15.04.2026

Czy ćma może być wampirem?

Calyptra thalictriComano, Switzerland, By Dumi - Own work, CC BY-SA 3.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=24381769



Entomologią i zoologią bezkręgowców zajmuję się już blisko 40 lat. I ciągle jestem zaskakiwany niezwykłymi adaptacjami do środowiska. Bo na przykład czy ćma może być wampirem? I nie myślę tu o zmierzchnicy trupiej główce, która groźnie wygląda ale przecież krwi nie pije. 

Opisano blisko milion gatunków owadów a szacuje się, że obecnie na Ziemi występuje ich aż 5 milionów. Nawet nie zdążymy ich opisać, nie mówiąc o poznaniu ich biologii i ekologii. Nawet ten milion opisanych gatunków sześcionogów jest relatywnie słabo poznany. Więcej wiemy tylko o części z nich, reszta to tylko nazwy i naukowe opisy wyglądu. I w tej wielkiej bioróżnorodności spotkać możemy niezwykłe przystosowani i niezwykłe zachowania. Nawet wśród motyli znane są gatunki… pijące ludzką krew! Jak to możliwe? Jakimi krętymi ścieżkami ewolucji doszło do tak nietypowych zachowań? I czy możliwe byłoby ewolucyjne powstanie wśród motyli gatunków pasożytniczych, żywiących się krwią kręgowców? Jakby nie było dosyć tych krwiopijnych owadów, które już są na Ziemi...A jest ich cała masa.

W dalekiej Korei i Japonii żyją ćmy, czyli motyle nocne, których samce przebiją skórę zwierząt oraz ludzi i piją ich krew. Motyl z trąbką czyli zwijaną ssawką może przebić skórę i pić krew? Jak to możliwe i czemu służy? Przyjrzyjmy się temu bliżej. Samce motyli z rodzaju Calyptra wyglądają na pierwszy rzut oka jak zupełnie zwyczajne nocne ćmy. Gdy siedzą na pniu drzewa lub na wilgotnym liściu, nic nie zdradza ich niezwykłych upodobań. A jednak w ich życiu kryje się historia tak zaskakująca, że nawet doświadczeni entomolodzy przecierają oczy ze zdumienia. To opowieść o owadach, które – choć należą do świata delikatnych, kruchych motyli – potrafią zachowywać się jak miniaturowe wampiry. Czyli jak komary, meszki, bolimuszki i cała rzesza owadów krwiopijnych jakich mamy wokół siebie pod dostatkiem.

W Japonii i Korei, gdzie Calyptra thalictri występuje naturalnie, samce tych motyli prowadzą nocne życie pełne nieoczekiwanych zwyczajów. Zwykle zadowalają się sokami owoców, które przebijają swoją twardą ssawka (zwijana trąbką), uzbrojoną w mikroskopijne ząbki. To właśnie ta umiejętność,  ewolucyjnie związana z wysysaniem soków z twardych owoców, otworzyła im drogę do czegoś znacznie bardziej niezwykłego. Okazało się, że ta ssawka potrafi przebić… skórę ssaka.

Mamy więc ewolucyjny ślad i preadaptację. Najpierw przebijanie skórki owoców, by dostać się do soków roślinnych, bogatych w cukry. Wiele naszych rodzimych motyli spotkamy pożywiających się na gnijących owocach czy wyciekających z roślin sokach. Tu jest łatwo, pożywne soki, niczym nektar w kwiecie, są łatwo dostępne, wystarczy je wyssać niczym przez słomkę. Te gatunki, które przystosowały się do przekłuwania skórki owoców, jako pierwsze dobierają się do pożywnej treści. Nie muszą czekać na inne owady z żuwaczkami, które utorują drogę (np. osy). No dobrze, ale jaka była dalsza droga tych przystosowań od owadów do skóry ssaków?

Samce Calyptra nie robią tego (czyli nie przekłuwają skóry i piją krwi) z agresji ani z drapieżnictwa. Ich motywacja jest znacznie bardziej subtelna i paradoksalnie romantyczna. Potrzebują mikroelementów. W świecie motyli sód (Na) jest walutą miłosną. Rośliny, którymi żywią się gąsienice, są ubogie w ten pierwiastek, a samice potrzebują go do produkcji jaj. Samiec, który zdobędzie sód – czy to z potu, czy z krwi – może przekazać go partnerce w spermatoforze. Im więcej sodu, tym większa szansa na zdrowe potomstwo. A więc nocne „wampiryczne” wyprawy są w istocie inwestycją w przyszłe pokolenia. W pewnej przenośni moglibyśmy substancje z sodem nazwać afrodyzjakami. I nie o kalorie chodzi lecz o mikroelementy. Nie dziwą nas motyle spijające łzy lub pot gadów, ptaków czy ssaków. Ba, nawet nie dziwią motyle siadające na padlinie i odchodach zwierząt. Zadziwia nas natomiast zdolność do przebicia się przez skórę i picie krwi. Czy podobne były początki krwiopijnych przystosowań innych owadów? Czy tak niewinne mogły być początki pasożytnictwa, typowego dla komarów, much końskich, meszek czy kuczmanów?

W warunkach naturalnych (w Japonii i Korei) takie krwiopijne zachowania są rzadkie, ale potencjał tkwi w każdym samcu. Gdy tylko wyczuje zapach amoniaku lub inne lotne związki, charakterystyczne dla ssaków, jego zmysły wyostrzają się, a instynkt prowadzi go ku źródłu. Jeśli uda mu się przebić skórę, potrafi ssać krew nawet przez kilkanaście minut, nie robiąc przy tym większej szkody. To nie jest atak – to precyzyjna, niemal chirurgiczna operacja, w której motyl zdobywa cenny dla niego minerał.

Ta historia pokazuje, jak płynne są granice między tym, co uważamy za „typowe” dla danej grupy zwierząt, a tym, co naprawdę potrafi ewolucja. Motyl, który pije krew, brzmi jak fantazja z literatury grozy, a jednak istnieje naprawdę. I żyje tuż obok ludzi, w lasach Japonii i Korei, prowadząc swoje ciche, nocne życie.  Aż się kusi o refleksję: bioróżnorodność jest tak wielka, że ciągle odkrywamy coś zaskakującego. Miejcie oczy i wewnętrzną ciekawość szeroko otwarte, przygoda czai się tuż za rogiem. Nie trzeba jechać do egzotycznych krajów.

My tymczasem powrócimy do opowieści o zwyczajach ciem – wampirów. To oczywiście nie koniec niespodzianek z tymi ćmami-wampirami. Wydawało by się, że występują gdzieś daleko, na drugiej półkuli… A tym czasem są już w Europie!

Rodzaj Calyptra to motyle nocne (ćmy) z podrodziny Calpinae i rodziny Erebidae. Należy tu sporo gatunków motyli, które potrafią przebijając skórkę owoców lub siadają na oczach zwierząt kręgowych by spijać łzy (i zwarte w nich minerały). Nazywane są ćmami wampirami. Motyle z rodzaju Calyptra potrafią pić krew kręgowców, a jeden gatunek Calyptra thalictri znany jest z tego, że pije ludzką krew. Jednocześnie jest to tak rzadkie zjawisko, iż nie uważa się, aby ćmy te stanowiły jakiekolwiek zagrożenie dla ludzi. Możemy spać spokojnie. Nic nie wiadomo by były wektorami dla jakichkolwiek patogenów.

Calyptra thalictri to ćma, która pierwotnie występowała w Malezji, potem obserwowana była na Uralu i w południowej Europie. Ostatnio zaobserwowano gatunek ten w Europie Północnej, np. w 2000 roku jego obecność odnotowano w Finlandii a w 2008 roku w Szwecji. Może więc już występować i w Polsce. Wydaje się, że w ostatnich dziesięcioleciach gatunek ten zasiedla nowe regiony świata i jest w ekspansji.

Ćmy z rodzaju Calyptra zasiedlają tereny podmokłe w pobliżu jezior i stawów. Są dobrymi lotnikami i jak na ćmy przystało aktywne są w nocy, gdy motyle dorosłe poszukują pożywienia. Oczywiście szukają nektaru kwitnących nocą roślin. Z obserwacji terenowych wynika, że Calyptra thalictri jest związana z rutewką łąkową. Potrzebne są nowe obserwacje, dotyczące ekologii tego gatunku w Europie. Na nowych terenach, w kontakcie z nowymi roślinami żywicielskimi, mogą zmieniać się preferencje siedliskowe i pokarmowe oraz cykl życiowy. Jest więc dużo pracy dla entomologów, tym bardziej, że krwiopijne zwyczaje tych ciem są bardzo intrygujące i potencjalnie mają znaczenie dla człowieka.

