20.07.2018

O pasikoniku zielonym, który do łóżka się wkrada i prześcieradło niszczy

Lato kojarzy się z cykaniem pasikoników. Jest to także okres, w którym dostaję dużo różnych, trudnych pytań o owady, np. dlaczego niektóre koniki polne są ubarwione w kolorach czerwono-bordowych. Sporo pytań dotyczy owadów, które pojawiają się w domu i czasem przestrach wywołują. Kilka lat temu miałem już pytanie o pasikonika zielonego - zaowocowało to opowieścią pt. Wenus z Willendorfu i kurzajki czyli o pasikoniku zielonym, muzyce, seksie i dobrym jedzonku.  Sam też miewam niezwykłych gości ( Nadrzewek długoskrzydły, terkotliwy drapieżnik podobny do pasikonika zielonego  oraz Długoskrzydlak sierposzcz, czyli o podróżach bliskich i dalekich).
(Fot. Karolina Kulesza)
Tym razem pytanie także dotyczy pasikonika ale było mocno zaskakujące:

"Dobry wieczór, znalazłam Pana bloga w internecie i pozwoliłam sobie napisać. Mam bowiem mały problem teoretyczny, który z czasem może zamienić się w praktyczny. Otóż wczoraj wieczorem na moim łóżku zasiadł prawdopodobnie pasikonik zielony dość sporych rozmiarów (nie wiem jak się tu dostał mieszkam na 10 piętrze) i robił takie ruchy które po dokładnym prześledzeniu internetu, wskazują na to że składał jaja. Czy to jest możliwe żeby taki mały potworek złożył jaja do mojego materaca? Powiem szczerze że od wczoraj śpię na kanapie w obawie że prędzej czy później obudziłabym się w małych pasikonikach. Nie mam pojęcia czy to w ogóle jest możliwe dlatego zwracam się do Pana z prośbą o rozwikłanie tej zagadki. Byłabym bardzo wdzięczna ponieważ, mimo mojej miłości do zwierząt, omijam sypialnie szerokim łukiem. Pozdrawiam serdecznie i przepraszam za "naście". PS pasikonik zostawił w prześcieradle dziurę. Odmówił naprawienia szkody więc został eksmitowany (...) Ewidentnie pani pasikonik pokładełkiem robiła tak jak robi gdy składa jaja a potem zapewne zajęła się konsumpcja prześcieradła.".
(Fot. Karolina Kulesza)
Duże zielone mogą być dwa pasikoniki: pasikonik zielony (Tettigonia viridissima) oraz pasikonik śpiewający (Tettigonia cantans). Oba spotkać można wysoko na drzewa, a w mieście wchodzą na ściany domów i przypadkiem trafiają do naszych mieszkań. W miarę ochładzania się temperatury wieczorem śpiewające samce wchodzą coraz wyżej i wabią swoim cykaniem samiczki. Oba gatunki są drapieżnikami i odżywiaj się innymi małymi owadami. Człowiek na pewno nie znajduje się w ich diecie :). Okazjonalnie mogą spożywać także pokarm roślinny.

Samica pasikonika składa swoim długim pokładełkiem jaja do ziemi. Możliwe więc, że materac został potraktowany jako gleba (zapewne w mieszkaniu lepszy niż podłoga, a być może potrzeba przymusiła). Dziura w prześcieradle, uwidoczniona na zdjęciu jest chyba trochę za duża na zrobioną pokładełkiem. Możliwe, ze samica próbowała składać jaja, ale pewności czy złożyła to nie ma. Jednak bądź co bądź znacząco różne siedlisko.

Czy mogą się wylęgnąć młode pasikoniki i zaskoczyć swą obecnością śpiącą właścicielkę materaca? Niezwykle mało prawdopodobne. Jaja pasikoników zimują w glebie. Jest wiec to okres diapauzy, a którym najpewniej temperatura jest elementem "informacji", kiedy zacząć rozwój. Zmiany temperatury najpewniej uruchamiają określone procesy fizjologiczne, umożliwiające rozwój. W mieszkaniu takich warunków nie ma (pomijając fakt, że materac nie ma takiej wilgotności jak gleba), więc młodych pasikoników wiosna nie będzie.

I na koniec jeszcze zdjęcie domniemanej sprawczyni zamieszania: samica pasikonika zielonego z widocznym, długim pokładełkiem.

(Pasikonik zielony, samica, fot. böhringer friedrich, Wikimedia commons)

17.07.2018

Skójka gruboskorupowa z rzeki Liwny

Rzeka Liwna, widok z mostu w Silginach, lata 70. XX wieku
Na skójkę gruboskorupową (Unio crassus), jako gatunek naturowy, który został objęty państwowym monitoringiem, zwracam uwagę przy każdej sposobności. Ten słodkowodny małż jest gatunkiem chronionym i umieszczonym w Polskiej Czerwonej Księdze Zwierząt w kategorii EN (zagrożone, gatunki wysokiego ryzyka, silnie zagrożone wyginięciem). W „Poradnikach ochrony siedlisk i gatunków Natura 2000 - podręczniku metodycznym”, Tom 6. „Gatunki zwierząt (z wyjątkiem ptaków)”, wydanym w 2004 roku, Warmia i Mazury jawią się białą plamą. W tym samym roku wydana została Polska Czerwona Księga Zwierząt – Bezkręgowce” i tam są zaznaczone punkty z naszego regionu. Niestety wiele z tych stanowisk (puste kółka) to dane sprzed 1950 roku. Część to dane z lat 1951-1975 (w połowie zaczernione kółka). Mało danych dotyczy okresu najnowszego, po 1975 roku. Jako liczna populacja wymieniana jest jedynie w rzece Krutyni.

