| L.O.im Władysława Jagiełły w Płocku, 20 lat temu. Przed szkołą były jeszcze piękne brzozy. Niestety je wycięli. Teraz jest łyso, gorąco latem i ponuro. |
Dlaczego licum? Bo tak wymawiał słowo liceum nasz ulubiony dyrektor i nauczyciel matematyki Jan Przyszlak. I my, ukradkiem i zaocznie go przedrzeźniając, też mówiliśmy licum. Ale w czasach szkolnych mówiliśmy na szkołę „buda”. W tamtych czasach nigdy o tym nie myślałem i nie stawiałem pytania „dlaczego”. A teraz, z okazji jubileuszowego zjazdu mojej ukochanej szkoły, mojego liceum, odwiedzam swoją starą budę i spotykam się z dawnymi koleżankami i kolegami. Wracam pamięcią do młodości. Na duszy aż cieplej.
Ale dlaczego mówiliśmy „buda”? Bo tak mówili starsi uczniowie i siłą tradycji i inicjacji przejmowaliśmy. A teraz po blisko pół wieku zaczynam się zastanawiać. O pomoc poprosiłem zaklęciami-promptami sztuczną inteligencję, by szybko przeszukać źródła internetowe. Piękną opowieść mi napisał Copilot. I ja nie wiem czy prawdziwa. Bo to tak jak z opowieściami szkolnego kolegi, pięknie popłynął. Pozostaje niepewność czy to twórczość czy rzetelne szykanie źródeł. Dla pewności sprawdziłem w innym narzędziu z głębszym badaniem z docieraniem do różnych źródłem. I to już bardzo wiarygodnie zabrzmiało i potwierdziło wcześniejsze słowotwórstwo Copilota. Ufny w prawdziwość analiz poprawiłem, dostosowałem i rozbudowałem opowieść o mojej budzie.
O ile mnie pamięć nie myli, a mylić może tak jak halucynowanie AI, to częściej słowa buda używałem na podstawówkę, w młodszych latach edukacji. Na liceum już chyba rzadziej. Ale czy można dowierzać własnej pamięci? Pamięć jest bardzo wybiórcza. A na dodatek tez halucynuje i czasem "pamięta" rzeczy i zdarzenia, których nie było. Albo były tylko wyglądały nieco inaczej. Mimo że nasza własna pamięć wydaje się taka spójna, obiektywna. I nie ma tego jak sprawdzić. Pytać innych? A czy ich pamięć (nasza zbiorowa) także może halucynować? By dobrze pasowała do współczesności i aktualnych odczuć? To się okaże w czasie klasowych, wspominkowych rozmów. Nasza własna pamięć zostanie poszerzona o konektywna pamięć zbiorowa, rozproszona w wielu głowach. Ale przez wspólne opowieści ta zbiorowa pamięć przenika i do naszego mózgu. I odczuwamy ją jako własną.
Z dzieciństwa znałem budę dla psa,. Potem w poszukiwaniach etnograficznych, historycznych i genealogicznych dotarłem do licznych wsi ze słowem buda/budy. Oznaczały one przysiółki, mniej zamożne chaty gdzieś w lesie. Ale wróćmy do szkolnej budy. „Buda” to krótkie, szorstkie słowo, które w polskiej pamięci szkolnej brzmi jak echo dawnych korytarzy, stukotu drewnianych podłóg i nieco buntowniczej uczniowskiej ironii. Każde nowe pokolenie w młodości tworzy swo własny język a w ten sposób swoją własną tożsamość, niejako w opozycji do reszty "wapniaków". Przykładem niech bedę młodzieżowe słowa roku, które pojawiają się w mediach. Słowo buda wydaje się proste, wręcz prymitywne, ale jego historia jest zaskakująco bogata. A przynajmniej potrafimy taka bogata historię stworzyć w opowieści. Buda wyrasta z języka potocznego, z dawnego znaczenia „lichy domek, szopa, barak”, a jednocześnie wrosło w kulturę szkolną tak mocno, że stało się jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów gwary uczniowskiej. I jest dziedziczone pokoleniowo wśród młodych. Opowieść o „budzie” to opowieść o tym, jak język młodych ludzi oswaja instytucję, która z natury jest poważna, hierarchiczna i narzucająca reguły. Oswaja ale jest też okazją do budowania swojego własnego języka tożsamościowego. To prze tę młodzieżowa kontestacje i indywidualizm pokoleniowy języki tak szybko ewoluują.
