6.10.2026

Od kiedy zaczyna się studiowanie?

 

Pytanie pozornie łatwe, lecz nie ma chyba wyraźnej granicy początku. To proces i kontinuum. Opowiem to na własnym przykładzie. Mamy za sobą uroczyste inauguracje czyli początek nowego roku akademickiego. A od kiedy się studiuje? Ja zacząłem studiować w listopadzie. A było to tak.

Pod koniec czwartej klasy w liceum wypełnialiśmy jakieś dokumenty i deklarowaliśmy, czy i gdzie chcemy studiować. Jak chciałem biologię i chciałem gdzieś na Warmii i Mazurach, bo chciałem z Mazowsza powrócić na swoją rodzinną ziemię, do korzeni. Już nie tylko na wakacje, ale na dłużej. Nie chciałem na uczelnię rolniczą (jakieś przedmioty przyrodnicze okołobiologiczne), chciałem na biologię. W tym regionie były tylko dwie uczelnie, obie w Olsztynie. Wybór padł na Wyższa Szkołę Pedagogiczną w Olsztynie, kierunek biologia nauczycielska. Czyli to biologia ukierunkowała mnie na kształcenie pedagogiczne. Niejako przy okazji. To wtedy był początek mojego studiowania? Chyba nie.

Potem zdałem maturę, wynik był pozytywny i to otwierało mi drogę na studia. Z przedmiotów do wybory celowo wybrałem biologię i chemię. Czy już wtedy zacząłem studiować, z maturą, uprawniająca do podjęcia studiów? Chyba jeszcze nie. Proces trwał, ale dla mnie nie była to jeszcze wartość graniczna.

W lipcu przyjechałem na egzaminy wstępne. Wtedy po raz pierwszy zakwaterowany zostałem w akademiku, kwintesencji życia studenckiego. Tak, w akademiku czuję się wspólnotę akademicką. Niepowtarzalny klimat. W stresach i niepewności zdałem egzaminy wstępne. Potem dostałem urzędowe pismo, o przyjęciu mnie na biologię na WSP w Olsztynie. Dokument potwierdzający początek studiowania. Ale tego momentu także nie uważam za mój początek.

Po raz drugi do Olsztyna przyjechałem we wrześniu, by się zakwaterować w akademiku i na krótką adaptację. Wtedy poznałem kolegów z akademikowego pokoju. I spotkałem starsze roczniki. Rozpoczęło się niezwykłe życie w akademiku. W pewnym sensie można by byłoby uznać za początek studiowania. Przynajmniej w sensie społecznym. Ale to nie był jeszcze mój początek.

1 października odbyła się uroczysta inauguracja, na auli w budynku przy ul. Żołnierskiej. Tak jak każdy student dostałem papierowy indeks. Złożyłem też ustnie i pisemnie ślubowanie. Miałem już wszystkie atrybuty studenta: miejsce w akademicku i indeks. Rozpoczęły się pierwsze zajęcia, chodzenie w białym fartuchu. Ale to nie był jeszcze mój początek studiowania. tak to przynajmniej widzę retrospektywnie. Kupiłem pierwsze podręczniki do nauki.

Były spotkania, rozmowy, nie tylko te na zajęciach. Opiekunem roku był Krzysztof Kukliński. I to on powiedział nam, że jest taki docent Biesiadka, który będzie organizował wyjścia terenowe i że on  pokaże nam dziwne roztocza w mchu. Dobry wstęp i zaciekawienie. Właściwe doradztwo studentom pierwszego roku. Do dzisiaj jestem za to wdzięczny. Potem pojawiło się małe, lakoniczne ogłoszenie na tablicy ogłoszeń, że zainteresowanych studentów zaprasza ów docent na pierwsze wyjście  w poszukiwaniu tajemnic życia. To był listopad, pogoda marna, chyba zaczął już padać śnieg. Na spotkanie przyszło nas dwóch, ja i Andrzej Grudzień. I tak zaczęło się moje prawdziwe studiowanie. Nie było ocen, nie było zajęć w planie zajęć, było bezpośrednie spotkanie z naukowcem i bliski kontakt. teraz nazwalibyśmy to dobrymi relacjami akademickimi. Pierwsze spotkanie trwało krótko, wyszliśmy jedynie do ogrodu dydaktycznego przy uczelni. Było zimno, wiec i wyjście terenowe było krótkie. Cos jeszcze potem obserwowaliśmy pod binokularem. Ale to właśnie wtedy poczułem, że studiuję. Potem z tego wyrosło koło naukowe i własne badania naukowe. Podkreślę, bez ocen, zaliczeń, bez sylabusów, bez programu. Ale z ciekawością i odkrywaniem. niby tylko dodatek do programowych zajęć ale dla mnie była to kwintesencja. I takiego studiowania życzę wszystkim studentom. 

Zacząć można w każdym momencie, czy to w październiku, listopadzie, wrześniu czy lipcu. To Ty decydujesz czy, kiedy i jak studiujesz. A uczelnia to dobre środowisko do takiego studiowania.

5.10.2026

Co wspólnego ze sobą ma mała retencja i hejt internetowy?



Z hejtem czyli mową nienawiści i językiem agresji jest trochę jak z deszczem. Niby jedno i drugie spada z góry, tylko deszczowi zazwyczaj jesteśmy bardziej wdzięczni. Kiedy zaczyna padać, rozsądny człowiek nie biegnie na podwórko z wiadrem i nie krzyczy: „Precz z wodą!”. Raczej zastanawia się, co zrobić, żeby jej nie zmarnować. Zwłaszcza w czasach pogłębiającej się suszy. Taki rozsądny człowiek założy łąkę kwietną z dużą ilością próchnicy (a ta zatrzymuje wodę jak gąbka), zrobi ogród deszczowy, założy zielony dach albo postawi pod rynną starą beczkę. Nie zatrzyma całej chmury. Nie wygra z pogodą. Ale trochę wody zatrzyma. To się nazywa mała retencja. Niby mała ale w sumie jednak bardzo duża.

Z hejtem można zrobić dokładnie to samo. Nie zatrzymamy całego zła w internecie, ludzkiej głupoty, najemnych trolli, agentów dezinformacji i jątrzycieli amatorów. Nie sprawimy, że nagle wszyscy użytkownicy mediów społecznościowych zamienią się w uprzejmych, pogodnych ludzi, którzy przed napisaniem komentarza wypiją herbatę, policzą do dziesięciu i zapytają siebie: „Czy to, co właśnie chcę napisać, jest naprawdę potrzebne?”. Byłoby pięknie, ale nie przesadzajmy z fantastyką. Media karmią się sensacją i emocjami.

