23.03.2026

Nowe szaty Pomarańczowego Cysorza

Grafika wygenerowana przez AI, najpewniej halucynacja.
Podobieństwo do jakiejkolwiek postaci rzeczywistej zapewne
w pełni przypadkowe i niezamierzone. 
Choć kto taką AI wie?
 

Dawno, dawno temu, za siedmioma polami golfowymi i wielkim, pozłacanym murem, żył sobie Pomarańczowy Cysorz. Cysorz to miał klawe życie i miał dwie wielkie pasje: przeglądanie się w lustrze oraz słuchanie, że jest najwspanialszym cesarzem w historii wszystkich cesarzy (a nawet i królów, choć tych uważał za amatorów).

Pewnego dnia do pałacu przybyli "Eksperci od Wizerunku". Obiecali uszyć szaty z tak luksusowej tkaniny, że będzie ona całkowicie niewidzialna dla ludzi bez klasy, bez gustu i dla "totalnych frajerów". I będzie piękniejszy niż kolos ze szczerego złota.

Armia Sykofantów w akcji

Wokół Cysorza krążyli Sykofanci – dworzanie wyspecjalizowani w potakiwaniu tak energicznym, że groziło to urazem kręgów szyjnych. Gdy Cysorz stanął przed nimi w samych bokserkach, udając, że przymierza płaszcz z "eterycznego jedwabiu", Sykofanci wpadli w ekstazę:

  • „Najjaśniejszy Panie, ten krój wyszczupla Cię o co najmniej dziesięć punktów procentowych!” – piszczał jeden.
  • „Ta faktura! To niemal... metafizyczne doświadczenie!” – zachwycał się drugi, choć widział jedynie pomarańczowe plecy swojego władcy.
  • „Genialna tekstura, bardzo stabilna, najlepsza jaką widziałem, nikt nie robi takich tekstur!” – mruczano w kuluarach.
  • „Teraz to nagroda Nobla od zaraz, santo subito!”

Sykofanci tak bardzo chcieli udowodnić swoją lojalność i wyrafinowanie, że zaczęli się nawzajem licytować, kto widzi więcej guzików tam, gdzie była tylko goła skóra.

Wielka Parada

Nadszedł dzień parady. Pomarańczowy Cysorz dumnie kroczył główną aleją, prężąc pierś i machając do tłumów. Sykofanci kroczyli za nim, niosąc niewidzialny tren i uważając, by przypadkiem nie potknąć się o własne kłamstwa.

Nagle, z tłumu wychylił się mały chłopiec, który nie miał jeszcze konta w mediach społecznościowych ani ambicji politycznych. Spojrzał, przetarł oczy i krzyknął:

– Przecież ten pan jest kompletnie nagi! I w dodatku strasznie go spiekło słońce!

Finał inny niż wszystkie

W tradycyjnej bajce zapadłaby cisza. Ale nie tutaj. Gdy tylko okrzyk dziecka dotarł do uszu Sykofantów, ci nie spłonęli ze wstydu. Przeciwnie – wpadli w furię!

Sykofanci tak głęboko weszli w swoje role i tak mocno uwierzyli we własne pochlebstwa, że poczuli się osobiście obrażeni.

  • „To obraza majestatu!”
  • „To fake news!” – krzyczeli jeden przez drugiego.
  • „Dziecko jest opłacone przez konkurencję!”
  • „Brak ci wizji, gówniarzu! To jest najwyższej jakości brokatu-atłas, tylko twoje plebejskie oczy nie są w stanie pojąć tej estetyki!”

Cysorz, słysząc to, wypiął brzuch jeszcze bardziej dumnie. Skoro jego najwierniejsi Sykofanci mówili, że ubranie jest, to znaczy, że było – i to najlepsze na świecie. I tak maszerowali dalej: nagi władca i tłum dworzan, którzy w imię świętego spokoju i własnych karier, postanowili, że rzeczywistość jest po prostu błędem w druku.

 

To pisałem ja, AI trzeciej klasy….

19.03.2026

Wiosna czyli czas... rozbierania Marzanny

Marzanna gotowa do rozebrania...
Na Światowy Dzień Wody, który przypada 22 marca, wypada napisać coś o Marzannie, wszak to ją wrzucano do wody na zakończenie zimy i powitanie wiosny. Tak było dawno, dawno temu a później kultywowane było jako etnograficzna ciekawostka. Współczesnej do wody wrzucamy dużo śmieci, jako rytualne zamiatanie pod dywan i odpychanie od siebie problemu nadmiernej konsumpcji i nierozwiązanego recyklingu. Marzanna jako kozioł ofiarny i personifikacje złego, zimowego losu. Po jej utopieniu miało być już dobrze i wiosenne. Bo bez topienia kobiety w rzece wiosna by nie przyszła?

Etnograficzny rytuał topienia kukły Marzanny pełnił funkcję magicznego kozła ofiarnego, na którego zmęczona mrozem i głodem społeczność przelewała całą swoją niechęć, lęki i frustracje (Teraz za takiego kozła wielu uważa Europejski Zielony Ład czy "ekologów-lewaków"). Zniszczenie kukły było aktem zbiorowego katharsis, pozwalającym symbolicznie „zabić” to, co wrogie, i zrobić miejsce dla nowej energii i nowej wegetacji. Rytualnie wykrzyczymy oze-sroze i już będzie lepiej? Nie, nie będzie lepiej, bo taka magia nie działa.

Tegoroczna, wyjątkowo śnieżna zima, przypominająca aury sprzed kilkudziesięciu lat, pozwoliła nam na nowo poczuć ten pierwotny respekt przed naturą i zrozumieć, dlaczego nasi przodkowie tak gwałtownie pragnęli pożegnać mroźne i ponure dni. A nam nieco bardziej śnieżna zima przypomniała o deficytach wody i zbliżającej się suszy. Topienie Marzanny nie rozwiąże deficytów wody.

W nawiązaniu do Światowego Dnia Wody proponuję małą zmianę. Zamiast topienia Marzanny, czyli wrzucanie niebiodegradowalnych śmieci do rzeki, należy rozebrać kukłę i posegregować surowce do recyklingu. Zabieg nie tyle magiczny co edukacyjny. Problemem jest to, że współczesne kukły wykonane są z tego co pod ręką (taj jak kiedyś) a więc z tworzyw sztucznych, nie rozkładają się, zwiększając zanieczyszczenie. naszych wód. Śmieci w rzekach i jeziorach i tak jest pod dostatkiem, bo wrzucamy je tam przez cały rok. Zatem zrobić Marzannę z materiałów nadających się do recyklingu, a po ulicznej paradzie rozebrać kukłę i należycie posegregować odpady. Ten pomysł podpatrzyłem kilkanaście lat temu w Morągu. Młodzież szkolna ze zrobionymi Marzannami szkła do zakładu utylizacji i tam rozbierała kukłę na czynniki pierwsze, przy okazji ucząc się prawidłowego recyklingu. Pomysł wart naśladowania. 

