17.02.2026

Liczba Dunbara w epoce sztucznej inteligencji: rozszerzenie czy iluzja relacji?

 

Człowiek (Homo sapiens), należy do gatunków społecznych. Sukces człowieka zależy od wielkości społeczności (“stada”), w której żyje i którą współtworzy. Społeczność to taki trochę superorganizm, złożony z wielu osobników. Wydaje się że sukces Homo sapiens w porównaniu do Neandertalczyka wynikał z faktu tworzenia większych społeczności (lepszej i szerszej współpracy), a więc od jego umiejętności tworzenia i zapamiętania relacji z większą liczbą pobratymców. Większa grupa, horda, “stado” to więcej relacji i szybsza innowacyjność, bo wynalazki szybciej się rozchodzą i zakorzeniają w większej, konektywnej sieci. Zatem mózg społeczny był bardzo ważną cechą przystosowawczą człowieka jako gatunku społecznego. W przyrodzie liczą się nie tylko indywidualne kły i pazury lecz współpraca w możliwie dużej grupie (dlatego też powstały wielokomórkowe organizmy i różnego rodzaju kolonie oraz stada). Do własnego "stada" włączaliśmy inne osobniki, imigrantów, podbite grupy, czy nawet Neandertalczyków czyli osobników z innego gatunku. Własne plemię to nie była i nie jest stała, zamknięta grupa rozrodcza. Kultura jest znacznie bardziej otwarta i bardziej włączająca niż nam mogłoby się wydawać.

Warto w tym miejscu wspomnieć ewolucyjną hipotezę Czerwonej Królowej i nieustanną pogoń przystosowawczą za zmieniającym się środowiskiem. A skoro ciągle się biologicznie przystosowujemy to nie jesteśmy idealnie przystosowani... bo środowisko nam nieustannie „ucieka”. Trzeba więc biec... by być w tym samym miejscu przystosowania. Dlatego właśnie współczesny człowiek w wielu aspektach nie jest przystosowany do środowiska, które sam tworzy. Jednym elementów tego nieprzystosowania są nasze społeczne mózgi.

Nasz mózg umożliwia konkretną liczbę relacji międzyludzkich, rozpoznawanie i utrzymywanie więzi. Dobrze to opisuje tak zwana liczba Dunbara. Hipoteza sformułowana przez Robina Dunbara zakłada, że człowiek jest poznawczo zdolny do utrzymywania około 150 stabilnych relacji społecznych. Ograniczenie to wynika z architektury mózgu (ukształtowanej ewolucyjnie), przede wszystkim z rozmiaru i organizacji neokorteksu. W świecie analogowym limit ten miał charakter praktyczny - to liczba osób, z którymi mogliśmy realnie współpracować, wymieniać informacje, budować zaufanie. Nie tylko rozpoznawać konkretne osoby, ale i pamiętać wcześniejsze z nimi sytuacje, przykre i pozytywne doznania, ich wiedzę.

Współcześnie obserwujemy zjawisko antropomorfizowania urządzeń AI. Traktujemy je jako przyjaciela, znajomego a więc członka naszej społeczności, z którym nawiązujemy typowo ludzkie relacje. Stąd agenci i czaty traktowani są jako osoby. Pojawiły się nawet próby ślubów z takimi nieludzkimi osobami. Co AI zmienia w relacjach społecznych? Dużo. A jesteśmy dopiero na początku tego procesu i nie znamy jeszcze wszystkich skutków. Zrozumiałe są więc różnorodne niepokoje i bicie na alarm. A przynajmniej nawoływanie do ostrożności i potrzeby nowych regulacji prawnych lub społecznych. Niczym Czerwona Królowa musimy szybko biec... za szybko zmieniającym się środowiskiem.

Dodać warto, że to nie pierwszy nasz nieludzki mózg zewnętrzny i nieludzki członek ludzkiego stada. Wcześniej taką rolę pełniły już książki, bohaterzy literaccy (a więc postacie fikcyjne), zwierzęta domowe a nawet amulety czy pluszowe maskotki. W epoce AI i mediów cyfrowych sytuacja staje się bardziej złożona. Powstaje pytanie: czy technologie rozszerzają nasze możliwości społeczne, czy też raczej tworzą iluzję ich rozszerzenia?

Jednym z ważnych pytań jest to czy AI staje się (stanie się) „protezą poznawczą” relacji międzyludzkich? Systemy oparte na sztucznej inteligencji przypominają o urodzinach, podpowiadają odpowiedzi, agregują historię kontaktów, analizują sieci społeczne, symulują rozmowę i empatię. W tym sensie AI działa jak zewnętrzny bufor pamięci społecznej (a wcześniej działały na nas tak samo media społecznościowe). Teoretycznie może to pozwolić nam utrzymywać większą liczbę kontaktów przy mniejszym obciążeniu poznawczym (odciążanie mózgu). Ale czy to możliwe, ze względu na biologiczne ograniczenia naszego mózgu? Rodzi się zasadnicza kwestia: czy podtrzymywanie kontaktu algorytmicznie wspieranego jest tym samym co relacja oparta na wzajemnym zaangażowaniu emocjonalnym? Czy media społecznościowe i konwersacyjne czaty AI to są rzeczywiście kontakty społeczne?

Liczba Dunbara (o niej więcej w dalszej części tekstu) dotyczy relacji znaczących, a nie wymiany sygnałów komunikacyjnych. AI może zwiększyć ilość komunikacji, ale niekoniecznie pogłębia jej jakość. Media społecznościowe tworzą zjawisko „inflacji więzi”. Mamy w mediach społecznościowych setki lub tysiące „znajomych”. Te media są bardziej prosumpcyjne niż rzeczywiście społeczne. Wymuszają one stałą wymianę mikrointerakcji i angażują naszą uwagę. Reakcje są szybkie w formie emotikon lub nieco bardziej angażujących komentarzy. W rezultacie jest to niskokosztowe potwierdzanie obecności. Czy są to realne więzi społeczne czy tylko ich atrapa?

W warunkach takiej inflacji zmienia się ekonomia uwagi. Zasobem krytycznym nie jest już czas, lecz zdolność do regulacji uwagi i emocji. Człowiek nadal posiada biologiczne ograniczenia przetwarzania społecznego, wynikające z możliwości naszego mózgu, który społecznie kształtował się od kilku milionów lat do kilkuset tysięcy lat temu. Nasz mózg w dalszym ciągu jest mózgiem paleolitycznego łowcy-zbieracza. Pozwala nam rozpoznawać kontekst relacji, pamiętać historię interakcji, empatycznie współodczuwać czy utrzymywać normy wzajemności. Jednak gdy liczba bodźców przekracza zdolności regulacyjne, dochodzi do zjawiska przebodźcowania.

Żyjemy w bardzo przegęszczonym społeczeństwie. Spotykamy znacznie więcej ludzi na ulicy i w pracy oraz niewyobrażalnie wielu przez ekrany telewizorów, ekrany komputerów i telefonów. To dużo więcej niż nasz mózg może biologicznie przetworzyć. Przebodźcowanie ekranami i „kontaktami z ekranu” wynika z generowania ciągłych powiadomień i skutkuje fragmentaryczną uwagą, skróconymi cyklami komunikacyjnymi oraz presją natychmiastowej reakcji. Z neurokognitywnego punktu widzenia oznacza to podwyższoną aktywność układu nagrody (neuroprzekaźnik dopamina), skrócenie okresów głębokiej koncentracji oraz powierzchowną obróbkę sygnałów społecznych. Już teraz obserwujemy u młodego pokolenia skrócenie uwagi, co przekłada się na konkretne umiejętności poznawcze i możliwości uczenia się. Dostosowując się do tej sytuacji powinniśmy przebudować cały system edukacji i stosowane do tej pory metody dydaktyczne. Obserwować będzie więc narastający efekt domina.

W relacjach twarzą w twarz przetwarzamy mikroekspresje, ton głosu, rytm oddechu, synchronizację gestów. To wszystko tworzy ważny w komunikacji międzyludzkiej pozawerbalny język ciałaKontakt ekranowy redukuje znaczną część tych danych. W efekcie powstaje relacja uboższa sygnałowo, ale liczniejsza ilościowo. Taka sytuacja prowadzi do paradoksu - mamy więcej kontaktów lecz mniej głębokich więzi.

Czy AI może zmienić liczbę Dunbara, liczącą ok. 150 głębszych i trwalszych relacji z innymi osobami?  Moim zdaniem możliwe są trzy scenariusze, choć zapewne nasza wyobraźnia może stworzyć ich znacznie więcej. AI jako narzędzie organizacyjne pozwala utrzymać większą sieć relacji, minimalizując koszt koordynacji tych relacji. W tym sensie media ekranowe i urządzenia wspomagane przez AI byłyby ewolucyjnie ważnym elementem przystosowawczym gatunku społecznego jakim jest Homo sapiens. Drugą możliwością jest to, że pod wpływem tych zwiększonych bodźców i zmienionego środowiska liczba 150 przesuwa się w górę (będzie większa). Tak więc zmieniają się powoli nasze biologiczne możliwości a sam mózg ulega biologicznej ewolucji. Trzecim scenariuszem jest to, że formalna liczba kontaktów rośnie, ale rdzeń relacji znaczących (5–15 osób) pozostaje niezmienny. Przebodźcowanie i rozproszenie uwagi spowodują spłycenie nawet najbliższych relacji, co w praktyce zmniejsza realną liczbę więzi opartych na zaufaniu. Alokacja więzi społecznych i zróżnicowanie liczby Dunbara czyli silne więzi ograniczone do kilku osób oraz poszerzona liczba Dunbara oznaczająca więcej płytszych i krótkotrwałych relacji.

Empiryczne dane sugerują, że mimo tysięcy kontaktów online, liczba stabilnych relacji nadal oscyluje wokół zakresu przewidywanego przez Dunbara. Technologia nie zmieniła architektury mózgu. Być może zbyt mało czasu jeszcze upłynęło i byt mało pokoleń wystawionych zostało na tę nową sytuację by zmiany biologiczne utrwaliły się w architekturze mózgu. Ale może będziemy stawać się kulturowym symbiontem tak jak mitochondria czy plastydy w komórkach eukariontycznych. Ta międzygatunkowa integracja na zasadzie symbiozy znacząco poszerzyła biologiczne możliwości gospodarza. I nawet nie wiemy czy na początku tych ekologicznych relacji była współpraca, jakaś protokooperacja, czy też drapieżnictwo lub pasożytnictwo. Znamy efekt końcowy – głęboka symbioza i wzajemne uzależnienie od siebie. Komórka nie może istnieć bez mitochondriów, a mitochondria nie są w stanie samodzielnie istnieć poza komórką. Analogicznie może być z naszym mózgiem i urządzeniami ekranowymi: biologicznie mózg się nie zmieni ale zmieni się cały holotechnobiontyczny układ. Zmiana następować będzie nie przez ewolucję biologicznych możliwości naszego mózgu tylko przez relację i integrację z urządzeniami pozabiologicznymi - naszą pozabiologiczną pamięcią zewnętrzną.

Zatem spójrzmy na AI jako na nowy typ relacji z naszym środowiskiem w sensie ekologicznym. Może jako na zewnętrzną protezę, przyspieszjącą biologiczną ewolucję człowieka? Taka symbioza lecz w formie holotechnobionta. Termin holotechnobiont jest neologizmem, określeniem koncepcyjnym, łączącym biologię z technologią. Odnosi się do rozszerzonej koncepcji holobiontu. Holo- (z gr. holos - cały) w kontekście biologicznym odnosi się do całości organizmu wraz z jego mikrobiomem (holobiont). Techno-  odnosi się do technologii, narzędzi, sztucznych elementów, -biont (z gr. bios - życie) czyli żywy organizm. 

Holotechnobiont można zatem interpretować jako organizm zintegrowany z technologią. Jest to więc koncepcja, w której żywy organizm (holobiont, np. człowiek, zwierzę) jest ściśle powiązany z technologią (implanty, protezy, sztuczna inteligencja), tworząc nową, hybrydową całość. Ten neologizm poszerza teorię holobiontu. Tradycyjny holobiont to gospodarz i jego mikrobiota (bakterie, wirusy, jednokomórkowe protisty, grzyby itp.). Dodanie "techno" sugeruje, że współczesny organizm (szczególnie człowiek) współewoluuje również z technologią, która staje się częścią jego funkcjonowania, częścią jego organizmu. W takim ujęciu poszerzamy nieco rozumienie środowiska w sensie ekologicznym.

W kontekście relacji społecznych Homo sapiens pojawia się jednak nowa zmienna. Są to relacje człowieka z systemami AIJeśli człowiek zaczyna powierzać AI swoje emocje, traktować system jako rozmówcę oraz doświadczać wsparcia społecznego ze strony algorytmu, to powstaje pytanie, czy takie relacje konkurują z relacjami międzyludzkimi o zasoby uwagi i czasu? Z perspektywy liczby Dunbara kluczowe jest to, że ograniczeniem nie jest tylko pamięć, lecz emocjonalna inwestycja. Każda relacja,  nawet ta z systemem, zużywa naszą uwagę i energię.

