Profesorskie Gadanie
Nowa odsłona bloga Profesorskie Gadanie. Pisanie i czytanie pomaga w myśleniu. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie opowiadam. Dr hab. Stanisław Czachorowski, prof UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii, Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie
6.08.2026
Jagiellonka i zjazd absolwentów – spotkanie z przeszłością czy rozmowa o przyszłości?
Na zjazd absolwentów Liceum im. Władysława Jagiełły w Płocku, zorganizowany z okazji 120-lecia szkoły, jechałem z autentyczną radością. Nie był to tylko sentymentalny powrót do miejsca młodości. Lata licealne należą do tych okresów życia, które w dużej mierze nas ukształtowały. To wtedy rodzą się przyjaźnie na całe życie, pojawiają się pierwsze miłości, pierwsze fascynacje nauką, literaturą czy sztuką, dojrzewają marzenia o przyszłości. Nic więc dziwnego, że zjazd miał dla mnie znaczenie szczególne. Do mojej ukochanej Jagiellonki zawsze wracam z dużą radością i sympatią. Nawet jak tylko przechodzę obok budynku. Wspominam bardzo często.
Jeszcze przed przyjazdem skrzyknęliśmy się internetowo z dawną klasą. Nie wszyscy zdążyli się zapisać, bo chętnych na jubileusz było więcej niż miejsc na auli. Dodatkowo rozstawiono duże ekrany i transmitowano uroczystość do dodatkowych sal. Spotkało się nas kilkanaścioro z dawnej klasy. Rozmowy zaczęły się jednak wcześniej – już w pociągu. Okazało się, że do Płocka jedzie wiele osób, jedni samotnie, inni całymi grupami. W moim przedziale była starsza pani. Jak się szybko w czasie rozmowy okazało to koleżanka ze starszego rocznika. Po kilku minutach rozmowy zniknęła bariera wieku. Łączyło nas przecież to samo miejsce, niektórzy nauczyciele, podobne wspomnienia. Pomyślałem wtedy, że zjazd absolwentów zaczyna się nie w szkolnej auli, lecz już w drodze, kiedy przypadkowi współpasażerowie odkrywają, że należą do tej samej wspólnoty pamięci.
Samo spotkanie klasowe było wspaniałe. Czas nie wymazał dawnych więzi. Wystarczyło kilka minut, by wrócił dawny sposób żartowania, wspominania nauczycieli, szkolnych wycieczek czy pierwszych młodzieńczych sukcesów i porażek. Oczywiście każdy z nas przyjechał już z własnym życiorysem: jedni zostali lekarzami, inni nauczycielami, prawnikami, przedsiębiorcami, naukowcami, inżynierami. Niektórzy mieszkają daleko, inni pozostali blisko rodzinnego miasta. Łączyło nas jednak poczucie, że wszyscy wyrastamy z tego samego korzenia. To nie było tylko wspomnienie młodości.
Zjazd pozostawił we mnie wiele ciepłych wspomnień, ale także kilka refleksji krytycznych. Piszę o nich nie po to, by kogokolwiek oceniać. Sądzę raczej, że dotyczą one wielu podobnych uroczystości organizowanych w Polsce. Może ktoś z takiego feed backu skorzysta. Jednym z głównych punktów programu była oficjalna akademia. Według programu miała trwać dwie i pół godziny. Był upalny czerwcowy dzień, aula wypełniona po brzegi, a uczestnicy siedzieli bez przerwy na auli (w moich czasach powstała i pamiętam jak wnosiliśmy foteliki). Długie przemówienia przeplatały się z wręczaniem odznaczeń, dyplomów i podziękowań. Dopiero później zaplanowano występy młodzieży. Zabrakło choćby krótkiej przerwy i wyraźne wydzielenie występów artystycznych młodzieży. A na pewno napracowali się sporo. Może pomyśleli, że absolwenci zajęli się sami sobą i o nich zapomnieli, że nie byli zainteresowani występami młodzieży? A przecież to nie jest prawda!
Nie dotrwałem do końca akademii. Widziałem, że wielu absolwentów również wychodziło wcześniej. Było gorąco i już nudno. Ile można słuchać ważnych przemówień? Szkoda było zwłaszcza uczniów przygotowujących program artystyczny. To oni ponieśli konsekwencje zmęczenia publiczności, choć przecież nie oni byli jego przyczyną. Pomyślałem wtedy, że dobra organizacja wymaga nie tylko sprawnego scenariusza, lecz przede wszystkim empatii. Organizator powinien stale zadawać sobie pytanie: dla kogo właściwie przygotowuję to wydarzenie? Jak odbiorą je uczestnicy? Czy tylko dla władz, by miała swoje 5 minut przed dużą publicznością?
Jeszcze większe refleksje wzbudziła we mnie narracja historyczna obecna podczas uroczystości. Było bardzo dużo martyrologii. Wojna, ofiary, bohaterstwo, poświęcenie – wszystko to jest ważnym elementem historii Polski i naszej szkoły (powstała w wyniku buntu i opuszczenia carskiej szkoły - to zawsze było dla mnie powodem do dumy). Problem pojawia się wtedy, gdy staje się niemal jedynym sposobem opowiadania przeszłości. Owszem, byliśmy bardzo dumni z naszych starszych kolegów i tablic z nazwiskami ochotników wojny roku 1920. Wiszą i codziennie są oglądane przez uczniów, i wszystkich tych, którzy odwiedzają szkołę. Jesteśmy także dumni z nauczycieli roku 1980 i roku 1981.
Ale przecież sto dwadzieścia lat historii szkoły nie składa się wyłącznie z wojen. To również tysiące zwyczajnych dni nauki. To nauczyciele cierpliwie tłumaczący matematykę, biologię czy historię. To absolwenci, którzy później zostawiali ślad jako lekarze, naukowcy, artyści, przedsiębiorcy, urzędnicy, społecznicy czy rodzice wychowujący kolejne pokolenia. Historia buduje się przede wszystkim z codzienności. Patriotyzm nie wyraża się jedynie w chwytaniu za broń. Znacznie częściej polega na uczciwej pracy, płaceniu podatków, prowadzeniu badań naukowych, pisaniu książek, leczeniu ludzi, budowaniu mostów czy wychowywaniu dzieci. Większość naszego życia upływa właśnie w takim codziennym patriotyzmie. Paradoksalnie nadmiar martyrologii osłabia jej siłę. Gdy wszystko sprowadza się do wojennych symboli, zaczynają one działać jak zbyt słodki deser podawany na każdy posiłek. Nawet najlepszy tort nie zastąpi pełnego obiadu. Przesyt rodzi znużenie, a znużenie odbiera należny szacunek sprawom naprawdę ważnym.
Nasze pokolenie dorastało w czasie pokoju. Najbardziej dramatycznym doświadczeniem był stan wojenny. Nie biegaliśmy z karabinami po lasach ani barykadach. Czy to znaczy, że nasze życie jest mniej wartościowe? Przecież także budowaliśmy Polskę – pracą, nauką, działalnością społeczną i zawodową. To również jest historia. Ważna i istotna historia.
Zastanowiło mnie także, do kogo właściwie adresowano oficjalną część uroczystości. Chwilami odnosiłem wrażenie, że absolwenci byli jedynie tłem dla prezentacji sukcesów instytucji i wystąpień zaproszonych gości. To naturalne, że szkoła chce pokazać swoje osiągnięcia i pochwalić się rozwojem. W taki sposób zabiega o niezbędne fundusze. Jednak podczas zjazdu głównymi bohaterami powinni być właśnie absolwenci – ludzie, którzy przez dziesięciolecia tworzyli historię tej szkoły swoim późniejszym życiem.
Drobiazgi organizacyjne również mają znaczenie. Dawne główne wejście do szkoły było zamknięte z powodu remontu elewacji. Dla obecnych uczniów nowe wejście jest oczywistością, ale dawni absolwenci nie mieli o tym pojęcia. Wielu błądziło wokół budynku. Wystarczyłaby czytelna informacja na stronie internetowej albo kilka tabliczek kierunkowych. To drobiazg, ale pokazuje, że organizując spotkanie ludzi wracających po kilkudziesięciu latach, warto spojrzeć na szkołę ich oczami. I warto wykorzystać siłę mediów społecznościowych, bo tam informacje szybko się roznoszą. Nawet z takim drobiazgami gdzie jest od kilkunastu lat wejście główne do szkoły.
Ogromną przyjemność sprawiło mi zwiedzanie budynku. W wielu miejscach odnajdywałem ślady własnej pamięci, choć jednocześnie widziałem, jak bardzo szkoła się zmieniła. Zniknęły stare stoły laboratoryjne (pracownia chemii), inaczej wyglądają pracownie chemiczne i fizyczne. Stary barak z pracownią biologiczną został wyburzony ale powstało nowe skrzydło. Szkoła wypiękniała. To już nie jest dokładnie ta szkoła, którą pamiętam. I dobrze. Szkoła musi się zmieniać wraz z rozwojem wiedzy i technologii. Najważniejsze jest jednak to, aby zachowała swoją tożsamość jako wspólnota ludzi uczących się od siebie nawzajem.
Coraz częściej myślę o szkole jak o ekosystemie edukacyjnym. Nie tworzą go jedynie nauczyciele i programy nauczania. Ważni są uczniowie i ich kontakty także poza lekcjami. Uczyliśmy się od siebie bardzo dużo. I to nie tylko biologii, chemii, fizyki czy matematyki. Ważną częścią tego ekosystemu są również absolwenci. Każdy z nich zabiera ze sobą cząstkę szkoły do świata, a później może przynieść z powrotem własne doświadczenia. W takim obiegu wiedzy i pamięci szkoła naprawdę żyje. O niektórych absolwentach przypominają tablice pamiątkowe. Ale może poza typową martyrologią warto pokazać zwykłych ludzi? Pozornie zwykłych. Bo to oni mogą być inspirującym wzorem dla młodego pokolenia.
Być może właśnie dlatego najcenniejszym efektem naszego spotkania nie były oficjalne uroczystości, lecz rozmowy prowadzone przy kawie, oglądanie dawnych klas, podczas spacerów po mieście i klasowych spotkań. Wyjechaliśmy z pomysłem napisania wspólnego e-booka – zbioru wspomnień o licealnych latach. Nie po to, by idealizować przeszłość, lecz by pokazać, jak szkoła wpływa na ludzkie losy. Mieliśmy poczucie, że dorastaliśmy w czasach szczególnych: między światem analogowym a cyfrowym, między PRL-em a wolną Polską. Warto tę pamięć zachować, zanim stanie się jedynie przypisem w podręcznikach historii.
