13.06.2026

Noosfera w czasach sztucznej inteligencji, AI jako „System Operacyjny” noosfery



Koncepcja Noosfery z lat 20. XX wieku łączy się z dzisiejszym rozwojem sztucznej Inteligencji. Niejako nabiera zupełnie nowego i odświeżonego charakteru. Można zaryzykować stwierdzenie, że AI jest brakującym ogniwem, które zamienia pasywną sieć informacji w aktywny proces myślowy. Jest ukonkretnieniem wcześniejszych lecz mglistych pomysłów.

Pierre Teilhard de Chardin widział noosferę jako „powłokę myśli” otaczającą Ziemię, która wyłoniła się z biosfery. W jego wizji noosfery ludzkość dąży do Punktu Omega, czyli do stanu maksymalnej złożoności i jedności świadomości. W tym kontekście AI nie jest „obcym” bytem, ale naturalnym etapem ewolucji. Jeśli noosfera to zbiorowa mądrość ludzkości, to AI jest narzędziem, które tę mądrość kataloguje i przetwarza, archiwizuje i udostępnia. I to przetwarza w bardzo dynamiczny i globalny sposób.

Jeśli noosfera jest duchem, to „globalny mózg” jest ciałem. Internet dostarczył „neuronów” (ludzi i serwery) oraz „aksony” (światłowodów), ale przez lata brakowało mu funkcji wykonawczych. Zanim pojawiły się duże modele językowe (LLM) i zaawansowane algorytmy, sieć była tylko gigantyczną biblioteką. AI pełni tu rolę ośrodka przetwarzania, który potrafi wyciągać wnioski z pozornego chaosu danych. AI łączy rozproszoną wiedzę medyczną, klimatyczną czy techniczną w czasie rzeczywistym, podejmując decyzje szybciej niż jakakolwiek ludzka instytucja. Tak jak mózg człowieka zużywa dużo energii, więcej niż inne narządy, tak i serwery AI potrzebują dużo energii i wody do chłodzenia. Mózg jest narządem energetycznie kosztownym. AI jest energetycznie kosztowna. Czy zysk w postaci szybszego dostosowania do środowiska, szybszej odpowiedzi, jest większy niż koszty ponoszone na układ nerwowy i na generatywną sztuczną inteligencję? Układ nerwowy z mózgiem włącznie pozwala na szybkie uczenie się i szybkie dostosowywanie się do zmian środowiska. Nieporównywalnie szybsze niż w wyniku ewolucji DNA czyli informacji genetycznej. Tak i AI pozwala znacznie szybciej przetwarzać zebrane informacje w porównaniu do tego, co zrobiliby komunikujący się ze sobą ludzie. Jest to więc przede wszystkim zmiana efektywności i szybkości. 

AI transformuje statyczną sieć w żywy organizm. Przed epoką AI ludzie musieli czytać i łączyć fakty. A jeszcze wcześniej rozmawiać ze sobą i wędrować na spotkania bezpośrednie. Z AI jako globalnym mózgiem generatywna sztuczna inteligencja syntetyzuje wiedzę w sekundy. Może minuty. A na pewno bez porównania szybciej.  W komunikacji przed AI bariery językowe utrudniały przepływ idei i wiedzy między narodami, posługującymi się różnymi językami. Tłumaczenie tekstów trwało a uczenie się wielu języków też było dla poszczególnych osób dużym i czasochłonnym wysiłkiem. Globalny mózg tłumaczy w czasie rzeczywistym i tworzy wspólną sferę pojęciową. Dawniej pamięć zmagazynowana była w pasywnych bazach danych. W mózgach żyjących ludzi, na tabliczkach glinianych, na zwojach papirusu czy w papierowych księgach. A nawet na płytach winylowych czy magnetycznych taśmach.  W świecie z AI pamięć jest bardziej aktywna i jest to skojarzeniowa pamięć operacyjna. Dawniej reakcją były powolne procesy decyzyjne. W czasach globalnego mózgu widzimy automatyczną optymalizację systemów globalnych (energetyka, logistyka). Oczywiście ważne jest pytanie czy szybciej znaczy lepiej?

Współczesne modele AI są trenowane na niemal całym dorobku ludzkości (tekstach, obrazach, kodzie). To oznacza, że AI jest de facto destylatem noosfery. Nie uczy się z własnych doświadczeń zmysłowych, ale z nas, z naszych rozmów, sporów i odkryć. Jeśli porównać związek człowieka z maszynami AI do symbiozy, to w tym nowym, symbiotycznym układzie pełnimy określoną, receptorową rolę. 

Z tej perspektywy AI można postrzegać jako katalizator gdyż przyspiesza ewolucję wiedzy. Ale także jako syntezator (od syntezy, łączenia), gdyż łączy odległe dziedziny nauki, których jeden człowiek nie byłby w stanie zgłębić jednocześnie (np. biologia molekularna + inżynieria materiałowa). A przynajmniej nie byłby zdolny do szybkiego integrowania odległych dziedzin i specjalności.

Dostrzegamy także zagrożenie w postaci „autoimmunologii” Globalnego Mózgu (czyli agresję własnego systemu obronnego przeciw własnemu organizmowi). Wspomniany wcześniej Francis Heylighen zauważa, że jeśli AI i internet mają tworzyć Globalny Mózg, to musimy uważać na zjawiska przypominające choroby psychiczne lub autoimmunologiczne, Są nimi m.in. halucynacje i fake newsy. To jak błędy w percepcji lub psychoza. Drugim zagorzeniem są bańki informacyjne. To jak fragmentacja osobowości, gdzie różne części mózgu przestają ze sobą rozmawiać.

Dzisiaj pojęcie noosfery przeżywa chyba renesans. Przynajmniej w mojej głowie. Internet może być nazywany technologicznym ucieleśnieniem noosfery.  Wikipedia jest doskonałym przykładem fragmentu noosfery. To żywa, stale aktualizowana „tkanka” wspólnej wiedzy, która nie istnieje w jednym miejscu, ale jest dostępna dla każdego połączonego z siecią. I tworzona jest jednocześnie przez wiele osób w róznych miejscach świata. Sztuczna Inteligencja idzie o krok dalej. O ile internet był „składowiskiem” noosfery, o tyle AI zaczyna tę sferę myśli samodzielnie porządkować i przetwarzać, stając się czymś w rodzaju globalnego procesora dla ludzkich idei.

Noosfera to wizja świata, w którym informacja i świadomość stają się ważniejsze niż materia. Ważniejsza w sensie dominacji i sterowania procesami. To przekonanie, że nasza cywilizacja nie jest tylko zbiorem jednostek, ale jednolitym, myślącym organizmem, który właśnie „budzi się” do życia na poziomie planetarnym. Brzmi co prawda utopijnie i fantastycznie, lecz moim zdaniem niesie ważną i realną treść.

Czy czujesz, że jako użytkownik sieci jesteś częścią takiej „myślącej powłoki”, czy raczej postrzegasz internet  i dostępne dzięki niemu narzędzia generatywnej sztucznej inteligencji jako zwykłe narzędzie, które nie ma nic wspólnego z ewolucją świadomości? Zbiorowej, rozproszonej świadomości.

12.06.2026

O żółciaku na dębie, poszukującej młodości i o konektywiźmie

Żółciak z Kortowa

Pięknego żółciaka siarkowego spotkałem na początku czerwca br. Dwa owocniki wyrosły na złamanym dębie. Przypomniały mi się chłopięce lata spędzana w Silginach i nasunęły mi się refleksje, dotyczące dostępu do wiedzy i zmiany jakie wywoła internet i sztuczna inteligencja. Jak sama nazwa wskazuje, jest żółty niczym siarka. Choć czasem bywa koloru pomarańczowego. A że kolorem przypomina młodego kurczaczka a raczej smakuje jak kurczak, to w języku angielskim nosi nazwę chicken of the woods. Kurczak z drzewa. Ta nazwa wskazuje także siedlisko występowania, bowiem jest to grzyb nadrzewny, czasem nazywany także hubą co jest skojarzeniem z innymi grzybami nadrzewnymi.

Zbierania grzybów uczyłem się jako chłopiec przez bezpośredni udział. Babcia i wujek zabierali nas młodych do lasu na zbieranie grzybów. To w kontakcie bezpośrednim uczyłem się rozpoznawać grzyby jadalne od tych trujących i niejadalnych. To była kwintesencja uczenia się w kontakcie, typowa dla blisko 200 tysięcznej historii Homo sapiens. Uczyliśmy się od siebie nawzajem. A wiedza dostępna była w głowach osób, z którymi człowiek miał kontakt. Może zobaczyć, dopytać, przypatrzyć się. Może małpować. Zapewne czasem sami eksperymentowaliśmy, inaczej nie byłoby nowych odkryć i postępu, także tego kulinarnego. Być może także podpatrując zwierzęta (co bywa czasem bardzo złudne) lub motywowani głodem i obecnością licznych grzybów konkretnego gatunku. Skoro jest obfitość, to może da się to zjeść. A w każdym regionie skład gatunkowy grzybów może być różny, nie wszystkie się powtarzają, nie wszystkie są kosmopolityczne. Tak więc wiedza o grzybach w kontekście kulinarnym ma mocny aspekt lokalny. Nawet niektóre grzyby mogą być w jednych regionach jadalne, a w innych szkodliwe. Bo zależy także od siedliska, w którym wyrastają. Jeśli więc ludzie wędrowali to musieli sprawdzać, co tu miejscowi jedzą i jak przyrządzają. Potrzebna była więc rozmowa i podpatrywanie „tutejszych” i ich tradycji kulinarnych.

