14.03.2026

Kto mi przebiegł drogę: światłówka mysiotrzewka czy rolnica wróżebnica?




Gdy drogę przebiegnie czarny kot, to niechybnie jakiś wróżebny i zły znak. I trzeba ten urok odczynić, by zły los odwrócić. By unieważnić zły znak. Ale co zrobić, gdy drogę przejdzie bliżej nie znana, tłusta gąsienica motyla? Trzy razy splunąć przez lewe ramie czy raczej zajrzeć do książek by dowiedzieć się więcej? Ja wybrałem to drugie. 

A było to tak, początek marca, południe, wracałem z przerwy obiadowej do pracy. Przedwiośnie, słoneczna pogoda, śnieg jeszcze leży. A tu po chodniku, w poprzek mojej drogi żwawo truchta sobie mała, tłusta gąsienica. Jestem właśnie po lekturze książki Bernarda Heinricha pt. „Zimowy świat, jak zwierzęta radzą sobie z zimnem”. W głowie mam ciągle sporo treści o zimowych strategiach hibernowania, torporze i o białkach antyzamarzamiowych. Ledwo śnieg stopniał a tu coś sobie małego wędruje. W dobrą stronę szła ta gąsienica, z przydrożnego trawnika w kierunku rozleglejszego zieleńca na dawnym jeziorze Płociduga Mała. Gdyby wybrała drogę przeciwną, zginęłaby pod kołami przejeżdżających samochodów. Droga to poważna bariera i strefa śmierci dla takich małych organizmów

Przystanąłem i się przyglądałem. Ale nie rozpoznałem gatunku. Zrobiłem oczywiście zdjęcie, bo to dobra forma notatnika przyrodniczego. Dopiero potem, za kilka dni poszukałem i w książce Heintzeago ("Motyle Polski, atlas, część pierwsza") znalazłem dwa „pasujące” gatunki. Owa miały podobny wygląd gąsienicy i adekwatny cykl życiowy z zimującą gąsienicą. Ale nie jestem ekspertem od motylich gąsienic i niepewność pozostaje. Opisze więc oba gatunki

Pierwszy możliwy trop to światłówka mysiotrzewka o naukowej nazwie Hoplodrina alsines (syn. Hoplodrina octogenaria, dawniej traktowana jako osobny gatunek), należy do motyli z rodziny sówkowatych (Noctuidae), które łatwo przeoczyć, choć towarzyszą nam niemal wszędzie. Jej szarobrązowe skrzydła, przypominające barwą futerko polnej myszy, sprawiają, że stapia się z otoczeniem tak skutecznie, iż dopiero światło lampy ujawnia jej obecność. W ciepłe, letnie wieczory dorosłe motyle pojawiają się na łąkach, w ogrodach i na skrajach lasów, przylatując chętnie do sztucznego światła, jakby na chwilę wyrywały się z anonimowości, by zaraz znów zniknąć w mroku. Sówkowate rzadko są kolorowe, najczęściej motyle są szaro-bure o maskującym ubarwieniu. Gdy siedzą na korze drzew czy wśród uschniętych roślin to ich nie widać. Gąsienice też mają niepozorne, maskujące ubarwienie. Trudno je wypatrzyć na łące czy na trawniku pięknie "zachwaszczonym".

Życie światłówki mysiotrzewki zaczyna się latem, gdy samica składa jaja na roślinach zielnych, zwykle tych najpospolitszych, które rosną na ubogich łąkach, przydrożach, nieużytkach, przydrożnych trawnikach. Z jaj wylęgają się gąsienice o skromnym, brązowawym ubarwieniu, równie niepozorne jak dorosłe motyle. Żerują na roślinach takich jak babki, szczawie czy koniczyny, korzystając z ich obfitości i dostępności. To właśnie szeroka tolerancja pokarmowa sprawia, że gatunek ten jest tak powszechny. Nie jest wybredny, nie wymaga rzadkich siedlisk ani wyszukanych roślin żywicielskich. Wystarczy mu zwykła roślinność zielna, ta sama, którą mijamy codziennie, często nie zwracając na nią uwagi ("zielsko", "chwasty"). Można powiedzieć typowy mieszkaniec miast i ludzkich zabudowań na wsi.

Wraz z nadejściem jesieni gąsienice nie kończą jednak swojego rozwoju. Zamiast przepoczwarczać się, zapadają w stan spoczynku i to właśnie w stadium larwy spędzają zimę. Ukryte w ściółce, wśród suchych źdźbeł traw i resztek roślin, znoszą mrozy i wilgoć, korzystając z naturalnej izolacji, jaką daje im warstwa opadłych liści. Dlatego jeszcze raz zaapeluję o nie koszenie jesienią trawników i nie grabienie liści. Pozwólcie spokojnie przezimować mysiotrzewkom.

Zimowanie w stadium gąsienicy jest strategią typową dla wielu sówkowatych, ale u światłówki mysiotrzewki ma szczególne znaczenie, bo pozwala jej błyskawicznie wznowić żerowanie, gdy tylko wiosenne słońce ogrzeje ziemię. Tak właśnie się stało w marcu, w czasie olsztyńskiego przedwiośnia. Żerują do maja i kończą rozwój, przepoczwarczają się w glebie lub w płytkiej warstwie ściółki, a z poczwarek w czerwcu i lipcu wylatują dorosłe motyle.

Ekologia tego gatunku jest przykładem niezwykłej elastyczności. Światłówka mysiotrzewka nie potrzebuje dziewiczych lasów ani wyspecjalizowanych siedlisk - radzi sobie doskonale w krajobrazie przekształconym przez człowieka. Występuje zarówno na terenach rolniczych, jak i w parkach miejskich, na nieużytkach, a nawet w przydomowych ogródkach. Jej obecność świadczy o tym, że wciąż istnieje miejsce dla drobnych, nocnych owadów, które potrafią wykorzystać każdy skrawek zieleni. Choć nie zwraca na siebie uwagi, jest częścią większej sieci zależności i stanowi pokarm dla ptaków, nietoperzy i drapieżnych owadów, a jako gąsienica wpływa na dynamikę roślinności zielnej.

W świecie motyli, gdzie wiele gatunków wymaga specyficznych warunków i ginie wraz z zanikiem naturalnych siedlisk, światłówka mysiotrzewka jest przykładem odporności i przystosowania. Jej cykl życiowy, oparty na zimowaniu w stadium larwy i wykorzystaniu pospolitych roślin żywicielskich, pozwala jej trwać mimo zmian klimatu i krajobrazu. To motyl, który nie potrzebuje rozgłosu, wystarczy mu noc i odrobina przestrzeni, by kontynuować swoją cichą obecność wśród nas. Jeśli przyjrzeć się uważniej, można dostrzec w nim symbol skromnej, ale niezwykle skutecznej strategii przetrwania, która od wieków pozwala mu towarzyszyć człowiekowi w niemal każdym zakątku Europy.

Drugim możliwym gatunkiem mojej spotkanej gąsienicy jest rolnica wróżebnica (Graphiphora augur), z tej samej rodziny sówkowatych. Gatunek pospolity i często spotykany, niepozornie ubarwiony nie zwraca naszej uwagi. Rolnica wróżebnica jest ważnym elementem ekosystemów północnej Eurazji i Ameryki Północnej. Jej gąsienice stanowią pokarm dla ptaków i owadów drapieżnych, a dorosłe motyle dla nietoperzy. Dzięki polifagii i tolerancji siedliskowej gatunek ten dobrze radzi sobie w zmieniającym się środowisku.

