11.09.2026

AI jak księga zaklęć czyli nowa nauka malowania obrazów

Zdjęcie wygenerowane (przerobione)
przez Chat GPT. Oryginał niżej.

Żeby malować, trzeba było kiedyś nauczyć się robić farby, przygotować pędzel lub inne podobne narzędzie i odwzorowywać swoje wyobrażenie na ścianie jaskini, skórze, kamieniu, desce a w końcu płótnie i papierze.  Malować. Brzmi banalnie, ale przez tysiące lat była to prawda niemal tak oczywista jak to, że żeby biegać, trzeba mieć nogi. Młody adept sztuki brał więc do ręki węgiel, kredki, pędzel albo farby i ćwiczył. Powoli opanowywał technikę. Rysował kreskę, potem drugą, próbował uchwycić proporcje, światło, perspektywę. Akwarela wymagała innego warsztatu niż olej, a fresk jeszcze innego. Technika była częścią sztuki. Nie dało się jej ominąć. Wiele godzin pracy i uczenia się techniki. 

Potem pojawił się aparat fotograficzny i narobił artystom trochę zamieszania. Nagle można było nacisnąć guzik i otrzymać obraz rzeczywistości znacznie wierniejszy niż ten, który większość ludzi potrafiła namalować. Portret przestał wymagać godzinnego siedzenia przed malarzem. Widoczek można było zatrzymać na kliszy. Aparat odebrał malarstwu część jego funkcji, ale jednocześnie stworzył nowe możliwości. Trzeba było nauczyć się czegoś innego: kadrowania, czasu naświetlania i migawki, światła, kompozycji, pracy z głębią ostrości. No i oczywiście trzeba było opanować technikę wywoływania zdjęć. Niczym w pracowni alchemika. Pędzel można było odłożyć, ale oko nadal trzeba było ćwiczyć.

Potem przyszła fotografia cyfrowa, a wraz z nią programy graficzne. Człowiek odkrył, że zdjęcie nie jest już czymś ostatecznym. Można je przyciąć, rozjaśnić, przyciemnić, renderować, poprawić kolory, usunąć niechciany element, coś dodać, wygładzić zmarszczki na twarzy. I to znacznie szybciej i łatwiej niż w ciemni fotograficznej. Z czasem nauczyliśmy się nawet, że zmarszczki są pewnego rodzaju błędem technicznym, który można naprawić suwakiem w odpowiednim programie graficznym. Cyfrowy makijaż stał się równie powszechny jak ten nakładany przed lustrem. Świat piękniejszy niż w rzeczywistości. Wyidealizowany, podrasowany. Namalowany.

I wtedy wkroczyła sztuczna inteligencja. Tym razem zmiana jest jeszcze bardziej niezwykła, bo do tworzenia obrazu niekoniecznie potrzebujemy już aparatu, pędzla ani nawet szczególnego talentu manualnego. Potrzebujemy słów. Pisania. Instrukcji. Promptu. Jak w baśniach z magicznymi zaklęciami. To trochę tak, jakby po tysiącach lat rozwoju malarstwa ktoś nagle powiedział: „Odłóż pędzel. Powiedz mi tylko, co mam namalować”. I komputer-wróżka odpowiada: „Dobrze”. W ten sposób pojawiła się nowa technika malarska, w której narzędziem nie jest pędzel, lecz język. Prompt przypomina zaklęcie. Im precyzyjniej je wypowiemy, tym większa szansa, że magiczna różdżka cyfrowego generatora wyczaruje coś zgodnego z naszym zamysłem. Chcemy średniowiecznego miasta o świcie? Proszę bardzo. Portret biologa stojącego nad rzeką? Można. Akwarela przedstawiająca ważkę siedzącą na trzcinie? Też można. A jeśli ważka ma mieć trzy pary skrzydeł i uśmiechać się jak kot z Wilkowyj, sztuczna inteligencja prawdopodobnie również spróbuje spełnić nasze życzenie. Czasem aż za bardzo. Ale jak nieporadnie dziecko stawia pierwsze kreski kredką, tak nieporanie wypowiadamy zaklęcia-prompty i efekt często daleki jest od naszych oczekiwać. Trzeba próbować dalej. Trzeba się uczyć.

Trzeba więc nauczyć się nowego warsztatu. Nie jest nim już wyłącznie umiejętność przygotowania farb, podobrazia czy umiejętność prowadzenia ręki po papierze. Jest nim umiejętność formułowania intencji. Trzeba wiedzieć, co chcemy zobaczyć, jak to opisać, jakie ograniczenia wprowadzić, jak wskazać styl, kompozycję, światło, perspektywę czy atmosferę. Potrzebna jest znajomość języka, wyobraźnia i pewna doza cierpliwości. A także znajomość samego narzędzia, bo każda cyfrowa „różdżka” ma trochę inne właściwości.

Czy to jeszcze malowanie? Oczywiście, że jest to inna technika tworzenia obrazu. Tak jak fotografia nie jest malarstwem, a grafika komputerowa nie jest fotografią. Nie oznacza to jednak, że jedna technika unieważnia poprzednią. Pojawienie się fotografii nie sprawiło, że malarstwo przestało istnieć. Przeciwnie, uwolniło je częściowo od obowiązku wiernego kopiowania rzeczywistości. Impresjoniści, ekspresjoniści, abstrakcjoniści i inni artyści mogli coraz śmielej pytać nie o to, jak rzeczywistość wygląda, ale jak ją widzimy i przeżywamy. AI wykonuje kolejny krok. Oddziela tworzenie obrazu od manualnego wykonania. Człowiek może być pomysłodawcą, reżyserem i redaktorem a maszyna wykonawcą. To trochę tak, jakby malarz dostał do dyspozycji niewidzialną pracownię pełną pomocników, którzy potrafią w ciągu kilkunastu sekund (a raczej minut) przygotować dziesiątki wersji jego pomysłu. A przecież i tak bywało w pracowniach wielkich mistrzów - oni dawali nazwisko a wiele prac wykonywali anonimowo uczniowie. 

Nie znaczy to jednak, że sztuka stała się łatwa. Łatwiej jest stworzyć obraz. Trudniej stworzyć obraz dobry, oryginalny i znaczący. To zasadnicza różnica. AI potrafi wygenerować obraz niezwykle realistyczny, dopracowany i efektowny. Tyle że efektowność nie jest jeszcze sztuką. Tak jak aparat fotograficzny nie gwarantował dobrego zdjęcia, a program graficzny nie gwarantował dobrego projektu. Narzędzie może być dobre, ale ktoś nadal musi wiedzieć, po co go używa. I jak. I tutaj pojawia się problem znacznie poważniejszy niż pytanie o to, jak odróżnić prawdę od fantazji? Jak odróżnić rzeczywistość o kreacji. Kiedyś zdjęcie było ważnym elementem uwiarygodniającym przekaz. Niczym złapanie kogoś za rękę na gorącym uczynku. Teraz to znacznie trudniejsze. 