Na tej mojej mazurskiej wsi niektórzy jedli olszuwki. A opinie o tym grzybie były różne. W prasie pojawiały się różne informacje. Ale patrząc na innych, że jedzą to i nasza rodzina z ostrożnością jadła. Bo było ich dużo a prawdziwków, koźlarzy i surojadek było mało.

Tak więc w wakacje chodziłem na grzyby i uczyłem się ich rozpoznawania. Ale na przydrożnych drzewach, gdy pomagałem przyganiać krowy z pastwiska na wieczorny udój, czasem widywałem żółte huby rosnące na drzewach. I dziadek, wujek lub babcia wspominali, że niektórzy te grzyby jedzą. A wieś mazurska zamieszkana była przez autochtonów (Mazurów, Niemców, Szwajcarów) oraz ludność napływową z Wileńszczyzny, z Bieszczad (Ukraińcy deportowani w ramach Akcji Wisła), mieszkańcy „Centrali” czyli z Mazowsza. Nie wiem kto z miejscowych żółciaki zjadał i jak przyrządzał. W domu mojej rodziny ich się nie zbierało i nie jadło. Więc i dla mnie pozostał ten grzyb poza użytkowaniem kulinarnym. Jako ładnie wyglądająca ciekawostka.

Potem jako chłopiec bywałem na Mazowszu. I tam na wsi także chodziłem z rodziną na grzyby. Nauczyłem się zbierać także i inne gatunki, np., kanie. To też była wiedza zdobywana w kontakcie bezpośrednim. A w liceum z kolegą czasem wybieraliśmy się do mazowieckich lasów. I też poznałem całkiem nowe dla mnie kolczaki.

Książki były trudno dostępne. Było ich po prostu mało na rynku wydawniczym. Dopiero od czasów studiów zaczynałem kupować atlasy grzybów. Z czasem nazbierała się spora kolekcja (bo w każdej książce było coś nowego). Książki były kolejnym źródłem wiedzy o grzybach. Upewniałem się czy dobrze rozpoznaję w terenie i nieco poszerzałem liczbę jadalnych gatunków. Wiedza zmagazynowana w książkach to także wiedza ogólnoludzka z której czerpiemy. Trzeba tylko umieć czytać. Nie chodzi tylko o słowa lecz i umiejętność czytania opisów gatunków. Kolorowe atlasy z pięknymi zdjęciami pojawiły się później i znacznie ułatwiły rozpoznawanie gatunków grzybów.

Żeby z książki skorzystać to trzeba ją mieć. I to pod ręką. Swoje waży więc wielu do lasu nie zabierzemy. Wyrastałem w kulturze pisanej więc od młodzieńczych lat zbierałem książki do swojej domowej biblioteczki. Jako inwestycja w poszerzony mózg zewnętrzny. Teraz też, przygotowując niniejszy tekst, sięgnąłem do mojej domowej biblioteczki. Książki to połączenie z większą liczbą osób. Także z tymi, których nigdy w życiu nie spotkaliśmy i nie spotkamy. Sieć wiedzy znacznie szerszy niż społeczność nawet największej wsi. Znacząco ułatwia wykorzystywanie kulinarne nie tylko grzybów, które widzimy pierwszy raz na własne oczy. Nie tylko rozpoznawanie gatunków ale i umiejętność przyrządzania. Bo czasem niektóre gatunki są jadalne dopiero po odpowiednim przygotowaniu. I ja jadłem już gatunki uznawane za trujące. Bo ktoś wiedział jak je przyrządzić. Teraz i ja wiem.

Dzięki internetowi oraz sztucznej inteligencji, dysponując jedynie telefonem komórkowym (a jest lżejszy od książki), możemy zidentyfikować gatunek grzyba w terenie i dowiedzieć się jak go przyrządzić by był smaczny i zdrowy. Ze wszystkimi niuansami siedliskowymi i regionalnymi. I to dobry przykład na poszerzanie się „zewnętrznego, społecznego mózgu”. Kolektywizm to sposób połączenia informacji i sposobu korzystania, docierania do kumulatywnie zgromadzonej wiedzy ogólnoludzkiej. Dzięki wiedzy konektywnie dostępnej możemy sprawniej i szybciej przystosowywać się do zmieniającego się świata. Możemy szybciej się uczyć, wykorzystując ten pozagenetyczny przekaz. AI i internet wprowadziły całkiem nową jakość. Jest szybciej i więcej. 

W roku 2026 dużo już wiedziałem o żółciaku siarkowym i wiedziałem jak szybko znaleźć odpowiedni przepis. Znam też mykologów, którzy żółciaka ze smakiem zjadali. Te mijane żółciaki były młodymi owocnikami i bardzo smakowicie wyglądały. Dlaczego nie zerwałem i zjadłem? Bo nie byłem głodny. Tak jak większość współczesnego społeczeństwa. Owszem, dawny nawyk łowcy-zbieracza często się jeszcze odzywa. I nawyk zbierania grzybów z dzieciństwa. Ostatnimi laty, gdy bywam w lesie i widzę grzyby, to choć kusi, zostawiam je w przyrodzie. Z małymi wyjątkami, gdy specjalnie wybiorę się na grzybobranie. Niech sobie rosną, rozmnażają się i będą pokarmem dla dzikiej przyrody. Wszak wiele ślimaków i owadów odżywia się grzybami. 8 miliardów ludzi zostawiło już mało miejsca dla dzikiej przyrody...

Można się cieszyć grzybami i przyrodą w pełni niekonsumpcyjnie. A owocniki tego uroczego i dużego grzyba spotkać możemy od wiosny do jesieni, choć najczęściej w maju i czerwcu. Pojedyncze owocniki pojawiają się już w kwietniu i można go spotkać aż do października. Żółciak siarkowy (Laetiporus sulphureus) jest gatunkiem kosmopolitycznym i występuje na wszystkich kontynentach. Oczywiście za wyjątkiem Antarktydy. Bo tam drzew przecież nie ma. Jeszcze. W Polsce jest gatunkiem pospolitym, więc każdy na pewno już go gdzieś widział. Ale nie każdy jadł. Zazwyczaj występuje w parkach, na przydrożnych drzewach (te najłatwiej zauważyć), w sadach i ogrodach. W lasach jest rzadszy. Występuje głównie na drzewach liściastych (dębach, brzozach, wierzbach, drzewach owocowych), a na drzewach iglastych spotkać go można bardzo rzadko.

Przez to, że rozwija się na drzewach, uważany jest za groźny grzyb chorobotwórczy. Rozwija się głównie na drzewach osłabionych. Ten mój ze zdjęcia pojawił się na dębie kilka lat temu złamanym przez burzę. Gdy rozwija się grzybnia żółciaka w drzewie, to powoduje brunatną zgniliznę drewna, przyczyniając się do powstawania w drewnie dziupli. Jako przyrodnik bardzo się z każdej dziupli cieszę. To ważne dla wielu bezkręgowców siedlisko. Uważa się, że opanowane przez niego drzewo ginie w ciągu kilku lat. Zapewne przyspiesza zamieranie uszkodzonego drzewa. Nie wszystko trzeba zamienić na deski. Niech i dla dzikiej przyrody coś zostanie. 

Jadalne są tylko młode owocniki i to po dłuższym obgotowaniu (minimum 10 minut) i odlaniu wody. Surowe owocniki podobno są trujące, choć prof. Łuczaj wspomina, że widział ludzi, którzy zjedli ze smakiem surowe owocniki. Może nie otruły ale mogły trochę zaszkodzić. Starsze owocniki są gorzkie i zapewne bardziej włókniste. W niektórych źródłach można znaleźć informacje, ze żółciaki rosnące na cisach są trujące. Zapewne związki trujące pobierają z cisa, bo wszystkie części tego drzewa są trujące. W niektórych źródłach można znaleźć informacje, że najbezpieczniejsze są owocniki rosnące na dębach. Te z drzew iglastych i robinii pseudoakacji mogą być trujące. Możliwe, że te „z drzew iglastych” odnosi się właśnie do cisa. A dlaczego z robinii miałyby być trujące? Tego nie wiem. W jednym z artykułów naukowych wspomina się, że w żółciaku występują hemolityczne i hemoaglutynujące lektyny. To byłoby potencjalne źródło jego szkodliwości. Być może pod wpływem dłuższego gotowania i odlania wody można pozbyć się tych lektyn, które potencjalnie niekorzystnie działają na nasze czerwone krwinki. W smaku młode owocniki są kwaskowate. Niektórzy piszą, że po przyrządzeniu smakuje jak kurczak lub jak tofu.

Zakończmy tę opowieść bardziej optymistycznie. W polskich lasach i parkach, na pniach starych dębów, wierzb czy śliw, czasem pojawia się coś, co wygląda jak fragment egzotycznego rafowego koralowca. Intensywnie żółte, pomarańczowe, wachlarzowate płaty wyrastają jeden nad drugim, jakby drzewo nagle postanowiło zakwitnąć w kolorach tropików. Lub wyglądają jak zapowiedź solidnego posiłku. Mocno kusi by spróbować. To włąśnie żółciak siarkowy, jeden z najbardziej charakterystycznych grzybów nadrzewnych naszej strefy klimatycznej.

