Nowa odsłona bloga Profesorskie Gadanie. Pisanie i czytanie pomaga w myśleniu. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie opowiadam. Dr hab. Stanisław Czachorowski, prof UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii, Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie
13.01.2026
Dziedzictwo i teraźniejszość: cztery filary współczesnego łowiectwa
Być może współczesne łowiectwo znajduje się w jednym z najtrudniejszych momentów swojej wielowiekowej historii. Zawieszone między etosem dawnych wieków a nowoczesną wrażliwością etyczną, budzi skrajne emocje – od dumy z pielęgnowania tradycji po gwałtowny sprzeciw społeczny. Aby zrozumieć, czym jest dzisiaj polowanie, musimy przyjrzeć się czterem filarom, na których się ono opiera oraz cieniom, które rzuca na dzisiejszy świat. W łowiectwie odbija się długa ewolucja kulturowa Homo sapiens i wejście w kolejną duża transformację. Od łowiectwa ludzkość odchodziła przez ostatnie 11 tysięcy lat, powoli ale sukcesywnie. Teraz być może zachodzi kolejna transformacja.
Moja pierwszą książka przyrodnicza była książką myśliwską, która przeglądałem już od wczesnego dzieciństwa w czasie wakacji na wsi. Intrygowały mnie ilustracje, np. tura. Dlatego myślistwo od najwcześniejszych lat kojarzyłem pozytywnie ze znajomością przyrody. Tak jak wielu moich rówieśników do poznawania przyrody wchodziłem przez myślistwo i leśnictwo. Myśliwy i leśnik byli symbolami ochrony środowiska, wiedzy o przyrodzie. Podobnie było z wędkarstwem. Tak jak dawni ludzie by być łowcami i zbieraczami musieli poznać przyrodę jej rytmy, zwyczaje zwierząt, tropić itp. Poznać by sprawnie eksploatować, by złowić rybę, znaleźć cos w do jedzenia lub upolować. Ja już nie polowałem, łowiłem ryby na wędkę z kija leszczynowego, zbierałem grzyby i jagody w lesie. Jakaś namiastka łowiecko-zbierackiego tryby życia ludzkich przodków.
W czasach studenckich wzorem ekologa był najpierw wykładowca a potem mój szef na uczelni wyższej – docent Włodzimierz Jezierski. Łowiectwo kojarzyło mi się z ekologią populacji, z wiedzą naukową i rzetelnymi badaniami oraz z regulacjami ekosystemowymi. Same pozytywne skojarzenia. Jeszcze bardziej pogłębiona wiedza przyrodnicza.
W niniejszym tekście chcę napisać o czterech korzeniach czy filarach łowiectwa: dziedzictwie kulturowym, rozrywce, gospodarczym pozyskiwaniu mięsa i regulacjach ekosystemowych. A zakończę ochroną przyrody i ochroną środowiska.
1. Dziedzictwo kulturowe: od wczesnych Homo sapiens do „Czerwonych Baronów”
Współczesne łowiectwo opiera się na specyficznym kodzie etycznym (np. polski ceremoniał łowiecki, kult św. Huberta). To nie tylko polowanie, ale cały system wartości, sygnałów myśliwskich i specyficznej terminologii (tzw. język łowiecki). Często jest to pasja przekazywana z ojca na syna, dziadka na wnuka, wuja na siostrzeńca, stanowiąca element tożsamości lokalnych społeczności. Aby zrozumieć dzisiejsze emocje wokół polowań, musimy cofnąć się do momentu, w którym nasz gatunek zaczął definiować swoją relację ze światem przyrody poprzez drapieżnictwo-łowiectwo.
Historia Homo sapiens, a wcześniej także naszych przodków z rodzaju Australopithecus, to w dużej mierze historia łowców-zbieraczy. Przez setki tysięcy lat polowanie na zwierzynę – zarówno drobną, jak i megafaunę – nie było wyborem, lecz biologicznym imperatywem. To właśnie białko zwierzęce i tłuszcz pozwoliły na gwałtowny rozwój ludzkiego mózgu. Jakkolwiek w diecie to nie mięso stanowiło główny dopływ kalorii, to jednak wiązało się z prestiżem.
Ewolucja łowiectwa to jednocześnie kronika postępu technologicznego ludzkości. Każdy etap rozwoju cywilizacji znajdował swoje odbicie w narzędziach polowania: od prymitywnego kamienia i zaostrzonego kija, przez miotacze oszczepów i łuki (będące pierwszymi maszynami do magazynowania energii mechanicznej), aż po wynalezienie prochu i broni palnej. W tym sensie łowiectwo jest matką inżynierii. Dobrzy myśliwi byli i dobrymi wojownikami stale obytymi z bronią. technika łowiecka była w dużym stopniu także techniką wojenną.
Wraz z przejściem do osiadłego trybu życia i powstawaniem struktur państwowych, dostęp do zwierzyny przestał być powszechny. Zjawisko to stało się jednym z pierwszych mechanizmów stratyfikacji społecznej. Ziemia i żyjąca na niej zwierzyna stały się własnością władcy. Dostęp do niej był limitowany i koncesjonowany.
W epoce feudalizmu prawo do polowania na „grubego zwierza” (jelenie, dziki, żubry) zostało zarezerwowane dla arystokracji i królów. Polowanie stało się rytuałem władzy, treningiem wojennym w czasach pokoju i pokazem statusu. Poddanym, często borykającym się z chronicznym niedożywieniem, pozostawało kłusownictwo. Choć dziś kojarzone pejoratywnie, historycznie kłusownictwo było formą łowiectwa oraz wykorzystaniem metod traperskich i wnykarstwa w walce o biologiczne przetrwanie. To tu nastąpił trwały rozdział między „szlachetnym myślistwem” a „plebejskim kłusownictwem”, który do dziś rezonuje w społecznej percepcji tej aktywności. Na marginesie tlił się "syndrom wspólnego pastwiska" czyli jako korzystać ze wspólnych zasobów by ich nie zniszczyć, nie zużyć.
W Polsce obraz myśliwego jako przedstawiciela elity utrwalił się niezwykle silnie. Przez wieki był to szlachcic na koniu, otoczony sforką ogarów. Co ciekawe, ta struktura społeczna przetrwała nawet radykalne zmiany ustrojowe. W okresie PRL, mimo oficjalnej ideologii egalitaryzmu, łowiectwo pozostało domeną uprzywilejowanych. Dawną arystokrację zastąpili tzw. „czerwoni baronowie” – wysocy dygnitarze PZPR, wojskowi oraz przedstawiciele inteligencji. Do tej grupy dołączyli leśnicy, którzy jako kustosze leśnych siedlisk stali się naturalnymi sukcesorami tradycji łowieckiej. Ten historyczny splot sprawił, że współczesne łowiectwo w Polsce często nie jest postrzegane jako zwykłe hobby, lecz jako aktywność elitarna, niosąca ze sobą bagaż tradycji, ale też dawnych podziałów klasowych.
Współczesne łowiectwo, choć wyewoluowało w stronę ochrony przyrody, wciąż korzysta z tej bogatej symboliki. Trzeba jednak pamiętać, że pod warstwą ceremoniału kryją się te same potrzeby, które towarzyszyły naszym przodkom na afrykańskiej sawannie – choć dziś realizowane są w zupełnie innych realiach etycznych i prawnych.
Choć czasy feudalne i ustrój słusznie miniony odeszły do historii, mechanizm postrzegania łowiectwa jako wyznacznika statusu pozostał w polskiej mentalności zaskakująco trwały. W XXI wieku obserwujemy zjawisko, które można nazwać „aspiracyjnym modelem łowiectwa”. Dla wielu osób wstąpienie w szeregi Polskiego Związku Łowieckiego nie wynika jedynie z pasji do przyrody, ale jest traktowane jako akt awansu społecznego.
W kręgach biznesowych i politycznych przynależność do koła łowieckiego wciąż bywa synonimem wejścia do „wyższej sfery”. Myślistwo, z jego specyficznym ceremoniałem, nobilitującym mundurem i ekskluzywnym charakterem męskich spotkań, stało się współczesnym substytutem arystokratycznego stylu życia. Dla nowej klasy średniej i wyższej, posiadanie wysokiej klasy broni czy udział w polowaniach dewizowych stanowi czytelny sygnał sukcesu finansowego i towarzyskiego.
To pragnienie prestiżu jest jednak mieczem obosiecznym. Z jednej strony podtrzymuje ono tradycje, które bez napływu nowych członków mogłyby zaniknąć. Z drugiej strony buduje wizerunek myślistwa jako hermetycznej kasty, co bywa zarzewiem konfliktów społecznych i niechęci osób postronnych, postrzegających łowiectwo jako „rozrywkę bogatych elit” kosztem dobra wspólnego, jakim jest przyroda.
W ten sposób współczesne łowiectwo staje się socjologicznym pomostem między dawną tradycją feudalną a nowoczesną potrzebą prestiżu, co w dużej mierze tłumaczy, dlaczego budzi ono tak skrajne emocje – od podziwu po głęboką niechęć.
2. Polowania jako rozrywka
To właśnie ten filar budzi dziś najsilniejsze protesty. Współczesne myślistwo przestało być walką o przetrwanie, a stało się formą rekreacji klasy średniej. Wykorzystanie nowoczesnych technologii, takich jak noktowizja i termowizja, zmienia zasady gry – krytycy zauważają, że odbiera to zwierzynie jakiekolwiek szanse i odziera polowanie z etosu „fair play”. Wysiłek i wiedze terenowa zastąpiły kosztowne gadżety.
Skrajnym przejawem tego nurtu jest turystyka łowiecka (np. egzotyczne safari) oraz kolekcjonowanie trofeów z gatunków zagrożonych wyginięciem. Fanaberie bardzo bogatych ludzi. Historia pokazuje również mroczne patologie, gdy instynkt łowiecki zostaje wynaturzony – jak w przypadku snajperów polujących na ludzi podczas wojny w byłej Jugosławii. Dla współczesnego, empatycznego społeczeństwa, czerpanie przyjemności z zabijania staje się barierą nie do zaakceptowania.
Rekreacja na łonie natury to dla wielu to forma ucieczki od zgiełku miasta, sposób na obserwację przyrody i aktywność fizyczną. Sposób na obcowanie z przyrodą. Krytycy jednak wskazują na nieetyczność czerpania przyjemności z zabijania. W odpowiedzi środowiska łowieckie coraz częściej kładą nacisk na "przeżycie estetyczne" i kontakt z naturą, a nie na sam moment strzału.
Jeśli dziedzictwo kulturowe jest fundamentem łowiectwa, to funkcja rekreacyjna jest jego najbardziej kruchym i kontrowersyjnym elementem. Współcześnie myślistwo przestało być koniecznością biologiczną, a stało się wyborem stylu życia. To właśnie tutaj przebiega główna linia sporu w debacie między zwolennikami a przeciwnikami polowań.
Dla współczesnego przedstawiciela klasy średniej, aspirującego do miana elity, łowiectwo stało się formą ekskluzywnej ucieczki od cywilizacji. Jednak ta „ucieczka do natury” coraz częściej odbywa się w otoczeniu najnowocześniejszej technologii. Tradycyjną obserwację i znajomość lasu zastępuje termowizja i noktowizja: które zacierają naturalną przewagę zwierzyny w nocy, czyniąc polowanie bardziej skutecznym. Myślistwo jako produkt turystyczny pozwala na wyjazdy do Afryki czy Azji, gdzie trofeum z lwa, słonia czy antylopy staje się symbolem statusu i zasobności portfela.
Ten technologiczny wyścig zbrojeń sprawia, że łowiectwo coraz rzadziej przypomina dialog z naturą, a coraz częściej staje się formą precyzyjnej, technokratycznej eliminacji celów. Głównym punktem zapalnym jest sam fakt czerpania satysfakcji z aktu odebrania życia. W dobie rosnącej empatii wobec zwierząt i rozwoju nurtów proekologicznych, społeczeństwo coraz głośniej mówi „nie” zabijaniu dla sportu czy emocji.
Koncepcja łowiectwa jako rozrywki budzi fundamentalny opór etyczny, ponieważ uwidacznia się moralna asymetria. Rozrywka jednego gatunku opłacona jest cierpieniem i śmiercią drugiego. I to nie dla przeżycia jak u typowego drapieżnika czy naszych przodków lecz dla rozrywki. Kolekcjonowanie poroży czy skór jest postrzegane jako archaiczny i okrutny atawizm, niepasujący do wrażliwości XXI wieku.
W tym nurcie pojawiają się również zjawiska skrajnie patologiczne, które kładą się cieniem na całym środowisku łowieckim. Przykładem jest polowanie na gatunki zagrożone wyginięciem, gdzie rzadkość występowania zwierzęcia paradoksalnie podnosi jego „cenę” i atrakcyjność w oczach niektórych kolekcjonerów. Historia zna jednak jeszcze mroczniejsze przykłady wypaczenia instynktu łowieckiego. Najbardziej drastycznym symbolem degradacji tej idei były udokumentowane przypadki „polowań na ludzi” podczas oblężenia Sarajewa, gdzie snajperzy traktowali cywilów jak zwierzynę łowną. Za dzieci płacili więcej. Choć to margines ludzkiego okrucieństwa, pokazuje on, jak niebezpieczne może być całkowite odarcie polowania z etyki i sprowadzenie go wyłącznie do mechanicznej przyjemności z trafiania w cel.
