19.04.2018

O blogowaniu, konektywizmie i uniwersytecie

Wykorzystanie QR Kodów i mobilnego internety w edukacji i komunikacji,
element wystawy)
Wiedza nie powstaje w centrach powstawania wiedzy. Wiedza powstaje wszędzie. Ona musi być wymieniana i aktualizowana. Jest jak życie biologiczne, potrzebuje ciągłego odtwarzania, przetwarzania, reprodukowania się. I dzieje się to w relacjach, konektywnie, w sieci społecznej. Kiedyś odbywało się to analogowo, poprzez język i przekaz niewerbalny, poprzez kontaktowanie się ludzi ze sobą: współuczestnictwo, współdziałanie, rozmowę, dialog. Potem - za sprawą ewolucji kulturowej - ludzkie mózgi zaczęły wspomagać się pamięcią zewnętrzną. Najpierw było to pismo ręcznie zapisane, potem wydrukowane a więc szybko powielone i zwielokrotnione. Do sieci współpracujących mózgów dołączyły... książki i czasopisma. Kolejny element sieci.

A teraz mamy jeszcze większą pamięć zewnętrzną i poszerzone możliwości komunikacji (telekomunikacji). Krąg społeczny osób, z którymi się kontaktujemy listami, telefonami, e-mailami, różnorodnymi kanałami internetowymi, znacząco się poszerzył. I zwęszyła się nasza pamięć zewnętrzna w postaci dysków, serwerów, pamięci smartfonów i internetowo dostępnych repozytoriów. Jeszcze większa sieć kontaktujących się mózgów ludzkich, pamięci zewnętrznej i... sztucznej inteligencji. Większa i bardziej różnorodna. Mózgi i elementy sztuczne, wytworzone przez człowieka (a więc i te mózgi). Ewolucja biologiczna przenika się z ewolucją kulturową. Warto skupić się na systemie a nie jedynie na dzieleniu elementów na naturalne i antropogeniczne. Tak jak w ekosystemie. Zakotwiczony jestem mocno w myśleniu systemowym i ewolucyjnym. I tak też patrzę na człowieka. Stąd te dygresje.

Wiedza powstawała konektywnie już u swojego zarania. Teraz, w dobie internetu i komputerów, rola konektywizmu się zwiększyła i bardziej uwidoczniła. Dlatego dostrzegliśmy i nazwaliśmy. Konektywizm. Ma to znaczenie dla teorii uczenia się (nauczania).

Kolektywizm pełniej zrozumiałem w czasie wykładu Stephena Downsa. w czasie konferencji w Centrum Nauki Kopernik. Znacząco uporządkował moje przemyślenia, doświadczenia i wcześniej zdobytą wiedzę także w zakresie filozofii nauki. A teraz jadę na konferencję do Ciechanowa  ("Mózg - umysł - uczenie się") by dalej dyskutować. Przygotowałem się do tej dyskusji w formie referatu pt. "Czy ludzi mózg przystosowany jest do uczenia się w epoce cyfrowej?" Konferencja jest interdyscyplinarna, w zasadzie bardzo medyczna. Jadę jako biolog.

Pierwszy etap to przemyślenie i przygotowanie referatu. Drugim będzie wygłoszenie i ewentualna dyskusja. Trzecim elementem będzie wysłuchanie innych i zastanowienie się nad zasłyszanymi treściami. Tego nigdy nie zaplanujemy, bo treści będą nowe. Tak jak i spotkani ludzie. Niniejszy tekst jest uzupełnieniem referatu, wygłoszonego w Ciechanowie (konferencja "Mózg - umysł - uczenie się"). Praktycznym i eksperymentalnym odniesieniem się do treści tam wypowiedzianych. Jest kolejną próbą wyjścia poza tradycyjne schematy i tradycję konferencji naukowych. To nie jest publikacja (np. pokonferencyjna).

Sądzę, że obowiązkiem uczonego/naukowca/pracownika akademickiego jest rozpoznawanie, opisywanie otaczającej nas rzeczywistości, poszukiwanie i zrozumienie zachodzących procesów a potem relacjonowanie i opowiadanie o uzyskanych rezultatach. Zatem jadę do Ciechanowa nie tylko przekazywać wiedzę ale i przez dialog oraz eksperyment tę wiedzę tworzyć, razem z innymi.

Connect - przyłącz się, podłącz się do rozproszonej, wspólnej wiedzy już rozpoznanej. Kiedyś odbywało się to w postaci rozmowy "analogowej". I tak było przez dziesiątki tysięcy lat. Construct - buduj, zarówno rzeczy jak i zasoby oraz strukturę wiedzy. Contemplate - kontempluj i zastanawiaj się (do tego potrzeba czasem ciszy i wyjścia na pustynię). Refleksja, nad tym co zbudowane lub nauczone się, przyswojone. I w końcu Continue - idź dalej. 4 C konektywizmu.