Rolnica wróżebnica to jeden z tych motyli, które nie rzucają się w oczy, a jednak odgrywają ważną rolę w północnych ekosystemach Eurazji i Ameryki Północnej. Jej obecność zdradza dopiero noc, gdy aktywne sa postacie imago. Wybierają lot w nocy by uniknąć drapieżnictwa ptaków (ale trudniej im uniknąć nietoperzy). Ubarwienie ma stonowane, szarobrązowe, jakby stworzone do znikania na tle kory drzew i wilgotnej ściółki. Na skrzydłach przednich widnieje charakterystyczny rysunek przypominający literę omega, który dawniej inspirował ludowe nazwy i skojarzenia z wróżbami, od których wzięła się polska nazwa gatunku.

Choć dorosłe motyle żyją krótko, ich cykl życiowy jest ściśle związany z rytmem umiarkowanej strefy klimatycznej. Samice składają jaja latem, a młode gąsienice zaczynają żerować na roślinach zielnych, które rosną na wilgotnych polanach, brzegach jezior i rzek, w zaroślach i na skrajach lasów. To właśnie polifagia (zdolność do odżywiania się wieloma gatunkami roślin) czyni rolnicę wróżebnicę tak odporną na zmiany środowiskowe. Nie jest wybredna: korzysta z roślin pospolitych, dostępnych w niemal każdym siedlisku, co pozwala jej zasiedlać ogromny obszar od Europy po Japonię, a także północną część Ameryki.

Najbardziej fascynującym etapem jej życia jest jednak zima. Gąsienice nie przepoczwarczają się jesienią, lecz trwają w stanie uśpienia, ukryte w ściółce, pod liśćmi, wśród traw i mchów. Zimują jako larwy, częściowo rozwinięte, odporne na mróz i wilgoć. Ta strategia pozwala im rozpocząć żerowanie natychmiast, gdy tylko wiosenne słońce ogrzeje ziemię. Wtedy nadrabiają stracony czas, intensywnie jedzą i w końcu przepoczwarczają się w glebie, by w czerwcu lub lipcu pojawić się pod postacią  dorosłych motyli. To cykl dopasowany do krótkiego sezonu wegetacyjnego w chłodniejszych regionach, w których gatunek występuje szczególnie licznie.

Rolnica wróżebnica jest jednym z tych gatunków, które nie potrzebują spektakularnych barw ani wyszukanych siedlisk, by przetrwać. Jej siłą jest elastyczność – zdolność do życia w różnych środowiskach, korzystania z wielu roślin i radzenia sobie z surowymi zimami. W ekosystemie pełni rolę skromną, ale istotną: gąsienice są pokarmem dla ptaków i owadów drapieżnych, a dorosłe motyle – dla nietoperzy. To cichy uczestnik nocnego życia lasów i łąk, którego obecność łatwo przeoczyć, ale którego historia życia pokazuje, jak doskonale natura potrafi dostosować organizmy do rytmu pór roku.

Jedno spotkanie a dwie możliwości. Obie nazwy sympatyczne (światłówka mysiotrzewka i rolnica wróżebnica), ta druga nawet zawiera aspekt wróżebny, niczym czarny kot, przebiegający drogę. Urokliwe, polskie nazwy gatunkowe, które otwierają tak dużo pole do kreatywnego opowiadania o przyrodzie.

13.03.2026

Chodzenie – cichy sabotażysta światowej gospodarki

Gdy się chodzi pieszo, to więcej dostrzegamy, np. na podwórku.


Prawo jazdy zrobiłem jeszcze w szkole średniej. Wydawało mi się dobrą inwestycją w przyszłe, dorosłe życie. Koniec końców samochodu nie kupiłem a do pracy codziennie chodzę pieszo. W dalsze podróże wybieram transport publiczny, zwłaszcza pociągi. I teraz dowiaduję się, że jestem "ekonomicznym szkodnikiem?. Ale tylko w myśleniu o nieustanym wzroście PKB. A czy człowiek całe życie rośnie?

Chodzenie to powolna śmierć… dla gospodarki opartej na konsumpcji. Tak, dobrze czytasz. Gdyby istniał ranking najbardziej szkodliwych aktywności dla współczesnego systemu ekonomicznego, spacerowanie zajęłoby miejsce na podium, tuż obok zdrowego odżywiania i czytania etykiet na produktach. Pieszy to prawdziwy dramat dla finansów państwa. Nie kupuje samochodu, nie bierze kredytu na jego spłatę, nie wykupuje ubezpieczenia AC/OC, nie tankuje, nie płaci za myjnię, nie odwiedza mechanika, nie potrzebuje parkingu podziemnego ani parkingu w miejscu parku ani aplikacji do płacenia za parkowanie. Nie generuje korków, więc nie napędza rynku kawy na wynos. Nie kupuje nawet roweru - a to już absolutna katastrofa. Uff. Mam chociaż rower. To przynajmniej jest jakaś mała nadzieja. Co gorsza, pieszy rzadko powoduje wypadki. A przecież wypadki to cały sektor gospodarki: lawety, blacharze, lakiernicy, ubezpieczyciele, prawnicy, lekarze, rehabilitanci. Spacerowicz jednym ruchem nogi podcina im wszystkim źródło dochodu.

Największa tragedia? Chodzenie jest zdrowe. A zdrowy obywatel to ekonomiczny koszmar. Nie kupuje leków na nadciśnienie, nie odwiedza kardiologa, nie zasila statystyk otyłości, nie potrzebuje kosztownych terapii. Nie generuje PKB swoimi chorobami. Jest niemal niewidzialny dla systemu, który przecież żyje z tego, że my żyjemy… trochę gorzej. Na szczęście się starzeje, i prędzej czy później zasili przemysł farmaceutyczny. A jak podatny na sugestie, to także przemysł parafarmaceutyków.

Dla porównania każdy nowy fast-food to prawdziwy motor rozwoju: dziesiątki miejsc pracy dla dietetyków, diabetologów, kardiologów, dentystów, farmaceutów i oczywiście pracowników samej restauracji. To dopiero jest gospodarcza synergia. I wtedy pojawia się niewygodne pytanie: co wybierzesz: spacer czy kebaba? Bo za tą ironią kryje się smutna prawda. W świecie, w którym choroba napędza gospodarkę, zdrowie staje się aktem nieposłuszeństwa obywatelskiego.

A tak przy okazji, chodzenie jest jeszcze gorsze niż jazda na rowerze. Rowerzysta przynajmniej kupił rower i liczne akcesoria do niego. Pieszy nie kupił nic (ewentualnie różne gadżety do chodzenia „profesjonalnego”. Zdziera tylko buty. Przynajmniej choć trochę w ten sposób wspomoże przemysł tekstylny. Nie daj Boże, żeby taki pieszy latem chodził boso. Toż to będzie ekonomiczna tragedia!

