22.05.2026

Inteligencja rozproszona i hologenom



Nie milkną słów oburzenia na Olgę Tokarczuk, że prowadzi rozmowy ze sztuczną inteligencją. Niezrozumiałe są dla mnie te oburzenia w czasach powszechnego i częstego korzystania z różnorodnych narzędzi sztucznej inteligencji. Jako społeczeństwo jeszcze nie znaleźliśmy sposobu korzystania z tego nieludzkiego członka naszej społeczności. Chciałbym do AI odnieść się w kontekście inteligencji rozproszonej (konektomu) oraz biologicznego pojęcia holobionta i hologenomu.

Mocno jeszcze tkwimy w dawne myśli filozoficznej, która powstała na odkrywczym i rewolucyjnym fundamencie kartezjańskiego cogito. Zgodnie z tym postrzegamy podmiot jako autonomiczną, izolowaną twierdzę świadomości. „Myślę, więc jestem” (cogito ergo sum) zamknęło inteligencję w granicach jednostkowego umysłu, a biologię – w granicach pojedynczego organizmu, wyraźnie oddzielonego od świata. Współczesna nauka, a w szczególności rewolucyjna koncepcja hologenomu, rzuca jednak wyzwanie temu paradygmatowi. Pozwala dostrzec coś jeszcze – wspólnotowość. Pokazuje ona, że to, co zwykliśmy uważać za zindywidualizowaną „istotę”, w rzeczywistości jest gęstą, wielogatunkową siecią współzależności. Może właśnie dlatego w filozofii rozwija się konektywizm?

W tym świetle intuicja francuskiego filozofa Pierre’a Lévy’ego, który postulował zastąpienie kartezjańskiej formuły nowym imperatywem: „Myślimy, więc jesteśmy” (cogitamus ergo sumus), zyskuje głębokie, biologiczne zakorzenienie. Lévy definiuje inteligencję zbiorową jako „formę powszechnie rozproszonej inteligencji, stale ulepszanej, skoordynowanej w czasie rzeczywistym i widocznej w efektywnym wykorzystaniu umiejętności”. Choć filozof odnosił te słowa do społeczeństwa informacyjnego, internetu i struktur takich jak Wikipedia czy algorytmy Google, to natura zrealizowała ten projekt miliardy lat przed powstaniem pierwszego serwera. Teraz możemy dodać jeszcze szybko rozwijająca się sztuczna inteligencję, połączoną z nami sieciami internetowymi i mobilnymi telefonami.

Gdy przyjrzymy się holobiontowi – czyli organizmowi gospodarza wraz z całym zasiedlającym go mikrobiomem – odkrywamy, że esencja inteligencji rozproszonej nie jest jedynie domeną ludzkiej technosfery, lecz fundamentalną zasadą samego życia. To nie wyjątek, to raczej coś powszechnego i uniwersalnego. Z perspektywy genetycznej żaden organizm wyższy nie jest monolitem. Nasz własny genom to zaledwie skromna partytura w potężnej orkiestrze genów bakteryjnych, protistowych, grzybowych i wirusowych, które wspólnie tworzą hologenom. Ta dynamiczna struktura działa dokładnie tak, jak opisywał to Lévy: żadna z cząstek tworzących ten układ nie posiada pełni wiedzy ani wszystkich narzędzi metabolicznych, a jednak całość funkcjonuje w sposób zintegrowany, samosterujący i celowy.

Wikipedia, tworzona bezinteresownie przez miliony edytorów z całego świata, jawi się jako doskonały ekwiwalent mikrobiomu jelitowego. Miliardy bakterii, nieświadome globalnego celu istnienia gospodarza, realizują swoje lokalne, ewolucyjne programy. Jednak efekt ich zsynchronizowanej w czasie rzeczywistym pracy – synteza neuroprzekaźników, modulacja układu odpornościowego, metabolizm ksenobiotyków (substancji obcych dla organizmu) – tworzy nową jakość. Grupa działa tak, jakby posiadała jeden, nadrzędny umysł. Przewód pokarmowy, często nazywany „drugim mózgiem”, jest w istocie rynkiem wymiany informacji, biologicznym Google, w którym chemiczne zapytania gospodarza znajdują natychmiastową, zoptymalizowaną odpowiedź w rozproszonej bazie danych mikrobiomu.

Badacze z Massachusetts Institute of Technology (MIT), analizując czynniki determinujące sukces ludzkiej inteligencji kolektywnej, doszli do wniosku, że o efektywności grupy nie decyduje suma indywidualnych ilorazów inteligencji (IQ) jej członków, lecz ich umiejętność współpracy. Wyróżnili oni trzy kluczowe elementy:
  1. Wnikliwość społeczną (wrażliwość na sygnały partnerów),
  2. Umiejętność dyskutowania (utrzymywanie struktur demokratycznych, nieautorytarnych),
  3. Obecność pierwiastka relacyjnego (empatii, skorelowanej statystycznie z większą liczbą kobiet w zespole).
Te czysto socjologiczne i psychologiczne determinanty znajdują swój uderzający analog w mikrobiologicznej architekturze holobiontu. Biologiczny konsensus dostrzegamy nie tylko w ekosystemie ale i mikrobiomie czy hologenomie. Mikroorganizmy w ciele gospodarza nie komunikują się za pomocą słów, lecz poprzez quorum sensing (wyczuwanie liczebności) – subtelny, chemiczny system „głosowania”, który pozwala bakteriom koordynować swoje zachowania dopiero po osiągnięciu odpowiedniego zagęszczenia. To nic innego jak biologiczna wnikliwość społeczna i nieustanna, molekularna dyskusja. Demokratyczny charakter tej wspólnoty objawia się w tym, że drastyczne zaburzenie tej równowagi (np. dominacja jednego patogennego szczepu) prowadzi do choroby całego układu – dysbiozy.

Powodzenie holobiontu, podobnie jak grupy badawczej czy zespołu projektowego, zależy od wspólnego celu. W świecie gier wideo projektanci jednoczą graczy wokół wspólnego zadania. W świecie przyrody tym wspólnym celem jest przetrwanie i adaptacja. Życie od samego zarania, od etapu pierwotnych hord i plemion, wiedziało, że w grupie jednostki są silniejsze. Oczywiście, nie tylko życie wiedziało to przez dobór naturalny było selekcjonowane. Zbiorowe podejmowanie decyzji pozwalało przetrwać kryzysy. W kontekście ewolucyjnym, hologenom jest ucieleśnieniem tej zasady: pojedynczy ssak czy owad dostosowuje swój genom przez pokolenia, ale jego mikrobiom potrafi przetasować swoje geny w kilka godzin, ratując gospodarza przed nową toksyną w środowisku. Synergia ta sprawia, że wynik całej grupy jest nieskończenie lepszy niż możliwości jej najsłabszego elementu.

