
Anegdotę o Stańczyku usłyszałem dawno temu. I to zapewne kilka razy przy różnych okazjach. Pamiętałem sens, ale nie szczegóły. Zamiast szukać oryginału wymyśliłem sam potrzebne szczegóły, by oddawały sens opowieści. Jest więc to twórcza halucynacja niczym AI. Tak, ludzie też od wieków to potrafili. Niczym regeneracja utraconego ogona u jaszczurki. Dobudowanie brakujących słów i zdań by "ogon" opowieści urósł do właściwych rozmiarów.
Stańczyk, jak wiadomo, błaznem był tylko z urzędu, bo z rozumu przypominał raczej socjologa, filozofa i felietonistę w jednej osobie. Pewnego razu miał stwierdzić, że najpopularniejszym zawodem w Krakowie jest medyk. Nie wszyscy dali temu wiarę, więc postanowił przeprowadzić doświadczenie terenowe, można by rzec: badanie uczestniczące, choć bez formularza zgody komisji bioetycznej. Udał się na rynek, przewiązał policzek chustą, jęczał i trzymał się za twarz, udając straszliwy ból zęba. Efekt przeszedł oczekiwania. Jeden przechodzień radził płukać usta gorzałką, drugi przykładać rozgrzaną cegłę, trzeci polecał zioła, czwarty modlitwę, piąty wyrwanie zęba sznurkiem, a szósty zapewne dorzuciłby jeszcze, że zna szwagra, któremu pomogło żucie końskiego włosia. Stańczyk wrócił więc z triumfem, skoro tylu ludzi zna się na leczeniu, medyk musi być w Krakowie zawodem najpopularniejszym.
Gdyby dziś Stańczyk przechadzał się po rynku (niekoniecznie krakowskim, może być olsztyński, warszawski albo cyfrowy rynek mediów społecznościowych), prawdopodobnie doszedłby do podobnego wniosku, tyle że zamiast medyków odkryłby nauczycieli. Bo dziś najpopularniejszym zawodem wydaje się nauczyciel. Wszyscy uczą. Wszyscy objaśniają. Wszyscy pouczają. Wszyscy wiedzą, jak należy wychowywać dzieci, jak uczyć matematyki, jak prowadzić lekcje biologii, jak oceniać wypracowania, jak motywować młodzież, jak reformować szkołę i jak naprawić system edukacji, najlepiej od poniedziałku rano, bez kosztów, bez konfliktów i bez zmęczenia. I oczywiście jak korzystać z internetu czy narzędzi generatywnej sztucznej inteligencji do wszystkich życiowych i zawodowych działań.
Wystarczy wejść do internetu, żeby zobaczyć ten wielki, nieformalny uniwersytet powszechny online. Komentarze pod artykułami, wpisy na Facebooku, krótkie filmiki, rozmowy przy sklepowej kasie, dyskusje rodzinne przy świątecznym stole - wszędzie odbywa się nauczanie. Jedni uczą, jak powinien wyglądać program szkolny, drudzy, jak powinien zachowywać się nauczyciel, trzeci, co uczeń powinien umieć po ósmej klasie, a czwarty z przekonaniem wyjaśnia, że dawniej to szkoła była szkołą, nauczyciel był nauczycielem, a uczeń uczniem, choć jego własne wspomnienia z tamtych czasów bywają lekko podkolorowane nostalgią, jak fotografia z wakacji w sepii. A kolejny, że należy zabrać smartfony ze szkoły. A jeszcze inny, że na odwrót, że trzeba korzystać z tabletów i smartfonów w szkole i przedszkolu. Nie mówiąc już o tym czy dawać lody za świadectwo z czerwonym paskiem czy też nie dawać.
I nie ma w tym nic dziwnego. Szkołę zna każdy. Prawie każdy był uczniem, wielu jest rodzicami uczniów, część ma wnuki, część wspomina własnych nauczycieli, a część do dziś nosi w sobie traumę po czerwonym długopisie. Szkoła jest jednym z tych doświadczeń wspólnych, które tworzą nasze społeczne imaginarium. O elektrowni atomowej, neurochirurgii albo budowie mostów większość ludzi wypowiada się ostrożniej, choć i tu nie zawsze. Ale o szkole? O szkole każdy coś wie, bo każdy tam był. A skoro był, to znaczy, że się zna. No i jeszcze czytał coś tam w internecie, w social mediach. I że spytał Czata GPT.