Przez dziesięciolecia przyzwyczajaliśmy się do tego, że fotografia jest dowodem rzeczywistości. Tymczasem już dawno przestała nim być. Czasopisma odmładzały twarze, poprawiały sylwetki, wygładzały cerę, zmieniały kolory i usuwały wszystko, co uznano za niepotrzebne. „Photoshop” stał się wręcz synonimem manipulacji obrazem. AI nie wymyśliło więc fałszowania fotografii. Ono po prostu zrobiło kolejny, bardzo potężny krok. Kiedyś chodziliśmy do studia fotograficznego lub jeździliśmy w plener na sesje zdjęciowe. I wybieraliśmy najlepsze ujęcia. Fotograf ustawiał nas w pozach i dobrej scenerii. A teraz można zwykłe zdjęcie przerobić. Ze smutnej twarzy zrobić uśmiechnięta, zdjęcie zrobione w pokoju zamienić na plener nad plażą, w górach lub w dżungli. 

Dawniej fotograf robił zdjęcie, a potem je poprawiał. Dzisiaj może wygenerować coś, czego nigdy przed obiektywem nie było. Możemy otrzymać fotografię wydarzenia, które się nie wydarzyło, osoby, która nie istnieje, albo miejsca, którego nikt nigdy nie sfotografował. Obraz może wyglądać jak dokument, choć jest wyłącznie cyfrową kreacją. To oznacza, że potrzebujemy nowej kompetencji: umiejętności rozpoznawania, kiedy patrzymy na zapis rzeczywistości, a kiedy na jej artystyczną interpretację.

Historia sztuki jest zresztą historią kolejnych technologicznych rewolucji. Od malowideł naskalnych wykonanych ochrą, przez temperę, fresk i malarstwo olejne, po fotografię, film, grafikę cyfrową i generatywną sztuczną inteligencję. Za każdym razem zmieniało się narzędzie, ale nie znikała potrzeba opowiadania obrazem. I zmienia się sposób interpretowania. Może więc warto chodzić do muzeów i słuchać opowieści przewodników o interpretacji i znaczeniu dawnych obrazów i grafik? By lepiej zrozumieć i poprawniej interpretować obrazy współgenerowane z AI? Na czym teraz sztuka będzie polegała i jaka będzie jej wartość?  

Być może więc AI nie kończy epoki malowania. Być może rozpoczyna kolejną. Dawniej trzeba było nauczyć się trzymać pędzel. Potem trzeba było nauczyć się trzymać aparat. Następnie myszkę i tablet. Dzisiaj coraz częściej trzeba nauczyć się trzymać… język na wodzy i dobrze dobierać słowa. Bo współczesny malarz może nie mieć farb. Może nie mieć płótna. Może nawet nie mieć pędzla. Ale powinien mieć coś do powiedzenia. I najlepiej wiedzieć, jak to powiedzieć maszynie .

Zdjęcie, zamieszczone na samej górze zostało zmodyfikowane przez program AI. Prompt znalazłem w grupie na FB, niestety nie pamiętam już autorki tego promtu (zapewne zajęło jej wiele czasu dopracowanie takiego prompta-zaklęcia):

"Użyj przesłanego zdjęcia osoby jako jedynego odniesienia i potraktuj je jako REF 1.

Stwórz uroczy, minimalistyczny, fotorealistyczny portret studyjny połączony z prostym, czarno-białym rysunkiem postaci. REF 1 kontroluje jedynie dokładną, rozpoznawalną tożsamość osoby, rysy twarzy, fryzurę, proporcje ciała i oryginalne ubranie. Zachowaj strój z REF 1 dokładnie tak, jak widnieje w źródle. Nie kopiuj ubioru, tożsamości ani fryzury ze źródłowego zdjęcia inspiracyjnego. Efekt końcowy musi wyglądać jak dopracowany, realistyczny portret z zabawną interakcją z rysunkiem, a nie jak pełna ilustracja.

Odtwórz dokładną kompozycję i pozę z koncepcji inspiracji w pionowej ramce 4:5. Pokaż jedną osobę siedzącą swobodnie na podłodze w wyśrodkowanej kompozycji studyjnej. Osoba siedzi w swobodnej pozie z obiema nogami ugiętymi na zewnątrz i luźno skrzyżowanymi z przodu, tworząc szeroką, swobodną sylwetkę. Jeden łokieć spoczywa naturalnie na kolanie, a jedna ręka podpiera policzek. Głowa jest lekko pochylona w kierunku tej dłoni. Zachowaj łagodny, słodki, szczery wyraz twarzy z subtelnym uśmiechem i lekko figlarnym wyrazem twarzy. Jeśli jest to naturalne dla tożsamości i pozy, jedno oko powinno być nieco bardziej przymknięte, w figlarnym, mrugającym wyrazie, zachowując jednocześnie rozpoznawalność.

Za postacią umieść dużą, czarno-białą postać, obejmującą ją od tyłu. Postać musi być wyraźnie większa niż górna część ciała postaci. Jej duża, okrągła głowa pojawia się nad i lekko za głową postaci, lekko przesunięta w lewo. Jej ciało pozostaje w większości ukryte za postacią. Obie duże, kreskówkowe ręce wychodzą do przodu zza ramion, obejmując postać z przodu w delikatnym, czułym uścisku. Jedna dłoń delikatnie naciska i ściska policzek, a druga obejmuje przeciwną stronę, w pobliżu linii szczęki i ramienia. Uścisk postaci musi być ciepły, słodki, figlarny i pełen ciepła.

Postać postaci musi być niezwykle prosta: duża, okrągła głowa, małe, czarne, owalne oczy, delikatny, zakrzywiony uśmiech, brak nosa, brak włosów i skomplikowana anatomia. Rysunek powinien być biały lub mieć niemal ten sam odcień co tło, zdefiniowany przede wszystkim przez szorstki, ręcznie narysowany czarny kontur. Jakość linii musi być szkicowa i organiczna, lekko niedoskonała, z subtelną fakturą i nieregularnością, jak narysowana ręcznie ołówkiem lub markerem, nigdy jako czysty kontur wektorowy. Ramiona i dłonie muszą być zaokrąglone, miękkie, proste i przyjazne.

Dodaj tylko dwa małe akcenty w stylu rysunku: trzy krótkie, ręcznie narysowane, ekspresyjne linie w lewym górnym rogu głowy i jedno małe, ręcznie narysowane serce w prawym górnym rogu nad postacią. Akcenty te muszą pasować do tego samego, szorstkiego, czarnego stylu szkicu.

Użyj czystego, studyjnego otoczenia z jasnoszarym lub bardzo delikatnym, złamanym białym tłem. Oświetlenie powinno być miękkie, rozproszone, korzystne i nowoczesne, z subtelnymi, naturalnymi cieniami i charakterem portretu redakcyjnego z najwyższej półki. Zachowaj ogólny nastrój radosny, zdrowy, minimalistyczny i wizualnie spokojny. Postać ludzka musi pozostać w pełni fotorealistyczna, z realistyczną skórą, włosami, fakturą materiału i naturalnymi cieniami, a jedynie przytulona postać i jej drobne akcenty będą w stylu rysunku.

Kluczowa zasada głębi: sam rysunek znajduje się za postacią, ale jego ramiona i dłonie wychodzą przed nią. To nawarstwienie przód-tył musi być bardzo wyraźne i wiarygodne. Rysunek musi sprawiać wrażenie, jakby obejmował postać w przestrzeni fizycznej, a nie był narysowany płasko na obrazie.

Utrzymaj kadr w czystości, wyśrodkowany i zrównoważony. Bez dodatkowych rekwizytów, mebli, tekstu, postaci i obiektów w tle."