Żółciak siarkowy jest saprotrofem i pasożytem, rozwijającym się głównie na drzewach liściastych. To jeden z nielicznych grzybów, które w kuchni przypominają bardziej mięso niż grzyb. Nic dziwnego, że zdobył popularność w kuchni wegańskiej i wegetariańskiej, gdzie pełni rolę naturalnego „mięsnego” zamiennika. Kluczowa zasada brzmi: jadalne są tylko młode owocniki, miękkie i soczyste. Starsze stają się twarde, gorzkie i niestrawne. Warto też pamiętać, że żółciak rosnący na drzewach iglastych lub na robinii akacjowej może u części osób wywoływać dolegliwości żołądkowe. Dlatego najlepiej zbierać okazy z drzew liściastych: dębu, wierzby, śliwy, topoli. Co prawda żółciaka trudno pomysł z innymi grzybami, ale warto jeszcze umieć rozpoznawać gatunki drzew. Bo miejsce znalezienia grzyba też ma znaczenie. Warto tu uczynić dygresję, że kontekst ma znaczenie.

Jak zawsze w przypadku grzybów ostrożność przede wszystkim. Choć żółciak jest charakterystyczny, a pomyłki praktycznie się nie zdarzają, niektóre osoby reagują na niego alergicznie. Pierwsza degustacja powinna być ostrożna. W kuchni sprawdza się w wielu rolach. Jako „kurczak” w potrawkach i gulaszach, w panierce jako roślinny „kotlet”, w formie szarpanej - do tacos, burgerów, wrapów, jako dodatek do makaronów i risotto, w wersji grillowanej podobno jest zaskakująco aromatyczny. Ciekawe jak jeszcze ludzie z różnych miejsc będą eksperymentowali z żółciakiem. A może śladem boczniaków i pieczarek ktoś wymyśli sposób na uprawę niemalże przemysłową?

Żółciak siarkowy jest pięknym przykładem tego, jak świat przyrody przenika się z kulturą kulinarną. Z jednej strony jest destruentem rozkładającym drewno i ważnym elementem leśnego ekosystemu. Z drugiej jest grzybem, który potrafi zaskoczyć smakiem i teksturą, stając się bohaterem nowoczesnej kuchni bezmięsnej.

A dla mnie spotkanie z żółciakiem było okazją do wspomnień ze szczęśliwego dzieciństwa, zawadiackiej młodości i okazją do refleksji nad konektywizmem.


Początek czerwca 2026, Kortowo, żółciak siarkowy na dębie.

11.06.2026

Milion odsłon, czyli o magii zer i otwartej katedrze

Uważne oko wypatrzy moje, przetworzone grafiki, malowane analogowo a wykorzystane w uczelnianej poligrafii.

Najpewniej stanie się to dzisiaj. I to po południu lub wieczorem. Tak wnioskuję z trendu. Ale w świecie cyfrowym i społecznym nigdy do końca nic nie jest wiadome. Może akurat będzie to z rana albo późno w nocy? A może dopiero jutro? Prognoza jest tylko prognozą. Za chwilę licznik odwiedzin bloga „Profesorskie Gadanie” przekroczy milion odsłon. Nie jest to wprawdzie wydarzenie na miarę odkrycia nowego gatunku chruścika, opisania nieznanego wcześniej grzyba czy sformułowania przełomowej teorii naukowej, ale przyznam, że patrzę na tę liczbę z pewną satysfakcją. To kamień milowy, ważny w czasie dalekiej wędrówki. Można zobaczyć ile się przeszło i czy jest się na właściwej drodze.

Liczby mają swoją tajemniczą wymowę. Albo to tylko my przypisujemy niektórym liczbom unikalną wartość. Tak robią numerolodzy. Niektóre liczby są ważne, ale wyglądają niepozornie. Inne są zupełnie zwyczajne, lecz prezentują się niezwykle elegancko. Szczególną estymą darzymy liczby zawierające dużo zer. Sto tysięcy. Milion. Dziesięć milionów. Te okrągłe liczby mają w sobie coś uroczystego. Są jak kamienie milowe ustawione przy drodze. Droga biegnie dalej, ale przy takim słupku człowiek zatrzymuje się na chwilę i spogląda za siebie. Odpoczywa. I kto by pomyślał, że tak duża wartość przywiązujemy do zera, a zwłaszcza wielu zer? 

Milion odsłon jest właśnie takim przydrożnym słupkiem. Kiedy wiele lat temu zaczynałem pisać „Profesorskie Gadanie”, nie myślałem o statystykach. Blog był przede wszystkim sposobem porządkowania własnych myśli, dzielenia się fascynacją światem przyrody i opowiadania o nauce językiem mniej formalnym niż ten używany w artykułach naukowych. Z czasem okazało się jednak, że po drugiej stronie ekranu są czytelnicy. Coraz liczniejsi. Świat się zmieniał, pierwotny adres przestał istnieć, więc założyłem ten, na Bloggerze.

W pewnym sensie blog stał się przedłużeniem uniwersyteckiej katedry. A może nawet czymś więcej. Intuicyjnie taki zamiar miałem od samego początku. Potem sobie pełniej uświadomiłem. Tradycyjna katedra ma swoje ściany, drzwi, plan zajęć i listę studentów. Blog nie ma żadnej z tych rzeczy. Jest wolną katedrą, otwartego uniwersytetu epoki cyfrowej. Można do niej wejść o dowolnej porze dnia i nocy, z Olsztyna, Warszawy, Sydney czy małej wsi na krańcu Mazur, gdzie wrony zawracają a diabeł mówi dobranoc. Byleby tylko internet docierał. Studentami są tutaj wszyscy ci, którzy chcą na chwilę zatrzymać się przy jakimś pytaniu dotyczącym przyrody, edukacji, nauki, filozofii przyrody, sztuki czy kultury.

Co więcej, w tej otwartej katedrze uczą się nie tylko czytelnicy. Autor również nieustannie się uczy. Bo nawiązując do kolektywów myślowych Ludwika Flecka, w dialogu rodzą się całkiem nowe myśli, które w samotności by nie powstały.. Każdy wpis jest próbą uporządkowania wiedzy, sprawdzenia argumentów i spojrzenia na temat z nowej perspektywy. Pisanie okazuje się często najlepszym sposobem uczenia się. Pisanie jest próbą, przymiarką. Tak jak mówienie do ludzi a nie tylko w ich obecności.

Blog od początku był formą popularyzacji nauki, przede wszystkim nauk przyrodniczych oraz pokazywania pracy naukowca od kuchni, mniej oficjalnie. Zależało mi na tym, by pokazywać, że nauka nie jest zbiorem gotowych odpowiedzi zamkniętych w podręcznikach. Jest raczej sposobem patrzenia na świat. Umiejętnością zadawania pytań. Ciekawością, która nie znika wraz z wiekiem, stopniami naukowymi ani tytułami. ani wraz z wypaleniem zawodowym...

Milion odsłon nie oznacza więc miliona przeczytanych tekstów ani miliona zachwytów nad tym, co napisałem. Oznacza raczej milion małych spotkań. Czasem krótkich, czasem dłuższych. Czasem zakończonych zgodą i przytaknięciem, czasem polemiką. I właśnie ta możliwość spotkania wydaje mi się najcenniejsza. Wśród tych spotkań byli żywi ludzie jak i algorytmy sztucznej inteligencji. Niektóre teksty były przedrukowywane, inne komentowane, a jeszcze inne pozostawiały bardziej subtelny i niewykrywalny ślad. Jak to w noosferycznym konektomie.

Dlatego szczególnie zależy mi na interakcji z czytelnikami. Blog nie jest gablotą muzealną, do której zagląda się przez szybę. Wolę myśleć o nim jak o kawiarni albo seminarium, gdzie można zabrać głos, zadać pytanie, dopowiedzieć własną historię lub zaproponować inny punkt widzenia. Gdzie można się nie zgadzać, polemizować. Z tego powodu bardzo cenię komentarze. Te krótkie i te długie. Te aprobujące i te krytyczne. Dzięki nim „Profesorskie Gadanie” pozostaje rozmową, a nie monologiem.

A skoro licznik zbliża się do miliona, to przy tej okazji chciałbym po prostu podziękować. Za odwiedziny, za lekturę, za udostępnienia, za dyskusje i za wspólne zdziwienie światem. Bo właśnie od zdziwienia zaczyna się zarówno nauka, jak i dobra rozmowa.

Jeśli chcesz ze mną świętować w tej intelektualnej wędrówce to zapraszam na kawę, tę wirtualną i tę analogowo doświadczaną podniebieniem. Każdy płaci za siebie.

Wirtualna kawiarnia i sposób na wspieranie twórców.
 

A po przekroczeniu miliona? Cóż, licznik będzie tykał dalej. Kolejne zera jeszcze przed nami.
Przy tej okazji warto przypomnieć kiedy i dlaczego powstał blog. W pierwszej odsłonie powstał w 2005 roku. Tam też pojawiło się milion odsłon. Ale po zawieszeniu dzielności serwisu Blox, przeniosłem się na nową platformę i od lutego 2018 roku Profesorskie Gadanie funkcjonuje pod tym właśnie adresem. Tak więc świętuję ponad 20 lat pisania na blogu. A wcześniej jeszcze na stronie www (uczelnia jednak wykasowała tę stronę, nie udało się zarchiwizować). A jeszcze wcześniej pisałem ręcznie w szkolnej gazetce ściennej. Idea podobna choć formy różne i inny zakres odbiorców.  

