17.06.2019

Orszoł, który trzmiela udaje

(Fot. Beata Płoszaj, połowa czerwca 2019, Derc, Warmia)
Ogrody z kwiatami, a zwłaszcza kwietne łąki, zachwycają nie tylko różnorodnością kwitnących roślin ale i bogactwem życia małych bezkręgowców. Jedne przylatują najeść się pyłku lub napić nektaru, inne zapolować. Ruch jest wielki, wystarczy przystanąć lub usiąść na ławeczce (jeśli to w parku miejskim lub na miejskiej łące) i obserwować. Można robić zdjęcia i potem szukać pomocy w identyfikacji. By wiedzieć, by się pełniej zachwycać. Ot na przykład takim orszołem. Koleżanka z pracy zrobiła w swoim ogrodzie. Prawda, że piękny ten chrząszcz? Wielokrotnie widywałem ilustrację orszoła prążkowanego w ksiązkach entomologicznych. Ale nigdy nie spotkałem w naturze.

W Polsce występują trzy gatunki orszołów, najpospolitszy z nich jest Trichius fasciatus (L.) czyli orszoł prążkowany. W internetowej, specjalistycznej bazie danych zaznaczone jest tylko jedno stanowisko w szeroko rozumianych okolicach Olsztyna. Warto więc odnotować jego obecność w Dercu. Co prawda po samym zdjęciu nie da się poprawnie i pewnie zidentyfikować gatunku, bo pozostałe gatunki orszołów są podobnie ubarwione. Niemniej siedlisko i częstość występowania wskazują na orszoła prążkowanego.

Drugi polski gatunek to Trichius sexualis Bebel. 1906. Dla tego gatunku na czerwonej liście zwierząt ginących i zagrożonych zaznaczono zagrożenie LC - gatunek najmniejszej troski. Trichius sexualis  nie ma polskiej nazwy i jest gatunek bardzo rzadko spotykany, w Polsce występuje w górach. Gatunek o rozmieszczeniu eurosyberyjskim,  znany we Francji z Alp i Wogezów, północnych Włoch, Austrii, południowych i środkowych Niemiec, spotykany na Węgrzech, Morawach i Słowacji, notowany nadto z Użhorodu na Ukrainie. Jak podają dostępne źródła w  Polsce wykazany z pojedynczego stanowiska na podstawie jednego osobnika, schwytanego na kwiatach wiązówki błotnej (Filipendula ulmaria). Biologia tego żuka (bo orszoły należą do żukowatych i plemienia kruszczyc) jest słabo poznana. We Francji rozwój larwalny odbywa w starych pniakach olszy. Imagines poławiano zwykle na ciepłych zboczach i skrajach lasu, na kwiatach krzewów i roślin zielnych.

Trzecim polskim gatunkiem z rodzaju orszoł jest Trichius zonatus (German, 1831), zagrożenie DD - dane niepełne. I również ten gatunek jest bardzo rzadko spotykany. Przedplecze ma ubarwione bardziej pomarańczowo-brązowe. Ponieważ  pojawiają się różne nazwy synonimiczne i podgatunkowe to z Polski wykazywanych jest 6 taksonów. Nie znam się na tej grupie owadów i nie potrafię podać uporządkowanej, aktualnie obowiązującej wiedzy (Fauna Polski wymienia trzy, wyżej wspomniane), ale bazy internetowy wskazują na: Trichius abdominalis, Trichius fasciatus, Trichius gallicus gallicus,  Trichius gallicus zonatus,  Trichius orientalis,  Trichius sexualis.

Wszystkie orszoły występują lokalnie, dorosłe można spotkać na kwiatach, odżywiają się pyłkiem,  larwy odżywiają się rozkładającym się drewnem.

Orszoł prążkowany Trichius fasciatus (wnioskuję, że to on jest na zdjęciu) jest gatunkiem rzadkim, wykazywanym z Wielkopolski, Łodzi oraz Krakowie i okolicach. W Polsce preferuje pogórza i góry, na niżu występując tylko lokalnie.  Osiąga długość 9–14 mm. Na głowie, przedpleczu, tarczce, pygidium i spodzie ciała występują gęste, kremowo-żółtawe włoski, które upodabniają tego chrząszcza do trzmiela. Efekt ten wzmacnia pasiaste czarno-białokrenowe ubarwienie pokryw skrzydłowych. Przykład mimikry - upodabnianie się do innego owada, groźnego i z żądłem. Dodatkowo, zaniepokojony, unosi ciało na tylnych odnóżach, przypominając wówczas jeszcze bardziej trzmiela. A kto by chciał atakować trzmiela z żądłem?

Imagines (postać doskonała) spotyka się na skrajach lasów, polanach i porębach, łąkach, nieużytkach (czyli tam, gdzie brakuje intensywnie koszącej ingerencji człowieka),  najczęściej w czerwcu i lipcu. Aktywne są w dni słoneczne. Dorosłe najczęściej żywią się nektarem ostów, jeżyn, głogów, wiązówek, niektórzy wskazują na rośliny baldachowate. Warto więc notować na jakich kwiatach siadają i się odżywiają. Dane z różnych źródeł są rozbieżne. Może żadnych gatunków nie preferuje? A może jednak. Dawniej gatunek był  rozpowszechniony, obecnie występujący tylko lokalnie i nielicznie. Może być uznany za wskaźnik zdrowia ekosystemu i różnorodności biologicznej krajobrazu.

Liczniejsze występowanie orszoła dobrze świadczy o zasobności ekosystemów leśnych w rozkładające się, martwe drewno. Ponieważ siedliska larw i imagines są różne, to lasy zasobne w martwe drewno powinny być uzupełniane zaroślami na polanach i skrajach lasów, bogate w kwitnące gatunki, w tym rośliny zielne.  Jednym słowem łąka kwiatowa na skraju lasu.

Zauroczony zdjęciem i urodą orszoła, namalowałem także i jego podobiznę w czasie charytatywnego pleneru na olsztyńskiej Starówce.


15.06.2019

Mówiący poster na konferencji naukowej


Technologia sprzyja powstawaniu nowych form komunikacji w nauce (w nie-nauce także). Kiedyś uczeni spotykali się i rozmawiali. Do tej pory referaty, wykłady plenarne, krótkie komunikaty i nie ujęte w programach dyskusje kuluarowe, są istotnym elementem każdej konferencji naukowej. Bo przypomnę, że jednym z ważniejszych narzędzi badawczych... jest dyskusja (nauka jako proces i wiedza jako produkt są konektywne). Gdy powstało pismo, pojawiły się książki, listy i publikacje naukowe. Obecnie powstanie około 2 milionów artykułów naukowych rocznie. Nawet zawężając do własnej, wąskiej specjalności, nie da się tego wszystkiego przeczytać. W każdym razie pismo i druk wzbogaciło konferencje naukowe o wydrukowane programy sympozjów (wiedzieć gdzie i co jest wygłaszane) oraz tomiki streszczeń lub abstraktów, czasem zaopatrzone w pełne teksty referatów plenarnych. Potem pojawiają się drukowane materiały pokonferencyjne (obecnie zanikają ze względu na małą liczbę punktów do dorobku....). Czasem pełne teksty konferencyjnych referatów są wcześniej drukowane i dostępne w czasie konferencji. Czytasz, a potem dyskutujesz.

Gdy na konferencję zjeżdża się dużo naukowców, to nie sposób zapewnić każdemu czas na wygłoszenie referatu, nawet jeśli kongres trwa kilka dni a obrady odbywają się w kilku równoległych sesjach. Wymyślono więc postery. Takie plakaty, tyle że naukowe, pisano-rysowane. A w wyznaczonym czasie przy wywieszonym plakacie (papierowej planszy z wykresami, danymi,, tabelami, wnioskami) dostępny jest autor, z którym można podyskutować, zapytać. Spośród wielu wybierasz tylko to, co cię interesuje (na tradycyjnej sesji referatowej musisz czekać aż przyjdzie kolej na interesującego cię prelegenta). Najpierw były postery ręcznie rysowane, np. patyczkiem i tuszem. Potem pojawiły się komputery i przyspieszyły proces graficznej produkcji posteru. Wielkoformatowy druk kolorowy jest obecnie tani. Postery i sesje posterowe (opowiadanie na tle swojego plakatu) stały się nieodłącznym elementem konferencji, najpierw w naukach przyrodniczych, potem i humanistycznych. Trudno być jednak w dwu miejscach naraz: dyżurować przy swoim posterze i oglądać inne, czasem daleko wystawione. I jak zwrócić uwagę na siebie i swoje badania pośród różnorodnej wielości?

