwiąże się sam i którego nie da się zignorować.

Płazy są gatunkami chronionymi, a ich ochrona nie jest kwestią dobrej woli, lecz obowiązkiem wynikającym z Ustawy o ochronie przyrody. Jednak poza aspektem prawnym istnieje argument jeszcze ważniejszy: płazy są kluczowym elementem lokalnej bioróżnorodności. Regulują liczebność owadów, stanowią pokarm dla wielu gatunków ptaków i ssaków, a ich obecność świadczy o dobrej kondycji środowiska. Gdy populacje płazów załamują się, ekosystem traci równowagę. W mieście takim jak Olsztyn, które buduje swoją tożsamość na bliskości natury, utrata płazów byłaby nie tylko porażką ekologiczną, ale także symboliczną. Tak więc czynna ochrona płazów w Olsztynie to także dbanie o dobry wizerunek miasta turystycznego. Dobra promocja miasta.

Dotychczas stosowane płotki herpetologiczne nie spełniają swojej funkcji. Bez przepustu są jedynie barierą, która zatrzymuje zwierzęta, ale nie daje im możliwości przejścia (wymagana jest stała praca wolontariuszy przenoszących płazy). W efekcie płazy giną tuż obok ogrodzeń, a mieszkańcy – w tym dzieci – widzą makabryczny obrazek, który stoi w sprzeczności z wizerunkiem „zielonego miasta”. Przepust to rozwiązanie trwałe, sprawdzone i stosowane w wielu miejscach w Polsce i Europie. Łączy ono prostotę z wysoką skutecznością: płotki kierują zwierzęta do tunelu, a tunel pozwala im bezpiecznie przekroczyć drogę. Raz wykonana inwestycja działa przez dziesięciolecia, bez konieczności corocznych akcji ratunkowych. Ponadto umożliwia późniejsza wędrówkę młodych płazów ze zbiorników wodnych do siedlisk lądowych. Nie odbywa się to w jednym, skoncentrowanym terminie i dlatego ta śmiertelność na drogach jest mniej widoczna.

Warto podkreślić, że przepust na ulicy Leśnej miałby charakter pilotażowy. Pozwoliłby zebrać doświadczenia i dane, które można wykorzystać przy planowaniu podobnych rozwiązań w innych miejscach rozwijającego się ciągle Olsztyna. To inwestycja, która nie tylko chroni przyrodę, ale także buduje kompetencje miasta w zakresie nowoczesnej, zielonej infrastruktury. Może stać się elementem edukacji ekologicznej, przykładem odpowiedzialnego zarządzania środowiskiem i dowodem, że Olsztyn traktuje swoją przyrodniczą wyjątkowość poważnie.

Wiosenny wieczór nad jeziorem bez rechotu żab byłby nie tylko uboższy, ale i niepokojący. Płazy znikają po cichu, ale ich brak odczuwamy wszyscy. Przepust na ulicy Leśnej to inwestycja niewielka w skali budżetu miasta, a ogromna w skali ochrony lokalnej przyrody. To decyzja, która pokazuje, że Olsztyn nie tylko deklaruje troskę o środowisko, lecz realnie je chroni.

Dlaczego przepusty dla płazów są kluczowe dla bioróżnorodności? Po pierwsze przepusty to rozwiązanie, które chroni całe populacje, nie tylko pojedyncze osobniki. Płazy, co zapewne pamiętamy ze szkoły, mają bardzo specyficzny cykl życiowy. Żyją na lądzie, np. zimują w lasach, a rozmnażają się w zbiornikach wodnych. Dlatego corocznie migrują masowo w krótkim czasie. Jeśli droga przecina ich szlak migracyjny, śmiertelność może sięgać 70–90% populacji w danym miejscu. To nie jest „kilka żab mniej” – to załamanie populacji, które może doprowadzić do jej lokalnego wyginięcia. Przepusty redukują śmiertelność do kilku procent, co w praktyce oznacza uratowanie całej populacji.

Po drugie płazy są gatunkami wskaźnikowymi. Ich zniknięcie oznacza degradację ekosystemu, Płazy reagują na: zanieczyszczenia w środowisku, zmiany wilgotności, fragmentację siedlisk, presję urbanizacyjną. Jeśli płazy giną na drogach, to nie tylko problem etyczny – to sygnał, że ekosystem traci spójność. Przepusty przywracają ciągłość siedlisk, co jest jednym z fundamentów ochrony bioróżnorodności.

Po trzecie płazy pełnią ważne funkcje ekologiczne. Zjadają ogromne ilości owadów (w tym komarów). Są pokarmem dla ptaków, ssaków, gadów i ryb. Utrzymują równowagę w ekosystemach wodnych i lądowych. Utrata płazów uruchamia efekt domina – zaburza cały łańcuch troficzny.

