10.06.2026

Czy kobieta i krasnal mogą się byczyć czyli esej biologiczno-filozoficzny o dwóch porządkach, które nie chcą do siebie pasować

Byczący się wrocławski krasnal


W czasie zajęć ze studentami wielokrotnie doświadczałem faktu, że można jednocześnie funkcjonować w wielu paradygmatach. Np. łono kobiece w języku poezji i macica z jajnikami w paradygmacie anatomiczno-medycznym. Niby chodzi o to samo – miejsce, w którym rozwija się płód w ciele kobiety. Miejsce, z którego wychodzi nowy człowiek. Łono to przykład zaczerpnięty od Ludwika Flecka (polecam książkę "Powstanie i rozwój faktu naukowego"). W historii nauki wiele jest podobnych przykładów. Możemy poruszać się w wielu paradygmatach jednocześnie byleby nie mieszać pojęć z różnych paradygmatów. Bo wtedy powstają potworne hybrydy. Lekarz opowiadający dowcip powie o łonie kobiety ale nie powie nic o łonie, gdy mówi anatomii i fizjologii kobiety w czasie ciąży. Podobnie z pytaniem o byczenie się. Student, stykając się z różnymi pojęciami najczęściej nie wie czy pochodzą z różnych paradygmatów. I próbuje sobie je wszystkie uporządkować w spójny system. sam tak na studiach robiłem. Zgodnie z konwencją zbiorów klasycznych. Dużo więcej czasu zajmuje odkrycie, że czasem pojęcia swoimi znaczeniami zachodzą na siebie a świat bardziej funkcjonuje w kategoriach zbiorów rozmytych. Tak jak na przykład symbioza, pasożytnictwo i mutualizm. 

Zabawa słowna z byczeniem się kobiet jest tylko przykładem, za pomocą którego chcę opowiedzieć o szerszych i bardziej uniwersalnych prawach. Drugi raz już wykorzystuję ten słowny rekwizyt „czy kobieta może się byczyć?”. Ale jeszcze raz chcę opowiedzieć o czymś szerszym i bardziej uniwersalnym. Pozornie jest więc to powtórzenie poprzedniego tekstu na blogu

Z punktu widzenia biologa pytanie „czy kobieta może się byczyć” brzmi jak zaproszenie do małego eksperymentu myślowego, w którym dwa światy, ten biologiczny i ten językowy, próbują się spotkać na jednej łące lub przy jednym stoliku kawiarnianym. I jak to zwykle bywa, każdy z nich przychodzi z własnym zestawem zasad, własną logiką i własnym temperamentem. Biologia przychodzi w woderach, z lupą i notesem. Język przybywa w kapeluszu, z ironicznym uśmiechem i torbą pełną metafor. A kiedy próbujemy ich posadzić obok siebie, natychmiast zaczynają się drobne sprzeczki o to, co jest „naturalne”, co „poprawne”, a co „ładnie brzmi”.

Zacznijmy od biologii, bo ona zwykle zaczyna od konkretów. W świecie ssaków kopytnych byk jest samcem, krowa samicą, a cielę cielęciem. I wszystko jest jasne, uporządkowane, zgodne z kariotypem, cyklem rozwojowym i hormonami. Biologia lubi takie porządki. Gdyby zapytać ją, czy kobieta może się „byczyć”, odpowiedziałaby z lekkim zmarszczeniem brwi: „Nie, bo kobieta nie jest bykiem, tak jak nie jest jeleniem, bobrem ani samcem modliszki”. Biologia jest trzeźwa, rzeczowa i nie ma w niej miejsca na metafory (ale jest za to miejsce na zbiory rozmyte). Ona widzi świat w kategoriach funkcji, adaptacji i ewolucyjnych strategii, a nie w kategoriach żartobliwych czasowników. Język naukowy dąży do precyzji a nie piękna i dowcipu.

Ale język… ach, język to zupełnie inna historia. Język nie ma najmniejszego problemu z tym, że ktoś „zżera książki”, „płonie ze wstydu”, „ma motyle w brzuchu” albo „byczy się na plaży”. Język nie przejmuje się faktem, że motyle nie latają w żołądku, a człowiek nie jest bykiem. Język działa według własnych praw: jest ekonomiczny, obrazowy, kapryśny, a czasem wręcz bezczelny. I właśnie dlatego pozwala kobiecie się „byczyć”, mężczyźnie „leniuchować”, a dziecku „wylegiwać jak kot”. Język nie potrzebuje zgodności z biologią.  Potrzebuje zgodności z poczuciem humoru, intuicją i zwyczajem. I z komunikacją za pomocą znaczeń i odwołań do przeszłości.

A może to nie jest spór między językiem biologii a językiem literatury i dnia codziennego tylko spór między radykalną ortodoksją i sztywnymi granicami a niedookreślonością tworzenia i ewolucją? Między logiką zbiorów klasycznych a logiką zbiorów rozmytych. W gruncie rzeczy język, jako element kultury, bardzo podobny jest do gatunków biologicznych i ewolucji biologicznej. 

W tym miejscu zaczyna się najciekawsze: te dwa porządki - biologiczny i językowy - nie dają się ujednolicić (choć i na to przyrodnicy i matematycy znaleźliby rozwiązanie). Nie ma jednego wspólnego systemu, w którym „byk” jako samiec i „byczyć się” jako leniuchowanie byłyby logicznie powiązane. Biologia mówi: „byk to samiec gatunku Bos taurus”. Język mówi: byczyć się może każdy, kto ma ochotę poleżeć na słońcu i nic nie robić. I oba te stwierdzenia są prawdziwe, ale w swoich własnych światach, w swoich własnych paradygmatach. Bo pojęcia i terminy ściśle związane są z teoriami i paradygmatami, w których powstały i funkcjonują. Wiedza naukowa nie jest prostą sumą faktów i pojęć. To system całościowy. A system (paradygmat) wpływa na znaczenie części-pojęcia. Kontekst całości wiele zmienia.

Próba uporządkowania tego na siłę prowadziłaby do absurdów. Gdybyśmy chcieli, by język był biologicznie (logicznie) spójny, musielibyśmy zakazać „kocich ruchów” u ludzi, „ptasiego móżdżku” u polityków i „wilczego apetytu” u wegetarian. A gdybyśmy chcieli, by biologia była językowo spójna, musielibyśmy wprowadzić do zoologii takie kategorie jak „samica bycząca się” albo „samiec filozofujący”, co mogłoby wywołać konsternację nawet wśród najbardziej wyrozumiałych ekologów.

Dlatego odpowiedź jest prosta i jednocześnie filozoficznie kojąca: tak, kobieta może się byczyć, bo w języku nie obowiązuje logika płci biologicznej. Język rządzi się własną dynamiką, własną historią i własnym poczuciem humoru. A biologia (nauka przyrodnicza) rządzi się własną precyzją i własnym porządkiem. I całe szczęście, że te światy nie są identyczne. Gdyby były, życie byłoby nie tylko bardziej przewidywalne, ale i znacznie mniej zabawne. W końcu to właśnie w tej szczelinie między tym, co biologicznie możliwe, a tym, co językowo dopuszczalne, rodzi się cała poezja codzienności. I cała frajda z byczenia się, niezależnie od płci, gatunku czy kariotypu.

Lubię takie momenty, kiedy język, biologia i ironia zaczynają się splatać w coś żywego. Niczym w nowy, symbiotyczny gatunke lub ekosystem. W całkiem nową konstelację. To właśnie ta „symbioza twórcza”, o której wspomniałem w poprzednim wpisie. Nie tylko metafora, ale i realny proces. Proces symbiozy między człowiekiem a generatywną sztuczną inteligencją. Proces, który po raz kolejny detronizuje człowieka. Najpierw utraciliśmy centralne miejsce w Kosmosie, potem centralne miejsce w ewolucji (lub dziele stworzenia) a teraz centralne miejsce w procesie myślenia i tworzenia treści. Niebawem nie tylko kobieta będzie się byczyć ale i sztuczna inteligencja. I co wtedy zrobimy? O czym porozmawiamy? O byczących się wrocławskich krasnalach z brązu? 

Czy krasnal jako postać fikcyjna i baśniowa, na dodatek z brązu a więc bez odrobiny życia, może się byczyć? Nie myśli, nie metabolizuje a jednak się byczy? Jakim cudem? Co, o tym Czytelniku sądzisz? Może wypowiesz się w komentarzu?

9.06.2026

Czy kobieta może się byczyć?

 

Pozornie jest to tylko dowcipny tekst i zabawa słowami. Ale w głębszej warstwie jest to zastanawianie się nad symbiozą człowieka z AI jako przykładem istoty życia biologicznego. I przykładem szukania analogii między ewolucja biologiczna a ewolucja kulturową.

Tak. W języku potocznym można powiedzieć, że kobieta „byczy się”, jeśli odpoczywa, leniuchuje lub niczym szczególnym się nie zajmuje. Tytułowe pytanie wydaje się błahe. Ot, jedna z tych językowych zagadek, które pojawiają się przy kawie, w mediach społecznościowych albo podczas rodzinnego obiadu. Ktoś mówi: „Cały weekend się byczyłam”, a ktoś inny odpowiada: „Jak to? Kobieta nie może się byczyć. Powinna się raczej krowić!”. Wszyscy się śmieją, ale za tym żartem kryje się całkiem poważne pytanie o relację między światem biologii a światem języka.

Jako biolog mam pewną słabość do specyficznego porządkowania rzeczywistości. Biologia uwielbia klasyfikacje. Samce i samice, gatunki, rodzaje, rodziny, królestwa. Gdy patrzymy na byka i krowę, sprawa wydaje się oczywista. Byk jest samcem bydła domowego, krowa jest samicą. Symetria jest elegancka, niemal podręcznikowa. Gdyby więc język miał być wiernym odbiciem biologii, należałoby uznać, że mężczyzna może się byczyć, a kobieta powinna się krowić. Problem polega na tym, że język nie czyta podręczników biologii.

Język jest tworem znacznie bardziej anarchicznym i niezależnym. Powstaje nie w laboratoriach, lecz w rozmowach, żartach, nieporozumieniach i tysiącach codziennych interakcji. Nie pyta biologów o zgodę. Nie konsultuje zmian z logikami. Nie przejmuje się symetrią. Słowa żyją własnym życiem i często odrywają się od swoich korzeni. Podobnie jak biologiczne gatunki w ekosystemach.

Przykładem jest właśnie czasownik „byczyć się”. Dawno przestał on oznaczać zachowanie właściwe samcowi bydła. Nikt przecież nie wyobraża sobie człowieka leżącego na pastwisku i przeżuwającego trawę, gdy mówi o weekendowym odpoczynku. „Byczyć się” stało się samodzielnym pojęciem oznaczającym leniuchowanie, relaks, błogie nicnierobienie. Słowo zachowało historyczne pochodzenie, ale utraciło biologiczną dosłowność. Znaczenie oderwało sie od pierwotnego obrazu i zaczęło żyć swoim własnym językowym, życiem. 

