1.10.2026

Kanon danych, czyli wspólna walizka do rozumienia świata

Ekspozycja gdzieś w Polsce, wakacyjne zwiedzanie muzeów i wystaw. Czy rozumiemy przekaz zawarty w tych eksponatach?

Punktem wyjścia niniejszego pisemnego wywodu są niekończące się spory o szkolny kanon lektur. Co kilka lat wracamy do pytania: co młody człowiek powinien przeczytać, żeby mieć wspólny kulturowy bagaż z innymi? Spór nie dotyczy przecież tylko książek. Chodzi o coś znacznie ważniejszego – o wspólny język kultury. Kiedy znamy te same historie, postacie, metafory, piosenki i filmowe sceny, łatwiej się rozumiemy. Rozumiemy się bez słów i śmiejemy się z tych samych porównań. Możemy jednym zdaniem albo nawet gestem przywołać całą opowieść (słowną, poetycka, muzyczną, filmową). Możemy śmiać się z tego samego dowcipu, odgadnąć aluzję, dokończyć cudze skojarzenie. Jesteśmy wtedy trochę „swoi”, bo mamy w pamięci podobne obrazy i podobne przeżycia estetyczne. Ten wspólny kanon przeżyć buduje poczucie wspólnoty, że jesteśmy wśród swoich.

Kanon lektur jest więc czymś w rodzaju kulturowej pamięci zbiorowej. Nie musi oznaczać, że wszyscy mamy czytać dokładnie te same książki ani że istnieje jeden wieczny i niezmienny zestaw dzieł. Chodzi raczej o pewien wspólny zasób odniesień, dzięki któremu możemy nadawać na tych samych falach. To właśnie z takich drobnych, wspólnych doświadczeń buduje się więź społeczna, a w większej skali – wspólnota kulturowa i cywilizacja.

Ale skoro potrzebujemy wspólnego kanonu książek, piosenek, filmów, obrazów plastycznych czy rzeźb, może potrzebujemy także czegoś podobnego w nauce? Wspólnego kanonu danych i podstawowych faktów, do których możemy się odwołać niezależnie od tego, skąd jesteśmy, jaki kierunek studiów ukończyliśmy i jakiego używamy podręcznika. W świecie nadmiaru informacji problemem coraz częściej nie jest bowiem brak danych, lecz brak wspólnej płaszczyzny, na której możemy je ze sobą zestawiać i rozumieć.

Kanon lektur szkolnych jest czymś więcej niż listą książek, które trzeba przeczytać przed egzaminem. To próba stworzenia wspólnej przestrzeni kulturowej. Jeśli wiele osób zna „Pana Tadeusza”, „Lalkę”, „Dziady” czy „Małego Księcia”, łatwiej im rozmawiać o świecie za pomocą wspólnych odniesień. To tak, jakbyśmy mieli wspólne przeżycia w małej społeczności. Nie trzeba za każdym razem tłumaczyć, kim był Wojski, Siara Siarzewski, Kwinto, czym jest chocholi taniec albo dlaczego Syzyf stał się symbolem daremnego wysiłku. Wspólna znajomość pewnych tekstów tworzy rodzaj kulturowego skrótu. Jedno słowo, nazwisko czy metafora może uruchomić całą sieć znaczeń.

Podobnie potrzebujemy czegoś, co można nazwać kanonem danych podstawowych. Nie chodzi jednak o zamkniętą listę faktów do zapamiętania ani o encyklopedię, którą każdy człowiek powinien nosić w głowie. Chodzi o wspólny zestaw podstawowych pojęć i zależności pozwalających rozumieć rzeczywistość. Biologia jest tutaj szczególnie dobrym przykładem, ponieważ dostarcza narzędzi do rozumienia świata, którego jesteśmy częścią, a nie tylko zewnętrznymi obserwatorami.

Można wskazać kilka fundamentalnych idei biologicznych, które powinny należeć do takiego kanonu. Jedną z nich jest ewolucja, a drugą ekologia. Ewolucja pomaga zrozumieć, dlaczego organizmy są tak różnorodne, skąd biorą się ich przystosowania i dlaczego życie nie jest zbiorem przypadkowo zestawionych gatunków, lecz rezultatem bardzo długiej historii zmian. Ekologia z kolei pozwala dostrzec zależności pomiędzy organizmami oraz pomiędzy życiem a środowiskiem. Pokazuje, że pojedynczy organizm nigdy nie istnieje całkowicie samodzielnie. Żyje w sieci zależności, przepływu energii i materii, konkurencji, współpracy oraz wzajemnego oddziaływania.

Do tego dochodzi genetyka, czyli wiedza o dziedziczności i zmienności. Dzięki niej rozumiemy, dlaczego potomstwo przypomina rodziców, a jednocześnie nie jest ich dokładną kopią. Rozumiemy również, że zmienność jest jednym z warunków ewolucji. Genetyka łączy więc poziom pojedynczego organizmu z historią całych populacji i gatunków. Te trzy obszary – dziedziczność, ewolucja i ekologia – tworzą niezwykle mocne rusztowanie intelektualne. Pozwalają przechodzić od pytania „jak coś działa?” do pytań „dlaczego tak działa?”, „jak się zmienia?” oraz „z czym jest powiązane?”.

Taki kanon jest potrzebny nie po to, aby wszyscy zostali biologami. Tak samo kanon lektur nie ma sprawić, że wszyscy zostaną literaturoznawcami. Chodzi o coś bardziej podstawowego: o możliwość rozumienia się nawzajem. Jeżeli ktoś mówi, że gatunek „przystosował się do środowiska”, warto wiedzieć, co właściwie oznacza przystosowanie. Jeśli ktoś mówi o zmianach klimatu, dobrze rozumieć różnicę między pogodą a klimatem, znać podstawowe mechanizmy obiegu węgla i wiedzieć, że atmosfera, oceany, gleby, roślinność i działalność człowieka tworzą system wzajemnych zależności.

Bez takiego minimum łatwo zastąpić wiedzę intuicją. A intuicja bywa zdradliwa. Świat biologiczny jest bowiem znacznie bardziej skomplikowany, niż podpowiada nam codzienne doświadczenie. Możemy widzieć las jako zbiór drzew, choć ekolog widzi cały ekosystem. Możemy widzieć rzekę jako płynącą wodę, choć hydrobiolog dostrzega siedliska, organizmy, przepływ materii, energii i informacji. Możemy widzieć pojedynczy gatunek jako coś trwałego i niezmiennego, choć ewolucjonista widzi populację zmieniającą się w czasie.

Wspólny kanon danych staje się szczególnie ważny wtedy, gdy musimy działać razem. Doskonałym przykładem jest zmiana klimatu. Samo hasło niewiele jeszcze wyjaśnia. Potrzebujemy podstawowej wiedzy o funkcjonowaniu atmosfery, bilansie energetycznym Ziemi, obiegu węgla, wpływie działalności człowieka oraz sprzężeniach zachodzących w systemie klimatycznym. Dopiero wtedy możemy sensownie rozmawiać o ograniczaniu emisji, adaptacji, retencji wody, ochronie ekosystemów czy zmianach sposobu gospodarowania przestrzenią. A zarządzanie planetą jest zadaniem wyjątkowo trudnym. Nigdy wcześniej tak wielu ludzi nie musiało jednocześnie podejmować decyzji dotyczących wspólnego systemu przyrodniczego. Różnimy się interesami, doświadczeniami, językami i systemami wartości. Trudno negocjować wspólne działania, jeśli nie mamy nawet wspólnego zestawu podstawowych danych opisujących problem.

Kanon nie gwarantuje oczywiście zgody. Możemy znać te same fakty i wyciągać z nich różne wnioski. Jest jednak ogromna różnica między sporem ludzi, którzy posługują się wspólnym zestawem pojęć, a sporem osób funkcjonujących w całkowicie różnych światach informacyjnych. Można to porównać do rozwiązywania kalamburów. Aby odgadnąć hasło, potrzebujemy wspólnego kodu. Gest wykonany przez jedną osobę musi coś znaczyć dla drugiej. Jeśli każdy posiada zupełnie inny słownik odniesień, komunikacja staje się przypadkowa. Wspólne dane działają podobnie. Są rodzajem języka, który umożliwia skracanie komunikatów i budowanie bardziej złożonych rozumowań.

Wiedza jest więc trochę jak walizka, którą zabieramy ze sobą w dorosłe życie. Nie musi być wypełniona po brzegi. Ważne, żeby znalazły się w niej rzeczy naprawdę użyteczne. Jednocześnie wiedza przypomina rusztowanie. Samo rusztowanie nie jest budynkiem, ale bez niego trudno wznieść wysoką konstrukcję. Podstawowe pojęcia i modele pozwalają dokładać kolejne informacje, sprawdzać je, łączyć i reinterpretować. Problem zaczyna się wtedy, gdy rusztowanie jest źle skonstruowane. Jeśli podstawą jest błędna informacja, późniejsze rozumowanie może stać się coraz bardziej skomplikowane, a mimo to pozostanie wadliwe. Dlatego edukacja nie powinna być jedynie przekazywaniem dużej liczby informacji. Powinna przede wszystkim budować dobrze uporządkowane struktury wiedzy i uczyć odróżniania danych od opinii, hipotezy od faktu oraz wyjaśnienia naukowego od pozornie przekonującej opowieści.