Liczną populację skójki gruboskorupowej widziałem w rzece Pasłęce, od Bażyn aż po Pelnik (w czasie monitoringu ważki trzepli zielonej). Od lat widuję ją w rzece Łynie, w Lesie Warmińskim, Olsztynie i na wysokości Smolajn. Pojedyncze okazy spotykałem także w rzece Kirsnie. A teraz w rzece Liwnej.

Katarzyna Zając „1032. Skójka grubosporupowa Unio crassus Philipsson, 1788 str,. 145-148,
W: Poradniki ochrony siedlisk i gatunków Natura 2000 – podręcznik metodyczny, Warszawa 2004 r.
 Niebieskie punkty to stanowiska wykazane przeze mnie w ostatnich latach
 (rzeka Liwna, Pasłeka, Łyna, Kirsna)
(Mapka rozmieszczenia skójki gruboskorupowej z Polskiej Czerwonej Księgi Zwierząt, autor rozdziału - Katarzyna Zając)
Kiedy w kwietniu bieżącego roku przejeżdżałem przez Silginy, na chwilę zaszedłem nad rzekę Liwnę. Tam na brzegu zauważyłem muszle skójki gruboskorupowej. Możliwe, że wyrzucone w czasie prac melioracyjnych (musiałyby być w ciągu kilku ostatnich lat - może "czyszczono" rzekę?). W lipcu byłem ponownie i w samej rzece widziałem muszle skójki grubosporopowe oraz skójki malarskiej. Nie były to żadne badania, ot takie okazjonalne stwierdzenie. W każdym razie chyba licznie tu występuje Unio crassus.

Liwna to mała rzeczka, którą pamiętam z wakacji z lat 70. XX wieku kiedy tu często przyjeżdżałem (górne zdjęcie). Rzeka wyglądała zupełnie inaczej. Była mocno zmeliorowana, bez roślinności (na omawianym odcinku), przy brzegach faszyna, w nurcie piasek. Latem wody było po kostki. Małże wtedy widywałem. Nie wiem czy była to skójka gruboskorupowa. Wtedy nie rozróżniałem gatunków. W innych odcinkach rzeki dno było zamulone, wolniejszy nurt i trochę roślinności. Chyba były pojedyncze grzybienie lub grążele, na pewno była strzałka wodna. Z tamtego okresu pamiętam raki szlachetne. Z ryb były kiełbie, płocie (i podobne do nich ryby) miętusy, szczupaki.

Przy moście chyba był dawny bród. W latach 70. w tym miejscu często pojono krowy, wjeżdżano ciągnikami nabierać wodę dla krów na pastwisku, czy nawet myto maszyny. Moja babcia płukała wyprana bieliznę. A myśli brodzili, szukali muszli i innych skarbów (znajdowaliśmy małe skamieniałości w piasku rzecznym). Z szarej gliny, wykopywanej rękoma przy brzegu lepiliśmy zamki.



Rzeka Liwna, Silginy, lato 2005, widok z mostu.
Kiedy odwiedziłem to miejsce po ponad 20 latach, rzeka wyglądała inaczej. Była znacznie bardziej zamulona i zarośnięta roślinnością wodną. Wiosną (a czasem i w innych porach roku), poziom wody zawsze był tu dużo wyższy, nurt niósł dużo osadów różnego typu. W 2018 roku koryto było mocno zarośnięte głównie przez strzałkę wodną. Między kamieniami zobaczyłem gąbki słodkowodne i sporo małych ryb. Na kamieniach wypatrzyłem sieci łowne chruścika z rodziny Polycentropodidae. Nad rzeką latały ważki świtezianki. Koryto rzeczne było dużo bardziej zróżnicowane niż w latach 70. XX wieku. Powolna renaturyzacja (samoistna, w wyniku zaniechań melioracyjnych) przynosi dobre, przyrodnicze efekty. Trudno mi na tym etapie powiedzieć, czy skójka gruboskorupowa wtedy występowała czy dopiero teraz się pojawiła. Na pewno dawniej i współcześnie jest to odpowiednie siedlisko dla tego gatunku. Intensywne melioracje wykonano w czasach "niemieckich" a potem odnawiano w latach 60. i 70. W okresie wiosennym duże fragmenty łąk powyżej Silgin są zalewane (tworzy się "jezioro") - wcześniej zapewne były tam rozlewiska, osuszone przez Niemców. Woda powraca na swoje dawne miejsce.

Z tamtych czasów pamiętam także kłódki z rzeki Liwny. Czyli chruściki, bo tak na nie tu mówią. Łowiąc ryby wędką z kija leszczynowego "na robaka" szukaliśmy różnej przynęty. Czasami były to właśnie larwy kłódek (chruścików). Szukałem ich w faszynie. Pamiętam kształt domków. Biorąc pod uwagę także siedlisko z dużą pewnością mogę napisać, że był to Potamophylax rotundipennis. W 2007 roku w pobliskich Krelikiejmach (ok. 1 km w dół rzeki) w Liwnie zbierany był materiał przez WIOŚ. W materiale oznaczyłem następujące chruściki: Anabolia sp. laevis, Limnephilus flavicornis, L. lunatus, L. rhombicus, Halesus digitatus, H. tesselatus, Hydropsyche angustipennis, Goera pilosa, Hydroptila sp. W rzece Liwnej poniżej jeziora Silec były: Anabolia sp. laevis, Limnephilus flavicornis, L. marmoratus, L. rhombicus, Glyphotaelius pellucidus, Hydropsyche pellucidula. Przydałyby się jakieś intensywniejsze badania trichopterofauny rzeki Liwnie (a także pobliskie Sołki i Gubra). Przy okazji można byłoby sprawdzić obecność skójki gruboskorupowej i raków. Powtórzone w przyszłości mogłyby stanowić punkt wyjścia do dyskusji o zmianach biocenoz wodnych. Na razie trzeba zbierać wszystkie, nawet wyrywkowe dane. I zdjęcia, bo na ich podstawie można cokolwiek dowiedzieć się o siedlisku.