Referaty wzbogacone zostały najpierw o wyświetlane materiały ilustracyjne w postaci folii kolorowych czy fotograficznych slajdów (tak, to już przeszłość i młodsi mogli nie widzieć), potem w formie ruchomych prezentacji multimedialnych. Komputer i rzutnik stały się stałym elementem każdej sali konferencyjnej. Programy takie jak Power Point (i kilka innych) umożliwiają nie tylko łatwe pokazanie zdjęć, animacji ale i filmów z dźwiękiem. Nawet nie musi być prelegenta - może być telekonferencja, wyświetlana na ekranie monitora. Nowe technologie trzeciej rewolucji technologicznej stwarzają coraz większe możliwości. Możliwe, że niebawem pojawią się prezentacje holograficzne... To znaczy już są, ale jeszcze się nie upowszechniły.

A czy poster można jakoś uatrakcyjnić i rozszerzyć jego możliwości przekazu? Kilka lat temu, a może już kilkanaście (nie pamiętam, czas szybko biegnie) zobaczyłem przy ściankach prezentacyjnych małe monitory z klawiaturą. Można było wyświetlać obrazy i filmy, sterować przekazem. Rozwiązania te są widoczne w biznesie ale za drogie na konferencje naukowe. Który organizator zapewni tak dużo stanowisk z monitorami? Teraz ma zapewnić stelaże to powieszenia posterów naukowych (może być nawet tylko kawałek ściany). Z drugiej strony samemu przywozić ze sobą to kłopotliwe. I też kosztowne. W każdym razie marzyło mi się pokazanie ruchomych obrazów na papierowym posterze. Liczyłem, że może powstanie papier, jak zwijany ekran. Dałoby się zwinąć w tubę, przewieźć na konferencję a tam tylko podłączyć do prądu i wgrać plik z posterem, zawierającym filmiki. Oglądający sam naciskałby palcem wybrane fragmenty, uruchamiając film, pokazujący na przykład teren badań, metody zbioru materiału itd. Ot pokazać rzekę, z której pochodzą chruściki i sposób ich pobierania. Obraz - zwłaszcza ruchomy - wart tysiąca słów. A przecież na posterze wiele słów się nie zmieści. I kto chciałby czytać długie teksty?

Rozwiązanie technologiczne okazało się prostsze niż myślałam. I bardzo tanie. Trudniejsze okazało się dokonanie zmiany w głowie. Tym rozwiązaniem jest "chmura" i telefony komórkowe. Teraz mają je wszyscy i z bardzo łatwym dostępem do internetu. Wystarczy nagrać lub napisać i umieścić link na posterze. Tyle tylko, że ręczne wpisywanie do tabletu czy smartfona długiego adresu internetowego jest mocno kłopotliwe. Owszem, łatwo umieścić adres własnej strony internetowej lub bloga (te są zazwyczaj krótkie). I tam w aktualnościach umieścić polecane materiały uzupełniające. Robię tak od lat. Ale nie to jest najlepszym rozwiązaniem.

Od kilku lat umieszczam qr kody (każdy w swoim telefonie może zainstalować bezpłatny czytnik kodów qr) na plakatach, z linkami do publikacji lub popularnego omówienia wybranych fragmentów. A dlaczego nie umieścić filmiku? I na filmie opowiedzieć o sobie oraz tym, co jest na plakacie? Podejmowałem takie próby ale dopiero teraz odważyłem się na pełen eksperyment. Dzięki współpracy i równie otwartej na eksperymenty dr inż Małgorzacie Gorzel z Lublina. Okazja nadarzyła się na czerwcowym Ideatorium. Seminarium (nazwane warsztatami) odbyło się w formie malowania kamieni, przygotowania filmików i przyklejania qr kodów do tych kamieni. Niech one "autorem" opowiadają. Ale przecież można taki qr kod umieścić na posterze! Ot i proste rozwiązanie.

Uważny czytelnik zobaczy na plakacie naukowym (fotografia u góry) dwa przyklejone qr kody. Dodane już po wydrukowaniu posteru. Eksperyment przyniósł bardzo obiecujące rezultaty. Na pewno powtórzę. Że trzeba nauczyć się nowych umiejętności? Zakładania konta w różnych portalach, na których łatwo można umieścić film? Trzeba go wcześniej nagrać, może edytować, poprzycinać, dodać napisy itd. Dużo nauki. Nowa rzeczywistość komunikacji międzyludzkiej wymaga nieustannego uczenia się. Na przykład obsługi niby prostego smartfonu. Ale ważniejsza jest wyobraźnia, odwaga i gotowość... na porażkę. Większość eksperymentów się nie udaje. Ciągle trzeba coś poprawiać, modyfikować i nieustannie próbować. Na pewno trzeba wychodzić poza strefę komfortu i dotychczasowego rytuału.

Eksperyment udał się dlatego, że zaistniało kilka sprzyjających czynników. Najpierw były marzenia by zrobić coś zupełnie nowego. Potem odważny partner do działania. Zespołowo znacznie przyjemniej jest odkrywać nowe rzeczywistości. Jest wsparcie i wzajemna motywacja. Po trzecie inspirująca konferencja (nie wszyscy jeszcze organizatorzy chcą wychodzić po za utarty rytuał i oklepane schematy). I w końcu dyskusja z innymi uczestnikami konferencji. Pozytywnie zaskoczyła mnie łatwość wchodzenia w nowe obszary uczestników warsztatów malowania kamieni. Większość po raz pierwszy nagrywała autoprezentację, generowała qr kody itd. I to wszystko na telefonach komórkowych... Byli ciekawi i odważni. I to mnie bardzo motywuje do dalszego działania i odkrywania... tego co w zasadzie jest w zasięgu ręki.

A obok posteru leży dachówka i kamień z doklejonymi qr kodami. Kamienie można przenieść w inne miejsce i... będą jeszcze długo po konferencji opowiadać. Czy można zachęcić widza do konwersacji za pomocą pędzla na dołączonym obok kawałku papieru? Można. Na razie poczyniliśmy pierwsze kroki. I nie po to by zastąpić bezpośrednią rozmowę (bo na konferencji najważniejsze są rozmowy kuluarowe) lecz by ją uzupełnić. Zwłaszcza, gdy jesteśmy w innym miejscu. A ludzie lubią malować. Może czasem są trochę nieśmiali, może nie wierzą, że potrafią. Trochę trwa zanim powrócimy mentalnie do odważniejszego dzieciństwa.

I tak powstał mój (współautorski) pierwszy gadająco-malujący poster (w dialogu z innymi - czy wspominałem już, że dyskusja jest nieodłącznym elementem metodologii naukowej?).

Eksperymentuję z formami komunikacji na konferencjach naukowych. Potem dzielę się zdobytą wiedzą ze studentami na seminariach dyplomowych. To był eksperyment i prototyp. Niebawem znowu spróbuję. Krok dalej. I na pewno znajdę odważnych i kreatywnych współeksperymentatorów.

Czytaj też: Tworzenie przestrzeni edukacyjnej i kamienie, które opowiadają historie - czyli rzecz o slow science i nowych przestrzeniach komunikacji

12.06.2019

Czerwończyk nieparek z osuszonego Jeziora Płociduga Mała w Olsztynie

Czerwończyk nieparek (Lycaena dispar)
Świat postrzegamy także przez pryzmat tego, co już wiemy. Niejako dostrzegamy co, co już wiemy. Ot na przykład idąc z pracy do domu (lub odwrotnie) przez zaniedbany teren zielony. Cóż widzimy? Jakieś chwasty i latające owady, niektórzy nawet rozróżnią motyle, wazi, i inne "robactwo". Cóż w tym fascynującego lub ciekawego? Może komary, krwiopijne? Na te zwrócimy uwagę, ale wtedy gdy dobiorą się nam "do skóry" lub usłyszymy brzęczące koło ucha. Ale gdy potrafimy rozpoznać i nazwać konkretne gatunki roślin, grzybów czy zwierząt, wtedy dostrzegamy więcej i głębiej. Możemy się zachwycać, tym co pozornie niewidoczne. Dostrzegamy pojęcia, procesy, zjawiska abstrakcyjne.