To trochę tak, jak z teatrem. Widz, który obejrzał wiele przedstawień, może mieć świetne wyczucie sceny i trafne opinie. Nie znaczy to jednak, że automatycznie potrafi wyreżyserować spektakl, poprowadzić próbę, ustawić światło, zbudować rolę i pogodzić temperamenty aktorów. Podobnie bycie uczniem nie czyni jeszcze człowieka nauczycielem, choć daje mu pewne doświadczenie edukacji. Problem zaczyna się wtedy, gdy osobiste wspomnienie mylimy z wiedzą zawodową, a własne przekonanie z kompetencją pedagogiczną.
Jeśli więc nauczyciel jest dziś zawodem najpopularniejszym, to natychmiast pojawia się pytanie w stylu Stańczyka: skoro nauczycieli jest tak wielu, dlaczego brakuje ich w szkołach? Skoro tak wielu zna się na edukacji, to dlaczego brakuje nauczycieli w szkołach? Dlaczego dyrektorzy poszukują polonistów, matematyków, fizyków, nauczycieli edukacji wczesnoszkolnej, pedagogów specjalnych? Dlaczego pojawiają się wakaty? Dlaczego w wielu miejscach coraz trudniej obsadzić lekcje specjalistami? Czyżby ten najpopularniejszy zawód istniał głównie w wersji towarzyskiej, internetowej i komentatorskiej?
Odpowiedź jest dość prosta, choć mało przyjemna. Czym innym jest uczyć bez odpowiedzialności, a czym innym być nauczycielem zawodowo. Pouczanie jest łatwe, bo zwykle nie wymaga sprawdzenia skutków. Można powiedzieć: „Ja bym ich krótko trzymał”, „Wystarczy zainteresować ucznia”, „Dzieci trzeba nauczyć dyscypliny”, „Szkoła powinna rozwijać kreatywność”, „Niech uczą praktycznych rzeczy”. Wszystko to brzmi dobrze, zwłaszcza jeśli wypowiada się zdania ogólne, z bezpiecznej odległości od klasy pełnej trzydziestu żywych, zmęczonych, głodnych, zakochanych, przestraszonych, zbuntowanych, zdolnych, zagubionych i rozgadanych nastolatków. Albo kilkulatków zamęczonych przez rodziców dodatkowymi zajęciami typu hippika, gra na skrzypcach, szachy, taniec, język japoński.
Nauczyciel zawodowy nie pracuje z pojęciem „uczeń” w liczbie pojedynczej i abstrakcyjnej. Pracuje z Kasią, która świetnie pisze, ale boi się odezwać. Z Michałem, który przeszkadza, bo nie rozumie, z Zosią, która wszystko rozumie szybciej niż inni i zaczyna się nudzić. Z Kubą, który w domu ma problemy i przynosi je do szkoły w plecaku razem z zeszytem. Z klasą, która w poniedziałek rano przypomina bardziej organizm meteorologiczny niż grupę edukacyjną. W tej rzeczywistości nie wystarczy mieć rację. Trzeba jeszcze umieć z tą racją dotrzeć do ludzi.
To jest zasadnicza różnica między pouczaniem a nauczaniem. Pouczanie bywa jednostronne: wiem lepiej, więc mówię. Nauczanie jest relacyjne: wiem coś, ale muszę sprawić, by drugi człowiek mógł to odkryć, zrozumieć, przetworzyć i zastosować. Pouczający często kończy na komunikacie. Nauczyciel zaczyna od komunikatu, a potem obserwuje, koryguje, wraca, tłumaczy inaczej, podaje przykład, zadaje pytanie, milczy, czeka, znów próbuje, czasem ponosi porażkę, czasem odnosi małe zwycięstwo, które z zewnątrz wygląda jak nic szczególnego. Ot, uczeń wreszcie zrozumiał ułamki. Ale kto widział radość dziecka, które nagle mówi „aha!”, ten wie, że to małe święto poznania.
Popularnonaukowo można powiedzieć, że nauczanie nie polega na przelewaniu wiedzy z głowy do głowy, jak z dzbanka do szklanki. Mózg ucznia nie jest pustym naczyniem lecz aktywnym systemem interpretującym świat. Uczenie się wymaga uwagi, emocji, wcześniejszej wiedzy, motywacji, powtórzeń, błędów i informacji zwrotnej. Nauczyciel nie jest więc jedynie dostawcą treści lecz organizatorem warunków, w których uczenie się może się wydarzyć. Jest projektantem środowiska edukacyjnego. Jest projekczycielem. Może, ale nie musi. Bo człowiek nie jest maszyną, a szkoła nie jest fabryką śrubek, choć czasem administracyjnie próbuje się ją do tej fabryki upodobnić.