Przepusty zapobiegają izolacji genetycznej. Drogi działają jak bariery. Jeśli populacja zostanie podzielona na kilka izolowanych części, które nie mogą się mieszać, dochodzi do: spadku różnorodności genetycznej, większej podatności na choroby, ryzyka lokalnego wymarcia. Tunel pod drogą to „korytarz ekologiczny”, który przywraca przepływ genów. Działa tak jak duże przejścia nad drogami dla dużych ssaków. Przepusty To rozwiązanie trwałe i skuteczne – w przeciwieństwie do płotków tymczasowych. Płotki herpetologiczne: działają tylko wtedy, gdy są codziennie kontrolowane przez wolontariuszy, łatwo ulegają zniszczeniu, nie rozwiązują problemu, tylko go łagodzą. Przepusty natomiast działają przez dekady, nie wymagają stałej obsługi, są standardem w krajach dbających o bioróżnorodność.

Olsztyn jest miastem o wyjątkowej mozaice siedlisk: lasy, jeziora, torfowiska, łąki. To idealne środowisko dla płazów, ale też miejsce, gdzie drogi przecinają naturalne trasy migracyjne. Ulica Leśna to klasyczny przykład: las → droga → jezioro czyli dokładnie to, czego płazy nie są w stanie pokonać bezpiecznie. Dane z petycji informują o 141 martwych płazów zaobserwowanych w ciągu 1,5 dnia. Wskazuje na katastrofalną skalę śmiertelności. W skali całej migracji to mogą być setki lub tysiące osobników.

Przepusty dla płazów to nie tylko infrastruktura ochronna. To także świetny przykład „zielonej infrastruktury” w mieście oraz materiał edukacyjny dla szkół, uczelni i mieszkańców. To także element budujący wizerunek miasta dbającego o przyrodę, oraz atrakcja przyrodnicza. W wielu miejscach w Polsce i Europie takie rozwiązania są pokazywane turystom. Dla dzieci to także ważny sygnał, że w naszym mieście życie – nawet najmniejsze – jest chronione.

Przepust dla płazów: ratuje lokalne populacje przed wymarciem, przywraca ciągłość siedlisk, chroni różnorodność genetyczną, stabilizuje ekosystemy, wzmacnia edukację ekologiczną, buduje wizerunek miasta przyjaznego naturze. To jedno z najprostszych, najtańszych i najbardziej efektywnych działań, jakie można podjąć w ochronie przyrody w mieście. Marzy mi się, żeby w Olsztynie takie rozwiązania powstały nie tylko na ulicy Leśnej.


Żabi skrzek w zbiorniku wodnym

13.05.2026

Drzewo Mocy i słoik z duszą, czyli Olsztyn Street Art Garden vol.9



Wspólne malowanie w przestrzeni publicznej jest dla mnie wielką przygodą. Spotkanie z ludźmi i rozmowy niczym przy darciu pierza. I oto pojawia się kolejna okazja w ramach Olsztyn Street Art Garden. To już dziewiąta edycja streetartowego malowania. Tym razem powstanie instalacja zatytułowana "Drzewo Mocy". Jednocześnie będzie to swoiste drzewo pamięci. Cos niepotrzebnego, wyrzuconego nabierze nowej wartości. Stare słoiki dzięki sztuce ulicznej nabiorą nowego znaczenia. W uproszczeniu można byłoby napisać, że słoiki dostana nową duszę.  

Słuchajcie, sprawa jest prosta, słoik po ogórkach, dżemie, pomidorach suszonych czy musztardzie mają w swoim życiu dwa wyjścia. Albo skończą marnie, pływając w Łynie obok starego kalosza, albo przejdzie spektakularną metamorfozę i zostaną gwiazdami Olsztyn Street Art Garden vol. 9. Wybór wydaje się oczywisty, prawda?

Już 23 maja (w godzinach 12:00–16:00) zapraszam Was na streetartową akcję, której nie powstydziliby się najaktywniejsi uliczni artyści i najbardziej oszczędne gospodynie domowe. Lub pozytywnie zakęreni rozwojem zrównoważonym ludzie. Przed nami do wykreowania Drzewo Mocy – instalacja, która udowadnia, że między „recyklingiem” a „sztuką” jest tylko cienka warstwa farby akrylowej. I kawałek sznurka.