W epoce sztucznej inteligencji znaczenie takiego kanonu jeszcze wzrasta. Możemy zapytać AI niemal o wszystko, ale odpowiedź ma sens tylko wtedy, gdy potrafimy ją ocenić. Im łatwiejszy staje się dostęp do informacji, tym ważniejsza staje się zdolność rozumienia informacji. Człowiek nie musi pamiętać wszystkiego. Powinien jednak wiedzieć, czego szukać, jak pytać, jak sprawdzać i jak łączyć fakty.

Dlatego warto myśleć o edukacji nie tylko jako o przekazywaniu wiedzy z poszczególnych przedmiotów. Jej ważnym zadaniem jest budowanie wspólnego intelektualnego podłoża. Tak jak wspólne lektury tworzą część wspólnego języka kultury, tak wspólny kanon podstawowych danych naukowych może tworzyć wspólny język rozumienia świata. Nie chodzi przy tym o stworzenie jednej, obowiązkowej listy wszystkiego, co człowiek powinien wiedzieć. Chodzi o znalezienie tych kilku fundamentalnych idei, bez których trudno rozumieć współczesność. W biologii należą do nich dziedziczność i zmienność, ewolucja, ekologia, współzależność organizmów oraz funkcjonowanie ekosystemów. To nie są tylko szkolne definicje. To narzędzia myślenia.

Być może właśnie tego najbardziej potrzebujemy w czasach nadmiaru informacji: nie kolejnych tysięcy danych, lecz wspólnej walizki podstawowych danych, dzięki którym potrafimy rozmawiać, rozumieć argumenty innych ludzi i wspólnie podejmować decyzje. Bo przyszłości nie zbudujemy wyłącznie z większej ilości informacji. Potrzebujemy jeszcze wspólnego języka, za pomocą którego te informacje będą mogły stać się wiedzą, a wiedza – podstawą wspólnego działania. W edukacji nie chodzi o bardzo rozbudowane treściowo podstawy programowe. Bardziej chodzi o wspólny kanon danych, które są podstawa do dyskusji i współdziałania. 

26.09.2026

O tym, jak odkryłem postsztukę, którą od lat uprawiałem

Kiedyś w Elblągu...
 

I znowu z zaskoczeniem dowiedziałem się, że mówię prozą. To nawiązanie do sztuki Moliera Mieszczanin szlachcicem i radości, którą daje wiedza i rozumienie. Tak i ja przypadkiem dowiedziałem się, że to co robię od kilkunastu lat to postsztuka. I że ten nurt nie jest wcale taki nowy. Mam na myśli plenery, które organizuję lub w których uczestniczę z malowaniem starych dachówek, kamieni, butelek.  Ostatnio był to plener w Kwiatkówku koło Łęczycy, Noc Sów w Wipsowie, Olsztyński StreetArt Garden. A wcześniej wspólne malowanie Nieba Kopernika. I wiele, wiele innych. W mojej intencji najważniejszymi elementami tych plenerów było spotkanie ludzi, wspólne rozmowy, tworzenie i bycie ze sobą. A więc ważniejszy proces niż efekt.

Intuicyjnie i nieświadomie odkrywałem postsztukę, ale nie wiedziałem, że "mówię prozą". Dopiero artykuł w Tygodniku Powszechnym pt. „Po co nam sztuka” autorstwa Moniki Ochędowskiej i Tadeusza Marka (sierpień 2026 ) uświadomił mi moje uczestnictwo w postsztuce. Postsztuka (praktyki postartystyczne) to pojęcie z dziedziny teorii sztuki,  spopularyzowane m.in. przez polskiego krytyka Jerzego Ludwińskiego. Oznacza stan, w którym sztuka wychodzi poza tradycyjne ramy muzeów i galerii, a jej celem nie jest tworzenie materialnego dzieła, lecz realne działanie i zmiana w życiu społecznym lub środowiskowym.

Głównymi cechami postsztuki są: 1. Brak materialnego dzieła (efektem pracy jest proces, sytuacja, spotkanie lub zmiana społeczna w małej skali, 2. Wyjście z instytucji i pomieszczeń (działania przenoszą się na ulicę, do społeczności lokalnych, ogrodów czy w ramach aktywizmu społecznego), 3. Zacieranie autorstwa (ważniejszy od indywidualnego popisu artysty staje się zbiorowy wysiłek i relacje oraz 4. Sztuka jako narzędzie (sztuka zapożycza metody z edukacji, ekologii, dziennikarstwa by rozwiązywać realne problemy).

Gdy w latach 60. i 70. XX wieku nowatorscy krytycy oraz teoretycy ogłaszali „koniec sztuki”, nie mieli na myśli, że ludzkość przestanie tworzyć. Wręcz przeciwnie – zapowiadali moment, w którym twórczość eksploduje poza dotychczasowe granice. Termin postsztuka (lub postart) narodził się z potrzeby opisania zjawiska, w którym sztuka przestała mieścić się w ramach obrazu, na postumencie rzeźby czy w chłodnym, wyciszonym wnętrzu galerii. Stała się procesem, relacją i zdarzeniem roztapiającym się w codzienności.

Istotą postsztuki jest przekroczenie czysto estetycznego wymiaru dzieła na rzecz dematerializacji. Miejsce trwałego obiektu, przeznaczonego do kontemplacji lub rynkowego obrotu, zajmuje idea, działanie oraz interakcja. Jak trafnie przewidywał wybitny polski teoretyk Jerzy Ludwiński, w epoce postsztuki tradycyjne podziały dyscyplinarne tracą sens, a artysta przestaje być odosobnionym geniuszem kreującym zamknięte artefakty. Staje się raczej inicjatorem sytuacji, moderatorem społecznej energii lub badaczem otaczającej go rzeczywistości.

Jak wyczytałem w różnych źródłach, jednym z fundamentów myślenia postsztukowego były koncepcje Allana Kaprowa, twórcy pierwszych happeningów. Kaprow postawił odważną tezę, że zacieranie granic między sztuką a życiem jest jedyną szansą na zachowanie autentyczności twórczej. W słynnym działaniu Fluids (1967 – miałem wtedy 4 lata) zaprosił uczestników do budowania w przestrzeni miejskiej wielkich struktur z bloków lodu. Gotowe obiekty nie miały jednak trwać, bo pozostawiono je w słońcu, by całkowicie stopniały. Celem nie była rzeźba sama w sobie, lecz wspólny wysiłek fizyczny, przejściowość doświadczenia oraz proces topnienia wpleciony w rytm miasta.

W polskiej przestrzeni artystycznej kamieniem milowym tego nurtu stała się akcja Jaskółka (1971) Ewy Partum. Artystka rozsypywała zrealizowane w druku litery w przestrzeni publicznej – na ulicach, w autobusach, na skwerach. Słowo, dotąd uwięzione w strukturze tekstu czy tomu poetyckiego, uległo rozproszeniu. Przypadkowi przechodnie stawali się nieświadomymi współuczestnikami poetyckiego zdarzenia, w którym poezja dosłownie mieszała się z pyłem ulicy i podmuchami wiatru.

Tego nie wiedziałem i nie byłem świadomy, gdy organizowałem pierwsze plenery z malowaniem na starych warmińskich i mazurskich dachówkach, czy malowanie na szkle w czasie wystaw dalii. Ani, gdy dołączyłem do działań streetartowych w Olsztynie oraz plenerów w skansenie w Kwiatkówku. Nie miałem świadomości, że uczestniczę w działaniach postsztuki. Tak jak mieszczanin w sztuce Moliera nie wiedział, że mówi prozą.

W przeczytanych materiałach dowiedziałem się, że szczególną rolę w formowaniu się i praktykowaniu postsztuki odegrała formuła pleneru artystycznego. Tradycyjnie kojarzony z malowaniem pejzaży z natury, w drugiej połowie XX wieku plener przeszedł gruntowną ewolucję. Przestał być jedynie miejscem pracy twórczej w izolacji, a stał się otwartym laboratorium, do którego włączano lokalne społeczności i przypadkową publiczność. I tak malowaliśmy kamienie i stare, poremontowe płytki, by następnie je prezentować w przestrzeni publicznej. Większość tych dzieł to prace ulotne. Były także ceramiczne doniczki, drewniane krążki oraz metalowe pokrywki od słoików. W swoich działaniach, np. z malowaniem Nieba Kopernika, inspirowałem się działalnością prof. Geno Małkowskiego i jego Barwami Olsztyna w czasie Olsztyńskich Dni Nauki i Sztuki. W 2010 roku obraz malowało 700 osób (zobacz relację). 

Niezwykłym przykładem wspomnianego podejścia był Plener Ziemia Zgorzelecka z 1971 roku. Kiedy grupa konceptualistów i performerów przybyła do Bogatyni i Zgorzelca, zrezygnowała z przyniesienia gotowych płócien czy dłut. Zamiast tego artyści weszli w bezpośredni dialog z lokalną przestrzenią przemysłowo-krajobrazową oraz z mieszkańcami regionu. Twórczość przybrała formę manifestacji, dyskusji i akcji w przestrzeni miejskiej oraz na terenie kopalni odkrywkowej. Sztuka zeszła z salonowych wyżyn, stając się elementem lokalnej tożsamości i platformą wymiany myśli między artystami a robotnikami. Tego nie wiedziałem, dopiero teraz, szukając materiałów o postsztuce odnalazłem i przeczytałem. 