W kontekście wspólnot edukacyjnych (co jest mi szczególnie bliskie) grupy przekraczające próg 150 osób tracą charakter wspólnoty i stają się strukturą administracyjną. Ale przecież od tysięcy lat żyjemy we wspólnotach plemiennych i państwowych, znacznie przekraczających liczbę Dunbara (150 osób). Niemniej nadmiar cyfrowych kanałów komunikacji może osłabiać realne więzi w grupie. Głębokie uczenie się wymaga stabilnych, zaufanych mikrorelacji. Współczesne środowisko informacyjne wymaga zatem higieny poznawczej czyli ograniczania liczby kanałów komunikacji, świadomego zarządzania uwagą oraz tworzenia przestrzeni dla kontaktu bez ekranów. Jeśli chcielibyśmy pozostać takimi jak do tej pory.

Pora na wniosek końcowy. AI nie znosi biologicznych ograniczeń człowieka. Może zwiększyć liczbę interakcji, lecz niekoniecznie liczbę znaczących relacji. Suma i zintegrowana nowa całość (holotechnolbiot) może być tą nową jakością. To całkiem nowy świat. Nie znamy go i nie wiemy jaki będzie. Czy lepszy? Czy gorszy? Dla nas chyba obcy.

W tekście wielokrotnie powołuję się na liczbę Dunbara. Pora więc na dokładniejsze opisanie tej koncepcji i znaczenie tego terminu. Liczba Dunbara to hipoteza z zakresu antropologii ewolucyjnej i psychologii społecznej, sformułowana przez Robina Dunbara. Oznacza poznawcze ograniczenie liczby stabilnych relacji społecznych, które człowiek jest w stanie jednocześnie utrzymywaćNajczęściej podawana wartość to około 150 osób. Chodzi w niej o liczbę relacji, w których znamy daną osobę, wiemy, jak jest powiązana z innymi, utrzymujemy względnie stały kontakt, relacja opiera się na zaufaniu i wzajemnym zobowiązaniu. To nie jest liczba „znajomych na facebookowej liście kontaktów”, lecz liczba realnych, społecznie funkcjonujących więzi.

Skąd się wzięła liczba Dunbara? Dunbar badał zależność między wielkością neokorteksu (kory nowej), a wielkością grup społecznych u naczelnych. Na podstawie regresji między objętością neokorteksu a średnią wielkością grup u różnych gatunków naczelnych oszacował, że dla człowieka (Homo sapiens) przewidywana liczba członków stabilnej grupy wynosi ok. 150. Dunbar zaproponował także model koncentrycznych kręgów społecznych:

  • ~5 osób - najbliżsi (rodzina, partner, absolutnie bliscy przyjaciele)
  • ~15 osób - bliscy przyjaciele
  • ~50 osób - dobrzy znajomi
  • ~150 osób - stabilna grupa społeczna
  • ~500 - znajomi
  • ~1500 - twarze rozpoznawalne

Każda warstwa wymaga innej inwestycji czasu i uwagi. Dla potwierdzenia tych liczb  przywoływane są przykłady: wielkość tradycyjnych wspólnot łowiecko-zbierackich, liczebność kompanii wojskowych, średnia liczba osób w wioskach neolitycznych oraz wielkość efektywnych zespołów w firmach. Warto zaznaczyć, że są to korelacje, nie dowód ścisłej „biologicznej granicy”.

Czy media społecznościowe zmieniły liczbę Dunbara? Badania sugerują, że mimo tysięcy „znajomych” online, liczba realnie utrzymywanych, stabilnych relacji nadal oscyluje wokół 100–200 osób. Technologia zwiększa zasięg kontaktu, ale nie zwiększa radykalnie pojemności poznawczej. Warto przy tej okazji podkreślić, że nie ma jednej stałej liczby. Jej zakres może wynosić od ok. 100 do ok. 250. Może to wynikać z różnić biologicznych między osobnikami lub jakichś różnic kulturowych lub warunków socjalizacji. Raczej na pewno czynniki kulturowe i instytucjonalne modyfikują dynamikę relacji.

Jakie znaczenie ma liczba Dunbara dla edukacji i organizacji społecznych? Optymalna wspólnota uczenia się powinna być mniejsza niż 150, jeśli ma opierać się na realnych więziach. Poczucie przynależności, współpraca i zaufanie mają poznawcze ograniczenia. W edukacji przedszkolnej i wczesnoszkolnej mikrogrupy są bardziej zgodne z naszym „ewolucyjnym dziedzictwem społecznym”.

Liczba Dunbara nie jest jedynie ciekawostką antropologiczną. Jest przypomnieniem, że wspólnota ma skalę biologiczną, uwaga jest zasobem ograniczonym a głęboka relacja wymaga czasu, ciszy i obecności. W epoce ekranów i algorytmów największym wyzwaniem nie jest rozszerzenie sieci społecznej, lecz ochrona jakości więzi przed inflacją kontaktów.

Kiedy Robin Dunbar analizował zależność między wielkością neokorteksu a rozmiarem grup społecznych u ssaków naczelnych, nie mógł przewidzieć świata, w którym człowiek będzie codziennie „spotykał” setki osób poprzez ekran. A jednak jego hipoteza, mówiąca o poznawczym limicie około 150 stabilnych relacji, brzmi dziś zaskakująco aktualnie. Liczba Dunbara nie opisuje liczby kontaktów w telefonie ani obserwujących w mediach społecznościowych. Oznacza krąg osób, wobec których potrafimy utrzymać realne zobowiązania, pamiętać kontekst relacji, rozumieć subtelności emocjonalne i podtrzymywać zaufanie.

Epoka sztucznej inteligencji wprowadza w ten porządek nowe napięcie. Z jednej strony AI działa jak proteza pamięci społecznej. Przypomina o urodzinach, podsuwa odpowiedzi, porządkuje historię interakcji, analizuje sieci kontaktów. Teoretycznie zmniejsza koszt poznawczy utrzymywania relacji. Można więc odnieść wrażenie, że biologiczny limit przestaje mieć znaczenie. Skoro system pamięta za nas, podpowiada za nas i inicjuje kontakt, to może jesteśmy w stanie „obsłużyć” więcej ludzi niż kiedykolwiek wcześniej? Problem polega na tym, że liczba Dunbara dotyczy nie sygnałów komunikacyjnych, lecz więzi. Relacja nie jest tylko wymianą informacji. Jest strukturą emocjonalną, która wymaga czasu, uwagi i zaangażowania. Każda znacząca więź oznacza inwestycję poznawczą: pamiętanie historii, interpretowanie intencji, reagowanie empatyczne, utrzymywanie norm wzajemności. Tego nie da się w pełni zautomatyzować. AI może wspierać logistykę relacji, ale nie przejmie za nas emocjonalnej odpowiedzialności.

Równolegle rośnie zjawisko inflacji kontaktów. Media społecznościowe tworzą środowisko, w którym setki mikrointerakcji (polubień, krótkich komentarzy, emotikonów) generują wrażenie intensywnej obecności społecznej. Mamy poczucie bycia w nieustannym kontakcie, choć jest to kontakt fragmentaryczny i niskokosztowy (coś na kształt ekologicznej strategii r – więcej niskokosztowych relacji zamiast mniej wysokokosztowych czyli strategii K). Zasób krytyczny (nasza uwaga) nie zmienił się jednak od czasów małych wspólnot. A ta uwaga ma charakter skończony.

Tu pojawia się problem przebodźcowania. Stała ekspozycja na powiadomienia, krótkie komunikaty i szybkie zmiany kontekstu osłabia zdolność do głębokiego przetwarzania informacji społecznych. Relacje ekranowe są uboższe sygnałowo: redukują mikroekspresje, synchronizację ruchów, subtelne zmiany tonu głosu. Otrzymujemy więcej kontaktów, ale mniej danych o ich jakości. Mózg, bombardowany bodźcami, przechodzi w tryb skrótowego przetwarzania. W efekcie rośnie liczba relacji powierzchownych, a maleje zdolność do pielęgnowania więzi głębokich.

Sztuczna inteligencja wprowadza jeszcze jeden element - możliwość tworzenia relacji z systemem. Jeśli człowiek zaczyna traktować AI jako rozmówcę, powierzać mu refleksje czy emocje, powstaje nowy typ więzi asymetrycznej, lecz psychologicznie realnej. Taka relacja również konsumuje uwagę i czas. W perspektywie Dunbara oznacza to konkurencję o ograniczone zasoby poznawcze. Nie chodzi o to, czy AI „liczy się” jako osoba, lecz o to, że każda relacja, nawet z algorytmem, angażuje nasze mechanizmy społeczne.

Czy zatem liczba Dunbara przestaje obowiązywać? Dotychczasowe obserwacje sugerują, że rdzeń najbliższych więzi - kilka do kilkunastu osób - pozostaje zadziwiająco stabilny. Możemy zwiększyć liczbę interakcji, rozszerzyć zasięg komunikacji, utrzymywać szeroką sieć luźnych kontaktów. Jednak krąg osób, z którymi dzielimy realne zaufanie i odpowiedzialność, nie rośnie proporcjonalnie do liczby powiadomień.

Paradoks epoki AI polega więc na tym, że technologia radykalnie zwiększyła przepustowość komunikacji, lecz nie zmieniła architektury ludzkiego mózgu. Możemy być w kontakcie z tysiącami, ale naprawdę obecni jesteśmy wobec niewielu. Przebodźcowanie ekranami nie rozszerza naszych możliwości relacyjnych. Wręcz przeciwnie - często je rozprasza.

W tym sensie liczba Dunbara pozostaje nie tyle ograniczeniem, ile przypomnieniem o biologicznej skali wspólnoty. W świecie nadmiaru sygnałów kluczowe staje się nie pytanie „ile relacji możemy utrzymać?”, lecz  pytanie „które z nich zasługują na naszą ograniczoną uwagę?”. AI może być narzędziem wspierającym więzi, ale nie zastąpi czasu, ciszy i uważnej obecności a więc fundamentów każdej trwałej wspólnoty.

Być może jednak, zgodnie z koncepcją holotechnobionta, rodzi się nowa jakość i być może nowy gatunek ssaka naczelnego. Jak go nazwać? Homo artificialis?

16.02.2026

Czy prototaksyty to kolejna i nieznana grupa wielokomórkowych eukariontów?

Grafika wygenerowana przez AI. Fałszywy jest obraz w tle, bo widać tam współczesny las. Lądowe bezkręgowce można uznać za poprawne. 

W tle tej opowieści będzie przewijało się pytanie o kierunkowość i przypadek w ewolucji. Życia biologicznego. Na ląd także wielokomórkowce wychodziły kilkukrotnie i niezależnie od siebie. W morzach eksplozja wielokomórkowej różnorodności zaczęła się wraz z fauna ediakarską a potem była eksplozja kambryjska. A na lądzie? Rośliny, grzyby i zwierzęta. To znamy od dawna. Jednakże za sprawą prototaksytów zastanawiamy się czy było coś jeszcze? Jakaś nieznana do tej pory linia eukariontów. I czy warto w biologii śmielej myśleć nie tylko o gatunkach i osobnikach ale holobiontach, takich organizmalnych mini-ekosystemach. Ze środowiska wodnego znamy stromatolity. Biologia nieustannie zaskakuje. Prototaksyty znane są od Ponad 150 lat a ciągle nie wiadomo co to było. Dyskusja nieustannie trwa.

Gdybyśmy mogli cofnąć się o czterysta milionów lat, nie znaleźlibyśmy na lądzie niczego, co przypomina dzisiejsze lasy. Nie byłoby szumu liści, nie byłoby cienia rzucanego przez korony drzew, nie byłoby nawet zapachu żywicy. A jednak… byłby „las”. Tylko taki, o jakim nie śniło się botanikom.

Wyobraź sobie równinę dewońską: wilgotną, ciepłą, pełną mgieł unoszących się nad płytkimi strumieniami, rzekami lub dolinnymi zbiornikami okresowymi. Ziemię porastają niskie rośliny – prymitywne, kruche, ledwie kilkucentymetrowe. Mszaki i pierwsze rośliny telomowe w postaci psylofitów. Wśród nich pełzają pierwsze stawonogi, niepewne, czy to wszystko nie jest jakimś eksperymentem, który zaraz się skończy. A potem podnosisz wzrok. I widzisz je. Kolumny. Być może szare, masywne, gładkie. A może z jakimiś fotosyntetyzującymi symbiontami? Może nie z chlorofilem tylko innymi barwnikami, a wiec wcale nie zielone? Wyrastają z ziemi jak obeliski ustawione przez kogoś, kto nie znał pojęcia „umiar”. Najwyższe mają osiem metrów. W tym dawny, sylurskim lub dewońskim świecie, gdzie większość życia nie przekracza wysokości kolana, to jak wieżowce. To Prototaxites – największe organizmy lądowe swoich czasów. Nie drzewa, choć wyglądają jak pnie. Nie rośliny, choć stoją pionowo i dominują krajobraz. Najprawdopodobniej gigantyczne grzyby, które postanowiły wyrosnąć tak wysoko, jak tylko pozwalała im ówczesna atmosfera.

"Las" prototaksytowy nie szumi. Nie pachnie igliwiem. Nie daje cienia innego niż cień prostej kolumny. Jest cichy jak kamienny krąg, choć żywy. W jego wnętrzu panuje półmrok, ale nie dlatego, że coś zasłania słońce – raczej dlatego, że powietrze jest ciężkie od wilgoci, a światło rozprasza się na mglistych oparach. Na powierzchni tych kolumn osiadają glony i bakterie, tworząc nieregularne wzory, jakby ktoś malował je pędzlem zrobionym z mchu. Między tymi prototaksytowymi kolumnami rosną pierwsze rośliny naczyniowe, nieśmiałe pionierki przyszłych lasów. Ich cienkie łodygi drżą przy każdym podmuchu wiatru, jakby bały się, że te gigantyczne sąsiedztwa je przygniotą. A jednak to właśnie w cieniu Prototaxites rodzi się przyszłość – gleba powoli wzbogaca się o materię organiczną, a świat "uczy się", jak wygląda życie na lądzie. Językiem biologicznym napisalibyśmy: świat biologiczny kolonizuje środowisko lądowe. 

