2.04.2026

Ciało wie lepiej - książka o systemie immunologicznym

Ciało wie lepiej.
Przewodnik po nowoczesnej nauce o odporności.
Lubię czerpać wiedzę z pierwszej ręki czyli prosto od naukowców. Podstawy działania układu odpornościowego poznałem już w szkole średniej, potem poszerzałem na zajęciach na studiach biologicznych. Sporo w mojej głowie zostało, ale dużo informacji już uleciało. A jeszcze więcej nigdy nie poznałem. Dlatego z dużą ciekawością sięgnąłem po „Ciało wie lepiej” Johna Trowsdale. Książka, która właśnie się ukazała. Jest obszerna, akurat ją czytam. I jestem bardzo zadowolony sposobem opowiadania. Autor nie tylko przejrzyście wyjaśnia, ale i odwołuje się do historii odkryć. Jest to więc nie tylko aktualna wiedza ale i opowieść o tym, jak ludzkość odkrywała system odpornościowy. Wiedza rzetelna z pierwszej ręki od naukowca, który sam w takich badaniach przez wiele lat uczestniczył.

Książka Johna Trowsdale’a to jeden z tych tytułów, które czyta się z rosnącym zdumieniem, jakby ktoś uchylił drzwi do tajnego laboratorium, w którym od milionów lat trwa nieprzerwana, cicha praca - praca naszego własnego układu odpornościowego. Ciało wie lepiej jest opowieścią o systemie, który nie tylko broni, ale przede wszystkim rozpoznaje, interpretuje, pamięta i uczy się. A robi to z finezją, której nie powstydziłby się najlepszy biologiczny strateg lub profesor biologii.

Trowsdale pisze jak naukowiec, który całe życie spędził, zaglądając w molekularne zakamarki odporności, ale jednocześnie jak narrator, który potrafi zawiłe procesy przełożyć na obrazy i historie. Historie odkryć naukowych. Nie ma tu suchego wykładu. Zamiast tego dostajemy intrygującą podróż po świecie biologii i organizmu, od pierwszych ewolucyjnych prób odróżnienia swojego od obcego, przez subtelne mechanizmy działania limfocytów, aż po współczesne wyzwania: choroby autoimmunologiczne, nowotwory, pandemie i starzenie się organizmu. Autor nie ucieka od trudnych tematów, ale też nie popada w katastrofizm. Raczej pokazuje, jak niezwykle złożony i jednocześnie kruchy jest system, który codziennie utrzymuje nas przy życiu.

Największą siłą tej książki jest sposób, w jaki łączy precyzję naukową z ludzką ciekawością. Trowsdale nie tylko tłumaczy, jak działają komórki odpornościowe. On opowiada o ich „motywacjach”, ich „logice”, ich ewolucyjnych kompromisach. Dzięki temu czytelnik zaczyna patrzeć na własne ciało jak na dynamiczny ekosystem, w którym nic nie dzieje się przypadkiem. Wiele elementów powiązanych ze sobą wieloma zależnościami. Bo wszystko ze wszystkim jest powiązane i wszystko ze wszystkiego powstaje. To perspektywa, która szczególnie mocno wybrzmiewa po doświadczeniach pandemii COVID-19, gdy immunologia nagle stała się tematem codziennych rozmów, często pełnych uproszczeń i mitów. Ta książka jest świetnym antidotum na powierzchowne myślenie o odporności. Oraz na różne teorie spiskowe.

Polskie wydanie z 2026 roku ma jeszcze jedną zaletę: trafia do czytelnika w momencie, gdy rośnie potrzeba rzetelnej, ale przystępnej wiedzy biologicznej. To lektura, która może zainspirować studentów, nauczycieli, licealistów ale też każdego, kto po prostu chce zrozumieć otaczający nas świat. Dlaczego czasem chorujemy, a czasem nie? I dlaczego odpowiedź na to pytanie jest znacznie bardziej fascynująca, niż mogłoby się wydawać w pierwszej chwili

To książka, którą warto mieć na półce (albo wypożyczyć z biblioteki), ale przede wszystkim warto ją przeczytać. Bo po lekturze zaczyna się patrzeć na własne ciało z nowym rodzajem szacunku, jak na sprytnego, doświadczonego sojusznika, który naprawdę wie lepiej. Oczywiście taki sposób pisania to antropomorfizm narracyjny. To zabieg literacki a nie sposób myślenia o świecie. Z tymi antropomorfizmami po prostu łatwiej jest drugiemu człowiekowi wyjaśnić zawiłe zależności naszego organizmu i naszego systemu odpornościowego.

Trowsdale prowadzi czytelnika przez układ odpornościowy tak, jakby oprowadzał po ogromnym, tętniącym życiem mieście, którego mieszkańców zwykle nie zauważamy. A przecież to właśnie one - komórki, białka, sygnały chemiczne  -  codziennie decydują o naszym zdrowiu. Lub o chorobie. Kiedy czytamy, że odporności nie da się zobaczyć ani dotknąć, a mimo to działa nieprzerwanie, zaczynamy rozumieć, jak niezwykły jest to system. Właśnie ta niewidzialność sprawia, że immunologia wydaje się niezrozumiała magią, dopóki ktoś nie pokaże nam przejrzystych praw i zależności. Trowsdale robi to z precyzją badacza i lekkością popularyzatora. Nauka nie jest magią choć jest fascynująca i zadziwiająca. Uwielbiam literaturę faktu, w tym biologiczne książki popularnonaukowe. I czytam je "do poduszki".

Autor zaczyna od podstaw: skąd układ odpornościowy wie, kiedy wkroczyć do akcji, jak rozpoznaje wrogów i dlaczego czasem się myli. W jego opowieści limfocyty nie są już anonimowymi komórkami, lecz bohaterami o wyraźnych rolach i zadaniach. Zrozumienie ich działania nie wymaga specjalistycznego przygotowania. Wystarczy zwykła, ludzka ciekawość. Choć trzeba się liczyć z dużą porcją całkiem nowych informacji. 

Pierwsza część książki to fascynujący spacer po mechanizmach obronnych, które działają szybciej, sprawniej i inteligentniej, niż moglibyśmy przypuszczać. Trowsdale pokazuje, jak odporność radzi sobie z bakteriami, wirusami, pasożytami, a nawet z komórkami nowotworowymi, które próbują ukryć się wśród „swoich”. I wyjaśnia skąd się bierze sepsa.

Druga część jest bardziej refleksyjna, bo dotyczy momentów, w których ten niesamowity system zaczyna działać przeciwko nam. Choroby autoimmunologiczne, przewlekłe stany zapalne, wpływ starzenia, otyłości i stresu - wszystko to autor tłumaczy z naukową rzetelnością. Szczególnie interesujące są fragmenty o tym, czego nauczyliśmy się, badając inne gatunki. Trowsdale przypomina, że odporność nie jest wynalazkiem człowieka, lecz efektem milionów lat ewolucji biologicznej, a mikroorganizmy bywają naszymi najlepszymi nauczycielami.

W tle pobrzmiewa echo pandemii COVID‑19, która sprawiła, że immunologia trafiła na pierwsze strony gazet, ale też stała się polem nieporozumień i uproszczeń. Trowsdale nie moralizuje, nie straszy, nie obiecuje cudownych recept. Zamiast tego daje czytelnikowi narzędzia do myślenia oraz pokazuje, jak działa system, który potrafi uczyć się i zapamiętywać. Pokazuje jak niewielka liczba genów może wygenerować miliardy przeciwciał oraz jak ciało (nasz złożony organizm) samo się naprawia. To wiedza, która porządkuje chaos i pozwala zrozumieć, dlaczego czasem chorujemy, a czasem nie.

Recenzenci - od profesorów immunologii po praktykujących lekarzy - podkreślają, że ta książka „układa odporność w głowie”. I rzeczywiście, po lekturze nagle wszystko zaczyna mieć sens. Choć trzeba zapamiętać wiele faktów i całkiem nowych nazw. Infekcje, stany zapalne, pomyłki układu odpornościowego, to już nie tajemnicze zjawiska, lecz elementy większej, logicznej całości. Trowsdale nie tylko tłumaczy, ale też przywraca zaufanie do własnego ciała. Pokazuje, że w większości sytuacji naprawdę „wie lepiej”. Bo przyroda to sprawny system, doskonalony przez setki milionów lat ewolucji.

To jedna z tych książek, które czyta się z przyjemnością, a odkłada się ją z poczuciem, że świat, nawet ten mikroskopijny, stał się bardziej zrozumiały. Jeśli interesujesz się biologią, medycyną, zdrowiem albo po prostu chcesz wiedzieć, jak działa ludzki organizm, ta książka będzie dla Ciebie jak rozmowa z mądrym, cierpliwym przewodnikiem. I nie będzie to krótka rozmowa. Bo opisywane pozycja liczy 472 strony (łącznie z przypisami) małego formatu. A jeśli uczysz, popularyzujesz naukę lub pracujesz ze studentami, znajdziesz tu nie tylko wiedzę, ale i inspirację jak te złożone zjawiska opowiedzieć prościej.