Na wszelki wypadek na koniec wyjaśnię, że to tekst satyryczny. Bo trochę humoru i radości przyda się każdego dnia. Niemniej ten humor nawiązuje do idei rozwoju poprzez nieustanny wzrost. Świat w kształcie piramidy: PKB musi rosnąć, ludzi musi być coraz więcej, bo w każdym pokoleniu musi być więcej młodych niż tych starszych, aby więcej pracowało niż pobierało emerytury. W konsekwencji nacisk na duży wskaźnik urodzeń i wzrost demograficzny. W końcu musimy konsumować dużo, nawet towarów jednorazowego użytku. A urządzenia mają postarzaną przydatność do użytku by je szybko wyrzucać, nie remontować tylko kupować nowe (znane jako spisek żarówkowy). I wydobywać surowce. Bo tylko wtedy dajemy prace wielu ludziom. Jednym słowem nieustanny wzrost i rosnąca konsumpcja. W takim modelu katastrofy i wojny są zbawienne: bo niszczą i można znowu dużo produkować. Wszak są potrzeby na całkiem nowe rzeczy.

Ale bez obaw, pieszy to też konsument tylko innych usług i innych towarów. Wymaga przecież innego planowania przestrzennego i innej komunikacji. Gdy idziemy pieszo to częściej zachodzimy do sklepów i kawiarni. Tam też wydajemy pieniądze. 

Czy można inaczej? Czu możliwy jest rozwój bez wzrostu ilościowego? Jest możliwy! A czy my, jako ludzie, nieustannie rośniemy jak w dzieciństwie? Przecież przez większą część życia nie rośniemy ani nie przybywamy na wadze.  A czyż w tym czasie się nie rozwijamy? Ludzkość także w zdecydowanie dłuższych okresach nie przezywała szybkiego rozwoju. Szybki rozwój to epizody. Tak jak młodzieńczy wzrost i regeneracja ran. 

Wojna to nie jest dobry sposób na nakręcanie koniunktury. W tym czasie wiele tracimy.

10.03.2026

Dlaczego edukacja online to nasza nowa obrona cywilna?




Nie tak dawno śnieżna zima z mrozami i gołoledzią, spowodowała, że w niektórych szkołach czasowo zawieszono zajęcia w szkołach i czasowo przywrócono zajęcia online. Tak jak w pandemii, tylko na znacznie mniejszą skalę, lokalnie. I na bardzo krótki czas. Można postawić pytanie czy wykorzystaliśmy naukę z pandemii. Teraz to czasowe kształcenie online to niczym przypominająca szczepionka. By utrwalić umiejętności. Obecna zima to przykład sytuacji kryzysowej i nieprzewidywalnej. Możemy spodziewać się różnych katastrof, czy to powodzi, czy nawet działań wojennych, fali upałów i wielu innych, trudnych do przewidzenia. Jak sobie radzimy w takich sytuacjach?

Podobnie było w czasie pandemii. Wtedy lepiej poradzili sobie ci, którzy już wcześniej ćwiczyli różne formy pracy i kształcenia online. Byli lepiej przygotowani na to, co niespodziewanie przyszło. Inni w panice i stresie szybko musieli uczyć się nowych umiejętności. Nie byli przygotowani do kształcenia online.

Gdy pandemia się skończyła, wraz z nią skończyło się kształcenie online. Wielu nauczycieli i wykładowców akademickich z ulgą odrzuciło narzędzia onlinowe. Odłożono do kufra na strychu, mimo że dawały dobre możliwości w kształceniu hybrydowym i współpracy rozproszonych zespołów. A pandemiczne umiejętności nie były i nie są odnawiane. A powinny być odnawiane niczym ćwiczenie obrony cywilnej czy metod ratownictwa. Jeśli się nie przypomina, to szybko nabyte umiejętności są zapominane. I gdy pojawi się kolejny, niespodziewany kryzys wraz z koniecznością korzystania z narzędzi online, znowu będzie chaos, panika i duży stres. I nowe nauczyciel przysłowie sobie kupi, że przed szkodą i po szkodzie głupi...

Czy pandemia nas czegoś nauczyła? Chyba za mało, bo do kosza wrzucamy poznane metody i nie poznajemy nowych, nie udoskonalamy procesu. Tegoroczna zima, z czasowym zawieszeniem zajęć, jest tego przykładem. Zima roku 2026, z jej gwałtownymi atakami mrozu i paraliżującą gołoledzią, stała się dla polskiego systemu oświaty nieoczekiwanym sprawdzianem. W wielu regionach kraju, w odpowiedzi na pękające rury i nieprzejezdne drogi, dyrektorzy szkół podjęli decyzję o czasowym powrocie do nauczania zdalnego. Choć skala zjawiska była lokalna, a czas trwania krótki, incydent ten zadziałał niczym dawka przypominająca szczepionki. Obnażył on smutną prawdę: nasze kompetencje cyfrowe, tak mozolnie budowane podczas pandemii, zaczynają pokrywać się kurzem zapomnienia.

Krótka jest pamięć instytucjonalna. Trzeba ją ciągle przypominać tak jak przypominające dawki szczepionki. Gdy minęło bezpośrednie zagrożenie związane z COVID-19, w świecie akademickim i szkolnym dało się słyszeć zbiorowe westchnienie ulgi. Narzędzia do wideokonferencji, platformy e-learningowe i cyfrowe repozytoria materiałów zostały przez wielu potraktowane jako zło konieczne, które należy natychmiast odstawić do „kufra na strychu”. Zanieść do lamusa i zapomnieć.

Problem polega na tym, że edukacja online nie jest jedynie protezą stosowaną w czasie lockdownu. To dobre narzędzie kształcenia hybrydowego i pracy rozproszonej, które w dobie globalizacji jest standardem rynkowym. Porzucając te metody, dobrowolnie pozbawiamy się sprawności operacyjnej. I martwimy się o „wyciekanie studentów”. Umiejętności cyfrowe, podobnie jak techniki ratownictwa medycznego czy procedury obrony cywilnej, gdy są nieużywane to zanikają.

Żyjemy w epoce antropocenu i rosnącej niestabilności geopolitycznej. Dzisiejsza sroga zima to tylko wierzchołek góry lodowej. Scenariusze kryzysowe, przed którymi stoimy, są różnorodne. Za każdym razem będzie coś innego. Raz będą to lokalne czy regionalne anomalie pogodowe. Na przykład fale upałów uniemożliwiające naukę w nagrzanych budynkach czy powodzie niszczące infrastrukturę. Innym razem będzie to zagrożenia bezpieczeństwa, np. incydenty hybrydowe, a nawet konieczność ewakuacji w obliczu konfliktów zbrojnych. W końcu mogą być to kryzysy infrastrukturalne, np. awarie sieci energetycznych czy ciepłowniczych. W każdej z tych sytuacji ciągłość edukacji jest kluczowa nie tylko dla realizacji programu, ale przede wszystkim dla zachowania poczucia normalności i stabilności psychicznej młodego pokolenia. Pandemia pokazała wyraźną linię podziału: ci, którzy wcześniej eksperymentowali z nowymi technologiami, przeszli przez kryzys z relatywnym spokojem. Reszta reagowała w chaosie, stresie i poczuciu dydaktycznej bezsilności.