Owady krwiopijne są liczne, w tym te które swoimi przystosowaniami anatomicznymi potrafią przebić (przekłuć lub rozciąć) skórę ssaków. A jak to robią opisywane motyle? Przecież mają typową, zwijaną ssawkę, zwaną trąbką. Otóż ćma wampirza używa specyficznie ukształtowanej trąbki, którą potrafi przebić się nawet przez skórę bawoła. Trąbka tego motyla podzielona jest na dwie części. Owad wahadłowo kołysze głową a tym samym i trąbką, wywierając nacisk, aż przebije skórę. Następnie kołyszącym ruchem głowy wwierca trąbkę głębiej w skórę. Specjalne haczyki, umiejscowione na trąbce, pozwalają mocniej się zakotwiczyć, a cienienie krwi ofiary dodatkowo stabilizuje ssawkę.

U większości naszych krwiopijnych owadów tylko samice piją krew kręgowców. W przypadku ćmy wampirze jest zupełnie inaczej. Tylko samce piją krew. I jak pisałem już wyżej, ma to znaczenie w doborze płciowym. Samce pozyskują jony sodu i przekazują samicy w spermatoforze. Dobór płciowy napędza tę potencjalnie krwiopijną ewolucję.

Przebita przez ćmę skóra człowieka może miejscowo się zaczerwienić. Ból może być odczuwany przez kilka godzin. W miejscu ukąszenie pojawia się swędzącą wysypka. Ukąszenie jest bardziej dotkliwe od ukłucia komara, ale ze względu na rzadkość występowania tego zjawiska nie uważa się, żeby te ćmy stanowiły zagrożenie dla ludzi. Przynajmniej na razie. Ilość czyni różnicę.

Calyptra thalictri to średniej wielkości motyl o rozpiętości skrzydeł 4-4,5 cm. Imagines aktywne są od maja do września, w zależności od miejsca występowania. Gąsienice czyli larwy żywią się gatunkami roślin z rodzaju Thalictrum, np. łuszczycą żółtą z rodziny jaskrowatych. Potrzebne są badania z Europy by dokładniej poznać wszystkie rośliny żywicielskie tego gatunku motyla nocnego. W stadium motyl (imago) ćmy te żywią się tylko owocami, ale podczas eksperymentów, gdy ćmom oferowano ludzkie ręce, wwiercały one swoje trąbki w skórę i ssały krew (nawet do 20 minut).

Opisywany zwyczaj picia krwi to przykład zjawiska, w którym samce gromadzą się na określonych substancjach w celu uzyskania składników odżywczych. Przypomnę, że tylko samce ćmy ssą krew. Wydaje się, że to zachowanie wyewoluowało, aby mogły przekazywać sól samicom podczas kopulacji, zapewniając zastrzyk składników odżywczych dla składanych jaj a potem rozwijających się młodych larw. Larwy zjadają liście roślin a więc pokarm ubogi w sód. ten niedobór samica uzupełniają pobierając nasienie w spermatoforze.

Odżywianie się krwią mogło wyewoluować z zachowań takich jak żerowanie na łzach zwierząt kręgowych, ich odchodach lub ranach wypełnionych ropą. Od spijania krwi z rany już bliska droga do samodzielnego wwiercenia się w skórę i samodzielne wytworzenie niezbędnej rany.

Pisałem już o prezentach ślubnych u bugarów lub o zjadaniu samca modliszki w czasie kopulacji. To był wysiłek samca w dostarczenie samicy dodatkowej porcji kalorii, a tym samym zwiększanie szans na przeżycie własnego potomstwa. W przypadku ćmy wampirzej nie o kalorie chodzi ale i mikroelementy, czyli w uproszczeniu o witaminy.

Jakie jeszcze inne dziwne zwyczaje odkryjemy pośród miliona gatunków owadów? 

Spójrzcie jeszcze na zdjęcie pokrewnego gatunku Calyptra orthograpta. Ta ćma, siedząca na tkaninie, wygląda wygląda jak niewinny, uschnięty liść.


 Calyptra orthograpta by LiCheng Shih, CC BY 2.0 

https://creativecommons.org/licenses/by/2.0, Wikimedia Commons


14.04.2026

Odwiedziny w sklepach i galeriach niczym liturgia nowej religii



Ludzka dusza nie znosi pustki. Nasze życie wypełniamy różnymi rytuałami, tworzymy celebrę i z namaszczeniem powtarzamy utrwalone wzorce zachowania. Najwyraźniej rytuały są nam potrzebne. Jakiekolwiek by one nie były. Sklepy i galerie traktujemy jak nowe kościoły a my stajemy się wyznawcami nowej, konsumpcyjnej religii. W niedziele i święta odwiedzamy galerie zamiast kościoły. Jaka religia taki i rytuał. Zakupy są jak rytuał religijny, celebra i liturgia z określonymi działaniami. Nawet nie trzeba nic kupować, wystarczy chodzić i oglądać. Wystarczy markowanie zakupów. Bo cos z czasem trzeba zrobić. Może w ten sposób szukanie sensu życia i szukamy małych i dużych celów dla siebie? Zanim sie oburzysz drogi Czytelniku, przyjmij do wiadomości, że tekst niniejszy oznaczony został tagiem "satyra".

Współczesna niedziela, niegdyś zastrzeżona dla sfery sacrum i dzwonów wzywających na nieszpory, przeszła zdumiewającą metamorfozę. Miejsce gotyckich łuków zajęły stalowe dźwigary galerii handlowych, a kadzidlaną woń zastąpił unoszący się w powietrzu aromat świeżo palonej kawy i nowej kolekcji poliestru. Oto narodziła się nowa religia, bodaj najbardziej inkluzywna w dziejach, w której zamiast dogmatów mamy promocje, a zamiast grzechu pierworodnego – brak karty lojalnościowej.

Wstępując w progi tego szklanego, rozświetlonego nowego sanktuarium, wierny natychmiast poddaje się rygorystycznej liturgii. Pierwszym jej etapem jest procesja ruchomymi schodami, niczym mechaniczne wniebowstąpienie, podczas którego w ciszy i skupieniu kontemplujemy witryny – owe współczesne ołtarze boczne. A tam manekiny, niczym zastygli w bezruchu święci, prezentują nam idealną wersję człowieczeństwa. Są one nieustannie oświetlone blaskiem halogenów, który w swej intensywności niemal dorównuje światłości wiekuistej, choć w przeciwieństwie do niej, wymaga regularnej wymiany żarówek przez dział techniczny.

Celebracja zakupowa posiada swoje ściśle określone rytuały przejścia. Najpierw następuje iluminacja: nagłe dostrzeżenie przedmiotu, który w jednej chwili staje się niezbędny do zbawienia naszej tożsamości. Potem następuje rytualne nałożenie szat w konfesjonale przymierzalni – miejscu małym, dusznym i wyłożonym lustrami, które bezlitośnie wyliczają nam każdy ubytek w ascezie. To tam, w samotności, wierny zmaga się z pokusą i własnym odbiciem, decydując, czy nowa para butów, garsonka, bluzka czy marynarka przybliży go do stanu nirwany. Gdy decyzja zapadnie, nadchodzi kulminacyjny moment liturgii: ofiarowanie przy kasie. Przesunięcie karty nad terminalem to swoisty znak krzyża nowej ery. Krótkie piśnięcie urządzenia pełni rolę „amen”, po którym następuje rozgrzeszenie i otrzymanie relikwii w papierowej torbie z logo konsumpcyjnego bóstwa.

Sens życia, o który pytały pokolenia filozofów, został tu sprowadzony do poziomu chwytliwego hasła na koszulce lub torebce. Cel podróży jest jasny: stać się lepszą wersją siebie poprzez posiadanie rzeczy, które mają nas zdefiniować. A o czym rozmawiamy w cieniu tych plastikowych palm, spożywając rytualny posiłek w strefie gastronomicznej? Nasze dysputy teologiczne dotyczą teraz wyższości jednego procesora nad drugim lub cudownej przemiany, jakiej dokonał nowy krem pod oczy. Lub nowa koszula. To dialogi o zbawieniu doczesnym, o estetyce, która ma zakryć metafizyczną pustkę. W tej nowej, błyszczącej religii, jedynym prawdziwym potępieniem jest wygaśnięcie sezonowej wyprzedaży, a jedynym końcem świata – zamknięcie bezpłatnego parkingu. I tak jak w kościele, kogoś znajomego spotkamy, porozmawiamy. Pokażemy się w nowej stylizacji lub z nowym partnerem lub partnerką. Jak na społecznym wybiegu modelek.

I tak oto, w każdą niedzielę (sobotę, piątek i dzień powszedni), maszerujemy karnie ku szklanym drzwiom, szukając sensu między półką z elektroniką a działem z odzieżą sportową, modląc się skrycie, by limit na koncie okazał się tak nieskończony jak nasze pragnienia.

A co jest na zdjęciu, rozpoczynającym niniejszy wpis? Piękna i ekskluzywna porcelana w muzeum. Wspomnienie dawniejszego luksusu. 