Skójka gruboskorupowa jest relatywnie dużym słodkowodnym małżem. Średnie wymiary muszli mogą różnić się znacznie w zależności od stanowiska, w Polsce znajdowane muszle o wielkości 4,4 do 7,2 cm (K. Zając, „1032 Skójka gruboskorupowa”, Biblioteka Monitoringu Środowiska, i dalsze informacje). Tak dużych muszli nie sposób przeoczyć w czasie badań terenowych, nawet okazów martwych, żyjących wcześniej w danym siedlisku. Wygodne do inwentaryzacji są puste muszle, po martwych małżach. Wyraźnie palcami można wyczuć, że muszla jest grubsza niż u innych skójek. Ma też nieco inny, jajowaty kształt. Wprawne oko bez problemu rozpozna ten gatunek. A w razie wątpliwości zawsze można zrobić zdjęcia i przesłać specjaliście do weryfikacji

Skójka gruboskorupowa jest filtratorem, odżywiającym się sestonem (odfiltrowuje z wody glony, drobne zwierzęta planktonowe, martwą materię organiczna). Na ogół przebywa zakopana w osadach dennych (tylko tylny koniec muszli z syfonami wystaje ponad powierzchnię dna), ale jest widoczna gołym okiem.

Liwna w Silginach, kwiecień 2018.
Dojrzałość płciową osiąga przy długości muszli 30–40 mm. Do rozrodu przystępuje wiosną (kwiecień i maj). Tak jak i inne skójkowate w cyklu życiowym ma pasożytnicze glochidium. Żywicielami glochidiów skójki gruboskorupowej są: ciernik (Gasterosteus aculeatus), cierniczek (Pungitius pungitius), jelec (Leuciscus leuciscus), kleń (Leuciscus cephalus), strzebla potokowa (Phoxinus phoxinus), okoń (Perca fluviatilis), wzdręga (Scardinius erythrophtalamus) i głowacz białopłetwy (Cottus gobio). Inne gatunki mogą być nieodpowiednie – przyczepiające się glochidia mogą być przez system odpornościowy usuwane i uśmiercane.

Z tego co pamiętam, to w latach 70. XX wieku w okolicznych rowach widywałem cierniczki. Okonie w rzece Liwnie występowały, tak jak i teraz. W tamtych czasach klenia i jelca bym nie rozpoznał. A teraz nie prowadziłem takich obserwacji. W każdym razie siedlisko jest odpowiednie i są przynajmniej niektóre gatunki ryb, do których skójkowe glochidia się przyczepiają i za sprawą rym możliwa jest dyspersja.

Sporym kłopotem mogą być gatunki obce i inwazyjne ryb. Układ pasożyt-żywiciel to złożony system, kształtujący się przez wiele lat. Obce gatunki mogą być nieodpowiednim żywicielem dla glochidiów i cykl życiowy skójki gruboskorupowej nie będzie domknięty (w tym i dyspersja). Jeżeli potencjalne ryby żywiciele glochidiów skójki gruboskorupowej występują a skójki brakuje, to najwyraźniej siedlisko jest nieodpowiednie dla przeżycia tego małża. Pasożytowanie trwa zwykle około czterech tygodni, po czym młode małże opuszczają ciało żywiciela i rozpoczynają samodzielne życie. Przez 2–5 lat żyją zakopane w osadach dennych (w tym stadium jest trudne do wykrycia w cieku, bez specjalistycznego sprzętu nie zobaczymy ich w rzece). Starsze osobniki najczęściej tworzą skupienia, składające się z osobników obu płci.

Skójki należą do organizmów długowiecznych. Maksymalna długość życia osobników różni się w zależności od populacji, złożone z osobników krótko żyjących, w których maksymalna długość życia wynosi 8 lat, oraz długo żyjące – 23 lata. W Skandynawii dożywają 70 lat. Można postawić pytanie, czy na Warmii i Mazurach są przyjazne warunki do długiego życia skójek? Wskazane byłyby badania przyżyciowe a przynajmniej inwentaryzacja współczesnych stanowisk tego małża.

Długi okres życia sprawia, że jeśli w danej rzece skójka gruboskorupowa pojawiała się nawet okazjonalnie, to pozostawałyby żywe lub martwe dorosłe osobniki. Stabilność siedliska w skali wieloletniej jest ważna dla przetrwania tego gatunku. Dlatego został wybrany do monitoringu stanu środowiska. Siedliskiem skójki gruboskorupowej są czyste wody bieżące (duże potoki, strumienie i rzeki) z piaszczystym lub piaszczysto-żwirowym dnem, małż ten preferuje rzeki krainy lipienia i brzany. Zdarza się, że występuje także w innych siedliskach, np. w rejonie, gdzie rzeki wpadają do jeziora i w wypływach rzek z jezior. Skójka gruboskorupowa zasiedla rzeki dość szybko płynące w porównaniu do cieków zasiedlanych przez inne gatunki skójkowatych, jednak osobniki tego gatunku występują zazwyczaj w takich miejscach, gdzie prędkość przepływu wody spada, przeważnie w strefie przybrzeżnej.