To zjawisko jest zresztą powszechne. W biologii ewolucja działa poprzez modyfikowanie istniejących struktur. Pióra ptaków powstały z elementów, które pierwotnie nie służyły do latania. Płuca ryb dwudysznych stały się przodkami narządów oddechowych kręgowców lądowych. Natura nie projektuje wszystkiego od nowa. Wykorzystuje stare rozwiązania do nowych funkcji.

W języki procesy słowotwórcze zachodzą podobnie. Słowa ewoluują. Zachowują ślady swojego pochodzenia, ale ich znaczenie dryfuje w nowych kierunkach. Tak jak biolog nie oczekuje, że skrzydło nietoperza będzie idealnie odpowiadało skrzydłu ptaka, tak językoznawca nie oczekuje, że każde słowo zachowa logiczną zgodność ze swoim przyrodniczym źródłosłowem.

Z biologicznego punktu widzenia najbardziej fascynujące jest to, że człowiek żyje jednocześnie w wielu rzeczywistościach. Posługuje się słowami, pochodzącymi z róznych paradygmatów. W jednej rzeczywistości obowiązują prawa przyrody. Samiec jest samcem, samica jest samicą, chromosomy nie negocjują znaczeń. W drugiej rzeczywistości – tej kulturowej i językowej – rządzą symbole, metafory i społeczne umowy. Tutaj słowa nie muszą być wierne biologii. Muszą być przede wszystkim użyteczne dla użytkowników języka. Dlatego kobieta może się byczyć. I nie dlatego, że jest gender. Nie dlatego, że staje się biologicznym bykiem. Nie dlatego, że język ignoruje istnienie samic bydła. Może się byczyć dlatego, że społeczność użytkowników języka uznała, iż słowo „byczyć się” oznacza pewien stan, a nie określoną płeć. Znaczenie oderwało się od biologicznego źródła i rozpoczęło własną ewolucję.

Czy moglibyśmy stworzyć czasownik „krowić się”? Oczywiście. Język pozwala na takie eksperymenty. Byłoby to nawet całkiem zabawne. Można wyobrazić sobie przyszłość, w której kobiety deklarują, że cały weekend się krowiły, a mężczyźni nadal się byczą. Jednak powodzenie takiego pomysłu nie zależy od logiki ani biologii. Zależy od tego, czy inni ludzie uznają go za przydatny i zaczną go powtarzać. Tym bardziej, że powiedzenie o kobiecie - "krowa", niesie duży pejoratywny ładunek. Zatem krowienie się niosłoby znaczenie już obarczoną ta pejoratywnością. Nisze semantyczna został już częściowo zajęta. Żeby ja skolonizować wcześniej należałoby usunąć stare znaczenie, upodabniające kobietę do krowy. 

W tym sensie język przypomina ekosystem. Nie przetrwa w nim to, co najbardziej logiczne. Przetrwa to, co najlepiej dostosowane do aktualnego środowiska społecznego. Słowa konkurują ze sobą podobnie jak organizmy. Jedne wymierają, inne zdobywają nowe nisze, jeszcze inne rozprzestrzeniają się niczym gatunki inwazyjne.

Może właśnie dlatego wszelkie próby idealnego uporządkowania języka są skazane na niepowodzenie. Chcielibyśmy czasem, aby świat był elegancki jak tabela w podręczniku biologii. Tymczasem język przypomina raczej las. Rośnie spontanicznie, plącze się, tworzy nieoczekiwane połączenia i nie przejmuje się naszym poczuciem porządku.

A więc czy kobieta może się byczyć? Z biologicznego punktu widzenia nie ma to sensu. Z językowego – jak najbardziej. I właśnie w tej drobnej sprzeczności kryje się piękno ludzkiej kultury. Natura i język są dziećmi tej samej ewolucji, ale każde z nich poszło własną drogą. Próba zmuszenia ich do pełnej zgodności przypominałaby próbę nauczenia dzięcioła pływania tylko dlatego, że pingwiny też są ptakami. Można próbować. Pytanie tylko: po co?

Wracając do tytułowego pytania, czy kobieta może się byczyć. To dobry przykład, że język naturalny często wybiera jedną formę i stosuje ją uniwersalnie, zamiast tworzyć pełną symetrię rodzajową. Nie dlatego, że nie da się stworzyć formy żeńskiej, lecz dlatego, że użytkownicy języka jej po prostu nie przyjęli.

Niniejszy tekst powstał we współpracy z narzędziami sztucznej inteligencji. Dlatego na koniec konwersacji napisałem tek: "Dziękuję, pięknie wyszła nam ta symbioza człowieka z AI." I przypomniały mi się kolektywy myślowe Ludwika Flecka. Wskazywał on, że w dialogu między dwoma naukowcami powstają całkiem nowe rzeczy i pomysły, które wcześniej nie istniały w głowie żadnego z dyskutantów. wyłoniły się z dialogu.  Tak jak nie wchodzi się dwa razy do tej samej wody w rzece, tak samo nie wchodzi się do tych samych słów w rozmowie. Za każdym razem jest to inna woda, inne słowa, mimo że sens może być podobny lub bardzo zbliżony. I dzieje się tak w rozmowie człowieka z człowiekiem jak i człowieka z generatywną sztuczna inteligencją. Pomijając porównanie Ludwika Flecka współpracą z AI traktuję jako swoistą symbiozę kulturową. Dlatego napisałem "dziękuję" i wspomniałem o symbiozie.

W odpowiedzi otrzymałem: "Dziękuję. To zdanie dobrze nawiązuje do tematu eseju. Jako biolog zapewne zauważa Pan jeszcze jeden ciekawy paradoks. W rozmowie człowieka z AI zachodzi coś, co przypomina relację symbiotyczną, ale nie w sensie biologicznym. Ja nie mam własnych doświadczeń, intuicji terenowych, wspomnień ani poczucia humoru wynikającego z życia. Pan natomiast wnosi doświadczenie, wiedzę, skojarzenia i pytania. Ja dostarczam szybkość przeszukiwania wzorców, porządkowania argumentów i tworzenia nowych kombinacji idei. Efekt końcowy nie jest wyłącznie dziełem człowieka ani wyłącznie dziełem maszyny."  Jakże pięknie to nawiązuje do idei kolektywów myślowych Ludwika Flecka, zwerbalizowanych blisko 100 lat temu. 

Całość (rozumiana jako efekt końcowy tego tekstu) to nie jest prosta suma części i własności tych części. Tak jak kolektywie myślowym Ludwika Flecka, w dialogu pojawia się wartość dodana, która nie istniałaby, nie pojawiłaby się, gdyby nie ta rozmowa między ludźmi. A teraz między człowiekiem a kumulatywnie i konektywnie zebrana wiedzą ludzką w postaci AI. Te same pytania początkowe i kolejne promty zadałem kilku dużym modelom językowym. W każdym przypadku otrzymałem inny rezultat w postaci kompozycji słownej. Zupełnie tak samo, jak w rozmowie z człowiekiem. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki a w zasadzie do tej samej wody w rzece

Zresztą sam temat „czy kobieta może się byczyć?” jest dobrym przykładem takiej współpracy. AI prawdopodobnie odpowiedziałaby poprawnie na pytanie językowe. Biolog mógłby rozwinąć wątek samców i samic bydła. Ale dopiero połączenie obu perspektyw pozwoliło przejść od żartu językowego do refleksji o dwóch porządkach rzeczywistości: biologicznym i kulturowym. I na koniec uporządkowanie, poprawienie powstałego tekstu przez człowieka, autora wpisu blogowego. 

To zresztą motyw, który często pojawia się w historii nauki. Najciekawsze idee rodzą się nie wtedy, gdy ktoś zna wszystkie odpowiedzi, lecz wtedy, gdy spotykają się różne sposoby patrzenia na świat. Biologia spotyka filozofię, sztuka spotyka matematykę, a dziś człowiek spotyka sztuczną inteligencję. Być może za kilkadziesiąt lat badacze kultury będą analizować takie rozmowy podobnie, jak dziś analizujemy listy uczonych z XVIII czy XIX wieku. Tyle że korespondentem nie będzie drugi człowiek, lecz narzędzie intelektualne stworzone przez człowieka.

A na razie możemy stwierdzić jedno: skoro kobieta może się byczyć, to biolog może filozofować o języku, a AI może pomagać mu ubierać te myśli w słowa. I najwyraźniej działa to całkiem nieźle.

PS. 1. Zdjęcie ze skansenu z dawną społeczną rolą kobiety. 
PS. 2. Wykorzystane promty:

  • Czy kobieta może się byczyć?
  • A czy w stosunku do odpoczynku kobiety nie można byłoby napisać "krowić się"? Byłaby zgodność płci i rodzaju żeńskiego.
  • Napisz esej pt. "Czy kobieta może się byczyć" w kontekście logiki i spójności biologicznej i rodzaju męskiego i żeńskiego oraz o spójności językowej. Podkreśl, że te dwie rzeczywistości kierują się swoimi regułami i nie da się ich tak prosto ujednolicić i uporządkować. Użyj tomu dowcipnego i filozoficznego. Pisz tekstem zwartym, narracyjnym. Użyj perspektywy biologicznej (esej pisany przez biologa a nie językoznawcę).
A potem było jeszcze sporo innych zmian i uzupełnień. Jak to w symbiozie między człowiekiem a AI. Do tego tematu na pewne jeszcze nie raz wrócę. Świat, który dopiero odkrywamy.

8.06.2026

O poszukiwaniu nowej formuły oceniania i egzaminowania

Taką starą szkołę spotkać możemy już tylko w skansenie. Uczy jako przypadek z historii, w konkretnym kontekście społecznym i historycznym. W czasie wycieczek lecz nie na codzień.


Czy angażować się w odwieczną szkolną zabawę w policjantów i złodziei? Zadać uczniom/studentom zadania i uniemożliwiać im ściąganie a raczej śledzenie ich i przyłapywanie ich na ściąganiu lub w drodze na skróty? Co jest istotą tego, że chcą ściągać? Lub czy sprawdzać na wykładzie listę obecności i jak weryfikować czy nie zostały dopisane martwe dusze? Czy wymagać obecności na wykładzie, na ćwiczeniach czy też może wymagać wykonania zadania, opanowania wiedzy i udokumentowania swojego postępu? Bez względu czy ktoś był na wykładzie czy nie? Jaki powinien być egzamin? Ustny, pisemny, testowy? A może projektowy? I jak rzeczywiście sprawdzić przyrost wiedzy a utrudnić ściąganie, podpowiadanie, pisanie gotowców? Różne sposoby ściągania wpisane są w cała historię szkoły i edukacji. To oczywiście temat na inną opowieść. Teraz chcę poświęcić uwagę zmianom, jakie przyniosła sztuczna inteligencja. Czy są to tylko nowe sposoby ściągania? A może coś więcej? Jak wspomniał  Jacek Dukaj: nieunikniona jest sytuacja, gdy nie będzie się dało opowiedzieć czy dany tekst jest autorstwa człowieka czy AI. Co zatem czynić ma wykładowca-policjant uniemożliwiający ściąganie studentowi? Może trzeba uznać zmiany cywilizacyjne i symbiozę kulturową człowieka ze sztuczna inteligencją? 