13.04.2026

Wolność akademicka jest jak roślina wymagająca ciągłej pielęgnacji



Wolność akademicka nie jest dana raz na zawsze. To nie jest pamiątkowy medal wręczany na inauguracji roku akademickiego, który potem można odłożyć do szuflady i od czasu do czasu odkurzyć. Wolność akademicka jest raczej jak żywy organizm – kruchy, wymagający troski, stale narażony na presję środowiska (na pasożyty, patogeny, roślinożerców, załamania pogody i klęski ekologiczne). Biolog biolog do opisu rzeczywistości społecznej wykorzystuje analogie biologiczne. W naturze nic nie trwa bez wysiłku. Do każdego ekosystemu ciągle wnikają gatunki obce i gatunki inwazyjne. Lub ujawniają się te z glebowego banku nasion. Powracają te z przeszłości. Stabilność i homeostaza ekosystemu są pod nieustanną presją. Podobnie uniwersytet, jeśli nie pielęgnuje kultury dyskusji i kolegialności, zaczyna zarastać gatunkami centralizmu i autorytaryzmu. Uniwersytet jest jak pole uprawne, wymaga ciągłej pracy i działań by utrzymać pożądaną uprawę i nie "zdziczeć". Autorytaryzm głęboko tkwi w społecznych przyzwyczajeniach gatunku o hierarchii społecznej i odruchowym nepotyzmie. A takim jest właśnie Homo sapiens.

Autorytarny centralizm ma w sobie coś uwodzicielskiego. Wydaje się szybki, skuteczny, elegancki w swojej prostocie. Wystarczy wydać polecenie, a sprawa rusza z miejsca. Nie trzeba tłumaczyć, przekonywać, wysłuchiwać wątpliwości. Rozkaz (polecenie służbowe) działa jak błyskawica – natychmiastowy, spektakularny, pozornie efektywny. Niczym magiczne zaklęcie, po wypowiedzeniu którego zachodzi czar i coś pożądanego się dzieje. Dyskusja natomiast jest jak powolne formowanie się gleby (lub formowanie się biocenozy w czasie sukcesji ekologicznej): żmudna, wymagająca czasu, cierpliwości i gotowości do zmiany własnego stanowiska. Ale to właśnie ona tworzy warunki, w których coś może naprawdę urosnąć. Coś wartościowego i kreatywnego.

W biologii znamy ten paradoks: to, co szybkie, często jest nietrwałe. Roślina posadzona w pośpiechu, bez przygotowania podłoża, może i wypuści kilka liści, ale potem zacznie marnieć. Przykłady widzimy przy nowych drogach szybkiego ruchu - posadzone duże drzewka ze szkółki na poboczach - okazałe i duże lecz najczęściej usychają w ciągu roku lub dwóch. Tymczasem roślina, której poświęciliśmy czas na dobre ukorzenienie, rośnie potem sama, bez ciągłego doglądania. Sadzenie przydrożnych drzew jest skuteczniejsze, jeśli odpowiednio wykorzystujemy samosiejki i je formujemy. Nie ma natychmiastowego efektu w postaci z daleka widocznych, dużych drzewek lecz efekt jest lepszy i trwalszy. Trawa nie rośnie dlatego, że ktoś ją ciągnie do góry za źdźbła. Rośnie, bo ma warunki. Uniwersytet działa dokładnie tak samo. Jeśli stworzymy środowisko oparte na zaufaniu, rozmowie i współodpowiedzialności, to badania, publikacje i pomysły zaczną pojawiać się spontanicznie, bez potrzeby nieustannego nadzoru.

Centralizm autorytarny w pierwszej chwili wydaje się wygodny, ale w dłuższej perspektywie jest jak urządzenie, które kupujemy w promocji i instalujemy w pięć minut. Na początku działa świetnie, lecz potem wymaga ciągłych aktualizacji, napraw, serwisowania. Tymczasem zasadzona roślina rośnie sama. Wymaga wysiłku na początku, ale później staje się samowystarczalna. Rolnik śpi, a samo mu zboże rośnie. Tak samo jest z zespołem naukowym: jeśli ludzie są zmotywowani, rozumieją sens działań i czują się współtwórcami, to nie trzeba ich pilnować, nadzorować, nieustannie kontrolować i poganiać. Sami szukają nowych dróg, sami proponują rozwiązania, sami rozwijają inicjatywy. Tutoriale efektywniejsze są od regulaminów.

Dlatego wolność akademicka wymaga nieustannej troski. Nie wystarczy raz ogłosić, że „jesteśmy wspólnotą uczonych”. Trzeba tę wspólnotę codziennie praktykować – w rozmowach na korytarzu, w recenzjach, w seminariach, w sporach o interpretacje danych. Kolegialności trzeba stworzyć warunki i czekać na efekty. Trzeba bronić kolegialności przed pokusą dworskiej sykofanii, która zawsze odradza się tam, gdzie władza koncentruje się zbyt mocno w jednym miejscu. Trzeba pokazywać wartość dyskusji, nawet jeśli jest trudna, czasochłonna i nie zawsze prowadzi do natychmiastowych rezultatów. Zawsze jednak przynosi owocną kreatywność. Jest to szczególnie ważne w szybko zmieniającym się otoczeniu społeczno-gospodarczym uniwersytetów. Wolność i kolegialność to szybsze dostosowanie się do zmieniających się warunków.

Bo wolność akademicka nie jest stanem naturalnym. Jest osiągnięciem kulturowym, które łatwo utracić. Chwasty centralizmu i autorytaryzmu wnikają szybko, czasem niezauważalnie, podszywając się pod „efektywność”, „porządek” czy „usprawnienie procesów”. A jednak to właśnie różnorodność, spór i swoboda myślenia są tym, co pozwala nauce rosnąć. Tak jak w przyrodzie – im bardziej złożony ekosystem, tym większa jego odporność.

Dlatego warto o wolność akademicką zabiegać codziennie. Nie z obowiązku, lecz z przekonania, że tylko w warunkach swobody myślenia i otwartej rozmowy nauka może naprawdę rozkwitać. I że – jak każda żywa istota – potrzebuje przestrzeni, światła i czasu, by rosnąć. Potrzebuje zaufania i cierpliwości tak, jak rośliny potrzebują ciepła, światła i wody.

Musimy mieć świadomość, że do ogrodu akademickiej wolności niezwykle łatwo wnikają nawyki centralizmu i autorytarnego zarządzania, często maskujące się pod hasłami optymalizacji czy wydajności. Jeśli przestaniemy dbać o kulturę dyskusji, jeśli uznamy, że kolegialność jest zbyt powolna dla współczesnego świata, obudzimy się w monokulturze umysłowej. A monokultury, jak wiemy z biologii, są najbardziej podatne na gwałtowne załamania i choroby. Obrona wolności akademickiej to nie jest luksus dla wybranych lecz podstawowy warunek przetrwania nauki jako żywego, ewoluującego organizmu, który potrafi odpowiadać na wyzwania przyszłości bez potrzeby trzymania go na krótkiej, administracyjnej smyczy.


Jeśli chcesz wesprzeć dyskusję i pisanie dla utrzymania wolności akademickiej to
Postaw mi kawę na buycoffee.to
To będzie mały, dyskretny znak, zachęcający do dalszego pisania. mały gest informacji zwrotnej.

8.04.2026

Letnia szkoła dla rodziców, czyli jak pomóc edukacji



Dlaczego we współczesnej szkole nauczyciele czasem mają większy problem z rodzicami niż z uczniami? Jak mądrze włączyć (lub nie wyłączać) rodziców do procesu edukacji szkolnej? Pytanie niezwykle ważne i aktualne, choć komuś mogą się wydać zaskakujące.

Niegdyś proces stawania się człowiekiem nie był samotnym wysiłkiem jednostki, lecz organicznym dziełem wspólnoty. Wychowanie odbywało się w gęstej sieci relacji rodzinnych i sąsiedzkich, w przestrzeni wielopokoleniowej, gdzie granica między dzieciństwem a dorosłością zacierała się w codziennym trudzie. Oddzielał je mniej lub bardziej wyraźny proces inicjacji. Młodzi ludzie chcąc nie chcąc pomagali w opiece nad młodszym rodzeństwem, chłonąc mimowolnie sztukę pedagogiczną nie z podręczników lecz z obserwacji i bezpośredniego uczestnictwa. Prawdziwe było wówczas stare przysłowie, że potrzeba całej wioski, by wychować jedno dziecko. Wiedza o tym, jak prowadzić drugiego człowieka przez meandry dojrzewania, była kapitałem kulturowym przekazywanym z rąk do rąk, długo i cierpliwie, w naturalnym otoczeniu społecznym. Każdy przyszły rodzic wchodził w swoją rolę z bagażem doświadczeń, który gromadził przez lata swojego dzieciństwa i młodości, zanim jeszcze sam wydał na świat potomstwo. Praktykował na cudzych dzieciach, zanim zaczął wychowywać własne. 