Wracając do ujęcia historyczno-filozoficznego, możemy dostrzec fascynującą paralelę między rozwojem ludzkiej cywilizacji a ewolucją biologiczną. Na wczesnym etapie rozwoju – hordy czy plemiona – inteligencja zbiorowa miała charakter lokalny, organiczny, oparty na bezpośredniej bliskości ciał i głosów. Z czasem, dzięki pismu, drukowi, a ostatecznie sieci internetowej, ludzkość stworzyła zewnętrzny, techniczny substrat dla swojej kolektywnej mądrości. Sztuczna inteligencja jest kolejnym krokiem zwiększającym efektywność tego zbiorowego myślenia i działania. 

Hologenom pokazuje jednak, że natura nigdy nie porzuciła tej pierwotnej, organicznej formy sieciowości. Każdy z nas nosi w sobie taką „wewnętrzną internetową sieć” złożoną z bilionów mikroorganizmów. Filozoficzny projekt Lévy’ego, który widział w inteligencji zbiorowej „projekt humanistyczny” zwiększający dostęp do wiedzy i budujący społeczeństwo obywatelskie, w świecie biologii realizuje się jako projekt ekologiczny.

Zamiast hierarchicznego zarządu centralnego, mamy tu do czynienia z absolutną decentralizacją. Nie ma jednego „szefa” zarządzającego hologenomem; mózg gospodarza jest w stałym, dwukierunkowym dialogu (oś jelitowo-mózgowa) z lokatorami swoich flaków. To rozproszona mądrość ciała, która redefiniuje pojęcie suwerenności jednostki. Zrozumienie inteligencji rozproszonej w kontekście hologenomu zmusza nas do głębokiej rewizji pojęć takich jak „ja”, „inny”, „inteligencja” czy „świadomość”. Jeśli nasz nastrój, nasze wybory żywieniowe, a nawet sprawność naszych procesów poznawczych są współtworzone przez aktywność istot nie-ludzkich, to gdzie kończy się nasz umysł?

Zarówno w biologii, jak i w strukturach społecznych, największy potencjał osiąga grupa połączona relacjami sieciowymi. Tak jak komputery zwielokrotniły możliwości ludzkiego myślenia, tworząc globalną sieć informacji, tak hologenom spaja miliony lat ewolucji różnych królestw życia w jeden, sprawnie działający mechanizm. Powrócę jeszcze do sztucznej inteligencji. Ona maksymalizuje wspólna inteligencję rozproszoną. Usprawnia korektom, w którym myślimy i działamy. 

Odrzucając kartezjańską pychę izolowanego Ego, filozofia i biologia spotykają się dziś w tym samym punkcie: w zachwycie nad faktem, że istniejemy tylko dlatego, że współistniejemy. Jesteśmy pluralizmem udającym jedność, symfonią rozpisaną na biliony głosów, w której mądrość nie należy do żadnego z muzyków z osobna, lecz rodzi się w samym procesie wspólnego grania. A sztuczna inteligencja jest ewolucyjnym usprawnieniem i poszerzeniem ludzkiego myślenia. We wspołpracy z nieludzkimi elementami. To zupełnie nowa jakość. I nic dziwnego, że tak wiele osób oburzyło się na wypowiedź Olgi Tokarczuk. Po prostu nie rozumieją ani słów Noblistki, ani współczesnej sytuacji kulturowej.

19.05.2026

Najlepszy jest pomnik, którego nie widać




Kontekst naprawdę potrafi namieszać. Tak jak sztuka czy streetartowa instalacja. Weźmy choćby Olsztyn: miasto zielone, z wieloma jeziorami, ale jeśli chodzi o sztukę w przestrzeni publicznej, to raczej skromne. Mało jest pomników, rzeźb czy instalacji. Dlatego pomysł ustawienia w parku rzeźby jelenia z brązu brzmi całkiem sensownie. Zwierzę szlachetne, sylwetka efektowna, a spacerowiczom zawsze miło, gdy coś im niespodziewanie „mrugnie” z krzaków, nawet jeśli to tylko metal. Tyle że… odlew z Chin. Chiński jeleń w warmińskim parku. Brzmi jak żart, który opowiada się przy ognisku, a nie jak decyzja inwestycyjna. Bo czy naprawdę nie mamy w Polsce, w Europie, w regionie ludzi, którzy potrafią odlać jelenia? Przecież to nie jest gatunek egzotyczny. Po taniości? To może z włókna szklanego, tak jak ta krowa na wypasie, która się pojawiła na krótko także w Parku Centralnym w ramach działań artystycznych? W czymże krowa gorsza od jelenia? Że nie z dostojnego i arystokratycznego brązu?

Ale to dopiero początek. Bo rzeźba nie została jeszcze odsłonięta, a już wywołała burzę większą niż ta, która potrafi przejść nad Jeziorem Ukiel w lipcu. Największe emocje wzbudziła geneza przedsięwzięcia: myśliwi i sympatycy łowiectwa zbierali łuski po nabojach, by sfinansować zakup brązu. Przedstawiciele różnych organizacji prozwierzęcych nie kryją oburzenia, co utrwaliło Radio Olsztyn (Rzeźba jelenia w olsztyńskim Parku Centralnym. Dar myśliwych budzi skrajne emocje).

Ich zdaniem to makabryczny pomysł: pomnik zwierzęcia finansowany ze śmierci innych zwierząt. Trudno odmówić temu pewnej dramaturgii. Pierwotnie jeleń miał być odlany właśnie z tych łusek. Ostatecznie jednak sprzedano je, by obniżyć koszty, a samą rzeźbę wykonano w Chinach. I tak powstała konstrukcja, która łączy w sobie polskie lasy, chińskie odlewnie i europejską debatę o sensie symboli. Wywołujący emocje i dyskusje streetart w pełnej krasie. I to na bogato, bo odlany z brązu. Niczym pomniki jelenia z czasów niemieckich cesarzy, którzy upamiętniali swoje polowania tu i tam. Dostojne dowody arystokraty "tu byłem, tu polowałem". 

Ale zostawmy jelenia w spokoju, niech stoi, skoro już przepłynął pół świata. W całej tej historii jest bowiem jeden element, który mnie autentycznie cieszy: rzeźba stała się pretekstem, by myśliwi… posprzątali po sobie. Tak, dobrze czytasz. Zebrali łuski. Jeśli do tak podstawowego odruchu potrzeba motywacji w postaci zbiórki na pomnik, to trudno, dobre i to. Ołowiu ze śrutu, niestety, nie pozbierają, bo ten jest drobny i trudno go wyzbierać z gleby czy dna zbiornika wodnego. Jeden Kopciuszek by nie wystarczył. Ale może kiedyś zgodzą się na stalowe śruciny? Fakt, mniej efektywne niż te ołowiane, ale żelazo w środowisku nie czyni takich zanieczyszczeń jak ołów. A to już byłby zysk. Kto wie, cuda się zdarzają, skoro już mamy chińskiego jelenia jako symbol polskiego łowiectwa.