Żyjemy w epoce, w której tradycyjna definicja erudycji spektakularnie dokonała żywota. Przez stulecia mędrzec czy uczony był chodzącą biblioteką, był rezerwuarem faktów, dat, definicji i schematów. W takim świecie wyrastałem. Dziś ten model runął, przynajmniej częściwo. Smartfon podłączony do internetu, ukryty w kieszeni i algorytmy sztucznej inteligencji, gotowe w ułamku sekundy wygenerować syntezę dowolnego zagadnienia, odebrały ludzkiej pamięci biologicznej monopol na wiedzę. Wcześniej naszą biologiczną pamięć, zmagazynowaną w mózgowych neuronach zastąpiły biblioteczne karty z zadrukowanymi stronami. W dobie AI informacja jeszcze bardziej stała się towarem permanentnie dostępnym, niemal darmowym i wszechobecnym. Ta technologiczna rewolucja postawiła na głowie nie tylko uniwersytecką dydaktykę, ale przede wszystkim zmusiła nas do postawienia fundamentalnego, filozoficznego pytania: kim jest myślący człowiek w świecie, w którym maszyna wie lepiej i szybciej? 

Współczesne narzędzia generatywnej sztucznej inteligencji ostatecznie obnażyły anachronizm dotychczasowych metod weryfikacji wiedzy. Pierwszym podważeniem była pamięć zewnętrzna w postaci zadrukowanych książek. W szkole uczyłem się jeszcze wierszy na pamięć. Ale już wtedy rodziło się pytanie, po co uczyć się na pamięć, kiedy łatwo znaleźć wierny zapis w książce lub zeszycie? Egzaminy oparte na odtworzeniu materiału, testy wyboru czy nawet klasyczne eseje pisane na zadany temat straciły swoją dawną efektywność i przydatność. Stały się polem potyczek między antyplagiatowymi algorytmami a coraz doskonalszymi modelami językowymi. Próba ścigania się z AI na zapamiętywanie lub mechaniczne kompilowanie faktów jest z góry skazana na porażkę. A przynajmniej na dużo mniejszą efektywność. Dlatego zamiast pytać studenta: „Co wiesz?”, musimy zacząć pytać go: „Jak potrafisz zarządzać wiedzą, którą masz pod ręką?”. Ważne jest więc pytanie jak zarządza wiedzą (dostępną konektywnie) i jak tworzy wypowiedzi. Jak rozumuje w symbiozie nie tylko z książkami ale i ze sztuczną inteligencją. Już dawniej wiele prac tworzonych było zespołowo. Kto jest więc autorem pracy zespołowej? Tu też autorstwo jest z płynną i niewyraźną granicą. Tak teraz powstaje się współautorskie dzieło, tworzone w mutualistycznej symbiozie człowieka z AI. 

Ta zmiana optyki głęboko osadza się w koncepcji konektywizmu – teorii uczenia się na miarę ery cyfrowej. Choć konektywni byliśmy od samego początku życia społecznego, na długo przed epoką pisma. W tym ujęciu wiedza nie jest już monolitem zamkniętym w ludzkim, pojedynczym mózgu, lecz dynamiczną siecią połączeń między ludźmi, papierowymi i cyfrowymi bazami danych i technologiami. Kluczową kompetencją nie jest posiadanie informacji, ale umiejętność jej odszukania, zweryfikowania, przesiania przez sito krytycznego myślenia i zsyntetyzowania. Przecież nie tylko gorliwe AI halucynuje, ale i ludzie od samego swojego zarania. Prawdziwym wyzwaniem dydaktycznym i egzystencjalnym staje się odpowiedź na pytanie: "czy potrafisz dotrzeć do właściwych węzłów tej globalnej sieci i czy potrafisz zrobić z nich realny użytek?" A jeśli tak, to jaki sens i wartość potrafisz z tego wydobyć? I jak to sprawdzić na egzaminie? Testem wielokrotnego wyboru? Pracą pisemną, esejem? Rozmową czy może raczej projektem? Od jakiegoś czasu zadaję sobie takie pytania i próbuję odpowiedzi wcielać w życie. Wiedząc, że są to próby czynione po omacku i że są narażone na różnorodne porażki. Powolne uczenie się na błędach i sukcesach z rozmyślaniem o sensie i celu. Bo przecież dopiero odkrywamy ten nowy świat.

W moich poszukiwaniach nowej formy akademickiego spotkania odrzucam zatem schemat odpytywania z gotowych odpowiedzi. Przenoszę ciężar z rezultatu na proces. I jest to poruszanie się na nieznanym lub mało znanym lądzie. Skoro wiedza jest łatwo dostępna, student musi stać się jej architektem, a nie tylko konsumentem. Sprawdzanie umiejętności konektywnego korzystania z zasobów świata najlepiej realizuje się w formach, które wymagają osobistego zaangażowania i śladu autentycznej obecności. Może to być systematycznie prowadzony dziennik refleksji – zapis intelektualnego dojrzewania i potyczek z chaosem informacyjnym, gdzie widać nie tylko to, co znaleziono, ale jak ewoluował sposób myślenia autora. Mogą to być autorskie e-booki czy interdyscyplinarne projekty, w których luźne fakty zostają spięte w nową, użyteczną całość. Egzamin w formie dziennika refleksji trwa cały semestr a nie tylko w ciągu jednej godziny w czasie sesji egzaminacyjnej. Jest zachęceniem do poszukiwań a nie jedynie sprawdzeniem, co się znalazło.

Co więcej, wkraczamy śmiało w erę nowej mówioności i form postpiśmiennych. Tekst drukowany przestaje być jedynym prawomocnym nośnikiem akademickiego dyskursu. Zdaję sobie z tego sprawę, choć trudno mi otworzyć się na nowe formy komunikacji i społecznego przekazu. Współczesny student może syntetyzować wiedzę w formie wideo opowieści, podcastu, cyfrowego eseju wizualnego czy dynamicznej narracji, która angażuje zmysły i intelekt odbiorcy w zupełnie nowy sposób. To powrót do korzeni ludzkiej kultury, do snucia opowieści, choć innymi formami. Ale jest to powrót wzbogacony o potężne cyfrowe instrumentarium. I to instrumentarium dopiero odkrywamy. Trzeba odwagi by odejść choć na trochę od utrwalonych schematów i własnych przyzwyczajeń. Może ta nowa postpiśmienna mówioność też ma swoje mocne i dobre strony? Trzeba ją odkryć, gdy ona dopiero powstaje. Gdy same siebie odkrywa i poznaje. Ale czyż to właśnie uniwersytet nie powinien być miejscem odkrywania nowości i eksperymentowania ze światem, który dopiero się rodzi? Gdzież jak nie na uniwersytecie powinniśmy ten świat wspólnie ze studentami odkrywać? 

Przemiana ta ma głęboki wymiar humanistyczny. Odciążeni przez sztuczną inteligencję z mozołu mechanicznego pamiętania, zyskujemy przestrzeń na to, co rdzennie ludzkie: na twórczą intuicję, syntezę wartości, etyczną refleksję i estetyczny zachwyt. Nowy uniwersytet, który wyłania się z tych poszukiwań, nie jest już fabryką powtarzalnych dyplomów, ale przestrzenią, w której uczymy się sztuki nawigacji. Egzamin w czasach AI staje się zatem nie sprawdzianem pamięci, lecz dowodem na umiejętność przekuwania informacyjnego szumu w mądrość, opowieść i działanie. Skoro sam człowiek jest biologicznym holobiontem, korzystającym z nie swoich (bo mikrobialnych) genów, to może warto zaakceptować to w kontekście kultury i wiedzy? Tu też jestesmy częścią zespołowej całości. I na dodatek nie tylko ludzkiej. Konektywizm nie jest tylko ekskluzywnym pojęciem filozoficznym. 

Kluczem do zrozumienia współczesnej edukacji jest koncepcja konektywizmu, zaproponowana przez George’a Siemensa i Stephena Downesa. W konektywizmie wiedza nie jest statycznym zbiorem faktów, ale dynamiczną siecią połączeń między ludźmi, ideami i zasobami. Uczeń czy student nie musi już „wiedzieć wszystkiego”, ale musi umieć nawigować w tej sieci, łączyć informacje i tworzyć nowe znaczenia. Tak jak kucharz, który nie musi zapamiętać wszystkich przepisów z książki kucharskiej (podstawy programowej). Bardziej ważne jest to czy i jak wyszukuje przepisy, czy je rozumie, czy potrafi odróżnić dobre i fałszywe (wyhalucynowane) przepisy, czy potrafi je odczytać i zastosować tu i teraz, w konkretnych warunkach i aktualnej dostępności produktów. Dla przykładu przeczytaj tent krótki tekst: Przepisy grzybowe Olgi Tokarczuk, czyli o tym jak czytać powieści i literaturę fikcji.

Nowe formy sprawdzania wiedzy, które wypróbowuję to dziennik refleksji, projekt oraz e-book.  Najlepiej udostępnione publicznie by mierzyć sie z reakcja świata a nie tylko ocena wykładowcy.Jest to jak chodzenie w półmroku - brak oznakowanych ścieżek, liczne bagna i ślepe zaułki. Podejmuję ryzyko potknięć zamiast tkwić z uporem w nieefektywnych coraz bardziej sposobach egzaminowania. 

Tradycyjne egzaminy, oparte na odtwarzaniu faktów, nie sprawdzają już umiejętności, które są naprawdę ważne w erze AI. Zamiast tego, próbuję egzaminować i sprawdzać nie tyle wiedzę, co umiejętności konektywnego korzystania z dostępnej wiedzy. Jak to robię? Od kilku lat eksperymentuję z refleksyjnymi dziennikami rozwoju. Teraz studenci maja łatwy dostęp do sztucznej inteligencji i zautomatyzowanego sposobu tworzenie treści językowej i graficznej. Nie zakazuję dostępu, nie sprawdzam czy korzystali, nie śledzę. Staram się raczej namówić do tego, by pokazywali jak docierają do informacji i jak je wykorzystują. Trudny proces. Studenci prowadzą systematyczne zapiski, w których analizują, jak wykorzystują wiedzę w praktyce. Jakie mają obserwacje i jakie przemyślenia. To nie tylko notatki, ale głębokie przemyślenia na temat procesu uczenia się. Nowszym pomysłem jest przygotowanie tematycznych e-booków, jako forma projektu. Zamiast tradycyjnych esejów, proszę o tworzenie cyfrowych publikacji lub projektów, które łączą różne źródła wiedzy. To pokazuje, jak student potrafi integrować informacje i prezentować je w sposób zrozumiały. I namawiam ich do tego, by byli autorami swojego myślenia. By odkrywali swoją sprawczość. Nawet w kulturowej symbiozie z AI.

