4.05.2026

Studenckie wyciekanie czyli dropout




Zjawisko studenckiego dropoutu (wyciekania) jest dziś uważane za jedno z najpoważniejszych problemów szkolnictwa wyższego, a jego skala rośnie globalnie. Przynajmniej w opinii uczelni wyższych. To nie tylko rezygnacja ze studiów, ale złożony proces stopniowego odłączania się studenta od uczelni - emocjonalnie, społecznie, organizacyjnie i akademicko. Dropout to przedwczesne opuszczenie studiów, zwykle poprzedzone spadkiem motywacji, pogorszeniem wyników, brakiem integracji społecznej lub trudnościami finansowymi. Badania pokazują, że to zjawisko ma charakter wieloczynnikowy, łączący aspekty akademickie, ekonomiczne i psychospołeczne. Istniało wcześniej ale wobec nadmiaru chętnych w stosunku do oferowanych miejsc, ani nie martwiło, ani nie interesowało zbytnio środowisk akademickich. 

Studenckie wyciekanie (dropout) dziś brzmi jak nowe słowo‑klucz, jakby dopiero teraz ktoś odkrył, że studenci potrafią znikać z uczelni po cichu, bez dramatycznych deklaracji, raczej przez powolne opuszczanie rytmu akademickiego życia. A przecież to zjawisko nie narodziło się wczoraj. Ono było chyba zawsze, tylko nie mieliśmy na nie nazwy. A może po prostu nie chcieliśmy patrzeć zbyt uważnie? Skoro wcześniej na uczelniach często się słyszało "studenci zawsze będą", to po co się tym zajmować? Po co dostrzegać? W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku nikt nie mówił o „wyciekaniu”, choć studenci odchodzili tak samo lecz chyba z innych powodów, w innych okolicznościach. Wtedy raczej nazywane było to "odsiewem".

Dla przykładu to, co znam z opowieści starszych koleżanek i kolegów oraz z autopsji. Rok 1981, Wyższa Szkoła Pedagogiczna w Olsztynie. Czas po strajkach, po zawieszeniu zajęć. Gdy wreszcie wrócono do edukacyjnej normalności, okazało się, że ta normalność jest podwójnie gęsta. Dwa semestry do zrobienia w jednym, a na biologii nauczycielskiej oznaczało to nie tylko więcej wykładów, ale przede wszystkim laboratoria, czyli długie godziny przy mikroskopach, preparatach, hodowlach, z których nie dało się zrezygnować ani ich skrócić. Zajęcia od rana do wieczora. Nauka piętrzyła się jak stosy zeszytów w akademikowym pokoju, a kolokwia nadchodziły jedno po drugim, jakby ktoś ustawił je w szeregu i wydał rozkaz do maszerowania.

I wtedy zaczęli odpadać. Nie tylko ci, których łatwo byłoby o to podejrzewać. Nie ci, którzy „zawsze mieli problemy”. Przeciwnie, odchodzili ci najbardziej ambitni czyli ci, którzy chcieli mieć wysokie oceny, piątki i czwórki. Czyli ci, którzy stawiali sobie ocenową poprzeczkę wysoko i nie umieli jej obniżyć nawet wtedy, gdy sytuacja obiektywnie tego wymagała. Dziś powiedzielibyśmy, że „wyciekali” po cichu, bez buntu, raczej z poczuciem porażki niż złości. Nie dlatego, że nie nadawali się na studia, ale dlatego, że nie potrafili pogodzić się z myślą, że tym razem nie będzie piątek, że trzeba będzie przejść przez ten rok z mniejszą elegancją, z większą improwizacją, z odrobiną chaosu. Paradoksalnie przetrwali ci, którzy mówili sobie: „najwyżej nas wyrzucą”. Ci, którzy potrafili odpuścić, którzy nie traktowali każdego potknięcia jak końca świata. Może dlatego, że mieli w sobie więcej elastyczności, a może po prostu więcej życiowego luzu. Może byli przyzwyczajeni do porażek i do tego, że nie są w czołówce peletonu. Może i współcześnie brakuje tego życiowego zahartowania pokoleniu płatków śniegu?

Kiedy dziś słucham dyskusji o dropoucie, mam wrażenie, że zmieniły się słowa, ale nie zmieniła się istota. Wyciekają ci, którzy nie znajdują dla siebie miejsca w rytmie uczelni. Czasem z powodu przeciążenia, czasem z powodu ambicji, czasem dlatego, że świat wokół nich przyspieszył bardziej niż oni potrafią nadążyć. W 1981 roku winne były strajki, nietypowe nagromadzenie zajęć i presja, by utrzymać poziom. Dziś winne są inne rzeczy: samotność, brak wspólnoty, nieczytelne oczekiwania, zbyt wiele bodźców, zbyt mało sensu. Ale mechanizm pozostaje chyba podobny. Człowiek odpuszcza nie wtedy, gdy jest słaby, lecz wtedy, gdy nie widzi już przestrzeni, by być sobą w systemie, który wymaga nieustannego dopasowania. 

Może więc dropout nie jest ani nowy, ani zaskakujący. Może jest po prostu lustrem, w którym odbija się to, jak uczelnie (dawniej i dziś) radzą sobie z różnorodnością ludzkich historii, ambicji i ograniczeń. A może jest też przypomnieniem, że czasem przetrwanie nie zależy od siły, lecz od zdolności do powiedzenia sobie: „zrobię tyle, ile mogę, a reszta niech się dzieje”.

Wróćmy do lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku. Rok 1982, część kolegów dostała sie na studia bez egzaminów wstępnych, bo w wyniku stanu wojennego byli trzy lata w wojsku. Pojedynczy mężczyźni, którzy zniknęli już w pierwszych tygodniach, po zajęciach z zoologii bezkręgowców i chemii. Po pierwszym roku zniknęło kilka osób. W tym moja mądra koleżanka, ale bardzo wrażliwa. Rok 1984 albo 1985, ta sama uczelnia, ten sam kierunek. I ja w centrum mojej uwagi. Trzeci rok studiów, w którym coś zaczęło się we mnie kruszyć. Nie z powodu jednego wydarzenia, raczej przez powolną utratę sensu. Biologia, którą znałem z popularnonaukowych książek, była pełna opowieści o ewolucji, ekologii, o wielkich pytaniach i jeszcze większych tajemnicach. Tymczasem na studiach te fascynujące dla mnie obszary czekały gdzieś na końcu programu. Jak deser, który podaje się dopiero wtedy, gdy gość zjadł całą resztę - również to, czego nie lubi. Żeby dotrwać do tego deseru trzeba ogromnej cierpliwości, bo nie ma jak zmienić kolejności.

A po drodze było dużo tego, czego nie lubiłem. Dużo nauki pamięciowej, przedmioty, które wydawały mi się odległe od tego, co naprawdę chciałem robić. Odreagowywaliśmy dowcipem. Na początku chemia i fizyka, później kolejne bloki materiału, które trzeba było wkuć, choć nie budziły we mnie żadnej ciekawości. I wtedy trafiłem na kolejną „kobyłę” czyli przedmiot, który w opinii prowadzących miał być jednym z filarów wykształcenia biologa. Dla nich ważny, dla mnie kompletnie nieprzydatny. Dziś, po czterdziestu latach, mogę powiedzieć to samo, tylko spokojniej: nic mi się z tego nie przydało. Był jak przeszkoda na zmęczenie w biegach na selekcję. Może na weterynarii albo medycynie ten poziom szczegółowości miał sens, ale nie na kierunku nauczycielskim. A jednak strach był realny, rygor był realny, presja była realna. Dałbym radę, ale straciłem poczucie sensu.

I wtedy po raz pierwszy naprawdę pomyślałem, żeby rzucić studia. To byłby klasyczny dropout. Nie buntowniczy, nie dramatyczny, tylko cichy, wynikający z poczucia bezsensu. Rozjazd między marzeniami a rzeczywistością był zbyt duży. Biologia, którą kochałem, była gdzieś daleko. A ta, którą miałem przed sobą, była jak ciężka, niechciana walizka. Lub jak bardzo niewygodne buty - nie da się zajść w nich zbyt daleko. Gdyby wtedy istniały licencjaty, pewnie bym dokończył swoje studia. Widząc bliską metę zacisnąłbym zęby, przetrwałbym semestr i miałbym w ręku dyplom, który pozwoliłby mi zrobić przerwę i pójść dalej. Ale wtedy były tylko jednolite, pięcioletnie studia magisterskie. Perspektywa ciągnięcia tego jeszcze przez ponad dwa lata była jak patrzenie w tunel bez światła. Tu mała dygresja, od lat słyszę, że lepsze są studia pięcioletnie, bo jak się już złapie studenta, to jest on na dłużej. Tylko ten sposób myślenia nie uwzględnia tego, że studenci uciekają wcześniej (dropout). Już ich na studiach nie trzyma strach przed pójściem w kamasze (za naszych młodzieńczych czasów dotyczyło mężczyzn, którzy uciekali na studia przed obowiązkową służba wojskową). Koniec dygresji.

