17.11.2019

W poszukiwaniu koprofauny i zdrowia ekosystemu


Zdjęcie pochodzi z obozu naukowego, zorganizowanego kilkanaście lat temu przez studenckie koło naukowe, w Ełku i okolicach. Cóż robimy? W tym akurat momencie zbieramy owady z krowich odchodów. Po co i dlaczego? Z jednej strony jest do dokumentacja owadziej bioróżnorodności, z drugiem czysto ekologiczne badanie. Poznanianie złożoności otaczającego nas świata. Jednym z wymiernych efektów tego obozu było opracowanie dla potrzeb powiatu kilku tras turystycznych (rowerowych, pieszych, kajakowych). Nieco później ukazały się drukiem, w postaci mapy jak i opracowania książkowego. Na bazie zebranych danych w czasie letniego obozu powstały prace dyplomowe oraz studenckie referaty, prezentowane na konferencjach naukowych. Z punktu widzenia dydaktyki był to tutoring i dobre relacje ze studentami. Teraz mi takich letnich obozów brakuje. Coś w dydaktyce zagubiliśmy. Coś bardzo ważnego...

Co w krowim placku żyje? Niby banalne pytanie. Ale odpowiadając na nie można poznać stan ekosystemu, jego "zdrowie". Jeden z elementów biomonitoringu. Ciekawość badawcza nie zna granic. Docieka z pozoru dziwnych zjawisk i obiektów.

Gdy byłem małym chłopcem, spędzającym wakacje na mazurskiej wsi, często na pastwisku widywałem "krowie placki" i liczne owady tam wystające. Gdy łowiliśmy ryby na wędkę z leszczynowego kija, czasami poszukiwaliśmy w tym siedlisku przynęty na haczyk. Ale dopiero na studiach biologicznych dowiedziałem się o koprofaunie (czyli fanie, zwierzętach, zasiedlających bydlęce odchody), o sukcesji tam zachodzącej, o roli owadów w dekompozycji martwej materii organicznej. A dzieje się tam bardzo dużo ciekawych procesów.

Mój kolega ze studiów pisał pracę dyplomową właśnie z koprofauny. Materiał chciał zbierać na wsi, gdzie mieszkała jego narzeczona. I tu pojawił się problem. Co ludzie pomyślą? "Za kogo ona wychodzi, za jakiegoś gównogrzeba?" Mój kolega zadbał o dobre PR. Za pierwszym razem ubrał biały fartuch (by być dobrze widocznym i aby były skojarzenia z czymś ważnym, naukowych, urzędowym) i ruszył na pastwisko. Dość szybko pojawili się ciekawscy. "A co pan robisz?". Bo widok człowieka w fartuchu, zbierającego na łące krowie odchowy i wrzucający je do wiaderka z wodą, nie był czymś codziennym i oczywistym. - "Badam czystość mleka". Racjonalne wytłumaczenie, przynajmniej dla społeczności wiejskiej. Mleko to ważny produkt, musi być czyste. Kontrola jakości mleka jest czymś ważnym i potrzebnym. I urzędowym. Ale zaraz padło drugie ważne pytanie: "A dużo pan za to dostajesz, dużo zarabiasz?"  Kolega odpowiedział, że da się z tego wyżyć. Uzasadnienie okazało się skuteczne i wiarygodne bo niebawem się pobrali. Nie było ujmy dla panny z tej wsi.

Czy teraz też trzeba tak pokrętnymi drogami uzasadniać potrzebę badań faunistycznych czy ekologicznych? Mam nadzieję, że już nie. Mam nadzieję, że znacząco wzrosła świadomość przyrodnicza i znaczenie bioróżnorodności oraz zdrowia ekosystemów. Tylko czy będą chętni to takich, entomologicznych badań?

Morał z tej opowieści jest taki: ważne jest dobre uzasadnienie badań, nawet najmniejszych. O opinię publiczną trzeba zadbać, bo to koniec końców podatnik płaci za te badania.

Od tamtych czasów upłynęło wiele lat. Znacząco wzrosło wykształcenie Polaków. Potrzeba badawcze nie zmniejszyły się. Pozostało bardzo dużo do zinwentaryzowania, zbadania, zwłaszcza w czasach globalnego ocieplenia klimatu i znaczących zmian w rolnictwie.

14.11.2019

Transfer wiedzy z uniwersytetu – jak z niego skorzystać?

(Naukowy piknik edukacyjny w Parku Centralnym, zorganizowany przez UWM w Olsztynie,
stoisko Wydziału Biologii i Biotechnologii)

Streszczenie referatu pt. "Transfer wiedzy z uniwersytetu – jak z niego skorzystać?" , wygłoszonego w czasie III Warmińsko-Mazurskiego Forum Innowacji w Rolnictwie i na Obszarach Wiejskich, Olsztyn, 14-15 listopada 2019.

Uniwersytety, jako instytucje zajmujące się tworzeniem i upowszechnianiem wiedzy, ważne są także z gospodarczego punktu widzenia. W czasach intensywnego rozwoju gospodarki opartej na wiedzy uniwersytety są miejscem „wytwarzania” kapitału ludzkiego, generowania wynalazków, miejscem odkrywania i eksperymentowania. W warunkach Polski utrzymywane są głównie z budżetu czyli z podatków. Nowe rozwiązania i odkrycia trafiają do społecznych i gospodarczych użytkowników na dwa sposoby: poprzez patenty i licencje oraz w postaci otwartej wiedzy i wolnych licencji. Ten pierwszy wzorzec silniejszy jest w USA, ten drugi w Europie. W jakimś stopniu związany jest z pierwotnymi ideałami uniwersytetów.

O ile duże przedsiębiorstwa i korporacje mogą inwestować we własne laboratoria i zespoły naukowe lub kupować gotowe licencje, o tyle jest to znacznie trudniejsze dla małych przedsiębiorstw (nie dysponują dużym kapitałem możliwym do długoterminowego zainwestowania). W obu przypadkach – licencji i patentów oraz otwartej wiedzy – ostatecznie wiedza trafia do gospodarki i społeczeństwa, pomnażając dochód, wspomagając rozwój technologiczny. Zatem transfer wiedzy może odbywać się na różny sposób. Transfer wiedzy otwartej, bez licencji i patentów, szybciej trafia zwłaszcza do małych gospodarstw, przedsiębiorstw, indywidualnych rzemieślników czy rolników, organizacji społecznych i pozarządowych. Ten transfer wiedzy jest trudniejszy do śledzenia. Znacznie łatwiej policzyć patenty i kwoty uzyskane ze sprzedaży licencji.

Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie nie tylko w nazwie nastawiony jest na transfer szeroko rozumianej wiedzy do różnych podmiotów gospodarczych i społecznych naszego regionu. To jeden z elementów jego misji. Pensje pracowników jak i koszty prowadzonych badań w większości pochodzą z budżetu a więc z podatków obywateli. Bezlicencyjny transfer wiedzy wymaga dużego zaufania społecznego, bo jak już wspomniałem, trudniejszy jest do zmierzenia i policzenia.