Najogólniej rzecz ujmując - ludzki mózg nie jest przystosowany do uczenia się w epoce cyfrowej. Cóż zatem czynić? Czekać na efekty ewolucji? Jest jeszcze druga możliwość: zmienić środowisko edukacyjne tak, aby nasz mózg dobrze "działał" w zastanej rzeczywistości. Nie ma więc co narzekać na telefony komórkowe i mobilny internet. Trzeba zrozumieć zagrożenia i szanse i tak zmieniać środowisko edukacyjne by wyeliminować negatywne skutki. Bo nasz odziedziczony system kształcenia jest... nieprzystosowany do cyfrowego świata i naszych możliwości biologicznych. Łatwiej zmienić system edukacyjny niż ludzki mózg...

Nasz mózg od dawna był społeczny i jego "moce przerobowe" tworzyły się własnie do obsługi złożonych relacji społecznych. Tyle tylko, że w znacznie mniejszych grupach niż obecnie.

(Kamishibai w parku)
Utwierdzony wiedzą teoretyczną z filozofii nauki (konstruktywizm) śmielej bloguję. Bo jest to uzupełniająca forma refleksji jak i dyskusji w cyfrowym, nowym świecie, bo jest to sposób na wyrażanie myśli, co po głowie się kłębią, kiełkują niczym wiosenne kwiaty. A jeszcze jednym elementem będzie QR Kod, linkujący do niniejszego tekstu, umieszczony na slajdzie w czasie konferencyjnego referatu. Kolejny raz chcę sprawdzić czy można rozszerzyć dyskusję konferencyjną o przestrzeń internetową. Chcę opowiedzieć o przystosowaniach mózgu do uczenia się w epoce cyfrowej i dać możliwość uczestnikom szybkiego sprawdzenia. Nie tylko słowa ale i działania.

Tak jak wiele innych osób mam problem z wyrażaniem myśli. Z precyzyjnym formułowaniem, trafnym dobieraniem argumentów. Nasi przodkowie znacznie więcej czasu spędzali na plotkowaniu, opowiadaniu i "bezproduktywnym gadaniu". Trochę z tej dawnej sieci społecznej straciliśmy.  Coraz mniej jest okazji do publicznych dyskusji na uniwersytecie – pozostają tylko te oficjalne, uroczyste a przez to rzadkie. To nie smartfony i "facebuki" są przyczyną. Przestrzenie internetowe są reakcją i sposobem na utrzymanie szerokich relacji społecznych i komunikacji. Stare potrzeby a nowe technologie. I tej sytuacji dopiero się uczymy. Brak czasu i nadmiar informacji zaczął się już w czasie rewolucji neolitycznej, gwałtownie przyspieszył w epoce przemysłowej i w miastach. Umiejętność współpracy staje się coraz bardziej kluczowa. Mózg społeczny w epoce cyfrowej... z przystawkami.

Coraz bardziej brakuje codziennej, spokojnej dyskusji. Pośpiech? Rosnące wymagania wydajności akademickiej, rosnące wskaźniki. Bo być może brakuje odpowiedniej przestrzeni publicznej oraz zbyt bardzo stajemy się korporacją z wyścigiem szczurów. Dyskutować? A po co, czy będą z tego jakieś punkty? Punkty żadne ale jest przecież zaspakajanie własnej ciekawości i społeczne obcowanie z innymi… I konektywne tworzenie wiedzy. Punkty przeminą, wiedza pozostanie. O ile będzie w użyciu.

Wiele osób w trakcie dyskusji wie, co chciałoby powiedzieć… tylko jak to zgrabnie ubrać w słowa? Myśl nie znajduje słownej konkretyzacji. Ponadto dochodzi strach, że może niechcący popełni się jakiś błąd językowy i inni będą głośno lub w duchu śmiać się? Przecież tak bardzo lubimy zaocznie obgadywać i wyszydzać innych. Więc milczymy z obawy. Ja także. Wielokrotnie. Hejt to internetowe wcielenie dawnej plotki. Społecznie nic nowego.

Prowadzenie bloga (a w dawnych czasach dziennika-pamiętnika) to praktyka, która czyni mistrza w posługiwania się słowem (komunikacja i relacje społeczne). Ćwiczyć trzeba często a nie tylko na olimpiadzie raz na cztery lata. Takie pisanie wydaje się jałowe – przecież punktów z tego nie ma, żadnych impact factor, żadnego akademickiego uznania i nagród. Być może wzrastają tylko (aż!) umiejętności w formułowaniu myśli, argumentowaniu. Wielokrotne próby by szlifować myśl. Kiedyś odbywało się to w rozlicznych dyskusja. Ulotnych, bo tylko w postaci niezapisanych słów.

Konektywne współtworzenie wiedzy. Bo ona powstaje wszędzie a nie w jakichś centrach produkowania wiedzy. Blogowanie-pisanie zmusza do czytania, poszukiwania, dokształcania się. Efekty w postaci umiejętności formułowania swoich wypowiedzi przydadzą się każdemu. Mnie na pewno. Jakże często dziwię się, gdy ludzie z tytułami, wykształceni mają ogromne trudności z napisaniem krótkiego tekstu, prostej informacji. Lub mają kłopoty ze składną i jasną wypowiedzią ustną, publiczną. Przecież nie dlatego, że mają pustkę w głowie, że nie mają wiedzy i ciekawych przemyśleń. Chyba dlatego, że nie ćwiczą. Piszą tylko w hermetycznym stylu publikacje naukowe. One są niewątpliwie potrzebne. Ale zamykają świat naukowy w specyficznym getcie.