O co w tym wszystkim chodzi? Zamiast ciskać butelką lub słoikiem w krzaki, pod płot lub narzekać na butelkomaty, przynieś ją do nas, na Olsztyn Street Art Garden, Stowarzyszenie Arka, Olsztyn. Ul. Niepodległóści 85, na skraj Parku Centralnego. Scenariusz 23 maja (sobota) wygląda tak:
  • Dajesz jej nowe życie: chwytasz za pędzel i zmieniasz nudne szkło w barwne arcydzieło.
  • Zaklinasz czas: do środka wrzucasz kartkę z życzeniem, ważną historię albo drobny przedmiot, który ma przetrwać dla potomnych.
  • Wieszasz na specjalnie przygotowanym Drzewie Mocy: Twoje dzieło ląduje na specjalnej konstrukcji, tworząc wspólną, miejską instalację – Drzewo Pamięci i Życzeń. A obok będzie się działo wiele innych aktywności w ramach Olsztyn Street Art Garden
Twój ekwipunek artysty jest prosty jak proste jest życie człowieka skromnego i minimalistycznie nastawionego do konsumpcji. Własne szkło czyli słoik (z nakrętką!) lub butelka – koniecznie z odzysku. Farby i pędzle będą na miejscu. Przemyśl i przygotuj przesłanie czyli coś, co chcesz wysłać w przyszłość, do innych ludzi. Może być to list, może być kapsel znaleziony na trawniku lub chodniku, qr kod z linkiem do filmiku lub wpisu w mediach społecznościowych, kawałek szkiełka lub okruch naczynia ceramicznego. Albo nasionko lub ptasie piórko. Nie oceniam, to Twoja historia. I w końcu głowa pełna pomysłów. Bo piękno i sztuka to nasza najlepsze remedium przeciwko zaśmiecaniu krajobrazu. A sztuka uliczna jest sposobem wypowiadanie się i opowiadania o świecie. naszym, współczesnym świecie.

Zamiast narzekać, że miasto szpecą śmieci lub gryzmoły na murach i fasadach budynków, przyjdź i stwórz coś, co zamiast razić nasze poczucie estetyki, będzie chwytać za serce i prowokować mózg do przemyśleń i refleksji. Widzimy się przy pędzlach? w sobotę 23 maja? Niech moc (i akryl) będzie z nami!

Rok temu, przy okazji podobnego pikniku, powstały takie opowieści przy malowaniu https://wakelet.com/wake/sYNmLD3a683mvo9xQGZPA

Jeszcze raz w skrócie: Piknik Olsztyn Street Art Garden vol.9, 23 maja, godz. 12.00-16.00, Olsztyn. ul. Niepodległości 85. Malujemy na słoikach lub na butelkach (wszystkie z recyklingu). Malujemy farbami akrylowymi i wieszamy na specjalnym drzewie (Drzewo Mocy, Drzewo Pamięci). Do słoików wkładamy kartki z życzeniami lub drobne przedmioty, które chcemy przesłać do przyszłości. Tak powstanie drzewo Pamięci. Przesłanie jest takie, by te puste słoiki czy butelki były wykorzystane do streetartu a nie wyrzucane do rzeki czy parku. Piękno i sztuka przeciw zaśmieceniu i szpeceniu krajobrazu. Przyjdź ze swoim słoikiem (nie zapomnij o nakrętce). Przynieść też swoje przesłanie, zapisane na kartce lub swoje życzenie. Może to być także drobny przedmiot. Opowiedz swoją historię. Opowiedz o tym, co dla Ciebie ważne za pomocą obrazu własnoręcznie namalowanego, dołączonej opowieści itp.  

10.05.2026

Zasychamy


Susza i pożary nie są zaskoczeniem. Wynikają z globalnych, antropogenicznych zmian klimatu. Proces zachodzi od kilkudziesięciu lat a skutki były przewidywalne i informowali o nich naukowcy. Prognozy były publikowane nie po to, aby straszyć lecz by podejmować rozsądne działania. Po pierwsze by zatrzymać emisje gazów cieplarnianych a jeśli nie da się zatrzymać to przynajmniej zmniejszyć i spowolnić ocieplane klimatu. Po drugie, wiedząc jakie będą skutki, można podejmować działania łagodzące negatywne konsekwencje. To także wymaga wysiłku. Naukowcy jasno i wyraźnie wskazywali, że albo będziemy ponosić duże i w części rozproszone skutki globalnego ocieplenia (w tym problemy z suszami i pożarami), albo będziemy inwestować w dostosowanie do zmian klimatu i przeciwdziałać. Notorycznie przez populistów naukowcy nazywani byli oszołomami lub ekoterrorystami a analizy i prognozy były ignorowane. Wypierane ze świadomości stało sie powszechną praktyką. Zgodnie z zasadą, że jak się stłucze termometr to i choroby nie będzie, bo nie będzie widać. Zakryć oczy by nie widzieć problemu.

Zmiany w środowisku zachodzą za szybko, siedliska i biocenozy nie zdąża się do tego przystosować. Stąd ponosimy duże straty nie tylko w leśnictwie, ale i rolnictwie. To są bardzo wymierne straty, mimo że są rozproszone. Straty gospodarcze można wskazać dość precyzyjnie.