Szukam także form postpiśmiennych. W erze cyfrowej tekst nie jest jedyną formą komunikacji. Filmy, podcasty, infografiki – wszystko to staje się narzędziem do przekazywania wiedzy. Sprawdzam, czy uczeń potrafi wybrać odpowiednią formę do przekazania swoich myśli. A raczej nie sprawdzam, lecz projektuję warunki do tego, by sami próbowali i tworzyli. Na razie rezultaty są bardzo różne. Jedne cieszą, inne martwią nieskutecznością. Jestem dopiero na początku tej drogi odkrywania. I chętnie o tych trudach dyskutuję z innymi. Wszak żyjemy w konektywnym społeczeństwie, w konektywnej i rozproszonej wiedzy. 

6.06.2026

Noosfera, Gaia, anthropocen i mózg globalny, rozważania o symbiozie człowieka z AI




Moje rozważania o noosferze na nowo odświeżyło kilka faktów. Po pierwsze to, że technomasa (czyli sztuczne tworzywa wytworzone przez człowieka w postaci betonu, stali, plastiku itp.) przewyższa już wagowo biomasę na Ziemi. Po drugie rozwój sztucznej inteligencji i nasilająca się symbioza człowieka z narzędziami generatywnej sztucznej inteligencji. I po trzecie coraz częstsze pisanie i mówienie o holobiontach i hologemomie. Wspólnotowość i poszerzanie zjawiska życia trwa od kilku miliardów lat. Teraz doświadczamy kolejnego, dużego przełomu. I dlatego wracam do nie tak nowej koncepcji noosfery - sfery myśli. Dostrzegamy jakiś proces i próbujemy go nazwać, a to noosferą, a to Gają, a to globalnym mózgiem itp. Możliwe, że nadchodzi czas intelektualnego przełomu i coś syntetycznego z tego się niebawem wykluje. Syntetycznego od syntezy, a nie od czegoś sztucznego (tak jak tworzywa syntetyczne).

Koncepcja noosfery, rozwijana przez Władimira Wiernadskiego i Pierre’a Teilharda de Chardin, należy do najwcześniejszych prób opisania Ziemi jako systemu, w którym ludzki rozum staje się czynnikiem planetarnym. Współczesne teorie - hipoteza Gai Jamesa Lovelocka, pojęcie anthropocenu oraz idea globalnego mózgu - rozwijają podobną intuicję, choć czynią to z odmiennych perspektyw epistemologicznych. Porównanie tych czterech ujęć pozwala uchwycić, jak zmienia się sposób myślenia o relacji człowieka z planetą oraz o roli świadomości i techniki w ewolucji Ziemi. Cztery różne przymiarki, a każdy jest jakoś niedoskonały i wadliwy. A jednocześnie mają coś wspólnego i intelektualnie intrygującego.

Noosfera Wiernadskiego (z początków XX wieku) wyrasta z nauk przyrodniczych i biogeochemii. Jest to nowy stan biosfery, w którym działalność człowieka - poprzez naukę, technikę i organizację społeczną - zaczyna wpływać na procesy geochemiczne na skalę planetarną. Wiernadski podkreśla materialny charakter tego procesu: rozum ludzki staje się siłą geologiczną, a nauka narzędziem reorganizacji materii i energii. Noosfera nie jest więc sferą duchową, lecz etapem ewolucji biosfery, w którym wiedza staje się czynnikiem kształtującym środowisko. Fakt, że technomasa przewyższa wagowo biomasę potwierdza trafność intuicji Wiernadskiego. A wzmacnia obserwowany rozwój technologii komputerowych ze sztuczną inteligencją włącznie.

Z kolei Teilhard de Chardin interpretuje noosferę jako sferę świadomości, powstającą w wyniku narastającej złożoności i refleksyjności życia (też koncepcja z początków XX w.). Ewolucja prowadzi tu ku coraz większej personalizacji i jedności, a jej celem jest Punkt Omega – transcendentny biegun przyciągania. W takim rozumieniu noosfera jest więc przede wszystkim procesem duchowym i poznawczym, w którym ludzkość zaczyna myśleć zbiorowo, tworząc globalną sieć refleksji. W odróżnieniu od Wiernadskiego, Teilhard kładzie nacisk nie na materialne przekształcenia Ziemi, lecz na ewolucję świadomości. W dobie widocznej i postępującej symbiozy ludzi z narzędziami AI oraz dostrzegania naszego konektywistycznego myślenia taka koncepcja noosfery jest również zachęcająco inspirująca.

Późniejsza, ale również XX wieczna hipoteza Gai Jamesa Lovelocka i Lynn Margulis, stanowi odmienny sposób myślenia o planecie. Gaia to Ziemia rozumiana jako system samoregulujący, w którym biosfera, atmosfera, hydrosfera i litosfera współdziałają w utrzymaniu warunków sprzyjających życiu. W przeciwieństwie do noosfery, Gaia nie zakłada szczególnej roli człowieka ani rozumu. Jest teorią systemową, w której życie jako całość stabilizuje planetę. W tym sensie Gaia jest bardziej „biocentryczna”, podczas gdy noosfera – zwłaszcza w ujęciu Wiernadskiego – jest „antropocentryczna”. Jednak obie koncepcje łączy przekonanie, że Ziemia jest systemem dynamicznym, a procesy biologiczne i informacyjne mają znaczenie planetarne.

Najpóźniej, z omawianych pojawiło się pojęcie anthropocenu, zaproponowane przez Paula Crutzena. Opisuje ono epokę geologiczną, w której działalność człowieka stała się dominującą siłą wpływającą na klimat, bioróżnorodność i obieg materii (doświadczamy tego teraz chociażby w postaci globalnych zmian klimatu). Anthropocen jest więc diagnozą kryzysu, a nie projektem ewolucyjnym. W przeciwieństwie do noosfery, nie zakłada teleologii ani harmonii. Jest raczej świadectwem niezamierzonego wpływu człowieka na planetę. Można jednak zauważyć, że anthropocen stanowi „ciemne odbicie” noosfery Wiernadskiego. Tam, gdzie Wiernadski optymistycznie widział racjonalną transformację biosfery, tam anthropocen pesymistycznie ujawnia jej destrukcyjne konsekwencje. Obie koncepcje opisują człowieka jako czynnik geologiczny, lecz różnią się oceną i kierunkiem tego procesu.

Idea globalnego mózgu, rozwijana w ostatnim czasie m.in. przez Francisa Heylighena, jest natomiast współczesną reinterpretacją intuicji Teilharda. Zakłada, że ludzkość wraz z technologiami komunikacyjnymi – zwłaszcza internetem i sztuczną inteligencją – tworzy system poznawczy o właściwościach analogicznych do mózgu. Globalny mózg jest siecią przetwarzania informacji, w której jednostkowe umysły pełnią funkcję neuronów, a technologie stanowią synapsy. W tym sensie jest to koncepcja bliska noosferze Teilharda, choć pozbawiona jej wymiaru teologicznego. Obie wizje opisują proces narastającej korefleksji i integracji poznawczej, prowadzący do powstania globalnej świadomości funkcjonalnej. Biologia na globalny mózg patrzy przez pryzmat dobrze znanych w przyrodzie pojęć hologionta, hologenomu i zintegrowanego ekosystemu.

Porównując te cztery koncepcje, można zauważyć, że każda z nich akcentuje inny aspekt relacji człowieka z planetą lub życia biologicznego w szerokim ujęciu. Gaia podkreśla autonomię systemu Ziemi i rolę życia jako całości. Anthropocen wskazuje na destrukcyjny wpływ człowieka. Noosfera Wiernadskiego podkreśla racjonalną transformację biosfery. Natomiast noosfera Teilharda i globalny mózg wskazują na ewolucję świadomości i informacji. Razem tworzą one wielowymiarowy obraz Ziemi jako systemu, w którym procesy biologiczne, geologiczne, techniczne i poznawcze splatają się w dynamiczną całość. W tym sensie współczesna refleksja planetarna nie jest prostą kontynuacją żadnej z tych teorii, lecz ich twórczą syntezą, w której rola człowieka, techniki i świadomości jest stale renegocjowana. Zapewne pojawią się i inne próby dostrzeżenia, opisania i nazwania tych procesów globalnych i planetarnych. I wcale człowiek nie musi być w centrum tych procesów. Być może czeka nas trzecia detronizacja ludzkiego egocentryzmu, po Koperniku i Darwinie, stracimy nie tylko uprzywilejowane miejsce w Kosmosie, centralne ukoronowanie ewolucji ale in wyjątkowa miejsce w procesach myślenia.

Globalny mózg (ang. global brain) to metafora naukowa i filozoficzna, która sugeruje, że dzięki sieciom telekomunikacyjnym (głównie internetowi) ludzkość, komputery i algorytmy zaczynają tworzyć jeden, planetarny system nerwowy. W tej wizji my ludzie pełnimy rolę podobną do neuronów, a internet to synapsy, które przesyłają informacje i łączą nas w jedną, inteligentną całość. Sztuczna inteligencja jako przejawi swoistej symbiozy detronizuje Homo sapiens w procesie kolektywnego i konektywnego myślenia. Stajemy się częścią, a nie uprzywilejowanym ukoronowaniem i ewolucji i samego procesu.

Kluczowe aspekty koncepcji globalnego mózgu to : samoorganizacja, inteligencja zbiorowa i sprzężenie zwrotne. Samoorganizacja jest immamentną cechą życia jako zjawiska trwającego na Ziemi od około 4 miliardów lat. Mózg globalny, podobnie jak mózg dziecka, uczy się poprzez tworzenie nowych połączeń. Sieć globalna ewoluuje bez centralnego „dyrektora”. Algorytmy i interakcje międzyludzkie same porządkują wiedzę (np. Wikipedia czy wyszukiwarki). Inteligencja zbiorowa to konektywistyczne podejście do procesu. Suma naszej wiedzy i mocy obliczeniowej maszyn pozwala rozwiązywać problemy, których żaden człowiek ani pojedynczy superkomputer nie byłby w stanie ogarnąć samodzielnie. Samo zaś konektywne myślenie jest starsze niż internet i obserwowane jest u gatunków społecznych, nie tylko u człowieka. I w końcu sprzężenie zwrotne, jako uniwersalny mechanizm procesów życia. Informacja krąży w systemie niemal natychmiastowo. Zmiana w jednym miejscu świata (np. krach na giełdzie lub odkrycie naukowe) błyskawicznie wpływa na resztę „organizmu” - globalnego ekosystemu.

