![]() |
| Magiel w Nikoszowcu, obecnie muzeum. |
Inspiracją do tego eseju była moja letnia wizyta w Muzeum Śląskim w Nikiszowcu, gdzie oglądałem pralnię i magiel z dawnego osiedla robotniczego. Puste wnętrze muzealne bez pracujących ludzi. Ale pozwalało wyobrazić sobie jak to społecznie funkcjonowało. Wiadomości z magla znałem jako synonim niezweryfikowanych, mało wartościowych informacji. A w Nikiszowcu mogłem zobaczyć taki właśnie magiel. I w pełni zrozumieć to powiedzenie. Przypomniałem sobie także widzianą kilkanaście lat temu działającą pralnię w Rumunii, z betonowymi nieckami do ręcznego prania i wodę z pompy lub raczej strumyka. Ona żyła, bo akurat kobiety prały. Razem z dziećmi. Po prostu żywe, międzyludzkie spotkanie. I przypomniałem sobie wczesne lata z dzieciństwa, z ciężkim praniem w balii przy użyciu tary do prania.
Jest to opowieść o tym jak technologia zastąpiła nam innych ludzi, i o tym jak wygoda zmieniła nasze życie społeczne. Technologia uwalnia nas od konieczności współpracy, ale niekoniecznie od potrzeby bliskości. Co więcej, robi to od dawna, na długo przed pojawieniem się smartfonów i mediów społecznościowych. Zaczęło się wcześniej niż myślimy. Magiel nie był wspólnotą dlatego, że był maglem. Był nią dlatego, że ludzie regularnie przychodzili tam wykonywać tę samą pracę, a przy okazji uczestniczyli w życiu innych. Technologia usunęła konieczność spotkania, ale nie usunęła potrzeby więzi.
Wyobraźmy sobie dawną wieś, a na jej skraju strumień lub staw wiejski. Nad wodą klęczące kobiety piorą bieliznę, uderzając kijankami o mokre tkaniny. Ktoś opowiada o sąsiadach, ktoś narzeka na męża, ktoś inny zdradza najnowsze wiadomości z okolicy. Pranie jest ciężką pracą, plecy bolą, ręce marzną, a bielizna nie zawsze pachnie tak, jak powinna. Ale jest też coś, czego nie da się odwirować: rozmowa. Strumień pełni funkcję wiejskiego portalu informacyjnego, a kijanka, oprócz usuwania brudu, pomaga podtrzymywać rytm życia wspólnoty. Pamiętam z dzieciństwa, gdy pomagałem w praniu. Dziecięca dusza wyrywała się do zabawy a tu była potrzebna pomoc w przyniesieniu wody, wyżymaniu pościeli czy noszeniu wypranych ubrań do rzeki, gdzie babcia robiła płukanie.
Potem pojawiły się pralnie, magle, wspólne suszarnie, a w końcu pralki automatyczne z suszarkami. Nie trzeba umawiać się z sąsiadkami, prosić o pomoc rodziny ani nawet wychodzić z domu. Pralka nie pyta, co słychać, nie opowiada plotek i nie obraża się, jeśli zapomnimy podziękować. Ma same zalety, przynajmniej z punktu widzenia lżejszej pracy, higieny i świętego spokoju.
W miastach przemysłowych XX wieku ważnym miejscem codziennego życia był magiel. Dzisiaj słowo to brzmi trochę archaicznie, jak nazwa urządzenia wyciągniętego z muzeum techniki. Tymczasem magiel był nie tylko sposobem na wygładzenie pościeli i obrusów (żelazek wtedy za bardzo nie było), lecz także osobliwą instytucją społeczną. Przychodziło się tam z wielkimi pakunkami wilgotnej bielizny, którą trzeba było przepuścić między wałkami, ale przynosiło się również wiadomości z domu, z fabryki, z podwórka i z sąsiedztwa. Maszyna wygładzała tkaniny, a rozmowa porządkowała wiedzę o świecie. Zaspakajana potrzeba społeczna jak przy każdej zbiorowej pracy. Rozmowy, śpiewy, dowcipy, przekomarzania. Czasem i kłótnie.