Równie ważnym wydarzeniem była Akcja Miasteczko zrealizowana w Podkowie Leśnej (1975). Zaproszeni twórcy nie przywieźli ze sobą gotowych prac do zawieszenia w lokalnym domu kultury. Weszli na podwórka, ulice i do ogrodów mieszkańców, angażując ich w codzienne, z pozoru banalne interakcje – wspólne rozmowy, sadzenie roślin, przemieszczanie przedmiotów czy kreowanie mikro-zdarzeń wizualnych. Publiczność przestała być biernym widzem patrzącym na płótno z dystansu; stała się żywym tworzywem i pełnoprawnym współautorem zdarzenia. W podobny sposób powstaje wiele murali czy deskali w przestrzeni publicznej. A nawet u nas, na Warmii i na Mazurach, w taki sposób powstają przystanki, malowane przez Annę Wojszel.

Współcześnie myślenie postsztukowe zyskało nowy wymiar. Przejawia się ono silnie w działaniach z zakresu sztuki relacyjnej, aktywizmu społecznego oraz inicjatyw z pogranicza biologii i ekologii (tzw. bio-art). Współcześni twórcy organizują wspólne posiłki, tworzą miejskie ogrody społecznościowe, prowadzą edukacyjne spacery botaniczne i entomologiczne czy inicjują obywatelskie protesty w obronie zagrożonych ekosystemów. Dopiero po kilkunastu latach organizowania różnych plenerów w przestrzeni publicznej sięgam do opracowań teoretycznych. Najpierw sam odkrywałem i doświadczałem, a teraz czytam opracowania teoretyczne i odnoszące się do krytyki sztuki. Odbieram przez pryzmat własnych doznań i doświadczeń. Ze zdziwieniem odkrywając, że to postsztuka i że istnieje od dawna. A narodziła się postsztuka w tym samym czasie co i ja przyszedłem na świat. To był początek lat 60-tym XX wieku.

Według krytyków sztuki postsztuka dowodzi, że najważniejsze w twórczości nie zawsze musi być to, co zostaje zamknięte w ramie i podpisane nazwiskiem autora. Najcenniejszy bywa sam impuls – zdolność do wywoływania refleksji, budowania wspólnoty i dostrzegania głębszego sensu w tkance otaczającego nas świata.

Więcej przykładów z mojej postsztuki znajduje się na blogu: Gadające dachówki. Zapraszam do obejrzenia. I do udziału w przyszłych plenerach. Na pewno będą.

24.09.2026

Popularyzacja nauki tam, gdzie bociany zawracają i gdzie mieszkali Prusowie


Na zaproszenie Terra Desolata – archeologia i edukacja miałem dużą przyjemność uczestniczyć w festiwalu naukowym w małym, uroczym mazurskim miasteczku – w Olecku. Reakcja – Festiwal Pasji do Nauki to wydarzenie szczególne nie tylko dlatego, że spotykają się na nim ludzie zafascynowani nauką. Szczególne jest także jego miejsce. Festiwal odbywa się daleko od wielkich ośrodków akademickich, tam, gdzie – mówiąc żartobliwie – diabeł mówi dobranoc, a bociany zawracają. A skoro wszędzie jest daleko, tym ważniejsze staje się przywiezienie nauki właśnie tutaj. Piknik naukowy sfinansowany ze środków budżetu państwa, przyznanych przez Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego w ramach Programu „Społeczna odpowiedzialność nauki III – Popularyzacja nauki”.

Popularyzacja nauki często kojarzy się z wielkimi miastami, uniwersytetami, centrami nauki, muzeami i laboratoriami. Tymczasem nauka nie powinna być dobrem dostępnym przede wszystkim dla tych, którzy mieszkają w pobliżu akademickiego kampusu. Dziecko, dorosły (rodzic) czy senior z małego mazurskiego miasteczka ma przecież taki sam potencjał ciekawości jak uczeń z Warszawy, Krakowa, Gdańska czy Olsztyna . Różnica może polegać jedynie na tym, ile razy w życiu będzie miało okazję spotkać prawdziwego naukowca, zobaczyć eksperyment, zajrzeć przez mikroskop albo samodzielnie dotknąć czegoś, co jeszcze chwilę wcześniej znało tylko z podręcznika.

W Olecku w piątek  18 września 2026 r. stoiska, sale, pokazy i wykłady zapełniali przede wszystkim uczniowie z oleckich (i okolicznych) szkół. Przychodzili całymi klasami, razem z nauczycielami. W sobotę 19 września pojawiały się całe rodziny, seniorzy i zwykli zjadacze chleba. To bardzo ważne, bo nauka przestaje wtedy być szkolnym przedmiotem, a staje się doświadczeniem wspólnie przeżywanym. Można zobaczyć, zapytać, dotknąć, sprawdzić i – co chyba najważniejsze – przekonać się, że za nauką stoją konkretni ludzie. Ludzie, którzy kiedyś również byli ciekawskimi dziećmi.

Taki bezpośredni kontakt może mieć znaczenie znacznie większe, niż wynikałoby z jednego festiwalowego dnia. Kapitał naukowy młodego człowieka nie powstaje wyłącznie z podręczników i ocen. Budują go również doświadczenia, spotkania, rozmowy i poczucie, że świat można samodzielnie poznawać. Być może uczeń, który podczas pokazu po raz pierwszy zobaczy fascynujący organizm pod mikroskopem, za kilka lat wybierze biologię. Ktoś, kto samodzielnie przeprowadzi prosty eksperyment, zainteresuje się chemią, fizyką albo medycyną. Jeszcze ktoś inny odkryje, że archeologia, astronomia czy entomologia nie są odległymi dziedzinami z książek, lecz fascynującymi sposobami rozumienia świata. A możliwość zwiedzenia makiety stacji kosmicznej być może zachęci do podróży kosmicznych. 

Nie każdy oczywiście zostanie naukowcem. I nie o to chodzi. Kapitał naukowy to także umiejętność zadawania pytań, odróżniania wiedzy od pseudowiedzy, sprawdzania informacji i rozumienia, że odpowiedź „nie wiem” może być początkiem poznawania, a nie jego końcem. W czasach nadmiaru informacji i sztucznej inteligencji te kompetencje stają się szczególnie cenne. Dlatego festiwale nauki w małych miejscowościach mają znaczenie znacznie większe niż tylko liczba uczestników czy atrakcyjność programu. Są rodzajem mostu między światem nauki a miejscami, do których akademia na co dzień dociera rzadziej. Udana współpraca organizatorów z lokalnymi władzami pokazała w Olecku, że taki most może być naprawdę mocny. Głód rzetelnej, a jednocześnie atrakcyjnie podanej wiedzy jest wielki – niezależnie od wielkości miejscowości.

Cieszę się, że mogłem być częścią tego spotkania: z wykładem o prawdziwych roślinach, grzybach i owadach oraz ich etnograficznym i mitycznym kontekście, spacerem entomologicznym i pokazem hydrobiologicznym. Okazało sie, że w rzece Ledze żyją nie tylko chruściki strydulujące pod woda, ale i słodkowodne gąbki oraz krasnorosty (Hildebrandia rivularis). Bo czasem, aby rozpocząć czyjąś naukową przygodę, nie potrzeba wielkiego laboratorium. Wystarczy ciekawość, dobry nauczyciel, prawdziwy naukowiec i możliwość zobaczenia czegoś niezwykłego na własne oczy. Nawet jeśli dzieje się to tam, gdzie – jak głosi lokalna geografia wyobraźni – bociany zawracają. 

Dorosłych uczestników zachęcałem do podcastów Radia Olsztyn i felietonów "Tłumaczymy świat". Piknik naukowy się kończy ale może pozostać trwała i systematyczna wieź z głosem naukowców na różne tematy.

21.09.2026

Dozwolona uszczypliwość w przestrzeni publicznej



Człowiek, jak powszechnie wiadomo, jest istotą społeczną i hierarchiczną. Przypuszcza się także, że nasz duży mózg powstał za sprawą potrzebnej "obsługi" relacji międzyosobniczych, by wiedzieć kto, z kim i dlaczego. I to do kilku pokoleń wstecz. Nawet, jak nasi przodkowie żyli w małych społecznościach, to codziennie coś sie wydarzyło i trzeba było o tym opowiedzieć. Po prostu plotkowaliśmy. A wiadomo, że najłatwiej oplotkowuje się nieobecnych. Bo to bezpieczniej. Owszem, złudne jest to bezpieczeństwo bo plotki i to, co kto na kogo co powiedział, też się szybko rozchodzą. W spotkaniu bezpośrednim z chęcią chwalimy naszego rozmówcę. Jeśli jednak mówimy coś negatywnego, to rodzi się kłótnia i kontratak. Miło zazwyczaj  nie jest. To pojedynek słowny. 

A czy można coś złego komuś w oczy powiedzieć i nie ponieść konsekwencji?  Społeczności ludzkie wypracowały takie rozwiązania. Dozwolona uszczypliwość w przestrzeni publicznej ma swój rytuał. To na przykład Ludowe przyśpiewki w czasie wesel czy podobnych uroczystości czy limeryki układane w pubach. Albo fraszki przy biesiadnym stole. Można powiedzieć komuś coś złośliwego a ten się nie obrazi a inni nie będą zgorszeni. Nie będzie atmosfery walki i pojedynku w przepychaniu się w relacjach społecznych i hierarchii. 