Umiejętność wypowiedzi i składnego formułowania myśli przydaje się każdemu, nawet najbardziej utytułowanemu naukowcowi (a może przede wszystkim właśnie jemu!), czy to w życiu zawodowym czy też w porozumiewaniu się w rodziną. Bez prawidłowego (jasnego, precyzyjnego, interesującego) wyrażania myśli trudno o dobrą komunikację, zarówno w świecie naukowym jak i w komunikacji ze studentami. Bez tej umiejętności rośnie ilość konfliktów, nieporozumień i w konsekwencji stresu. 

Dlatego piszę sobie, tu na blogu, choć niektórym wydaje się to bezcelowe i bezproduktywne (zabiera czas, który można byłoby przeznaczyć na robienie kariery). Piszę, by ćwiczyć. Piszę, bo uważam, że świat nie jest jedną wielką korporacją. Pisanie niezawodowe, nie przekładające się na wymierny efekt finansowy czy karierę, tym bardziej dostarcza satysfakcji. Piszę dla siebie i dla ludzi, nie oczekując gratyfikacji czy poklasku.

Piszę by tworzyć i utrzymywać więź. I by się uczyć. A jeśli chcesz, drogi Czytelniku, to napisz swoje uwagi (refleksje) do niniejszego tekstu w komentarzu. Nie jest to tak atrakcyjne jak bezpośrednia dyskusja, ale jest jednak możliwością dialogu w znacznie poszerzonym kręgu społecznym. W większej sieci powiązań.

18.04.2018

O ogrodach, owadach i kwitnących chwastach - przedfilmowy wykład w kinie


Kino to nietypowe miejsce na edukację przyrodniczą. Drugi raz zdarzyło mi się opowiadać o przyrodzie przed szkolnym seansem filmowym. Tym razem w kinie Helios. Krótki wykład zamiast bloku reklamowego to dobry pomysł. A miejsce na edukacja pozaformalną także nietypowe. Sala na 400 miejsc, w części wypełniona uczniami. Niektórzy z obowiązkowymi kubkami popkornu... Poza strefa komfortu prelegenta.

A ja opowiadałem o przygodach w ogrodzie, parku i na trawniku miejskim. Zachęcając młodych widzów (uczniowie), by zostali obrońcami ogrodów i przyrody (w nawiązaniu do tematyki filmu przygodowego). Opowiadałem o tym, by nie wypalać traw wiosną, nie zostawiać śmieci w lesie i na łące (butelki jako śmiertelne pułapki dla wielu owadów), by zadbać o kwiaty (dziko rosnące gatunki roślin kwiatowych) i miejsca dla owadów zapylających w mieście. O wczesnowiosennych kwiatach, pszczołach samotnicach, trzmielach, motylach i pożytkach z owadów zapylających. W sam raz przed Dniem Ziemi. Był na koniec mały konkurs przyrodniczy. Zaskakująco duża wiedza przyrodnicza i entomologiczna.

Od czasu opracowania logo niniejszego bloga pojawia się ono na slajdach tytułowych, by wskazać gdzie więcej opowieści przyrodniczych można znaleźć.

I jeszcze jedna dygresja. Miejsce na wykład bardzo nietypowe, odbiegające od standardowego rytuały akademickiego. Zbieram doświadczenie by potem dzielić się nim ze studentami przy różnych okazjach. Jak przygotować prezentację, jak sobie radzić z zapamiętaniem treści (nie ma podglądu na monitorze itp.), jak sobie poradzić w ciemności i bardzo nietypowym miejscu.


15.04.2018

Domowe eksperymentowanie czyli "Laboratorium w Szufladzie. Anatomia Człowieka"

W dawnych latach bawienie się w lekarza na podwórku, by poznać anatomię człowieka, miało niecny podtekst (wypowiadane było żartem). Czy zatem można zachęcać by w domowych warunkach poznawać anatomię człowieka? Można, i taką książkę gorąco polecam (logo bloga znajduje się na książce, jako potwierdzenie tego polecania).

Anatomia człowieka wydaje się ostatnim tematem, który można byłoby proponować do amatorskiego zgłębiania wiedzy. Czyżby sekcje na człowieku? Brrr. A jednak to możliwe dzięki dobrze przemyślanej książce "Laboratorium w szufladzie. Anatomia człowieka", autorem której jest Zasław Adamaszek. Oczywiście żadnych sekcji nie ma. Za to dużo majsterkowania.

"Laboratorium w szufladzie. Anatomia człowieka" to kolejna pozycja przydatna nauczycielom, rodzicom i uczniom, wydana przez Wydawnictwo Naukowe PWN.