W przemysłowych dzielnicach, gdzie mężczyźni i kobiety pracowali nieraz na zmiany, a mieszkania bywały ciasne, magiel stawał się jednym z niewielu miejsc, w których można było spotkać inne kobiety bez specjalnego zaproszenia i bez konieczności organizowania osobnej wizyty. A potem rewizyty. Praca dawała pretekst do spotkania. Nie trzeba było umawiać się na kawę, planować wolnego popołudnia ani tłumaczyć, dlaczego wychodzi się z domu. Wystarczyło mieć do wyprasowania pościel. Albo odzież do uprania. A rozmowy? Te potrafiły być równie skuteczne jak wałki magla. Ktoś wiedział, gdzie szukają pracownicy, komu zachorowało dziecko, która rodzina potrzebuje pomocy, a kto właśnie pokłócił się z sąsiadami. Plotka miała oczywiście swoją ciemniejszą stronę: potrafiła zranić, przykleić komuś etykietę i roznieść wiadomość szybciej niż dzisiejszy komunikator internetowy. Ale w świecie bez internetu była również formą lokalnego obiegu informacji. Dzięki takim spotkaniom kobiety mogły rozpoznawać cudze potrzeby, wymieniać się doświadczeniem, pożyczać sobie rzeczy i organizować pomoc.
W tej codziennej wspólnocie ważne były także dzieci. Kiedy matka musiała zająć się praniem, załatwić sprawę albo po prostu wykonać pracę wymagającą obu rąk i odrobiny uwagi, inne kobiety mogły przypilnować maluchów. Opieka nad dziećmi nie zawsze wymagała formalnych ustaleń. Czasem wystarczała obecność kilku dorosłych, wzajemne zaufanie i przekonanie, że jeśli dziś pomagam ja, jutro ktoś pomoże mnie. Nie była to zorganizowana instytucja opiekuńcza, lecz sąsiedzka sieć wsparcia, działająca dzięki powtarzalnym spotkaniom i znajomościom budowanym przy okazji zwyczajnych obowiązków. I było zadanie dla starszego rodzeństwa by opiekowało się tymi młodszymi. Nawet z innej rodziny.
Potem do mieszkań weszły pralki mechaniczne z wyżymaczką a potem pralki automatyczne. Zniknęła część ciężkiej pracy, a wraz z nią konieczność wyprawy do wspólnego miejsca. Bo dodatkowo powiększyły się nam mieszkania. Znikała jednocześnie przestrzeń wspólna, publiczna. To była niewątpliwa poprawa komfortu życia, szczególnie dla kobiet, na których spoczywała znaczna część obowiązków domowych. Ktoś kiedyś trafnie powiedział (lub napisał), że pralka elektryczna a potem mechaniczna dała wolność kobietom. Wolność od ciągłem i ciężkiej pracy domowej. Wielki krok w emancypacji.
Nie warto idealizować dawnego porządku, w którym wspólnota bywała również przymusem, a podział obowiązków był nierówny. Warto jednak zauważyć pewien paradoks: technologia uwolniła kobiety od części pracy, ale jednocześnie usunęła jedno z miejsc, w których mogły regularnie spotykać się, rozmawiać i wzajemnie wspierać. Pralka nie potrzebuje towarzystwa. Człowiek nadal go potrzebuje, choć nie zawsze ma już naturalny powód, żeby wyjść z domu i je znaleźć.
Tylko gdzie podziały się rozmowy przy praniu? Z pralką automatyczną nie pogadasz. Podobny los spotkał publiczne łaźnie. Kiedyś wspólne kąpiele były nie tylko sposobem na zachowanie czystości, lecz także okazją do spotkań. Bo dla jednej osoby, nawet jednej rodziny rozpalenie ognia i nanoszenie wody było ciężkim zadaniem. Lżej było korzystać gromadnie. Dzisiaj większość z nas ma łazienkę we własnym mieszkaniu, prysznic, czasem wannę, a nawet podgrzewaną podłogę. Możemy zadbać o higienę bez świadków i bez konieczności dostosowywania się do cudzych zwyczajów. To ogromny postęp cywilizacyjny. Nikt rozsądny nie proponuje przecież powrotu do prania kijanką w imię integracji społecznej. Można jednak zapytać, czy wraz z brudem nie spłukaliśmy przypadkiem niektórych okazji do bycia razem. Może trzeba teraz poszukać innych form spędzania czasu społecznie?