Idąc przez osuszone i zaniedbane jezioro Płociduga Mała na początku czerwca zauważyłem czerwonego motylka. To na pewno jakiś czerwończyk z rodziny modraszkowatych. Podszedłem bliżej i zrobiłem kilka zdjęć. Bez wątpienia to samica czerwończyka nieparka gatunku "naturowego". A wiec coś niezwykłego, rzadkiego. Od razu w głowie pojawia się ciąg różnych skojarzeń, dotyczących sukcesji ekologicznej, terenów podmokłych i bioróżnorodności w mieście. Dzień wcześniej, gdy zszedłem ze ścieżki nieco głębiej na potrzeby sesji zdjęciowej (dla Gazety Wyborczej, ilustracja do artykułu o wysychaniu Polski), na skarpie odnowionego rowy melioracyjnego zauważyłem liczne pszczoły samotki. Wraz z tragedią osuszenia dla jednych gatunków pojawia się szansa na nowe siedliska dla innych. Od jakiegoś czasu liczne są rusałki osetnik, migranci i nomadzi z południa. Tym razem uwagę zwrócił czerwończyk nieparek i o tym gatunku chcę nieco więcej napisać.

Nie jest to pierwsze spotkanie z czerończykiem nieparkiem w tym miejscu. 11 lipca 2014 roku, idąc ścieżką przez osuszone, dawne Jezioro Płuciduga Mała, pośród licznym rusałek kratkowców (Araschnia levana, pokolenie letnie) i bielinków, zobaczyłem samicę czerwończyka nieparka (Lycaena dispar). Co w tym niezwykłego? Ano niezwykle jest to, że w mieście można spotkać gatunek naturowy (umieszczony w załączniku Dyrektywy Siedliskowej obszarów Natura 2000). Uganiają się za nim przyrodnicy z całej Europy, a on w mieście sobie żyje. Dzika przyroda i rzadkie gatunki w zasięgu ręki? Wracając tą ścieżką kilka godzin później zobaczyłem innego, prześlicznego motyla – mieniaka tęczowca (Apatura iris). Wtedy pomyślałem, ze trzeba aparat fotograficzny stale nosić ze sobą… Teraz zawsze mam smartfon z aparatem. Co prawda zbliżeń nie da się zrobić, ale zawsze jest po ręką.

Rozpisuję się o motylach chcąc podkreślić, że działania w zakresie ochrony przyrody odnoszą skutek. Bóbr niegdyś rzadki, czy wydra, stają się pospolite, nawet w mieście (przynajmniej w Olsztynie). To owoce wytrwałej i wieloletniej pracy i starań wielu ludzi. Teraz powinniśmy skoncentrować wysiłki na innych, obecnie zagrożonych, gatunkach, na przykład na bezkręgowcach.

Opinia publiczna jest w jakimś sensie mocno "zapóźniona" i siłą bezwładu koncertuje się jeszcze na gatunkach, które wymagały intensywnej ochrony przed wielu laty. Ale to zupełnie inną opowieść (bo niektóre treści wydają się kontrowersyjne, a więc wymagają staranniejszego i dokładniejszego wyjaśnienia). Wróćmy do czerwończyka nieparka. Czemu się nim zajmować, kiedy w Polsce wydaje się jeszcze stosunkowo pospolity? W Polsce jeszcze tak, ale w innych krajach jest już rzadki a na przykład w Wielkiej Brytanii wyginął. Brytyjczycy kosztem sporych pieniędzy próbują go reintrodukować. A my w Olsztynie mamy to za darmo…

(Czerwończyk nieparek, samiec)
Czerwończyk nieparek (nazwa taka, bo wyraźny dymorfizm płciowy, jakby samiec i samiczka były nie do pary) to motyl o aktywności dziennej. Łatwo go więc zauważać na kwiatach w czasie wakacyjnych spacerów, nawet w mieście. Zazwyczaj występuje jedno pokolenie w roku, ale w sprzyjających warunkach mogą być i dwa. Dorosłe motyle spotkać można już od czerwca. Fruwają do końca sierpnia (gdy pojawi  się drugie pokolenie). Gąsienice tego motyla żerują na szczawiu lancetowatym, ale ostatnio coraz częściej konsumują także inne gatunki szczawiu. Motyl ten występuje w niewielkich zagęszczeniach. Nawet gdy występuje, to nie jest liczny. Każde spotkanie to przygoda (są podobne gatunki, więc nie wszystko co czerwone to czerwończyk nieparek, ale rozpoznać łatwo).

Wpisany został na listę gatunków "naturowych", bowiem na wielu stanowiska w Europie wyginął, przede wszystkim na skutek zanikania torfowisk. W połowie XIX wieku wyginął całkowicie w Wielkiej Brytanii. W Polsce gatunek chroniony, na czerwonej liście zwierząt umieszczony z kategorią LR (niższego ryzyka). Na międzynarodowej czerwonej liście IUCN jako gatunek niskiego ryzyka (LR). W Konwencji Berneńskiej wymieniany w II Załączniku. W Dyrektywie Siedliskowej wymieniany w Załącznikach II i IV. Wynika, że jakiś "ważny" ten motyl. Bo jest jednocześnie wskaźnikiem stan środowiska. Związany jest z podmokłymi łąkami oraz torfowiskami niskimi.

Możliwe, że występują czerwończyki nieparki na mokradłach po dawnym Jeziorze Płociduga Mała oraz na podmokłych łąkach nad Łyną w okolicach Brzezin (dawne Jezioro Płociduga Duża). Mamy więc w Olsztynie na prawdę wspaniałą przyrodę. I dobrze byłoby ją zachować a nie degradować. Dorosłe motyle w poszukiwaniu nektaru, którym się odżywiają, odwiedzają różne gatunki roślin kwiatowych, preferując głównie te mające kwiaty o barwie fioletowej i żółtej, rzadziej białej. Zagrożeniem dla tego gatunku owada jest zmiana warunków siedliskowych (gdzie występuje i się rozwija), w tym przede wszystkim melioracje i osuszanie terenów podmokłych.

Do uratowania tego gatunki (i innych podobnych, choć mniej znanych) potrzebne jest odpowiednie gospodarowanie przyrodą. Czyli zachowanie siedlisk poprzez ekstensywne użytkowanie łąk wilgotnych i nie dopuszczaniu do ich zarastania oraz utrzymywaniu śródleśnych oczek wodnych, wokół których występują rośliny żywicielskie gąsienic.

Czerwończyk nieparek (Lycaena dispar) należy do  rodziny modraszkowatych (Lycaenidae), które mają bardzo ciekawe relacje z mrówkami. Około 75 % gatunków z tej rodziny wchodzi w relacja ekologiczne z mrówkami, nazywane myrmekofilią. jedne gatunki modraszkowatych są komensalami (korzystają pokarmowo i siedliskowo z obecności mrówek, a te ostatnie nie odnoszą strat ani korzyści), inne wchodzę w relacje mutualistyczne (obopólna korzyść motyli i mrówek) a jeszcze inne są pasożytami społecznymi (tak, to gąsienie motyli są pasożytami). Pozostałe 25 % gatunków zaliczana jest do myrmekoksenów (unikających relacji z mrówkami), ale nie są przez mrówki atakowane.  Gąsienice modraszków mają gruby oskórek, chroniący przed żuwaczkami mrówek oraz posiadają gruczoły, wydzielające substancje oszukańczo działające na mrówki. Substancje te eliminują atak mrówek. Taka sytuacja występuje u opisywanego czerwończyka nieparka. Po prostu gąsienice czerwończyka "pachną mrówkom inaczej" niż coś do zjedzenia. Zwabione mrówki nie tylko nie atakują gąsienic ale swoją obecnością odstraszają inne, potencjalne drapieżniki, groźne dla gąsienic. Larwy czerwończyka nieparka spotkać można w towarzystwie mrówki wścieklicy zwyczajnej (Myrmica rubra). Jeszcze dale ta zależność ewolucyjnie ukształtowała u innych modraszków. Gąsienice wydzielają krople płynu nektarowego. Po pewnym czasie mrówka zanosi gąsienicę do mrowiska. A tam gąsienica zaczyna żywic się larwami, jajami i poczwarkami mrówek. Można w dalekiej analogii napisać, że gąsienice produkują chemiczne fake newsy, otumaniając mrówki, które potem postępują wbrew swojemu interesowi.

