
Na uczelniach od dawna obserwuję zjawisko, które biolog nazwałby dziedziczeniem kulturowym, a filozof przyrody – trwałością wzorców organizacji życia społecznego. Nie chodzi o geny, lecz o obyczaje. A obyczaje, jak wiadomo, potrafią być równie trwałe jak DNA. Biolodzy odkryli dziedziczenie pozagenetyczne (jakkolwiek by to paradoksalnie brzmiało) w postaci epigenetyki. Poszerza to możliwości snucia analogii.
Przez wiele dziesięcioleci uniwersytety funkcjonowały według modelu, który dziś można by nazwać półfeudalnym. Oczywiście nie było oficjalnych pańszczyźnianych powinności, nikt nie odrabiał dni roboczych na folwarku profesora, ale pewne podobieństwa były uderzające. Młody asystent przychodził do pracy i szybko dowiadywał się, jak wygląda porządek świata. Na górze byli profesorowie. Niektórzy przypominali oświeconych monarchów, inni bardziej średniowiecznych feudałów. Na dole znajdowała się młodzież naukowa, której podstawowym zadaniem było cierpliwie czekać. Czekać na etat. Czekać na awans. Czekać na lepsze biurko, lepszy komputer czy dostęp do czajnika. Czekać na habilitację. Czekać na własny gabinet. Czekać na możliwość decydowania. A jeśli komuś się nie podobało? Cóż, odpowiedź bywała prosta: „drzwi są tam”, na twoje miejsce czeka wielu innych.
W biologii takie strategie określa się czasem jako system kolejki do zasobów lub porządek dziobania. Osobniki niższe rangą czekają, aż zwolni się miejsce wyżej w hierarchii. Kiedy jeden stary samiec odchodzi, następny zajmuje jego miejsce. Natura zna takie rozwiązania od milionów lat. Problem polegał jednak na tym, że uczelnie nie są kurami w kurniku ani stadami pawianów. Przez lata ten system reprodukował sam siebie. Zostawali przede wszystkim ci, którzy godzili się na jego reguły. Kto miał wystarczająco dużo cierpliwości, po trzydziestu latach sam stawał się profesorem. A kiedy już znalazł się na szczycie, często odtwarzał dokładnie ten sam model, którego wcześniej doświadczał (nawet jeśli narzekał na ten system). To była przecież oczywista oczywistość. To trochę jak w starych bajkach o smokach. Młody rycerz przez całe życie walczy ze smokiem, aż w końcu sam staje się smokiem i zaczyna pilnować tej samej góry złota. Mechanizm był prosty. Skoro ja czekałem dwadzieścia lat, to inni też mogą poczekać. Skoro ja znosiłem humory przełożonych, to młodsi również powinni wykazać się cierpliwością. Skoro ja dopisywałem do publikacji szefa, to i mnie niech teraz dopisują doktoranci czy ci z niższej grzędy w kurniku. Skoro ja przeżyłem, to znaczy, że system działa.
W statystyce taki sposób rozumowania nazywa się błędem przeżywalności. Widzimy tych, którzy przetrwali, a zapominamy o wszystkich, którzy po drodze odeszli. A przecież nie odchodzili tylko ci najmniej naukowo wydolni. Buntownicy i kontestatorzy zawsze byli na uczelniach. Czasem niektórym udawało się wejść na szczyty. Ale stanowili raczej margines. Oczywiście, na różnych uczelniach ten margines był większy lub mniejszy, bo kultura pracy nie wszędzie była jednakowa. Niepokorni outsiderzy zawsze gdzieś się w murach akademickich uchowali.
Tymczasem świat się zmienił. Na uczelnie weszło pokolenie Z. I nagle okazało się, że coś przestało działać. Młodzi ludzie nie chcą czekać dwudziestu lat na prawo do własnego zdania. Nie traktują hierarchii jako wartości samej w sobie. Nie są zachwyceni wizją mozolnego wspinania się po szczeblach tylko dlatego, że tak robili poprzednicy. Nie zachwycają się pracą po godzinach. Co więcej, mają świadomość, że poza murami uczelni istnieje cały świat alternatyw. Firmy technologiczne, organizacje pozarządowe, startupy, własna działalność, praca zdalna, projekty międzynarodowe. Jeśli gdzieś nie czują się szanowani, zwyczajnie odchodzą. Czasem odchodzą bo warunki finansowe poza uczelnia dla ich kwalifikacji są znacznie lepsze.