Anatomia człowieka wydaje się trudną dziedziną do samodzielnego eksperymentowania. W połączeniu z majsterkowaniem, czyli prostym i samodzielnym wykonaniem modeli, poznawanie anatomii człowieka i zrozumienie działania różnych narządów staje się możliwe. I fascynujące. Sam jestem zaskoczony. "Anatomia człowieka" to książka, dzięki której samodzielnie można odkrywać jak fascynujący, niezwykły i tajemniczy jest ludzki organizm. Miliardy neuronów układu nerwowego, tysiące kilometrów naczyń krwionośnych, setki metrów powierzchni sorpcyjnych w jelitach i płucach. Nasze serce pompuje cysterny krwi, a więzadła są mocniejsze niż powłoki kamizelek kuloodpornych. Gdzie to wszystko się mieści i jak działa fascynująca maszyneria, którą co dzień widzimy w lustrze - nasze ciało? Czy można zrobić własne domowe laboratorium anatomiczne? W co je wyposażyć? Z czego skonstruować wykrywacz kłamstw, fonokardiograf, dermatoskop i transiluminator? Te egzotycznie brzmiące słowa to nazwy przyrządów, które pomagają poznawać tajniki naszych organizmów. Możemy je badać bezpiecznie w domowym lub szkolnym laboratorium. Przy okazji wyposażyć się też we własnoręcznie zbudowane modele anatomiczne. Odkryć, jak działa wspaniała biochemiczna maszyneria, jaką są nasze ciała!

Modele są bardzo pomocne w poznawaniu świata. Są uproszczeniem złożonej rzeczywistości ale koncertują się na wybranych, najważniejszych kwestiach. Majsterkowanie i modelowanie to główny pomysł na poznawanie anatomii człowieka. Wiele pomocy dydaktycznych przyda się zarówno nauczycielom jak i uczącym się w szkole.

I jeszcze kilka słów o autorze. Jest elektronikiem z powołania a chciał być neurochirurgiem. Zaskakujące i owocne jest połączenie tych dwóch dziedzin zainteresowania. Współczesne osiągnięcia medycyny pokazują, że ten mariaż właśnie ma miejsce. Na przykład ślimakowe implanty słuchu lub sterowane cyfrowo protezy narządów ruchu. Zasław Adamaszek został jednak przy elektronice, a medyczne zainteresowania zawiodły go do Instytutu Biocybernetyki i Inżynierii Biomedycznej. Praca tam była dekadą ogromnej, naukowej przygody. Później, samodzielnie już, konstruował i produkował urządzenia elektroniczne wspomagające słuch i wzrok. Zawodowy zwrot związał jego losy z Centrum Nauki Kopernik, które miał przyjemność przez sześć lat współtworzyć. I to doświadczenie edukacyjne widoczne jest w rekomendowanej książce.

Książkę poleca m.in. blog Profesorskie Gadanie.

14.04.2018

Nieustająca podróż... bez ruszania się z miejsca


Jestem imigrantem bez ruszania się z miejsca. Jak to możliwe? Nowy cyfrowy świat zmienił moje społeczne otoczenie i codzienne życie. Sytuacja ta dobrze koresponduje z mechanizmami ewolucji biologicznej. Jeszcze do niedawna uważaliśmy, że organizmy są przystosowane do środowiska, w którym żyją. Teraz sentencja ta została zmodyfikowana: organizmy nieustannie się przystosowują do ciągle zmieniającego się środowiska. Zatem w pewnym stopniu są... nieprzystosowane, bo środowisko ciągle się zmienia. Podobnie jest w przypadku ewolucji kulturowej. Sam człowiek gwałtownie zmienia środowisko nie tylko w sensie przyrodniczym ale i społeczno-kulturowym.

Nigdzie się nie ruszyłem a jestem imigrantem. Cyfrowym imigrantem. Jestem obcy tu gdzie się urodziłem. W jakimiś stopniu wyalienowanym....To środowisko (otoczenie) się zmieniło. Dlatego świat cyfrowy jest dla mnie obcy, ciągle się go uczę. Skala i tempo zmian jest olbrzymie, stąd być może u wielu osób poczucie wyalienowania, zagubienia, obcości. Zupełnie tak samo jak po emigracji do nowej, obcej kultury.

Nieustająca podróż i odkrywanie. Poznawanie nowego. Na ten nowy świat można być otwartym, zaciekawiony i chętnym do poznawania lub... zamkniętym, przestraszonym, wrogo nastawionym. Widać to chociażby w naszym stosunku do nowych technologii, "facebooków" i portali społecznościowych. W nowym trudno się odnaleźć. Jedni z fascynacją "wsiąkają" (niekoniecznie mądrze korzystając z tych nowych przestrzeni i form komunikacji), inni nastawiają się w nieufnością i wrogością. Próbują zakazywać, zabraniać, izolować się. Tak jak od imigrantów.

Zgodnie z hipotezą Czerwonej Królowej trzeba ciągle biec.... by być w tym samym miejscu. Ewolucyjnie przystosowywać się do ciągle zmieniającego się środowiska, w sensie przyrodniczym i kulturowym. A przecież to my sami zmieniamy i modyfikujemy to środowisko. Inne gatunki podobnie wpływają na swoje otoczenie. Człowiek nie jest wyjątkiem. Różnica jest jedynie w skali tych zmian.