Człowiek z natury jest istotą złośliwą, choć cywilizacja wpoiła nam przekonanie, że uśmiechanie się do nielubianego sąsiada to szczyt społecznej ewolucji. A na pewno wypracowany model kulturowy, który umożliwia nam koegzystowanie w większych grupach. Na przykład takie szympansy w większej grupie od razy poodgryzałyby sobie uszy. Na szczęście, aby ludzkość nie wybuchła od nadmiaru wzniosłości i tłumionej żółci, kultura wykształciła zjawisko dozwolonej uszczypliwości - swoiste wentyle bezpieczeństwa, gdzie wylewanie "pomyj" na bliźniego jest nie tylko bezkarne, ale wręcz nagradzane brawami. Tak jak oblewanie sie woda w lany poniedziałek. W tych magicznych sferach przestrzeni publicznej złośliwość traci swój wojowniczy charakter, przywdziewając szaty tradycji, sztuki lub wyrafinowanego dowcipu. A ofiara, zamiast rzucać się z pięściami, musi grzecznie udawać, że pęka ze śmiechu. Taka agresja zrytualizowana. Duzy, społeczny wynalazek Homo sapiens.

Dobrym przykładem dla tego zjawiska jest tradycyjne polskie wesele z ludowymi przyśpiewki. Sam tego doświadczyłem w młodości. Kiedy wódka odpowiednio zmrozi już neurony odpowiedzialne za takt, z tłumu wujków i ciotek wyłania się chór, który w radosnym rytmie na osiem czwartych informuje wszystkich zgromadzonych, że teściowa to żmija, pan młody ma pstro w głowie, a panna młoda raczej nie zgrzeszy wiernością ("leciał pies przez wieś, suka przez buraki, byłaby panienką, gdyby nie chłopaki"). I co? I nic! Obrażanie się na weselną przyśpiewkę (często wymyślaną na poczekaniu) to zbrodnia przeciwko tradycji i ostateczny dowód na brak dystansu do siebie. W tym specyficznym mikroklimacie można z rymowaną gracją zrównać z ziemią całą rodzinę, obnażyć ich wady przed sąsiadami, a na koniec jeszcze dostać za to kawałek tortu z bezą. I uznanie za dowcipne zabawianie gości. I oczywiście wspólną zabawę. Bo riposta mogła być tylko inna przyśpiewka, równie złośliwa czy uszczypliwa.

Gdy z wiejskiej karczmy lub remizy przeniesiemy się do zadymionych pubów, na inteligenckie spotkania towarzyskie czy nawet snobistyczne rauty, ludowa przaśność ustępuje miejsca wyrafinowanej formie limeryku. W tych oparach twórczego fermentu, gdzie elita intelektualna zrzuca krawaty, wymyślanie absurdalnych, często sprośnych i uszczypliwych wierszyków pod adresem znajomych staje się sportem towarzyskim. Nawet literacka noblistka, Wisława Szymborska, udowodniła, że wielki umysł potrzebuje ujścia w uroczej dowcipności. Jej słynne limeryki, pełne purnonsensu i subtelnych, acz ostrych jak brzytwa szpil wbijanych w ludzkie przywary i znajomych z literackiego światka, pokazały, że genialnej poetce wolno publicznie drwić z każdego. Złośliwość zyskuje w tym wypadku stempel wysokiej kultury, o ile tylko autor zachowa odpowiedni układ sylab, rymu i rytmu.

Zresztą, Szymborska nie odkryła tu Ameryki, a jedynie kontynuowała chlubną tradycję naszych ojców literatury, którzy już w renesansie zorientowali się, że rymowana kąśliwa uwaga to świetny bilet do nieśmiertelności. Mikołaj Rej ze swoimi dosadnymi, by nie rzec rubasznymi fraszkami, nie patyczkował się z panami i plebanami, rąbiąc prawdę prosto z mostu w sposób, za który dzisiaj dostałby pozew o zniesławienie. Z kolei Jan Kochanowski, mistrz renesansowej elegancji, potrafił w swoich fraszkach wbić szpilę z taką wirtuozerią, że ofiara niemal mu za to dziękowała. Wyśmiewanie pijaństwa doktora Hiszpana czy hipokryzji ówczesnych dewotek było w istocie publicznym, złośliwym roastem który dzięki mistrzowskiej formie i literackiemu kunsztowi przeszedł płynnie od towarzyskiego skandalu do kanonu lektur szkolnych. Roast to gatunek rozrywkowy polegający na wzajemnym, ostrym i złośliwym żartowaniu z konkretnej osoby (często celebryty lub innej znanej postaci). Obiekt żartów również odpowiada na zaczepki, a celem jest dobry, choć bezkompromisowy humor. Inne znaczenie tego słowa jest kulinarne - to rodzaj pieczenia. Jest i jeszcze jedno znaczenie: w slangu internetowym to wyśmiewanie czyli potoczne określenie na dosłowne „zaoranie” kogoś, czyli zgaszenie kogoś ciętą ripostą, ośmieszenie w dyskusji lub w komentarzach w sieci. To co w internecie może być źle odebrane jako atak, w pewnych sytuacjach jest akceptowalne i nie wywołuje gniewu czy chęci zemsty. Może i w mediach internetowych kiedyś wypracujemy zrytualizowane, akceptowalne i nieobraźliwe złośliwości?

Jednakże, aby uprawiać dozwoloną uszczypliwość, nie trzeba od razu pisać fraszek ani mieć literackiego Nobla. Wystarczy wsiąść do pociągu, najlepiej do ciasnego sześcioosobowego przedziału, gdzie na kilka godzin tworzy się efemeryczna, ale niezwykle zżyta wspólnota losu. Rozmowy współpasażerów to prawdziwy festiwal społecznie akceptowanej złośliwości – gremialne narzekanie na absurdalne spóźnienia, wyśmiewanie niekompetencji rządu czy wymowne prychanie na współczesną młodzież są tam absolutnie wymagane do nawiązania plemiennej więzi. Podobnie działa to w zgranych grupach towarzyskich, gdzie uszczypliwe, sarkastyczne docinki pod adresem przyjaciół stanowią wręcz walutę, za którą kupuje się pozycję w stadzie. Publiczne wytykanie sobie łysienia, skąpstwa czy zawodowych porażek, skwitowane gromkim śmiechem całej kanapy, to nic innego jak rytuał potwierdzający zażyłość. 

W przestrzeni publicznej wolno nam więc wciąż być cudownie uszczypliwymi, pod warunkiem, że nasze złośliwości ubierzemy w rym, rytm, wpleciemy w ludową melodię, albo wypowiemy z czarującym, ironicznym uśmiechem dzieląc los w pociągu relacji Olsztyn–Kraków.

15.09.2026

Grzyb jest jak siano - ekologom i ogrodnikom pachnie inaczej

Koniec sierpnia 2026, Kortowo.

Pokazywanie przyrody w terenie nie jest łatwe. Uczenie w terenie, a nie tylko w klasie ma sens przede wszystkim w takich dziedzinach jak biologia. Dla ekologa to codzienność, bowiem jego obiektem badawczym są także poziomy ponadorganizmalne i nawet całe biomy. A tego w próbówce się nie zmieści. Wróćmy do pokazywania zjawisk przyrody w terenie. Nigdy nie wiemy dokładnie co spotkamy danego dnia. Ale spotkany gatunek może być rekwizytem do opowieści o świecie przyrody. Za pomocą jednego szczegółu, po umieszczeniu go w szerszym kontekście, można wiele opowiedzieć o wielu prawach przyrody i wielu zjawiskach. Te są niezmienne, więc nie ma większego znaczenia za pomocą jakich gatunków opowiemy o ekosystemie, sukcesji czy ewolucji. O wartości edukacji nie przesądzają owe szczegóły lecz właśnie kontekst i opowieść. Zatem istotą edukacji nie są wcale szczegółowo opracowane programy i podstawy programowe, z wyliczonymi szczegółami do "przerobienia" lecz prawa przyrody i ogólne zasady. To właśnie umiejętności nauczyciela w osadzaniu tych szczegółów we właściwym kontekście maja pierwszorzędne znaczenie oraz umiejętność terenowej improwizacji. Czy żeby opowiedzieć o ekologicznej roli grzybów w lesie i miejskim parku konieczny jest żagwiak? A może żółciak siarkowy? A może jeszcze zupełnie innych gatunek. Idąc w teren nie wiemy co dokładnie spotkamy, ale możemy wiedzieć jaką wiedzę chcemy przekazać.

Grzyb umieszczony na zdjęciu był spotkany w Kortowie, pod koniec sierpnia, na mojej drodze do pracy. Pojawił się i zniknie. Nie da się zaplanować wyjścia terenowego dla uczniów w ramach upowszechniania wiedzy, ani dla studentów. Szczegóły w przyrodzie są efemeryczne. Jest duże prawdopodobieństwo spotkania w konkretnym siedlisku konkretnych gatunków. Ale pewności nigdy nie ma. Bo grzyb, w postaci strzępek grzybni jest, ale owocnik pojawia się niespodziewanie i efemerycznie. Czyli jest, ale nie zawsze go zobaczymy w takiej postaci, jaka byłaby najwygodniejsza. Podobnie z owadami, o różnych porach roku są w postaci jaja, larwy, poczwarki czy stadium imago.