Wróćmy do sedna czyli do śmieci. Bo w tej historii, paradoksalnie, to one są najważniejsze. Łuski to tylko wierzchołek góry odpadów, które zostają w lasach, na torfowiska, mokradła, nad jeziorami i nad rzekami. Gdyby myśliwi nie zostawiali pod ambonami nęcisk wyglądających jak śmietnik po nieudanym pikniku. Gdyby wędkarze nie porzucali butelek, puszek i plastykowych opakowań po przynęcie i własnych przekąskach na brzegach jezior. Gdyby spacerowicze i turyści nie traktowali lasu jak wielkiego kosza, w którym „przecież nikt nie widzi”. Gdyby… Ale nie idźmy tą drogą, bo lista „gdyby” jest długa jak Warmia szeroka i Mazury długie.

Zamiast tego powiedzmy prosto: jesteś w lesie, nad jeziorem, nad rzeką to zabierz swoje śmieci ze sobą. Są lżejsze niż to co przyniosłeś (aś) czy przywiozłeś (aś). To nie jest filozofia zen, to nie wymaga doktoratu z ekologii. To tylko jeden ruch ręką. Jedna reklamówka. Jedna decyzja, że nie zostawiasz po sobie śladu, który będzie straszył następnych sto lat. Nie trzeba do tego rzeźby, zbiórki, fundacji ani medialnej burzy. Wystarczy jedna reklamówka i odrobina przyzwoitości. Pomnika z tego nie odleją. Nie będzie uroczystego odsłonięcia 19 czerwca jelenia w Parku Centralnym w Olsztynie, nie będzie wstęgi, fanfar ani przemówień. Ale za to będzie czysto. A czysty las, czysta rzeka, czyste jezioro to jest sztuka, której nie trzeba sprowadzać z Chin. Nie będzie brązowej figurki przedstawiającej turystę z pełnym workiem śmieci. Czy wędkarza nad brzegiem rzeki. Ale za to będzie czysto. A czysty las, czyste jezioro, czysta rzeka jest sztuką, której nie trzeba sprowadzać z Chin ani z USA. To jest sztuka, którą możemy zrobić sami, codziennie, bez fanfar, bez odsłonięcia, bez przecinania wstęgi.

I może właśnie to jest najpiękniejszy pomnik, jaki możemy postawić przyrodzie: taki, którego… nie widać. Taki, który zostaje po nas w postaci braku śmieci. I taki, który nie budzi kontrowersji, bo nie ma się do czego przyczepić. Dosłownie. 

W zasadzie to pomyliłem sie. Takie pomniki widać, bo widać piękno niezaśmieconego, niezeszpeconego krajobrazu. I nic, że to nie z brązu. Ani z marmuru. 

18.05.2026

W obronie płazów





W ostatnich dziesięcioleciach drastycznie spada liczebność płazów w Polsce. Jedną z przyczyn jest śmiertelność na drogach w czasie ich wiosennej wędrówki do zbiorników wodnych w celach rozrodczych. Ostatnie 10 lat to czas narastającej suszy hydrologicznej i zanikania wielu małych i okresowych zbiorników wodnych, czyli tradycyjnych siedlisk rozrodczych płazów. Przekłada się to na wzrost zagrożenie wyginięcia wielu gatunków. Po prostu coraz mniej siedlisk i coraz niebezpieczniejsza jest wędrówka do miejsc rozrodu.

Przepust dla płazów – czyli specjalny tunel pod drogą połączony z odpowiednio poprowadzonymi płotkami naprowadzającymi – to jedno z najskuteczniejszych rozwiązań ochronnych, jakie współczesna nauka zaleca do stosowania w miastach i krajobrazach przekształconych przez człowieka. Jego znaczenie dla bioróżnorodności jest dużo większe, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.

Przepust dla płazów na ulicy Leśnej w Olsztynie, o który dopominają się przyrodniczy i społecznicy, nie jest fanaberią ani działaniem symbolicznym, lecz konieczną inwestycją wynikającą zarówno z obowiązku prawnego, jak i z realnych potrzeb ochrony lokalnych ekosystemów. W Olsztynie, mieście położonym wśród lasów i jezior, płazy stanowią jeden z najbardziej wrażliwych elementów biocenozy. Ich cykl życiowy wymaga corocznych migracji między miejscami zimowania a zbiornikami wodnymi, w których się rozmnażają. Gdy na tej drodze staje asfaltowa jezdnia, zwierzęta nie mają żadnej możliwości bezpiecznego przejścia. Skutki są widoczne gołym okiem: masowa śmiertelność, która w ciągu kilku tygodni migracji potrafi zdziesiątkować lokalną populację. Dane zebrane przez mieszkańców – 141 martwych płazów na zaledwie 1,5‑kilometrowym odcinku drogi w ciągu dwóch dni – pokazują skalę problemu, który nie rozwiąże się sam i którego nie da się zignorować.

Płazy są gatunkami chronionymi, a ich ochrona nie jest kwestią dobrej woli, lecz obowiązkiem wynikającym z Ustawy o ochronie przyrody. Jednak poza aspektem prawnym istnieje argument jeszcze ważniejszy: płazy są kluczowym elementem lokalnej bioróżnorodności. Regulują liczebność owadów, stanowią pokarm dla wielu gatunków ptaków i ssaków, a ich obecność świadczy o dobrej kondycji środowiska. Gdy populacje płazów załamują się, ekosystem traci równowagę. W mieście takim jak Olsztyn, które buduje swoją tożsamość na bliskości natury, utrata płazów byłaby nie tylko porażką ekologiczną, ale także symboliczną. Tak więc czynna ochrona płazów w Olsztynie to także dbanie o dobry wizerunek miasta turystycznego. Dobra promocja miasta.

Dotychczas stosowane płotki herpetologiczne nie spełniają swojej funkcji. Bez przepustu są jedynie barierą, która zatrzymuje zwierzęta, ale nie daje im możliwości przejścia (wymagana jest stała praca wolontariuszy przenoszących płazy). W efekcie płazy giną tuż obok ogrodzeń, a mieszkańcy – w tym dzieci – widzą makabryczny obrazek, który stoi w sprzeczności z wizerunkiem „zielonego miasta”. Przepust to rozwiązanie trwałe, sprawdzone i stosowane w wielu miejscach w Polsce i Europie. Łączy ono prostotę z wysoką skutecznością: płotki kierują zwierzęta do tunelu, a tunel pozwala im bezpiecznie przekroczyć drogę. Raz wykonana inwestycja działa przez dziesięciolecia, bez konieczności corocznych akcji ratunkowych. Ponadto umożliwia późniejsza wędrówkę młodych płazów ze zbiorników wodnych do siedlisk lądowych. Nie odbywa się to w jednym, skoncentrowanym terminie i dlatego ta śmiertelność na drogach jest mniej widoczna.

Warto podkreślić, że przepust na ulicy Leśnej miałby charakter pilotażowy. Pozwoliłby zebrać doświadczenia i dane, które można wykorzystać przy planowaniu podobnych rozwiązań w innych miejscach rozwijającego się ciągle Olsztyna. To inwestycja, która nie tylko chroni przyrodę, ale także buduje kompetencje miasta w zakresie nowoczesnej, zielonej infrastruktury. Może stać się elementem edukacji ekologicznej, przykładem odpowiedzialnego zarządzania środowiskiem i dowodem, że Olsztyn traktuje swoją przyrodniczą wyjątkowość poważnie.