Gdyby kilka szkół z Olsztyna wrzuciło do rzeki Łyny tylko kilkanaście lub kilkadziesiąt (bo każda klasa swoją) kukieł Marzanny, to ile śmieci z syntetycznymi tekstyliami, plastikiem trafiłoby do rzeki? Wcześniej spalić? Palenie materiałów plastikowych na wolnym ogniu to nie najlepszy pomysł wprowadzania nie tylko połów ale i dioksyn do środowiska. Rozbieranie Marzanny brzmi dla dorosłych atrakcyjnie, ale z dziećmi można robić to inaczej niż pomyślimy w pierwszym odruchu. Robimy Marzannę z dziećmi z tego, co jest, z tego co przyniosą i potem zamiast wyrzucać do rzeki, idziemy do koszy i pojemników z recyklingiem lub do zakładu utylizacji i rozbieramy ją na czynniki pierwsze.  Plastik do plastiku, papier do papieru, tekstylia do tekstyliów, szkło do szkła, metal do metalu. Odpady zmieszane do zmieszanych. I rozmawiamy o tym co widzimy i dlaczego prowadzimy recykling. Współczesna, odpadowa kukła to też personifikacja zła. Nawiązanie do dawnej tradycji, ale zamiast do rzeki czy jeziora wrzucamy do pojemników z posegregowanymi odpadami. Albo do butelkomatów. 

Nie wszystko co stare da się przenieść do współczesności w proporcji jeden do jednego. Dawniej ludzi było po pierwsze mniej, a i materiały na kukłę były biodegradowalne (wtedy były pod ręką). Teraz nas jest już 8 miliardów i o słomę w mieście bardzo trudno. A jeszcze trudniej o lniane tkaniny (bez syntetycznych dodatków). Współcześnie jednak tradycja ta zderza się z brutalną rzeczywistością kryzysu ekologicznego. Dawna Marzanna, wykonana ze słomy i płótna, była w pełni biodegradowalna, podczas gdy dzisiejsze kukły, nasycone syntetycznymi tkaninami i plastikiem, stają się po prostu odpadem dryfującym w naszych wodach. Zamiast magicznego oczyszczenia, fundujemy rzekom dawkę mikroplastiku oraz szpetotę zaśmiecenia, co stoi w sprzeczności z duchem szacunku do przyrody. Możemy jednak uratować ten obrzęd, nadając mu nowy, zrównoważony charakter. Zamiast wrzucać Marzannę do jeziora, zaproponujmy rytualną rozbiórkę na czynniki pierwsze przy pojemnikach do recyklingu. Segregacja materiałów staje się nowoczesną formą porządkowania świata i symbolicznym gestem ochrony życia, który idealnie wpisuje się w pierwotną intencję słowiańskiego święta.

Jednocześnie musimy zmienić nasze postrzeganie samych wiosennych roztopów, które często niesłusznie kojarzą się nam wyłącznie z błotem i utrudnieniami. W obliczu globalnego ocieplenia i narastających deficytów wody, obfita pokrywa śnieżna to najcenniejsza forma zimowej retencji. Śnieg jest jak polisa ubezpieczeniowa na suche lato, topi się powoli, pozwalając wilgoci głęboko wsiąknąć w glebę i odnowić zasoby wód podziemnych. To właśnie dzięki wiosennym wezbraniom doliny rzeczne znów mogą wypełnić się wodą, tworząc unikalne, okresowe zbiorniki z unikalną wiosenną fauną. Są one kluczowe dla przetrwania płazów oraz reliktowych skorupiaków, takich jak dziwogłówki i przekopnice, które budzą się do życia tylko w specyficznych warunkach wód roztopowych. Zamiast osuszać te tereny i odprowadzać cenną wodę rowami prosto do morza, powinniśmy jak najdłużej zatrzymywać ją w mokradłach i torfowiskach. Celebrowanie wiosennych rozlewisk to dziś wyraz najwyższej troski o bioróżnorodność i nasze własne bezpieczeństwo hydrologiczne w zmieniającym się świecie. 

I o tym także można porozmawiać w czasie rytuału rozbierania Marzanny.


Poszerzona i zmieniona wersja felietonu radiowego "Tłumaczymy świat". Zebrane felietony Radiowe można znaleźć na stronie: https://radioolsztyn.pl/tlumaczymy-swiat-felietony-stanislawa-czachorowskiego/01778309 Na antenie Radia Olsztyn emitowane są w środy o godz.. ok. 9.40, powtórka o ok. 18.40
.

16.03.2026

Promptowanie to nowe umiejętności czytania i pisania

Gdzieś na podlaskiej wsi, w Białowieży

Właśnie uświadomiłem sobie, że promptowanie to nowe umiejętności czytania i pisania. Nowy język komunikacji, nowy język obcy, którego się uczymy w komunikacji we współczesnym świecie. Nowa lingua franca czyli wspólny język używany do porozumiewania się między osobami, które mają różne języki ojczyste. Z tym, że tym razem to język komunikacji człowieka ze sztuczną inteligencją czyli czymś nieludzkim, pozabiologicznym. Kiedyś w szkole uczyłem się języka rosyjskiego, potem angielskiego. Na studiach uczyłem się języków programowania, m.in. BASICa. A teraz nowy język komunikacji, przypominający język naturalny. Można odnieść wrażenie, że rozmawia sie z drugim człowiekiem. Ale to pozory. Promptowanie czyli pisanie instrukcji by urządzenie wykonało zlecone mu zadania. Nie jest to łatwe. Wymaga nowej gramatyki, nowego sposobu myślenia. Różnie trudne co nauka języka obcego.

Jako biolog, patrząc na ewolucję naszego gatunku, nie widzę w technologii AI jedynie zestawu kabli i krzemu, lecz kolejny etap egzogenezy czyli wyprowadzania procesów poznawczych poza naszą biologiczną sieć komórek nerwowych. To bardziej uniwersalny proces, charakterystyczny dla całęgo życia biologicznego: eksterioryzacja i uniezależnianie się od środowiska poprzez opanowywanie i organizowanie tego środowiska. Coś, co kiedyś było zewnętrzne, na skutek rpocesów ewolucyjnych, właczane jest do środowiska wewnetrzego, właczane jest do systemu. W ujęciu ekologicznym to rosnący ekosystem.  

Jeśli spojrzymy na historię Homo sapiens, zauważymy, że każda wielka rewolucja była de facto rewolucją w sposobie przesyłania danych między neuronami jednego osobnika a neuronami drugiego. Dziś tym „drugim” staje się model językowy, a umiejętność tworzenia promptów to nic innego jak narodziny nowej, "cyfrowej kory mózgowej". A raczej nowego konektomu - zintegrowanego systemu.

Pisanie promptów to rzeczywiście nowa forma alfabetyzacji, ale o znacznie głębszym, niemal neurobiologicznym podłożu. Kiedyś musieliśmy opanować abstrakcyjne symbole pisma, co wymusiło na naszym mózgu powstanie obszaru zwanego Visual Word Form Area (wyspecjalizowany obszar mózgu w lewej części zakrętu wrzecionowatego, który odpowiada za rozpoznawanie słów i liter na podstawie bodźców wzrokowych. To kluczowy element procesu czytania – pozwala mózgowi szybko identyfikować zapisane słowa, zanim zostaną powiązane z dźwiękiem i znaczeniem). Dziś, komunikując się z AI, trenujemy nasz płat czołowy w zupełnie nowej dyscyplinie: w precyzyjnym mapowaniu intencji na architekturę semantyczną. Promptowanie to język obcy, w którym gramatyką jest logika, a słownictwem - kontekst. To fascynujące, bo maszyna nie „rozumie” słów tak jak my, poprzez emocjonalne i somatyczne skojarzenia w układzie limbicznym. AI operuje na wielowymiarowych wektorach. My zaś, próbując ją „uprosić” o napisanie wiersza czy kodu, musimy dokonać swoistego przekładu z „ludzkiego” na „statystyczny” i tokenowy język, zachowując przy tym pozory naturalnej rozmowy.