Zjazd absolwentów przypomniał mi, że szkoła nie kończy się wraz z odebraniem świadectwa maturalnego. Trwa w naszych wspomnieniach, wyborach, przyjaźniach i sposobie patrzenia na świat. A jeśli tak jest, to jej historia również nie powinna ograniczać się do opowieści o wojnach. Powinna być przede wszystkim historią ludzi, którzy dzięki niej nauczyli się żyć.
5.08.2026
Lato z komarami ma swój niepowtarzalny urok
![]() |
| Śródleśny, wiosenny zbiornik okresowy. Idealne miejsce dla licznych owadów wodnych, w tym komarów. |
Ostatnio ponownie byłem pytany o komary, przez TVP2 Panorama i przez Paulinę Malecką z Gen Warmii i Mazur. Latem to popularny temat. Efekt końcowy każdego wywiadu jest zawsze współautorski. Ludwik Fleck nazwałby to kolektywem myślowym. Nie wszystkie podane przeze mnie informacje ostatecznie ukazują się na antenie telewizyjnej czy na portalu. Tak zwana ogrywka służy także redakcji do zapoznania się z tematem i nadania ogólnego klimatu wypowiedzi. Moje i redakcyjne słowa są przemieszane, powstaje mniej lub bardziej nowa jakość. Nowe brzemiennie powstałe w dialogu czego przykładem jest ten wywiad .
A cóż można nowego o komarach powiedzieć? Choćby to, że dobrze, że są komary latem, przynajmniej jest na co ponarzekać. I jest motywacja do odrobiny ruchu. Czyli w każdej sytuacji można znaleźć coś dobrego. Lato z komarami ma swój niepowtarzalny urok.
- Jak postrzega Pan stosunek społeczeństwa do komarów? Z czego, Pana zdaniem, wynika takie nastawienie?
Do komarów, jako do pasożytów odnosimy się negatywnie i
niechętnie. Owady traktujemy jako organizmy dokuczliwe. Już sama nazwa, jaką im
przed wiekami nadaliśmy, wskazuje, że wadzą, przeszkadzają. Samo ukłucie
zazwyczaj nie jest bolesne a utrata krwi na rzecz jednego komara niewielka.
Niemniej pozostaje swędzące miejsce, co przy liczniejszych ukąszeniach jest już
dużym dyskomfortem. Na dodatek komary roznoszą groźne i śmiercionośne choroby
takie jak malaria, denga czy gorączka Zachodniego Nilu i wiele innych. Na
szczęście te choroby u nas jeszcze nie występują. Komary, jako owady
krwiopijne, pasożyty zewnętrzne, są wektorami dla innych chorobotwórczych
organizmów: wirusów, pierwotniaków a nawet nicieni. Jeśli weźmiemy pod uwagę
malarię, to komary są największymi zabójcami ludzi od tysięcy lat. W naszym
regionie takiego zagrożenia nie ma. Pozostają jedynie swędzące miejsca po
kłujkach komarów. Dodam tylko, że komary nie są jedynymi owadami krwiopijnymi,
które uprzykrzają nam życie. Są jeszcze kuczmany, meszki, bąkowane (czyli muchy
końskie, ślepaki), bolimuszki a także wszy, pchły, gzy. Można byłoby postawić przewrotne
pytanie: po co na świecie są pasożyty, czy świat bez nich nie byłby
piękniejszy? To oczywiście zupełnie inna opowieść z zaskakującą odpowiedzią, że
lepszy stary wróg niż całkiem nowy.
Tak, komary są dokuczliwe, ale dodają swoistego uroku latu
nad jeziorami i rzekami Warmii i Mazur. To swoisty koloryt i dodatkowa
przygoda, skłaniająca do głębszych refleksji nad światem i ludźmi.
- Jakie metody ochrony przed komarami są obecnie najskuteczniejsze? Jaką rolę odgrywają wśród nich preparaty odstraszające?
Najskuteczniejszą metodą jest poznać zwyczaje komarów i
unikać z nimi kontaktu. W Polsce występuje
obecnie 47 gatunków komarów a tylko nieliczne mogą roznosić choroby groźne dla
człowieka. Podobne do nich są kuczmany. Tak więc nie wszystko co wypija naszą
krew jest komarem. Każdy gatunek ma swoją charakterystykę siedliskową i
behawioralną (komar komarowi nie jest równy). Unikają miejsc nasłonecznionych,
aktywne są w dni pochmurne, deszczowe, o zmierzchu, w nocy i nad ranem,. Nie
wszystkie gatunki preferują człowieka jako żywiciela. Krwią odżywiają się tylko
samice. Jako troskliwe matki dbają o dobre odżywianie, by złożyć jak najwięcej
jaj. Dbają więc o swoje potomstwo. Wyczuwają człowieka przez dwutlenek węgla i
temperaturę a także przez inne zapachy, np. przez lotne związki organiczne
produkowane przez bakterie, żyjące na naszej skórze. Bakterie te tworzą „zapachowy podpis” człowieka i w
konsekwencji różne osoby pachną inaczej, dlatego komary mają swoich „ulubieńców”.
Ponadto komary unikają niektórych roślin o silnym, intensywnym zapachu,
zwłaszcza takich, które wydzielają olejki eteryczne zawierające cytronelal,
geraniol, eukaliptol lub inne związki drażniące ich układ nerwowy. Jeśli chcemy
bezpiecznie wypoczywać, to warto siąść pod orzechem włoskim lub w otoczeniu
roślin takich jak: lawenda, kocimiętka, pelargonia cytrynowa (geranium),
bazylia, mięta pieprzowa, melisa, rozmaryn czy wrotycz pospolity. Możemy więc
zaplanować swój własny ogród nieprzyjazny dla komarów. Lub używać olejków
eterycznych z tych roślin. Skuteczne bywają także repelenty ofererowane w
aptekach. Od lat 40-tych XX w. za bardzo skuteczny repelent uznawany jest DEET
(N,N‑dietyl‑meta‑toluamid) - syntetyczny repelent owadów, jeden z
najskuteczniejszych i najlepiej przebadanych na świecie. Działa przede
wszystkim na układ węchowy komarów, zaburzając ich zdolność wykrywania
człowieka. Ma swoje wady gdyż może
podrażniać naszą skórę. Dlatego polecam stosowanie środków naturalnych,
roślinnych. Nie dość, że nam nie szkodzą to jeszcze ładnie pachną. A na
ugryzienia stosować łagodzące maści, do nabycia w aptekach
- Jaką rolę pełnią komary w ekosystemach jezior, bagien i mokradeł?
Samce komarów odżywiają się tylko nektarem. Samice czasem
także. Zatem i komary należą do owadów zapylających. Natomiast znacznie
ważniejsza jest ich rola w stadium larwalnym. Larwy żyją w zbiornikach wodnych,
od małych kałuż, po zbiorniki okresowe, brzegi jezior, rzek i bagien. Są głównie
filtratorami i odżywiają się mkroorganizmami oraz rozkładającą się materią
organiczną, a tylko niektóre gatunki są drapieżne. Można więc w uproszczeniu
powiedzieć, że oczyszczają wodę. I żyją często w siedliskach, w których brakuje
innych owadów wodnych. Są znakomitymi kolonizatorami i szybko zasiedlają nawet
kałuże, wodę w beczce czy w puszce, pozostawiana w lesie. Są ważnym pokarmem
dla wielu wodnych bezkręgowców jak i ryb czy płazów. Gdybyśmy pozbyli się
całkowicie komarów to ekosystemy wodne bardzo by to negatywnie odczuły, łącznie
z rybami, które lubimy łowić i zjadać. Z kolei postacie dorosłe są ważnym źródłem pokarmu dla ważek, nietoperzy,
jaskółek czy jerzyków.
- Co obecność lub liczebność komarów może powiedzieć o stanie środowiska naturalnego?
Ekosystemy to bardzo złożone układy. Każdy gatunek może być
bioindykatorem zdrowia ekosystemu. Zatem także i komary są takim wskaźnikiem
środowiska. Ekolog, niczym wprawny detektyw, po składzie gatunkowym oraz
liczebności komarów, potrafi wiele wywnioskować o tym, co aktualnie dzieje się
w środowisku. Także o niestabilności i zmienności w środowisku wodnym.
- Jak zależność między bogactwem owadów a stanem środowiska wygląda z perspektywy ekologii?
To złożone pytanie. Od kilku dziesięcioleci obserwujemy
znaczący spadek liczby gatunków i liczebności niemalże wszystkich gatunków
owadów w większości ekosystemów Ziemi. W niektórych rejonach dane naukowe
wskazują na spadek rzędu 70%. Komary są tylko elementem tego spadku. Przypomnę,
że nie dotyczy to wszystkich gatunków. Ubytek biomasy owadów z ekosystemów
bardzo negatywnie przekłada się na zapylanie roślin ale także przez
zmniejszenie bazy pokarmowej dla wielu ptaków, nietoperzy czy innych małych
ssaków, dlatego obserwujemy spadek liczebności wielu gatunków kręgowców. Bo bez
jedzenia nie ma życia. Generalnie im więcej gatunków tym dla ekosystemów
lepiej, bo są stabilniejsze i mniej wrażliwe na masowe pojawianie się pasożytów
czy szkodników. Tak więc podsumowując – brak letniego brzęczenia komarów w
pierwszym wrażeniu może wydać się bardzo pozytywny. Ale po zastanowieniu się
byłby to obraz bardzo pesymistyczny i wieszczący poważne problemy. Byłaby to
zapowiedź dużej katastrofy.
- Które grupy owadów odgrywają szczególnie ważną rolę w ekosystemach Warmii i Mazur, choć na co dzień rzadko zwracamy na nie uwagę?
To tak, jakby pytać rodzica, które swoje dziecko kocha
bardziej. Każda grupa ma swoją specyficzną funkcję. Motyle, pszczołowate (dziko
żyjące pszczoły samotnice i trzmiele), wiele muchówek to zapylacze roślin
kwiatowych, w tym gatunków użytkowanych przez człowieka. Inne grupy rozkładają martwą
materia organiczną, w tym drewno. W uproszczeniu możemy nazwać je
czyścicielami, wliczając w to faunę nekrofagiczną (owady zjadające padlinę)
oraz koprofagiczną (odżywiająca się odchodami zwierząt). Bez nich utonęlibyśmy
w odpadach i odchodach. Jako przykład można podać Australię. Sprowadzenie
europejskich owiec i krów na ten kontynent stworzyło niespodziewany problem.
Rodzima fauna owadów koprofagicznych nie była przystosowana do zjadania krowich
i owczych odchodów. Pastwiska były pokryte masą nierozłożonych odchodów.