I gdy tak myślałem o rzuceniu studiów i wyjeździe w Bieszczady", ktoś podał mi pomocną dłoń. Po prostu podpowiedział mi, żebym nie porzucał studiów, tylko poszedł na urlop dziekański. Pomógł mi znaleźć pracę w laboratorium, gdzie przez kilka miesięcy byłem techniczną pomocą, kimś od mycia szkła i drobnych zadań. Paradoksalnie to właśnie ta praca, tak prosta pozwoliła mi psychicznie odpocząć. Byłem na uczelni ale nie nie byłem aktywnym studentem. Miałem czas na czytanie książek naukowych i popularnonaukowych, na własne zainteresowania, na działalność w studenckim kole naukowym, gdzie po prostu prowadziłem badania naukowe. Po kilku miesiącach sens studiowania powrócił.

Po tym semestrze wróciłem na studia. Spokojniejszy, bardziej świadomy, z nową energią. Dzięki indywidualnemu tokowi studiów nadrobiłem zaległości i skończyłem wszystko w terminie. Tak, jakby żadnej przerwy nie było. Patrząc z dzisiejszej perspektywy widzę, że to nie była porażka, tylko moment koniecznego zatrzymania. Gdybym wtedy odszedł, nikt nie nazwałby tego dropou­tem, byłoby  "po prostu zrezygnował”. Ani ja pierwszy, ani ostatni. A jednak to byłby dropout w czystej postaci: odejście nie z braku zdolności, lecz z braku sensu. Zostałbym "odsiany".

Dziś, kiedy w różnych gremiach pisze się i dyskutuje o wyciekaniu studentów, często szuka się winnych, na przykład programu, wykładowców, systemu, pokolenia (pokolenie Z, pokolenia Alfa). Ale czasem dropout rodzi się po prostu z tego, że człowiek potrzebuje oddechu, przerwy, dystansu. Człowiek potrzebuje widzieć i czuć sens. Potrzebuje czasem dystansu i tego, że musi na chwilę wyjść z biegu (a raczej wyścigu szczurów), żeby móc do niego wrócić. I może właśnie to jest najważniejsza lekcja z tamtych lat, że nie każdy, kto odchodzi, naprawdę chce odejść. Czasem po prostu nie widzi już drogi, dopóki ktoś nie pokaże mu innej. Czasem nie ma po prostu cichej przystani, gdzie można byłoby odpocząć i odzyskać poczucie sensu.

Kiedy patrzę na tamte lata z dzisiejszej perspektywy, widzę jeszcze jedno: system, w którym studiowaliśmy, sam sprzyjał wyciekaniu. Pięć lat jako jedna, nieprzerwana ściana do przebicia. Zero przystanków, zero etapów pośrednich, zero oddechu. Albo kończysz, albo odchodzisz z niczym. Może wtedy byliśmy bardziej zdeterminowani? Może wykształcenie wyższe było bardziej deficytowe i dawało od razu awans społeczny i zawodowy? A to bardziej motywowało do wysiłku i znoszeniu bezsensownych trudności? I było mniej miejsc na studiach. Współcześnie czasem także słyszę różne głosy, że jest za dużo studiujących, że trzeba zmniejszyć liczbę uczelni, zmniejszyć liczbę studentów. Takie magiczne myślenie o przeszłości, że była dobra i wspaniała.

W tym sensie system boloński  3 + 2 jest jak otwarcie okna w dusznym pokoju w akademiku. Mniejsze porcje nauki, krótsze odcinki, po których można się zatrzymać, rozejrzeć, pomyśleć. Licencjat daje coś, co dawniej było nieosiągalne: możliwość powiedzenia „wystarczy na teraz” bez poczucia porażki. Można odpocząć, popracować, zmienić kierunek, uczelnię, miasto. Można wrócić po roku albo po pięciu latach pracy w zawodzie. Można wrócić ale już jako ktoś inny, dojrzalszy, bardziej świadomy. System boloński nie rozwiązuje wszystkich problemów, ale w pewnym zakresie naprawdę przeciwdziała wyciekaniu, bo pozwala studentowi zejść z trasy, nie wypadając z niej na zawsze.

Czasem myślę, że można by pójść jeszcze dalej. Że może dobrym rozwiązaniem byłoby certyfikowanie każdego roku studiów. Tak, aby każdy etap kończył się jakimś namacalnym potwierdzeniem wysiłku i uzyskanej wiedzy. Rok pracy, rok nauki, rok życia - i coś zostaje. Nie dyplom pełny, ale znak, że ten czas nie był stracony. Bo dziś, mimo systemu bolońskiego, wciąż zdarza się, że ktoś odchodzi po dwóch latach i wychodzi z niczym. A przecież to nie jest „nic”. To są setki godzin zajęć, kolokwiów, laboratoriów, lektur, doświadczeń, rozmów, prób i błędów. To jest realna część edukacji, która po prostu nie została domknięta. Przecież w szybko zmieniającym sie świecie każdy dyplom i tak szybko traci na wartości. Potrzebuje aktualizacji na studiach podyplomowych, na kursach i szkoleniach. 

Gdyby takie certyfikaty istniały w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku, wielu moich kolegów i koleżanek nie odeszłoby „z kwitkiem”. Może łatwiej byłoby im wrócić. Może łatwiej byłoby im uwierzyć, że to, co zrobili, ma wartość. Bo dropout często nie wynika z braku zdolności, tylko z poczucia, że wysiłek nie przekłada się na sensowny efekt. A system, który nagradza tylko pełne, niepodzielne ukończenie, sam tworzy przestrzeń do wyciekania.

Dziś, kiedy patrzę na współczesnych studentów, widzę, że ich wyzwania są inne, ale mechanizmy są podobne. Może najważniejszy jest brak poczucia sensu. Do tego przeciążenie oraz rozjazd między oczekiwaniami a rzeczywistością. I może właśnie dlatego warto myśleć o studiach nie jako o jednym wielkim maratonie, ale jako o serii krótszych biegów, z których każdy ma swoją wartość. Bo jeśli chcemy ograniczyć wyciekanie, musimy dać ludziom możliwość zatrzymania się bez poczucia, że przegrali. Zwłaszcza w szybko zmieniającym się świecie i szybko zmieniających się oczekiwaniach rynku pracy. A może to nie wyciekanie jest problemem tylko nieadekwatny system edukacji? Może to nie trzeba przeciwdziałać wyciekaniu tylko po prostu diametralnie zmienić cały system kształcenia?

Kiedy dziś myślę o dropoucie, widzę go już nie tylko jako zjawisko akademickie, ale jako coś znacznie szerszego - jako napięcie między tym, jak szybko zmienia się świat, a tym, jak powoli zmieniają się instytucje, które mają nas do tego świata przygotować. Bo przecież ciągle trzeba się uczyć. Sam tego doświadczam. Nowe narzędzia, nowe technologie, nowe sposoby pracy pojawiają się tak szybko, że czasem mam wrażenie, jakbym znów był na pierwszym roku studiów, próbując nadążyć za czymś, co nieustannie wymyka się i ucieka do przodu. Uczenie się stało się stanem permanentnym, a nie krótkim etapem życia. Ale jednocześnie nie da się spędzić całego życia w szkole. Przynajmniej nie w tej tradycyjnej z salami, planami zajęć i semestrami odmierzającymi czas.

Może więc remedium na dropout nie polega na tym, by studia były łatwiejsze, krótsze czy bardziej atrakcyjne, ale by były inaczej ułożone. Mniejsze porcje, ale za to rozłożone na całe życie. Nie 3 + 2, a raczej 1 + 1 + 1 + 1 + 1 czyli moduły, które można układać jak klocki, w zależności od tego, gdzie akurat jesteśmy, czego potrzebujemy, co nas ciekawi. Na studiach uczymy się nie tylko z wykładów i ćwiczeń, ale także przez kontakt z ludźmi i aktywności nie ujęte w programie studiów. Na przykład koła naukowe, agendy kulturalne, kluby turystyczne itp. Studiowanie to nie tylko biblioteka i program zajęć. To przede wszystkim wielowymiarowe środowisko i interakcje społeczne. Rok intensywnej nauki, potem przerwa na pracę. Kolejny rok, gdy pojawi się potrzeba lub chęć. I tak dalej, bez poczucia, że coś się „przerywa”, że się „odpada”, że się „wycieka”. Bo w takim systemie nie ma już jednej ścieżki, z której można spaść. Jest wiele ścieżek, które można wybierać. Tak, wybór i poczucie sprawstwa, są niezwykle ważne.

To byłaby ogromna zmiana, większa niż wprowadzenie systemu bolońskiego. Ale myślę, że dziś jest na nią przestrzeń. Właśnie dlatego, że mamy narzędzia, które mogą ją unieść. Sztuczna inteligencja i technologie online, która potrafią wspierać uczenie się, porządkować wiedzę, podpowiadać, co dalej, pomagać w powrotach po przerwie. Narzędzia, które nie zastępują myślenia, ale ułatwiają orientację w świecie, w którym wiedza nie mieści się już w żadnym podręczniku. Dzięki nim uczenie się może stać się bardziej elastyczne, bardziej osobiste, bardziej dopasowane do rytmu życia niż do rytmu semestrów. I może być hybrydowe, czyli łączące kształcenie online z kontaktem bezpośrednim.

