4.08.2026

Jestem po sześćdziesiątce a czuję się jakbym nigdy nie opuścił szkoły




Często jestem pytany o wypowiedź ekspercką przed kamerą telewizyjną, radiowym mikrofonem lub do prasy pisanej (papierowej lub internetowej). Krótka i konkretna wypowiedź na zadany temat. I wtedy czuję się trochę tak jak uczeń w czasie odpowiedzi przy tablicy – wszyscy patrzą, słuchają i oceniają. Jak wypadnę? Jaka będzie ocena, ta formalna i ta nieformalna? Myślałem, że jak skończę szkołę to odpytywania przy tablicy się skończą. Byłem w błędzie. Może więc warto poświęcić uczniowski pot i łzy by się na uczyć, bo to nie rozejdzie się po kościach po dzwonku szkolnym na koniec roku. Składna wypowiedź jest elementem życia dorosłego, pozaszkolnego.

Do dziś pamiętam ten charakterystyczny dreszcz. Nauczyciel podnosił wzrok znad dziennika (a wtedy były te papierowe) i wypowiadał kilka słów, które potrafiły skutecznie podnieść poziom adrenaliny. Jako uczniowie staraliśmy się zniknąć z pola widzenia, schować się  za plecami koleżanki czy kolegi, pod ławkę lub za filar, którego nie było. „Proszę do tablicy”. To już jakaś namiastka odpowiedzi publicznej, gdy wiele oczu patrzy i uszu słucha. Potem następowało pytanie. O fotosyntezę, ewolucję człowieka, rozbiory Polski albo twierdzenie Pitagorasa. Zadanie wydawało się proste: powiedzieć wszystko, co się wie na zadany temat. Im więcej udało się wydobyć z pamięci, tym lepiej. Świadczyło to o tym, że się coś z lekcji zapamiętała a w domu powtórzyło i douczyło. A jak się nie wiedziało, to trzeba było wiarygodnie halucynować niczym współczesne AI. A jednocześnie należało mówić składnie, logicznie i najlepiej bez dłuższych pauz. Nauczyciel słuchał, czasem kiwał głową, czasem dopytywał. Czasem złośliwie komentował, innym razem chwalił. Na końcu stawiał ocenę. Sam nie wiem co było gorsze: ocena w dzienniku czy ogólne wrażenie w tej publicznej odpowiedzi na oczach wszystkich słuchających uczniów. Czułem się niczym aktor na scenie lub wykładowca za uniwersytecką katedrą. Albo komentujący ekspert przed telewizyjną kamerą.

Człowiekowi wydaje się, że po ukończeniu szkoły to kłopotliwe doświadczenie odpowiedzi przy tablicy odchodzi w przeszłość. Nic bardziej mylnego. Przynajmniej w przypadku naukowca lub popularyzatora nauki i eksperta. Owszem, można udawać, że mnie nie ma, nie odbierać telefonów, mówić, że ja się nie znam, że niech Kowalski powie. Ale czy warto uciekać przed życiem i wyzwaniami? Trzeba prędzej czy później nauczyć się opanowywać tremę i udzielać poprawnych odpowiedzi o dobrej konstrukcji. Teraz inaczej patrzę na te szkolne odpowiedzi – były przygotowaniem do prawdziwego życia. Szkoda, że wtedy tego nie wiedziałem!

Od wielu lat media lokalne, regionalne i ogólnopolskie regularnie proszą mnie o krótkie wypowiedzi. Telefon z redakcji brzmi zwykle podobnie: „Panie profesorze, potrzebujemy dwóch minut do telewizji/radia”, „Czy znajdzie Pan chwilę na komentarz przed kamerą?”, „Można prosić o krótką wypowiedź do mikrofonu/kamery?”. Zawsze zaczyna się od pytania. Czasem o komary, czasem o sinice w jeziorach, czasem o korowódkę, suszę, powódź, czasem o sztuczną inteligencję, edukację albo ochronę środowiska. I wtedy czuję, że znowu stoję przy szkolnej tablicy. Czy mam czas na przygotowanie się do odpowiedzi? Zazwyczaj tak. Ale jest go niewiele. Poszukać i uzupełnić informacje a przede wszystkim przemyśleć konstrukcję wypowiedzi. A przecież najczęściej i tak wybiorą tylko fragment i to niekoniecznie ten moim zdaniem najważniejszy. Tak więc to, co usłyszą inni jest czymś innym niż pierwotna moja wypowiedź do kamery czy mikrofonu. Czasem dziennikarz autentycznie pyta bo chce się w imieniu słuchaczy/czytelników dowiedzieć a czasem ma już ukuta tezę i potrzebuje tylko cudzej wypowiedzi jako ilustracji. Wtedy czuje się w roli dekoracyjnej paprotki. W szkole, przy tablicy, tez czasem bywało, że nauczyciel chce tylko udowodnić, że uczeń nie wiem i należy mu się dwója (teraz jedynka). Albo chce pokazać prymusa, który sie nauczył jak należy.

Bywa też tak, że dziennikarz zadaje pytanie, a ja mam kilkadziesiąt sekund na odpowiedź. Trzeba powiedzieć wszystko, co najważniejsze, ale nie wszystko, co się wie. To dwie zupełnie różne umiejętności. W czasach szkolnych uczeń stara się powiedzieć wszystko co wie. Naukowiec przez lata uczy się dodawać przypisy, wyjątki i zastrzeżenia. Telewizja natomiast nie przepada za zdaniami rozpoczynającymi się od: „To zależy...”. Kamera lubi konkret. Mikrofon nie cierpli długich dygresji z dodatkowymi przypisami. A przecież świat przyrody składa się głównie z wyjątków. Nauka jest złożona i wypełniona różnymi niuansami. Trzeba się ćwiczyć w krótkich formach, które bardziej przypominają fraszkę niż powieść.

Stres? Oczywiście, że jest. Nieco inny niż przed tablicą, ale bardzo podobny. Dawniej człowiek obawiał się złej oceny. Dziś wie, że przejęzyczenie może zostać w mediach i w internecie na wiele lat. (W szkole tez czasem bywało, że lapsus z odpowiedzi ustnej stawał się przezwiskiem lub powodem do wyśmiewania). Niespecjalista nie zaważy lecz telewizję oglądają inni specjaliści i ci wychwycą. Kiedyś słuchała klasa licząca dwadzieścia kilka osób. Dziś odpowiedzi wysłuchać mogą tysiące widzów albo słuchaczy. Kiedyś ktoś z pracowników miał do mnie pretensję, że przed kamerą występowałem bez marynarki i bez krawata… A przecież jako pracownik akademicki powinienem godnie się prezentować.

Jeszcze ciekawszym przypadkiem jest wykład akademicki. Tu pozornie sytuacja wygląda inaczej. Nikt nie zadaje pytania. Temat został ustalony wcześniej. „Ewolucja człowieka”, „Ekologia jezior”, „Sztuczna inteligencja w edukacji szkolnej”. Wykładowca wychodzi przed studentów i… właściwie znowu odpowiada na pytanie. Tyle że pytanie brzmi: „Proszę opowiedzieć wszystko, co najważniejsze na ten temat”. Dobry wykład nie jest przecież przypadkowym zbiorem informacji (wszystko co wiem). Podobnie jak dobra odpowiedź szkolna powinien mieć początek, rozwinięcie i zakończenie. Najpierw trzeba zainteresować słuchaczy, potem uporządkować fakty, pokazać związki między nimi, a na końcu zostawić odbiorców z jedną lub dwiema myślami, które zapamiętają. Wiedza sama w sobie nie wystarcza. Trzeba jeszcze nadać jej strukturę. Ludzki mózg lubi opowieści bardziej niż listy faktów. Tym bardziej, że obecnie mały łatwy dostęp ogromnej ilości informacji. Wręcz odczuwamy nadmiar. Co więc wykładowca może nowego i interesującego studentom powiedzieć na konkretny temat. Coś, czego sami sobie nie znajdą? 

Jeszcze częściej niż przed kamerą staję przed publicznością. Prowadzę wykłady na uniwersytecie, ale równie często wyjeżdżam z nimi do szkół, bibliotek, domów kultury, na konferencje czy festiwale nauki. Za każdym razem temat jest inny, lecz schemat pozostaje zaskakująco podobny. Jest tytuł wykładu, a moim zadaniem jest opowiedzieć wszystko, co najważniejsze. I dostosować formę i poziom do konkretnego odbiorcy. Czy to nie przypomina odpowiedzi przy tablicy? A może bardziej pożądana jest zajmująca opowieść, nowe spojrzenie na znany temat? Czy w szkole uczymy struktury odpowiedzi ustnej czy raczej skupiamy się na przepytywaniu z katalogu zapamiętanych informacji?

Na wykładzie nie wystarczy posiadać wiedzę. Trzeba jeszcze nadać jej odpowiednią konstrukcję. Każda dobra opowieść potrzebuje początku, rozwinięcia i zakończenia. Najpierw warto zaciekawić słuchaczy, potem uporządkować fakty, pokazać zależności, a na końcu pozostawić ich z jedną myślą, która będzie pracowała jeszcze długo po zakończeniu spotkania. Wiedza bez struktury przypomina rozsypane puzzle. Wszystkie elementy są obecne, ale obraz pozostaje niewidoczny. I tak jak do bardzo krótkiej wypowiedzi przed kamerą trzeba poszukać jednej, najważniejszej myśli, wniosku lub interpretacji, tak na wykładzie trzeba się skupić na uwypukleniu najważniejszego. Nie o ilość informacji chodzi lecz o sensowną strukturyzację wiedzy.