Problemowi udało się zaradzić po sprowadzeniu 10 gatunków owadów z kilku
kontynentów. Prace badawcze i testowanie trwało wiele lat. Wyobraźmy sobie
Polskę, gdy zabraknie naszych koprofagów. Kto będzie chodził po łąkach i
pastwiskach i szufelką zbierał „krowie placki”? I jeszcze jedna ważna funkcja –
regulacja drapieżnicza i pasożytnicza. Wiele gatunków owadów to drapieżniki i
parazytoidy szkodników rolniczych, sadowniczych i leśnych. To nasi
sprzymierzeńcy, pracujący dla nas i bez skutków ubocznych w postaci
zanieczyszczenia żywności pestycydami. A osy? Wydają się nam zawadzającymi i
żądlącymi gatunkami. Poza faktem, że są drapieżne i zjadają wiele szkodników
upraw to jeszcze są rezerwuarem dzikich drożdży. Bez nich nie byłoby wina i
piwa.
- Jakie zmiany w liczebności owadów obserwuje się obecnie? Czy podobne zjawiska są widoczne również na Warmii i Mazurach?
W wielu regionach świata obserwujemy niepokojąco duży spadek
liczby gatunków i liczebności owadów. Na Warmii I Mazurach brak takich
wieloletnich i porównawczych badań. Po prostu za mało jest naukowców i za mało
przeznaczamy funduszy na badania naukowe, a zwłaszcza te środowiskowe
(ekologiczne). Modna jest biologia molekularna a badania faunistyczne są mniej
atrakcyjne. I dlatego niewiele wiemy o aktualnej sytuacji większości grup
owadów w naszym regionie. Bez naukowców i bez badań AI tych wyników nie
wyhalucynuje.
- W jaki sposób przekształcanie naturalnych brzegów jezior wpływa na owady oraz funkcjonowanie lokalnych ekosystemów?
Przede wszystkim jest to utrata siedlisk. Zbyt liczne plaże,
pomosty, utwardzone nabrzeża to ograniczanie strefy roślinności szuwarowej i
związanych z nimi biocenoz. Do tego dochodzi pogłębiająca się susza i cofanie
się linii brzegowej coraz liczniejszych jezior. A skoro znikają siedliska to
znikają i dziesiątki gatunków owadów oraz innych bezkręgowców. A wraz z nimi
pogarszają się warunki życia dla ptaków, ssaków, ryb i płazów. W tych
pogorszonych warunkach, przy zmniejszonej liczebności bezkręgowcowych
drapieżników (ważki, chrząszcze, pluskwiaki itd.), komary jako sprawni
kolonizatorzy poradzą sobie dość dobrze. Szybko wykorzystają deszczowe kałuże,
wodę w puszcze czy starej oponie i się namnożą. Zmiany środowiska szkodzą
gatunkom wyspecjalizowanym a sprzyjają ekologicznym oportunistom. Jeziora
wydają się nam bardzo atrakcyjne, ale nieprzemyślana i rabunkowa zabudowa
brzegów jezior i rzek zniszczy nasz atut i główną atrakcję regionalną.
Potrzebne nam jest myślenie perspektywiczne a nie tylko nastawienie na
krótkotrwały i pozorny zysk.
- Jakie mogłyby być konsekwencje dla przyrody, gdyby populacje komarów znacząco się zmniejszyły lub całkowicie zniknęły?
Trudno przewidzieć. Są istotną baza pokarmową dla wielu
wodnych bezkręgowców, dla ryb, dla płazów, dla wielu ptaków czy nietoperzy. A w
konsekwencji dla gospodarki i zdrowia samego człowieka. Ekosystemy do złożone
układy, które możemy porównać do ceglanego domu wielopiętrowego. Jaki skutek
będzie, gdy zaczniemy wyciągać cegły ze ściany na parterze? Po jednej
wyciągniętej cegle zapewne nic się nie stanie. Natomiast jeśli ubędzie ich
więcej to grozi zawaleniem całego budynku. Ale trudno nam przewidzieć, które
ściany i które piętra uszkodzone będą najbardziej i pierwsze się zawalą. Gdy
dokuczają nam latem swędzące miejsca po ukąszeniach komarów w pierwszym odruchu
marzylibyśmy o wytruciu wszystkich komarów. Ale było to jak leczenie wrzodu na
dłoni przez ucięcie sobie całej ręki. Koszty uboczne będą zbyt duże. Nie warto.
- Jaką rolę w regulowaniu liczebności komarów odgrywają nietoperze i inne naturalne drapieżniki?
- Od lat zajmuje się Pan badaniami chruścików. Czego obecność lub brak tych owadów dostarcza informacji o stanie jezior i rzek Warmii i Mazur?
- Jakie aspekty biologii i ekologii komarów są, Pana zdaniem, najmniej znane społeczeństwu, a warto je lepiej zrozumieć?
Nie wiemy, że komary to także zapylacze, że samce odżywiają
się tylko nektarem oraz, że larwy oczyszczają wodę odżywiając się martwa
materią organiczną. Wraz z ociepleniem klimatu gatunki południowe przesuwają
się na północ i mogą się pojawić u nas komary tygrysie i komary japońskie. A
przy dalekich podróżach ludzi w jednym miejscu mogą się spotkać i odpowiednie
komary i wirusy w ludzkiej krwi, przywiezione z dalekiej wakacyjnej wyprawy. A
wtedy może się okazać, że zadomowią się groźne, tropikalne choroby, łącznie z
malarią.
I jeszcze jeden, zaskakujący aspekt zdrowotny. W naszym
sterylnym środowisku, w którym pozbywamy się bakterii, pasożytów i owadów
brakuje treningu dla naszego układu odpornościowego, zwłaszcza w wieku
dziecięcym. Stąd wysyp alergii i chorób cywilizacyjnych takich jak autoimmunologicznych
czy nawet otyłości. Wakacje to dobry czas by gołymi rękoma pobrudzić się w
ziemi i błocie oraz dostać mała porcję „szczepionki” za sprawą komarów. Nie ma
tego złego (swędzącego) co koniec końców na dobre by nam nie wyszło.
Czytaj także:
4.08.2026
Jestem po sześćdziesiątce a czuję się jakbym nigdy nie opuścił szkoły

Często jestem pytany o wypowiedź ekspercką przed kamerą telewizyjną, radiowym mikrofonem lub do prasy pisanej (papierowej lub internetowej). Krótka i konkretna wypowiedź na zadany temat. I wtedy czuję się trochę tak jak uczeń w czasie odpowiedzi przy tablicy – wszyscy patrzą, słuchają i oceniają. Jak wypadnę? Jaka będzie ocena, ta formalna i ta nieformalna? Myślałem, że jak skończę szkołę to odpytywania przy tablicy się skończą. Byłem w błędzie. Może więc warto poświęcić uczniowski pot i łzy by się na uczyć, bo to nie rozejdzie się po kościach po dzwonku szkolnym na koniec roku. Składna wypowiedź jest elementem życia dorosłego, pozaszkolnego.
Do dziś pamiętam ten charakterystyczny dreszcz. Nauczyciel podnosił wzrok znad dziennika (a wtedy były te papierowe) i wypowiadał kilka słów, które potrafiły skutecznie podnieść poziom adrenaliny. Jako uczniowie staraliśmy się zniknąć z pola widzenia, schować się za plecami koleżanki czy kolegi, pod ławkę lub za filar, którego nie było. „Proszę do tablicy”. To już jakaś namiastka odpowiedzi publicznej, gdy wiele oczu patrzy i uszu słucha. Potem następowało pytanie. O fotosyntezę, ewolucję człowieka, rozbiory Polski albo twierdzenie Pitagorasa. Zadanie wydawało się proste: powiedzieć wszystko, co się wie na zadany temat. Im więcej udało się wydobyć z pamięci, tym lepiej. Świadczyło to o tym, że się coś z lekcji zapamiętała a w domu powtórzyło i douczyło. A jak się nie wiedziało, to trzeba było wiarygodnie halucynować niczym współczesne AI. A jednocześnie należało mówić składnie, logicznie i najlepiej bez dłuższych pauz. Nauczyciel słuchał, czasem kiwał głową, czasem dopytywał. Czasem złośliwie komentował, innym razem chwalił. Na końcu stawiał ocenę. Sam nie wiem co było gorsze: ocena w dzienniku czy ogólne wrażenie w tej publicznej odpowiedzi na oczach wszystkich słuchających uczniów. Czułem się niczym aktor na scenie lub wykładowca za uniwersytecką katedrą. Albo komentujący ekspert przed telewizyjną kamerą.
Człowiekowi wydaje się, że po ukończeniu szkoły to kłopotliwe doświadczenie odpowiedzi przy tablicy odchodzi w przeszłość. Nic bardziej mylnego. Przynajmniej w przypadku naukowca lub popularyzatora nauki i eksperta. Owszem, można udawać, że mnie nie ma, nie odbierać telefonów, mówić, że ja się nie znam, że niech Kowalski powie. Ale czy warto uciekać przed życiem i wyzwaniami? Trzeba prędzej czy później nauczyć się opanowywać tremę i udzielać poprawnych odpowiedzi o dobrej konstrukcji. Teraz inaczej patrzę na te szkolne odpowiedzi – były przygotowaniem do prawdziwego życia. Szkoda, że wtedy tego nie wiedziałem!
Od wielu lat media lokalne, regionalne i ogólnopolskie regularnie proszą mnie o krótkie wypowiedzi. Telefon z redakcji brzmi zwykle podobnie: „Panie profesorze, potrzebujemy dwóch minut do telewizji/radia”, „Czy znajdzie Pan chwilę na komentarz przed kamerą?”, „Można prosić o krótką wypowiedź do mikrofonu/kamery?”. Zawsze zaczyna się od pytania. Czasem o komary, czasem o sinice w jeziorach, czasem o korowódkę, suszę, powódź, czasem o sztuczną inteligencję, edukację albo ochronę środowiska. I wtedy czuję, że znowu stoję przy szkolnej tablicy. Czy mam czas na przygotowanie się do odpowiedzi? Zazwyczaj tak. Ale jest go niewiele. Poszukać i uzupełnić informacje a przede wszystkim przemyśleć konstrukcję wypowiedzi. A przecież najczęściej i tak wybiorą tylko fragment i to niekoniecznie ten moim zdaniem najważniejszy. Tak więc to, co usłyszą inni jest czymś innym niż pierwotna moja wypowiedź do kamery czy mikrofonu. Czasem dziennikarz autentycznie pyta bo chce się w imieniu słuchaczy/czytelników dowiedzieć a czasem ma już ukuta tezę i potrzebuje tylko cudzej wypowiedzi jako ilustracji. Wtedy czuje się w roli dekoracyjnej paprotki. W szkole, przy tablicy, tez czasem bywało, że nauczyciel chce tylko udowodnić, że uczeń nie wiem i należy mu się dwója (teraz jedynka). Albo chce pokazać prymusa, który sie nauczył jak należy.