Może więc dropout nie jest problemem studentów, tylko problemem systemu, który wciąż myśli kategoriami sprzed dekad? A może jest sygnałem, że czas przestać traktować edukację jak linię prostą, którą trzeba przejść od początku do końca bez zatrzymania. Bo jeśli uczenie się ma trwać całe życie, to musi być podzielone na odcinki, które da się udźwignąć. I które da się przerwać bez poczucia winy. Wtedy wyciekanie przestanie być porażką, a stanie się naturalnym elementem drogi. I może właśnie o to chodzi, by studia były nie jednorazowym sprintem, ale serią krótkich biegów, do których można wracać tyle razy, ile potrzeba. I że można biegać po różnych trasach. Także takich, które się samemu wybierze.

2.05.2026

Dlaczego nauka przez całe życie i małymi porcjami?




Dlaczego? Bo tak naprawdę nie wymyślamy niczego nowego tylko wracamy do tego, co dla Homo sapiens było naturalne od zawsze. Zanim powstały szkoły, zanim ktoś wpadł na pomysł, by usadzić ludzi w ławkach i uczyć ich według jednego programu, człowiek uczył się nieustannie: od starszych, od rówieśników, na własnych błędach, obserwując przyrodę i innych ludzi. Wiedza była jak chleb,  zdobywana codziennie, w małych kawałkach, w rytmie codziennego życia. Dopiero później przyszła epoka wielkich instytucji, które próbowały zamknąć proces uczenia w sztywnych ramach: od września do czerwca, od pierwszej lekcji do ostatniej, od podstawówki do dyplomu. Szkoła średniowieczna i szkoła epoki przemysłowej były niewątpliwym sukcesem i umożliwiały rozwój społeczny. To uporządkowanie w klasach i programach dało dobry efekt. Ale czas spędzony w ławach szkolnych systematycznie się wydłużał. Już nie  trzy klasy, nie 7 klas ale 12 lat nauki dla większości populacji a potem nawet 17 lat dla blisko połowy. Jeśli doliczyć studia doktoranckie to wychodzi 21 lat nieustannej nauki w systemie szkolnym.

Dziś te ramy pękają. Świat przyspieszył tak bardzo, że nie da się już raz nauczyć i mieć „spokój” do emerytury. Kiedyś wystarczyło opanować jeden fach. Wystarczyło nauczyć się  szyć buty, lepić garnki, uczyć jednego przedmiotu. I do końca swego życia i można było z tego żyć. Adaptacje były znikome. Prawie nic się nie zmieniało. Teraz jest tak, jakby ktoś z zapałem opanował sztukę robienia lamp naftowych. Piękna umiejętność, ale praktycznie muzealna. Produkt dla kolekcjonerów. Zawody znikają, technologie się zmieniają, a to, co dziś jest oczywistością, jutro może być anachronizmem. Dlatego kompetencją XXI wieku nie jest już wiedza sama w sobie lecz umiejętność uczenia się. Szybkiego uczenia się i adaptacji do nowych warunków. I to uczenia się poza tradycyjną szkołą.

A skoro uczymy się przez całe życie, to nie możemy robić tego tak, jakbyśmy mieli znowu 15 lat i wolne popołudnia. Całego życia nie da się spędzić w szkole a potem na uniwersytecie. Dlatego potrzebujemy nauki w małych porcjach, tak jak aktualizacji oprogramowania w komputerze czy smartfonie. System działa, ale co jakiś czas wymaga drobnej poprawki, łatki, usprawnienia. Nie resetu, czy formatowania dysku, tylko regularnych i niewielkich uzupełnień. Czasem odinstalowujemy niepotrzebne aplikacje i dodajemy zupełnie nowe. Podobnie działa współczesna edukacja: mikrokursy, mikropoświadczenia, krótkie szkolenia, szybkie certyfikaty, moduły, lektury książek czy tylko krótkie teksty w social mediach. Małe porcje, które daje się wpleść w codzienne życie i codzienne obowiązki. Aż do późnej starości. Bo inaczej nie kupimy biletu ani nie dokonamy operacji bankowej. 

Potrzebujemy kopernikańskiego przewrotu w edukacji. Nie kosmetycznej reformy, nie kolejnej zmiany podstawy programowej lecz zmiany sposobu myślenia i działania. Edukacja nie jest już linią prostą, którą przechodzi się od punktu A do punktu B. Bardziej jest jak wchodzenie po schodach na wysoką wieżę. Jest więc raczej spiralą, do której wracamy wielokrotnie, za każdym razem z innym doświadczeniem i innymi potrzebami. Tak jak w cyklu Kolba. I ta zmiana już się dzieje. Buduje się oddolnie, organicznie, w rytmie życia, a nie ministerialnych rozporządzeń. Bo naturalnego procesu nie da się ani uruchomić lub zatrzymać, ani słowami, ani dekretami.

Sztuka polega na tym, by płynąć z nurtem rzeki, a nie próbować zawracać Wisły kijem, by popłynęła z Warszawy do Krakowa zamiast do Gdańska. W Krakowie ta wiślana woda już była. Teraz płynie dalej, tak jak my, którzy uczymy się nie dlatego, że ktoś każe, ale dlatego, że świat nieustannie nas do tego zaprasza. Czasem uczymy sie z czystej, ludzkiej ciekawości. To szanse i zagrożenia jednocześnie. I jeśli odpowiadamy na to zaproszenie małymi krokami, regularnie, z ciekawością, to właśnie wtedy nauka staje się nie obowiązkiem, lecz naturalną częścią życia. Tak jak u naszych przodków mieszkających w jaskiniach i kamiennymi pięściakami czyszczący skóry zwierząt.

A gdyby tak uniwersytety odpowiedziały na to wyzwanie? Gdyby popłynęły z nurtem współczesnych zmian? Gdyby w pełni odpowiedziały na społeczne zapotrzebowanie? To co by się stało?

1.05.2026

Mniej mówimy, mniej piszemy – co to z tego będzie?

Stół to miejsce, które łączy i inspiruje do rozmów niezaplanowanych.


Inspiracją do niniejszego tekstu były moje podróże koleją w dzieciństwie (jakieś 50 lat temu) oraz biografia noblisty Richarda Feynmana. Ostatnim impulsem krótka informacja profesora Waldemara Kuligowskiego z Instytutu Antropologii i Etnologii UAM w Poznaniu o odkryciach z psychologii.

Fizyk Richard Feynman lubił chodzić do uczelnianej stołówki w małej uczelni. Dlaczego? Bo miał okazję porozmawiać z naukowcami innych specjalności. Były to niezaplanowane spotkania z ludźmi i okazja do nieoczekiwanych rozmów. Teraz podobnie odbieram przygodne spotkania, także na Facebooku. Tak trafiłem na krótką notatkę profesora Kuligowskiego. Ale te niezaplanowane spotkania mogą odbywać się także w kawiarni, na wystawie, w domu kultury, na konferencji, na ławce w parku. Byleby była możliwość interakcji z drugim człowiekiem na niezaplanowany temat. W pewnym sensie spontaniczność i mimowolne wyjście ze swojej wąskiej bańki informacyjnej.

Potrzebne są trzy warunki do takich rozmów z ludźmi: 1. Okazja i sytuacja (stołówka, kawiarnia, Fecebook), 2. Chęć do rozmowy (otwartość) i 3. Umiejętność takiej rozmowy. To ostatnie wydaje się oczywiste ale… Pamiętam z dzieciństwa jazdę w pociągu z przedziałami, ktoś wchodził i od razu rozmowa, pytania. Nawet mnie, nieśmiałego introwertyka, wciągały do rozmów czasem banalnych, czasem dawały możliwość wysłuchania ciekawych życiowych perypetii. Czasem jakaś anegdota, czasem ważna informacja o dalszej podróży. Innym razem jakaś ciekawostka ze świata. Teraz w pociągach są głównie wagony bezprzedziałowe i milczymy. Jesteśmy obok siebie ale mocno odgrodzeni od siebie na kilka sposobów. Ewentualnie czytamy książki lub raczej oglądamy coś na ekranach tabletów czy smartfonów. Jest okazja i sytuacja ale brakuje chęci do rozmowy. I umiejętności rozpoczęcia oraz kontynuacji. Jak zagadnąć i wciągnąć kogoś do rozmowy, gdy tej prostej czynności nie ćwiczymy?

Współcześnie wiedzę zdobywamy małymi porcjami w niezaplanowanych spotkaniach online, ekranowo. To duża wartość w poszerzaniu swoich własnych horyzontów. Życie ekranowe ma swoje niewątpliwe plusy jeśli potrafimy z tego sposobu komunikacji korzystać. Ale ma też spore zagrożenia. A może to nie zagrożenia tylko efekt ogromnej zmiany i ewolucji zarówno Homo sapiens jak i życia społecznego? Może to ewolucja samej noosfery? Jacek Dukaj pisał o epoce postpiśmiennej. I miał niewątpliwie rację, tego teraz mocno doświadczamy.

Z facebookowej notatki profesora Kuligowskiego wynikało, że mówimy coraz mniej. Statystyki są bezlitosne: około 300 słów dziennie mniej niż dekadę temu. W skali roku to ponad 120 tysięcy niewypowiedzianych słów czyli objętość powieści, która nigdy nie powstanie, bo nie została opowiedziana (tak jak te krótkie historie w pociągach mojego dzieciństwa). Ten ubytek nie jest metaforą lecz wynikiem badań dwojga psychologów z Arizona University i Missouri University, przeprowadzonych na ponad dwóch tysiącach osób z USA, Europy, Australii i Meksyku. Zjawisko to najsilniej dotyczy ludzi poniżej 25. roku życia, czyli pokolenia, które dorastało już w świecie ekranów.