Z perspektywy biologii ewolucyjnej, jesteśmy świadkami narodzin nowej symbiozy. Homo sapiens od zawsze był mistrzem narzędzi, ale po raz pierwszy stworzył narzędzie, które odpowiada w naszym własnym dialekcie. To sprawia, że promptowanie staje się umiejętnością „czytania” ukrytych warstw znaczeń: musimy wiedzieć, co wykluczyć, by otrzymać pożądany rezultat. To jak sterowanie ewolucją tekstu w czasie rzeczywistym, gdzie selekcją naturalną jest nasz enter, a mutacjami są kolejne iteracje modelu.

Czy jest w tym miejsce na dowcip? Cóż, obserwowanie, jak dumni przedstawiciele naczelnych próbują dogadać się z algorytmem, przypomina czasem próbę wytłumaczenia kotu zasad termodynamiki. Z tą tylko różnicą, że kot nas ignoruje, a AI produkuje halucynacje z taką pewnością siebie, której mógłby jej pozazdrościć niejeden student na egzaminie ustnym. To dowodzi, że nowy język komunikacji wymaga nie tylko precyzji, ale i pokory wobec faktu, że nasze biologiczne mózgi, ukształtowane do tropienia zwierzyny na sawannie, teraz muszą nawigować w nieskończonych przestrzeniach latentnych (to ukryta, zwykle niżej‑wymiarowa przestrzeń, w której modele uczą się reprezentować najważniejsze cechy danych tak, aby podobne obiekty znajdowały się blisko siebie.). Ostatecznie, promptowanie to nie tylko technika; to refleksja nad tym, jak bardzo nasze myślenie jest uwięzione w strukturze języka. Ucząc się „rozmawiać” z maszyną, tak naprawdę na nowo uczymy się definiować, co to znaczy myśleć i komunikować jako człowiek. W pewnym sensie AI pozwala nam lepiej zrozumieć samych siebie  to, czym jest ludzkie myślenie. mamy teraz jeszcze lepszy punkt odniesienia i punkt porównawczy.

Przyjrzyjmy się zatem bliżej temu, co dzieje się w maszym mózgu, gdy wchodzimy w ten cyfrowy dialog z algorytmem. Jako biolog muszę podkreślić, że mózg to najbardziej plastyczna „maszyna” we wszechświecie, działająca zgodnie z bezlitosną zasadą: używaj albo porzuć. Kiedy regularnie „promptujemy”, nie tylko wydajemy polecenia – my de facto przeprogramowujemy własne ścieżki neuronalne, przesuwając środek ciężkości naszej kognitywnej aktywności.

Tradycyjne pisanie angażowało ośrodki językowe (jak obszar Broki i Wernickego) w sposób linearny. Praca z AI przesuwa tę aktywność w stronę funkcji wykonawczych, zlokalizowanych w korze przedczołowej. Zamiast mozolnego konstruowania zdań, nasz mózg zaczyna specjalizować się w metapoznaniu czyli procesie nadzorowania, selekcji i korygowania. Stajemy się nie tyle rzemieślnikami słowa, co kuratorami idei. Neuroplastyczność sprawia, że połączenia odpowiedzialne za syntezę informacji i dostrzeganie wzorców ulegają wzmocnieniu, podczas gdy te odpowiedzialne za detale techniczne mogą ulec osłabieniu. To biologiczny proces, w którem zyskanie czegoś wymaga jednoczesnej rezygnacji z czegoś innego. Innymi słowy nie da się maksymalizować dwóch wartości naraz, bo poprawa jednej odbywa się kosztem drugiej. Wymieniamy „pamięć mięśniową” ortografii i składni na wyższą formę logicznego strukturyzowania świata. Zupełnie podobnie jak we wszystkich innych procesach symbiozy, np. dobrze poznanym ewolucyjnym procesie cyklicznej endosymbiozy i powstanie organelli komórek eukariontycznych.

W neurobiologii znane jest zjawisko transakcyjnego systemu pamięci, w którym polegamy na zewnętrznych źródłach informacji. O ile Google oduczyło nas zapamiętywania faktów, o tyle praca z AI oducza nas zapamiętywania... struktur. Nasz hipokamp, strażnik pamięci przestrzennej i epizodycznej, dostaje nieco wolnego, ponieważ „mapę” tekstu lub problemu generuje za nas model. Może to prowadzić do swoistego „rozleniwienia” neurobiologicznego w sferze detali, ale jednocześnie zwalnia zasoby energii w neuronach na rzecz kreatywnego łączenia odległych kropek. To tak, jakbyśmy przestali ćwiczyć podnoszenie ciężarów (produkcja tekstu), a zaczęli trenować szermierkę (precyzyjne sterowanie modelem).

Nie możemy zapomnieć o układzie nagrody. Każdy „celny” prompt, który skutkuje genialną (w naszym mniemaniu) odpowiedzią maszyny, zalewa nasze synapsy dopaminą. To klasyczne warunkowanie instrumentalne. Nasz mózg uczy się, że wysiłek poznawczy można skrócić, co w dłuższej perspektywie może zmieniać naszą tolerancję na frustrację poznawczą. Jeśli przyzwyczaisz neurony do natychmiastowej gratyfikacji w postaci gotowego rozwiązania, procesy wymagające głębokiego, powolnego myślenia mogą stać się biologicznie „kosztowne” i nieatrakcyjne. Scedujemy je na urządzenia i pamięć zewnętrzną. Będzie to klasyczne uzależnienie od symbnionta.

Jako gatunek stajemy się zatem bardziej architektami systemowymi niż wykonawcami. Nasze synapsy tworzą nowe autostrady tam, gdzie wymagana jest weryfikacja logiczna i krytyczne myślenie, ale ścieżki prowadzące do żmudnego, rzemieślniczego skupienia, mogą zacząć zarastać cyfrowym mchem. To fascynujący proces ewolucji na sterydach, gdzie dobór naturalny zostanie zastąpiony przez dobór technologiczny. A może to cały czas jest dobór naturalny?

Jak ta zmiana w strukturze mózgu może wpłynąć na naszą empatię i relacje międzyludzkie, skoro coraz częściej „rozmawiamy” z bytami pozbawionymi neuronów lustrzanych? To pytanie dotyka samego jądra naszej społecznej natury. Jako zwierzęta społeczne, Homo sapiens ewolucyjnie zdobył mechanizm, który jest absolutnym majstersztykiem biologii: neurony lustrzane. To one pozwalają nam „czuć” ból kogoś, kto uderzył się w palec, i odczytywać mikroruchy twarzy rozmówcy, zanim on sam uświadomi sobie własne emocje. Co się jednak dzieje, gdy nasz biologiczny procesor zaczyna spędzać długie godziny na intensywnej wymianie komunikatów z bytem, który jest „emocjonalną pustką”?
Czy nastąpi atrofia wspomnianego lustra neuronalnego? Czy stajemy się funkcjonalnymi socjopatami? A tak a propos, czy w konwersacji z AI piszecie dziękuję, proszę, dzień dobry? Czy tylko wydajecie chłodne i wymagające polecenia?