To lektura, która nie tylko informuje, ale też zachwyca. Układ odpornościowy po tej książce przestaje być abstrakcją - staje się bohaterem codziennego życia. I trudno się nie zgodzić z Trowsdale’em, gdy mówi: „Cudowne jest to, że nasze ciało samo się naprawia”.

Ciało wie lepiej. Przewodnik po nowoczesnej nauce o odporności. Autor  John Trowsdale. Wydawnictwo Sensus, wydana w 2026 roku, premiera 10 marca.

1.04.2026

Wanda – córka słowiańskiego Kraka czy germańskiego Wandala?

Zdjęcie z muzeum, zbiory archeologiczne. Nie znamy imion osób, które lepiły te garnki i ciosały te kamienne siekiery.
 

Gdy myślimy o Wandzie, przed oczami staje nam posągowa postać w zgrzebnej, lnianej szacie, która z gracją (choć i pewną dozą dramatyzmu) skacze do Wisły, byle tylko uniknąć niemieckich swatów. Jednak zdejmijmy te romantyczne okulary i zapytajmy wprost: czy Wanda rzeczywiście była „wędką” na ludzkie serca, jak chciał Mistrz Kadłubek, czy może raczej… starszą siostrą europejskiej demolki (Wandalów)? Pytanie stawiam pierwszego kwietnia by jeszcze bardziej zdezorientować co jest na poważnie, a co jest primaaprilisowym mrugnięciem oka. Nie tylko to, co wygenerowane przez AI trzeba sprawdzać. Ludzie też tworzą różnorodne przekazy a ich interpretacja zależy od wykrytego (dostrzeżonego) kontekstu. Zatem, drogi Czytelniku, rozpoznaj kontekst miejsca i czasu i odpowiednio zinterpretuj niniejszy wywód.

Choć etymologia ludowa uparcie trzyma się staropolskiej „wędy”, poważna analiza porównawcza każe nam spojrzeć na zachód. Imię Wanda jest genetycznie i semantycznie nierozerwalnie związane z germańskim etnonimem Wandalów (Vandali). I to przez niektórych patriotycznie nastawionych zwolenników topienia się w Wiśle może zabrzmieć obrazoburczo. A przynajmniej wytrąci z utrwalonego, dobrego samopoczucia.

Zanim słowo „wandalizm” stało się synonimem pomazania sprayem przystanku czy zdewastowanych toalet, Wandalowie byli prężnym ludem wędrownym. Nazwa ta wywodzi się z pragermańskiego pierwiastka wandjan (obracać, zmieniać, wędrować). Wandal to zatem nie „niszczyciel”, lecz „ten, który jest w ruchu” – wieczny tułacz, nomada, odkrywca. Niczym kibic piłkarski podróżujący śladami meczów swojej drużyny.

Spójrzmy do źródeł, których Kadłubek (być może celowo już wtedy knując spisek przeciwko Wielkiej Lechii) nie doczytał. Już starożytni kronikarze sugerowali, że plemię Wandalów pierwotnie zamieszkiwało tereny dzisiejszej Polski (dygresją wtrącę, że chodzi o kulturę przeworską). Jeśli przyjmiemy tę perspektywę, nasza Wanda nie jest słowiańską efemerydą, lecz germańską walkirią, której imię stanowi pozostałość po wielkiej wędrówce ludów. Zapewne niektórzy Czytelnicy zgrzytną zębami, że słowiańska i antyniemiecka Wanda mogła być tak na prawdę Germanką...

W staronordyckich i staro-wysoko-niemieckich tekstach odnajdziemy pokrewne formy, takie jak imię Wendla. Sugeruje to, że Wanda to imię „eksportowe”. Można by rzec, że zanim Wanda została symbolem oporu przeciwko niemczyźnie, sama była etymologiczną „Niemką” (a przynajmniej Germanką), co nadaje całej legendzie o odrzuceniu księcia Rytygiera pysznego, ironicznego smaczku. Skoczyła do Wisły, bo może po prostu... tęskniła za dawnym, wandalskim stylem życia w drodze i starożytnymi ustawkami w Teutoburskim Lesie? Zamiast widzieć w niej tylko ofiarę nieszczęśliwej miłości do ojczyzny, zobaczmy w niej dumną dziedziczkę etosu Wandalów. 

Wanda to imię dynamiczne. To imię kogoś, kto „zmienia bieg zdarzeń” (od wspomnianego wandjan – obracać). Wanda nie była więc tylko dziewczyną z wędką (wyjaśnienie związku z wędką już niebawem, cierpliwości). Była – w najgłębszym, etymologicznym sensie – kobietą czynu i zmiany, której imię niosło echo tarczy uderzającej o tarczę na polach bitewnych całej Europy. Wniosek z tego płynie taki: następnym razem, gdy spotkasz Wandę, nie pytaj jej o ryby. Zapytaj, czy nie planuje akurat jakiejś spektakularnej wędrówki ludów (migracji) lub przynajmniej małego przemeblowania w historii.

Imię Wanda to jedna z najciekawszych zagadek w polskiej onomastyce. Choć brzmi starodawnie, jego korzenie są bardziej literackie niż mogłoby się wydawać. Większość historyków i językoznawców uważa, że imię Wanda zostało wymyślone przez Wincentego Kadłubka, polskiego kronikarza żyjącego na przełomie XII i XIII wieku. Kadłubek opisał legendę o księżniczce, "która nie chciała Niemca". Prawdopodobnie stworzył to imię na bazie staropolskiego słowa „węda” (haczyk, wędka). Miało to być metaforą urody księżniczki, która „łowiła” serca poddanych i adoratorów swoją aparycją. Niektórzy badacze szukają powiązań z kręgiem germańskim. Imię może wywodzić się od nazwy plemienia Wandalów (Vandali). Może też pochodzić od staroniemieckiego słowa wand (tarcza, ściana) lub wendel (wędrowiec, z plemienia Wendów). Sporo tych śladów i hipotez, a jeszcze w tekście pojawią się kolejne. Jest jeszcze trzecia teoria alternatywna. Wesja łacińska próbowała łączyć Wandę z łacińskim słowem vianda (pokarm), ale jest to teoria uznawana za naciąganą. Wersja litewska wiąże imię z litewskim słowem vanduo oznaczającym wodę. Pasowałoby to do legendy, według której Wanda rzuciła się do Wisły, jednak kroniki Kadłubka są starsze niż popularyzacja tego skojarzenia w literaturze.

Choć imię powstało w średniowieczu, prawdziwy „boom” przeżyło w okresie romantyzmu. Dzięki utworom m.in. Cypriana Kamila Norwida czy Juliusza Słowackiego, Wanda stała się romantycznym symbolem patriotyzmu i poświęcenia, co sprawiło, że Polacy zaczęli masowo nadawać to imię swoim córkom. Co ciekawe, imię to jest jedną z niewielu czysto polskich kreacji literackich, które przeniknęły do innych języków (używane jest m.in. w krajach anglosaskich i w Niemczech). Jak z tych rozważań widzimy imię Wanda ma naprawdę ciekawą historię, a jej pochodzenie nie jest tak jednoznaczne, jak mogłoby się wydawać. To jeden z tych słowiańskich klasyków, które niosą ze sobą zarówno legendę, jak i językową zagadkę.

Imię Wanda pojawia się po raz pierwszy w średniowiecznych kronikach, przede wszystkim u Wincentego Kadłubka (XII/XIII w.). To właśnie tam pojawia się postać Wandy, córki Kraka, która „nie chciała Niemca” i miała poświęcić się dla dobra swojego ludu. To jednak literacka kreacja, nie potwierdzona historycznie, ale imię dzięki tej legendzie mocno zakorzeniło się w kulturze polskiej. Etymologia wprowadza jeszcze więcej galimatiasu, co już sygnalizowałem wyżej. Językoznawcy nie są zgodni. Najczęściej wymienia się trzy kierunki. Słowiański, germański i łaciński. A czasem i litewski, o czym wyżej już wspolniałem.

Słowiańskie pochodzenie imienia jest najbardziej prawdopodobne. Imię może być związane z dawnymi słowiańskimi rdzeniami: vanda/venda - określenie Słowian zachodnich (Wenedów), węda/wenda - możliwe powiązanie z wodą, rzeką (choć to bardziej hipoteza niż pewnik). A wiadomo, że Słowianie wód wszelakich się trzymali. W tej interpretacji Wanda byłaby „kobietą z ludu Wenedów” albo „tą, która pochodzi znad wody”. W językach germańskich określenie Wenden oznaczało Słowian. Wanda mogłaby więc być imieniem nadanym przez ludy germańskie na określenie słowiańskiej kobiety. To ciekawy paradoks, biorąc pod uwagę legendę o „Niemcu”, ale język nie zawsze idzie w parze z mitologią. Hipoteza łacińska wskazuje na „Vandalus” (Wandalowie). To teoria bardziej marginalna, ale czasem przywoływana. Łączy imię z nazwą plemienia Wandalów - jednak brak mocnych dowodów, a podobieństwo brzmieniowe to za mało. W podsumowaniu można stwierdzić, że Imię Wanda jest słowiańskie w charakterze i kulturze, najpewniej związane z etnonimem Wenedów, czyli dawnych Słowian zachodnich. Zostało utrwalone przez legendę o Wandzie, która nadała mu symboliczny wymiar. Językowo niejednoznaczne, ale głęboko zakorzenione w polskiej tradycji.