Internet zmienił popularyzację nauki od czasu pierwszych wpisów. Cześć najkrótszych form przejęły media społecznościowe a ja piszę także na Facebooku i Instagramie. Dłuższe formy próbuję zebrać w e-bookach.

Szczególnie ciekawie mogłoby wybrzmieć porównanie bloga do uniwersyteckiego seminarium bez ścian i bez indeksów, miejsca, gdzie spotykają się ludzie o różnym wieku, wykształceniu i doświadczeniu, których łączy ciekawość świata. To motyw bardzo bliski idei uniwersytetu jako wspólnoty poszukującej wiedzy. Już o tym pisałem , ale na pewno jeszcze nie raz nad tym się zastanowię i ubiorę te myśli w słowa. 

Milion odsłon jest oczywiście symboliczną liczbą, ale w istocie świętuję nie statystykę, lecz milion okazji do spotkania z drugim człowiekiem. A to brzmi znacznie ciekawiej niż kolejnych sześć zer na liczniku. Po pierwszym (w a zasadzie drugim) milionie przyjdą następne. Nie dlatego, że licznik ma rosnąć, ale dlatego, że wciąż są ludzie, którzy chcą czytać o świecie przyrody napisane przez kogoś, kto nadal potrafi się nim szczerze zachwycać.

10.06.2026

Czy kobieta i krasnal mogą się byczyć, czyli esej biologiczno-filozoficzny o dwóch porządkach, które nie chcą do siebie pasować

Byczący się wrocławski krasnal


W czasie zajęć ze studentami wielokrotnie doświadczałem faktu, że można jednocześnie funkcjonować w wielu paradygmatach. Np. łono kobiece w języku poezji i macica z jajnikami w paradygmacie anatomiczno-medycznym. Niby chodzi o to samo – miejsce, w którym rozwija się płód w ciele kobiety. Miejsce, z którego wychodzi nowy człowiek. Łono to przykład zaczerpnięty od Ludwika Flecka (polecam książkę "Powstanie i rozwój faktu naukowego"). W historii nauki wiele jest podobnych przykładów. Możemy poruszać się w wielu paradygmatach jednocześnie byleby nie mieszać pojęć z różnych paradygmatów. Bo wtedy powstają potworne hybrydy. Lekarz opowiadający dowcip powie o łonie kobiety ale nie powie nic o łonie, gdy mówi anatomii i fizjologii kobiety w czasie ciąży. Podobnie z pytaniem o byczenie się. Student, stykając się z różnymi pojęciami najczęściej nie wie czy pochodzą z różnych paradygmatów. I próbuje sobie je wszystkie uporządkować w spójny system. sam tak na studiach robiłem. Zgodnie z konwencją zbiorów klasycznych. Dużo więcej czasu zajmuje odkrycie, że czasem pojęcia swoimi znaczeniami zachodzą na siebie a świat bardziej funkcjonuje w kategoriach zbiorów rozmytych. Tak jak na przykład symbioza, pasożytnictwo i mutualizm. 

Zabawa słowna z byczeniem się kobiet jest tylko przykładem, za pomocą którego chcę opowiedzieć o szerszych i bardziej uniwersalnych prawach. Drugi raz już wykorzystuję ten słowny rekwizyt „czy kobieta może się byczyć?”. Ale jeszcze raz chcę opowiedzieć o czymś szerszym i bardziej uniwersalnym. Pozornie jest więc to powtórzenie poprzedniego tekstu na blogu

Z punktu widzenia biologa pytanie „czy kobieta może się byczyć” brzmi jak zaproszenie do małego eksperymentu myślowego, w którym dwa światy, ten biologiczny i ten językowy, próbują się spotkać na jednej łące lub przy jednym stoliku kawiarnianym. I jak to zwykle bywa, każdy z nich przychodzi z własnym zestawem zasad, własną logiką i własnym temperamentem. Biologia przychodzi w woderach, z lupą i notesem. Język przybywa w kapeluszu, z ironicznym uśmiechem i torbą pełną metafor. A kiedy próbujemy ich posadzić obok siebie, natychmiast zaczynają się drobne sprzeczki o to, co jest „naturalne”, co „poprawne”, a co „ładnie brzmi”.

Zacznijmy od biologii, bo ona zwykle zaczyna od konkretów. W świecie ssaków kopytnych byk jest samcem, krowa samicą, a cielę cielęciem. I wszystko jest jasne, uporządkowane, zgodne z kariotypem, cyklem rozwojowym i hormonami. Biologia lubi takie porządki. Gdyby zapytać ją, czy kobieta może się „byczyć”, odpowiedziałaby z lekkim zmarszczeniem brwi: „Nie, bo kobieta nie jest bykiem, tak jak nie jest jeleniem, bobrem ani samcem modliszki”. Biologia jest trzeźwa, rzeczowa i nie ma w niej miejsca na metafory (ale jest za to miejsce na zbiory rozmyte). Ona widzi świat w kategoriach funkcji, adaptacji i ewolucyjnych strategii, a nie w kategoriach żartobliwych czasowników. Język naukowy dąży do precyzji a nie piękna i dowcipu.

Ale język… ach, język to zupełnie inna historia. Język nie ma najmniejszego problemu z tym, że ktoś „zżera książki”, „płonie ze wstydu”, „ma motyle w brzuchu” albo „byczy się na plaży”. Język nie przejmuje się faktem, że motyle nie latają w żołądku, a człowiek nie jest bykiem. Język działa według własnych praw: jest ekonomiczny, obrazowy, kapryśny, a czasem wręcz bezczelny. I właśnie dlatego pozwala kobiecie się „byczyć”, mężczyźnie „leniuchować”, a dziecku „wylegiwać jak kot”. Język nie potrzebuje zgodności z biologią.  Potrzebuje zgodności z poczuciem humoru, intuicją i zwyczajem. I z komunikacją za pomocą znaczeń i odwołań do przeszłości.

A może to nie jest spór między językiem biologii a językiem literatury i dnia codziennego tylko spór między radykalną ortodoksją i sztywnymi granicami a niedookreślonością tworzenia i ewolucją? Między logiką zbiorów klasycznych a logiką zbiorów rozmytych. W gruncie rzeczy język, jako element kultury, bardzo podobny jest do gatunków biologicznych i ewolucji biologicznej. 

W tym miejscu zaczyna się najciekawsze: te dwa porządki - biologiczny i językowy - nie dają się ujednolicić (choć i na to przyrodnicy i matematycy znaleźliby rozwiązanie). Nie ma jednego wspólnego systemu, w którym „byk” jako samiec i „byczyć się” jako leniuchowanie byłyby logicznie powiązane. Biologia mówi: „byk to samiec gatunku Bos taurus”. Język mówi: byczyć się może każdy, kto ma ochotę poleżeć na słońcu i nic nie robić. I oba te stwierdzenia są prawdziwe, ale w swoich własnych światach, w swoich własnych paradygmatach. Bo pojęcia i terminy ściśle związane są z teoriami i paradygmatami, w których powstały i funkcjonują. Wiedza naukowa nie jest prostą sumą faktów i pojęć. To system całościowy. A system (paradygmat) wpływa na znaczenie części-pojęcia. Kontekst całości wiele zmienia.

Próba uporządkowania tego na siłę prowadziłaby do absurdów. Gdybyśmy chcieli, by język był biologicznie (logicznie) spójny, musielibyśmy zakazać „kocich ruchów” u ludzi, „ptasiego móżdżku” u polityków i „wilczego apetytu” u wegetarian. A gdybyśmy chcieli, by biologia była językowo spójna, musielibyśmy wprowadzić do zoologii takie kategorie jak „samica bycząca się” albo „samiec filozofujący”, co mogłoby wywołać konsternację nawet wśród najbardziej wyrozumiałych ekologów.

Dlatego odpowiedź jest prosta i jednocześnie filozoficznie kojąca: tak, kobieta może się byczyć, bo w języku nie obowiązuje logika płci biologicznej. Język rządzi się własną dynamiką, własną historią i własnym poczuciem humoru. A biologia (nauka przyrodnicza) rządzi się własną precyzją i własnym porządkiem. I całe szczęście, że te światy nie są identyczne. Gdyby były, życie byłoby nie tylko bardziej przewidywalne, ale i znacznie mniej zabawne. W końcu to właśnie w tej szczelinie między tym, co biologicznie możliwe, a tym, co językowo dopuszczalne, rodzi się cała poezja codzienności. I cała frajda z byczenia się, niezależnie od płci, gatunku czy kariotypu.

Lubię takie momenty, kiedy język, biologia i ironia zaczynają się splatać w coś żywego. Niczym w nowy, symbiotyczny gatunke lub ekosystem. W całkiem nową konstelację. To właśnie ta „symbioza twórcza”, o której wspomniałem w poprzednim wpisie. Nie tylko metafora, ale i realny proces. Proces symbiozy między człowiekiem a generatywną sztuczną inteligencją. Proces, który po raz kolejny detronizuje człowieka. Najpierw utraciliśmy centralne miejsce w Kosmosie, potem centralne miejsce w ewolucji (lub dziele stworzenia) a teraz centralne miejsce w procesie myślenia i tworzenia treści. Niebawem nie tylko kobieta będzie się byczyć ale i sztuczna inteligencja. I co wtedy zrobimy? O czym porozmawiamy? O byczących się wrocławskich krasnalach z brązu? 