Gdy patrzysz na ten las, masz wrażenie, że trafiłeś do świata, który dopiero się zastanawia, czym chce być. Jakby ewolucja próbowała różnych pomysłów, nie przejmując się tym, czy są praktyczne, czy estetyczne. Prototaxites jest jednym z tych pomysłów – śmiałym, dziwnym, niepowtarzalnym. Oczywiście, zawarte w tekście antropomorfizowanie ewolucji (a wiec procesu) jest tylko literackim zabiegiem dla urozmaicenia narracji a nie oddaniem rzeczywistości. A potem, po kilkudziesięciu milionach lat, ten prototaksytowy świat znika. Chyba bez potomków, bez kontynuacji. Jakby był tylko szkicem, próbą, notatką na marginesie historii życia. Zostają po nim skamieniałe fragmenty – przekroje pełne rurek, które bardziej przypominają strukturę grzybni niż cokolwiek roślinnego. I zostaje wyobraźnia, która próbuje odtworzyć ten niezwykły krajobraz: las bez drzew, cień bez liści, kolumny bez architekta. Las prototaksytowy. Pierwszy las, który nie był lasem. I jeden z najpiękniejszych dowodów na to, że procesy ewolucyjne bioróżnorodności ziemskiej biosfery potrafią być bardziej kreatywne i zaskakujące, niż nam się wydaje.

Dewon, około 400 milionów lat temu. Spacerujesz sobie po równinach Laurosji. Zero drzew, żadnej trawy, a tu nagle wyrasta przed Tobą coś wielkiego o kształcie... powiedzmy kaktusa. Ma metr średnicy i prawie 8-9 metrów wysokości. Oto Prototaksyt. Największy organizm jaki można było spotkać na powierzchni ziemskich lądów 410-370 milionów lat temu. Skamieniałości tych organicznych wieżowców znajdujemy od dawna, ale badacze wciąż nie są pewni ich charakteru. Znamy ale ciągle nie rozumiemy. Przez długi czas Prototaksyty traktowano w kategorii gigantycznego pra-grzyba. Argumentem miała być rurkowata budowa wewnętrzna, brak struktur koniecznych do fotosyntezy oraz cudzożywność. Jednak nowa publikacja z "Science Advances" komplikuje ten obraz. Biolodzy z Edynburga przeanalizowali skamieniałość Prototaxites taiti, znalezioną w północno-wschodniej Szkocji. To o tyle istotne, że badacze pracujący przy stanowisku Rhynie Chert, mieli możliwość bezpośredniego porównania zagadkowego organizmu właśnie z dawnymi grzybami, które w podobnym czasie występowały na tym samym obszarze. Więcej danych do porównań i dlatego nowe wnioski, nowe hipotezy. 

Wynik okazał się negatywny. Anatomicznie i chemicznie prototaksyty nie przypominają dewońskich grzybów. Albo więc jest to dziwaczny przykład gatunku, który wyjątkowo nie chce przyznać się do swojego pochodzenia, albo mamy do czynienia z zupełnie inną, nieznaną i już wymarłą gałęzią życia eukariotycznego. Czegoś, co nie było grzybem, rośliną, ani zwierzęciem i nie ma dziś żadnych potomków. A przynajmniej jeszcze nie zidentyfikowaliśmy tych potomków. Jak to pięknie ujęła współautorka publikacji, Laura Cooper: "Prototaksyty stanowią niezależny eksperyment, przeprowadzony przez życie, w celu zbudowania dużych, złożonych organizmów, o czym możemy się dowiedzieć jedynie dzięki wyjątkowo dobrze zachowanym skamieniałościom".

Prototaxites to jeden z najbardziej zagadkowych organizmów paleozoicznych. I nic dziwnego, że fascynuje kogoś, kto lubi pogranicza biologii, historii życia i dziwnych form przejściowych. To klasyczny przykład „paleontologicznej zagadki”, która przez ponad 150 lat była interpretowana na różne sposoby. Od ponad 150 lat nauka zastanawia się, co to właściwie było? Prototaxites żyły w okresie środkowego i późnego dewonu (ok. 420–370 mln lat temu). Występowały na lądach, które dopiero zaczynały się zielenić pierwszymi roślinami lądowymi, zanim pojawiły się duże drzewa i złożone ekosystemy leśne. Najbardziej uderzającą ich cecha to wysokość do 8 metrów, średnica do 1 metra, kształt przypominający pionowy pień lub walec. Choć są i interpretacje, że wcale nie były to pionowe kolumny tylko leżące struktury, czerpiące wodę ze zbiorników dla jeszcze większej siatki komórek czy to grzybowych, czy jeszcze czegoś innego. Po tylu milionach lat trudno zrekonstruować te organizmy (a może holobionty?) na podstawie skamieniałości. W świecie, gdzie najwyższe rośliny miały 1–2 metry, prototaksyty był gigantami.

Co o nich wiemy z budowy odszyfrowanej w skamieniałościach? Przekroje skamieniałości pokazują: sieć rurek o różnej średnicy, brak typowych tkanek roślinnych (brak naczyń, brak liści, brak korzeni), strukturę przypominającą plechę grzybową lub porostową. To właśnie ta nietypowa anatomia sprawiła, że interpretacje były tak rozbieżne. Obraz prototaksytów nie pasuje do znanego nam świata. Tak jak kiedyś fauna ediakarska. Ale lata badań i nowych odkryć pozwoliły nam zrozumieć faunę ediakarska i powiązać z poznanymi już elementami dawnej i współczesnej ziemskiej bioróżnorodności. Może niebawem i tak będzie z tymi tajemniczymi prototaksytami?

Przez lata proponowano różne hipotezy w odniesieniu do protaksytów. Sugerowano, że to gigantyczny glon lub roślina zarodnikowa. W XIX wieku uważano go za przodka iglastych (stąd nazwa Prototaxites – „pierwszy cis”). Ta interpretacja jest dziś odrzucona. To może gigantyczny grzyb? To najbardziej znana hipoteza i ta, która zdobyła najwięcej zwolenników. Argumentami za taką rekonstrukcją są następujące: budowa przypomina strzępki grzybni, brak tkanek przypominających znane struktury roślinne, Na dodatek izotopy węgla wskazują na heterotroficzny tryb życia analizowanego organizmo. A może to gigantyczny porost (symbioza grzyba i glonu)? Hologenom? To hipoteza z lat 2000., oparta na strukturze przypominającej plechę porostową. Zwolennicy argumentują, że porosty dobrze radzą sobie w ubogich, wczesnych ekosystemach lądowych, Być może w sylurze i dewonie mogły tworzyć duże, stabilne lądowe konstrukcje.

To co ważne to to, że najnowsze analizy izotopowe sugerują, że prototaksyty nie były autotrofami. Pobierały materię organiczną z otoczenia, miały zmienny skład izotopowy, typowy dla organizmów saprotroficznych. To mocno wspiera interpretację grzybową.

W dewonie ląd był jeszcze „surowy” - niskie rośliny, brak dużych drzew, cienkie gleby. Prototaksyty mogły pełnić funkcję dominującego destruenta, stabilizatora gleby oraz pioniera kolonizacji lądu. Tu warto wspomnieć o rybikach i pierwszych lądowych stawonogach lądowych. One dopiero się pojawiały na lądzie. I być może dopiero później owady stały się liderem w dekompozycji martwej materii organicznej na lądzie.

Prototaksyty były prawdopodobnie jednym z największych organizmów lądowych swoich czasów. Dewońscy giganci. Wyobraź sobie dewoński brzeg rzeki: niskie rośliny przypominające mchy i ryniofity. Ryniofity, (Rhyniophyta) to pierwotne, pionierskie rośliny lądowe, przodkowie roślin naczyniowych i znanych nam leśnych drzew. Pojawiły się w sylurze a wymarły pod koniec dewonu. A skoro wspominałem już o psylofitach to warto przypomnieć, że współcześnie uważa się psylofity za takson polifiletyczny, obejmujący trzy niespokrewnione bliżej ze sobą gromady: ryniofity, trymerofity i zosterofilofity. W okresie dewonu żyły ryniofity dorastające do pół metra wysokości. Na lądzie brak było zwierząt większych niż 50 cm, a pośród tego wyrastały kilkumetrowe, szare, walcowate kolumny. To musiał być widok bardziej surrealistyczny niż jakikolwiek współczesny las. Ale kiedyś morska fauna ediakarska też nam się wydawała surrealistyczna. Nauką krok po kroku rozjaśnia nam mroki dawnych er i dziwacznej z pozoru bioróżnorodnosci.

Dlaczego prototaksyty tak fascynują? Bo były zbyt duże jak na grzyby, zbyt dziwne jak na rośliny, zbyt regularne jak na przypadkową strukturę. I pojawiły się na Ziemi w momencie, gdy życie dopiero eksperymentuje z formami lądowymi. To idealny przykład, jak procesy ewolucji potrafią tworzyć formy, które nie mieszczą się w naszych współczesnych kategoriach. Podkreślę kolejny raz - na razie nam się nie mieszczą w dotychczasowych kategoriach. Przypomnijmy, bo to ważne. Prototaksyty były pierwszymi olbrzymimi organizmami, które zamieszkiwały powierzchnię lądową Ziemi. Pojawiły się w późnym sylurze i dewonie, około 420–370 milionów lat temu. Organizmy te, znane z kolumnowych skamieniałości, mogły osiągać długość (wysokość?) do 8 m, dominowały we wczesnych ekosystemach lądowych na długo przed pojawieniem się drzew. Prototaksyty były szeroko rozpowszechnione w starożytnych środowiskach lądowych i najprawdopodobniej były zjadane przez ówczesne lądowe stawonogi. Odegrały znaczącą rolę ekologiczną w kluczowej fazie kolonizacji lądu. Jednak mimo ponad 165 lat badań, ich biologiczna tożsamość nadal nie została rozstrzygnięta, a paleontolodzy spierają się, czy były to grzyby, czy też przedstawiciele całkowicie wymarłej linii złożonego, wielokomórkowego życia eukariotycznego.

W nowym badania dr Corentin Loron wraz z zespołem skupili się na Prototaxites taiti, gatunku zachowanym w wyjątkowych trójwymiarowych szczegółach w liczącym 407 milionów lat czercie Rhynie w Aberdeenshire w Szkocji. Jest to jeden z najstarszych znanych do tej pory skamieniałych ekosystemów lądowych. Skamieniałości te odznaczają się ponadto bardzo dobrym stanem zachowania oraz dużą różnorodnością zachowanych tam organizmów. W badaniach tych wykorzystano zupełnie nowatorskie podejście z wykorzystaniem technologii komputerowych bazujących na danych molekularnych dotyczących skamieniałości. Udało się w ten sposób zobaczy to, co do tej pory nie było widoczne. To jeszcze jeden przykład tego, że postęp w nauce następuje także za sprawą nowych metod badawczych. We wspomnianych już badaniach naukowcy zbadali nowy okaz Prototaxites taiti, będący największym znanym okazem gatunku z tego stanowiska. Pozwoliło na szczegółowe porównanie jego cech anatomicznych i molekularnych z grzybami kopalnymi zachowanymi w tej samej skale. Badania mikroskopowe ujawniły złożoną strukturę wewnętrzną, niespotykaną u żadnego znanego grzyba.

Skamieniałość składa się z trzech odrębnych typów rurek, w tym dużych, grubościennych rurek z pierścieniowymi pasmami i gęstymi kulistymi obszarami znanymi jako plamki rdzeniowe. Plamy te składają się ze skomplikowanych, trójwymiarowych sieci połączonych ze sobą rurek, tworząc rozgałęziony wzór, który zdaniem naukowców nie ma sobie równych w biologii grzybów. Wykorzystując spektroskopię w podczerwieni i klasyfikację opartą na uczeniu maszynowym, autorzy porównali odcisk „palca molekularnego” (nawiązanie do terminów znanych z detektywistyki – odcisk palca) prototaksytów z analogicznymi a danymi, dotyczącymi kopalnych grzybów, stawonogów, roślin i bakterii, zachowanych w skamieniałościach z Rhynie. Skamieniałości grzybów z tego stanowiska zachowały charakterystyczne sygnatury chemiczne związane ze ścianami komórkowymi bogatymi w chitynę, ale sygnatury te nie występowały u prototaksytów. To by wykluczało grzybowa przynależność prototaksytów. Zebrane dowody strukturalne, chemiczne i biomarkerowe podważają tezę, że Prototaxites należały do jakiejkolwiek grupy grzybów, w tym do wczesnych krewnych współczesnych grzybów. Prototaksyty wykazują cechy anatomiczne i chemiczne odmienne od grzybów i roślin, a zatem można z dużą dozą pewności przyjąć, że należały do całkowicie wymarłej ewolucyjnie gałęzi życia. Z pewnością były organizmami eukariontycznymi. 