Edukacja jest elementem odporności państwa. Musimy przestać traktować naukę zdalną jako „plan awaryjny gorszego sortu”. Powinna ona stać się integralnym elementem odporności systemowej. Stałe udoskonalanie procesów cyfrowych, testowanie nowych platform i utrzymywanie higieny pracy w środowisku wirtualnym to zadania na czas pokoju i stabilizacji. Jeśli teraz, w obliczu „zimowej szczepionki”, nie wyciągniemy wniosków i nie zaczniemy systemowo odświeżać naszych kompetencji, kolejny duży kryzys ponownie zastanie nas w punkcie wyjścia. A historia uczy, że chaos i panika są znacznie droższe niż regularny trening.

Jakie kluczowe kompetencje cyfrowych stanowią fundament współczesnej odporności edukacyjnej? W warunkach uniwersyteckich nie chodzi już tylko o umiejętność włączenia kamery, ale o zaawansowane zarządzanie procesem dydaktycznym i badawczym w środowisku rozproszonym. Po pierwsze jest to biegłość w ekosystemach współpracy. To podstawa uniknięcia chaosu podczas nagłej zmiany trybu pracy. Umiejętność błyskawicznego przeniesienia pracy zespołu badawczego lub grupy dziekańskiej do wspólnych dokumentów edytowalnych w czasie rzeczywistym jest elementem zarządzania. Asynchroniczność umożliwia odejście od modelu „wszystko na wideokonferencji” na rzecz sprawnego zarządzania wątkami na platformach takich jak MS Teams, Slack czy Canvas. To redukuje stres i zmęczenie cyfrowe.

Po drugie współpraca ze sztuczną inteligencją. Na uniwersytecie AI nie jest już nowinką, lecz narzędziem warsztatowym. Umiejętność projektowania poleceń dla modeli językowych (LLM) w celu tworzenia spersonalizowanych materiałów powtórkowych, quizów czy streszczeń wykładów to prompt engineering w dydaktyce. Jest i rozpoznawanie halucynacji AI oraz krytyczna ocena źródeł generowanych przez algorytmy. To kluczowe, by utrzymać standardy akademickie w sytuacjach kryzysowych, gdy dostęp do bibliotek fizycznych może być utrudniony.

Po trzecie projektowanie materiałów "mobile-first" i mikroedukacja. W sytuacjach kryzysowych (np. awarie prądu, ewakuacje) studenci często dysponują jedynie smartfonem. Potrzebne jest więc tworzenie treści, które są czytelne na małych ekranach. Przyda się na każdym etapie kształcenia, nawet na tradycyjnych wykładach. Dzielenie wykładów na krótkie, modułowe jednostki wiedzy (5–10 minut), ułatwia naukę w warunkach przerywanego dostępu do sieci. Wśród tych kompetencji jest także cyfrowy dobrostan i higiena komunikacji. Kryzys generuje stres, a nadmiar powiadomień go potęguje.

Zarządzanie uwagą to umiejętność wyznaczania granic między czasem pracy a odpoczynkiem w trybie online. Z kolei empatia cyfrowa to rozumienie barier technologicznych studentów (tzw. wykluczenie cyfrowe) i dostosowywanie wymagań do ich realnych możliwości technicznych w czasie kryzysu. I w końcu bezpieczeństwo i suwerenność danych. W dobie zagrożeń hybrydowych umiejętność zabezpieczenia danych jest elementem obrony cywilnej. Stosowanie uwierzytelniania dwuskładnikowego (2FA) i bezpiecznych metod udostępniania plików z wynikami badań to cyberhigiena, której możemy uczyć cały czas a nie tylko gdy pojawi się jakiś problem . Do dobrych nawyków należy także tworzenie kopii. Nawyk regularnego tworzenia kopii zapasowych kluczowych prac naukowych i list obecności poza jedną, lokalną infrastrukturą.

Nie czekam na odgórne dyrektywy, uczę się sam. powoli lecz wytrwane. Bo wiem, że podobna sytuacja do pandemii może się wydarzyć w naj mniej oczekiwanym momencie. Nie ma szczepień obowiązkowych? Zaszczepię się sam. 

9.03.2026

O twórczym trudzie i dylematach intelektualnego recyklingu

Dawno temu w Dobrym Mieście, w czasie spotkań w kawiarni naukowej. Warsztaty malowania na starych butelkach i słoikach. Bo wykłady to nie tylko mówienie lecz także czas na aktywność słuchaczy.
 

Temat ten jest bliski sercu każdego, kto kiedykolwiek próbował wycisnąć z metaforycznego kamienia choćby kroplę wartościowego soku, kto sam doświadczył trudu tworzenia. Szanujemy to, co przychodzi w trudzie.

Urodziłem się w dawnych czasach, sporego niedostatku i samowystarczalności. W moim domu rodzinnym nic się nie marnowało. Słoik po dżemie był wykorzystany do domowych przetworów. W ostateczności stawał się wazonem – na klej wikol przyklejaliśmy nasiona i pestki a potem lakierowaliśmy. Ubrania się nosiło po starszym barcie, przerabiało na nowe, cerowało i łatało. W paczkach z Ameryki przysyłane były czasem ubrania. Teraz nazwalibyśmy je z ciucholandu lub szmateksu. Były jednak skarbami, które po krawieckich przeróbkach stawały się modnymi i pożądanymi ubraniami. Na podwórku robiliśmy zabawki z patyków i tego, co się znalazło.  Gwoździe prostowało się młotkiem na kowadle, bo przecież „jeszcze się przydadzą”. Ten wrodzony wręcz przymus odzyskiwania rzeczy wrastał w mojej głowie. Uczył także kreatywności.

Polubiłem  notatki na odzyskiwanych kartkach, starych plakatach, niezapisanych zeszytach. Moje notesy to nie są eleganckie zbiory poezji z pięknie wykaligrafowanym pismem, to składowiska luźno zapisywanych słów, najpierw na kartkach, potem w komputerze. Dalej jednak uwielbiam zapiski na drugiej, jeszcze nie wykorzystanej, stronie starych kartek. Trzymam tam wszystko: od genialnych (moim zdaniem) metafor, po niedokończone analogie i zestawienia słów, które wyglądają jak porzucone zardzewiałe lodówki. Tworzę z trudem. I może dlatego właśnie gromadzę niewykorzystane pomysły lub odrzucone i niewykorzystane zdania, czasem pojedyncze słowa. Zazwyczaj te zapiski leżą latami, zanim znowu po nie sięgnę, lub ostatecznie wyrzucę.

Tworzenie zawsze było dla mnie formą rękodzielnictwa. Sklejałem zdania z resztek, jak modelarz budujący galeon z zapałek i wykałaczek. Było w tym coś szlachetnego – ta mozolna dłubanina, gdzie każde słowo miało swoją wagę, bo było „wychodzone”. Trud tworzenia polegał na tym, że materiału wiecznie brakowało, więc szanowało się każdą myśl po raz kolejny ukształtowaną.

I wtedy, cała na biało (choć w sumie to w kolorach RGB), wchodzi Sztuczna Inteligencja. I tu zaczyna się mój dramat lub wyzwanie. Jako człowiek wychowany w twórczym nawyku „przyda się”, nagle zostałem wrzucony do gigantycznego magazynu, w którym wszystko jest za (niby) darmo i dostarczane w trzy sekundy. Wcześniej były w nadmiarze produkty w sklepie. I w nadmiarze oferowanie różnorakich ofert wszelakich. Teraz zaczęło dotyczyć moich notatek i pomysłów na pisanie...