Jako gatunek wrażliwy na zanieczyszczenia, skójka gruboskorupowa jest bardzo dobrym wskaźnikiem czystości wód. Zatem to zanieczyszczenie wód jest głównym czynnikiem sprawiającym zanikanie tego gatunku z naszych wód. Drugim jest melioracja, czyli bagrowanie rzek (zobacz zdjęcia z poprzedniego wpisu). Dla pogodzenia celów odwodnieniowych i ochrony bioróżnorodności proponuje się etapowe pogłębianie cieków, tak aby z części niebagrowanych organizmy zdążyły przejść do już oczyszczonych. Zwierzęta te prowadzą na ogół osiadły tryb życia. W wypadku, gdy warunki pogorszą się (np. na skutek spadku poziomu wody), skójki mogą przemieszczać się na stosunkowo niewielkie odległości, w ciągu godziny są w stanie pokonać dystans około dwóch metrów. Tak więc dyspersja tego gatunku odbywa się przede wszystkim w stadium larwalnym, w okresie pasożytowania na rybach. O obecności gatunki (kolonizacja, rekolonizacja cieków) w dużym stopniu decyduje obecność odpowiednich gatunków ryb.

Wędrówka małża przez osady denne pozostawia charakterystyczne rowki w podłożu, szczególnie dobrze widoczne w drobnych osadach (cecha ta ułatwia wykrycie obecności gatunku w rzece). Gdy niekorzystne warunki mają większy zasięg w przestrzeni i czasie (np. powódź, zima) małże spowalniają metabolizm, rezygnują z normalnej aktywności i w takim stanie usiłują przetrwać.

W ostatnich kilkudziesięciu latach wiele siedlisk skójki gruboskorupowej uległo degradacji lub daleko idącym przeobrażeniom, głównie na skutek zanieczyszczenia wody oraz regulacji rzek.

Czytaj także:

(Liwna w Silginach, odcinek widoczny z mostu, lipiec 2018)

(Liwna w Silginach, odcinek widoczny z mostu, lipiec 2018)

11.07.2018

Nauka jest jak domek chruścika - kumulatywna i całościowa

(Rysunek wykonany kredkami,. mój wczesny okres popularyzacji nauki)
Nauka jest jak domek chruścika, kumulatywna. Z przodu nieustannie dobudowywana, kumulatywnie rośnie. Ale z tyłu odrzucane są starsze elementy. Domek rośnie, powiększa się, zachowuje kształt. Ale nie jest to pełna kumulatywność. Niektóre zbędne rozwojowo elementy są tracone, odrzucane. Cały czas wiedza naukowa zachowuje swoją całościowość. Mimo rozwoju. Jest przebudowywana, rozbudowywana, modyfikowana a nie burzona i budowana zupełnie od nowa.

A człowiek jest jak chruścik w domku, dobudowuje i odrzuca. Wybiera z otoczenia różne elementy, ziarna piasku, muszelki, wycina fragmenty roślin i je wbudowuje. Dobiera a nie wkleja jak popadnie i co się nawinie. Dodawane elementy muszą pasować do całości.

Chruścik bez domku żyć nie może, przynajmniej dłużej. A sam domek nie powstałby bez chruścika. Człowiek bez wiedzy nie przezyje, a i wiedza bez człowieka nie powstałaby i nie rozwijała by się.

U larw chruścików domkowych na pierwszym segmencie tułowia występują 2-3 wyrostki. Dzięki nim chruścik "czuje" domek. Jeśli larwa urośnie i nie czuje nacisku, to stymuluje ją do dobudowywania domku z przodu. Eksperymentalnie zakładano opaski uciskowe na tę część ciała chruścika - w rezultacie larwa "zapominała" o dobudowywaniu domku od przodu (brak stymulacji do budowy). Na końcu odwłoka znajdują się natomiast włoski-szczecinki czuciowe. Dzięki nim larwa wyczuwa koniec domku i wie, kiedy odgryzać (usuwać) zbędną część. Jeśli wyciąć te włoski, to larwy przestają skracać domek w miarę swojego wzrostu.

W nauce także czasem dochodzi do zaburzeń - larwy-naukowcy zapominają o dobudowywaniu wiedzy lub o odrzucaniu elementów nieaktualnych, przestarzałych.

Porównania mają to do siebie, iż są uproszczeniem. Nawet jak są barwne. Poruszają tylko jeden fragment złożonej rzeczywistości. Ułatwiają dyskusję ale jej nie wyczerpują. Bo na przykład jak wpleść konektywizm? Nie da się tego wątku zmieścić w porównaniu do chruścika i jego domku. Do dyskusji o konektywiźmie trzeba będzie poszukać innego przykładu (analogii).

07.07.2018

Uniwersytety Trzeciego Wieku są jak glebowy bank nasion

(Uniwerytet Trzeciego Wieku w Kętrzynie, 2018 rok, wykład)
Niezwykłe zjawisko rozkwitu różnego typu uniwersytetów trzeciego wieku, wyraźnie intensywniejsze na początku XXI wieku, skojarzyło mi się z glebowym bankiem nasion. W naszym województwie jest chyba już około 30 UTW, w całej Polsce ponad 800. Uniwersytety trzeciego wieku spełniają różne funkcje: edukacyjną, społeczną, integracyjną, kulturalną, itd. Niewątpliwie są pozytywnym społecznie zjawiskiem. Mocno aktywizują tak zwaną prowincję.