Możemy jednak zatrzymać trochę, i wody i hejtu. I właśnie to „trochę” ma znaczenie. Bo hejt, podobnie jak woda podczas ulewy, lubi płynąć tam, gdzie jest najłatwiej. Jeden obraźliwy komentarz wywołuje następny, ktoś robi zrzut ekranu, ktoś go udostępnia, ktoś dopisuje swoje trzy grosze i nagle z małej kałuży robi się internetowa powódź. A potem wszyscy są zdziwieni, że mamy mokro. I są też zawodowi jątrzyciele, którzy umyślnie prowokują do negatywnych emocji i komentarzy. Zawodowo i celowo dezinformują, tworzą i rozpowszechniają fejk newsy. 

Tymczasem czasem wystarczy postawić zwykłą "beczkę pod rynną". Nie dokładać hejtu od siebie. Nie wzmacniajmy i nie przekazujmy dalej fałszywych informacji (dezinformacja w rękach użytecznych idiotów). Nie podawajmy dalej agresywnego komentarza. Nie reagujmy by go nie wzmacniać. Lepiej wyciszyć. Usunąć wulgarną wypowiedź ze swojej tablicy na Facebooku lub innym medium prosumpcyjnym (tzw. społecznościowym), niech innych w oczy i duszę nie kole, niech nie sprawia innym przykrości. Zablokować konto, które najwyraźniej pomyliło dyskusję z konkursem na najbardziej obraźliwy komentarz miesiąca. Zgłosić treść, kiedy sytuacja tego wymaga. To nie są wielkie bohaterskie czyny. Nikt nie postawi nam za to pomnika. Nie będzie fanfar ani uroczystego przecięcia wstęgi. A jednak właśnie z takich drobnych działań może powstać coś ważnego: mniej hejtu, który płynie dalej.

Z hejtem i małą retencja jest podobnie, liczą się małe działania. Wodę i zło można zatrzymać, by zminimalizować straty.  

3.10.2026

Czy zwiększanie zasięgów w mediach przynosi korzyści?




Czy zwiększanie zasięgów w mediach społecznościowych przynosi korzyści marketingowe? Pytanie wydaje się banalne. Ochoczo odpowiemy - oczywiście, że tak, przynoszą korzyści! Większy zasięg oznacza przecież więcej odbiorców, więcej wyświetleń, więcej reakcji, a czasem także większą rozpoznawalność. W świecie mediów społecznościowych liczby mają niemal magiczną moc. Tysiąc wyświetleń wygląda dobrze, dziesięć tysięcy jeszcze lepiej, a milion zaczyna brzmieć jak sukces sam w sobie. Tylko czy rzeczywiście nim jest? Czy nie jest tak samo jak z ocenami w szkole, gdy przestają być wskaźnikiem a stają się celem samym w sobie? A wtedy lepsze oceny wcale nie wskazują na większą wiedzę, tylko na większą skuteczność w zdobywaniu ocen. Czasem także skuteczną drogę na skróty, ze ściąganiem i uczeniem się tylko dla ocen...

Zwiększanie zasięgów przypomina zwiększanie głośności w głośnikach podczas koncertu albo konferencji na dużej sali. Gdy ktoś mówi do licznego zgromadzenia, to podnosi głos, niemalże krzyczy. Chce być dobrze słyszany (ale czasem ta maniera wywołuje śmieszność i niesmak bo jest nieadekwatna do sytuacji, np. po co krzyczeć gdy ma się przed sobą mikrofon i dobre nagłosnienie?). Kiedy podkręcimy wzmacniacz, dźwięk dociera dalej. Osoba stojąca na końcu sali wreszcie słyszy. Można powiedzieć, że osiągnęliśmy sukces komunikacyjny: informacja dotarła do większej liczby ludzi. Ale istnieje pewien problem. Ci, którzy stoją blisko głośnika, mogą zacząć odczuwać dyskomfort. To, co dla jednych jest poprawą słyszalności, dla innych staje się hałasem. Jestem osobą wrażliwą na hałas, gdy wrasta liczba decybeli na sali a niskie dźwięki rezonują w klatce piersiowej, to mam ochotę uciec. Czyli uniknąć dyskomfortu. Unikam głośnych koncertów ile moc w głośnikach dała i krzykliwych osób. Jest głośniej, ale paradoksalnie do mnie to nie dociera. Czyżbym był wyjątkowym niszowcem, którym nie warto zawracać sobie głowy? A co, jeśli takich osób jest więcej?

Podobnie działa komunikacja w mediach społecznościowych. Zwiększenie zasięgu może być bardzo pożyteczne, jeśli mamy coś ważnego do powiedzenia. Dobra treść, ciekawa obserwacja, odkrycie naukowe, wartościowa opowieść czy trafna myśl rzeczywiście zasługują na to, aby dotrzeć dalej. Wtedy większy zasięg jest czymś w rodzaju dodatkowego megafonu lub zwiększonego nakładu drukarskiego... Nie zmienia treści komunikatu, lecz pozwala usłyszeć (przeczytać) go większej liczbie osób.

Rzecz w tym, że megafon (głośniki) nie poprawia jakości głosu. Nie zamienia banalnej wypowiedzi w mądrą. Nie sprawia, że kiepski dowcip staje się zabawniejszy, a pusta informacja nabiera znaczenia. Jeśli nie mamy nic wartościowego do przekazania, zwiększanie głośności niewiele pomoże. Zero pomnożone przez trzy, osiem czy pięćdziesiąt nadal pozostaje zerem. Możemy więc mieć ogromne zasięgi i jednocześnie niewiele do powiedzenia. Różne marketingowe sztuczki z tagowaniem @obserwujący @wszyscy sprawia, że post wyświetla się większej liczbie odbiorców. Ale czy oni to czytają? Czy nadużywanie i zbyt częste stosowanie tych zabiegów nie sprawia czasem, ż e odbiorcy omijają takie komunikaty i powiadomienia? Ja tak mam i myślę o ucieczce przed tym medialnym hałasem, wręcz spamem. Kusi by wcisnąć guzik aby takiego nadawcę "krzykliwego" na stałe wyciszyć...