Co właściwie się dzieje? Przesuwamy ciężar relacji z rozmów bezpośrednich (face to face) na komunikację ekranową (screen to screen). Wokół nas wyrasta infrastruktura, która pozwala nie mówić: samoobsługowe kasy, biletomaty, aplikacje bankowe, automatyczne check‑iny. W miejscach, gdzie kiedyś trzeba było zamienić choć dwa zdania, dziś wystarczy stuknąć w ekran. Zamiast rozmowy – SMS. Zamiast tonu głosu – emotikon. Zamiast opowieści – mem lub rolka. Zamiast rozmowy z ekspedientką – regały i kasa samoobsługowa (czytaj opowieść o dwóch kiełbaskach).

W codzienności pojawia się coraz więcej zachowań przypominających autystyczne wycofanie, choć nie mających nic wspólnego z klinicznym autyzmem: unikanie kontaktu wzrokowego, lęk przed rozmową z nieznajomym, poczucie dyskomfortu, gdy trzeba zadzwonić zamiast napisać. Słuchawki stają się przenośną ścianą dźwiękoszczelną, którą nosimy ze sobą jak tarczę. Coraz trudniej wejść w spontaniczną interakcję, bo spontaniczność wymaga odwagi, a ekrany tę odwagę skutecznie amortyzują.

Jednocześnie świat informuje nas o swoich złożonościach w formie krótkich komunikatów: paski newsowe, powiadomienia, równoważniki zdań. Złożone procesy redukujemy do kilku słów, bo tyle mieści się w okienku powiadomienia. W efekcie nie tylko mniej mówimy – mniej też rozmawiamy, a rozmowa to coś więcej niż wymiana informacji. To sposób regulowania emocji, budowania więzi, uczenia się siebie nawzajem. Rozmowa to budowanie relacji. Mamy coraz mniej spotkań przy stole z licznymi biesiadnikami (zobacz górne zdjęcie), czy to przy rodzinnym obiedzie, czy posiłku w uniwersyteckiej stołówce. Może więc problem nie polega na tym, że za mało powiedzieliśmy, lecz na tym, że czegoś ważnego nie przegadaliśmy. I że wciąż odkładamy tę rozmowę na później, licząc że ekran (algotytm) zrobi to za nas.

Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze jeden, cichy, ale znaczący proces: coraz mniej piszemy ręcznie. Długopis czy ołówek stał się narzędziem awaryjnym, używanym głównie do podpisów i sporadycznych notatek. Pismo odręczne – kiedyś podstawowy sposób porządkowania myśli – dziś bywa traktowane jak archaiczna umiejętność, coś pomiędzy kaligrafią, a hobby dla nostalgików. Tymczasem badania neuropsychologów pokazują, że ruch dłoni prowadzącej literę po kartce aktywizuje obszary mózgu odpowiedzialne za pamięć, koncentrację i myślenie sekwencyjne. Pisząc ręcznie, myślimy inaczej – wolniej, głębiej, bardziej refleksyjnie. Gdy przestajemy to robić, zanikają nie tylko ładne litery, ale i pewien sposób rozumienia świata. Na listach obecności czy w pracach pisemnych widać u współczesnych studentów duże trudności z odręcznym pisaniem. Litery są koślawe, pismo mało czytelne, zdania krótkie nieporadne.

A przecież pisanie to nie tylko technika, lecz forma wewnętrznego dialogu. Kiedyś, żeby coś zapamiętać, trzeba było to zanotować. Dziś wystarczy zrobić zdjęcie tablicy, zeskanować stronę, wkleić link. Zamiast zapisu – zrzut ekranu. Zamiast myśli – skrót. Zamiast zdania – fragment. W efekcie coraz trudniej nam budować dłuższe wypowiedzi, bo mózg przyzwyczaja się do myślenia w krótkich impulsach, a nie w ciągłych, dłuższych i spójnych narracjach.

I tu pojawia się kolejna warstwa: narzędzia AI, które potrafią pisać za nas. To wygodne, szybkie, często imponujące. Ale im częściej oddajemy im pióro, tym rzadziej ćwiczymy własne. Zaczynamy tracić nie tylko sprawność językową, lecz także odwagę, by samodzielnie formułować myśli. Skoro algorytm zrobi to lepiej, po co się męczyć? Skoro potrafi ułożyć zdanie, po co próbować samemu? W ten sposób powoli zanika jedna z najbardziej ludzkich kompetencji: umiejętność tworzenia opowieści. Nie tylko opowiadania historii innym, ale przede wszystkim – opowiadania ich sobie. Na przykład w dzienniku refleksji czy pamiętniku.

Pisanie jest jak mięsień. Nieużywany słabnie. A gdy słabnie, zaczynamy polegać na protezach języka: gotowych formułach, kliszach, automatycznych podpowiedziach, gifach, emotikonkach. Zamiast własnego stylu pojawia się algorytmiczna gładkość. Zamiast nieporadnego, ale autentycznego zdania generujemy perfekcyjny akapit, który nie należy do nas. W pewnym momencie może się okazać, że potrafimy rozpoznać dobry tekst, ale nie potrafimy go już stworzyć.

Może więc problem nie polega tylko na tym, że mniej mówimy. Ani na tym, że mniej piszemy. Być może chodzi o coś głębszego: że coraz rzadziej spotykamy się z własnymi myślami w formie, która wymaga wysiłku, czasu i uważności. A bez tego trudno budować nie tylko relacje z innymi, ale i relację z samym sobą. Czy to jest to, o czym wcześniej pisał Jacek Dukaj? Wchodzimy w epokę postpiśmienności i nowej mówioności? A ta mówioność jest przede wszystkim ekranowa?

Jak więc odzyskać to, co ewidentnie tracimy? Paradoksalnie – nie przez odrzucenie technologii, lecz przez przywrócenie proporcji. Rozmowa, pismo i narracja nie zniknęły. One jedynie ustąpiły miejsca wygodniejszym, szybszym, bardziej błyskotliwym formom komunikacji. Żeby wróciły, trzeba im zrobić przestrzeń. Najprościej zacząć od rozmowy. Wystarczy kilka minut dziennie, by przełamać ekranową ciszę: zadzwonić zamiast napisać, zapytać ekspedientkę o coś więcej niż „paragon?”, zagadać współpasażera, pozwolić, by dialog potoczył się nieprzewidywalnie. Rozmowa jest jak mięsień społeczny – im częściej go używamy, tym mniej krępuje nas kontakt z drugim człowiekiem. A gdy wraca swoboda, wraca też ciekawość, która jest paliwem relacji.

Z pisaniem jest podobnie. Nie trzeba od razu prowadzić dziennika ani tworzyć literackich miniatur. Wystarczy krótka notatka odręczna: trzy zdania o tym, co dziś przykuło uwagę, jedno zdanie o emocji, szkic myśli, która nie chce zniknąć. Ręka, która kreśli litery, zmusza mózg do zwolnienia, a zwolnienie otwiera przestrzeń na refleksję. To powolne pisanie jest jak rozmowa z samym sobą – intymna, nieśpieszna, wymagająca obecności.

Najtrudniejsza do odzyskania jest narracja, bo wymaga czasu i ciągłości. Ale i ona wraca, gdy zaczynamy znów układać myśli w sekwencje, a nie w impulsy. Można zacząć od drobiazgów: opowiedzieć komuś dzień nie w punktach, lecz w historii; spróbować opisać sytuację tak, by miała początek, rozwinięcie i puentę; przeczytać tekst nie po to, by wyłowić informację, lecz by zanurzyć się w opowieści. Narracja to sposób porządkowania świata – jeśli jej nie ćwiczymy, świat staje się chaotyczny, poszatkowany, trudny do uchwycenia. Technologia nie musi być wrogiem. Może być narzędziem, o ile nie pozwolimy jej przejąć tego, co najbardziej ludzkie: rozmowy, pisma, opowieści. To kompetencje, które nie giną – one jedynie cichną, gdy ich nie używamy. 

Opowieści stworzyły człowieka jako istotę społeczną. Towarzyszyły nam, gdy posługiwaliśmy się kamiennymi pięściakami i oszczepami. Towarzyszyły nam, gdy sierpem kosiliśmy zboże. Nawet w fabryce. Warto do narracyjnych opowieści powracać nawet z nowymi narzędziami AI. A współczesna szkoła i uniwersytet mogą być miejscami, gdzie uczymy opowiadać. I opowiadamy w miejscach niezaplanowanych spotkań: na ławce w parku czy akademickiej stołówce.

28.04.2026

Krótka rozprawa o dwóch kiełbaskach i stylu życia

 

Dwa kawałki kiełbasy widoczne na zdjęciu. Znajdź i wyjaśnij różnicę. Zinterpretuj. Nie ma jednej odpowiedzi i jednej poprawnej interpretacji. Ta z lewej waży 100g, kosztowała 8,99 zł. I 10 g ważące opakowanie. Ta z prawej ma 80 g gramatury, cenę 4,24 zł i 1 g opakowania. Co można opowiedzieć o świecie na podstawie tego obrazka? Ja przedstawię swoją opowieść, ale każdy może opowiedzieć swój świat z wykorzystaniem tego rekwizytu, sięgają po inne konteksty i procesy.