Ostatnia zima wydawała się śnieżną. Śnieg relatywnie długo zalegał (jak na warunki ostatniego dziesięciolecia), ale wbrew pozorom nie było go dużo. Wiosenne roztopy nie przyniosły zbyt dużej poprawy. Zmiana warunków środowiskowych to przesunięcie sukcesji ekologicznej. Niektóre gatunki na tym skorzystają a inne  stracą. Na trwale zmieniają się biocenozy. I są to także skutki odczuwalne gospodarczo, i na polach i w lasach także.

Zbyt mało opadów w stosunku do potrzeb. Dlatego jest bardzo sucho i płoną lasy, będą także straty w rolnictwie. Czy polityka zielonego ładu ma sens i czy jest kosztowna? Pytanie "Czy jesteś za realizacją unijnej polityki klimatycznej, która doprowadziła do wzrostu kosztów życia obywateli, cen energii i prowadzenia działalności gospodarczej i rolniczej?" jest fałszywe i bałamutne. Jest zasłanianiem sobie oczu szalikiem i mówienie "nic nie widać". By siebie i innych samooszukiwać.

W debacie publicznej pojawiło się ostatnio pytanie: „Czy unijna polityka klimatyczna ma sens, skoro jest tak kosztowna?”. Krytycy pytają retorycznie, czy obywatele chcą płacić za unijne ambicje klimatyczne, które podnoszą ceny energii i koszty prowadzenia biznesu. Aby zrozumieć błąd w tym myśleniu, warto posłużyć się prostą analogią stomatologiczną. Codzienne mycie zębów kosztuje. Pasta, szczoteczki, nici dentystyczne to stały wydatek i, co gorsza, codzienny wysiłek rano i wieczorem. Można by uznać to za „niepotrzebny koszt” i „narzucony rygor”. Jednak każdy, kto choć raz musiał skorzystać z zaawansowanego leczenia kanałowego lub wstawiania implantów, ten wie, że profilaktyka jest najtańszą możliwą inwestycją. Ba, nawet zwykła wizyta w gabinecie stomatologicznym jest już sporym wydatkiem. Tylko, że zęby myjemy codziennie, a do dentysty chodzimy co jakiś czas. Może raz na kilka lat. Stąd łatwiej mówić i pisać bałamutnie o kosztownych i niepotrzebnych wydatkach każdego dnia. A przecież profilaktyka zawsze jest tańsza niż leczenie czy naprawianie szkód zaniedbania.

Unijna polityka klimatyczna jest właśnie taką „pastą do zębów”. Inwestycje w transformację energetyczną, retencję wody i mitygację do zmian klimatu wydają się dziś obciążeniem. Jednak koszty zaniechania, w tym straty w rolnictwie, liczone w miliardach, zniszczone przez pożary lasy, zapaść sektora energetycznego z powodu braku wody do chłodzenia elektrowni oraz wzrost cen żywności – są wielokrotnie wyższe. To one w ostatecznym rozrachunku uderzą w portfele obywateli znacznie mocniej niż jakakolwiek unijna dyrektywa mobilizująca nas do przeciwdziałania skutkom ocieplania klimatu

Patrząc na płonące polskie lasy, musimy zrozumieć, że nie walczymy tylko z ogniem, ale z konsekwencjami własnej bierności. Pytanie nie brzmi: „Czy stać nas na politykę klimatyczną?”, ale „Czy stać nas na jej brak?”. Obecna sytuacja pokazuje, że czas debaty nad tym, „czy klimat się zmienia”, bezpowrotnie minął. Teraz stoimy przed brutalnym wyborem. Albo zapłacimy za nowoczesną, odporną na zmiany gospodarkę, albo będziemy co roku patrzeć, jak nasze pieniądze, bezpieczeństwo i krajobraz idą z dymem lub wysychają na popiół. Wybór wydaje się oczywisty, o ile tylko przestaniemy wierzyć, że od stłuczenia termometru gorączka minie sama.

Rozproszone koszty i straty wynikające ze zmian klimatu i braku dostosowań (mitygacji) są znacznie wyższe niż inwestycje w zapobieganie, łagodzenie i dostosowania. Straty wynikające z zaniechania w jeszcze większym stopniu oprowadzają do wzrostu kosztów życia obywateli, cen energii i prowadzenia działalności gospodarczej i rolniczej.

Woda stanie się wkrótce nową walutą. I to znacznie ważniejszą niż kryptowaluty. Kto wody nie szanuje dzisiaj, ten jutro będzie bankrutem. I to dosłownie. Na Polskę możemy spojrzeć jak na gąbkę, która przestała przyjmować wodę. Susza hydrologiczna (niski stan rzek) i glebowa to nie tylko problem rolników. Kiedyś wiosna kojarzyła się z roztopami i błotem. Dziś marzec i kwiecień to miesiące suszy i „pyłu”. To także zmiana kulturowa bo tracimy krajobraz, który znaliśmy.