Skoro duża część wiedzy gromadzonej i wytwarzanej na uniwersytecie jest dostępna, to jak z niej korzystać? Jak zacząć? Najprostszym rozwiązaniem jest skierowanie swoich pytań do Centrum Innowacji i Transferu Technologii (CIiTT). Jest to ogólnouczelniana jednostka Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, której celem działalności jest lepsze wykorzystanie potencjału intelektualnego i technicznego Uniwersytetu oraz transfer (sprzedaż lub nieodpłatne przekazanie) do gospodarki wyników badań naukowych i prac rozwojowych UWM. CIiTT jest wyspecjalizowaną jednostką, pośredniczącą w wyszukiwaniu partnerów naukowych. CIiTT jako regionalny promotor korzyści płynących ze współpracy biznesu z nauką i popularyzator idei przedsiębiorczości akademickiej proponuje naukowcom, studentom oraz przedsiębiorcom z regionu Warmii i Mazur szeroki zakres usług o charakterze informacyjnym, doradczym, szkoleniowym. Pośredniczy w nawiązaniu współpracy i transferze technologii. Wystarczy zwrócić się z problemem a specjaliści pomogą wyszukać w bazie danych najbardziej kompetentnych ekspertów.

Po drugie samemu można w czasie różnorodnych spotkań, konferencji, warsztatów szukać osób i jednostek, zajmujących się interesującą przedsiębiorcę tematyką. Wystarczy pytać bezpośrednio, telefonicznie czy listowo. Taki dialog interesujący jest także dla samych naukowców.

Obecnie doświadczamy bardzo szybkich zmian technologicznych i cywilizacyjnych a także zmian globalnych, w tym także klimatu. Potrzebne są zupełnie nowe rozwiązania i nowe diagnozy sytuacji. Nawet naukowcy zajmujący się badaniami podstawowymi, nastawionymi na czystą wiedzę, mogą uczestniczyć w wartościowych badaniach wdrożeniowych. Drobni przedsiębiorcy mogą takie poszukiwania i eksperymenty inicjować, wskazując na konkretną potrzebę oraz oferując swoje własne firmy lub zasoby jako poligon doświadczalny. Pracownicy wraz ze studentami często podejmują się takich zadań z przyczyn dydaktycznych – by studenci uczyli się na realnych przykładach a nie tylko z teorii, zawartej w podręcznikach.

W swojej wieloletniej karierze uniwersyteckiej kilkakrotnie miałem okazję na współpracę z drobnymi przedsiębiorcami lub indywidualnymi osobami, poszukującymi konkretnych rozwiązań. Część z nich to były zlecenia finansowane z gospodarki, część w pełni bezkosztowy transfer wiedzy. Naukowcy czasem podejmują się takich zadań z czystej, intelektualnej przyjemności. O takich działaniach będę opowiadał w swoim referacie. Na przykład wraz ze studentami, w czasie letnich obozów naukowych, zrobiliśmy rozpoznanie i przygotowaliśmy wstępną propozycję na kilka nowych turystycznych szlaków pieszych, rowerowych i kajakowych. Czasami bywały to mniejsze przedsięwzięcia, związane z pojedynczymi działaniami edukacyjnymi.

Jednym z wyzwań, z jakimi się spotkałem, było zdiagnozowanie przyczyn oraz opracowanie metod ochrony turystów przed ugryzieniami przez owady krwiopijne, przebywających w luksusowym ośrodku SPA. Dodatkowo miały to być metody przyjazne środowisku bowiem ośrodek SPA znajdował się w otulinie parku krajobrazowego, a zastosowane rozwiązania miały być estetyczne i dobrze komponujące się z krajobrazem. Innym przykładem jest opracowanie i przygotowanie opowieści o „maści czarownic dl latania” dla jednej z restauracji. Wykorzystana została wiedza przyrodnicza i etnograficzna w przygotowaniu dania, które zwraca uwagę. Podobne działania wiązały się z wykładem i opowieścią, wspomagającą regionalną nalewkę z Podhala.

Dogodnym forum współpracy i dialogu są różnorodne stowarzyszenia i organizacje czy nawet koła gospodyń wiejskich, zrzeszające producentów oraz naukowców. Dobrym przykładem może być Wimlandia, od kilku miesięcy działająca już jako zarejestrowane stowarzyszenie. Transfer wiedzy nie musi ograniczać się tylko do nauk ścisłych. Zwłaszcza w turystyce i usługach ważna jest kreatywność. Stąd przydatna może być pomoc w opracowaniu legendy produktu czy firmy. Ludzie lubią opowieści. W rezultacie współpracy z uniwersytetem region wzbogacany jest o nowe certyfikowane produkty, usługi i doznania.

Zapraszanie naukowców na mniej lub bardziej oficjalne spotkania i tworzenie nawet okazjonalnych przestrzeni do dyskusji sprzyja budowaniu sieci współpracy. Obie strony muszą się poznać, zrozumieć, wysłuchać. W takich warunkach uruchamiany jest kapitał ludzki, niezwykle ważny w czasach trzeciej rewolucji technologicznej i w gospodarce opartej na wiedzy. Obecnie nie wystarczy się raz czegoś nauczyć by wystarczyło na całe życie. Konieczne jest ciągłe uczenie się i doskonalenia. Tradycyjny kontakt z uniwersytetem i jego kadrą w coraz większym stopniu uzupełniany może być dialogiem on-line, z wykorzystaniem nowoczesnych technik komunikacji internetowej.
(Stoisko koła gospodyń wiejskich, jedno z wielu spotkań o charakterze regionalnym)

09.11.2019

Porażka czyli ćwiczenie z budowaniem mostu


Porażki mogą być bardzo pomocne w uczeniu się. I w kształtowaniu empatii. Bo zapomina wół jak cielęciem buł*. Niedawno miałem okazję poczuć się jak student. Poniosłem porażkę, ale czegoś się nauczyłem. Czyli jednak sukces.

A było to tak. W czasie szkolenia trener dał nam zadanie. Mieliśmy przyjąć rolę ekspertów firmy budowlanej, którzy jadą daleko, do nieznanego kraju i mają zbudować most. Na opracowanie zadania mieliśmy mało czasu, 15 minut na przygotowanie i kolejne 15 minut na wykonanie z drugą grupą "tubylców". Dostaliśmy kilka drobnych rzeczy i udaliśmy się do osobnego pokoju. Czułem ogromną presję czasu. Trzeba najpierw wymyślić konstrukcję (a przebież nikt z nas nie był inżynierem od budowy mostów - sami biolodzy). A jednocześnie musieliśmy opracować instrukcję dla nieznanej grupy ludzi. Nie bardzo nam wychodził pomysł na budowę, czas upływał. Przeczuwałem, że gdzieś może być haczyk, bo przecież to tylko zabawa dydaktyczna. Spodziewałem się jakichś nieprzewidzianych problemów z "tubylcami". Skupiłem się na wymyślaniu przekonującej opowieści.

Nadszedł moment konfrontacji. Niby zadanie wykonane (most powstał) ale mój pomysł odniósł porażkę. Tak to odbieram. Działaliśmy pod presją czasu (a czyż nasi studenci nie działają podobnie?). Nie rozpoznaliśmy miejsca, nie wiedzieliśmy gdzie ten most zbudujemy i jakiej ma długości być. Nie przeczytaliśmy dokładnie instrukcji (zezwalała na takie działania). Mogliśmy udać się na "teren budowy" i sprawdzić. Mogliśmy również wcześniej poznać "tubylców". Za bardzo skupiliśmy się na zadaniu inżynierskim. Czyli nie skorzystaliśmy z logicznych i oczywistych działań. Zaproponowany sposób okazał się zaskakujący dla samego trenera (nigdy wcześniej nie spotkał się z takim pomysłem).

To tylko gra dydaktyczna. Ale przecież ja na co dzień w takich warunkach stresowych i pod presją czasu działam. Pod dużą presją "punktów", rozliczania i nadmiaru zadań. Brak możliwości starannego i spokojnego przygotowania się. Być może dlatego popełniamy tak dużo błędów. A może studenci są także w takiej sytuacji? Może mają dużo przedmiotów, zaliczeń, kolokwiów i do tego pracę zarobkową? Czy teraz będę ich lepiej rozumiał? I ich błędy, pomyłki, niedociągnięcia?