Bywa też tak, że dziennikarz zadaje pytanie, a ja mam kilkadziesiąt sekund na odpowiedź. Trzeba powiedzieć wszystko, co najważniejsze, ale nie wszystko, co się wie. To dwie zupełnie różne umiejętności. W czasach szkolnych uczeń stara się powiedzieć wszystko co wie. Naukowiec przez lata uczy się dodawać przypisy, wyjątki i zastrzeżenia. Telewizja natomiast nie przepada za zdaniami rozpoczynającymi się od: „To zależy...”. Kamera lubi konkret. Mikrofon nie cierpli długich dygresji z dodatkowymi przypisami. A przecież świat przyrody składa się głównie z wyjątków. Nauka jest złożona i wypełniona różnymi niuansami. Trzeba się ćwiczyć w krótkich formach, które bardziej przypominają fraszkę niż powieść.
Stres? Oczywiście, że jest. Nieco inny niż przed tablicą, ale bardzo podobny. Dawniej człowiek obawiał się złej oceny. Dziś wie, że przejęzyczenie może zostać w mediach i w internecie na wiele lat. (W szkole tez czasem bywało, że lapsus z odpowiedzi ustnej stawał się przezwiskiem lub powodem do wyśmiewania). Niespecjalista nie zaważy lecz telewizję oglądają inni specjaliści i ci wychwycą. Kiedyś słuchała klasa licząca dwadzieścia kilka osób. Dziś odpowiedzi wysłuchać mogą tysiące widzów albo słuchaczy. Kiedyś ktoś z pracowników miał do mnie pretensję, że przed kamerą występowałem bez marynarki i bez krawata… A przecież jako pracownik akademicki powinienem godnie się prezentować.
Jeszcze ciekawszym przypadkiem jest wykład akademicki. Tu pozornie sytuacja wygląda inaczej. Nikt nie zadaje pytania. Temat został ustalony wcześniej. „Ewolucja człowieka”, „Ekologia jezior”, „Sztuczna inteligencja w edukacji szkolnej”. Wykładowca wychodzi przed studentów i… właściwie znowu odpowiada na pytanie. Tyle że pytanie brzmi: „Proszę opowiedzieć wszystko, co najważniejsze na ten temat”. Dobry wykład nie jest przecież przypadkowym zbiorem informacji (wszystko co wiem). Podobnie jak dobra odpowiedź szkolna powinien mieć początek, rozwinięcie i zakończenie. Najpierw trzeba zainteresować słuchaczy, potem uporządkować fakty, pokazać związki między nimi, a na końcu zostawić odbiorców z jedną lub dwiema myślami, które zapamiętają. Wiedza sama w sobie nie wystarcza. Trzeba jeszcze nadać jej strukturę. Ludzki mózg lubi opowieści bardziej niż listy faktów. Tym bardziej, że obecnie mały łatwy dostęp ogromnej ilości informacji. Wręcz odczuwamy nadmiar. Co więc wykładowca może nowego i interesującego studentom powiedzieć na konkretny temat. Coś, czego sami sobie nie znajdą?
Jeszcze częściej niż przed kamerą staję przed publicznością. Prowadzę wykłady na uniwersytecie, ale równie często wyjeżdżam z nimi do szkół, bibliotek, domów kultury, na konferencje czy festiwale nauki. Za każdym razem temat jest inny, lecz schemat pozostaje zaskakująco podobny. Jest tytuł wykładu, a moim zadaniem jest opowiedzieć wszystko, co najważniejsze. I dostosować formę i poziom do konkretnego odbiorcy. Czy to nie przypomina odpowiedzi przy tablicy? A może bardziej pożądana jest zajmująca opowieść, nowe spojrzenie na znany temat? Czy w szkole uczymy struktury odpowiedzi ustnej czy raczej skupiamy się na przepytywaniu z katalogu zapamiętanych informacji?
Na wykładzie nie wystarczy posiadać wiedzę. Trzeba jeszcze nadać jej odpowiednią konstrukcję. Każda dobra opowieść potrzebuje początku, rozwinięcia i zakończenia. Najpierw warto zaciekawić słuchaczy, potem uporządkować fakty, pokazać zależności, a na końcu pozostawić ich z jedną myślą, która będzie pracowała jeszcze długo po zakończeniu spotkania. Wiedza bez struktury przypomina rozsypane puzzle. Wszystkie elementy są obecne, ale obraz pozostaje niewidoczny. I tak jak do bardzo krótkiej wypowiedzi przed kamerą trzeba poszukać jednej, najważniejszej myśli, wniosku lub interpretacji, tak na wykładzie trzeba się skupić na uwypukleniu najważniejszego. Nie o ilość informacji chodzi lecz o sensowną strukturyzację wiedzy.
W szkole odpowiedź oceniał nauczyciel. Na wykładzie sytuacja jest znacznie ciekawsza. Formalnie nikt stopni nie wystawia, ale ocen jest znacznie więcej. Publiczność głosuje uwagą. Jeśli po kilku czy kilkunastu minutach słuchacze zaczynają dyskretnie spoglądać na telefony, wiem, że coś poszło nie tak. Jeżeli po wykładzie ustawiają się z pytaniami albo dyskusja przeciąga się jeszcze na korytarzu, to chyba najlepsza możliwa recenzja. Największym komplementem nie są brawa, lecz zdanie: „Nigdy wcześniej nie patrzyłem na to w ten sposób”. Różnica między wykładem przed publicznością a wypowiedzią telewizyjna jest taka, że widzę reakcje słuchających i moge szybko coś zmienić. Materiał nagrany przed kamerą edytuje realizator. Czuję obecność dużej publiczności (stad stres) ale nie widzę ich reakcji. Nic niż nie zmienię, nie poprawię. Zupełnie tak samo jak z opublikowanym artykułem w prasie czy publikacji naukowej,
Zauważyłem jednak jeszcze jedno zjawisko. Zarówno podczas wywiadów, jak i wykładów bardzo łatwo pomylić występ publiczny z odpowiedzią szkolną. Człowiek zaczyna wtedy gorączkowo zastanawiać się, jaka odpowiedź jest oczekiwana. Jaki jest właściwy klucz? Co chciałby usłyszeć dziennikarz? Czego oczekuje organizator? Jaką odpowiedź publiczność uzna za poprawną? To szkolny odruch, który zostaje z nami na długo. Tymczasem nauka nie jest konkursem odgadywania odpowiedzi nauczyciela. W nauce często najuczciwszym zdaniem jest: „Jeszcze tego nie wiemy”, „To zależy od warunków, od szerszego kontekstu”, „Istnieje kilka możliwych wyjaśnień”. Paradoks polega na tym, że właśnie takie odpowiedzi bywają najmniej medialne. Świat mediów lubi prostotę, podczas gdy świat nauki kocha złożoność.
Im dłużej pracuję jako naukowiec i popularyzator nauki, tym bardziej jestem przekonany, że nigdy naprawdę nie wychodzimy ze szkoły. Może więc warto docenić szkołę i szkolne odpowiedzi? Przez całe życie ktoś zadaje nam pytania. Czasem jest to nauczyciel, czasem student, czasem dziennikarz z mikrofonem, a czasem przypadkowy słuchacz po wykładzie. Wciąż odpowiadamy. Zmieniają się jedynie tablice przy których stajemy do odpowiedzi. Raz jest to szkolna tablica z kredą, innym razem ekran telewizora, sala wykładowa czy mikrofon radiowy. W szkole były prace klasowe i dyktanda, teraz są felietony i blogowe eseje oraz publikacje naukowe. A jeśli tak, to może trzeba pozwolić uczniom i studentom „ściągać” czyli korzystać ze słownika ortograficznego i z innych materiałów? Przecież potem tak właśnie będziemy pracowali. Być może warto tylko pamiętać o jednej rzeczy. Nie odpowiadamy po to, aby trafić w czyjś klucz odpowiedzi. Odpowiadamy po to, aby pomóc drugiemu człowiekowi lepiej zrozumieć świat. A to jest znacznie trudniejsze niż szkolna piątka czy współczesna szóstka. I jednocześnie o wiele bardziej satysfakcjonujące.
Może inaczej uczniowie patrzyliby na odpowiedzi przy tablicy i szkolne wypracowania, gdyby zobaczyli, że to jest coś przydatnego w życiu pozaszkolnym? Może zapominamy by to dogłębniej wyjaśnić uczniom i studentom? Ale jeśli nie będą mieli własnych doświadczeń, to takie uwagi będą zbyt abstrakcyjne. Chyba, że na stałe włączymy do szkoły te „nie tablicowe” doświadczenia z wypowiedziami dla mediów i szkolnych gazetek. Łącznie ze stresem. Nie unikajmy trudności.
3.08.2026
Cyfrowe wykluczenie w podróży

Wczesne lato. Siedzę na nowym i nowoczesnym dworcu kolejowym w Płocku. Pada deszcz, więc w oczekiwaniu na pociąg schroniliśmy się pod dachem, w poczekalni. Jest w tym obrazie coś z dawnych podróży – mokre tory, wilgotny zapach betonu, kilka osób czekających w ciszy. I cudowny zapach kwitnących lip. Za jakiś czas powinien przyjechać mój pociąg. Tak przynajmniej wynika z papierowego rozkładu jazdy wiszącego na ścianie. Ale papier, jak wiadomo, nie zna współczesności. Zatrzymał się w chwili, gdy został wydrukowany. Świat zdążył już odjechać.
Na dworcu nie ma czynnej kasy. Bilet można kupić jedynie w biletomacie stojącym na peronie albo przez internet, we własnym telefonie. Zrobiłem to wcześniej, przed wyjście z domu. W budynku nie ma również głośników. Komunikaty słychać tylko na peronach. Jeśli siedzi się w poczekalni, nie usłyszy się niczego. Nie ma także elektronicznych tablic z aktualnymi informacjami. Jest tylko papierowy rozkład jazdy, wywieszony w gablocie.
Sięgam więc do telefonu. Kilka dotknięć ekranu i już wiem, że mój pociąg jest opóźniony o półtorej godziny. Później aplikacja pokazuje jeszcze większe opóźnienie. Ostatecznie skończy się na dwóch godzinach. W tym samym czasie zaczynam sprawdzać połączenia alternatywne, możliwości przesiadki, opóźnienie kolejnego pociągu i prawdopodobieństwo, że mimo wszystko uda mi się dotrzeć do celu jeszcze tego samego dnia. Dzięki technologii odzyskuję poczucie wpływu na sytuację. Mogę planować, przewidywać i wybierać.