Najpierw jednak było zdjęcie cyfrowe, zrobione telefonem w muzeum, gdzie przygotowano dawne fotograficzne atelier, z rekwizytami. Ja wybrałem jakiś melonik. A porównajcie jak ten obraz zmieniło AI. Oczywiście bez precyzyjnego promptu by się nie obeszło.

Oryginalne zdjęcie.

8.09.2026

O tym, jak jedna sylaba może zmienić cały świat




Dodając mały fragment można zmienić znaczenie całości. Zmienia się system. Bo całość to coś więcej niż suma części. Kontekst i sąsiedztwo zmienia znaczenie obrazu. Jak z rzeczownika obraz zrobić czasownik, czyli zmieć w czynność? Można obrazować lub obrazić. Ruszyć (uczasownikować) „rzecz” można na różne sposoby a za każdym razem otrzymamy nieco inny sens. Idźmy dalej i sprawdźmy co się stanie ze słowem „obrazić”, gdy dodamy różne przedrostki czyli nieco ozdobimy całość małymi dodatkami (czyli zmienimy kontekst).

Gdyby ktoś powiedział mi, że filozofia mieści się w prefiksach, w pierwszej chwili roześmiałbym się. Ale już zobaczenie jednego przykładu, obrazu, wybija z tego poczucia pewności. Weźmy zatem słowo „obrazić”. Pozornie zwyczajne, nawet trochę przykre – bo przecież nikt nie lubi być obrażony ani obrażany. A jednak wystarczy dostawić do niego dwie, trzy litery z przodu, a znaczenie wywraca się do góry jak naleśnik na patelni.

„Obrazić” pochodzi od prasłowiańskiego obrazu – kształtu, podobizny, formy. Obrazić kogoś pierwotnie znaczyło tyle, co zniekształcić jego wizerunek, naruszyć godność. To już samo w sobie jest niebezpieczne: obraz jako akt złego malarstwa na czyjejś duszy. Paradoksalnie jest więcej innych słów o podobnym znaczeniu. Niżej podaję tylko 10 przykładów, a zapewne znajdzie się więcej.
  • Znieważyć - oznacza obrażenie kogoś, używając obraźliwych słów lub zachowań.
  • Urazić - dotyczyć może sytuacji, gdy ktoś czuje się urażony czyimś zachowaniem, ale niekoniecznie jest to celowe. Możemy urazić nieprawdziwym obrazem kogoś lub sytuacji z nim.
  • Zhańbić - oznacza publiczne poniżenie kogoś, co prowadzi do utraty honoru. Plama na honorze to tez może być obraz.
  • Poniżyć - odnosi się do działania, które ma na celu upokorzenie kogoś.
  • Obmówić - oznacza mówienie źle o kimś za jego plecami.
  • Oczernić - to działanie mające na celu zaszkodzenie czyjejś reputacji poprzez rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji. Oczernianie ma jakiś związek z obrazem, który został zaczerniony, pobrudzony czernią.
  • Zelżyć - używane w kontekście obrażania kogoś w sposób wulgarny.
  • Zniesławić - podobne do oczerniania, ale często odnosi się do publicznego rozpowszechniania fałszywych informacji. Zły obraz sławy.
  • Zbezcześcić - odnosi się do profanacji czegoś, co jest uważane za święte lub szanowane. Sprofanować obraz kogoś.
  • Zhańbić - podobne do zhańbienia, ale często odnosi się do działań, które naruszają czyjąś godność. Naruszają czyjś obraz w szerokim sensie.
Ale jeśli sięgnąć jeszcze głębiej w analizy etymologiczne, to obraz obrazu robi się jeszcze bardziej złożony. W "Słowniku etymologicznym języka polskiego" Aleksandra Brüknera takie znajdujemy wyjaśnienie: "obraz, obrazek; obrazowy, obrazkowy, obraźnik (...) oznaczał pierwotnie wyrzezaną w drzewie (od rzezać, p. raz) lub wyciosaną w kamieniu postać". Obraz jako podobizna miałby zatem swoje pochodzenie w rezaniu, rzezaniu, ryciu w drewnie czy to w kamieniu. Obraz więc byłby podobizną wyrytą, wyrezaną. Ale wróćmy do słowa "obrazić".

Teraz dostawmy przedrostek „wy-”. I możemy już wyobrazić sobie jaki obraz przyjmuje nowa, nieco zmieniona całość. Wyobrazić to już zupełnie inna bajka czyli wy-tworzyć obraz, wyjąć go z niebytu i wystąpić, okazać przed umysłem. Obraz którego jeszcze nie ma, ale jest w wyobraźni i może się zobrazować. Tam, gdzie „obrazić” niszczy czyjąś postać, „wyobrazić” za sprawą umysłu coś tworzy i nie ma negatywnego kontekstu. Czyż nie jest to fascynujące, że jeden rdzeń może być jednocześnie aktem wandalizmu i aktem tworzenia świata, w zależności od tego, przez które drzwi językowe się wejdzie? Jaka przedrostkowa zapowiedź (albo jej brak) przed tym rdzeniem słownym się pojawi, taki i wynik końcowy mamy. Przedrostkowa zapowiedź zmienia sposób patrzenia na rdzeń słowny czyli nasz obraz.

A co się stanie, gdy dodamy z przodu „prze-”? Przeobrazić się nie obraża ale zmienia, wprowadza metamorfozę. Tak jak u płazów czy owadów z przeobrażeniem. Wodna larwa chruścika (kłódki) przeobraża się w imago ze skrzydłami i lądowym trybem życia. I nie dlatego, że ktoś ją obraził, ani że sobie ją wyobraził, tylko dlatego, że „prze-” niesie w sobie ideę przejść na drugą stronę, w tym przypadku zmianę formy z larwy na imago oraz zmianę środowiska wodnego na lądowe. Przedrostek „prze-” to taki tunel językowy – wchodzisz do jednego z kształtów, a wychodzisz z innym.

I tu dochodzimy do sedna: przedrostek do nie ozdobnik. To drogowskaz, który każe rdzeniowi patrzeć w zupełnie inną stronę. To zapowiedź, zwiastun, który ukierunkowuje naszą opinię. Najpierw słyszysz o kimś jego zapowiedź, że jest dobry, zły, ładny, utalentowany, leniwy itp. I już patrzysz w zupełnie innym kontekście, gdy tę osobę zobaczysz. „Obraz” jest jak glina – sam w sobie neutralny, uniwersalny, dowolny kształt, jaki nadamy mu kontekstem. To przedrostki, sufiksy i kontekst sąsiedztwa, a nawet intonacja wypowiadania konkretnego słowa czynią sens całości. Spróbujcie dowolne słowo wypowiedzieć z różną intonacją. Będzie miało takie samo znaczenie w odbiorze? Bez intonacji głosu język pisany jest uboższy od tego mówionego...

Skoro już bawimy się w demiurgów języka, pozwólmy sobie na narzędzie twórczej wyobraźni i wymyślmy nowe słowa z tego samego rdzenia. Słowa, których jeszcze nie było, nikt (oprócz dzieci) ich nie używał. Jakie mogą mieć znaczenie?

Doobrazić – kiedy obraziliśmy kogoś tylko trochę, za mało, i musimy tę robotę dokończyć. „Nie doobraziłem go, więc wrócę i jeszcze raz obrażę kompletnie” – napisze może najemny i opłacany zawodowy albo internetowy troll-perfekcjonista, dla którego dobra obraza to sztuka wymagająca staranności.