Pożary lasów w Polsce rzadko są „naturalne” (jak od pioruna). Jesteśmy krajem sosny, a sosna pali się jak pochodnia. W połączeniu z wyschniętą na pieprz ściółką, wejście do lasu z papierosem to nie nieostrożność, to niemal sabotaż ekosystemu. Ba, nawet wyrzucenie butelki do lasu przyczyniać się może do powstania otwartego ognia. Pożary to także straty pozafinansowe. Np. śmierć mikroorganizmów glebowych, których nie da się „nasadzić” nowymi drzewkami. Odbudowa warstwy próchnicznej trwa dekady. A patrząc na tradycyjną energetykę, opartą na węglu, to warto przypomnieć, że elektrownie potrzebują wody do chłodzenia. Niski stan rzek to ryzyko blackoutów. Przemysł także traci gdy są czasowe ograniczenia w poborze wody dla fabryk. Traci także turystyka. Płonące obszary to wykluczenie szlaków z użytkowania, zakazy wstępu do lasów, wysychające jeziora i rzeki, którymi nie popłynie żaden kajak.

Przez dekady osuszaliśmy bagna, by „wydzierać” ziemię naturze. Teraz natura zmusza nas do spłacania tego długu z nawiązką i dużymi odsetkami. W miastach rozmnożyły się betonowe place, które w czasie upałów działają jak grzejniki, a w czasie deszczu uniemożliwiają wodzie wsiąkanie w grunt. I woda szybko ucieka do Bałtyku. Kiedyś polskie lato pachniało skoszoną trawą i burzą, która przynosiła ulgę. Dziś coraz częściej pachnie spalenizną i kurzem. Podczas, gdy my spieramy się o politykę, pod naszymi stopami dokonuje się cichy dramat bo Polska wysycha. A lasy, które miały być naszym azylem, stają się tykającymi bombami.

Stepowienie Wielkopolski to  proces, o którym mówi się od lat, a który staje się faktem. I to nie tylko na Wielkopolsce. Retencja wody to słowo klucz, a raczej nasz narodowy brak umiejętności zatrzymywania wody. 

Ile jeszcze odpłynie od nas wody, w czasie gdy populiści będą bredzić o niepotrzebnych kosztach polityki klimatycznej?

8.05.2026

Fenomen Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i powtórka Łatwoganga

Instalacja sztuki nowoczesnej

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, zainicjowana i prowadzona przez wiele lat przez Jerzego Owsiaka, jawi się jako jedno z najpiękniejszych zjawisk, jakie wyrosły z polskiego doświadczenia zbiorowego w wolnej Polsce po roku 1989. W świecie, w którym symbole narodowe bywają zawłaszczane, reinterpretowane lub instrumentalizowane, Orkiestra pozostaje czymś rzadkim: żywym świadectwem tego, że solidarność może być praktykowana, a nie tylko wspominana. W tym sensie WOŚP nie jest jedynie akcją charytatywną, lecz ostatnim tchnieniem tamtej pokojowej rewolucji, która niegdyś odmieniła bieg historii. Dała nam poczucie wspólnoty i poczucie sensu. W moim subiektywnym odczuciu wyrosła z Sierpniowej Solidarności i z roku 1980. Wielkiego, pokojowego przełomu. Odzyskanie wolności i wspólnotowości bez rozlewu krwi. Sierpień został zszargany i zdyskredytowany przez lata uporczywego opluwania. WOŚP się obronił.

W polskiej pamięci zbiorowej istnieje kilka momentów, które budują poczucie dumy: pokojowe obalenie komunizmu (1980-1989), zdolność do samoorganizacji, siła wspólnoty. W zestawieniu z dramatycznymi wydarzeniami w innych krajach jak i z naszej przeszłości: z nieudanymi i krwawymi powstaniami, ze współczesnymi krwawymi pacyfikacjami, zamieszkami, rewolucjami, które płonęły na ulicach Iranu czy Ukrainy. Ta współczesna polska droga wydaje się czymś wyjątkowym. Nie dlatego, że była wolna od cierpienia, lecz dlatego, że opierała się na logice współdziałania, a nie destrukcji. Na sile pokojowego protestu. I negocjacji przy okrągłym stole.

WOŚP wyrasta właśnie z tego etosu. Jest jego kontynuacją, choć w zupełnie innym kontekście. To solidarność przełożona na język codzienności. Nie heroiczna (choć pokojowe zmiany to też heroizm tylko w innym wymiarze), lecz praktyczna. Nie patetyczna, lecz skuteczna. To solidarność, która nie potrzebuje wielkich słów, bo działa poprzez tysiące drobnych gestów.