Technologia uwalnia nas od konieczności współpracy, a czasem przy okazji pozbawia nas realizacji potrzeby bliskości. Co więcej, robi to od dawna, na długo przed pojawieniem się smartfonów i mediów społecznościowych, na które teraz narzekamy. Wspólna praca, która dawniej wymagała sąsiedzkiej pomocy, coraz częściej staje się zadaniem wykonywanym przez pojedynczego człowieka przy użyciu urządzenia. Nie potrzebujemy już grupy ludzi, żeby wyprać i wysuszyć ubrania, przygotować posiłek, posłuchać muzyki czy obejrzeć film. Nawet śpiewać możemy w pojedynkę, korzystając z nagrań i elektronicznych podkładów. Technologia przejęła część pracy, ale przy okazji odebrała nam niektóre preteksty do spotkań.
Oczywiście nie każda wspólna czynność tworzy wspólnotę, a nie każde spotkanie jest przyjemne. Przymusowe towarzystwo bywa równie uciążliwe jak ręczne wyżymanie prześcieradła. Nie chodzi więc o idealizowanie dawnych czasów, w których ciężka praca, nierówności społeczne i ograniczona prywatność miały się dobrze. Chodzi raczej o zauważenie, że codzienne czynności były kiedyś wplecione w sieć społecznych relacji. Sąsiadka pomagała, bo sama czasem potrzebowała pomocy. Przy okazji można było porozmawiać, wymienić informacje, pożyczyć brakujący składnik obiadu albo dowiedzieć się, kto zachorował i komu trzeba zanieść zupę. Teraz musimy wymyślić nowe preteksty do bycia wspólnotowego.
Dzisiaj wiele z tych spraw załatwiamy samodzielnie. Zyskujemy niezależność, lecz coraz rzadziej ćwiczymy codzienną współzależność. To subtelna, ale ważna różnica. Niezależność oznacza, że potrafię poradzić sobie bez pomocy innych. Współzależność przypomina, że nawet jeśli umiem zrobić wiele rzeczy sam, nadal należę do świata ludzi, których umiejętności, obecność i życzliwość są mi potrzebne. Nie oznacza to, że samotność zaczęła się wraz z wynalezieniem pralki. Jest zjawiskiem starszym niż elektryczność i nie da się jej wyjaśnić jednym wynalazkiem. Zmieniają się jednak warunki, w których powstają i trwają relacje. Współczesny człowiek może mieszkać sam, pracować zdalnie, zamawiać zakupy przez internet, korzystać z rozrywki na żądanie i komunikować się z innymi bez wychodzenia z domu. I bez bezpośredniego spotykania innych ludzi. Może też przez długi czas nie potrzebować niczyjej pomocy w codziennych sprawach. Samotne gospodarstwa domowe, w tym prowadzone przez kobiety samodzielnie wychowujące dzieci, są częścią tej zmieniającej się rzeczywistości. Nie zawsze wynikają z wyboru, a samodzielność nie musi oznaczać osamotnienia. Problem pojawia się wtedy, gdy niezależność przestaje być możliwością, a staje się koniecznością, za którą nie idzie wystarczające wsparcie społeczne. Dobrobyt i większy komfort życia ma swoje ciemne strony.
W tym kontekście media społecznościowe wydają się raczej kolejnym etapem procesu niż jego początkiem. Obiecują nam kontakt bez wysiłku: znajomych na wyciągnięcie palca, rozmowę bez wychodzenia z domu, obecność innych ludzi o każdej porze. Odpowiadają na rzeczywistą potrzebę więzi, ale nie zawsze potrafią ją zaspokoić. Możemy mieć setki internetowych znajomych i jednocześnie nie mieć nikogo, kto pomoże nam przenieść szafę, przyniesie lekarstwa podczas choroby albo po prostu usiądzie obok bez potrzeby ciągłego sprawdzania telefonu. Kliknięcie „lubię to” jest łatwiejsze niż zainteresowanie się tym, jak ktoś naprawdę się czuje. Nie należy jednak obwiniać samej technologii: narzędzia cyfrowe mogą podtrzymywać relacje, szczególnie na odległość. Pytanie brzmi, czy wykorzystujemy je do budowania więzi, czy przede wszystkim do zastępowania nimi spotkań.