I tu wraca kwestia odpowiedzialności. Nauczyciel odpowiada nie tylko za to, co powiedział, ale także za to, jak zostało to zrozumiane. Odpowiada za atmosferę pracy, za bezpieczeństwo, za ocenianie, za dokumentację, za rozmowę z rodzicami, za dostosowania, za wymagania, za własne emocje i cudze emocje. Odpowiada nawet wtedy, gdy nie ma wpływu na wiele czynników. Za liczbę uczniów w klasie, podstawę programową, społeczne nierówności, domowe kłopoty uczniów, zmieniające się przepisy, oczekiwania rodziców i polityczne pomysły na reformy. To trochę tak, jakby od ogrodnika oczekiwano pięknego ogrodu, ale dawano mu różne nasiona, różną glebę, zmienną pogodę, za mało narzędzi, a potem rozliczano go z tego, że wszystkie rośliny nie zakwitły tego samego dnia.
Dlatego wielu ludzi chętnie by nauczało, ale mniej chętnie zostałoby nauczycielami. Chętnie wygłosimy opinię o edukacji, ale niekoniecznie weźmiemy odpowiedzialność za dwadzieścia pięć osób w klasie przez dziesięć miesięcy roku szkolnego. Chętnie powiemy, że trzeba wymagać, ale trudniej spokojnie wyjaśnić uczniowi po raz siódmy to samo zagadnienie. Chętnie uznamy, że młodzież trzeba motywować, ale mniej chętnie zmierzymy się z faktem, że motywacja nie jest guzikiem, który nauczyciel naciska przed lekcją. Chętnie chcemy, by szkoła była nowoczesna, ale nie zawsze jesteśmy gotowi uznać, że nowoczesność kosztuje: czas, pieniądze, szkolenia, zaufanie i cierpliwość.
Jest w tym wszystkim pewna ironia. Nauczyciel należy do zawodów najbardziej komentowanych i jednocześnie często najmniej rozumianych. Każdy widzi lekcję jako czterdzieści pięć minut przy tablicy, ale nie każdy widzi przygotowanie, sprawdzanie, planowanie, rozmowy, narady, poprawianie sprawdzianów, myślenie o tym, co nie wyszło, i nieustanne dostosowywanie się do zmieniającego się świata. I nie widzi dokształcania się nauczycieli. A świat zmienia się szybciej niż szkolne rozkłady materiału. Uczniowie żyją w kulturze natychmiastowego dostępu do informacji, ale informacja nie jest jeszcze wiedzą. Wiedza nie jest jeszcze mądrością. A mądrość nie rodzi się z samego kliknięcia.
Może więc warto odwrócić żart Stańczyka i powiedzieć: tak, nauczyciel jest dziś najpopularniejszym zawodem, ale głównie w wersji amatorskiej. Mamy wielu nauczycieli od cudzych dzieci, od cudzych lekcji, od cudzych metod i cudzych błędów. Mamy mnóstwo korektorów rzeczywistości edukacyjnej, którzy wiedzą, jak powinno być. I dobrze, że edukacja budzi emocje, bo to znaczy, że jest ważna. Źle jednak, gdy z troski o szkołę zostaje tylko łatwe pouczanie tych, którzy codziennie wykonują trudną pracę.
Nie chodzi mi o to, by odebrać ludziom prawo do wypowiadania się o szkole. Przeciwnie, szkoła jest dobrem wspólnym i rozmowa o niej powinna być powszechna. Rodzice, uczniowie, nauczyciele, naukowcy, samorządowcy i obywatele mają prawo pytać, krytykować, proponować. Ale dobrze byłoby, aby tej rozmowie towarzyszyła odrobina pokory. I rzetelnej wiedzy popartej badaniami. Takiej stańczykowej mądrości, która pod uśmiechem ukrywa poważną diagnozę. Bo między „wiem, jak nie powinno być” a „potrafię to zrobić” rozciąga się cała przestrzeń profesjonalizmu.