W omawianej grze dydaktycznej "tubylcy" mieli swoje dziwne prawa i zwyczaje. O nich nie wiedzieliśmy. Część udało się szybko intuicyjnie odgadnąć, innych nie uświadomiliśmy sobie do końca. Niby się udało a jednak uważam nasze zadanie za porażkę. Gdybyśmy znali ich zwyczaje o wiele łatwej byłoby zaplanować instrukcję budowy i kierowanie zespołem. Byłaby to łatwizna. Ale nie znaliśmy tego i ich poczynania wydawały się nam niepokojąco dziwne. Jakby wrogie momentami.

Studenci są inni niż kiedyś. Są jak z innej kultury.W dydaktyce nie można skorzystać z dawnych wzorców i schematów, bo nie pasują w pełni do współczesności. Gdy je zastosujemy, to nie dostajemy oczekiwanych reakcji. To jak spotkanie cyfrowych tubylców i cyfrowych imigrantów. Nic dziwnego, że często w środowisku akademickim słychać narzekania na studentów.

Z gry dydaktycznej wyszedłem z dużym niesmakiem. Odczuwałem porażkę i to, że dobrałem złe metody rozwiązania zadania. Brak czasu na rzetelne i staranne, przemyślane kilkakrotnie, zaplanowanie zadania. I ci zupełnie niezrozumiali "tubylcy"...

Porażka, która mnie czegoś nauczyła. Oczywiście wiedziałem, że system społeczny ulega ogromnej zmianie i w ślad za tym powinny iść zmiany w dydaktyce. Ale poprzez uczestnictwo w grze miałem okazję przeżyć, doświadczyć i posmakować. To coś więcej niż tylko wiedza teoretyczna. Teraz pora na spokojną refleksję. Teraz pora na przypominanie sobie jak to wół cielęciem był. I to cielęciem w egzotycznych krajach, gdzie inna pasza, inne bąki gryzą i inne drapieżniki zagrażają.

Porażka, która nie niszczy, nie przekreśla. Błąd, który uczy. Czy potrafię takie warunki zaprojektować i wdrożyć z myślą o studentach? Teraz jestem bogatszy o nowe doświadczenie i nowe refleksje. Kolejny raz z całą pewnością spróbuję (nie chodzi mi o grę, ale o zmiany w dydaktyce akademickiej, w miejscu, w którym jestem).

Jeśli nie udało się otworzyć drzwi, to trzeba spróbować ponownie. I tak zapewne kilka razy.


* Przysłowie Zapomniał wół jak cielęciem buł po raz pierwszy usłyszałem w gwarze. I w takiej formie przytaczam. Gwara lepiej się rymuje.

06.11.2019

Dlaczego ludzie boją się owadów lub się nimi brzydzą ?

Owady należą do istot, które raczej u ludzi nie wywołują pozytywnych emocji. Wynika to najpewniej ze współczesnych doświadczeń oraz ... zamierzchłej przeszłości. Niektórzy ludzie a priori odczuwają strach lub obrzydzenie przed "robakami", wężami, gryzoniami. Dokładniejsze badania wykazały, że bardzo często nie wynika do z jakichkolwiek, wcześniejszych przykrych doświadczeń. Zatem najpewniej uwarunkowane jest genetyczny. Być może więc dla naszych przodków szybka reakcja emocjonalna, w tym ucieczka lub "potraktowanie z buta", miały znaczenie dla przeżycia (emocje są szybsze niż racjonalne myślenie i analizowanie). Jest wiele organizmów jadowitych lub pasożytniczych. Reakcja unikania z nimi kontaktu, reakcja "odrzucenia" byłaby więc bardzo racjonalna z biologicznego punktu widzenia. Im szybciej tym lepiej dla człowieka. Nic dziwnego, że mogły się pojawić uwarunkowania genetyczne, przyspieszające ten proces nawet w czasie pierwszego kontaktu. Warunki ludzkiego życia znacząco się zmieniły. Nie ma już w naszym otoczeniu tylu krwiopijców i pasożytów. Ale ślady genetyczne i ewolucyjne pozostały. Tym można byłoby tłumaczyć instynktowne obrzydzenie w stosunku do "robali".

Dla naszych słowiańskich przodków wszystkie małe zwierzęta, takie jak owady, pająki, płazy, gryzonie, węże były robactwem, robakami (od słowa chrobak, chrobotać, szeleścić). Owad - jako coś co wadzi - pojawiło się w języku polskim znacznie później. Oczywiście w odniesieniu do owadów czyli Insecta. Nie ma więc większego błędu gdy archaicznie na stawonogi, w tym owady, potocznie mówimy "robactwo". Dla biologów robaki to zupełnie inna grupa bezkręgowców, zarówno robaki obłe jak i robaki "płaskie" czyli płazińce. Biolodzy się oburzają, gdy na sześcionogi czyli owady mówi się "robali", "robale". Ale w potocznym, uproszczonym komunikowaniu się jest to mniej więcej zrozumiałem(dla odbiorcy).

Jak wynika z chmury słów, zamieszczonej wyżej, studentom biologii owady najbardziej kojarzą się z ukąszeniami. To zapewne efekt obecności w naszym otoczeniu krwiopijnych komarów oraz innych owadów "gryzących" czy żądlących. W jakiś sposób powiązane są z tym inne słowa: "denerwujące", "upierdliwe", "choroby". A więc w pełni oddające sens słowa "owady", czyli te, które wadzą, przeszkadzają.  Ale jest też dużo słów, odnoszących się do środowiska i ekosystemów: natura, jezioro, zapylacze, otwarta przestrzeń, różnorodność. Młodzi ludzie, studiujący na Wydziale Biologii i Biotechnologii UWM w Olsztynie, niestandardowo patrzą na owady. Dwa słowa (frazy) odnoszą się do wykorzystania owadów w gospodarce: biodegradacja, food and feed, nie licząc oczywiście zapylania.

A Wam, drodzy Czytelnicy, z czym kojarzą się owady?

03.11.2019

Maść czarownic, wiedźmy i coś jeszcze


Nie ma tematów nienaukowych – są tylko metody naukowe i nienaukowe… zgłębiania dowolnego tematu, poznawania dowolnego zjawiska. We wrześniu 2016 r. na Europejską Noc Naukowców przygotowałem wykład o maści czarownic do latania ("Maść czarownic (do latania) z Wimlandii czyli o tym jak nauka wspiera lokalną przedsiębiorczość"). Można było skosztować tej maści i wypróbować na miejscu, w czasie Europejskiej Nocy Naukowców.

Maść czarownic z tajemniczej Wimlandii nie jest wierną rekonstrukcją tej starożytnej i średniowiecznej (O tym jak maść do latania wynalazłem). Jest uwspółcześnionym i przetworzonym produktem, dostosowanym do potrzeb promocji lokalnej wytwórczości i potrzeb turystycznych. Jest efektem współpracy nauki z lokalną gospodarką. Wykład w czasie Europejskiej Nocy Naukowców 2016 był etnograficznym i kulturowym poszukiwaniem, by lepiej zrozumieć co to jest wiedźma i czarownica.