Obok mnie siedzi starsza pani. Widzę, jak dzwoni do córki. A może to córka do niej zadzwoniła? Sama nie sprawdza rozkładu, nie zagląda do aplikacji. Pewnie nie potrafi. Pyta córkę, czy pociąg przyjedzie punktualnie. Ta gdzieś daleko otwiera internet i przekazuje informacje. Starsza kobieta potrafi zadzwonić, ale nie potrafi już odnaleźć potrzebnych danych. Jest uzależniona od kogoś, kto posiada kompetencje cyfrowe. Kiedyś, w dawnych czasach podeszłoby się do okienka z informacja, I tam by ktoś odpowiedział. A informacja przekazywana byłaby z ust do ust wśród czekających pasażerów.
Patrzę na nią i uświadamiam sobie, że współczesne wykluczenie nie zawsze ma postać wysokich schodów, których ktoś nie jest w stanie pokonać. Coraz częściej to wykluczenie komunikacyjne jest niewidzialne. Ukryte w ekranach telefonów, aplikacjach i kodach QR. Można być sprawnym fizycznie, inteligentnym i samodzielnym, a jednocześnie stać się niepełnosprawnym komunikacyjnie. Nie dlatego, że zabrakło sił, lecz dlatego, że zabrakło dostępu do cyfrowego świata albo umiejętności poruszania się po nim. Zabrakło dostępu do informacji a z tego rodzi się niepokój, stres i zmartwienie. Ja jestem na urlopie, nigdzie się nie spieszę. Nie wybrałem się na ostatnią chwilę więc spóźnienie nie martwi mnie zbyt bardzo. Przyjmuję ze spokojem. Panuję nad sytuacją. Ot tyle tylko, że moja podróż potrwa nieco dłużej.
Jeszcze kilkanaście a na pewno kilkadziesiąt lat temu podróż wyglądała inaczej. Były czynne kasy. Dyżurny ruchu odpowiadał na pytania. Funkcjonowała informacja kolejowa. Głośniki przekazywały komunikaty wszystkim obecnym. Informacja była dobrem wspólnym. Dzisiaj coraz częściej staje się dobrem indywidualnym. Jest jej więcej. Kiedyś nie można było śledzić trasy jazdy pociągów i ich nawet kilkuminutowych spóźnień w rozkładzie jazdy. Dzisiaj każdy nosi aktualna informację we własnej kieszeni, zamkniętą w smartfonie. O ile nie było awarii sprzętu lub nie wyczerpała się bateria. Kto telefonu nie ma albo nie potrafi z niego korzystać, pozostaje poza obiegiem informacji. Stoi na tym samym peronie co inni, ale żyje w innym świecie. Bardziej zaniepokojony, bardziej zdezorientowany.
Choć tęsknię za tamtym światem, z parowozami i moim dzieciństwem to lubię nowoczesne technologie. Dają mi większe poczucie panowania nad podróżą. Cieszę się, że mogę sprawdzić rzeczywisty czas przyjazdu pociągu, znaleźć alternatywne połączenie, kupić bilet bez stania w kolejce. Kiedyś podróżny był skazany na czekanie i niewiedzę. Dziś może analizować sytuację niemal w czasie rzeczywistym. To ogromna zmiana. Daje poczucie bezpieczeństwa, zmniejsza stres i pozwala podejmować rozsądniejsze decyzje.
Ale każda rewolucja technologiczna ma swoją cenę. Zwykle zachwycamy się tymi, którzy szybko biegną do przodu, rzadziej oglądamy się za tymi, którzy zostali z tyłu. Historia cywilizacji jest przecież historią kolejnych progów. Jedni przekraczają je niemal niezauważalnie, inni potykają się o nie przez lata. Kiedyś takim progiem była umiejętność czytania i pisania. Później znajomość języków obcych. Dzisiaj staje się nim kompetencja cyfrowa. A w duszy obawiam sie, że niebawem i mi świat ucieknie jak odjeżdżający pociąg. Że nie nadążę się uczyć nowości i będę wśród częściowo wykluczonych.
Organizm nie przystosowuje się do zmian z dnia na dzień. Potrzebuje czasu. Społeczeństwo również. Tymczasem technologia zmienia się szybciej niż ludzie. Smartfony, aplikacje i sztuczna inteligencja rozwijają się w tempie wykładniczym, podczas gdy nasze nawyki, lęki i przyzwyczajenia zmieniają się znacznie wolniej. Powstaje więc swoista luka ewolucyjna – nie biologiczna, lecz kulturowa. W tej luce pozostają miliony ludzi.
Siedzę nadal na dworcu w Płocku. Drobny deszcz nie przestaje padać. Mój pociąg wciąż się spóźnia. Mam jednak w kieszeni mały komputer, dzięki któremu wiem niemal wszystko o swojej podróży. Czuję się bezpieczniej, choć przecież pociąg od tego szybciej nie pojedzie. Wiem, że mój przesiadkowy pociąg dawno odjechał, ale złapię następny w Toruniu. Jestem spokojny, bo wiem, że wrócę do domu jeszcze tego samego dnia.
Myślę jednak o tych wszystkich pasażerach, którzy siedzą kilka ławek dalej. Patrzą na tory, na papierowy rozkład jazdy i na zegarek. Nie wiedzą, że pociąg przyjedzie za dwie godziny. I widzę obcokrajowców. Też korzystają z telefonów. Może sprawdzają połączenia? Są podróżnymi tak samo jak ja, ale odbywają zupełnie inną podróż – nie tylko przez Polskę, lecz także przez epokę gwałtownych przemian. I właśnie wtedy uświadamiam sobie, że cyfrowe wykluczenie nie polega na braku smartfona. Polega na utracie samodzielności. A każda utrata samodzielności, niezależnie od przyczyny, odbiera człowiekowi kawałek jego wolności. W cenie nadal pozostają umiejętności nawiązywania kontaktu z innymi ludźmi i odwaga pytania.
2.08.2026
Epekofit i hemiagriofit czyli przegorzan kulisty na Śląsku widziany z okien pociągu
![]() |
| Tarnowskie Góry, koniec sierpnia 2026 roku. |
Jest wiele gatunków przegorzanów, głównie uprawianych w
ogrodach, bo to roślina dekoracyjna. Wiele razy widywałem je w ogródkach
przydomowych w Polsce Północno-Wschodniej, czasem gdzieś w terenie, pojedyncze.
Zwracały uwagę swoją niezwykłością. Gdy spotkałem ostatnio licznie rosnące na
Górny Śląsku to zrobiłem zdjęcie i zacząłem szukać dodatkowych informacji.
Najpierw zajrzałem do atlasu roślin łąkowych, potem kserofilnych ale dopiero w
tomie Flory Polski - Rośliny synantropijne, autorstwa Barbary
Sudnik-Wójcikowskiej, wydanym przez Muttico w 2011 roku, znalazłem poszukiwany gatunek.
To przegorzan kulisty. Choć mogą pojawiać się poza ogrodami także i inne
gatunki.
Jeśli potrafimy nazwać gatunek grzyba, rośliny czy zwierzęcia,
to więcej zapamiętujemy i więcej dostrzegamy. A rozpoznajemy bo już go sami znamy
lub szukamy nazwy w atlasie, kluczu, pytamy innych lub sprawdzamy w telefonie
za pomocą odpowiedniej aplikacji. A jak rozpoznamy, to możemy dowiedzieć się
więcej o biologii, ekologii danego gatunku i o szerszych procesach zachodzących
w przyrodzie.
Są rośliny, obok których przechodzimy obojętnie. Rosną przy
drogach, torach kolejowych, na nasypach i nieużytkach. Wydają się zwyczajne,
choć wystarczy zatrzymać się na chwilę, by odkryć, że są świadkami historii,
zarówno tej przyrodniczej, jak i cywilizacyjnej. Do takich gatunków należy
przegorzan kulisty (Echinops sphaerocephalus), roślina o charakterystycznych,
niebieskawych, kulistych kwiatostanach, przypominających małe kolczaste
planety. Należy do rodziny astrowatych
Przegorzan zwrócił moją uwagę w czasie wakacyjne podróży po
Górnym Śląsku. Widziałem go tam wyjątkowo licznie, zwłaszcza wzdłuż torów
kolejowych oraz przy drogach. Wydawał mi się po prostu ciekawą, efektowną
byliną. Ale jednocześnie, gdy co nieco poczytałem to zrozumiałem, że jest dobrym
przykładem tego, jak rośliny potrafią świadczyć o przemianach środowiska.
Niczym dobrze dobrany rekwizyt do opowieści.
Przegorzan kulisty pochodzi z obszarów Azji Zachodniej oraz
południowej i wschodniej Europy. W Polsce jest uznawany za kenofita, czyli
gatunek obcego pochodzenia, który zadomowił się stosunkowo niedawno, po końcu
XV wieku (uznajemy za czas wymiany kolumbijskiej z obiema Amerykami) . Dziś
spotykany jest w wielu regionach kraju, szczególnie na nizinach, natomiast
rzadziej występuje na północy i w górach. Na Warmii i Mazurach już chyba
widywałem przegorzana, ale nigdy w takiej ilości jak na Śląsku.
Roślina ta osiąga nawet 180 centymetrów wysokości. Jej
srebrzysto owłosione liście zakończone są ostrymi kolcami, a latem pojawiają
się charakterystyczne niebieskawe kwiatostany w postaci niemal idealnych kul. To
właśnie one sprawiają, że trudno pomylić przegorzan z innymi gatunkami. Kwitnie
w lipcu i sierpniu, przyciągając liczne owady, odżywiające się nektarem, w tym
pszczoły. Przegorzan jest uznawany za
rośliną miododajną o dużej wydajności. Szacuje się ,że jednego hektara można
uzyskać nawet około 450 kilogramów miodu.
Rodzaj przegorzan skupia wiele gatunków, z których część uprawiana
jest w ogrodach. Zatem nie każdy przegorzan, którego zobaczycie to przegorzan
kulisty. Nawet poza ogrodami. W rejonie Europy Środkowej aklimatyzuje się także
przegorzan węgierski (Echinops exaltatus). Różni się od przegorzana
kulistego białymi kwiatami i szczecinkowato owłosioną górną stroną blaszki. Te
cechy trudno dostrzec na zdjęciu. Uprawiany jest także przegorzan pospolity Echinops
ritro. Jego liście są na wierzchu nagie i są podwójnie
pierzastodzielne. I ja nie mam pewności, że na zamieszczonym zdjęciu jest
przegorzan kulisty. Wnioskuje z budowy i częstości występowania. Dla pewności
należałoby w terenie przyjrzeć się uważniej cechom diagnostycznym. Lub zebrać
okaz i zasuszyć w zielniku by mieć możliwość porównania cech w dowolnym momencie.