Filar rozrywkowy jest najtrudniejszy do obrony w debacie publicznej. O ile regulację ekosystemu można uzasadnić naukowo, o tyle „przyjemność z polowania” pozostaje kwestią sumienia i etyki, która w dzisiejszym społeczeństwie podlega coraz surowszej ocenie
3. Gospodarcze pozyskiwanie mięsa
Dla wielu praktyków łowiectwo to przede wszystkim najbardziej pierwotny sposób zdobywania żywności. Dziczyzna, jako produkt wolny od antybiotyków i stresu chowu przemysłowego, jest dziś promowana jako najzdrowsze i najbardziej etyczne białko zwierzęce. Przetwarzanie upolowanej zwierzyny ma w Polsce głębokie korzenie, łączące wykwintną kuchnię dworską z tradycyjnym wędliniarstwem ludowym.
Istnieje tu jednak silny aspekt ekonomiczny. Możliwość wykupu taniego mięsa przez członków kół łowieckich sprawia, że środowisko to często lobbuje za rozszerzaniem przywilejów i limitów odstrzału. Budzi to pytania o to, czy myśliwy jest jeszcze strażnikiem przyrody, czy już użytkownikiem zasobu, który stara się go maksymalnie wyeksploatować. Warto jednak zwrócić uwagę na hodowlę zwierząt łownych, np. bażanty i wypuszczanie ich do środowiska by od razu do nich strzelać. To jak ferma zwierzęca tylko z dziwacznym pozyskiwaniem mięsa i z pozorami polowań na dzikie zwierzęta.
Dziczyzna jest uznawana za najbardziej ekologiczne źródło białka zwierzęcego. Polowanie staje się tu elementem „etycznego talerza” dla osób odrzucających produkty z masowych rzeźni. Choć w mediach najwięcej miejsca zajmują spory o etykę, dla wielu praktyków łowiectwo pozostaje przede wszystkim najbardziej pierwotnym sposobem pozyskiwania żywności. Filar gospodarczy to wymiar, w którym pasja spotyka się z pragmatyzmem, a historia kuchni z komercyjnym rynkiem spożywczym.
Pozyskiwanie mięsa dzikich zwierząt to proces, w którym zbiegają się dwa nurty polskiej tradycji. Z jednej strony mamy kuchnię szlachecką i arystokratyczną, pełną wykwintnych pieczeni z jelenia, pasztetów z zająca czy dzikiego ptactwa, będącą synonimem luksusu i wyrafinowania. Z drugiej strony istnieje silnie zakorzeniona tradycja ludowa, wywodząca się z dawnego kłusownictwa i metod traperskich. To właśnie tam dziczyzna była sposobem na uzupełnienie ubogiej diety o wartościowe białko, co wykształciło unikalne metody domowego przetwarzania mięsa, wędzenia i konserwacji. Współcześnie ten kulinarny fundament przekształcił się w prężnie działający przemysł dziczyzny. Produkty te promuje się jako „najzdrowszą alternatywę” dla mięsa z chowu przemysłowego – wolną od antybiotyków, hormonów i stresu związanego z transportem do rzeźni.
Dla znaczącej grupy myśliwych dostęp do tuszy upolowanego zwierzęcia jest realnym benefitem ekonomicznym. Wewnętrzne przepisy kół łowieckich często pozwalają członkom na wykup mięsa po cenach znacznie niższych od rynkowych (tzw. ceny w punkcie skupu). Łowiectwo staje się więc sposobem na zapełnienie domowej zamrażarki produktem najwyższej jakości relatywnie niskim kosztem.
Ta ekonomiczna motywacja rodzi jednak określone napięcia. Część środowiska łowieckiego silnie lobbuje za utrzymaniem lub zwiększeniem limitów odstrzału oraz rozszerzeniem katalogu gatunków łownych. Im szersze przywileje, tym łatwiejszy dostęp do zasobu, jakim jest dzika zwierzyna i ptactwo. Natomiast krytycy wskazują, że jeśli główną motywacją staje się chęć pozyskania mięsa, myśliwy przestaje być „strażnikiem ekosystemu”, a zaczyna być postrzegany jako „użytkownik zasobów”, co może prowadzić do nadmiernej eksploatacji populacji zwierząt.
Paradoksalnie, to właśnie ten filar łowiectwa znajduje nieoczekiwanych sojuszników wśród tak zwanych osób świadomych ekologicznie. Argument o „etycznym talerzu” głosi, że zwierzę żyjące na wolności, w swoim naturalnym środowisku, miało lepsze życie niż jakakolwiek krowa czy świnia w systemie fermowym. W tym kontekście polowanie na dzika czy sarnę w celu konsumpcji jest przedstawiane jako powrót do naturalnego porządku, w którym śmierć zwierzęcia nie jest „rozrywką”, lecz elementem obiegu materii. Za mało jest jednak miejsca dla dzikich zwierząt, by z łowiectwa utrzymać bezpieczeństwo żywnościowe ludzkości. To tylko mały, odświętny dodatek. Przez ponad 11 tysięcy lat systematycznie odchodzimy id zbieractwa i łowiectwa ku hodowli i rolnictwu. A teraz nawet przemysłowej produkcji żywności. Miejsca dla dzikiej przyrody pozostało bardzo niewiele.
Jednak dążenie do maksymalizacji dostępu do mięsa pozostaje punktem zapalnym. Walka o przywileje łowieckie i prawo do polowania na kolejne gatunki ptaków czy ssaków sprawia, że gospodarczy aspekt łowiectwa jest często postrzegany przez opinię publiczną jako próba prywatyzacji dobra wspólnego, jakim są dzikie zwierzęta.
4. Regulacje ekosystemowe
Ostatni filar współczesnego łowiectwa to funkcja, która w teorii stanowi najsilniejszy argument za jego istnieniem w XXI wieku. W świecie niemal całkowicie przekształconym przez człowieka, tradycyjna wizja „natury, która sama się reguluje”, stała się w wielu miejscach mitem. Tu pojawia się przestrzeń dla łowiectwa jako narzędzia aktywnej ochrony przyrody i zarządzania ekosystemami. W tym kontekście myśliwi mogliby pełnić rolę „regulatorów”, ale wymaga to ewolucji od bycia hobbystą-strzelcem do bycia wykwalifikowanym zarządcą ekosystemu. Taka rola opiera się nie na emocjach, lecz na twardych danych ekologicznych i biologicznych.
W świecie antropocenu, gdzie naturalne mechanizmy zostały zaburzone (a w zasadzie zdominowane przez aktywność człowieka), regulacja ekosystemów wydaje się koniecznością - od trawników miejski, przez krajobrazy rolnicze po parki krajobrazowe i lasy gospodarcze. Teoretycznie myśliwi mogliby pełnić rolę partnerów nauki, eliminując np. gatunki inwazyjne, takie jak norka amerykańska, jenot czy szop pracz, które dziesiątkują rodzimą przyrodę. Sami jednak myśliwi wprowadzają gatunki obce, np. muflony, jelenie sika, bażanty. W razie potrzeby mogliby regulować liczebność nadmiernie rozradzających się gatunków, jako że wpływ naturalnych drapieżników został ograniczony. Na dodatek myśliwi starają się eliminować drapieżniki takie jak wilki czy niedźwiedzie jako konkurentów do zwierzyny łownej.
Problem polega na tym, że taka praca regulacyjna w ekosystemach wymaga ogromnej wiedzy i często metod traperskich (kłusowniczych), a nie strzelby. Ponadto polowanie na drapieżniki „nie opłaca się” – po upadku rynku futer, nikt nie skupuje skór z lisów czy szopów. Bez zysku z mięsa czy trofeum, ten najważniejszy z punktu widzenia nauki filar łowiectwa pozostaje często martwym zapisem lub niechcianym obowiązkiem.
Kluczowym polem do popisu dla nowoczesnego łowiectwa jest eliminacja gatunków obcych i inwazyjnych, które zagrażają rodzimej bioróżnorodności. Gatunki takie jak norka amerykańska (dziesiątkująca populacje ptaków wodnych i błotnych), jenot i szop pracz (wyjadające lęgi ptaków i konkurujące z rodzimymi drapieżnikami), stanowią ogromne wyzwanie dla ochrony przyrody. Problem polega jednak na tym, że skuteczne usuwanie tych gatunków wymaga odejścia od tradycyjnego polowania z bronią palną na rzecz metod traperskich. Jest to praca żmudna, mało efektowna i wymagająca specjalistycznej wiedzy, której często brakuje w tradycyjnym modelu szkolenia myśliwych. Przykładem może być w niektórych miejscach bóbr. Gatunek przywrócony przyrodzie i pełniący bardzo pożyteczna rolę. Niemniej w takich miejscach jak depresyjne Żuławy należałoby zmniejszyć ich populacje. Wydawane są decyzje o odstrzale, ale myśliwi nie realizują tych planów. Do bobra nie da się strzelać z wygodnej ambony.
Największym wyzwaniem dla tego filaru jest jego wymiar ekonomiczny. O ile polowanie na jelenia przynosi wartościowe mięso, o tyle regulacja populacji gatunków inwazyjnych lub drapieżników (takich jak lisy) jest z perspektywy myśliwego „nieopłacalna”. Przez dekady motywacją do polowań na drapieżniki był handel skórami. Eliminacja szopów czy norek nie przynosi trofeów ani mięsa. Staje się więc czystym kosztem i obowiązkiem, który myśliwi muszą realizować w ramach wolontariatu lub który musiałby być finansowany z budżetu państwa.
Aby regulacje ekosystemowe stały się rzeczywistym fundamentem łowiectwa, konieczna jest zmiana priorytetów. Myśliwy przyszłości musiałby przedłożyć dobro ekosystemu nad własną satysfakcję z trofeum czy pozyskania mięsa. To wymaga nie tylko zmiany metod (pułapki, precyzyjne odłowy), ale i głębokiej reformy systemu edukacji łowieckiej, by myśliwy stał się partnerem dla naukowców i służb ochrony przyrody.
5. Koszty środowiskowe
Analizę łowiectwa należy zakończyć spojrzeniem na jego negatywne skutki, które kłócą się z wizerunkiem „opiekunów lasu”. Po pierwsze zagrożenie dla bioróżnorodności. Podczas polowań na ptaki często dochodzi do pomyłek (lub celowych strzałów) do gatunków chronionych i rzadkich, których myśliwi nie potrafią lub nie chcą odróżnić w locie.
Amunicja śrutowa pozostawia w środowisku, zwłaszcza wodnym, tony toksycznego ołowiu. Ten ołów szkodzi nie tylko ptakom lecz krąży w środowisku i trafia także do naszych organizmów. Ptaki wodne połykają śruciny, myląc je z gastrolitami (kamyczkami pomagającymi w trawieniu), co prowadzi do bolesnej śmierci z powodu ołowicy. Ołów przenika również do łańcucha pokarmowego, zagrażając drapieżnikom i padlinożercom.
Z kolein praktyka nęcenia zwierzyny pod ambonami starym chlebem (często w foliowych workach) czy resztkami spożywczymi wprowadza do lasów odpady i zanieczyszczenia, zamieniając dzikie siedliska w nienaturalne żerowiska. Choć teoretycznie ma to służyć regulacji populacji, w rzeczywistości często zmienia się w niekontrolowane wprowadzanie odpadów do lasu. Najbardziej rażącym przejawem niedbalstwa jest wysypywanie karmy wraz z opakowaniami, takimi jak foliowe worki. Zamiast naturalnego siedliska, okolice ambon przypominają niekiedy wysypiska śmieci, co drastycznie kłóci się z wizerunkiem myśliwego jako etycznego opiekuna lasu
Współczesne łowiectwo stoi przed ogromnym wyzwaniem. Aby przetrwać w świecie o rosnącej wrażliwości ekologicznej, nie może ograniczać się tylko do kultywowania arystokratycznych tradycji czy pozyskiwania mięsa. Musi wyeliminować patologie, takie jak zaśmiecanie lasów czy używanie toksycznej amunicji, oraz postawić na rzetelną edukację przyrodniczą. Bez tej transformacji, negatywne skutki środowiskowe będą coraz mocniejszym argumentem dla ruchów dążących do całkowitego zakazu polowań.
Podsumowanie
Współczesne łowiectwo stoi na rozdrożu. Jeśli chce przetrwać, musi ewoluować z elitarnej rozrywki w stronę rzetelnego, opartego na nauce zarządzania przyrodą. Wymaga to jednak rezygnacji z toksycznej amunicji, zakończenia polowań na ptaki i postawienia etyki ekosystemowej ponad chęć zdobycia trofeum czy taniego mięsa. Bez tej zmiany, łowiectwo pozostanie jedynie kontrowersyjnym reliktem przeszłości, coraz mocniej kolidującym ze współczesnym rozumieniem ochrony świata żywego.
Współczesne łowiectwo to skomplikowany splot czterech sił. Tradycja i prestiż (dziedzictwo) walczą tu z nowoczesną wrażliwością (opór wobec rozrywki), a pragmatyka (mięso) musi znaleźć wspólny język z ekologią (regulacje).