Prototaksyty stanowią zatem niezależny ewolucyjny eksperyment, w wyniku którego życie stworzyło duże, złożone, wielokomórkowe organizmy. Na razie są niewiadomą, tak jak jeszcze do niedawna była fauna ediakarska. Czekamy więc na kolejne odkrycia i być może kolejne zwroty akcji w tej niesamowitej przygodzie poznawania życia na Ziemi. Bo na razie, w tej ponad półtora wiekowej dyskusji były już przodkami cisów, pierwszych roślin, grzybów i porostów.

Niech Czytelnicy wybaczą kilka powtórzeń, które znalazły się w tekście. Ale dyskusje nad prototaksytami trwały ponad półtora wieku! A nowe dane i nowe argumenty pojawiały sie stosunkowo wolno. To zupełnie inny świat niż newsy w mediach społecznościowych. :Liczę, że te cyklicznie nawracające w tekście powtórzenia pozwoliły lepiej zapamiętać istotę niezwykłości tych organizmów. 

Biologia jest tak niesamowicie fascynująca przygodą w nieustannym odkrywaniu i z zaskakującymi zwrotami akcji. Jest jeszcze tyle do odkrycia! I dla Ciebie tez coś zostało. Więc czytaj, powtarzaj, analizuj i szukaj nowych metod badawczych. 

Znacznie bardziej prawdopodobna wizualizacja krajobrazu z prototaksytami z artykułu popularnonaukowego na stronie internetowej.

15.02.2026

Utracona samodzielność dydaktyczna czy element szerszego rewolucyjnego procesu?

Tradycyjne pranie w czasie suszenia. Skansen w Kwiatkówku. Klimat dawnych czasów. Coś przemijającego...


Coś się zmienia, widać to z dłuższej perspektywy czasowej. Jak to ocenić? Czy to dobrze czy źle? A może widać tylko początek większego procesu? Podobno głupiemu nie należy pokazywać roboty w połowie (czyli niedokończonej). Bo nie zrozumie ku czemu to zmierza i będzie się dziwił oraz doszukiwał nonsensów. Ja jestem w podobnej sytuacji. Dziwię się, narzekam, ale może jestem jak ten głupiec, co nie rozumie, bo nie dostrzega całości i nie widzi końca? Jak te ubrania wiszące na sznurku w ogrodzie, widoczne na zdjęciu wyżej. Jeśli nie rozumie się, że schną po praniu, to można dziwić się, dlaczego nie są w szafie tylko na sznurku, poza domem. Przecież to nie wygodne, aby rano biegać na podwórko by wziąć koszulę. Przecież wygodniej jest wyjąć z kufra lub szafy lub nawet zdjąć z kołka na ścianie.

Niniejszą opowieść i rozważania można byłoby zatytułować tak: "Utracona samodzielność dydaktyczna czy element szerszego rewolucyjnego procesu: akademicki zmierzch autorytetu w dobie sylabusów". Jest to albo dostrzeganie rzeczywistych procesów, albo myślenie głupca, który widzi "robotę w połowie" i jeszcze nie rozumie sensu oraz nie ma wyobrażania o efekcie końcowym. 

Przez dziesięciolecia polski system akademicki opierał się na niepisanej lecz fundamentalnej zasadzie: stopień doktora habilitowanego był nie tylko potwierdzeniem dojrzałości naukowej, ale przede wszystkim certyfikatem samodzielności dydaktycznej. Kiedyś używano nazwy docent, i oznaczało stanowisko dla osób, które przeszły przewód habilitacyjny (przed 1990) lub miały stopień naukowy doktora, pełniąc rolę starszego wykładowcy i badacza. Słowo „docent” pochodzi od łacińskiego słowa docere, oznaczającego nauczać. W XIX wieku używano go do określania wykładowców, którzy nie byli zatrudnieni na etacie w instytucji. Uzyskanie habilitacji czyniło z naukowca „samodzielnego pracownika nauki”, co w praktyce oznaczało prawo i obowiązek projektowania własnych kursów, wygłaszania autorskich wykładów i brania pełnej odpowiedzialności za kształtowanie umysłów następców. Dziś ten model powoli przechodzi do historii, ustępując miejsca technokratycznej strukturze, w której profesor staje się jedynie „wykonawcą usługi” niemalże zaprogramowanej w arkuszu kalkulacyjnym.

Nazwa „samodzielny” traci swój pierwotny sens. A habilitacja staje się zbędnym, zdublowanym stopniem w karierze akademickiej. Wystarczy przecież doktorat a potem ocena efektów badań naukowych przez granty, publikacje, cytowani i ocenę wpływy na naukę światową. Po co doktorat bis, skoro nie pełni już roli certyfikacji umiejętności dydaktycznych, w postaci prowadzenia badań naukowych i umiejętność ich przedstawiania/wykładania? W procedurze zanikł wykład habilitacyjny, publiczny, została tylko ocena dokumentów. Niby są rubryki z popularyzacją nauki, ale papier wszystko przyjmie...

Historycznie funkcja docenta, choć różnie oceniana w okresach politycznych zawirowań, była wyrazem uznania dla wysokich kwalifikacji dydaktycznych i badawczych. Samodzielność była immanentną cechą statusu profesora czy doktora habilitowanego. Wykład był wydarzeniem, osobistą interpretacją dyscypliny, wspartą doświadczeniem badawczym. A może ja tylko retrospektywnie idealizuję ten domniemany wyraz uznania kwalifikacji w docenturze?

Obecnie obserwujemy powolną deprecjację habilitacji w aspekcie dydaktycznym (pracownik samodzielny). Stała się ona jedynie kolejnym szczeblem w hierarchii płacowej i administracyjnej, tracąc swój wymiar mistrzowski. W nowoczesnej strukturze uczelni to nie dorobek merytoryczny decyduje o kształcie przedmiotu, lecz sztywny gorset siatki godzin, efektów uczenia się i sylabusów, które muszą być kompatybilne z Polską Ramą Kwalifikacji. W tym systemie „sztuka prezentacji” i charyzma badacza przegrywają z koniecznością odhaczenia odpowiednich rubryk w systemach takich jak USOS. Chociaż w ramach kwalifikacji i sylabusach spokojnie zmieścić może się zarówno charyzma badacza jak i jego osobiste doświadczenie badawcze.

Najbardziej jaskrawym przejawem tej zmiany jest instytucja koordynatora przedmiotu. W tradycyjnym modelu to profesor, jako najwyższy stopniem, nadawał ton przedmiotowi. Dziś funkcję koordynatora, a więc osoby decydującej o treściach, literaturze i formie zaliczenia, pełnią często doktorzy, a w skrajnych przypadkach nawet magistrzy.  A wykonawcą przedmiotu, czyli prowadzenie zajęć zgodnie z napisanym sylabusem, często są pracownicy samodzielni. A przynajmniej inna osoba jest koordynatorem przedmiotu a inna realizuje zajęcia. Ich dydaktyczna samodzielność zredukowana została do realizacji sylabusa i poruszania się w wyznaczonych ramach sylabowego zapisu. Negocjowania treści wykładowej i sylabusa znacznie się wydłużyła. W rezultacie najprościej jest machnąć ręka i robić swoje, by przynajmniej jako tako zgadzało się formalnie z sylabusem czyli pomysłem zupełnie innej osoby. Samodzielność stała się iluzoryczna. Samodzielność oczywiście nie oznacza braku ewaluacji i dyskusji treści i formy prowadzonych zajęć. Otwarta dyskusja sprzyja rozwojowi treści uniwersyteckich. W żaden sposób nie kłóci się z samodzielnością.

Dochodzi do kuriozalnych sytuacji, w których doktor habilitowany lub profesor belwederski, prowadząc wykład, staje się merytorycznie podrzędny wobec adiunkta-koordynatora. Albo innego pracownika samodzielnego, który akurat jest koordynatorem przedmiotu w systemie USOS. I bynajmniej nie gloryfikuję starych struktur hierarchicznych. To odwrócenie hierarchii nie wynika z troski o jakość, lecz z mechanizmów biurokratycznych. Status koordynatora stał się bowiem cennym zasobem w arkuszach oceny pracowniczej. Funkcja ta, niegdyś postrzegana jako uciążliwy obowiązek administracyjny, dzięki systemom punktowym zyskała wartość „waluty”. Przydzielanie godzin do realizacji szybciej się zmienia (niemalże w zależności od roku) niż struktura przedmiotów w uczelnianych sylabusach. W konsekwencji funkcja koordynatorów przedmiotów jest rozdawana w sporej części przypadkowo lub niczym dawne serwituty czy lenno, prowadząc do zjawiska „kolekcjonowania” koordynacji. Istnieją pracownicy koordynujący wiele przedmiotów, których nigdy nie prowadzili i których specyfiki nie znają, podczas gdy faktyczni wykonawcy, w tym pracownicy samodzielni, tracą przynajmniej w części wpływ na to, co i jak wykładają oraz jak oceniają efekty kształcenia. Albo robią swoje i osobnym torem toczy się część formalno-biurokratyczna a osobnym rzeczywista dydaktyka.

Samodzielność dydaktyczna polegała niegdyś na byciu projektantem treści. Profesor budował most między najnowszymi odkryciami (własnymi badaniami) a procesem nauczania. Dziś proces ten jest scentralizowany. Koordynacja, która teoretycznie miała służyć zapewnieniu spójności, w praktyce czasem staje się martwym zapisem. Czy koordynatorzy faktycznie czuwają nad jakością i innowacyjnością? Często ich rola ogranicza się do dbania, by suma punktów ECTS się zgadzała, a weryfikacja efektów kształcenia była łatwa do zaraportowania. By się w tabelkach ładnie zgadzało... A zatem jest to bardziej funkcja administracyjna niż funkcja kreatora treści i koordynatora przemyśleń oraz działań kilku osób realizujących jakiś tam przedmiot czy ważne treści nauczyania.

Pracownicy samodzielni stają się w tym układzie „czytnikami” cudzych lub zunifikowanych programów. Ich osobiste doświadczenie badawcze, lata spędzone w archiwach czy laboratoriach, schodzą na dalszy plan, ustępując miejsca wymogom standaryzacji. Jeśli profesor nie ma wpływu na formę weryfikacji wiedzy ani na dobór treści, jego rola sprowadza się do bycia medium dla gotowego skryptu. Porównując do narzędzi AI, samodzielny (w dawnym rozumieniu) pracownik staje się audiodeskryptorem lub czytaczem z telepromptera.

Zjawisko to można nazwać systemowym wywłaszczeniem naukowca/wykładowcy z jego warsztatu pracy. Choć niektórzy przyjmują to z ulgą... Transformacja habilitacji z „prawa do mistrzostwa” w „etap kariery” sprawia, że polska dydaktyka akademicka traci swój unikalny, autorski charakter. Choć system staje się bardziej przewidywalny i policzalny, traci coś znacznie cenniejszego: żywy dialog ucznia z mistrzem, oparty na autonomii tego drugiego. Gdy samodzielność dydaktyczna staje się podrzędna wobec administracyjnej sprawności koordynatora, uniwersytet niebezpiecznie zbliża się do modelu korporacyjnej firmy szkoleniowej, w której liczy się certyfikat, a nie proces intelektualnego dojrzewania. Może to nieunikniona konieczność w czasach automatyzacji i sztucznej inteligencji. A może tylko etap przejściowy przed nowym wymiarem akademickiej dydaktyki i formuły kształcenia? Jeśli tak, to jaki jest finał tego procesu, jaki cel, do którego świadomie lub nieświadomie, siła bezwładności procesów społecznych, zmierzamy?

Oczywiście jest i druga strona medalu. W dawnym modelu mistrzowskim wykłady i zajęcia doświadczonych „samodzielnych” nie zawsze były dobrej jakości. A zamiast inspirującego i porządkującego wykładu bywało zwykłe ględzenie z pożółkłych kartek lub w nowszej formie - wykład karaoke i czytanie slajdów. Na dodatek, wraz ze zmianami cywilizacyjnymi, spada zapotrzebowanie na wykład podawczy z prostą transmisją wiedzy. Rośnie natomiast potrzeba dobrego projektowania aktywizujących zajęć, wykorzystujących nie tylko książkowe zasoby biblioteczne lecz różnorodne repozytoria cyfrowe i internetowe.

Polska Komisja Akredytacyjna (PKA) jest chyba w tym procesie kluczowym aktorem. To ona, choć często nieświadomie lub poprzez rygorystyczną interpretację przepisów, stała się "żandarmem" nowej, technokratycznej dydaktyki. A może to efekt nadgorliwości i superpoprawności ciał uczelnianych? Nie sposób zrozumieć procesu deprecjacji samodzielności dydaktycznej bez analizy roli Polskiej Komisji Akredytacyjnej. Instytucja ta, powołana w celu stania na straży jakości kształcenia, z czasem stała się głównym motorem napędowym biurokratyzacji procesu nauczania. Wprowadzenie Krajowych Ram Kwalifikacji (obecnie PRK) wymusiło na uczelniach przejście od modelu "nauczania opartego na treściach" (co wykłada profesor) do modelu "nauczania opartego na efektach" (co student ma potrafić po zajęciach). W samej zmianie perspektywy nie ma nic złego. Nawet można mówić o pewnym unowocześnianiu podejścia dydaktycznego. Skupienie się na efektach końcowych to dobre podejście. Tylko jak ono w praktyce jest realizowane?