Na pierwszy rzut oka to tylko dwie kiełbaski. Jedna pokrojona i elegancko ułożona w plastikowej miseczce, druga skromnie zawinięta w cienką folię. Jednak gdy przyjrzeć się im bliżej, zaczyna się opowieść o współczesnym świecie, o naszych wyborach, o kosztach, których nie widzimy i o stylu życia, który coraz częściej wymyka się zdrowemu rozsądkowi.

Po lewej stronie jest produkt „gotowy do spożycia”, 100 g za 8,99 zł, w opakowaniu ważącym 10 g. Plastikowa miseczka, plastikowa folia, etykieta, marketing, wygoda. Po prawej jest surowa prostota: 80 g za 4,24 zł, opakowanie ważące zaledwie 1 g. Różnica nie jest tylko w cenie czy gramaturze. To różnica "filozofii" czyli stylu życia. Kupione w dwóch różnych sklepach. Jedna w wielkopowierzchniowym, druga w małym, osiedlowym. W tym pierwszym wędliny są poporcjowane, popakowane i ułożone na półkach oraz w chłodniach. Klient sam wybiera i idzie do kasy (najczęściej samoobsługowej). W tym drugim wędliny leżą w ladach chłodniczych, ekspedientka waży, kroi, czasem na żądanie pokroi w plasterki, zawinie w papier lub torebkę foliową, nalepi cenę i poda. Też włożymy do koszyka i pójdziemy do kasy. W tym pierwszym kupujemy w milczeniu, w systemie prawie w całości zautomatyzowanym. W tym drugim możemy porozmawiać z ekspedientką, zapytać, skomentować. Trochę więcej człowieka i kontaktów międzyludzkich. Ale i tak mniej niż w moim dzieciństwie.

Kiełbaska z lewej jest symbolem kultury jednorazowości. Kupujemy ją nie dlatego, że jest smaczniejsza, lecz dlatego, że jest łatwa. Nie trzeba kroić, nie trzeba myśleć, nie trzeba planować. Wystarczy otworzyć i zjeść. Na przykład w plenerze, w pracy. Opakowanie jest jednocześnie naczyniem, w którym podajemy jedzenie. Wygoda ma jednak swoją cenę nie tylko w złotówkach. Każdy gram plastiku to energia, surowce, transport, emisje. Dziesięciogramowe opakowanie może wydawać się drobiazgiem, ale pomnożone przez miliony konsumentów staje się tonami odpadów, które będą nam towarzyszyć przez dziesięciolecia. 10 gramów to znacznie więcej niż 1 gram. Choć i tu i tam jest opakowanie plastikowe, z nalepioną etykietą czyli trudne w recyklingu.

Kiełbaska z prawej to inny świat. Minimalizm opakowania, niższa cena, mniejszy ślad środowiskowy. Nie jest tak „instagramowa”, nie jest tak „gotowa”. Wymusza naszą aktywność, sami musimy pokroić i włożyć na talerzyk lub do miseczki. To produkt, który nie udaje, że jest czymś więcej niż jedzeniem. Nie nie obiecuje wygody, nie owija się w plastikową narrację nowoczesności. I narrację jednorazowości. Oczywiście to kwestia skali i częstości używania. Zapewne znajdziemy sytuacje, w który ta pokrojona i bardziej opakowana przekąska ma sens. Ale gdy wyjątek staje się regułą to coś ważnego tracimy. I własną aktywność i mamy więcej śmieci do zagospodarowania. Warto przy tej okazji zaznaczyć, że za to nadmiarowe opakowanie zapłacimy więcej. Jednorazowe opakowanie wliczone jest w cenę produktu.. A potem ponosimy koszty utylizacji. I jeszcze transport z daleka, bo aż z Hiszpanii. Nic dziwnego, że cena jest prawie dwa razy wyższa,

Obie kiełbaski mówią też coś o globalnych łańcuchach dostaw. Ta z lewej – w plastikowej miseczce – prawdopodobnie przebyła dłuższą drogę, zanim trafiła na stół. Transport, chłodnie, logistyka, marketing – to wszystko kosztuje. I za to wszystko płacimy nie tylko my, ale i środowisko (a więc pośrednio i my sami). Ta z prawej, skromniejsza, bliższa tradycyjnemu rzemiosłu, generuje mniej ukrytych kosztów. Jest bardziej lokalna, bardziej „ziemska”, mniej spektakularna, ale bardziej racjonalna. Oczywiście, można wyobrazić sobie jeszcze bardziej radykalne i bezodpadowe rozwiązania. Jednak w sklepach, gdzie są kasy, trzeba nalepić etykietę z kodem kreskowym by elektroniczny system odnotował operację. Ponadto nawet w małych sklepach towary spożywcze będą pakowane, czy to w papier, czy to w folię. To już nie te czasy, jak za mojej młodości, gdzie sprzedawczyni liczyła ręcznie na kartce, metodą pisemną i zawijała w papier, na którym liczyła. Wtedy brak prądu (kasa fiskalna) czy brak zasięgu internetowego terminala nie zatrzymywał pracy sklepu.

Zdjęcie dwóch kiełbasek staje się więc metaforą współczesnego stylu życia. Z jednej strony świat wygody, jednorazowości, nadmiaru opakowań, produktów „dla zabieganych”, które mają oszczędzać czas, choć często marnują zasoby. Są bogaci i stać ich by płacić za jednorazowość. Z drugiej strony świat prostoty, umiaru, świadomego wyboru. Świat, w którym mniej znaczy więcej, a cienka folia wystarczy, by ochronić produkt, zamiast tworzyć plastikową architekturę jednorazowego luksusu. A czasem można zrezygnować i z tej cienkiej folii, gdy kupujemy warzywa. Po prostu paprykę, dwa pomidory, trzy jabłka wkładamy prosto do swojego wiklinowego koszyka lub szmacianej torby.

Można powiedzieć, że te dwie kiełbaski to dwie drogi (dwie z wielu). Jedna prowadzi do coraz większej góry odpadów, do rosnących kosztów środowiskowych, do życia, w którym wygoda staje się ważniejsza niż konsekwencje. Do zmagania sie z recyklingiem, korkami przy butelce, butelkomatami itp. Druga – do refleksji nad tym, co naprawdę jest nam potrzebne. Do pytania, czy naprawdę musimy płacić za plastikową miseczkę, skoro nie jest nam potrzebna do szczęścia. Przecież mamy w domu znacznie ładniejszą, ceramiczną, taką przywiezioną z podróży. Ładna i przywołuje wspomnienia. I nie wyrzucimy jej po zjedzeniu kiełbasek. Po prostu umyjemy i odstawimy do szafki. Będzie na kolejny raz. Może na ciastka, może na truskawki, albo tylko na orzeszki czy rzodkiewki.

A może to zdjęcie mówi jeszcze coś więcej: że świat, w którym żyjemy, jest pełen wyborów pozornie banalnych, które jednak składają się na większą całość. Na styl życia, który albo będzie zrównoważony, albo będzie tylko kolejną plastikową iluzją. Swoim stylem życia pokazujemy swój stosunek do innych. Dominujący, eksploatacyjny lub skromny, empatyczny z myśleniem o przyszłości.

Dwie kiełbaski, dwa światy. A między nimi jesteśmy my, konsumenci, którzy decydują, w którą stronę ten świat pójdzie. I o tym, czy będziemy rozmawiali z ludźmi w sklepie.

Za pomocą dwóch kiełbasek, kupionych w dwóch różnych sklepach, opowiedzieć można o całym świecie. A niniejszy tekst jest tylko małym szkicem, próbą. Wszak można snuć tę opowieść z odniesieniem do szerszego kontekstu i z odwołaniem do większej liczby szczegółów. Z odwołaniem do innych istotnych elementów życia społecznego, gospodarki czy postępu technologicznego. 

A jaką Wy byście opowiedzieli historię?

27.04.2026

Profesorskie Gadanie w erze rozumu rozproszonego i konektywizmu




Wiele lat temu rozpocząłem pisanie bloga pod szyldem „Profesorskiego Gadania”. To był eksperyment i wejście na nieznane dla mnie obszary. Sporo przez te 21 lat się zmieniło, sama forma ewoluowała i się krystalizowała. Uzupełnieniem są felietony w Wiadomościach Uniwersyteckich zatytułowane "Z Kłobukowej Dziupli". To nawiązanie do przyrody i dziedzictwa kulturowego. Od jakiegoś czasu ukazują się z dopiskiem 2.0. W warmińskiej tradycji Kłobuk był duchem opiekuńczym, istotą dbającą o domostwo, choć bywał też przekorny i nieuchwytny. Ja go umieściłem w dziupli starego drzewa by zwrócić uwagę na nietypowe siedliska ważne dla bioróżnorodności. Dzisiejsza „dziupla” naukowca nie jest już jednak zakurzonym gabinetem wypełnionym woluminami, lecz cyfrowym węzłem w globalnej sieci. Dlatego 2.0. A może, w dobie wszechobecnej sztucznej inteligencji i algorytmów współkreujących naszą rzeczywistość, należałoby już pisać 3.0? To coś więcej niż zmiana numeracji, to fundamentalne przesunięcie paradygmatu edukacji. To zwrócenie na konektywizm i noosferę.