Dziś jednak nasza egzystencjalna architektura uległa radykalnemu przeobrażeniu. Żyjemy w mikrostrukturach, w małych, izolowanych rodzinach, często ograniczonych do modelu dwa plus jeden. Współczesny młody człowiek, dorastając jako jedynak lub w odseparowaniu od dalszej rodziny, traci szansę na naturalne nabycie kompetencji opiekuńczych. Coraz mniej interakcji różnowiekowych na podwórku i bez obowiązku opiekowania się młodszymi. Dlatego umiejętności edukacyjne stały się towarem deficytowym, a rodzicielstwo, niegdyś płynna kontynuacja ról społecznych, jawi się dziś jako skok na głęboką wodę bez wcześniejszego kursu pływania. Ta wyrwa w międzypokoleniowym przekazie wiedzy sprawia, że rodzic staje przed dzieckiem wyposażony w miłość, lecz często pozbawiony elementarnego rozumienia mechanizmów rozwoju i nauki. Za mało sam doświadczył, za mało dowiedział się w szkole i na studiach. A tu spotyka go całkiem nowe zadanie. Czuje się bezradny i z chęcią wkłada smartfon w ręce dziecka niczym grzechotkę i niańkę jednocześnie.

Ta luka kompetencyjna rodzi poważne konsekwencje dla systemu edukacji formalnej. Bez fundamentalnego zrozumienia procesu pedagogicznego, rodzic zaczyna postrzegać szkołę nie jako partnera, lecz jako usługodawcę, któremu „podrzuca” dziecko niczym zepsuty samochód do warsztatu, oczekując szybkiej i skutecznej naprawy. Ma być taki i taki: genialny, językowo i muzycznie uzdolniony, wygrywać konkursy itp. Dla kogoś, kto nie rozumie istoty kształtowania umysłu, współudział w edukacji staje się czymś obcym, trudnym i budzącym lęk. Jeśli jednak chcemy, by szkoła przestała być jedynie przechowalnią, a stała się miejscem wzrostu i rozwoju, musimy włączyć rodziców w proces tworzenia i rozumienia wiedzy pedagogicznej. Edukacja rodziców staje się zatem imperatywem naszych czasów – nie po to, by ich wyręczać, ale by przywrócić im podmiotowość i sprawczość w procesie, który bez ich świadomego wsparcia jest skazany na połowiczny sukces. Sama szkoła nie poradzi sobie z edukacją. Nie oczekujmy więc fachowców, na których scedujemy wszystkie obowiązki wychowawcze i edukacyjne niczym polecenie wyremontowania zepsutego samochodu w warsztacie.

W dobie idei uczenia się przez całe życie (lifelong learning), dokształcanie dorosłych w zakresie pedagogiki nie powinno być postrzegane jako przykry obowiązek, lecz jako nobilitacja ich roli. Pojawia się jednak pytanie: kto i w jakiej formie miałby podjąć się tego zadania? Odpowiedź drzemie w potencjale uczelni wyższych, które mogłyby stać się centrami certyfikowania kompetencji rodzicielskich. Wyobraźmy sobie nowoczesny model edukacji hybrydowej: małe, przystępne porcje wiedzy serwowane online, pozwalające na naukę w rytmie domowego życia, przeplatane z rzadka, lecz intensywnie spotkaniami w realnej przestrzeni. Dlaczego certyfikacja? A czyż dziwi nas konieczność zdobycia prawa jazdy zanim włączymy się autem w ruch drogowy?

Uczelnie, wychodząc poza wieżę z kości słoniowej, mogłyby organizować zjazdy weekendowe lub letnie szkoły wakacyjne, gdzie teoria spotykałaby się z praktyką warsztatową. Takie „studia z rodzicielstwa” nie tylko dawałyby formalne potwierdzenie kompetencji, ale przede wszystkim budowałyby nową „wioskę” – tym razem intelektualną i wspierającą się w sposób zaplanowany. Inwestycja w świadomość pedagogiczną rodziców to w istocie najskuteczniejszy sposób na uzdrowienie relacji między domem a szkołą, zamieniający bezradność w świadome towarzyszenie dziecku w jego drodze ku dorosłości.

To dopełnienie współczesnego paradygmatu wymaga jednak uświadomienia sobie, że edukacja przestała być domeną wyłącznie jednej grupy zawodowej. A w zasadzie nigdy się nie stała więc nie może przestać. Postulowany i oczekiwany podział, w którym nauczyciel posiada monopol na wiedzę i metodę, a rodzic ogranicza się do dbałości o byt materialny dziecka, ostatecznie odszedł do lamusa. Dziś sukces formacyjny młodego człowieka zależy od harmonijnego współdziałania trzech filarów: profesjonalnego przygotowania zawodowego nauczycieli, świadomej kompetencji pedagogicznej samych rodziców oraz dynamicznego wsparcia instytucji edukacji pozaformalnej. To nowa triada odpowiedzialności, w której każde ogniwo musi być równie silne, by konstrukcja nie runęła pod ciężarem wyzwań cyfrowej rzeczywistości.

Współczesny nauczyciel, choćby najlepiej wykształcony, pozostaje bezsilny, gdy jego wysiłki trafiają na mur rodzicielskiego niezrozumienia lub bierności. Dlatego przygotowanie rodzica do roli „domowego stratega edukacji” staje się tak samo istotne, jak dydaktyczny warsztat bakałarza. Musimy zacząć postrzegać kompetencje wychowawcze jako niezbędny element kapitału społecznego, którego nie nabywa się przez sam fakt posiadania potomstwa, lecz przez ustawiczny proces samokształcenia. W tym ekosystemie kluczową rolę zaczynają odgrywać także instytucje edukacji pozaformalnej – centra nauki, biblioteki, organizacje pozarządowe czy wspomniane wcześniej ośrodki akademickie. To one stają się współczesnymi agorami (podwórkami), na których rodzic, nauczyciel i dziecko mogą spotkać się poza sztywnym gorsetem ocen i programów.

Wizja ta zakłada, że proces kształcenia jest wspólną podróżą, w której rodzic nie jest pasażerem na gapę, lecz świadomym nawigatorem. Instytucje edukacji pozaformalnej, oferując przestrzeń do eksperymentu i dialogu, zdejmują z rodziców lęk przed szkolnym autorytaryzmem, ucząc ich jednocześnie, jak mądrze stymulować ciekawość poznawczą dziecka. W takim ujęciu edukacja staje się projektem szeroki, przenikającym każdą sferę życia, gdzie certyfikowany kompetencyjnie rodzic staje się naturalnym sojusznikiem systemu. Dopiero gdy wszystkie te strony zaczną posługiwać się wspólnym językiem pedagogicznym, szkoła przestanie być izolowaną wyspą. I stanie się sercem tętniącej życiem, uczącej się wspólnoty, która rozumie, że kształtowanie człowieka to najszlachetniejsza i najbardziej wymagająca ze sztuk.

Sądzę, że rodzicielstwa można i trzeba się nauczyć. I uniwersytety mogą się w ten proces włączyć oferując nowy, w formie i treści, sposób uczenia się rozproszonego, hybrydowego i kończącego się różnymi certyfikatami. Rodzic dyplomowany to nie brzmi jak fantazja.

7.04.2026

Historia jednej pokrywki od garnka




Stało się. Choć zapowiadało się od dawna. Najpierw jedna pokrywka się zepsuła. To ją wyrzuciliśmy. Bez jednej pokrywki od garnków da sie żyć. Ale w ciągu kolejnych lat zepsuły się dwie kolejne. I ta ostatnia przeważyła szalę. Tym razem zrobimy coś inaczej. Mała, czarna, plastikowa gałka, ten skromny łącznik między światem wrzątku a dłonią kucharza, odmówiła posłuszeństwa. Coś się ukruszyło, najpierw nieznacznie, a potem po całości. Został mi w ręku mały fragment, osierocając szklano-stalową płaszczyznę pokrywki.

I oto stajemy przed największym dylematem współczesnego człowieka: kupić, czy naprawić? Koszmar niekompletu jest bolesny i dokuczliwy. W starym paradygmacie konsumpcji sprawa była jasna. Urwany uchwyt to wyrok. Garnek bez przykrycia jest jak rycerz bez tarczy, niby potężny, ale jakoś tak mało efektywny. Marketingowy szept podpowiadałby: „Spójrz na półki sklepowe, pełno nowych i pięknych garnków. Czy nie zasługujesz na nowy, lśniący komplet z pięciowarstwowym dnem, który obiecuje nieśmiertelność?”. Kiedyś garnki psuły się szybciej, odbite emaliowane fragmenty dawały doskonały pretekst do wymiany na nowszy model. W kuchniach węglowych z fajerkami szybko zachodziły sadzą. Wyglądały brzydko i był doskonały pretekst by kupić nowe. Na kuchniach gazowych i indukcyjnych już się nie brudzą. A nowe technologie dostarczają ładnych i trwałych garnków z pięknie lśniącej stali ze szklanymi pokrywkami. Dzięki nim widać co się w garnku dzieje bez podnoszenia pokrywki za każdym razem. Ale w tych trwałych garnkach najsłabszym elementem jest uchwyt do pokrywki. Kruszy się tworzywo sztuczne i zostaje sama śruba. A bez uchwytu pokrywka staje się mało praktyczna. 