AI nie pisze ręcznie zdań, piórem które trzeba często maczać w kałamarzu lub ołówkiem, który trzeba często temperować. Ona je wypluwa z prędkością karabinu maszynowego. Dla kogoś, kto potrafi przez pół godziny wymyślać jedno zdanie o świteziance dziewicy lub niprzyrówce rzecznej, nagłe otrzymanie dziesięciu gotowych akapitów jest jak próba wypicia oceanu przez słomkę. Koślawy i nieposkładany w piękne zdania pomysł, AI szybko rozwinie w spójne i ładnie wyglądające zdania. Ale często te zdania nie są takie, jakbym chciał. Nadmuchany balom nie zwiększa swej ilości gumy, tylko powiększa to zo już jest. Pozorny wzrost, w środku jest pustka. I z tego nadmiaru trzeba coś wybrać a resztę odrzucić. Ale odkładam a nie wyrzucam, bo przecież są tam fragmenty, które mogą mnie ciągle zainspirować do zupełnie innej opowieści. Bo ciągle można z tego odrzuconego coś przydatnego wygrzebać. Więc niech leży i czeka...

Mój dylemat: Jak mam pielęgnować swoje stare przyzwyczajenie do zbieractwa, skoro AI produkuje tyle „towaru”, że moje własne, wypracowane w pocie czoła notatki, giną pod zwałami cyfrowego gruzu? Zmieniło się środowisko i warunki. Od ponad trzech dziesięcioleci zmagam się z kulturą nadmiaru rzeczy materialnych w sklepach i w otoczeniu, w darmowo rozdawanych gadżetach, koszulkach (przecież do końca swojego życia tego nie znoszę), długopisów, notesów, kubków, smyczy czy pendrivów. I teraz dochodzi nadmiar dopracowanych tekstów. 

Czy warto wyrzucić pomocnika? To paradoks, bo marzyliśmy o maszynach, które będą za nas pracować, a teraz cierpimy, bo pracują za dobrze i za szybko. Robią rzeczy proste a nam ciągle zostają te najtrudniejsze. I to na dodatek skondensowane. Bo jeśli zautomatyzować „grę wstępną”, swoiste wprowadzanie się w nastrój, to pozostaje tylko wyczerpująca praca twórcza non stop.  AI generuje słowa z taką łatwością, że tracą one swoją wartość rynkową w moich oczach. To już nie jest rękodzieło, to produkcja taśmowa. A może to uczynni asystenci, podchwytujący i rozwijający w lot moje pomysły?

Moje stare notatki – te „zardzewiałe gwoździe” z notesu – mają jednak coś, czego AI nie wygeneruje, Mają historię ich znalezienia. Wiedzą, przy jakiej kawie czy zimnej wodzie ze studni powstały, na jakich starych kartkach zostały zapisane, w jakich notesach,  i jaki smutek lub radość im wtedy  towarzyszyły. AI daje mi lśniące, nowe śruby, ale ja wciąż mam słabość do tych starych, odzyskanych z rozbiórek dawnych myśli.

Może rozwiązaniem nie jest całkowita rezygnacja z pomocy AI, ale traktowanie jej jak... dostawcy surowca, który i tak musimy przesiać przez własne, „recyklingowe” sito? W końcu nawet w najnowocześniejszej fabryce recyklingu to człowiek na końcu decyduje, co jest skarbem, a co tylko plastikiem. Muszę się nauczyć żyć w tym świecie nadmiaru, punktozy, wskaźników klikalności. Muszę się także nauczyć korzystać z nowych narzędzi. Tak jak niegdyś strugania scyzorykiem, rysowania ołówkiem czy malowania na butelkach. Bo cóż z licznych książek na półce, gdy się ich nie przeczytało?

Tak, jak musimy się nauczyć by nie kupować rzeczy w nadmiarze, tak musimy się nauczyć korzystania z narzędzi AI, oferujących szybko i dużo. Uczę się swojego minimalizmu od lat. Czasem odnoszę sukcesy, czasem doświadczam porażek. Żyję w przeświadczeniu, że to, co wymyśle, ma jakąś wartość i trzeba tylko dopracować, doszlifować. A kreatywny umysł dużo produkuje. Tak dużo, że nie starczy czasu na doszlifowanie. I odkładam do kufra na strychu. Czy AI pomoże dopracować te odłożone pomysły? A może nie trzeba aż tylu dobrze dopracowanych pomysłów i ładnie dopieszczonych zdań? Może im mniej, tym wartościowsze, rzadsze i cenniejsze? Bo któż ten nadmiar przeczyta? Zamiast ludzi czytać będą boty i jakieś narzędzia AI? Zastąpią zapracowanych ludzi w czytaniu treści, które wspólnie wytworzyliśmy?

7.03.2026

Media społecznościowe czy tylko prosumpcyjne?


Słowa mają znaczenie. To, jak nazywamy rzeczy, procesy i zjawiska, ma wpływ na postrzeganie świata. Czy media społecznościowe są rzeczywiście społecznościowe z treści i formy? Słowa kształtują nasze oczekiwania. Nazywając cyfrowe platformy „mediami społecznościowymi”, podświadomie zakładamy (i oczekujemy), że ich fundamentem jest budowanie relacji i misja publiczna. Tymczasem współczesny internet uświadamia nam, że ta nazwa to coraz częściej fasada. Stoimy u progu ery, w której powinniśmy raczej mówić o mediach prosumpcyjnych i rozproszonych platformach reklamowych, gdzie użytkownik nie jest gościem, lecz surowcem. Sami sie reklamujemy, swoje małe biznesy i czytamy reklamy innych, te duże i ta malutkie. Media społecznościowe nie są takie społecznościowe jak je nazywamy. Są prosumpcyjne, z wymieszanymi rolami twórcy i odbiorcy oraz są rozproszone i zdecentralizowane. To znak czasu, odejście od centralizacji nastąpiło nie tylko w energetyce.

Media społecznościowe w swojej pierwotnej obietnicy (a może tylko naszej nadziei?) miały być cyfrową agorą. Jednak ich ewolucja poszła w stronę prosumpcji – zjawiska, w którym role twórcy i odbiorcy ulegają dużemu zatarciu a w zasadzie wymieszaniu. Każdy z nas, publikując post czy komentując zdjęcie, staje się darmowym dostawcą treści, które napędzają silnik platformy. Konsumujemy treści i produkujemy treści, także w aspekcie komercyjnym. Odbieramy reklamy i sami się reklamujemy, naszą mikroprzedsiębiorczość. Czasem stajemy się cewebrytami i zarabiającymi na treściach i reklamach „tiktokowcami”, „jutuberami”.

Historia mediów cyfrowych przypomina cykl życia organizmu, który ginie pod ciężarem własnego sukcesu. Mechanizm jest podobny. Najpierw jest faza ideowa i odkrywanie miejsca społecznych spotkań. Ludzie gromadzą się w nowym miejscu, szukając autentycznego kontaktu (jak niegdyś na Naszej Klasie). Potem jest faza eksploatacji. Tam, gdzie pojawia się uwaga mas, błyskawicznie wchodzi komercjalizacja. Skoro zbierają się ludzie, tak jak na średniowiecznym rynku, to można im coś przy okazji sprzedać. I w końcu jest faza jarmarku. Reklamy zaczynają dominować nad treścią, a algorytmy promują to, co generuje zysk, a nie wartość społeczną.