A co, jeśli fenotyp nie jest dobrze przystosowany (zaadoptowany) do środowiska, w którym się znalazł (na skutek migracji, dyspersji lub zmian samego środowiska)? Albo się dostosuje i przetrwa w obliczu konkurencji z innymi gatunkami, albo... wyginie. Ewentualnie zmieni miejsce i środowisko czyli "wyemigruje". Dyspersja jest więc nieustanną koniecznością życia (organizmów żywych). Nawet jeśli są to gatunki osiadłe.

Ekologia to organizm w środowisku. I ich wzajemne relacje. Jeśli uwzględnimy czas, to włączymy procesy ewolucyjne. Poza genetyką coraz więcej uwagi badaczy kierowana jest na poznanie mechanizmów epigenetycznych. I jest jeszcze przypadek, losowość.

Leśne tulipany w Silginach znalazły się w pewnym sensie przypadkowo. Daleko poza swoim obszarem naturalnego zasięgu występowania. W środowisku antropogenicznym utrzymują się już wiele lat. Organizm w środowisku i losowość. Trzy zmienne, opisywane prawami i... losowością. Można więc mówić o chaosie deterministycznym. Wydaje się paradoksalne: jak chaos może być zdeterminowany?

Teoria ewolucji czeka na nową syntezę. Nagromadziło się sporo faktów, które nie mieszczą się w dotychczasowej teorii. Nie znaczy to, że ewolucja darwinowska jest nieprawdziwa. Wymaga jedynie rozszerzenia i nowego ujęcia, tak by znalazły się "niepasujące" fakty. One nie tyle sprzeczne są z ewolucją darwinowską co wymykają się jej opisowi.

I jeszcze dygresja o charakterze społecznym. Nie odgrodzimy się wysokim płotem ani drutem kolczastym od imigrantów. Sami nimi się stajemy i to bez ruszania się z miejsca. Bez otwartości na świat, prób jego zrozumienia, bez umiejętności współpracy z "obcymi", nie poradzimy sobie z własnym życiem. Moi studenci są dla mnie z innego świata. To cyfrowi tubylcy. Potrzeba otwartości by ich zrozumieć. I chęci uczenia się nowego, cyfrowego świata. I potrzeba umiejętności współpracy. Tak jak w nowym ekosystemie, pojawiają się gatunki, które wcześniej się ze sobą nie kontaktowały. I muszą wzajemnie się dostosować do własnej obecności. Dzikie tulipany pojawiły się w ogrodach, były i są gatunkami obcymi, introdukowanymi. I trwa wzajemne dostosowywanie się w ramach lokalnych biocenoz. Niezwykle ciekawy proces.

Nie wszystko co obce jest złe i groźne.

Na zdjęciu stare drzwiczki do kurnika w dawnym siedlisku mazurskim, zamieszkanym przez migrantów z Wileńszczyzny. Wejście (i wyjście) dla kur. Widać na nich upływ czasu. Są niejako z innego świata. Świata, który zanika, bo pojawiają się inne technologie. Ale trwają i cieszą swoją wyjątkową urodą. Żywa skamieniałość a jednocześnie inspiracja.

13.04.2018

Leśne tulipany - szukałem długo tego, co miałem tuż pod nogami...

(Silginy, 12 kwietnia 2018 r., dzikie, leśne tulipany na starym siedlisku)

Patrzymy nie tylko oczami ale i mózgiem. Czyli przez pryzmat tego, co już wiemy i jakie mamy wyobrażenie o świecie. Niech przykładem będą żółte, leśne tulipany.

Przy okazji wizyty Kętrzynie, gdzie opowiadałem o leśnych tulipanach, pojechałem do Silgin, wioski w której w dzieciństwie spędzałem liczne wakacje. I tam czekała mnie wielka niespodzianka. Gdy wspomniałem o tajemnicy leśnych tulipanów, mieszkaniec Silgin, Mieczysław Branicki powiedział "To takie małe, żółte tulipany? Pełno tu ich." Pobiegłem zobaczyć i zrobić zdjęcia. Po raz pierwszy w życiu na własne oczy zobaczyłem dzikie tulipany, o których tak często wspominałem w ostatnich latach. Jeszcze nie zakwitły. Rosły na dawnym siedlisku. Było tu gospodarstwo, ale od pożaru, wywołanego uderzeniem pioruna, spłonęło. Pożar był gdzieś na przełomie lat 40. i 50. XX wieku. Potem ruiny rozebrano. A ja pamiętam ze swego dzieciństwa fundamenty, resztki drzew owocowych i porastające ten teren krzaki i młode drzewa. Czasem tam chodziłem podglądając ptaki czy szukając innych, wakacyjnych przygód. Chodziłem po tych dzikich tulipanach na pewno. Fakt, że było to w okresie wakacyjnym (lipiec, sierpień), więc już po przekwitnięciu. Ale nawet gdybym widział kwitnące, to zapewne nie zwróciłbym na nie uwagi. Nikt z miejscowych, ani ja sam, nie zwracałby na nie uwagi, bo nie wiedzieliśmy że są tak niezwykłe.