Pierwotnie „buda” była po prostu konstrukcją z desek, czymś tymczasowym, nieforemnym, często byle jak skleconym. Tak jak buda dla psa (przynajmniej dawniej, gdy mniej troszczyliśmy sie o zwierzeta domowe). W literaturze XIX wieku pojawia się jako określenie chaty biedoty, kramu, straganu, a nawet psiej budy. To słowo niosło w sobie lekki cień pogardy, ale też swojską, ludową bezpretensjonalność. A może od zawsze szkolna edukacja była niedofinansowana i na marginesie ważniejszego, bogatszego życia? Nic dziwnego, że młodzież szkolna szybko to pejoratywne określenie przechwyciła. Szkoła to oficjalnie instytucja poważna, z zasadami, z nauczycielami w roli strażników porządku. Kiedyś z katedr a-biurkiem na podwyższeniu, z dyscyplina do wymierzania kar cielesnych i dziennikiem z ocenami. Ale w oczach uczniów stawała się miejscem, które trzeba jakoś „odczarować”. Nazwać po swojemu, nadać mu własny ton. „Buda” była idealna: krótka, zadziorna, lekko ironiczna. Wypowiedziana półgłosem na przerwie (a raczej w domu czy na ulicy np. „idę do budy”) brzmiała jak znak przynależności do wspólnoty uczniowskiej, która rządzi się własnymi prawami. Język ma nie tylko funkcje komunikacyjną lecz także identyfikacyjna. Po języku, gwarze, żargonie szybko poznajemy kto swój a kto obcy. Kto uczeń ze swoją uczniowska niedolą, a kto nauczycielem i belfrem. Albo kto całkiem ze środowiska pozaszkolnego czyli z innego świata, innego "państwa".
W literaturze młodzieżowej i wspomnieniowej (to poznałem z wyszukań narzędzi AI) słowo to pojawia się często jako element autentycznego języka młodych bohaterów. W powieściach z okresu międzywojennego (lata 1918-1939) „buda” funkcjonuje już jako pełnoprawny synonim szkoły, a w tekstach powojennych (po 1945 roku), zwłaszcza tych opisujących codzienność licealistów, staje się niemal obowiązkowym elementem dialogów. W kulturze masowej lat 60. i 70. słowo to nabiera dodatkowego kolorytu: pojawia się w filmach, w piosenkach, w felietonach. Zawsze z tym samym odcieniem: lekko buntowniczym, lekko ironicznym, ale też pełnym ciepłej swojskości. Bo choć uczniowie narzekają na szkołę, to jednak jest to miejsce, które ich formuje, w którym dojrzewają, przeżywają pierwsze przyjaźnie, konflikty i fascynacje. Znamienne, że naszego "licum" źródła nie odnotowały. Czyli moje pokolenie nie spisało wspomnień, które przedostałyby się do repozytoriów wiedzy i mogły być odszukane przez narzędzia AI. A ile takich innych słów, niszowych, chwilowych i lokalnych nie zostało przez AI odszukane? To co nie zapisane szybko znika ze świata użytkowanej kultury globalnej.
„Buda” ma też swoje odpowiedniki w innych epokach i środowiskach. W dawnej polszczyźnie funkcjonowało słowo „szkoła”, oczywiście neutralne, ale obok niego pojawiały się określenia bardziej potoczne: „seminarium”, „pensja”, „gimnazjum” – każde z nich niosło określony społeczny ton. W XIX wieku uczniowie mówili czasem o „klasie” jako o całej instytucji, a nie tylko pomieszczeniu. My też słowo "klasa" używaliśmy dla konkretnej, nasze zbiorowości. Przecież uczyliśmy się w różnych klasach-pracowniach-pomieszczeniach a ciągle byliśmy tą samą klasą. W środowiskach wojskowych szkołę nazywano „kuźnią”, w środowiskach rzemieślniczych – „warsztatem nauki”. W XX wieku pojawiły się nowe określenia: „szkółka”, „budyneczek”, a w czasach gimnazjów – „gimbaza”, słowo nacechowane równie mocno jak „buda”, ale już inną emocją: bardziej internetową, memiczną, często prześmiewczą. Współczesna młodzież ponoć używa określeń takich jak „szkółka”, „placówka”, „instytucja”, a czasem po prostu „szk” (wierzę na słowo źródłom, bo sam nie słyszałem i nie widziałem), skrót z komunikatorów. Jednak żadne z nich nie ma tej kulturowej głębi, którą przez dekady wypracowała „buda”. A może te współczesne i lokalne określenia budy, szkoły żyją w swoim zamkniętym świecie i mało kto o nich wie? Napiszcie w komentarzach jak wasze pokolenie mówiło lub mówi na budynek szkolny. Może w ten sposób uratujecie swoja mikrokulturę od wiecznego zapomnienia.