Co więcej, nadmierna głośność może działać przeciwko nam. Człowiek nie jest przecież urządzeniem przystosowanym do nieustannego odbierania komunikatów. Nasza uwaga jest ograniczonym zasobem. Mózg musi wybierać, co zauważyć, a co odrzucić. W środowisku pełnym bodźców coraz częściej potrzebujemy nie kolejnego głośniejszego komunikatu, lecz komunikatu lepszego. Nadmiar hałasu prowadzi do zmęczenia, a zmęczony odbiorca zaczyna uciekać od źródła dźwięku. W mediach społecznościowych łatwo jednak wpaść w pułapkę pogoni za zasięgiem (ulegając różnym sugestiom czy poradom). Skoro komuś udało się zdobyć milion wyświetleń dzięki określonemu sposobowi publikowania, pojawia się pokusa, aby zrobić dokładnie to samo. Powtarzamy schemat, kopiujemy format, naśladujemy tytuł, długość filmu, sposób rozpoczęcia wypowiedzi. Tyle tylko, że komunikacja przypomina bardziej ekosystem niż fabrykę. To, co działa w jednym miejscu, czasie i środowisku, niekoniecznie zadziała gdzie indziej.

Psychologia społeczna i socjologia mediów jasno wskazują na zjawisko tak zwanego „zmęczenia informacyjnego”. W świecie przeładowanym bodźcami ludzki mózg wykształcił mechanizmy obronne przed chaosem sensorycznym. Bezrefleksyjne naśladownictwo powszechnych porad – wykrzykiwanie nagłówków, stosowanie krzykliwych miniatur czy powielanie powierzchownych schematów – rzadko prowadzi do trwałego sukcesu. Zamiast budować autorytet lub zaangażowaną społeczność, zamieniasz się w kolejny irytujący szum tła, przed którym użytkownicy uciekają, klikając przycisk „wycisz” lub „odobserwuj”.

Z ekologii wiemy przecież, że organizm nie istnieje w próżni. Jego sukces zależy od środowiska, konkurencji, zasobów i relacji z innymi organizmami. Podobnie jest z treścią. Ma swoją publiczność, kontekst, czas i miejsce. Nie istnieje uniwersalna recepta na uwagę. Czasem warto mówić głośniej. Czasem lepiej mówić ciszej, ale ciekawiej. A czasem najrozsądniej jest po prostu zamilknąć i pozwolić odbiorcy zatęsknić za kolejnym komunikatem. Dlatego zwiększanie zasięgów nie powinno być celem samym w sobie. Jest narzędziem. Można dzięki niemu dotrzeć dalej, ale niekoniecznie głębiej. Można zdobyć nowych odbiorców, lecz niekoniecznie zbudować z nimi relację. Można mieć milion wyświetleń i nie zostawić po sobie żadnej myśli. Można też dotrzeć do stu osób i sprawić, że jedna z nich zacznie patrzeć na świat trochę inaczej. Może więc zamiast nieustannie pytać: „Jak zwiększyć zasięg?”, warto czasem zadać pytanie trudniejsze: „Czy mam coś, co naprawdę warto usłyszeć?”. Bo technologia pozwala dziś bardzo łatwo zwiększać głośność. Znacznie trudniej jest mieć coś wartościowego do powiedzenia.

Dobra komunikacja nie polega na tym, żeby krzyczeć najgłośniej. Polega na tym, żeby powiedzieć coś, czego drugi człowiek rzeczywiście chce albo potrzebuje wysłuchać. Zasięg jest odległością. Treść jest drogą. Samo zwiększenie odległości nie sprawi jeszcze, że dokądś dotrzemy. Zero pomnożone przez 3, 8 czy 50 daje ciągle ten sam wynik końcowy. Ze szkolnej arytmetyki dobrze czytelniku pamiętasz, że we wszystkich wymienionych działaniach wynikiem będzie zero.

PS. Zdjęcie gdzieś z muzeum w czasie podróży po województwie śląskim.

1.10.2026

Kanon danych, czyli wspólna walizka do rozumienia świata

Ekspozycja gdzieś w Polsce, wakacyjne zwiedzanie muzeów i wystaw. Czy rozumiemy przekaz zawarty w tych eksponatach?

Punktem wyjścia niniejszego pisemnego wywodu są niekończące się spory o szkolny kanon lektur. Co kilka lat wracamy do pytania: co młody człowiek powinien przeczytać, żeby mieć wspólny kulturowy bagaż z innymi? Spór nie dotyczy przecież tylko książek. Chodzi o coś znacznie ważniejszego – o wspólny język kultury. Kiedy znamy te same historie, postacie, metafory, piosenki i filmowe sceny, łatwiej się rozumiemy. Rozumiemy się bez słów i śmiejemy się z tych samych porównań. Możemy jednym zdaniem albo nawet gestem przywołać całą opowieść (słowną, poetycka, muzyczną, filmową). Możemy śmiać się z tego samego dowcipu, odgadnąć aluzję, dokończyć cudze skojarzenie. Jesteśmy wtedy trochę „swoi”, bo mamy w pamięci podobne obrazy i podobne przeżycia estetyczne. Ten wspólny kanon przeżyć buduje poczucie wspólnoty, że jesteśmy wśród swoich.

Kanon lektur jest więc czymś w rodzaju kulturowej pamięci zbiorowej. Nie musi oznaczać, że wszyscy mamy czytać dokładnie te same książki ani że istnieje jeden wieczny i niezmienny zestaw dzieł. Chodzi raczej o pewien wspólny zasób odniesień, dzięki któremu możemy nadawać na tych samych falach. To właśnie z takich drobnych, wspólnych doświadczeń buduje się więź społeczna, a w większej skali – wspólnota kulturowa i cywilizacja.

Ale skoro potrzebujemy wspólnego kanonu książek, piosenek, filmów, obrazów plastycznych czy rzeźb, może potrzebujemy także czegoś podobnego w nauce? Wspólnego kanonu danych i podstawowych faktów, do których możemy się odwołać niezależnie od tego, skąd jesteśmy, jaki kierunek studiów ukończyliśmy i jakiego używamy podręcznika. W świecie nadmiaru informacji problemem coraz częściej nie jest bowiem brak danych, lecz brak wspólnej płaszczyzny, na której możemy je ze sobą zestawiać i rozumieć.