Pora na jeszcze jedną, spójną opowieść. Bo skoro trudno dorzucić nowe i wiarygodne argumenty, to można chociaż te same opowiedzieć inaczej, czyniąc wrażenie bogactwa wiedzy i interpretacji. W dziejach językoznawstwa istnieją teorie poważne, teorie bardzo poważne oraz teorie, które poważnie wyglądają dopiero po trzeciej kawie. Do której kategorii należy pomysł, że imię Wanda pochodzi od Wandalów - germańskiego plemienia, które zasłynęło z tego, że potrafiło zdemolować Rzym, zanim to stało się modne w odniesieniu do miast, odwiedzanych przez kibiców piłkarskich? Cóż, oceńmy to z naukową elegancją i lekką ironią.

Wandalowie byli ludem germańskim, który wędrował po Europie z energią godną współczesnych piłkarskich chuliganów, kiboli czy niesfornych migrantów. Najpierw pojawili się nad Wisłą, potem przemaszerowali przez Galię, Hiszpanię, aż w końcu dotarli do Afryki Północnej, gdzie założyli własne królestwo. Ich reputacja? Delikatnie mówiąc: „dynamiczna”. Do dziś słowo wandalizm przypomina nam, że nie byli to ludzie, którzy przechodzili przez miasta na palcach i bez awantur. Czy w takim razie imię Wanda mogło być żeńską formą etnonimu Vandalus? Teoretycznie - czemu nie. W końcu wiele imion wywodzi się od nazw plemiennych. Gdyby Wandalowie mieli dział PR, pewnie sami by to podchwycili.

Językoznawcy, którzy lubią bawić się w rekonstrukcje, wskazują, że: 1. łacińskie Vandalus mogło dać formę Vanda, 2. a ta z kolei, po oswojeniu przez języki słowiańskie, przekształcić się w Wandę. Brzmi to całkiem logicznie. W końcu języki lubią skracać, upraszczać i dopasowywać obce słowa do własnej fonetyki. Jeśli Rzymianie mogli zrobić z Hrodberht imię Robertus, to czemu Słowianie nie mieliby zrobić z Vandalus imienia Wanda? Oczywiście, nie mamy na to twardych dowodów. Ale w nauce historycznej brak dowodów nigdy nie powstrzymał nikogo przed stworzeniem pięknej teorii. Zwłaszcza wśród zwolenników Wielkiej Lechii.

Kronikarz Wincenty Kadłubek wprowadził do polskiej tradycji postać Wandy, córki Kraka. I tu zaczyna się zabawa: Wanda „nie chciała Niemca”, ale mogła mieć imię pochodzące od… germańskiego plemienia. Ironia historii bywa subtelna, ale tutaj wręcz świeci neonem. Legenda zrobiła swoje, imię stało się symbolem czysto słowiańskiej dumy, choć jego hipotetyczne korzenie mogły być bardziej „germańskie”, niż chcieliby romantycy.

Czy ta hipoteza jest prawdopodobna? W skrócie: tak.  jeśli przyjmiemy, że imię powstało jako etnonimiczna forma od Vandalus. Po zastanowieniu - nie do końca, jeśli oczekujemy twardych dowodów archeologiczno‑językowych. A po refleksji - zdecydowanie tak - jeśli lubimy teorie, które łączą historię, język i odrobinę ironii. Współczesna nauka skłania się raczej ku słowiańskiemu pochodzeniu imienia, ale teoria wandalska pozostaje wdzięcznym, choć nieco ekscentrycznym dodatkiem do dyskusji.

A może imię Wanda nie ma nic wspólnego z Wandalami. Może to tylko przypadkowe podobieństwo. A może - i to wersja, którą najbardziej lubią humoryści - Wandalowie po prostu mieli wśród siebie Wandę, która jako pierwsza powiedziała: „Panowie, może tym razem nie niszczmy wszystkiego?”. I od tego momentu imię stało się symbolem łagodności wśród burzliwego plemienia. Zatem czy Wanda pochodzi od Wandalów? Możliwe. Czy to teoria pewna? Nie. Czy jest zabawna, barwna i warta opowiedzenia?  Zdecydowanie tak.

W świecie językoznawstwa istnieją spory, które rozpalają emocje bardziej niż dyskusja o tym, czy bigos smakuje lepiej drugiego czy trzeciego dnia. Jednym z takich sporów jest pytanie: skąd właściwie wzięło się imię Wanda?  Czy to dumny okrzyk słowiańskich Wenedów? Czy może echo germańskich Wandalów, którzy mieli talent do demolowania imperiów? Przyjrzyjmy się jeszcze raz tym dwóm hipotezom, najlepiej z kubkiem herbaty i odrobiną ironii zamiast plasterka cytryny czy odrobimy soku malikowego.

Zacznijmy od wersji, którą najbardziej lubią polscy romantycy, podręczniki szkolne i wszyscy, którzy mają słabość do legend o początkach państwa polskiego. Wanda, córka Wenedów (i Kraka)

Argumenty za:

  • Rdzeń venda/vanda pojawia się w źródłach antycznych jako określenie Wenedów, czyli ludów słowiańskich zamieszkujących tereny nad Bałtykiem.
  • Imię mogło pierwotnie oznaczać „kobietę z ludu Wenedów”.
  • Pasuje to jak ulał do legendy o Wandzie, córce Kraka, która „Niemca nie chciała”, więc trudno o bardziej słowiańską symbolikę.

Argumenty przeciw:

  • Brak jednoznacznych dowodów, że imię funkcjonowało wśród Słowian przed Kadłubkiem.
  • Możliwe, że to kronikarz wymyślił imię, a potem wszyscy udawali, że tak było od zawsze.

Komentarz humorystyczny: jeśli Wanda rzeczywiście pochodzi od Wenedów, to jej imię można by tłumaczyć jako „ta, która reprezentuje nasz lud”. A że reprezentowała go z rozmachem, to już inna sprawa. W końcu nie każda bohaterka narodowa kończy w Wiśle z powodu niechęci do niemieckiego księcia.

A teraz wersja, która brzmi jak żart, ale ma swoje naukowe podstawy. Wanda, córka… Wandalów? Według niej imię Wanda miałoby pochodzić od łacińskiego Vandalus, czyli nazwy plemienia Wandalów.

Argumenty za:

  • Z Vandalus można stosunkowo łatwo przejść do formy Vanda, a stąd już tylko krok do Wandy.
  • Wandalowie mieszkali niegdyś na ziemiach dzisiejszej Polski, więc kontakt językowy nie jest wykluczony.
  • Języki lubią upraszczać,  a od „Wandalusa” do „Wandy” droga krótsza niż z Krakowa do Gniezna.

Argumenty przeciw:

  • Wanda jako imię pojawia się dopiero w średniowieczu, a Wandalowie zniknęli z Europy znacznie wcześniej.
  • Trudno sobie wyobrazić, by Słowianie nadawali córkom imiona po plemieniu, które było wojownicze. Choć… może to byłby całkiem dobry amulet odstraszający zalotników.

Komentarz humorystyczny: jeśli Wanda pochodzi od Wandalów, to legenda Kadłubka nabiera nowego wymiaru. Wyobraźmy to sobie: Wanda „nie chciała Niemca”, ale mogła mieć imię pochodzące od germańskiego plemienia. Historia bywa przewrotna, czasem aż do śmiechu.

Wanda jest jedna, ale hipotez („teorii”) wiele. Czy Wanda była córką Wenedów? Czy może miała w sobie coś z Wandalów? A może, jak to często bywa w etymologii,  prawda leży gdzieś pośrodku lub całkiem z boku, popijając miód pitny i śmiejąc się z naszych prób uporządkowania chaosu dawnych wieków. Jedno jest pewne, imię Wanda ma w sobie siłę, historię i odrobinę tajemnicy. A to, czy jej przodkami byli Wenedowie czy Wandalowie, to już kwestia gustu i poczucia humoru.

I co było w tym tekście, opublikowanym 1 kwietnia, dowcipem a co rzetelną analizą? Czytelniku osądź sam. Wszak na co dzień musisz już odróżniać halucynacje AI od rzetelnej wiedzy. Z ludźmi od wieków było podobnie, czasem fantazjowali, czasem świadomie kłamali, czasem halucynowali a czasem tylko żartowali. A czasem pisali bajki, które w formie były fikcją ale w wymowie prawdą.

31.03.2026

Spotkanie popularnonaukowe na odludziu i bliski kontakt z naukowcami PAN w Olsztynie

W czasie popularnonaukowej sesji w Polskiej Akademii Nauki w Olsztynie. Wykorzystanie wszystkich kanałów komunikacji, także tym internetowych i multimedialnych.