Nasza Klasa zginęła, ponieważ przyjemne spotkanie po latach zamieniło się w hałaśliwy jarmark. Dzisiejszy Facebook (Meta) podąża dokładnie tą samą ścieżką. To już nie jest miejsce spotkań z przyjaciółmi, lecz gigantyczna platforma reklamowa, nasycona botami i sztuczną inteligencją, które profilują nasze poglądy i portfele. Teraz Facebooki i inne to platformy reklamowe z malejącą dozą społeczności. Coraz bardziej zdominowane są przez boty i AI w celach reklamy produktów i poglądów. Społeczność ludzko-nieludzka.

Warto zauważyć, że media społecznościowe nie odkryły koła na nowo. Gazety, radio i telewizja przeszły podobną drogę. Każde z tych mediów zaczynało z pewną misją społeczną czy informacyjną, by ostatecznie stać się zakładnikiem słupków reklamowych i wpływów politycznych. Gazety, radio i TV też przeszły tą drogę i zostały opanowane przez reklamy i polityczne wpływy. Ich misja społeczna uległa komercjalizacji, Bo tam, gdzie zbierają się ludzie, pojawia się komercjalizacja szukająca okazji i klientów. Z czasem reklam jest zbyt dużo i przyjemne spotkanie społeczne, w Naszej Klasie przeradza się w jarmark.  W telewizji przerwy reklamowe są dłuższe niż same filmy czy programy. FB idzie tą samo drogą co Nasza Klasa. Społecznościowe spotkania będą szukać nowych miejsc a w  ślad za nimi będzie podążać komercjalizacja. Zawsze ktoś prędzej czy później podrzuci jakieś „ulotki”.

Współczesny biznes nie handluje już tylko produktami – on handluje naszym czasem i uwagą. W świecie mediów prosumpcyjnych uwaga jest najtwardszą walutą. Gdy platforma staje się zbyt duszna od reklam i politycznej manipulacji, użytkownicy (społeczność) zaczynają szukać „nowego, czystego miejsca”. Jednak tragizm tego procesu polega na tym, że komercjalizacja podąża za nimi jak cień.

Dzisiejsze platformy to pola bitwy o nasze umysły. Termin „media społecznościowe” jest dziś formą eufemizmu, który maskuje brutalną prawdę o cyfrowej prosumpcji. Jesteśmy rozproszonymi trybikami w maszynie, która sprzedaje naszą obecność najwyżej licytującym – czy to markom odzieżowym, czy grupom wpływu politycznego. Dopóki nie zrozumiemy, że w darmowych serwisach to my jesteśmy produktem, będziemy jedynie wędrować z jednego „cyfrowego jarmarku” do drugiego, łudząc się, że tym razem będzie inaczej. Rozwiązaniem byłby abonament i utrzymywanie takich przestrzeni z opłat, jak w ekskluzywnych klubach. Chyba, że uznamy spotkanie onlajnowe jako ważną funkcję społeczną i utrzymywać będziemy z podatków, tak jak szkoły, szpitale czy media publiczne. By nie musiały szukać reklamodawców.

To, co dzieje się obecnie z platformami takimi jak Facebook czy Instagram, to zaledwie przygrywka do nowej ery: komercjalizacji relacji człowiek–maszyna. Skoro media społecznościowe stały się jarmarkiem, to narzędzia sztucznej inteligencji stają się osobistymi akwizytorami, którzy szepczą nam do ucha dokładnie to, co chcemy usłyszeć – za odpowiednią opłatą ukrytą w kodzie. Powoli ukryta komercjalizacja reklamowe rozgaszcza się w czatach sztucznej inteligencji a my na razie nie zauważamy lokowania produktu czy poglądów. Sprzedawanie czasu i uwagi handlowi a potem wpływom politycznym. To też biznes.

W tradycyjnych mediach reklama była „strzałem z armaty” – trafiała do wszystkich. Media społecznościowe wprowadziły precyzyjne celowanie. Sztuczna inteligencja idzie o krok dalej: ona nie tylko celuje, ona kreuje potrzeby w czasie rzeczywistym.

Już teraz obserwujemy wysyp asystentów AI i chatbotów mających imitować ludzkie wsparcie. To idealne pole dla komercjalizacji. Jeśli Twoim powiernikiem staje się algorytm, nic nie stoi na przeszkodzie, by w rozmowę o smutku subtelnie wplótł on propozycję zakupu suplementu diety lub subskrypcji konkretnej usługi streamingowej. AI potrafi wygenerować tysiące wariantów tej samej reklamy, dopasowując ton głosu, słownictwo, a nawet wygenerowaną twarz modelki do Twoich podświadomych preferencji. To już nie jest dialog społeczny, to manipulacja na poziomie neuronalnym.

Najbardziej niepokojącym zjawiskiem jest przeniesienie mechanizmów rynkowych w sferę relacji z narzędziem. Narzędzia AI (LLM, generatory obrazów) są prosumpcyjne w czystej postaci – uczą się na naszych danych, by potem sprzedać nam przetworzony wynik tej nauki.

Sprzedawanie czasu i uwagi handlowi to fundament obecnego biznesu technologicznego. W przypadku AI dochodzi jednak nowy, niebezpieczny element: aura obiektywizmu. Użytkownik częściej ufa „suchemu” komunikatowi z czatu niż kolorowemu banerowi na stronie. To zaufanie staje się towarem.

Jeśli Facebook był jarmarkiem, na którym krzyczano do nas z każdego stoiska, to AI jest eleganckim doradcą w luksusowym butiku, który udaje naszego przyjaciela, a w rzeczywistości realizuje strategię sprzedaży korporacji, która go wytrenowała. To ostateczna forma komercjalizacji – nie kupujemy już tylko produktów, kupujemy przefiltrowaną przez algorytmy rzeczywistość.

W ślad za każdą nową technologią, która obiecuje wolność i ułatwienie kontaktu, kroczy interes kapitałowy. Rozproszenie treści i decentralizacja, o których wspominałem wcześniej, w starciu z potęgą obliczeniową AI mogą doprowadzić do sytuacji, w której każda nasza interakcja z technologią będzie miała swój ukryty „cennik”. Chyba, że zadbamy by AI była utrzymywana z naszych podatków i była wolna od mniej lub bardziej ukrytych reklam i wpływów politycznych. Ale to bardzo trudne do osiągnięcia.

4.03.2026

Oulipo w dydaktyce akademickiej i w świecie sztucznej inteligencji

Grafika wygenerowana przy pomocy AI (Copilot).
 

W ostatnich miesiącach uczę się dydaktyki w dialogu z AI. Wybieram ze swojej pamięci i z notatek jakieś przykłady, dopytuję się o więcej i wykorzystuję AI do ideacji konkretnych przykładów. Tak trafiłem na Oulipo. Jak trafiłem? Chciałem wykorzystać metody storytellingu, które poznałem na warsztatach w czasie Kompasu Edukacji w Bydgoszczy. Przećwiczyłem już kartę postaci. A teraz chciałem wykorzystać "3 słowa i jedno ograniczenie". I dowiedziałem się, że jest to metoda Oulipo. Tak poznałem kilka form tej metody, np. lipogram - tekst bez użycia określonej litery (np. powieść La Disparition Pereca bez litery „e”), N+7 - zamiana każdego rzeczownika w tekście na rzeczownik znajdujący się siedem pozycji dalej w słowniku, palindromy - teksty czytane tak samo w obie strony (od lewej i od prawej) czy struktury matematyczne - np. teksty oparte na permutacjach, grafach czy ciągach liczbowych.  Kiedyś z takimi dziwacznymi wyzwaniami trudzili się pisarze. A w dobie przesycenia technologiami i ekranami warto czasem sięgnąć i po takie, zdawało by się staroświeckie metody.