Teoretycznie łowiectwo opiera sią na własnym samorządzie. Zatem środowisko łowieckie mogłoby samo się uzdrowić i oczyścić z licznych patologii. Myśliwi korzystają ze wspólnych zasobów środowiska przyrodniczego, należącego do ogóły społeczeństwa. Ich interesy często stoją w konflikcie z interesami innych ludzi (np. dostęp do lasu w czasie polowań). Zwierzyna wyrządza szkody rolnicze i leśne i konieczne są kompensacje. Dzisiejsze łowiectwo musi przestać być postrzegane wyłącznie przez pryzmat dubeltówki. Staje się elementem zarządzania zasobami przyrodniczymi. Wyzwaniem pozostaje znalezienie kompromisu między tradycją a nowymi oczekiwaniami społecznymi, które domagają się większej transparentności i etyki.
12.01.2026
Zeszyt do ćwiczeń terenowych czyli o analogowych narzędziach terenowych i o tym, co warto ocalić
![]() |
| Widać dziurki, by wpiąć do segregatora formatu A5. |
Robiąc porządki znalazłem stare kartki, przygotowane do powielenia na ksero. Są widoczne na ilustracji wyżej. Dwie wersje z różnych lat. Łączy je to, że mają po 30-40 lat. Początek mojej pracy dydaktycznej na uczelni, gdy dostałem do prowadzenia zajęcia pt. „ćwiczenia terenowe ” dla studentów biologii. Głównym celem było pokazanie zoologii bezkręgowców i ekologii, by studenci zobaczyli obiekt biologiczny w jego naturalnym środowisku i dostrzegli zachodzące procesy. Było to jeszcze w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Olsztynie (w ubiegłym wieku). Chciałem czegoś więcej niż tylko wyjść ze studentami w teren i pokazywać im co żyje w wodzie, lesie i na łące. Chciałem im pokazać także to, jak notować. Tak jak ja notowałem i zbierałem informacje poznając świat biologiczny. Miał to być notatnik, który „myślał” razem z nami. Rodziła się modułowość i chciałem ją pokazać. Żeby poznali nie tylko tradycyjny notatnik w zeszycie. Jako świeżo wykształcony pedagog chciałem wdrażać karty pracy do zajęć terenowych. Wtedy to się zaczynało rozwijać i było modne i świeże.
Jest to więc opowieść o analogowych narzędziach terenowych i o tym, co warto ocalić. Na starych kartkach, które dziś wyglądają jak artefakty z innej epoki, widać cały ekosystem dawnej edukacji terenowej. Nie cyfrowy, nie zautomatyzowany, nie „w chmurze”. Bardziej „w plecaku”, „w kieszeni”, „w błocie”. Ilustracja, którą kiedyś narysowałem, była próbą uchwycenia tego świata. Świata, w którym notatnik terenowy był nie tylko narzędziem, ale sposobem myślenia. Była to też próba wdrażania notatek graficznych i to na długo zanim modne stały się skecznotki (rysnotki) i notowanie wizualne. I była to próba świadomego tworzenia swojej własnej pamięci zewnętrznej o modułowym charakterze.
Na pierwszej stronie widać coś w rodzaju mapy mentalnej: instrukcje, zeszyty, koperty, kartoteki, wycinki z gazety. Wszystko połączone strzałkami, jakby wiedza była żywym organizmem, który trzeba karmić, przewietrzać i czasem przyciąć. To graficzna instrukcja jak zbierać różne formy zapisanych kartek-notatek w jeden magazyn wiedzy terenowej. Jest więc deska z klipsem, wygodna do pracy terenowej i do notowania, są wycinki z gazet (wtedy nie było jeszcze ani Wikipedii ani powszechnie dostępnego internetu) a nawet gromadzone okazy, zbierane w terenie. Na rysunku zaznaczone są rośliny zielnikowe i liście. Ale to tylko przykład. Bo w terenie znaleźć można znacznie więcej. Jest wskazanie na kategoryzowanie notatek różnymi przekładkami oraz powiązanie z innymi zajęciami. Bo ćwiczenia terenowe nie miały być zajęciami dla samych siebie, ale miały łączyć różne działy biologii: botanikę, zoologię, fizjologię, ekologię itp. Jest i miejsce na wpinanie notatek otrzymywanych od prowadzącego w postaci treści powielonych na ksero. Wystarczy zrobić dziurkaczem dziurki i włożyć do swojego segregatorowego notatnika. A wykorzystać można także koperty (wygodne do gromadzenie niewielkich eksponatów) oraz foliowe koszulki jako swoiste pojemniki na drobiazgi.
Na drugiej kartce, wyraźnie już nieco późniejszej, widoczny jest komputer i drukarka. To wskazówka, że można dodawać treści znalezione w internecie lub przygotowane na komputerze. I widać nawet dyskietkę komputerową. Teraz to zabytek, znany jedynie z muzeów. To nie był chaos. To była modułowa logistyka analogowa. Taki roboczy prototyp terenowego zeszytu do ćwiczeń. Zanim dopracowałem, dostałem przydział na inne zajęcia. Po wielu latach znowu prowadzę ćwiczenia terenowe z zoologii bezkręgowców. Próbuję więc wrócić do starych pomysłów i przystosować je do współczesności. Do czasów, gdy studenci mają telefony komórkowe i łatwiej mogą notować przez robienie zdjęć.
A obok różnych kartek - koperta. Zwykła, papierowa, ale pełniąca rolę mobilnego archiwum na liście, pióra, próbki gleby, czasem coś, co miało być owadem, ale okazało się grudką błota, na muszle mięczaków, by zabrać i potem sprawdzić w domu lub bibliotece, posiłkując się specjalistycznymi książkami. Zeszyt do ćwiczeń - modułowy, elastyczny, żywy. Pomysł, który pozostał jedynie w początkowej wersji prototypowej. Co z tego warto zatrzymać w pierwszej połowie XXI wieku? Chyba ideę konektywizmu, która wtedy nieśmiało kiełkowała.
Na tych ilustracjach widać główny zamysł - techniczna anatomia narzędzia: kartki papieru (także papier makulaturowy lub kartki tylko z jednej strony zapisane), zeszyt z dziurkami, instrukcje, moduły, zestawy, testy. Cała infrastruktura dydaktyczna, która nie była gotowym produktem, lecz materiałem do budowania. Ten segregator (wtedy nowość) działał jak dzisiejszy system operacyjny: można było dopinać nowe moduły, usuwać nieaktualne, wstawiać własne schematy, doklejać artykuły z gazet, dodawać karty pracy z terenu, modyfikować wszystko według potrzeb nauczyciela i studenta. To była edukacja open source, zanim ktokolwiek wymyślił to pojęcie.
Notatnik terenowy nie miał GPS-u, ale miał pamięć miejsca. Nie miał synchronizacji w chmurze, ale miał ślady rzeki i zapach lasu. Nie miał backupu, ale miał drugą kopię w głowie. Był ciężki, czasem nieporęczny, ale dzięki temu - obecny. Towarzyszył w terenie, w autobusie, na schodach uczelni. Był częścią procesu, nie tylko jego zapisem. A przynajmniej taki był mój zamysł
Co warto ocalić z tej analogowej epoki? Nie chodzi o to, by wracać do papierowych zeszytów i dziurkaczy. To zadanie dla historyków nauki i szkoły. Chodzi o filozofię pracy, którą one reprezentowały: myślenie modułowe, a nie liniowe, tworzenie wiedzy, a nie tylko jej odbieranie, proces, a nie gotowy PDF, kontakt z rzeczywistością, a nie tylko z ekranem, notatki jako narzędzie refleksji, a nie tylko archiwizacji.
Bo notatki, te prawdziwe, żywe, tworzone w ruchu uczą nas czegoś, czego nie da się kliknąć. To refleksja, że wiedza powstaje stopniowo, warstwowo, w dialogu z miejscem, czasem i doświadczeniem. I to chyba wartko upgradejdować do rzeczywistości smartfonowej i ejajowej (z narzędziami AI). Modułowej notatki były przykładem myślenia, które istniała zanim przyszły komputery. Warto przypomnieć po raz kolejny, że notatki to nie tylko archiwizacja, lecz i sposób myślenia. To esencja epoki, w której segregator był naszym laptopem, a dziurkacz - kluczem do wiedzy budowanej samodzielnie. W czasach przedcyfrowych, gdy teren był bardziej błotnisty niż zmapowany, a student bardziej zmarznięty lub zmoknięty niż zalogowany, notatki powstawały stopniowo. Nie jako plik .docx, ale jako fizyczna struktura - modułowa, mobilna, żywa. Segregator z wpinanymi kartami był czymś więcej niż zbiorem papierów. To był "organizm" dydaktyczny, który rósł razem z nami. I był jakąś nowością w porównaniu do zwykłego zeszytu z niezapisanymi jeszcze kartkami. Tradycyjny zeszyt to liniowość i chronologia dodawanych zapisków. W segregatorze w każdym momencie można było reorganizować i dodawać w dowolnym miejscu. Jest więc w pewnym sensie nieliniowy.
Każda karta miała swoją historię. Jedna powstała na kolanie, druga na plecaku, trzecia w schronisku, gdzie herbata była gorąca, ale długopis już nie pisał. Za to zatemperowany ołówek sprawdzał się w każdych warunkach. Były tam schematy z zajęć, często rysowane na szybko, z błędami, które potem stawały się legendą grupy. Były artykuły z prasy, wycinki z gazet, kserówki, czasem z dziwnych źródeł, które dziś trudno zidentyfikować. Były i uzupełnione karty pracy z ćwiczeń terenowych, z zadaniami, które miały sens tylko w kontekście konkretnego lasu, rzeki czy koperty (tak, koperty też były narzędziem dydaktycznym). I były własne notatki z marginesami pełnymi dygresji, rysunków owadów, cytatów z wykładowców i osobistych komentarzy typu „tu było zimno i były pokrzywy”. I z zapamiętanymi anegdotami.
To nie był chaos. To był prekursor myślenia wielozadaniowego (multitasking) i konektywnego, system budowany warstwami, z przepływem informacji, z miejscem na korekty, uzupełnienia, refleksje. Każdy segregator był inny. Tak jak jest inny każdy notatnik studenta. Każdy był mapą myślenia, nie tylko zbiorem danych. Nie było „zapisz jako” - było „dopnij kartę”. Nie było „ctrl+f” - było „przekartkuj i przypomnij sobie, gdzie to było”. Nie było „backup w chmurze” - był „drugi segregator u kolegi i koleżanki, na wszelki wypadek”. Kiedyś mobilność była analogowa. Segregator jeździł z nami. Albo został w domu, a po powrocie był uzupełniany terenowymi notatkami z zajęć. Być może był ciężki, nieporęczny, ale prawdziwy. Nie rozładowywał się. Nie tracił zasięgu. Za to chłonął wilgoć, zapach lasu i zarodniki grzybów z plecaka.
Ten prototyp segregatorowego notatnika mocno przypomina mi, że edukacja to proces, a nie produkt. Dziś notatki często są gotowym PDF-em, który student pobiera, czasem nawet nie czytając. Wtedy były procesem twórczym, bo nie dało się inaczej. Każda karta była efektem myślenia, rozmowy, błędu, poprawki. To była dydaktyka w ruchu - nie tylko przekaz wiedzy, ale jej konstruowanie. I być może to właśnie warto ocalić od zapomnienia i ubrać w nowe, współczesne szaty. Szukam pomysłów by je wdrożyć już wiosną tego roku. Już nie segregator a smartfon i terenowy dziennik refleksji online. Można by powiedzieć, że to już przeszłość. Ale może warto wrócić do tej idei - nie jako nostalgii, ale jako metody myślenia. Bo notatki to nie tylko archiwizacja. To sposób, w jaki uczymy się świata.
Wyszedł mi tekst nieco nostalgiczny. Ale w moim odczuciu jest ważny dla historii dydaktyki terenowej. Te notatki‑wkładki do segregatorów były przecież czymś więcej niż tylko nośnikiem informacji. Tworzyły cały mikroświat praktyk: zapach papieru po deszczu, szybkie szkice wykonane w terenie, ślady błota na marginesach, a do tego poczucie, że wiedza powstaje tu i teraz, w kontakcie z rzeczywistością.
Teraz myślę jak przejść od segregatora do smartfona, czyli o nowej odsłonie tego samego procesu. Dziś nasz notatnik nie musi już szeleścić papierem. Może świecić ekranem. Może być w smartfonie, tablecie, laptopie. Zawsze pod ręką, zawsze zsynchronizowany, zawsze gotowy na kolejną myśl, zdjęcie, szkic, link czy nagranie głosu. Ale jego rola pozostanie ta sama: ma pomaga nam myśleć, porządkować, tworzyć i wracać do tego, co ważne. Współczesny notatnik cyfrowy to nie tylko miejsce zapisu. To narzędzie poszukiwania, przestrzeń pracy koncepcyjnej, laboratorium idei.