Ewentualnie należało w terenie zrobić zbliżenie do cech diagnostycznych. Ale
ich w momencie spotkania tej rośliny, nie znałem. Nie wiedziałem więc, na co
zwrócić uwagę.
W tekście pojawiło się już jedno specjalistyczne określenie –
kenofit. Niżej będzie ich więcej. Naukowcy lubią sobie ułatwiać życie i skracać
zapis. Zatem jeden dobrze zdefiniowany termin zastępuje dłuższe opisy. Wróćmy do przegrzana kulistego. Znacznie
ciekawsza od jego wyglądu jest historia ekologiczna tego gatunku. Botanicy
określają przegorzan jako metafita. To termin oznaczający roślinę obcego
pochodzenia, która zdołała trwale zadomowić się na nowym obszarze. Nie jest już
chwilowym gościem ani przypadkowym przybyszem – stała się trwałym elementem
naszej flory. W skład metafitów wchodzą: 1. epekofity czyli zadomowione
na siedliskach silnie przekształconych przez człowieka (siedliska
ruderalne i segetalne czyli polne), 2. hemiagriofity czyli
metafity zadomowione w siedliskach półnaturalnych, oraz 3. holoagriofity czyli
metafity zadomowione na siedliskach naturalnych. Przegorzan kulisty
uznawany jest za epekofita oraz lokalnie za hemiagriofita. Zatem możemy się go spodziewać
w siedliskach przekształconych przez człowieka a lokalnie także w siedliskach
półnaturalnych.
To co mnie zaciekawiło w przegorzanie to fakt, że najczęściej
spotykamy go w siedliskach silnie przekształconych przez człowieka. A więc przy
drogach, torach kolejowych, na nasypach, rumowiskach czy nieużytkach. Nic więc
dziwnego, że tak licznie widziałem go a okien pociągu w czasie podróży przez Górny
Śląsk. Ale także przy drodze polnej w Tarnowskich Górach. To właśnie dlatego
tak często widzimy go tam, gdzie krajobraz został przebudowany przez transport,
przemysł czy urbanizację.
Ale historia przegorzana na tym się nie kończy. Zdarza się
bowiem, że opuszcza środowiska typowo antropogeniczne i zaczyna zasiedlać
półnaturalne murawy, zarośla czy suche łąki. Wówczas uznawany jest za
hemiagriofita czyli gatunek obcego pochodzenia, który zadomowił się już poza
typowo ludzkimi siedliskami. To ważny etap ekspansji. Pokazuje, że roślina
przestaje być związana wyłącznie z działalnością człowieka i zaczyna
funkcjonować jako element półnaturalnych ekosystemów. W jakimś sensie możemy uznać
za kolejny etapem aklimatyzacji i wrastania w lokalny krajobraz.
Jak się rozprzestrzenia? Przez epizoochorię i myrmekochorię.
Jego owocki (niełupki) roznoszone są przez wiatr oraz przez zwierzęta,
przyczepiając się do sierści czy piór. Roznoszone są także przez mrówki,
dlatego pojawił się termin myrmekochoria.
Przegorzan kulisty może być traktowany jako biologiczny
kronikarz zmian zachodzących w krajobrazie. Jego obecność świadczy o rozwoju
infrastruktury komunikacyjnej, przekształceniach siedlisk i intensywnym
przemieszczaniu się ludzi oraz towarów. Tory kolejowe i drogi są nie tylko
szlakami transportowymi dla człowieka, ale również korytarzami migracji dla
wielu gatunków roślin. Nasiona przewożone są przez pojazdy, wiatr, zwierzęta
lub wraz z transportowanymi materiałami. To właśnie dlatego wiele gatunków
rozpoczyna swoją ekspansję wzdłuż linii kolejowych.
Jest jeszcze jeden powód, dla którego warto zwrócić uwagę na przegorzan. Zmiany klimatyczne powodują, że gatunki związane z cieplejszym i bardziej suchym klimatem coraz łatwiej znajdują dogodne warunki do życia również w Polsce. Przegorzan pochodzi ze stepu. Dłuższe okresy suszy, łagodniejsze zimy oraz wzrost średnich temperatur sprzyjają roślinom stepowym i ciepłolubnym. Przegorzan kulisty należy właśnie do tej grupy. Jego coraz częstsza obecność może być jednym z wielu subtelnych sygnałów ocieplającego się klimatu. I efektem antropogenicznego przekształcania sie biocenoz. Nie oznacza to oczywiście, że pojedyncze stanowisko przegorzanu dowodzi zmian klimatycznych. Nauka nie opiera się na pojedynczych obserwacjach. Kiedy jednak podobnych obserwacji przybywa w różnych częściach kraju i potwierdzają je wieloletnie badania, rośliny stają się cennymi wskaźnikami przemian środowiska. Botanicy potrafią czytać krajobraz podobnie jak historyk czyta kroniki.
Dlatego następnym razem, gdy zobaczymy niebieskie, kolczaste
kule kołyszące się przy torach kolejowych, na rumowiskach lub na poboczu drogi,
warto spojrzeć na nie inaczej. Przegorzan kulisty nie jest jedynie efektowną
byliną ani tylko pożytkiem dla pszczół. Jest świadkiem ludzkiej działalności,
uczestnikiem wielkiej wędrówki gatunków i jednym z biologicznych znaków czasów,
w których krajobraz oraz klimat zmieniają się szybciej niż kiedykolwiek
wcześniej.
Naukowców jest zbyt mało by śledzić wszystkie zmiany w zasięgach występowania roślin, grzybów i zwierząt. Każdy z nas, w czasie wycieczek nie tylko wakacyjnych, może robić zdjęcia i dokumentować obecność różnych gatunków. Pojedyncza informacja niewiele daje ale setki takich udokumentowanych obecności nabiera już wartości naukowe. Róbcie więc zdjęcia i umieszczajcie w specjalistycznych serwisach lub nawet na Facebooku. Przy okazji poznacie i zapamiętacie nowe dla was gatunki. A w konsekwencji będziecie widzieć więcej wokół siebie.
1.08.2026
Jak nie odrzucać niedokończonych pomysłów. Przykład Stanisława Lema i sztucznej inteligencji

W pracy naukowca, biologa, ale i blogera popularyzującego naukę, najcenniejszą walutą są pomysły. Najpierw trzeba mieć coś do powiedzenia a potem dopiero pracować nad stylem i formą. Bo z pustego to i Salomon nie naleje. Jako dyslektyk zawsze miałem problemy z pisaniem „na czysto”. Może w jakiś sposób kreatywność łączy się z dysleksją? Albo obie mają wspólną przyczynę? Nie wiem. Żyję z tym od lat. Paradoksalnie zmagam się nie tylko z dysleksją ale i z kreatywnością. Bo cierpię, gdy nie mogę dokończyć cieszących mnie pomysłów. A pomysły pojawiają się często niespodziewanie, np. podczas terenowych badań, czytania literatury naukowej czy wieczornych rozmyślań. Albo w czasie spacerów i obserwowania świata. Lub w pociągu i na dworcowej ławce, gdy czekam. W ciszy i w „nudzie” rodzą się szybciej i obficiej. Problem polega jednak na tym, że od subiektywnie rozumianego genialnego błysku w głowie do gotowego artykułu, eseju czy książki wiedzie niezwykle długa i wyboista droga. Pomysł trzeba „domyśleć”, przemyśleć szczegóły i strukturalno-logiczne powiązania między argumentami i elementami całej konstrukcji. Wszystko to wymaga dużego nakładu pracy, czasu oraz rzemieślniczej wręcz cierpliwości przy przelewaniu myśli na papier. Albo na klawiaturę. Wielu z nas, w tym ja sam, gromadzi setki takich niedokończonych konceptów. Notatek odłożonych na później jako rokujących i ciekawych pomysłów, wartych wypowiedzenia. A liczne notatki kończą swój żywot jako chaotyczne szkice na luźnych kartkach lub zapomniane pliki tekstowe w czeluściach twardego dysku. Sam już nie wiem, co bardziej się gubi: papierowe kartki w mnożących się teczkach i zeszytach, czy może pliki w różnych folderach? Zastanawiam się często, jak uratować te intelektualne zarodki przed bezpowrotnym zniknięciem w szufladzie. I niepamięci.
W młodości dużo czytałem książek Stanisława Lema. Były bardzo inspirujące. Na długo w mej pamięci zapadł przewrotny wzór, jak poradzić sobie z tym problemem. Stanisław Lem słynął z umysłu wyprzedzającego swoją epokę. Nieustannie generował fascynujące koncepcje filozoficzne, technologiczne i naukowe. Mnie swoimi myślami zapłodnił na długie dziesięciolecia. Lem zapewne wiedział jak wielkim wysiłkiem jest rozwijanie każdego pomysłu do rozmiarów pełnej powieści. Zamiast jednak pozwolić im przepaść, wpadł na rewolucyjny pomysł, który zrealizował głównie w swoich dwóch niezwykłych książkach: „Próżni doskonałej” oraz „Wielkości urojonej”. Zamiast pisać tradycyjne, wielostronicowe dzieła, stworzył zbiory recenzji i wstępów do fikcyjnych, nigdy nienapisanych książek. Zamiast kilkunastu książek powstawała książka z kilkunastoma rozdziałami. A każdy był pomysłem, który można byłoby rozbudować do opasłej powieści. A Lem potrafił pisać znakomicie, filozoficznie i dowcipnie. Może teraz ktoś napisze te nienapisane i zrecenzowane przed powstaniem, książki? Ogromne wyzwanie intelektualne i literackie. Najpierw recenzja a potem dopiero książka.