Czy krasnal jako postać fikcyjna i baśniowa, na dodatek z brązu a więc bez odrobiny życia, może się byczyć? Nie myśli, nie metabolizuje a jednak się byczy? Jakim cudem? Co, o tym Czytelniku sądzisz? Może wypowiesz się w komentarzu?

9.06.2026

Czy kobieta może się byczyć?

 

Pozornie jest to tylko dowcipny tekst i zabawa słowami. Ale w głębszej warstwie jest to zastanawianie się nad symbiozą człowieka z AI jako przykładem istoty życia biologicznego. I przykładem szukania analogii między ewolucja biologiczna a ewolucja kulturową.

Tak. W języku potocznym można powiedzieć, że kobieta „byczy się”, jeśli odpoczywa, leniuchuje lub niczym szczególnym się nie zajmuje. Tytułowe pytanie wydaje się błahe. Ot, jedna z tych językowych zagadek, które pojawiają się przy kawie, w mediach społecznościowych albo podczas rodzinnego obiadu. Ktoś mówi: „Cały weekend się byczyłam”, a ktoś inny odpowiada: „Jak to? Kobieta nie może się byczyć. Powinna się raczej krowić!”. Wszyscy się śmieją, ale za tym żartem kryje się całkiem poważne pytanie o relację między światem biologii a światem języka.

Jako biolog mam pewną słabość do specyficznego porządkowania rzeczywistości. Biologia uwielbia klasyfikacje. Samce i samice, gatunki, rodzaje, rodziny, królestwa. Gdy patrzymy na byka i krowę, sprawa wydaje się oczywista. Byk jest samcem bydła domowego, krowa jest samicą. Symetria jest elegancka, niemal podręcznikowa. Gdyby więc język miał być wiernym odbiciem biologii, należałoby uznać, że mężczyzna może się byczyć, a kobieta powinna się krowić. Problem polega na tym, że język nie czyta podręczników biologii.

Język jest tworem znacznie bardziej anarchicznym i niezależnym. Powstaje nie w laboratoriach, lecz w rozmowach, żartach, nieporozumieniach i tysiącach codziennych interakcji. Nie pyta biologów o zgodę. Nie konsultuje zmian z logikami. Nie przejmuje się symetrią. Słowa żyją własnym życiem i często odrywają się od swoich korzeni. Podobnie jak biologiczne gatunki w ekosystemach.

Przykładem jest właśnie czasownik „byczyć się”. Dawno przestał on oznaczać zachowanie właściwe samcowi bydła. Nikt przecież nie wyobraża sobie człowieka leżącego na pastwisku i przeżuwającego trawę, gdy mówi o weekendowym odpoczynku. „Byczyć się” stało się samodzielnym pojęciem oznaczającym leniuchowanie, relaks, błogie nicnierobienie. Słowo zachowało historyczne pochodzenie, ale utraciło biologiczną dosłowność. Znaczenie oderwało sie od pierwotnego obrazu i zaczęło żyć swoim własnym językowym, życiem. 

To zjawisko jest zresztą powszechne. W biologii ewolucja działa poprzez modyfikowanie istniejących struktur. Pióra ptaków powstały z elementów, które pierwotnie nie służyły do latania. Płuca ryb dwudysznych stały się przodkami narządów oddechowych kręgowców lądowych. Natura nie projektuje wszystkiego od nowa. Wykorzystuje stare rozwiązania do nowych funkcji.

W języki procesy słowotwórcze zachodzą podobnie. Słowa ewoluują. Zachowują ślady swojego pochodzenia, ale ich znaczenie dryfuje w nowych kierunkach. Tak jak biolog nie oczekuje, że skrzydło nietoperza będzie idealnie odpowiadało skrzydłu ptaka, tak językoznawca nie oczekuje, że każde słowo zachowa logiczną zgodność ze swoim przyrodniczym źródłosłowem.

Z biologicznego punktu widzenia najbardziej fascynujące jest to, że człowiek żyje jednocześnie w wielu rzeczywistościach. Posługuje się słowami, pochodzącymi z róznych paradygmatów. W jednej rzeczywistości obowiązują prawa przyrody. Samiec jest samcem, samica jest samicą, chromosomy nie negocjują znaczeń. W drugiej rzeczywistości – tej kulturowej i językowej – rządzą symbole, metafory i społeczne umowy. Tutaj słowa nie muszą być wierne biologii. Muszą być przede wszystkim użyteczne dla użytkowników języka. Dlatego kobieta może się byczyć. I nie dlatego, że jest gender. Nie dlatego, że staje się biologicznym bykiem. Nie dlatego, że język ignoruje istnienie samic bydła. Może się byczyć dlatego, że społeczność użytkowników języka uznała, iż słowo „byczyć się” oznacza pewien stan, a nie określoną płeć. Znaczenie oderwało się od biologicznego źródła i rozpoczęło własną ewolucję.

Czy moglibyśmy stworzyć czasownik „krowić się”? Oczywiście. Język pozwala na takie eksperymenty. Byłoby to nawet całkiem zabawne. Można wyobrazić sobie przyszłość, w której kobiety deklarują, że cały weekend się krowiły, a mężczyźni nadal się byczą. Jednak powodzenie takiego pomysłu nie zależy od logiki ani biologii. Zależy od tego, czy inni ludzie uznają go za przydatny i zaczną go powtarzać. Tym bardziej, że powiedzenie o kobiecie - "krowa", niesie duży pejoratywny ładunek. Zatem krowienie się niosłoby znaczenie już obarczoną ta pejoratywnością. Nisze semantyczna został już częściowo zajęta. Żeby ja skolonizować wcześniej należałoby usunąć stare znaczenie, upodabniające kobietę do krowy. 

W tym sensie język przypomina ekosystem. Nie przetrwa w nim to, co najbardziej logiczne. Przetrwa to, co najlepiej dostosowane do aktualnego środowiska społecznego. Słowa konkurują ze sobą podobnie jak organizmy. Jedne wymierają, inne zdobywają nowe nisze, jeszcze inne rozprzestrzeniają się niczym gatunki inwazyjne.

Może właśnie dlatego wszelkie próby idealnego uporządkowania języka są skazane na niepowodzenie. Chcielibyśmy czasem, aby świat był elegancki jak tabela w podręczniku biologii. Tymczasem język przypomina raczej las. Rośnie spontanicznie, plącze się, tworzy nieoczekiwane połączenia i nie przejmuje się naszym poczuciem porządku.

A więc czy kobieta może się byczyć? Z biologicznego punktu widzenia nie ma to sensu. Z językowego – jak najbardziej. I właśnie w tej drobnej sprzeczności kryje się piękno ludzkiej kultury. Natura i język są dziećmi tej samej ewolucji, ale każde z nich poszło własną drogą. Próba zmuszenia ich do pełnej zgodności przypominałaby próbę nauczenia dzięcioła pływania tylko dlatego, że pingwiny też są ptakami. Można próbować. Pytanie tylko: po co?

Wracając do tytułowego pytania, czy kobieta może się byczyć. To dobry przykład, że język naturalny często wybiera jedną formę i stosuje ją uniwersalnie, zamiast tworzyć pełną symetrię rodzajową. Nie dlatego, że nie da się stworzyć formy żeńskiej, lecz dlatego, że użytkownicy języka jej po prostu nie przyjęli.

Niniejszy tekst powstał we współpracy z narzędziami sztucznej inteligencji. Dlatego na koniec konwersacji napisałem tek: "Dziękuję, pięknie wyszła nam ta symbioza człowieka z AI." I przypomniały mi się kolektywy myślowe Ludwika Flecka. Wskazywał on, że w dialogu między dwoma naukowcami powstają całkiem nowe rzeczy i pomysły, które wcześniej nie istniały w głowie żadnego z dyskutantów. wyłoniły się z dialogu.  Tak jak nie wchodzi się dwa razy do tej samej wody w rzece, tak samo nie wchodzi się do tych samych słów w rozmowie. Za każdym razem jest to inna woda, inne słowa, mimo że sens może być podobny lub bardzo zbliżony. I dzieje się tak w rozmowie człowieka z człowiekiem jak i człowieka z generatywną sztuczna inteligencją. Pomijając porównanie Ludwika Flecka współpracą z AI traktuję jako swoistą symbiozę kulturową. Dlatego napisałem "dziękuję" i wspomniałem o symbiozie.

W odpowiedzi otrzymałem: "Dziękuję. To zdanie dobrze nawiązuje do tematu eseju. Jako biolog zapewne zauważa Pan jeszcze jeden ciekawy paradoks. W rozmowie człowieka z AI zachodzi coś, co przypomina relację symbiotyczną, ale nie w sensie biologicznym. Ja nie mam własnych doświadczeń, intuicji terenowych, wspomnień ani poczucia humoru wynikającego z życia. Pan natomiast wnosi doświadczenie, wiedzę, skojarzenia i pytania. Ja dostarczam szybkość przeszukiwania wzorców, porządkowania argumentów i tworzenia nowych kombinacji idei. Efekt końcowy nie jest wyłącznie dziełem człowieka ani wyłącznie dziełem maszyny."  Jakże pięknie to nawiązuje do idei kolektywów myślowych Ludwika Flecka, zwerbalizowanych blisko 100 lat temu. 