W szkole odpowiedź oceniał nauczyciel. Na wykładzie sytuacja jest znacznie ciekawsza. Formalnie nikt stopni nie wystawia, ale ocen jest znacznie więcej. Publiczność głosuje uwagą. Jeśli po kilku czy kilkunastu minutach słuchacze zaczynają dyskretnie spoglądać na telefony, wiem, że coś poszło nie tak. Jeżeli po wykładzie ustawiają się z pytaniami albo dyskusja przeciąga się jeszcze na korytarzu, to chyba najlepsza możliwa recenzja. Największym komplementem nie są brawa, lecz zdanie: „Nigdy wcześniej nie patrzyłem na to w ten sposób”. Różnica między wykładem przed publicznością a wypowiedzią telewizyjna jest taka, że widzę reakcje słuchających i moge szybko coś zmienić. Materiał nagrany przed kamerą edytuje realizator. Czuję obecność dużej publiczności (stad stres) ale nie widzę ich reakcji. Nic niż nie zmienię, nie poprawię. Zupełnie tak samo jak z opublikowanym artykułem w prasie czy publikacji naukowej,

Zauważyłem jednak jeszcze jedno zjawisko. Zarówno podczas wywiadów, jak i wykładów bardzo łatwo pomylić występ publiczny z odpowiedzią szkolną. Człowiek zaczyna wtedy gorączkowo zastanawiać się, jaka odpowiedź jest oczekiwana. Jaki jest właściwy klucz? Co chciałby usłyszeć dziennikarz? Czego oczekuje organizator? Jaką odpowiedź publiczność uzna za poprawną? To szkolny odruch, który zostaje z nami na długo. Tymczasem nauka nie jest konkursem odgadywania odpowiedzi nauczyciela. W nauce często najuczciwszym zdaniem jest: „Jeszcze tego nie wiemy”, „To zależy od warunków, od szerszego kontekstu”, „Istnieje kilka możliwych wyjaśnień”. Paradoks polega na tym, że właśnie takie odpowiedzi bywają najmniej medialne. Świat mediów lubi prostotę, podczas gdy świat nauki kocha złożoność.

Im dłużej pracuję jako naukowiec i popularyzator nauki, tym bardziej jestem przekonany, że nigdy naprawdę nie wychodzimy ze szkoły. Może więc warto docenić szkołę i szkolne odpowiedzi? Przez całe życie ktoś zadaje nam pytania. Czasem jest to nauczyciel, czasem student, czasem dziennikarz z mikrofonem, a czasem przypadkowy słuchacz po wykładzie. Wciąż odpowiadamy. Zmieniają się jedynie tablice przy których stajemy do odpowiedzi. Raz jest to szkolna tablica z kredą, innym razem ekran telewizora, sala wykładowa czy mikrofon radiowy. W szkole były prace klasowe i dyktanda, teraz są felietony i blogowe eseje oraz publikacje naukowe. A jeśli tak, to może trzeba pozwolić uczniom i studentom „ściągać” czyli korzystać ze słownika ortograficznego i z innych materiałów? Przecież potem tak właśnie będziemy pracowali. Być może warto tylko pamiętać o jednej rzeczy. Nie odpowiadamy po to, aby trafić w czyjś klucz odpowiedzi. Odpowiadamy po to, aby pomóc drugiemu człowiekowi lepiej zrozumieć świat. A to jest znacznie trudniejsze niż szkolna piątka czy współczesna szóstka. I jednocześnie o wiele bardziej satysfakcjonujące.

Może inaczej uczniowie patrzyliby na odpowiedzi przy tablicy i szkolne wypracowania, gdyby zobaczyli, że to jest coś przydatnego w życiu pozaszkolnym? Może zapominamy by to dogłębniej wyjaśnić uczniom i studentom? Ale jeśli nie będą mieli własnych doświadczeń, to takie uwagi będą zbyt abstrakcyjne. Chyba, że na stałe włączymy do szkoły te „nie tablicowe” doświadczenia z wypowiedziami dla mediów i szkolnych gazetek. Łącznie ze stresem. Nie unikajmy trudności.

A gdyby tak egzamin dyplomowy lub z ważnego przedmiotu wyglądał jak wystąpienie publiczne? Na konferencji lub jak wypowiedź dla mediów. Kontekst sytuacji być może sporo by zmienił.

3.08.2026

Cyfrowe wykluczenie w podróży



Wczesne lato. Siedzę na nowym i nowoczesnym dworcu kolejowym w Płocku. Pada deszcz, więc w oczekiwaniu na pociąg schroniliśmy się pod dachem, w poczekalni. Jest w tym obrazie coś z dawnych podróży – mokre tory, wilgotny zapach betonu, kilka osób czekających w ciszy. I cudowny zapach kwitnących lip. Za jakiś czas powinien przyjechać mój pociąg. Tak przynajmniej wynika z papierowego rozkładu jazdy wiszącego na ścianie. Ale papier, jak wiadomo, nie zna współczesności. Zatrzymał się w chwili, gdy został wydrukowany. Świat zdążył już odjechać.

Na dworcu nie ma czynnej kasy. Bilet można kupić jedynie w biletomacie stojącym na peronie albo przez internet, we własnym telefonie. Zrobiłem to wcześniej, przed wyjście z domu. W budynku nie ma również głośników. Komunikaty słychać tylko na peronach. Jeśli siedzi się w poczekalni, nie usłyszy się niczego. Nie ma także elektronicznych tablic z aktualnymi informacjami. Jest tylko papierowy rozkład jazdy, wywieszony w gablocie. 

Sięgam więc do telefonu. Kilka dotknięć ekranu i już wiem, że mój pociąg jest opóźniony o półtorej godziny. Później aplikacja pokazuje jeszcze większe opóźnienie. Ostatecznie skończy się na dwóch godzinach. W tym samym czasie zaczynam sprawdzać połączenia alternatywne, możliwości przesiadki, opóźnienie kolejnego pociągu i prawdopodobieństwo, że mimo wszystko uda mi się dotrzeć do celu jeszcze tego samego dnia. Dzięki technologii odzyskuję poczucie wpływu na sytuację. Mogę planować, przewidywać i wybierać.

Obok mnie siedzi starsza pani. Widzę, jak dzwoni do córki. A może to córka do niej zadzwoniła? Sama nie sprawdza rozkładu, nie zagląda do aplikacji. Pewnie nie potrafi. Pyta córkę, czy pociąg przyjedzie punktualnie. Ta gdzieś daleko otwiera internet i przekazuje informacje. Starsza kobieta potrafi zadzwonić, ale nie potrafi już odnaleźć potrzebnych danych. Jest uzależniona od kogoś, kto posiada kompetencje cyfrowe. Kiedyś, w dawnych czasach podeszłoby się do okienka z informacja, I tam by ktoś odpowiedział. A informacja przekazywana byłaby z ust do ust wśród czekających pasażerów. 

Patrzę na nią i uświadamiam sobie, że współczesne wykluczenie nie zawsze ma postać wysokich schodów, których ktoś nie jest w stanie pokonać. Coraz częściej to wykluczenie komunikacyjne jest niewidzialne. Ukryte w ekranach telefonów, aplikacjach i kodach QR. Można być sprawnym fizycznie, inteligentnym i samodzielnym, a jednocześnie stać się niepełnosprawnym komunikacyjnie. Nie dlatego, że zabrakło sił, lecz dlatego, że zabrakło dostępu do cyfrowego świata albo umiejętności poruszania się po nim. Zabrakło dostępu do informacji a z tego rodzi się niepokój, stres i zmartwienie. Ja jestem na urlopie, nigdzie się nie spieszę. Nie wybrałem się na ostatnią chwilę więc spóźnienie nie martwi mnie zbyt bardzo. Przyjmuję ze spokojem. Panuję nad sytuacją. Ot tyle tylko, że moja podróż potrwa nieco dłużej. 

Jeszcze kilkanaście a na pewno kilkadziesiąt lat temu podróż wyglądała inaczej. Były czynne kasy. Dyżurny ruchu odpowiadał na pytania. Funkcjonowała informacja kolejowa. Głośniki przekazywały komunikaty wszystkim obecnym. Informacja była dobrem wspólnym. Dzisiaj coraz częściej staje się dobrem indywidualnym. Jest jej więcej. Kiedyś nie można było śledzić trasy jazdy pociągów i ich nawet kilkuminutowych spóźnień w rozkładzie jazdy. Dzisiaj każdy nosi aktualna informację we własnej kieszeni, zamkniętą w smartfonie. O ile nie było awarii sprzętu lub nie wyczerpała się bateria. Kto telefonu nie ma albo nie potrafi z niego korzystać, pozostaje poza obiegiem informacji. Stoi na tym samym peronie co inni, ale żyje w innym świecie. Bardziej zaniepokojony, bardziej zdezorientowany. 

Choć tęsknię za tamtym światem, z parowozami i moim dzieciństwem to lubię nowoczesne technologie. Dają mi większe poczucie panowania nad podróżą. Cieszę się, że mogę sprawdzić rzeczywisty czas przyjazdu pociągu, znaleźć alternatywne połączenie, kupić bilet bez stania w kolejce. Kiedyś podróżny był skazany na czekanie i niewiedzę. Dziś może analizować sytuację niemal w czasie rzeczywistym. To ogromna zmiana. Daje poczucie bezpieczeństwa, zmniejsza stres i pozwala podejmować rozsądniejsze decyzje.