W praktyce wizytacje PKA skupiają się nie na charyzmie wykładowcy czy głębi jego wywodu, lecz na spójności dokumentacji. To właśnie lęk przed negatywną oceną Komisji sprawił, że uczelnie postawiły instytucję koordynatora przedmiotu ponad autorytetem pracownika „samodzielnego”. Koordynator stał się gwarantem "matrycy efektów" – dba o to, by każda godzina wykładu miała swoje odzwierciedlenie w tabeli i by sposób weryfikacji wiedzy (często sprowadzony do najprostszego testu) był łatwo mierzalny dla audytora. Biurokratyczne procesy w dokumentach zamiast otwartej dyskusji dydaktycznej. Owszem, tej dyskusji nie było i wcześniej. Jednak biurokratycznie tworzone "tabelki" nie zastąpią rzeczywistej dyskusji i refleksji nad procesami kształcenia uniwersyteckiego. Nie ma drogi na skróty. Bo przecież nie o samą formę chodzie, ale przede wszystkim o treść.

Dla PKA profesor jest często "zasobem kadrowym" przypisanym do tzw. minimum kadrowego, a nie autonomicznym twórcą. Jeśli autorski wykład pracownika samodzielnego nie wpisuje się w sztywne ramy sylabusa, zatwierdzonego przez odpowiedzenie gremium wydziałowe lub uczelniane („radę programową”, która musi zadowolić wytyczne PKA), profesor jest zmuszany do korekty swoich treści. W ten sposób Komisja, dążąc do zapewnienia "porównywalności dyplomów", niechcący doprowadziła do uśrednienia jakości i stłumienia indywidualizmu akademickiego. Wolałbym, aby taki profesor był zmuszany do zmiany treści lub formy w procesie pogłębionej ewaluacji jego wykładów oraz w szerokiej dyskusji dydaktycznej. Samodzielność, która kiedyś była cechą osobniczą badacza, została zastąpiona przez "samodzielność systemową" – martwy zapis w dokumentacji akredytacyjnej.

Proces deprecjacji samodzielności dydaktycznej pracowników po habilitacji to coś więcej niż tylko zmiana wewnątrzuczelnianej hierarchii. To fundamentalna zmiana w ekosystemie akademickim. Przejście od modelu, w którym to stopień naukowy dawał mandat do kreowania myśli, ku systemowi, w którym profesor staje się jedynie wymiennym elementem w maszynerii sylabusów, rodzi pytania o przyszłość autorytetu. A może to dobra zmiana? Trudno mi to obiektywnie teraz ocenić. Ja osobiście się czuję skrepowany administracyjnie i biurokratycznie. Bo może nie towarzyszy temu procesowi pogłębiona i kolegialna dyskusja? Utrudniane jest szybkie modyfikowanie zajęć i dostosowywanie ich do zmian i potrzeb. Teoretycznie sylabus trzeba pisać nawet 3 lata przez realizacją zajęć (np. przedmiot realizowany jest  na trzecim roku studiów licencjackich a sylabus musi być gotowy na początku cyklu kształcenia). W praktyce staram się pisać w sylabusie treści i formy zaliczenia (weryfikacji efektów) możliwie szeroko, by ułatwić sobie szybki wybór w momencie rozpoczęcia konkretnych zajęć. Na przykład w sylabusie wpisuję 2-3 formy zaliczenia typu projekt lub sprawozdania z ćwiczeń. Ale jeśli dostaję do realizacji "cudzy" sylabus, a tam autor nie przewidział szerszej możliwości, to staję w obliczu gimnastyki terminologicznej. Czy da się podciągnąć mój pomysł dydaktyczny pod pojęcie „sprawozdanie” lub „prezentacja”? 

Jeśli habilitacja przestaje być certyfikatem suwerenności intelektualnej, a staje się jedynie kolejnym punktem w arkuszu oceny okresowej, uniwersytet traci swoją najsilniejszą broń -  osobowość mistrza. System, w którym koordynator-urzędnik zarządza treścią wykładu profesora, jest być może systemem bezpiecznym i przewidywalnym administracyjnie, ale jest to jednocześnie system jałowy. Dydaktyka pozbawiona autonomii badacza staje się jedynie przekazem informacji, a nie procesem formowania krytycznego myślenia. W czasach coraz lepszych narzędzi AI w przekazywaniu informacji mamy coraz silniejszą konkurencję i łatwo możemy być zastąpieni. Tekst można wygenerować z AI, potem dodać ładny głos do czytania tej treści. I dodać jeszcze obraz lub hologram, ładnej i mile wyglądającej osoby. I do tego zestaw ilustracji, wideo czy materiałów dodatkowych. I wszystko zza biurka, z udziałem nowych technologii.

Czy to dobrze, czy źle? Choć ocena zależy od przyjętej perspektywy – menedżerskiej lub humanistycznej – nie ulega wątpliwości, że cena za tę standaryzację jest wysoka. Jest nią zanik "ducha uniwersytetu" na rzecz "technologii kształcenia". Bez przywrócenia pracownikom samodzielnym ich realnego wpływu na kształt i formę dydaktyki, polskie uczelnie ryzykują, że staną się sprawnymi, lecz bezdusznymi korporacjami szkoleniowymi, w których zamiast spotkania z człowiekiem i jego doświadczeniem, student otrzymuje jedynie poprawnie wypełniony arkusz efektów uczenia się.

Może potrzebne są dodatkowe, uzupełniające formy? Na przykład otwarta i szersza dyskusja nad sposobami kształcenia i uczenia się? Dyskusja nad treściami, celami i sposobami mierzenia efektów kształcenia. Wymagałoby to większej kolegialności w tworzeniu programów studiów i projektowania dydaktyki. I nie o formalną (biurokratyczną) kolegialność mi chodzi a o rzeczywistą dyskusję. Kluczem jest współpraca i kolegialne budowanie treści i formy zajęć. Wtedy nie miałoby znaczenia kto formalnie jest podpisany jako koordynator. Wtedy sens pojęcia „koordynacja” nabrałoby rzeczywistego znaczenia.

Zaszły procesy nieprzypadkowe. Nie ma co lamentować nad upływającym czasem i zmieniająca się rzeczywistością. Być może polskiej nauce akademickiej nie jest już kompletnie potrzeba habilitacja. A z drugiej strony może potrzeba rzeczywistej, szerszej, wydziałowej współpracy przy tworzeniu treści i form dydaktycznych. Wiązałoby się to z uznaniem, że dydaktyka jest też ważna. Obecnie, przy zogniskowaniu się na punkty z publikacji i parametryzacji, dydaktyka traktowana jest marginalnie. Ma po prostu jakaś tam być. By zapewnić etaty.

13.02.2026

Rybiki – archaiczni, mali mieszkańcy łazienek, szczelin i książek

Rybik cukrowy jako mól książkowy, grafika wygenerowana przez Chat GPT, w więc jest na wolnej licencji.
 

Rybiki to niewielkie, bezskrzydłe owady o charakterystycznym, wydłużonym i lekko spłaszczonym ciele, pokrytym srebrzystymi łuskami. Zwykle mają do 1–2 cm długości i poruszają się szybko, „ślizgając się” po podłożu. Ale to tylko złudzenie, bo poruszają się na swoich sześciu odnóżach jak na owady przystało. Choć wielu osobom kojarzą się głównie z łazienką lub kuchnią, są to zwierzęta o bardzo długiej historii ewolucyjnej i ciekawym trybie życia. Mnie zainteresowały ze względu na filogenezę owadów i różne hipotezy powstania skrzydeł. W pokroju ciała są podobne do wielu larw jętek. Ale to już zupełnie inna opowieść, równie frapująca.

Rybiki należą do archaicznej grupy owadów, które nigdy w swojej filogenezie nie wykształciły skrzydeł. Są to owady bezskrzydłe. Mają długie, wieloczłonowe czułki oraz trzy nitkowate, członowane wyrostki na końcu odwłoka (dwa boczne i jeden środkowy), pełniące funkcje czuciowe. Ich oczy są małe, często silnie zredukowane, a u części gatunków całkiem zanikają – co dobrze pasuje do życia w ciemnych szczelinach, pod kamieniami czy w ściółce.

W środowisku naturalnym rybiki żyją m.in. w ściółce leśnej, pod korą drzew, w jaskiniach, a nawet w gniazdach mrówek i termitów. Część gatunków świetnie przystosowała się jednak do życia obok człowieka i stała się synantropijna – zasiedla domy, piwnice, szklarnie, biblioteki czy magazyny. W Polsce spotyka się tylko trzy gatunki, z których najbardziej znany jest rybik cukrowy (Lepisma saccharina), z rzędu Zygentoma (dawniej Thysanura).

Rybiki są aktywne głównie nocą. To kryptyczny tryb życia, wynikający z unikania potencjalnych drapieżników. Dewońscy przodkowie rybików prowadziły raczej dzienny tryb życia, bo nie było wtedy zbyt wielu drapieżników w tamtejszych lądowych ekosystemach. Współczesne rybiki żywią się przede wszystkim pokarmem roślinnym: resztkami organicznymi, glonami, martwą materią roślinną, a w domach – papierem, klejami, skrobią czy okruchami jedzenia. Dzięki temu bywają uznawane za drobne „szkodniki”, choć w rzeczywistości nie stanowią zagrożenia dla zdrowia człowieka. Dewońscy przodkowie zapewne też odżywiali się resztkami organicznymi. Być może to dla tej bazy pokarmowej wyszły na ląd. Ale trzymały się siedlisk wilgotnych. I tak im zostało do dzisiaj.

Rozmnażanie rybików jest dość nietypowe jak dla owadów. Zapłodnienie odbywa się zewnętrznie, co było typowe dla organizmów wodnych. Na lądzie zapłodnienie zewnętrzne było i jest utrudnione. Plemniki, jako gamety z wiciami, znakomicie poruszają się w środowisku wodny. Na lądzie dla nich jest za sucho i inne są warunki fizyczne. Nie da się takiej gamecie poruszać za pomocą wici czy rzęsek. To problem wszystkich organizmów lądowych, od grzybów, przez rośliny aż do zwierząt. Biologia daje nam wiele ciekawych adaptacyjnych rozwiązań, pozwalających pokonać to ograniczenie lądowego środowiska w zaplemnieniu i zapłodnieniu. U rybików samiec składa na podłożu spermatofor (pakiet z plemnikami, plemniomieszek), który następnie zostaje pobrany przez samicę i wprowadzony do swojego odwłoka. Rozwój jest prosty, bez stadium larwy i poczwarki, a młode osobniki wyglądają jak miniaturowe wersje dorosłych i wielokrotnie linieją w ciągu życia. Co ciekawe, rybiki mogą linieć nawet po osiągnięciu dojrzałości płciowej, co jest rzadkością wśród owadów. Jedynie u jętek linieje subimago. U pozostałych owadów postacie dorosłe (imagines) już nie rosną. A w konsekwencji nie linieją i nie zrzucają starego oskórka.

Choć niepozorne i często niedostrzegane, rybiki są interesującym przykładem owadów zachowujących wiele cech pierwotnych. Dla biologów są żywą skamieniałością. Stanowią ważny element ekosystemów glebowych i synantropijnych co interesuje z kolei ekologów.

Towarzyszą nam od zawsze, choć zwykle widzimy je tylko kątem oka - srebrzysty błysk na kafelkach, szybki ruch w stronę ciemnego kąta. Rybiki cukrowe i ich krewniacy są tak niepozorni, że rzadko poświęcamy im choć chwilę uwagi. A jednak, to jedne z najbardziej fascynujących owadów, jakie żyją dziś na Ziemi. Co więcej, są to stworzenia o rodowodzie tak starym, że mogłyby zawstydzić niejednego dinozaura. Żyją od dawna na Ziemi, przynajmniej od dewonu, a więc jakieś 400 milionów lat temu ta grupa powstała. To oznacza, że rybiki pojawiły się, zanim na ląd wyszły pierwsze kręgowce. I choć świat zmieniał się dramatycznie, one przetrwały niemal bez większych modyfikacji. Ich plan budowy pozostał zadziwiająco stabilny, bo środowiska, które zasiedlają - wilgotne, ciemne zakamarki - przez miliony lat wyglądały podobnie. Można więc powiedzieć, że w naszych domach żyją żywe skamieniałości, które są starsze od dinozaurów. A my nie zdajemy sobie z tego sprawy.

Nazwa „rybik” nie jest przypadkowa. Choć owady te nie mają nic wspólnego z rybami, ich wygląd może je przypominać. Do ryb mogą być podobne ze względu na to, że są pokryte łuskami… połyskujący srebrny kolor może przypominać kolor ryby. Ich ciało jest wydłużone, spłaszczone, zakończone trzema długimi przydatkami, a sposób poruszania - szybkie wyginanie ciała - rzeczywiście może kojarzyć się z ruchem ryby w wodzie, zwłaszcza jak patrzymy na rybę z góry.

W łazienkach spotykamy też inne drobne bezskrzydłe owady, jak skoczogonki, ale rybiki wyróżniają się srebrzystym połyskiem, nocnym trybem życia, błyskawiczną ucieczką, archaiczną budową, która niewiele zmieniła się od setek milionów lat.

W Polsce żyją trzy gatunki rybików, z czego najczęściej widujemy rybika cukrowego. Jego krewniak, rybik piekarniany (Termobia domestica), preferuje wyższe temperatury, dlatego łatwiej jest je spotkać w piekarniach… czasami w ludzkich kuchniach. Są jaśniejsze, nieco mniejsze i równie nieszkodliwe. Bo, co warto podkreślić, żaden z rybików nie stanowi zagrożenia dla człowieka. To nie są groźne zwierzęta… nie roznoszą żadnych chorób.

