![]() |
| Flaga Ukrainy na budynku uniwersyteckim jako symbol solidarności z napadniętym narodem. |
Urodziłem się w Lidzbarku Warmińsku, wczesne dzieciństwo przeżyłem na Warmii i na Mazurach, młodzieńcze wakacje spędzałem w małej, mazurskie wsi, gdzie mieszkali ci „z Galicji”, jak mawiał mój dziadek, nieliczni Mazurzy, przesiedleńcy z Kresów czyli Wileńszczyzny i migranci z Centralnej Polski. Ten różnorodny tygiel był dla mnie zastaną normalnością, czymś oczywistym. Ukraińcy, jako przesiedleńcy w ramach Akcji Wisła z 1947 roku, byli czymś oczywistym. Jako dziecko czy chłopiec nie interesowałem się historią i nie dziwiła mnie ta mieszanka etniczna i kulturowa widoczna z perspektywy jednej wsi czy regionu. Nie wyczuwało się żadnych konfliktów innych niże te sąsiedzkie przez płot. Bo wiadomo, że gdzie są ludzie tam i różne spory sąsiedzkie o kurę się pojawiają. Potem wyjechałem na Mazowsze, w rodzinne strony ojca.
Z „kwestią ukraińską” zetknąłem się na studiach na początku lat 80. XX wieku. Studiowałem w Olsztynie. Na roku miałem koleżanki i kolegów z pochodzenia Ukraińców. Po prostu byli jednym z wielu różnorodnych elementów. Ani nie dziwiło, ani nie zawadzało. Jedni bardziej inni mniej przywiązani byli do swoich korzeni etnicznych i kulturowych. W tamtym okresie nie rozróżniałem Łemków od Ukraińców. Byli też Białorusini. Kresy znałem przez pryzmat wspomnień rodzinnych z szeroko rozumianej Wileńszczyzny.
Na studiach dość szybko spotkałem się z nastrojami antyukraińskimi. I to w cale nie w kontekście historycznym. Byli widoczną grupą i trzymali się razem. Przynajmniej niektórzy. Wtedy nie wiedziałem dlaczego. W czasie różnych działań, a zwłaszcza wyborów do władz ZSP czy samorządu studenckiego, szybko w formie plotek i szeptanej agitacji wypływały głosy antyukraińskie. Bo to jak to w czasie wyborów, różne argumenty kontrkandydaci wysuwali. Niektórzy wyraźnie agitowali przeciw Ukraińcom. To było moje pierwsze zetknięcie się z nacjonalizmem. Nie pamiętam żadnego racjonalnego powodu podsycania antyukraińskości. Ot, dlatego że są Ukraińcami. Tak jakby to była jakaś partia polityczna. W każdym razie konkretne osoby były konkurentami do władzy dla konkretnych ludzi.
Po latach wyszło szydło z worka. Te nastroje antyukraińskie inspirowali i podsycali ludzie z SB i współpracujący z nimi studenci (jako TW lub użyteczni głupcy). Pod koniec lat 80-tych, gdy wezwano mnie na SB, wypytywano mnie o różne sprawy. Oficer pytał także czy znam organizację Grunwald. Nie słyszałem. A była, jak się potem dowiedziałem, nacjonalistyczną, prokomunistyczną organizacją. Najwyraźniej była także wykorzystywana do siania nastrojów antyukraińskich.
Organizacja Grunwald była jednym z najbardziej osobliwych tworów politycznych schyłkowego PRL. Była hybrydą nacjonalistycznej retoryki i państwowej propagandy, która miała udowodnić, że władza komunistyczna potrafi mówić językiem „patriotyzmu”, choć w istocie wykorzystywała go instrumentalnie. Jej narodziny w 1981 roku nie były spontanicznym wybuchem społecznego entuzjazmu, lecz raczej próbą stworzenia kontrolowanego zaplecza ideologicznego w czasach, gdy „Solidarność” zdobywała masowe poparcie, a system tracił zdolność narzucania własnej narracji.
Grunwald od początku funkcjonował w orbicie aparatu partyjnego i Służby Bezpieczeństwa. Władza potrzebowała środowiska, które mogłoby atakować opozycję z pozycji „narodowych”, a jednocześnie nie kwestionować socjalistycznego porządku. Właśnie dlatego w publicystyce Grunwaldu tak często pojawiały się wątki antyniemieckie, antyukraińskie, antyinteligenckie i antysyjonistyczne. Miały one budować obraz zagrożonej ojczyzny, którą tylko „silne państwo” jest w stanie obronić. W praktyce była to retoryka podszyta teoriami spiskowymi, wymierzona w środowiska akademickie, Kościół, a przede wszystkim w działaczy „Solidarności”, przedstawianych jako narzędzie obcych wpływów. Dostrzegam duże podobieństwa do współczesnych róznych grup prawicowych, typu Konfederacja.
Jednocześnie Grunwald przyciągał ludzi o poglądach nacjonalistycznych, którzy w PRL nie mieli własnej przestrzeni politycznej. Dla części z nich była to okazja, by pod parasolem państwa realizować własne obsesje ideologiczne. Dla władzy byli wygodnyn narzędziem. Nacjonalizm w wersji kontrolowanej, skierowany nie przeciwko systemowi, lecz przeciwko jego przeciwnikom. Ta symbioza była jednak krucha. Gdy po 1989 roku zniknęło polityczne zapotrzebowanie na tego typu organizacje, Grunwald rozpadł się niemal natychmiast, a jego działacze rozproszyli się po różnych środowiskach skrajnej prawicy.