 A ze względu na to, że czerwończyk nieparek jest gatunkiem „naturowym”, czyli umieszczony na liście gatunków szczególnie ważnych dla obszarów Natura 2000, wzbudza zainteresowanie przyrodników i tych, którzy zajmują się monitoringiem i waloryzacją ekosystemów.

Czerwończyk nieparek (zwany także czerwończykiem większym) związany jest z siedliskami podmokłymi. Wierzch skrzydeł samca jest czerwony z odcieniem złocistym oraz czarnymi obrzeżeniami skrzydeł. Samica ma skrzydła podobnego koloru ale z szerszymi obrzeżeniami, większą liczbą czarnych kropek na przednich skrzydła oraz brązowo-czerwonymi skrzydłami drugiej pary z czerwonym obrzeżeniem. Samice są nieco większe od samców. Przednie skrzydło ma długość ok. 2 cm. Podobny do czerwończyka nieparka jest nieco mniejszy czerwończyk dukacik (Lycaena virgaurea L.), zasiedlający stanowiska bardziej suche: łąki, skaje lasów, polany, polne drogi rzadko używane i porośnięte bogatą roślinnością zielną.

Czerwończyka nieparka spotkać możemy w czerwca i lipcu (czasem drugie pokolenie pojawia się także w sierpniu) na torfowiska niskich, podmokłych leśnych łąkach, śródleśnych moczarach, skrajach lasów łęgowych. Właśnie ze względu na te preferencje został wybrany jako gatunek wskaźnikowy dla siedlisk zagrożonych w Europie i objętych ochroną w ramach obszarów Natura 2000. Ze względu na liczne melioracje i osuszanie wilgotnych łąk w wielu regionach wyginął. Na przykład w Anglii wyginął już w XIX w. W późniejszym czasie gatunek ten introdukowano ale rodzima (angielska) populacja całkowicie wyginęła. Obecnie spotykany w różnych siedliskach łąkowych, a nawet ruderalnych. Dobrym przykładem jest właśnie dawne Jezioro Płociduga Mała, zasypywana gruzem, śmieciami itd.  Gąsienice żerują głównie na szczawiu lancetowatym (Rumex hydrolapathum). Na stanowiskach suchych obserwowano żerowanie na szczawiu tępolistnym (Rumex obtusifolium), szczawiu kędzierzawym (Rumex crispus) i szczawiu zwyczajnym (Rumex acetosa).

Gąsienice rozwijają się na szczawiu. Zimują gąsienice (jeśli rozwijają się dwa pokolenia to zimują gąsienice drugiego pokolenia). W zależności od regionu i szerokości geograficznej występuje jedno, dwa lub nawet trzy pokolenia w roku. Czerwończyk nieparek występuje w Europie i Syberii. W Polsce spotkać go można na terenach nizinnych i na pogórzu (do 1000 m n.p.m.), liczniej w północnej i wschodniej Polsce.

Wiedza, zgromadzona przez ludzkość, jest ogromna. Nie sposób wiedzieć wszystkiego. Ba, nie sposób wiedzieć dużo. Ale dzięki opowieściom innych specjalistów można zobaczyć i zrozumieć więcej. wystarczy być ciekawym, zadawać pytania i być otwartym na opowieści innych ludzi. Trzeba tylko odróżniać fake newsy, by nie dać się wykorzystać różnorodnym "pasożytom" i ułudnikom.

Bibliografia:
  • Buszko J., Masłowski J., 1993. Atlas motyli Polski. Część I. Motyle dzienne (Rhopalocera). Warszawa. 
  • Lafranchis T., 2007. Motyle dzienne, ponad 400 gatunków motyli dziennych polskich i europejskich. Wyd. Multico, Warszawa 
  • Novak I., Severa F., Motyle. Wyd. Delta, Warszawa, ISBN 83-85817-76-X 
  • Reichholf-Riehm H., 1996. Motyle. Wyd GeoCenter, Warszawa. 
  • Sielezniew M, Dziekańska I., 2010. Motyle dzienne, Multico, Warszawa

Samica czerwończyka nieparka, 10 czerwca 2019,
osuszone jezioro Płociduga Małą, Olsztyn



07.06.2019

Tworzenie przestrzeni edukacyjnej i kamienie, które opowiadają historie - czyli rzecz o slow science i nowych przestrzeniach komunikacji


Kiedy wykonujemy coś, co jest piękne, czujemy się przydatni i potrzebni. W wieku automatyzacji i sztucznej inteligencji (tworzącej dla nas obrazy i treści masowo i łatwo powielane) coraz większego znaczenia nabiera rękodzieło i praca niepowtarzalna, wykonana przez człowieka, własnoręcznie. Wartością jest unikalność i autentyczność. Sztuka, nawet ta amatorska, jest sposobem komunikacji i tworzenia relacji międzyludzkich, sposobem tworzenia przestrzeni do wspólnej komunikacji (dialogu). Daje poczucie sprawstwa. Jest bardzo archaicznym sposobem budowania wspólnoty, budowania więzi i komunikacji. Ale ciągle jest sposobem użytecznym.

Szkoła i uniwersytet jest przestrzenią rozmowy, dialogu a nie tylko miejscem egzaminów. A przynajmniej powinna być przestrzenią tejże rozmowy. Wspólne malowanie jest sposobem do organizowania przestrzeni edukacyjnej, ułatwiającej dyskusję. Skupienie się wokół prostej aktywności, tak jak kiedyś przy darciu pierza, łuskaniu fasoli, szatkowaniu kapusty, międleniu lnu, ułatwia niewymuszoną i autentyczna rozmowę. Łatwiej się wypowiedzieć, gdy uwaga skierowana jest nie na mówcę ale na inną aktywność. Można milczeć. Nie ma punktów, rywalizacji, rankingów (bo malują pracownicy naukowi z innych dyscyplin niż sztuka - im się to do niczego nie liczy). Można dzielić się wrażeniami, emocjami. I można poruszać tematy bardziej abstrakcyjne, ambitne. Mówić można, ale nie trzeba. Nikt nie jest wywoływany do tablicy a cisza nie jest kłopotliwa. Nie trzeba jej na siłę zabijać niepotrzebnymi słowami. Malowanie w przestrzeni publicznej jest pretekstem do refleksji nad zmieniającymi się w dziejach ludzkości sposobami komunikacji, od komunikacji niewerbalnej (zapach, gest, mimika, ruch rytm, taniec itd.), poprzez komunikację słowną (kultura oralna) i pismo (kultura pisma) aż do coraz silniej ujawniającą się komunikację z wykorzystaniem technologii cyfrowych (Jacek Dukaj nazywa ją kulturą bezpośredniego transferu przeżyć).

W nauce ważna  jest komunikacja, w edukacji także. Dlatego  z warsztatami malowania kamieni jadę na VII Konferencję Dydaktyki Akademickiej Ideatorium 2019. Warsztaty te prowadzę wspólnie z dr Małgorzatą Gorzel z Lublina. A z uczestnikami konferencji podyskutujemy o formach komunikacji w nauce, wykorzystując formy archaiczne jak i zupełnie nowoczesne. Malowane kamienie zostaną w części wymieszane z komunikacją cyfrową. Stąd hybrydowa komunikacja. Nie tylko słowo i tekst ale i wspólne przeżywanie, doświadczanie. Akademickie eksperymentowanie w czasach przechodzenia z kultury pisma na kulturę bezpośredniego transferu przeżyć. Może przy okazji uda się odkryć dlaczego pojawił się autyzm i utrwalił w populacji ludzkiej?