Wiosenny wieczór nad jeziorem bez rechotu żab byłby nie tylko uboższy, ale i niepokojący. Płazy znikają po cichu, ale ich brak odczuwamy wszyscy. Przepust na ulicy Leśnej to inwestycja niewielka w skali budżetu miasta, a ogromna w skali ochrony lokalnej przyrody. To decyzja, która pokazuje, że Olsztyn nie tylko deklaruje troskę o środowisko, lecz realnie je chroni.

Dlaczego przepusty dla płazów są kluczowe dla bioróżnorodności? Po pierwsze przepusty to rozwiązanie, które chroni całe populacje, nie tylko pojedyncze osobniki. Płazy, co zapewne pamiętamy ze szkoły, mają bardzo specyficzny cykl życiowy. Żyją na lądzie, np. zimują w lasach, a rozmnażają się w zbiornikach wodnych. Dlatego corocznie migrują masowo w krótkim czasie. Jeśli droga przecina ich szlak migracyjny, śmiertelność może sięgać 70–90% populacji w danym miejscu. To nie jest „kilka żab mniej” – to załamanie populacji, które może doprowadzić do jej lokalnego wyginięcia. Przepusty redukują śmiertelność do kilku procent, co w praktyce oznacza uratowanie całej populacji.

Po drugie płazy są gatunkami wskaźnikowymi. Ich zniknięcie oznacza degradację ekosystemu, Płazy reagują na: zanieczyszczenia w środowisku, zmiany wilgotności, fragmentację siedlisk, presję urbanizacyjną. Jeśli płazy giną na drogach, to nie tylko problem etyczny – to sygnał, że ekosystem traci spójność. Przepusty przywracają ciągłość siedlisk, co jest jednym z fundamentów ochrony bioróżnorodności.

Po trzecie płazy pełnią ważne funkcje ekologiczne. Zjadają ogromne ilości owadów (w tym komarów). Są pokarmem dla ptaków, ssaków, gadów i ryb. Utrzymują równowagę w ekosystemach wodnych i lądowych. Utrata płazów uruchamia efekt domina – zaburza cały łańcuch troficzny.

Przepusty zapobiegają izolacji genetycznej. Drogi działają jak bariery. Jeśli populacja zostanie podzielona na kilka izolowanych części, które nie mogą się mieszać, dochodzi do: spadku różnorodności genetycznej, większej podatności na choroby, ryzyka lokalnego wymarcia. Tunel pod drogą to „korytarz ekologiczny”, który przywraca przepływ genów. Działa tak jak duże przejścia nad drogami dla dużych ssaków. Przepusty To rozwiązanie trwałe i skuteczne – w przeciwieństwie do płotków tymczasowych. Płotki herpetologiczne: działają tylko wtedy, gdy są codziennie kontrolowane przez wolontariuszy, łatwo ulegają zniszczeniu, nie rozwiązują problemu, tylko go łagodzą. Przepusty natomiast działają przez dekady, nie wymagają stałej obsługi, są standardem w krajach dbających o bioróżnorodność.

Olsztyn jest miastem o wyjątkowej mozaice siedlisk: lasy, jeziora, torfowiska, łąki. To idealne środowisko dla płazów, ale też miejsce, gdzie drogi przecinają naturalne trasy migracyjne. Ulica Leśna to klasyczny przykład: las → droga → jezioro czyli dokładnie to, czego płazy nie są w stanie pokonać bezpiecznie. Dane z petycji informują o 141 martwych płazów zaobserwowanych w ciągu 1,5 dnia. Wskazuje na katastrofalną skalę śmiertelności. W skali całej migracji to mogą być setki lub tysiące osobników.

Przepusty dla płazów to nie tylko infrastruktura ochronna. To także świetny przykład „zielonej infrastruktury” w mieście oraz materiał edukacyjny dla szkół, uczelni i mieszkańców. To także element budujący wizerunek miasta dbającego o przyrodę, oraz atrakcja przyrodnicza. W wielu miejscach w Polsce i Europie takie rozwiązania są pokazywane turystom. Dla dzieci to także ważny sygnał, że w naszym mieście życie – nawet najmniejsze – jest chronione.

Przepust dla płazów: ratuje lokalne populacje przed wymarciem, przywraca ciągłość siedlisk, chroni różnorodność genetyczną, stabilizuje ekosystemy, wzmacnia edukację ekologiczną, buduje wizerunek miasta przyjaznego naturze. To jedno z najprostszych, najtańszych i najbardziej efektywnych działań, jakie można podjąć w ochronie przyrody w mieście. Marzy mi się, żeby w Olsztynie takie rozwiązania powstały nie tylko na ulicy Leśnej.


Żabi skrzek w zbiorniku wodnym

13.05.2026

Drzewo Mocy i słoik z duszą, czyli Olsztyn Street Art Garden vol.9



Wspólne malowanie w przestrzeni publicznej jest dla mnie wielką przygodą. Spotkanie z ludźmi i rozmowy niczym przy darciu pierza. I oto pojawia się kolejna okazja w ramach Olsztyn Street Art Garden. To już dziewiąta edycja streetartowego malowania. Tym razem powstanie instalacja zatytułowana "Drzewo Mocy". Jednocześnie będzie to swoiste drzewo pamięci. Cos niepotrzebnego, wyrzuconego nabierze nowej wartości. Stare słoiki dzięki sztuce ulicznej nabiorą nowego znaczenia. W uproszczeniu można byłoby napisać, że słoiki dostana nową duszę.  

Słuchajcie, sprawa jest prosta, słoik po ogórkach, dżemie, pomidorach suszonych czy musztardzie mają w swoim życiu dwa wyjścia. Albo skończą marnie, pływając w Łynie obok starego kalosza, albo przejdzie spektakularną metamorfozę i zostaną gwiazdami Olsztyn Street Art Garden vol. 9. Wybór wydaje się oczywisty, prawda?

Już 23 maja (w godzinach 12:00–16:00) zapraszam Was na streetartową akcję, której nie powstydziliby się najaktywniejsi uliczni artyści i najbardziej oszczędne gospodynie domowe. Lub pozytywnie zakęreni rozwojem zrównoważonym ludzie. Przed nami do wykreowania Drzewo Mocy – instalacja, która udowadnia, że między „recyklingiem” a „sztuką” jest tylko cienka warstwa farby akrylowej. I kawałek sznurka.