I być może znowu zostanie na etapie prototypu? Dawniej dopinaliśmy kartki do segregatora. Dziś dopinamy moduły cyfrowe: część do uzupełnień - czego chcemy się nauczyć, jakie pytania zadać, jakie kompetencje rozwijać, definicje - własne, przetworzone, nie te z podręcznika, zadania do wykonania - checklisty, mapy myśli, mikroprojekty, linki do artykułów, filmów, baz danych, prompty czyli współczesne odpowiedniki dawnych „instrukcji”, które pomagają nam myśleć, analizować, tworzyć. To wszystko układa się w cyfrowy segregator, który tak jak dawniej powstaje stopniowo, warstwowo, w rytmie naszej nauki i ciekawości.
Być może warto pomyśleć o notatniku jako osobistym dzienniku refleksji? Zapoczątkować proces poznawania tajników biologii. W świecie, w którym wszystko jest szybkie, notatnik cyfrowy może być miejscem spowolnienia. Można w nim: zapisywać refleksje po zajęciach, robić notatki z wykładów metodami aktywizującymi, tworzyć własne pytania, dokumentować proces uczenia się, prowadzić dziennik terenowy w wersji multimedialnej, z mapą, zdjęciem, nagraniem dźwięku. To nie jest już tylko zapis faktów. To osobisty ekosystem myślenia.
Tak jak kiedyś segregator był magazynem kserówek, szkiców i wycinków, tak dziś notatnik cyfrowy może stać się: repozytorium linków, zbiorem własnych definicji, katalogiem pomysłów, szkicownikiem projektów, archiwum zdjęć i nagrań z terenu, miejscem, gdzie wiedza jest nie tylko przechowywana, ale i przetwarzana. To nadal będzie praca modułowa - tylko medium się zmieni. Taki terenowy dziennik refleksji muszę wymyślić w szczegółach i go sprawdzić w działaniu. Nie, nie muszę. Chcę! Najbliższa okazji już w maju lub czerwcu. Mam czas na przygotowania.
Paradoksalnie, cyfrowy notatnik często kończy jako… analogowy. Kiedy projekt dojrzeje, kiedy moduły się ułożą, kiedy refleksje nabiorą kształtu to można: wydrukować, oprawić, zilustrować (cyfrowo lub analogowo) i nawet stworzyć e‑booka. Tak jak dawniej segregator stawał się osobistą kroniką, tak dziś cyfrowy notatnik może stać się książką własnego uczenia się. To samo motto, które prowadzi nas przez obie epoki: notatki to nie tylko archiwizacja, lecz i sposób myślenia. Niezależnie od tego, czy piszemy ołówkiem na kartce, czy rysikiem na tablecie czy stukamy w ekran, to notatki są narzędziem, które pomaga nam widzieć więcej, rozumieć głębiej i uczyć się świadomie.
Kiedy patrzę na dawne szkice notatników terenowych i zestawiam je z dzisiejszymi cyfrowymi narzędziami, widzę nie dwie epoki, lecz ciągłość jednego procesu. Zmieniają się formaty, zmieniają się media, ale potrzeba porządkowania świata jest ta sama. Dawniej robiło się to ołówkiem na papierowej kartce, dziś robi się to w aplikacji, która potrafi pomieścić tysiące stron. Jednak w obu przypadkach chodzi o to samo: o uważność, o refleksję, o własny sposób myślenia.
Notatnik - czy to segregator, czy smartfon - jest tylko narzędziem. Najważniejsze dzieje się między obserwacją a zapisem, między doświadczeniem a interpretacją. To tam rodzi się wiedza. Dlatego warto pielęgnować tę praktykę, niezależnie od technologii. Warto tworzyć moduły (tokeny?), dopinać kolejne warstwy, wracać do starych kart i budować nowe. Warto pozwolić, by notatnik - analogowy czy cyfrowy - był żywym organizmem, który rośnie razem z nami.
Bo na końcu i tak zostaje to samo przesłanie: notatki to nie tylko archiwizacja, lecz i sposób myślenia. A sposób myślenia jest czymś, co zawsze warto rozwijać - kartka po kartce, moduł po module, refleksja po refleksji.
10.01.2026
Uprawa ogrodu, czyli o tym, jak starzeją się pomysły dydaktyczne

Wiele lat temu, mój kolega z czasów studenckich uczący w liceum, Przemek Kubiński opowiedział o swoim pomyśle wykorzystania wchodzącego wtedy na ekrany filmu „Park Jurajski”. W ramach lekcji biologii zabierał uczniów do kina na tenże właśnie film. Dlaczego? Bo uznał, że jest to dobra motywacja do nauki biologii. Od kina do lekcji w szkole. Kiedyś ten motyw był niczym świeży powiew wiatru, otwierał drzwi do wyobraźni młodych ludzi, sprawiając, że budowa zwierząt, ekologia i ewolucja, a nawet skomplikowane łańcuchy DNA stawały się namacalne i ekscytujące. Dzisiaj jednak ten pomysł dawno już spowszedniał i najzwyczajniej w świecie się wypalił. Dinozaury, niegdyś ekscytujące i groźne, stały się elementem codziennego szumu informacyjnego – od bajek na dobranoc, przez tysiące artykułów, aż po powtarzalne do znudzenia gry komputerowe. Dla dzisiejszego ucznia szkoły średniej, a tym bardziej studenta, odwołanie do Spielberga może brzmieć równie archaicznie, co dla mojego pokolenia wykład o budowie gramofonu. To, co niegdyś było genialnym wytrychem do głów młodzieży, dziś bywa postrzegane jako coś oklepanego, nudnego i wielokrotnie przetrawionego przez popkulturę. Po prostu pomysły się starzeją, tak jak rośliny w ogródku. Jest czas nowalijek, czas dojrzewania i czas zasychania.
To bolesna, ale konieczna lekcja pokory dla każdego dydaktyka. Musimy pogodzić się z faktem, że nasze najbłyskotliwsze metafory też mają swój termin przydatności do spożycia. Nie wystarczy raz sformułować dobry przykład i odcinać od niego kupony przez całą karierę. Uczniowie i studenci przychodzą do nas już „nasyceni” pewnymi obrazami, które dla nas wciąż wydają się nowoczesne, a dla nich są już elementem krajobrazu z dzieciństwa, który zdążyli porzucić. Dlatego właśnie bycie nauczycielem akademickim to stan ciągłego niepokoju twórczego. Wymaga on od nas nieustannego skanowania rzeczywistości i szukania nowych punktów styku z wrażliwością kolejnych roczników. Musimy być gotowi na to, by co sezon porzucać nasze ulubione narzędzia na rzecz tych, które być może mniej nam odpowiadają, ale za to potrafią przebić się przez mur obojętności współczesnego świata. Zawód nauczycielski wymaga nieustannej kreatywności. A to jest wyczerpujące.
Ten imperatyw ciągłego poszukiwania nie jest mi przecież obcy, ponieważ jako badacz wyrastałem w takim klimacie kreatywności i poszukiwania niepowtarzalnej oryginalności. W pracy ściśle naukowej przywykłem do tego, że nowość i kreatywność to nie wybór, ale warunek codziennej pracy i stylu zawodowego. Dlatego nawet nauczycielom szkolnym zalecać warto aktywność naukową, choćby w formie citizen science. Na każdą konferencję muszę przecież jechać z czymś świeżym i oryginalnym, a każda publikacja w czasopiśmie wymaga dostarczenia nowych danych lub przynajmniej świeżych, nieoczywistych interpretacji znanych już faktów. Nie można jechać na konferencję z raz już wykorzystanym referatem czy posterem. Tak jak nie można wysyłać do druku raz już opublikowanej pracy. Oryginalność jest duchem nauki, jej tlenem i paliwem, bez którego cały ten mechanizm po prostu by stanął. To właśnie z tego naukowego rygoru czerpię siłę do dydaktyki, choć obie te sfery – badawcza i nauczycielska – rządzą się nieco inną dynamiką. W nauce gonię za nieznanym, w dydaktyce muszę to nieznane ubrać w formę, która poruszy drugiego człowieka. Bo jak krzesać ma nauczycielka klas początkowych swój entuzjazm i swoje odkrywanie gdy po raz kolejny, w nowej klasie, wprowadza literę O? Lub gdy opowiada o prostych zjawiskach przyrodniczych? Ona to już doskonale zna, a dla uczniów jest to nowość i odkrycie. I oczekują spójności treści z emocjami nauczyciela. I spójności ze swoimi emocjami i swoją ciekawością.
To przekonanie towarzyszy mi za każdym razem, gdy staję przed wyzwaniem stworzenia nowego przedmiotu, czy to nowych dla mnie wykładów z przydzielonego urzędowo przedmiotu. Nigdy nie idę na skróty, zawsze buduję koncepcję od podstaw, starając się, by fundamenty były osadzone w tym, co tu i teraz. Nawet te „stare” przedmioty, które wykładam od lat, wymagają ode mnie regularnego wietrzenia i wpuszczania do nich nowego powiewu myśli. Czasem gruntownego przebudowania treści wykładów lub ćwiczeń. Nie da się uczyć o świecie, używając pożółkłych notatek czy starych prezentacji multimedialnych, bo studenci natychmiast wyczują brak zaangażowania. A jak zaciekawiać innych, gdy samemu nie jest się zaciekawionym? Udawać jak aktor na scenie? To wielka sztuka. Chyba prościej jest być oryginalnym i dzielić się najnowszymi odkryciami lub pomysłami dydaktycznymi. To odświeża tak jak jak nowa sukienka czy nowa koszula. Dydaktyka, podobnie jak nauka, musi czuć, czym aktualnie żyje świat, a my, wykładowcy, musimy być w tej teraźniejszości (kulturowej i poznawczej) głęboko zanurzeni.
Najważniejsze jest jednak to, by to zanurzenie było autentyczne i wynikało z bycia czynnym uczestnikiem debaty naukowej, a nie jedynie biernym czytelnikiem popularnych portali czy mediów społecznościowych. Różnica między akademikiem a „nauczycielem” polega właśnie na tym, że my bierzemy udział w procesie tworzenia wiedzy u źródła. Tylko będąc wewnątrz trwających właśnie badań, projektów i sporów metodologicznych, możemy przekazać studentom coś więcej niż suchy fakt – możemy przekazać im puls żywej nauki. To właśnie ta aktualność, poparta rzetelnym warsztatem badawczym, jest najlepszą odtrutką na starzejące się pomysły dydaktyczne i pozwala nam budować autorytet oparty na byciu „na bieżąco” w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Tyle, że trudno z nowościami zmieścić się we wcześniej opracowanych efektach kształcenia….
Ostatecznie więc dydaktyka okazuje się sztuką nieustannego pożegnania z tym, co jeszcze wczoraj wydawało się błyskotliwe. Naszym zadaniem nie jest budowanie pomników z wiedzy, lecz podtrzymywanie ognia, który wymaga ciągłego dokładania świeżego drewna. Jeśli sami przestaniemy płonąć ciekawością badacza, jeśli pozwolimy, by nasze metafory pokryły się kurzem wygodnictwa, staniemy się jedynie kustoszami w muzeum nieaktualnych idei. Prawdziwe nauczanie dzieje się w szczelinie między solidnym fundamentem teorii a drgającym tętnem współczesności. Tylko tam, gdzie nasza naukowa pasja spotyka się z autentycznym „teraz”, mamy szansę zasiać ziarno, które nie tylko wykiełkuje, ale przetrwa w umysłach studentów znacznie dłużej niż jeden sezon. Bo dydaktyka jest jak praca w ogrodzie z corocznym sianiem...
Być może w dydaktyce akademickiej ważniejsza jest nowość i aktualność niż utrwalone programy nauczania. Powinno być więcej wykładów i zajęć autorskich a mniej usztywnienia listą przedmiotów o ładniej brzmiących nazwach. Chyba największą wartością, nawet w XXI wieku, jest kontakt z autentycznym odkrywaniem niż encyklopedyczna wiedzą. Tę drugą łatwo znaleźć w książkach i internecie, a tej pierwszej nie znajdzie się nawet z narzędziami AI...
8.01.2026
Czy rzeczywiście jemioła jest coraz liczniejsza, a jeśli tak do dlaczego?
| Latem, gdy dużo liści na drzewie, jemioła nie rzuca się tak w oczy. Ale i tak widać jak jest liczna. |
W czasie
jesieni, a zwłaszcza zimy, gdy drzewa liściaste pozbawione są ulistnienia,
wyraźnie widać jemiołę na drzewach. I można odnieść wrażenie, że tej jemioły
jest więcej a niektóre drzewa są dosłownie oblepione zimozielonymi krzaczkami
jemioły. Czy ten roślinny półpasożyt wyrządza jakieś szkody przy takiej
liczebności? I czy rzeczywiście mamy ekspansję jemioły w Polsce? A jeśli tak,
to z czego to może wynikać?
Jemioła
rozprzestrzenia się przez ornitochorię czyli nasiona roznoszą ptaki. A jak jej
udaje się uczepić nasionami gałęzi na drzewie? Nasiona są bardzo lepkie.