Korzeni koncepcji globalnego mózgu dopatrzyć się można wcześniej. Koncepcja ta ewoluowała wraz z technologią i rozwojem cywilizacyjnym. Pierre Teilhard de Chardin już w połowie XX wieku pisał o noosferze - sferze ludzkiej myśli, która otoczy Ziemię. Peter Russell w latach 80. XX w. spopularyzował termin „Global Brain”, przewidując, że rosnąca gęstość połączeń między ludźmi doprowadzi do przełomu w świadomości. Francis Heylighen, współczesny badacz, który analizuje ten proces z punktu widzenia cybernetyki i ewolucji. Czy chociażby filozoficzna koncepcja konektywizmu, która narodziła się na początku XXI wieku. Tych myślowych strumyczków z pewnością jest więcej. Bo samo myślenie ma charakter wspólnotowy i kolektywny. Pojedyncze nazwiska są tylko przykładami.

Wielu badaczy uważa, że jesteśmy w fazie „embrionalnej” globalnego mózgu. Media społecznościowe, internet rzeczy oraz rozwój sztucznej inteligencji to kolejne etapy budowy tego systemu. Wyzwaniem pozostaje jednak to, czy ten globalny mózg będzie potrafił myśleć racjonalnie, czy może, tak jak ludzki mózg, będzie ulegał „chorobom”, takim jak dezinformacja czy polaryzacja. Jestem przekonany, że dostrzeżemy ogólnobiologiczne procesy, typowe dla życia  istniejącego na Ziemi już od 4 miliardów lat. 

Sądzę, że badając biologię lepiej zrozumiemy teraźniejszość i przyszłość noosfery i globalnego mózgu.

4.06.2026

Empatia, trociniarka czerwica i zaskakujące spotkania



Empatia to także nazwa Ośrodka Pomocy Psychologicznej i Psychoedukacji na UWM. A gdy na początku czerwca 2026 r. udałem się tam na spotkanie, to przed wejściem zauważyłem młodego człowieka, gdy delikatnie starał się posadzić na parapecie dużą, dorodną ćmę. Jeszcze jeden wymiar empatii, w tym przypadku międzygatunkowej. Rzadko się zdarza by ludzie, a zwłaszcza młodzi, z troską odnosili się do spotkanych owadów i je podnosili by przenieść w bezpieczne miejsce. Podszedłem z ciekawością by zobaczyć do to za motyl i przy okazji doradziłem by nie zostawiać jej na parapecie (bo będzie łatwym łupem dla małego drapieżnika) lecz położyć ją na krzaczku pod murem budynku.

Gatunku nie rozpoznałem, dopiero chwilę później, czekając na spotkanie, w telefonie sprawdziłem i z Google Lens znalazłem. Była to trocinaniarka czerwica. Gatunek ten znałem ze stadium larwalnego. Przypomniałem sobie spotkanie z larwą w innym miejscu Olsztyna, gdy próbowała się wcisnąć między kostki brukowe. Najwyraźniej wtedy tamta larwa szukała wygodnego miejsca do przepoczwarczenia się.

Po powrocie do domu poszukałem w książkach i internecie szczegółowych informacji i zdziwiłem się, że moje wyobrażania o cyklu życiowym w części były błędne. Spotkanie i zdjęcie były pretekstem by pogłębić swoją wiedzę. Ubarwienie dorosłego motyla przypomina ułamany kawałek gałązki, np. brzozowej. Aktywny w nocy, w dzień odpoczywa a ubarwienie kryptyczne ułatwia uniknięcia wzroku owadożernych ptaków. a wiec decyduje o przeżyciu lub śmierci. Gdy zmieniają się warunki siedliskowe to dawne przystosowania, np. ubarwienia, mogą kazać się nieprzydatne. Ewolucja to ciągła pogoń za zmieniającym się środowiskiem. 

Trociniarka czerwica (Cossus cossus L.) to jeden z bardziej charakterystycznych, a zarazem najmniej widocznych motyli Europy. Dorosłe osobniki pojawiają się rzadko i żyją krótko. Natomiast larwy czyli gąsienice są okazałe, masywne, czerwone (wg niektórych o intensywnym zapachu octu, sam nie wąchałem), potrafią przez kilka lat drążyć tunele w drewnie drzew liściastych, w tym jabłoni. Biologia tego gatunku to opowieść o powolnym życiu ukrytym w pniu drzewa, o zależności od starych drzew i o roli, jaką pełnią zamierające pnie w ekosystemach.

Trociniarka jest motylem o wieloletnim rozwoju larwalnym. U owadów to nic nadzwyczajnego. Głównym stadium i czasem zdobywania zasobów są postacie larwalne. Jaja składane są latem, zwykle w szczelinach kory osłabionych drzew. Dorosły owad wybiera najbardziej odpowiednie siedlisko dla rozwoju larw. Po czym poznaje, że drzewo jest osłabione i larwa łatwiej będzie mogła żerować? Larwy wylęgają się po około dwóch tygodniach i natychmiast wgryzają się w drewno. To właśnie larwalne stadium trwa najdłużej bo od 2 do 4 lat, zależnie od warunków. Poczwarka pojawia się wiosną, w komorze tuż pod powierzchnią drewna. Imago, czyli owad doskonały, pojawia się od czerwca do sierpnia. Ja spotkałem trociniarkę w pierwszych dniach czerwca. Dorosłe motyle nie pobierają pokarmu, żyją krótko i ich jedynym zadaniem jest rozmnażanie. Za zdobycie zasobów na rozwój odpowiedzialne jest więc tylko stadium larwalne. Można byłoby w przenośni napisać, że nie ma tu opieki dorosłego owada nad potomstwem, ale opieka larwy nad owadem dorosłym. Pokarm zgromadzony w czasie życia gąsienicy jest wykorzystywany przez postać dorosłą. Ta już nie traci czasu na odżywianie się i zajmuje się tylko i wyłącznie rozmnażaniem. Korzysta z oszczędności larwy (zgromadzonego tłuszczu).

Gąsienice trociniarki są duże. Osiągają do 10 cm długości. Ubarwione są na czerwono z ciemniejszym grzbietem. Wydzielają charakterystyczny, kwaśny zapach, który jest efektem fermentacji w przewodzie pokarmowym. Owady zazwyczaj nie mają własnych enzymów do rozkładania celulozy i korzystają z mikroporganizmów (ich mikrobiom). W przewodzie pokarmowym rozwijają się mikroorganizmy. Czyli larwa żyje w swoistej symbiozie i w życiu wspólnotowym. To normalne w przyrodzie. Niektórzy piszą, że ten octowy zapach to ochrona przed drapieżnikami. Nie wiem jak i przed jakimi drapieżnikami miałby ten zapach chronić. To trzeba byłoby sprawdzić w naukowych źródłach lub samemu zbadać.

Gąsienice motyli kojarzymy zazwyczaj z pożeraczami roślin, np. liści. Jednak takie gatunki jak trociniarka żerują wewnątrz drewna, drążąc szerokie korytarze. Preferują drewno żywych, ale osłabionych drzew. Najczęściej zasiedlają: topole, wierzby, jabłonie, grusze, rzadziej dęby czy wiązy. Czyli żywią się głównie trudną do strawienia celulozą. Być może także grzybami i bakteriami, rozwijającymi się na tym osłabionym drewnie.

Przeporczwarczenie następuje wewnątrz chodnika wygryzionego w drewnie lub w ziemi. I ja taką wędrującą larwę spotkałem wcześniej w Olsztynie. Ciekawe, kiedy larwa decyduje się opuścić chodnik w drewnie by przenieść się na przepoczwarczenie do gleby. Może w jakiś sposób ocenia stopień bezpieczeństwa w starym miejscu?

Imagines (czyli ćmy) są masywne, szarobrązowe, o skrzydłach pokrytych drobnym, marmurkowym wzorem. Gatunek ten jest jednym z największych europejskich motyli nocnych rozpiętość skrzydeł dochodzi do 10 cm. Samice są większe i cięższe, samce są bardziej ruchliwe, przywabiane feromonami. To takie ciche wołanie związkami chemicznymi. Tak jak często w biologii wędrujące i bardziej ruchliwe są samce czy plemniki. Taki podział zadań między płciami i zarazem sposób definiowania płci (w przypadkach, gdy jest to problematyczne do szybkiego rozpoznania). Dorosłe nie odżywiają się, dlatego ich życie trwa zaledwie kilka dni.

Trociniarka czerwica jest gatunkiem związanym ze starymi drzewami. Wiadomo, stare drzewa częściej chorują i częściej są osłabione. Trociniarka jest typowym mieszkańcem krajobrazu, w którym występują stare drzewa liściaste, zarówno w lasach, jak i w parkach, sadach czy alejach przydrożnych. Jej obecność świadczy o ciągłości siedliska i o tym, że w okolicy znajdują się drzewa o odpowiedniej strukturze drewna. Bywa uznawana za szkodnika sadów i drzew ozdobnych. Liczne publikacje dostarczają różnych metod zwalczania tego gatunku, np. przez przenoszenie pasożytniczych nicieni. To wykorzystywanie naturalnych wrogów biologicznych czyli czynników ekosystemowych. Niecierpliwi stosują pestycydy. A te nie są wybiórcze i zabijają wiele innych gatunków. Ponadto w sadach te pestycydy dostają się także do owoców, które potem ze smakiem zjadamy. I naszemu zdrowiu to nie służy.

W naturalnych ekosystemach trociniarki pełnią ważne funkcje. Należą do gatunków przyspieszających rozkład drewna, ułatwiając dostęp grzybom i bakteriom oraz innym bezkręgowcom ksylofagicznym i saprofagicznycm. A w korytarzach, wydrążonych przez larwy mogą zakładać gniazda np. pszczoły samotnice. Ze względu na rozmiar larwy trociniarek, takie korytarze nadają się dla zadrzechni fioletowej. Żerujące larwy trociniarki tworzą mikrośrodowiska, ich tunele larwalne zasiedlają później inne owady, roztocza i drobne pajęczaki. I to co ważne w łańcuchach pokarmowych, trociniarka jest pokarmem dla dzięciołów, sikor, nietoperzy i drapieżnych owadów. Gatunek wybiera drzewa osłabione, uszkodzone, rosnące w miejscach nasłonecznionych, o miękkim, łatwym do penetracji drewnie. W lasach gospodarczych, gdzie stare drzewa usuwa się szybko, trociniarka ma trudniejsze warunki. Lepiej radzi sobie w krajobrazie kulturowym – w parkach, sadach, na obrzeżach miast.

Zapach larw jest tak intensywny, że dawniej uważano go za „zapach czerwia”, stąd nazwa "czerwica". Tunele larwalne mogą mieć ponad metr długości. Wylot dorosłych motyli często zdradzają duże otwory w korze i wysyp trocin. Stąd się wziął pierwszy człon polskiej nazwy gatunkowej – "trociniarka".