Uniwersytety trzeciego wieku są niczym w przyrodzie glebowy bank nasion. Procentuje i ujawnia się to, co w edukacji wydarzyło się kilkadziesiąt lub kilkanaście lat temu. UTW są dobrym przykładem długofalowego wpływu edukacji na życie społeczne.

Co to jest ten glebowy bank nasion? To najogólniej cały zasób nasion, propagul i diaspor, znajdujący się w glebie i potencjalnie umożliwiający kiełkowanie i pojawienie się nowych roślin... i nie tylko roślin (w szerszym rozumieniu odnosi się także do zarodników grzybów).  Nie wszystkie nasiona od razu kiełkują. Czasem spoczynek trwa kilka miesięcy, czasem nawet kilka lub kilkanaście lat. Nie od razu kiełkują wszystkie, czasem nasiona jednej rośliny są zróżnicowane pod względem gotowości do kiełkowania. Leżą w glebie i "ujawniają" się dopiero w sprzyjających warunkach. Sygnały środowiskowe są bardzo różne. Zatem  o tym, co na łące lub w lesie wyrośnie, decyduje wiele czynników: nie tylko aktualnie widoczne rośliny, ale także te, których dawno już nie ma (nie widać). Czasem nasiona są przynoszone wiatr lub przez zwierzęta z terenów sąsiednich (dyspersja).  Podobnie jest chyba z efektem edukacyjnym - ludzie wykształceni "kiełkują" swoją aktywnością w niespodziewanych momentach. Tak jak seniorzy, współtworzący uniwersytety trzeciego wieku (jak i inne formy aktywności społecznej).

Ludzie wykształceni chcą być aktywni i dzielić się wiedzą jak i zdobywać nowa wiedzę. Dla samej wiedzy, przecież nie dla kształcenia zawodowego - pracować już nie muszą. Rozbudzona ciekawość świata procentuje. Po drugie procentują kompetencje miękkie, obywatelskość i chęć działania dla innych. Spotykają się by razem spędzać czas, ćwiczyć ciało i umysł. Nie jesteśmy już społeczeństwem agrarnym, nie spotykamy się przy pracach polowych, darciu pierza, łuskaniu fasoli. Seniorzy nie wspomagają ekonomicznie gospodarstw rolnych. A dalej chcą być aktywnie w społeczeństwie. I są bardzo aktywni.

Bum uniwersytetów trzeciego wieku to efekt edukacji dużej części społeczeństwa, który dokonał kilkadziesiąt lat temu. A może także i kilkanaście lat temu. Jest to także (moim zdaniem) efekt obywatelskiego rozbudzenia przez Trzecią Rzeczpospolitą. Teraz mamy jeszcze większy odsetek populacji kształcącej się na uczelniach wyższych. I tego dodatkowego, pozazawodowego efektu będzie można spodziewać się za lat co najmniej kilkanaście.

Edukacja jest niezwykle ważna dla dobrobytu i jakości życia całego społeczeństwa. Uniwersytety trzeciego wieku są jednym z wielu nieoczywistych tego efektów. Nie widać - tak jak nasion w glebie - a kiełkują i tworzą nowa jakość. Są przykładem długofalowego, pozytywnego efektu edukacyjnego. Nie tylko widoczne są natychmiastowe skutki (np. praca zawodowa, aktywność społeczna). I wskazują, ze edukacja to nie tylko kształcenie-przygotowanie zawodowe. Dlatego niezwykle ważne jest zrównoważone wspieranie rozwoju regionów, w tym poprzez regionalne szkoły wyższe. Moim zdanie obecna Ustawa 2.0 wyraźnie wywrze negatywny wpływ na szkoły wyższe w regionach - będą marginalizowane i wyraźnie osłabiony zostanie regionalny kapitał społeczny (i to na wiele lat).

06.07.2018

Dziupla i etymologiczna tajemnica Jeziora Płocidupa

(Dziupla w starym drzewie)
Jezioro Płociduga, dawniej zwane Płocidupą, już nie istnieje. Zostało osuszone. Pozostała tajemnicza nazwa. O tym miejscu pisałem już kilkakrotnie, ale intrygująca nazwa nie została rozszyfrowana. Dzisiejsze brzydkie słowo „dupa” musiało kiedyś mieć inne, przystojniejsze znaczenie. Jak gdzieś wyczytałem, dawniej dupa oznaczało na przykład dolną część barci (czytaj więcej: Płuciduga Duża czy Płocidupa Duża?). Ale na tym się urwały moje poszukiwania.

Dzisiaj trafiłem na ciekawy blog z etymologicznymi rozważaniami (Czeremchowa -  służę dobrym słowem). I tam znalazłem informację, że słowo "dupa" pochodzi od słowa „dziupla” (czytaj więcej). Wyjaśniałoby to nazwę części barci – przecież barcie dziano, czyli wykuwano dziuple a same dzikie pszczoły (zanim człowiek się miodem nie zainteresował) swoje gniazda zakładały przecież w dziuplach.