Jedną z najbardziej niezwykłych cech rybików jest ich zdolność do trawienia celulozy - materiału, który dla większości zwierząt jest praktycznie niestrawny. Rybiki mają własne geny kodujące enzym (celulazę), służący do trawienia celulozy… cechę wyjątkową. To odróżnia je od termitów czy niektórych mrówek, które korzystają z pomocy mikroorganizmów, znajdujących się w ich przewodach pokarmowych. Rybiki radzą sobie same. Czy własne enzymy – celulaza – to cecha archaiczna czy nowa ewolucyjnie? Dla mnie jest to zagadką. Czyżby owady uskrzydlone już na początku swojej filogenezy utraciły tę zdolność, charakterystyczną dla rybików? Czy też sześcionogi nigdy w swej przeszłości nie miały własnych genów do syntezy celulazy a rybiki nabyły tę cechę stosunkowo późno? Czyli z jednej strony archaiczny plan budowy a z drugiej bardzo nowoczesna cecha przystosowawcza na poziomie genetycznym i fizjologicznym. Liczę, że nauka i tę zagadkę rozwiąże, co przyczyni się do lepszego zrozumienia filogenezy owadów i ewolucji skrzydeł.

Co jedzą rybiki? Resztki organiczne (są saprofagiczne), grzyby i pleśnie (a więc możemy nazwać je mykofagami), cukry proste (stąd nazwa „cukrowy”) oraz papier i tapety na naturalnym kleju. Celuloza to cukrowe polimery. Człowiek w swoim środowisku też je wykorzystuje w postaci papieru (ale nie w celach konsumpcyjnych, zwłaszcza w łązience). Rybiki zaadoptowały się i do takiego pokarmy, gdy brakuje tradycyjnego detrytusu. Dlatego mogą pojawiać się w książkach, na kartonach czy w wilgotnych zakamarkach. Z tego względu moglibyśmy je nazwać molami książkowymi. Ale w książkach i dokumentach pojawiają się tylko w środowisku wilgotnym. A książkom bardziej szkodzi wilgoć i rozwijające się wtedy grzyby niż podjadanie przez nieliczne przecież rybiki.

Choć trudno to sobie wyobrazić, rybiki mają zaskakująco złożone zachowania godowe. Ich rytuał wygląda tak: samiec i samica dotykają się głowami czułkami, następnie wykonują serię ruchów przypominających taniec. Po jakimś czasie samiec przyczepia do podłoża spermatofor (czyli plemniomieszek, pakiet plemników). Rozciąga także od ściany kilka nici, które ułatwiają samicy odnalezienie plemniomieszka. Samica aktywnie go pobiera. Nie ma tu kopulacji - to metoda odziedziczona po najstarszych owadach, które wywodziły się ze środowiska wodnego. To zachowanie jest tak archaiczne, że stanowi behawioralną żywą skamieniałość w ewolucji owadów. W tym kontekście można zastanawiać się nad zwyczajami zapłodnienia u ważek i wykształcenia się wtórnego aparatu kopulacyjnego u samców. Ale o tym napiszę innym razem.

Czy powinniśmy się rybików pozbywać z własnego domu? To pytanie pojawia się często w różnych miejscach. Ale ja zapytam się „po co się pozbywać tak sympatycznych owadów?” Rybiki nie są oznaką brudu, nie przenoszą chorób, nie niszczą domu, nie zostawiają odchodów w zauważalnych ilościach, żyją po kilka lat i prowadzą nocny tryb życia. Jeśli komuś przeszkadzają, wystarczy ograniczyć wilgoć.  To jedyny czynnik, który naprawdę je przyciąga. Chemiczne środki owadobójcze nie są potrzebne. W czasach spadku bioróżnorodności, warto mieć takie niezwykłe zwierzątka w swoim domu. To synantropijni komensale. W ostatnich 50 latach ubyło w ekosystemach Ziemi około 75% owadów. Po co dokładać się do tego smutnego trendu?

Gatunki z rodzaju Atelura są myrmekofilami, spotkać możemy je w społecznościach owadów. A także w społecznościach termitów. Ludzie są też społecznym gatunkiem. Cieszmy się więc z własnych rybików, synantropijnych komensali w naszym sąsiedztwie.

Rybiki to niezwykłe stworzenia - dyskretni współlokatorzy, którzy przetrwali globalne katastrofy, epoki lodowcowe i dawne wymierania. W naszych domach pełnią rolę cichych sprzątaczy, zjadając resztki organiczne i grzyby. Rybiki z rodzaju Nicoletia żyją także w jaskiniach. W Polsce występuje Nicoletia phytophyla (nie ma polskiej nazwy, może pora na „chrzciny”?), możemy je spotkać w szklarniach. I też są raczej synantropami. Co ciekawe, gatunek ten opisany został z paryskiej szklarni. Tak więc nowe dla nauki gatunki możemy spotkać w swoim otoczeniu. Rozejrzyjmy się więc uważniej.

Na świecie do tej pory opisano 479 gatunków, głównie w krajach tropikalnych, tam gdzie ciepło i wilgotno. W Europie występuje 60 gatunków rybików a w Polsce trzy. Kiedyś nazywano je szczeciogonkami (Thysanura), ale w wyniku rewizji i nowych ustaleń wydzielono z tej grupy przerzutki (Archaeognatha) i właśnie rybiki. Niektóre rybiki uznawane są szkodniki magazynowe, zwłaszcza na statkach, w transporcie niektórych towarów. Wracając do rybika cukrowego i rybika piekarnianego, może warto spojrzeć na nie z odrobiną sympatii. W końcu niewiele gatunków może pochwalić się 400 milionami lat historii. 

Kiedyś rybiki łączone były w jedną grupę owadów bezskrzydłych (Apterygota) razem z pierwogonkami, widłogonkami i skoczogonkami. Ale w ciągu wielu lat badań sytuacja bardzo się skomplikowała a pokrewieństwa okazały się pozorne. W biologii jest jeszcze wiele do odkrycia, rewizji i ponownego uporządkowania by systematyka dobrze odzwierciedlała filogenezę.

12.02.2026

Edukacja poza klasą — narracyjne opracowanie wykładu Stanisława Czachorowskiego

Widok prelegenta (objaśnienie w tekście)
Każda okazja jest dobra by próbować i się samemu uczyć. Nauka od razu zastosowana w praktyce przynosi najlepsze edukacyjnie rezultaty. Od kilku tygodni planuję spore zmiany w sposobie prowadzenia wykładów. Zmiany chcę wdrożyć już w nowym semestrze. Ale jak i gdzie sprawdzić prototyp? I jak sprawdzać czy i jak działają nowopowstałe pomysły? 

Poproszono mnie o wykład dla grupy edukatorów z Rzeszowa, którzy odbywają wizyty studyjne (szczegóły niżej). Wizyta wypadła 4. lutego, w czasie moich koncepcyjnych przygotowań. Gdzież szukać lepszej okazji? Można opowiedzieć o swoich doświadczeniach w szeroko rozumianej edukacji ekologicznej ale i przy okazji wypróbować najnowsze pomysły. 

Od dawna udostępniam swoim studentom slajdy z moich wykładowych prezentacji w formie pliku pdf. Ale w czasach AI warto pokusić się o zupełnie nową formę studenckiego skryptu. Bo przecież głównym celem nie jest sprawdzanie obecności studentów na wykładzie i straszenie, że "to będzie na egzaminie" by zmobilizować ich do obecności. Celem są efekty kształcenia, dobrze zdefiniowane. Na prezentacjach umieszczam mało słów, więcej obrazów, schematów, słów kluczowych. A co, jeśli studenta nie będzie na wykładzie? Na przykład jest chory i ma zwolnienie lekarskie? Z samego pliku pdf niewiele wyczyta. Bo on miał za zadanie przypominać to, co się usłyszało na wykładzie. Zatem przydatna forma notatek uzupełniających ale nie wystarczająco dobry sposób uczenia się. Wcześniej już próbowałem hybrydowej formy wykładu - równolegle z wykładem na sali, całość nagrywana jest w MS Teams i archiwizowana w Zespole. Taka forma umożliwia obecność zdalną tym, którzy z róznych przyczyn nie mogli dotrzeć na salę wykładową. A z drugiej strony jest materiał do powtórek lub uzupełnienia swojej wiedzy dla nieobecnych. Jednoosobowo trudno to jednak dobrze zrealizować. Dlatego myślę o asystentach zajęć

Same pdfy z wykładów to za mało. Dlatego kupiłem sobie cyfrowy dyktafon (miałem stary, analogowy na taśmę, jednym słowem zabytek). Mogłem oczywiście wykorzystać do nagrywania smartfon (w każdym telefonie jest i dyktafon). Ale ten nowy dyktafon jest zintegrowany z narzędziami AI. Łatwo i szybko można dokonać audiodeskrypcji oraz podsumowania całego nagrania. Już wcześniej przetestowałem, ale teraz chciałem sprawdzić w pełnym działaniu. Uczestnicy wykładu otrzymali ode mnie pdf ze slajdami wykładu, podsumowanie i audiodeskrypcję (niemalże surową). Ale to jeszcze nie wszystko.

Co widać na zdjęciu? Ekran z wyświetlaną prezentacją (na sali są dwa ekrany, ten był dla mnie wygodnym podglądem by samemu nie odwracać się do publiczności i nie zerkać na ekran lub by nie odgrodzić się od publiczności masywną mównicą z laptopem). Na stole widać butai (skrzyneczka) z kamishibai - chciałem tylko pokazać to narzędzie bo zbyt liczna grupa słuchaczy czyniłaby pokaz teatru ilustracji zbyt mało czytelnym. Widać pilot do prezentacji, mały cyfrowy dyktafon i czasomierz. By kontrolować czas wystąpienia i nie przedłużać ani nie skończyć zbyt szybko. W głębi na stołach widać materiały dla słuchaczy, w tym kartki z "małą kartą postaci" do ćwiczeń praktycznych. 

Zatem nagrałem swoje wystąpienie, potem wspomniane narzędzie szybko zrobiło audiodeskrypcję i dwa podsumowania wykładu. Jedno zwykłe a drugie jeszcze bardziej skrótowe (sama kwintesencja). Słuchaczom wysłałem nie tylko pdf swojej prezentacji ale i audiodeskrypcję całego wystąpienia oraz podsumowanie. I tak chcę robić na wszystkich moich wykładach w najbliższym semestrze. W audiodeskrypcji pojawiły się różne błędy. Muszę więc przyłożyć się, by moja dykcja była lepsza, to powinno zmniejszyć liczbę błędów w audiodeskrypcji. I w nawiązaniu do pomysłu z asystentem zajęć będę chciał studentów zaprosić do współtworzenia notatek z wykładu. Przecież w taki sposób powstawały pierwsze skrypty na uczelniach. Teraz z technologią będzie łatwiej. A w tle pokażę studentom jak się uczyć.

Surowa audiodeskrypcja nie jest najlepsza. Język mówiony nie jest tożsamy z językiem zapisanym, pomijając błędy audiodeskrypcji i działania AI. Już po wysłaniu słuchaczom i po przemyśleniu, nieco zmodyfikowałem swój pomysł. Zapis wykładu wrzuciłem do kolejnego narzędzia AI z poleceniem poprawienia stylu. Efekt jest już znacznie lepszy. I to wszystko będę chciał już standardowo przećwiczyć na kilku wykładach w najbliższym semestrze. Mam także pomysły jak wspólnie ze studentami zrobić nowoczesnych skrypt. Wspólna praca zamiast kolokwiów wiedzowych i testów, a przy okazji uczenie się jak się uczyć z sensownym wykorzystaniem różnych nazrzędzi. Z zajęć wyjdą z całkiem nową formą notatek w postaci e-booka z elementami multimedialnymi. Taki współczesny skrypt epoki postpiśmiennej. Wspólnie będziemy odkrywali i tworzyli pierwsze prototypy. Co z tego wyjdzie? Zobaczymy. Nie boję się potknięć i błędów. 

Pora na kontekst wizyty studyjnej z woj. podkarpackiego. Odbyła się ona w ramach zadania "Wsparcie rozwoju nowoczesnego kształcenia zawodowego, szkolnictwa wyższego oraz uczenia się przez całe życie", realizowania w ramach szerszego projektu pt. "Zbudowanie systemu koordynacji i monitorowania regionalnych działań na rzecz kształcenia zawodowego, szkolnictwa wyższego oraz uczenia się przez całe życie, w tym uczenia osób dorosłych".

Głównym celem kilku zaplanowanych  dwudniowych wizyt studyjnych była wymiana informacji, wzajemnych doświadczeń oraz poznanie dobrych praktyk w zakresie współpracy szkół z przemysłem, edukacji cyfrowej i środowiskowej, kształcenia dualnego, projektowania przestrzeni edukacyjnych, kompetencji przyszłości oraz innowacji edukacyjnych. Program służy transferowi modeli edukacyjnych, technologicznych i organizacyjnych możliwych do wdrożenia w województwie podkarpackim. W wizycie studyjnej mieli wziąć udział: nauczyciele, dyrektorzy szkół, delegacja z Urzędu Marszałkowskiego (departament edukacji), doradcy zawodowi. Byli także pracownicy akademiccy.