Kanon lektur szkolnych jest czymś więcej niż listą książek, które trzeba przeczytać przed egzaminem. To próba stworzenia wspólnej przestrzeni kulturowej. Jeśli wiele osób zna „Pana Tadeusza”, „Lalkę”, „Dziady” czy „Małego Księcia”, łatwiej im rozmawiać o świecie za pomocą wspólnych odniesień. To tak, jakbyśmy mieli wspólne przeżycia w małej społeczności. Nie trzeba za każdym razem tłumaczyć, kim był Wojski, Siara Siarzewski, Kwinto, czym jest chocholi taniec albo dlaczego Syzyf stał się symbolem daremnego wysiłku. Wspólna znajomość pewnych tekstów tworzy rodzaj kulturowego skrótu. Jedno słowo, nazwisko czy metafora może uruchomić całą sieć znaczeń.

Podobnie potrzebujemy czegoś, co można nazwać kanonem danych podstawowych. Nie chodzi jednak o zamkniętą listę faktów do zapamiętania ani o encyklopedię, którą każdy człowiek powinien nosić w głowie. Chodzi o wspólny zestaw podstawowych pojęć i zależności pozwalających rozumieć rzeczywistość. Biologia jest tutaj szczególnie dobrym przykładem, ponieważ dostarcza narzędzi do rozumienia świata, którego jesteśmy częścią, a nie tylko zewnętrznymi obserwatorami.

Można wskazać kilka fundamentalnych idei biologicznych, które powinny należeć do takiego kanonu. Jedną z nich jest ewolucja, a drugą ekologia. Ewolucja pomaga zrozumieć, dlaczego organizmy są tak różnorodne, skąd biorą się ich przystosowania i dlaczego życie nie jest zbiorem przypadkowo zestawionych gatunków, lecz rezultatem bardzo długiej historii zmian. Ekologia z kolei pozwala dostrzec zależności pomiędzy organizmami oraz pomiędzy życiem a środowiskiem. Pokazuje, że pojedynczy organizm nigdy nie istnieje całkowicie samodzielnie. Żyje w sieci zależności, przepływu energii i materii, konkurencji, współpracy oraz wzajemnego oddziaływania.

Do tego dochodzi genetyka, czyli wiedza o dziedziczności i zmienności. Dzięki niej rozumiemy, dlaczego potomstwo przypomina rodziców, a jednocześnie nie jest ich dokładną kopią. Rozumiemy również, że zmienność jest jednym z warunków ewolucji. Genetyka łączy więc poziom pojedynczego organizmu z historią całych populacji i gatunków. Te trzy obszary – dziedziczność, ewolucja i ekologia – tworzą niezwykle mocne rusztowanie intelektualne. Pozwalają przechodzić od pytania „jak coś działa?” do pytań „dlaczego tak działa?”, „jak się zmienia?” oraz „z czym jest powiązane?”.

Taki kanon jest potrzebny nie po to, aby wszyscy zostali biologami. Tak samo kanon lektur nie ma sprawić, że wszyscy zostaną literaturoznawcami. Chodzi o coś bardziej podstawowego: o możliwość rozumienia się nawzajem. Jeżeli ktoś mówi, że gatunek „przystosował się do środowiska”, warto wiedzieć, co właściwie oznacza przystosowanie. Jeśli ktoś mówi o zmianach klimatu, dobrze rozumieć różnicę między pogodą a klimatem, znać podstawowe mechanizmy obiegu węgla i wiedzieć, że atmosfera, oceany, gleby, roślinność i działalność człowieka tworzą system wzajemnych zależności.

Bez takiego minimum łatwo zastąpić wiedzę intuicją. A intuicja bywa zdradliwa. Świat biologiczny jest bowiem znacznie bardziej skomplikowany, niż podpowiada nam codzienne doświadczenie. Możemy widzieć las jako zbiór drzew, choć ekolog widzi cały ekosystem. Możemy widzieć rzekę jako płynącą wodę, choć hydrobiolog dostrzega siedliska, organizmy, przepływ materii, energii i informacji. Możemy widzieć pojedynczy gatunek jako coś trwałego i niezmiennego, choć ewolucjonista widzi populację zmieniającą się w czasie.

Wspólny kanon danych staje się szczególnie ważny wtedy, gdy musimy działać razem. Doskonałym przykładem jest zmiana klimatu. Samo hasło niewiele jeszcze wyjaśnia. Potrzebujemy podstawowej wiedzy o funkcjonowaniu atmosfery, bilansie energetycznym Ziemi, obiegu węgla, wpływie działalności człowieka oraz sprzężeniach zachodzących w systemie klimatycznym. Dopiero wtedy możemy sensownie rozmawiać o ograniczaniu emisji, adaptacji, retencji wody, ochronie ekosystemów czy zmianach sposobu gospodarowania przestrzenią. A zarządzanie planetą jest zadaniem wyjątkowo trudnym. Nigdy wcześniej tak wielu ludzi nie musiało jednocześnie podejmować decyzji dotyczących wspólnego systemu przyrodniczego. Różnimy się interesami, doświadczeniami, językami i systemami wartości. Trudno negocjować wspólne działania, jeśli nie mamy nawet wspólnego zestawu podstawowych danych opisujących problem.

Kanon nie gwarantuje oczywiście zgody. Możemy znać te same fakty i wyciągać z nich różne wnioski. Jest jednak ogromna różnica między sporem ludzi, którzy posługują się wspólnym zestawem pojęć, a sporem osób funkcjonujących w całkowicie różnych światach informacyjnych. Można to porównać do rozwiązywania kalamburów. Aby odgadnąć hasło, potrzebujemy wspólnego kodu. Gest wykonany przez jedną osobę musi coś znaczyć dla drugiej. Jeśli każdy posiada zupełnie inny słownik odniesień, komunikacja staje się przypadkowa. Wspólne dane działają podobnie. Są rodzajem języka, który umożliwia skracanie komunikatów i budowanie bardziej złożonych rozumowań.

Wiedza jest więc trochę jak walizka, którą zabieramy ze sobą w dorosłe życie. Nie musi być wypełniona po brzegi. Ważne, żeby znalazły się w niej rzeczy naprawdę użyteczne. Jednocześnie wiedza przypomina rusztowanie. Samo rusztowanie nie jest budynkiem, ale bez niego trudno wznieść wysoką konstrukcję. Podstawowe pojęcia i modele pozwalają dokładać kolejne informacje, sprawdzać je, łączyć i reinterpretować. Problem zaczyna się wtedy, gdy rusztowanie jest źle skonstruowane. Jeśli podstawą jest błędna informacja, późniejsze rozumowanie może stać się coraz bardziej skomplikowane, a mimo to pozostanie wadliwe. Dlatego edukacja nie powinna być jedynie przekazywaniem dużej liczby informacji. Powinna przede wszystkim budować dobrze uporządkowane struktury wiedzy i uczyć odróżniania danych od opinii, hipotezy od faktu oraz wyjaśnienia naukowego od pozornie przekonującej opowieści.