Całość (rozumiana jako efekt końcowy tego tekstu) to nie jest prosta suma części i własności tych części. Tak jak kolektywie myślowym Ludwika Flecka, w dialogu pojawia się wartość dodana, która nie istniałaby, nie pojawiłaby się, gdyby nie ta rozmowa między ludźmi. A teraz między człowiekiem a kumulatywnie i konektywnie zebrana wiedzą ludzką w postaci AI. Te same pytania początkowe i kolejne promty zadałem kilku dużym modelom językowym. W każdym przypadku otrzymałem inny rezultat w postaci kompozycji słownej. Zupełnie tak samo, jak w rozmowie z człowiekiem. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki a w zasadzie do tej samej wody w rzece

Zresztą sam temat „czy kobieta może się byczyć?” jest dobrym przykładem takiej współpracy. AI prawdopodobnie odpowiedziałaby poprawnie na pytanie językowe. Biolog mógłby rozwinąć wątek samców i samic bydła. Ale dopiero połączenie obu perspektyw pozwoliło przejść od żartu językowego do refleksji o dwóch porządkach rzeczywistości: biologicznym i kulturowym. I na koniec uporządkowanie, poprawienie powstałego tekstu przez człowieka, autora wpisu blogowego. 

To zresztą motyw, który często pojawia się w historii nauki. Najciekawsze idee rodzą się nie wtedy, gdy ktoś zna wszystkie odpowiedzi, lecz wtedy, gdy spotykają się różne sposoby patrzenia na świat. Biologia spotyka filozofię, sztuka spotyka matematykę, a dziś człowiek spotyka sztuczną inteligencję. Być może za kilkadziesiąt lat badacze kultury będą analizować takie rozmowy podobnie, jak dziś analizujemy listy uczonych z XVIII czy XIX wieku. Tyle że korespondentem nie będzie drugi człowiek, lecz narzędzie intelektualne stworzone przez człowieka.

A na razie możemy stwierdzić jedno: skoro kobieta może się byczyć, to biolog może filozofować o języku, a AI może pomagać mu ubierać te myśli w słowa. I najwyraźniej działa to całkiem nieźle.

PS. 1. Zdjęcie ze skansenu z dawną społeczną rolą kobiety. 
PS. 2. Wykorzystane promty:

  • Czy kobieta może się byczyć?
  • A czy w stosunku do odpoczynku kobiety nie można byłoby napisać "krowić się"? Byłaby zgodność płci i rodzaju żeńskiego.
  • Napisz esej pt. "Czy kobieta może się byczyć" w kontekście logiki i spójności biologicznej i rodzaju męskiego i żeńskiego oraz o spójności językowej. Podkreśl, że te dwie rzeczywistości kierują się swoimi regułami i nie da się ich tak prosto ujednolicić i uporządkować. Użyj tomu dowcipnego i filozoficznego. Pisz tekstem zwartym, narracyjnym. Użyj perspektywy biologicznej (esej pisany przez biologa a nie językoznawcę).
A potem było jeszcze sporo innych zmian i uzupełnień. Jak to w symbiozie między człowiekiem a AI. Do tego tematu na pewne jeszcze nie raz wrócę. Świat, który dopiero odkrywamy.

8.06.2026

O poszukiwaniu nowej formuły oceniania i egzaminowania

Taką starą szkołę spotkać możemy już tylko w skansenie. Uczy jako przypadek z historii, w konkretnym kontekście społecznym i historycznym. W czasie wycieczek lecz nie na codzień.


Czy angażować się w odwieczną szkolną zabawę w policjantów i złodziei? Zadać uczniom/studentom zadania i uniemożliwiać im ściąganie a raczej śledzenie ich i przyłapywanie ich na ściąganiu lub w drodze na skróty? Co jest istotą tego, że chcą ściągać? Lub czy sprawdzać na wykładzie listę obecności i jak weryfikować czy nie zostały dopisane martwe dusze? Czy wymagać obecności na wykładzie, na ćwiczeniach czy też może wymagać wykonania zadania, opanowania wiedzy i udokumentowania swojego postępu? Bez względu czy ktoś był na wykładzie czy nie? Jaki powinien być egzamin? Ustny, pisemny, testowy? A może projektowy? I jak rzeczywiście sprawdzić przyrost wiedzy a utrudnić ściąganie, podpowiadanie, pisanie gotowców? Różne sposoby ściągania wpisane są w cała historię szkoły i edukacji. To oczywiście temat na inną opowieść. Teraz chcę poświęcić uwagę zmianom, jakie przyniosła sztuczna inteligencja. Czy są to tylko nowe sposoby ściągania? A może coś więcej? Jak wspomniał  Jacek Dukaj: nieunikniona jest sytuacja, gdy nie będzie się dało opowiedzieć czy dany tekst jest autorstwa człowieka czy AI. Co zatem czynić ma wykładowca-policjant uniemożliwiający ściąganie studentowi? Może trzeba uznać zmiany cywilizacyjne i symbiozę kulturową człowieka ze sztuczna inteligencją? 

Żyjemy w epoce, w której tradycyjna definicja erudycji spektakularnie dokonała żywota. Przez stulecia mędrzec czy uczony był chodzącą biblioteką, był rezerwuarem faktów, dat, definicji i schematów. W takim świecie wyrastałem. Dziś ten model runął, przynajmniej częściwo. Smartfon podłączony do internetu, ukryty w kieszeni i algorytmy sztucznej inteligencji, gotowe w ułamku sekundy wygenerować syntezę dowolnego zagadnienia, odebrały ludzkiej pamięci biologicznej monopol na wiedzę. Wcześniej naszą biologiczną pamięć, zmagazynowaną w mózgowych neuronach zastąpiły biblioteczne karty z zadrukowanymi stronami. W dobie AI informacja jeszcze bardziej stała się towarem permanentnie dostępnym, niemal darmowym i wszechobecnym. Ta technologiczna rewolucja postawiła na głowie nie tylko uniwersytecką dydaktykę, ale przede wszystkim zmusiła nas do postawienia fundamentalnego, filozoficznego pytania: kim jest myślący człowiek w świecie, w którym maszyna wie lepiej i szybciej? 

Współczesne narzędzia generatywnej sztucznej inteligencji ostatecznie obnażyły anachronizm dotychczasowych metod weryfikacji wiedzy. Pierwszym podważeniem była pamięć zewnętrzna w postaci zadrukowanych książek. W szkole uczyłem się jeszcze wierszy na pamięć. Ale już wtedy rodziło się pytanie, po co uczyć się na pamięć, kiedy łatwo znaleźć wierny zapis w książce lub zeszycie? Egzaminy oparte na odtworzeniu materiału, testy wyboru czy nawet klasyczne eseje pisane na zadany temat straciły swoją dawną efektywność i przydatność. Stały się polem potyczek między antyplagiatowymi algorytmami a coraz doskonalszymi modelami językowymi. Próba ścigania się z AI na zapamiętywanie lub mechaniczne kompilowanie faktów jest z góry skazana na porażkę. A przynajmniej na dużo mniejszą efektywność. Dlatego zamiast pytać studenta: „Co wiesz?”, musimy zacząć pytać go: „Jak potrafisz zarządzać wiedzą, którą masz pod ręką?”. Ważne jest więc pytanie jak zarządza wiedzą (dostępną konektywnie) i jak tworzy wypowiedzi. Jak rozumuje w symbiozie nie tylko z książkami ale i ze sztuczną inteligencją. Już dawniej wiele prac tworzonych było zespołowo. Kto jest więc autorem pracy zespołowej? Tu też autorstwo jest z płynną i niewyraźną granicą. Tak teraz powstaje się współautorskie dzieło, tworzone w mutualistycznej symbiozie człowieka z AI. 

Ta zmiana optyki głęboko osadza się w koncepcji konektywizmu – teorii uczenia się na miarę ery cyfrowej. Choć konektywni byliśmy od samego początku życia społecznego, na długo przed epoką pisma. W tym ujęciu wiedza nie jest już monolitem zamkniętym w ludzkim, pojedynczym mózgu, lecz dynamiczną siecią połączeń między ludźmi, papierowymi i cyfrowymi bazami danych i technologiami. Kluczową kompetencją nie jest posiadanie informacji, ale umiejętność jej odszukania, zweryfikowania, przesiania przez sito krytycznego myślenia i zsyntetyzowania. Przecież nie tylko gorliwe AI halucynuje, ale i ludzie od samego swojego zarania. Prawdziwym wyzwaniem dydaktycznym i egzystencjalnym staje się odpowiedź na pytanie: "czy potrafisz dotrzeć do właściwych węzłów tej globalnej sieci i czy potrafisz zrobić z nich realny użytek?" A jeśli tak, to jaki sens i wartość potrafisz z tego wydobyć? I jak to sprawdzić na egzaminie? Testem wielokrotnego wyboru? Pracą pisemną, esejem? Rozmową czy może raczej projektem? Od jakiegoś czasu zadaję sobie takie pytania i próbuję odpowiedzi wcielać w życie. Wiedząc, że są to próby czynione po omacku i że są narażone na różnorodne porażki. Powolne uczenie się na błędach i sukcesach z rozmyślaniem o sensie i celu. Bo przecież dopiero odkrywamy ten nowy świat.