Wyrzucenie dobrego garnka z powodu usterki elementu przy pokrywce, wartego tyle, co jedna cebula, to jednak trudna do zaakceptowania rozrzutność środowiskowa. Dawniej byśmy naprawili. W czasach biedy naprawianie było koniecznością, bo w sklepach było relatywnie pusto. I technologie były prostsze, co ułatwiało reperowanie. Przecież w zasadzie wystarczyłoby przykręcić nową gałkę do przykrywki. Czasem pokrywki się uszkadzały a zostawała gałka. Wystarczyłoby taką gałkę zachować i teraz po prostu bym przykręcił. Ale ile rupieci trzeba byłoby w piwnicy gromadzić?

Nie zachowałem takiej części na zapas. Nie wiem czy i jak takową kupić. Nic tylko wykorzystać pretekst by kupić całkiem nowe garnki... z powodu urwanego uchwytu, z powodu gałki przy pokrywce. Nowe kusi. A góry śmieci rosną... Moja żona, uosobienie praktycznego ekosceptycyzmu wobec marnotrawstwa, ucięła te egzystencjalne rozważania jednym ruchem. Kupiła nową pokrywkę. Tylko ją. A w zasadzie od razu kilka, uzupełniając brakujące elementy do kuchennego kompletu trwałych garnków. 

Dlaczego to się udało? Tutaj wchodzi na scenę cichy bohater zrównoważonego rozwoju - standaryzacja. Gdyby każdy producent garnków, wiedziony narcystyczną potrzebą unikalności, tworzył pokrywki o dowolnej średnicy np., 21,37 cm lub 19,9 cm, bylibyśmy skazani na monokulturę jednej marki. Jednego modelu. Wszystko albo nic. Jednak dzięki temu, że świat umówił się na magiczne liczby: 16, 20, 24, 28 cm, nowa pokrywka „nie od kompletu” pasuje idealnie. To drobne zwycięstwo nad chaosem pozwoliło nam ocalić  prawie kilogram wysokogatunkowej stali w postaci garnka, który wciąż ma przed sobą dekady gotowania ziemniaków. Standaryzacja może czasem wydać się kłopotliwa: co mi ktoś będzie krępował moją kreatywność i pomysłowość!? Ale nie da się np. wprowadzić kaucjonowania butelek szklanych do piwa, bo każda kompania piwowarska ma swój własny wzór butelek, inne kształty, inne kolory szkła, inna wysokość i inne wytłoczone napisy. W sklepie musiałoby stać bardzo dużo skrzynek przy kasie. W rezultacie wyrzucamy ogromne ilości szkła. Straty energii, straty surowca, konieczność zagospodarowania odpadów. No cóż, jesteśmy bogaci, stać nas konsumentów i nas państwo, na taką rozrzutność. Bez standaryzacji nie uda się odwrócić tego niedobrego trendu.

Wróćmy jednak do garnkowej pokrywki. Czy możemy pójść jeszcze głębiej w ten filozoficzny nurt oszczędności? Oczywiście. Bo jeśli przyjrzymy się tej „zepsutej” pokrywce, to co tam naprawdę zawiodło? Nie szkło hartowane, nie stalowa obręcz. Zawiódł kawałek polimeru i być może zmęczona śruba. Prawdziwym szczytem zrównoważonego rozwoju byłaby wymiana samej gałki. Wymaga to jednak projektowania dla naprawy. Uchwyt musi być przykręcony prostą śrubą, a nie nitowany na stałe (co jest formą planowanego postarzania produktu). Takie pokrywki ze śrubami już są w wielu garnkach. Ponadto potrzebna jest dostępności części czyli sklepów, w których obok luksusowych zestawów leży małe pudełko z napisem: „Uchwyty uniwersalne – 2 zł”. Wtedy zamiast kupować nową pokrywkę (produkcja szkła, transport, opakowanie), wymieniamy tylko to, co faktycznie nie działa. To esencja gospodarki obiegu zamkniętego sprowadzona do skali jednej śrubki. I przydałyby się jeszcze zakłady usługowe, naprawiające zepsuty sprzęt gospodarstwa domowego.

Historia urwanej gałki uczy nas, że zrównoważony rozwój nie musi być wielką, bolesną ofiarą. Czasami to po prostu kwestia skromnego milimetra, który pasuje do drugiego milimetra. Gdy następnym razem coś w waszej kuchni powie „dość”, nie patrzcie na katalogi z nowościami. Spójrzcie na śrubkę. To właśnie w niej, w tym małym, metalowym gwincie, drzemie siła, która może uratować świat przed utonięciem w morzu niepotrzebnych przedmiotów. A stary garnek? Gotuje dalej. Nawet nie zauważył, że ma nową czapkę.

Kult nowości, który wysysamy z mlekiem rynkowych reklam, stał się niemal świecką religią. Jesteśmy tresowani do wiary, że tylko to, co lśni nieskażoną gładkością fabrycznego lakieru, jest godne naszej uwagi. Podczas gdy przedmioty noszące ślady użytkowania – te z „duszą” lub po prostu z zadrapaniem – budzą w nas lęk przed społeczną degradacją. To swoiste błędne koło, w którym poczucie własnej wartości budujemy na fundamencie kartonowych pudeł z nowym sprzętem, zapominając, że prawdziwa wolność zaczyna się tam, gdzie kończy się przymus kupowania. Alternatywa w postaci naprawiania i ponownego wykorzystywania przedmiotów, czyli szlachetny reusing, to nie jest jedynie powrót do oszczędności naszych babć i mojej młodości, ale akt buntu przeciwko bylejakości. Gdy decydujemy się na wymianę wspomnianej gałki w pokrywce zamiast wyrzucenia całego zestawu naczyń, wykonujemy gest niemal rewolucyjny, deklarując, że materia ma dla nas znaczenie większe niż chwilowy impuls posiadania.

Gdzie jednak szukać pomocy w tej walce o drugie życie przedmiotów, gdy nasze własne dłonie, odzwyczajone od trzymania śrubokręta, potrafią jedynie przesuwać palcem po ekranie smartfona? Tutaj otwiera się fascynująca przestrzeń dla nowej miejskiej przestrzeni społecznej. Miejsca naprawy, te nowoczesne świątynie zaradności, mogłyby rozkwitnąć w przestrzeniach, które już znamy i lubimy. Wyobraźmy sobie biblioteki, w których obok regałów z literaturą piękną stoją szafki z narzędziami, domy kultury tętniące życiem nie tylko podczas lekcji tańca, ale i przy warsztatowych stołach, czy kawiarnie, gdzie zamiast bezmyślnego scrollowania telefonu, wspólnie pochylamy się nad zepsutym czajnikiem. I takie miejsca w wielu częściach świat już powstały i działają. To nie tylko kwestia technicznej usterki, to szansa na odrodzenie wspólnotowości, której tak dotkliwie nam brakuje w naszych izolowanych, sterylnych mieszkaniach.

Taka nowa formuła spotkań byłaby współczesnym odpowiednikiem dawnego darcia pierza czy wspólnego łuskania fasoli, tych rytualnych czynności, które przez wieki budowały więzi sąsiedzkie pod pretekstem prozaicznej pracy. Zamiast samotnie klikać w przycisk „dodaj do koszyka”, moglibyśmy spotkać się przy stole, pić kawę, jeść ciasto domowe i wymieniać się doświadczeniem. I oczywiście rozmawiać ze sobą w kontakcie bezpośrednim. Ktoś potrafi naprawić kabel, ktoś inny wie, jak uszczelnić cieknący zawór, a jeszcze inny po prostu trzyma latarkę i opowiada dowcipy. W takim modelu naprawianie staje się jedynie pretekstem do bycia razem, do poczucia, że jesteśmy częścią czegoś trwalszego niż jeden sezon promocyjny. W świecie, który chce byśmy bezustannie konsumowali w samotności, wspólne przykręcanie nowej gałki do starej pokrywki staje się najprostszą drogą do odzyskania nie tylko sprawnych garnków, ale i nas samych.

4.04.2026

O traszce z Lasu Miejskiego w Olsztynie

Samiec traszki zwyczajnej.
 