W epoce sztucznej inteligencji znaczenie takiego kanonu jeszcze wzrasta. Możemy zapytać AI niemal o wszystko, ale odpowiedź ma sens tylko wtedy, gdy potrafimy ją ocenić. Im łatwiejszy staje się dostęp do informacji, tym ważniejsza staje się zdolność rozumienia informacji. Człowiek nie musi pamiętać wszystkiego. Powinien jednak wiedzieć, czego szukać, jak pytać, jak sprawdzać i jak łączyć fakty.

Dlatego warto myśleć o edukacji nie tylko jako o przekazywaniu wiedzy z poszczególnych przedmiotów. Jej ważnym zadaniem jest budowanie wspólnego intelektualnego podłoża. Tak jak wspólne lektury tworzą część wspólnego języka kultury, tak wspólny kanon podstawowych danych naukowych może tworzyć wspólny język rozumienia świata. Nie chodzi przy tym o stworzenie jednej, obowiązkowej listy wszystkiego, co człowiek powinien wiedzieć. Chodzi o znalezienie tych kilku fundamentalnych idei, bez których trudno rozumieć współczesność. W biologii należą do nich dziedziczność i zmienność, ewolucja, ekologia, współzależność organizmów oraz funkcjonowanie ekosystemów. To nie są tylko szkolne definicje. To narzędzia myślenia.

Być może właśnie tego najbardziej potrzebujemy w czasach nadmiaru informacji: nie kolejnych tysięcy danych, lecz wspólnej walizki podstawowych danych, dzięki którym potrafimy rozmawiać, rozumieć argumenty innych ludzi i wspólnie podejmować decyzje. Bo przyszłości nie zbudujemy wyłącznie z większej ilości informacji. Potrzebujemy jeszcze wspólnego języka, za pomocą którego te informacje będą mogły stać się wiedzą, a wiedza – podstawą wspólnego działania. W edukacji nie chodzi o bardzo rozbudowane treściowo podstawy programowe. Bardziej chodzi o wspólny kanon danych, które są podstawa do dyskusji i współdziałania. 

26.09.2026

O tym, jak odkryłem postsztukę, którą od lat uprawiałem

Kiedyś w Elblągu...
 

I znowu z zaskoczeniem dowiedziałem się, że mówię prozą. To nawiązanie do sztuki Moliera Mieszczanin szlachcicem i radości, którą daje wiedza i rozumienie. Tak i ja przypadkiem dowiedziałem się, że to co robię od kilkunastu lat to postsztuka. I że ten nurt nie jest wcale taki nowy. Mam na myśli plenery, które organizuję lub w których uczestniczę z malowaniem starych dachówek, kamieni, butelek.  Ostatnio był to plener w Kwiatkówku koło Łęczycy, Noc Sów w Wipsowie, Olsztyński StreetArt Garden. A wcześniej wspólne malowanie Nieba Kopernika. I wiele, wiele innych. W mojej intencji najważniejszymi elementami tych plenerów było spotkanie ludzi, wspólne rozmowy, tworzenie i bycie ze sobą. A więc ważniejszy proces niż efekt.

Intuicyjnie i nieświadomie odkrywałem postsztukę, ale nie wiedziałem, że "mówię prozą". Dopiero artykuł w Tygodniku Powszechnym pt. „Po co nam sztuka” autorstwa Moniki Ochędowskiej i Tadeusza Marka (sierpień 2026 ) uświadomił mi moje uczestnictwo w postsztuce. Postsztuka (praktyki postartystyczne) to pojęcie z dziedziny teorii sztuki,  spopularyzowane m.in. przez polskiego krytyka Jerzego Ludwińskiego. Oznacza stan, w którym sztuka wychodzi poza tradycyjne ramy muzeów i galerii, a jej celem nie jest tworzenie materialnego dzieła, lecz realne działanie i zmiana w życiu społecznym lub środowiskowym.

Głównymi cechami postsztuki są: 1. Brak materialnego dzieła (efektem pracy jest proces, sytuacja, spotkanie lub zmiana społeczna w małej skali, 2. Wyjście z instytucji i pomieszczeń (działania przenoszą się na ulicę, do społeczności lokalnych, ogrodów czy w ramach aktywizmu społecznego), 3. Zacieranie autorstwa (ważniejszy od indywidualnego popisu artysty staje się zbiorowy wysiłek i relacje oraz 4. Sztuka jako narzędzie (sztuka zapożycza metody z edukacji, ekologii, dziennikarstwa by rozwiązywać realne problemy).

Gdy w latach 60. i 70. XX wieku nowatorscy krytycy oraz teoretycy ogłaszali „koniec sztuki”, nie mieli na myśli, że ludzkość przestanie tworzyć. Wręcz przeciwnie – zapowiadali moment, w którym twórczość eksploduje poza dotychczasowe granice. Termin postsztuka (lub postart) narodził się z potrzeby opisania zjawiska, w którym sztuka przestała mieścić się w ramach obrazu, na postumencie rzeźby czy w chłodnym, wyciszonym wnętrzu galerii. Stała się procesem, relacją i zdarzeniem roztapiającym się w codzienności.

Istotą postsztuki jest przekroczenie czysto estetycznego wymiaru dzieła na rzecz dematerializacji. Miejsce trwałego obiektu, przeznaczonego do kontemplacji lub rynkowego obrotu, zajmuje idea, działanie oraz interakcja. Jak trafnie przewidywał wybitny polski teoretyk Jerzy Ludwiński, w epoce postsztuki tradycyjne podziały dyscyplinarne tracą sens, a artysta przestaje być odosobnionym geniuszem kreującym zamknięte artefakty. Staje się raczej inicjatorem sytuacji, moderatorem społecznej energii lub badaczem otaczającej go rzeczywistości.