Przed wykładem o maści czarownic i tajemniczej Wimlandii, odbył się krótki występ zespołu Wiedźmuchy. Tak o sobie piszą: „Wiedźmy – przede wszystkim, Czarownice, Babajędze, różnie o Nas mówią. Grupa artystyczna, estradowa. Nie jesteśmy okultystkami, po prostu dobrze się bawimy !” Są dowcipne i mają dystans do siebie „Jest nas 12 anonimowych cudownych kobiet z dystansem do siebie. Między nami są przedszkolanki, pedagog, wykładowca akademicki, lekarz, bizneswomen i jedna dziewica – kogoś trzeba zepsuć.” Grupa istnieje od czerwca 2016 r. a występy już odbywały się w wielu miejscach, także przed gronem międzynarodowym. Od tego czasu skład się powiększył a zespół wpisał się w regionalną, niecodzienna tradycję.

A ja tymczasem wracam do rozważań o wiedźmach. Są co najmniej dwa obrazy wiedźmy (i czarownicy), dawny, gdzieś do końca XIX wieku, i współczesny, tak od połowy XX wieku. Jedno słowo – dwa desygnaty. Być może i dawniej ten sam wyobrażeniowo-demoniczny desygnat miał wiele określeń w różnych czasach, kulturach. Stąd tak dużo południc, rusałek, wiedźm, czarownic etc..

Mała dygresja. Współcześnie występują wiedźmy w dawnym, złym znaczeniu. Inne mają jedynie nazwy: hejter, plotkarz, intrygant itd. (bo słowem złym szkodzą ludziom, ale to temat na inną już opowieść). Słowo pozostało a desygnat się zmienił. Zaś desygnat zyskał nowe określenie (hejterka. Intryganta – nie zawitkami i magicznymi formułami, a wypisywaniem złych rzeczy, potwarzami, obmowami, mową nienawiści szkodzą ludziom.).

Zatrzymajmy się tylko przy wiedźmach. W danych etnograficznych w naszej kulturze wiedźma jest synonimem (lub określeniem bardzo bliskoznacznym) czarownicy. Dawniej miało znaczenie półdemona złego i szkodzącego lub osoby ludzkiej, złej, szkodzącej, brzydkiej. Wywodzi się z czasów szamańskich i swoistego traktowania rzeczywistości materialnej poprzeplatanej z duchową. Współcześnie złe demony zostały w dużym stopniu obłaskawione i usympatycznione. Przykładem mogą być krasnoludki, rusałki itd. Z dawnego kultu poprzez literaturę trafiają w nowej roli ponownie do codziennej kultury. Może dlatego, że dawna rzeczywistość odeszła w niepamięć. Dawne strachy i trudy życia przestały istnieć. Nie chodzimy nocą przez las czy nieoświetlone pola. Nie jesteśmy uzależnieni od mleczności krowy. Dawne, rzeczywiste troski i strachy zniknęły, zostały słowa i szczątkowe wyobrażenia. Przez kulturę fantazji zagospodarowane zostały do nowej roli. Czarownice poprzez telewizyjne kreskówki stały się sympatyczne i miłe. A skoro nie szkodzą, to trzeba znaleźć dla nich nowe zajęcie. Już nie szkodliwe czary a… np. zielarstwo i coaching. Czy nawet rozrywka. Tak jaki kiedyś stało się z turoniem, lajkonikiem czy innymi ludowymi zabawami. Nastąpiło przejście od kultu i praktyk kultowych do kultury i rytuału na poły rozrywkowego (forma oderwana pd pierwotnej treści). Od wierzeń do zwyczaju, od szamańskich praktyk do przygodnej rozrywki. Relikty, choć zmodyfikowane, dawnej kultury i wyobrażeń o świecie.

W literaturze fantazji wielokrotnie wykorzystywane są dawne wierzenia, zwyczaje, rytuały. Odpowiednio zmienione i rozwinięte tworzą bardzo rozbudowane światy. Taki Tolkien czy Sapkowski i tysiące innych. Wszystko dobrze, gdy odróżniamy literaturę i sztukę od rzeczywistości. Czytając książki przygodowe o rycerzach czy Indianach, jako dzieci bawimy się w rycerzy i Indian. Kiedyś na podwórku, dzisiaj wykorzystując gry komputerowe. Modne są historyczne grupy rekonstrukcyjne (te bazują na prawdziwej wiedzy) ale i grupy rekonstruujące (odtwarzające w realu) świat fantazji literatury: różne Disneylandy z Kaczorem Donaldem jak i wioski Hobbitów. W tej grupie mieszczą się różnego rodzaju czarownice i zabawy w Halloween. Ale są i zjawiska pomieszane. Np. kreowanie fantastycznego neopogaństwa typu wiccianie i tworzenie (wymyślanie) czarostwa (nowe słowo). Niby w nawiązaniu do przeszłości. Ale z przeszłością wiele nie ma wspólnego. Taka twórcza interpretacja i bardzo dowolna. Tak jak pisanie, że wiedźmy to te, które wiedzą. Wiedzą o ziołach i o leczeniu itd. Jeśli traktować jako nowe zjawisko kulturowe – to jak najbardziej. Można tworzyć wszystko. Ale udowadnianie, że ma to kontynuację z pradziejów… to już mieszanie pojęć i jest w sprzeczności z faktami. Chyba wynika z ignorancji. Albo jest myleniem fantazji z rzeczywistością. Tolkien stworzył swój świat, bardzo kompletny. Ale od początku do końca jest to literatura. Dobra literatura.

Przejrzałem sporo materiałów etnograficznych, szukając ludowego rozumienia słowa wiedźma i ludowego, dawnego rozumienia takiej istoty. Znalazłem tylko określenie istoty półdeminicznej lub ludzkiej, złej i szkodzącej człowiekowi. Na ludzi leczących (jakkolwiek) lud miał inne określenia: znachorzy, babki, szeptuchy itd. Mimo, że często takowe leczenie mocno przesiąknięte było i jest magią czy praktykami szamańskimi. Wiedźmy stały się sympatyczne dopiero w drugiej połowie XX wieku. Współcześnie stanowią hybrydę różnych elementów kultury i kreacji rozrywkowych: spiczastą czapkę, różdżkę, miotłę na której latają, zioła którymi leczą.

Kazimierz Moszyński w swojej trzytomowej „Kulturze ludowej Słowian” (kolejne tomy wydane w latach: 1929, 1934, 1939) pisze o magii, złej, dobrej i mieszanej. W badaniach etnograficznych odnotowano, że osoby zajmujące się „dobrą magią”, pomaganiem człowiekowi, uzdrawianiem itd. określane są nazwami: znachor, szeptucha i ani razu nie pojawia się wiedźma czy czarownica. Wiedźmy w dawnej kulturze miały więc jednoznacznie złe znaczenie, istot szkodzących człowiekowi, przed którymi należało się chronić. Moszyński w swoim dziele „Kultura ludowa Słowian” pod pojęciem „demonologia” rozumiał wszystkie, oprócz bóstw, mityczne istoty człekokształtne. Zaznaczył, że jest to kontinuum, tak jak nie ma jasnej granicy pomiędzy bóstwami a demonami, tak nie ma jej również pomiędzy demonami a ludźmi. Tę przestrzeń, dzielącą demony od ludzi, wypełniają istoty półdemoniczne: wiedźmy, zmory, płanetniki i upiory. Półdemony, w podejściu Moszyńskiego, z reguły pozostają w ścisłym związku z określonymi ludźmi czy z ich duszami. Każda wiedźma, latająca nocną porą w postaci ptaka, ćmy itd., by wyżerać płód z łona istot ciężarnych, jest według wierzeń ludu (spisanych przez Moszyńskiego) konkretną, jakąś kobietą, z imienia czy nazwiska w danej chwili nieznaną, ale niezawodnie istniejącą w jakimś miejscu na Ziemi między żywymi (czy umarłymi) ludźmi i dającą się odszukać. Gdzieś istnieje można ją odszukać, wykryć i coś tam zrobić by ukarać za wyrządzane zło (choroby, pożary, susze itd.) lub zapobiec dalszemu złu. Ludowe samosądy licznie są udokumentowane w kronikach.