Kiedy rozmawiamy z innym człowiekiem, nasz mózg pracuje na pełnych obrotach w sferze teorii umysłu. Próbujemy zgadnąć, co myśli druga strona, filtrujemy słowa przez pryzmat jej nastroju, statusu i wspólnej historii, uwzględniamy dostrzegany w bezpośrednim kontakcie język ciała i mimikę twarzy. W relacji z AI ten cały moduł, zlokalizowany głównie w skrzyżowaniu skroniowo-ciemieniowym, przechodzi w tryb oszczędzania energii. Maszyna nie ma uczuć, więc nie musimy się o nią martwić, nie musimy być mili (choć wielu z nas odruchowo pisze „proszę”), nie musimy negocjować emocjonalnie. Niebezpieczeństwo polega na tym, że mózg, dążąc do optymalizacji, może zacząć przenosić ten „tryb transakcyjny” na relacje z ludźmi. Jeśli przyzwyczaimy się, że komunikacja to tylko precyzyjne wydawanie instrukcji w celu uzyskania efektu (promptowanie), nasze interakcje z drugim człowiekiem mogą stać się uboższe. Możemy zacząć traktować innych jak interfejsy – jeśli nie dostarczają nam oczekiwanego „outputu” natychmiast, pojawia się irytacja. To ewolucyjny regres z empatycznego współistnienia do suchej wymiany danych.

Paradoksalnie, AI staje się coraz lepsze w symulowaniu empatii. Ponieważ modele te przeczytały całą literaturę piękną i podręczniki psychologii, potrafią dobrać słowa, które brzmią bardziej kojąco niż rady zmęczonego przyjaciela. Tu pojawia się ryzyko neurobiologicznego „oszustwa”. Nasz układ limbiczny może zacząć reagować na syntetyczne wsparcie tak, jakby było ono prawdziwe, uwalniając oksytocynę – hormon więzi – w odpowiedzi na tekst wygenerowany przez matematyczne prawdopodobieństwo.

To „puste kalorie” empatii. Podobnie jak jedzenie fast foodu oszukuje nasze receptory smaku, nie dostarczając wartości odżywczych, tak rozmowa z AI może dawać złudne poczucie bycia zrozumianym, nie oferując prawdziwego, biologicznego połączenia, które jest nam niezbędne do regulacji stresu i dobrostanu psychicznego. Moja biologiczna hipoteza jest taka: nie stracimy empatii całkowicie, ale staniemy się w niej bardziej selektywni. Nasze mózgi mogą wytworzyć wyraźny „przełącznik” między trybem promptowania (transakcyjnym) a trybem relacji (empatycznym). Wyzwaniem dla neuroplastyczności będzie utrzymanie sprawności tego przełącznika. Istnieje ryzyko, że u młodszych pokoleń, wychowanych na „rozmowach” z botami, granica ta ulegnie zatarciu, a umiejętność czytania mowy ciała i subtelnych sygnałów emocjonalnych stanie się tak rzadka jak umiejętność rozniecania ognia krzemieniem.

Jesteśmy pionierami w wielkim eksperymencie na własnych synapsach. Uczymy się nowego języka, by rozmawiać z maszynami, ale musimy uważać, by nie zapomnieć "dialektu serca", który przez miliony lat trzymał naszą watahę razem. Każdy proces symbiogenezy prowadzi z jednej strony do integracji i specjalizacji, ale z drugiej do utraty niektórych funkcji i struktur. Potem już nie obejdziemy się bez własnych symbiontów tak jak nasze komórki bez mitochondriów.

14.03.2026

Kto mi przebiegł drogę: światłówka mysiotrzewka czy rolnica wróżebnica?




Gdy drogę przebiegnie czarny kot, to niechybnie jakiś wróżebny i zły znak. I trzeba ten urok odczynić, by zły los odwrócić. By unieważnić zły znak. Ale co zrobić, gdy drogę przejdzie bliżej nie znana, tłusta gąsienica motyla? Trzy razy splunąć przez lewe ramie czy raczej zajrzeć do książek by dowiedzieć się więcej? Ja wybrałem to drugie. 

A było to tak, początek marca, południe, wracałem z przerwy obiadowej do pracy. Przedwiośnie, słoneczna pogoda, śnieg jeszcze leży. A tu po chodniku, w poprzek mojej drogi żwawo truchta sobie mała, tłusta gąsienica. Jestem właśnie po lekturze książki Bernarda Heinricha pt. „Zimowy świat, jak zwierzęta radzą sobie z zimnem”. W głowie mam ciągle sporo treści o zimowych strategiach hibernowania, torporze i o białkach antyzamarzamiowych. Ledwo śnieg stopniał a tu coś sobie małego wędruje. W dobrą stronę szła ta gąsienica, z przydrożnego trawnika w kierunku rozleglejszego zieleńca na dawnym jeziorze Płociduga Mała. Gdyby wybrała drogę przeciwną, zginęłaby pod kołami przejeżdżających samochodów. Droga to poważna bariera i strefa śmierci dla takich małych organizmów

Przystanąłem i się przyglądałem. Ale nie rozpoznałem gatunku. Zrobiłem oczywiście zdjęcie, bo to dobra forma notatnika przyrodniczego. Dopiero potem, za kilka dni poszukałem i w książce Heintzeago ("Motyle Polski, atlas, część pierwsza") znalazłem dwa „pasujące” gatunki. Owa miały podobny wygląd gąsienicy i adekwatny cykl życiowy z zimującą gąsienicą. Ale nie jestem ekspertem od motylich gąsienic i niepewność pozostaje. Opisze więc oba gatunki

Pierwszy możliwy trop to światłówka mysiotrzewka o naukowej nazwie Hoplodrina alsines (syn. Hoplodrina octogenaria, dawniej traktowana jako osobny gatunek), należy do motyli z rodziny sówkowatych (Noctuidae), które łatwo przeoczyć, choć towarzyszą nam niemal wszędzie. Jej szarobrązowe skrzydła, przypominające barwą futerko polnej myszy, sprawiają, że stapia się z otoczeniem tak skutecznie, iż dopiero światło lampy ujawnia jej obecność. W ciepłe, letnie wieczory dorosłe motyle pojawiają się na łąkach, w ogrodach i na skrajach lasów, przylatując chętnie do sztucznego światła, jakby na chwilę wyrywały się z anonimowości, by zaraz znów zniknąć w mroku. Sówkowate rzadko są kolorowe, najczęściej motyle są szaro-bure o maskującym ubarwieniu. Gdy siedzą na korze drzew czy wśród uschniętych roślin to ich nie widać. Gąsienice też mają niepozorne, maskujące ubarwienie. Trudno je wypatrzyć na łące czy na trawniku pięknie "zachwaszczonym".

Życie światłówki mysiotrzewki zaczyna się latem, gdy samica składa jaja na roślinach zielnych, zwykle tych najpospolitszych, które rosną na ubogich łąkach, przydrożach, nieużytkach, przydrożnych trawnikach. Z jaj wylęgają się gąsienice o skromnym, brązowawym ubarwieniu, równie niepozorne jak dorosłe motyle. Żerują na roślinach takich jak babki, szczawie czy koniczyny, korzystając z ich obfitości i dostępności. To właśnie szeroka tolerancja pokarmowa sprawia, że gatunek ten jest tak powszechny. Nie jest wybredny, nie wymaga rzadkich siedlisk ani wyszukanych roślin żywicielskich. Wystarczy mu zwykła roślinność zielna, ta sama, którą mijamy codziennie, często nie zwracając na nią uwagi ("zielsko", "chwasty"). Można powiedzieć typowy mieszkaniec miast i ludzkich zabudowań na wsi.