Ale każda rewolucja technologiczna ma swoją cenę. Zwykle zachwycamy się tymi, którzy szybko biegną do przodu, rzadziej oglądamy się za tymi, którzy zostali z tyłu. Historia cywilizacji jest przecież historią kolejnych progów. Jedni przekraczają je niemal niezauważalnie, inni potykają się o nie przez lata. Kiedyś takim progiem była umiejętność czytania i pisania. Później znajomość języków obcych. Dzisiaj staje się nim kompetencja cyfrowa. A w duszy obawiam sie, że niebawem i mi świat ucieknie jak odjeżdżający pociąg. Że nie nadążę się uczyć nowości i będę wśród częściowo wykluczonych. 

Organizm nie przystosowuje się do zmian z dnia na dzień. Potrzebuje czasu. Społeczeństwo również. Tymczasem technologia zmienia się szybciej niż ludzie. Smartfony, aplikacje i sztuczna inteligencja rozwijają się w tempie wykładniczym, podczas gdy nasze nawyki, lęki i przyzwyczajenia zmieniają się znacznie wolniej. Powstaje więc swoista luka ewolucyjna – nie biologiczna, lecz kulturowa. W tej luce pozostają miliony ludzi.

Siedzę nadal na dworcu w Płocku. Drobny deszcz nie przestaje padać. Mój pociąg wciąż się spóźnia. Mam jednak w kieszeni mały komputer, dzięki któremu wiem niemal wszystko o swojej podróży. Czuję się bezpieczniej, choć przecież pociąg od tego szybciej nie pojedzie. Wiem, że mój przesiadkowy pociąg dawno odjechał, ale złapię następny w Toruniu. Jestem spokojny, bo wiem, że wrócę do domu jeszcze tego samego dnia. 

Myślę jednak o tych wszystkich pasażerach, którzy siedzą kilka ławek dalej. Patrzą na tory, na papierowy rozkład jazdy i na zegarek. Nie wiedzą, że pociąg przyjedzie za dwie godziny. I widzę obcokrajowców. Też korzystają z telefonów. Może sprawdzają połączenia? Są podróżnymi tak samo jak ja, ale odbywają zupełnie inną podróż – nie tylko przez Polskę, lecz także przez epokę gwałtownych przemian. I właśnie wtedy uświadamiam sobie, że cyfrowe wykluczenie nie polega na braku smartfona. Polega na utracie samodzielności. A każda utrata samodzielności, niezależnie od przyczyny, odbiera człowiekowi kawałek jego wolności. W cenie nadal pozostają umiejętności nawiązywania kontaktu z innymi ludźmi i odwaga pytania. 

2.08.2026

Epekofit i hemiagriofit czyli przegorzan kulisty na Śląsku widziany z okien pociągu

Tarnowskie Góry, koniec sierpnia 2026 roku.
 

Jest wiele gatunków przegorzanów, głównie uprawianych w ogrodach, bo to roślina dekoracyjna. Wiele razy widywałem je w ogródkach przydomowych w Polsce Północno-Wschodniej, czasem gdzieś w terenie, pojedyncze. Zwracały uwagę swoją niezwykłością. Gdy spotkałem ostatnio licznie rosnące na Górny Śląsku to zrobiłem zdjęcie i zacząłem szukać dodatkowych informacji. Najpierw zajrzałem do atlasu roślin łąkowych, potem kserofilnych ale dopiero w tomie Flory Polski - Rośliny synantropijne, autorstwa Barbary Sudnik-Wójcikowskiej, wydanym przez Muttico w 2011 roku, znalazłem poszukiwany gatunek. To przegorzan kulisty. Choć mogą pojawiać się poza ogrodami także i inne gatunki.

Jeśli potrafimy nazwać gatunek grzyba, rośliny czy zwierzęcia, to więcej zapamiętujemy i więcej dostrzegamy. A rozpoznajemy bo już go sami znamy lub szukamy nazwy w atlasie, kluczu, pytamy innych lub sprawdzamy w telefonie za pomocą odpowiedniej aplikacji. A jak rozpoznamy, to możemy dowiedzieć się więcej o biologii, ekologii danego gatunku i o szerszych procesach zachodzących w przyrodzie.

Są rośliny, obok których przechodzimy obojętnie. Rosną przy drogach, torach kolejowych, na nasypach i nieużytkach. Wydają się zwyczajne, choć wystarczy zatrzymać się na chwilę, by odkryć, że są świadkami historii, zarówno tej przyrodniczej, jak i cywilizacyjnej. Do takich gatunków należy przegorzan kulisty (Echinops sphaerocephalus), roślina o charakterystycznych, niebieskawych, kulistych kwiatostanach, przypominających małe kolczaste planety. Należy do rodziny astrowatych

Przegorzan zwrócił moją uwagę w czasie wakacyjne podróży po Górnym Śląsku. Widziałem go tam wyjątkowo licznie, zwłaszcza wzdłuż torów kolejowych oraz przy drogach. Wydawał mi się po prostu ciekawą, efektowną byliną. Ale jednocześnie, gdy co nieco poczytałem to zrozumiałem, że jest dobrym przykładem tego, jak rośliny potrafią świadczyć o przemianach środowiska. Niczym dobrze dobrany rekwizyt do opowieści.

Przegorzan kulisty pochodzi z obszarów Azji Zachodniej oraz południowej i wschodniej Europy. W Polsce jest uznawany za kenofita, czyli gatunek obcego pochodzenia, który zadomowił się stosunkowo niedawno, po końcu XV wieku (uznajemy za czas wymiany kolumbijskiej z obiema Amerykami) . Dziś spotykany jest w wielu regionach kraju, szczególnie na nizinach, natomiast rzadziej występuje na północy i w górach. Na Warmii i Mazurach już chyba widywałem przegorzana, ale nigdy w takiej ilości jak na Śląsku.

Roślina ta osiąga nawet 180 centymetrów wysokości. Jej srebrzysto owłosione liście zakończone są ostrymi kolcami, a latem pojawiają się charakterystyczne niebieskawe kwiatostany w postaci niemal idealnych kul. To właśnie one sprawiają, że trudno pomylić przegorzan z innymi gatunkami. Kwitnie w lipcu i sierpniu, przyciągając liczne owady, odżywiające się nektarem, w tym pszczoły. Przegorzan  jest uznawany za rośliną miododajną o dużej wydajności. Szacuje się ,że jednego hektara można uzyskać nawet około 450 kilogramów miodu.

Rodzaj przegorzan skupia wiele gatunków, z których część uprawiana jest w ogrodach. Zatem nie każdy przegorzan, którego zobaczycie to przegorzan kulisty. Nawet poza ogrodami. W rejonie Europy Środkowej aklimatyzuje się także przegorzan węgierski (Echinops exaltatus). Różni się od przegorzana kulistego białymi kwiatami i szczecinkowato owłosioną górną stroną blaszki. Te cechy trudno dostrzec na zdjęciu. Uprawiany jest także przegorzan pospolity Echinops ritro. Jego liście są na wierzchu nagie i są podwójnie pierzastodzielne. I ja nie mam pewności, że na zamieszczonym zdjęciu jest przegorzan kulisty. Wnioskuje z budowy i częstości występowania. Dla pewności należałoby w terenie przyjrzeć się uważniej cechom diagnostycznym. Lub zebrać okaz i zasuszyć w zielniku by mieć możliwość porównania cech w dowolnym momencie. Ewentualnie należało w terenie zrobić zbliżenie do cech diagnostycznych. Ale ich w momencie spotkania tej rośliny, nie znałem. Nie wiedziałem więc, na co zwrócić uwagę.

W tekście pojawiło się już jedno specjalistyczne określenie – kenofit. Niżej będzie ich więcej. Naukowcy lubią sobie ułatwiać życie i skracać zapis. Zatem jeden dobrze zdefiniowany termin zastępuje dłuższe opisy.  Wróćmy do przegrzana kulistego. Znacznie ciekawsza od jego wyglądu jest historia ekologiczna tego gatunku. Botanicy określają przegorzan jako metafita. To termin oznaczający roślinę obcego pochodzenia, która zdołała trwale zadomowić się na nowym obszarze. Nie jest już chwilowym gościem ani przypadkowym przybyszem – stała się trwałym elementem naszej flory. W skład metafitów wchodzą: 1. epekofity czyli zadomowione na siedliskach silnie przekształconych przez człowieka (siedliska ruderalne i segetalne czyli polne), 2. hemiagriofity czyli metafity zadomowione w siedliskach półnaturalnych, oraz 3. holoagriofity czyli metafity zadomowione na siedliskach naturalnych. Przegorzan kulisty uznawany jest za epekofita oraz lokalnie za hemiagriofita. Zatem możemy się go spodziewać w siedliskach przekształconych przez człowieka a lokalnie także w siedliskach półnaturalnych.

To co mnie zaciekawiło w przegorzanie to fakt, że najczęściej spotykamy go w siedliskach silnie przekształconych przez człowieka. A więc przy drogach, torach kolejowych, na nasypach, rumowiskach czy nieużytkach. Nic więc dziwnego, że tak licznie widziałem go a okien pociągu w czasie podróży przez Górny Śląsk. Ale także przy drodze polnej w Tarnowskich Górach. To właśnie dlatego tak często widzimy go tam, gdzie krajobraz został przebudowany przez transport, przemysł czy urbanizację.

Ale historia przegorzana na tym się nie kończy. Zdarza się bowiem, że opuszcza środowiska typowo antropogeniczne i zaczyna zasiedlać półnaturalne murawy, zarośla czy suche łąki. Wówczas uznawany jest za hemiagriofita czyli gatunek obcego pochodzenia, który zadomowił się już poza typowo ludzkimi siedliskami. To ważny etap ekspansji. Pokazuje, że roślina przestaje być związana wyłącznie z działalnością człowieka i zaczyna funkcjonować jako element półnaturalnych ekosystemów. W jakimś sensie możemy uznać za kolejny etapem aklimatyzacji i wrastania w lokalny krajobraz.