I tutaj zaczyna się prawdziwy konflikt pokoleń. Oto bowiem część przedstawicieli starszego pokolenia przez całe życie wspinała się po hierarchicznej drabinie. Poświęcała czas, energię i zdrowie, by dotrzeć na sam szczyt. Wreszcie dotarła. Zdobyła tytuły, stanowiska, ekspresy do kawy, gabinety i władzę organizacyjną. Po czym spojrzała w dół. A tam… nikogo. Drabina stoi. Szczyt jest. Ale kolejka zniknęła.
To trochę tak, jakby chłop pańszczyźniany przez całe życie marzył o tym, by zostać panem na dworze. W końcu zostaje właścicielem folwarku, zakłada kontusz, zamawia portret przodków i przygotowuje się do zarządzania poddanymi. Tylko że poddani wyjechali. Jedni do miasta, inni za granicę. Jeszcze inni otworzyli własne warsztaty. Albo raczej nie przybyli by wspinać się tak jak on. Tak czy siak folwark został, ale nie ma komu odrabiać pańszczyzny.
Oczywiście metafora jest trochę przesadzona. Na szczęście współczesne uczelnie nie są folwarkami, a większość profesorów nie przypomina magnatów z XVII wieku. Jednak każda metafora coś odsłania. Pokazuje jakiś fragment rzeczywistości. Metafora to nie jest rzetelne i kompleksowe badanie naukowe. Mimo to w jakiś sposób opisuje rzeczywistość. Pokazuje, że część napięć na uniwersytetach nie wynika ze złej woli którejkolwiek strony. Wynika z tego, że spotkały się dwa zupełnie różne modele myślenia o pracy. Jeden zakłada cierpliwe oczekiwanie na awans w ramach hierarchii. Drugi zakłada partnerską współpracę i możliwość wpływu od samego początku. Jeden wierzy w autorytet stanowiska. Drugi bardziej ufa autorytetowi kompetencji. Jeden pyta: „Jak długo pracujesz na uczelni? Za ile punktów masz publikację”. Drugi pyta: „co potrafisz zrobić?”, "co odkryłeś?".
Jako biolog wiem, że gatunki, które nie potrafią dostosować się do zmian środowiska, mają poważne problemy. Oczywiście w skali sukcesji ekologicznej i w skali ewolucji biologicznej. Nie dlatego, że są głupie. Wręcz przeciwnie. Często są doskonale przystosowane, tyle że do świata, który już nie istnieje. Być może podobne wyzwanie stoi dziś przed uniwersytetami. Może zamiast zastanawiać się, dlaczego młodzi nie chcą uczestniczyć w dawnych rytuałach przejścia, warto zapytać, czy same rytuały mają jeszcze sens. Może nie chodzi o to, że pokolenie Z jest leniwe, roszczeniowe albo niecierpliwe. Może po prostu nie widzi powodu, by zostać chłopem pańszczyźnianym w świecie, w którym pańszczyznę zniesiono już dawno temu. A jeśli tak, to zamiast narzekać na młodych, warto wykorzystać okazję do przebudowy akademickiego folwarku w coś bardziej przypominającego wspólnotę badaczy. Bo uniwersytet przyszłości nie potrzebuje poddanych. Potrzebuje partnerów. Nawet jeśli czasem noszą trampki, komunikują się emotikomkami i zadają pytania, których starsze pokolenia nigdy nie odważyłyby się zadać. A przynajmniej by na głos i publicznie je wypowiedzieć.