Pod koniec marca wybrałem się do Lasu Miejskiego w Olsztynie by zobaczyć czy a jeśli tak to ile wody zebrało się w tamtejszych małych zbiornikach okresowych. Woda była, ale nie we wszystkich, nie było prawie wcale w moim ulubionym dziwogłówkowym (tam, gdzie utrzymywała się dziwogłówka wiosenna). I nie był to poziom maksymalny, jaki znałem z dawniejszych lat. Życie dopiero się budziło po zimie. Żab moczarowych jeszcze nie widziałem, były za to planktoniczne skorupiaki – oczliki. Oraz małe larwy komarów (ci szybcy kolonizatorzy już rozpoczęli cykl życiowy). Łatwo było zauważyć także czerwone wodopójki. Larw chruścików jeszcze nie widziałem, ani z rodzaju Limnephilus ani Glyphotaelius pellucidus. W niektórych zbiornikach był jeszcze lód i śnieg (zdjęcie niżej). Może gdyby jeszcze teraz popadało, to wody by przybyło. Strumyk łączący zbiorniczki był suchy. Na końcu tego strumienia, przepływającego przez kilka zbiorników okresowych, znajduje się wspomniany zbiornik dziwogłówkowy. Ale skoro woda nie spływa, to on pozostaje praktycznie suchy. Nawet jak woda się pojawi to szybko będzie coraz cieplej, a dziwogłówki zginą, gdy woda będzie miała powyżej 10 stopni. To relikty polodowcowe.

Spotkałem natomiast samca traszki zwyczajnej, co mnie bardzo ucieszyło. Traszki te w zbiornikach wodnych pojawiają się już w marcu. I co ciekawe. Samce docierają średnio o 7 dni wcześniej od samiczek (zimują bliżej by być pierwszymi). I takiego właśnie samca spotkałem w jednym ze zbiorników. Ucieszyłem, że są, że przetrwały. Oczywiście po przezimowaniu osobniki dorosłe wchodzą do wody w zależności od pogody. Czasem już w lutym a sporadycznie nawet w czerwcu.

Zbiorniki w Lesie Miejskim obserwuję już od ponad 40 lat, koncentrując się głównie na chruścikach. Ale bohaterem niniejszego artykuliku jest traszka zwyczajna. Dawniej traszki zwane były trytonami. Tryton w mitologii greckiej był półczłowiekiem–półrybą, istotą wodną. Traszki, jako płazy prowadzące wodno‑lądowy tryb życia, kojarzono z tym mitycznym wizerunkiem. Nazwa ta zachowała się w nazwie rodzajowej naszych traszek – Triturus i Lissotriton (a dawniej także nazwa rodzajowa Triton). W starych książkach znaleźć można również nazwy: trzaska ora salamandra wodna.

Moje pierwsze spotkania z traszkami miały miejsce wtedy, gdy byłem małych chłopcem. Widywałem je w maleńkich zbiornikach, także tych zasypywanych gruzem i śmieciami. Trwały jak ostatni Mohikanie w zanikającym środowisku. Potem założyłem akwarium na balkonie do hodowli rodzimych gatunków owadów wodnych. Przynosiłem różne skorupiaki, dafnie, oczliku i rośliny wodne. Pewnego razu zobaczyłem dziwne małe zwierzę w moim akwarium. Trochę czasu zajęło mi odkrycie, że to larwa traszki. Żyła i rosła na moich oczach. Najpewniej niechcący przyniosłem jajo traszki na jakiejś roślinie wodnej. Samica składa jaja pojedynczo i zawija je fragmentem liścia. Dzięki temu jest niewidoczne dla potencjalnych drapieżników.

Potem już w pracy zawodowej, wielokrotnie traszki widywałem w czasie moich badań hydrobiologicznych, zarówno dorosłe jak i larwy. Widywałem je także na chodniku, gdy idąc do pracy przechodziłem obok dawnego jeziora Płociduga Mała. Niektóre były martwe, zapewne niechcący rozdeptane przez pieszych. Ale kiedy na żądanie dewelopera osuszono odnawiające się jeziorko i wszystko wyschło na kilka lat, to traszki zniknęły razem z żabami. Zrobiło się cicho i smutno. Niedawno osiedliły się tu bobry i woda powróciła. Ale płazów jeszcze nie widać. Drogi i chodniki wokół jeziorka są bardzo szczelnymi barierami, utrudniającymi rekolonizację. Łatwo zniszczyć, naprawić jest dużo trudniej. Bobry robią swoje, ale bariery w migracji są ogromne, bo miasto się rozrasta. Co raz się przez głupotę i pazerność straci, potem bardzo trudno odzyskać.

W krainie tysiąca jezior, gdzie wilgotne olsy i śródleśne oczka wodne tworzą unikalny mikroklimat, żyje jeden z najbardziej niedocenianych architektów lokalnej bioróżnorodności – traszka zwyczajna (Lissotriton vulgaris starszy synonim - Triturus vulgaris). Choć na pierwszy rzut oka może wydawać się skromnym, brązowawym stworzeniem, przemykającym w ściółce, jej biologia to fascynujące studium adaptacji, które czyni ją biologicznym łącznikiem między światem wody a lądu. To stworzenie o dwóch naturach, które co roku przechodzi metamorfozę godną mitycznych opowieści, dostosowując swój organizm do skrajnie różnych warunków środowiskowych.

Życie traszki zwyczajnej jest nierozerwalnie związane z rytmem pór roku, co w surowszym klimacie północno-wschodniej Polski jest szczególnie widoczne. Wiosną, gdy lody na warmińskich i mazurskich rozlewiskach puszczają, traszki budzą się z zimowego letargu w podziemnych norkach i ruszają w stronę wody. To właśnie wtedy następuje najbardziej spektakularny etap ich biologii. Samiec, dotąd niepozorny, przeobraża się w "wodnego smoka" – wykształca wysoki, pofałdowany grzebień godowy, a jego podbrzusze nabiera intensywnie pomarańczowej barwy z wyraźnymi, ciemnymi plamami. Czasem niektórzy ludzie pytają czy u nas życia salamandry plamiste. Nie, to nasze zwyczajne traszki w szacie godowej.

Ta przemiana nie jest jedynie estetyczna; silnie unaczyniony grzebień zwiększa powierzchnię wymiany gazowej, pozwalając zwierzęciu dłużej przebywać pod wodą podczas skomplikowanych tańców godowych. Samiec nie posiada narządu kopulacyjnego, więc zapłodnienie odbywa się poprzez przekazanie spermatoforu, który samica podejmuje po serii rytualnych uderzeń ogonem, nasycających wodę feromonami.

Ekologia tego gatunku opiera się na balansie między czystością wód a strukturą lasu. Samica wykazuje niezwykłą precyzję podczas składania jaj, każde z osobna zawijając w liść rośliny wodnej, co chroni embrion przed promieniowaniem UV i drapieżnikami. Z jaj wykluwają się larwy wyposażone w pierzaste skrzela zewnętrzne, przypominające miniaturowe pióropusze. Larwa wygląda jak miniaturowy aksolotl. Przez kilka miesięcy te drapieżne larwy pełnią ważną rolę w ekosystemie, kontrolując populacje larw komarów i drobnych skorupiaków. Jednak wraz z końcem lata następuje kolejna transformacja – skrzela zanikają, skóra grubieje, a młode traszki, opuszczają wodę, by rozpocząć skryte życie lądowe w wilgotnych mchach i pod spróchniałymi kłodami w lasach i parkach.

Niestety, mimo swojej nazwy, traszka zwyczajna staje się w polskim krajobrazie coraz mniej zwyczajna, coraz mniej powszechna. Jej przetrwanie nie tylko na Warmii i Mazurach jest bezpośrednio zagrożone przez osuszanie małych zbiorników wodnych oraz zarybianie niewielkich oczek, gdzie ryby szybko eliminują populację płazów. Jako bioindykator, traszka swoją obecnością świadczy o wysokiej jakości środowiska i zachowaniu naturalnych korytarzy ekologicznych. Zrozumienie, że ten mały płaz jest kluczowym ogniwem w łańcuchu pokarmowym, łączącym energię ekosystemów wodnych z lądowymi, pozwala nam spojrzeć na mazurskie mokradła nie tylko jako na malowniczy krajobraz, ale jako na precyzyjnie nastrojoną maszynerię życia, w której każdy "zwyczajny" mieszkaniec pełni nadzwyczajną rolę. Trzeba tylko odrobiny uważności i wyobraźni by to dostrzec.

Ochrona traszki zwyczajnej w województwie warmińsko-mazurskim to zadanie o tyle wdzięczne, co wymagające, ponieważ region ten dysponuje ogromnym potencjałem siedliskowym, który jednak ulega fragmentacji. Działania ochronne muszą skupiać się na dwóch filarach: zachowaniu czystych, małych zbiorników wodnych oraz zapewnieniu bezpiecznych korytarzy migracyjnych na lądzie.