Nauczyciel jako zawód najpopularniejszy to zatem piękny paradoks naszych czasów. Wszyscy chcemy uczyć, bo wszyscy chcemy mieć wpływ na świat. Uczenie jest formą uczestnictwa w kulturze, przekazywania wartości, porządkowania doświadczenia. Gdy tłumaczymy dziecku, dlaczego jesienią liście zmieniają kolor, gdy pokazujemy komuś, jak rozpoznać ptaka po śpiewie, gdy wyjaśniamy sąsiadowi, jak działa aplikacja w telefonie, to wtedy stajemy się na chwilę nauczycielami. I to jest dobre, ludzkie, potrzebne. Społeczeństwo, w którym ludzie dzielą się wiedzą, jest bogatsze niż społeczeństwo obojętne i wyizolowane.
Ale nauczyciel zawodowy robi coś więcej. On nie tylko dzieli się wiedzą lecz buduje warunki, w których inni mogą rosnąć. A wzrost, jak wiadomo biologom i ogrodnikom, wymaga czasu. Nie da się przyspieszyć kiełkowania przez krzyczenie na nasiona. Lub przez sprawdzanie listy obecności. Można poprawić glebę, zadbać o światło, podlewać, chronić przed przymrozkiem. Można stworzyć szanse. A i tak nie wszystkie nasiona wykiełkują na czas. W edukacji jest podobnie. Uczeń nie rośnie od samego nakazu: „rośnij!”. Rośnie w relacji, w bezpieczeństwie, w wymaganiu połączonym z życzliwością. Trawa nie rośnie dlatego, że ją się ciągnie za źdźbła do góry.
Na koniec wyobraźmy sobie Stańczyka współczesnego. Siada na ławce, może już nie na krakowskim rynku, lecz w internecie. Pisze krótko: „Boli mnie szkoła”. I natychmiast dostaje tysiące porad. Jedni każą wrócić do dawnych metod, drudzy wszystko zcyfryzować, trzeci zlikwidować oceny, czwarci zaostrzyć wymagania, piąci zmienić lektury, szóści zmienić nauczycieli, siódmi zmienić uczniów, a ósmi najlepiej cały naród. Kolejny radzi wykorzystać w szkole narzędzia AI, a następny żeby zakazać smartfonów i AI. Stańczyk uśmiecha się pod wąsem i mówi: „A nie mówiłem? Najwięcej jest nauczycieli”.
Tyle że potem wstaje, idzie do prawdziwej szkoły i widzi pusty etat z matematyki, zmęczoną polonistkę, młodego nauczyciela zastanawiającego się, czy da radę wytrwać oraz klasę dzieci, które potrzebują nie tylko komentarzy, ale obecności dorosłego człowieka. I jeszcze emerytowanego biologa, który uczy przyrody, fizyki i śpiewu. Wtedy dowcip przestaje być tylko dowcipem. Staje się pytaniem o odpowiedzialność. Bo nauczać chce wielu. Nauczycielem być, tak naprawdę, codziennie, z konsekwencjami, to już zupełnie inna profesja. Bardziej deficytowa. I może właśnie dlatego warto ją bardziej szanować.
Gdyby dziś Stańczyk przechadzał się po rynku (niekoniecznie krakowskim, może być olsztyński, warszawski albo cyfrowy rynek mediów społecznościowych), prawdopodobnie doszedłby do podobnego wniosku, tyle że zamiast medyków odkryłby nauczycieli. Bo dziś najpopularniejszym zawodem wydaje się nauczyciel. Wszyscy uczą. Wszyscy objaśniają. Wszyscy pouczają. Wszyscy wiedzą, jak należy wychowywać dzieci, jak uczyć matematyki, jak prowadzić lekcje biologii, jak oceniać wypracowania, jak motywować młodzież, jak reformować szkołę i jak naprawić system edukacji, najlepiej od poniedziałku rano, bez kosztów, bez konfliktów i bez zmęczenia. I oczywiście jak korzystać z internetu czy narzędzi generatywnej sztucznej inteligencji do wszystkich życiowych i zawodowych działań.