O co w tym wszystkim chodzi? Zamiast ciskać butelką lub słoikiem w krzaki, pod płot lub narzekać na butelkomaty, przynieś ją do nas, na Olsztyn Street Art Garden, Stowarzyszenie Arka, Olsztyn. Ul. Niepodległóści 85, na skraj Parku Centralnego. Scenariusz 23 maja (sobota) wygląda tak:
  • Dajesz jej nowe życie: chwytasz za pędzel i zmieniasz nudne szkło w barwne arcydzieło.
  • Zaklinasz czas: do środka wrzucasz kartkę z życzeniem, ważną historię albo drobny przedmiot, który ma przetrwać dla potomnych.
  • Wieszasz na specjalnie przygotowanym Drzewie Mocy: Twoje dzieło ląduje na specjalnej konstrukcji, tworząc wspólną, miejską instalację – Drzewo Pamięci i Życzeń. A obok będzie się działo wiele innych aktywności w ramach Olsztyn Street Art Garden
Twój ekwipunek artysty jest prosty jak proste jest życie człowieka skromnego i minimalistycznie nastawionego do konsumpcji. Własne szkło czyli słoik (z nakrętką!) lub butelka – koniecznie z odzysku. Farby i pędzle będą na miejscu. Przemyśl i przygotuj przesłanie czyli coś, co chcesz wysłać w przyszłość, do innych ludzi. Może być to list, może być kapsel znaleziony na trawniku lub chodniku, qr kod z linkiem do filmiku lub wpisu w mediach społecznościowych, kawałek szkiełka lub okruch naczynia ceramicznego. Albo nasionko lub ptasie piórko. Nie oceniam, to Twoja historia. I w końcu głowa pełna pomysłów. Bo piękno i sztuka to nasza najlepsze remedium przeciwko zaśmiecaniu krajobrazu. A sztuka uliczna jest sposobem wypowiadanie się i opowiadania o świecie. naszym, współczesnym świecie.

Zamiast narzekać, że miasto szpecą śmieci lub gryzmoły na murach i fasadach budynków, przyjdź i stwórz coś, co zamiast razić nasze poczucie estetyki, będzie chwytać za serce i prowokować mózg do przemyśleń i refleksji. Widzimy się przy pędzlach? w sobotę 23 maja? Niech moc (i akryl) będzie z nami!

Rok temu, przy okazji podobnego pikniku, powstały takie opowieści przy malowaniu https://wakelet.com/wake/sYNmLD3a683mvo9xQGZPA

Jeszcze raz w skrócie: Piknik Olsztyn Street Art Garden vol.9, 23 maja, godz. 12.00-16.00, Olsztyn. ul. Niepodległości 85. Malujemy na słoikach lub na butelkach (wszystkie z recyklingu). Malujemy farbami akrylowymi i wieszamy na specjalnym drzewie (Drzewo Mocy, Drzewo Pamięci). Do słoików wkładamy kartki z życzeniami lub drobne przedmioty, które chcemy przesłać do przyszłości. Tak powstanie drzewo Pamięci. Przesłanie jest takie, by te puste słoiki czy butelki były wykorzystane do streetartu a nie wyrzucane do rzeki czy parku. Piękno i sztuka przeciw zaśmieceniu i szpeceniu krajobrazu. Przyjdź ze swoim słoikiem (nie zapomnij o nakrętce). Przynieść też swoje przesłanie, zapisane na kartce lub swoje życzenie. Może to być także drobny przedmiot. Opowiedz swoją historię. Opowiedz o tym, co dla Ciebie ważne za pomocą obrazu własnoręcznie namalowanego, dołączonej opowieści itp.  

10.05.2026

Zasychamy


Susza i pożary nie są zaskoczeniem. Wynikają z globalnych, antropogenicznych zmian klimatu. Proces zachodzi od kilkudziesięciu lat a skutki były przewidywalne i informowali o nich naukowcy. Prognozy były publikowane nie po to, aby straszyć lecz by podejmować rozsądne działania. Po pierwsze by zatrzymać emisje gazów cieplarnianych a jeśli nie da się zatrzymać to przynajmniej zmniejszyć i spowolnić ocieplane klimatu. Po drugie, wiedząc jakie będą skutki, można podejmować działania łagodzące negatywne konsekwencje. To także wymaga wysiłku. Naukowcy jasno i wyraźnie wskazywali, że albo będziemy ponosić duże i w części rozproszone skutki globalnego ocieplenia (w tym problemy z suszami i pożarami), albo będziemy inwestować w dostosowanie do zmian klimatu i przeciwdziałać. Notorycznie przez populistów naukowcy nazywani byli oszołomami lub ekoterrorystami a analizy i prognozy były ignorowane. Wypierane ze świadomości stało sie powszechną praktyką. Zgodnie z zasadą, że jak się stłucze termometr to i choroby nie będzie, bo nie będzie widać. Zakryć oczy by nie widzieć problemu.

Zmiany w środowisku zachodzą za szybko, siedliska i biocenozy nie zdąża się do tego przystosować. Stąd ponosimy duże straty nie tylko w leśnictwie, ale i rolnictwie. To są bardzo wymierne straty, mimo że są rozproszone. Straty gospodarcze można wskazać dość precyzyjnie.

Ostatnia zima wydawała się śnieżną. Śnieg relatywnie długo zalegał (jak na warunki ostatniego dziesięciolecia), ale wbrew pozorom nie było go dużo. Wiosenne roztopy nie przyniosły zbyt dużej poprawy. Zmiana warunków środowiskowych to przesunięcie sukcesji ekologicznej. Niektóre gatunki na tym skorzystają a inne  stracą. Na trwale zmieniają się biocenozy. I są to także skutki odczuwalne gospodarczo, i na polach i w lasach także.

Zbyt mało opadów w stosunku do potrzeb. Dlatego jest bardzo sucho i płoną lasy, będą także straty w rolnictwie. Czy polityka zielonego ładu ma sens i czy jest kosztowna? Pytanie "Czy jesteś za realizacją unijnej polityki klimatycznej, która doprowadziła do wzrostu kosztów życia obywateli, cen energii i prowadzenia działalności gospodarczej i rolniczej?" jest fałszywe i bałamutne. Jest zasłanianiem sobie oczu szalikiem i mówienie "nic nie widać". By siebie i innych samooszukiwać.

W debacie publicznej pojawiło się ostatnio pytanie: „Czy unijna polityka klimatyczna ma sens, skoro jest tak kosztowna?”. Krytycy pytają retorycznie, czy obywatele chcą płacić za unijne ambicje klimatyczne, które podnoszą ceny energii i koszty prowadzenia biznesu. Aby zrozumieć błąd w tym myśleniu, warto posłużyć się prostą analogią stomatologiczną. Codzienne mycie zębów kosztuje. Pasta, szczoteczki, nici dentystyczne to stały wydatek i, co gorsza, codzienny wysiłek rano i wieczorem. Można by uznać to za „niepotrzebny koszt” i „narzucony rygor”. Jednak każdy, kto choć raz musiał skorzystać z zaawansowanego leczenia kanałowego lub wstawiania implantów, ten wie, że profilaktyka jest najtańszą możliwą inwestycją. Ba, nawet zwykła wizyta w gabinecie stomatologicznym jest już sporym wydatkiem. Tylko, że zęby myjemy codziennie, a do dentysty chodzimy co jakiś czas. Może raz na kilka lat. Stąd łatwiej mówić i pisać bałamutnie o kosztownych i niepotrzebnych wydatkach każdego dnia. A przecież profilaktyka zawsze jest tańsza niż leczenie czy naprawianie szkód zaniedbania.