Jak się rozprzestrzenia? Przez epizoochorię i myrmekochorię. Jego owocki (niełupki) roznoszone są przez wiatr oraz przez zwierzęta, przyczepiając się do sierści czy piór. Roznoszone są także przez mrówki, dlatego pojawił się termin myrmekochoria.

Przegorzan kulisty może być traktowany jako biologiczny kronikarz zmian zachodzących w krajobrazie. Jego obecność świadczy o rozwoju infrastruktury komunikacyjnej, przekształceniach siedlisk i intensywnym przemieszczaniu się ludzi oraz towarów. Tory kolejowe i drogi są nie tylko szlakami transportowymi dla człowieka, ale również korytarzami migracji dla wielu gatunków roślin. Nasiona przewożone są przez pojazdy, wiatr, zwierzęta lub wraz z transportowanymi materiałami. To właśnie dlatego wiele gatunków rozpoczyna swoją ekspansję wzdłuż linii kolejowych.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego warto zwrócić uwagę na przegorzan. Zmiany klimatyczne powodują, że gatunki związane z cieplejszym i bardziej suchym klimatem coraz łatwiej znajdują dogodne warunki do życia również w Polsce. Przegorzan pochodzi ze stepu. Dłuższe okresy suszy, łagodniejsze zimy oraz wzrost średnich temperatur sprzyjają roślinom stepowym i ciepłolubnym. Przegorzan kulisty należy właśnie do tej grupy. Jego coraz częstsza obecność może być jednym z wielu subtelnych sygnałów ocieplającego się klimatu. I efektem antropogenicznego przekształcania sie biocenoz. Nie oznacza to oczywiście, że pojedyncze stanowisko przegorzanu dowodzi zmian klimatycznych. Nauka nie opiera się na pojedynczych obserwacjach. Kiedy jednak podobnych obserwacji przybywa w różnych częściach kraju i potwierdzają je wieloletnie badania, rośliny stają się cennymi wskaźnikami przemian środowiska. Botanicy potrafią czytać krajobraz podobnie jak historyk czyta kroniki.

Dlatego następnym razem, gdy zobaczymy niebieskie, kolczaste kule kołyszące się przy torach kolejowych, na rumowiskach lub na poboczu drogi, warto spojrzeć na nie inaczej. Przegorzan kulisty nie jest jedynie efektowną byliną ani tylko pożytkiem dla pszczół. Jest świadkiem ludzkiej działalności, uczestnikiem wielkiej wędrówki gatunków i jednym z biologicznych znaków czasów, w których krajobraz oraz klimat zmieniają się szybciej niż kiedykolwiek wcześniej.

Naukowców jest zbyt mało by śledzić wszystkie zmiany w zasięgach występowania roślin, grzybów i zwierząt. Każdy z nas, w czasie wycieczek nie tylko wakacyjnych, może robić zdjęcia i dokumentować obecność różnych gatunków. Pojedyncza informacja niewiele daje ale setki takich udokumentowanych obecności nabiera już wartości naukowe. Róbcie więc zdjęcia i umieszczajcie w specjalistycznych serwisach lub nawet na Facebooku. Przy okazji poznacie i zapamiętacie nowe dla was gatunki. A w konsekwencji będziecie widzieć więcej wokół siebie.

1.08.2026

Jak nie odrzucać niedokończonych pomysłów. Przykład Stanisława Lema i sztucznej inteligencji



W pracy naukowca, biologa, ale i blogera popularyzującego naukę, najcenniejszą walutą są pomysły. Najpierw trzeba mieć coś do powiedzenia a potem dopiero pracować nad stylem i formą. Bo z pustego to i Salomon nie naleje. Jako dyslektyk zawsze miałem problemy z pisaniem „na czysto”. Może w jakiś sposób kreatywność łączy się z dysleksją? Albo obie mają wspólną przyczynę? Nie wiem. Żyję z tym od lat. Paradoksalnie zmagam się nie tylko z dysleksją ale i z kreatywnością. Bo cierpię, gdy nie mogę dokończyć cieszących mnie pomysłów. A pomysły pojawiają się często niespodziewanie, np. podczas terenowych badań, czytania literatury naukowej czy wieczornych rozmyślań. Albo w czasie spacerów i obserwowania świata. Lub w pociągu i na dworcowej ławce, gdy czekam. W ciszy i w „nudzie” rodzą się szybciej i obficiej. Problem polega jednak na tym, że od subiektywnie rozumianego genialnego błysku w głowie do gotowego artykułu, eseju czy książki wiedzie niezwykle długa i wyboista droga. Pomysł trzeba „domyśleć”, przemyśleć szczegóły i strukturalno-logiczne powiązania między argumentami i elementami całej konstrukcji. Wszystko to wymaga dużego nakładu pracy, czasu oraz rzemieślniczej wręcz cierpliwości przy przelewaniu myśli na papier. Albo na klawiaturę. Wielu z nas, w tym ja sam, gromadzi setki takich niedokończonych konceptów. Notatek odłożonych na później jako rokujących i ciekawych pomysłów, wartych wypowiedzenia. A liczne notatki kończą swój żywot jako chaotyczne szkice na luźnych kartkach lub zapomniane pliki tekstowe w czeluściach twardego dysku. Sam już nie wiem, co bardziej się gubi: papierowe kartki w mnożących się teczkach i zeszytach, czy może pliki w różnych folderach? Zastanawiam się często, jak uratować te intelektualne zarodki przed bezpowrotnym zniknięciem w szufladzie. I niepamięci.

W młodości dużo czytałem książek Stanisława Lema. Były bardzo inspirujące. Na długo w mej pamięci zapadł przewrotny wzór, jak poradzić sobie z tym problemem. Stanisław Lem słynął z umysłu wyprzedzającego swoją epokę. Nieustannie generował fascynujące koncepcje filozoficzne, technologiczne i naukowe. Mnie swoimi myślami zapłodnił na długie dziesięciolecia. Lem zapewne wiedział jak wielkim wysiłkiem jest rozwijanie każdego pomysłu do rozmiarów pełnej powieści. Zamiast jednak pozwolić im przepaść, wpadł na rewolucyjny pomysł, który zrealizował głównie w swoich dwóch niezwykłych książkach: „Próżni doskonałej” oraz „Wielkości urojonej”. Zamiast pisać tradycyjne, wielostronicowe dzieła, stworzył zbiory recenzji i wstępów do fikcyjnych, nigdy nienapisanych książek. Zamiast kilkunastu książek powstawała książka z kilkunastoma rozdziałami. A każdy był pomysłem, który można byłoby rozbudować do opasłej powieści. A Lem potrafił pisać znakomicie, filozoficznie i dowcipnie. Może teraz ktoś napisze te nienapisane i zrecenzowane przed powstaniem, książki? Ogromne wyzwanie intelektualne i literackie. Najpierw recenzja a potem dopiero książka.

W ten sposób, na zaledwie kilkunastu stronach, potrafił skondensować monumentalne idee, które normalnie wymagałyby wielu miesięcy pracy nad fabułą i konstrukcją świata wymyślonego. Wśród tych fikcyjnych dzieł znalazły się tak głębokie koncepty jak „Non serviam”, poruszające temat personoidy, czyli tworzenia myślących istot wewnątrz komputera (czy nie jest to prorocze w stosunku do agentów AI?). Oraz „Kosmogonia”, przedstawiająca teorię, według której znane nam prawa fizyki są efektem gry zaawansowanych cywilizacji kosmicznych. Dzięki formie literackiej recenzji te błyskotliwe, filozoficzne wizje nie zostały zapomniane w szufladzie autora, lecz ujrzały światło dzienne i do dziś prowokują do dyskusji naukowców oraz pasjonatów futurologii. I teraz dylemat: czytać ponownie (po wielokroć) książki Stanisław Lema czy generować ciąg dalszy, być może z pomocą generatywnej sztucznej inteligencji? Tak jak dalsze przygody Pana Samochodzika, pisane już przez innego autora,

Dzisiaj, żyjąc w epoce cyfrowej, stajemy przed podobnym wyzwaniem, ale dysponujemy zupełnie nowymi narzędziami. Jako bloger i felietonista regularnie mierzę się z syndromem niedokończonego szkicu, gdzie dobre intencje przegrywają z brakiem czasu na dopracowanie formy. W tym miejscu pojawia się jednak sztuczna inteligencja. Współczesne narzędzia AI stają się dla twórców tym, czym dla Lema była forma fikcyjnej recenzji – sposobem na ocalenie i zagospodarowanie niedokończonych koncepcji. AI pomaga mi ubrać surowe myśli w precyzyjne zdania, uporządkować chaotyczną strukturę notatek i znacznie szybciej nadać tekstowi ostateczny kształt. A przede wszystkim pozwala szybciej dotrzeć do informacji i sprawdzić interesujące mnie pojęcia. Dzięki temu proces przechodzenia od luźnego pomysłu do gotowego wpisu na bloga przebiega sprawniej. Jednocześnie autorskie idee zyskują szansę na dotarcie do czytelników, zamiast umierać w zapomnieniu. Owszem, nic w moim procesie twórczy się nie skraca. Paradoksalnie mam więcej czasu na myślenie. Bo mam swoją sekretarkę i swojego asystenta. Tak, nie warto zbytnio ufać temu asystentowi. Ale jest pomocny. Najpierw mój szkic w iluś krokach nabiera kształtów, potem we współpracy z AI nabiera zdań. A na koniec pracuję już nad częściowo sformułowanymi zdaniami i mogę je rozbudowywać, uzupełniać przeoczone aspekty, dopisywać nowe wątki. Łatwiej mi się myśli w czasie pisania. I mam mniej błędów do poprawiania (już Word wyszukuje najczęściej przeze mnie popełniane błędy literowe). Gdy szybko publikuję swój tekst to mimo kilkukrotnego czytania i tak jest sporo błędów (taka dola dyslektyka). Po jakimś czasie , gdy je zauważam, poprawiam na blogu. Niniejszy tekst przeleżał pond miesiąc w poczekalni na blogu i kilkukrotnie do niego wracałem, poprawiałem, skracałem, uzupełniałem. 