Trociniarka czerwica to gatunek, który żyje w rytmie drewna: powoli (mogłaby być dodatkowym symbolem cittaslow), ukryty, zależny od starych drzew i ich naturalnego starzenia się. Jej larwy są jednymi z istotniejszych „inżynierów” w świecie owadów, a dorosłe motyle są efemerycznym finałem wieloletniego rozwoju. Choć bywa postrzegana jako szkodnik, w naturalnych ekosystemach jest ważnym elementem procesów rozkładu i różnorodności biologicznej.

Dlaczego rozpisuję się o trociniarce czerwicy? Bo chcę za pomocą opowieści o jednym gatunku opowiedzieć o szerszych procesach i zjawiskach przyrodniczych. Trociniarka jest tu tylko rekwizytem. Jakie dostrzegłeś w tej opowieści ogólniejsze przesłanie? 

A jeśli chcesz zmotywować mnie do częstszego pisania o przyrodzie na tym blogu, to postaw mi kawę w serwisie buycoffee.

Larwa szukająca miejsca w glebie na przepoczwarczenie się. W mieście nie ma łatwego zadania.


28.05.2026

Żylak promienisty (Phlebia radiata) niecodzienny grzyb z wilgotnego lasu

Żylak promienisty
Phlebia radiata
Wielokrotnie wiosną widywałem pniaki, po niedawnym ścięciu drzewa. Korzenie jeszcze pompowały sok do góry. I na tych wyciekach zbierały się liczne owady. Zawsze to coś słodkiego. Słodkie zwabia. Gdy zobaczyłem ten niecodzienny pniak w rezerwacie "U źródeł rzeki Łyny", to pomyślałem, że to właśnie taka sytuacja. Pomyślałem także, że może jakiś śluzowiec lub jakieś grzyby także skorzystały z darmowego posiłku. Ja rozglądałem się za owadami i szybko znalazłem żuki "gnojarze", czyli chrząszcze z rodzaju Geotrupes (w szerokim i dawnym sensie). Kilka osobników żuka leśnego (Anoplotrupes stercorosus) pożywiało się na tym dziwnym wykwicie. Ale potem profesor Dariusz Kubiak zidentyfikował na zdjęciu grzyba o tajemniczej dla mnie nazwie "żylak promienisty". 

Żylak promienisty to jeden z tych grzybów, które łatwo przeoczyć, dopóki nie nauczymy się patrzeć mykologicznie czyli bardziej uważnie, z czułością dla drobnych, wilgotnych cudów. Na pierwszy rzut oka wygląda jak coś pomiędzy rozlanym dżemem a zaschniętą kroplą bursztynu. Dopiero z bliska widać, że to nie przypadkowa plama, lecz misterny organizm o własnej logice wzrostu. Galaretowata plektenchyma, delikatne różowo‑pomarańczowe światło, jakby drewno pod spodem lekko się żarzyło. To grzyb nadrzewny, saprotrof. Występuje w lasach, parkach, ogrodach, sadach. Rośnie na pniakach, leżących na ziemi pniach i gałęziach, głównie na drewnie drzew liściastych. 

Ten niepozorny mieszkaniec lasów (Phlebia radiata), żylak promienisty, należy do grzybów tremelloidalnych, czyli tej całej galaretowatej, nieoczywistej frakcji królestwa grzybów wielkoowocnikowych. To nie jest żadna formalna grupa systematyczna, raczej kategoria „na oko”: grzyby, które nie tworzą kapeluszy ani trzonów, lecz rozlewają się po podłożu jak zastygła fala. Jak syropowaty sok z drzewa. Wspólna jest im konsystencja, woskowato‑galaretowata, sprężysta, czasem trochę przezroczysta. Wspólna jest też ich pora roku. Najlepiej czują się wtedy, gdy świat jest mokry, chłodny i pachnie rozkładem. A tak jest w wilgotnych lasach, zwłaszcza wiosną. Źródła Łyny dostarczają wilgoci nieustannie. A zacieniony las dobrze tą wilgocią gospodaruje. Od późnej jesieni do wiosny, kiedy większość grzybów śpi, one dopiero zaczynają swoje ciche, wilgotne życie. I tak jak za mundurem panny sznurem, tak za grzybami owady także sznurem. 

Żylak promienisty wyrasta na martwym drewnie drzew liściastych: brzozy, olszy, buka, dębu, topoli, wierzby, jarzębiny. Czasem pojawia się także na iglastych, choć rzadziej. W Polsce jest pospolity, ale nie rzuca się w oczy. Bo mało komu kojarzy się z grzybami. Jego owocniki są cienkie, przylegające do drewna jak skóra, która zrosła się z pniem. Początkowo tworzą niewielkie, owalne plamki, później rozrastają się szeroko, zrastając się ze sobą w nieregularne płaty. Brzeg bywa postrzępiony, jakby ktoś delikatnie naciął go nożem. Kolor, od bladoróżowego po pomarańczowo‑czerwony, z czasem ciemnieje, przechodząc w brązy i szarości. W suchych okresach owocniki kurczą się i twardnieją, niemal znikając, by po deszczu znów nabrać życia.

Owocniki ma grubości do 8 mm, początkowo koliste lub owalne, później szeroko rozrastające się. Są płasko rozpostarte i całkowicie przyrośnięte do podłoża, rzadziej z odwiniętym brzegiem. Brzeg jest  postrzępiony. Poszczególne owocniki rosnąc zrastają się z sąsiednimi pokrywając znaczny obszar.
Hymenofor wykształcony jest w postaci rozchodzących się promieniście fałd i żyłek. U żylaka promienistego nie jest gładki, lecz pofałdowana w promieniste żyłki, jak miniaturowa mapa rzek i dopływów. Niczym opowieść o źródłach rzeki Łyny. To właśnie od tych „żył” pochodzi nazwa rodzaju Phlebia. Gdy patrzy się na nie pod lupą, ma się wrażenie, że grzyb oddycha, że w tych fałdach krąży jakaś powolna, leśna krew.

Choć wygląda delikatnie, jego rola w lesie jest znacząca. Żylak promienisty jest saprotrofem czyli jednym z tych cichych destruentów, które zamieniają drewno w próchno, próchno w glebę, a glebę w nowe życie. Powoduje białą zgniliznę, czyli rozkład ligniny, tej najtwardszej części drewna. To dzięki takim grzybom las nie zamienia się w cmentarzysko pni, lecz wciąż się odnawia. W martwym drewnie, które dla nas jest odpadem, on widzi bogaty bufet: celulozę, hemicelulozę, ligninę. Rozkłada je cierpliwie, aż z twardego pnia zostaje miękka, pachnąca ziemia. Pomagają mu w tym liczne saprofagiczne owady.

W świecie grzybów galaretowatych żylak promienisty ma kilku podobnych kuzynów. Najłatwiej pomylić go z żylakiem trzęsakowatym (Phlebia tremellosa), który jednak tworzy odstające płaty i ma bardziej kapeluszowaty charakter. Jest też żylica olbrzymia (Phlebiopsis gigantea), większa i masywniejsza, ale również o galaretowatej naturze. Wspólny mianownik jest jeden: wilgoć, drewno i powolna praca rozkładu.

Kiedy więc następnym razem zatrzymasz się przy omszałym pniaku, spróbuj spojrzeć na niego nie jak na resztkę drzewa, lecz jak na tętniący życiem mikrokosmos. Może dostrzeżesz na jego powierzchni delikatne, pomarańczowe żyłki, jakby ktoś namalował je cienkim pędzelkiem. To żylak promienisty — jeden z tych leśnych rzemieślników, którzy pracują w ciszy, ale bez których las nie byłby sobą. Mogą być także śluzowce, np. wykwit zmienny.

Czytaj także: Kisielec, trzęsak czy masło wiedźm?

27.05.2026

Odszkolnić uniwersytet, czyli o mądrości w czasach sztucznej inteligencji

Jeden obraz wart tysiąca słów: na uniwersytetach ubywa studentów i ubywa studentów na wykładach.
 

Każda zmiana jest trudna. Ostatnie lata to doświadczanie głębokiej zmiany cywilizacyjnej i próby dostosowania dydaktyki akademickiej do tych zmian. Można oczywiście udawać, że nic się nie dzieje, że to tylko studenci źli, że młode pokolenie niedobre itd. Takie zaklęcia dla samousprawiedliwienia. Lepiej jest jednak próbować zrozumieć zmiany cywilizacyjne jakie się dokonują oraz próbować dostosować edukację do tych nowych warunków. I wcale nie chodzi o obniżanie wymagań. Może wyjaśnię to na przykładzie: uczelnia z wykładami dla Polaków. A co będzie, gdy przyjdą np. Francuzi, Niemcy, Somalijczycy? Nie da się wykładać po polsku. Można oczywiście kazać się studentom najpierw nauczyć mówić i pisać po polsku. Ale można także dostosować język przekazu do odbiorcy. I wcale nie oznacza to obniżenia poziomu. Umiędzynaradawianie polskich uniwersytetów już następuje, coraz więcej zajęć jest w języku uniwersalnym czyli w języku angielskim. Taka współczesna łacina. 

Przejdę do metafory. Wiosenne słońce wpadające przez okna uniwersyteckich sal rzuca jaskrawe światło na kryzys, o którym w kuluarach rozmawiamy od lat, a który w dobie kultury ekranowej i sztucznej inteligencji stał się egzystencjalnym pytaniem o sens akademii/uniwersytetu. Kiedy algorytm potrafi w kilka sekund wygenerować poprawną systematykę bezkręgowców, streścić gruby podręcznik do ekologii czy napisać poprawny esej o ekologii krajobrazu, musimy zapytać wprost: po co nam dzisiaj wykłady podające i co właściwie sprawdzamy podczas egzaminów? Bo przecież wykłady i egzaminy to kwintesencja uniwersytetu. Tak przy najmniej było. Może dalej tak będzie? Tylko wtedy te wykłady i te egzaminy będę nieco inaczej wyglądały. Tego nowego staram się nauczyć. A wcześniej zrozumieć sytuację i zachodzące procesy.

Tradycyjny model akademicki, będący kalką dziewiętnastowiecznej szkoły, trzeszczy w szwach już od dawna. Jeśli się nie zmieni, uniwersytet stanie się kosztownym skansenem. Czas na nowo zdefiniować relację między mistrzem a uczniem, przenosząc ciężar z encyklopedycznego „wiem” na relacyjne i ekologiczne „rozumiem i współistnieję”. Tak, wiem, mój język skażony jest porównaniami biologicznymi. To coś więcej niż tylko powierzchowne podobieństwo. W tle poszukuję wspólnego wzorca systemów.