Wraz z nadejściem jesieni gąsienice nie kończą jednak swojego rozwoju. Zamiast przepoczwarczać się, zapadają w stan spoczynku i to właśnie w stadium larwy spędzają zimę. Ukryte w ściółce, wśród suchych źdźbeł traw i resztek roślin, znoszą mrozy i wilgoć, korzystając z naturalnej izolacji, jaką daje im warstwa opadłych liści. Dlatego jeszcze raz zaapeluję o nie koszenie jesienią trawników i nie grabienie liści. Pozwólcie spokojnie przezimować mysiotrzewkom.

Zimowanie w stadium gąsienicy jest strategią typową dla wielu sówkowatych, ale u światłówki mysiotrzewki ma szczególne znaczenie, bo pozwala jej błyskawicznie wznowić żerowanie, gdy tylko wiosenne słońce ogrzeje ziemię. Tak właśnie się stało w marcu, w czasie olsztyńskiego przedwiośnia. Żerują do maja i kończą rozwój, przepoczwarczają się w glebie lub w płytkiej warstwie ściółki, a z poczwarek w czerwcu i lipcu wylatują dorosłe motyle.

Ekologia tego gatunku jest przykładem niezwykłej elastyczności. Światłówka mysiotrzewka nie potrzebuje dziewiczych lasów ani wyspecjalizowanych siedlisk - radzi sobie doskonale w krajobrazie przekształconym przez człowieka. Występuje zarówno na terenach rolniczych, jak i w parkach miejskich, na nieużytkach, a nawet w przydomowych ogródkach. Jej obecność świadczy o tym, że wciąż istnieje miejsce dla drobnych, nocnych owadów, które potrafią wykorzystać każdy skrawek zieleni. Choć nie zwraca na siebie uwagi, jest częścią większej sieci zależności i stanowi pokarm dla ptaków, nietoperzy i drapieżnych owadów, a jako gąsienica wpływa na dynamikę roślinności zielnej.

W świecie motyli, gdzie wiele gatunków wymaga specyficznych warunków i ginie wraz z zanikiem naturalnych siedlisk, światłówka mysiotrzewka jest przykładem odporności i przystosowania. Jej cykl życiowy, oparty na zimowaniu w stadium larwy i wykorzystaniu pospolitych roślin żywicielskich, pozwala jej trwać mimo zmian klimatu i krajobrazu. To motyl, który nie potrzebuje rozgłosu, wystarczy mu noc i odrobina przestrzeni, by kontynuować swoją cichą obecność wśród nas. Jeśli przyjrzeć się uważniej, można dostrzec w nim symbol skromnej, ale niezwykle skutecznej strategii przetrwania, która od wieków pozwala mu towarzyszyć człowiekowi w niemal każdym zakątku Europy.

Drugim możliwym gatunkiem mojej spotkanej gąsienicy jest rolnica wróżebnica (Graphiphora augur), z tej samej rodziny sówkowatych. Gatunek pospolity i często spotykany, niepozornie ubarwiony nie zwraca naszej uwagi. Rolnica wróżebnica jest ważnym elementem ekosystemów północnej Eurazji i Ameryki Północnej. Jej gąsienice stanowią pokarm dla ptaków i owadów drapieżnych, a dorosłe motyle dla nietoperzy. Dzięki polifagii i tolerancji siedliskowej gatunek ten dobrze radzi sobie w zmieniającym się środowisku.

Rolnica wróżebnica to jeden z tych motyli, które nie rzucają się w oczy, a jednak odgrywają ważną rolę w północnych ekosystemach Eurazji i Ameryki Północnej. Jej obecność zdradza dopiero noc, gdy aktywne sa postacie imago. Wybierają lot w nocy by uniknąć drapieżnictwa ptaków (ale trudniej im uniknąć nietoperzy). Ubarwienie ma stonowane, szarobrązowe, jakby stworzone do znikania na tle kory drzew i wilgotnej ściółki. Na skrzydłach przednich widnieje charakterystyczny rysunek przypominający literę omega, który dawniej inspirował ludowe nazwy i skojarzenia z wróżbami, od których wzięła się polska nazwa gatunku.

Choć dorosłe motyle żyją krótko, ich cykl życiowy jest ściśle związany z rytmem umiarkowanej strefy klimatycznej. Samice składają jaja latem, a młode gąsienice zaczynają żerować na roślinach zielnych, które rosną na wilgotnych polanach, brzegach jezior i rzek, w zaroślach i na skrajach lasów. To właśnie polifagia (zdolność do odżywiania się wieloma gatunkami roślin) czyni rolnicę wróżebnicę tak odporną na zmiany środowiskowe. Nie jest wybredna: korzysta z roślin pospolitych, dostępnych w niemal każdym siedlisku, co pozwala jej zasiedlać ogromny obszar od Europy po Japonię, a także północną część Ameryki.

Najbardziej fascynującym etapem jej życia jest jednak zima. Gąsienice nie przepoczwarczają się jesienią, lecz trwają w stanie uśpienia, ukryte w ściółce, pod liśćmi, wśród traw i mchów. Zimują jako larwy, częściowo rozwinięte, odporne na mróz i wilgoć. Ta strategia pozwala im rozpocząć żerowanie natychmiast, gdy tylko wiosenne słońce ogrzeje ziemię. Wtedy nadrabiają stracony czas, intensywnie jedzą i w końcu przepoczwarczają się w glebie, by w czerwcu lub lipcu pojawić się pod postacią  dorosłych motyli. To cykl dopasowany do krótkiego sezonu wegetacyjnego w chłodniejszych regionach, w których gatunek występuje szczególnie licznie.

Rolnica wróżebnica jest jednym z tych gatunków, które nie potrzebują spektakularnych barw ani wyszukanych siedlisk, by przetrwać. Jej siłą jest elastyczność – zdolność do życia w różnych środowiskach, korzystania z wielu roślin i radzenia sobie z surowymi zimami. W ekosystemie pełni rolę skromną, ale istotną: gąsienice są pokarmem dla ptaków i owadów drapieżnych, a dorosłe motyle – dla nietoperzy. To cichy uczestnik nocnego życia lasów i łąk, którego obecność łatwo przeoczyć, ale którego historia życia pokazuje, jak doskonale natura potrafi dostosować organizmy do rytmu pór roku.

Jedno spotkanie a dwie możliwości. Obie nazwy sympatyczne (światłówka mysiotrzewka i rolnica wróżebnica), ta druga nawet zawiera aspekt wróżebny, niczym czarny kot, przebiegający drogę. Urokliwe, polskie nazwy gatunkowe, które otwierają tak dużo pole do kreatywnego opowiadania o przyrodzie.

13.03.2026

Chodzenie – cichy sabotażysta światowej gospodarki

Gdy się chodzi pieszo, to więcej dostrzegamy, np. na podwórku.


Prawo jazdy zrobiłem jeszcze w szkole średniej. Wydawało mi się dobrą inwestycją w przyszłe, dorosłe życie. Koniec końców samochodu nie kupiłem a do pracy codziennie chodzę pieszo. W dalsze podróże wybieram transport publiczny, zwłaszcza pociągi. I teraz dowiaduję się, że jestem "ekonomicznym szkodnikiem?. Ale tylko w myśleniu o nieustanym wzroście PKB. A czy człowiek całe życie rośnie?