Na wspomnianym blogu takie jest wyjaśnienie; „Dupło, dziupło, dupla, dziupla, dupa – to słowa oznaczające wydrążenie, wypróchniałość, dziurę, rysę. W XIII w. dupną mogiłą nazywano wydrążony, próżny, głęboki, niewypełniony grób. Stąd też nie dziwi, że o drzewach wypróchniałych mówiono: dupne, dupiaste, dupniaste. O tym, że słowo było całkiem neutralne, świadczą też częste nazwy osobowe, np. nazwisko Dupa czy Dupka, oraz nazwy miejscowości.” Napływ ludności z Mazowsza i Ziemi Dobrzyńskiej w okolice Olsztyna nasilił się w XV wieku. Zatem sama nazwa Płocidupy być może pojawiła się w tym czasie (lub nieco później). Czy była tłumaczeniem z języka pruskiego i już istniejacej nazwy? Czy też nowym nazwaniem słowiańskich osadników? Tego się pewnie nie uda nam dowiedzieć. W każdym razie nazwa najpewniej nawiązywała do dziupli, jakiegoś wydrążenia, może dziury, jeśli nie w drzewie, to w ziemi. W połączeniu z „płoci” mogło jakoś się odnosić do podmokłego terenu, jeziora.

Wracając do wyjaśnień z bloga „Czeremchowej” - „Czy „dupa” istnieje w innych językach słowiańskich? Tak. Prasłowo *dhoup (czy też *dhoupa) oznaczało tyle co głęboki, a ogólnosłowiańskie doupa to właśnie zagłębienie, jama, dół, nora. Znaczenie słowa poszło w stronę „tyłka” tylko w języku polskim, bułgarskim i serbskim, bo np. czeskie doupnak to dziki gołąb, ukraiński odpowiednik „dupy” oznacza prócz pośladków także tępy koniec jajka, tylną część łodzi i dolną część słupa, a słoweński określa dół, norę, jamę, zagłębienie w ziemi czy jaskinię. Bułgarskie dúpka to otwór, dziura, dół, jama, wnęka.” (źródło)

Zatem wiele wskazuje, że Płocidupa mogło oznaczać zagłębienie w ziemi, a „płoci” mogło wiązać się z terenem podmokłym, płytkim i zalanym wodą. W słowniku etymologicznym języka polskiego Aleksandra Brücknera takie znajduje się wyjaśnienie etymologii słowa pło: „tylko u Cygańskiego r. 1584: »(na czółnie) masz stać przy jakim ple albo przy trzcinie«, »dostaniesz trzcionków (ptak błotny) i na plech«; odmieniało się niegdyś: pło-, *plosa (jak słowo-, *słowiosa), jeszcze dawniej *plesie (jak *słowiesie), i stąd ploso lub pleso zastąpiły pierwotny mianownik pło, który i dalej odmieniano: pło, pła (jak słowo, słowa). Pło, pleso, ploso, nazwa 'wolnej przestrzeni wodnej' (jeziora i t. p.), zachowały się niemal wyłącznie w odwiecznych nazwach miejscowych, więc na Rusi Psków z Plsków, (łac. Plescovia, niem. Pleskau); na Śląsku Pszczyna z Plszcza (niem. Pless); u Słowieńców Pleso (po niem. Teuchen, t. j. 'Teiche', 'Stawy'); Neusiedlersee na Węgrzech za czasów rzymskich lacus Pelsonis. Dziś: tylko na Rusi i u Czechów pleso, 'staw, kałuża'.” Współcześnie mianem plosa określa się płyciznę na jeziorze lub w rzece. Podana etymologia wskazuje na miejsce podmokłe, z wodą. Dobrze określałoby miejsce rzecznego jeziora. Nazwa "Płocidupa" mogła pojawić się dopiero w XV wieku, wraz z napływem polskich kolonizatorów na te ziemie. Czy w języku Prusów rdzeń słowny „pło” miał podobne znaczenie (wywodzące się z języków indoeuropejskich)? I czy Płocidupa w pełni lub częściowo zostało przejęte od dawnych mieszkańców, tak jak i nazwa rzeki Łyna (od Alne, Alina)? Ciągle jest wiele do okrycia i odszyfrowania.

Z Czeremchowych rozważań wynika, że „w XV w. w Polsce zaczęto używać słowa „dupa” jako eufemizmu słowa „rzyć” (pośladek, tyłek, anus), ale także (od XVIII w.) jako określenia żeńskich narządów płciowych (cunnus), na równi z tak ciekawymi słowami, jak „kiep”, „pizda”, „picza” (jest sporo frywolnych staropolskich wierszyków nieprzebierających w słowach, których czytanie rumieni co wstydliwsze studentki polonistyki).” (źródło)

Skoro wulgarnego znaczenia dupa zaczęło nabierać dopiero od XV wieku (poprzez nazywania miejsca nieprzystojnego, najpierw w formie eufemizmu), to można przypuszczać, że nazwa Płocidupa powstała wraz z większą falą osadników, przybyłych z Mazowsza po klęsce Krzyżaków pod Grunwaldem. Aczkolwiek i wcześniej zachodziło polskie osadnictwo z Mazowsza i Ziemi Dobrzyńskiej (to może wtedy?). Ale chyba niewiele później, bo już nabrało w języku znaczenia pejoratywnego. A przecież miejsc publicznych nie nazywano by wulgarnie. Przynajmniej nie w użyciu publicznym.

Słowa zmieniają swoje znaczenie, w tym stają się wulgaryzmami. Lub na odwrót, słowa dawniej uważane ze obraźliwe i wulgarne wchodzą do języka potocznego jako neutralne (na przykład "kobieta"). Badania językoznawcze wiele ciekawych wątków mogą nam wyjaśnić. Znaczenie słów zależy od kontekstu. W tym język podobny jest do układów żywych. W ekologii także wiele zależy od otoczenia i kontekstu środowiskowego.