Znacie pewnie to powiedzenie, że siano koniom i zakochanym pachnie inaczej. Bo koniom kojarzy się z pokarmem do zjedzenia, a zakochanym ludziom - z intymnym miejscem miłości. Niby to samo siano, ten sam obiektywnie zapach (substancje chemiczne), lecz różnie odbierany kontekst. To samo możemy powiedzieć o grzybie, np. żawgwiaku łuskowatym - ekologom, grzybiarzom czy leśnikom i ogrodnikom "pachnie" inaczej. Jedni widzą w nim obiekt do zjedzenia, inni pasożytniczego szkodnika, a jeszcze inni pożytecznego destruenta materii organicznej. 

Późnym latem, gdy większość grzybiarzy czeka jeszcze na pierwsze borowiki, na pniach i konarach starych drzew pojawiają się ogromne, wachlarzowate owocniki przypominające siodła lub damskie asymetryczne kapelusze. W tym konkretnym przypadku skojarzyło mi się z daszkiem nad wejściem do ptasiej dziupli. To żagwiak łuskowaty znany także jako żagiew łuskowata (Polyporus squamosus syn. Cerioporus squamosus), jeden z najbardziej charakterystycznych grzybów nadrzewnych strefy umiarkowanej. Gatunek pospolity i często spotykany. Choć dla arborystów jest przede wszystkim sygnałem postępującego rozkładu drewna, dla ekologów stanowi ważny element funkcjonowania ekosystemów leśnych, a dla niektórych grzybiarzy jest również interesującym grzybem kulinarnym. Owocniki spotkać można od maja (z nawet od marca) do października. Mogą utrzymać się aż do pierwszych mrozów. Dla jednych saprotrof, dla innych pasożyt ranowy (rany na drzewie ułatwiają wnikanie grzyba), powodujący zgniliznę białą..

Koniec sierpnia, Kortowo.
Żagwiak łuskowaty należy do podstawczaków i rodziny żagwiowatych. Występuje powszechnie w Europie, Azji i Ameryce Północnej, zasiedlając głównie drzewa liściaste. Jego owocniki są duże, często osiągają wielkość do 60 centymetrów średnicy, a ich powierzchnię pokrywają brunatne łuski,  kontrastujące z jasnym tłem kapelusza. Mogą być i mniejsze owocniki o średnicy 5 cm. Spodnia strona owocnika jest porowata, ponieważ to właśnie w rurkach znajdujących się pod kapeluszem powstają zarodniki rozsiewane przez wiatr. Dzięki nim grzyb może kolonizować kolejne drzewa i martwe pnie. Wnikanie do zdrowych drzew ułatwiają złamane lub odpiłowane gałęzie. To ostatnie wykonywane jest w ramach czynności sanitarnych i pielęgnacyjnych. No cóż, czasem nieumiejętna pielęgnacja przynosi więcej szkody niż pożytku...

Biologia tego gatunku jest szczególnie interesująca, ponieważ łączy on dwa sposoby życia (lub dwa ludzkie podejścia do opisywania komponentów ekosystemu). Z jednej strony jest saprotrofem, czyli organizmem odżywiającym się martwą materią organiczną (martwym drewnem). Z drugiej strony może funkcjonować jako pasożyt drzew żywych. Nie należy jednak do agresywnych zabójców lasu. Najczęściej wykorzystuje drzewa już osłabione lub uszkodzone, wnikając do ich wnętrza poprzez rany powstałe po złamanych gałęziach, cięciach pielęgnacyjnych czy innych uszkodzeniach mechanicznych. Z tego powodu określany jest mianem pasożyta przyrannego. Po przedostaniu się do wnętrza pnia grzybnia stopniowo rozrasta się w drewnie, gdzie może funkcjonować przez wiele lat, często zanim na powierzchni pojawią się pierwsze owocniki. Jako pasożyt wywołuje białą zgniliznę drzew. Dlatego zaliczany jest przed leśników i sadowników do bardzo szkodliwych grzybów.

Żagwiak łuskowaty wywołuje tak zwaną białą zgniliznę drewna rdzeniowego. Oznacza to, że rozkłada ligninę oraz część innych składników ścian komórkowych drewna. W efekcie drewno staje się coraz jaśniejsze, bardziej włókniste i mniej odporne na uszkodzenia mechaniczne. Z biegiem czasu mogą powstawać puste przestrzenie i rozległe ubytki wewnątrz pnia lub grubych konarów. Dla człowieka oznacza to zwiększone ryzyko wyłamania gałęzi lub złamania drzewa, szczególnie w parkach i przy drogach. Dla przyrody jest to jednak początek nowego etapu życia drzewa, który prowadzi do powstawania cennych mikrosiedlisk. Tworzy dogodne siedlisko dla wielu gatunków owadów saproksylofagów.

Ekologiczne znaczenie żagwiaka łuskowatego wykracza daleko poza sam proces chorobowy (przypomnijmy że ta choroba to jedynie punkt widzenia człowieka). W naturalnych ekosystemach leśnych grzyby rozkładające drewno pełnią funkcję domykana cyklu obiegu materii. Bez nich martwe pnie i konary mogłyby zalegać w środowisku przez dziesiątki, a nawet setki lat. Żagwiak uczestniczy w uwalnianiu do obiegu składników mineralnych związanych w drewnie, przyczyniając się do krążenia węgla, azotu i innych pierwiastków. Dzięki jego działalności substancje odżywcze mogą ponownie zostać wykorzystane przez rośliny i inne organizmy. I jak już wspomniałem, tworzy ważne siedlisko życia wielu mikroorganizmów i bezkręgowców. Dla nich to żaden szkodnik. To dobroczyńca. Rozkład drewna prowadzi do powstawania siedlisk dla wielu organizmów. W zbutwiałych pniach rozwijają się owady saproksyliczne, takie jak liczne chrząszcze, muchówki czy błonkówki. Powstające dziuple stają się schronieniem dla ptaków, nietoperzy i drobnych ssaków. W ten sposób grzyb, który z pozoru wydaje się jedynie sprawcą choroby drzewa, przyczynia się do wzrostu różnorodności biologicznej całego ekosystemu. W lasach naturalnych obecność takich grzybów uznawana jest za jeden z przejawów wysokiej wartości przyrodniczej siedliska.

Mimo, że żagwiak łuskowaty jest przede wszystkim znany jako grzyb nadrzewny, ma również znaczenie kulinarne. Jadalne są wyłącznie młode owocniki, zanim ich tkanki staną się twarde i korkowate. Młode egzemplarze wyróżniają się przyjemnym zapachem przypominającym skórkę arbuza, ogórka lub melona. Ich smak określany jest jako delikatny, lekko orzechowy. Wierzę na słowo, sam nigdy nie jadłem. W kuchni wykorzystuje się je do smażenia, duszenia i zup. W miarę starzenia się owocnika tkanki stają się jednak coraz bardziej włókniste, przez co grzyb szybko traci wartość kulinarną. 

W ostatnich latach rośnie zainteresowanie żagwiakiem łuskowatym jako źródłem substancji biologicznie aktywnych. Badania wykazały obecność polisacharydów, w tym glukanów, które mogą wykazywać działanie przeciwutleniające, przeciwbakteryjne, przeciwgrzybicze oraz przeciwzapalne. Szczególnie interesujące wyniki przyniosły badania nad ekstraktami polisacharydowymi tego gatunku, które wykazały zdolność wspomagania procesów gojenia ran i ograniczania wzrostu niektórych mikroorganizmów chorobotwórczych. Należy jednak podkreślić, że żagwiak łuskowaty nie należy obecnie do grupy uznanych grzybów leczniczych wykorzystywanych rutynowo w medycynie. Chociaż wyniki badań laboratoryjnych są obiecujące, brakuje jeszcze szeroko zakrojonych badań klinicznych, potwierdzających skuteczność preparatów opartych na tym gatunku u ludzi. Można więc mówić raczej o potencjale medycznym niż o potwierdzonych zastosowaniach terapeutycznych.

Żagwiak łuskowaty jest zatem znacznie więcej niż tylko pasożytem drzew. To organizm łączący cechy patogena, saprotrofa i inżyniera ekosystemów. Osłabia drzewa, ale równocześnie umożliwia odnowę obiegu materii, tworzy siedliska dla innych organizmów i zwiększa różnorodność biologiczną lasów. A przy okazji dostarcza młodych owocników, które mogą znaleźć miejsce na talerzu oraz substancji stanowiących przedmiot badań medycznych. W jego biologii spotykają się więc trzy światy: zdrowie drzew, funkcjonowanie ekosystemów i potencjalne korzyści dla człowieka.

I o tym wszystkim można opowiedzieć uczniom lub studentom na wycieczce terenowej. O ile się go spotka. A jeśli nie spotka, to też można opowiedzieć. Tyle, że nieco inną opowieść z nieco innymi bohaterami. Ale za to z tym samym morałem. 