Moje myślenie mocno osadzone jest w biologii, dlatego na te aspekty zwracam szczególną uwagę. I często wyławiam z dyskusji publicznej argument, że „hierarchie są naturalne”. I rzeczywiście są. Występują u wilków, pawianów, szympansów, kur. U Homo sapiens także, bo jesteśmy gatunkiem stadnym i społecznym. W biologii nie jest to żadna sensacja. Tam, gdzie kilka osobników korzysta z tych samych zasobów, niemal zawsze pojawia się jakiś system ustalania pierwszeństwa. Tyle tylko, że bardzo często popełniamy pewien błąd logiczny. Mylimy „naturalne” z „najlepsze”. Naturalne są także pasożyty, choroby zakaźne i zjadanie własnego rodzeństwa przez pisklęta niektórych ptaków. Nie wszystko, co spotykamy w przyrodzie, jest wzorem do naśladowania dla społeczności ludzkich. Bo w biologii ważny jest także kontekst środowiskowy. Naśladowanie jakiegoś wzorca zachowania, bez uwzględnienia konkretnego kontekstu środowiskowego, może wyprowadzić na manowce. Co więcej, ewolucja, jako proces, nie produkuje rozwiązań idealnych. Tworzy rozwiązania wystarczająco skuteczne w konkretnych warunkach środowiska. Dobrych tu i teraz.
Przez długi czas uczelnie przypominały środowisko o bardzo ograniczonych zasobach. Etatów było mało. Profesorów było niewielu. Możliwości awansu były ograniczone. W takich warunkach hierarchiczny system kolejkowy miał pewną logikę. Problem polega na tym, że zmieniło się środowisko. W biologii mówi się czasem o ewolucyjnej pułapce. Organizm zachowuje się zgodnie ze strategią, która przez tysiące pokoleń działała znakomicie, ale przestała działać po zmianie warunków.
Być może część akademickich konfliktów jest właśnie taką ewolucyjną pułapką kulturową. Przez wiele lat badacze zachwycali się hierarchiami dominacji u naczelnych. Samiec alfa wydawał się szczytem ewolucyjnego sukcesu. Najsilniejszy. Najgłośniejszy. Najbardziej agresywny. Potem zaczęto przyglądać się temu dokładniej. Okazało się, że najbardziej stabilne grupy nie zawsze są kierowane przez największych awanturników. Często najwyższą pozycję osiągają osobniki najlepiej budujące relacje, rozładowujące konflikty i utrzymujące spójność grupy. Innymi słowy, ewolucja premiuje nie tylko dominację. Premiuje również współpracę. A człowiek znakomicie rozwinął się populacyjnie, kulturowo i społecznie dzięki ponadprzeciętnej biologicznie umiejętności współpracy. W pewnym sensie historia człowieka jest historią przechodzenia od brutalnej dominacji do coraz bardziej skomplikowanych form współdziałania.
Nie staliśmy się gatunkiem dominującym dlatego, że mieliśmy największe kły. Tygrys ma większe. Nie dlatego, że byliśmy najsilniejsi. Goryl jest silniejszy. Nawet Neandertalczyk był od nas silniejszy. Nie dlatego, że byliśmy najszybsi. Antylopa jest szybsza. Wygraliśmy dlatego, że potrafiliśmy współpracować w dużych grupach. Potrafiliśmy dzielić się wiedzą. Potrafiliśmy uczyć młodych. Potrafiliśmy budować wspólnoty wykraczające poza rodzinę i plemię.
A uniwersytet jest przecież jednym z największych wynalazków tej właśnie zdolności. Uniwersytet jako ekosystem. Czasem myślimy o uczelni jak o piramidzie. Rektor na górze. Dziekani niżej. Profesorowie jeszcze niżej. Adiunkci. Asystenci (tych od dawna brakuje, ich role pełnią doktoranci). Doktoranci. Studenci. Ta piramida uległa zaburzeniu bo więcej jest w katedrach profesorów niż adiunktów, a tym bardziej asystentów czy nawet doktorantów. Być może to efekt starzenia się społeczeństwa lub zakończył się etap dynamicznego wzrostu uczelni wyższych. Można byłoby sie odwołać do ekologicznej, wiekowej struktury populacji.