Przekonałem się o tym jakiś czas temu, gdy zostałem zaproszony do jednej z
olsztyńskich szkól na zieloną lekcję. Przygotowana była zielona klasa pod dużymi
drzewami topoli. Pełnia letnia wegetacja, a w cieniu drzew miły chłód. Ale do butów
zaczęło mi się coś przylepiać. Coś, co nie dawało się tak łatwo odczepić. Dość
szybko zauważyłem, że na ziemi leży dużo owoców jemioły. Te, które opadły na
ziemie nie mają szansy wykiełkować na gałęzi. Skazane są na porażkę i
reprodukcyjna klęskę. Ale owoce jemioły są smaczne i pożywne. Zjada je wiele
gatunków ptaków a nawet podobno także kuny. Jeśli ptak chce zjeść owoc bez
połykania nasionka, to musi pozbyć się jakoś tego klejącego się dodatku. Wtedy
będzie ocierał dziób o gałąź i tak zostanie przyklejone nasionko jemioły. W bardzo odpowiednim miejscu do kiełkowania i zapuszczania swoich ssawek. A jeśli
w całości połknie, to w czasie defekacji także pozostawi gdzieś na drzewie.
Lepkie nasiono nie spadnie z gałęzi. A że ptaki zazwyczaj siadają na drzewach
to i bezwiednie rozsiewają tego zimozielonego półpasożyta.
Przecież ptaki nie od dziś ptaki zjadają jemiołę. Dlaczego więc w ostatnich latach możemy obserwować ekspansję tego gatunku? Sięgnąłem do różnym publikacji a efekty tego poszukiwania przedstawiam w niniejszym artykuliku. Jemioła na drzewach liściastych w Polsce wyraźnie znajduje się w ekspansji, rośnie liczba stanowisk i wachlarz gatunków gospodarzy, szczególnie w miastach i w krajobrazie przekształconym. Ekspansję napędzają głównie: ocieplenie klimatu i susze (osłabiające drzewa), struktura nasadzeń (monokultury i topolowe aleje), miejskie wyspy ciepła, ptaki roznoszące nasiona oraz niewielka kontrola w zieleni miejskiej. Przy masowym opanowaniu jemioła może realnie zagrażać topolom, brzozom i innym drzewom liściastym – szczególnie na siedliskach suchych, w miastach i przy powtarzających się suszach. Pojawia się także w lasach na sosnach i jodłach.
W
Europie występuje jemioła pospolita (Viscum album) oraz kilka jej podgatunków,
różniących się preferencjami żywicielskimi. Źródła podają, że Viscum album jest
szeroko rozpowszechniona na kontynencie a podgatunek rosnący na drzewach iglastych to Viscum
album subsp. austriacum. Ten podgatunek specjalizuje się w sosnach, szczególnie
w sośnie zwyczajnej (Pinus sylvestris). Można go spotkać także na jodłach. W
literaturze naukowej opisuje się jego negatywny wpływ na drewno sosny oraz rosnące
zagrożenie dla lasów Europy Środkowej.
Dlaczego
ptaki tak chętnie zjadają owoce jemioły? Owoce jemioły są ważne tylko dla
niektórych gatunków ptaków, takich jak jemiołuszka. Sama nazwa tego zimowego
ptaka wskazuje na związek z jemiołą. Jemiołuszka w Skandynawii i na Syberii,
gdzie odbywa lęgi, zjada małe owady, głównie komary i meszki. Ale, gdy zimą
przyleci do nas, na południe, to komarów nie znajdzie. Wtedy zjada owoce jarzębiny (jarzębu pospolitego) i jemioły. Gdy zimą przylatuje do nas to radykalnie zmienia dietę na wegeteriańską i najczęściej żeruje na jarzębinie i
właśnie na jemiołach. Do tego dochodzi paszkot Turdus viscivorus. Nazwę
łacińska można byłoby przetłumaczyć na drozd jemiołojad. Rzadziej owoce jemioły
zjadają kosy, drozdy śpiewaki, rudziki a nawet sikory, sroki i wrony.
Smaczniejsza
od owoców jemioły jest jarzębina. I na dodatek bardziej kaloryczna. Ta
konkurencja owoców jarzębiny i jemioły jest ważna. Bo być może ważnym elementem
ograniczania ekspansji jemioły może być zwiększenie dostępności jarzębiny w
czasie zimy. Czyli powinniśmy sadzić więcej tych drzew nie tylko w miastach.
Prof. Piotr Tryjanowski podkreśla, że jemioła może pełnić również rolę schronienia dla
małych ptaków. Bowiem wczesną wiosną, na początku sezonu lęgowego, większość
drzew, w tym topole, są jeszcze bezlistne, a jedynie ulistnione krzewy jemioły
dają ptaka dobra kryjówkę. Tam mogą ukryć swoje gniazda.
To co dla
mnie jest ciekawe, to to, że w ostatnich
latach jemioła coraz bardziej rozprzestrzenia się nie tylko na drzewach w
miastach, ale także w lasach. W czasach studenckich, na zajęciach z botaniki, podkreślano nam,
że jemiołę niezwykle trudno znaleźć na sośnie. Teraz sytuacja się zmieniła. I
najpewniej ma to związek z globalnym ociepleniem klimatu. Ptaki coraz częściej
i w większej liczbie nie podejmują kosztowej zimowej wędrówki na południe lecz
zimują na miejscu. A że zimą niewiele jest do zjedzenia to chętniej korzystają z
owoców jemioły i przyczyniają się ro roznoszenia jej na kolejne drzewa. Viscum
album można teraz częściej spotkać w lasach, szczególnie na zachodzie i w
centralnej Polsce, gdzie w niektórych nadleśnictwach dokonuje prawdziwego
spustoszenia. Jemioła dla drzew iglastych, głównie sosen, a na południu także
jodeł, jest zdecydowanie groźniejsza, niż dla gatunków liściastych.
Jemioła
jak zimozielony półpasożyt pobiera z drzewa, na którym żyje, wodę wraz ze
składnikami mineralnymi. Ponadto prowadzi transpirację przez cały rok. W czasie
suszy drzewa nie zawsze są w stanie pobrać tyle wody, by odżywić siebie i
jeszcze jemiołę. A w dobie ocieplającego się klimatu mamy
coraz więcej okresów suszy i braków wody dla drzew.
Analiza
danych Lasów Państwowych z lat 2008–2018 wskazuje, że jemioła stała się istotnym
czynnikiem uszkodzeń drzew w Polsce i że jej występowanie wyraźnie wzrosło w
tym okresie. Dotyczy to nie tylko sosny, ale także drzew liściastych – rośnie
powierzchnia drzewostanów uznanych za porażone oraz udział drzew z jemiołą w
wielu nadleśnictwach. Na podstawie szerokiej inwentaryzacji w środkowej Polsce naukowcy
wskazują, że jemioła pojawia się w miejscach, gdzie wcześniej
nie stanowiła zagrożenia, a liczba pęków jemioły na pojedynczych drzewach jest
w wielu drzewostanach wysoka. Choć badania naukowe koncentrują się na lasach (z przewagą
iglastych), w wynikach uwzględniane są też liściaste – wskazując, że problem
nie jest ograniczony do sosny.
W publikacjach naukowych pojawiają się dane wskazujące nowe dla Polski gatunki gospodarzy Viscum album subsp. album, m.in. dęby i inne drzewa w zieleni miejskiej i w podmiejskich lasach. To dowód, że jemioła poszerza spektrum liściastych gospodarzy w warunkach miejskich i podmiejskich (suburbia). Doniesienia o jemiole na złotokapie czy innych rzadkich gospodarzach wskazują, że w miastach jemioła wchodzi na kolejne, wcześniej rzadko notowane gatunki liściaste, jeśli tylko spełnione są warunki mikroklimatyczne i krajobrazowe. Z przejrzanym publikacji jasno klaruje się wniosek, że ekspansja dotyczy nie tylko wzrostu liczby pęków na „tradycyjnych” gospodarzach, ale również pojawiania się jemioły na nowych liściastych gatunkach drzew, zwłaszcza w miastach i ich otoczeniu.
Jakie są
główne przyczyny ekspansji na drzewach liściastych? Jako pierwszy czynnik należy
wymienić ocieplenie klimatu, w tym susze oraz łagodniejsze zimy. Jemioła staje się ważnym czynnikiem
uszkodzeń drzew w Polsce w ostatniej dekadzie i wiążą to z szeregiem czynników
środowiskowych, w tym z coraz częstszymi suszami oraz zmianami klimatycznymi. Łagodniejsze
zimy sprzyjają przeżywalności jemioły na granicach zasięgu i w rejonach
wcześniej chłodniejszych. Ostatnie lata to okres powtarzających się
susz, które ewidentnie szkodzą polskim lasom. W takich warunkach obecność
jemioły staje się dla drzewa szczególnie niebezpieczna, ponieważ zwiększa
deficyt wody i obciążenie koron. Podczas niedoboru wody obecność jemioły może
być szczególnie groźna dla gospodarza. Jest to więc efekt synergii. Ocieplenie
klimatu nie działa samo – raczej „otwiera okno” na dłuższy sezon wegetacyjny
jemioły, większe tempo rozwoju i przeżywalność młodych rozet. Do tego dochodzi kumulatywny efekt
suszy. A na osłabionych drzewach łatwiej jest się osiedlać i rozwijać jemiole.
W lasach
gospodarczych duże powierzchnie obsadzone jednym gatunkiem (monokultury)
ułatwiają rozprzestrzenianie się jemioły, dlatego że ptaki mogą „obsiewać” całe fragmenty
krajobrazu jednorodnego gatunkowo. W zieleni miejskiej podobną rolę odgrywają
aleje topolowe, lipowe czy klonowe. Długie ciągi jednorodnych gospodarzy są
szczególnie podatne na rozprzestrzeniania się półpasożytów. Badania pokazują,
że jemioła częściej występuje na drzewach starszych, dużych i rosnących w
warunkach stresowych (zaburzona gospodarka wodna, zasolenie, ciasne stanowiska
korzeniowe), co typowe dla miejskich topól czy brzóz rosnących przy drogach. Na
dużych drzewach chętniej siadają ptaki, bo to dla nich bezpieczniejsze siedlisko.
Ponadto im drzewo starsze tym więcej czasu wystawione jest na porażenie jemiołą.
To czysta statystyka.
Badania z
Torunia i innych miast pokazują, że jemioła nadzwyczaj dobrze czuje się w
zieleni miejskiej. Miasta to swoiste wyspy ciepła. Panuje tu cieplejszy mikroklimat, są liczne
drzewa liściaste i jest stała obecność ptaków roznoszących nasiona. To sprzyjają
szybkiemu rozszerzaniu zasięgu i poszerzania wachlarza gospodarzy. Miejska wyspa ciepła
oznacza łagodniejsze zimy, mniej ekstremalnych przymrozków i dłuższy okres
wegetacji. Wszystko to faworyzuje jemiołę na liściastych gospodarzach w
miastach.
W lasach leśnicy częściej prowadzą zabiegi usuwania silnie opanowanych drzew. natomiast w zieleni miejskiej (zwłaszcza na prywatnych posesjach i w alejach przy drogach) jemioła bywa tolerowana lub traktowana jako element „uroku” zimowego krajobrazu, co ułatwia jej akumulację na topolach, brzozach, klonach czy lipach. Wiele publikacji wskazuje na roznoszenie nasion jemioły przez ptaki (głównie jemiołuszki, paszkoty, drozdy). W krajobrazie z dużą liczbą drzew liściastych w miastach i wsiach (parki, cmentarze, aleje) ptaki skutecznie przenoszą nasiona z drzewa na drzewo, szczególnie na najbardziej eksponowanych gałęziach. To typowe dla topoli i brzóz.
Zazwyczaj w
umiarkowanym nasileniu jemioła nie stanowi zazwyczaj czynnika bezpośrednio
śmiertelnego, natomiast w warunkach powtarzających się susz i przy dużym
nasileniu może stać się poważnym zagrożeniem dla drzew.
Jak
jemioła szkodzi drzewom? Poprzez zwiększoną transpiracji (jemioła „pije” wodę z
ksylemu gospodarza), redukcję aparatu asymilacyjnego drzewa (gałęzie z jemiołą
zamierają wcześniej), mechaniczne obciążenie koron (pęki jemioły, śnieg,
wiatr) oraz większą podatności na grzyby, szkodniki i inne stresory. Zgodnie z
przysłowiem "na pochyłe drzewo kozy skaczą” osłabione drzewa częściej są atakowane
przez różnego rodzaju patogeny, pasożyty, grzyby i owady. Słabnie obrona drzew
przed tymi agresorami. Także i jemioła z tego korzysta.
Dlaczego tak dużo jemioły widzimy na topolach i brzozach? Topole są łatwym celem dla jemioły. Szybko rosną, często mają kruche drewno i rozległe korony, rosną na siedliskach przekształconych (np. nasypy, brzegi dróg, wały przeciwpowodziowe), często przy deficycie wody w glebie. W takich warunkach intensywne opanowanie przez jemiołę może prowadzić do przyspieszonego zamierania koron, łamania konarów i skrócenia życia drzewa. Czyli do realnego zagrożenia bezpieczeństwa i trwałości takich drzewostanów i alei. W miejskich alejach topolowych i na pojedynczych topolach rosnących w pasach drogowych, jemioła bywa szczególnie obfita. Ptaki chętnie przesiadują na wysokich, eksponowanych konarach. W połączeniu z suszą i solą wysypywaną na drogi w czasie zimowego utrzymania dróg, ryzyko osłabienia, wyłamywania gałęzi i zamierania drzew jest wysokie. Z kolei brzozy są stosunkowo krótkowieczne i wrażliwe na suszę, zasolenie oraz uszkodzenia mechaniczne. Dodanie presji jemioły – czyli utrata części wody i asymilacji oraz dodatkowe obciążenie – może przyspieszyć proces zamierania koron i całych drzew.