Ale wróćmy do Moszyńskiego: „Podobnie zmora to określony człowiek żywy, zwykle miejscowa dziewczyna, w której ciele znajduje się demon, czy płanetnik, upiór, tylko ten nie jest określonym człowiekiem żywym lub jego duszą, ani nie jest duszą określonego człowieka zmarłego, lecz żywym trupem jakiejś danej osoby. Ogólnie jednak biorąc, istoty półdemoniczne mimo cech odróżniających je od demonów posiadają z nimi wiele wspólnego, nie ma więc sensu zdecydowanie ich rozgraniczać”. Czasem (w dawnym rozumieniu) wiedźmy to konkretne osoby, znane z imienia i nazwiska. Być może to logika swoistego gatunku literackich opowieści. A czy my, współcześnie, w opowieściach nie wstawiamy osób z nazwiskami, by nadać im więcej realizmu i wiarygodności. Mówimy, że szwagier widział, znajomy znajomego zna tę sprawę, bo widział itd.?

W demonologii ludowej Słowian Moszyński wyróżnił także i wiedźmy, jakkolwiek traktował je zamiennie z czarownicami. Tak więc przynajmniej w końcu XIX wieku wiedźmy i czarownice traktowany były jako te same istoty półdemoniczne. W zasadzie postać półdemonicznych wiedźm jest ludzka i tylko niektóre występują pod postaciami zwierząt lub innych zjawisk (np. świecąca kula), a i to czasowo.

Tak sobie dawny lud słowiański wyobrażał wiedźmy o ludzkiej postaci (wg materiałów zebranych przez Moszyńskiegoi): „Plamy ciemnosine na ustach i całym ciele zdradzać mają wiedźmę, a po silnym znaku w kształcie nożyc rozpoznaje się upiora.” (upiora umieściłem, bo wg Hucułów upiór to męska postać wiedźmy – Ażebym nie urzekł czyli wiedźmy huculskie, Część 3. Poszukiwanie genezy wiedźm). W opisie postaci półdemonicznych i demonicznych „najczęściej ognistość kojarzona jest z wiedźmami, skrzydlatymi żmijami (latającymi w nocy i świecącymi jak ogień, albo nawet miotającymi za siebie iskry naokół, zapalając snopy, plewy itp.) czy meteorytami („rozzłoszczony odmieniec lecąc po niebie iskry z siebie wypuszcza”)”. Z kolei „zrośnięte brwi utożsamiane są z obrazem dwuskrzydłej zmierzchnicy (Sphinx), zaś ćma jest uważana z jednej strony za bardzo częste wcielenie duszy ludzkiej (lub po prostu za tę osobę), z drugiej zaś – za wcieloną duszę wiedzmy lub zmory. Podobnie jak zbyt obfite brwi, tak i ich zupełny brak piętnuje demoniczność upośledzonej przez niego człekokształtnej istoty („niedobry jest, kto nie ma brwi – to już nie człowiek”). O brak brwi posądza się demony leśne i upiory”.

Wiedźmom lub czarownikom przypisywane są oczy czerwone (poza tym – ludziom złym). Natomiast w dawnych słowiańskich wierzeniach praktycznie nie występował motyw rogów na głowie : „motyw rogów dzięki znacznemu rozpowszechnieniu wśród słowiańskiego ludu chrześcijańsko-kościelnej koncepcji szatana czy diabła przeniknął do demonologii wiejskiej jako cecha demoniczna. Pierwotnie nie był on zupełnie znany Słowianom, a i dziś oprócz czorta, żaden prawie demon słowiański nie jest rogaty.” Według Moszyńskiego w demonologii Słowiańskiej długie sutki przypisuje się prawie wyłącznie demonom wodnym oraz demonom w rodzaju dziwożonek czy boginek. Czasami spotyka się podania, w których mowa jest o żelaznych piersiach, co cechowało demony strzegące pól i ogrodów, albo służące jako postrach dzieci (Baba Jaga, żelazna baba). Jakiś daleki związek ma to z wiedźmami. Kamienne palce przypisywane są wodnikom, czarownicom i czarownikom (podłamywane podczas wzajemnych walk i kłótni). Spiczasta czapka używana była przez czarty, a przypominająca wątek ostrej głowy demonów. Motyw ten kojarzony jest przede wszystkim z demonem „nocnego strzelca”, prowadzącego „dzikie łowy”. W dawnej kulturze Słowian wiedźmy spiczastych czapek nie miały. Mamy więc wyobrażenie jak na przełomie wieku XIX i XX lud słowiański wyobrażał sobie wiedźmę (a jak nie). Trudno powiedzieć czy było tak zawsze. Może niektóre opisowe cechy wędrowały od jednego półdemona do drugiego czy nawet demona. Kultura jest czymś żywym, umożliwiającym drobne modyfikacje lub większe zmiany, czego obecnie jesteśmy świadkami.

Przejdźmy teraz do relacji demonów w stosunku człowieka (we dawnych ludowych wyobrażeń). Dane zebrane przez Moszyńskiego są jednoznaczne: zdecydowanie szkodliwe dla ludzi są wszelkie istoty półdemoniczne (za wyjątkiem płanetników), a więc wiedźmy, zmory i upiory. Inne dane wskazują, że ten negatywny stosunek pochodzi z czasów pogańskich, przedchrześcijańskich. „Na ogół biorąc także stosunek demonów właściwych do ludzi jest mniej lub bardziej wrogi (jednak ta wrogość nie jest bezwzględna i przede wszystkim nie dotyczy osób bliżej z danym demonem związanych). Zresztą według wierzeń z różnych okolic niektóre istoty demoniczne są nawet dość życzliwe dla ogółu ludzi i tylko mszczą się na tych, co rozmyślnie lub mimowolnie im się narazili. Wiły na przykład często uchodzą za istoty dobroczynne (tylko gdy człowiek przestąpi ich koło taneczne, mszczą się, raniąc go strzałami). Poza tym nawet złośliwego demona można sobie ująć i zasłużyć na jego wdzięczność. Kiedy indziej można go znów zmusić do okazywania pewnych usług, na drodze fizycznego nad nim zwycięstwa albo za pomocą podstępu czy też magicznych zabiegów. Najzłośliwsze dla ludzi są – nie licząc półdemonów – demony chorób oraz czarty”. Zdaniem Moszyńskiego w kulturze ludowej Słowian spotkanie z demoniczną istotą lub jej napaść na człowieka przedstawia się w wyobraźni ludu daleko groźniej. Niekiedy już samo tylko zjawienie się demona wróżyło człowiekowi, który go ujrzał, śmierć albo nieszczęście (np. taki przesąd wiąże się z ujrzeniem wodnika). Tak więc rozmaite rodzaje chorób skóry, łamania w kościach, sine piętna na ciele itd. interpretowali Słowianie jako skutki uszczypnięć, dotknięć lub pobicia przez demoniczne istoty, pastwiące się nocą czy w południe nad śpiącym człowiekiem, albo pociągające go w topiel. Także wszelkie inne chorobliwe przypadłości, a już przede wszystkim obłęd, powodowane były ingerencjami demonów. Dlatego leczenie chorób uważane było za wypędzanie złych mocy. Jeśli były stosowane jakiekolwiek zioła, to ze względu na ich domniemaną moc magiczną a nie właściwości lecznicze, tak jak teraz rozumiemy. Dopiero późniejsza nauka sprawdzała wszystkie ludowe zioła, (magiczne, takiej jak chociażby arcydzięgiel, pokrzywa, ostrożeń warzywny). Niby skutek ten sam, ale zupełnie inna interpretacja. Tak więc łączenie we współczesnej kulturze wiedźm z ziołolecznictwem jest w pełni błędne z historycznego punktu widzenia. Jest po prostu twórczą i współczesną interpretacją, przetworzeniem i zaadoptowaniem dawnych elementów w zupełnie nowym kontekście i nowym znaczeniu.