W ten sposób, na zaledwie kilkunastu stronach, potrafił skondensować monumentalne idee, które normalnie wymagałyby wielu miesięcy pracy nad fabułą i konstrukcją świata wymyślonego. Wśród tych fikcyjnych dzieł znalazły się tak głębokie koncepty jak „Non serviam”, poruszające temat personoidy, czyli tworzenia myślących istot wewnątrz komputera (czy nie jest to prorocze w stosunku do agentów AI?). Oraz „Kosmogonia”, przedstawiająca teorię, według której znane nam prawa fizyki są efektem gry zaawansowanych cywilizacji kosmicznych. Dzięki formie literackiej recenzji te błyskotliwe, filozoficzne wizje nie zostały zapomniane w szufladzie autora, lecz ujrzały światło dzienne i do dziś prowokują do dyskusji naukowców oraz pasjonatów futurologii. I teraz dylemat: czytać ponownie (po wielokroć) książki Stanisław Lema czy generować ciąg dalszy, być może z pomocą generatywnej sztucznej inteligencji? Tak jak dalsze przygody Pana Samochodzika, pisane już przez innego autora,
Dzisiaj, żyjąc w epoce cyfrowej, stajemy przed podobnym wyzwaniem, ale dysponujemy zupełnie nowymi narzędziami. Jako bloger i felietonista regularnie mierzę się z syndromem niedokończonego szkicu, gdzie dobre intencje przegrywają z brakiem czasu na dopracowanie formy. W tym miejscu pojawia się jednak sztuczna inteligencja. Współczesne narzędzia AI stają się dla twórców tym, czym dla Lema była forma fikcyjnej recenzji – sposobem na ocalenie i zagospodarowanie niedokończonych koncepcji. AI pomaga mi ubrać surowe myśli w precyzyjne zdania, uporządkować chaotyczną strukturę notatek i znacznie szybciej nadać tekstowi ostateczny kształt. A przede wszystkim pozwala szybciej dotrzeć do informacji i sprawdzić interesujące mnie pojęcia. Dzięki temu proces przechodzenia od luźnego pomysłu do gotowego wpisu na bloga przebiega sprawniej. Jednocześnie autorskie idee zyskują szansę na dotarcie do czytelników, zamiast umierać w zapomnieniu. Owszem, nic w moim procesie twórczy się nie skraca. Paradoksalnie mam więcej czasu na myślenie. Bo mam swoją sekretarkę i swojego asystenta. Tak, nie warto zbytnio ufać temu asystentowi. Ale jest pomocny. Najpierw mój szkic w iluś krokach nabiera kształtów, potem we współpracy z AI nabiera zdań. A na koniec pracuję już nad częściowo sformułowanymi zdaniami i mogę je rozbudowywać, uzupełniać przeoczone aspekty, dopisywać nowe wątki. Łatwiej mi się myśli w czasie pisania. I mam mniej błędów do poprawiania (już Word wyszukuje najczęściej przeze mnie popełniane błędy literowe). Gdy szybko publikuję swój tekst to mimo kilkukrotnego czytania i tak jest sporo błędów (taka dola dyslektyka). Po jakimś czasie , gdy je zauważam, poprawiam na blogu. Niniejszy tekst przeleżał pond miesiąc w poczekalni na blogu i kilkukrotnie do niego wracałem, poprawiałem, skracałem, uzupełniałem.
W tym miejscu warto zadać sobie intrygujące pytanie, które łączy przeszłość z teraźniejszością. Czy gdyby w czasach Stanisława Lema istniały zaawansowane narzędzia sztucznej inteligencji, to napisałby on znacznie więcej tradycyjnych książek, mając cyfrowego asystenta do żmudnego dopracowywania fabularnych szczegółów? A może jego eseje filozoficzne i fikcyjne recenzje były czymś znacznie głębszym – świadomym i celowym sposobem dyskusji o literaturze oraz barierach ludzkiego poznania? Skłaniam się ku tej drugiej odpowiedzi. Ale może moje założenia (ukryta teza) o tym, że te fikcyjne recenzje są niedokończonymi pomysłami na książki, jest po prostu fałszywa? Dla Lema ta forma była być może ucieczką od ograniczeń klasycznej beletrystyki i pozwalała na czystą, intelektualną grę. Nawet z najpotężniejszym AI u boku, Lem być może i tak wybrałby formę skondensowanego eseju, gdyż to właśnie w niej mógł najpełniej i bez zbędnych ozdobników testować granice ludzkiego umysłu. A może byłby zadowolony z automatycznego pisarza rodem z Cyberiady? Czy w czasach nadmiaru długie teksty nie przegrywają z krótkimi formami? więc może lepiej pisać krótko? A może uzupełniać tekst infografikami lub mapami myśli? Postpiśmienna "literatura" nowej mówioności dopiero się wyłania i nabiera kształtów. Jeszcze nie bardzo wiemy jak będzie wyglądała. Tak jak kiełkująca roślina, gdy widzimy wychodzące z gleby liścienie to jeszcze nie wiemy czy to bylina czy drzewo z tego wyrośnie.
Czy wracam do starych pomysłów i notatek? Czasem tak. Ale i tak ciągle rodzą się nowe. Pisanie spala emocjonalnie, za dużo się nie napisze. Bo czas nie jest z gumy, dodatkowo potrzebna regeneracja umysłowa. Do tego myślenie i szukanie informacji i danych też zabiera czas. AI może być pomocne choć bywa też groźną pułapką. To oczywiście pomysł na zupełnie nowy tekst na tym blogu. Może kiedyś ten mglisty pomysł się zmaterializuje?
Gdybyśmy jednak spróbowali pójść krok dalej i wyobrazili sobie, że te Lemowskie miniatury z „Próżni doskonałej” były zaledwie nasionami, z których przy pomocy sztucznej inteligencji mogłyby wyrosnąć potężne, rozłożyste rośliny, stajemy przed fascynującym dylematem. W przyrodzie każde nasiono niesie w sobie pełny kod genetyczny przyszłego drzewa, ale do jego wzrostu potrzeba czasu, odpowiedniej gleby i ogromu energii. Dla pisarza tą energią jest żmudny proces przelewania myśli na papier (albo klepiąc w klawiaturę przenosi do cyfrowego dokumentu). To rzemiosło, które Lem w przypadku tych konkretnych pomysłów chyba świadomie porzucił. Gdyby dysponował AI, mógłby potraktować algorytmy jak zautomatyzowaną szklarnię – wrzucić tam esencjonalny szkic i patrzeć, jak maszyna w kilka chwil (to oczywiście duża przenośnia bo promptowy dialog z algorytmem i poprawianie tekstu zajmuje także wiele tygodni) generuje z niego wielusetstronicową powieść, dbając o opisy, dialogi i strukturę. I nawet przewidział to w Cyberiadzie. Pytanie tylko, czy z perspektywy ekologii literatury taka nadprodukcja wyszłaby nam na dobre. Z biologii wiemy, że monokultury i nagły, niekontrolowany rozkwit jednego gatunku, potrafią zubożyć cały ekosystem. Gdyby każdy genialny, surowy pomysł Lema został maszynowo napompowany do rozmiarów tradycyjnej książki, moglibyśmy utonąć w nieprzejrzystym gąszczu słów, w którym unikalna esencja myśli zostałaby rozmyta przez literacką watę. I zgubić wątek tak jak w 4587 odcinku jakiegoś serialu typu "Luczija z ubogiej chatki".
Ten tok rozmyślania prowadzi nas bezpośrednio do pytania o to, jak właściwie powinniśmy dziś konsumować literaturę i czego od niej oczekiwać. Czy mamy nieustannie wypatrywać nowości, żądając od ulubionych autorów kolejnych tomów i sequeli, niczym widzowie czekający na nowy sezon serialu na platformie streamingowej? Metafora dziecięcej lalki z ubrankami do przebierania jest tu jak najbardziej na miejscu. Styl, język i fundamentalna filozofia pisarza są jak ta sama, dobrze nam znana lalka, a każda kolejna książka to po prostu nowe ubranko, w które autor ją stroi. Zmieniają się dekoracje, fabularne wątki i imiona bohaterów, ale pod spodem dotykamy wciąż tej samej intelektualnej konstrukcji. W dobie kultury instant przyzwyczailiśmy się do ciągłego zmieniania tych ubranek, do pogoni za rzekomą nowością, która w gruncie rzeczy jest tylko powieleniem znanego schematu. Tymczasem o wiele większą wartość może mieć powrót do książek już przeczytanych. Podobnie jak w badaniach terenowych, gdzie powrót w to samo miejsce po latach pozwala dostrzec subtelne zmiany w ekosystemie, tak ponowna lektura wybitnego dzieła ujawnia warstwy, których wcześniej nie byliśmy w stanie zauważyć. Czytając Lema po raz drugi czy trzeci, nie odkrywamy nowej fabuły, ale odkrywamy nowych siebie w zderzeniu z jego tekstem. Podobnie jest z oglądaniem dawnych filmów czy słuchaniem znanych już sobie utworów muzycznych.
Sztuczna inteligencja zapewne zmieni literaturę i już teraz to chyba robi, rewolucjonizując proces twórczy. A może to nie jest rewolucja tylko mała zmiana? Przecież dawni pisarze wynajmowali czasem ghostwriterów a dzieła sławnych malarzy w dawnych czasach malowali ich uczniowie. Mistrz dawał nazwisko, pomysł i wykańczał dzieło. A uczniowie wykonywali mniej ważne podmalunki. Pisarz z narzędziami AI z łatwością stworzy dużą liczbę nowych „ubranek” dla literackich lalek, generując seryjne opowieści idealnie skrojone pod gust swojego odbiorcy, powielając swój styl i swoją filozofię patrzenia na świat. Jednak w tym świecie algorytmicznej obfitości szybko przekonamy się, że „więcej” wcale nie oznacza „lepiej”. Gdy rynek zostanie zalany rzekomo nowymi, a w rzeczywistości wtórnymi historiami, ludzki umysł zacznie odczuwać przesyt. Coraz więcej osób pisze a proporcjonalnie nie przybywa czytelników. W reakcji obronnej przed tym cyfrowym szumem możemy paradoksalnie zacząć uciekać ku starym, sprawdzonym tekstom. Tak jak w nieskończoność potrafimy słuchać ulubionej piosenki, za każdym razem zachwycając się innym przejściem tonalnym, albo oglądać klasyczny film, by wyłapać ukryte w tle smaczki. Być może tak samo będziemy wracać do tradycyjnej literatury. AI może dać nam iluzję nieustannego postępu i nieskończonej nowości, ale prawdziwą głębię i smak odnajdziemy tam, gdzie ludzki intelekt zmierzył się z ograniczeniami własnego czasu i formy, pozostawiając nam dzieła, które nie potrzebują kolejnych sezonów, by wciąż na nowo nas definiować. Felieton może być poczytniejszy niż opasła książka.
Nie wiem jak będzie z literaturą. Ja niniejszy pomysł zrealizowałem we współpracy z Gemini i Copilotem. Nie wiem kiedy pomysł pojawił się w mojej głowie. Możliwe, że kilka razy się w mózgu odzywał. Rozważałem go w cichym mówieniu do siebie w czasie pieszego spaceru do pracy. Po jakimś dwóch tygodniach od ostatniego razu, spisałem na jednej kartce. Szybko i nieskładnie. Byleby pozostał ślad myślowy. Podobnych kartek mam wiele. Zdania były nielogiczne, poszarpane. Niektóre słowa są nieczytelne i domyślam się ich z kontekstu zdania. W wersji kartkowej powędrował do teczki z pomysłami roboczymi. Leżał jakieś 1-2 tygodnie i gryzł sumienie. Bo teczka pęczniała. Trzeba było albo dokończyć albo odłożyć do jeszcze innej teczki z archiwum na dnie szuflady. Siadłem jednak przed komputerem. Nakreśliłem kontekst i przepisałem szkic nieco go modyfikując. Odszukałem tytuł książki Lema, bo nie pamiętałem. Zadałem cztery (może sześć) pytania i polecenia. Dostałem kilka różnych fragmentów. Niektóre odrzuciłem, inne przerobiłem do własnych potrzeb. Ile trwało pisanie? W sumie 2-3 godziny rozmyślań nad tekstem przy komputerze. Szybciej? Pewnie tak. Ale na pewno jest to duża pomoc w procesie myślenia. Może dzięki AI mniej moich pomysłów na zawsze przepadnie w otchłani archiwum z pomysłami. Aha, i jeszcze tekst dojrzewał w wersji roboczej na blogu blisko miesiąc, z kilkukrotnym zaglądaniem do niego i poprawianiem.