W tym miejscu warto zadać sobie intrygujące pytanie, które łączy przeszłość z teraźniejszością. Czy gdyby w czasach Stanisława Lema istniały zaawansowane narzędzia sztucznej inteligencji, to napisałby on znacznie więcej tradycyjnych książek, mając cyfrowego asystenta do żmudnego dopracowywania fabularnych szczegółów? A może jego eseje filozoficzne i fikcyjne recenzje były czymś znacznie głębszym – świadomym i celowym sposobem dyskusji o literaturze oraz barierach ludzkiego poznania? Skłaniam się ku tej drugiej odpowiedzi. Ale może moje założenia (ukryta teza) o tym, że te fikcyjne recenzje są niedokończonymi pomysłami na książki, jest po prostu fałszywa? Dla Lema ta forma była być może ucieczką od ograniczeń klasycznej beletrystyki i pozwalała na czystą, intelektualną grę. Nawet z najpotężniejszym AI u boku, Lem być może i tak wybrałby formę skondensowanego eseju, gdyż to właśnie w niej mógł najpełniej i bez zbędnych ozdobników testować granice ludzkiego umysłu. A może byłby zadowolony z automatycznego pisarza rodem z Cyberiady? Czy w czasach nadmiaru długie teksty nie przegrywają z krótkimi formami? więc może lepiej pisać krótko? A może uzupełniać tekst infografikami lub mapami myśli? Postpiśmienna "literatura" nowej mówioności dopiero się wyłania i nabiera kształtów. Jeszcze nie bardzo wiemy jak będzie wyglądała. Tak jak kiełkująca roślina, gdy widzimy wychodzące z gleby liścienie to jeszcze nie wiemy czy to bylina czy drzewo z tego wyrośnie.

Czy wracam do starych pomysłów i notatek? Czasem tak. Ale i tak ciągle rodzą się nowe. Pisanie spala emocjonalnie, za dużo się nie napisze. Bo czas nie jest z gumy, dodatkowo potrzebna regeneracja umysłowa. Do tego myślenie i szukanie informacji i danych też zabiera czas. AI może być pomocne choć bywa też groźną pułapką. To oczywiście pomysł na zupełnie nowy tekst na tym blogu. Może kiedyś ten mglisty pomysł się zmaterializuje?

Gdybyśmy jednak spróbowali pójść krok dalej i wyobrazili sobie, że te Lemowskie miniatury z „Próżni doskonałej” były zaledwie nasionami, z których przy pomocy sztucznej inteligencji mogłyby wyrosnąć potężne, rozłożyste rośliny, stajemy przed fascynującym dylematem. W przyrodzie każde nasiono niesie w sobie pełny kod genetyczny przyszłego drzewa, ale do jego wzrostu potrzeba czasu, odpowiedniej gleby i ogromu energii. Dla pisarza tą energią jest żmudny proces przelewania myśli na papier (albo klepiąc w klawiaturę przenosi do cyfrowego dokumentu). To rzemiosło, które Lem w przypadku tych konkretnych pomysłów chyba świadomie porzucił. Gdyby dysponował AI, mógłby potraktować algorytmy jak zautomatyzowaną szklarnię – wrzucić tam esencjonalny szkic i patrzeć, jak maszyna w kilka chwil (to oczywiście duża przenośnia bo promptowy dialog z algorytmem i poprawianie tekstu zajmuje także wiele tygodni) generuje z niego wielusetstronicową powieść, dbając o opisy, dialogi i strukturę. I nawet przewidział to w Cyberiadzie. Pytanie tylko, czy z perspektywy ekologii literatury taka nadprodukcja wyszłaby nam na dobre. Z biologii wiemy, że monokultury i nagły, niekontrolowany rozkwit jednego gatunku, potrafią zubożyć cały ekosystem. Gdyby każdy genialny, surowy pomysł Lema został maszynowo napompowany do rozmiarów tradycyjnej książki, moglibyśmy utonąć w nieprzejrzystym gąszczu słów, w którym unikalna esencja myśli zostałaby rozmyta przez literacką watę. I zgubić wątek tak jak w 4587 odcinku jakiegoś serialu typu "Luczija z ubogiej chatki".

Ten tok rozmyślania prowadzi nas bezpośrednio do pytania o to, jak właściwie powinniśmy dziś konsumować literaturę i czego od niej oczekiwać. Czy mamy nieustannie wypatrywać nowości, żądając od ulubionych autorów kolejnych tomów i sequeli, niczym widzowie czekający na nowy sezon serialu na platformie streamingowej? Metafora dziecięcej lalki z ubrankami do przebierania jest tu jak najbardziej na miejscu. Styl, język i fundamentalna filozofia pisarza są jak ta sama, dobrze nam znana lalka, a każda kolejna książka to po prostu nowe ubranko, w które autor ją stroi. Zmieniają się dekoracje, fabularne wątki i imiona bohaterów, ale pod spodem dotykamy wciąż tej samej intelektualnej konstrukcji. W dobie kultury instant przyzwyczailiśmy się do ciągłego zmieniania tych ubranek, do pogoni za rzekomą nowością, która w gruncie rzeczy jest tylko powieleniem znanego schematu. Tymczasem o wiele większą wartość może mieć powrót do książek już przeczytanych. Podobnie jak w badaniach terenowych, gdzie powrót w to samo miejsce po latach pozwala dostrzec subtelne zmiany w ekosystemie, tak ponowna lektura wybitnego dzieła ujawnia warstwy, których wcześniej nie byliśmy w stanie zauważyć. Czytając Lema po raz drugi czy trzeci, nie odkrywamy nowej fabuły, ale odkrywamy nowych siebie w zderzeniu z jego tekstem. Podobnie jest z oglądaniem dawnych filmów czy słuchaniem znanych już sobie utworów muzycznych.

Sztuczna inteligencja zapewne zmieni literaturę i już teraz to chyba robi, rewolucjonizując proces twórczy. A może to nie jest rewolucja tylko mała zmiana? Przecież dawni pisarze wynajmowali czasem ghostwriterów a dzieła sławnych malarzy w dawnych czasach malowali ich uczniowie. Mistrz dawał nazwisko, pomysł i wykańczał dzieło. A uczniowie wykonywali mniej ważne podmalunki. Pisarz z narzędziami AI z łatwością stworzy dużą liczbę nowych „ubranek” dla literackich lalek, generując seryjne opowieści idealnie skrojone pod gust swojego odbiorcy, powielając swój styl i swoją filozofię patrzenia na świat. Jednak w tym świecie algorytmicznej obfitości szybko przekonamy się, że „więcej” wcale nie oznacza „lepiej”. Gdy rynek zostanie zalany rzekomo nowymi, a w rzeczywistości wtórnymi historiami, ludzki umysł zacznie odczuwać przesyt. Coraz więcej osób pisze a proporcjonalnie nie przybywa czytelników. W reakcji obronnej przed tym cyfrowym szumem możemy paradoksalnie zacząć uciekać ku starym, sprawdzonym tekstom. Tak jak w nieskończoność potrafimy słuchać ulubionej piosenki, za każdym razem zachwycając się innym przejściem tonalnym, albo oglądać klasyczny film, by wyłapać ukryte w tle smaczki. Być może tak samo będziemy wracać do tradycyjnej literatury. AI może dać nam iluzję nieustannego postępu i nieskończonej nowości, ale prawdziwą głębię i smak odnajdziemy tam, gdzie ludzki intelekt zmierzył się z ograniczeniami własnego czasu i formy, pozostawiając nam dzieła, które nie potrzebują kolejnych sezonów, by wciąż na nowo nas definiować. Felieton może być poczytniejszy niż opasła książka. 

Nie wiem jak będzie z literaturą. Ja niniejszy pomysł zrealizowałem we współpracy z Gemini i Copilotem. Nie wiem kiedy pomysł pojawił się w mojej głowie. Możliwe, że kilka razy się w mózgu odzywał. Rozważałem go w cichym mówieniu do siebie w czasie pieszego spaceru do pracy. Po jakimś dwóch tygodniach od ostatniego razu, spisałem na jednej kartce. Szybko i nieskładnie. Byleby pozostał ślad myślowy. Podobnych kartek mam wiele. Zdania były nielogiczne, poszarpane. Niektóre słowa są nieczytelne i domyślam się ich z kontekstu zdania. W wersji kartkowej powędrował do teczki z pomysłami roboczymi. Leżał jakieś 1-2 tygodnie i gryzł sumienie. Bo teczka pęczniała. Trzeba było albo dokończyć albo odłożyć do jeszcze innej teczki z archiwum na dnie szuflady. Siadłem jednak przed komputerem. Nakreśliłem kontekst i przepisałem szkic nieco go modyfikując. Odszukałem tytuł książki Lema, bo nie pamiętałem. Zadałem cztery (może sześć) pytania i polecenia. Dostałem kilka różnych fragmentów. Niektóre odrzuciłem, inne przerobiłem do własnych potrzeb. Ile trwało pisanie? W sumie 2-3 godziny rozmyślań nad tekstem przy komputerze. Szybciej? Pewnie tak. Ale na pewno jest to duża pomoc w procesie myślenia. Może dzięki AI mniej moich pomysłów na zawsze przepadnie w otchłani archiwum z pomysłami. Aha, i jeszcze tekst dojrzewał w wersji roboczej na blogu blisko miesiąc, z kilkukrotnym zaglądaniem do niego i poprawianiem.