Mówić (komunikować) można na różne sposoby. Poprzez wzniosłe słowa lub przez zwykłe, wspólne prace, w których mówi się milczeniem oraz obrazem, współobecnością w doświadczaniu i przeżywaniu. Refleksja wymaga wyciszenia, zwłaszcza w czasach nadmiaru i szumu informacyjnego (w przenośni - nie słyszymy własnych myśli). Wspólne malowanie butelek, kamieni czy dachówek (akademicki streetart) ułatwia rozmowę, tak jak kiedyś, w społecznościach agrarnych, wspólna praca w polu, przy darciu pierza czy łuskaniu fasoli. Daje poczucie sprawstwa i ważności. Po woli to odkrywam, z dorosłymi, z młodzieżą z pracownikami uczelni wyższych. Już od kilku lat. Ale jak komunikować o swoich odkryciach, przemyśleniach, pomysłach? Pisać publikacje? Mówić na wykładach? Pisac na blogu, vlogu czy jeszcze inaczej? Malowac kamienie w parku?

Sztuka amatorska dostępna jest dla wszystkich, rozbudza kreatywność i daje poczucie sprawstwa. Jest dogodną przestrzenią edukacyjną, w które możemy się spotykać i komunikować, nawet milczeniem oraz niewerbalną aktywnością, kształcić kompetencje miękkie i poczucie istotności. Komunikować się z uczniami, studentami, dorosłymi. I wydłużyć przekaz.

Czy kamienie mogą opowiadać ciekawe historie? My je w Gdańsku nauczymy opowiadać w czasie warsztatów, konektywnie i kolektywnie. Wiedza jest rozproszona już nie tylko w głowach ludzi ale i w zewnętrznych nośnikach pamięci (w tym książki, repozytoria cyfrowe itd.). Malować każdy umie (udowodnimy to na warsztatach, także tych w Gdańsku, w czerwcu 2019). Ale przy okazji każdy z uczestników nauczy się prezentacji błyskawicznej, nagra krótką wideoprezentację a następnie umieści ją na… kamieniu. To wszystko za pomocą dostępnych i bezpłatnych narzędzi. Wszak telefon komórkowy każdy ma a dostęp do internetu jest powszechny. Przyszłość już jest, tyle że nierównomiernie rozmieszczona. Poszukamy tych futurystycznych wysp w swoim otoczeniu.

Współczesny polski uniwersytet choruje na punktozę, na pogoń na publikacjami. Cechuje go szybkie tempo życia, bez czasu na oddech, refleksję i zwykłe poleniuchowanie. Tradycyjne środki upowszechniania wiedzy i komunikacji w nauce to: publikacje, wygłaszane referaty, postery naukowe. XXI w przyniósł nam komunikację internetową, szybką i globalną. Czy można jedno z drugim połączyć? Moim zdaniem tak. I to w czasie malowania... pod słońcem prowincji (czyli z dala od gwarnego i dynamicznego centrum), w cieniu lipy, dębu lub kasztanowca, na trawniku. A tym razem w czasie konferencji naukowej.

Od lat kilkunastu hobbystycznie maluję butelki, wyrzucone, nikomu już nie potrzebne. Przywracam im sens i znaczenie. Niedawno odkryłem, że można to robić zespołowo, gdzie ważniejsze od tworzenia perfekcyjnego dzieła jest kreowanie wspólnej przestrzeni do przeżywania i dyskutowania. Skupiamy się  na procesie a nie na produkcie. 

Podczas malowania można rozmawiać bez wykwintnie uczonych słów. Teraz przyszła pora na kamienie. Są i leżą. Całkiem za darmo, czasem zawadzają. Tanie, więc bezwartościowe? Każdy człowiek potrzebuje choć odrobiny sensu i piękna. Każdy człowiek jest twórcą, nawet lepiąc pierogi czy sprzątając mieszkanie. W tym drugim niczego nie wytwarza, utrzymuje jedynie stan. Stan estetyki, porządku i piękna. Czy malując kamienie lub stare butelki coś wytwarzamy? Jest produkt? Może usługa? A może także (lub tylko) doznanie?

Sprzątając lub wprowadzając porządek przywracamy to, czego potrzebujemy. Sens i organizację. Sensem tej pracy (malowanie wyrzuconych, niepotrzebnych rzeczy) nie jest więc wzrost, produkcja, PKB ani nawet konsumpcja. Sensem wspólnego malowania kamieni jest spotkanie integracyjne lub tworzenie przestrzeni do jeszcze innego dialogu. I nie jest celem zastąpienie tradycyjnych, akademickich wykładów czy seminariów. Celem jest uzupełnienie, rozszerzenia, zwiększenie różnorodności dostępnych form.

W czasie wspólnego malowania mówić można ale nie trzeba. Ciszy nie trzeba zabijać słowem. Można milczeć. Słów jest zbyt dużo. Mało kto ich słucha, a niektóre są takie mądre, że nawet mówiący ich nie rozumie. Czysty rytuał. Pozasłowny.

Warsztaty z malowaniem kamieni, zaplanowane na Ideatorium, nie będą ani wykładem ani komunikatem konferencyjnym ani tradycyjnym referatem ani publikacją z impact factor. Będą wspólnym przeżywaniem, tak jak w powstającej kulturze post-pisma. Nie będzie splendoru i oklasków. Ale będzie komunikacja międzyludzka, tak jak kiedyś pod drzewem oliwnym.

W cyfrowym świecie brakuje nam doświadczenia wspólnotowości. Odszukamy ją. Maljąc kamienie i milcząc. Bo nie tylko słowem przekazujemy treści. To wyjście poza schematy i utarte, akademickie rytuały. Poszukiwać nowego by odszukać to, co utracone. Takie swoiste slow science na prowincji. Brzmi trochę prowokacyjnie. Przynajmniej mam taką nadzieję. Powstaną popaćkane kamienie. I te kamienie kultury (bo jak pomalowane, to już troszkę kultury nabiorą) rzucimy na szaniec. Bo potrzebna nam prowokacyjna rewolucja w myśleniu o świecie, o konsumpcji i sensie. I o współczesnym uniwersytecie.
(1. czerwca 2019 r., Olsztyn, Park Centralny, piknik naukowy,
pt. "Naukowo-artystyczne śniadanie na trawie w Parku Centralnym")
Recyklingowy street art to tworzenie przestrzeni edukacyjnej na uniwersytetach i akademiach i „odzyskiwanie” pozornie niepotrzebnych już rzeczy, to także element animacji społecznej, realizowanej w przestrzeni publicznej. Odzyskiwanie uniwersyteckich relacji mistrz-uczeń i wspólnoty nauczających i nauczanych, klimatu wspólnego odkrywania z ciekawości (a nie dla punktów, sprawozdawczości i rankingów). Może trzeba spróbować, przynajmniej od czasu do czasu, komunikować swoje przemyślenia, odkrycia, przeżycia nie w formie książki czy publikacji w renomowanym czasopiśmie a w formie streetartowej wystawy?  Czy to ma sens? Warto to sprawdzić. Potrzebni więc odważni ludzie z uczelni wyższych, którzy zechcą spróbować.

Surowcem w tym streetartowych happeningach są rzeczy zbędne i niepotrzebna, czasem traktowane jako śmieci: stare dachówki, szklane butelki i słoiki (zbędne już opakowania), polne kamienie czy wybrakowana ceramika (odpady po remontach domów). Poprzez wspólne malowanie w przestrzeni publicznej (parki, skwery, biblioteki, szkoły, uniwersytety itd.), w czasie konferencji naukowych, festiwalów filozofii, pikników naukowych i w czasie spotkań typu „śniadanie na trawniku”, powstają drobne elementy (detale), umieszczane później w przestrzeni publicznej lub jako uliczne wystawy oraz elementy małej architektury.