źródła informacji, m.in.:
  • Atlas grzybów, 2013, Wydawnictwo SBM
  • Atlas grzybów. Jak bezbłędnie oznaczać 340 gatunków grzybów Europy Środkowej, 2011, Weltbild Media
  • Fluck M., Atlas grzybów, oznaczanie, zbiór, użytkowanie, wyd. Oficyna Wydawnicza Delta W-Z
  • Gumińska B., Wojewoda W., Grzyby i ich oznaczanie, 1983 wyd. II zmienione, PWRiL.
  • Łakomy P., Kwaśna H., Atlas hub. Multico, 2008.
  • Żągwiak łuskowaty. https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%BBagwiak_%C5%82uskowaty

11.09.2026

AI jak księga zaklęć czyli nowa nauka malowania obrazów

Zdjęcie wygenerowane (przerobione)
przez Chat GPT. Oryginał niżej.

Żeby malować, trzeba było kiedyś nauczyć się robić farby, przygotować pędzel lub inne podobne narzędzie i odwzorowywać swoje wyobrażenie na ścianie jaskini, skórze, kamieniu, desce a w końcu płótnie i papierze.  Malować. Brzmi banalnie, ale przez tysiące lat była to prawda niemal tak oczywista jak to, że żeby biegać, trzeba mieć nogi. Młody adept sztuki brał więc do ręki węgiel, kredki, pędzel albo farby i ćwiczył. Powoli opanowywał technikę. Rysował kreskę, potem drugą, próbował uchwycić proporcje, światło, perspektywę. Akwarela wymagała innego warsztatu niż olej, a fresk jeszcze innego. Technika była częścią sztuki. Nie dało się jej ominąć. Wiele godzin pracy i uczenia się techniki. 

Potem pojawił się aparat fotograficzny i narobił artystom trochę zamieszania. Nagle można było nacisnąć guzik i otrzymać obraz rzeczywistości znacznie wierniejszy niż ten, który większość ludzi potrafiła namalować. Portret przestał wymagać godzinnego siedzenia przed malarzem. Widoczek można było zatrzymać na kliszy. Aparat odebrał malarstwu część jego funkcji, ale jednocześnie stworzył nowe możliwości. Trzeba było nauczyć się czegoś innego: kadrowania, czasu naświetlania i migawki, światła, kompozycji, pracy z głębią ostrości. No i oczywiście trzeba było opanować technikę wywoływania zdjęć. Niczym w pracowni alchemika. Pędzel można było odłożyć, ale oko nadal trzeba było ćwiczyć.

Potem przyszła fotografia cyfrowa, a wraz z nią programy graficzne. Człowiek odkrył, że zdjęcie nie jest już czymś ostatecznym. Można je przyciąć, rozjaśnić, przyciemnić, renderować, poprawić kolory, usunąć niechciany element, coś dodać, wygładzić zmarszczki na twarzy. I to znacznie szybciej i łatwiej niż w ciemni fotograficznej. Z czasem nauczyliśmy się nawet, że zmarszczki są pewnego rodzaju błędem technicznym, który można naprawić suwakiem w odpowiednim programie graficznym. Cyfrowy makijaż stał się równie powszechny jak ten nakładany przed lustrem. Świat piękniejszy niż w rzeczywistości. Wyidealizowany, podrasowany. Namalowany.

I wtedy wkroczyła sztuczna inteligencja. Tym razem zmiana jest jeszcze bardziej niezwykła, bo do tworzenia obrazu niekoniecznie potrzebujemy już aparatu, pędzla ani nawet szczególnego talentu manualnego. Potrzebujemy słów. Pisania. Instrukcji. Promptu. Jak w baśniach z magicznymi zaklęciami. To trochę tak, jakby po tysiącach lat rozwoju malarstwa ktoś nagle powiedział: „Odłóż pędzel. Powiedz mi tylko, co mam namalować”. I komputer-wróżka odpowiada: „Dobrze”. W ten sposób pojawiła się nowa technika malarska, w której narzędziem nie jest pędzel, lecz język. Prompt przypomina zaklęcie. Im precyzyjniej je wypowiemy, tym większa szansa, że magiczna różdżka cyfrowego generatora wyczaruje coś zgodnego z naszym zamysłem. Chcemy średniowiecznego miasta o świcie? Proszę bardzo. Portret biologa stojącego nad rzeką? Można. Akwarela przedstawiająca ważkę siedzącą na trzcinie? Też można. A jeśli ważka ma mieć trzy pary skrzydeł i uśmiechać się jak kot z Wilkowyj, sztuczna inteligencja prawdopodobnie również spróbuje spełnić nasze życzenie. Czasem aż za bardzo. Ale jak nieporadnie dziecko stawia pierwsze kreski kredką, tak nieporanie wypowiadamy zaklęcia-prompty i efekt często daleki jest od naszych oczekiwać. Trzeba próbować dalej. Trzeba się uczyć.

Trzeba więc nauczyć się nowego warsztatu. Nie jest nim już wyłącznie umiejętność przygotowania farb, podobrazia czy umiejętność prowadzenia ręki po papierze. Jest nim umiejętność formułowania intencji. Trzeba wiedzieć, co chcemy zobaczyć, jak to opisać, jakie ograniczenia wprowadzić, jak wskazać styl, kompozycję, światło, perspektywę czy atmosferę. Potrzebna jest znajomość języka, wyobraźnia i pewna doza cierpliwości. A także znajomość samego narzędzia, bo każda cyfrowa „różdżka” ma trochę inne właściwości.

Czy to jeszcze malowanie? Oczywiście, że jest to inna technika tworzenia obrazu. Tak jak fotografia nie jest malarstwem, a grafika komputerowa nie jest fotografią. Nie oznacza to jednak, że jedna technika unieważnia poprzednią. Pojawienie się fotografii nie sprawiło, że malarstwo przestało istnieć. Przeciwnie, uwolniło je częściowo od obowiązku wiernego kopiowania rzeczywistości. Impresjoniści, ekspresjoniści, abstrakcjoniści i inni artyści mogli coraz śmielej pytać nie o to, jak rzeczywistość wygląda, ale jak ją widzimy i przeżywamy. AI wykonuje kolejny krok. Oddziela tworzenie obrazu od manualnego wykonania. Człowiek może być pomysłodawcą, reżyserem i redaktorem a maszyna wykonawcą. To trochę tak, jakby malarz dostał do dyspozycji niewidzialną pracownię pełną pomocników, którzy potrafią w ciągu kilkunastu sekund (a raczej minut) przygotować dziesiątki wersji jego pomysłu. A przecież i tak bywało w pracowniach wielkich mistrzów - oni dawali nazwisko a wiele prac wykonywali anonimowo uczniowie. 

Nie znaczy to jednak, że sztuka stała się łatwa. Łatwiej jest stworzyć obraz. Trudniej stworzyć obraz dobry, oryginalny i znaczący. To zasadnicza różnica. AI potrafi wygenerować obraz niezwykle realistyczny, dopracowany i efektowny. Tyle że efektowność nie jest jeszcze sztuką. Tak jak aparat fotograficzny nie gwarantował dobrego zdjęcia, a program graficzny nie gwarantował dobrego projektu. Narzędzie może być dobre, ale ktoś nadal musi wiedzieć, po co go używa. I jak. I tutaj pojawia się problem znacznie poważniejszy niż pytanie o to, jak odróżnić prawdę od fantazji? Jak odróżnić rzeczywistość o kreacji. Kiedyś zdjęcie było ważnym elementem uwiarygodniającym przekaz. Niczym złapanie kogoś za rękę na gorącym uczynku. Teraz to znacznie trudniejsze. 

Przez dziesięciolecia przyzwyczajaliśmy się do tego, że fotografia jest dowodem rzeczywistości. Tymczasem już dawno przestała nim być. Czasopisma odmładzały twarze, poprawiały sylwetki, wygładzały cerę, zmieniały kolory i usuwały wszystko, co uznano za niepotrzebne. „Photoshop” stał się wręcz synonimem manipulacji obrazem. AI nie wymyśliło więc fałszowania fotografii. Ono po prostu zrobiło kolejny, bardzo potężny krok. Kiedyś chodziliśmy do studia fotograficznego lub jeździliśmy w plener na sesje zdjęciowe. I wybieraliśmy najlepsze ujęcia. Fotograf ustawiał nas w pozach i dobrej scenerii. A teraz można zwykłe zdjęcie przerobić. Ze smutnej twarzy zrobić uśmiechnięta, zdjęcie zrobione w pokoju zamienić na plener nad plażą, w górach lub w dżungli. 

Dawniej fotograf robił zdjęcie, a potem je poprawiał. Dzisiaj może wygenerować coś, czego nigdy przed obiektywem nie było. Możemy otrzymać fotografię wydarzenia, które się nie wydarzyło, osoby, która nie istnieje, albo miejsca, którego nikt nigdy nie sfotografował. Obraz może wyglądać jak dokument, choć jest wyłącznie cyfrową kreacją. To oznacza, że potrzebujemy nowej kompetencji: umiejętności rozpoznawania, kiedy patrzymy na zapis rzeczywistości, a kiedy na jej artystyczną interpretację.

Historia sztuki jest zresztą historią kolejnych technologicznych rewolucji. Od malowideł naskalnych wykonanych ochrą, przez temperę, fresk i malarstwo olejne, po fotografię, film, grafikę cyfrową i generatywną sztuczną inteligencję. Za każdym razem zmieniało się narzędzie, ale nie znikała potrzeba opowiadania obrazem. I zmienia się sposób interpretowania. Może więc warto chodzić do muzeów i słuchać opowieści przewodników o interpretacji i znaczeniu dawnych obrazów i grafik? By lepiej zrozumieć i poprawniej interpretować obrazy współgenerowane z AI? Na czym teraz sztuka będzie polegała i jaka będzie jej wartość?  