Unijna polityka klimatyczna jest właśnie taką „pastą do zębów”. Inwestycje w transformację energetyczną, retencję wody i mitygację do zmian klimatu wydają się dziś obciążeniem. Jednak koszty zaniechania, w tym straty w rolnictwie, liczone w miliardach, zniszczone przez pożary lasy, zapaść sektora energetycznego z powodu braku wody do chłodzenia elektrowni oraz wzrost cen żywności – są wielokrotnie wyższe. To one w ostatecznym rozrachunku uderzą w portfele obywateli znacznie mocniej niż jakakolwiek unijna dyrektywa mobilizująca nas do przeciwdziałania skutkom ocieplania klimatu

Patrząc na płonące polskie lasy, musimy zrozumieć, że nie walczymy tylko z ogniem, ale z konsekwencjami własnej bierności. Pytanie nie brzmi: „Czy stać nas na politykę klimatyczną?”, ale „Czy stać nas na jej brak?”. Obecna sytuacja pokazuje, że czas debaty nad tym, „czy klimat się zmienia”, bezpowrotnie minął. Teraz stoimy przed brutalnym wyborem. Albo zapłacimy za nowoczesną, odporną na zmiany gospodarkę, albo będziemy co roku patrzeć, jak nasze pieniądze, bezpieczeństwo i krajobraz idą z dymem lub wysychają na popiół. Wybór wydaje się oczywisty, o ile tylko przestaniemy wierzyć, że od stłuczenia termometru gorączka minie sama.

Rozproszone koszty i straty wynikające ze zmian klimatu i braku dostosowań (mitygacji) są znacznie wyższe niż inwestycje w zapobieganie, łagodzenie i dostosowania. Straty wynikające z zaniechania w jeszcze większym stopniu oprowadzają do wzrostu kosztów życia obywateli, cen energii i prowadzenia działalności gospodarczej i rolniczej.

Woda stanie się wkrótce nową walutą. I to znacznie ważniejszą niż kryptowaluty. Kto wody nie szanuje dzisiaj, ten jutro będzie bankrutem. I to dosłownie. Na Polskę możemy spojrzeć jak na gąbkę, która przestała przyjmować wodę. Susza hydrologiczna (niski stan rzek) i glebowa to nie tylko problem rolników. Kiedyś wiosna kojarzyła się z roztopami i błotem. Dziś marzec i kwiecień to miesiące suszy i „pyłu”. To także zmiana kulturowa bo tracimy krajobraz, który znaliśmy.

Pożary lasów w Polsce rzadko są „naturalne” (jak od pioruna). Jesteśmy krajem sosny, a sosna pali się jak pochodnia. W połączeniu z wyschniętą na pieprz ściółką, wejście do lasu z papierosem to nie nieostrożność, to niemal sabotaż ekosystemu. Ba, nawet wyrzucenie butelki do lasu przyczyniać się może do powstania otwartego ognia. Pożary to także straty pozafinansowe. Np. śmierć mikroorganizmów glebowych, których nie da się „nasadzić” nowymi drzewkami. Odbudowa warstwy próchnicznej trwa dekady. A patrząc na tradycyjną energetykę, opartą na węglu, to warto przypomnieć, że elektrownie potrzebują wody do chłodzenia. Niski stan rzek to ryzyko blackoutów. Przemysł także traci gdy są czasowe ograniczenia w poborze wody dla fabryk. Traci także turystyka. Płonące obszary to wykluczenie szlaków z użytkowania, zakazy wstępu do lasów, wysychające jeziora i rzeki, którymi nie popłynie żaden kajak.

Przez dekady osuszaliśmy bagna, by „wydzierać” ziemię naturze. Teraz natura zmusza nas do spłacania tego długu z nawiązką i dużymi odsetkami. W miastach rozmnożyły się betonowe place, które w czasie upałów działają jak grzejniki, a w czasie deszczu uniemożliwiają wodzie wsiąkanie w grunt. I woda szybko ucieka do Bałtyku. Kiedyś polskie lato pachniało skoszoną trawą i burzą, która przynosiła ulgę. Dziś coraz częściej pachnie spalenizną i kurzem. Podczas, gdy my spieramy się o politykę, pod naszymi stopami dokonuje się cichy dramat bo Polska wysycha. A lasy, które miały być naszym azylem, stają się tykającymi bombami.

Stepowienie Wielkopolski to  proces, o którym mówi się od lat, a który staje się faktem. I to nie tylko na Wielkopolsce. Retencja wody to słowo klucz, a raczej nasz narodowy brak umiejętności zatrzymywania wody. 

Ile jeszcze odpłynie od nas wody, w czasie gdy populiści będą bredzić o niepotrzebnych kosztach polityki klimatycznej?

8.05.2026

Fenomen Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i powtórka Łatwoganga

Instalacja sztuki nowoczesnej

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, zainicjowana i prowadzona przez wiele lat przez Jerzego Owsiaka, jawi się jako jedno z najpiękniejszych zjawisk, jakie wyrosły z polskiego doświadczenia zbiorowego w wolnej Polsce po roku 1989. W świecie, w którym symbole narodowe bywają zawłaszczane, reinterpretowane lub instrumentalizowane, Orkiestra pozostaje czymś rzadkim: żywym świadectwem tego, że solidarność może być praktykowana, a nie tylko wspominana. W tym sensie WOŚP nie jest jedynie akcją charytatywną, lecz ostatnim tchnieniem tamtej pokojowej rewolucji, która niegdyś odmieniła bieg historii. Dała nam poczucie wspólnoty i poczucie sensu. W moim subiektywnym odczuciu wyrosła z Sierpniowej Solidarności i z roku 1980. Wielkiego, pokojowego przełomu. Odzyskanie wolności i wspólnotowości bez rozlewu krwi. Sierpień został zszargany i zdyskredytowany przez lata uporczywego opluwania. WOŚP się obronił.

W polskiej pamięci zbiorowej istnieje kilka momentów, które budują poczucie dumy: pokojowe obalenie komunizmu (1980-1989), zdolność do samoorganizacji, siła wspólnoty. W zestawieniu z dramatycznymi wydarzeniami w innych krajach jak i z naszej przeszłości: z nieudanymi i krwawymi powstaniami, ze współczesnymi krwawymi pacyfikacjami, zamieszkami, rewolucjami, które płonęły na ulicach Iranu czy Ukrainy. Ta współczesna polska droga wydaje się czymś wyjątkowym. Nie dlatego, że była wolna od cierpienia, lecz dlatego, że opierała się na logice współdziałania, a nie destrukcji. Na sile pokojowego protestu. I negocjacji przy okrągłym stole.

WOŚP wyrasta właśnie z tego etosu. Jest jego kontynuacją, choć w zupełnie innym kontekście. To solidarność przełożona na język codzienności. Nie heroiczna (choć pokojowe zmiany to też heroizm tylko w innym wymiarze), lecz praktyczna. Nie patetyczna, lecz skuteczna. To solidarność, która nie potrzebuje wielkich słów, bo działa poprzez tysiące drobnych gestów.