Współczesna Polska doświadczyła jednak głębokiego pęknięcia. W przestrzeni publicznej pojawiły się narracje, które  jak wskazują liczne analizy, podważały zaufanie społeczne, budowały podziały i redefiniowały pojęcia wspólnoty. W wielu komentarzach publicystycznych pojawia się teza, że część środowisk politycznych i medialnych próbowała przejąć lub zniszczyć symbolikę solidarności, przekształcając ją w narzędzie walki plemiennej. W tych samych analizach wskazuje się również na proces zawłaszczania instytucji religijnych przez określone środowiska polityczne, co zdaniem komentatorów, doprowadziło do ich upartyjnienia i utraty uniwersalnego charakteru. I w jakimś sensie spora część dorobku Solidarności została zbrukana, zawłaszczona i zdegradowana. Została wyrwana z naszego poczucia zbiorowej dumy. Zmarnowane i roztrwonione.

Na tym tle WOŚP jawi się jako fenomen odporności. Mimo wieloletnich prób dyskredytowania, mimo kampanii podważających jej sens, mimo prób ideologicznego etykietowania - przetrwała. Co więcej: rosła. To rzadki przypadek, gdy inicjatywa społeczna nie tylko nie ugięła się pod presją, ale stała się jeszcze silniejsza. Jest z czego być dymnym. 

Filozoficznie rzecz ujmując, WOŚP oparła się dlatego, że jego fundamentem nie jest ideologia, lecz relacja. Relacja między ludźmi, którzy chcą pomagać, a tymi, którzy tej pomocy potrzebują. Relacja między wolontariuszem a przechodniem. Między wspólnotą a jej najsłabszymi członkami. To relacja, której nie da się łatwo zniszczyć, bo nie opiera się na deklaracjach, lecz na doświadczeniu. Każdy, kto wrzucił choćby złotówkę do puszki, kto widział sprzęt z serduszkiem w szpitalu, kto obserwował energię wolontariuszy, ten uczestniczył w czymś, co przekracza spory polityczne. I czuł wspólnotę. WOŚP jest więc praktyką dobra, a nie jego teorią. A praktyki, które zakorzeniają się w ciele społecznym, są znacznie trwalsze niż abstrakcyjne hasła.

Wielka Orkiestra to również fenomen wolontariatu. W czasach, gdy wiele analiz socjologicznych wskazuje na erozję zaufania społecznego, Orkiestra pokazuje coś odwrotnego: że Polacy potrafią działać razem, że potrafią ufać sobie nawzajem, że potrafią tworzyć wspólnotę nie poprzez deklaracje, lecz poprzez działanie. To wolontariat, który nie jest obowiązkiem, lecz wyborem. Nie jest narzucony, lecz spontaniczny. Nie jest ideologiczny, lecz ludzki.

I można byłoby pomyśleć, że WOŚP była epizodem, doświadczeniem jednego pokolenia. Że jest czymś incydentalnym. Czymś wyjątkowym w tym polskim piekiełku wzajemnego opluwania się i deprecjonowania naszych niewątpliwych sukcesów. Ale w ostatnich dniach ujawniło się coś, co daje duży optymizm. Unaoczniło się zjawisko, które w niezwykle ciekawy sposób rezonuje z ideą WOŚP. To oddolna akcja młodych twórców internetowych, takich jak Łatwogang, zbierających środki na leczenie dzieci chorych na raka. To nie jest tylko kolejna zbiórka. To nowa forma budowania wspólnoty, która wyrasta z tych samych korzeni, co Orkiestra, ale rozwija się w zupełnie innym ekosystemie kulturowym. To głos zupełnie nowego pokolenia. Nowa spontaniczność i ujawnienie się tego, co pod wierzchem zastygłej lawy ciągle kipiało. I z czego można być dumnym. 

Młodzi ludzie, wychowani w świecie cyfrowym, tworzą własne rytuały solidarności: streamy, wyzwania, wspólne akcje, mobilizacje społeczności. Ich działanie nie jest oparte na tradycyjnych instytucjach, lecz na relacjach sieciowych, na poczuciu przynależności do wspólnoty, która istnieje w przestrzeni wirtualnej, ale działa w świecie realnym. Ja tego nie rozumiem, ale ogromnie  mi się podoba. Czuje kontynuację dobrych i ważnych wartości. To jest fascynujące, bo pokazuje, że solidarność nie jest reliktem przeszłości. Ta solidarność jest transmisyjna. Przechodzi z pokolenia na pokolenie, zmieniając formy, ale zachowując sens. 