W moich poszukiwaniach nowej formy akademickiego spotkania odrzucam zatem schemat odpytywania z gotowych odpowiedzi. Przenoszę ciężar z rezultatu na proces. I jest to poruszanie się na nieznanym lub mało znanym lądzie. Skoro wiedza jest łatwo dostępna, student musi stać się jej architektem, a nie tylko konsumentem. Sprawdzanie umiejętności konektywnego korzystania z zasobów świata najlepiej realizuje się w formach, które wymagają osobistego zaangażowania i śladu autentycznej obecności. Może to być systematycznie prowadzony dziennik refleksji – zapis intelektualnego dojrzewania i potyczek z chaosem informacyjnym, gdzie widać nie tylko to, co znaleziono, ale jak ewoluował sposób myślenia autora. Mogą to być autorskie e-booki czy interdyscyplinarne projekty, w których luźne fakty zostają spięte w nową, użyteczną całość. Egzamin w formie dziennika refleksji trwa cały semestr a nie tylko w ciągu jednej godziny w czasie sesji egzaminacyjnej. Jest zachęceniem do poszukiwań a nie jedynie sprawdzeniem, co się znalazło.

Co więcej, wkraczamy śmiało w erę nowej mówioności i form postpiśmiennych. Tekst drukowany przestaje być jedynym prawomocnym nośnikiem akademickiego dyskursu. Zdaję sobie z tego sprawę, choć trudno mi otworzyć się na nowe formy komunikacji i społecznego przekazu. Współczesny student może syntetyzować wiedzę w formie wideo opowieści, podcastu, cyfrowego eseju wizualnego czy dynamicznej narracji, która angażuje zmysły i intelekt odbiorcy w zupełnie nowy sposób. To powrót do korzeni ludzkiej kultury, do snucia opowieści, choć innymi formami. Ale jest to powrót wzbogacony o potężne cyfrowe instrumentarium. I to instrumentarium dopiero odkrywamy. Trzeba odwagi by odejść choć na trochę od utrwalonych schematów i własnych przyzwyczajeń. Może ta nowa postpiśmienna mówioność też ma swoje mocne i dobre strony? Trzeba ją odkryć, gdy ona dopiero powstaje. Gdy same siebie odkrywa i poznaje. Ale czyż to właśnie uniwersytet nie powinien być miejscem odkrywania nowości i eksperymentowania ze światem, który dopiero się rodzi? Gdzież jak nie na uniwersytecie powinniśmy ten świat wspólnie ze studentami odkrywać? 

Przemiana ta ma głęboki wymiar humanistyczny. Odciążeni przez sztuczną inteligencję z mozołu mechanicznego pamiętania, zyskujemy przestrzeń na to, co rdzennie ludzkie: na twórczą intuicję, syntezę wartości, etyczną refleksję i estetyczny zachwyt. Nowy uniwersytet, który wyłania się z tych poszukiwań, nie jest już fabryką powtarzalnych dyplomów, ale przestrzenią, w której uczymy się sztuki nawigacji. Egzamin w czasach AI staje się zatem nie sprawdzianem pamięci, lecz dowodem na umiejętność przekuwania informacyjnego szumu w mądrość, opowieść i działanie. Skoro sam człowiek jest biologicznym holobiontem, korzystającym z nie swoich (bo mikrobialnych) genów, to może warto zaakceptować to w kontekście kultury i wiedzy? Tu też jestesmy częścią zespołowej całości. I na dodatek nie tylko ludzkiej. Konektywizm nie jest tylko ekskluzywnym pojęciem filozoficznym. 

Kluczem do zrozumienia współczesnej edukacji jest koncepcja konektywizmu, zaproponowana przez George’a Siemensa i Stephena Downesa. W konektywizmie wiedza nie jest statycznym zbiorem faktów, ale dynamiczną siecią połączeń między ludźmi, ideami i zasobami. Uczeń czy student nie musi już „wiedzieć wszystkiego”, ale musi umieć nawigować w tej sieci, łączyć informacje i tworzyć nowe znaczenia. Tak jak kucharz, który nie musi zapamiętać wszystkich przepisów z książki kucharskiej (podstawy programowej). Bardziej ważne jest to czy i jak wyszukuje przepisy, czy je rozumie, czy potrafi odróżnić dobre i fałszywe (wyhalucynowane) przepisy, czy potrafi je odczytać i zastosować tu i teraz, w konkretnych warunkach i aktualnej dostępności produktów. Dla przykładu przeczytaj tent krótki tekst: Przepisy grzybowe Olgi Tokarczuk, czyli o tym jak czytać powieści i literaturę fikcji.

Nowe formy sprawdzania wiedzy, które wypróbowuję to dziennik refleksji, projekt oraz e-book.  Najlepiej udostępnione publicznie by mierzyć sie z reakcja świata a nie tylko ocena wykładowcy.Jest to jak chodzenie w półmroku - brak oznakowanych ścieżek, liczne bagna i ślepe zaułki. Podejmuję ryzyko potknięć zamiast tkwić z uporem w nieefektywnych coraz bardziej sposobach egzaminowania. 

Tradycyjne egzaminy, oparte na odtwarzaniu faktów, nie sprawdzają już umiejętności, które są naprawdę ważne w erze AI. Zamiast tego, próbuję egzaminować i sprawdzać nie tyle wiedzę, co umiejętności konektywnego korzystania z dostępnej wiedzy. Jak to robię? Od kilku lat eksperymentuję z refleksyjnymi dziennikami rozwoju. Teraz studenci maja łatwy dostęp do sztucznej inteligencji i zautomatyzowanego sposobu tworzenie treści językowej i graficznej. Nie zakazuję dostępu, nie sprawdzam czy korzystali, nie śledzę. Staram się raczej namówić do tego, by pokazywali jak docierają do informacji i jak je wykorzystują. Trudny proces. Studenci prowadzą systematyczne zapiski, w których analizują, jak wykorzystują wiedzę w praktyce. Jakie mają obserwacje i jakie przemyślenia. To nie tylko notatki, ale głębokie przemyślenia na temat procesu uczenia się. Nowszym pomysłem jest przygotowanie tematycznych e-booków, jako forma projektu. Zamiast tradycyjnych esejów, proszę o tworzenie cyfrowych publikacji lub projektów, które łączą różne źródła wiedzy. To pokazuje, jak student potrafi integrować informacje i prezentować je w sposób zrozumiały. I namawiam ich do tego, by byli autorami swojego myślenia. By odkrywali swoją sprawczość. Nawet w kulturowej symbiozie z AI.

Szukam także form postpiśmiennych. W erze cyfrowej tekst nie jest jedyną formą komunikacji. Filmy, podcasty, infografiki – wszystko to staje się narzędziem do przekazywania wiedzy. Sprawdzam, czy uczeń potrafi wybrać odpowiednią formę do przekazania swoich myśli. A raczej nie sprawdzam, lecz projektuję warunki do tego, by sami próbowali i tworzyli. Na razie rezultaty są bardzo różne. Jedne cieszą, inne martwią nieskutecznością. Jestem dopiero na początku tej drogi odkrywania. I chętnie o tych trudach dyskutuję z innymi. Wszak żyjemy w konektywnym społeczeństwie, w konektywnej i rozproszonej wiedzy. 

6.06.2026

Noosfera, Gaia, anthropocen i mózg globalny, rozważania o symbiozie człowieka z AI




Moje rozważania o noosferze na nowo odświeżyło kilka faktów. Po pierwsze to, że technomasa (czyli sztuczne tworzywa wytworzone przez człowieka w postaci betonu, stali, plastiku itp.) przewyższa już wagowo biomasę na Ziemi. Po drugie rozwój sztucznej inteligencji i nasilająca się symbioza człowieka z narzędziami generatywnej sztucznej inteligencji. I po trzecie coraz częstsze pisanie i mówienie o holobiontach i hologemomie. Wspólnotowość i poszerzanie zjawiska życia trwa od kilku miliardów lat. Teraz doświadczamy kolejnego, dużego przełomu. I dlatego wracam do nie tak nowej koncepcji noosfery - sfery myśli. Dostrzegamy jakiś proces i próbujemy go nazwać, a to noosferą, a to Gają, a to globalnym mózgiem itp. Możliwe, że nadchodzi czas intelektualnego przełomu i coś syntetycznego z tego się niebawem wykluje. Syntetycznego od syntezy, a nie od czegoś sztucznego (tak jak tworzywa syntetyczne).

Koncepcja noosfery, rozwijana przez Władimira Wiernadskiego i Pierre’a Teilharda de Chardin, należy do najwcześniejszych prób opisania Ziemi jako systemu, w którym ludzki rozum staje się czynnikiem planetarnym. Współczesne teorie - hipoteza Gai Jamesa Lovelocka, pojęcie anthropocenu oraz idea globalnego mózgu - rozwijają podobną intuicję, choć czynią to z odmiennych perspektyw epistemologicznych. Porównanie tych czterech ujęć pozwala uchwycić, jak zmienia się sposób myślenia o relacji człowieka z planetą oraz o roli świadomości i techniki w ewolucji Ziemi. Cztery różne przymiarki, a każdy jest jakoś niedoskonały i wadliwy. A jednocześnie mają coś wspólnego i intelektualnie intrygującego.