Współczesna Polska doświadczyła jednak głębokiego pęknięcia. W przestrzeni publicznej pojawiły się narracje, które  jak wskazują liczne analizy, podważały zaufanie społeczne, budowały podziały i redefiniowały pojęcia wspólnoty. W wielu komentarzach publicystycznych pojawia się teza, że część środowisk politycznych i medialnych próbowała przejąć lub zniszczyć symbolikę solidarności, przekształcając ją w narzędzie walki plemiennej. W tych samych analizach wskazuje się również na proces zawłaszczania instytucji religijnych przez określone środowiska polityczne, co zdaniem komentatorów, doprowadziło do ich upartyjnienia i utraty uniwersalnego charakteru. I w jakimś sensie spora część dorobku Solidarności została zbrukana, zawłaszczona i zdegradowana. Została wyrwana z naszego poczucia zbiorowej dumy. Zmarnowane i roztrwonione.

Na tym tle WOŚP jawi się jako fenomen odporności. Mimo wieloletnich prób dyskredytowania, mimo kampanii podważających jej sens, mimo prób ideologicznego etykietowania - przetrwała. Co więcej: rosła. To rzadki przypadek, gdy inicjatywa społeczna nie tylko nie ugięła się pod presją, ale stała się jeszcze silniejsza. Jest z czego być dymnym. 

Filozoficznie rzecz ujmując, WOŚP oparła się dlatego, że jego fundamentem nie jest ideologia, lecz relacja. Relacja między ludźmi, którzy chcą pomagać, a tymi, którzy tej pomocy potrzebują. Relacja między wolontariuszem a przechodniem. Między wspólnotą a jej najsłabszymi członkami. To relacja, której nie da się łatwo zniszczyć, bo nie opiera się na deklaracjach, lecz na doświadczeniu. Każdy, kto wrzucił choćby złotówkę do puszki, kto widział sprzęt z serduszkiem w szpitalu, kto obserwował energię wolontariuszy, ten uczestniczył w czymś, co przekracza spory polityczne. I czuł wspólnotę. WOŚP jest więc praktyką dobra, a nie jego teorią. A praktyki, które zakorzeniają się w ciele społecznym, są znacznie trwalsze niż abstrakcyjne hasła.

Wielka Orkiestra to również fenomen wolontariatu. W czasach, gdy wiele analiz socjologicznych wskazuje na erozję zaufania społecznego, Orkiestra pokazuje coś odwrotnego: że Polacy potrafią działać razem, że potrafią ufać sobie nawzajem, że potrafią tworzyć wspólnotę nie poprzez deklaracje, lecz poprzez działanie. To wolontariat, który nie jest obowiązkiem, lecz wyborem. Nie jest narzucony, lecz spontaniczny. Nie jest ideologiczny, lecz ludzki.

I można byłoby pomyśleć, że WOŚP była epizodem, doświadczeniem jednego pokolenia. Że jest czymś incydentalnym. Czymś wyjątkowym w tym polskim piekiełku wzajemnego opluwania się i deprecjonowania naszych niewątpliwych sukcesów. Ale w ostatnich dniach ujawniło się coś, co daje duży optymizm. Unaoczniło się zjawisko, które w niezwykle ciekawy sposób rezonuje z ideą WOŚP. To oddolna akcja młodych twórców internetowych, takich jak Łatwogang, zbierających środki na leczenie dzieci chorych na raka. To nie jest tylko kolejna zbiórka. To nowa forma budowania wspólnoty, która wyrasta z tych samych korzeni, co Orkiestra, ale rozwija się w zupełnie innym ekosystemie kulturowym. To głos zupełnie nowego pokolenia. Nowa spontaniczność i ujawnienie się tego, co pod wierzchem zastygłej lawy ciągle kipiało. I z czego można być dumnym. 

Młodzi ludzie, wychowani w świecie cyfrowym, tworzą własne rytuały solidarności: streamy, wyzwania, wspólne akcje, mobilizacje społeczności. Ich działanie nie jest oparte na tradycyjnych instytucjach, lecz na relacjach sieciowych, na poczuciu przynależności do wspólnoty, która istnieje w przestrzeni wirtualnej, ale działa w świecie realnym. Ja tego nie rozumiem, ale ogromnie  mi się podoba. Czuje kontynuację dobrych i ważnych wartości. To jest fascynujące, bo pokazuje, że solidarność nie jest reliktem przeszłości. Ta solidarność jest transmisyjna. Przechodzi z pokolenia na pokolenie, zmieniając formy, ale zachowując sens. 

W akcjach takich jak te organizowane przez Łatwogang widać trzy rzeczy: 1. empatię, która nie jest abstrakcyjna, lecz konkretna i skierowana do dziecka, którego historię poznają tysiące ludzi; 2. sprawczość, która daje młodym poczucie, że mogą realnie zmieniać świat; oraz 3. wspólnotę, która nie jest narzucona, lecz dobrowolna i tworzona oddolnie. To jest ta sama energia, która napędza WOŚP,  tylko wyrażona innym językiem. To dowód, że solidarność, z której byliśmy tak dumni w roku 1980 i 1989, nie umarła. Zmieniła tylko medium.  

Jeśli spojrzeć na WOŚP z perspektywy filozofii polityki, można powiedzieć, że jest ona ostatnim żywym pomnikiem polskiej pokojowej rewolucji. Nie pomnikiem z brązu, lecz z ludzi. Nie pomnikiem, który stoi, lecz który działa. Nie pomnikiem, który przypomina o przeszłości, lecz który tworzy teraźniejszość. W świecie, w którym wiele wartości zostało podważonych, a wiele instytucji utraciło zaufanie, WOŚP pozostaje przestrzenią, w której można jeszcze poczuć sens wspólnoty. Jest jak okno, przez które wciąż wpada światło tamtej dawnej nadziei.

Wielka Orkiestra to również fenomen wolontariatu. W czasach, gdy wiele analiz socjologicznych wskazuje na erozję zaufania społecznego, Orkiestra pokazuje coś odwrotnego: że Polacy potrafią działać razem, że potrafią ufać sobie nawzajem, że potrafią tworzyć wspólnotę nie poprzez deklaracje, lecz poprzez działanie. To wolontariat, który nie jest obowiązkiem, lecz wyborem. Nie jest narzucony, lecz spontaniczny. Nie jest ideologiczny, lecz ludzki. I właśnie dlatego młode pokolenie tak łatwo odnajduje się w podobnych inicjatywach, bo są one autentyczne.

Z tamtego czasu niewiele zostało. Etos solidarności został nadwyrężony, instytucje upartyjnione, symbole zawłaszczone. A jednak WOŚP trwa. I może właśnie dlatego budzi tak silne emocje: bo jest dowodem, że wspólnota jest możliwa, nawet jeśli wszystko wokół zdaje się temu przeczyć. WOŚP to nie tylko zbiórka. To pamięć o tym, kim potrafiliśmy być i kim wciąż możemy być. W świecie, w którym wiele wartości zostało podważonych, a wiele instytucji utraciło zaufanie, WOŚP pozostaje przestrzenią, w której można jeszcze poczuć sens wspólnoty. Jest jak okno, przez które wciąż wpada światło tamtej dawnej nadziei.