Do mnie zwrócono się z propozycją pokazania przykładów edukacji środowiskowej w praktyce, tworzenie uczniowskich firm społecznych i turystycznych, łączenie kompetencji „eko” z edukacją zawodową. Po zapoznaniu się z kontekstem i odbiorcą zaproponowałem wykład z elementami aktywności słuchaczy, a moim celem było: podzielić się wiedzą z zakresu edukacji ekologicznej, edukacji pozaformalnej i promocji zachowań pro-środowiskowych (nawiązanie do celów rozwoju zrównoważonego). Chciałem, aby spotkanie zachęciło delegatów do aktywnego uczestnictwa, zadawania pytań oraz pobudzić ich myślenie. Wykład zaplanowałem na jedną godziną.

Swoje wystąpienie nagrałem, program sztucznej inteligencji dokonał audiodeskrypcji, następnie po naniesieniu małych poprawek kolejny program AI, na podstawie poprawionego podsumowania i zapisu audiodeskrypcji, przygotował zredagowaną językowo wersję płynną i narracyjną. Oto ona. 

Edukacja poza klasą — narracyjne opracowanie wykładu Stanisława Czachorowskiego

Stanisław Czachorowski, hydrobiolog i ekolog z czterdziestoletnim doświadczeniem akademickim, rozpoczyna swoje wystąpienie od prostego, ale znaczącego komunikatu: nie będzie ocen ani nagród, jedyną gratyfikacją ma być satysfakcja z działania. Już na początku podkreśla, że jego celem nie jest tradycyjny wykład, lecz zaproszenie do myślenia o edukacji w zupełnie nowy sposób.

Prelegent wspomina, że choć ukończył dobrą szkołę pedagogiczną i przez lata dokształcał się, dziś czuje się jak ktoś, kto musi uczyć się od nowa. Nie dlatego, że został źle przygotowany, ale dlatego, że świat zmienił się szybciej niż edukacja. Porównuje tę sytuację do ryby przeniesionej do lasu — nie jest niezdolna, tylko znalazła się w środowisku, do którego nie została stworzona. To obrazowe porównanie staje się motywem przewodnim całego wystąpienia: musimy nauczyć się edukacji na nowo, bo zmieniły się warunki, odbiorcy i narzędzia.

Nowe sposoby uczenia się

Czachorowski prowadzi słuchaczy przez ewolucję myślenia o edukacji — od behawioryzmu, który opierał się na prostym schemacie „polecenie–reakcja”, przez konstruktywizm, aż po konektywizm, w którym kluczowe stają się relacje, sieci i uczenie się w środowisku cyfrowym. Podkreśla, że dziś nikt nikogo „nie naucza” w tradycyjnym sensie — każdy uczy się sam, a rolą edukatora jest tworzenie warunków, które to umożliwiają.

Doświadczenie zamiast ekranu

W kolejnych fragmentach wykładu prelegent zwraca uwagę na coś, co uważa za jedno z największych wyzwań współczesności: młode pokolenie zna świat głównie z ekranów. Brakuje im bezpośredniego kontaktu z naturą, prostych doświadczeń, które kiedyś były codziennością — grzebania patykiem w ziemi, obserwowania owadów, dotykania roślin, wąchania lasu. Opowiada anegdotę o studencie, który zbierał odchody zwierząt do badań i aby uniknąć plotek, założył biały fartuch i udawał, że bada czystość mleka. Ta humorystyczna historia pokazuje, jak ważne są praktyczne działania i jak bardzo nauka zakorzeniona w realnym świecie potrafi angażować.

Szkoła jest wszędzie

Czachorowski przekonuje, że edukacja nie musi — a wręcz nie powinna — ograniczać się do budynku szkoły. „Szkoła jest wszędzie” — mówi, pokazując zdjęcia z rzeki Łyny, laboratoriów, leśnych przedszkoli, muzeów i ścieżek dydaktycznych. Edukacja może odbywać się w hotelu, restauracji, parku krajobrazowym, na łące, w skansenie, w bibliotece czy podczas lokalnego festynu. W tym ujęciu edukatorem może być każdy: nauczyciel, naukowiec, przedsiębiorca, animator kultury, a nawet przypadkowy pasjonat.

Współpraca z biznesem i lokalnymi społecznościami

Prelegent przywołuje przykład Hotelu Krasicki w Lidzbarku Warmińskim, gdzie właściciele szukali sposobów na urozmaicenie pobytu gości. Okazało się, że proste aktywności — robienie masła, zbieranie ziół, krótkie spacery przyrodnicze — są dla wielu osób atrakcyjne, bo pozwalają doświadczyć czegoś, czego na co dzień nie robią. Podobnie działają lokalne inicjatywy: malowane przystanki, warsztaty rękodzielnicze, bookcrossing, patchwork, malowanie dachówek. Wszystkie te działania łączą ludzi i tworzą przestrzeń do wspólnego uczenia się.

Technologia jako wsparcie, nie cel

Ważnym elementem wykładu jest rola technologii. Czachorowski pokazuje, jak smartfony mogą wspierać edukację terenową — dzięki aplikacjom do rozpoznawania roślin i zwierząt, QR kodom czy prostym narzędziom do dokumentowania obserwacji. Jednocześnie podkreśla, że technologia nie zastępuje doświadczenia — ma jedynie pomagać w jego pogłębianiu.

Szczególne miejsce zajmuje kamishibai, czyli japoński teatrzyk obrazkowy. Prelegent pokazuje drewnianą skrzynkę i wyjaśnia, że to narzędzie działa bez prądu, nie odbija światła i świetnie sprawdza się w terenie. Zachęca, by tworzyć lokalne opowieści i wykorzystywać je w pracy z dziećmi i dorosłymi.

Nauka obywatelska — każdy może być badaczem

Czachorowski opowiada o projektach citizen science, w których zwykli ludzie pomagają naukowcom, przesyłając zdjęcia i obserwacje z terenu. Dzięki takim działaniom udało się m.in. udokumentować ekspansję modliszki w Polsce. Wystarczy telefon, zdjęcie i ciekawość — resztę zrobi statystyka i praca zespołowa.

Wspólne działania jako budowanie więzi

Wykład przechodzi następnie do tematu integracji społecznej. Prelegent pokazuje zdjęcia warsztatów szycia, budowania domków dla jeży, malowania kamieni i dachówek. Porównuje te aktywności do dawnych wiejskich zwyczajów, takich jak darcie pierza czy szatkowanie kapusty — okazji do spotkania, rozmowy i wspólnego działania. Współczesne warsztaty pełnią podobną funkcję: łączą pokolenia i tworzą przestrzeń do bycia razem.

Zadanie dla uczestników

Na koniec Czachorowski wraca do białych kartek rozdanych na początku. Prosi, by każdy wymyślił bohatera i krótki zarys opowieści, a następnie — korzystając ze smartfona i AI — stworzył krótką bajkę. To ćwiczenie ma pokazać, jak łatwo można generować materiały edukacyjne i jak technologia może wspierać kreatywność.

Zakończenie

Wystąpienie kończy się prostym, ale mocnym przesłaniem: uczymy się przez całe życie, w małych porcjach, w każdym miejscu. Edukacja nie jest zamknięta w klasie — jest tam, gdzie są ludzie, ciekawość i doświadczenie. A każdy z nas może stać się projektantem edukacji, jeśli tylko zechce.

11.02.2026

Kreatywność człowieka i AI: podobieństwo pisania, podobieństwo myślenia

Grafika wygenerowana przez Chat GPT, jako ilustracja do tekstu.
 

Pisanie, zarówno ludzkie, jak i generowane przez AI, zaczyna się od pomysłu i nadania struktury przekazu. Najpierw pojawiają się słowa kluczowe, ich kolejność, relacje między nimi, a dopiero później struktura ta wypełnia się słowami, zdaniami i akapitami. Jest to proces zaskakująco podobny do notowania graficznego: najpierw szkic, mapa pojęć, osie znaczeń; dopiero potem narracja. Różnica polega chyba jedynie na kierunku transformacji, nie na samej logice myślenia (kompozycji).

Notowanie graficzne jest w pewnym sensie odwrotnością pisania tekstu. Z gotowej wypowiedzi, linearnej, rozwiniętej, językowo kompletnej, wyodrębnia się pojedyncze słowa kluczowe, zaznacza strukturę i relacje między treściami wypowiedzi. To właśnie w takiej postaci wysłuchaną treść najczęściej zapamiętujemy. Nie przechowujemy w pamięci całych zdań, lecz ich szkielet, wyłowione pojęcia, zależności, hierarchie. Podczas czytania lub słuchania nie kopiujemy treści do głowy, lecz wbudowujemy ją w już istniejący system wiedzy. Jedne informacje łatwiej nam się wbudowują, inne trudniej. Zawsze odbieramy tekst przez pryzmat tego, co już wiemy, myślimy i przeżyliśmy a także przez kontekst miejsca, czasu i aktualnych potrzeb. Dlatego ta sama opowieść, bajka, wiersz czy książka może zostać zupełnie inaczej odebrana przez różnych ludzi, a nawet przez tę samą osobę w różnych momentach życia. Znaczenie nie tkwi wyłącznie w tekście. Powstaje ono dopiero w procesie odkodowania. Nie tylko to, co jest wypowiedziane, ma znaczenie, lecz również jak zostanie zinterpretowane i wbudowane do własnego konstruktu wiedzowego. Część tego procesu jest przypadkowa, ale w dużej mierze zależy od wcześniejszych doświadczeń poznawczych. Do każdej cudzej wypowiedzi dokładamy cząstkę siebie — własne skojarzenia, emocje, schematy pojęciowe.

Pisanie z użyciem AI wydaje się procesem odwrotnym, ale tylko pozornie. Prompt jest pomysłem, strukturą, zestawem słów kluczowych i relacji. To rodzaj notatki graficznej zapisanej językiem poleceń. AI wypełnia tę strukturę poprawnymi stylistycznie zdaniami, rozwija ją w spójną narrację. W tym procesie również pojawia się element przypadku (stochastyczność) oraz kontekst: zadane parametry, rola („działaj jako…”), styl, długość, odbiorca. Efekt końcowy nigdy nie jest w pełni deterministyczny. Chaos deterministyczny obserwujemy nie tylko w zjawiskach fizycznych, chemicznych czy biologicznych.

I tu dochodzimy do istotnego podobieństwa z ludzkim pisaniem. Człowiek również zaczyna od ogólnego zarysu: ma pomysł, intencję, czasem plan akapitów. Jednak w chwili, gdy zaczyna pisać lub mówić, proces zaczyna żyć własnym życiem. Kolejne słowa i zdania nie są jedynie realizacją pierwotnego planu. One z niego wynikają, ale jednocześnie go modyfikują. Język niesie autora. Pojawia się swoista „bezwładność językowa” a raz uruchomiona narracja generuje kolejne elementy, skojarzenia i dopowiedzenia. Myśl w trakcie zapisu zmienia się pod wpływem samego aktu pisania.

W tym sensie człowiek również jest „stochastyczną papugą” - nie w znaczeniu braku twórczości, lecz w sensie działania na bazie wcześniej przyswojonych wzorców językowych, kulturowych i poznawczych. Twórczość nie polega na tworzeniu z niczego, lecz na dynamicznym przekształcaniu tego, co już zostało zapamiętane. Dokładnie to samo robi AI, choć innymi środkami i na inną skalę.

Różnica nie leży więc w samym mechanizmie pisania, lecz w źródle doświadczenia. AI nie ma biografii, emocji ani cielesnego zakotwiczenia w świecie. Człowiek - tak. Ale struktura procesu jest zaskakująco podobna: pomysł → struktura → wypełnienie → reinterpretacja w trakcie. Pisząc z AI, możemy ten proces zobaczyć i siebie samych, jak w lustrze. Zewnętrzny model językowy ujawnia mechanizmy, które dotąd były dla nas przezroczyste. Przynajmniej ja mam takie odczucia. Analizując pracę AI dostrzegam lepiej swój własny sposób pisania i tworzenia.

Być może dlatego pisanie z AI jest tak poznawczo niepokojące i jednocześnie inspirujące. Dzięki niemu zaczynamy lepiej rozumieć własną twórczość, nie jako akt natchnienia, lecz jako proces strukturalny, probabilistyczny i dialogiczny. AI nie tyle zastępuje ludzką kreatywność, ile ją odsłania. Pokazuje, że twórczość to nie cud, lecz złożona gra pomiędzy pomysłem, językiem i tym, co już w nas wcześniej zostało zapisane.

W tym miejscu pojawia się jeszcze jedno istotne podobieństwo, które często umyka w dyskusjach o AI. Tak, jak sztuczna inteligencja poprawia mój szkic i rozwija mój pomysł, tak od dawna działają redaktorzy w redakcjach, wydawnictwach i czasopismach naukowych. Redaktor nie jest autorem tekstu, lecz jego współtwórcą w sensie procesowym. Poprawia styl, sugeruje skróty lub rozwinięcia, zmienia kolejność akapitów, dopytuje o sens niejasnych fragmentów. W czasopismach naukowych dodatkowo redaktora wspomagają recenzenci swoimi opiniami i aktywnością. Redaktor czasem wzmacnia argument, czasem go osłabia, czasem usuwa to, co autor uważał za kluczowe. Tekst po redakcji bywa inny niż pierwotny zamysł, często jest lepszy, czasem po prostu bardziej komunikatywny. 

AI pełni dziś bardzo podobną funkcję, choć w innej skali i z inną szybkością. Nie odbiera autorstwa, lecz działa jak nieustannie dostępny redaktor. Reaguje na szkic, porządkuje strukturę, wygładza język, proponuje alternatywne sformułowania. Różnica polega na tym, że dawniej redakcja była etapem elitarnym i instytucjonalnym, zarezerwowanym dla tekstów „wartych publikacji”. Dziś każdy może mieć własnego redaktora od pierwszego zdania, nawet na etapie myślenia na głos.