Podobrazić – coś w rodzaju ukrytej, subtelnej złośliwości, obrazy podanej pod nosem, ledwie zauważalnej, w sam raz na aperitif przed rywalizacją. „Nie powiedziano wprost nic złego, tylko tak trochę podobraził” – to obraza w wersji light, bez cukru, ale z posmakiem. 

Zaobrazić – tu przedrostek „za-” dodałby przesadę albo zamknięcie w formie: zaobrazić kogoś, kto może zawierać uwięziony w jednym, sztywnym wizerunku, skazać na etykietkę, z której nie wynika. „Media go zaobraziły jako złoczyńcę i już nic tego nie zmieniło” – ktoś został zamknięty w obrazie jak w klatce. Można jeszcze "zobrazić", choć znamy jedynie z formy "zobrazować". Jedna literka mniej a już nieco inne znaczenie. A może i tu iść w kierunku znaczenia malarskiego, a wtedy zaobrazić mogło by znaczyć uwiecznić kogoś na obrazie, czyli namalować jego portret? Czy to już koniec wyobraźni z przedrostami i końcówkami? Jest ich w języku więcej. Sami spróbujcie, np. nad-obrazić, obrazi-ciel itd.

Ale przecież można doobrazić i podobrazić w zupełnie innym sensie, np. tworzenia materiałów. do malowania obrazu przez malarza. Jest podobrazie, więc może podobrazić oznaczać mogłoby prace przygotowawcze do podobrazia? A pozostając w tej samej tematyce doobrazić, oznaczać mogłoby dokończenie malowania obrazu. Wyobraźnia nasza może stworzyć znacznie więcej znaczeń. Tak jak garncarz z jednego kawałka gliny ulepić może całkiem różne rzeczy: donicę, kubek, wazę, talerz itd.

Czy te słowa naprawdę są prawdziwe? Nie, na razie żyją tylko w naszej wyobraźni. Dopóki ktoś ich nie użyje w konkretnym kontekście, opisze ich znaczenie a inny podchwycą i zaczną używać. Tak jak z kęsem gliny, póki garncarz z niej czegoś nie ulepi, nie wypali w piecu a inni nie zaczną tego używać.

A może człowiek też jest jak ten rdzeń słowny – nabiera sensu i znaczenia dopiero w otoczeniu innych ludzi? Sam w sobie znaczy niewiele. Natomiast w działaniu, w zestawieniu z drugim człowiekiem, z kontekstem, nabiera zupełnie nowego sensu. Tak jak w przysłowiu, z jednego drzewa i krzyż i łopata. A może bycie sobą zmienia się w zestawieniu z przedrostkami? Być „wy-sobą”, kiedy odkrywamy coś nowego, „prze-sobą”, kiedy się zmieniamy, albo, niestety, czasami po prostu ktoś, kto pojawił się i musi to jeszcze do-sobić, żeby była sprawa jasna.

Przedrostki w języku polskim (ale przecież nie tylko w naszym języku!) pełnią niezwykle istotną rolę, przekształcając znaczenie słów w sposób, który może być zarówno subtelny, jak i radykalny. Na przykładzie słowa „obrazić” możemy zaobserwować, jak niewielka zmiana na początku wyrazu może prowadzić do zupełnie odmiennych konotacji. Słowo „obrazić” oznacza zazwyczaj akt znieważenia kogoś, sprawienia, że ktoś czuje się urażony lub poniżony. Jest to działanie, które ma na celu zadanie emocjonalnej krzywdy, często poprzez użycie obraźliwych słów lub zachowań. W społecznym ujęciu, „obrazić” można postrzegać jako naruszenie integralności drugiej osoby, jako akt, który podważa jej godność i wartość.

Z drugiej strony, mamy słowo „wyobrazić”. Przedrostek „wy-” sugeruje pewien rodzaj oddzielenia lub wyodrębnienia. „Wyobrazić” oznacza stworzenie mentalnego obrazu czegoś, co nie jest obecne w rzeczywistości. Jest to akt twórczy, który pozwala nam eksplorować możliwości, marzenia i idee. W filozoficznym kontekście, „wyobrazić” można postrzegać jako ekspansję umysłu, jako sposób na przekraczanie granic rzeczywistości i odkrywanie nowych światów. Kolejnym przykładem jest „przeobrazić”. Przedrostek „prze-” sugeruje przejście przez coś, transformację. „Przeobrazić” oznacza zmienić coś w sposób fundamentalny, przekształcić jedną formę w inną. W takim ujęciu, „przeobrazić” można postrzegać jako akt metamorfozy, jako proces, w którym coś starego umiera, aby mogło narodzić się coś nowego. Jest to dynamiczny proces, który wymaga otwartości na zmianę i gotowości do porzucenia starych wzorców.

Te trzy przykłady („obrazić”, „wyobrazić”, „przeobrazić”) pokazują, jak przedrostki mogą zmieniać znaczenie słów, prowadząc nas od aktu krzywdzenia do aktu tworzenia, od oddzielenia do transformacji. W filozoficznym sensie, przedrostki te odzwierciedlają różne aspekty ludzkiego doświadczenia: cierpienie, kreatywność i przemianę. Każdy z tych aktów – obrażanie, wyobrażanie, przeobrażanie – jest częścią większej narracji o ludzkiej egzystencji, o naszej zdolności do niszczenia i tworzenia, do cierpienia i rozwoju.

W ten sposób, przedrostki nie tylko zmieniają znaczenie słów, ale także otwierają przed nami nowe perspektywy na temat natury rzeczywistości i naszego miejsca w niej. Zupełnie tak samo jak naszyjnik, apaszka czy torebka do sukienki zmieniają wygląd kobiety. Nie mówiąc o butach...

7.09.2026

Weź mnie czyli zostaw swój ślad na Ziemi

Przykład pozostawionej książki w Katowicach. 
 

Każdy człowiek chce zostawić jakiś ślad na Ziemi. Ślad po sobie. Proste „tu byłem”, niczym pies zaznaczający swoją obecność i swoje terytorium. Albo terytorialny gatunek oznaczający swój rewir zapachem lub głosem. Nawet terytorialne chruściki z rodzaju Hydropsyche strydulując zaznaczają swój teren "ja tu łowię". W samym pragnieniu pozostawienia śladu nie ma zresztą niczego złego. Przeciwnie, jest ono częścią naszej ludzkiej natury i gatunku terytorialnego, społecznego. Zostawiamy fotografie, książki, budynki, obrazy, drzewa, wspomnienia. Chcemy, żeby po naszym przejściu przez świat coś pozostało.

Problem zaczyna się wtedy, gdy jedynym pomysłem na "nieśmiertelność" jest bazgroł na cudzej elewacji. Wulgarne napisy, pseudonimy, symbole klubowe czy przypadkowe kreski na murach nie są przecież żadnym twórczym śladem. Kibolskie gangi oznaczają swój teren  demolując ławki, przystanki lub wypisując mało estetyczne napisy na elewacjach. To zwyczajny wandalizm. Podobnie jak nacinanie drzew scyzorykiem, wydrapywanie napisów na ławkach czy niszczenie przystanków. Czasem ktoś chce w ten sposób powiedzieć „tu byłem”, ale w rzeczywistości mówi coś zupełnie innego: „nie obchodzi mnie, że to jest wspólne i że inni będą musieli za moje zachowanie zapłacić”. Niszczenie i dewastacje to jedyny pomysł na zaistnienie i zaznaczenie swojego bycia, swojego istnienia?