Od kilku lat próbuję mniej mówić na wykładach a więcej rozmawiać i angażować studentów. Idzie mi to opornie i powoli. Trudno wyskoczyć z utartych kolein i wieloletnich przyzwyczajeń. Czasem wychodzę ze studentami na wykład ... do parku. Tak było ostatnio na wykładzie ze studentkami kierunku pedagogika przedszkolna i wczesnoszkolna. Przedmiot - edukacja społeczno-przyrodnicza. W terenie nie da się powiedzieć tylu słów co na sali. Nie ma poglądowych slajdów z tekstem czy ilustracjami. Ale jest możliwość doświadczania przyrody. Przecież niebawem, jako absolwentki i nauczycielki, same będą wychodzić w teren ze swoimi przedszkolakami i uczniami. Z zaskoczeniem patrzyłem na emocje, gdy studentki wyłowiły z jeziora raka amerykańskiego i mogły go dotknąć. Takie same emocje będą u dzieci. 

Wykład w parku to w konwencji przekazywania wiedzy zmarnowany czas. Bo w sali wykładowej można byłoby wypowiedzieć więcej słów i zawrzeć więcej informacji. A ile by zostało w studenckich głowach? Wiedzę mogą samodzielnie czerpać z książek, z internetu, z AI. A emocje i doświadczanie są unikalne. Może więc na współczesnych wykładach nie jest najważniejsze przekazywanie wiedzy? Może relacje, motywacje i rozumienie są ważniejsze i bardziej deficytowe? Zmierzam do tego, że wykłady jako takie nie muszą zniknąć z planu zajęć. Może zmieni się ich forma. Staram się to zrozumieć i praktykować. Idzie mi to wolno. Ale widzę progres. Widzę też, że muszę nauczyć się nowej dydaktyki. Już nie tylko prezentacja w Power Poincie lecz nowy sposób projektowania procesu uczenia się, w którym tablet, smartfon i aplikacje AI nie są przeszkoda a wsparciem. Tak jak w judo - nie przeciwstawiać się przeciwnikowi tylko wykorzystać jego siłę. 

A co z egzaminem? Ten zawsze kojarzy się ze sprawdzaniem wiedzy. Przyjrzyjmy się krytycznie temu, czym przez dekady był egzamin na kierunkach biologicznych. I na wszystkich innych. W swoim najgorszym, choć wciąż powszechnym wydaniu, realizował on trzy ukryte funkcje. Był narzędziem posłuszeństwa, nieświadomym narcyzmem akademickim i podobno sprawdzał wiedzę praktyczną.

Tak więc po pierwsze, egzamin bywał narzędziem instytucjonalnej tresury, dla niektórych był sposobem na zmuszenie studenta do posłuszeństwa. Egzamin jako rytuał przejścia, w którym władza nad losem młodego człowieka koncentruje się w ręku profesora, uczy nie biologii, lecz konformizmu i strategii przetrwania w zhierarchizowanym systemie. Uczy wpisywania sie w oczekiwany klucz odpowiedzi. Ma pokazać swoją podległość i podlizywanie się zwierzchnikowi. To w jakimś sensie dobre, bo przecież żyjemy w społeczeństwie hierarchicznym i zawsze mamy jakiegoś szefa nad sobą. I jesteśmy szefami dla innych. Uczymy się z tym żyć. Od dziecka słyszałem, że pokorne ciele dwie matki ssie. To jakaś wielowiekowa, społeczna mądrość. Ale nawet do wielowiekowej mądrości warto podejść krytycznie i na nowo przemyśleć stare wzorce.

Po drugie, taki egzamin jest często nieświadomym narcyzmem akademickim. Sprawdza nie tyle wiedzę studenta, ile wiedzę samego egzaminatora. Profesor, niczym wzorzec z Sèvres, staje się jedynym punktem odniesienia. Kryterium sukcesu brzmi: „Czy student myśli tak jak ja i czy powtarza moje własne słowa?”. Czy był na wykładach i zapamiętał moje święte słowa? To ślepa uliczka, która zamiast odkrywców produkuje kopie – klony intelektualne, które w dynamicznie zmieniającym się świecie są bezradne. Sam się na tym wielokrotnie przyłapywałem. Bo co uznać za punkt odniesienia? To co ja sam wiem? A to czego nie wiem nie jest już ważne? Przecież najczęściej sam nie wiem czego jeszcze nie wiem. A co być może jest ważne i istotne. 

Po trzecie wreszcie, próbowano bronić egzaminów jako testu wiedzy przydatnej w praktyce. Tyle tylko, że definicja tej „praktyki” uległa całkowitej dezaktualizacji. Dawniej praktyką było pamiętanie klucza do oznaczania owadów (cech diagnostycznych). Dziś praktyką jest umiejętność postawienia właściwego pytania badawczego, zinterpretowania danych w terenie i krytycznej weryfikacji tego, co podpowiada nam ekran smartfona. Albo umiejętność wykorzystania narzędzia w telefonie do rozpoznawania gatunków. Wiedzy jest zbyt dużo, by ją zapamiętać a czasy zbyt dynamiczne by mieć dobry kanon najważniejszej wiedzy. Nie jest tak ważne co wiedzą lecz ważne jest to, co z dostępną wiedzą potrafią zrobić. To wprost odniesienie do konektywizmu. Szukanie i weryfikacja informacji jest współcześnie tak ważne jak kiedyś umiejętność czytania i pisania. 

Od lat mniej więcej wiem, jak nie powinien wyglądać egzamin. Ale to nie znaczy, że wiem jak powinien. Coś tam popróbuję, ale nie mam pewności czy to jest właściwe. I czy ma sens. Na przykład egzamin trwający cały semestr i który ma postać dziennika refleksji. Przecież mogą korzystać z narzędzi AI w pisaniu, wymyślaniu. I korzystają. Sam fakt posiłkowania się AI nie jest niczym złym. Diabeł tkwi w szczegółach, by narzędzia AI były pomocnym narzędziem a nie zastępowały pracy i myślenia. Teraz dla mnie wyzwaniem nie jest sprawdzenie wiedzy studenta lecz sprawdzenie rozumienia procesów i sprawdzenie tego, co student potrafi zrobić z dostępną wiedzą. Elementy tego procesu już od dawna przewijają się w pytaniach nawet maturalnych. W pytaniu są podstawowe dane a zdający egzamin ma wybrać z tych danych to, co istotne i pokazać swój sposób rozumienia. Zatem być może wystarczy konsekwentniej pójść tą droga?

Współczesny świat niesie za sobą niezwykle zróżnicowane i płynne potrzeby. Student biologii, biotechnologii, mikrobiologii  czy pedagogiki wczesnej edukacji nie potrzebuje sztywnego zestawu zamkniętych regułek, które zdezaktualizują się za pięć lat. Potrzebuje elastyczności. Tymczasem sztywne zakresy wymagań i kurczowe trzymanie się sylabusów nakierowanych na reprodukcję wiedzy sprawiają, że edukacja staje się jedynie taśmą produkcyjną powielającą schematy myślowe wykładowcy. W świecie stabilnym i z wolnymi zmianami zdobyta wiedza przez wykładowcę była przez długie lata dobrym punktem odniesienia do weryfikacji wiedzy studenta. Teraz i profesorowie ciągle muszą szybko uzupełniać swoją wiedzę w różnych jej aspektach. 

Do czego więc służą wykłady w dobie AI? Lub do czego mogłyby służyć? W kulturze ekranowej, gdzie uwaga jest towarem deficytowym a student bombardowany jest tysiącami bodźców, tradycyjny wykład ex cathedra umarł. Próba konkurowania z Wikipedią, YouTubem czy ChatGPT na ilość przekazywanych faktów jest z góry skazana na porażkę. AI wie więcej, pamięta lepiej i nigdy się nie męczy. Bo korzysta z kumulatywnej wiedzy całej ludzkości. Bo AI szybciej i pełniej porusza się ogólnoludzkim konektomie wiedzy i doświadczeń. Także w sferze fantazji i halucynacji. 

Logika akademii musi więc ulec odwróceniu. Wykład nie może być już miejscem „transmisji danych”. Jego celem, moim zdaniem, jest zainteresować, zaciekawić i zainspirować do własnych poszukiwań. Profesor nie jest już dystrybutorem wiedzy, lecz kuratorem treści i architektem intelektualnej przygody (projekczycielem). Wykład z biologii czy ekologii ma być jak otwarcie drzwi do lasu – nauczyciel pokazuje bioróżnorodność, fascynujące powiązania troficzne, subtelność ewolucyjnych przystosowań, ale to student musi w ten las wejść i podjąć własną pracę. To tak jak uczyć się gotowania przez zapamiętywanie przepisów z książki kucharskiej versus samodzielne gotowanie z błędami i porażkami. W tym drugim przypadku student zapamięta mniej przepisów, ale lepiej zrozumie sam proces gotowania i samodzielnego poszukiwania. 

Ekologia i edukacja przyrodnicza to nie są dyscypliny czysto teoretyczne, zamknięte w murach laboratoriów. One są potrzebne indywidualnemu człowiekowi do przetrwania i zrozumienia swojego miejsca w biosferze. Wykład ma budować osobistą relację studenta z ekosystemami i biosferą zmieniającej się Ziemi. Ma uświadamiać, że zniszczenie lokalnego ekosystemu rzecznego to nie tylko strata w tabeli bioróżnorodności, ale realne zagrożenie dla naszej wspólnej przyszłości. Ekran smartfona spłaszcza świat do dwóch wymiarów; wykład ma przywrócić mu głębię, zapach, dotyk i moralny niepokój.

Co w tym roku spróbowałem? Od dawna studentom przekazuję prezentacje wykładowe, jako formę notatek. W tym roku nagrywam wykłady i generuję z pomocą AI plik tekstowy (audiodeskrypcja). Też jako formę dodatkowych notatek. Po zakończeniu semestru przyjrzę się rezultatom i spróbuję ulepszyć proces w kolejnym roku. Zapis audiodeskrypcji to surowe dane do dalszej poprawy. Część studentów w informacji zwrotnej pisze, że to się przydaje. Dawniej myślałem o nagrywaniu wykładów i późniejszym ich potem edytowaniu, poprawianiu, uzupełnianiu. Ale nigdy mi się to nie udało. Samemu nie dam rady. Potrzebny ktoś z zewnątrz. I najlepiej nagrywać dwoma kamerami (dwa plany filmowe), a potem miksować ze slajdami z prezentacji w zwarty, zintegrowany przekaz. Taki współczesny skrypt. Nawet próbowałem dzielić wykład na mniejsze porcje, nagrywałem na komputerze a potem umieszczałem a Genially. Jako swoisty skrypt epoki postpiśmiennej. Można byłoby tworzyć wykład hybrydowy. Ale brakuje mi asystenta. Nie jestem człowiekiem orkiestrą. Zbyt wiele jest do ogarnięcia. Wymyśliłem funkcję asystenta zajęć. Na razie słabo to wychodzi, bo studenci rzadko się do tej roli zgłaszają. I ja nie mam wykrystalizowanej wizji takiego podejścia. Pozostaje mi szukać dalej. Krok po kroku. Już wiem, że sam profesor niewiele zdziała. Potrzebny cały ekosystem edukacyjny.