Co więcej, podobnie jak w relacji autor–redaktor, ostateczna odpowiedzialność za sens pozostaje po stronie człowieka. Redaktor nie myśli za autora - on tylko negocjuje znaczenie tekstu. AI robi to samo: podpowiada, ale nie decyduje. To autor wybiera, które sugestie przyjąć, a które odrzucić, które zdanie „brzmi jak moje”, a które choć poprawne, jednak odczuwa jako obce.

W tym sensie pisanie z AI nie jest zerwaniem z tradycją pisania, lecz jej radykalnym upowszechnieniem. To, co wcześniej było luksusem pracy zespołowej: autor, redaktor, korektor - dziś staje się częścią indywidualnego procesu twórczego. AI nie likwiduje ludzkiej kreatywności, tak jak redaktor jej nie likwidował. Przeciwnie, wydobywa ją, porządkuje i czyni widoczną. Dzięki temu jeszcze wyraźniej widać, że pisanie nigdy nie było aktem samotnym, zawsze było dialogiem.


Druga wersja grafiki, wygenerowanej przez Czat GPT. Nieco inny schemat, który można inaczej odczytywać. Podobnie jest z generowanymi tekstami. Możemy przecież wybierać różne wersje. 


9.02.2026

Bajka o Chruściku Upartym, który pomylił nurt

Grafika wygenerowana przez Chat GPT. Niby wszystko ładne, ale uważne oko specjalisty dostrzeże małe błędy merytoryczne w budowie chruścików i jętek. Szybko i powierzchownie ładne lecz w szczegółach fałszywe. Może to jedynie mało istotne szczegóły?
 

W czasach AI pisać może każdy - trochę lepiej lub trochę gorzej. Nie każdy odczyta aluzję tego pierwszego zdania. W oryginale chodziło o śpiewanie w wykonaniu Jerzego Stuhra. To zdanie, choć brzmi banalnie, trafnie oddaje skalę zmiany, z jaką mamy dziś do czynienia. Umiejętność, która przez tysiąclecia była rzadka, wymagająca i społecznie selektywna, stała się powszechna. Pisanie przestało być barierą, a zaczęło być funkcją dostępną niemal „na żądanie”. Polacy zaczęli masowo pisać.... gdy pojawiły się smartfony. To esemesy. Wcześniej nigdy tak wielu i tak dużo nie pisało. Papierowy list wymagał jednak większego wysiłku i przygotowania  pomocy: papieru, długopisu lub pióra, koperty, znaczka pocztowego. I trzeba było iść na pocztę lub do najbliższej skrzynki pocztowej. A smartfon był zawsze pod ręką i nie trzeba było szukać poprawnego adresu odbiorcy. Ten telefoniczny etap mikro pisarstwa mamy już za sobą. Pora na więcej.

Kiedyś tworzenie było trudne. Niewielu potrafiło układać opowieści, a jeszcze mniej je zapisywać. Kultura opierała się więc na pamięci. Łatwiej było zapamiętać krótką historię i ją powtarzać, niż wymyślić nową. Krótkie bajki, długie baśnie, a nawet całe epopeje funkcjonowały jako struktury utrwalone w ludzkich umysłach, przekazywane z pokolenia na pokolenie (z imprezy na imprezę, ze spotkania na spotkanie). Twórczość polegała głównie na rekombinacji znanych motywów, lekkim przetwarzaniu zasobów pamięci zbiorowej. Z tego samego powodu łatwiej było sięgnąć po przysłowie lub powiedzenie niż stworzyć nowe i wprowadzić je do obiegu kulturowego. Oryginalność była kosztowna a przez to rzadka.

Pojawienie się pisma, a później książek, radykalnie zmieniło relację człowieka z pamięcią. Zapisywanie na papierze odciążyło umysł. Nie trzeba już było pamiętać wszystkiego - wystarczyło wiedzieć, gdzie zajrzeć. Książka na półce stawała się zewnętrznym magazynem pamięci. Chcąc przeczytać dziecku bajkę, należało jedynie odnaleźć właściwy tom i odpowiednią historię, najlepiej z pasującym morałem. Twórczość nadal była trudna, ale dostęp do treści coraz łatwiejszy. Archiwa rosły, biblioteki pęczniały, a kultura coraz bardziej przesuwała się od pamięci ku wyszukiwaniu.

Sztuczna inteligencja wykonuje kolejny, jakościowo inny krok. Nie tylko przechowuje treści, ale aktywnie je wytwarza (przetwarza to, co zassała). Dzięki AI pisać może każdy i to bez treningu, bez warsztatu, bez wieloletniej praktyki. Próg wejścia został drastycznie obniżony (przygotowaniem było pisane esemesów). To, co wcześniej wymagało kompetencji językowych, stylistycznych i kulturowych, dziś często sprowadza się do sformułowania polecenia (promptu). Pisanie przestaje być umiejętnością elitarną, a zaczyna przypominać rozmowę z narzędziem.

Rodzą się więc pytania fundamentalne. Czy w takim świecie w ogóle trzeba będzie coś zapamiętywać? Czy sensowne pozostanie archiwizowanie treści w bibliotekach, skoro w dowolnym momencie można wygenerować nową i to na swoim telefonie komórkowym? Po co przechowywać tysiące bajek w dziesiątkach książek na półce, skoro każdą z nich można stworzyć „na miarę”, dopasowaną do wieku dziecka, aktualnego nastroju, konkretnej sytuacji wychowawczej? Bajka przestaje być obiektem, a staje się usługą. Nie jest już dana raz na zawsze, lecz powstaje tu i teraz, na chwilową potrzebę.

Ta łatwość ma jednak swoją cenę. Gdy pisanie staje się powszechne, traci status czegoś wyjątkowego. Wartość nie leży już w samym fakcie wytworzenia tekstu, lecz w intencji, selekcji i odpowiedzialności za sens. Paradoksalnie, im łatwiej pisać, tym trudniej powiedzieć coś istotnego. AI może wygenerować tekst poprawny, spójny i stylistycznie gładki, ale to człowiek nadal decyduje, po co w ogóle pisać i co uznać za warte wypowiedzenia.

Być może więc nie stoimy u progu końca pamięci ani bibliotek, lecz zmiany ich funkcji. Zamiast magazynów treści staną się one punktami odniesienia, kotwicami znaczeń, źródłami kryteriów jakości. W świecie, w którym „każdy może pisać”, kluczową kompetencją nie będzie już samo pisanie, lecz myślenie: umiejętność zadawania pytań, oceniania sensu i rozpoznawania wartości. AI nie znosi potrzeby kultury, zmusza nas jedynie do jej przemyślenia na nowo.

Przecież w dowolnym momencie stworzysz sobie własną bajkę, do aktualnych potrzeb. Tak jak opowiadanie dowcipu w towarzystwie. Szukać w pamięci wcześniej zasłyszanych w innym gronie? Wyszperać w książkach, zapamiętać i zabłysnąć? Oczywiście anegdota musi pasować do kontekstu. Tak jak i bajka. Niby pełna fantazja a jednak coś ma powiedzieć o tym, co tu i teraz. Inna forma przekazu. Wydaje się bezpieczna. Zatem sięgamy do telefonu, włączamy AI, wpisujemy prompt... i po kilku minutach (wliczając pisanie promptu), możemy zabłysnąć dowcipem, czy edukacyjną bajką. 

Jak powstała niżej zamieszczona opowiastka w formule bajki? W czasie warsztatów w galerii handlowej w ramach WOŚP. Przygotowałem małą kartę postaci, do wypełnienia długopisem. Potem można było zeskanować wypełnioną kartę postaci i wraz z promptem zadać zadanie dowolnemu LLM (dużemu Modelowi Językowemu czyli AI). Dwa elementy twórczości: charakterystyka postaci a potem zadanie głównego tematu, grupy docelowej oraz morału lub motta dla całej opowieści. W holu galerii handlowej jest mało czasu i dużo zgiełku. Chciałem pokazać innym jak to zrobić i samemu sprawdzić w tych niecodziennych warunkach. Pomyślałem o chruścikach i o akceptacji błędu w dydaktyce akademickiej. I tak oto pojawiła się bajka o Chruściku Upartym.

Prompt "Napisz bajkę edukacyjną dla studentów biologii z Olsztyna w wieku 20 lat. Użyj tonu dowcipnego i populanonaukowego. Bajka ma być o Postaci Chruścik Uparty, który mieszka w rzece Łynie. Mottem bajki jest to, że nie należy bać się swoich błędów bo błędy prowadzą nas do wiedzy. Użyj załaczonej karty postaci" (pisownia oryginalna, zachowane literówki i błędy interpunkcyjne).

Bajka o Chruściku Upartym, który pomylił nurt

W rzece Łynie, tej samej, nad którą studenci biologii z Olsztyna uczą się rozróżniać makrobezkręgowce zanim nauczą się odróżniać poniedziałek od wtorku, mieszkał Chruścik Uparty. Miał trzy miesiące, był w stadium larwy i wyglądał dokładnie tak, jak larwy chruścików powinny wyglądać: niepozornie, robakowato i jakby ktoś zapomniał dodać im ambicji. Ale Chruścik miał ambicje. I to jakie.

Każdego dnia moczył się w wodzie, budował swoją kryjówkę z piasku, patyczków i wszystkiego, co nurt uznał za „przydatne”, a potem zjadał mszywioły, bo tak kazała ewolucja i zdrowy rozsądek. Czasem, dla rozrywki, pokonywał hydrę (mentalnie) i zjadał larwy jętek, co uważał za dowód osobistego rozwoju. Lubił czystą wodę i piosenki folkowe, których oczywiście nikt w rzece nie słyszał, ale on twierdził, że rezonują w jego hemolimfie. Nie znosił śmieci w rzece, bo nawet larwa wie, że plastik nie jest elementem naturalnego siedliska. Jego przyjaciółmi były jętki, ważki i skorupiaki — każdy z inną strategią życiową, ale wszyscy zgodni co do jednego: ryby, zwłaszcza te, które zjadają bentos, to problem systemowy.

Pewnego dnia Chruścik postanowił być mądrzejszy niż nurt.

— Popłynę pod prąd — stwierdził. — Bo tak robią silni osobnicy.

Popłynął. Źle. Zamiast do spokojnej zatoki trafił w miejsce o silnym przepływie, mętnej wodzie i podejrzanej ilości osadu. Mszywiołów było mało, za to ryby krążyły jak studenci przed sesją — nerwowo i głodne. Chruścik spanikował. Zrobił wszystko nie tak: źle się zakotwiczył, źle ocenił substrat, źle zinterpretował sygnały środowiskowe. Przez chwilę był przekonany, że to koniec jego kariery larwalnej.

Ale wtedy wydarzyło się coś ważnego. Zauważył, że w silniejszym nurcie kryjówka musi być cięższa, w mętnej wodzie filtracja pokarmu działa inaczej, a ryby częściej patrolują miejsca, gdzie bentos popełnia błędy. Chruścik uczył się na własnych pomyłkach. Nie dlatego, że był genialny, tylko dlatego, że przeżył wystarczająco długo, by je zrozumieć. Po kilku dniach wrócił w bezpieczniejsze miejsce. Z nową kryjówką. Z lepszą strategią. Z wiedzą.

Wieczorem, gdy rzeka Łyna szumiała jak prezentacja PowerPoint puszczona bez narracji, Chruścik opowiadał bajki swoim przyjaciołom.

— Błędy nie są porażką — mówił powoli, bo był trochę taktowny i lubił długie spanie. — Błędy to dane. A dane prowadzą do wiedzy.

Jętki kiwały głowami. Ważki notowały mentalnie. Skorupiaki udawały, że wiedziały to od zawsze. A gdzieś nad rzeką studenci biologii robili kolejne nieidealne notatki terenowe, mylili larwy, źle oznaczali gatunki i… uczyli się dokładnie tak samo jak Chruścik Uparty. Bo w biologii - i w życiu - nie chodzi o to, by nie popełniać błędów. Chodzi o to, by przeżyć wystarczająco długo, żeby je zrozumieć.

*  *  *

Liczyłem, że i inne opowieści (a powstało ich kilka) uda się zebrać w jeden e-book. Ale ciągle czekam na przesłanie od innych, galeriowych twórców. A może współtwórców?  A skoro tak łatwo można tworzyć ładnie i spójnie wyglądające małe i duże formy opowieści, skoro tak dużo będzie pisarzy, to czy teraz nie zabraknie czytelników? Skoro pisanie stało się łatwiejsze to czytanie i słuchanie przeszło na pozycję pożądanego deficytu. Może więc również AI zatrudnimy do czytania? Skoro nam będzie brakowało czasu na czytanie, słuchanie i delektowanie się treścią? I tak oto, krok po kroku rodzi się świat opowieści tworzonych i czytanych prze z AI. I być może ten świat komunikacji będzie mógł istnie bez człowieka? Lub z tylko niewielkim naszym udziałem? Świat myśli, świat kultury, jako nakładka na cywilizacji ludzkiej? I to stopniowo się uniezależniający. W zjawisku życia biologicznego taki proces zachodził już wiele razy. Nie będzie więc żadnej nowości tylko kontynuacja globalnego procesu. A my z korony stworzenia staniemy się jedynie epizodem, przemijającym stanem pośrednim. Niczym jakiś Australopitek...