W akcjach takich jak te organizowane przez Łatwogang widać trzy rzeczy: 1. empatię, która nie jest abstrakcyjna, lecz konkretna i skierowana do dziecka, którego historię poznają tysiące ludzi; 2. sprawczość, która daje młodym poczucie, że mogą realnie zmieniać świat; oraz 3. wspólnotę, która nie jest narzucona, lecz dobrowolna i tworzona oddolnie. To jest ta sama energia, która napędza WOŚP,  tylko wyrażona innym językiem. To dowód, że solidarność, z której byliśmy tak dumni w roku 1980 i 1989, nie umarła. Zmieniła tylko medium.  

Jeśli spojrzeć na WOŚP z perspektywy filozofii polityki, można powiedzieć, że jest ona ostatnim żywym pomnikiem polskiej pokojowej rewolucji. Nie pomnikiem z brązu, lecz z ludzi. Nie pomnikiem, który stoi, lecz który działa. Nie pomnikiem, który przypomina o przeszłości, lecz który tworzy teraźniejszość. W świecie, w którym wiele wartości zostało podważonych, a wiele instytucji utraciło zaufanie, WOŚP pozostaje przestrzenią, w której można jeszcze poczuć sens wspólnoty. Jest jak okno, przez które wciąż wpada światło tamtej dawnej nadziei.

Wielka Orkiestra to również fenomen wolontariatu. W czasach, gdy wiele analiz socjologicznych wskazuje na erozję zaufania społecznego, Orkiestra pokazuje coś odwrotnego: że Polacy potrafią działać razem, że potrafią ufać sobie nawzajem, że potrafią tworzyć wspólnotę nie poprzez deklaracje, lecz poprzez działanie. To wolontariat, który nie jest obowiązkiem, lecz wyborem. Nie jest narzucony, lecz spontaniczny. Nie jest ideologiczny, lecz ludzki. I właśnie dlatego młode pokolenie tak łatwo odnajduje się w podobnych inicjatywach, bo są one autentyczne.

Z tamtego czasu niewiele zostało. Etos solidarności został nadwyrężony, instytucje upartyjnione, symbole zawłaszczone. A jednak WOŚP trwa. I może właśnie dlatego budzi tak silne emocje: bo jest dowodem, że wspólnota jest możliwa, nawet jeśli wszystko wokół zdaje się temu przeczyć. WOŚP to nie tylko zbiórka. To pamięć o tym, kim potrafiliśmy być i kim wciąż możemy być. W świecie, w którym wiele wartości zostało podważonych, a wiele instytucji utraciło zaufanie, WOŚP pozostaje przestrzenią, w której można jeszcze poczuć sens wspólnoty. Jest jak okno, przez które wciąż wpada światło tamtej dawnej nadziei.

Z tamtego czasu chyba  niewiele zostało. Etos solidarności został nadwyrężony, instytucje upartyjnione, symbole zawłaszczone. A jednak WOŚP trwa. A obok niej wyrastają nowe formy solidarności: cyfrowe, młodzieżowe, spontaniczne.

Może właśnie dlatego budzą tak silne emocje. Bo są dowodem, że wspólnota jest możliwa, nawet jeśli wszystko wokół zdaje się temu przeczyć. WOŚP i akcje takie jak te organizowane przez Łatwoganga przypominają nam, że solidarność nie jest wspomnieniem, jest praktyką, którą można wciąż na nowo tworzyć.

Nie wiem czy akcja Łatwoganga jest jednorazowa, czy uda się kontynuacja, ale i tak jestem z niej, jako Polak, bardzo dumny. Dużo zmieniła.  Trzymam kciuki za kontynuację, jeśli nie wprost to przynajmniej przez pośrednie rezonowanie. Młodzi ludzie, nowe pokolenie, nie są tacy źli jak o nich często mówimy. My ich nie rozumiemy. Ale wolontariat i solidarność rozumiemy jak najbardziej. 

5.05.2026

Co robię na Warmińskim Szlaku Kulinarnym? Opowiadam !



Co ja robię na Warmińskim Szlaku Kulinarnym? Najprościej byłoby powiedzieć: opowiadam. Ale to zdanie, choć prawdziwe, jest tylko wierzchołkiem opowieści, która zaczęła się wiele lat temu. Wtedy  postanowiłem, że nauka nie może być zamknięta w murach uczelni, a biolog – jeśli chce być pożyteczny – musi czasem wyjść z laboratorium i wyruszyć w teren. Terenem tym okazała się Warmia, jej krajobrazy, ludzie, małe przedsiębiorstwa, lokalne smaki i codzienność, która – jeśli tylko się pochylić – pulsuje wiedzą, historią i ekologią.

Warmiński Szlak Kulinarny to nie tylko mapa miejsc, gdzie można dobrze zjeść, czegoś się dowiedzieć itp. To mapa relacji, mikrohistorii, lokalnych innowacji i tradycji, które wciąż żyją, choć czasem trzeba je wydobyć spod warstwy codzienności. A ja, naukowiec, biolog i ekolog, znalazłem się na tej mapie nie przypadkiem. To świadomy wybór, konsekwentnie realizowany od lat, by popularyzować naukę tam, gdzie ludzie naprawdę żyją i pracują.