Warto zauważyć, że „buda” nie była jedynie żartobliwym określeniem miejsca. Była też narzędziem budowania tożsamości. Uczniowie mówiący „idę do budy” nie tylko skracali dystans wobec szkoły, ale też tworzyli wspólnotę językową, w której nauczyciel stawał się „belfrem”, „psorem”, dyrektor „dyrem”, a lekcje „matmą”, „polakiem”, "ruskiem" czy „biolą”. Ten język nie miał na celu obrażania a raczej oswajanie rzeczywistości, która bywała wymagająca. A czasem trudna i bolesna. W pewnym sensie „buda” była więc formą językowego buntu, ale buntu łagodnego, codziennego, wpisanego w rytm szkolnego życia. Ciekawe jak na szkołę mówią uczniowie z edukacji cyfrowej?
W kulturze polskiej słowo to przetrwało jako element nostalgii. Jestem tego namacalnym przykładem. Dorośli, wspominając swoje szkolne lata, często mówią: „w naszej budzie to było tak…”. Wspomnienie „budy” nie niesie już w sobie irytacji czy buntu lecz ciepły uśmiech, powrót do czasów, gdy świat był prostszy, a największym problemem była kartkówka z fizyki. Współczesne szkoły są inne: nowoczesne, cyfrowe, często bardziej przyjazne. A jednak słowo „buda” wciąż wraca, bo jest częścią kulturowego kodu, który łączy pokolenia.
Historia tego słowa pokazuje, jak język potrafi przechwycić instytucję i nadać jej nowe znaczenie. Szkoła – miejsce nauki, dyscypliny i hierarchii – w uczniowskiej mowie staje się „budą”, czyli przestrzenią oswojoną, swojską, czasem irytującą, ale jednak własną. To dowód na to, że język młodych ludzi jest żywy, twórczy i pełen humoru. A także na to, że nawet najbardziej poważna instytucja może zostać ujęta w ramy żartobliwej metafory. Powtórzę się i przypomnę, że to właśnie młode pokolenie najbardziej wpływa na ewolucje języków. To w licum i w budzie najwięcej dzieje się w zakresie ewolucji języka. Bo to czas młodości. Durnej i chmurnej.
„Buda” to więc nie tylko słowo. To fragment kultury, wspólne doświadczenie, znak pokoleniowy. I choć dziś młodzież mówi inaczej, a język zmienia się szybciej niż kiedykolwiek, to „buda” pozostaje jednym z tych określeń, które – niczym stare szkolne ławki – trwają mimo upływu czasu. Wciąż przypominają, że szkoła to nie tylko miejsce nauki, ale też przestrzeń, w której rodzi się język młodości: zadziorny, kreatywny i pełen życia. A w szkole spędzamy coraz więcej lat. Już nie tylko trzy klasy czyli trzy lata nauki. Nawet nie osiem. Co najmniej 12 lat a często także 17 czy 21. Dawniej to czas jednego pokolenia.
Z dzieciństwa znałem budę dla psa,. Potem w poszukiwaniach etnograficznych, historycznych i genealogicznych dotarłem do licznych wsi ze słowem buda/budy. Oznaczały one przysiółki, mniej zamożne chaty gdzieś w lesie. Ale wróćmy do szkolnej budy. „Buda” to krótkie, szorstkie słowo, które w polskiej pamięci szkolnej brzmi jak echo dawnych korytarzy, stukotu drewnianych podłóg i nieco buntowniczej uczniowskiej ironii. Każde nowe pokolenie w młodości tworzy swo własny język a w ten sposób swoją własną tożsamość, niejako w opozycji do reszty "wapniaków". Przykładem niech bedę młodzieżowe słowa roku, które pojawiają się w mediach. Słowo buda wydaje się proste, wręcz prymitywne, ale jego historia jest zaskakująco bogata. A przynajmniej potrafimy taka bogata historię stworzyć w opowieści. Buda wyrasta z języka potocznego, z dawnego znaczenia „lichy domek, szopa, barak”, a jednocześnie wrosło w kulturę szkolną tak mocno, że stało się jednym z najbardziej rozpoznawalnych elementów gwary uczniowskiej. I jest dziedziczone pokoleniowo wśród młodych. Opowieść o „budzie” to opowieść o tym, jak język młodych ludzi oswaja instytucję, która z natury jest poważna, hierarchiczna i narzucająca reguły. Oswaja ale jest też okazją do budowania swojego własnego języka tożsamościowego. To prze tę młodzieżowa kontestacje i indywidualizm pokoleniowy języki tak szybko ewoluują.