Blog naukowy od samego początku to wolna katedra, wzniesiona na akademickiej niezależności, jakiej trudno szukać w sformalizowanych strukturach uczelnianych. Tutaj kończy się jurysdykcja sylabusów, sztywnych przydziałów godzin i biurokratycznej reglamentacji myśli. Jako autor, a zarazem „profesor na własnej katedrze”, odzyskuję pełnię wolności akademickiej (a raczej po prostu ją poszerzam) i wpisuję w nowy krajobraz społeczno-cywilizacyjny. W pełni jestem samodzielny (to aluzja do stanowisk akademickich nazywanych samodzielnymi). Publikuję nie to, co mieści się w arkuszu Krajowych Ram Kwalifikacji, lecz to, co dyktuje rzetelność badawcza i moja intelektualna ciekawość. To przestrzeń, w której dawna teoria spotyka się ze współczesnością, bez wielomiesięcznego oczekiwania na akceptację kolegiów redakcyjnych, rad wydziału, komisji dydaktycznych i procedur zatwierdzania. I sprawdzam na ile ta teoria uzyskuje nowa aktualizację.

Dla mnie blog to nowa forma obecności akademickiej w sieci generująca realną sprawczość. Moje teksty są czytane, cytowane, jawnie dyskutowane w komentarzach i skrycie analizowane w tak zwanych kuluarach. Taka widoczność niesie ze sobą oczywiście konsekwencje i odpowiedzialność za słowo. Ale to właśnie owe „wystawienie się na strzał” czyni z bloga autentyczne forum do debaty i w pełni nawiązuje do otwartej, akademickiej dyskusji. Nie piszę do szuflady lecz jawnie wygłaszam swoje poglądy i przemyślenia.

Stoimy u progu narodzin Uniwersytetu Otwartego 2.0, instytucji, która nie potrzebuje już murów, by promieniować wiedzą. Ale bez tych murów się nie obejdzie. To model zdecentralizowany i rozproszony, niemal identyczny w swojej strukturze jak internet czy nowoczesne systemy energii odnawialnej. Tak jak panele fotowoltaiczne na warmińskich dachach uniezależniają nas od centralnych elektrowni, połóżonych gdzieś daleko, tak blogi naukowe uniezależniają nas od centralnych ośrodków dystrybucji prawdy. Wiedza w „Profesorskim Gadaniu” płynie swobodnie, zasilając umysły czytelników tam, gdzie akurat się znajdują. Bez pośredników, bez barier, w pełnym słońcu wolnej wypowiedzi.

Ewolucja uniwersytetu to historia zmagań o zasięg głosu. Jeśli przyjrzymy się architekturze wiedzy na przestrzeni wieków, dostrzeżemy fascynującą paralelę między tym, jak dystrybuujemy informacje, a tym, jak rozumiemy wolność akademicką. Dziś, w dobie blogingu naukowego (dawniej terminy bazowały na grece i łacinie, współcześnie neologizmy powstają na gruncie języka angielskiego), stoimy u progu największej rewolucji. Obserwujemy przechodzenie od „twierdzy wiedzy” do „sieci wiedzy”. To pełne dostrzeżenie konektywizmu. Bo istniał od zawsze, teraz jednak nabiera zupełnie nowej skali i uzupełniany jest elementami nieludzkimi, elektronicznymi. W tej dyskusji spleceni są ludzie, książki i sztuczna inteligencja. I oczywiście blogi (ogólniej media społecznościowe).

W średniowiecznym uniwersytecie wiedza była zamknięta w ciężkich, ręcznie pisanych księgach, przykutych łańcuchami do pulpitów (żeby nikt nie ukradł, bo księgi były cenne). Aby słuchać mistrza, trzeba było fizycznie znaleźć się w zasięgu jego głosu, w murach akademii. Czasem trzeba było daleko wędrować do miasta z uniwersytetem. Była to edukacja elitarna, scentralizowana i terytorialna. Profesorowie wygłaszali swoje nauki z katedry (niczym biskup). Ceremonialne stroje (togi) jak i niektóre nazwy (np. katedra dla jednostki organizacyjnej, czy wydział) nawiązują słownie do tych średniowiecznych tradycji. Przetrwały ponad tysiąc lat. Ale teraz nabierają nowego znaczenia.

Epoka przemysłowa przyniosła druk i masowość, ale nie zmieniła hierarchii. Wiedza stała się jak wielka elektrownia węglowa: potężna, scentralizowana, nadająca sygnał z jednego pieca do wielu odbiorców. To do niej dowożono węgiel z daleka i do niej z okolic przychodzili pracownicy do codziennej pracy. Na uniwersytecie natomiast profesor stał na katedrze, która była podwyższeniem fizycznym i symbolicznym, ale i nazwą nawiązywała do władzy biskupa w nauczaniu. Przez wiele lat dostęp do „transmisji” wiedzy reglamentowały wydawnictwa, rady redakcyjne i sztywne ramy programowe.

Współczesność przynosi nam model, który roboczo nazywam Uniwersytetem Rozproszonym. Internet i komunikacja online znacząco to wzmocniły. Dzisiejsza wiedza nie przypomina już wielkiej elektrowni, lecz bardziej sieć paneli fotowoltaicznych na dachach domów lub sieć wiatraków. Jest jak energia odnawialna - czysta, darmowa u źródła i generowana w wielu miejscach jednocześnie. Mniej tu centralnego sterowania. Bardziej liczy się współpraca i relacje.

Akademickie pisanie na blogu to właśnie taka „osobista instalacja energetyczna”. Jako profesor uczelniany prowadzący bloga, przestaję być zależny od centralnego systemu dystrybucji (wydawnictw,  planu zajęć, przydziału godzin). Moja "katedra" przestała być meblem przypisanym do sali numer 316 w Kortowie. Stała się przestrzenią cyfrową, dostępną z każdego miejsca na świecie. Nawet jak jadę pociągiem lub odpoczywam gdzieś w hotelu w czasie konferencji naukowej.

Blog naukowy to wolna katedra w najczystszej postaci i powrót do idei otwartej debaty. Dlaczego? Bo umożliwia autonomię tematyczną. Na blogu piszę o tym, co aktualnie odkrywam, o czym myślę, co czytam, co drży w nauce, a nie o tym, co mieści się w sylabusie zatwierdzonym dwa lata temu. Czasem nawet 20 lat temu. To przestrzeń na „wykłady otwarte”, które nie kończą się wraz z dzwonkiem czy końcem semestru. Blog to zdecentralizowany autorytet. W internecie mój stopień naukowy jest zaproszeniem do rozmowy, a nie tarczą chroniącą przed krytyką. Blog przywraca uniwersytetowi jego pierwotną funkcję: wspólnoty poszukującej prawdy poprzez dialog, a nie autorytarny monolog. W końcu blog zapewnia demokratyzację zasięgu. I nie trzeba zapisywać się na zajęcia w systemie USOS. Nie musisz być studentem wpisanym na listę, by uczestniczyć w moim seminarium. Nie ważne ile masz lat, jakie masz wykształcenie i gdzie mieszkasz. Wiedza płynie swobodnie, zasilając umysły czytelników tak, jak słońce zasila sieć energetyczną – bez faktur za „dostęp do prawdy”. Dyskusja jest utrudniona lecz możliwa. Masz do dyspozycji komentarze tu na blogu lub swoją przestrzeń do polemiki.

Pisanie bloga przez nauczyciela akademickiego to akt odwagi i nowoczesnej edukacji. To wyjście z „wieży z kości słoniowej” do ludzi. W tej nowej komunikacyjnej rzeczywistości uniwersytet nie jest już budynkiem – jest procesem, rozmową, nieustannym przepływem myśli. Owszem, wiąże się z kosztami. Bo „słuchać” może każdy. A nie wszystko każdemu się spodoba, stąd i różnorodne reperkusje, których doświadczam

Jako profesor na swojej „blogowej katedrze” realizuję misję uniwersytetu bez granic. To tutaj, w krótkich wpisach, esejach i analizach, rodzi się nowa edukacja: otwarta, rozproszona i wolna. Tak jak internet, i tak jak energia, która nas otacza – wiedza na blogu jest po prostu tam, gdzie jest potrzebna. Albo tylko przydatna. Nawet AI z niej korzysta i dalej, po przetworzeniu, udostępnia.

Kontynuując tę myśl, warto podkreślić, że blog naukowy być może staje się dziś jednym z ostatnich ostatnim bastionów autentycznej wolności akademickiej. W dobie postępującej biurokracji uniwersyteckiej, gdzie proces dydaktyczny bywa wtłoczony w sztywne ramy tabelek, w różne sylabusy i programy, to właśnie cyfrowa przestrzeń pozwala mi odetchnąć pełną piersią. W murach uczelni często czujemy gorset ograniczeń. Sylabus, choć porządkuje wiedzę, bywa klatką, gdyż nie pozwala zboczyć z kursu, by omówić fascynujące odkrycie sprzed dwóch dni, jeśli nie wpisuje się ono w „zakładane efekty uczenia się”. Przydziały godzin i administracyjne rygory sprawiają, że dydaktyka staje się czasem linią produkcyjną, a nie intelektualną przygodą.