Jak wyczytałem w różnych źródłach, jednym z fundamentów myślenia postsztukowego były koncepcje Allana Kaprowa, twórcy pierwszych happeningów. Kaprow postawił odważną tezę, że zacieranie granic między sztuką a życiem jest jedyną szansą na zachowanie autentyczności twórczej. W słynnym działaniu Fluids (1967 – miałem wtedy 4 lata) zaprosił uczestników do budowania w przestrzeni miejskiej wielkich struktur z bloków lodu. Gotowe obiekty nie miały jednak trwać, bo pozostawiono je w słońcu, by całkowicie stopniały. Celem nie była rzeźba sama w sobie, lecz wspólny wysiłek fizyczny, przejściowość doświadczenia oraz proces topnienia wpleciony w rytm miasta.

W polskiej przestrzeni artystycznej kamieniem milowym tego nurtu stała się akcja Jaskółka (1971) Ewy Partum. Artystka rozsypywała zrealizowane w druku litery w przestrzeni publicznej – na ulicach, w autobusach, na skwerach. Słowo, dotąd uwięzione w strukturze tekstu czy tomu poetyckiego, uległo rozproszeniu. Przypadkowi przechodnie stawali się nieświadomymi współuczestnikami poetyckiego zdarzenia, w którym poezja dosłownie mieszała się z pyłem ulicy i podmuchami wiatru.

Tego nie wiedziałem i nie byłem świadomy, gdy organizowałem pierwsze plenery z malowaniem na starych warmińskich i mazurskich dachówkach, czy malowanie na szkle w czasie wystaw dalii. Ani, gdy dołączyłem do działań streetartowych w Olsztynie oraz plenerów w skansenie w Kwiatkówku. Nie miałem świadomości, że uczestniczę w działaniach postsztuki. Tak jak mieszczanin w sztuce Moliera nie wiedział, że mówi prozą.

W przeczytanych materiałach dowiedziałem się, że szczególną rolę w formowaniu się i praktykowaniu postsztuki odegrała formuła pleneru artystycznego. Tradycyjnie kojarzony z malowaniem pejzaży z natury, w drugiej połowie XX wieku plener przeszedł gruntowną ewolucję. Przestał być jedynie miejscem pracy twórczej w izolacji, a stał się otwartym laboratorium, do którego włączano lokalne społeczności i przypadkową publiczność. I tak malowaliśmy kamienie i stare, poremontowe płytki, by następnie je prezentować w przestrzeni publicznej. Większość tych dzieł to prace ulotne. Były także ceramiczne doniczki, drewniane krążki oraz metalowe pokrywki od słoików. W swoich działaniach, np. z malowaniem Nieba Kopernika, inspirowałem się działalnością prof. Geno Małkowskiego i jego Barwami Olsztyna w czasie Olsztyńskich Dni Nauki i Sztuki. W 2010 roku obraz malowało 700 osób (zobacz relację). 

Niezwykłym przykładem wspomnianego podejścia był Plener Ziemia Zgorzelecka z 1971 roku. Kiedy grupa konceptualistów i performerów przybyła do Bogatyni i Zgorzelca, zrezygnowała z przyniesienia gotowych płócien czy dłut. Zamiast tego artyści weszli w bezpośredni dialog z lokalną przestrzenią przemysłowo-krajobrazową oraz z mieszkańcami regionu. Twórczość przybrała formę manifestacji, dyskusji i akcji w przestrzeni miejskiej oraz na terenie kopalni odkrywkowej. Sztuka zeszła z salonowych wyżyn, stając się elementem lokalnej tożsamości i platformą wymiany myśli między artystami a robotnikami. Tego nie wiedziałem, dopiero teraz, szukając materiałów o postsztuce odnalazłem i przeczytałem. 

Równie ważnym wydarzeniem była Akcja Miasteczko zrealizowana w Podkowie Leśnej (1975). Zaproszeni twórcy nie przywieźli ze sobą gotowych prac do zawieszenia w lokalnym domu kultury. Weszli na podwórka, ulice i do ogrodów mieszkańców, angażując ich w codzienne, z pozoru banalne interakcje – wspólne rozmowy, sadzenie roślin, przemieszczanie przedmiotów czy kreowanie mikro-zdarzeń wizualnych. Publiczność przestała być biernym widzem patrzącym na płótno z dystansu; stała się żywym tworzywem i pełnoprawnym współautorem zdarzenia. W podobny sposób powstaje wiele murali czy deskali w przestrzeni publicznej. A nawet u nas, na Warmii i na Mazurach, w taki sposób powstają przystanki, malowane przez Annę Wojszel.

Współcześnie myślenie postsztukowe zyskało nowy wymiar. Przejawia się ono silnie w działaniach z zakresu sztuki relacyjnej, aktywizmu społecznego oraz inicjatyw z pogranicza biologii i ekologii (tzw. bio-art). Współcześni twórcy organizują wspólne posiłki, tworzą miejskie ogrody społecznościowe, prowadzą edukacyjne spacery botaniczne i entomologiczne czy inicjują obywatelskie protesty w obronie zagrożonych ekosystemów. Dopiero po kilkunastu latach organizowania różnych plenerów w przestrzeni publicznej sięgam do opracowań teoretycznych. Najpierw sam odkrywałem i doświadczałem, a teraz czytam opracowania teoretyczne i odnoszące się do krytyki sztuki. Odbieram przez pryzmat własnych doznań i doświadczeń. Ze zdziwieniem odkrywając, że to postsztuka i że istnieje od dawna. A narodziła się postsztuka w tym samym czasie co i ja przyszedłem na świat. To był początek lat 60-tym XX wieku.

Według krytyków sztuki postsztuka dowodzi, że najważniejsze w twórczości nie zawsze musi być to, co zostaje zamknięte w ramie i podpisane nazwiskiem autora. Najcenniejszy bywa sam impuls – zdolność do wywoływania refleksji, budowania wspólnoty i dostrzegania głębszego sensu w tkance otaczającego nas świata.

Więcej przykładów z mojej postsztuki znajduje się na blogu: Gadające dachówki. Zapraszam do obejrzenia. I do udziału w przyszłych plenerach. Na pewno będą.

24.09.2026

Popularyzacja nauki tam, gdzie bociany zawracają i gdzie mieszkali Prusowie


Na zaproszenie Terra Desolata – archeologia i edukacja miałem dużą przyjemność uczestniczyć w festiwalu naukowym w małym, uroczym mazurskim miasteczku – w Olecku. Reakcja – Festiwal Pasji do Nauki to wydarzenie szczególne nie tylko dlatego, że spotykają się na nim ludzie zafascynowani nauką. Szczególne jest także jego miejsce. Festiwal odbywa się daleko od wielkich ośrodków akademickich, tam, gdzie – mówiąc żartobliwie – diabeł mówi dobranoc, a bociany zawracają. A skoro wszędzie jest daleko, tym ważniejsze staje się przywiezienie nauki właśnie tutaj. Piknik naukowy sfinansowany ze środków budżetu państwa, przyznanych przez Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego w ramach Programu „Społeczna odpowiedzialność nauki III – Popularyzacja nauki”.