(Olsztyn, Park Centralny)
Pomalowane kamienie mogą być użyte do gier terenowych (z wykorzystaniem QR Kodów i mobilnego internetu) a take do edukacyjnych opowieści o historii, przyrodzie i przekształceniach krajobrazu. Taki swoisty wykład - lecz nie osadzony w kulturze oranej. Jako swoista opowieść lecz nie całkiem osadzona w kulturze pisma. Całkiem coś nowego. Nowe jest zawsze ryzykowne, że się nie uda. Ale jakże nie spróbować?

Spotkania przy malowaniu to także forma upowszechniania wiedzy (np. biologicznej, o ekologii, o owadach i innych zwierzętach, grzybach czy roślinach o ekosystemach) oraz emanacja kształcenia ustawicznego i pozafromalnego. Wiedza jest bogactwem i dobrem ogólnym, które jest warunkiem rozwoju cywilizacji i do którego prawo ma każdy. Tak jak do wody i powietrza czy pięknego krajobrazu. Nie można więc zamykać i ograniczać dostępu do wiedzy. Podobnie jest ze sztuką. Nauka i sztuka zachwycają się światem, każda na swój sposób i w odmiennej formie. Najefektywniej poznawać wiedzę i sztukę... przez własne uczestnictwo i aktywność. Malujący naukowiec to negocjacje tych dwóch światów. W wymiarze osobistym malowanie jest dla mnie relaksem i wyjściem z wąskich ram życia zawodowego. A teraz uświadomiłem sobie, że jest to arteterapia chroniąca przed wypaleniem zawodowym.

Jadę do Gdańska na konferencję naukową by malując z innymi pracownikami akademickimi, zastanawiać się nad potrzebnymi zmianami w dydaktyce akademickiej. Jadę by we wspólnej dyskusji "ładować swoje akumulatory".

05.06.2019

Nie ma jednej, poprawnej odpowiedzi - rozważania o szkole


Każda odpowiedź jest dobra o ile zostanie sensownie uzasadniona. Zdanie i zdarzenie wyrwane z całościowego kontekstu trudne jest do jednoznacznej interpretacji. Poprawnych odpowiedzi może być wiele. Uzasadnienie tworzy kontekst, czasem zupełnie nowy (potrzebna więc kreatywność). Ot na przykład taki wycinek ze szkolnego podręcznika. Widzimy tylko fragment, ukazany na ilustracji wyżej.

W szkole (i na uniwersytetach?) uczymy odpowiadać by trafić w klucz? Bo ustalamy jedną, właściwą odpowiedź, a wszystkie inne automatycznie są złe? Czy raczej uczymy myśleć i uzasadniać? Wolę to drugie, mimo że przy sprawdzaniu wymaga znacznie większego wysiłku i czasu. Wymaga czasu na wysłuchanie, wysiłku podążania za argumentacją, myślenia. Nie da się sprawdzić "poprawności", przyrównując szybko do klucza testowych odpowiedzi. Szybko i dużo (sprawdzonych testów, zadań) nie oznacza dobrej edukacji. I postaram sie to uzasadnić, korzystając z kreatywności dyskutantów na Facebooku. Niniejszy tekst jest tylko uporządkowaną i rozszerzoną wersją dyskusji, która się odbyła w przestrzeni wirtualnej na Facebooku.

Zamieszczony fragment pochodzi z ćwiczenia lub podręcznika szkolnego. Umieszczony został w mediach społecznych, już nie pamiętam dokładnie gdzie (w której grupie). Może przez jakiegoś rodzica? Dostrzegając bzdurę słusznie publicznie się zastanawia nad poprawną odpowiedzią (bo jak pomóc dziecku w odrabianiu lekcji?). Ale czy znamy zamiar i kontekst?

1. Wymienione w zadaniu części roślin: marchewka, ziemniaki, pietruszka, seler to z botanicznego punktu widzenia (wiedza naukowa, poprawna): korzeń, bulwa, liście. Jak zatem można w dalszej części zadania pytać "ile owoców znalazło się w zupie?" Błąd z układaniem zadania (autor jest niedouczony)? Ale może jest to błąd zamierzony? Może nie chodzi tylko o proste zadanie matematyczne ale o sprawdzenie czytania ze zrozumieniem i sprawdzenie wiedzy przyrodniczej? Uczniowie czasem (lub często) wpadają w schemat rozwiązywania zadań, według klucza. Jeśli ktoś przeczyta bezrefleksyjnie, szybko, to ... źle rozwiąże zadanie. W tym kontekście poprawną odpowiedzią byłoby zero. Zero owoców znalazło się w zupie.

2. Drugą poprawną odpowiedzią będzie liczba 3. Bo ziemniaki możemy potraktować jako owoce. Przecież jak każda roślina ma owoce. Nie, nie o bulwy mi chodzi, które również są sposobem na rozmnażanie. Mam na myśli owoce sensu stricte, takie pomidorki. Że nie jemy? Ale kiedyś, gdy sprowadzono ziemniaki do Europy, próbowano je jeść. Uzasadnienie sprowadza się do interpretacji słowa "ziemniak" - możemy w domyśle uważać, że chodzi o bulwy ziemniaczane (bo je na co dzień jemy) albo o gatunek rośliny. A skoro gatunek, to przecież do zupy można wziąć każdą część rośliny. Może to taka specjalna zupa z dodatkiem solaniny (zdrowotna, lecznicza, dietetyczna). Może tych ziemniaczanych pomidorków dodajemy tylko trochę? A czy jedliście zielone pomidory? Też byłyby trujące. Ale po ukiszeniu są smaczne i jadalne. W niniejszym uzasadnieniu uzupełniamy treść, uzupełniamy kontekst o nową ale możliwą rzeczywistość.

3. Trzecią poprawną odpowiedzią będzie liczba 4. Bo do zupy włożono cztery marchewki. Czy marchewka (korzeń) to owoc? W sensie dżemu marchewkowego i norm Unii Europejskie - tak. W nawiązaniu do tradycyjnej marmolady marchewkowej Portugalczyków w normach unijnych marchew uznano za owoc... w dżemie marchewkowym. Taki wyjątek dla poszanowania lokalnej tradycji. W tym uzasadnieniu "marchewka = owoc" opieramy się na normach konsumpcyjnych, na zaistniałym przypadku, a nie na owocu w sensie biologicznym. Można?

4. Czwartą poprawną odpowiedzią może być liczba 7. Wystarczy połączyć oba powyższe uzasadnienia: 3 + 4 = 7. Ewentualnie 0 + 3 + 4 = 7.

5. Można jeszcze inaczej. Ewolucyjnie, w nawiązaniu do diety Homo sapiens.  Owoce to takie części roślin, które jemy na surowo. Tak odżywiali się nasi przodkowie (hominidy i szerzej - małpy), jeszcze "na drzewie". Warzywa muszą być uwarzone (ugotowane a nie zważone w sensie wagi, ciężaru). Termiczna obróbka żywności była wielkim wynalazkiem ludzkości i umożliwiła niewątpliwy sukces. A jeśli jeść marchewkę czy natkę pietruszki na surowo? Słabe to uzasadnienie, bo zupa jest daniem gotowanym (warzonym). Trzeba byłoby dalej uzasadniać, szukać "niegotowanych" zup itd. W tej chwili wydaje mi się karkołomne... ale może ktoś potrafi i taką odpowiedź wiarygodnie uzasadnić?

6. Przypuszczam, że nie wyczerpałem wszystkich, możliwych i poprawnych odpowiedzi (było 0, 3, 4, 7). Pozostawiam pole, do tej intelektualnej zabawy, otwarte (np. w komentarzach).

Dlaczego o tym piszę i się rozwodzę? Bo kilka dni temu usłyszałem trafne zdanie o edukacji. Przytaczam je z (niedoskonałej) pamięci i lekko (świadomie) zmodyfikowane: Szkoła jak i Uniwersytet, jest przestrzenią rozmowy, dialogu, dyskusji i uzasadniania a nie miejscem egzaminów. Egzaminy, sprawdziany też są, ale stanowią mały dodatek. A przynajmniej powinny. Za dużo wagi przywiązujemy do testów, rankingów ocen, za mało do dialogu, rozmowy i uzasadnienia.  Zatem nie ma głupich (błędnych) pytań - są tylko niewystarczająco (lub wcale) uzasadnione odpowiedzi.