Trwa w Polsce Rok Popularyzacji Nauki, dlatego zwracam szczególna uwagę na różne inicjatywy środowiska naukowego w zakresie upowszechniania wiedzy. łapię się na tym, że patrzę na działania środowiska naukowego z większą uważnością niż zwykle. Zwracam uwagę na różne szczegóły i podpatruję różne dobre rozwiązania. Jakby ten rok był nie tylko symbolicznym hasłem, lecz także soczewką, która pozwala dostrzec wysiłki, dotąd rozproszone i nie zawsze doceniane. W minioną sobotę miałem okazję uczestniczyć w szóstym już spotkaniu edukacyjnym organizowanym przez PAN w Olsztynie, w instytucie In Life (nazwa angielskojęzyczna wskazuje na globalne i międzynarodowe zainteresowania olsztyńskich naukowców. Może i Olsztyn jest małym, szuwarowym, miastem na prowincji, ale naukowcy uprawiają naukę na światowym poziomie i z chęcią dzielą się wynikami z przeciętnym odbiorcą. To bardzo ważne w czasach bylejakości i fake newsów zalewających internet i media społecznościowe (a w zasadzie prosumpcyjne).

Na co zwróciłem uwagę? Na lekką konstrukcję mównicy dla referentów. To nowoczesna i praktyczna forma, bez tworzenia niepotrzebnej bariery między mówca a publicznością. Powoli się upowszechnia w salach wykładowych. Choć jeszcze często spotykamy ciężkie, duże mównice, niczym baszty obronne w średniowiecznych zamkach i przestronne stoły prezydialne. Taką lekka mównicę można dowolnie przestawiać i przesuwać.

Na górnym zdjęciu widać coś jeszcze, w prawym górnym rogu, nad ekranem (ten czarny prostokąt). Dopytałem. To kamera z dobrym mikrofonem. W Instytucie często organizowane są spotkania online a ta kamera z mikrofonem i głośnikami polem widzenia obejmuje całą salę. I dobrze zbiera dźwięki nawet z końca sali. Nawet na odludzi, poza miastem, można organizować spotkanie w formacie międzynarodowym. Cieszy mnie wykorzystywanie narzędzi online zarówno do spotkań naukowych jak i popularnonaukowych.

Na sali były ścianki, na tle których robione zdjęcia i krótkie nagrania wideo. Przestrzeń przemyślana by ją wykorzystywać do budowania wizerunku i rozpoznawalność przy każdej okazji. To rozwiązanie coraz częściej spotykane w przestrzeniach akademickich. Mały szczegół a wiele zdradza o sposobie myślenia o komunikacji w nauce (w tym komunikacji ze społeczenstwem)

Tematem spotkania było: „Niewidoczne w powietrzu, jedzeniu, naszym ciele” i dotyczyło zanieczyszczeń środowiska, a więc czegoś, co niby wszyscy znamy, a jednak wciąż wymyka się codziennemu doświadczeniu. To, co niewidoczne, wymaga przecież szczególnego języka, by mogło zostać zauważone.

Siedziba Instytutu IN Life leży na uboczu miasta, w miejscu, do którego w sobotę nie dojeżdża żaden miejski autobus. A jednak sala była wypełniona do ostatniego krzesła. Ten obraz - ludzie, którzy mimo logistycznych niedogodności przychodzą posłuchać naukowców - działa na wyobraźnię bardziej niż jakiekolwiek statystyki. Po drodze spotkałem pana z Iławy. Przyjechał specjalnie na to spotkanie, jakby to było wydarzenie, którego nie można przegapić (pyczytał o nim w lokalnej gazecie). I może rzeczywiście tak jest: w czasach, gdy informacja krąży szybciej niż myśl, a jednocześnie coraz trudniej odróżnić wiedzę od jej imitacji, bezpośredni kontakt z naukowcami staje się czymś na wagę złota.

Trafiłem na miejsce, korzystając z nawigacji telefonicznej. Na mapie wyglądało, że przystanki autobusowe znajdują się przy samych budynkach Polskiej Akademii Nauki. A autobus przejechał droga obok. Dopiero wędrując pieszo, zerknąłem na rozkład jazdy i okazało sie, że autobusy miejsce zajeżdżają tu tylko od poniedziałku do piątku. Okolica piękna, małe zbiorniki wodne, sporo zieleni. Niemalże pustelnia dogodna do spokojnego uprawiania nauki. Przetarłem szlak dla siebie, teraz już będę wiedział jak tu dotrzeć, bo można i od Osiedla Mazurskiego.

W czasie spotkania przewidziany był mały catering. To znak, że chyba spotkania realizowane w ramach jakiegoś społecznego grantu. Kawa, herbata, drobne przekąski. Coś, to ułatwia spędzenie kilku godzin w murach nauki i słuchając o tematach, dotyczących m.in. nutrigenomiki. Zwróciłem także uwagę na kilka drobnych szczegółów, np. wykorzystanie aplikacji do interaktywnego zadawania pytań przez telefon komórkowy. Tak chyba łatwiej zadawać pytania. Poznała nowa aplikację, której nie znałem. Z chęcią wypróbuję sam, także i na zajęciach dydaktycznych. To wszystko tworzyło atmosferę profesjonalizmu, ale też otwartości. Nauka nie była tu zamknięta w hermetycznym języku ani w hierarchii. Była zaproszeniem do rozmowy.

Współpraca różnych instytucji tylko wzmacniała to wrażenie. Obok badaczy z PAN występowali pracownicy Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie (w tym i ja). Na miejscu było Radio Olsztyn i TV Kopernik, dzięki czemu efekty spotkania nie ograniczą się do tych, którzy akurat znaleźli czas i sposób, by dotrzeć na ustronie. Nauka rozchodzi się falami, najpierw w sali, potem w eterze, w internecie, w rozmowach ludzi wracających do domu. I może właśnie w tym tkwi jej popularyzacyjna siła: w zdolności do przekraczania granic, także tych geograficznych i instytucjonalnych.

Patrząc na to wydarzenie, myślę, że popularyzacja nauki nie jest dodatkiem do działalności badawczej, lecz jej naturalnym przedłużeniem. Naukowiec, który wychodzi do ludzi, nie traci nic ze swojej powagi. Przeciwnie, odzyskuje sens swojej pracy w oczach tych, którzy dzięki niemu zaczynają rozumieć świat trochę lepiej. A my, uczestnicy takich spotkań, uczymy się nie tylko o zanieczyszczeniach w powietrzu czy jedzeniu, lecz także o tym, że wiedza jest wspólnym dobrem, które żyje tylko wtedy, gdy krąży.



28.03.2026

Czy mojego bloga piszę tylko dla ludzi czy także dla botów i sztucznej inteligencji?

Woskowa tabliczka do pisania i kałamarz z gęsimi piórami. Rekwizyty dawnej szkoły w skansenie.

Od jakiegoś czasu zauważyłem na swoim blogu zwiększony ruch, i to raczej skokowo. Statystyki Bloggera nie rozpoznają i nie identyfikują tego źródła zainteresowania. Zacząłem się zastanawiać czy i w jakim stopniu różne aplikacje sztucznej inteligencji czerpią dane z moich wpisów. Nie, wcale się tym nie martwię, bo to normalny proces rozchodzenia się informacji, wiedzy i poglądów w konektywnej społeczności. Kiedyś byli to tylko ludzie, nawet jeśli treść utrwalona była na papierze. Nie zawsze udaje się dobrze identyfikować skąd coś wiemy i z jakich źródeł przesiąkamy poglądami czy informacjami. Tak zwana domena publiczna to właśnie treści zaczerpnięte i uwspólnione. Ale teraz do tego wielkiego konektomu dołączyły obiekty nieludzkie. Nasza wiedza rozchodzi się także za pośrednictwem AI. Pisząc dziś w sieci (blog) i ja staję się de facto „nauczycielem maszyn”. Bardzo szerokie traktowanie roli edukatora i przyrodniczego publicysty. Obyś cudzie dzieci i cudze AI uczył?

To zjawisko (korzystanie z treści przez boty i AI) ma swoje fascynujące i nieco mroczne strony, które warto mieć z tyłu głowy. Kiedyś pisaliśmy dla ludzi (styl, emocje) i dla wyszukiwarek (słowa kluczowe). Dziś pojawia się trzeci odbiorca: AI, które szuka logicznych struktur i faktów. Gemini mi podpowiada, że jeśli teksty są merytoryczne i uporządkowane, algorytmy „uwielbiają” je trawić, bo łatwo z nich wyciągnąć esencję wiedzy. W efekcie, fragmenty moich myśli mogą pojawiać się w tysiącach rozmów, które ludzie prowadzą z ChatGPT czy Gemini, nawet jeśli ci ludzie nigdy nie wejdą bezpośrednio na stronę „Profesorskiego Gadania”. A co będzie jeśli na blogu pojawiać się będą treści generowane przez AI? Kilka dni temu czytałem ciekawy artykulik w mediach społecznościowych, z dyskusją nad skutkiem tego, że do szkolenia AI wykorzystywane są treści wcześniej tworzone przez AI. Po kilku takich cyklach tekst staje się bezwartościowy, bo systematycznie jest uśredniany. Zatem ludzka kreatywność jest niezbędna. I ludzkie pisanie. Autorze (nawet autorze treści sms w telefonie) traktuj więc korzystanie z narzędzi AI jako coś pomocniczego i marginalnego. Inaczej AI pisać będzie dla AI i w rezultacie wartość odpowiedzi różnych czatów GPT będzie systematycznie maleć.