Być może więc AI nie kończy epoki malowania. Być może rozpoczyna kolejną. Dawniej trzeba było nauczyć się trzymać pędzel. Potem trzeba było nauczyć się trzymać aparat. Następnie myszkę i tablet. Dzisiaj coraz częściej trzeba nauczyć się trzymać… język na wodzy i dobrze dobierać słowa. Bo współczesny malarz może nie mieć farb. Może nie mieć płótna. Może nawet nie mieć pędzla. Ale powinien mieć coś do powiedzenia. I najlepiej wiedzieć, jak to powiedzieć maszynie .

Zdjęcie, zamieszczone na samej górze zostało zmodyfikowane przez program AI. Prompt znalazłem w grupie na FB, niestety nie pamiętam już autorki tego promtu (zapewne zajęło jej wiele czasu dopracowanie takiego prompta-zaklęcia):

"Użyj przesłanego zdjęcia osoby jako jedynego odniesienia i potraktuj je jako REF 1.

Stwórz uroczy, minimalistyczny, fotorealistyczny portret studyjny połączony z prostym, czarno-białym rysunkiem postaci. REF 1 kontroluje jedynie dokładną, rozpoznawalną tożsamość osoby, rysy twarzy, fryzurę, proporcje ciała i oryginalne ubranie. Zachowaj strój z REF 1 dokładnie tak, jak widnieje w źródle. Nie kopiuj ubioru, tożsamości ani fryzury ze źródłowego zdjęcia inspiracyjnego. Efekt końcowy musi wyglądać jak dopracowany, realistyczny portret z zabawną interakcją z rysunkiem, a nie jak pełna ilustracja.

Odtwórz dokładną kompozycję i pozę z koncepcji inspiracji w pionowej ramce 4:5. Pokaż jedną osobę siedzącą swobodnie na podłodze w wyśrodkowanej kompozycji studyjnej. Osoba siedzi w swobodnej pozie z obiema nogami ugiętymi na zewnątrz i luźno skrzyżowanymi z przodu, tworząc szeroką, swobodną sylwetkę. Jeden łokieć spoczywa naturalnie na kolanie, a jedna ręka podpiera policzek. Głowa jest lekko pochylona w kierunku tej dłoni. Zachowaj łagodny, słodki, szczery wyraz twarzy z subtelnym uśmiechem i lekko figlarnym wyrazem twarzy. Jeśli jest to naturalne dla tożsamości i pozy, jedno oko powinno być nieco bardziej przymknięte, w figlarnym, mrugającym wyrazie, zachowując jednocześnie rozpoznawalność.

Za postacią umieść dużą, czarno-białą postać, obejmującą ją od tyłu. Postać musi być wyraźnie większa niż górna część ciała postaci. Jej duża, okrągła głowa pojawia się nad i lekko za głową postaci, lekko przesunięta w lewo. Jej ciało pozostaje w większości ukryte za postacią. Obie duże, kreskówkowe ręce wychodzą do przodu zza ramion, obejmując postać z przodu w delikatnym, czułym uścisku. Jedna dłoń delikatnie naciska i ściska policzek, a druga obejmuje przeciwną stronę, w pobliżu linii szczęki i ramienia. Uścisk postaci musi być ciepły, słodki, figlarny i pełen ciepła.

Postać postaci musi być niezwykle prosta: duża, okrągła głowa, małe, czarne, owalne oczy, delikatny, zakrzywiony uśmiech, brak nosa, brak włosów i skomplikowana anatomia. Rysunek powinien być biały lub mieć niemal ten sam odcień co tło, zdefiniowany przede wszystkim przez szorstki, ręcznie narysowany czarny kontur. Jakość linii musi być szkicowa i organiczna, lekko niedoskonała, z subtelną fakturą i nieregularnością, jak narysowana ręcznie ołówkiem lub markerem, nigdy jako czysty kontur wektorowy. Ramiona i dłonie muszą być zaokrąglone, miękkie, proste i przyjazne.

Dodaj tylko dwa małe akcenty w stylu rysunku: trzy krótkie, ręcznie narysowane, ekspresyjne linie w lewym górnym rogu głowy i jedno małe, ręcznie narysowane serce w prawym górnym rogu nad postacią. Akcenty te muszą pasować do tego samego, szorstkiego, czarnego stylu szkicu.

Użyj czystego, studyjnego otoczenia z jasnoszarym lub bardzo delikatnym, złamanym białym tłem. Oświetlenie powinno być miękkie, rozproszone, korzystne i nowoczesne, z subtelnymi, naturalnymi cieniami i charakterem portretu redakcyjnego z najwyższej półki. Zachowaj ogólny nastrój radosny, zdrowy, minimalistyczny i wizualnie spokojny. Postać ludzka musi pozostać w pełni fotorealistyczna, z realistyczną skórą, włosami, fakturą materiału i naturalnymi cieniami, a jedynie przytulona postać i jej drobne akcenty będą w stylu rysunku.

Kluczowa zasada głębi: sam rysunek znajduje się za postacią, ale jego ramiona i dłonie wychodzą przed nią. To nawarstwienie przód-tył musi być bardzo wyraźne i wiarygodne. Rysunek musi sprawiać wrażenie, jakby obejmował postać w przestrzeni fizycznej, a nie był narysowany płasko na obrazie.

Utrzymaj kadr w czystości, wyśrodkowany i zrównoważony. Bez dodatkowych rekwizytów, mebli, tekstu, postaci i obiektów w tle."

Najpierw jednak było zdjęcie cyfrowe, zrobione telefonem w muzeum, gdzie przygotowano dawne fotograficzne atelier, z rekwizytami. Ja wybrałem jakiś melonik. A porównajcie jak ten obraz zmieniło AI. Oczywiście bez precyzyjnego promptu by się nie obeszło.

Oryginalne zdjęcie.

8.09.2026

O tym, jak jedna sylaba może zmienić cały świat




Dodając mały fragment można zmienić znaczenie całości. Zmienia się system. Bo całość to coś więcej niż suma części. Kontekst i sąsiedztwo zmienia znaczenie obrazu. Jak z rzeczownika obraz zrobić czasownik, czyli zmieć w czynność? Można obrazować lub obrazić. Ruszyć (uczasownikować) „rzecz” można na różne sposoby a za każdym razem otrzymamy nieco inny sens. Idźmy dalej i sprawdźmy co się stanie ze słowem „obrazić”, gdy dodamy różne przedrostki czyli nieco ozdobimy całość małymi dodatkami (czyli zmienimy kontekst).

Gdyby ktoś powiedział mi, że filozofia mieści się w prefiksach, w pierwszej chwili roześmiałbym się. Ale już zobaczenie jednego przykładu, obrazu, wybija z tego poczucia pewności. Weźmy zatem słowo „obrazić”. Pozornie zwyczajne, nawet trochę przykre – bo przecież nikt nie lubi być obrażony ani obrażany. A jednak wystarczy dostawić do niego dwie, trzy litery z przodu, a znaczenie wywraca się do góry jak naleśnik na patelni.

„Obrazić” pochodzi od prasłowiańskiego obrazu – kształtu, podobizny, formy. Obrazić kogoś pierwotnie znaczyło tyle, co zniekształcić jego wizerunek, naruszyć godność. To już samo w sobie jest niebezpieczne: obraz jako akt złego malarstwa na czyjejś duszy. Paradoksalnie jest więcej innych słów o podobnym znaczeniu. Niżej podaję tylko 10 przykładów, a zapewne znajdzie się więcej.
  • Znieważyć - oznacza obrażenie kogoś, używając obraźliwych słów lub zachowań.
  • Urazić - dotyczyć może sytuacji, gdy ktoś czuje się urażony czyimś zachowaniem, ale niekoniecznie jest to celowe. Możemy urazić nieprawdziwym obrazem kogoś lub sytuacji z nim.
  • Zhańbić - oznacza publiczne poniżenie kogoś, co prowadzi do utraty honoru. Plama na honorze to tez może być obraz.
  • Poniżyć - odnosi się do działania, które ma na celu upokorzenie kogoś.
  • Obmówić - oznacza mówienie źle o kimś za jego plecami.
  • Oczernić - to działanie mające na celu zaszkodzenie czyjejś reputacji poprzez rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji. Oczernianie ma jakiś związek z obrazem, który został zaczerniony, pobrudzony czernią.
  • Zelżyć - używane w kontekście obrażania kogoś w sposób wulgarny.
  • Zniesławić - podobne do oczerniania, ale często odnosi się do publicznego rozpowszechniania fałszywych informacji. Zły obraz sławy.
  • Zbezcześcić - odnosi się do profanacji czegoś, co jest uważane za święte lub szanowane. Sprofanować obraz kogoś.
  • Zhańbić - podobne do zhańbienia, ale często odnosi się do działań, które naruszają czyjąś godność. Naruszają czyjś obraz w szerokim sensie.
Ale jeśli sięgnąć jeszcze głębiej w analizy etymologiczne, to obraz obrazu robi się jeszcze bardziej złożony. W "Słowniku etymologicznym języka polskiego" Aleksandra Brüknera takie znajdujemy wyjaśnienie: "obraz, obrazek; obrazowy, obrazkowy, obraźnik (...) oznaczał pierwotnie wyrzezaną w drzewie (od rzezać, p. raz) lub wyciosaną w kamieniu postać". Obraz jako podobizna miałby zatem swoje pochodzenie w rezaniu, rzezaniu, ryciu w drewnie czy to w kamieniu. Obraz więc byłby podobizną wyrytą, wyrezaną. Ale wróćmy do słowa "obrazić".

Teraz dostawmy przedrostek „wy-”. I możemy już wyobrazić sobie jaki obraz przyjmuje nowa, nieco zmieniona całość. Wyobrazić to już zupełnie inna bajka czyli wy-tworzyć obraz, wyjąć go z niebytu i wystąpić, okazać przed umysłem. Obraz którego jeszcze nie ma, ale jest w wyobraźni i może się zobrazować. Tam, gdzie „obrazić” niszczy czyjąś postać, „wyobrazić” za sprawą umysłu coś tworzy i nie ma negatywnego kontekstu. Czyż nie jest to fascynujące, że jeden rdzeń może być jednocześnie aktem wandalizmu i aktem tworzenia świata, w zależności od tego, przez które drzwi językowe się wejdzie? Jaka przedrostkowa zapowiedź (albo jej brak) przed tym rdzeniem słownym się pojawi, taki i wynik końcowy mamy. Przedrostkowa zapowiedź zmienia sposób patrzenia na rdzeń słowny czyli nasz obraz.

A co się stanie, gdy dodamy z przodu „prze-”? Przeobrazić się nie obraża ale zmienia, wprowadza metamorfozę. Tak jak u płazów czy owadów z przeobrażeniem. Wodna larwa chruścika (kłódki) przeobraża się w imago ze skrzydłami i lądowym trybem życia. I nie dlatego, że ktoś ją obraził, ani że sobie ją wyobraził, tylko dlatego, że „prze-” niesie w sobie ideę przejść na drugą stronę, w tym przypadku zmianę formy z larwy na imago oraz zmianę środowiska wodnego na lądowe. Przedrostek „prze-” to taki tunel językowy – wchodzisz do jednego z kształtów, a wychodzisz z innym.

I tu dochodzimy do sedna: przedrostek do nie ozdobnik. To drogowskaz, który każe rdzeniowi patrzeć w zupełnie inną stronę. To zapowiedź, zwiastun, który ukierunkowuje naszą opinię. Najpierw słyszysz o kimś jego zapowiedź, że jest dobry, zły, ładny, utalentowany, leniwy itp. I już patrzysz w zupełnie innym kontekście, gdy tę osobę zobaczysz. „Obraz” jest jak glina – sam w sobie neutralny, uniwersalny, dowolny kształt, jaki nadamy mu kontekstem. To przedrostki, sufiksy i kontekst sąsiedztwa, a nawet intonacja wypowiadania konkretnego słowa czynią sens całości. Spróbujcie dowolne słowo wypowiedzieć z różną intonacją. Będzie miało takie samo znaczenie w odbiorze? Bez intonacji głosu język pisany jest uboższy od tego mówionego...

Skoro już bawimy się w demiurgów języka, pozwólmy sobie na narzędzie twórczej wyobraźni i wymyślmy nowe słowa z tego samego rdzenia. Słowa, których jeszcze nie było, nikt (oprócz dzieci) ich nie używał. Jakie mogą mieć znaczenie?

Doobrazić – kiedy obraziliśmy kogoś tylko trochę, za mało, i musimy tę robotę dokończyć. „Nie doobraziłem go, więc wrócę i jeszcze raz obrażę kompletnie” – napisze może najemny i opłacany zawodowy albo internetowy troll-perfekcjonista, dla którego dobra obraza to sztuka wymagająca staranności.

Podobrazić – coś w rodzaju ukrytej, subtelnej złośliwości, obrazy podanej pod nosem, ledwie zauważalnej, w sam raz na aperitif przed rywalizacją. „Nie powiedziano wprost nic złego, tylko tak trochę podobraził” – to obraza w wersji light, bez cukru, ale z posmakiem. 

Zaobrazić – tu przedrostek „za-” dodałby przesadę albo zamknięcie w formie: zaobrazić kogoś, kto może zawierać uwięziony w jednym, sztywnym wizerunku, skazać na etykietkę, z której nie wynika. „Media go zaobraziły jako złoczyńcę i już nic tego nie zmieniło” – ktoś został zamknięty w obrazie jak w klatce. Można jeszcze "zobrazić", choć znamy jedynie z formy "zobrazować". Jedna literka mniej a już nieco inne znaczenie. A może i tu iść w kierunku znaczenia malarskiego, a wtedy zaobrazić mogło by znaczyć uwiecznić kogoś na obrazie, czyli namalować jego portret? Czy to już koniec wyobraźni z przedrostami i końcówkami? Jest ich w języku więcej. Sami spróbujcie, np. nad-obrazić, obrazi-ciel itd.

Ale przecież można doobrazić i podobrazić w zupełnie innym sensie, np. tworzenia materiałów. do malowania obrazu przez malarza. Jest podobrazie, więc może podobrazić oznaczać mogłoby prace przygotowawcze do podobrazia? A pozostając w tej samej tematyce doobrazić, oznaczać mogłoby dokończenie malowania obrazu. Wyobraźnia nasza może stworzyć znacznie więcej znaczeń. Tak jak garncarz z jednego kawałka gliny ulepić może całkiem różne rzeczy: donicę, kubek, wazę, talerz itd.

Czy te słowa naprawdę są prawdziwe? Nie, na razie żyją tylko w naszej wyobraźni. Dopóki ktoś ich nie użyje w konkretnym kontekście, opisze ich znaczenie a inny podchwycą i zaczną używać. Tak jak z kęsem gliny, póki garncarz z niej czegoś nie ulepi, nie wypali w piecu a inni nie zaczną tego używać.

A może człowiek też jest jak ten rdzeń słowny – nabiera sensu i znaczenia dopiero w otoczeniu innych ludzi? Sam w sobie znaczy niewiele. Natomiast w działaniu, w zestawieniu z drugim człowiekiem, z kontekstem, nabiera zupełnie nowego sensu. Tak jak w przysłowiu, z jednego drzewa i krzyż i łopata. A może bycie sobą zmienia się w zestawieniu z przedrostkami? Być „wy-sobą”, kiedy odkrywamy coś nowego, „prze-sobą”, kiedy się zmieniamy, albo, niestety, czasami po prostu ktoś, kto pojawił się i musi to jeszcze do-sobić, żeby była sprawa jasna.

Przedrostki w języku polskim (ale przecież nie tylko w naszym języku!) pełnią niezwykle istotną rolę, przekształcając znaczenie słów w sposób, który może być zarówno subtelny, jak i radykalny. Na przykładzie słowa „obrazić” możemy zaobserwować, jak niewielka zmiana na początku wyrazu może prowadzić do zupełnie odmiennych konotacji. Słowo „obrazić” oznacza zazwyczaj akt znieważenia kogoś, sprawienia, że ktoś czuje się urażony lub poniżony. Jest to działanie, które ma na celu zadanie emocjonalnej krzywdy, często poprzez użycie obraźliwych słów lub zachowań. W społecznym ujęciu, „obrazić” można postrzegać jako naruszenie integralności drugiej osoby, jako akt, który podważa jej godność i wartość.

Z drugiej strony, mamy słowo „wyobrazić”. Przedrostek „wy-” sugeruje pewien rodzaj oddzielenia lub wyodrębnienia. „Wyobrazić” oznacza stworzenie mentalnego obrazu czegoś, co nie jest obecne w rzeczywistości. Jest to akt twórczy, który pozwala nam eksplorować możliwości, marzenia i idee. W filozoficznym kontekście, „wyobrazić” można postrzegać jako ekspansję umysłu, jako sposób na przekraczanie granic rzeczywistości i odkrywanie nowych światów. Kolejnym przykładem jest „przeobrazić”. Przedrostek „prze-” sugeruje przejście przez coś, transformację. „Przeobrazić” oznacza zmienić coś w sposób fundamentalny, przekształcić jedną formę w inną. W takim ujęciu, „przeobrazić” można postrzegać jako akt metamorfozy, jako proces, w którym coś starego umiera, aby mogło narodzić się coś nowego. Jest to dynamiczny proces, który wymaga otwartości na zmianę i gotowości do porzucenia starych wzorców.

Te trzy przykłady („obrazić”, „wyobrazić”, „przeobrazić”) pokazują, jak przedrostki mogą zmieniać znaczenie słów, prowadząc nas od aktu krzywdzenia do aktu tworzenia, od oddzielenia do transformacji. W filozoficznym sensie, przedrostki te odzwierciedlają różne aspekty ludzkiego doświadczenia: cierpienie, kreatywność i przemianę. Każdy z tych aktów – obrażanie, wyobrażanie, przeobrażanie – jest częścią większej narracji o ludzkiej egzystencji, o naszej zdolności do niszczenia i tworzenia, do cierpienia i rozwoju.

W ten sposób, przedrostki nie tylko zmieniają znaczenie słów, ale także otwierają przed nami nowe perspektywy na temat natury rzeczywistości i naszego miejsca w niej. Zupełnie tak samo jak naszyjnik, apaszka czy torebka do sukienki zmieniają wygląd kobiety. Nie mówiąc o butach...