Z opracowania Moszyńskiego wynika, że w dawnych wierzeniach najróżniejsze demony chciały ludzi opętać, porwać, albo w ten czy inny sposób uśmiercić, wabiąc do siebie na różne sposoby. Najczęściej uwodziły głosem (boginki, rusałki, demony wodne), rzadziej innymi sposobami w rodzaju rozwieszania chustek, wstążek i tym podobnych drobiazgów, na które jakoby mają się skusić młode nie doświadczone dziewczęta (tak kusić mają demony wodne) – mężczyzn uwodziły seksualnością urodziwych kobiet, kobiety bogactwem i urodą fatałaszków i biżuterii… „Niektóre demoniczne istoty przed zabiciem zwabionego czy też napotkanego człowieka zadają mu zagadki (w ten sposób zachowują się niekiedy południce zachodniosłowiańskie i rusałki oraz upiory ukraińskie). Zwykle o ile zagadki zostaną rozwiązane demon traci władzę nad człowiekiem (w przeciwnym razie dręczy go i uśmierca). Ten motyw sfinksa spotyka się także na zachodniej słowiańszczyźnie w zastosowaniu do dość łagodnych na ogół kraśniaków (w takim wypadku fantazja ludowa kładzie jednak nacisk tylko na pomyślne rozwiązanie, co ma być warunkiem otrzymania daru od pytającego).” Jednym słowem wiedza ocalić życie może. Zatem warto ćwiczyć się w rozwiązywaniu zagadek wszelakich i powiększać swoja wiedzę o świecie.

Sporo ciekawych przypadków wabienia przez wiedźmy w ludzkiej, konkretnej postaci, znajdujemy w wierzeniach czy raczej baśniach Hucułów (spisanych sto lat temu) –  zazwyczaj dotyczyło to kobiet, starających się pozyskać miłość i zainteresowanie mężczyzn. Typowe zabiegi magiczne z czarowaniem włącznie. Magia rozumiana była dawniej jako działanie na rzeczywistość. Taka szamańska inżynieria: zrobić to i to, by osiągnąć taki a taki skutek.

„Różne są sposoby znęcania się demonów nad ludźmi, którzy dostali się w ich ręce. Demony domowe głaszcząc ofiarę, zdzierały z niej skórę. Demony leśne (dziwożony, niekiedy upiory, przede wszystkim jednak rusałki oraz nawki) dręczą przez łaskotanie, kończące się zwykle śmiercią schwytanego człowieka.” Inny sposób znęcania się demonów nad ludźmi (oraz zwierzętami) przedstawia duszenie ich, względnie gniecenie wtedy, gdy są pogrążeni we śnie. Takie duszenie czy też gniecenie (przedsiębrane niekiedy nawet w stosunku do przedmiotów martwych) cechuje przede wszystkim zmorę, która dlatego bywa nawet nazywana gniotkiem lub podobnie. Współcześnie koszmary nocne tłumaczymy przejedzeniem się na noc lub zjedzeniem czegoś niestrawnego. Skutek niby ten sam: męczenie się i koszmary senne – ale wyjaśnienie zupełnie inne. Tak na marginesie – nie istnieją obiektywne obserwacje (fakty) bez paradygmatu, bez teorii, umożliwiającej ich interpretację. 

Co jeszcze znajdziemy u Moszyńskiego? „Jeżdżenie na napotkanych przez siebie ludziach jak na koniach to już sprawka upiorów lub innych demonów, dzieje się to przez zaskoczenie ofiary, np. wskoczywszy im znienacka nocą na plecy czy ramiona. Ten motyw często jest tak ze utożsamiany z czartami i czarownicami wskakującymi nocą na wozy podróżnych. [czasem na parobków lub mężów – dotyczy oczywiście czarownic/wiedźm] Posępny motyw wysysania krwi ze śpiących ludzi i ze zwierząt domowych, utożsamia się z nim upiory, czarownice i inne bliżej nieokreślone demony i półdemoniczne istoty. (…) Słyszy się także o wyżeraniu serca, względnie wątroby, pożeraniu noworodków, dzieci i ludzi dorosłych. Demony potrafią także ściąć ludziom głowę albo ją ukręcić. Czasami wywołując po prostu jej ból. O zabijanie strzałami oskarża się wiły. Według bardzo powszechnego przekonania ludów słowiańskich kobiety ciężarne i położnice są bardziej niż pozostali ludzie narażone na napaści demonów itp. czartów czy w ogóle nieokreślonych bliżej złych duchów, wiedźm, zmor, duchów zwanych senka i navak, boginek, południc, nawet kraśniaków etc. Nieraz spotkać się można także z porywaniem niemowląt, podmianą ich a także porywaniem dziewczyn i kobiet.”

O ile złośliwy stosunek demonów do ludzi znajduje wyraz w całym szeregu motywów, zwykle przy tym nadzwyczajnie rozpowszechnionych, o tyle stosunek przyjazny mniej jest opracowany przez ludową fantazję. Są jednak takie wątki które nadają demonom dobry charakter. Do nich należą: opiekowanie się dziećmi porzuconymi przez ludzi oraz niektóre formy zawierania z ludźmi miłosnych stosunków.

W dawnej kulturze ludowej przychylne dla ludzi bywały demony domowe: opiekowały się dobytkiem, pomnażały go, ostrzegły domowników przed grożącym nieszczęściem, pomagały im w pracy itp. Przyjazne bywały niekiedy nawet dziwożony. Ale wiedźm jako demonów domowych etnografia słowiańska nie odnotowała. Słowianie południowi przypisywali wiłom liczne cechy dodatnie, jak nauczanie ludzi znachorstwa, odkrywanie przed nimi wiedzy lekarskiej, wszelkiego rodzaju okazywanie pomocy. Mogłyby więc wiejskie znachorki czy szeptuchy swą wiedzę od demonów zdobywać (przynajmniej u południowych Słowian). Ale wiedźmy były synonimem zła i szkodzenia.. Jednym z najważniejszych wątków cechujących dodatnią działalność demonów, jest wspomniane już przed chwilą pomnażanie majątku i bogactwa. Wszędzie, gdzie istnieje żywa wiara w duchy czy demony domowe tam tym właśnie istotom przypisuje się pomnażanie dobytku. Pomagają nam demony także przy przędzeniu, pielęgnowaniu koni i śpiewie. Przykładem może być znany u nas Kłobuk.

Podsumowując: w dawnych wierzeniach, do początków XX wieku, wiedźmy i czarownice to były istoty półdemoniczne, złe i szkodzące człowiekowi. We współczesnej kulturze następuje powolna zmiana – element wierzeń (sięgających korzeniami przedchrześcijańskiego szamaństwa) przechodzi w element kultury i zmienia swoją funkcję, na bardziej przyjazna człowiekowi. W miejsce magii pojawia się rozrywka. Być może dawniej taki sam proces zaszedł w przypadku wiejskiego chodzenia z Turoniem? Dawny demon zamieniony został w postać z rozrywkowego przedstawienia.

30.10.2019

Kisielec, trzęsak czy masło wiedźm?