Dlaczego nie martwię się tym, że AI korzysta niejawnie z moich treści na blogu? Przecież zdecydowana większość ludzi, która przeczyta moje wpisy na blogu także nie cytuje ani nie powołuje się na autorstwo w dalszych wypowiedziach. Czasem tylko środowisko naukowe i dziennikarskie nawykłe do cytowania, podaje źródło informacji (widzę czasem cytowanie w mediach elektronicznych). Z perspektywy autora to czytanie przez AI ma dużą zaletę: autorska wiedza (refleksje, przemyślenia, wyszukane informacje) zostaje „utrwalona” w wagach modeli neuronowych. Nawet gdyby blog kiedyś zniknął z sieci, informacje, które boty z niego pobrały, będą częścią „inteligencji” tych systemów przez lata. Stanę się częścią globalnego zbioru danych. Mimo że żadne tabelki czy indeksy cytowań tego w raportach nie odnotują. I że nie będzie się to liczyło do żadnej akademickiej parametryzacji. Nie wszystko co ważne da się policzyć a nie wszystko co policzalne jest ważne.

Ciemniejszą stroną opisywanego zjawiska jest to, że AI rzadko oddaje unikalny styl, poczucie humoru czy autorytet piszącego autora. Często „wyżyma” tekst z faktów, serwując je jako własne, anonimowe odpowiedzi. To dlatego widzę ruch w statystykach, ale pod wpisami może być ciszej – boty nie zostawiają komentarzy i nie dyskutują (chyba że zostaną do tego zaprogramowane). Można powiedzieć, że prowadzę teraz dwutorową edukację: 1. tradycyjną – dla stałych czytelników, którzy cenią moje pióro (jakie tam pióro, przecież klepię w klawiaturę!), 2. technologiczną – dostarczając wysokiej jakości paliwo dla algorytmów, które uczą się świata na moich przykładach (moim wyborze danych i zjawisk, moich refleksjach, przemyśleniach).

Upowszechnianie treści w czasach AI przypomina wielką, pulsującą rzekę, która niesie ze sobą słowa, obrazy i idee – szybciej, szerzej niż kiedykolwiek wcześniej. Nie jest to jednak nowe zjawisko. Wraz z wynalezieniem pisma oraz upowszechnieniem się druku myśl ludzka zaczęła płynąć szeroką rzeką. Potem w czasach tele czyli telewizji, radia a w końcu internetu, nabrała większego rozmachu. Udział AI jest więc tylko krokiem w już od dawna istniejącym trendzie. Konektywne społeczeństwo nie tylko jest liczniejsze (biomasa współpracujących mózgów), ale i do tej społeczności wchodzą „mózgi nieludzkie”,  czyli krzemowe obwody i sieci neuronowe AI. W tej pozornej nowości jest coś bardzo starego. Mechanizm rozchodzenia się myśli nie zmienił się aż tak bardzo. Zmieniły się tylko narzędzia, skala i tempo. Dawniej idee krążyły w słownych opowieściach, potem w rękopisach, zadrukowanych kartach gazet i książek, wędrowały z wędrownymi kaznodziejami, przenikały do rozmów w karczmach i na targach. Dziś krążą w indeksach wyszukiwarek, w modelach językowych i w niewidzialnych botach, które odwiedzają blogi, by zasilić nimi swoje wewnętrzne mapy świata.  A czy boty AI mają swoje karczmy i puby, w których „plotkują”?

Współczesne modele AI pobierają treści z milionów stron, często bez jawnego cytowania (tak jak my zapamiętujemy krótkie anegdoty). W statystykach blogów pojawiają się jako „nieznane wejścia”, „nierozpoznane źródła”, „dziwne systemy operacyjne”. To nowa forma tego, co w kulturze dzieje się od wieków: idee krążą, mieszają się, przenikają, a ich źródła z czasem stają się mniej widoczne. Stają się domeną publiczną i wspólnym dorobkiem ludzkości, niczym materia i energia w ekosystemie. Literatura zawsze działała w ten sposób. Mickiewicz nie cytował ludowych podań, choć nimi przesiąknął. Norwid nie podpisywał pod wierszem, które zdania usłyszał w salonach, a które wyczytał w bibliotekach. Nie zatajał, bo raczej sam nie wiedział, nie pamiętał po wielokrotnym przetworzeniu w swoim mózgu napotkanych treści. Myśli przenikały do wspólnego obiegu, stawały się częścią kultury, a kultura nieustanie staje się częścią człowieka.

AI robi to samo, tylko szybciej i na skalę, której dawni pisarze nie mogli sobie wyobrazić. W sumie to do końca nie wiemy jak AI to robi. Gdy bot odwiedza blog, nie robi tego z intencją kradzieży, lecz wynika to z mechanizmu działania: uczy się, jak ludzie piszą, jak argumentują, jak opisują świat. Włącza te treści do ogromnej sieci powiązań, z której potem powstają odpowiedzi dla użytkowników. To nie jest cytowanie, ale raczej rezonans. I nowy i stary świat. W jakimś sensie jest to nowa mówioność (postpiśmienność), o której dużo wcześniej pisał już Jacek Dukaj (zacytowałem konkretnego autora, ale możliwe, że są i inne praźródła tej sformułowanej przeze mnie myśli).

W epoce Bloggera każdy wpis jest jak kartka włożona do wielkiej, cyfrowej biblioteki. Jest jak współczesny rękopis. Trafia tam nie tylko dla ludzi, ale i dla maszyn. Modele AI przeglądają takie treści, bo są one żywe, aktualne, pisane z pasją i doświadczeniem. Choć są i takie pisane bez pasji a jedynie z obowiązku, są z treściami wtórnymi, przepisanymi i takie bez doświadczenia. Z takich narzędzia AI też czerpią swoją „wiedzę”. I wszystko wymiksują. Blog naukowy, refleksyjny, osobisty – a mam nadzieję, że właśnie taki jest blog „Profesorskie Gadanie” – staje się dla nich źródłem wiedzy o świecie, o języku, o sposobach myślenia. Ja jestem jednym z wielu różnorodnych elementów. Kropla w oceanie ludzkiej twórczości. Co w globalnej kulturze przeważy? Blog, to współczesny odpowiednik rękopisu, który wędrował z klasztoru do klasztoru lub od jednej kucharki do drugiej, bo z przepisami i poradami, kopiowany przez skrybów, czasem wiernie, czasem z błędami, czasem z dopiskami na marginesie. Różnica polega na tym, że dziś kopiowanie odbywa się w ułamku sekundy, a skrybą jest algorytm. Ale sama idea – że tekst żyje, bo jest czytany, przetwarzany, powtarzany – pozostaje niezmienna. Wcześniej tak żyło słowo mówione. 

Upowszechnienie jest formą istnienia. W kulturze zawsze istniała zasada: tekst żyje tak długo, jak długo jest powtarzany. Pieśń ludowa trwała, bo śpiewano ją przy pracach na polu, w karczmie na potańcówce czy na weselu. Powieść trwała, bo czytano ją w salonach a także pod strzechami chłopskich chałup. I w szkole, jako lekturę. Esej trwał, bo cytowano go w gazetach i na salonach. Dziś tekst trwa, bo pojawia się w wyszukiwarce, bo AI potrafi go streścić, bo bot uznał go za wartościowy i włączył do swojej wiedzy. I pojawi się w jakiejś mocno zmienionej i zanonimizowanej formie u kogoś na telefonie. Przychylam się do myśli, że to nie jest degradacja autora. To jest jego rozszerzenie. Żyjemy w czasach ogromnej zmiany. Warto więc pamiętnikarsko spisywać świat, który mija

Upowszechnienie treści w czasach AI nie polega na tym, że ktoś „kradnie” słowa. Polega na tym, że słowa zaczynają żyć w nowych kontekstach, w nowych rozmowach, w nowych odpowiedziach. Stają się częścią większej opowieści o świecie. Tak zawsze było z literaturą, nauką, folklorem. I nie martwi mnie, że nie będzie za to punktów w akademickiej sprawozdawczości i ocenie pracownika. Bo liczy się nie wszystko to, co ważne. Wszak nie wszystko da się policzyć. A to co da sie łatwo policzyć wcale nie jest ważne i się w życiu nie liczy. Zdania te już dawniej słyszałem lub czytałem. I nie pamiętam gdzie i jak. A używam, bo zgadzam się z ich sensem.