Jest w tym zresztą coś paradoksalnego. Człowiek chce być zauważony, a jednocześnie pozostawia po sobie coś, co większość przechodniów chciałaby jak najszybciej usunąć. Kosztowne odmalowanie elewacji, wymiana szyby na przystanku czy czyszczenie zabytkowego muru stają się rachunkiem wystawionym całej społeczności. Prywatna potrzeba zaznaczenia własnego istnienia zamienia się w publiczny koszt i wspólną szpetotę.

Najbardziej przykre jest to, że podobne „tu byłem” trafia czasem w miejsca, które powinny być dla nas szczególnie ważne. Widziałem takie ślady nawet na Jasnej Górze. Widziałem je również na średniowiecznych freskach w jednej z kaplic w Lublinie. Człowiek, który wydrapuje swoje imię w zabytku mającym kilkaset lat, najwyraźniej chce konkurować z historią. Tyle że jego podpis nie staje się przez to bardziej wartościowy. Jest tylko kolejną warstwą zniszczenia. To już lepiej zrobić swoje selfie "tu byłem" i umieścić w mediach społecznościowych... 

A przecież można zostawić po sobie ślad zupełnie innego rodzaju. Można zostawić komuś książkę. Bookcrossing jest pięknym przykładem kultury dzielenia się, w której przedmiot nie jest własnością zamkniętą w domowej biblioteczce, lecz zaczyna wędrować między ludźmi. Szczególnie podoba mi się zwyczaj zostawiania książek na przystankach. Anna Wojszel, warmińska artystka z Wipsowa, tworzy takie małe punkty wymiany książek. Tam, gdzie pomaluje przystanek, tam zostawia na dobry początek kilka książek. Wcześniej zbiera książki od innych, te niepotrzebne. Jeśli mamy w domu książkę, której już nie potrzebujemy, możemy ją tam zostawić. A jeśli akurat nie mamy czego podarować, możemy odwiedzić półkę bookcrossingową, zabrać książkę i po przeczytaniu przekazać ją dalej. Możemy nawet napisać w niej kilka słów od siebie. Taki dopisek będzie śladem człowieka – ale śladem, który nie niszczy, tylko łączy.

Innym sposobem są malowane kamyczki. Mały kamień, ozdobiony kolorowym obrazkiem czy krótkim przesłaniem, może powędrować z rąk do rąk i z miejsca na miejsce. Ktoś go znajdzie, uśmiechnie się, zrobi zdjęcie, zostawi w innym miejscu. Zamiast dewastacji mamy więc grę, sztukę, niespodziankę i społeczną opowieść. Małe rzeczy a jednak zupełnie inny stosunek do świata i znacznie trwalszy ślad. 

Ślad po człowieku nie musi być raną zadaną krajobrazowi ani samopoczuciu innych ludzi. Ani raną zadana innemu człowiekowi czy estetyce. Może być prezentem. Może być książką, obrazkiem na kamyku, posadzonym drzewem, dobrym słowem, fotografią albo wiedzą przekazaną drugiemu człowiekowi. Dobre wspomnienia w naszych głowach zostają na dłużej, niż te bolące, nieestetyczne, agresywne, czy wulgarne.

Stać nas przecież na więcej niż prymitywne „tu byłem”. Jeśli naprawdę chcemy zaznaczyć swoją obecność na Ziemi, zróbmy to tak, aby świat po naszym odejściu był choć odrobinę lepszy, ciekawszy i piękniejszy. To dopiero będzie wartościowy ślad. I znacznie trwalszy.

5.09.2026

O wierze, niewierze i denialiźmie



Człowiek od zarania dziejów poszukuje sensu w otaczającym go chaosie, tworząc narracje mające oswoić lęk przed niewiadomą. W współczesnym świecie relacja między rozumem a iluzją przybrała jednak specyficzną, wypaczoną formę. Obserwujemy dziś osobliwy dramat, w którym wiara nie dotyczy już sfery sacrum, lecz przybiera postać denializmu – zorganizowanego odrzucenia ustaleń naukowych. To ludowa wiara, gdzie każdy może być prorokiem. Może ta sprawczość tak kusi? Szeregi antyszczepionkowców, zwolenników teorii spiskowych czy osób kwestionujących kryzys klimatyczny nie poszukują prawdy, lecz dogmatu dającego poczucie złudnej kontroli. Ta nowa wiara rzadko jednak powstaje w próżni. Nierzadko stanowi ona przemyślny biznes, w którym cyniczni oszuści żerują na naiwności ludzkiej, oferując cudowne terapie na nowotwory czy metafizyczne recepty na skomplikowane problemy współczesności.

Biegunowo przeciwną postawą jest niewiara, utożsamiana tu z metodą naukową. Nauka z natury swojej nie „wierzy”. Nauka, jako proces badawczy, wątpi, weryfikuje i poddaje bezwzględnym testom empirycznym każdą postawioną hipotezę. Odrzuca zabobon na rzecz żmudnego procesu poznawczego. Jednak konfrontacja między naukową niewiarą a denialistyczną wiarą nie jest czystą dysputą intelektualną. Denializm, aby skutecznie uwodzić odbiorcę, stosuje strategię głęboko zakorzenioną w biologii czyli mimikrę.

W świecie przyrody mimikra jest sztuką kamuflażu i przetrwania. Bezbronny organizm przybiera barwy gatunku jadowitego, a drapieżnik upodabnia się do niewinnego otoczenia, by oszukać ofiarę. Analogicznie pseudonaukowy denializm przyobleka szaty prawdziwej nauki. Używa skomplikowanego, quasi-medycznego języka, powołuje się na zmanipulowane statystyki, tworzy własne instytuty i przyznaje stopnie naukowe w fikcyjnych dziedzinach. Ta ewolucyjna wręcz adaptacja kłamstwa pozwala mu zwieść ludzki umysł. Denializm udaje racjonalność, by niepostrzeżenie wstrzyknąć do świadomości odbiorcy emocjonalny fałsz, czerpiąc z tego procederu materialne zyski. Niczym pasożyt mylący i dezorientujący system obronny organizmu, wnika do środka i tam ujawnia swoją pasożytniczą naturę.

Dlaczego tak łatwo ulegamy tej mimetycznej iluzji? Odpowiedź leży w naszej własnej przeszłości ewolucyjnej. Nasze umysły kształtowały się w warunkach, w których szybkie decyzje emocjonalne miały bezpośrednie znaczenie adaptacyjne. Dostrzeżenie kształtu przypominającego węża wymagało błyskawicznej ucieczki i to bez zbędnego zastanawiania się, czy dany osobnik jest jadowity, czy całkowicie niegroźny. Koszt błędu poznawczego w przypadku zwłoki był zbyt duży. Inaczej traktowaliśmy obiekty nieruchome, takie jak grzyby. Widząc grzyba w lesie, nasi przodkowie nie uciekali w popłochu; zatrzymywali się, analizowali, porównywali i oceniali ryzyko zatrucia. Zastanawiali się na spokojnie: czy trujący czy jadowity czy może jednak jadalny?  Czasem ostrożnie próbowali mały kawałek lub obserwowali zwierzęta. I czekali na rezultaty. Zasięgali opinii innych: czy ktoś zjada takie grzyby i jak się po nich czuł? Długi namysł i powolna analiza. W przypadku ruchliwych zwierząt, potencjalnie niebezpiecznych, lepsza była szybka i emocjonalna reakcja niż spokojne i powolne zastanawianie się.