Z tamtego czasu chyba  niewiele zostało. Etos solidarności został nadwyrężony, instytucje upartyjnione, symbole zawłaszczone. A jednak WOŚP trwa. A obok niej wyrastają nowe formy solidarności: cyfrowe, młodzieżowe, spontaniczne.

Może właśnie dlatego budzą tak silne emocje. Bo są dowodem, że wspólnota jest możliwa, nawet jeśli wszystko wokół zdaje się temu przeczyć. WOŚP i akcje takie jak te organizowane przez Łatwoganga przypominają nam, że solidarność nie jest wspomnieniem, jest praktyką, którą można wciąż na nowo tworzyć.

Nie wiem czy akcja Łatwoganga jest jednorazowa, czy uda się kontynuacja, ale i tak jestem z niej, jako Polak, bardzo dumny. Dużo zmieniła.  Trzymam kciuki za kontynuację, jeśli nie wprost to przynajmniej przez pośrednie rezonowanie. Młodzi ludzie, nowe pokolenie, nie są tacy źli jak o nich często mówimy. My ich nie rozumiemy. Ale wolontariat i solidarność rozumiemy jak najbardziej. 

5.05.2026

Co robię na Warmińskim Szlaku Kulinarnym? Opowiadam !



Co ja robię na Warmińskim Szlaku Kulinarnym? Najprościej byłoby powiedzieć: opowiadam. Ale to zdanie, choć prawdziwe, jest tylko wierzchołkiem opowieści, która zaczęła się wiele lat temu. Wtedy  postanowiłem, że nauka nie może być zamknięta w murach uczelni, a biolog – jeśli chce być pożyteczny – musi czasem wyjść z laboratorium i wyruszyć w teren. Terenem tym okazała się Warmia, jej krajobrazy, ludzie, małe przedsiębiorstwa, lokalne smaki i codzienność, która – jeśli tylko się pochylić – pulsuje wiedzą, historią i ekologią.

Warmiński Szlak Kulinarny to nie tylko mapa miejsc, gdzie można dobrze zjeść, czegoś się dowiedzieć itp. To mapa relacji, mikrohistorii, lokalnych innowacji i tradycji, które wciąż żyją, choć czasem trzeba je wydobyć spod warstwy codzienności. A ja, naukowiec, biolog i ekolog, znalazłem się na tej mapie nie przypadkiem. To świadomy wybór, konsekwentnie realizowany od lat, by popularyzować naukę tam, gdzie ludzie naprawdę żyją i pracują.

Od dawna wierzę, że uniwersytet powinien być otwarty. I nie tylko w sensie symbolicznym, ale dosłownym. Otwarty na region, na jego potrzeby, na przedsiębiorców, na mieszkańców. Otwarty na rozmowę. W tym sensie Warmiński Szlak Kulinarny jest dla mnie naturalnym przedłużeniem trzeciej misji uniwersytetu: społecznej, partnerskiej, zakorzenionej w lokalności.

Kiedy odwiedzam kolejne miejsca na Szlaku, nie jestem turystą. Jestem słuchaczem i obserwatorem. Rozmawiam z właścicielami małych firm, pytam o ich wyzwania, o to, co ich cieszy, co ich martwi, czego potrzebują. Pytam o wartości. I opowiadam o przyrodzie, o etnografii, o dziedzictwie przyrodniczym, o tym, jak nauka może im pomóc, choćby w najmniejszych rzeczach. To jest transfer wiedzy, ale taki, którego nie widać w raportach i tabelach. Cichy, codzienny, oparty na zaufaniu. Ale realny i znaczący.

Warmia jest naturalnym środowiskiem dla idei cittaslow. Tu powolność nie jest wadą, lecz wartością. To powolność, która pozwala zauważyć szczegóły: smak chleba na zakwasie, lemoniadę z pokrzyw, królewieckie marcepany, zapach ziół z przydomowego ogródka, historię ukrytą w starym przepisie lub rekodziele. Lub przyrodę na przystanku autobusowym wymalowaną. W tym klimacie moja popularyzacja nauki znajduje swoje miejsce. Bo nauka też potrzebuje uważności. Potrzebuje zatrzymania się, rozmowy, wspólnego odkrywania. Współtworząc Wimlandię czy nawet tak nieoczywiste projekty jak „maść czarownic do latania”, uczyłem się, że lokalność jest przestrzenią twórczą. Że współpraca z małymi przedsiębiorstwami może być inspiracją dla dydaktyki, a dydaktyka może być wsparciem dla przedsiębiorców. To właśnie w takich miejscach wspólnie z restauratorami i studentami wspólnie przygotowywaliśmy całkiem nowe potrawy z owadami. I je z ciekawością jedliśmy... Satysfakcja z odkrywania i ze spotkania. Oraz ze wspólnego działania, niczym ze wspólnego darcia pierza czy łuskania fasoli. 

Wspólne doświadczenia z wcześniejszej współpracy a teraz skrystalizowane w Warmińskim Szlaku Kulinarnym, stały się jednym z fundamentów kierunku Dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze. Bo dziedzictwo to nie tylko zabytki i rezerwaty. To także smak, zapach, sposób wytwarzania, opowieści przekazywane przy stole. Albo opowiadane w Radiu Olsztyn lub pisane na blogu. Kiedy prowadzę zajęcia, często wracam do tych rozmów z regionu. Do historii o tym, jak powstaje lokalny kozi ser, jak prowadzi się małą pasiekę, jak zmienia się krajobraz w oczach ludzi, którzy żyją z ziemi i z turystyki. Studenci słyszą wtedy nie teorię, lecz żywą praktykę. A ja – dzięki tym spotkaniom – mogę uczyć bardziej autentycznie. A w zasadzie projektować sytuacje edukacyjne. 

Co więc robię na Warmińskim Szlaku Kulinarnym? Wędruję i poszukuję. To moja metoda popularyzacji nauki – szeroka, otwarta, zanurzona w lokalności. Wędrowanie pozwala mi zobaczyć region nie jako mapę administracyjną, lecz jako sieć powiązań: ludzi, smaków, krajobrazów, mikrohistorii. To także smakowanie tradycji – dosłownie i metaforycznie. Bo tradycja jest jak ekosystem: żyje, zmienia się, adaptuje. Trzeba ją badać, ale też doświadczać. Dlatego blog „Profesorskie Gadanie” znalazł się na mapie Warmińskiego Szlaku Kulinarnym. Nie jako przewodnik kulinarny, lecz jako towarzysz drogi. Jako miejsce, gdzie spotykają się nauka, lokalność i opowieść. W bardzo dobrym i kreatywnym towarzystwie, bo Warmia potrafi łączyć ludzi, którzy chcą działać z pasją.

A ja? Ja po prostu idę dalej. Słucham, opowiadam, smakuję, zapisuję. I wierzę, że właśnie tak wygląda współczesny uniwersytet otwarty: zakorzeniony i ukorzeniony w swojej społeczności, obecny w jej codzienności, gotowy do rozmowy.