Tymczasem wracam do codziennego trudu tworzenia uniwersytetu jako przestrzeni rozmowy i dialogu. I to nie tylko w czterech ścianach sal seminaryjnych czy wykładowych. Ten blog (i dyskusja w komentarzach) też jest fragmentem takiej przestrzeni edukacyjnej.

PS. Możliwe, że uczeń poda liczbę 10. Bo uzna, że takiej odpowiedzi od niego się oczekuje... Skoro są liczby, to trzeba je dodać (bo takiego schematu nauczył się w kilkunastu lub więcej poprzednich zadaniach), a ewentualne wątpliwości co do sensu po prostu pominie. Bo przyzwyczajany jest do poszukiwania odpowiedzi, jakiej się od niego oczekuje. Oczywiście, przy odrobinie wysiłku intelektualnego tę wartość (10) też można sensownie uzasadnić. Np. zakładając że zaszła pomyłka w podręczniku. Mózg ma te właściwośc, że automatycznie koryguje domniemane pomyłki. Dlatego przecztyamy zdania ze słowmi, które zawierają będy literowy lub inne. Odczytujemy całość i sens. Nieprawdarz?

03.06.2019

Wspólne czytanie - Jacek Dukaj "Po piśmie"


Na wspólne czytanie, organizowane 7. czerwca 2019 r. o godz. 10.00 pod starym ratuszem w Olsztynie wybieram się z aktualnie czytaną książką Jacka Dukaja "Po piśmie".  Zestawienie akcji z tą książką wydaje się nieco prowokacyjne. Jaki jest sens czytania w rodzącej się i rozwijającej kulturze bezpośredniego transferu przeżyć? O tym warto podyskutować (forma: kultura słowa, kultura oralna). W zestawieniu z drugą książką już niemalże klasyczną - "Zrozumieć media - przedłużenia człowieka" Marshalla McLuhana (przeczytałem ją kilka lat temu, forma: kultura pisma). A ja jeszcze dokładam w pamięci kilka ostatnich książek, odnoszących się do ewolucji człowieka. Pięknie się komponuje ewolucja biologiczna i ewolucja kulturowa, to nieustanne poszukiwanie analogii, poszukiwanie praw ogólnych i uniwersalnych (bo zainspirowany zostałem ogólną teorią systemów Bertalanffego, wiele lat temu przeczytaną). Rozmawiać o książkach z wykorzystaniem mediów cyfrowych (forma: kultura postpismienna, kultura bezpośredniego transferu przeżyć). Trzy światy, trzy kultury: oralna, piśmienna i postpiśmienna. Przy murach gotyckiego ratusza.

Czytanie w przestrzeni publicznej to jakaś forma manifestacji oraz happeningu. W tym dniu uczniowie i studenci z całej Polski będą czytać – bez przymusu, każdy to, na co ma ochotę (ciekawe co teraz młodzi ludzie czytają?). Osoby dorosłe, w tym pracownicy UWM, mogą również dołączyć. Ja dołączam.

Pomysł wspólnego czytania zjednoczył ponownie placówki biblioteczne w Olsztynie. Miło patrzeć na współpracę. Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Olsztynie, Miejska Biblioteka Publiczna w Olsztynie, Biblioteka Uniwersytecka UWM i Warmińsko-Mazurska Biblioteka Pedagogiczna razem organizują rekord czytania książek przez uczniów (bicie rekordu to element grywalizacji). Kiedyś biblioteka była sercem każdego uniwersytetu, skarbnicą wiedzy. A teraz? Gdy książką jest tania a wiedzę łatwo można zaczerpnąć z telefonu komórkowego, audiobooka, internetu? Jak jest teraz z czytaniem i pisaniem w przestrzeni akademickiej?

Głównym celem akcji wspólnego czytania w przestrzeni publicznej jest budowanie pozytywnego wizerunku książki, tak by czytanie kojarzyło się z czymś przyjemnym, z wolnym czasem i rozrywką (ważne dla uczniów, którzy zmagają się z obowiązkowymi lekturami w szkole). Symbolem wspólnej akcji jest rekord w liczbie osób czytających w jednym momencie. Co roku wspólnie czyta ponad 400 tys. osób w całej Polsce. Pomysłodawcą i głównym organizatorem jest redakcja miesięcznika „Biblioteka w Szkole", od 29 lat jednego z najpopularniejszych czasopism dla nauczycieli, natomiast organizatorami przedsięwzięć w poszczególnych miastach – biblioteki szkolne i publiczne (co roku ponad 2 tys. placówek). Jest jeszcze trochę czasu, można dołączyć z inicjatywą nawet z najmniejszej miejscowości. Czytanie przy półkach bookcrossingowych też byłoby ciekawym przeżyciem, integrującym społeczność lokalną.

Warto na nowo przemyśleć sens pisma, sens czytania i pisania, sens bibliotek (a nawet półek bookcrossingowych). To wszystko w kontekście sztucznej inteligencji. Student może zapytać się, jaki jest sens pisania pracy dyplomowej, skoro przeczyta ją on, promotor i recenzent. Tylko trzy osoby? Przy kilkumiesięcznym wysiłku? Może ktoś jeszcze? Obecnie znacznie częściej jego praca czytana będzie przez... sztuczną inteligencję. Pierwszy raz, gdy umieści w systemie i sprawdzi ją program antyplagiatowy. A potem wielokrotnie, gdy program ten będzie sprawdzał inne prace dyplomowe. Czyli wychodzi na to, że częściej prace naukowe czyta nie inny człowiek tylko sztuczna inteligencja w szerokim sensie. Dla kogo piszemy? I jaki to ma sens? Żyjemy w ciekawych czasach a na naszych oczach powstają rzeczy niezwykłe. Zupełnie nowy świat....

Może więc, przed drogą w nieznane jutro, siądźmy wschodnim zwyczajem. I poczytajmy. I koniecznie piszmy. Na pewno jakieś maszyny przejrzą nasz tekst. A my, w procesie pisania, uporządkujemy swoje myśli. I w jakimś sensie sformatujemy swój mózg.

27.05.2019

Lot na Marsa (ekolog na Marsie)

Mam już bilet na Marsa. Wiele lat o tym marzyłem. Praca dla ekologa na Marsie się chyba znajdzie. Odbudowywanie ekosystemu po katastrofie planetarnej. Przyda się takie doświadczenie na ... Ziemi.
Kilka lat temu napisałem tekst na konkurs popularnonaukowy Futuronauta (czytaj więcej). Ukazał się w tomiku prac konkursowych. Warto go przypomnieć. Młode pokolenie ma szansę polecieć na Marsa. Futurystyczne wizje szybko się sprawdzają...

Ekolog na Marsie (zobacz tekst źródłowy)

Nigdy nie lubiłem latać samolotem. To jest jakieś irracjonalne. Dane statystyczne wskazują, że latanie jest bezpieczniejsze niż jazda samochodem czy autobusem. Jako naukowiec, powinienem przecież zaufać rzetelnym i naukowo udowodnionym faktom. A jednak po prostu się boję. Jeśli tylko mogę to wybierałem inny środek transportu lub korzystałem z komunikacji internetowej i telekonferencji. Przecież, żeby uczestniczyć w seminarium naukowym, współpracować w dużym, międzynarodowym zespole, nie trzeba siedzieć w jednym pokoju. Wspólnym biurkiem jest internet i zasoby dostępne on-line. Web 2.0 to dzieciństwo, w którym wyrastałem.

A teraz stoję w kolejce do odprawy. I czeka mnie lot dalszy niż na drugi kontynent. Po prostu lecę na Marsa, na kilkumiesięczne badania naukowe w międzynarodowej stacji badawczej. Wszystkiego przez internet i telekonferencje nie da się zrobić. Konieczne są badania in situ czyli na miejscu. A że badania dotyczą ekologii stosowanej i to na Marsie, trzeba lecieć. Ciekawość i ekscytacja fascynującym eksperymentem przeważa nad irracjonalnym strachem.