Blog tę sytuację odwraca. Tutaj to ja jestem architektem programu. Na mojej cyfrowej katedrze nie krępują mnie ramy czasowe. Wykład może trwać trzy akapity albo przerodzić się w wieloodcinkową sagę, wymieszaną tematycznie z refleksjami przyrodniczymi. Nie ogranicza mnie program. Mogę łączyć dziedziny, uprawiać transdyscyplinarność, na którą tradycyjny podział wydziałowy rzadko pozwala. Znikają też punkty ECTS. Czytelnik przychodzi po wiedzę, a nie po zaliczenie, co zmienia dynamikę relacji na czysto intelektualną. Współczesna akademia, niestety, bywa zakładnikiem różnie rozumianej poprawności – czy to politycznej, czy instytucjonalnej. Obawa przed wyjściem poza „bezpieczny” nurt badań i dyskusji czasem paraliżuje innowacyjne myślenie. Blog daje mi niezależność wydawniczą. Nie muszę czekać na akceptację komitetu redakcyjnego, który mógłby uznać moje tezy za zbyt kontrowersyjne lub niepasujące do aktualnej linii grantowej. Ma to także swoje wady - nie ma redaktora, recenzji czy poprawek korektorskich. Coś za coś.

To tutaj mogę być profesorem niepokornym (choć nie chroni to przed różnymi konsekwencjami). Mogę stawiać pytania niewygodne, używać języka żywego, a nie hermetycznego żargonu. I mogę angażować się w debaty, które w oficjalnych pismach naukowych są uciszane przez poprawność formy. To wolność, która przywraca nauce jej pierwotny pazur. Taką mam przynajmniej nadzieję.

Jesteśmy świadkami tektonicznej zmiany w funkcjonowaniu kadry profesorskiej. Tradycyjny model „strażnika wiedzy”, który zazdrośnie strzeże dostępu do swoich notatek, odchodzi do lamusa. Nowoczesny profesor to akademik sieciowy czyli węzeł w rozproszonym systemie, który rozumie, że jego autorytet buduje się poprzez obecność i dzielenie się, a nie poprzez zamknięcie w gabinecie. Owszem, możliwe to jest dzięki etatowi na uniwersytecie tradycyjnym. Z czegoś przecież trzeba żyć. Dlatego tradycyjne mury są niezbędne dla internetowego rozproszenia i decentralizacji. Jestem przekonany, że swoim blogowaniem wypełniam tradycyjną misję uniwersytetu, zwłaszcza tę trzecią, społeczną. Blogowanie mieści się więc w zakładanych, instytucjonalnych celach. Przecież normalne badania i normalne zajęcia dydaktyczne, ujęte w sylabusy i programy nauczania, też prowadzę. Tu nie ma nic zamiast. Nie ma albo labo, jest i jedno i drugie.

Zmiana, o której tak długo się rozpisuję, ma charakter systemowy. Następuje decentralizacja autorytetu. Nie wartościuję i nie piszę, że to dobrze lub źle. Blog sprawia, że uniwersytet przestaje być budynkiem w centrum miasta (czy to w Olsztynie, czy w Krakowie), a staje się ideą, która wędruje za profesorem wszędzie tam, gdzie ma on dostęp do sieci. To tu krystalizuje się bezpośredni wpływ społeczny. Zamiast pisać teksty, które przeczyta trzech recenzentów, piszę do tysięcy ludzi. To realne upowszechnianie wiedzy, a nie tylko „produkowanie punktów”. Blog to moja prywatna własność intelektualna, której nie muszę cedować na wielkie korporacje wydawnicze. Zapewnia mi intelektualną suwerenność.

W tym sensie blog to nie tylko „dodatek” do kariery. To nowa forma suwerenności akademickiej. W świecie, który próbuje nas skategoryzować, zliczyć i ująć w tabelki, własna „wolna katedra” w sieci jest deklaracją niezależności: „Oto co myślę, oto co badam i nie potrzebuję niczyjej pieczątki, by się tym z wami podzielić”. To właśnie jest prawdziwy, otwarty uniwersytet przyszłości.

Zapraszam do dyskusji w komentarzach.
Felieton z majowych Wiadomości Uniwersyteckich


24.04.2026

Dlaczego są na świecie pasożyty?

 

Kleszcze, komary, kuczmany, bąki, ślepaki, meszki, bolimuszki, wszy, pchły i jakby tego było mało to jeszcze i ćmy piją naszą krew. A to nie koniec listy pasożytów małych i dużych. Dlatego zasadne jest pytanie, które często jest mi zadawane: dlaczego są na świecie pasożyty? Najprościej można byłoby odpowiedzieć... bo są zasoby, bo mogą być. Tak samo możemy zapytać, dlaczego są drapieżniki lub dlaczego są roślinożercy czyli konsumenci. Jako ludzie poradziliśmy sobie z drapieżnikami, nie jesteśmy roślinami, więc nie martwimy się, że coś nas zjada w całości lub tylko po kawałku. Ale od pasożytów się nie uwolniliśmy. Wielu się pozbyliśmy ale ciągle coś nas podżera, coś wypija naszą krew. A potem nas swędzi i się drapiemy. A na dodatek ci krwiopijcy są wektorami na chorobotwórczych organizmów. Największym zabójcą ludzi są.... komary. I wcale nie dlatego, że wypiją z nas tak dużo krwi lecz dlatego że roznoszą chorobotwórcze mikroorganizmy. 

W walce z drapieżnikiem widzielibyśmy cos męskiego, szlachetnego. Zginąć w paszczy lwa, niedźwiedzia czy wilków, to jeszcze byśmy znieśli. Widać pojedynek, można się jakoś bronić. I łatwo takich wrogów wytępić. Ale jak poradzić sobie z takim komarem, kleszczem, tasiemcem czy glistą? 

A czym się różni pasożyt od drapieżnika lub roślinożercy? W sensie ekologiczny są to konsumenci - zjadają inne organizmy. Drapieżnik zjada całego osobnika, a pasożyt tylko podgryza. O drapieżnikach można byłoby powiedzieć, że pasożytują na populacji - podjadają tylko pojedyncze osobniki a całość populacji dalej trwa. Od milionów lat rośliny żyją z roślinożercami i wytwarzają różnego rodzaju mechanizmy obronne: od kolców, krzemionki w tkankach po trujące i zniesmaczające substancje niczym broń chemiczna. Przed drapieżnikami broniku sie szybkimi nogami, chowaniem się przed ich wzrokiem czy wreszcie pancerzem i sprytem stada. Przed pasożytami tez się w różny sposób bronimy. A wspólna ewolucja spowodowała, ze mamy wszystkiego w zapasie, w małym nadmiarze. Bo cos i tak nas w części zje. Dlatego możemy żyć z jednym płucem, jedna nerka czy kawałkiem wątroby. To ewolucyjne dziedzictwo życia w świecie pasożytów. Niemniej, swędzi nas i coś byśmy chcieli zrobić. A przynajmniej zrozumieć dlaczego tak jest. Dlaczego są na naszym świecie te wredne pasożyty?

Gdy spoglądamy z punktu widzenia ekologa na ekosystemy lub przez pryzmat socjologii na architekturę ludzkich relacji, dostrzegamy tę samą, niepokojącą prawidłowość: życie nie jest jedynie symfonią współpracy, lecz przede wszystkim teatrem nieustannego wyzysku. Pasożytnictwo, ta subtelna i często genialna w swej bezwzględności strategia przetrwania, nie jest błędem w systemie natury, lecz jego integralnym komponentem. I to nas dziwi. Biologia uczy nas, że pasożyty istnieją nie dlatego, że natura jest okrutna, lecz dlatego, że są one logicznym następstwem istnienia dostępnych zasobów. I my tymi zasobami także jesteśmy za życia dla drapieżników i pasożytów, a po śmierci dla padlinożerców i destruentów. Każdy organizm, każda struktura społeczna i każda więź emocjonalna stanowi potencjalną niszę – bogate źródło energii, które tylko czeka na zasiedlenie przez kogoś, kto potrafi obejść systemy obronne gospodarza. Umyślnie poszerzam temat o relacje społeczne i zasoby emocjonalne.

W świecie przyrody pasożyt jest mistrzem minimalizmu i biologicznej ekonomii. Rezygnuje z własnej niezależności, by w zamian czerpać z cudzego trudu, przekształcając ciało żywiciela w bezpieczny dom i spiżarnię. Ta sama dynamika przenika tkankę społeczną, gdzie pasożytnictwo przybiera maski lenistwa, manipulacji czy emocjonalnego wampiryzmu. I w tym kontekście to i my czasem jesteśmy pasożytami. W rodzinie, tej najbardziej intymnej z komórek społecznych, pasożyt bywa najtrudniejszy do rozpoznania. Chroniony jest bowiem przez "pancerz" (lub mimikrę) miłości i lojalności. Dlaczego na to pozwalamy? Odpowiedź kryje się w mrocznej matematyce przetrwania (i teorii gier), którą biolodzy nazywają wyścigiem zbrojeń. Czasem przytaczają model  Czerwonej Królowej - musimy biec tak szybko, jak potrafimy, byle tylko utrzymać się w tym samym miejscu. Pasożyty, drapieżniki, roślinożercy, destruenci także.