Interdyscyplinarne poszukiwania humanistów i przyrodników mogą być bardzo ekscytujące i owocne.

04.07.2018

Kij w mrowisko. Kobieto (samico), przy garach lepiej siedź ?

(100-lecie nabycia praw wyborczych przez kobiety, 
w Polsce.)

Wiosną myślimy o kobietach. W kwiaciarni pojawiają się tulipany, w przyrodzie zaczyna kwitnąć leszczyna, przebiśniegi, zawilce. Ze snu budzą się motyle cytrynki latolistki. Najpierw pojawiają się samce. Samiczki potrzebują odrobinę więcej ciepła… Kobietom szarmancko 8. marca wręczamy kwiaty, czasem rajstopy i… do garów. Kobiety oczywiście. Po świętowaniu wraca proza życia.

Wczesną wiosną pojawiają się pszczołowate: pszczoły samotnice, trzmiele itd. Przed moim blokiem pojawiła się pszczolinka, która nawet polskiej nazwy nie ma - Andrena clarkella. Nawiązując do starszych synonimów można byłoby ją nazwać pszczolinką nieparką lub pszczolinką trójbarwną. Samotna matka wychowująca dzieci. Na jej głowie utrzymanie gatunku. Podobnie u trzmieli (społeczne pszczołowate), ta pierwsza, wiosenna samica staje się królową. A samce? Pojawiają się na krótko, trutnie jedne, i tylko jedno im w głowie. Amory. Niewielu się udaje, inne bzyczą nadaremno. Samice pszczolinek, pszczół i trzmieli pracowicie zbierają pyłek kwiatowy i nektar. Można w przenośni powiedzieć, że są „przy garach”. W naszej kulturze dajemy tej czynności niską rangę, podrzędną.

W tym roku świętujemy 100 lecie nabycia praw wyborczych w Polsce przez kobiety. Uzyskały jako jedne z pierwszych w Europie. Czemu tak późno? Lub czemu w ogóle? Jeszcze do połowy XX wieku podkreślano, że kobiety mają mniejszy mózg niż mężczyźni. W domyśle są mniej inteligentne. Zatem nie powinny mieć ani praw wyborczych (polityka to nie na ich głowę), ani takich samych zarobków co mężczyźni. Kobiety do garów? Tak jak u pszczołowatych?

Biolodzy ewolucyjni śledzili wzrost wielkości czaszki (a więc i mózgu) u naszych przodków. Zakładano, że większy mózg to i większa inteligencja. Okazało się jednak, że w przeszłości mózg rósł a narzędzia pozostawały takie same. Gdzież więc ta domniemana, większa inteligencja? Najwyraźniej pojawiła się przy okazji ewolucji hominidów i to nieco później. Jak więc wytłumaczyć powstanie dużego mózgu człowieka? Jedną z koncepcji jest mózg społeczny: więcej neuronów potrzebne było naszym przodkom do… utrzymania szerszych i bogatszych relacji między osobnikami w grupie (kontakty społeczne). Większa grupa to większy sukces i możliwość pokonania nie tylko przeciwności losu ale i konkurentów z innych hord (grup, plemion). Tak odkryto inteligencję społeczną. I okazuje się, że kobiety są w tym lepsze...

Powstanie mowy uważane jest za jedną z ważniejszych innowacji w ewolucji człowieka. Umożliwia on utrzymanie więzi i relacji w dużych grupach. Tak zwane kobiece plotki są bardzo ważne w utrzymywaniu relacji międzyludzkich. Mężczyźni są stanowczo bardziej milczący. I silniejsi fizycznie.

Kolejną bardzo ważną innowacją była termiczna obróbka pokarmu. Czyli gotowanie, pieczenie, przyrządzanie pokarmu w ognisku i w „garach”. Można śmiało powiedzieć, że gotowanie stworzyło człowieka. Niewątpliwie wielka w tym zasługa kobiet. Dochodzimy do analogii z samicami pszczołowatych i wiosennej pszczolinki oraz trzmieli. Skoro kobiety tak dużo wniosły w rozwój człowieka jako takiego i ludzkości jako zbiorowości, to dlaczego tak późno panie otrzymały prawa wyborcze? Bo mężczyźni są silniejsi i do spraw „zewnętrznych”?

W nowej ustawie o szkolnictwie wyższym zanosiło się na dużą zmianę: zrównanie wieku emerytalnego nauczycieli akademickich: kobiet i mężczyzn. Ale ostatnie poprawki zmianę te usunęły. Kobiety naukowcy na emeryturę przejdą jak do tej pory w wieku 60 lat, panowie w wieku 65. Przecież kobiety średnio statystycznie żyją dłużej. To raczej powinno być odwrotnie. Krótszy wiek pracy to uznanie czy dyskryminacja? W każdym razie marnotrawstwo dużego potencjału wiedzy i doświadczenia.

Kobiety mają głos (wyborczy). Już od stu lat. A w zasadzie to „od zawsze”. Mimo, że są „przy garach”. A ja tymczasem wracam do wiosennych obserwacji owadów zapylających. Samice pszczołowatych się krzątają. Bez ich pracy nie byłoby owoców, z których tak obficie czerpiemy. A żeby im się dobrze żyło, to potrzeba nie jednego kwiatka na 8. marca ale całorocznej łąki kwiatowej. W mieście. W każdym mieście.