Traszki nie potrzebują wielkich jezior, lecz płytkich, nasłonecznionych oczek wodnych, które szybko się nagrzewają. Zawsze są to wody stojące i przynajmniej częściowo nasłonecznione. Można je spotkać w wiosennych zbiornikach okresowych, torfiankach, gliniankach, zbiornikach powyrobiskowych w żwirowniach. Także w zbiornikach utworzonych przez bobry. Wszędzie tam, gdzie nie ma ryb. Nawet w przydomowych oczkach wodnych. Warto więc o takie zadbać i cieszyć się widokiem płazów oraz owadów wodnych. Rzadziej można je spotkać w starorzeczach czy małych stawach rybnych.

Traszki, tak jak wszystkie płazy, są zwierzętami dwuśrodowiskowymi. Rozwój następuje w wodze a dorosłe żyją na lądzie. Wraz z globalnym ociepleniem oraz antropogenicznym przekształcaniem krajobrazu znikają ich siedliska rozrodu. Należy zatem powstrzymać zasypywanie śródpolnych i śródleśnych zagłębień terenu wypełnionych wodą. Nawet okresowe kałuże czy głębokie koleiny na polnych i leśnych drogach, które trzymają wodę do lipca, mogą być kluczowymi miejscami rozrodu dla traszek.

Najlepiej rozwijają się w zbiornikach bez ryb, zatem jeśli nie suwanie ryb, to przynajmniej nie wprowadzanie ich do kolejnych zbiorników. Ryby (szczególnie gatunki inwazyjne jak karaś srebrzysty) zjadają skrzek i larwy traszek. Zbiornik "bezrybny" to dla płazów bezpieczna przystań. Larwy traszek są drapieżnikami, zjadają głównie larwy owadów i planktoniczne skorupiaki (w tym larwy komarów). Larwy przeobrażają się w drugiej połowie lata. Dojrzałość płciową osiągają po pierwszym lub drugim zimowaniu. Przez dwa-cztery lata żyją w środowisku lądowym. Czasem larwy zimują  w środowisku wodnym. Wtedy mogą osiągną duże rozmiary. Osobniki dorosłe opuszczają zbiorniki wodne po rozrodzie z końcem czerwca lub w lipcu i żyją na lądzie. Prowadzą nocny tryb życia i preferują siedliska wilgotne. Zimę spędzają w kryjówkach ziemnych, czasem nawet gromadnie. Traszka w środowisku naturalnym może dożyć nawet 9 lat.

Jeśli chcemy by w naszej okolicy żyły traszki i mamy mały zbiornik ogrodowy, to wokół zbiornika należy zostawić pas nieskoszonej trawy i krzewów o szerokości co najmniej 5–10 metrów. Chroni to wodę przed spływem nawozów sztucznych i pestycydów z pól, które są zabójcze dla delikatnej skóry płazów.

Modne są hotele dla owadów to teraz pora na wylansowanie mniej widowiskowych lecz bardzo potrzebnych "lądowych hoteli dla traszek". Dorosła traszka spędza większość roku na lądzie, gdzie szuka wilgoci i schronienia przed słońcem oraz drapieżnikami. Spróchniałe kłody, sterty gałęzi czy kupa kamieni to dla traszek dobre miejsca do bytowania i zimowania. W ogrodach i lasach warto tworzyć tzw. pryzmy ekologiczne. Trawnik krótko przystrzyżony jak pole golfowe jest dla traszki barierą trudną do przebycia (ryzyko wyschnięcia i ataków ptaków). Tworzenie "dzikich zakątków" pozwala im bezpiecznie przemieszczać się między wodą a kryjówką. To są korytarze ekologiczne niezbędne do migracji tych zwierząt.

Dla wszystkich płazów, w tym i traszek, dużym problemem jest przecięcie szlaków migracyjnych drogami asfaltowymi. Problemem jest także zwiększony ruch pojazdów kołowych. W miejscach masowych wędrówek płazów (zauważalnych wiosną po opadach deszczu) warto wnioskować do lokalnych zarządów dróg o montaż stałych wygrodzeń i przepustów pod jezdnią. Studzienki kanalizacyjne, piwnice i niezabezpieczone wykopy często stają się dla traszek (oraz innych małych zwierząt) śmiertelną pułapką. Proste rozwiązanie to montaż drobnych siatek na wpustach deszczowych lub umieszczanie "drabin" (pochylonych desek, gałęzi) w zagłębieniach, by zwierzęta mogły samodzielnie wyjść.

Wiele szkód dla lokalnej bioróżnorodności wynika z niewiedzy, a nie ze złej woli. Każdy z nas może coś zrobić. Zachęcam do zgłaszania stanowisk traszek do regionalnych dyrekcji ochrony środowiska (RDOŚ), bo to pomaga uwzględnić te tereny w planach zagospodarowania przestrzennego. Przydadzą się także społeczne kampanie informacyjne. Uświadamianie, że traszka jest naturalnym sojusznikiem w walce z komarami (jedna larwa traszki zjada setki larw komarów), drastycznie zmienia nastawienie lokalnych społeczności do ochrony podmokłych terenów.

Z pomocą AI przygotowałem instrukcję budowy „Hotelu dla płazów”, czyli bezpiecznego zimowiska i schronienia lądowego, które pomoże traszkom przetrwać najtrudniejszy czas. Najlepszym terminem na budowę jest późne lato lub wczesna jesień, zanim płazy zaczną szukać miejsc do hibernacji (zwykle to przełom września i października).

Wybierz najchłodniejszy, najwilgotniejszy kąt ogrodu lub działki. Idealnie, jeśli jest to miejsce blisko oczka wodnego, kępy paproci lub gęstych krzewów. Miejsce nie powinno być przekopywane ani intensywnie użytkowane. Wykop dół o głębokości ok. 30–50 cm i powierzchni ok. 1 m². Głębokość jest kluczowa – poniżej linii przemarzania gruntu traszki są bezpieczne zimą. Następnie wypełnij dno warstwą grubego żwiru lub tłucznia (ok. 10 cm), aby woda nie stała wewnątrz schronienia. Do dołu wrzuć duże kamienie, kawałki cegieł, potłuczone donice ceramiczne i grube gałęzie lub kawałki drewna (najlepiej dębowego lub olchowego, które wolno próchnieją). Układaj je luźno! Kluczem są szczeliny i korytarze między elementami. To tam traszki będą się wciskać, by znaleźć stałą temperaturę. Wolne przestrzenie między większymi elementami wypełnij mniejszymi gałązkami, suchymi liśćmi (najlepiej dębowymi lub bukowymi, bo nie gniją tak szybko) oraz mchem. To stworzy warstwę „kołdry”, która zatrzyma ciepło ziemi. Całość przykryj wykopaną wcześniej ziemią (nie ubijaj jej zbyt mocno!). Na wierzchu ułóż darń, posadź rośliny cieniolubne (np. dąbrówkę rozłogową lub paprocie) lub po prostu przykryj grubą warstwą kory i liści. Zostaw kilka bocznych wejść – małych otworów między kamieniami, przez które traszki dostaną się do środka.

Drewno, użyte do wypełnienia zagłębienia, musi być surowe. Nigdy nie używaj podkładów kolejowych (zawierają toksyczny kreozot) ani drewna impregnowanego chemicznie. Teraz będzie potrzebna cierpliwość. Płazy mogą nie zasiedlić hotelu pierwszej nocy. Raz zbudowanego schronienia nie rozbieraj, by sprawdzić, czy ktoś tam jest – szczególnie od listopada do marca, gdy płazy są w stanie odrętwienia. Takie schronienie to nie tylko dom dla traszek, ale też dla ropuch, jaszczurek, a nawet owadów i jeży. Takiego hotelu nie widać ale jest bardzo użyteczny.

Koniec marca, jeszcze miejscami utrzymuje się lód. Ale już traszki zasiedlają ten zbiornik.

Poszerzona wersja felietonu radiowego z cyklu "Tłumaczymy świat". Zebrane felietony Radiowe: https://radioolsztyn.pl/tlumaczymy-swiat-felietony-stanislawa-czachorowskiego/01778309
Na antenie Radia Olsztyn w środy o godz.. ok. 9.40, powtórka o ok. 18.40.

2.04.2026

Ciało wie lepiej - książka o systemie immunologicznym

Ciało wie lepiej.
Przewodnik po nowoczesnej nauce o odporności.
Lubię czerpać wiedzę z pierwszej ręki czyli prosto od naukowców. Podstawy działania układu odpornościowego poznałem już w szkole średniej, potem poszerzałem na zajęciach na studiach biologicznych. Sporo w mojej głowie zostało, ale dużo informacji już uleciało. A jeszcze więcej nigdy nie poznałem. Dlatego z dużą ciekawością sięgnąłem po „Ciało wie lepiej” Johna Trowsdale. Książka, która właśnie się ukazała. Jest obszerna, akurat ją czytam. I jestem bardzo zadowolony sposobem opowiadania. Autor nie tylko przejrzyście wyjaśnia, ale i odwołuje się do historii odkryć. Jest to więc nie tylko aktualna wiedza ale i opowieść o tym, jak ludzkość odkrywała system odpornościowy. Wiedza rzetelna z pierwszej ręki od naukowca, który sam w takich badaniach przez wiele lat uczestniczył.