W ostatnich dniach marca 2017 roku (a potem w lutym 2019), na brzegu osuszonego jeziora Płuciduga Mała, spotkałem w Olsztynie grzyba o nazwie masło wiedźm. Tyle, że jest to tłumaczenie z języka angielskiego - witches’ butter. Zatem nazwa z wiedźmą powstała na Wyspach Brytyjskich a nie u nas. Niemniej chodzi o grzyba u nas występującego - trzęsaka pomarańczowożółtego (Tremella mesenterica Retz). W polskim piśmiennictwie gatunek ten występuje także pod nazwami: kisielec pomarańczowy, galaretowiec kruszkowy, galaretowiec pospolity, móżdżak kruszkowy, trzęsidło pomarańczowe, trzęsak pomarańczowy i trzęsak złotożółty. Nie jest trujący ale uważany za niejadalny. Nie odznacza się żadnym smakiem ani zapachem, jest galaretowatej konsystencji. Mało apetyczny. W naszej tradycji nie został powiązany z wiedźmami czy mocami nieczystymi. Nie został jeszcze dołączony do tradycji kulinarnej. Być może to dopiero nastąpi..

Jakiś czas temu, zainspirowany ludowymi nazwami roślin, grzybów i owadów, zająłem się na serio tropieniem czarownic i wiedźm. Jak się okazało, dość powszechnie występują w przyrodzie, chociaż o jakieś czarodziejskie właściwości trudno je posądzać. Jak podaje Moszyński w „Kulturze ludowej Słowian” ćma zmierzchnica (Sphinx, a więc jakiś zawisak) jest uważana z jednej strony za bardzo częste wcielenie duszy ludzkiej (lub po prostu za tę osobę), z drugiej zaś za wcieloną duszę wiedźmy lub zmory.

Mamy więc jakiś entomologiczny i przyrodniczy aspekt poszukiwania genezy wiedźm. Nie wiem, czy chodziło Moszyńskiemu o zmierzchnicę trupią główkę, czy dowolną ćmę z grupy zawisaków (albo jakąkolwiek dużą ćmę). Sama zmierzchnica trupia główka u nas rzadko się pojawiała. To motyl śródziemnomorski. Więc może w wierzeniach ludowych chodziło o ćmę w ogóle lub ćmę z rodziny zawisakowatych. Ewentualnie jest to kulturowe zapożyczenie, które do tradycji ludowej trafiło z książek poprzez kościół lub pański dwór.

Z kolei u Erazma Majeckiego (Słownik nazwisk zoologicznych i botanicznych z 1889 roku) pod polską nazwą „wiedźma” kryje się motyl Nymphalis velleda. Niestety nie mogę odszukać współczesnej, naukowej nazwy tego owada. Majecki użył chyba jakiegoś starszego synonimu. Natomiast pod nazwą „czarownica” kryła się u niego Circaea - roślina, zwana także czarnokwit, czarownik, czartawa, czartownik, czyrnidło, niewieście psiny.

Czartawa pospolita (Circaea lutetiana L.) to gatunek rośliny wieloletniej z rodziny wiesiołkowatych. Występuje w całej Europie, na znacznym obszarze Azji oraz w Afryce Północnej. W Polsce gatunek ten jest stosunkowo częsty i pospolity. U Majeckiego zapisana także pod nazwami: czarownica paryzka, czarownik, psiny niewieście (te psiny niewieście mocno mnie zastanawiają, co to znaczy i skąd się wzięło). W rusińskim - czarnocvit, w chorwackim - vilenicka trawa, bahornica, carownik. Nie mogłem doszukać się wykorzystanie tejże rośliny w medycynie ludowej. Natomiast jako czarownik, czarnokwit, niewieście psiny wymieniana jest w „Zielniku czarodziejskim to jest zbiór przesądów o roślinach” Józefa Rostafińskiego z dopiskiem „Circe zamieniała nim ludzi w bestye rozmaite, w kamienie, drzewa i cokolwiek chciała”. Wskazywałoby to na zapożyczenie z kultury śródziemnomorskiej.

Więcej doszukałem się w „Medycynie dawnej i współczesnej” Henryka Różańskiego: „W zielu czartawy występują flawonoidy (witeksyna, izowiteksyna, wicenina, orientyna w formie glikozydowej), leukoantocyjany, kwas synapinowy, cynamonowy, galusowy, kawowy i ferulowy. Surowcem jest ziele zbierane do jesieni, najlepiej w czasie kwitnienia i owocowania. Ziele z owocami zawiera więcej fitosteroli niż przed kwitnieniem. Herbatka z ziela czartawy działa odtruwająco i moczopędnie, nieznacznie wpływ na układ krążenia. W większych dawkach może mieć ochronny wpływ na wątrobę i rozkurczowy na drogi żółciowe, wreszcie żółciopędny. Prawdopodobnie poprawia też krążenie oczne i stabilizuje strukturę ścian naczyń krwionośnych. Napar nadaje się do codziennego picia zamiast herbaty, jest smaczny i zawiera antyoksydanty oraz wymiatacze wolnych rodników, substancje hamujące generalnie stany zapalne i rozkurczowe na mięśnie gładkie.(…) Dawki naparu z czartawy: zioło całkowicie bezpieczne, napar można pić szklankami. Wykazuje synergizm z głogiem, nawłocią, kaliną (kwiat i owoc), liściem i owocem borówki, diosminą, fiołkiem trójbarwnym, pokrzywą, wiesiołkiem, miłorzębem i glistnikiem.” Nie wiem czy te właściwości są potwierdzone medycznie i czy są to współczesne ustalenia czy też może pochodzą z przeszłości (utrwalone w tradycji ludowej). Bo przecież w każdym zielu coś się znajdzie, jeśli tylko poddać naukowej analizie. Mam na myśli różnorodne substancje biologicznie czynne. Można sądzić, że „magiczne” właściwości czartawy zawędrowały do nas wraz z literaturą starożytną (przez piśmienny kościół lub dwór). Mało prawdopodobne, by była umocowana w dawnej tradycji prasłowiańskiej. 


Znalazłem jeszcze grzyb o nazwie masło wiedźm, o którym już było wyżej. W polskim piśmiennictwie gatunek ten występuje także pod nazwami: kisielec pomarańczowy, galaretowiec kruszkowy, galaretowiec pospolity, móżdżak kruszkowy, trzęsidło pomarańczowe, trzęsak pomarańczowy i trzęsak złotożółty. Nie jest trujący, ale uważany za niejadalny. Nie odznacza się żadnym smakiem ani zapachem, jest galaretowatej konsystencji. Mało apetyczny. W naszej tradycji nie został powiązany z wiedźmami czy mocami nieczystymi. W tradycji anglosaskiej, a co za tym idzie i w języku angielskim, więcej grzybów nosi nazwy diabelskie i czarownicze: witch’s hat - kapelusz czarownicy (wilgotnica czerniejąca Hygrocybe conica, grzyb lekko trujący, powoduje zaburzenia trawienne), destroying angel - niszczycielski anioł (muchomor jadowity - ten na pewno jest trujący), devil’s urn - urna diabła. W jakimś stopniu można zaliczyć także dead man’s fingers (palce trupa, palce umarlaka). W polskie tradycji mamy tylko trującego „szatana” - borowika szatańskiego Rubroboletus satanas.

Dużo więcej demonów słowiańskich i prasłowiańskich kryje się w nazwach owadów takich jak wieszczki, wieszczyce, rusałki, świtezianki, topielice, żyrytwy itd. Dużo jest także w nazwach roślin (np. czarcie żebro itd.).

Tymczasem jesienną czy zimową porą można porozglądać się za masłem wiedźm lub uchem Judasza (też grzyb).

29.10.2019

Czy i jak można policzyć i zmierzyć ulotne piękno przyrody?