W warunkach, gdy tylko pojedyncze pędy jemioły lub nieliczne pęki na dużym, znajdują się na zdrowym drzewie liściastym, gdy panują dobre warunki glebowo-wodne oraz brak jest innych silnych stresorów, wtedy jemioła jest raczej „symptomem dojrzałości ekosystemu” niż zagrożeniem. Ale jeśli są liczne pęki jemioły (kilkadziesiąt i więcej) na jednym drzewie, zajętych jest większość konarów w górnej i środkowej części korony, a drzewo rośnie na siedlisku suchym, zasolonym lub silnie przekształconym oraz drzewo jest starsze i/lub już osłabione (uboga korona, posusz), to wtedy jemioła może zdecydowanie przyspieszyć obumieranie topól, brzóz, klonów czy lip. I to jest ten poziom, gdzie zaczynamy mówić o realnym zagrożeniu dla trwałości nasadzeń i bezpieczeństwa. Jest to także powód do zmartwień leśników.
Czy
areał i liczebność jemioły w Europie rosną? Dane naukowe wskazują, że tak, rośnie
areał i liczebność. Możemy więc mówić o ekspansji gatunku rodzimego. Dla wielu regionów Europy Środkowej
i Wschodniej mamy mocne przesłanki, że jemioła (zwłaszcza na sośnie i świerku)
rozszerza zasięg i zwiększa liczebność populacji. Nie jest to jednak zjawisko
całkowicie jednorodne przestrzennie. Obecny zasięg trzech podgatunków V.
album jest już dziś szeroki, a roślina określana jest jako znacząco i szybko
ekspandująca w Europie, m.in. w drzewostanach iglastych. Wskazuje to na
rosnące zagrożenie dla stabilności borów sosnowych, wynikające z intensywnego
opanowywania drzew przez jemiołę.
W badaniu kartograficznym naukowcy porównali historyczne występowanie z obecną sytuacją. W XX wieku jemiołę odnotowano w 8 polach siatki, obecnie – w 95 na 378 pól. Jest to ponad 10-krotny wzrost pokrycia. Oznacza to istotne, udokumentowane poszerzenie zasięgu, szczególnie w kierunku północno‑wschodnim. Z kolein analiza rozmieszczenia jemioły w warunkach miejskich wykazała, że gatunek jest w badanych miastach szeroko rozpowszechniony, a jego występowanie silnie związane jest z określonymi cechami krajobrazowymi (układ zieleni, struktura zabudowy). Można więc napisać, że jemioła zajmuje nowe obszary (np. poszerzanie zasięgu regionalnego), zwiększa częstość występowania na drzewach gospodarzy, zwłaszcza w borach sosnowych i w miastach.
Czy
wzrost liczebności jemioły jest związany z globalnym ociepleniem? Na to pytanie
również uzyskamy odpowiedź twierdzącą. Istnieje silny, dobrze udokumentowany związek pośredni
– ocieplenie klimatu tworzy dla jemioły bardziej sprzyjające warunki termiczne
i osłabia gospodarzy, a modele wskazują temperaturę jako główny predyktor
zasięgu. Jednocześnie autorzy tych badań podkreślają, że na ekspansję wpływają również
inne czynniki takie jak gospodarka leśna, urbanizacja, skład gatunkowy drzew oraz ptaki jako roznosiciele nasion.
W oparciu
o dane występowania i zmienne bioklimatyczne naukowcy modelują obecną i
przyszłą niszę klimatyczną V. album. Wprost stwierdzają, że przyszłość jemioły
w Europie będzie kształtowana głównie przez temperaturę oraz dostępność
żywicieli, a w scenariuszach ocieplenia prognozowany jest dalszy wzrost
odpowiednich siedlisk dla podgatunku typowego (subsp. album) i częściowo
dla podgatunku V. a. austriacum. Obserwowana
w ostatnich latach ekspansja w Europie Środkowej i Wschodniej jest zgodna z
kierunkiem zmian klimatu (łagodniejsze zimy, dłuższy sezon wegetacyjny).
Z
literatury i interpretacji naukowców można zarysować kilka mechanizmów
łączących ocieplenie z ekspansją jemioły:
- Łagodniejsze zimy: ograniczają uszkodzenia
mrozowe jemioły, szczególnie na granicy zasięgu; pozwalają przetrwać
młodym osobnikom w regionach wcześniej zbyt chłodnych.
- Stres cieplny i związany z suszą
gospodarzy:
drzewa (szczególnie sosny) osłabione suszą i wysokimi temperaturami są
bardziej podatne na intensywne opanowanie przez jemiołę i gorzej znoszą
jej pasożytowanie.
- Zmiany w strukturze
drzewostanów:
ocieplenie sprzyja przeobrażeniom składu gatunkowego i kondycji drzew, co
w połączeniu z gospodarką leśną (monokultury sosnowe, drogi, linie
energetyczne) tworzy „korytarze” dla jemioły jako światłolubnego półpasożyta.
Badania
miejskie oraz regionalne sugerują, że ekspansja jemioły jest współkształtowana
przez:
- Urbanizację i wyspy ciepła: miasta są cieplejsze, a
jednocześnie obfitują w nasadzenia żywicieli, często w formie drzew
osłabionych, nadmiernie przycinanych czy rosnących w stresujących
warunkach glebowych.
- Strukturę krajobrazu: obecność parków, cmentarzy,
alej, pojedynczych drzew przydrożnych sprzyja rozprzestrzenianiu się
jemioły, szczególnie w miejscach intensywnych przelotów ptaków żywiących
się jagodami jemioły.
- Gospodarkę leśną: monokultury sosnowe i
świerkowe stanowią „bank gospodarzy”; ograniczone usuwanie porażonych
drzew czy brak systematycznej kontroli w niektórych krajach przyspiesza
wzrost liczebności pasożyta.
W
podsumowaniu można stwierdzić, że w wielu regionach Europy obserwuje się
wyraźny wzrost areału i liczebności jemioły, co dokumentują dane kartograficzne, badania miejskie
oraz prace wskazujące na rosnące zagrożenie dla drzewostanów iglastych. Tak,
istnieje solidny związek między tym wzrostem a globalnym ociepleniem, choć
większość dowodów ma charakter korelacyjno‑modelowy: temperatura jest jednym z
głównych predyktorów zasięgu, a scenariusze ocieplenia przewidują dalszą
ekspansję, szczególnie ku północy i w wyższe szerokości geograficzne. Jednocześnie
trzeba przypomnieć, że ekspansja jemioły jest zjawiskiem wieloczynnikowym i
współoddziaływują za nią: urbanizacja, skład gatunkowy nasadzeń, gospodarka
leśna i zachowanie ptaków‑roznosicieli. Klimat „otwiera drzwi”, ale to
struktura krajobrazu i praktyki człowieka decydują, jak szeroko zostaną one
otwarte.
Tak więc
nie jest złudzeniem ani przypadkowa, lokalna koincydencja gdy widząc oblepione
jemiołą drzewa, mamy wrażenie że jest jej więcej niż kiedyś.
A na koniec coś optymistycznego. Jemiołowy silny klei budzi zainteresowania naukowców. Być może uda się wykorzystać w medycynie do "zszywania" ram po operacjach. A my wykorzystujmy krzaczki jemioły do dekoracji, im więcej będzie gospodarczego pozyskiwania jemioły ze środowiska, tym wolniej będzie przebiegała jej ekspansja.
6.01.2026
Metoda projektu, czyli iść za studentem
![]() |
| Dawno temu, w czasie letniego obozu naukowego ze studenckim kołem naukowym, w poszukiwaniu chruścików i innych wodnych bezkręgowców, okolice Górowa Iławeckiego. |
Zbliża się podsumowanie najnowszego projektu studentów „Eko kalendarz adwentowy”, trwał prawie cały grudzień, już po formalnym zakończeniu zajęć (zobacz więcej). Podsumowanie czyli analiza tego, co się udało i tego, co się nie udało w pełni zrealizować. Ta analiza jest ważna bo wszyscy uczymy się na własnych błędach a przez świętowanie wzmacniamy dobre rozwiązania. To na pewno przyda się w kolejnych działaniach.
Po czterdziestu latach pracy na uczelni, patrząc na kolejne
roczniki młodych ludzi, dochodzę do wniosku, że najcenniejsze w nauczaniu nie
jest przekazywanie gotowych odpowiedzi, ale wspólne wyruszanie w drogę, wspólne
odkrywanie a potem wspólna refleksja nad tym co się wydarzyło i dlaczego. Na
zajęciach z ochrony środowiska (ale i nie tylko na tych zajęciach) od lat daję
moim studentom wybór: możecie zaliczyć ćwiczenia klasycznie, wykonując
ćwiczenia wg instrukcji i pisząc sprawozdania, albo wejść w projekt. Wybór tej
drugiej ścieżki to dla nich – i dla mnie – rezygnacja z bezpiecznego brzegu na
rzecz nieznanych wód. Wychodzimy poza strefę komfortu.
Przez lata realizowałem projekty intuicyjnie. Zaczynało się w kole naukowym (zarówno jako student uczestnik a później jako opiekun koła), potem ucząc ochrony środowiska, włączyłem tę metodę do standardowych zajęć. Dopiero z czasem uświadomiłem sobie, że to, co robię, ma swoją nazwę w teorii edukacji: konstruktywizm. Czułem się trochę jak Molierowski pan Jourdain, który ze zdumieniem odkrył, że całe życie mówił prozą. W konstruktywizmie wiedza nie jest „przelewana” z głowy nauczyciela do głowy studenta. Ona jest budowana (konstruowana) przez samego studenta w procesie działania. Ja nie jestem tu sędzią, ale towarzyszem. Idę za studentem, nawet jeśli jego pomysł nie jest tym, który sam bym wybrał.
Dawniej projekt na ochronie środowiska oznaczał konkret:
sprzątanie brzegów jeziora, sprzątanie lasu, budowanie hoteli dla zapylaczy, konstruowanie budek
dla jeży. Był pot, realne działanie w terenie i widoczny gołym okiem efekt.
Dzisiejsze pokolenie studentów jest inne (pokolenie Z). Widzę to wyraźnie – studenci
przenoszą swoją aktywność w sferę cyfrową. Zamiast budować w terenie, budują
zasięgi. Tworzą rolki na Instagramie, kampanie społeczne w mediach, edukują
rówieśników w sieci. Taki był też projekt „Eko kalendarz adwentowy”.
Zmienił się też ich sposób bycia. Częściej „chowają się w
cieniu”, ukrywają za nickami (profilami) lub zgeneralizowaną anonimowością, unikają
bezpośredniej ekspozycji nazwisk. Ale to wciąż jest działanie. Uczę się od nich
tego nowego świata – mechanizmów mediów społecznościowych, nowoczesnej
komunikacji. To fascynująca wymiana: ja daję im doświadczenie merytoryczne, oni
uczą mnie języka współczesności.
W opisywanym projekcie, wymyślonym przez studentów, były 24
zadania na kolejne 24 dni. Przesłanie do odbiorcy było takie: „Zrób tyle, ile
zdołasz”. Jeśli poczujesz zmęczenie, odpuść jeden dzień, odpocznij, wróć jutro.
To zdejmuje paraliżujący lęk przed perfekcją i prokrastynacją.
Jako wykładowca wchodzę w rolę członka zespołu, a nie
nadzorcy. Dla wielu studentów to zdziwienie, wręcz szok. Są przyzwyczajeni do
modelu kontroli, a tu nagle „profesor” pyta, w czym może pomóc i dzieli się
swoimi umiejętnościami jako partner. Razem przechodzimy przez Cykl Kolba:
- Doświadczanie:
robimy coś konkretnego (zarówno sam projekt jak i pojedyncze zadania).
- Refleksja:
analizujemy, co się stało. Dlaczego nikt nie skomentował posta? Czy cała
akcja spotkała się z zaplanowanym odzewem czy nie? Dlaczego?
- Teoretyzowanie:
wyciągamy wnioski, osadzamy je w wiedzy o ochronie środowiska i
psychologii społecznej.
- Praktyka:
planujemy następny krok bogatsi o tę wiedzę. Te już będą aktywności poza zajęciami.
Wychodzą z zajęć z pewnym doświadczeniem, refleksjami i kompetencjami do wykorzystania
w samorządzie studenckim, działaniach różnych NGO czy w przyszłej pracy,
po zakończeniu nauki na uczelni.
Ocenianie projektu to duże wyzwanie. A przecież muszą jakąś ocenę
do USOS-a wpisać. Studenci często wybierają tematy najtrudniejsze – zmianę
postaw społecznych. Jak zmierzyć, czy ktoś zaczął segregować śmieci pod wpływem
ich filmu? Koszty rzetelnego pomiaru są ogromne. Wymagają czasu i sporych
nakładów. Tego w pełni nie da się zrobić w ramach krótkiego, studenckiego
projektu. Dlatego w mojej dydaktyce oceniam nie tylko efekt, ale przede
wszystkim proces. Interesuje mnie zmiana, jaka zaszła w studencie. Czy
nauczyli się współpracować? Czy potrafią wyjść z kryzysu, gdy zespół się kłóci?