Książka Johna Trowsdale’a to jeden z tych tytułów, które czyta się z rosnącym zdumieniem, jakby ktoś uchylił drzwi do tajnego laboratorium, w którym od milionów lat trwa nieprzerwana, cicha praca - praca naszego własnego układu odpornościowego. Ciało wie lepiej jest opowieścią o systemie, który nie tylko broni, ale przede wszystkim rozpoznaje, interpretuje, pamięta i uczy się. A robi to z finezją, której nie powstydziłby się najlepszy biologiczny strateg lub profesor biologii.

Trowsdale pisze jak naukowiec, który całe życie spędził, zaglądając w molekularne zakamarki odporności, ale jednocześnie jak narrator, który potrafi zawiłe procesy przełożyć na obrazy i historie. Historie odkryć naukowych. Nie ma tu suchego wykładu. Zamiast tego dostajemy intrygującą podróż po świecie biologii i organizmu, od pierwszych ewolucyjnych prób odróżnienia swojego od obcego, przez subtelne mechanizmy działania limfocytów, aż po współczesne wyzwania: choroby autoimmunologiczne, nowotwory, pandemie i starzenie się organizmu. Autor nie ucieka od trudnych tematów, ale też nie popada w katastrofizm. Raczej pokazuje, jak niezwykle złożony i jednocześnie kruchy jest system, który codziennie utrzymuje nas przy życiu.

Największą siłą tej książki jest sposób, w jaki łączy precyzję naukową z ludzką ciekawością. Trowsdale nie tylko tłumaczy, jak działają komórki odpornościowe. On opowiada o ich „motywacjach”, ich „logice”, ich ewolucyjnych kompromisach. Dzięki temu czytelnik zaczyna patrzeć na własne ciało jak na dynamiczny ekosystem, w którym nic nie dzieje się przypadkiem. Wiele elementów powiązanych ze sobą wieloma zależnościami. Bo wszystko ze wszystkim jest powiązane i wszystko ze wszystkiego powstaje. To perspektywa, która szczególnie mocno wybrzmiewa po doświadczeniach pandemii COVID-19, gdy immunologia nagle stała się tematem codziennych rozmów, często pełnych uproszczeń i mitów. Ta książka jest świetnym antidotum na powierzchowne myślenie o odporności. Oraz na różne teorie spiskowe.

Polskie wydanie z 2026 roku ma jeszcze jedną zaletę: trafia do czytelnika w momencie, gdy rośnie potrzeba rzetelnej, ale przystępnej wiedzy biologicznej. To lektura, która może zainspirować studentów, nauczycieli, licealistów ale też każdego, kto po prostu chce zrozumieć otaczający nas świat. Dlaczego czasem chorujemy, a czasem nie? I dlaczego odpowiedź na to pytanie jest znacznie bardziej fascynująca, niż mogłoby się wydawać w pierwszej chwili

To książka, którą warto mieć na półce (albo wypożyczyć z biblioteki), ale przede wszystkim warto ją przeczytać. Bo po lekturze zaczyna się patrzeć na własne ciało z nowym rodzajem szacunku, jak na sprytnego, doświadczonego sojusznika, który naprawdę wie lepiej. Oczywiście taki sposób pisania to antropomorfizm narracyjny. To zabieg literacki a nie sposób myślenia o świecie. Z tymi antropomorfizmami po prostu łatwiej jest drugiemu człowiekowi wyjaśnić zawiłe zależności naszego organizmu i naszego systemu odpornościowego.

Trowsdale prowadzi czytelnika przez układ odpornościowy tak, jakby oprowadzał po ogromnym, tętniącym życiem mieście, którego mieszkańców zwykle nie zauważamy. A przecież to właśnie one - komórki, białka, sygnały chemiczne  -  codziennie decydują o naszym zdrowiu. Lub o chorobie. Kiedy czytamy, że odporności nie da się zobaczyć ani dotknąć, a mimo to działa nieprzerwanie, zaczynamy rozumieć, jak niezwykły jest to system. Właśnie ta niewidzialność sprawia, że immunologia wydaje się niezrozumiała magią, dopóki ktoś nie pokaże nam przejrzystych praw i zależności. Trowsdale robi to z precyzją badacza i lekkością popularyzatora. Nauka nie jest magią choć jest fascynująca i zadziwiająca. Uwielbiam literaturę faktu, w tym biologiczne książki popularnonaukowe. I czytam je "do poduszki".

Autor zaczyna od podstaw: skąd układ odpornościowy wie, kiedy wkroczyć do akcji, jak rozpoznaje wrogów i dlaczego czasem się myli. W jego opowieści limfocyty nie są już anonimowymi komórkami, lecz bohaterami o wyraźnych rolach i zadaniach. Zrozumienie ich działania nie wymaga specjalistycznego przygotowania. Wystarczy zwykła, ludzka ciekawość. Choć trzeba się liczyć z dużą porcją całkiem nowych informacji. 

Pierwsza część książki to fascynujący spacer po mechanizmach obronnych, które działają szybciej, sprawniej i inteligentniej, niż moglibyśmy przypuszczać. Trowsdale pokazuje, jak odporność radzi sobie z bakteriami, wirusami, pasożytami, a nawet z komórkami nowotworowymi, które próbują ukryć się wśród „swoich”. I wyjaśnia skąd się bierze sepsa.

Druga część jest bardziej refleksyjna, bo dotyczy momentów, w których ten niesamowity system zaczyna działać przeciwko nam. Choroby autoimmunologiczne, przewlekłe stany zapalne, wpływ starzenia, otyłości i stresu - wszystko to autor tłumaczy z naukową rzetelnością. Szczególnie interesujące są fragmenty o tym, czego nauczyliśmy się, badając inne gatunki. Trowsdale przypomina, że odporność nie jest wynalazkiem człowieka, lecz efektem milionów lat ewolucji biologicznej, a mikroorganizmy bywają naszymi najlepszymi nauczycielami.

W tle pobrzmiewa echo pandemii COVID‑19, która sprawiła, że immunologia trafiła na pierwsze strony gazet, ale też stała się polem nieporozumień i uproszczeń. Trowsdale nie moralizuje, nie straszy, nie obiecuje cudownych recept. Zamiast tego daje czytelnikowi narzędzia do myślenia oraz pokazuje, jak działa system, który potrafi uczyć się i zapamiętywać. Pokazuje jak niewielka liczba genów może wygenerować miliardy przeciwciał oraz jak ciało (nasz złożony organizm) samo się naprawia. To wiedza, która porządkuje chaos i pozwala zrozumieć, dlaczego czasem chorujemy, a czasem nie.

Recenzenci - od profesorów immunologii po praktykujących lekarzy - podkreślają, że ta książka „układa odporność w głowie”. I rzeczywiście, po lekturze nagle wszystko zaczyna mieć sens. Choć trzeba zapamiętać wiele faktów i całkiem nowych nazw. Infekcje, stany zapalne, pomyłki układu odpornościowego, to już nie tajemnicze zjawiska, lecz elementy większej, logicznej całości. Trowsdale nie tylko tłumaczy, ale też przywraca zaufanie do własnego ciała. Pokazuje, że w większości sytuacji naprawdę „wie lepiej”. Bo przyroda to sprawny system, doskonalony przez setki milionów lat ewolucji.

To jedna z tych książek, które czyta się z przyjemnością, a odkłada się ją z poczuciem, że świat, nawet ten mikroskopijny, stał się bardziej zrozumiały. Jeśli interesujesz się biologią, medycyną, zdrowiem albo po prostu chcesz wiedzieć, jak działa ludzki organizm, ta książka będzie dla Ciebie jak rozmowa z mądrym, cierpliwym przewodnikiem. I nie będzie to krótka rozmowa. Bo opisywane pozycja liczy 472 strony (łącznie z przypisami) małego formatu. A jeśli uczysz, popularyzujesz naukę lub pracujesz ze studentami, znajdziesz tu nie tylko wiedzę, ale i inspirację jak te złożone zjawiska opowiedzieć prościej.

To lektura, która nie tylko informuje, ale też zachwyca. Układ odpornościowy po tej książce przestaje być abstrakcją - staje się bohaterem codziennego życia. I trudno się nie zgodzić z Trowsdale’em, gdy mówi: „Cudowne jest to, że nasze ciało samo się naprawia”.

Ciało wie lepiej. Przewodnik po nowoczesnej nauce o odporności. Autor  John Trowsdale. Wydawnictwo Sensus, wydana w 2026 roku, premiera 10 marca.