Romantyczna duchowość przeciwstawiana jest pozytywistycznemu pragmatyzmowi, duchowość - matematyce. A przecież matematyka tez jest piękna. Przez matematykę i liczby poszukujemy piękna i sensu. Nawet artyści.

A czy można i czy warto mierzyć pozytywistycznym szkiełkiem i okiem przyrodę wokół nas? I czy 10 lat wystarczy by zważyć, policzyć, pomierzyć różnorodność biologiczną biosfery? A może wystarczy się zachwycać przyrodą nas otaczająca, jakże rożną o każdej porze roku? Czy szkiełko i oko nie zakrywa nam piękna i nie utrudnia cieszenia się ulotnym światem wokół nas? Czy uczucia (emocje) czasem nie bardziej przemawiają do nas, ludzi zamieszkujących globalną wioskę początków XX wieku? Emocje przeciw liczbom, wrażenia przeciw obiektywnym faktom....

Nauki przyrodnicze, w tym biologia, której jestem szeregowym pracownikiem i pasjonatem za razem, posługują się liczbami, wagami, miernikami najróżniejszego rodzaju. Zobaczyć, dotknąć, eksperymentować, pomierzyć okiem uzbrojonym w najnowocześniejszą aparaturę.

Język matematyki staje się niezbędny w opisywaniu olbrzymiej różnorodności biologicznej. Za dużo na nasz społeczny umysł, nawet jeśli zbiorowo z innymi umysłami współpracuje. Co więcej, matematyka pomaga zrozumieć przyrodniczą złożoność. Szkiełko, suwmiarka i komputery pomagają zrozumieć przyrodę? Tak. Bo matematyka jest specyficznym językiem. Dzięki liczbom, wykresom, złożonym statystycznym analizom, dostrzegamy to, co gołym okiem nie widać. Nie zobaczymy tego ani intuicją, ani emocjami. Ani nawet przez mikroskop, chromatograf, cytometr przepływowy, spektrofotometr, amplifikator etc. Duża ilość danych wymyka się ludzkiemu mózgowi. Dodatkowe wsparcie mocy obliczeniowej sztucznej inteligencji (Big Data) pozwala zobaczyć niewidoczne. I pozwala zrozumieć. Bo przecież o zrozumienie i sens chodzi. Na dodatek piękno ma często wymiar matematyczny.

Bez wątpienia żyjemy w świecie liczb. Tyle tylko, że nie wszystko liczymy - choć moglibyśmy. Nasza uwaga znacznie bardziej skupia się na ekonomii, na PKB, zysku, procentach, odsetkach niż na… bioróżnorodności. Pt jakieś tak roślinki i żabki.... Choć nie wszystko da się (jeszcze) zmierzyć i policzyć, to matematyczny obraz piękna przyrody pozwola nam zrozumieć świat. Także ten ludzki, społeczny. Ale niektórych nawet liczby nie przekonają, nawet nagie, wymierne fakty. Dalej pozostają przy płaskiej Ziemi, przy negowaniu antropogenicznego ocieplenia klimatu, przy przemilczaniu masowego wymierania gatunków. Liczby nie do każdego przemawiają. Emocje są jak zabrudzone szkło w okularach – patrzysz a i tak nic nie dostrzegasz. Albo dostrzegasz zupełnie inaczej.

Po cichu lecz nieubłaganie zbliża się do końca ONZ-etowska Dekada Ochrony Bioróżnorodności (2011-2020). A wcześniej był rok bioróżnorodności (2010). Czyli w sumie nawet 11 lat. Ponad 7 miliardów ludzi na Ziemi, około 10 lat aktywności. Ogromny potencjał i wystarczająco dużo czasu. A nawet nie zdążyliśmy policzyć i opisać współcześnie żyjących bakterii, archeonów, jednokomórkowców, grzybów, roślin i zwierząt.

Trwa wielkie, antropogeniczne wymieranie. W ciągu tych zaledwie 10-ciu lat wiele gatunków bezpowrotnie wymarło, zanim zdążyliśmy je zobaczyć, policzyć i opisać naukowo. Zanim zdążyliśmy się dowiedzieć, że były. Niepoliczalne i niemierzalne piękno przyrody. Nie ma nawet najmniejszych śladów. To tak jakby na makulaturę oddano wiele zupełnie przez nikogo nie przeczytanych książek, nie wysłuchanych przez nikogo nagranych piosenek, nigdy nie obejrzanych spektakli teatralnych. Żal utraconego i nieprzeżytego? Pewnie, że żal.

Był i jest potencjał kilku miliardów oczu patrzących na świat, setek milionów ludzi wykształconych, potrafiących pisać i stosować metodologię naukową. Było komu, było jak… Mimo to nie policzyliśmy. Zajęci byliśmy czymś innym. I nawet nie wiemy ile gatunków żyło na Ziemi w czasie trwania Dekady Ochrony Bioróżnorodności. W rezultacie nie bardzo wiemy co i jak się zmienia. Z ostatnio opublikowanych dany wynika, że w Europie Zachodniej w krajobrazach rolniczych ubyło do 70% biomasy owadów. To bardzo niepokojące dane. Wypadałoby je dokładniej sprawdzić. Ale do tego trzeba wielu szkiełek i oczu... A jak jest u nas z owadami i całą bioróżnorodnością? Gospodarka zapatrzona w liczby nie bardzo dostrzega mierzalnych zmian w bioróżnorodności oraz nie chce zauważyć katastrofalnego w skutkach ocieplenia klimatu. Nie lubimy analizować wykresów? Nie ufamy ekspertom? Efekt Krugera-Dunninga...

Liczymy i wydajemy (policzone) pieniądze na coraz większą produkcję, zakupy, konsumpcję i produkcję odpadów. Towary sztucznie postarzamy by szybciej się zużywały i by było można jeszcze więcej produkować, jeszcze więcej konsumować. Rosną liczby w PKB. Ale rosną i góry śmieci a jednocześnie kurczą się nieodnawialne zasoby środowiska. Tylko niektórzy dostrzegają negatywne zmiany i opisują je liczbami. Wśród nich są ekolodzy wołający na puszczy i młodzi ludzie organizujący strajki klimatyczne. I poeci piszący niechciane wiersze. Bez liczb nie widzielibyśmy zmian w otaczającej nas przyrodzie, w tym tych niepokojąco negatywnych i zagrażających naszemu dalszemu życiu na Ziemi. Liczby zbyt mocno uwierają naszą duszę?

Kultura może być także policzalna (mierzalna). Różnorodność w kulturze jest tak samo ważna jak różnorodność biologiczna. Nieustannie wymierają języki, bezpowrotnie zanikają opowieści oraz doświadczenia różnych grup etnicznych i kulturowych. Ginie nasze dziedzictwo. Już niepotrzebne? Dzięki liczbom możemy dostrzec ten rosnący brak. Wiele kultur zniknie, zanim je opiszemy, dostrzeżemy, policzymy, co umożliwiłoby teraźniejsze i późniejsze analizy. By szukać sensu i piękna otaczającego nas świata przyrodniczego i kulturowego. Chyba, że policzą za nas komputery i roboty. Bo być może nastanie czas sztucznej inteligencji. Z coraz mniejszym udziałem człowieka….

Przyrodę można kontemplować. Albo liczyć i mierzyć. Jedno drugiemu nie przeszkadza a nawet wzajemnie się wzmacnia i komplementarnie dopełnia. Poznaj więc liczby by zrozumieć świat i odnaleźć w nim sens.

(rozszerzona wersja felietonu"kij w mrowisko", wysłana do pisma VariArt)

(Landart gdzieś we Francji, w arboretum)