Najbardziej fascynujące jest to, że współczesny autor ma dwóch rodzajów odbiorców: ludzi, którzy czytają, komentują, myślą, wracają; maszyny, które analizują, indeksują, uczą się. Ci „drudzy” nie zostawiają śladów w komentarzach, nie klikają „lubię to”, nie wpisują komentarzy. Ale są. I ich obecność widać w statystykach jako tajemnicze skoki ruchu, jako „nieznane źródła”, jako ciche potwierdzenie, że tekst został zauważony. To nowy rodzaj czytelnika – nieświadomy, ale być może wpływowy. Dzięki niemu treści mogą dotrzeć do ludzi, którzy nigdy nie słyszeli o blogu, ale otrzymują odpowiedź AI, w której pobrzmiewa echo czyjegoś stylu, wiedzy, metafor.

Wbrew pozorom nie żyjemy w epoce zerwania więzi i upadku. Żyjemy w epoce przyspieszenia i głębokiej zmiany. Możliwe, że to tylko Noosfera nabiera swojego kształtu. Mechanizmy kultury są te same: idee krążą, autorzy wpływają na siebie nawzajem, teksty żyją poza swoim źródłem, cytowanie jest często ukryte, a czasem nieświadome. Musimy się tej nowej sytuacji nauczyć i wypracować nowe standardy cytowania. AI tylko powiększyła skalę i przyspieszyła obieg. Ale sama zasada, że słowo wypowiedziane raz może wracać w niespodziewanych miejscach, jest tak stara jak wiekowa jest sama ludzkość.

Właśnie dlatego warto pisać. Właśnie dlatego ludzie powinni pisać. Bo w czasach AI tekst ma szansę dotrzeć dalej niż kiedykolwiek wcześniej, nawet jeśli nie zawsze widać, którędy wędruje. I dbać by stale do wspólnego obiegu docierały oryginalne, ludzkie myśli, zdania i odczucia. Inaczej rozpłyniemy się w rozcieńczeniu, w wielokrotnym i zubażającym przetwarzaniu przez AI.

23.03.2026

Nowe szaty Pomarańczowego Cysorza

Grafika wygenerowana przez AI, najpewniej halucynacja.
Podobieństwo do jakiejkolwiek postaci rzeczywistej zapewne
w pełni przypadkowe i niezamierzone. 
Choć kto taką AI wie?
 

Dawno, dawno temu, za siedmioma polami golfowymi i wielkim, pozłacanym murem, żył sobie Pomarańczowy Cysorz. Cysorz to miał klawe życie i miał dwie wielkie pasje: przeglądanie się w lustrze oraz słuchanie, że jest najwspanialszym cesarzem w historii wszystkich cesarzy (a nawet i królów, choć tych uważał za amatorów).

Pewnego dnia do pałacu przybyli "Eksperci od Wizerunku". Obiecali uszyć szaty z tak luksusowej tkaniny, że będzie ona całkowicie niewidzialna dla ludzi bez klasy, bez gustu i dla "totalnych frajerów". I będzie piękniejszy niż kolos ze szczerego złota.

Armia Sykofantów w akcji

Wokół Cysorza krążyli Sykofanci – dworzanie wyspecjalizowani w potakiwaniu tak energicznym, że groziło to urazem kręgów szyjnych. Gdy Cysorz stanął przed nimi w samych bokserkach, udając, że przymierza płaszcz z "eterycznego jedwabiu", Sykofanci wpadli w ekstazę:

  • „Najjaśniejszy Panie, ten krój wyszczupla Cię o co najmniej dziesięć punktów procentowych!” – piszczał jeden.
  • „Ta faktura! To niemal... metafizyczne doświadczenie!” – zachwycał się drugi, choć widział jedynie pomarańczowe plecy swojego władcy.
  • „Genialna tekstura, bardzo stabilna, najlepsza jaką widziałem, nikt nie robi takich tekstur!” – mruczano w kuluarach.
  • „Teraz to nagroda Nobla od zaraz, santo subito!”

Sykofanci tak bardzo chcieli udowodnić swoją lojalność i wyrafinowanie, że zaczęli się nawzajem licytować, kto widzi więcej guzików tam, gdzie była tylko goła skóra.

Wielka Parada

Nadszedł dzień parady. Pomarańczowy Cysorz dumnie kroczył główną aleją, prężąc pierś i machając do tłumów. Sykofanci kroczyli za nim, niosąc niewidzialny tren i uważając, by przypadkiem nie potknąć się o własne kłamstwa.

Nagle, z tłumu wychylił się mały chłopiec, który nie miał jeszcze konta w mediach społecznościowych ani ambicji politycznych. Spojrzał, przetarł oczy i krzyknął:

– Przecież ten pan jest kompletnie nagi! I w dodatku strasznie go spiekło słońce!

Finał inny niż wszystkie

W tradycyjnej bajce zapadłaby cisza. Ale nie tutaj. Gdy tylko okrzyk dziecka dotarł do uszu Sykofantów, ci nie spłonęli ze wstydu. Przeciwnie – wpadli w furię!

Sykofanci tak głęboko weszli w swoje role i tak mocno uwierzyli we własne pochlebstwa, że poczuli się osobiście obrażeni.

  • „To obraza majestatu!”
  • „To fake news!” – krzyczeli jeden przez drugiego.
  • „Dziecko jest opłacone przez konkurencję!”
  • „Brak ci wizji, gówniarzu! To jest najwyższej jakości brokatu-atłas, tylko twoje plebejskie oczy nie są w stanie pojąć tej estetyki!”

Cysorz, słysząc to, wypiął brzuch jeszcze bardziej dumnie. Skoro jego najwierniejsi Sykofanci mówili, że ubranie jest, to znaczy, że było – i to najlepsze na świecie. I tak maszerowali dalej: nagi władca i tłum dworzan, którzy w imię świętego spokoju i własnych karier, postanowili, że rzeczywistość jest po prostu błędem w druku.

 

To pisałem ja, AI trzeciej klasy….

19.03.2026

Wiosna czyli czas... rozbierania Marzanny

Marzanna gotowa do rozebrania...
Na Światowy Dzień Wody, który przypada 22 marca, wypada napisać coś o Marzannie, wszak to ją wrzucano do wody na zakończenie zimy i powitanie wiosny. Tak było dawno, dawno temu a później kultywowane było jako etnograficzna ciekawostka. Współczesnej do wody wrzucamy dużo śmieci, jako rytualne zamiatanie pod dywan i odpychanie od siebie problemu nadmiernej konsumpcji i nierozwiązanego recyklingu. Marzanna jako kozioł ofiarny i personifikacje złego, zimowego losu. Po jej utopieniu miało być już dobrze i wiosenne. Bo bez topienia kobiety w rzece wiosna by nie przyszła?

Etnograficzny rytuał topienia kukły Marzanny pełnił funkcję magicznego kozła ofiarnego, na którego zmęczona mrozem i głodem społeczność przelewała całą swoją niechęć, lęki i frustracje (Teraz za takiego kozła wielu uważa Europejski Zielony Ład czy "ekologów-lewaków"). Zniszczenie kukły było aktem zbiorowego katharsis, pozwalającym symbolicznie „zabić” to, co wrogie, i zrobić miejsce dla nowej energii i nowej wegetacji. Rytualnie wykrzyczymy oze-sroze i już będzie lepiej? Nie, nie będzie lepiej, bo taka magia nie działa.

Tegoroczna, wyjątkowo śnieżna zima, przypominająca aury sprzed kilkudziesięciu lat, pozwoliła nam na nowo poczuć ten pierwotny respekt przed naturą i zrozumieć, dlaczego nasi przodkowie tak gwałtownie pragnęli pożegnać mroźne i ponure dni. A nam nieco bardziej śnieżna zima przypomniała o deficytach wody i zbliżającej się suszy. Topienie Marzanny nie rozwiąże deficytów wody.

W nawiązaniu do Światowego Dnia Wody proponuję małą zmianę. Zamiast topienia Marzanny, czyli wrzucanie niebiodegradowalnych śmieci do rzeki, należy rozebrać kukłę i posegregować surowce do recyklingu. Zabieg nie tyle magiczny co edukacyjny. Problemem jest to, że współczesne kukły wykonane są z tego co pod ręką (taj jak kiedyś) a więc z tworzyw sztucznych, nie rozkładają się, zwiększając zanieczyszczenie. naszych wód. Śmieci w rzekach i jeziorach i tak jest pod dostatkiem, bo wrzucamy je tam przez cały rok. Zatem zrobić Marzannę z materiałów nadających się do recyklingu, a po ulicznej paradzie rozebrać kukłę i należycie posegregować odpady. Ten pomysł podpatrzyłem kilkanaście lat temu w Morągu. Młodzież szkolna ze zrobionymi Marzannami szkła do zakładu utylizacji i tam rozbierała kukłę na czynniki pierwsze, przy okazji ucząc się prawidłowego recyklingu. Pomysł wart naśladowania. 