Człowiek jest gatunkiem społecznym, a jego sukces ewolucyjny wiąże się między innymi ze współpracą, podziałem zadań i przekazywaniem wiedzy. Można tu przywołać pojęcie eusocjalności, kojarzone przede wszystkim z owadami społecznymi, takimi jak mrówki i pszczoły. U ludzi nie używa się go w tym samym, ścisłym znaczeniu biologicznym, ale sama analogia skłania do namysłu: jesteśmy istotami, które potrafią tworzyć złożone wspólnoty i osiągać dzięki nim rzeczy niemożliwe dla pojedynczego osobnika. Nasza cywilizacja opiera się na specjalizacji. Ktoś projektuje pralkę, ktoś wydobywa surowce, ktoś produkuje części, ktoś dostarcza energię, a ktoś naprawia urządzenie, kiedy przestaje wirować. Samodzielnie możemy nacisnąć przycisk, lecz nie zbudujemy od podstaw całego świata, który sprawia, że ten przycisk działa.
Nasza niezależność jest więc w pewnym sensie złudzeniem. Nie widzimy ludzi, od których zależy nasze codzienne życie, ponieważ ich praca została oddzielona (oddalona) od naszego mieszkania, ukryta w fabrykach, sieciach energetycznych, systemach transportowych i instytucjach publicznych. Zamiast zależności osobistej mamy zależność systemową. Nie prosimy sąsiada o pomoc w praniu, ale polegamy na tysiącach nieznanych ludzi. To również forma współpracy, tyle że rozciągnięta na ogromną skalę i pozbawiona bezpośredniego kontaktu. Być może właśnie dlatego tak łatwo osuwamy się w samotność. Codzienne życie coraz rzadziej zmusza nas do spotykania innych, a potrzeba bliskości nie znika wraz z kolejnym udogodnieniem. Technologia może zdejmować z nas ciężar pracy, ale nie potrafi automatycznie wypełnić przestrzeni, która po tej pracy pozostaje. Nie zastąpi spontanicznej rozmowy, poczucia bycia potrzebnym ani więzi budowanej przez wspólne działanie.
Nie musimy wyrzucać pralek, rezygnować z prywatnych łazienek ani wracać do magla. Wystarczy może częściej tworzyć okazje do wspólnego działania tam, gdzie technologia uczyniła nas zbyt samowystarczalnymi. Sąsiedzki ogród, wspólne gotowanie, lokalny chór, klub książki czy zwykła kawa wypita z kimś bez pośpiechu mogą być współczesnymi odpowiednikami rozmów nad strumieniem. Nie chodzi o to, by utrudniać sobie życie, lecz by nie pomylić wygody z pełnią życia. Bo pralka potrafi wyprać koszulę, suszarka ją wysuszy, a żelazko wygładzi zagniecenia. Żadne z tych urządzeń nie zapyta jednak, dlaczego od tygodnia chodzimy smutni. I choć sztuczna inteligencja może już prowadzić z nami rozmowy, pozostaje pytanie, czy chcemy wyłącznie rozmawiać, czy także być częścią czyjegoś życia. Może prawdziwym wyzwaniem współczesności nie jest więc wymyślenie jeszcze bardziej inteligentnej technologii, lecz nauczenie się, jak korzystać z niej, nie tracąc umiejętności bycia razem.
Samotność nie zaczęła się od smartfonów. Być może zaczęła się znacznie wcześniej, kiedy kolejne wynalazki sprawiały, że coraz mniej potrzebowaliśmy siebie nawzajem w codziennych czynnościach. Były i są seriale telewizyjne, które są surogatem życia społecznego. Smartfon tylko dodał do tego procesu ekran, powiadomienia i obietnicę, że cały świat jest na wyciągnięcie ręki. A przecież czasem najbardziej potrzebujemy nie całego świata, lecz jednej osoby, która usiądzie obok i zapyta: „Co u ciebie?”. Najlepiej bez patrzenia na wyświetlacz. I bez wirowania z funkcją energooszczędną.