Czy potrafią słuchać siebie nawzajem (z czym, zauważam, bywa coraz trudniej)? Czy potrafią rzetelnie ocenić efekty i sam proces? Czy potrafią dostrzec mocne i słabe strony wspólnych działań?
Projekt to ryzyko, które warto podjąć. Wchodzimy na nieznany grunt i możemy polec. Zarówno
ja jako wykładowca, bo wcześniej przygotowany harmonogram zajęć sypie się i
trzeba tworzyć od nowa, na bieżąco. I dla studentów, bo co będzie, jak cały
projekt nie wyjdzie i nie będzie zaliczenia? Lub niższa od spodziewanej ocena? Ale jeśli tak się stanie –
polegniemy razem. Jeśli odniesiemy sukces (naszą małą „wiktorię”), to
świętujemy go wspólnie.
Dawniej starałem się mocno zasugerować temat i sposób realizacji
projektu. Z czasem nauczyłem się iść za studentami. Zaufać im i pozwolić na błędy. Wspierać ich pomysły, nawet
jeśli nie są najlepsze i wiążą się z różnymi zagrożeniami. Co zyskuję idąc za studentem? Zyskuję bezcenną wiedzę o tym, kim są
dzisiejsi młodzi ludzie. Poznaję ich wartości, ich lęki i kompetencje
społeczne. Projekt pozwala mi nie zardzewieć w profesorskiej katedrze. To żywa,
pulsująca nauka, która przypomina mi codziennie, że edukacja to nie wypełnianie
wiader, ale zapalanie ognia. Nawet jeśli ten ogień płonie dziś głównie na
ekranie smartfona.
Podsumowanie projektu i świętowanie to ważny element zajęć. Jak pójdzie mi tym razem? Dla siebie przygotowałem takie pytania do wewnętrznego rozważenia:
- Gdzie
kończy się wsparcie, a zaczyna nadzór? Jak w praktyce udaje mi się
zachować balans między byciem „członkiem zespołu” a koniecznością bycia
„oceniającym”?
- Czy
„cyfrowa ucieczka” to strata? Jak oceniam zmianę aktywności studentów
z działań fizycznych (np. w terenie) na działania w mediach
społecznościowych? Czy te kompetencje są równie wartościowe w kontekście
ochrony środowiska? W kontekście rozumienia a nie tylko wiedzy
faktograficznej.
- Prawo
do porażki. Czy w dzisiejszym systemie akademickim, nastawionym na
wyniki i oceny, jest jeszcze miejsce na „wspólne polegnięcie” w projekcie?
Jak reagują na to studenci przyzwyczajeni do wyścigu po oceny?
- Pomiar nieuchwytnego. W jaki sposób zweryfikuję zmianę postaw u moich studentów, wiedząc, że tradycyjne testy nie są w stanie uchwycić istoty procesu projektowego? Testu nie robię, bo jak zmierzyć testem umiejętności i kompetencje? I to, że coś w nich (studentach) się zmieniło w czasie zajęć. Po czym poznam, że osiągnęliśmy efekty kształcenia i w jakim zakresie się to udało?
- Relacja mistrz-uczeń. Czy pojęcie „pójścia za studentem” nie osłabia autorytetu wykładowcy?
4.01.2026
Zawisak tawulec w przedszkolnej łączce kwietnej
![]() |
| Zawisak tawulec z Olsztyna, zaobserwowany przez przedszkolaków. |
Od kilku lat Liga Ochrony Przyrody w Olsztynie organizuje konkurs dla przedszkoli ph. "Moja łączka kwietna". Jako juror i wsparcie merytoryczne i ja biorę udział w tym konkursie. Jest okazja na dodatkowe spotkania z uczniami w terenie i opowiadanie im o ciekawostkach przyrodniczych i o tym "co piszczy w trawie". Nauczyciele wraz z przedszkolakami podejmują się róznych działań w zakładaniu i pielęgnacji tak zwanych łąk kwietnych w swojej okolicy. Tworzą dzikie zakątki przyrody i obserwują życie, jakie się tam toczy. Przy okazji nauczycielki robią zdjęcia dokumentacyjne. W tym roku swoje prace przesłały m.in. przedszkola z Olsztyna nr 1 i 36. Na jednym z przesłanych zdjęć (w ramach obserwacji przyrodniczych) znalazł się zawisak tawulec, piękny motyl nocny. Chciałoby się powiedzieć nocny owadzi koliber.
Zawisak tawulec (Sphinx ligustri) to jeden z bardziej efektownych nocnych motyli Europy, a przy tym gatunek, który świetnie pokazuje, jak fascynujące potrafi być życie dużych, nocnych zapylaczy. Dorosłe motyle pojawiają się od końca maja do lipca, najczęściej o zmierzchu, kiedy zaczynają szybować nad kwiatami zawisają przy kwiatach niczym kolibry. Ich długość ciała wynosi 44-50 mm a rozpiętość skrzydeł dochodzi do 10–12 centymetrów, co czyni je jednymi z największych zawisaków w Polsce. Przednie skrzydła mają barwę ciemnobrązową z delikatnymi jasnymi liniami, natomiast tylne zaskakują różowo‑łososiowym tłem przeciętym czarnymi pręgami. Równie charakterystyczny jest odwłok, poprzecznie pręgowany na fioletowo i czarno, dzięki czemu nawet w locie trudno pomylić tawulca z innym gatunkiem. Dorosłe zawisaki tawulce można w Polsce spotkać od maja do lipca. Samica składa jaja na spodniej stronie liścia rośliny żywicielskiej tuż przy żyłce unerwienia,
Gąsienice tawulca są równie imponujące jak dorosłe owady. Osiągają duże rozmiary – do 10 cm długości, są intensywnie zielone, ozdobione ukośnymi białymi i fioletowymi pręgami, a na końcu ciała mają charakterystyczny „róg” - łukowato wygięty, żółto-czarny „kolec”. Grzbiet ciała nieco jaśniejszy, co ma na celu efektywniejsze maskowanie gąsienicy (gra świateł i cieni). W momencie zagrożenia unoszą przód ciała, co ludziom kojarzy się z wyglądem sfinksa (znalazło to także odbicie w nazwie rodzajowej Sphinx). Żerują latem, od lipca do września, wybierając przede wszystkim rośliny z rodziny oliwkowatych. Najczęściej spotyka się je na ligustrze pospolitym, lilaku, tawule japońskiej, śnieguliczce białej, budlei Davida, wiciokrzewie pomorskim i innych krzewach. To właśnie od tawuł wzięła się polska nazwa gatunku, choć w praktyce najłatwiej znaleźć gąsienice na żywopłotach ligustrowych w parkach i ogrodach. Pod koniec rozwoju larwy schodzą na ziemię i zakopują się w glebie, gdzie zimują jako poczwarki.
Zawisak tawulec jest gatunkiem palearktycznym, szeroko rozpowszechnionym w Europie, w tym w całej Polsce. Preferuje lasy liściaste i mieszane, ale równie chętnie zasiedla tereny zurbanizowane. W miastach pojawia się często przy lampach ulicznych, które przyciągają go w ciepłe, letnie noce. Dane obserwacyjne pokazują, że gąsienice bywają znajdowane także na chodnikach i drogach, kiedy wędrują w poszukiwaniu miejsca do przepoczwarczenia.
Choć jego wygląd może sugerować egzotyczne pochodzenie, tawulec jest typowym elementem naszej rodzimej fauny. Nie stanowi zagrożenia dla roślin – żeruje punktowo i nie tworzy masowych gradacji. Jest natomiast ważnym nocnym zapylaczem, odwiedzającym jasne, pachnące kwiaty. Jego lot, szybki i zawisający, to przykład doskonałej adaptacji do pobierania nektaru z głębokich kwiatowych kielichów.
Zawisak tawulec to motyl, który łączy efektowność z niezwykle ciekawą biologią. Jego obecność w ogrodach i parkach jest dowodem na to, że nawet w środku miasta można spotkać przedstawicieli nocnego świata owadów, którzy prowadzą życie równie barwne jak ich skrzydła.
Ma także swoich prześladowców, gąsienice atakowane są przez parazytoidy, gąsieniczniki Diphyus palliatorius, a poczwarki przez Protichneumon pisorius. A same gąsienice i owady dorosłe zjadane są przez ptaki i nietoperze.
3.01.2026
O języku, który tworzy świat i o maszynach, które uczą nas patrzeć na ludzką kulturę
![]() |
| Zdjęcie z galerii sztuki, ludzka kreatywność i poszukiwanie sensu w kawałkach desek. Jak interpretujesz ten obraz/instalację? Zdjęcie moje, bez wspomagania AI. |
Być może największą wartością AI jest nie to, by pisała za nas, ale to, byśmy mogli zobaczyć, jak piszemy my sami. Niczym w lustrze. Z dużymi modelami językowymi (LLM) piszemy łatwiej, szybciej i więcej. Tylko czy ktoś to będzie czytał? Przy 8 miliardach ludzi na Ziemi, milionów piszących w tradycyjnych książkach i czasopismach oraz setkach milionów piszących w mediach społecznościowych i elektronicznych, milionach naukowców publikujących swoje wyniki i przemyślenia, powstanie niewyobrażalnie dużo treści. Kto to przeczyta kiedykolwiek? Chyba nie ludzie. To czytać będzie głównie AI? Skoro pisać może niemalże każdy, to tworzymy więc w dużym stopniu do szuflady, a w zasadzie do serwerów (chmury). Dużo, szybko i tanio. Czy będzie jak z tanim i masowym plastikiem, który zaśmieca lasy, jeziora, oceany a w formie mikroplastiku zanieczyszcza nawet nasze organizmy? Już teraz cierpimy na nadmiar bodźców: informacji, opowieści, obrazów, wideo. Gwar niesłychany i ogromne przebodźcowanie. Nasze umysły cierpią jak nasze ciała z przejedzenia kalorycznymi fast foodami. Przekroczyliśmy chyba masę krytyczną. W przypadku uranu dochodzi wtedy do wybuchu jądrowego. A co będzie z tekstami i kulturą?
Bez wątpienia AI jest jak nowa osoba w społeczności – staramy
się poznać zarówno tę osobą jak i to, co się zmieniło przez jej obecność i
interakcje. A zmienia się dużo i szybko.
Jestem przedstawicielem nauk przyrodniczych, eksperymentalnych.
I tak jak w oświeceniu, gdy uczeni odeszli od ksiąg by samemu sprawdzić w
terenie czy jest prawdą, to co piszą inni w starych księgach, tak i ja teraz
eksperymentalnie i samodzielnie, niczym niewierny Tomasz, dotykam i sprawdzam
jak to coś działa. Czy rzeczywiście roślina mandragora piszczy jak się ja
wyrywa z ziemi (bo tak jest w starych księgach)? Czy AI jest kreatywne czy tylko stochastyczną papugą?
Co było celem mojego kolejnego eksperymentu? Od
dłuższego czasu poznaję eksperymentalnie AI, zapewne tak jak wielu innych
ludzi. Najnowszym impulsem i inspiracją do ostatniego eksperymentu były słowa
profesora Dragana, fizyka, i jego książka Quo vAIdis.
Był wstęp z zaznaczonym celem. Teraz pora na materiał
i metody by eksperyment był powtarzalny przez innych. Zatem kilka słów o tym, jak
powstał ten tekst. Napisałem trzy teksty jako relacje (sprawozdania) z eksperymentu
(linki niżej). Po kolei te blogowe raporty wrzuciłem do Copilota z poleceniem streszczenia
każdego i podsumowania. Następnie poleciłem by na podstawie tych streszczeń i
podsumować napisał esej. A potem jeszcze w dwu nowych wersjach, bardziej
akademickiej i bardziej literackiej. Obie wersje zostały przeze mnie nieco poprawione
i zmodyfikowane.
Pytania moje są takie: na ile jestem autorem tego sprokurowanego w kilku etapach tekstu? Skąd się bierze jego oryginalność? Pomysł był mój, wykonanie w części AI. Kto jest więc autorem? A może jest to praca współautorska? Ale czy długopis, laptop czy edytor tekstu umieszczamy jako współautorów? Czy i jak wskazać wkład AI? Czy wystarczy podać metodologię tworzenia? A może nie ma znaczeni jak się tworzy tekst, a ważny jest tylko efekt końcowy? Co ja oryginalnego wniosłem to tego tekstu, który czytacie? Pomysł na eksperyment i sposób wykorzystania? W raportach były zawarte moje refleksje, a więc moje a nie AI. Ale cały czas dialogowałem z AI lub sam ze sobą za pośrednictwem AI. Przypominają mi się kolektywy myślowe Ludwika Flecka. On wtedy pisał tylko o ludziach, o naukowcach białkowych, z krwi i kości. Czy teraz jest to słuszne także dla społeczności hybrydowych, ludzko-maszynowych? Znowu więcej pytań niż odpowiedzi. Czyli zachęta do dalszych eksperymentów.