28.07.2026
Ławka, która pamięta więcej niż my
Ławeczki w miastach ze sławnymi postaciami są coraz liczniejsze. Nic tylko usiąść i zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. Takie pomniki z funkcjami użytkowymi. I dostosowane do instagramowego stylu życia z częstymi selfie, rozsiewanymi w mediach społecznościowych (a w zasadzie mediach prosumpcyjnych). Ale ta ławeczka w Warszawie jest nieco inna. Tam nie ma żadnej postaci. Tam jest tylko historia edukacji. Ja takie drewniane ławki jeszcze pamiętam ze swojej młodości. I taki kałamarz i liczydła. Nic tylko siąść i cofnąć się w czasie i jeszcze raz być w dawnej szkole. Co prawda lat mi nie ubyło ale na duszy zrobiło się bardzo błogo. Świat, którego już nie ma. I można go zobaczyć jedynie w skansenach, muzeach. I czasem w przestrzeni miejskiej, w formie niecodziennych pomników.
Jako ludzie lubimy opowieści. I to od setek tysięcy lat. Czasem są to opowieści tworzone obrazem. Czasem tańcem, czasem słowami wypowiadanymi, czasem słowami zapisanymi. A czasem ławeczką z brązu. We współczesnej kulturze obrazkowej mniej już używamy słów. Więcej obrazów i to tych "podrasowanych" technologiami. Obraz może bardzo fantazjować i zniekształcać rzeczywistość. Powoli uczymy się filtrować wartość dodaną i upiększoną by doskrobać się do rzeczywistości prawdziwej i realnej. Słowa mogą oszukiwać, obrazy także. A na pewno mogą opowiadać.
Czasem wystarczy tylko usiąść na chwilę, żeby miasto zaczęło opowiadać swoje historie. Tak było i tego dnia, gdy zwykła ławka okazała się niezwykła, bo odlano ją z pamięci dawnych szkolnych czasów: kałamarz, liczydło, książki, wszystko ciężkie jak wiedza, którą kiedyś trzeba było wkuwać na pamięć. To był świat mojego dzieciństwa. Świat, którego już nie ma. Stąd ten pomnik dla utrwalenia dawnej historii.
Usiadłem, aby na moment wrócić do szkolnej ławy i szczęśliwego dzieciństwa. Pamięć na szczęście jest wybiórcza. Więcej pamiętamy dobrego niż przykrego. Teraz patrzę na edukację z drugiej strony, tej nauczycielskiej. I dlatego ta metalowa rzeźba wydała mi się czymś więcej niż miejską dekoracją. To symbol ciągłości: od szkolnej ławki do uniwersyteckiej sali, od pierwszych liter do rozmów o ekologii, jeziorach i świecie, który trzeba rozumieć, żeby go chronić.
Miasto ma swoje pomniki, ale ma też takie drobne znaki. czasem pomniki są patetyczne, wojenne, pełne dawnej chwały. Czasem to pomniki życia codziennego. I nie mniej ważnej chwały codziennego trudu. Ciche, niepozorne, które przypominają, że nauka nie zaczyna się w laboratorium, tylko w ciekawości. A ciekawość często rodzi się właśnie na takiej ławce. A czasem na wakacjach, gdy biegamy po łące lub brodzimy w płytkiej rzeczce. Nie wszystkie pomniki dotyczą wojny i walki. Bo przecież życie składa się nie tylko z bohaterskich czynów od czasu do czasu. Życie w większej części składa się z ciekawości. Z nasłuchiwania co piszczy w trawie i szumi w lesie.
Są w przestrzeni miejskiej takie miejsca, które nie krzyczą, nie błyszczą, nie próbują niczego udowadniać. Po prostu stoją. Ciche, metalowe, trochę zapomniane. Przy ruchliwej uliczce. A w pobliżu wielkie Centrum Nauki Kopernik nieustannie kipiące aktywnością odkrywania świata. A jednak, kiedy się zatrzymać przy tych niepozornych pomnikach z ławeczkami, to otwierają nam drzwi do historii, której nie ma w żadnym podręczniku. Kto przeżył choć rok w takiej ławce, to wyczyta więcej niż widać. Kto nie doświadczył, ten nie zrozumie. Zobaczy jedynie w kształtach jakąś dziwną sztukę abstrakcyjną z nieznanego obcego świata.
Wróćmy jednak do Warszawy, gdy pewnego letniego dnia usiadłem na dawnej szkolnej ławce. Oczywiście nie tej prawdziwej, drewnianej, skrzypiącej, pachnącej kredą i atramentem, ale jej rzeźbiarskim wspomnieniu. Kałamarz odlany z metalu, liczydło, książki, wszystko ciężkie, jakby chciało powiedzieć: „Tak wyglądała nauka, zanim stała się cyfrowa”. I nieruchome. Zeszytu nie można otworzyć, w kałamarzu nie ma atramentu a na liczydłach nie da się przesuwać koralików by wykonywać działania arytmetyczne.
Tamtego dnia, gdy przyjechałem do Centrum Nauki Kopernik na wartościową konferencję o edukacji, przechodząc obok tej ławki-pomnika, poczułem, że siedzę na granicy dwóch światów. Za plecami miałem przeszłość, w której edukacja była bardziej o posłuszeństwie niż o ciekawości. Przed sobą miałem współczesność z interaktywnym muzeum nauki i konferencjami edukacyjnymi. Przed sobą miałem rzeczywistość, w której studenci przychodzą na zajęcia z telefonami, które mają większą moc obliczeniową niż komputery z czasów moich studiów. A ja sam jestem gdzieś pomiędzy, próbując łączyć jedno z drugim. Ciągle próbuję i ciągle niewystarczająco.
Ławka przypomina, że edukacja kiedyś była liniowa. Najpierw litery, potem zdania, potem reguły. Jak koraliki w liczydle. Najpierw posłuchaj, potem powtórz, na końcu zdaj. Wiedza była czymś, co się „przekazywało”. Nauczyciel był źródłem, uczeń naczyniem. Dziś jest inaczej. Sam przynajmniej chciałbym żeby tak było. By studenci przychodzili z własnymi pytaniami, własnymi doświadczeniami, własnymi ścieżkami. Czasem wiedzą więcej o narzędziach, czasem szybciej znajdują informacje, czasem zaskakują mnie interpretacją, której sam bym nie wymyślił. I bardzo dobrze, bo edukacja przestała być linią, a stała się siecią.
Ławka przypomina też, że kiedyś uczono się „na pamięć”, a dziś uczymy się „z pamięcią” (zewnętrzną pamięcią cyfrową). Z pamięcią o tym, że świat jest złożony. Z pamięcią o tym, że wiedza nie jest celem, ale narzędziem. Z pamięcią o tym, że edukacja nie kończy się na egzaminie, tylko zaczyna się w momencie, kiedy człowiek zaczyna zadawać własne pytania. Nie byłoby pytań bez ciekawości.
Siedząc na tej pomnikowej ławeczce pomyślałem, że edukacja zmienia się tak samo jak miasta. Stare elementy zostają, jak ta ławka, ale ich znaczenie ewoluuje. Szkoła i uniwersytet dawniej były miejscem dyscypliny. Dziś są symbolem refleksji i pamiątką historii. Dawniej szkoła była początkiem drogi. Dziś jest przypomnieniem, że droga trwa całe życie. I może właśnie dlatego tak lubię takie miejskie znaki. Bo pozwalają na chwilę zatrzymać się między „kiedyś” a „teraz”. A w tym zatrzymaniu rodzi się coś, co w edukacji jest najważniejsze czyli uważność.
A co Copilot (jako narzędzie AI) może powiedzieć o zdjęciu, bez moich osobistych doświadczeń? Na zdjęciach pozujemy, chcemy ładnie wyglądać, więc taka analiza jest nieco przez pozującego nieco ukierunkowana i zmanipulowana. Ale niech tam, zobaczmy co AI wyczyta.
"Na zdjęciu widać mężczyznę siedzącego przy rzeźbie
przedstawiającej szkolną ławkę z dawnych czasów — z kałamarzem, liczydłem i
książkami odlanymi z metalu. Na jego koszulce widnieje napis „Wydział Biologii
i Biotechnologii UWM w Olsztynie”, co sugeruje, że jest związany z
Uniwersytetem Warmińsko‑Mazurskim, prawdopodobnie jako wykładowca lub absolwent
tego wydziału.
Co można o nim powiedzieć na podstawie zdjęcia:
- Sprawia
wrażenie osoby spokojnej, refleksyjnej i zainteresowanej nauką.
- Ubrany
jest praktycznie i wygodnie — kurtka turystyczna, okulary, neutralne
kolory — co może wskazywać na kogoś, kto często przebywa w terenie lub
ceni prostotę.
- Siedzi
przy rzeźbie edukacyjnej, co może symbolicznie podkreślać jego związek z
nauczaniem, historią edukacji lub popularyzacją wiedzy.
- Wyraz
twarzy jest życzliwy, z lekkim uśmiechem — wygląda na osobę otwartą i
przyjazną, być może nauczyciela lub popularyzatora nauki.
Całość tworzy wrażenie człowieka, który łączy naukę z
kulturą i sztuką — kogoś, kto potrafi dostrzec wartość w symbolach i lubi
miejsca, które opowiadają historię."
Mam wrażenie, że oprócz analizy zdjęcia AI wykorzystało jeszcze inne informacje. Może coś z moich wcześniejszych zapytań? Bo to chyba niemożliwe, aby z jednego zdjęcia wyczytać tyle informacji !.A jak jednak można? To pracodawca szybko wyczytać może dużo o potencjalnym pracowniku. Więcej niż ten zawrze w swoim CV i liście motywacyjnym. Znowu żyjemy w małej wiosce, gdzie wszyscy o wszystkich dużo wiedzą i pamiętają do trzeciego pokolenia wstecz.