28.07.2026

Ławka, która pamięta więcej niż my

 

Ławeczki w miastach ze sławnymi postaciami są coraz liczniejsze. Nic tylko usiąść i zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. Takie pomniki z funkcjami użytkowymi. I dostosowane do instagramowego stylu życia z częstymi selfie, rozsiewanymi w mediach społecznościowych (a w zasadzie mediach prosumpcyjnych). Ale ta ławeczka w Warszawie jest nieco inna. Tam nie ma żadnej postaci. Tam jest tylko historia edukacji. Ja takie drewniane ławki jeszcze pamiętam ze swojej młodości. I taki kałamarz i liczydła. Nic tylko siąść i cofnąć się w czasie i jeszcze raz być w dawnej szkole. Co prawda lat mi nie ubyło ale na duszy zrobiło się bardzo błogo. Świat, którego już nie ma. I można go zobaczyć jedynie w skansenach, muzeach. I czasem w przestrzeni miejskiej, w formie niecodziennych pomników.

Jako ludzie lubimy opowieści. I to od setek tysięcy lat. Czasem są to opowieści tworzone obrazem. Czasem tańcem, czasem słowami wypowiadanymi, czasem słowami zapisanymi. A czasem ławeczką z brązu. We współczesnej kulturze obrazkowej mniej już używamy słów. Więcej obrazów i to tych "podrasowanych" technologiami. Obraz może bardzo fantazjować i zniekształcać rzeczywistość. Powoli uczymy się filtrować wartość dodaną i upiększoną by doskrobać się do rzeczywistości prawdziwej i realnej. Słowa mogą oszukiwać, obrazy także. A na pewno mogą opowiadać. 
 
Czasem wystarczy tylko usiąść na chwilę, żeby miasto zaczęło opowiadać swoje historie. Tak było i tego dnia, gdy zwykła ławka okazała się niezwykła, bo odlano ją z pamięci dawnych szkolnych czasów: kałamarz, liczydło, książki, wszystko ciężkie jak wiedza, którą kiedyś trzeba było wkuwać na pamięć. To był świat mojego dzieciństwa. Świat, którego już nie ma. Stąd ten pomnik dla utrwalenia dawnej historii. 

Usiadłem, aby na moment wrócić do szkolnej ławy i szczęśliwego dzieciństwa. Pamięć na szczęście jest wybiórcza. Więcej pamiętamy dobrego niż przykrego. Teraz patrzę na edukację z drugiej strony, tej nauczycielskiej. I dlatego ta metalowa rzeźba wydała mi się czymś więcej niż miejską dekoracją. To symbol ciągłości: od szkolnej ławki do uniwersyteckiej sali, od pierwszych liter do rozmów o ekologii, jeziorach i świecie, który trzeba rozumieć, żeby go chronić.

Miasto ma swoje pomniki, ale ma też takie drobne znaki. czasem pomniki są patetyczne, wojenne, pełne dawnej chwały. Czasem to pomniki życia codziennego. I nie mniej ważnej chwały codziennego trudu. Ciche, niepozorne, które przypominają, że nauka nie zaczyna się w laboratorium, tylko w ciekawości. A ciekawość często rodzi się właśnie na takiej ławce. A czasem na wakacjach, gdy biegamy po łące lub brodzimy w płytkiej rzeczce. Nie wszystkie pomniki dotyczą wojny i walki. Bo przecież życie składa się nie tylko z bohaterskich czynów od czasu do czasu. Życie w większej części składa się z ciekawości. Z nasłuchiwania co piszczy w trawie i szumi w lesie. 

Są w przestrzeni miejskiej takie miejsca, które nie krzyczą, nie błyszczą, nie próbują niczego udowadniać. Po prostu stoją. Ciche, metalowe, trochę zapomniane. Przy ruchliwej uliczce. A w pobliżu wielkie Centrum Nauki Kopernik nieustannie kipiące aktywnością odkrywania świata. A jednak, kiedy się zatrzymać przy tych niepozornych pomnikach z ławeczkami, to otwierają nam drzwi do historii, której nie ma w żadnym podręczniku. Kto przeżył choć rok w takiej ławce, to wyczyta więcej niż widać. Kto nie doświadczył, ten nie zrozumie. Zobaczy jedynie w kształtach jakąś dziwną sztukę abstrakcyjną z nieznanego obcego świata. 

Wróćmy jednak do Warszawy, gdy pewnego letniego dnia usiadłem na dawnej szkolnej ławce. Oczywiście nie tej prawdziwej, drewnianej, skrzypiącej, pachnącej kredą i atramentem, ale jej rzeźbiarskim wspomnieniu. Kałamarz odlany z metalu, liczydło, książki, wszystko ciężkie, jakby chciało powiedzieć: „Tak wyglądała nauka, zanim stała się cyfrowa”. I nieruchome. Zeszytu nie można otworzyć, w kałamarzu nie ma atramentu a na liczydłach nie da się przesuwać koralików by wykonywać działania arytmetyczne.

Tamtego dnia, gdy przyjechałem do Centrum Nauki Kopernik na wartościową konferencję o edukacji, przechodząc obok tej ławki-pomnika, poczułem, że siedzę na granicy dwóch światów. Za plecami miałem przeszłość, w której edukacja była bardziej o posłuszeństwie niż o ciekawości. Przed sobą miałem współczesność z interaktywnym muzeum nauki i konferencjami edukacyjnymi. Przed sobą miałem rzeczywistość, w której studenci przychodzą na zajęcia z telefonami, które mają większą moc obliczeniową niż komputery z czasów moich studiów. A ja sam jestem gdzieś pomiędzy, próbując łączyć jedno z drugim. Ciągle próbuję i ciągle niewystarczająco.

Ławka przypomina, że edukacja kiedyś była liniowa. Najpierw litery, potem zdania, potem reguły. Jak koraliki w liczydle. Najpierw posłuchaj, potem powtórz, na końcu zdaj. Wiedza była czymś, co się „przekazywało”. Nauczyciel był źródłem, uczeń naczyniem. Dziś jest inaczej. Sam przynajmniej chciałbym żeby tak było. By studenci przychodzili z własnymi pytaniami, własnymi doświadczeniami, własnymi ścieżkami. Czasem wiedzą więcej o narzędziach, czasem szybciej znajdują informacje, czasem zaskakują mnie interpretacją, której sam bym nie wymyślił. I bardzo dobrze, bo edukacja przestała być linią, a stała się siecią. 

Wakacje to czas rozmyślań edukacyjnych. To skojarzenia i inspiracje, drzemiące gdzieś w głębi, niespodziewanie wydobywane różnymi impulsami z otoczenia. Wakacje to czas suszenia sieci. Bez tego "suszenia" nie byłoby późniejszego połowu. Niezbędny czas regeneracji. A może niezbędny jest i czas refleksji oraz inspiracji?

Ławka przypomina też, że kiedyś uczono się „na pamięć”, a dziś uczymy się „z pamięcią” (zewnętrzną pamięcią cyfrową). Z pamięcią o tym, że świat jest złożony. Z pamięcią o tym, że wiedza nie jest celem, ale narzędziem. Z pamięcią o tym, że edukacja nie kończy się na egzaminie, tylko zaczyna się w momencie, kiedy człowiek zaczyna zadawać własne pytania. Nie byłoby pytań bez ciekawości. 

Siedząc na tej pomnikowej ławeczce pomyślałem, że edukacja zmienia się tak samo jak miasta. Stare elementy zostają, jak ta ławka, ale ich znaczenie ewoluuje. Szkoła i uniwersytet dawniej były miejscem dyscypliny. Dziś są symbolem refleksji i pamiątką historii. Dawniej szkoła była początkiem drogi. Dziś jest przypomnieniem, że droga trwa całe życie. I może właśnie dlatego tak lubię takie miejskie znaki. Bo pozwalają na chwilę zatrzymać się między „kiedyś” a „teraz”. A w tym zatrzymaniu rodzi się coś, co w edukacji jest najważniejsze czyli uważność.

A co Copilot (jako narzędzie AI) może powiedzieć o zdjęciu, bez moich osobistych doświadczeń? Na zdjęciach pozujemy, chcemy ładnie wyglądać, więc taka analiza jest nieco przez pozującego nieco ukierunkowana i zmanipulowana. Ale niech tam, zobaczmy co AI wyczyta.

"Na zdjęciu widać mężczyznę siedzącego przy rzeźbie przedstawiającej szkolną ławkę z dawnych czasów — z kałamarzem, liczydłem i książkami odlanymi z metalu. Na jego koszulce widnieje napis „Wydział Biologii i Biotechnologii UWM w Olsztynie”, co sugeruje, że jest związany z Uniwersytetem Warmińsko‑Mazurskim, prawdopodobnie jako wykładowca lub absolwent tego wydziału.