Tragedia współczesnego człowieka polega na tym, że mechanizm ucieczki przed wężem przeskoczył w sferę abstrakcyjnych pojęć. Teorie spiskowe i denialistyczne dogmaty uruchamiają w nas ten właśnie pierwotny, emocjonalny odruch – szybką aktywację lęku lub oburzenia, która wyłącza powolną, analityczną refleksję. Między naukową niewiarą a denialistyczną wiarą toczy się zatem walka o to, jak potraktujemy docierające do nas informacje: czy jak groźnego cienia, od którego należy natychmiast uciec w ramiona prostej iluzji, czy jak nieruchomy grzyb, nad którym trzeba się pochylić, zachować dystans i spokojnie sprawdzić, co naprawdę kryje się pod jego kapeluszem.

Być może właśnie na tym polega jedno z największych wyzwań współczesności. Nasz mózg wciąż reaguje jak organizm z sawanny sprzed setek tysięcy lat, podczas gdy żyjemy w oceanie zalewającej nas informacji. Mimikra nie zniknęła wraz z rozwojem cywilizacji. Zmieniła jedynie środowisko. Dziś nie udaje liścia ani osy. Udaje naukę. Udaje fakty i sprawdzone informacje.

A nauka? Nauka pozostaje wierna swojej niewierze. Nie ufa pozorom, nie zachwyca się podobieństwem, nie ulega emocjonalnym skrótom. Sprawdza. Powtarza. Wątpi. I właśnie dlatego, choć często przegrywa wyścig o pierwsze wrażenie, ostatecznie pozostaje najskuteczniejszą metodą odróżniania prawdy od jej doskonale wykonanej imitacji.

Zmieniona i poszerzona wersja felietonu dla VariArtu "Kij w mrowisko".

4.09.2026

Doliny rzeczne to infrastruktura klimatyczna

Widok na Płocidugę Dużą z ulicy Tuwima, koniec sierpnia 2026 r., Olsztyn. Widoczny główny kanał odprowadzający wodę z tego obiektu. 


W tradycyjnej inżynierii polegamy na tak zwanej „szarej infrastrukturze”: betonowych wałach, podziemnych rurach i żelbetowych zbiornikach. Kosztują one miliony złotych, wymagają stałych napraw, a przy gwałtownych ulewach i tak bywają bezradne. Naturalna dolina rzeczna wykonuje tę samą pracę znacznie skuteczniej, działając jak wielofunkcyjny system inżynieryjny.
 
Dolina rzeczna to w przenośni płuca miasta czyli naturalna klimatyzacja miejska. Płynąca woda w połączeniu z roślinnością obniża temperaturę otoczenia w czasie upałów nawet o kilka stopni. Działa jak gigantyczny nawilżacz i wentylator, rozbijając niebezpieczne dla zdrowia miejskie wyspy ciepła.
Jest jednocześnie samonaprawialnym buforem przeciwpowodziowym. Ekologicznie zdrowa rzeka potrzebuje przestrzeni. Gdy poziom wody rośnie, roztopy i deszcze rozlewają się na podmokłe łąki i starorzecza. Czy tak jak w przypadku Olsztyna do dawnego, osuszonego jeziora rzecznego. Dolina przejmuje energię fali powodziowej i magazynuje miliony metrów sześciennych wody bez użycia ani jednej tony cementu. Czasem tylko pomagają bezgotówkowo bobry. I w końcu dolina rzeczna to rezerwuar na czasy suszy. Woda zatrzymana w dolinie nie ucieka błyskawicznie do morza. Wsiąka w grunt, zasila podziemne warstwy wodonośne i powoli oddaje wilgoć do otoczenia. Dzięki temu roślinność wokół rzeki potrafi przetrwać długie tygodnie bez deszczu.

Uznanie rzek za infrastrukturę wymaga całkowitej zmiany myślenia o budżetach miejskich. Jeśli wydajemy miliony na utrzymanie dróg czy sieci energetycznych, z tą samą troską powinniśmy chronić korytarze rzeczne. Różnica polega na tym, że obsługa infrastruktury naturalnej nie wymaga jej ciągłego przebudowywania. Wystarczy jej nie niszczyć i nie zabudowywać. Każdy metr kwadratowy terenu podmokłego oddany rzece to mniej zalanych ulic i zniszczonych piwnic. Natura oferuje nam darmowe, niewyczerpywalne rozwiązanie inżynieryjne. Musimy tylko pozwolić rzekom być rzekami.

Holandia przeprowadziła największą na świecie reformę zarządzania wodą pod hasłem Ruimte voor de Rivier („Przestrzeń dla rzeki”). Zamiast bez końca podwyższać wały przeciwpowodziowe, Holendrzy przesunęli je w głąb lądu, poszerzyli koryta i utworzyli kontrolowane tereny zalewowe w ponad 30 lokalizacjach. W Nijmegen nad rzeką Waal wykopano dodatkowy kanał ulgi, tworząc zieloną wyspę miejską, która podczas wezbrań bezproblemowo przyjmuje nadmiar wody.

Inne miasta w Europie i Polsce również skutecznie wykorzystują naturalną retencję rzeczną. Na przykład  w Monachium (Niemcy) projekt Isar-Plan, gdzie na odcinku 8 kilometrów usunięto betonowe obudowania rzeki Izary. Odtworzono naturalne meandry, żwirowe wyspy i szerokie tereny zalewowe. Rzeka przestała zagrażać miejskim osiedlom, a jej brzegi stały się głównym terenem rekreacyjnym.
Kolejny przykład to okolice Wrocławia w Dolinie Widawy (obszar Natura 2000). Podczas przebudowy węzła wodnego odsunięto wały od rzeki Widawy. Stworzono szeroki polder zalewowy, który przy wysokim stanie Odry bezpiecznie przejmuje falę wezbraniową i chroni miasto przed powodzią. I w końcu Warszawa z jej dzikim brzegiem Wisły. Prawy brzeg Wisły w stolicy celowo pozostawiono nieuregulowany. Obszar Natura 2000 w samym środku metropolii działa jak naturalny bufor retencyjny i unikalny korytarz ekologiczny. I jest miejscem rekreacji dla Warszawiaków.

W Kopenhadze (Dania) powstały parki retencyjne. Po serii nawalnych ulew miasto przekształciło miejskie skwery i parki w obniżone tereny zielone. W czasie suszy służą do wypoczynku, a podczas ulew zamieniają się w tymczasowe stawy retencyjne. 

Można zauważyć, że współczesne miasta odwracają się twarzą do swoich rzek. Przestały traktować  rzeki jako kanalizację do odbioru nieczystości i dostrzegły wartość krajobrazową. Mieszkańcy chcą widzieć swoje rzeki, spacerować nad brzegami i cieszyć się przyrodą. Tak stało się w Olsztynie gdy zbudowano Park Centralny. Podobnie dzieje się teraz w małym, mazowieckim miasteczku, w Przasnyszu. Wzdłuż rzeki Węgierki powstają bulwary spacerowe. To trwały trend cywilizacyjny widoczny już w wielu miejscach. 