Wystarczy wejść do internetu, żeby zobaczyć ten wielki, nieformalny uniwersytet powszechny online. Komentarze pod artykułami, wpisy na Facebooku, krótkie filmiki, rozmowy przy sklepowej kasie, dyskusje rodzinne przy świątecznym stole - wszędzie odbywa się nauczanie. Jedni uczą, jak powinien wyglądać program szkolny, drudzy, jak powinien zachowywać się nauczyciel, trzeci, co uczeń powinien umieć po ósmej klasie, a czwarty z przekonaniem wyjaśnia, że dawniej to szkoła była szkołą, nauczyciel był nauczycielem, a uczeń uczniem, choć jego własne wspomnienia z tamtych czasów bywają lekko podkolorowane nostalgią, jak fotografia z wakacji w sepii. A kolejny, że należy zabrać smartfony ze szkoły. A jeszcze inny, że na odwrót, że trzeba korzystać z tabletów i smartfonów w szkole i przedszkolu. Nie mówiąc już o tym czy dawać lody za świadectwo z czerwonym paskiem czy też nie dawać.
I nie ma w tym nic dziwnego. Szkołę zna każdy. Prawie każdy był uczniem, wielu jest rodzicami uczniów, część ma wnuki, część wspomina własnych nauczycieli, a część do dziś nosi w sobie traumę po czerwonym długopisie. Szkoła jest jednym z tych doświadczeń wspólnych, które tworzą nasze społeczne imaginarium. O elektrowni atomowej, neurochirurgii albo budowie mostów większość ludzi wypowiada się ostrożniej, choć i tu nie zawsze. Ale o szkole? O szkole każdy coś wie, bo każdy tam był. A skoro był, to znaczy, że się zna. No i jeszcze czytał coś tam w internecie, w social mediach. I że spytał Czata GPT.
To trochę tak, jak z teatrem. Widz, który obejrzał wiele przedstawień, może mieć świetne wyczucie sceny i trafne opinie. Nie znaczy to jednak, że automatycznie potrafi wyreżyserować spektakl, poprowadzić próbę, ustawić światło, zbudować rolę i pogodzić temperamenty aktorów. Podobnie bycie uczniem nie czyni jeszcze człowieka nauczycielem, choć daje mu pewne doświadczenie edukacji. Problem zaczyna się wtedy, gdy osobiste wspomnienie mylimy z wiedzą zawodową, a własne przekonanie z kompetencją pedagogiczną.
Jeśli więc nauczyciel jest dziś zawodem najpopularniejszym, to natychmiast pojawia się pytanie w stylu Stańczyka: skoro nauczycieli jest tak wielu, dlaczego brakuje ich w szkołach? Skoro tak wielu zna się na edukacji, to dlaczego brakuje nauczycieli w szkołach? Dlaczego dyrektorzy poszukują polonistów, matematyków, fizyków, nauczycieli edukacji wczesnoszkolnej, pedagogów specjalnych? Dlaczego pojawiają się wakaty? Dlaczego w wielu miejscach coraz trudniej obsadzić lekcje specjalistami? Czyżby ten najpopularniejszy zawód istniał głównie w wersji towarzyskiej, internetowej i komentatorskiej?
Odpowiedź jest dość prosta, choć mało przyjemna. Czym innym jest uczyć bez odpowiedzialności, a czym innym być nauczycielem zawodowo. Pouczanie jest łatwe, bo zwykle nie wymaga sprawdzenia skutków. Można powiedzieć: „Ja bym ich krótko trzymał”, „Wystarczy zainteresować ucznia”, „Dzieci trzeba nauczyć dyscypliny”, „Szkoła powinna rozwijać kreatywność”, „Niech uczą praktycznych rzeczy”. Wszystko to brzmi dobrze, zwłaszcza jeśli wypowiada się zdania ogólne, z bezpiecznej odległości od klasy pełnej trzydziestu żywych, zmęczonych, głodnych, zakochanych, przestraszonych, zbuntowanych, zdolnych, zagubionych i rozgadanych nastolatków. Albo kilkulatków zamęczonych przez rodziców dodatkowymi zajęciami typu hippika, gra na skrzypcach, szachy, taniec, język japoński.
Nauczyciel zawodowy nie pracuje z pojęciem „uczeń” w liczbie pojedynczej i abstrakcyjnej. Pracuje z Kasią, która świetnie pisze, ale boi się odezwać. Z Michałem, który przeszkadza, bo nie rozumie, z Zosią, która wszystko rozumie szybciej niż inni i zaczyna się nudzić. Z Kubą, który w domu ma problemy i przynosi je do szkoły w plecaku razem z zeszytem. Z klasą, która w poniedziałek rano przypomina bardziej organizm meteorologiczny niż grupę edukacyjną. W tej rzeczywistości nie wystarczy mieć rację. Trzeba jeszcze umieć z tą racją dotrzeć do ludzi.