Chodzenie to powolna śmierć… dla gospodarki opartej na konsumpcji. Tak, dobrze czytasz. Gdyby istniał ranking najbardziej szkodliwych aktywności dla współczesnego systemu ekonomicznego, spacerowanie zajęłoby miejsce na podium, tuż obok zdrowego odżywiania i czytania etykiet na produktach. Pieszy to prawdziwy dramat dla finansów państwa. Nie kupuje samochodu, nie bierze kredytu na jego spłatę, nie wykupuje ubezpieczenia AC/OC, nie tankuje, nie płaci za myjnię, nie odwiedza mechanika, nie potrzebuje parkingu podziemnego ani parkingu w miejscu parku ani aplikacji do płacenia za parkowanie. Nie generuje korków, więc nie napędza rynku kawy na wynos. Nie kupuje nawet roweru - a to już absolutna katastrofa. Uff. Mam chociaż rower. To przynajmniej jest jakaś mała nadzieja. Co gorsza, pieszy rzadko powoduje wypadki. A przecież wypadki to cały sektor gospodarki: lawety, blacharze, lakiernicy, ubezpieczyciele, prawnicy, lekarze, rehabilitanci. Spacerowicz jednym ruchem nogi podcina im wszystkim źródło dochodu.

Największa tragedia? Chodzenie jest zdrowe. A zdrowy obywatel to ekonomiczny koszmar. Nie kupuje leków na nadciśnienie, nie odwiedza kardiologa, nie zasila statystyk otyłości, nie potrzebuje kosztownych terapii. Nie generuje PKB swoimi chorobami. Jest niemal niewidzialny dla systemu, który przecież żyje z tego, że my żyjemy… trochę gorzej. Na szczęście się starzeje, i prędzej czy później zasili przemysł farmaceutyczny. A jak podatny na sugestie, to także przemysł parafarmaceutyków.

Dla porównania każdy nowy fast-food to prawdziwy motor rozwoju: dziesiątki miejsc pracy dla dietetyków, diabetologów, kardiologów, dentystów, farmaceutów i oczywiście pracowników samej restauracji. To dopiero jest gospodarcza synergia. I wtedy pojawia się niewygodne pytanie: co wybierzesz: spacer czy kebaba? Bo za tą ironią kryje się smutna prawda. W świecie, w którym choroba napędza gospodarkę, zdrowie staje się aktem nieposłuszeństwa obywatelskiego.

A tak przy okazji, chodzenie jest jeszcze gorsze niż jazda na rowerze. Rowerzysta przynajmniej kupił rower i liczne akcesoria do niego. Pieszy nie kupił nic (ewentualnie różne gadżety do chodzenia „profesjonalnego”. Zdziera tylko buty. Przynajmniej choć trochę w ten sposób wspomoże przemysł tekstylny. Nie daj Boże, żeby taki pieszy latem chodził boso. Toż to będzie ekonomiczna tragedia!

Na wszelki wypadek na koniec wyjaśnię, że to tekst satyryczny. Bo trochę humoru i radości przyda się każdego dnia. Niemniej ten humor nawiązuje do idei rozwoju poprzez nieustanny wzrost. Świat w kształcie piramidy: PKB musi rosnąć, ludzi musi być coraz więcej, bo w każdym pokoleniu musi być więcej młodych niż tych starszych, aby więcej pracowało niż pobierało emerytury. W konsekwencji nacisk na duży wskaźnik urodzeń i wzrost demograficzny. W końcu musimy konsumować dużo, nawet towarów jednorazowego użytku. A urządzenia mają postarzaną przydatność do użytku by je szybko wyrzucać, nie remontować tylko kupować nowe (znane jako spisek żarówkowy). I wydobywać surowce. Bo tylko wtedy dajemy prace wielu ludziom. Jednym słowem nieustanny wzrost i rosnąca konsumpcja. W takim modelu katastrofy i wojny są zbawienne: bo niszczą i można znowu dużo produkować. Wszak są potrzeby na całkiem nowe rzeczy.

Ale bez obaw, pieszy to też konsument tylko innych usług i innych towarów. Wymaga przecież innego planowania przestrzennego i innej komunikacji. Gdy idziemy pieszo to częściej zachodzimy do sklepów i kawiarni. Tam też wydajemy pieniądze. 

Czy można inaczej? Czu możliwy jest rozwój bez wzrostu ilościowego? Jest możliwy! A czy my, jako ludzie, nieustannie rośniemy jak w dzieciństwie? Przecież przez większą część życia nie rośniemy ani nie przybywamy na wadze.  A czyż w tym czasie się nie rozwijamy? Ludzkość także w zdecydowanie dłuższych okresach nie przezywała szybkiego rozwoju. Szybki rozwój to epizody. Tak jak młodzieńczy wzrost i regeneracja ran. 

Wojna to nie jest dobry sposób na nakręcanie koniunktury. W tym czasie wiele tracimy.

10.03.2026

Dlaczego edukacja online to nasza nowa obrona cywilna?




Nie tak dawno śnieżna zima z mrozami i gołoledzią, spowodowała, że w niektórych szkołach czasowo zawieszono zajęcia w szkołach i czasowo przywrócono zajęcia online. Tak jak w pandemii, tylko na znacznie mniejszą skalę, lokalnie. I na bardzo krótki czas. Można postawić pytanie czy wykorzystaliśmy naukę z pandemii. Teraz to czasowe kształcenie online to niczym przypominająca szczepionka. By utrwalić umiejętności. Obecna zima to przykład sytuacji kryzysowej i nieprzewidywalnej. Możemy spodziewać się różnych katastrof, czy to powodzi, czy nawet działań wojennych, fali upałów i wielu innych, trudnych do przewidzenia. Jak sobie radzimy w takich sytuacjach?

Podobnie było w czasie pandemii. Wtedy lepiej poradzili sobie ci, którzy już wcześniej ćwiczyli różne formy pracy i kształcenia online. Byli lepiej przygotowani na to, co niespodziewanie przyszło. Inni w panice i stresie szybko musieli uczyć się nowych umiejętności. Nie byli przygotowani do kształcenia online.

Gdy pandemia się skończyła, wraz z nią skończyło się kształcenie online. Wielu nauczycieli i wykładowców akademickich z ulgą odrzuciło narzędzia onlinowe. Odłożono do kufra na strychu, mimo że dawały dobre możliwości w kształceniu hybrydowym i współpracy rozproszonych zespołów. A pandemiczne umiejętności nie były i nie są odnawiane. A powinny być odnawiane niczym ćwiczenie obrony cywilnej czy metod ratownictwa. Jeśli się nie przypomina, to szybko nabyte umiejętności są zapominane. I gdy pojawi się kolejny, niespodziewany kryzys wraz z koniecznością korzystania z narzędzi online, znowu będzie chaos, panika i duży stres. I nowe nauczyciel przysłowie sobie kupi, że przed szkodą i po szkodzie głupi...

Czy pandemia nas czegoś nauczyła? Chyba za mało, bo do kosza wrzucamy poznane metody i nie poznajemy nowych, nie udoskonalamy procesu. Tegoroczna zima, z czasowym zawieszeniem zajęć, jest tego przykładem. Zima roku 2026, z jej gwałtownymi atakami mrozu i paraliżującą gołoledzią, stała się dla polskiego systemu oświaty nieoczekiwanym sprawdzianem. W wielu regionach kraju, w odpowiedzi na pękające rury i nieprzejezdne drogi, dyrektorzy szkół podjęli decyzję o czasowym powrocie do nauczania zdalnego. Choć skala zjawiska była lokalna, a czas trwania krótki, incydent ten zadziałał niczym dawka przypominająca szczepionki. Obnażył on smutną prawdę: nasze kompetencje cyfrowe, tak mozolnie budowane podczas pandemii, zaczynają pokrywać się kurzem zapomnienia.