Silginy leżą ok. 7 km w linii prostej od Drogoszów, miejsca gdzie zaczęła się historia tajemniczego soku z kwiatów leśnych tulipanów. Wcześniejsze stanowiska ze Smokowa i Siemek oddalone są o ok. 34-36 km w linii prostej od pałacu w Drogoszach. A zatem znalazłem leśne tulipany blisko miejsca, gdzie kucharz robił z nich sok. W drodze powrotnej przejechałem obok pałacu w Drogoszach. Nie starczyło czasu by poszukać leśnych tulipanów we wsi i wokół pałacu, ani porozmawiać z miejscowymi. Byłoby fascynujące znaleźć je w Drogoszach. Niebawem powinny zakwitnąć...

Denhofowie władali Drogoszami od  wieku XVII do roku 1816, kiedy to umarł ostatni męski przedstawiciel linii rodowej. Kucharz zatem zapiski uczynił najpewniej w wieku XVII lub najpóźniej na początku wieku XIX. Teraz przydałby się historyk, który jeszcze raz zagłębiłby się a aktach gospodarcze i ustalił w którym roku powstały te zapiski, uczynione na marginesie.

Najwyraźniej tulipany trafiły do Prus Wschodnich w wieku XVII na fali holenderskiej tulipomanii. Czy zdziczały zapomniane w ogrodach czy też sprowadzono wtedy tańszą formę botaniczną (dziką)? Pomogłyby rozstrzygnąć to badania genetyczne. Może uda mi się znaleźć chętnych botaników i biologów molekularnych. A może do junkierskich majątków na Prusach Wschodnich trafiły w tym samym czasie co do Holandii, w XVI wieku prosto z Turcji?

Kiedy wspomniałem o trujących właściwościach tulipanów, Mieczysław Branicki wspomniał o znajomym gołębiarzu i rosnących u niego dzikich tulipanach. Że gdy wypuścił dorosłe ptaki z gołębnika i te żerowały w ogrodzie, to wszystkie młode pozdychały, najwidoczniej od tych tulipanów. Nazwiska i miejsca zamieszkania tegoż hodowcy gołębi nie zapamiętałem. Ale z tej informacji wynika, że gdzieś w pobliżu Silgin są jeszcze rosnące dzikie tulipany i że najwyraźniej są trujące i dla gołębi.

Jak dzikie tulipany trafiły do Silgin? We wsi znajdują się ruiny pałacu. Najpewniej więc w majątkach junkierskich, przy pałacach rosły w ogrodach dzikie tulipany. Teraz trzeba byłoby poszukać w starym, przypałacowym parku w Silginach, czy i tam nie rosną leśne tulipany. Na siedlisko mazurskie mogły trafić z posesji pałacowej, najpóźniej do połowy XX wieku. A może i jeszcze dawniej. Na pewno na stanowisku, które widziałem, rosną od ponad pół wieku. Na dawnych Prusach Wschodnich są gatunkiem zdziczałym, można uznać je za kenofity, a w szczególności epekofity. Najwyraźniej botanicy o obecności tego gatunku w północno-wschodniej Polsce nie wiedzą.

Tajemnicą pozostaje także wspomniany przeze mnie sok z dzikich tulipanów. Wykonany z kwiatów nie był trujący. Zapewne mógł to być deser. Ciekawe jak pachniał i jak smakował. Być może uda się odtworzyć ten przepis i odzyskać ten fragment zapomnianego dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego. Dziedzictwa, związanego z Drogoszami, Kętrzynem, majątkami junkierskimi byłych Prus Wschodnich i historią naszego regionu.

A oto chronologiczny zapis moich poszukiwań tajemnicy soku z leśnych tulipanów:

Man nadzieję, że ciąg dalszy nastąpi...

Wiosenne tulipany na starym siedlisku. Obok wschodzący podagrycznik.

10.04.2018

Laboratorium w szufladzie: modelarstwo i elektrotechnika


Majsterkowanie daje poczucie sprawstwa. Coś można zrobić i od razu widać efekty. Lepsze lub gorsze ale jednak widoczne. I to my sami zrobiliśmy. W czasach powszechnej "gotowizny" coraz rzadziej możemy coś samodzielnie wykonać. Dlatego sprawia nam tak dużo radości. Różnego rodzaju majsterkowanie i eksperymenty są ważne także z edukacyjnego punktu widzenia - pozwalają nam pełniej, głębiej i lepiej budować nasza osobista wiedzę o świcie i o tym jak to wszystko działa.

W czasach mojego dzieciństwa wzorem był dla nas Adam Słodowy, inspirował i mobilizował. Były także w szkole zajęcia praktyczno-techniczne: przyszywanie guzika, piłowanie butelki sznurkiem, budowanie karmników dla ptaków. A w domu było modelarstwo, bardziej zaawansowane papierowe (gotowe plany), i łatwiejsze sklejanie samolotów plastikowych. Miło wspominam te chwile, mimo że większość prób była nieudanych lub wychodziło coś pokracznego. Ale było także samodzielne wymyślanie najróżniejszych konstrukcji. Potem oczywiście były klocki Lego - to już w czasach, gdy bawiłem się z własnym synem.

Chciałbym polecić dwie książki, zarówno nauczycielom do inspiracji szkolnej jak i rodzicom, by wspólnie z własnymi dziećmi (lub "pożyczonymi" od sąsiadów czy rodziny) wykonywali modele, roboty i najprzeróżniejsze urządzenia elektrotechniczne. I oczywiście poszukiwaczom tajemnic świata, młodym i dużym. Bo na przygodę z majsterkowaniem i modelarstwem nigdy nie jest za późno.