To jest zasadnicza różnica między pouczaniem a nauczaniem. Pouczanie bywa jednostronne: wiem lepiej, więc mówię. Nauczanie jest relacyjne: wiem coś, ale muszę sprawić, by drugi człowiek mógł to odkryć, zrozumieć, przetworzyć i zastosować. Pouczający często kończy na komunikacie. Nauczyciel zaczyna od komunikatu, a potem obserwuje, koryguje, wraca, tłumaczy inaczej, podaje przykład, zadaje pytanie, milczy, czeka, znów próbuje, czasem ponosi porażkę, czasem odnosi małe zwycięstwo, które z zewnątrz wygląda jak nic szczególnego. Ot, uczeń wreszcie zrozumiał ułamki. Ale kto widział radość dziecka, które nagle mówi „aha!”, ten wie, że to małe święto poznania.
Popularnonaukowo można powiedzieć, że nauczanie nie polega na przelewaniu wiedzy z głowy do głowy, jak z dzbanka do szklanki. Mózg ucznia nie jest pustym naczyniem lecz aktywnym systemem interpretującym świat. Uczenie się wymaga uwagi, emocji, wcześniejszej wiedzy, motywacji, powtórzeń, błędów i informacji zwrotnej. Nauczyciel nie jest więc jedynie dostawcą treści lecz organizatorem warunków, w których uczenie się może się wydarzyć. Jest projektantem środowiska edukacyjnego. Jest projekczycielem. Może, ale nie musi. Bo człowiek nie jest maszyną, a szkoła nie jest fabryką śrubek, choć czasem administracyjnie próbuje się ją do tej fabryki upodobnić.
I tu wraca kwestia odpowiedzialności. Nauczyciel odpowiada nie tylko za to, co powiedział, ale także za to, jak zostało to zrozumiane. Odpowiada za atmosferę pracy, za bezpieczeństwo, za ocenianie, za dokumentację, za rozmowę z rodzicami, za dostosowania, za wymagania, za własne emocje i cudze emocje. Odpowiada nawet wtedy, gdy nie ma wpływu na wiele czynników. Za liczbę uczniów w klasie, podstawę programową, społeczne nierówności, domowe kłopoty uczniów, zmieniające się przepisy, oczekiwania rodziców i polityczne pomysły na reformy. To trochę tak, jakby od ogrodnika oczekiwano pięknego ogrodu, ale dawano mu różne nasiona, różną glebę, zmienną pogodę, za mało narzędzi, a potem rozliczano go z tego, że wszystkie rośliny nie zakwitły tego samego dnia.
Dlatego wielu ludzi chętnie by nauczało, ale mniej chętnie zostałoby nauczycielami. Chętnie wygłosimy opinię o edukacji, ale niekoniecznie weźmiemy odpowiedzialność za dwadzieścia pięć osób w klasie przez dziesięć miesięcy roku szkolnego. Chętnie powiemy, że trzeba wymagać, ale trudniej spokojnie wyjaśnić uczniowi po raz siódmy to samo zagadnienie. Chętnie uznamy, że młodzież trzeba motywować, ale mniej chętnie zmierzymy się z faktem, że motywacja nie jest guzikiem, który nauczyciel naciska przed lekcją. Chętnie chcemy, by szkoła była nowoczesna, ale nie zawsze jesteśmy gotowi uznać, że nowoczesność kosztuje: czas, pieniądze, szkolenia, zaufanie i cierpliwość.
Jest w tym wszystkim pewna ironia. Nauczyciel należy do zawodów najbardziej komentowanych i jednocześnie często najmniej rozumianych. Każdy widzi lekcję jako czterdzieści pięć minut przy tablicy, ale nie każdy widzi przygotowanie, sprawdzanie, planowanie, rozmowy, narady, poprawianie sprawdzianów, myślenie o tym, co nie wyszło, i nieustanne dostosowywanie się do zmieniającego się świata. I nie widzi dokształcania się nauczycieli. A świat zmienia się szybciej niż szkolne rozkłady materiału. Uczniowie żyją w kulturze natychmiastowego dostępu do informacji, ale informacja nie jest jeszcze wiedzą. Wiedza nie jest jeszcze mądrością. A mądrość nie rodzi się z samego kliknięcia.