Oddanie przestrzeni rzekom przestaje być traktowane jako uległość wobec natury. To najnowocześniejsza, najtańsza i najskuteczniejsza inżynieria miejska XXI wieku. A rzeka, jak to rzeka, czasem wylewa i czasowo nie mamy wszędzie dostępu. Nie traktujmy tego jako katastrofę. Wszystko działa jak należy. I takich terenów podwójnego przeznaczania: retencyjnego i rekreacyjnego powinno być coraz więcej. 

3.09.2026

Wewnętrzne życie łopianu

Wewnętrzne życie łopianu w pierwszym skojarzeniu kieruje nas ku życiu duchowemu, intelektualnemu. Ale rośliny nie mają układu nerwowego ani tym bardziej mózgu. Biolodzy często żartują, porównując wewnętrzne życie człowieka do życia różnych pasożytów i symbiontów, znajdujących się wewnątrz naszego organizmu. Są wewnątrz a więc jakieś życie „wewnętrzne” jest. Czasami pojęcie życia wewnętrznego wykorzystywane jest do opisu hologenomu czy holobionta. Ale rośliny nie mają przewodu pokarmowego! Jakie więc życie wewnętrzne mógłby mieć łopian, bylina? Wystarczy odwołać się do pojęcia holobionta czy botanicznego konsorcjum. Z każdą rośliną związane są jakieś wirusy, bakterie czy grzyby. Tych zazwyczaj nie widzimy. Liczne małe roślinożerne pasożyty, takie jak choćby mszyce, już swoim okiem dostrzeżemy. Także tajemnicze wzroki na liściach, jak te na zamieszczonych zdjęciach. To są miny czyli takie mini górnicze korytarzyki, drążone przez owady. Wewnątrz liścia a więc jakaś wewnętrzność już jest. I o tym jest niniejszy artykulik.

Co jeszcze zobaczymy na liściach roślin, np. łopianu? Galasy czyli wyrośla. Oraz ślady żerowania innych foliofagów czyli małych roślinożerców. To oczywiście zupełnie inna opowieść, na inny raz.

Zacznę swą łopianą opowieść od wiejskiego lub wakacyjnego podwórka. Kwiatostany a potem owocostany to rzepy. Posiadają zagięte i liczne haczyki. Dzięki nim łatwo przyczepiają się do ubrań czy włosów. I myśmy rzucali w siebie takimi rzepami. Jakaś mała podwórkowa zabawa. Najgorzej, jak taki rzep przyczepił się do włosów, zwłaszcza dziewczynek. Dlatego niejednokrotnie dostawaliśmy zakaz by nie rzucać we włosy. Ale wydłubywanie rzepów z ubrań, też było męczące. Rzepy, czepiające się nie tylko psiego ogona, to biologiczne przystosowanie łopianu do dyspersji nasion. Dojrzałe owoce, zasuszone, łatwo przyczepiają się do sierści zwierząt i wędrują daleko od miejsca swojego „urodzenia”. Biolodzy nazywają to zoochorią.

Łopian ma duże liście, więc często robiliśmy sobie z nich czapki lub parasolki (oczywiście to tylko podwórkowa, dziecięca zabawa). Lub wykorzystywaliśmy do budowy szałasów. I w tamtych, wakacyjnych czasach, nie myślałem nigdy o wewnętrznym życiu łopianu. Dopiero studia biologiczne i wieloletnia praktyka ekologa terenowego zmieniła mój sposób patrzenia na świat.

Wróćmy do tytułowego łopianu, który wygląda jak roślinny olbrzym z kapeluszem liściowym i fioletowymi kulkami kwiatów. Olbrzymem wydawł się wyrośnięty łopian zwłaszcza dla małego dziecka. Pod tą pozorną surowością rzepiej byliny kryje się miniaturowe miasto z własnymi ulicami, mieszkańcami i infrastrukturą. Te „ulice” to miny liściowe — cienkie korytarzyki i plamy wyżarte wewnątrz blaszki liścia przez larwy owadów. Opowieść o wewnętrznym życiu łopianu to opowieść o tych, którzy kopią (a w zasadzie wygryzają) tunele w łopianie, o ich ekologicznych powiązaniach i o tym, jak pojęcie holobiont pomaga zrozumieć, że łopian to nie tylko samotna roślina, lecz złożony system współzależności.


Najczęstszymi lokatorami liści są larwy muchówek z rodziny miniarkowatych (Agromyzidae). To drobne, niemal przezroczyste „robaczki” (muchy), które wgryzają się między warstwy liścia i zostawiają kręte, jasne korytarze. Zjadają liście ale są schowane wewnątrz blaszki liściowej a przez to ukryte przed drapieżnikami. Obok nich bywają minówki motyli z rodziny kibitnikowatych (Gracillariidae), które zaczynają od cienkich korytarzy, a potem rozszerzają je w plamy lub kieszonki i czasem zwijają liść. Rzadziej sprawcami bywają niektóre chrząszcze, roztocza czy nicienie, ale to agromyzydy i gracillariidy są najczęściej notowanymi „kopaczami” łopianu. Z samego zdjęcia nie da się chyba wywnioskować kto tak na pewno jest sprawcą tych wzorów. Potrzebne byłoby bliższe przyjrzenie się, a najlepiej zobaczenie larw pod powiększeniem.

Dlaczego wybierają łopian? Liść to jednocześnie spiżarnia i schronienie: miękka tkanka do żerowania, osłona przed drapieżnikami i stabilne mikrośrodowisko. Dla larwy to jak wynajęcie mieszkania z ochroną i zapasem jedzenia.

Miny to nie przypadkowe dziury — to kronika życia larwy. Kształt miny, szerokość korytarza, rozmieszczenie odchodów owada i sposób, w jaki mina się rozszerza, powiedzą specjaliście-entomologowi, kto był lokatorem. Ja jestem hydrobiologiem i takie światy liściowe są dla mnie czymś nowym, niemalże egzotycznym. Wąskie, kręte korytarze z drobnymi grudkami odchodów zwykle wskazują na miniarkowate (muchówki). Miny zaczynające się jako korytarz, a potem przechodzące w plamę, sugerowałyby motyle z rodziny kibitnikowatych. Dla rośliny to nie tylko defekt estetyczny bo takie wygryzione miny zmniejszają powierzchnię fotosyntetyczną, zaburzają gospodarkę wodną liścia i mogą ułatwiać wtórne infekcje. Wszak taki owad nie sprząta po sobie…

Minowanie chroni przed drapieżnikami i pasożytami, ale nie wszystkimi. Miny są sygnałem: przyciągają pasożyty i drapieżniki, które regulują populacje owadów minujących. Liść z minami to więc nie tylko strata, lecz też informacja i element sieci troficznej. Pojęcie holobiont zmienia perspektywę: roślina nie jest pojedynczym organizmem, lecz złożonym systemem składającym się z rośliny i jej stałych współtowarzyszy — mikrobiomu, grzybów, owadów i innych organizmów. Łopian jako holobiont obejmuje nie tylko jego tkanki, lecz także mikroorganizmy w korzeniach i na liściach, owady minujące, pasożyty oraz drapieżniki tych owadów. Owady minujące wpływają na skład gatunkowy pasożytów i drapieżników, które z kolei kontrolują populacje minerów. Mikrobiom rośliny może modyfikować reakcje na uszkodzenia, zmieniając atrakcyjność liścia dla kolejnych jajoskładaczy (czyli jeden pasożyt odstręcza kolejnych). Sieć zależności obejmuje interakcje chemiczne, behawioralne i troficzne, w których każdy aktor wpływa na innych. Pojęcie holobiontu pokazuje, że uszkodzenie liścia to nie izolowany problem, lecz sygnał o stanie całego systemu.