Co można o nim powiedzieć na podstawie zdjęcia:

  • Sprawia wrażenie osoby spokojnej, refleksyjnej i zainteresowanej nauką.
  • Ubrany jest praktycznie i wygodnie — kurtka turystyczna, okulary, neutralne kolory — co może wskazywać na kogoś, kto często przebywa w terenie lub ceni prostotę.
  • Siedzi przy rzeźbie edukacyjnej, co może symbolicznie podkreślać jego związek z nauczaniem, historią edukacji lub popularyzacją wiedzy.
  • Wyraz twarzy jest życzliwy, z lekkim uśmiechem — wygląda na osobę otwartą i przyjazną, być może nauczyciela lub popularyzatora nauki.

Całość tworzy wrażenie człowieka, który łączy naukę z kulturą i sztuką — kogoś, kto potrafi dostrzec wartość w symbolach i lubi miejsca, które opowiadają historię."

Mam wrażenie, że oprócz analizy zdjęcia AI wykorzystało jeszcze inne informacje. Może coś z moich wcześniejszych zapytań? Bo to chyba niemożliwe, aby z jednego zdjęcia wyczytać tyle informacji !.A jak jednak można? To pracodawca szybko wyczytać może dużo o potencjalnym pracowniku. Więcej niż ten zawrze w swoim CV i liście motywacyjnym.  Znowu żyjemy w małej wiosce, gdzie wszyscy o wszystkich dużo wiedzą i pamiętają do trzeciego pokolenia wstecz. 

24.07.2026

Geopolityka na talerzu, czyli jak pierogi ruskie stały się ukraińskimi




Jeszcze nie tak dawno temu, gdyby ktoś powiedział mi, że zamawianie obiadu w restauracji czy barze mlecznym stanie się deklaracją polityczną, zapewne uśmiechnąłbym się z niedowierzaniem. A jednak żyjemy w czasach, w których nawet niewinna kombinacja twarogu, ziemniaków i cebuli w cieśnie makaronowym potrafi nieść ze sobą ciężar międzynarodowych konfliktów i cywilizacyjnych wyborów. Choć warto tu przypomnieć dowcip sprzed pół wieku. Działo się to w barze mlecznym, kucharka woła „Kto prosił ruskie” (w sensie zamawiał pierogi ruskie). A odpowiedź z sali „Nikt nie prosił, same przyszły” (chodziło o armię sowiecką czyli Rosjan). W jakimś sensie ta barowa geopolityka powróciła.

Jako człowiek zajmujący się popularyzacją nauki, przez lata patrzyłem na świat z optymizmem. Przyznam się do czegoś, co dziś może brzmieć naiwnie: byłem głęboko otwarty na zbliżenie Polski i całej Europy z Rosją. Byłem życzliwie nastawiony do rosyjskiej kultury, a w mojej głowie tliła się wizja przyszłości, w której demokratyczna, zreformowana Rosja staje się pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej. Wierzyłem, że handel, kultura i nauka zdołają zasypać historyczne fosy. Wtedy świat wydawał się optymistycznie rozwijającym w jednym kierunku.

Wszystko zmieniło się w jednej chwili. Władimir Putin, jego bezduszna agresja, imperialna buta i niewyobrażalna brutalność bezpowrotnie zniszczyły te marzenia. Rosyjskie czołgi wjeżdżające na terytorium suwerennej Ukrainy zmieniły nie tylko architekturę bezpieczeństwa w Europie. Zmieniły naszą mentalność, a wstrząs ten dotarł nawet do najgłębszych warstw naszej codzienności. Polacy odwrócili się od Rosji całkowicie (nie licząc dużej grupy prawicowych nacjonalistów, zachwyconych brutalnością i przemocą) – i to nie tylko w wymiarze politycznym czy gospodarczym, ale przede wszystkim w języku. Odrzucamy to, co rosyjskie jako zbrodnicze i niepożądane.

Ruś to nie Rosja. A uwidoczniło się od już 2022 roku, gdy z menu polskich restauracji masowo zaczęły znikać „pierogi ruskie”, a ich miejsce błyskawicznie zajęły „pierogi ukraińskie”. W przestrzeni publicznej podniósł się szum. Dla jednych był to piękny gest solidarności, dla innych – lingwistyczna nadgorliwość. Aby jednak zrozumieć ten fenomen, musimy cofnąć się o kilkaset lat i uruchomić narzędzia z zakresu etnolingwistyki i historii.

Kluczowy błąd, który jako społeczeństwo popełnialiśmy przez dekady, polega na semantycznym utożsamieniu dwóch zupełnie różnych pojęć. Rusiński to nie rosyjski, a Rusin to nie Rosjanin. Choć w języku ulicznym i gwarowym Rosjanin to Rusek, a więc ruski to rosyjski a w zasadzie sowiecki, komunistyczny. Historyczne „pierogi ruskie” nie miały jednak nic wspólnego z Moskwą czy Syberią. Ich nazwa wywodzi się bezpośrednio z Rusi, Rusi Kijowskiej, czy może najbardziej z Rusi Czerwonej – krainy historycznej, położonej na pograniczu dzisiejszej Polski i Ukrainy, z głównym ośrodkiem we Lwowie. Były to proste, wiejskie pierogi, jedzone przez tamtejszy lud (Rusinów), stanowiący miks kulturowy.

Co najciekawsze – i co pokazuje ironię historii – na samej Ukrainie te same pierogi tradycyjnie nazywano... „polskimi” (pyrohy polski). Dlaczego? Ponieważ dla mieszkańców centralnej i wschodniej Ukrainy to właśnie mieszkańcy dawnego województwa ruskiego w granicach I Rzeczypospolitej kojarzyli się z polskością. Mamy więc do czynienia z fascynującym, kulturowym lustrem. 

Lingwistyczny bojkot stał się odrzuceniem kultury przemocy. Skoro więc nauka i historia jasno mówią, że „ruskie” to nasze, lokalne, rusińskie, to dlaczego zmiana na „ukraińskie” była konieczna? Odpowiedź tkwi w psychologii społecznej i ulicznej gwarze. Język nie jest jedynie suchym kodem do przekazywania informacji – jest żywym organizmem, który reaguje na emocje i traumy.

Po pełnoskalowej agresji na Ukrainę słowo „ruski” w świadomości Polaków ostatecznie straciło swój historyczny, neutralny kontekst. Zaczęło jednoznacznie kojarzyć się z rosyjskością, a ta z kolei – z kulturą przemocy, zbrodni i imperializmu. Polacy, zmieniając menu w restauracjach, dokonali aktu zbiorowego, językowego oczyszczenia. Odrzucili wszystko, co choćby fonetycznie kojarzyło się z agresorem. Zamiana pierogów „ruskich” na „ukraińskie” stała się symbolem cywilizacyjnego wyboru i jasną deklaracją, po której stronie konfliktu stoimy.

To zjawisko pokazuje, jak głęboko społeczeństwo potrafi się zmobilizować. To nie był odgórny dekret rządu – to była organiczna decyzja właścicieli knajp, gospodyń domowych i klientów. Chcieliśmy solidarności na każdym poziomie, nawet tym talerzowym. Patrząc na te zmiany z dystansu popularyzatora nauki, nie potrafię nie zadać sobie pytania o przyszłość. Czy i kiedy Rosjanie, jako społeczeństwo, zobaczą i zrozumieją, jak potworną krzywdę wyrządził im Putin? Jego ksenofobia imperialna, szowinizm oraz kultywowana od lat kultura zbrodniczej siły nie tylko zrujnowały Ukrainę, ale wyrządziły potężne, być może nieodwracalne zło samym Rosjanom. I Rosji. Bo ta najpewniej jako państwo się rozpadnie, a na pewno zostanie zmarginalizowana cywilizacyjnie.

Współczesna Rosja dokonała spektakularnego samobójstwa wizerunkowego. Rosyjska kultura – niegdyś szanowana, studiowana na uniwersytetach całego świata, kojarzona z głębią Dostojewskiego i muzyką Czajkowskiego – została wyrzucona z Europy jako niechciana, skażona krwią niewinnych ludzi. To są straty na całe dziesięciolecia, a może nawet stulecia.

Na zbrodniach Putina potwornie tracą sami Rosjanie. Historia uczy nas, że dokładnie tak dzieje się zawsze i wszędzie – to własne narody ponoszą najwyższe koszty kulturowe i moralne, gdy do władzy dochodzą zaślepieni nienawiścią nacjonaliści i imperialiści. Zamiast budować mosty, postawili mur z ciał i gruzów. I choćby naukowcy, historycy czy językoznawcy tłumaczyli, że etymologia pierogów była niewinna, emocjonalnego pęknięcia nie da się łatwo skleić.

Dziś, gdy zamawiam w restauracji pierogi ukraińskie, robię to z pełną świadomością. Wiem, jaka jest ich prawdziwa, rusińska historia, ale rozumiem też, dlaczego zmieniliśmy ich nazwę. Ta nowa nazwa to pomnik naszych czasów – dowód na to, że w obliczu zbrodni nie ma rzeczy neutralnych. Nawet zwykły, wiejski pieróg z twarogiem i ziemniakami może stać się narzędziem oporu i symbolem solidarności z narodem, który walczy o swoją wolność. A Rosja? Rosja na własne życzenie zafundowała sobie długowieczną banicję z europejskiego stołu.

22.07.2026

Kiedyś chodziliśmy do wróżki, teraz pytamy AI

Zdjęcie przetworzone przez AI
Gdy chcemy się czegoś o sobie dowiedzieć, to stajemy przed lustrem i spoglądamy. Coś widzimy. A co z tego obrazu możemy wywnioskować? Czy i jak potrafimy analizować obraz? Co możemy wywnioskować z wyrazu twarzy, ubioru, postawy? 