Krótka jest pamięć instytucjonalna. Trzeba ją ciągle przypominać tak jak przypominające dawki szczepionki. Gdy minęło bezpośrednie zagrożenie związane z COVID-19, w świecie akademickim i szkolnym dało się słyszeć zbiorowe westchnienie ulgi. Narzędzia do wideokonferencji, platformy e-learningowe i cyfrowe repozytoria materiałów zostały przez wielu potraktowane jako zło konieczne, które należy natychmiast odstawić do „kufra na strychu”. Zanieść do lamusa i zapomnieć.

Problem polega na tym, że edukacja online nie jest jedynie protezą stosowaną w czasie lockdownu. To dobre narzędzie kształcenia hybrydowego i pracy rozproszonej, które w dobie globalizacji jest standardem rynkowym. Porzucając te metody, dobrowolnie pozbawiamy się sprawności operacyjnej. I martwimy się o „wyciekanie studentów”. Umiejętności cyfrowe, podobnie jak techniki ratownictwa medycznego czy procedury obrony cywilnej, gdy są nieużywane to zanikają.

Żyjemy w epoce antropocenu i rosnącej niestabilności geopolitycznej. Dzisiejsza sroga zima to tylko wierzchołek góry lodowej. Scenariusze kryzysowe, przed którymi stoimy, są różnorodne. Za każdym razem będzie coś innego. Raz będą to lokalne czy regionalne anomalie pogodowe. Na przykład fale upałów uniemożliwiające naukę w nagrzanych budynkach czy powodzie niszczące infrastrukturę. Innym razem będzie to zagrożenia bezpieczeństwa, np. incydenty hybrydowe, a nawet konieczność ewakuacji w obliczu konfliktów zbrojnych. W końcu mogą być to kryzysy infrastrukturalne, np. awarie sieci energetycznych czy ciepłowniczych. W każdej z tych sytuacji ciągłość edukacji jest kluczowa nie tylko dla realizacji programu, ale przede wszystkim dla zachowania poczucia normalności i stabilności psychicznej młodego pokolenia. Pandemia pokazała wyraźną linię podziału: ci, którzy wcześniej eksperymentowali z nowymi technologiami, przeszli przez kryzys z relatywnym spokojem. Reszta reagowała w chaosie, stresie i poczuciu dydaktycznej bezsilności.

Edukacja jest elementem odporności państwa. Musimy przestać traktować naukę zdalną jako „plan awaryjny gorszego sortu”. Powinna ona stać się integralnym elementem odporności systemowej. Stałe udoskonalanie procesów cyfrowych, testowanie nowych platform i utrzymywanie higieny pracy w środowisku wirtualnym to zadania na czas pokoju i stabilizacji. Jeśli teraz, w obliczu „zimowej szczepionki”, nie wyciągniemy wniosków i nie zaczniemy systemowo odświeżać naszych kompetencji, kolejny duży kryzys ponownie zastanie nas w punkcie wyjścia. A historia uczy, że chaos i panika są znacznie droższe niż regularny trening.

Jakie kluczowe kompetencje cyfrowych stanowią fundament współczesnej odporności edukacyjnej? W warunkach uniwersyteckich nie chodzi już tylko o umiejętność włączenia kamery, ale o zaawansowane zarządzanie procesem dydaktycznym i badawczym w środowisku rozproszonym. Po pierwsze jest to biegłość w ekosystemach współpracy. To podstawa uniknięcia chaosu podczas nagłej zmiany trybu pracy. Umiejętność błyskawicznego przeniesienia pracy zespołu badawczego lub grupy dziekańskiej do wspólnych dokumentów edytowalnych w czasie rzeczywistym jest elementem zarządzania. Asynchroniczność umożliwia odejście od modelu „wszystko na wideokonferencji” na rzecz sprawnego zarządzania wątkami na platformach takich jak MS Teams, Slack czy Canvas. To redukuje stres i zmęczenie cyfrowe.

Po drugie współpraca ze sztuczną inteligencją. Na uniwersytecie AI nie jest już nowinką, lecz narzędziem warsztatowym. Umiejętność projektowania poleceń dla modeli językowych (LLM) w celu tworzenia spersonalizowanych materiałów powtórkowych, quizów czy streszczeń wykładów to prompt engineering w dydaktyce. Jest i rozpoznawanie halucynacji AI oraz krytyczna ocena źródeł generowanych przez algorytmy. To kluczowe, by utrzymać standardy akademickie w sytuacjach kryzysowych, gdy dostęp do bibliotek fizycznych może być utrudniony.

Po trzecie projektowanie materiałów "mobile-first" i mikroedukacja. W sytuacjach kryzysowych (np. awarie prądu, ewakuacje) studenci często dysponują jedynie smartfonem. Potrzebne jest więc tworzenie treści, które są czytelne na małych ekranach. Przyda się na każdym etapie kształcenia, nawet na tradycyjnych wykładach. Dzielenie wykładów na krótkie, modułowe jednostki wiedzy (5–10 minut), ułatwia naukę w warunkach przerywanego dostępu do sieci. Wśród tych kompetencji jest także cyfrowy dobrostan i higiena komunikacji. Kryzys generuje stres, a nadmiar powiadomień go potęguje.

Zarządzanie uwagą to umiejętność wyznaczania granic między czasem pracy a odpoczynkiem w trybie online. Z kolei empatia cyfrowa to rozumienie barier technologicznych studentów (tzw. wykluczenie cyfrowe) i dostosowywanie wymagań do ich realnych możliwości technicznych w czasie kryzysu. I w końcu bezpieczeństwo i suwerenność danych. W dobie zagrożeń hybrydowych umiejętność zabezpieczenia danych jest elementem obrony cywilnej. Stosowanie uwierzytelniania dwuskładnikowego (2FA) i bezpiecznych metod udostępniania plików z wynikami badań to cyberhigiena, której możemy uczyć cały czas a nie tylko gdy pojawi się jakiś problem . Do dobrych nawyków należy także tworzenie kopii. Nawyk regularnego tworzenia kopii zapasowych kluczowych prac naukowych i list obecności poza jedną, lokalną infrastrukturą.

Nie czekam na odgórne dyrektywy, uczę się sam. powoli lecz wytrwane. Bo wiem, że podobna sytuacja do pandemii może się wydarzyć w naj mniej oczekiwanym momencie. Nie ma szczepień obowiązkowych? Zaszczepię się sam. 

9.03.2026

O twórczym trudzie i dylematach intelektualnego recyklingu

Dawno temu w Dobrym Mieście, w czasie spotkań w kawiarni naukowej. Warsztaty malowania na starych butelkach i słoikach. Bo wykłady to nie tylko mówienie lecz także czas na aktywność słuchaczy.
 

Temat ten jest bliski sercu każdego, kto kiedykolwiek próbował wycisnąć z metaforycznego kamienia choćby kroplę wartościowego soku, kto sam doświadczył trudu tworzenia. Szanujemy to, co przychodzi w trudzie.