Dziś Grunwald pozostaje świadectwem epoki, w której władza komunistyczna próbowała ratować swoją legitymizację, sięgając po język nacjonalizmu. Paradoksalnie tego samego nacjonalizmu, który przez dekady zwalczała. To przykład, jak łatwo ideologie mogą się splatać, gdy stają się narzędziem politycznej walki, i jak niebezpieczne bywa flirtowanie państwa z radykalizmem, nawet jeśli wydaje się ono taktycznie wygodne.
Pora na małe podsumowanie. W latach 80-tych ubiegłego wieku nastroje antyukraińskie podsycała komunistyczna władza, wykorzystują Służbę Bezpieczeństwa i nacjonalistyczną grupę Grunwald. Dzisiaj byśmy powiedzieli, że była to wojna kognitywna i celowe rozsiewanie fake newsów. Agenci wpływy szukali użytecznych idiotów by skłócać społeczność i uniemożliwiać nam Polakom, uzyskanie pełnej wolności. Jątrzenie i nienawiść, rozbudzanie ksenofobii.
Także i dzisiaj agenci z putinowskiej Rosji inicjują i podsycają nastroje antyukraińskie. Także i dzisiaj znajdują użytecznych idiotów w szerzeniu rosyjskiej, nacjonalistycznej, antyukraińskiej propagandy. Ta nienawiść wyraźnie niszczy społeczna tkankę współczesnej Polski. Dzisiejsza wojna kognitywne jest dużo bardziej intensywna.
Warto jeszcze przypomnieć skąd się wzięli Ukraińcy na Warmii i mazurach. Akcja „Wisła” z 1947 roku była jednym z najbardziej dramatycznych epizodów powojennej historii Polski. Była operacją, która pod pozorem działań bezpieczeństwa doprowadziła do głębokiej zmiany etnicznej mapy południowo‑wschodniej części kraju. Wysiedlenia objęły przede wszystkim ludność ukraińską i łemkowską zamieszkującą od pokoleń tereny Bieszczadów, Beskidu Niskiego, Pogórza Przemyskiego, Roztocza oraz wschodniej Lubelszczyzny. To właśnie z województw rzeszowskiego, lubelskiego i krakowskiego – z dolin, wsi i miasteczek, które przez stulecia tworzyły mozaikę kulturową – ruszyły transporty na północ i zachód kraju. Ludzi zabierano często o świcie, pozwalając zabrać jedynie najpotrzebniejsze rzeczy. Kierunek był jeden: Ziemie Odzyskane czyli Pomorze, Dolny Śląsk, Warmia i Mazury, gdzie przesiedleńców rozpraszano celowo, by uniemożliwić odbudowę dawnych wspólnot. łącznie wysiedlono 140-150 tysięcy ludzi. Bieszczady opustoszały...
Oficjalnym powodem akcji była walka z podziemiem ukraińskim, zwłaszcza z oddziałami UPA, które wciąż działały w rejonach przygranicznych. Władze komunistyczne uznały, że jedynym sposobem na „odcięcie band od zaplecza” jest usunięcie całej ludności uznanej za ukraińską – niezależnie od jej faktycznej postawy, lojalności czy tożsamości. W praktyce była to operacja o charakterze polityczno‑narodowościowym, wpisująca się w powojenną logikę państw narodowych, które dążyły do etnicznej jednorodności. Wysiedlenia dotknęły także Łemków, którzy często nie identyfikowali się z ukraińskością, lecz zostali potraktowani jako część tej samej grupy.
Skutki Akcji „Wisła” były długotrwałe i wielowymiarowe. Z krajobrazu południowo‑wschodniej Polski zniknęły całe wsie, cerkwie popadły w ruinę, a tradycyjna kultura łemkowska i ukraińska została brutalnie przerwana. Na Ziemiach Odzyskanych przesiedleńcy musieli zaczynać życie od nowa, często w obcym otoczeniu, wśród ludzi, którzy patrzyli na nich z nieufnością. Rozproszenie utrudniało pielęgnowanie języka, religii i zwyczajów, a pamięć o wysiedleniu przez lata pozostawała tematem tabu. Dopiero po 1989 roku możliwe stało się publiczne mówienie o traumie, którą wielu z nich nosiło w sobie przez dekady.
Akcja „Wisła” pozostaje jednym z tych wydarzeń, które pokazują, jak decyzje polityczne potrafią naruszyć fundamenty ludzkiego życia: dom, wspólnotę, poczucie zakorzenienia. To historia o przymusie i utracie, ale także o przetrwaniu – o tym, jak mimo rozproszenia i trudności społeczności ukraińska i łemkowska zdołały zachować swoją tożsamość i przekazać ją kolejnym pokoleniom.
W naszym regionie są jeszcze szkoły z ukraińskim językiem nauczania. Szkoły podstawowe i średnie. Z pewnością pomagają w edukacji przynajmniej części Uchodźców z Ukrainy objętej wojną. Znam wielu Ukraińców z Polski i Ukrainy. Różnorodność kulturowa ubogaca samą Polskę jak i Europę. Ogromnie się cieszę, że Ukraina rozpoczęła proces dołączenia do Unii Europejskiej. I cieszę się, że mój uniwersytet, także i w symboliczny sposób przez wywieszenie flagi ukraińskiej okazuje wsparcie napadniętemu narodowi. Niech uciekinierzy czują się jak u siebie w domu. W naszych wspólnym, europejskim domu. Bo łącza nas europejskie i ogólnoludzkie wartości.