Popularyzacja nauki często kojarzy się z wielkimi miastami, uniwersytetami, centrami nauki, muzeami i laboratoriami. Tymczasem nauka nie powinna być dobrem dostępnym przede wszystkim dla tych, którzy mieszkają w pobliżu akademickiego kampusu. Dziecko, dorosły (rodzic) czy senior z małego mazurskiego miasteczka ma przecież taki sam potencjał ciekawości jak uczeń z Warszawy, Krakowa, Gdańska czy Olsztyna . Różnica może polegać jedynie na tym, ile razy w życiu będzie miało okazję spotkać prawdziwego naukowca, zobaczyć eksperyment, zajrzeć przez mikroskop albo samodzielnie dotknąć czegoś, co jeszcze chwilę wcześniej znało tylko z podręcznika.

W Olecku w piątek  18 września 2026 r. stoiska, sale, pokazy i wykłady zapełniali przede wszystkim uczniowie z oleckich (i okolicznych) szkół. Przychodzili całymi klasami, razem z nauczycielami. W sobotę 19 września pojawiały się całe rodziny, seniorzy i zwykli zjadacze chleba. To bardzo ważne, bo nauka przestaje wtedy być szkolnym przedmiotem, a staje się doświadczeniem wspólnie przeżywanym. Można zobaczyć, zapytać, dotknąć, sprawdzić i – co chyba najważniejsze – przekonać się, że za nauką stoją konkretni ludzie. Ludzie, którzy kiedyś również byli ciekawskimi dziećmi.

Taki bezpośredni kontakt może mieć znaczenie znacznie większe, niż wynikałoby z jednego festiwalowego dnia. Kapitał naukowy młodego człowieka nie powstaje wyłącznie z podręczników i ocen. Budują go również doświadczenia, spotkania, rozmowy i poczucie, że świat można samodzielnie poznawać. Być może uczeń, który podczas pokazu po raz pierwszy zobaczy fascynujący organizm pod mikroskopem, za kilka lat wybierze biologię. Ktoś, kto samodzielnie przeprowadzi prosty eksperyment, zainteresuje się chemią, fizyką albo medycyną. Jeszcze ktoś inny odkryje, że archeologia, astronomia czy entomologia nie są odległymi dziedzinami z książek, lecz fascynującymi sposobami rozumienia świata. A możliwość zwiedzenia makiety stacji kosmicznej być może zachęci do podróży kosmicznych. 

Nie każdy oczywiście zostanie naukowcem. I nie o to chodzi. Kapitał naukowy to także umiejętność zadawania pytań, odróżniania wiedzy od pseudowiedzy, sprawdzania informacji i rozumienia, że odpowiedź „nie wiem” może być początkiem poznawania, a nie jego końcem. W czasach nadmiaru informacji i sztucznej inteligencji te kompetencje stają się szczególnie cenne. Dlatego festiwale nauki w małych miejscowościach mają znaczenie znacznie większe niż tylko liczba uczestników czy atrakcyjność programu. Są rodzajem mostu między światem nauki a miejscami, do których akademia na co dzień dociera rzadziej. Udana współpraca organizatorów z lokalnymi władzami pokazała w Olecku, że taki most może być naprawdę mocny. Głód rzetelnej, a jednocześnie atrakcyjnie podanej wiedzy jest wielki – niezależnie od wielkości miejscowości.

Cieszę się, że mogłem być częścią tego spotkania: z wykładem o prawdziwych roślinach, grzybach i owadach oraz ich etnograficznym i mitycznym kontekście, spacerem entomologicznym i pokazem hydrobiologicznym. Okazało sie, że w rzece Ledze żyją nie tylko chruściki strydulujące pod woda, ale i słodkowodne gąbki oraz krasnorosty (Hildebrandia rivularis). Bo czasem, aby rozpocząć czyjąś naukową przygodę, nie potrzeba wielkiego laboratorium. Wystarczy ciekawość, dobry nauczyciel, prawdziwy naukowiec i możliwość zobaczenia czegoś niezwykłego na własne oczy. Nawet jeśli dzieje się to tam, gdzie – jak głosi lokalna geografia wyobraźni – bociany zawracają. 

Dorosłych uczestników zachęcałem do podcastów Radia Olsztyn i felietonów "Tłumaczymy świat". Piknik naukowy się kończy ale może pozostać trwała i systematyczna wieź z głosem naukowców na różne tematy.

21.09.2026

Dozwolona uszczypliwość w przestrzeni publicznej



Człowiek, jak powszechnie wiadomo, jest istotą społeczną i hierarchiczną. Przypuszcza się także, że nasz duży mózg powstał za sprawą potrzebnej "obsługi" relacji międzyosobniczych, by wiedzieć kto, z kim i dlaczego. I to do kilku pokoleń wstecz. Nawet, jak nasi przodkowie żyli w małych społecznościach, to codziennie coś sie wydarzyło i trzeba było o tym opowiedzieć. Po prostu plotkowaliśmy. A wiadomo, że najłatwiej oplotkowuje się nieobecnych. Bo to bezpieczniej. Owszem, złudne jest to bezpieczeństwo bo plotki i to, co kto na kogo co powiedział, też się szybko rozchodzą. W spotkaniu bezpośrednim z chęcią chwalimy naszego rozmówcę. Jeśli jednak mówimy coś negatywnego, to rodzi się kłótnia i kontratak. Miło zazwyczaj  nie jest. To pojedynek słowny. 

A czy można coś złego komuś w oczy powiedzieć i nie ponieść konsekwencji?  Społeczności ludzkie wypracowały takie rozwiązania. Dozwolona uszczypliwość w przestrzeni publicznej ma swój rytuał. To na przykład Ludowe przyśpiewki w czasie wesel czy podobnych uroczystości czy limeryki układane w pubach. Albo fraszki przy biesiadnym stole. Można powiedzieć komuś coś złośliwego a ten się nie obrazi a inni nie będą zgorszeni. Nie będzie atmosfery walki i pojedynku w przepychaniu się w relacjach społecznych i hierarchii. 