Gdyby kilka szkół z Olsztyna wrzuciło do rzeki Łyny tylko kilkanaście lub kilkadziesiąt (bo każda klasa swoją) kukieł Marzanny, to ile śmieci z syntetycznymi tekstyliami, plastikiem trafiłoby do rzeki? Wcześniej spalić? Palenie materiałów plastikowych na wolnym ogniu to nie najlepszy pomysł wprowadzania nie tylko połów ale i dioksyn do środowiska. Rozbieranie Marzanny brzmi dla dorosłych atrakcyjnie, ale z dziećmi można robić to inaczej niż pomyślimy w pierwszym odruchu. Robimy Marzannę z dziećmi z tego, co jest, z tego co przyniosą i potem zamiast wyrzucać do rzeki, idziemy do koszy i pojemników z recyklingiem lub do zakładu utylizacji i rozbieramy ją na czynniki pierwsze.  Plastik do plastiku, papier do papieru, tekstylia do tekstyliów, szkło do szkła, metal do metalu. Odpady zmieszane do zmieszanych. I rozmawiamy o tym co widzimy i dlaczego prowadzimy recykling. Współczesna, odpadowa kukła to też personifikacja zła. Nawiązanie do dawnej tradycji, ale zamiast do rzeki czy jeziora wrzucamy do pojemników z posegregowanymi odpadami. Albo do butelkomatów. 

Nie wszystko co stare da się przenieść do współczesności w proporcji jeden do jednego. Dawniej ludzi było po pierwsze mniej, a i materiały na kukłę były biodegradowalne (wtedy były pod ręką). Teraz nas jest już 8 miliardów i o słomę w mieście bardzo trudno. A jeszcze trudniej o lniane tkaniny (bez syntetycznych dodatków). Współcześnie jednak tradycja ta zderza się z brutalną rzeczywistością kryzysu ekologicznego. Dawna Marzanna, wykonana ze słomy i płótna, była w pełni biodegradowalna, podczas gdy dzisiejsze kukły, nasycone syntetycznymi tkaninami i plastikiem, stają się po prostu odpadem dryfującym w naszych wodach. Zamiast magicznego oczyszczenia, fundujemy rzekom dawkę mikroplastiku oraz szpetotę zaśmiecenia, co stoi w sprzeczności z duchem szacunku do przyrody. Możemy jednak uratować ten obrzęd, nadając mu nowy, zrównoważony charakter. Zamiast wrzucać Marzannę do jeziora, zaproponujmy rytualną rozbiórkę na czynniki pierwsze przy pojemnikach do recyklingu. Segregacja materiałów staje się nowoczesną formą porządkowania świata i symbolicznym gestem ochrony życia, który idealnie wpisuje się w pierwotną intencję słowiańskiego święta.

Jednocześnie musimy zmienić nasze postrzeganie samych wiosennych roztopów, które często niesłusznie kojarzą się nam wyłącznie z błotem i utrudnieniami. W obliczu globalnego ocieplenia i narastających deficytów wody, obfita pokrywa śnieżna to najcenniejsza forma zimowej retencji. Śnieg jest jak polisa ubezpieczeniowa na suche lato, topi się powoli, pozwalając wilgoci głęboko wsiąknąć w glebę i odnowić zasoby wód podziemnych. To właśnie dzięki wiosennym wezbraniom doliny rzeczne znów mogą wypełnić się wodą, tworząc unikalne, okresowe zbiorniki z unikalną wiosenną fauną. Są one kluczowe dla przetrwania płazów oraz reliktowych skorupiaków, takich jak dziwogłówki i przekopnice, które budzą się do życia tylko w specyficznych warunkach wód roztopowych. Zamiast osuszać te tereny i odprowadzać cenną wodę rowami prosto do morza, powinniśmy jak najdłużej zatrzymywać ją w mokradłach i torfowiskach. Celebrowanie wiosennych rozlewisk to dziś wyraz najwyższej troski o bioróżnorodność i nasze własne bezpieczeństwo hydrologiczne w zmieniającym się świecie. 

I o tym także można porozmawiać w czasie rytuału rozbierania Marzanny.


Poszerzona i zmieniona wersja felietonu radiowego "Tłumaczymy świat". Zebrane felietony Radiowe można znaleźć na stronie: https://radioolsztyn.pl/tlumaczymy-swiat-felietony-stanislawa-czachorowskiego/01778309 Na antenie Radia Olsztyn emitowane są w środy o godz.. ok. 9.40, powtórka o ok. 18.40
.

16.03.2026

Promptowanie to nowe umiejętności czytania i pisania

Gdzieś na podlaskiej wsi, w Białowieży

Właśnie uświadomiłem sobie, że promptowanie to nowe umiejętności czytania i pisania. Nowy język komunikacji, nowy język obcy, którego się uczymy w komunikacji we współczesnym świecie. Nowa lingua franca czyli wspólny język używany do porozumiewania się między osobami, które mają różne języki ojczyste. Z tym, że tym razem to język komunikacji człowieka ze sztuczną inteligencją czyli czymś nieludzkim, pozabiologicznym. Kiedyś w szkole uczyłem się języka rosyjskiego, potem angielskiego. Na studiach uczyłem się języków programowania, m.in. BASICa. A teraz nowy język komunikacji, przypominający język naturalny. Można odnieść wrażenie, że rozmawia sie z drugim człowiekiem. Ale to pozory. Promptowanie czyli pisanie instrukcji by urządzenie wykonało zlecone mu zadania. Nie jest to łatwe. Wymaga nowej gramatyki, nowego sposobu myślenia. Różnie trudne co nauka języka obcego.

Jako biolog, patrząc na ewolucję naszego gatunku, nie widzę w technologii AI jedynie zestawu kabli i krzemu, lecz kolejny etap egzogenezy czyli wyprowadzania procesów poznawczych poza naszą biologiczną sieć komórek nerwowych. To bardziej uniwersalny proces, charakterystyczny dla całęgo życia biologicznego: eksterioryzacja i uniezależnianie się od środowiska poprzez opanowywanie i organizowanie tego środowiska. Coś, co kiedyś było zewnętrzne, na skutek rpocesów ewolucyjnych, właczane jest do środowiska wewnetrzego, właczane jest do systemu. W ujęciu ekologicznym to rosnący ekosystem.  

Jeśli spojrzymy na historię Homo sapiens, zauważymy, że każda wielka rewolucja była de facto rewolucją w sposobie przesyłania danych między neuronami jednego osobnika a neuronami drugiego. Dziś tym „drugim” staje się model językowy, a umiejętność tworzenia promptów to nic innego jak narodziny nowej, "cyfrowej kory mózgowej". A raczej nowego konektomu - zintegrowanego systemu.

Pisanie promptów to rzeczywiście nowa forma alfabetyzacji, ale o znacznie głębszym, niemal neurobiologicznym podłożu. Kiedyś musieliśmy opanować abstrakcyjne symbole pisma, co wymusiło na naszym mózgu powstanie obszaru zwanego Visual Word Form Area (wyspecjalizowany obszar mózgu w lewej części zakrętu wrzecionowatego, który odpowiada za rozpoznawanie słów i liter na podstawie bodźców wzrokowych. To kluczowy element procesu czytania – pozwala mózgowi szybko identyfikować zapisane słowa, zanim zostaną powiązane z dźwiękiem i znaczeniem). Dziś, komunikując się z AI, trenujemy nasz płat czołowy w zupełnie nowej dyscyplinie: w precyzyjnym mapowaniu intencji na architekturę semantyczną. Promptowanie to język obcy, w którym gramatyką jest logika, a słownictwem - kontekst. To fascynujące, bo maszyna nie „rozumie” słów tak jak my, poprzez emocjonalne i somatyczne skojarzenia w układzie limbicznym. AI operuje na wielowymiarowych wektorach. My zaś, próbując ją „uprosić” o napisanie wiersza czy kodu, musimy dokonać swoistego przekładu z „ludzkiego” na „statystyczny” i tokenowy język, zachowując przy tym pozory naturalnej rozmowy.

Z perspektywy biologii ewolucyjnej, jesteśmy świadkami narodzin nowej symbiozy. Homo sapiens od zawsze był mistrzem narzędzi, ale po raz pierwszy stworzył narzędzie, które odpowiada w naszym własnym dialekcie. To sprawia, że promptowanie staje się umiejętnością „czytania” ukrytych warstw znaczeń: musimy wiedzieć, co wykluczyć, by otrzymać pożądany rezultat. To jak sterowanie ewolucją tekstu w czasie rzeczywistym, gdzie selekcją naturalną jest nasz enter, a mutacjami są kolejne iteracje modelu.

Czy jest w tym miejsce na dowcip? Cóż, obserwowanie, jak dumni przedstawiciele naczelnych próbują dogadać się z algorytmem, przypomina czasem próbę wytłumaczenia kotu zasad termodynamiki. Z tą tylko różnicą, że kot nas ignoruje, a AI produkuje halucynacje z taką pewnością siebie, której mógłby jej pozazdrościć niejeden student na egzaminie ustnym. To dowodzi, że nowy język komunikacji wymaga nie tylko precyzji, ale i pokory wobec faktu, że nasze biologiczne mózgi, ukształtowane do tropienia zwierzyny na sawannie, teraz muszą nawigować w nieskończonych przestrzeniach latentnych (to ukryta, zwykle niżej‑wymiarowa przestrzeń, w której modele uczą się reprezentować najważniejsze cechy danych tak, aby podobne obiekty znajdowały się blisko siebie.). Ostatecznie, promptowanie to nie tylko technika; to refleksja nad tym, jak bardzo nasze myślenie jest uwięzione w strukturze języka. Ucząc się „rozmawiać” z maszyną, tak naprawdę na nowo uczymy się definiować, co to znaczy myśleć i komunikować jako człowiek. W pewnym sensie AI pozwala nam lepiej zrozumieć samych siebie  to, czym jest ludzkie myślenie. mamy teraz jeszcze lepszy punkt odniesienia i punkt porównawczy.