Pierwotnie „buda” była po prostu konstrukcją z desek, czymś tymczasowym, nieforemnym, często byle jak skleconym. Tak jak buda dla psa (przynajmniej dawniej, gdy mniej troszczyliśmy sie o zwierzeta domowe). W literaturze XIX wieku pojawia się jako określenie chaty biedoty, kramu, straganu, a nawet psiej budy. To słowo niosło w sobie lekki cień pogardy, ale też swojską, ludową bezpretensjonalność. A może od zawsze szkolna edukacja była niedofinansowana i na marginesie ważniejszego, bogatszego życia? Nic dziwnego, że młodzież szkolna szybko to pejoratywne określenie przechwyciła. Szkoła to oficjalnie instytucja poważna, z zasadami, z nauczycielami w roli strażników porządku. Kiedyś z katedr a-biurkiem na podwyższeniu, z dyscyplina do wymierzania kar cielesnych i dziennikiem z ocenami. Ale w oczach uczniów stawała się miejscem, które trzeba jakoś „odczarować”. Nazwać po swojemu, nadać mu własny ton. „Buda” była idealna: krótka, zadziorna, lekko ironiczna. Wypowiedziana półgłosem na przerwie (a raczej w domu czy na ulicy np. „idę do budy”) brzmiała jak znak przynależności do wspólnoty uczniowskiej, która rządzi się własnymi prawami. Język ma nie tylko funkcje komunikacyjną lecz także identyfikacyjna. Po języku, gwarze, żargonie szybko poznajemy kto swój a kto obcy. Kto uczeń ze swoją uczniowska niedolą, a kto nauczycielem i belfrem. Albo kto całkiem ze środowiska pozaszkolnego czyli z innego świata, innego "państwa".
W literaturze młodzieżowej i wspomnieniowej (to poznałem z wyszukań narzędzi AI) słowo to pojawia się często jako element autentycznego języka młodych bohaterów. W powieściach z okresu międzywojennego (lata 1918-1939) „buda” funkcjonuje już jako pełnoprawny synonim szkoły, a w tekstach powojennych (po 1945 roku), zwłaszcza tych opisujących codzienność licealistów, staje się niemal obowiązkowym elementem dialogów. W kulturze masowej lat 60. i 70. słowo to nabiera dodatkowego kolorytu: pojawia się w filmach, w piosenkach, w felietonach. Zawsze z tym samym odcieniem: lekko buntowniczym, lekko ironicznym, ale też pełnym ciepłej swojskości. Bo choć uczniowie narzekają na szkołę, to jednak jest to miejsce, które ich formuje, w którym dojrzewają, przeżywają pierwsze przyjaźnie, konflikty i fascynacje. Znamienne, że naszego "licum" źródła nie odnotowały. Czyli moje pokolenie nie spisało wspomnień, które przedostałyby się do repozytoriów wiedzy i mogły być odszukane przez narzędzia AI. A ile takich innych słów, niszowych, chwilowych i lokalnych nie zostało przez AI odszukane? To co nie zapisane szybko znika ze świata użytkowanej kultury globalnej.
„Buda” ma też swoje odpowiedniki w innych epokach i środowiskach. W dawnej polszczyźnie funkcjonowało słowo „szkoła”, oczywiście neutralne, ale obok niego pojawiały się określenia bardziej potoczne: „seminarium”, „pensja”, „gimnazjum” – każde z nich niosło określony społeczny ton. W XIX wieku uczniowie mówili czasem o „klasie” jako o całej instytucji, a nie tylko pomieszczeniu. My też słowo "klasa" używaliśmy dla konkretnej, nasze zbiorowości. Przecież uczyliśmy się w różnych klasach-pracowniach-pomieszczeniach a ciągle byliśmy tą samą klasą. W środowiskach wojskowych szkołę nazywano „kuźnią”, w środowiskach rzemieślniczych – „warsztatem nauki”. W XX wieku pojawiły się nowe określenia: „szkółka”, „budyneczek”, a w czasach gimnazjów – „gimbaza”, słowo nacechowane równie mocno jak „buda”, ale już inną emocją: bardziej internetową, memiczną, często prześmiewczą. Współczesna młodzież ponoć używa określeń takich jak „szkółka”, „placówka”, „instytucja”, a czasem po prostu „szk” (wierzę na słowo źródłom, bo sam nie słyszałem i nie widziałem), skrót z komunikatorów. Jednak żadne z nich nie ma tej kulturowej głębi, którą przez dekady wypracowała „buda”. A może te współczesne i lokalne określenia budy, szkoły żyją w swoim zamkniętym świecie i mało kto o nich wie? Napiszcie w komentarzach jak wasze pokolenie mówiło lub mówi na budynek szkolny. Może w ten sposób uratujecie swoja mikrokulturę od wiecznego zapomnienia.