Tekst ukazała się w  VariArcie, piśmie kulturalno-literackim, 2018 nr 1 (38)

Cały numer pisma można pobrać tu: http://www.wbp.olsztyn.pl/publikacje/variart/variart012018.pdf

03.07.2018

Krosno nad Drwęcą Warmińską - niespodziewane spotkanie tradycji wschodu i zachodu


Przy okazji wizyty w Ornecie, na niedzielną mszę wybraliśmy się do Krosna, położonego nad malowniczą Drwęcą Warmińską. O tym barokowym sanktuarium słyszałem już wielokrotnie. Opowiadał o nim prof. Leszek Szarzyński, gdy koncertował tam wraz z Pro Musica Antiqua. Ale nigdy nie było okazji odwiedzić tego miejsca. I oto nadarzyła się wakacyjna okazja.

Piękny, barokowy zespół w trakcie renowacji, z widocznymi śładami bogatej i złożonej historii tego regionu. Urzeka swą architekturą i ustronnym położeniem. Udaliśmy się z zaciekawieniem, bo na zaproszeniach znalazła się informacja o wystawie ikon. Wystawa sakralnej i społecznej sztuki w świątyni. Piękna, znakomicie zaaranżowana (można oglądać do 29 lipca 2018 r.). Ale to nie był koniec niespodzianek. Muzyczną oprawę do mszy zapewniła Schola Cantorum Warmiensis. Bizantyjskie śpiewy w katolickim kościele i barokowym wnętrzu. Niesamowite spotkanie tradycji wschodu i zachodu. Potem był obrzęd poświęcenia ikon, które powstały w czasie pierwszych warsztatów ikonopisania w Krośnie. Malowane były przez cały tydzień. I oto uroczysty finał. Niezwykłe doświadczenie. Warmińska Pracownia Ikon znajduje się na podolsztyńskiej wsi. Bo i najmniejsze miejscowości mogą promieniować niezwykłymi inicjatywami. Rozproszony kapitał ludzki to znak trzeciej rewolucji technologicznej i wysokiej jakości życia. Niezbędny do tego jest zrównoważony rozwój regionów (to nie puste słowa, to europejska dyrektywa rozwoju). Telewizja i internet nie wystarczą, potrzebna jest stała i codzienna obecność konkretnych ludzi (kapitał ludzki).

Malowanie (pisanie) ikon przez zwykłych ludzi. I ich przeżywanie wspólnego spotkania i wspólnej pracy. Poczucie sprawstwa z uroczystą ceremonią. Zupełnie nowe formy spotkań międzyludzkich w klimacie "darcia pierza", ale zastępowaniem prostych prac rękodziełem i rozmyślaniami. Nie jesteśmy już społeczeństwem agrarnym, poszukujemy nowych form społecznego bycia ze sobą. Tę potrzebę wyraźnie widać także i w lokalnych społecznościach małych miasteczek i wsi.

Uniwersytet Warmińsko-Mazurski przewijał się kilkakrotnie. Spotkałem ludzi z uniwersytetu (m.in. emerytowanych pracowników), którzy od kilku lat uczestniczą w różnych kursach pisania ikon. Teraz przedstawiali swoje prace. Forma wystawy. Główny ołtarz jest w trakcie renowacji właśnie na UWM. A za tydzień koncertować będzie w Krośnie Pro Musica Antiqua, kierowana przez profesora Leszka Szarzyńskiego z Wydziału Sztuki UWM. Drobne przykłady oddziaływania regionalnego uniwersytetu na kapitał ludzki w głębokiej prowincji. Przy takich spotkaniach coraz pełniej odczuwam, że nasz Uniwersytet jest na prawdę Warmińsko-Mazurski. Wielowątkowe wspieranie i budowanie kapitału ludzkiego i wielowymiarowego rozwoju regionu.

Kapitał ludzki wpływa na poprawę jakości życia. Na dalekiej prowincji jest to szczególnie ważne. Uniwersytety regionalne jak i inne szkoły wyższe są bardzo potrzebne, zwłaszcza w kontekście zrównoważonego rozwoju kraju. Nie tylko w centrum, ale i na dalekiej prowincji.

Powszechna edukacja wyższa  i nasycenie "prowincji" ludźmi wykształconymi oraz artystycznie rozbudzonymi procentuje właśnie na prowincji szczególnie wyraźnie. To nie tylko zysk wakacyjny z atrakcjami dla turystów ale i wyższa jakość życia ludzi tu żyjących na co dzień. W Ornecie miałem okazję obejrzeć wystawę grafik Salvadora Dali. Dzieła wielkich mistrzów gdzieś głęboko na prowincji.... Jako uzupełnienie wystaw prac lokalnych twórców. Nie tylko konsumują sztukę, ale ją tworzą. Uczestniczą, przeżywają, aktywnie próbują zrozumieć. Współtworzenie i poczucie sprawstwa. Jednym z przykładów jest wspomniana wystawa ikon w barokowym kościele. I wcześniejsze warsztaty.

Czasem się słyszy, że za dużo mamy wykształconych osób, że nikomu te dyplomy nie są potrzebne, że do zamiatania ulic, zbierania truskawek czy stania na zmywaku wystarczy "zawodówka". To są bzdury. Edukacja jest jedną z najlepszych i najszybciej procentujących inwestycji. Ewidentnie zwiększa się jakość życia i poczucie sensu. Należy zatem zwiększać nakłady na szkolnictwo wyższe i różne pozaformalne wymiary edukacji. Lokalne, wiejskie szkoły są niezwykle ważne, bo to dodatkowo lokalne centra kultury i aktywności społecznej. Proste wskaźniki ekonomicznej "opłacalności" nie są dobrym sposobem na mierzenie ich wartości.  Wszyscy do Warszawy nie pojadą....