Copilot po wygenerowanym tekście sam podpowiadał w jakim kierunku można kontynuować i co jeszcze zrobić. Mogłem wybrać i skorzystać z tych podpowiedzi, albo podążać dalej tylko swoim zamysłem i zamiarem. Pod pierwszą wersją podsumowującego tekstu Copilot zaproponował m.in. wersję bardziej akademicką lub bardziej literacką. Wygenerowałem obie i po małych poprawkach przedstawiam niżej.
Wersja bardziej akademicka (nieco poprawiona):
Esej akademicki: Generatywne modele językowe jako narzędzie analizy języka, kreatywności i kultury
1. Wprowadzenie: eksperyment jako metoda
poznania
W tradycji nowożytnej nauki eksperyment stanowi
podstawowy sposób weryfikacji hipotez. Zamiast przyjmować założenia dotyczące
natury generatywnej sztucznej inteligencji - czy jest ona kreatywna, czy
jedynie stochastyczna - autor przeprowadza serię empirycznych testów.
Wykorzystuje trzy różne modele językowe (Gemini, Copilot, Bielik), którym
zadaje identyczne, celowo absurdalne zadania. Celem jest nie tylko sprawdzenie
ich reakcji, lecz także zbadanie mechanizmów, które stoją za generowaniem sensu
w warunkach braku znaczenia.
Eksperyment ten wpisuje się w szerszy kontekst
epistemologiczny: poznawanie nowego obiektu - w tym przypadku AI - poprzez
obserwację, porównanie i iteracyjne testowanie. To podejście przypomina
klasyczne metafory poznawcze, takie jak opowieść o ślepcach dotykających
słonia: dopiero suma fragmentarycznych obserwacji pozwala zrekonstruować
całość.
2. Konstrukcja eksperymentu: słowa
pozbawione znaczenia jako narzędzie badawcze
Wszystkie trzy modele otrzymały identyczny zestaw
wymyślonych słów (protronista, somponitny, wykurglać, niuntowatość,
murglowatość) oraz polecenie napisania eseju o „wpływie projekczycieli na
ewolucję Smoka wawelskiego”. Słowa te nie istnieją w języku polskim, nie mają
definicji ani konotacji kulturowych. Stanowią więc idealny materiał do badania:
- jak
modele radzą sobie z lukami semantycznymi,
- czy
potrafią nadawać znaczenia na podstawie kontekstu,
- w
jaki sposób budują spójność tekstu,
- czy
generują sens, czy jedynie jego pozór.
To test nie tyle kreatywności, ile mechanizmów
emergencji znaczenia.
3. Wyniki: trzy modele, trzy strategie
generowania sensu
3.1. Gemini — strategia literacko‑metaforyczna
Gemini wykazuje tendencję do tworzenia tekstów
bogatych stylistycznie, pełnych metafor, neologizmów i rozbudowanych
konstrukcji. Wymyślone słowa są przez niego natychmiast włączane w system
semantyczny poprzez nadawanie im definicji kontekstowych. Model ten kompensuje
brak znaczenia nadmiarem stylistycznym, co prowadzi do powstania tekstów
efektownych, lecz pozbawionych rzeczywistej treści naukowej.
3.2. Copilot - strategia hybrydowa: fikcja
+ fakty
Copilot wyróżnia się zdolnością łączenia fikcyjnych
elementów z poprawnymi informacjami naukowymi. Wprowadza do narracji realne
dane paleontologiczne dotyczące gatunku Smok wawelski z Lisowic, a także
tworzy struktury dydaktyczne, w tym kompletny scenariusz zajęć. Model ten
generuje teksty, które - mimo absurdalnych założeń - posiadają logiczną
strukturę i walor edukacyjny.
3.3. Bielik - strategia korekcyjno‑konserwatywna
Bielik wykazuje tendencję do „naprawiania” języka:
zmienia słowo projekczyciel na projektor, co sugeruje silniejszą
orientację na normatywność. Jego teksty są poprawne, lecz mniej rozbudowane
stylistycznie. Model ten generuje sens poprzez ostrożne dopasowywanie
kontekstu, unikając nadmiernych metafor i eksperymentów językowych.
3.4. Wspólna cecha wszystkich modeli
Pomimo różnic stylistycznych wszystkie trzy modele:
- potrafią
wpleść słowa pozbawione znaczenia w spójną narrację,
- generują
teksty, które sprawiają wrażenie sensownych,
- ujawniają,
że struktura języka sama w sobie może tworzyć iluzję znaczenia.
To kluczowy wniosek eksperymentu.
4. Język jako system nadmiarowy: metafora
hologramu
Autor trafnie porównuje język do hologramu: nawet po
usunięciu części elementów obraz pozostaje rozpoznawalny. W kontekście
eksperymentu oznacza to, że:
- sens
nie jest zakodowany w pojedynczych słowach,
- znaczenie
powstaje z relacji między elementami,
- kontekst
wypełnia luki semantyczne,
- odbiorca
rekonstruuje sens na podstawie struktury, a nie treści.
To obserwacja zgodna z ustaleniami lingwistyki
kognitywnej i teorii emergencji.
5. AI jako narzędzie analizy ludzkiej
komunikacji
Eksperyment ujawnia, że generatywne modele językowe
nie tylko imitują ludzkie wypowiedzi, ale także pozwalają je analizować. Teksty
wygenerowane przez AI przypominają:
- pseudonaukowe
wywody pozbawione treści,
- przemówienia
polityczne oparte na pustych pojęciach,
- dyskursy
akademickie, w których forma dominuje nad treścią.
AI staje się więc lustrem, które odbija mechanizmy
ludzkiej komunikacji - w tym jej skłonność do tworzenia pozorów sensu.
6. Kreatywność jako zjawisko emergentne
Eksperyment prowadzi do pytania o naturę kreatywności.
Czy AI jest kreatywna? A może to człowiek przecenia własną kreatywność, nie
dostrzegając, że większość twórczości polega na rekombinacji istniejących
wzorców?
Wyniki sugerują, że:
- kreatywność
może być efektem działania systemu językowego,
- nowość
nie musi wynikać z intencji, lecz z kombinatoryki,
- zarówno
człowiek, jak i AI operują na podobnych zasadach emergencji,
- różnica
między nimi może być ilościowa, nie jakościowa.
To otwiera pole do dalszych badań nad relacją między
językiem, kulturą i technologią.
7. Zakończenie: pytania ważniejsze niż
odpowiedzi
Eksperyment nie prowadzi do ostatecznych konkluzji i
to właśnie stanowi jego wartość. Zamiast zamykać temat, otwiera nowe obszary
refleksji:
- jak
powstaje sens?
- czym
jest kreatywność?
- jak
działa język jako system?
- co
AI mówi nam o nas samych?
- czy
kultura i biologia podlegają podobnym mechanizmom nadmiarowości i
rearanżacji?
- Czy
podobieństwo między ewolucją biologiczną a ewolucją kulturową to tylko
powierzchowna analogia?
W duchu nauki autor kończy nie odpowiedzią, lecz
zaproszeniem do dalszego badania. Poznanie osiąga pełnię dopiero wtedy, gdy
staje się doświadczeniem wspólnym.
Linki do relacji z eksperymentów:
- Test Dragana czyli wpływ projekczycieli na ewolucjęSmoka Wawelskiego cz. 1
- Test Dragana cz. 2 - bzdura ubrana przez AI w mądre słowa i spójny język przestaje być bzdurą?
- Test Dragana cz. 3. Hologramowy obraz języka czyli jak wykurglać z niczego nowe znaczenia we współpracy z AI
Wersja literacka (poprawiona i nieco zmodyfikowana). Wybrałem taką by jeszcze uprościć podsumowanie i nadać mu bardziej przyswajalną dla przeciętnego odbiorcy formę:.
Esej literacki: O języku, który tworzy
świat, i o maszynach, które uczą nas patrzeć
Od trzech lat żyjemy w świecie, w którym obok ludzi
pojawił się nowy byt. Nie z krwi i kości, nie z mitów ani z kosmicznych
opowieści, lecz z matematyki, statystyki i niepojętej dla nas gęstwiny wag
neuronowych. A jednak, gdy z nim rozmawiamy, czujemy się tak, jakbyśmy dotykali
czegoś znajomego. Jakbyśmy wchodzili w dialog z lustrem, które odbija nie tylko
nasz język, ale i nasze własne złudzenia.
Mój eksperyment - prosty, a jednocześnie przewrotny -
polegał na tym, by włożyć w ręce tych nowych bytów słowa, które nie istnieją.
Słowa puste jak skorupy, pozbawione historii, znaczeń, konotacji. Słowa, które
nie mają żadnego zakotwiczenia w kulturze. I sprawdzić, co się stanie, gdy
poprosimy je o stworzenie z nich sensu. Czy będą milczeć? Czy odmówią? A może-
jak człowiek, który nie chce przyznać się do niewiedzy - zaczną mówić, byle
mówić?
Gemini odpowiedział jak poeta, który nie zna ciszy.
Wypełnił pustkę metaforami, jakby bał się, że jeśli zostawi choćby jedno zdanie
bez ornamentu, cały świat się rozsypie. Jego teksty były jak barokowe freski:
piękne, przesadne, pełne własnych definicji, które rodziły się w locie. Słowa,
które mu podałeś, stały się dla niego tworzywem, z którego ulepił własny
kosmos. Nie miało znaczenia, że były bezsensowne — sens powstawał z samego aktu
mówienia.
Copilot poszedł inną drogą. On nie tylko mówił - on
budował. Łączył fikcję z faktami, legendę z paleontologią, Smoka wawelskiego z
Lisowicami, a neologizmy z dydaktyką. Z nonsensu tworzył narzędzia edukacyjne,
jakby chciał powiedzieć: „Skoro dałeś mi chaos, to ja zrobię z niego
strukturę”. Jego odpowiedzi były jak dobrze zaprojektowane ogrody - nie dzikie,
nie barokowe, lecz uporządkowane, z alejkami prowadzącymi od mitu do nauki, od
zabawy do metodologii.
Bielik natomiast zachowywał się jak ktoś, kto najpierw
poprawia kołnierzyk, zanim zacznie mówić. Zmieniał słowa, wygładzał zdania,
próbował przywrócić język do normy, jakby bał się, że zbyt duża swoboda może go
zaprowadzić w rejony, gdzie nie czuje się pewnie. Jego teksty były
skromniejsze, bardziej zachowawcze, ale również spójne. Mniej było w nich
fajerwerków, więcej ostrożności. Jakby mówił: „Nie wiem, czym jest ten świat,
który mi dajesz, ale spróbuję go uporządkować”.
A jednak — mimo różnic — wszystkie trzy modele zrobiły
to samo. Wzięły słowa bez znaczenia i wplotły je w narracje, które wyglądały na
sensowne. Nadały im funkcje, role, konteksty. Wypełniły pustkę językiem. I w
tym właśnie tkwi sedno mojego eksperymentu: nie w tym, jak różne są modele,
lecz w tym, jak podobny jest mechanizm, który nimi rządzi.
Język działa jak hologram. Można go przełamać, można
usunąć połowę elementów, a obraz i tak pozostanie rozpoznawalny (choć mniej
wyraźny). Słowa są tylko fragmentami większej całości, a sens rodzi się nie z
nich, lecz z relacji między nimi. Można włożyć w zdanie słowo „niuntowatość”, a
mózg — ludzki czy maszynowy — i tak spróbuje nadać mu znaczenie. Bo język nie
znosi pustki. Bo sens jest czymś, co tworzymy nawet wtedy, gdy nie mamy do tego
żadnych podstaw.
I tu pojawia się pytanie, które unosi się nad całym
eksperymentem jak mgła nad Wisłą: czym właściwie jest kreatywność? Czy to iskra
boska, jak chcieliby romantycy? Czy może tylko bardziej skomplikowana wersja
tego, co robią modele językowe — rekombinacja, wariacja, powtarzanie starych
wzorców w nowych konfiguracjach? Może człowiek jest po prostu stochastyczną
papugą, która nauczyła się wierzyć, że jej własne powtórzenia są czymś
wyjątkowym.
A może kreatywność nie tkwi ani w człowieku, ani w
maszynie, lecz w samym języku? W jego nadmiarowości, w jego zdolności do
tworzenia sensu tam, gdzie go nie ma. W jego holograficznej naturze, która
pozwala nam widzieć całość nawet wtedy, gdy dysponujemy tylko fragmentem.
Mój eksperyment nie daje ostatecznej odpowiedzi. I
dobrze. Bo odpowiedzi zamykają, a pytania otwierają. A ja otworzyłem ich wiele:
o naturę języka, o granice sensu, o relację między człowiekiem a technologią, o
to, czy AI jest lustrem, w którym widzimy siebie wyraźniej niż kiedykolwiek
wcześniej.
Może właśnie po to jest AI - nie po to, by
pisać za nas, ale po to, byśmy mogli zobaczyć, jak piszemy my sami.
Nie po to, by tworzyć sens, lecz by pokazać, jak łatwo go tworzymy, nawet gdy
nie ma ku temu żadnych podstaw. Nie po to, by zastąpić człowieka, lecz by
odsłonić mechanizmy, które człowieka tworzą.
A najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że
odkrywanie nabiera pełni dopiero wtedy, gdy dzielimy się nim z innymi. I
właśnie to robię: zapraszam do rozmowy, do wspólnego dotykania słonia, którego
nikt jeszcze nie widział w całości.