Warto zauważyć, że „buda” nie była jedynie żartobliwym określeniem miejsca. Była też narzędziem budowania tożsamości. Uczniowie mówiący „idę do budy” nie tylko skracali dystans wobec szkoły, ale też tworzyli wspólnotę językową, w której nauczyciel stawał się „belfrem”, „psorem”, dyrektor „dyrem”, a lekcje „matmą”, „polakiem”, "ruskiem" czy „biolą”. Ten język nie miał na celu obrażania a raczej oswajanie rzeczywistości, która bywała wymagająca. A czasem trudna i bolesna. W pewnym sensie „buda” była więc formą językowego buntu, ale buntu łagodnego, codziennego, wpisanego w rytm szkolnego życia. Ciekawe jak na szkołę mówią uczniowie z edukacji cyfrowej?
W kulturze polskiej słowo to przetrwało jako element nostalgii. Jestem tego namacalnym przykładem. Dorośli, wspominając swoje szkolne lata, często mówią: „w naszej budzie to było tak…”. Wspomnienie „budy” nie niesie już w sobie irytacji czy buntu lecz ciepły uśmiech, powrót do czasów, gdy świat był prostszy, a największym problemem była kartkówka z fizyki. Współczesne szkoły są inne: nowoczesne, cyfrowe, często bardziej przyjazne. A jednak słowo „buda” wciąż wraca, bo jest częścią kulturowego kodu, który łączy pokolenia.
Historia tego słowa pokazuje, jak język potrafi przechwycić instytucję i nadać jej nowe znaczenie. Szkoła – miejsce nauki, dyscypliny i hierarchii – w uczniowskiej mowie staje się „budą”, czyli przestrzenią oswojoną, swojską, czasem irytującą, ale jednak własną. To dowód na to, że język młodych ludzi jest żywy, twórczy i pełen humoru. A także na to, że nawet najbardziej poważna instytucja może zostać ujęta w ramy żartobliwej metafory. Powtórzę się i przypomnę, że to właśnie młode pokolenie najbardziej wpływa na ewolucje języków. To w licum i w budzie najwięcej dzieje się w zakresie ewolucji języka. Bo to czas młodości. Durnej i chmurnej.
„Buda” to więc nie tylko słowo. To fragment kultury, wspólne doświadczenie, znak pokoleniowy. I choć dziś młodzież mówi inaczej, a język zmienia się szybciej niż kiedykolwiek, to „buda” pozostaje jednym z tych określeń, które – niczym stare szkolne ławki – trwają mimo upływu czasu. Wciąż przypominają, że szkoła to nie tylko miejsce nauki, ale też przestrzeń, w której rodzi się język młodości: zadziorny, kreatywny i pełen życia. A w szkole spędzamy coraz więcej lat. Już nie tylko trzy klasy czyli trzy lata nauki. Nawet nie osiem. Co najmniej 12 lat a często także 17 czy 21. Dawniej to czas jednego pokolenia.
Jak zwał, tak zwał. Buda czy liceum lub licum, to moja piękna młodość. Kształtowanie się zainteresowań i charakteru. Moje najpiękniejsze lata i początek twórczości. Sporo się wtedy nauczyłem i to nie na lekcjach lecz w środowisku. W kontakcie z innymi, w tym co robiliśmy poza lekcjami. Wspaniale, że spotkałem tak cudowne koleżanki i kolegów. Długo by o tym opowiadać. Prześmiewczo i pejoratywnie mówiliśmy buda, ale teraz po latach mamy najwspanialsze wspomnienia. Może dlatego że nasza pamięć jest wybiórcza i nieco halucynująca?