A teraz pozwólmy sobie na małe, humorystyczne porównanie. Wyobraźmy sobie łopian jako kamienicę: liście to mieszkania, a larwy minerów to lokatorzy, którzy wprowadzili się bez zgody właściciela, nie płacą czynszu ale zostawiają swoje odchody. Agromyzydy (miniarkowate) to studenci wynajmujący pokój na miesiąc; gracillariidy (kibitnikowate) to rodziny, które najpierw wynajmują, potem robią remont i zostawiają większe ślady. Właściciel (łopian) czasem wzywa ochronę — pasożytnicze błonkówki — które robią porządek. Sąsiedzi (inne rośliny) podsłuchują i uczą się, czy warto inwestować w broń chemiczną. Cała kamienica tętni życiem, a administracja ekosystemu pilnuje porządku.

Zrozumienie, kto kopie w liściu, ma praktyczne znaczenie dla ochrony roślin, ale jeszcze ważniejsze jest ekologiczne spojrzenie: liść z minami to fragment opowieści o holobioncie, o współzależnościach i o tym, jak drobne organizmy kształtują większe systemy.

Następnym razem, gdy zobaczysz korytarzyk w liściu łopianu (albo innej roślinie zielnej czy w liściach drzew), pamiętaj, że czytasz właśnie rozdział z mikroekologicznej powieści, gdzie każde miniaturowe owadzie odchody mają swoją historię, a każdy tunel łączy losy wielu gatunków.

2.09.2026

O maglu, rozmowach w pociągu i o zazdrości podsycającej nienawiść

Magiel w muzeum w Nikiszowcu, odtworzenie klimatu dawnego miasta.
 

Nie każdy współczesny człowiek, zwłaszcza ten młody, wie czym był magiel. W kulturze zostało tylko powiedzenie o treściach i opowieściach z magla. Czyli plotkach mało wartościowych. Ludzie, jako gatunek społeczny, od najdawniejszych czasów rozmawiali przy pracy. A magiel do dodatek do pralni. W przemysłowych miastach, dla robotników, mieszkających w domach, budowano pralnie i magle zbiorowe. Nie trzeba było prać w domu (mało miejsca i groźba zawilgocenia murów). W pralni były odpowiednie miejsca na tarę, na gotowanie bielizny. A że żelazka były jeszcze jedynie nowinką to maglowanie było najlepszym sposobem na gładkie ubrania. I w prani był magiel. Kobiety przychodziły tu na wiele godzin, czasem z dziećmi. I był czas na plotkowanie czyli bardzo krótkie opowieści i rozmowy. Teraz nazwalibyśmy je small talk. Krótkie rozmowy, w których swoją analizą i swoim „zdrowym rozumem” staramy się zabłysnąć i zaimponować innym, że wiemy, i znamy wiedzę tajemną, ukrytą przed innymi, że jesteśmy na szczycie hierarchii społecznej, bo jestesmy dobrze poinformowani i to najnowszymi informacjami. Magiel nie był jedynymi miejscem na takie rozmowy.

Także w pociągach zawsze się rozmawiało. Siedzenia w przedziałach były ustawione frontem do siebie, co ułatwiało kontakty i rozmowy. Teraz takich ustawień jest mniej. Ale są. I są rozmowy w czasie podróży. Takie krótkie pogwarki niczym w maglu.  

W czasie urlopowych wojaży, w  pociągu na Górnym Śląsku, mimowolnie przysłuchiwałem rozmowie młodych ludzi. Jechali na weekendowy wypoczynek gdzieś w Beskidy albo do Czech. Dominowali w rozumie mężczyźni. Byli bardziej aktywni. Rozmawiali o różnych rzeczach. W tym o Ukraińcach w Polsce. I z całej rozmowy wywnioskowałem, że mimowolnie polska prawica bardzo zazdrości Ukraińcom. I dlatego ich dyskredytuje, jak każdy zazdrośnik. Czego nieświadomie zazdroszczą? Że teraz to Ukraińcu są „Chrystusem narodów” Europy, że uwaga świata skupia się na ich cierpieniu, na ich walce i na ich bohaterstwie, pozostawiając równocześnie Polaków w cieniu. I nasze chwalebne cierpienia z przeszłości. U nas teraz spokój, nikt nam bomb z samolotów nie zrzuca, w więzieniach nie wyklina, nie jesteśmy pod zaborami ani okupacją. To Ukraińcu są teraz przedmurzem Europy i bronią nas przez dzikimi, azjatyckimi zbrodniarzami. Bronią również Polaków. A my tylko na grillach gardłujemy. Są więc Ukraińcy bardzo ważni. I co najważniejsze, cierpią. W mentalności zajmują uprzywilejowana pozycje, trwale przecież zarezerwowaną dla cierpiętniczej i "wyklętej polskości". I jak tu się z innymi narodami licytować: "Pani choroba to moja zdrowie".

I jak tę zazdrość polska prawica wyraża? A, że Ukraińcy to nie są (prawdziwi) Europejczycy, że są jak wschodni Rosjanie, że nie to co my. Zatem nie można ich przyjmować do UE. Że ich rozwój technologii wojskowej to fikcja. Przecież cały świat chwiali ukraińskie drony. A tu zazdrość, że to pic, że są nic nie warte itd. Nie to co nasze! A najgorsze, że cierpią w bombardowaniach i inne narody im współczują. A jakżeż to tak, przecież to my, prawi Polacy, cierpimy lub cierpieliśmy za miliony, to my byliśmy skrzywdzeni, i nikt nas w krzywdzie nie może wyprzedzić, nie może być bardziej skrzywdzony. Stąd i chyba z tej zawiści rodzi się nienawiść. A przynajmniej zazdrość daje dużo paliwa do postaw antyukraińskich. Bo czymże jest Ruch Obrony Granic na odrzańskim moście czy palenie rac w Berlinie? Tam nic nie grozi, co najwyżej mandat. A odwagi by zapalić race na Placu Czerwonym i przypomnieć 17 września nijak nie starczy… Pozostaje więc zazdrość i rosnąca złość z detronizacji…

To była tylko jednostkowa rozmowa czworga młodych osób. A z jednego przykładu nie można wyciągać jeszcze wniosków ogólnych. Bo byłby to anegdotyczny dowód. Niemniej wydaje mi się, że w tym pociągu, niczym w dawnym maglu, coś było można między wierszami wyczytać. Coś z nastrojów społecznych i sposoby rozumowania. Czy ta diagnoza polskiej martyrologicznej zazdrości jest słuszna? Nie wiem. To już trzeba byłoby przeprowadzić bardziej dokładne i szerzej zakrojone badania socjologiczne.

Wspólnych magli i pralni już nie ma. Pozostają więc przygodne rozmowy w pociągach. By na moment zabłysnąć przed innymi swoją błyskotliwa analizą sytuacji. A jak tam, panie, Chińczyki, czy się trzymają?