Obie książki wydane w serii "Laboratorium w szufladzie", z dużą liczbą różnorodnych propozycji, pogrupowanych na poziomy trudności: od łatwych do trudnych (oznaczone kolorami). Fizyka w bardzo praktycznym wydaniu: mechanika i elektryczność oraz elektrotechnika z robotami w tle. Jednym słowem zastosowanie nauki i wykorzystanie praw przyrody w praktyce.

"Modelarstwo i robotyka", autorzy: Dagmara Kiraga i Zasław Adamaszek, Wyd. Naukowe PWN, Warszawa 2015, 216 str,

"Elektrotechnika, elektronika, miernictwo", autor; Zasław Adamaszek, Wyd. Naukowe PWN, Warszawa 2015, 212 str,


PS. Umiejętności manualne przydają się także i naukowcom. Bo czasem trzeba coś samemu zrobić, zupełnie nowego, prototypowego. Ja ćwiczyłem to na równych pułapkach i przyrządach do pobierania prób makrobentosu czy w formie "sztucznej krowy" (pułapka do odłowu owadów krwiopijnych, uciążliwych nie tylko na pastwisku.

09.04.2018

Czekając na trzmiela: wiosenne pszczoły – trzmiel parkowy

Trzmiel parkowy, fot. CC BY 2.0,
https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=48913405 
Po lekturze dwóch książek Dava Goulsona „Łąka” i „Żądła rządzą. Moje przygody z trzmielami” (wydane przez Marginesy 2018 i 2017) oraz bardzo praktycznej pozycji Tadeusza i Krzysztofa Pawlikowskich „Trzmielowate Polski (Hymenoptera: Appidae: Bombini)” (wydane przez Wyd. Naukowe UMK w 2012) moja uwaga skierowana została na duże, owłosione pszczoły. Może dlatego, gdy zobaczyłem coś dużego pszczołopodobnego pod moim blokiem, to pomyślałem, że to trzmiel. Wykorzystując słabe zdjęcie z telefonu komórkowego szukałem w książkach wśród trzmieli. Najbardziej podobne było właśnie do trzmiela parkowego (drzewnego). Ale okazało się, że to pszczolinka trójbarwnaFacebookowe pogaduszki są cenne. Dużo się można dowiedzieć. Trzeba tylko wyjść, tak jak kiedyś „do płota” i zapytać, zagaić, porozmawiać. Jeśli właściwie wykorzystywać narzędzie internetowe (i portale społecznościowe), to nie są one źródłem zła ale dobra. A przynajmniej wiedzy. Tak jak każde narzędzie, także i Facebook trzeba wykorzystywać z sensem. Bo skaleczyć można się zwykłym nożem kuchennym.

Ale wróćmy do zdjęcia. No cóż, często widzimy to, co chcemy zobaczyć, i to o czym wiemy, że jest. Szukając informacji o trzmielu parkowym zajrzałem do polskiej Wikipedii. Nic nie było, więc korzystając z okazji napisałem krótki artykulik (liczę na rozbudowę i pracę zespołową). Niech coś będzie na początek. Sam trzmiel warty jest szerszego opisania. Zatem nawet pomyłka do czegoś się przydała.

W XIX wieku na trzmiele mówiono także: brzmiel, ćmiel (zapewne wymawiane też i twardo czmiel), mochowiec. Z tej dużej różnorodności ostaliśmy się przy trzmielu, choć u Słowaków i Czechów bardziej czmiel (čmeľ, čmelák). Na trzmiela kamiennika mówiono: bąk (zbliżone do brzmiel), grabarz (pewnie dlatego, że gniazdo w ziemi), trzmiel ziemny. Na Bombus subterraneusziemiołaz. Obecna nazwa to trzmiel paskowany.

Trzmiel parkowy (Bombus hypnorum) zwany także drzewnym, w okolicach Olsztyna występuje. Tak wynika z opracowania Pawlikowskich. W Polsce jest gatunkiem pospolitym. Zasiedla skraje lasów, parki, ogrody, łąki. Czas lotu przypada od marca do września. Trzmiele są stosunkowo dużymi pszczołami (ściślej pszczołowatymi), z mocno owłosionym tułowiem. To swoiste futerko pomaga utrzymać wysoką temperaturę, niezbędną do aktywności mięśni skrzydłowych.

Bombus hypnorum ma krótką trąbkę i zaokrągloną głowę. Krótka trąbka powoduje, że języczkiem nie sięga do nektaru we wszystkich kwiatach. Ale trzmiele krótkojęzyczkowe i w takich sytuacjach sobie radzą – po prostu przegryzają kwiat i dostają się „z boku” do pożywnej słodkości. Tułów u trzmiela drzewnego (parkowego) jest zazwyczaj jednolicie rudo-brązowo owłosiony, odwłok pokryty czarnymi włosami, a koniec odwłoka jest zawsze biały. Takie trzmiele występują na Wyspach Brytyjskich, na kontynencie czasem pojawiają się formy z żółtawo-pomarańczowym zakończeniem odwłoka. Podobnie wyglądają trzmiele ogrodowe (Bombus pascuorum) - koniec odwłoka ma rudawopomarańczowy.