Urodziłem się w dawnych czasach, sporego niedostatku i samowystarczalności. W moim domu rodzinnym nic się nie marnowało. Słoik po dżemie był wykorzystany do domowych przetworów. W ostateczności stawał się wazonem – na klej wikol przyklejaliśmy nasiona i pestki a potem lakierowaliśmy. Ubrania się nosiło po starszym barcie, przerabiało na nowe, cerowało i łatało. W paczkach z Ameryki przysyłane były czasem ubrania. Teraz nazwalibyśmy je z ciucholandu lub szmateksu. Były jednak skarbami, które po krawieckich przeróbkach stawały się modnymi i pożądanymi ubraniami. Na podwórku robiliśmy zabawki z patyków i tego, co się znalazło.  Gwoździe prostowało się młotkiem na kowadle, bo przecież „jeszcze się przydadzą”. Ten wrodzony wręcz przymus odzyskiwania rzeczy wrastał w mojej głowie. Uczył także kreatywności.

Polubiłem  notatki na odzyskiwanych kartkach, starych plakatach, niezapisanych zeszytach. Moje notesy to nie są eleganckie zbiory poezji z pięknie wykaligrafowanym pismem, to składowiska luźno zapisywanych słów, najpierw na kartkach, potem w komputerze. Dalej jednak uwielbiam zapiski na drugiej, jeszcze nie wykorzystanej, stronie starych kartek. Trzymam tam wszystko: od genialnych (moim zdaniem) metafor, po niedokończone analogie i zestawienia słów, które wyglądają jak porzucone zardzewiałe lodówki. Tworzę z trudem. I może dlatego właśnie gromadzę niewykorzystane pomysły lub odrzucone i niewykorzystane zdania, czasem pojedyncze słowa. Zazwyczaj te zapiski leżą latami, zanim znowu po nie sięgnę, lub ostatecznie wyrzucę.

Tworzenie zawsze było dla mnie formą rękodzielnictwa. Sklejałem zdania z resztek, jak modelarz budujący galeon z zapałek i wykałaczek. Było w tym coś szlachetnego – ta mozolna dłubanina, gdzie każde słowo miało swoją wagę, bo było „wychodzone”. Trud tworzenia polegał na tym, że materiału wiecznie brakowało, więc szanowało się każdą myśl po raz kolejny ukształtowaną.

I wtedy, cała na biało (choć w sumie to w kolorach RGB), wchodzi Sztuczna Inteligencja. I tu zaczyna się mój dramat lub wyzwanie. Jako człowiek wychowany w twórczym nawyku „przyda się”, nagle zostałem wrzucony do gigantycznego magazynu, w którym wszystko jest za (niby) darmo i dostarczane w trzy sekundy. Wcześniej były w nadmiarze produkty w sklepie. I w nadmiarze oferowanie różnorakich ofert wszelakich. Teraz zaczęło dotyczyć moich notatek i pomysłów na pisanie...

AI nie pisze ręcznie zdań, piórem które trzeba często maczać w kałamarzu lub ołówkiem, który trzeba często temperować. Ona je wypluwa z prędkością karabinu maszynowego. Dla kogoś, kto potrafi przez pół godziny wymyślać jedno zdanie o świteziance dziewicy lub niprzyrówce rzecznej, nagłe otrzymanie dziesięciu gotowych akapitów jest jak próba wypicia oceanu przez słomkę. Koślawy i nieposkładany w piękne zdania pomysł, AI szybko rozwinie w spójne i ładnie wyglądające zdania. Ale często te zdania nie są takie, jakbym chciał. Nadmuchany balom nie zwiększa swej ilości gumy, tylko powiększa to zo już jest. Pozorny wzrost, w środku jest pustka. I z tego nadmiaru trzeba coś wybrać a resztę odrzucić. Ale odkładam a nie wyrzucam, bo przecież są tam fragmenty, które mogą mnie ciągle zainspirować do zupełnie innej opowieści. Bo ciągle można z tego odrzuconego coś przydatnego wygrzebać. Więc niech leży i czeka...

Mój dylemat: Jak mam pielęgnować swoje stare przyzwyczajenie do zbieractwa, skoro AI produkuje tyle „towaru”, że moje własne, wypracowane w pocie czoła notatki, giną pod zwałami cyfrowego gruzu? Zmieniło się środowisko i warunki. Od ponad trzech dziesięcioleci zmagam się z kulturą nadmiaru rzeczy materialnych w sklepach i w otoczeniu, w darmowo rozdawanych gadżetach, koszulkach (przecież do końca swojego życia tego nie znoszę), długopisów, notesów, kubków, smyczy czy pendrivów. I teraz dochodzi nadmiar dopracowanych tekstów. 

Czy warto wyrzucić pomocnika? To paradoks, bo marzyliśmy o maszynach, które będą za nas pracować, a teraz cierpimy, bo pracują za dobrze i za szybko. Robią rzeczy proste a nam ciągle zostają te najtrudniejsze. I to na dodatek skondensowane. Bo jeśli zautomatyzować „grę wstępną”, swoiste wprowadzanie się w nastrój, to pozostaje tylko wyczerpująca praca twórcza non stop.  AI generuje słowa z taką łatwością, że tracą one swoją wartość rynkową w moich oczach. To już nie jest rękodzieło, to produkcja taśmowa. A może to uczynni asystenci, podchwytujący i rozwijający w lot moje pomysły?

Moje stare notatki – te „zardzewiałe gwoździe” z notesu – mają jednak coś, czego AI nie wygeneruje, Mają historię ich znalezienia. Wiedzą, przy jakiej kawie czy zimnej wodzie ze studni powstały, na jakich starych kartkach zostały zapisane, w jakich notesach,  i jaki smutek lub radość im wtedy  towarzyszyły. AI daje mi lśniące, nowe śruby, ale ja wciąż mam słabość do tych starych, odzyskanych z rozbiórek dawnych myśli.

Może rozwiązaniem nie jest całkowita rezygnacja z pomocy AI, ale traktowanie jej jak... dostawcy surowca, który i tak musimy przesiać przez własne, „recyklingowe” sito? W końcu nawet w najnowocześniejszej fabryce recyklingu to człowiek na końcu decyduje, co jest skarbem, a co tylko plastikiem. Muszę się nauczyć żyć w tym świecie nadmiaru, punktozy, wskaźników klikalności. Muszę się także nauczyć korzystać z nowych narzędzi. Tak jak niegdyś strugania scyzorykiem, rysowania ołówkiem czy malowania na butelkach. Bo cóż z licznych książek na półce, gdy się ich nie przeczytało?

Tak, jak musimy się nauczyć by nie kupować rzeczy w nadmiarze, tak musimy się nauczyć korzystania z narzędzi AI, oferujących szybko i dużo. Uczę się swojego minimalizmu od lat. Czasem odnoszę sukcesy, czasem doświadczam porażek. Żyję w przeświadczeniu, że to, co wymyśle, ma jakąś wartość i trzeba tylko dopracować, doszlifować. A kreatywny umysł dużo produkuje. Tak dużo, że nie starczy czasu na doszlifowanie. I odkładam do kufra na strychu. Czy AI pomoże dopracować te odłożone pomysły? A może nie trzeba aż tylu dobrze dopracowanych pomysłów i ładnie dopieszczonych zdań? Może im mniej, tym wartościowsze, rzadsze i cenniejsze? Bo któż ten nadmiar przeczyta? Zamiast ludzi czytać będą boty i jakieś narzędzia AI? Zastąpią zapracowanych ludzi w czytaniu treści, które wspólnie wytworzyliśmy?