Noosfera Wiernadskiego (z początków XX wieku) wyrasta z nauk przyrodniczych i biogeochemii. Jest to nowy stan biosfery, w którym działalność człowieka - poprzez naukę, technikę i organizację społeczną - zaczyna wpływać na procesy geochemiczne na skalę planetarną. Wiernadski podkreśla materialny charakter tego procesu: rozum ludzki staje się siłą geologiczną, a nauka narzędziem reorganizacji materii i energii. Noosfera nie jest więc sferą duchową, lecz etapem ewolucji biosfery, w którym wiedza staje się czynnikiem kształtującym środowisko. Fakt, że technomasa przewyższa wagowo biomasę potwierdza trafność intuicji Wiernadskiego. A wzmacnia obserwowany rozwój technologii komputerowych ze sztuczną inteligencją włącznie.

Z kolei Teilhard de Chardin interpretuje noosferę jako sferę świadomości, powstającą w wyniku narastającej złożoności i refleksyjności życia (też koncepcja z początków XX w.). Ewolucja prowadzi tu ku coraz większej personalizacji i jedności, a jej celem jest Punkt Omega – transcendentny biegun przyciągania. W takim rozumieniu noosfera jest więc przede wszystkim procesem duchowym i poznawczym, w którym ludzkość zaczyna myśleć zbiorowo, tworząc globalną sieć refleksji. W odróżnieniu od Wiernadskiego, Teilhard kładzie nacisk nie na materialne przekształcenia Ziemi, lecz na ewolucję świadomości. W dobie widocznej i postępującej symbiozy ludzi z narzędziami AI oraz dostrzegania naszego konektywistycznego myślenia taka koncepcja noosfery jest również zachęcająco inspirująca.

Późniejsza, ale również XX wieczna hipoteza Gai Jamesa Lovelocka i Lynn Margulis, stanowi odmienny sposób myślenia o planecie. Gaia to Ziemia rozumiana jako system samoregulujący, w którym biosfera, atmosfera, hydrosfera i litosfera współdziałają w utrzymaniu warunków sprzyjających życiu. W przeciwieństwie do noosfery, Gaia nie zakłada szczególnej roli człowieka ani rozumu. Jest teorią systemową, w której życie jako całość stabilizuje planetę. W tym sensie Gaia jest bardziej „biocentryczna”, podczas gdy noosfera – zwłaszcza w ujęciu Wiernadskiego – jest „antropocentryczna”. Jednak obie koncepcje łączy przekonanie, że Ziemia jest systemem dynamicznym, a procesy biologiczne i informacyjne mają znaczenie planetarne.

Najpóźniej, z omawianych pojawiło się pojęcie anthropocenu, zaproponowane przez Paula Crutzena. Opisuje ono epokę geologiczną, w której działalność człowieka stała się dominującą siłą wpływającą na klimat, bioróżnorodność i obieg materii (doświadczamy tego teraz chociażby w postaci globalnych zmian klimatu). Anthropocen jest więc diagnozą kryzysu, a nie projektem ewolucyjnym. W przeciwieństwie do noosfery, nie zakłada teleologii ani harmonii. Jest raczej świadectwem niezamierzonego wpływu człowieka na planetę. Można jednak zauważyć, że anthropocen stanowi „ciemne odbicie” noosfery Wiernadskiego. Tam, gdzie Wiernadski optymistycznie widział racjonalną transformację biosfery, tam anthropocen pesymistycznie ujawnia jej destrukcyjne konsekwencje. Obie koncepcje opisują człowieka jako czynnik geologiczny, lecz różnią się oceną i kierunkiem tego procesu.

Idea globalnego mózgu, rozwijana w ostatnim czasie m.in. przez Francisa Heylighena, jest natomiast współczesną reinterpretacją intuicji Teilharda. Zakłada, że ludzkość wraz z technologiami komunikacyjnymi – zwłaszcza internetem i sztuczną inteligencją – tworzy system poznawczy o właściwościach analogicznych do mózgu. Globalny mózg jest siecią przetwarzania informacji, w której jednostkowe umysły pełnią funkcję neuronów, a technologie stanowią synapsy. W tym sensie jest to koncepcja bliska noosferze Teilharda, choć pozbawiona jej wymiaru teologicznego. Obie wizje opisują proces narastającej korefleksji i integracji poznawczej, prowadzący do powstania globalnej świadomości funkcjonalnej. Biologia na globalny mózg patrzy przez pryzmat dobrze znanych w przyrodzie pojęć hologionta, hologenomu i zintegrowanego ekosystemu.

Porównując te cztery koncepcje, można zauważyć, że każda z nich akcentuje inny aspekt relacji człowieka z planetą lub życia biologicznego w szerokim ujęciu. Gaia podkreśla autonomię systemu Ziemi i rolę życia jako całości. Anthropocen wskazuje na destrukcyjny wpływ człowieka. Noosfera Wiernadskiego podkreśla racjonalną transformację biosfery. Natomiast noosfera Teilharda i globalny mózg wskazują na ewolucję świadomości i informacji. Razem tworzą one wielowymiarowy obraz Ziemi jako systemu, w którym procesy biologiczne, geologiczne, techniczne i poznawcze splatają się w dynamiczną całość. W tym sensie współczesna refleksja planetarna nie jest prostą kontynuacją żadnej z tych teorii, lecz ich twórczą syntezą, w której rola człowieka, techniki i świadomości jest stale renegocjowana. Zapewne pojawią się i inne próby dostrzeżenia, opisania i nazwania tych procesów globalnych i planetarnych. I wcale człowiek nie musi być w centrum tych procesów. Być może czeka nas trzecia detronizacja ludzkiego egocentryzmu, po Koperniku i Darwinie, stracimy nie tylko uprzywilejowane miejsce w Kosmosie, centralne ukoronowanie ewolucji ale in wyjątkowa miejsce w procesach myślenia.

Globalny mózg (ang. global brain) to metafora naukowa i filozoficzna, która sugeruje, że dzięki sieciom telekomunikacyjnym (głównie internetowi) ludzkość, komputery i algorytmy zaczynają tworzyć jeden, planetarny system nerwowy. W tej wizji my ludzie pełnimy rolę podobną do neuronów, a internet to synapsy, które przesyłają informacje i łączą nas w jedną, inteligentną całość. Sztuczna inteligencja jako przejawi swoistej symbiozy detronizuje Homo sapiens w procesie kolektywnego i konektywnego myślenia. Stajemy się częścią, a nie uprzywilejowanym ukoronowaniem i ewolucji i samego procesu.

Kluczowe aspekty koncepcji globalnego mózgu to : samoorganizacja, inteligencja zbiorowa i sprzężenie zwrotne. Samoorganizacja jest immamentną cechą życia jako zjawiska trwającego na Ziemi od około 4 miliardów lat. Mózg globalny, podobnie jak mózg dziecka, uczy się poprzez tworzenie nowych połączeń. Sieć globalna ewoluuje bez centralnego „dyrektora”. Algorytmy i interakcje międzyludzkie same porządkują wiedzę (np. Wikipedia czy wyszukiwarki). Inteligencja zbiorowa to konektywistyczne podejście do procesu. Suma naszej wiedzy i mocy obliczeniowej maszyn pozwala rozwiązywać problemy, których żaden człowiek ani pojedynczy superkomputer nie byłby w stanie ogarnąć samodzielnie. Samo zaś konektywne myślenie jest starsze niż internet i obserwowane jest u gatunków społecznych, nie tylko u człowieka. I w końcu sprzężenie zwrotne, jako uniwersalny mechanizm procesów życia. Informacja krąży w systemie niemal natychmiastowo. Zmiana w jednym miejscu świata (np. krach na giełdzie lub odkrycie naukowe) błyskawicznie wpływa na resztę „organizmu” - globalnego ekosystemu.

Korzeni koncepcji globalnego mózgu dopatrzyć się można wcześniej. Koncepcja ta ewoluowała wraz z technologią i rozwojem cywilizacyjnym. Pierre Teilhard de Chardin już w połowie XX wieku pisał o noosferze - sferze ludzkiej myśli, która otoczy Ziemię. Peter Russell w latach 80. XX w. spopularyzował termin „Global Brain”, przewidując, że rosnąca gęstość połączeń między ludźmi doprowadzi do przełomu w świadomości. Francis Heylighen, współczesny badacz, który analizuje ten proces z punktu widzenia cybernetyki i ewolucji. Czy chociażby filozoficzna koncepcja konektywizmu, która narodziła się na początku XXI wieku. Tych myślowych strumyczków z pewnością jest więcej. Bo samo myślenie ma charakter wspólnotowy i kolektywny. Pojedyncze nazwiska są tylko przykładami.

Wielu badaczy uważa, że jesteśmy w fazie „embrionalnej” globalnego mózgu. Media społecznościowe, internet rzeczy oraz rozwój sztucznej inteligencji to kolejne etapy budowy tego systemu. Wyzwaniem pozostaje jednak to, czy ten globalny mózg będzie potrafił myśleć racjonalnie, czy może, tak jak ludzki mózg, będzie ulegał „chorobom”, takim jak dezinformacja czy polaryzacja. Jestem przekonany, że dostrzeżemy ogólnobiologiczne procesy, typowe dla życia  istniejącego na Ziemi już od 4 miliardów lat. 

Sądzę, że badając biologię lepiej zrozumiemy teraźniejszość i przyszłość noosfery i globalnego mózgu.