Zdobyłem grant na badania w dużym międzynarodowym konsorcjum. Zadziwiające, że tyle miesięcy przygotowań, pisania wniosku, kompletowanie zespołu, dopracowywanie eksperymentu i projektowanie badań, wszystkie te procedury recenzowania i zatwierdzania, nie wlokły się tak jak teraz oczekiwanie na odprawę. Przeszedłem wcześniejsze badania medyczne. No cóż, nie jestem okazem zdrowia. Ale drobne niedomagania da się łatwo i szybko wyeliminować. Wszystko po to, żeby bez problemu przebyć dość długą podróż z przesiadką na stacji orbitalnej, a potem wielomiesięczny pobyt na marsjańskiej stacji badawczej. Pobyt w tych ekstremalnych warunkach nawet dla czterdziestoparolatka nie jest już problemem.

Lecę na Marsa, aby jako ekolog współpracować z biotechnologami, biologami molekularnymi oraz specjalistami od modelowania i biologii syntetycznej. Okazuje się, że GMO (organizmy modyfikowane genetycznie) znalazło swoje powszechne zastosowanie poza Ziemią. Wszystkie te wcześniejsze próby modyfikowania roślin, zwierząt i bakterii, tylko w części udało się sensownie zastosować w rolnictwie i medycynie. To nie tylko sprawa protestów przeciw żywności pochodzącej z organizmów modyfikowanych genetycznie. Przeważyły w wielu przypadkach także względy ekonomiczne. Ale bez tych prób nie osiągnęlibyśmy współczesnej wiedzy o funkcjonowaniu organizmów i zaawansowanej biotechnologii. Tak jak pozornie bezsensowne i „bezużyteczne” są zabawy w dzieciństwie. Bo zabawy nie są marnowaniem czasu i energii. One służą zdobywaniu wiedzy i dojrzewaniu całej osobowości. Bez tego nie da się w życiu dorosłym być dobrym pracownikiem. Podobnie jest w nauce. Pozornie bezużyteczne badania po jakimś czasie dają możliwość zupełnie nieoczekiwanego zastosowania w praktyce.

Urodziłem się w czasie, gdy Polska wstępowała do Unii Europejskiej oraz rozpracowano genom człowieka. Potem coraz szybciej udawało się poznać kompletny zestaw genów kolejnych organizmów. Poznawanie genomów stało się coraz łatwiejsze i szybsze. Większym problemem okazało się poznanie proteomu, czyli wszystkich białek funkcjonujących w komórce, jak i metobolomu – czyli wszystkich produktów metabolicznych, pojawiających się w określonym czasie cyklu życiowego. Biologia molekularna musiała zmierzyć się z problemem, który na długo zastopował rozwój ekologii: prawem wielkich liczb. W ekosystemie występuje bardzo dużo gatunków oraz relacji między tymi gatunkami. Gdy biolodzy molekularni głębiej poznali mikroświat, trudno było dobrze analizować współdziałanie wielu genów, enzymów i innych związków. Biologia molekularna upodobniła się do ekologii. Jednak z pomocą przyszła duża moc obliczeniowa komputerów.

Biologia syntetyczna i modelowanie komputerowe pozwoliły opanować zdawałoby się niemożliwe. Udało się stworzyć wirtualne modele najpierw organizmów a potem całych ekosystemów. W czasie szybszym od rzeczywistego – w przypadku ekosystemów – można było wykonywać różnorodne eksperymenty i sprawdzać warianty oddziaływań, dodawać lub eliminować określone gatunki. Na rezultaty eksperymentów w przyrodzie trzeba czekać nierzadko dziesiątki a nawet setki lat. Bo tak długo trwa sukcesja ekologiczna. Teraz można znacznie szybciej. Takie właśnie badania symulacyjne wykonałem na Ziemi, ale teraz muszę sprawdzić jak przebiegają eksperymenty na Marsie, już na prawdę a nie wirtualnie.

Ostatnie kilka dziesięcioleci to było zmaganie się z efektem cieplarnianym i próby globalnego sterowania atmosferą. Nie ze wszystkich prób jako ludzkość wyszliśmy zwycięsko, ale zdobyliśmy niebagatelną wiedzę o atmosferze i jej uwarunkowaniach. To właśnie na bazie tej wiedzy poważyliśmy się zaprojektować i rozpocząć tworzenie atmosfery na Marsie. Wcześniej udało się znaleźć zasoby wody na tej planecie. Wtedy zapadła decyzja o kolonizacji Marsa i eksploatacji jego surowców. Ale jak żyć na tej niegościnnej „ziemi”? Schować się w zamkniętych stacjach pod gruntem czerwonej planety? Tak, ale tylko na krótko, bo lepszym i wykonalnym rozwiązaniem okazało się stworzenie ochronnej atmosfery.

Biolodzy molekularni zaprojektowali mikroorganizmy o określonych cechach i zdatne do przeżycia w nietypowych warunkach. Ich zadaniem jest nieprzerwana produkcja tlenu, dwutlenku węgla, metanu itd. Żaden gatunek z Ziemi do tego się nie nadawał. To nie było modyfikowanie istniejących gatunków lecz projektowanie, niczym w biurze projektowych nowych maszyn. Organizmy żywe są znakomitymi maszynami: samonaprawiającymi i samopowielającymi się. Na Marsie nie było atmosfery. Trzeba było ją stworzyć. Przygotować odpowiednie organizmy, wysłać i rozmnożyć na Marsie i „uwolnić”, aby zaczęły emitować gazy, tworzące zalążek atmosfery. To powolny proces. Na dodatek, w tych ciągle zmieniających się warunkach, trzeba nadzorować powstawianie (ściślej projektowanie przez biotechnologów) nowych gatunków i ich sukcesyjną wymianę. O ile biotechnolodzy ekscytowali się tworzeniem nowych organizmów, tak nas ekologów, niezwykle podnieca fakt zaprogramowania nowego ekosystemu zupełnie od zera. To tak, jak przygotować program instalacyjny, przenieść go do innego komputera i jednym kliknięciem uruchomić rozpakowanie oraz samoinstalację.

Tworzenie nowej biosfery to coś więcej niż prosta biologia syntetyczna, która nie tak dawno odnosiła swoje pierwsze i spektakularne sukcesy, gdy udało się zaprojektować i zupełnie od zera zbudować żywą komórkę. Biorę udział w dużym eksperymencie tworzenia nowego ekosystemu: biosfery na Marsie. Zupełnie od zera. To wielkie przeżycie i wielkie emocje. W ciągu kilku miesięcy mojego pobytu na marsjańskiej stacji badawczej będę badał tworzące się biocenozy. Będę współpracował z biotechnologami i biologami syntetycznymi w opracowaniu kolejnych gatunków mikroorganizmów, sterujących przebiegiem tej marsjańskiej sukcesji ekologicznej. W pewnym sensie będą asystował narodzinom drugiej Gai. Gaja to dawna hipoteza, traktująca biosferę Ziemi jako swoisty „organizm”, z homeostazą i czynnikami regulującymi.

Niebawem zapakują mnie do promu kosmicznego. Wcześniejsze badania medyczne pozwoliły zindywidualizować i dostosować do mnie uniwersalny komputerowy model organizmu człowieka. Symulacje pobytu w przestrzeni kosmicznej i na Marsie pozwoliły przetestować mój organizm – zupełnie wirtualnie – czy i jak sobie poradzi w tych nowych warunkach oraz czy zaplanowana kuracja zapobiegawcza będzie skuteczna. Teraz stan mojego organizmu jest monitorowany a podawanie kolejnych leków jest kontrolowane (o ile te aktywne biologicznie substancje można nazwać lekami – przecież nie jestem chory).

I zadziwiające, nie boję się strzykawek, wenflonów i tego, co mi aplikują. Ale lotu się trochę boję. Nikomu tego nie mówię. Bo jak tu się przyznać, że naukowiec, obsługujący wyrafinowaną aparaturę, ma jakieś irracjonalne lęki?