Pytanie o to, czy należy pasożyty bezwzględnie zwalczać, czy też cierpliwie je znosić, dotyka samej esencji egzystencjalnego wyboru. Każda próba eliminacji intruza niesie ze sobą ogromne koszty metaboliczne lub psychiczne. Organizm, który całą swą energię inwestuje w odporność i walkę (nie dam nic swojego!), jednocześnie traci zasoby potrzebne na wzrost i reprodukcję. Podobnie w strukturach społecznych,  toksyczna czujność i nieustanne polowanie na „darmozjadów” mogą zniszczyć zaufanie, które jest fundamentem wspólnoty. Nasz system odpornościowy także czasem "głupieje" i atakuje komórki własnego organizmu (nadgorliwie uznaje za obce i wrogie). Czasami koszt znoszenia pasożyta, który zabiera nam tylko trochę energii czy biomasy, jest mniejszy niż koszt totalnej wojny, która mogłaby spustoszyć nasz wewnętrzny lub zewnętrzny świat. Czasem warto, niczym w judo, nie przeciwstawiać się, lecz wykorzystać siłę przeciwnika.

Istnieje w tym głęboka, filozoficzna ironia: pasożyt, choć wydaje się destrukcyjny, wymusza na gospodarzu ewolucję i kreatywność. Bez tego stałego nacisku, bez konieczności bronienia własnych granic, życie mogłoby popaść w stagnację. Pasożyty są więc cieniem, który rzuca blask życia. Pasożyty istnieją, bo znajdują szczeliny w naszej niedoskonałości. Niczym hakerzy włamujący się przez system luk w programie. Zmaganie się z nimi nie jest walką o ostateczne zwycięstwo, lecz niekończącym się procesem negocjacji granic naszej autonomii. W tym biologicznym i społecznym tańcu uczymy się, że całkowita sterylność jest niemożliwa, a mądrość polega na rozpoznaniu momentu, w którym ciężar niesiony na barkach przestaje być stymulującym wyzwaniem, a staje się śmiertelnym zagrożeniem.

Nauka nie odpowie na pytanie po co są pasożyty (czy drapieżniki) na świecie. Może powiedzieć co z ich obecności wynika, jak wpływają na cały system. Pytanie o "dlaczego", pytanie o sens jest najtrudniejsze. Nauka na nie nie odpowie lecz może dostarczyć argumentów i danych do takich rozważań.

A ilustracja? Dodałem bo ładna. Jest jak pasożyt, bo może być i nie ma sensu jej zwalczać, usuwać...

21.04.2026

Przepszczołowienie i przemurarkowanie krajobrazów



Co byście powiedzieli, gdyby ktoś zaproponował wypas krów, owiec i koni w parkach narodowych? Bo przecież jest tam trawa i rośliny do zjedzenia. Na pewno nie protestowalibyście przeciwko ograniczeniom wypasu zwierząt gospodarskich w obszarach chronionych. Przecież jest tyle obszarów użytkowanych rolniczo, a tam nikt nie ogranicza ani produkcji paszy dla zwierząt ani wypasu zwierząt gospodarskich. Co innego w parkach narodowych i krajobrazowych, stanowiących zaledwie ok. 9% powierzchni kraju. Tam zostawiamy przestrzeń i siedlisko dla dzikich zwierząt takich jak żubry, jelenie, sarny, koniki polskie itp. To dlaczego tyle kontrowersji budzi hodowana przez człowieka pszczoła miodna? Gatunek hodowany na bardzo dużą skalę.

Owady zapylające od dłuższego czasu wzbudzają zainteresowanie. Często utożsamiane są jedynie z pszczołą miodną i to na poziomie kreskówki „Pszczółka Maja”. Od dłuższego czasu przyrodnicy próbują poszerzyć wiedzę społeczną, wskazując na dziko żyjące pszczoły i inne owady zapylające. Od kilku lat mówi się o przepszczołowieniu krajobrazu, czyli nadmiaru rojów (i pasiek) pszczoły miodnej w niektórych miejscach. Ale niewiele z tego chyba dociera do opinii publicznej. Trzeba więc dużo wyjaśniać. Stale i często.

Ostatnio odwiedziła mnie pani redaktor z Radia Olsztyn pytając o projekt ministerialny ograniczenia pasiek (zobacz materiał z radia: https://radioolsztyn.pl/koniec-z-pasiekami-w-miastach-pszczelarze-zapowiadaja-protesty/01869738). Z ciekawości sięgnąłem do źródeł by opierać się na faktach a nie tylko urywkach informacji z mediów społecznościowych. Widać dużo nieporozumień i niepotrzebnej paniki i teatralnego rwania włosów z głowy. Zwłaszcza, ze to ta „przeklęta i lewacka Unia Europejska”.

W Polsce żyje około 450 gatunków „pszczół”, z których zdecydowana większość do gatunki samotne. Pszczoła miodna to tylko jeden gatunek. Społeczne są także dziko żyjące trzmiele. Zapylacze to także muchówki, chrząszcze, motyle i wiele innych owadów. Zbyt duża ilość pasiek to silniejsza konkurencja o kwiatowy nektar. Pszczoła miodna nie zapyla wszystkich roślin. Zatem przynajmniej w parkach narodowych powinniśmy zatroszczyć się o ochronę ważnej owadziej bioróżnorodności.

Projekt Ministerstwa Klimatu i Środowiska (MKiŚ) mający na celu ochronę dzikich zapylaczy poprzez ograniczenie negatywnego wpływu pszczoły miodnej jest elementem Krajowego Planu Odbudowy Zasobów Przyrodniczych (KPOZP), opracowywanego w związku z unijnym rozporządzeniem Nature Restoration Law (NRL). Kluczowe założenia projektu (KPOZP, art. 10 – Różnorodność i populacje owadów zapylających) to ograniczenie negatywnego wpływu na zapylacze (Zapylacze_C05). Projekt nie zakłada eliminacji pszczół miodnych, lecz ograniczenie ich nadmiernej koncentracji, szczególnie na obszarach cennych przyrodniczo (parki narodowe, rezerwaty).

Celem jest wsparcie trzmieli, pszczół samotnic, motyli i muchówek, które są wypierane przez komercyjne ule w walce o nektar i pyłek (tzw. konkurencja międzygatunkowa). I jest to jedynie ograniczenia lokalizacyjne. Planowane są wytyczne dotyczące ograniczania pasiek na terenach chronionych oraz regulacje dotyczące pasiek miejskich. Dodatkowo to także walka z chorobami, bo projekt ma na celu zmniejszenie ryzyka przenoszenia chorób z hodowlanych pszczół na dzikie gatunki.

Dokumenty MKiŚ wskazują, że wysoka koncentracja uli (zwłaszcza przenoszonych i czasowo przewożonych) w miejscach o ubogiej bazie pożytkowej prowadzi do deficytu pokarmu dla dzikich gatunków, co może skutkować ich wymieraniem. Część środowiska pszczelarskiego oraz polityków opozycji zarzuca ministerstwu "atak na pszczelarstwo". Najpewniej wynika to z niezrozumienia. Potrzebne jest więc szerokie informowanie o sytuacji ekologicznej i rzeczywistych działaniach. Opieranie protestów na plotkach i niedopowiedzeniach nie jest mądrym rozwiązaniem. Jednocześnie, równolegle z tymi działaniami, ARiMR prowadzi programy wsparcia dla pszczelarzy (dopłaty do przezimowanych rodzin pszczelich w 2026 r.). Prace nad projektem trwają, a ich celem jest zahamowanie spadku populacji owadów zapylających do 2030 roku.

Przy okazji warto wspomnieć, że nawet w miastach modne ostatnio hotele dla owadów wymagają lepszego informowania i edukowania. Większość dzikich pszczół buduje swoje gniazda w ziemi. Zatem te napowierzchniowe hotele z trzciną to siedlisko jedynie dla wybranych gatunków, takich jak muraka ogrodowa. Łatwo kupić w internecie kokony i umieszczać je w przestrzeni miejskiej. Wprowadzamy zatem do środowiska jedynie jeden gatunek. To szlachetne działania ale i one kładą mimowolny nacisk na murarkę ogrodową kosztem znacznie liczniejszych innych gatunków. Może więc dochodzić do przemurarkowania krajobrazu. Potrzebna spora wiedza, nawet jak ma się szczytne zamiary. Niezbędna jest edukacja przyrodnicza szerokich kręgów społecznych.

Na zakończenie warto dodać, że drastycznie ubywa z krajobrazu wszystkich owadów. Odbija się to na zmniejszonej bazie pokarmowej dla wielu gatunków ptaków i spada ich liczebność. Pszczoła miodna nie zapyla wszystkich gatunków roślin. Nie jest więc jedynym remedium na spadek zapylaczy w krajobrazach Ziemi. We własnym, dobrze rozumianym interesie, musimy zadbać o ochronę bioróżnorodności, także w odniesieniu do owadów.

PS. Nawet jak udziela się wywiadu dla mediów, to nie mamy wpływu na to ile i jakie słowa z tego wywiadu zostaną wybrane a potem wyemitowane. Dlatego piszę sam, z pełnym wyjaśnieniem a nie tylko z wyrwanymi pojedynczymi zdaniami, wstawionymi w nieoczekiwanym kontekście.