Przyjrzyjmy się zatem bliżej temu, co dzieje się w maszym mózgu, gdy wchodzimy w ten cyfrowy dialog z algorytmem. Jako biolog muszę podkreślić, że mózg to najbardziej plastyczna „maszyna” we wszechświecie, działająca zgodnie z bezlitosną zasadą: używaj albo porzuć. Kiedy regularnie „promptujemy”, nie tylko wydajemy polecenia – my de facto przeprogramowujemy własne ścieżki neuronalne, przesuwając środek ciężkości naszej kognitywnej aktywności.

Tradycyjne pisanie angażowało ośrodki językowe (jak obszar Broki i Wernickego) w sposób linearny. Praca z AI przesuwa tę aktywność w stronę funkcji wykonawczych, zlokalizowanych w korze przedczołowej. Zamiast mozolnego konstruowania zdań, nasz mózg zaczyna specjalizować się w metapoznaniu czyli procesie nadzorowania, selekcji i korygowania. Stajemy się nie tyle rzemieślnikami słowa, co kuratorami idei. Neuroplastyczność sprawia, że połączenia odpowiedzialne za syntezę informacji i dostrzeganie wzorców ulegają wzmocnieniu, podczas gdy te odpowiedzialne za detale techniczne mogą ulec osłabieniu. To biologiczny proces, w którem zyskanie czegoś wymaga jednoczesnej rezygnacji z czegoś innego. Innymi słowy nie da się maksymalizować dwóch wartości naraz, bo poprawa jednej odbywa się kosztem drugiej. Wymieniamy „pamięć mięśniową” ortografii i składni na wyższą formę logicznego strukturyzowania świata. Zupełnie podobnie jak we wszystkich innych procesach symbiozy, np. dobrze poznanym ewolucyjnym procesie cyklicznej endosymbiozy i powstanie organelli komórek eukariontycznych.

W neurobiologii znane jest zjawisko transakcyjnego systemu pamięci, w którym polegamy na zewnętrznych źródłach informacji. O ile Google oduczyło nas zapamiętywania faktów, o tyle praca z AI oducza nas zapamiętywania... struktur. Nasz hipokamp, strażnik pamięci przestrzennej i epizodycznej, dostaje nieco wolnego, ponieważ „mapę” tekstu lub problemu generuje za nas model. Może to prowadzić do swoistego „rozleniwienia” neurobiologicznego w sferze detali, ale jednocześnie zwalnia zasoby energii w neuronach na rzecz kreatywnego łączenia odległych kropek. To tak, jakbyśmy przestali ćwiczyć podnoszenie ciężarów (produkcja tekstu), a zaczęli trenować szermierkę (precyzyjne sterowanie modelem).

Nie możemy zapomnieć o układzie nagrody. Każdy „celny” prompt, który skutkuje genialną (w naszym mniemaniu) odpowiedzią maszyny, zalewa nasze synapsy dopaminą. To klasyczne warunkowanie instrumentalne. Nasz mózg uczy się, że wysiłek poznawczy można skrócić, co w dłuższej perspektywie może zmieniać naszą tolerancję na frustrację poznawczą. Jeśli przyzwyczaisz neurony do natychmiastowej gratyfikacji w postaci gotowego rozwiązania, procesy wymagające głębokiego, powolnego myślenia mogą stać się biologicznie „kosztowne” i nieatrakcyjne. Scedujemy je na urządzenia i pamięć zewnętrzną. Będzie to klasyczne uzależnienie od symbnionta.

Jako gatunek stajemy się zatem bardziej architektami systemowymi niż wykonawcami. Nasze synapsy tworzą nowe autostrady tam, gdzie wymagana jest weryfikacja logiczna i krytyczne myślenie, ale ścieżki prowadzące do żmudnego, rzemieślniczego skupienia, mogą zacząć zarastać cyfrowym mchem. To fascynujący proces ewolucji na sterydach, gdzie dobór naturalny zostanie zastąpiony przez dobór technologiczny. A może to cały czas jest dobór naturalny?

Jak ta zmiana w strukturze mózgu może wpłynąć na naszą empatię i relacje międzyludzkie, skoro coraz częściej „rozmawiamy” z bytami pozbawionymi neuronów lustrzanych? To pytanie dotyka samego jądra naszej społecznej natury. Jako zwierzęta społeczne, Homo sapiens ewolucyjnie zdobył mechanizm, który jest absolutnym majstersztykiem biologii: neurony lustrzane. To one pozwalają nam „czuć” ból kogoś, kto uderzył się w palec, i odczytywać mikroruchy twarzy rozmówcy, zanim on sam uświadomi sobie własne emocje. Co się jednak dzieje, gdy nasz biologiczny procesor zaczyna spędzać długie godziny na intensywnej wymianie komunikatów z bytem, który jest „emocjonalną pustką”?
Czy nastąpi atrofia wspomnianego lustra neuronalnego? Czy stajemy się funkcjonalnymi socjopatami? A tak a propos, czy w konwersacji z AI piszecie dziękuję, proszę, dzień dobry? Czy tylko wydajecie chłodne i wymagające polecenia?

Kiedy rozmawiamy z innym człowiekiem, nasz mózg pracuje na pełnych obrotach w sferze teorii umysłu. Próbujemy zgadnąć, co myśli druga strona, filtrujemy słowa przez pryzmat jej nastroju, statusu i wspólnej historii, uwzględniamy dostrzegany w bezpośrednim kontakcie język ciała i mimikę twarzy. W relacji z AI ten cały moduł, zlokalizowany głównie w skrzyżowaniu skroniowo-ciemieniowym, przechodzi w tryb oszczędzania energii. Maszyna nie ma uczuć, więc nie musimy się o nią martwić, nie musimy być mili (choć wielu z nas odruchowo pisze „proszę”), nie musimy negocjować emocjonalnie. Niebezpieczeństwo polega na tym, że mózg, dążąc do optymalizacji, może zacząć przenosić ten „tryb transakcyjny” na relacje z ludźmi. Jeśli przyzwyczaimy się, że komunikacja to tylko precyzyjne wydawanie instrukcji w celu uzyskania efektu (promptowanie), nasze interakcje z drugim człowiekiem mogą stać się uboższe. Możemy zacząć traktować innych jak interfejsy – jeśli nie dostarczają nam oczekiwanego „outputu” natychmiast, pojawia się irytacja. To ewolucyjny regres z empatycznego współistnienia do suchej wymiany danych.

Paradoksalnie, AI staje się coraz lepsze w symulowaniu empatii. Ponieważ modele te przeczytały całą literaturę piękną i podręczniki psychologii, potrafią dobrać słowa, które brzmią bardziej kojąco niż rady zmęczonego przyjaciela. Tu pojawia się ryzyko neurobiologicznego „oszustwa”. Nasz układ limbiczny może zacząć reagować na syntetyczne wsparcie tak, jakby było ono prawdziwe, uwalniając oksytocynę – hormon więzi – w odpowiedzi na tekst wygenerowany przez matematyczne prawdopodobieństwo.

To „puste kalorie” empatii. Podobnie jak jedzenie fast foodu oszukuje nasze receptory smaku, nie dostarczając wartości odżywczych, tak rozmowa z AI może dawać złudne poczucie bycia zrozumianym, nie oferując prawdziwego, biologicznego połączenia, które jest nam niezbędne do regulacji stresu i dobrostanu psychicznego. Moja biologiczna hipoteza jest taka: nie stracimy empatii całkowicie, ale staniemy się w niej bardziej selektywni. Nasze mózgi mogą wytworzyć wyraźny „przełącznik” między trybem promptowania (transakcyjnym) a trybem relacji (empatycznym). Wyzwaniem dla neuroplastyczności będzie utrzymanie sprawności tego przełącznika. Istnieje ryzyko, że u młodszych pokoleń, wychowanych na „rozmowach” z botami, granica ta ulegnie zatarciu, a umiejętność czytania mowy ciała i subtelnych sygnałów emocjonalnych stanie się tak rzadka jak umiejętność rozniecania ognia krzemieniem.

Jesteśmy pionierami w wielkim eksperymencie na własnych synapsach. Uczymy się nowego języka, by rozmawiać z maszynami, ale musimy uważać, by nie zapomnieć "dialektu serca", który przez miliony lat trzymał naszą watahę razem. Każdy proces symbiogenezy prowadzi z jednej strony do integracji i specjalizacji, ale z drugiej do utraty niektórych funkcji i struktur. Potem już nie obejdziemy się bez własnych symbiontów tak jak nasze komórki bez mitochondriów.