Jak zatem uczyć w tych nowych, wymagających czasach? Moim zdaniem odpowiedzią jest konektywizm czyli teoria uczenia się na miarę ery cyfrowej. Zakłada ona, że wiedza jest rozproszona w sieciach (ludzkich i technologicznych), a najważniejszą umiejętnością jest zdolność do dostrzegania powiązań między polami, ideami i pojęciami. Wiedzy całej ludzkości nie da się jednej osobie ogarnąć. Nasze mózgi są zbyt małe w stosunku do ogólnoludzkiej wiedzy wypracowanej przez stulecia. Można się jednak nauczyć sensownie poszukiwać potrzebnej wiedzy. I można się nauczyć korzystać z tej wiedzy. W nawiązaniu do wykładów i egzaminów - ważniejsze staje się rozumienie procesów i umiejętność poszukiwania w ogromnym konektomie niż samodzielne zapamiętanie wszystkiego, co ważne. 

W takim świecie struktura relacji akademickich musi ulec spłaszczeniu. Przechodzimy od rywalizacji do współpracy. Student i wykładowca stają się partnerami w procesie badawczym. Nauczyciel akademicki musi przestać być sędzią, który z surową miną stawia stopnie i rozlicza z błędów. Powinien stać się mentorem, liderem i dowódcą wyprawy naukowej. Sam się tego uczę. Powoli ale jednak z jakiś progresem. I chcę tą swoją wiedzą dzielić się z innymi. Na przykład przez dyskusje. 

Sędzia stoi z boku, poza grą, i ocenia. Lider idzie na czele, inspiruje swoim zapałem, dzieli się wątpliwościami i pokazuje, jak radzić sobie z porażką, która w naukach przyrodniczych jest przecież codziennością. Mentor w erze AI to ktoś, kto uczy mądrości: jak zadawać algorytmom mądre pytania, jak wątpić w ich odpowiedzi i jak syntetyzować wiedzę biologiczną z etyką i humanizmem.

Jak zatem powinien wyglądać współczesny egzamin na kierunkach biologicznych? Jeśli zmieniamy wykład, musimy zmienić też egzamin. Skoro odrzucamy pamięciówkę, jak sprawdzić kompetencje przyszłego biologa? Jednym z pomysłów, być może nie najlepszych, ale trzymam się każdego, jest to, że nowoczesny egzamin z przedmiotu przyrodniczego powinien opierać się na trzech filarach: zadaniach problemowych, krytycznej analizie źródeł i relacyjności w połączeniu z terenem,

Zadania problemowe i studium przypadków. Zamiast pytać o definicję sukcesji ekologicznej, dajmy studentowi realny problem: „Oto zdegradowany teren po pożarze w naszym regionie. Zaprojektuj proces jego renaturyzacji, uwzględniając zmiany klimatyczne i lokalną florę. Masz dostęp do internetu i AI – użyj ich jako asystentów, ale obroń swój projekt przed komisją”. Trzeba więc przygotować dobre materiały do takiego studium przypadku. Wiele pracy, od razu z marszu się nie da. Próbuję co roku pójść o krok dalej. Zbyt wolno to idzie. Być może jestem zbyt niecierpliwy i zbyt dużo oczekuję?  Potrzeba szerszego zespołu i współpracy, także wsparcia ze strony uczelni. Ale na moim uniwersytecie administracja się rozrasta, powstają kolejne wyspecjalizowane centra z dyrektorami a stosunek liczby profesorów do pracowników technicznych cięgle się zmniejsza. Trzeba większość pomocy do zajęć zrobić samemu. Gdzie te czasy, gry przed wykładem przychodził pracownik techniczny i przygotowywał tablicę, pomoce, a  profesor wchodził na salę jak artysta na przygotowaną scenę i był zapowiedziany przez konferansjera. Teraz to wszystko trzeba zrobić samemu. Dwa w jednym, i profesor i asystent techniczny. Nie ma więc efektu wejścia. Student wchodzi na salę, gdy wykładowca już jest i się krząta, coś włącza, coś sprawdza. Nie ma wyraźnego początku wykładu. Nie oceniam czy to dobrze czy źle. Może w części rolę asystenta spełnią urządzenia i AI lub efektywniej włączymy w to samych studentów? A potem włączymy do procesu wspólnego przygotowania postpiśmiennego skryptu z notatkami z zakresu przedmiotu?

Weryfikacja i krytyka źródeł. Egzamin może polegać na przedstawieniu studentowi tekstu wygenerowanego przez sztuczną inteligencję na temat specyficznego zjawiska biologicznego (np. symbiozy mikoryzowej), w którym ukryto subtelne błędy merytoryczne i tzw. halucynacje AI. A może nie tylko tekstu lecz podcastu, wideo, zestawu fiszek itp.? Zadaniem studenta byłoby te błędy znaleźć, sprostować i podeprzeć się rzetelną literaturą naukową. Teoretycznie to możliwe, ale mi osobiście brakuje wielu umiejętności posługiwania się nowoczesnymi narzędziami. I wiem, że uda się to w pracy zespołowej, nawet online. Czas samotników już minął 

Egzamin relacyjny i terenowy. Biologii nie da się w pełni zrozumieć na ekranie. Egzamin to rozmowa na żywo, najlepiej w terenie, przy wspólnym stole laboratoryjnym lub nad brzegiem rzeki. To tam, w bezpośrednim kontakcie z przyrodą i drugim człowiekiem, sprawdza się umiejętność biologicznego myślenia przyczynowo-skutkowego, pasję oraz etyczną wrażliwość. Na taki egzamin trzeba byłoby więcej czasu. Wymagałby więcej wysiłku w przygotowanie i większego zaufania do oceniania. Bo terenowego egzaminu nie da się archiwizować tak jak pisemnego testu, z możliwością wglądu po 3, 5  czy 10 latach. 

To się musi zmienić w akademickim systemie kształcenia. Musimy porzucić iluzję, że kontrola i standaryzacja dają jakość. W czasach, gdy maszyny stają się coraz bardziej ludzkie w swoich możliwościach poznawczych, to my na uniwersytetach, musimy stać się bardziej ludzcy w swojej mądrości, relacyjności i szacunku dla natury. Odszkolnijmy uniwersytet, by uratować myślenie. Może w ten sposób paradoksalnie wrócimy do korzeni uniwersytetów? 

W dobie sztucznej inteligencji, która w kilka sekund generuje esej, zdaje egzaminy lekarskie czy pisze kod, tradycyjny model studiowania zaczyna trzeszczeć w szwach. Studiowanie musimy wymyśleć na nowo. Albo powrócić do źródeł w nowym wydaniu. Kiedyś to profesor był jedynym źródłem rzadkich informacji. Dzisiaj wiedza jest zdemokratyzowana i dostępna na jedno kliknięcie. Co traci sens? Siedzenie przez 90 minut i przepisywanie slajdów z Power Pointa, które wykładowca czyta monotonnym głosem. AI streści to lepiej i szybciej. Sprawdziłem to w tym roku na audiodeskrypcji. O ile cały spisany wykład wyglądał dość słabo, bo były liczne błędy, o tyle jednostronicowe podsumowanie wyglądało bardzo sensownie i chyba przydatne jest w powtarzaniu materiału.

Co zyskuje sens? Wykład jako przestrzeń do dyskusji, moderowanej debaty i krytycznej analizy. Profesor nie powinien być już "mędrcem na scenie", ale "przewodnikiem idącym obok studenta". Sens mają wykłady inspirowane modelem odwróconej klasy: teorię przyswajasz w domu (np. z pomocą AI), a na uczelni porozmawiasz o jej praktycznym zastosowaniu i o najróżniejszych niuansach.

Tradycyjne egzaminy (zwłaszcza testowe lub pisane w domu eseje) w świecie AI stają się w pewnym sensie fikcją i pustym rytuałem. Skoro AI potrafi je zdać, to znaczy, że sprawdzały one jedynie pamięciówkę lub umiejętność schematycznego pisania – a to za mało na dzisiejsze czasy. Co traci sens? Zakuć, zdać, zapomnieć (3 razy z). Egzaminy sprawdzające suchą wiedzę faktograficzną. Czasem rozumienie, jeśli są to pytania otwarte. Jaki jest nowy sens egzaminowania? Przejście w stronę oceny kompetencji, a nie wiedzy. Zamiast pisać esej, student musi go obronić na żywo, odpowiadając na podchwytliwe pytania. Ale ja mam praktyczne pytanie: jak zorganizować taki egzamin? Tego jeszcze nie wiem. Dopiero próbuję. Zamiast rozwiązywać standardowe zadanie, student musi rozwiązać realny, skomplikowany problem, gdzie AI może być najwyżej asystentem, ale to człowiek musi podjąć decyzję i uzasadnić swój proces myślowy.

Coraz mocniej wybrzmiewa pytanie: "po co nam w ogóle uniwersytet w erze AI? Skoro AI "wie wszystko", po co studiować? Uniwersytet musi przestać być "fabryką dyplomów", a stać się czymś więcej. Jego nowa (a właściwie pierwotna, sokratejska) rola to kształtowanie mądrości, nie tylko wiedzy. Niby więc nowe, ale wracamy do korzeni akademii, do początków uniwersytetów. AI ma dane, ale nie ma mądrości życiowej, empatii ani zrozumienia kontekstu społecznego. Tak się nam przynajmniej na razie wydaje w pysze ludzkiego myślenia (że jesteśmy wyjątkowi i niepowtarzalni). Po Koperniku i Darwinie przezywamy kolejny wstrząs poznawczy.

W świecie fake newsów i halucynacji AI, umiejętność weryfikacji źródeł i wątpienia jest cenniejsza niż kiedykolwiek. Krytyczne myślenie zawsze było ważne. Ale teraz jest ważne jeszcze bardziej. Uniwersytet to przede wszystkim ludzie. Spotkania w kuluarach, wspólne projekty koła naukowego, kłótnie na seminariach. Tego żaden algorytm nie zastąpi. Zatem wykłady i egzaminy mają sens tylko wtedy, gdy uczą nas myśleć, a nie tylko pamiętać. Jeśli uniwersytety szybko się nie dostosują, staną się skansenami. Jeśli jednak podejmą cywilizacyjną rękawicę, mogą stać się kuźnią ludzi, którzy potrafią technologią AI mądrze zarządzać.

A jak Ty to widzisz ze swojej perspektywy? Studiujesz, wykładasz, czy po prostu obserwujesz ten dynamiczny świat z boku?

Ja próbuję odejść od sprawdzania tego, co student wie, na rzecz tego, czy potrafi zarządzać wiedzą, którą ma pod ręką. I nie jest łatwo wypracować nowe standardy. Idzie mi z mozołem i ciągle mam różnorodne wątpliwości.