Może więc warto odwrócić żart Stańczyka i powiedzieć: tak, nauczyciel jest dziś najpopularniejszym zawodem, ale głównie w wersji amatorskiej. Mamy wielu nauczycieli od cudzych dzieci, od cudzych lekcji, od cudzych metod i cudzych błędów. Mamy mnóstwo korektorów rzeczywistości edukacyjnej, którzy wiedzą, jak powinno być. I dobrze, że edukacja budzi emocje, bo to znaczy, że jest ważna. Źle jednak, gdy z troski o szkołę zostaje tylko łatwe pouczanie tych, którzy codziennie wykonują trudną pracę.
Nie chodzi mi o to, by odebrać ludziom prawo do wypowiadania się o szkole. Przeciwnie, szkoła jest dobrem wspólnym i rozmowa o niej powinna być powszechna. Rodzice, uczniowie, nauczyciele, naukowcy, samorządowcy i obywatele mają prawo pytać, krytykować, proponować. Ale dobrze byłoby, aby tej rozmowie towarzyszyła odrobina pokory. I rzetelnej wiedzy popartej badaniami. Takiej stańczykowej mądrości, która pod uśmiechem ukrywa poważną diagnozę. Bo między „wiem, jak nie powinno być” a „potrafię to zrobić” rozciąga się cała przestrzeń profesjonalizmu.
Nauczyciel jako zawód najpopularniejszy to zatem piękny paradoks naszych czasów. Wszyscy chcemy uczyć, bo wszyscy chcemy mieć wpływ na świat. Uczenie jest formą uczestnictwa w kulturze, przekazywania wartości, porządkowania doświadczenia. Gdy tłumaczymy dziecku, dlaczego jesienią liście zmieniają kolor, gdy pokazujemy komuś, jak rozpoznać ptaka po śpiewie, gdy wyjaśniamy sąsiadowi, jak działa aplikacja w telefonie, to wtedy stajemy się na chwilę nauczycielami. I to jest dobre, ludzkie, potrzebne. Społeczeństwo, w którym ludzie dzielą się wiedzą, jest bogatsze niż społeczeństwo obojętne i wyizolowane.
Ale nauczyciel zawodowy robi coś więcej. On nie tylko dzieli się wiedzą lecz buduje warunki, w których inni mogą rosnąć. A wzrost, jak wiadomo biologom i ogrodnikom, wymaga czasu. Nie da się przyspieszyć kiełkowania przez krzyczenie na nasiona. Lub przez sprawdzanie listy obecności. Można poprawić glebę, zadbać o światło, podlewać, chronić przed przymrozkiem. Można stworzyć szanse. A i tak nie wszystkie nasiona wykiełkują na czas. W edukacji jest podobnie. Uczeń nie rośnie od samego nakazu: „rośnij!”. Rośnie w relacji, w bezpieczeństwie, w wymaganiu połączonym z życzliwością. Trawa nie rośnie dlatego, że ją się ciągnie za źdźbła do góry.
Na koniec wyobraźmy sobie Stańczyka współczesnego. Siada na ławce, może już nie na krakowskim rynku, lecz w internecie. Pisze krótko: „Boli mnie szkoła”. I natychmiast dostaje tysiące porad. Jedni każą wrócić do dawnych metod, drudzy wszystko zcyfryzować, trzeci zlikwidować oceny, czwarci zaostrzyć wymagania, piąci zmienić lektury, szóści zmienić nauczycieli, siódmi zmienić uczniów, a ósmi najlepiej cały naród. Kolejny radzi wykorzystać w szkole narzędzia AI, a następny żeby zakazać smartfonów i AI. Stańczyk uśmiecha się pod wąsem i mówi: „A nie mówiłem? Najwięcej jest nauczycieli”.
Tyle że potem wstaje, idzie do prawdziwej szkoły i widzi pusty etat z matematyki, zmęczoną polonistkę, młodego nauczyciela zastanawiającego się, czy da radę wytrwać oraz klasę dzieci, które potrzebują nie tylko komentarzy, ale obecności dorosłego człowieka. I jeszcze emerytowanego biologa, który uczy przyrody, fizyki i śpiewu. Wtedy dowcip przestaje być tylko dowcipem. Staje się pytaniem o odpowiedzialność. Bo nauczać chce wielu. Nauczycielem być, tak naprawdę, codziennie, z konsekwencjami, to już zupełnie inna profesja. Bardziej deficytowa. I może właśnie dlatego warto ją bardziej szanować.