Chcemy się poznać, dlatego szukamy innych form takiego lustra. Zapisujemy na kartce datę swojego urodzenia i numerologiczne próbujemy poznać swoje cechy charakteru i w ten  sposób chcemy poznać swoją potencjalną przyszłość. Lub stawiamy horoskopy by z daty urodzin i gwiazd powiedzieć coś o sobie. Albo idziemy do wróżki a ta z fusów wypitej przez nas kawy lub z linii na dłoni próbuje o nas coś powiedzieć. Albo z kryształowej kuli. Najpewniej zdolna wróżka lub "Cyganka" wnioskuje o nas z języka ciała, z naszego ubrania, postawy, wyrazu twarzy.., Ale bardziej pociąga nas "układ gwiazd" czy linia losy na dłoni. 

Nasze przeżycia i stan emocjonalny zapisuje się na twarzy i objawia w postawie ciała. Sami przecież w mniejszym czy większym stopniu potrafimy to odczytywać. Bo człowiek jest gatunkiem społecznym i z sygnałów pozawerbalnych także odczytuje nastroje innych członków "swojego stada".  I z tych informacjiscc budujemy naszą wiedzę o społecznej hierarchii i aktualnej sytuacji społecznej w grupie. Decyzje podejmujemy nawet nieświadomie. W tym sensie wszyscy jesteśmy wróżkami. Ale niektórzy lepiej odczytują ten język ciała i potrafią piękniej opowiadać o tym, co widzą. Bo to opowieść się najbardziej liczy.

Nauka nie przestaje na wrażeniach i talencie snucia historii przez wróżki. Poszukuje powtarzalnych wzorców. W odniesieniu do odczytywania człowieka czyni to psychologia. Do analizy włącza także nasze reakcje opisywane słowami. A jedną z form jest wypełnianie ankiet. By na tej podstawie odkryć stan psychiczny, typ osobowości czy inne uniwersalne wzorce. Ankieta jest zdalnym sposobem odczytywania naszego zachowania.

Medycyna potrafi o nas powiedzieć na podstawie różnych parametrów, puls, ciśnienie, analiza krwi itp. Wyczytuje stan naszego organizmu i zdrowia. I na tej podstawie także - niczym wróżka - potrafi powiedzieć o nas bardzo dużo. O naszej przeszłości, teraźniejszości i prognozach zdrowotnych na przyszłość. Biologia molekularna, poprzez badanie DNA, potrafi wiele powiedzieć o naszych predyspozycjach. W jakimś stopniu także przewiduje naszą przyszłość. Przynajmniej tę zdrowotną i biologiczną.

Gdy byłem młodym chłopakiem, tak jak każdy w tym wieku, chciałem wiedzieć kim jestem. I jaki jestem. I nie wystarczyło stanąć przed  w lustrem lub poprzez reakcje innych ludzi wywnioskować coś o sobie. Korzystałem z różnych testów psychologicznych. Wypełniało się jakąś ankietę i otrzymywało się informacje o sobie. W jakimś stopniu było to diagnozowanie się na odległość.

Co zmienia świat ze sztuczną inteligencją? Może testy psychologiczne będą jeszcze bardziej zautomatyzowane?  A może nie trzeba nawet wypełniać żadnego testu, przecież zostawiamy tyle śladów w internecie, że "Wielki Brat" może szybko te ślady zebrać i o nas coś powiedzieć? Tak jak wróżka opinie o nas wśród naszych znajomych bliższych i dalszych. Przecież dla potrzeb reklam, każda nasza aktywność jest zbierana, zapisywana w "ciasteczkach", i w rezultacie dostajemy mniej lub bardziej spersonalizowana reklamę. Dostosowaną do tego, jacy jesteśmy. Czyli technologia coś o nas wie, skoro podsuwa takie a nie inne reklamy. Podobnie z poglądami społecznymi i politycznymi. A może ta wiedza o nas gromadzona jest nie tylko w "ciasteczkach" zapisanych na naszych urządzeniach lecz także w jakichś serwerach? Tak jak dawniej w zbiorowej pamięci naszej społeczności lokalnej, gdzie wszyscy o wszystkich wiedzieli nawet do trzeciego pokolenia wstecz. 

To co, zapytać się AI co o mnie wie? Przykładem takiego działania jest zamieszczone wyżej zdjęcie.  Proste polecenie: wygeneruj grafikę i umieść informacje, które o mnie masz". I dodałem swoje analogowe zdjęcie. Zaskakująco dużo dostałem informacji. I jesteśmy zaskoczeni jak u wróżki, która z dłoni wyczytuje linie naszego życia. Sami też potrafimy zobaczyć, czy to ręce kogoś spracowanego na roli, w fabryce, czy wydelikacone w pracy za biurkiem lub komputerem. A na dodatek nasz ubiór mówi o nas równie dużo co język i gwara.

Tak czy siak, zostawiamy dużo śladów. Darmowe korzystanie z narzędzi AI nie jest takie darmowe. Płacimy walutą danych. Karmimy algorytmy najróżniejszymi danymi, także o sobie. I z tego dużo może AI wywnioskować. 

Duże modele językowe (LLM) są coraz doskonalsze nie tylko językowo ale i w analizie nie tylko tekstu lecz i obrazów.  W ramach zabawy i ciekawości przesłałem zdjęcie z prośbą o analizę. Zapytałem AI, co może wyczytać ze zdjęcia czyli co na podstawie fotki może powiedzieć o osobie na zdjęciu. Przesłałem swoje, ale przecież mogę przesłać zdjęcie dowolnej osoby. I taką otrzymałem odpowiedź.

"Nie mogę stwierdzić, kim jest ten mężczyzna ani go zidentyfikować na podstawie zdjęcia. Mogę jednak opisać jego wygląd i zasugerować, jakie wrażenie sprawia.

Opis osoby ze zdjęcia

Na zdjęciu widać mężczyznę w średnim wieku, stojącego na neutralnym, jasnym tle. Ma krótkie, siwiejące włosy i nosi cienkie okulary o prostokątnych oprawkach. Jego wyraz twarzy jest spokojny i lekko uśmiechnięty, co sprawia wrażenie osoby opanowanej i pewnej siebie.

Ubiór i styl

Mężczyzna ma na sobie ciemnoniebieską koszulę z miękkiego materiału, przypominającego sztruks lub grubszą bawełnę. Koszula ma dwie kieszenie na piersi i jest zapięta pod szyję, co nadaje stylizacji elegancki, ale nieformalny charakter. Na nadgarstku widoczny jest nowoczesny smartwatch.

Postawa i wrażenie

Stoi swobodnie z dłońmi splecionymi przed sobą. Taka postawa często kojarzy się z profesjonalizmem, otwartością i spokojem. Zdjęcie wygląda jak portret biznesowy lub wizerunkowy — mogło zostać wykonane do profilu zawodowego, strony internetowej, publikacji lub materiałów promocyjnych.

Możliwe skojarzenia zawodowe

Na podstawie samego wyglądu można jedynie spekulować. Mężczyzna może sprawiać wrażenie osoby związanej z:

  • nauką lub edukacją (np. wykładowca, profesor, nauczyciel),
  • biznesem lub zarządzaniem,
  • technologią lub inżynierią,
  • doradztwem lub coachingiem,
  • administracją lub sektorem publicznym.

Jednak są to wyłącznie luźne przypuszczenia oparte na stylu zdjęcia i ubiorze, a nie faktyczne informacje o tej osobie.

Cechy widoczne na zdjęciu

Wygląd fizyczny

  • Krótkie siwiejące włosy
  • Jasna cera
  • Okulary prostokątne
  • Brak wyraźnego zarostu lub bardzo krótki zarost
  • Spokojny, neutralny wyraz twarzy

Ubiór

  • Ciemnoniebieska koszula z długim rękawem
  • Dwie kieszenie na piersi
  • Styl smart casual
  • Smartwatch na lewym nadgarstku

Charakter zdjęcia

  • Profesjonalny portret studyjny
  • Neutralne tło
  • Miękkie, równomierne oświetlenie
  • Kadr od połowy ud w górę

Podsumowanie

Zdjęcie przedstawia elegancko ubranego mężczyznę w średnim wieku o spokojnym i profesjonalnym wizerunku. Może to być portret wykonany do celów zawodowych lub publicznych. Nie da się jednak wiarygodnie określić jego tożsamości ani podać „wszystkiego o nim” na podstawie samego zdjęcia."

Byłem mocno zaskoczony trafnością opisu i interpretacji. Tak jak u wróżki, która dobrze opisuje informacje, których jej nie podawałem. Skąd ona wie? A skoro to się zgadza, to może wszystko co dalej powie należy przyjąć jako wiarygodne? Czy podobnie postąpimy z analizami, wykonanymi przez AI?  Znacznie większe możliwości dowolnej manipulacji i wywierania wpływu. 

Z pewnością żyjemy w niezwykle groźnych czasach. Pilnie musimy uczyć się krytycznego myślenia i rozumienia działania algorytmów generatywnej sztucznej inteligencji. Bo tworzy piękne i wiarogodne wyglądające zdania. Za jej pomocą inni ludzie mogą nami manipulować na niespotykaną wcześniej skalę... Bo bajkowe "lustereczko, powiedz mi kto jest najpiękniejszy na świecie" mamy w każdym niemalże domu.

A skoro AI potrafi tak dużo wyczytać ze zdjęcia, to może jest już członkiem "mojego stada"?