Najcenniejsze odkrycia naukowe coraz rzadziej powstają w samotnych gabinetach przypominających średniowieczne wieże uczonych. Coraz częściej rodzą się na styku różnych dyscyplin, różnych pokoleń i różnych doświadczeń. Profesor wnosi doświadczenie, młody badacz wnosi świeże spojrzenie. Student wnosi pytania, których nikt wcześniej nie zadawał. O ile dostanie przestrzeń i pozwolenie na zadawniane pytań. Dopiero razem tworzą system zdolny do uczenia się.
Dlaczego pokolenie Z nie chce czekać? Starsze pokolenia często interpretują zachowanie młodych jako przejaw niecierpliwości lub rozwydrzonych roszczeń. Możliwe jednak, że młodzi po prostu inaczej rozumieją sens współpracy. Dla pokolenia wychowanego w internecie wiedza nie jest dobrem rzadkim. Nie trzeba już miesiącami czekać na dostęp do informacji ukrytej w szafie profesora. Nie trzeba podróżować do odległych bibliotek. Nie trzeba zdobywać przywileju uczestniczenia w zamkniętym seminarium. Wiedza krąży swobodnie. Zmienia się więc także rozumienie autorytetu. Autorytet nie wynika już z dostępu do informacji. Wynika z umiejętności interpretacji informacji. To ogromna różnica. Dawniej profesor był często strażnikiem bramy. Dzisiaj bardziej przypomina przewodnika po skomplikowanym lesie danych. A przewodnik nie musi krzyczeć na turystów, aby go szanowali. Wystarczy, że zna drogę.
Mam czasem wrażenie, że prawdziwy konflikt pokoleń na uczelni nie dotyczy wieku. Dotyczy metafory. Starsze pokolenie myśli o karierze naukowej jak o drabinie. Trzeba wspinać się szczebel po szczeblu. Młodsi coraz częściej myślą o niej jak o sieci. Można poruszać się w różnych kierunkach, łączyć kompetencje, tworzyć projekty, zmieniać role czy współpracować z ludźmi spoza uczelni. W końcu popularyzować naukę, tworzyć startupy, prowadzić badania obywatelskie, budować społeczności internetowe. Dla jednych sukces oznacza wejście wyżej. Dla drugich oznacza połączenie większej liczby punktów. To są dwa różne modele świata.
Ewolucja nie nagradza najsilniejszych. To jedno z największych nieporozumień związanych z teorią ewolucji. Nagradza tych, którzy najlepiej dostosowują się do zmian. Przez miliony lat organizmy osiągały sukces nie tylko dzięki konkurencji, lecz również dzięki współpracy. Komórki połączyły się w organizmy wielokomórkowe. Owady zaczęły tworzyć społeczeństwa (np. mrówki, termity). Ludzie budowali społeczności. A potem wymyślili uniwersytety.
Jeżeli więc współczesna uczelnia ma przetrwać kolejne dekady, być może nie potrzebuje jeszcze wyższych murów i jeszcze bardziej rozbudowanych hierarchii. Być może potrzebuje więcej zaufania, więcej współpracy i większej gotowości do uczenia się od młodszych. Bo paradoksalnie największą oznaką dojrzałości nie jest dziś zdolność wydawania poleceń. Jest nią zdolność słuchania. Nawet wtedy, gdy mówi ktoś, kto dopiero wszedł do laboratorium, założył pierwszy fartuch i nie wie jeszcze, jak działa akademicki ekspres do kawy. Zwłaszcza wtedy.
Każde pokolenie wychowuje następców po to, by byli skuteczniejsi od niego. Przynajmniej deklaratywnie. A potem często dziwi się, że ci następcy nie chcą żyć według starych reguł. Z punktu widzenia biologii jest to wręcz oznaka sukcesu, a nie porażki. Ewolucja nie działa przez kopiowanie świata takim, jaki jest, lecz przez jego nieustanne modyfikowanie.