Dlaczego szukać nowych narzędzi dydaktycznych? Po pierwsze by wprowadzić większą różnorodność i by nie było intelektualnie nudno. A po drugie, w czasach łatwego dostępu do internetu i narzędzi sztucznej inteligencji, dawne metody tracą swoją moc sprawczą. Zadawać studentom eseje do napisania czy prezentacje do wykonania? Mam już poważne wątpliwości. I nie chodzi o zmianę treści tylko zmianę formy. Istotą studiowania na uniwersytecie od wieków było przetwarzanie tekstów. Czy to ustnego wykładu profesora czy to książek. Sercem uniwersytetu była (i chyba jeszcze jest?) biblioteka jak i zgromadzona kadra profesorska. W poszukiwaniach dydaktycznych nie chodzi o odrzucenie tej kwintesencji uniwersytetu i studiowania lecz o poszukanie innych form przetwarzania treści. Form atrakcyjniejszych dla nowego pokolenia, adekwatnych do kultury postpiśmiennej i form mniej podatnych na zastępowanie własnego wysiłku działaniami narzędzi AI.

Jestem w trakcie przygotowywania skryptu-podręcznika do dydaktyki akademickiej, zbierającego różne metody, które wypróbowałem lub chcę wypróbować. Zwiastuny tego skryptu ukazują się właśnie tu na blogu. Pokazuję to, co w nim będzie i jak pracuję nad treścią. A nad całością dopiero myślę – w jakiej formie, czy tradycyjnej czy może i w nietypowej, postpiśmiennej formie. To się dopiero wykluwa.

Współczesna edukacja akademicka na kierunkach przyrodniczych, takich jak biologia czy biotechnologia, mierzy się z paradoksem nadmiaru: studenci, osaczeni przez gigantyczne bazy danych i gotowe definicje, często tracą z oczu głębię procesów, zastępując ją bezrefleksyjnym powtarzaniem terminologii. Całkowicie świadomie, jako wykładowca akademicki, chcę wypróbować pozornie radykalne, a zarazem prawdopodobnie skuteczne narzędzie odświeżające proces dydaktyczny, np. metodę Oulipo. Przeniesienie warsztatu literatury (kreatywnego pisania) na grunt nauk o życiu pozwala przekształcić proseminarium dyplomowe czy zajęcia z ochrony środowiska w poligon doświadczalny dla intelektu, gdzie narzucone ograniczenie formalne w pisaniu treści może stać się nieoczywistym katalizatorem zrozumienia treści.

Fundamentem tej metody jest przekonanie, że kreatywność i precyzja rodzą się w odpowiedzi na opór materii (bez własnego wysiłku nie ma uczenia się). Na przykład w kontekście przedmiotu „ochrona środowiska”, prowokując studenta do opisania zjawiska globalnego ocieplenia przy całkowitym zakazie używania słów takich jak temperatura, emisja czy węgiel, wytrącamy go z bezpiecznych kolein utartych frazesów (z jakimi się od dawna w przestrzeni publicznej i edukacyjnej spotyka). Aby sprostać takiemu rygorowi, adept biotechnologii musi sięgnąć do głębszych warstw wiedzy, operując pojęciami z zakresu fizyki gazów, termodynamiki czy procesów społecznych, co w efekcie prowadzi do znacznie trwalszego ukonstytuowania się wiedzy w jego umyśle. Musi przetwarzać swoją wiedzę lub tę przeczytaną, w nieoczywisty i zaskakujący sposób. Inaczej niż to czynił do tej pory. Wyjście poza koleiny utartych przyzwyczajeń bywa uciążliwe, ale i ożywcze.

Równie intrygujące efekty przynosi adaptacja metody S+7 na proseminarium czy seminariach dyplomowych, gdzie analiza tekstu naukowego często bywa zajęciem nużącym. Gdy student zostaje poproszony o mechaniczną zamianę rzeczowników w abstrakcie kluczowej publikacji na terminy oddalone o siedem pozycji w słowniku biologicznym, dochodzi do dekonstrukcji narracji. Proces „odkodowywania” tak powstałego, surrealistycznego tekstu pozwala studentom dostrzec architekturę zdania naukowego i zrozumieć, że precyzja w doborze terminologii nie jest jedynie wymogiem redakcyjnym, lecz warunkiem koniecznym istnienia prawdy naukowej (a przynajmniej skutecznej komunikacji). Takie ćwiczenie obnaża luki w zrozumieniu składni i logiki wywodu, które w standardowym czytaniu często umykają uwadze.

Kluczowym etapem przygotowania do pracy badawczej jest umiejętność syntezy, którą w duchu Oulipo można trenować poprzez strukturę „śnieżnej kuli” lub progresywnego ograniczania objętości. Zadanie polegające na streszczeniu własnego projektu badawczego najpierw w stu słowach, następnie w pięćdziesięciu, aż po rygorystyczną barierę dokładnie dziesięciu słów, uczy studenta bezlitosnej hierarchizacji informacji. Jest to trening esencjonalizmu, który nie tylko w biotechnologii jest niezbędny przy tworzeniu abstraktów konferencyjnych czy opisów patentowych. Student, walcząc z limitem znaków, przestaje być pasywnym przekaźnikiem wiedzy, a staje się rzeźbiarzem tekstu, który musi odrzucić wszystko, co nie jest niezbędne dla zrozumienia istoty zjawiska. Sam wielokrotnie przeżywałem taki proces ograniczając liczbę słów i znaków, w pisaniu streszczeń i abstraktów, czy nawet felietonów do różnych czasopism. Wszystko wydaje się ważne i cenne (autor o swoim tekście myśli jak o dziecku, tyle włożył wysiłku a tu trzeba coś wykreślić, skrócić!). I jak tu wyrzucać takie złote myśli i słowa? A trzeba.

Wprowadzenie metod Oulipo do sylabusa przedmiotów przyrodniczych to nie tylko dydaktyczna zabawa, ale przede wszystkim strategia kształcenia krytycznego myślenia. Dzięki narzuconym ograniczeniom, studenci biologii uczą się, że język nauki jest żywym organizmem, a precyzyjne opisywanie świata wymaga elastyczności umysłowej i odwagi w przełamywaniu schematów. Taka interdyscyplinarna fuzja literatury i biologii sprawia, że skomplikowane procesy bioremediacji czy skomplikowane obiegi pierwiastków stają się dla nich nie tylko zestawem danych do zapamiętania, ale strukturą, którą potrafią samodzielnie i świadomie zrekonstruować w dowolnych warunkach intelektualnych.