Od dawna wierzę, że uniwersytet powinien być otwarty. I nie tylko w sensie symbolicznym, ale dosłownym. Otwarty na region, na jego potrzeby, na przedsiębiorców, na mieszkańców. Otwarty na rozmowę. W tym sensie Warmiński Szlak Kulinarny jest dla mnie naturalnym przedłużeniem trzeciej misji uniwersytetu: społecznej, partnerskiej, zakorzenionej w lokalności.

Kiedy odwiedzam kolejne miejsca na Szlaku, nie jestem turystą. Jestem słuchaczem i obserwatorem. Rozmawiam z właścicielami małych firm, pytam o ich wyzwania, o to, co ich cieszy, co ich martwi, czego potrzebują. Pytam o wartości. I opowiadam o przyrodzie, o etnografii, o dziedzictwie przyrodniczym, o tym, jak nauka może im pomóc, choćby w najmniejszych rzeczach. To jest transfer wiedzy, ale taki, którego nie widać w raportach i tabelach. Cichy, codzienny, oparty na zaufaniu. Ale realny i znaczący.

Warmia jest naturalnym środowiskiem dla idei cittaslow. Tu powolność nie jest wadą, lecz wartością. To powolność, która pozwala zauważyć szczegóły: smak chleba na zakwasie, lemoniadę z pokrzyw, królewieckie marcepany, zapach ziół z przydomowego ogródka, historię ukrytą w starym przepisie lub rekodziele. Lub przyrodę na przystanku autobusowym wymalowaną. W tym klimacie moja popularyzacja nauki znajduje swoje miejsce. Bo nauka też potrzebuje uważności. Potrzebuje zatrzymania się, rozmowy, wspólnego odkrywania. Współtworząc Wimlandię czy nawet tak nieoczywiste projekty jak „maść czarownic do latania”, uczyłem się, że lokalność jest przestrzenią twórczą. Że współpraca z małymi przedsiębiorstwami może być inspiracją dla dydaktyki, a dydaktyka może być wsparciem dla przedsiębiorców. To właśnie w takich miejscach wspólnie z restauratorami i studentami wspólnie przygotowywaliśmy całkiem nowe potrawy z owadami. I je z ciekawością jedliśmy... Satysfakcja z odkrywania i ze spotkania. Oraz ze wspólnego działania, niczym ze wspólnego darcia pierza czy łuskania fasoli. 

Wspólne doświadczenia z wcześniejszej współpracy a teraz skrystalizowane w Warmińskim Szlaku Kulinarnym, stały się jednym z fundamentów kierunku Dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze. Bo dziedzictwo to nie tylko zabytki i rezerwaty. To także smak, zapach, sposób wytwarzania, opowieści przekazywane przy stole. Albo opowiadane w Radiu Olsztyn lub pisane na blogu. Kiedy prowadzę zajęcia, często wracam do tych rozmów z regionu. Do historii o tym, jak powstaje lokalny kozi ser, jak prowadzi się małą pasiekę, jak zmienia się krajobraz w oczach ludzi, którzy żyją z ziemi i z turystyki. Studenci słyszą wtedy nie teorię, lecz żywą praktykę. A ja – dzięki tym spotkaniom – mogę uczyć bardziej autentycznie. A w zasadzie projektować sytuacje edukacyjne. 

Co więc robię na Warmińskim Szlaku Kulinarnym? Wędruję i poszukuję. To moja metoda popularyzacji nauki – szeroka, otwarta, zanurzona w lokalności. Wędrowanie pozwala mi zobaczyć region nie jako mapę administracyjną, lecz jako sieć powiązań: ludzi, smaków, krajobrazów, mikrohistorii. To także smakowanie tradycji – dosłownie i metaforycznie. Bo tradycja jest jak ekosystem: żyje, zmienia się, adaptuje. Trzeba ją badać, ale też doświadczać. Dlatego blog „Profesorskie Gadanie” znalazł się na mapie Warmińskiego Szlaku Kulinarnym. Nie jako przewodnik kulinarny, lecz jako towarzysz drogi. Jako miejsce, gdzie spotykają się nauka, lokalność i opowieść. W bardzo dobrym i kreatywnym towarzystwie, bo Warmia potrafi łączyć ludzi, którzy chcą działać z pasją.

A ja? Ja po prostu idę dalej. Słucham, opowiadam, smakuję, zapisuję. I wierzę, że właśnie tak wygląda współczesny uniwersytet otwarty: zakorzeniony i ukorzeniony w swojej społeczności, obecny w jej codzienności, gotowy do rozmowy.