U robotnic pierwszy tergit segmentu odwłokowego jest czarnowłosy. Samce mogą mieć włoski koloru imbirowego, wymieszane z czarnymi, zarówno na głowie, jak i na pierwszym segmencie odwłoka. Królowe są większe. Jak to u społecznych pszczołowatych. Królowa osiąga długość 15-23 mm, robotnice 8-18 mm  a samce 11-16 mm.

Bombus hypnorum jest pospolitym gatunkiem trzmiela w Europie i północnej Azji, od północnej Francji po Kamczatkę na wschodzie i od Pirenejów po góry w północnej Europie. Nie stwierdzony w regionie Morza Śródziemnym, na Bałkanach ani na stepach Europy Wschodniej. Wszystkie trzmiele są znacznie mniej liczne na południu. Są dobrze przystosowane do chłodniejszych i umiarkowanych stref klimatycznych. Trzmiel parkowy preferuje środowiska antropogeniczne. Zagrożenie dla tego gatunku wynika ze zmniejszenia różnorodności roślinności pokarmowej na terenach wiejskich w wyniki intensyfikacji rolnictwa. Być może w miastach udałoby się stworzyć korzystne warunki dla tego pożytecznego owada?

Trzmiel parkowy często żyje w pobliżu ludzkich osiedli. Woli budować swoje gniazdo ponad ziemią i często zamieszkuje budki dla ptaków (innymi owadami często zasiedlającymi ptasie budki są szerszenie). Z braku drzew dziuplastych wykorzystuje budki lęgowe, w Wielkiej Brytanii często zasiedla budki dla sikorek. To jeszcze jeden powód, dla którego powinniśmy zadbać o obecność drzew dziuplastych w mieście. Bo z braku dziupli i budek osiedlają się także w domach (jakąś szparę w ścianie zawsze się znajdzie).

Gniazdo trzmiela parkowego (drzewnego) jest dość duże, mieści 150 lub więcej osobników (czasem nawet do 400 robotnic). Gatunek ten gromadzi zebrany pyłek kwiatowy w osobnych komórkach i karmi każdą larwę indywidualnie. Żeby wykarmić tak dużą liczbę „żołądków” robotnice odwiedzają ogromną gamę roślin kwitnących, w tym i drzew. Często odwiedzają maliny i jeżyny. Żeby więc trzmiele utrzymały się w mieście musi być dużo kwitnących roślin, na trawnikach (raczej łąkach kwietnych) jak i kwitnących drzew. I to przez cały sezon wegetacyjny.

Trzmiel parkowy zakłada gniazda w marcu (zakładane przez królowe, które przezimowały). Królowa składa jaja, najpierw sama dba o pokarm dla rozwijających się larw. Ale gdy pojawią się robotnice (samice), to one przejmują ciężar zdobywania pokarmu dla całej kolonii. Z niezapłodnionych jaj wylęgają się samce. Czasem robotnice próbują składać jaja (są niezapłodnione i z nich także wylęgają się samce), ale najczęściej królowa zjada takie jaja a "robotnicę" karci. Mimo to, badania genetyczne wykazały że nawet kilka procent samców w gnieździe pochodzi od robotni i to czasem z zupełnie innego gniazda (rodziny). Na początku lipca kończy się cykl życiowy gniazda. W sprzyjających okolicznościach może pojawić się drugie pokolenie – pod koniec lata.

Królowe trzmieli parkowych mogą być poliandryczne, to znaczy nasienie może pochodzić od kilku samców. W rezultacie robotnice (siostry) mogą mieć różnych ojców. Wielokrotne krycie nie jest powszechne w trzmieli. U trzmiela parkowego poliandryczność najpewniej związana jest z krótkimi czasem kopulacji i niewielką ilością plemników dostarczanych w czasie kopulacji. Na dodatek samica B. hypnorum może parzyć się dwa-trzy razy w ciągu swojego życia (nawet do sześciu razy), co nie jest typowe dla trzmieli innych gatunków.

Ale pszczołowate z rodzaju Bombus są różne. Bardzo podobnie wyglądają trzmielce. To takie pasożytnicze trzmiele. Samica wkrada się do gniazda, zabija lub przepędza królową i znosi własne jaja. A robotnice przejętego gniazda pracują dalej i karmią nie swoje siostry, nie swojego gatunku. W gniazdach naszego trzmiela parkowego pasożytem gniazdowym jest Bombus norvegicus - trzmielec górski.

Trzmiele tak jak i inne pszczołowate są „osami” które przeszły na pełen wegetarianizm: larwy karmione są pyłkiem i nektarem kwiatowym. Pokarm dorosłych jest taki sam. Osy co prawda w stadium imago żywią się również sokami i owocami, ale swoje larwy karmią innymi owadami.

Życie trzmiela parkowego nie jest łatwe: brak drzew dziuplastych, brak dużej liczby kwitnących roślin i na dodatek pasożyty gniazdowe.

Zobacz także :