Uzasadnienie wartości metody Oulipo w kontekście głębokiego uczenia się opiera się na psychologii poznawczej oraz teorii konstruktywizmu, które wskazują, że wiedza nie jest „kopiowana” do umysłu, lecz aktywnie w nim budowana poprzez wysiłek interpretacyjny. W dobie powszechności narzędzi generatywnej sztucznej inteligencji (AI), które potrafią błyskawicznie wygenerować poprawny, ale często bezduszny i wtórny tekst, Oulipo staje się swoistym „bezpiecznikiem” autentyczności procesu edukacyjnego.

Zgodnie z modelem poziomów przetwarzania Craika i Lockharta, trwałość śladu pamięciowego zależy od głębokości analizy bodźca. Tradycyjne sporządzanie notatek czy pisanie prac bez ograniczeń często wpada w pułap przetwarzania płytkiego (skupienie na formie wizualnej lub dźwiękowej słów). Metoda Oulipo, poprzez narzucone rygory – takie jak zakaz używania konkretnych pojęć – zmusza studenta do przetwarzania semantycznego. Student nie może po prostu skopiować definicji, ponieważ musi ją „rozebrać” na czynniki pierwsze, zrozumieć jej istotę i ubrać w nowe, dozwolone ramy językowe. To sprawia, że informacja musi przejść przez krytyczne struktury poznawcze, co gwarantuje jej lepsze zrozumienie i zapamiętanie.

Narzędzia AI opierają się na statystycznym prawdopodobieństwie występowania słów. Najlepiej radzą sobie z tekstami standardowymi, przewidywalnymi i encyklopedycznymi. Narzucenie studentom oulipijskiego ograniczenia (np. „opisz proces replikacji DNA, stosując wyłącznie wyrazy jednosylabowe”) sprawia, że standardowy prompt wpisany do AI często zawodzi lub generuje błędy logiczne. I wtedy jest szansa na ludzką kreatywność.

Takie podejście wymusza sprawstwo. Student musi stać się redaktorem i weryfikatorem. Nawet jeśli użyje AI do pomocy, będzie musiał wykonać ogromną pracę dostosowawczą, by tekst spełniał sztywne reguły, co de facto zmusza go do stałego kontaktu z treścią merytoryczną.

Metoda ta naturalnie eliminuje kopiowanie fragmentów z podręczników czy Wikipedii, ponieważ żaden gotowy tekst nie spełnia rygorystycznych założeń narzuconej formy. Tak więc metoda nie kusi do kopiuj-wklej i mimowolnego plagiatu. Nawet zamierzony plagiat staje się niemożliwy do zrealizowania. Chociaż tu pojawia się mały niepokój. A może jednak sprawdzić czy narzędzia AI potrafią tworzyć teksty zgodnie z wybranymi procedurami Oulipo? To trzeba sprawdzić eksperymentalnie.

W biologii i biotechnologii umiejętność patrzenia na ten sam proces z różnych perspektyw (molekularnej, ekologicznej, ekonomicznej) jest kluczowa. Oulipo promuje tzw. elastyczność poznawczą. Poprzez zabawę formą, student uczy się, że język nauki jest narzędziem, a nie barierą. Ćwiczenia takie jak „definicje wzajemne” (opisywanie ekologii językiem biotechnologii) zmuszają do mapowania pojęć między różnymi domenami wiedzy. To tworzy w mózgu gęstszą sieć skojarzeń, co jest istotą eksperckiego myślenia interdyscyplinarnego.

Zastanawiam się tylko czy studenci oraz wykładowcy akademiccy będą chcieli wyjść ze swoich przyzwyczajeń i poza własną strefę komfortu. Czy będą chcieli robić coś inaczej niż się przez lata przyzwyczaili. Ja liczę na efekt nowości, świeżości i przygodę odkrywania nowego. Musi temu oczywiście towarzyszyć otwartość na błędy. Bo wkraczając na nowy grunt ryzykujemy, że się nie uda. A tu poczucie bezpieczeństwa jest niezbędne.

Wrócę do dygresji - czy ktos już sprawdził jak reaguje AI na Oulipo? Z chęcią poznałbym rezultaty. A jak postawisz mi kaw (https://buycoffee.to/profesorskiegadanie), to zmobilizujesz mnie do tego, bym i ja sam sprawdził

2.03.2026

Detektyw kaczka i jego paczka czyli co się dzieje, gdy dorośli czytają książki dla dzieci

Gdy czytam książki dla dzieci i młodzieży, to zwracam uwagę na ich edukacyjny charakter. A jeśli są to książki przyrodnicze, to także na poprawność zawartych tam informacji. Tę pozycję przeczytałem i polecam. Dowcipna i bez przekłamań przyrodniczytch. Rozbudza ciekawość do samodzielnego poznawania przyrody.

Przyznaję bez bicia: dałem się wciągnąć w tę kaczystowską intrygę i to z ogromną frajdą, której nie powstydziłby się żaden wyga z wydziału śledczego. Choć metryka sugeruje, że dawno wyrosłem z krótkich spodenek, „Detektyw Kaczka i jego paczka” Bogusia Janiszewskiego (wydana przez wydawnictwo Papilion) udowodniła mi, że na dobre dochodzenie nigdy nie jest się za starym. Teren akcji był mi znany, ale mapa dołączona do akt sprawy przez Artura Nowickiego to czysty majstersztyk – humorystycznie przetworzona, idealnie oddaje ducha Bydgoszczy, choć radzę nie używać jej do nawigacji po pijanemu, bo można wylądować w Brdzie szybciej, niż kaczor Bernard zdąży rzucić sarkastyczną uwagą.

W tej historii nad miastem unosi się złowrogi Duch Młyna, nad rzeką tańczą podejrzane światła, a mieszkańcy, zamiast zająć się parzeniem kawy, szepczą o klątwach, co zwiastuje panikę grubszego kalibru. Do akcji wkracza jednak duet, przy którym Sherlock i Watson to amatorzy: Bernard, kaczor z ciętym językiem i alergią na ludzką głupotę, oraz Tosia – wiewiórka, której procesy myślowe ledwo nadążają za jej naddźwiękowymi łapami. Boguś Janiszewski doprawił tę historię solidną porcją wiedzy przyrodniczej i humorem, który trafia w punkt, niezależnie od liczby świeczek na torcie. Ilustracje Artura Nowickiego są w moim ulubionym stylu.

Z moich obserwacji wynika, że to lektura idealna dla agentów powyżej 9. roku życia, którzy potrafią już samodzielnie łączyć kropki. Jednak uwaga – ze względu na gęsto rozsianą gwarę bydgoską, trudniejsze terminy i dyskretne mrugnięcia okiem w stronę popkultury, zalecam, by młodszym kadetom towarzyszyli rodzice lub nauczyciele. Wspólne czytanie to doskonała okazja, by wyjaśnić, co autor miał na myśli i dlaczego niektóre żarty wymagają znajomości czegoś więcej niż tylko znajomości liter i tabliczki mnożenia. Najlepiej jednak wyjść z biura w teren: połączyć lekturę ze zwiedzaniem Bydgoszczy i Młynów Rothera, a potem sprawdzić teorię w praktyce w centrum nauki. Czy Bernard i Tosia rozwikłają zagadkę, zanim zrobi się naprawdę gorąco? Tego dowiesz się z akt sprawy, które warto mieć na własnej półce.


Po więcej informacji o autorach, wydawnictwie i Młynach Rothera sięgnij tu: