W dzisiejszym świecie, gdzie informacja przepływa z niespotykaną dotąd prędkością, rola wykładowcy uniwersyteckiego wykracza daleko poza mury tradycyjnie rozumianej uczelni wyższej. Dlaczego takie zastrzeżenie? Bo jeśli przyjąć inną, współczesną opcję uniwersytetu rozproszonego i wychodzącego do społeczeństwa w formie mikroedukacji i edukacji przez całe życie, to wtedy rola wykładowcy, udzielającego wywiadów w pełni się w takim ekosystemie edukacyjnym mieści. Już nie tylko półtoragodzinne wykłady dla studentów własnej uczelni lecz także mini wykłady dla szerokiej publiczności i poza salą wykładową (nawet i online). Popularyzacja wiedzy staje się nie tylko obowiązkiem, ale i misją, którą uniwersytety powinny realizować na rzecz społeczeństwa. Współpraca z mediami, takimi jak radio, telewizja czy prasa oraz media społecznościowe stanowi doskonałą platformę do przekazywania wiedzy w przystępny sposób, docierając do szerokiego grona odbiorców. Ta sama funkcja poznawania świata i dzielenia się wiedzę lecz w innym krajobrazie społecznym i edukacyjnym.
W klasycznym ujęciu uniwersytet to wieża z kości słoniowej –
miejsce hermetyczne, gdzie wiedza dojrzewa w ciszy bibliotek i sterylności
laboratoriów. Jednak jako biolog i dydaktyk coraz częściej dochodzę do wniosku,
że nasze najważniejsze „doświadczenia” nie odbywają się tylko pod przysłowiowym
mikroskopem, lecz także w przestrzeni publicznej. Współpraca z mediami –
radiem, prasą czy telewizją to nie tylko uprzejmość wobec dziennikarza. To
nowoczesna forma mini wykładu, która redefiniuje pojęcie sali lekcyjnej/wykładowej. Choć w takich "medialnych" sytuacjach czuję się w części jak student na egzaminie lub niezapowiedzianej kartkówce. Szybko muszę sformułować krótka wypowiedź na zadany temat.
Tradycyjny wykład 90 minutowy nawet dla studentów traci swój
sens. Bo wiedza jest dostępna wszędzie a nie tylko na podającym wykładzie. Mimo
ram organizacyjny półtoragodzinnego wykładu krok po kroku próbuję zmieniać
swoje wykłady na bardziej aktywizujące i wychodzące poza tradycyjne ramy. Staram
się jak naj mniej mówić (tak wiem, zabrzmiało to paradoksalnie), jak najmniej wykładać a bardziej organizować wspólne
poszukiwania ze studentami. Sprawdzać obecność studentów na wykładzie (bo zgodnie
z regulaminem studiów obecność na zajęciach jest obowiązkowa) czy bardziej
skupić się na mierzeniu efektów kształcenia? Czyli organizować pracę
studentów nawet wtedy, gdy nie są obecni na wykładzie (mają zwolnienie
lekarskie). W rezultacie wykłady z monologu stają się szeroko rozumianą
dyskusją z dużą aktywnością studentów… także po wykładzie. A przecież właśnie o to chodzi w studiowaniu (dawniej i dziś).
Wywiady i opinie dla mediów mogą być traktowane jako forma
mini-wykładów. Przykładem może być moja ostatnia opinia/komentarz dla w TVP Wilno, gdzie
miałem okazję odpowiedzieć na kilka pytań dotyczących wpływu styczniowych mrozów obecnej zimy
na przyrodę i gatunki uciążliwe dla człowieka (kleszcze, komary itp., czyli szeroko
rozumiane szkodniki). Nie tylko znaleźć w głowie rzetelną odpowiedź, ale jeszcze przygotować ją w krótkiej i zrozumiałej formie.
Nawet nie wiem w jakiej formie się to finalnie ukaże. Może jako komentarz do
materiału filmowego? W krótkim czasie musiałem przekazać istotne informacje w
sposób zrozumiały dla widzów, którzy niekoniecznie są specjalistami w tej
dziedzinie. To wyzwanie, ale i satysfakcja, gdy uda się skutecznie przekazać
wiedzę. Tylko po czym poznać, że było to dobrze zrozumiane? Jak przeprowadzać ewaluację?
Popularyzacja wiedzy jest integralną częścią tzw. trzeciej
misji uniwersytetu, obok badań naukowych i kształcenia studentów w murach szkoły wyższej. Uniwersytety
mają obowiązek dzielić się swoją wiedzą ze społeczeństwem, edukować i
inspirować. W mojej pracy staram się realizować tę misję, udzielając wywiadów,
pisząc artykuły popularnonaukowe i uczestnicząc w programach telewizyjnych. I
sam piszę na niniejszym blogu. Tu już mam pełnię kontroli nad efektem finalnym,
ewentualnym skrótami czy kontekstem wypowiedzi. Ale i tak nie mam kontroli co i ile ktoś przeczyta oraz co z tego zrozumie. Bo nie ma egzaminu ani kolokwiów
sprawdzających.
Współczesna nauka opiera się na trzech filarach: badaniach, dydaktyce oraz trzeciej (społecznej) misji. Ta ostatnia, choć często spychana na margines, to nic innego jak społeczna odpowiedzialność naukowców (uczelni). To zobowiązanie, by nauka nie kończyła się na publikacji w punktowanym czasopiśmie, ale realnie wpływała na dobrostan społeczeństwa. W dobie informacyjnego szumu, mało kto ma czas na wysłuchanie pełnego, 90-minutowego wykładu (choć są dostępne także online). Krótka wypowiedź ekspercka w radiu czy komentarz dla prasy to edukacja serwowana w małych porcjach.
Naszymi studentami stają się wszyscy – od emeryta
słuchającego porannej audycji, po zabieganego rodzica przeglądającego portal
informacyjny. To nauka bez indeksów, ale z ogromnym wpływem na świadomość
biologiczną i ekologiczną. Jednym słowem Lifelong Learning (edukacja przez całe
życie). W takim ujęciu to ciągle funkcja dydaktyczna uniwersytetu, tylko
studenci i „klasa” zupełnie inna. Osobiście uważam, że trzeba do tej nowej "klasy", nowego krajobrazu edukacyjnego jak najszybciej się dostosować.
Świat się bardzo dynamicznie zmienia, wiedza i umiejętności
szkolne szybko się przynajmniej w części dezaktualizują. Należałoby
nieustannie chodzić do szkoły, na studia lub kursy dokształcające. Ale skoro
ciągle w nauce, to kiedy będzie czas na pracę i na własne życie? Dlatego właśnie współczesne
społeczeństwo potrzebuje edukacji w małych, przyswajalnych porcjach. Krótkie
formy, takie jak wywiady czy komentarze, są chyba dobre do przekazywania wiedzy
w sposób, który nie przytłacza odbiorcy. Edukacja przez całe życie staje się
koniecznością w dynamicznie zmieniającym się świecie, a media mogą być
doskonałym narzędziem do jej realizacji. To nowa forma dydaktyczna, której się
powoli uczymy i zaczynamy dopiero dostrzegać. A zmiana zaczyna się od dostrzeżenia problemu i nie zamiatania pod dywan z nadzieją, że nikt nie zauważy tego naszego oderwania od rzeczywistości.
W mojej pracy nie kieruję się ocenami czy uznaniem. Robię
to, co uważam za ważne i potrzebne (tak, to kosztowne personalnie, wiem bo doświadczam). Moje małe formy upowszechniania wiedzy,
takie jak wywiady czy artykuły lub felietony, nie liczą się do oceny mojej pracy naukowej,
ale dla mnie mają ogromne znaczenie. Uważam, że jest to ważna misja
uniwersytetu: dzielenie się wiedzą i inspirowanie innych.
Jako pracownicy akademiccy żyjemy w dyktaturze wskaźników (tak jak uczniowie w dyktaturze ocen).
Liczą się cytowania, granty i punkty MEiN. Niestety, moja aktywność
popularyzatorska, te wszystkie godziny
spędzone w studiach radiowych, telewizyjnych czy na pisaniu artykułów
popularnonaukowych, nie mieszczą się w żadnej sprawozdawczej tabelce. A jesli już, to tylko w małym fragmencie
i to na dodatek marginalnym. Z punktu kariery zawodowej działalność
popularyzatorska jest bez sensu. W arkuszu oceny pracowniczej nie ma rubryki na
„zrozumiałe wytłumaczenie procesów biologicznych laikowi”. Te formy
upowszechniania wiedzy nie budują mojego prestiżu w rankingach. Od wielu lat jestem tego świadomy, nie ma tu żadnego zaskoczenia. A jednak nie zmieniam swoich popularyzatorskich poczynań, bo wierzę w ich głęboki i długofalowy sens.
Dlaczego więc to robię? Odpowiedź jest prosta: dla sensu,
nie dla nagród. Jeśli jako biolog potrafię w trzy minuty na antenie radiowej
czy telewizyjnej wyjaśnić mechanizm spadku bioróżnorodności tak, by widz/słuchacz/czytelnik poczuł
do niej szacunek, to uważam to za swój największy sukces dydaktyczny. To nie
jest „parcie na szkło”, to głębokie przekonanie, że nauka odizolowana od
społeczeństwa staje się martwa.
Współpraca z mediami wymaga od naukowca czy wykładowcy specyficznej
gimnastyki umysłowej. Musimy przełożyć żargon specjalistyczny na język korzyści
i obrazów, nie tracąc przy tym merytorycznej rzetelności. A powiedzieć coś
krótko i wiarygodnie nie jest łatwo. Nauka to przecież wiele niuansów i bez prostych
odpowiedzi.
Tabela 1. Proste porównanie dwóch skrajnych sytuacji. Pamiętać jednak trzeba, że to całe spektrum różnych sytuacji i rozległe kontinuum w ekosystemie edukacyjnym.
|
|
Wykład akademicki |
Mini-wykład medialny |
|
Odbiorca |
Student jakiegoś kierunku |
Przeciętny obywatel w różnym wieku |
|
Czas trwania |
90 minut |
3-5 minut (a często nawet mniej) |
|
Język |
Hermetyczny, precyzyjny |
Potoczny, pełen metafor |
|
Cel |
Zaliczenie przedmiotu |
Zrozumienie świata lub zmiana postaw |
Wybierając drogę popularyzatora (choć to pojęcie nie za bardzo przystaje do współczesności), świadomie decyduję się na
pracę „po godzinach”. Robię to, bo wierzę, że rolą uniwersytetu jest bycie
latarnią, a nie zamkniętym sejfem. Moje wystąpienia w telewizji, radiu czy na
łamach prasy to mój osobisty wkład w budowanie społeczeństwa opartego na
wiedzy. Może i nie dostanę za to dodatkowych punktów w parametryzacji, ale mam
poczucie spełnienia misji, która jest u podstaw powołania każdego uczonego: służenia
prawdzie i ludziom.
Współpraca wykładowcy uniwersyteckiego z mediami to nie jest sposób na promocję własnej osoby, ale przede wszystkim misja społeczna i edukacyjna. Popularyzacja wiedzy, edukacja w małych porcjach i przez całe życie to kluczowe elementy, które powinny być integralną częścią działalności uniwersytetów. Działając w ten sposób, nie tylko realizujemy naszą misję, ale także przyczyniamy się do rozwoju społeczeństwa opartego na wiedzy i zrozumieniu.
Trwa właśnie w Polsce Rok Popularyzacji Nauki. Najwyraźniej coś drgnęło w świadomości społecznej i władz naukowych. Czuć jakieś pierwsze jaskółki zwiastujące zmiany.