Człowiek z natury jest istotą złośliwą, choć cywilizacja wpoiła nam przekonanie, że uśmiechanie się do nielubianego sąsiada to szczyt społecznej ewolucji. A na pewno wypracowany model kulturowy, który umożliwia nam koegzystowanie w większych grupach. Na przykład takie szympansy w większej grupie od razy poodgryzałyby sobie uszy. Na szczęście, aby ludzkość nie wybuchła od nadmiaru wzniosłości i tłumionej żółci, kultura wykształciła zjawisko dozwolonej uszczypliwości - swoiste wentyle bezpieczeństwa, gdzie wylewanie "pomyj" na bliźniego jest nie tylko bezkarne, ale wręcz nagradzane brawami. Tak jak oblewanie sie woda w lany poniedziałek. W tych magicznych sferach przestrzeni publicznej złośliwość traci swój wojowniczy charakter, przywdziewając szaty tradycji, sztuki lub wyrafinowanego dowcipu. A ofiara, zamiast rzucać się z pięściami, musi grzecznie udawać, że pęka ze śmiechu. Taka agresja zrytualizowana. Duzy, społeczny wynalazek Homo sapiens.

Dobrym przykładem dla tego zjawiska jest tradycyjne polskie wesele z ludowymi przyśpiewki. Sam tego doświadczyłem w młodości. Kiedy wódka odpowiednio zmrozi już neurony odpowiedzialne za takt, z tłumu wujków i ciotek wyłania się chór, który w radosnym rytmie na osiem czwartych informuje wszystkich zgromadzonych, że teściowa to żmija, pan młody ma pstro w głowie, a panna młoda raczej nie zgrzeszy wiernością ("leciał pies przez wieś, suka przez buraki, byłaby panienką, gdyby nie chłopaki"). I co? I nic! Obrażanie się na weselną przyśpiewkę (często wymyślaną na poczekaniu) to zbrodnia przeciwko tradycji i ostateczny dowód na brak dystansu do siebie. W tym specyficznym mikroklimacie można z rymowaną gracją zrównać z ziemią całą rodzinę, obnażyć ich wady przed sąsiadami, a na koniec jeszcze dostać za to kawałek tortu z bezą. I uznanie za dowcipne zabawianie gości. I oczywiście wspólną zabawę. Bo riposta mogła być tylko inna przyśpiewka, równie złośliwa czy uszczypliwa.

Gdy z wiejskiej karczmy lub remizy przeniesiemy się do zadymionych pubów, na inteligenckie spotkania towarzyskie czy nawet snobistyczne rauty, ludowa przaśność ustępuje miejsca wyrafinowanej formie limeryku. W tych oparach twórczego fermentu, gdzie elita intelektualna zrzuca krawaty, wymyślanie absurdalnych, często sprośnych i uszczypliwych wierszyków pod adresem znajomych staje się sportem towarzyskim. Nawet literacka noblistka, Wisława Szymborska, udowodniła, że wielki umysł potrzebuje ujścia w uroczej dowcipności. Jej słynne limeryki, pełne purnonsensu i subtelnych, acz ostrych jak brzytwa szpil wbijanych w ludzkie przywary i znajomych z literackiego światka, pokazały, że genialnej poetce wolno publicznie drwić z każdego. Złośliwość zyskuje w tym wypadku stempel wysokiej kultury, o ile tylko autor zachowa odpowiedni układ sylab, rymu i rytmu.

Zresztą, Szymborska nie odkryła tu Ameryki, a jedynie kontynuowała chlubną tradycję naszych ojców literatury, którzy już w renesansie zorientowali się, że rymowana kąśliwa uwaga to świetny bilet do nieśmiertelności. Mikołaj Rej ze swoimi dosadnymi, by nie rzec rubasznymi fraszkami, nie patyczkował się z panami i plebanami, rąbiąc prawdę prosto z mostu w sposób, za który dzisiaj dostałby pozew o zniesławienie. Z kolei Jan Kochanowski, mistrz renesansowej elegancji, potrafił w swoich fraszkach wbić szpilę z taką wirtuozerią, że ofiara niemal mu za to dziękowała. Wyśmiewanie pijaństwa doktora Hiszpana czy hipokryzji ówczesnych dewotek było w istocie publicznym, złośliwym roastem który dzięki mistrzowskiej formie i literackiemu kunsztowi przeszedł płynnie od towarzyskiego skandalu do kanonu lektur szkolnych. Roast to gatunek rozrywkowy polegający na wzajemnym, ostrym i złośliwym żartowaniu z konkretnej osoby (często celebryty lub innej znanej postaci). Obiekt żartów również odpowiada na zaczepki, a celem jest dobry, choć bezkompromisowy humor. Inne znaczenie tego słowa jest kulinarne - to rodzaj pieczenia. Jest i jeszcze jedno znaczenie: w slangu internetowym to wyśmiewanie czyli potoczne określenie na dosłowne „zaoranie” kogoś, czyli zgaszenie kogoś ciętą ripostą, ośmieszenie w dyskusji lub w komentarzach w sieci. To co w internecie może być źle odebrane jako atak, w pewnych sytuacjach jest akceptowalne i nie wywołuje gniewu czy chęci zemsty. Może i w mediach internetowych kiedyś wypracujemy zrytualizowane, akceptowalne i nieobraźliwe złośliwości?

Jednakże, aby uprawiać dozwoloną uszczypliwość, nie trzeba od razu pisać fraszek ani mieć literackiego Nobla. Wystarczy wsiąść do pociągu, najlepiej do ciasnego sześcioosobowego przedziału, gdzie na kilka godzin tworzy się efemeryczna, ale niezwykle zżyta wspólnota losu. Rozmowy współpasażerów to prawdziwy festiwal społecznie akceptowanej złośliwości – gremialne narzekanie na absurdalne spóźnienia, wyśmiewanie niekompetencji rządu czy wymowne prychanie na współczesną młodzież są tam absolutnie wymagane do nawiązania plemiennej więzi. Podobnie działa to w zgranych grupach towarzyskich, gdzie uszczypliwe, sarkastyczne docinki pod adresem przyjaciół stanowią wręcz walutę, za którą kupuje się pozycję w stadzie. Publiczne wytykanie sobie łysienia, skąpstwa czy zawodowych porażek, skwitowane gromkim śmiechem całej kanapy, to nic innego jak rytuał potwierdzający zażyłość. 

W przestrzeni publicznej wolno nam więc wciąż być cudownie uszczypliwymi, pod warunkiem, że nasze złośliwości ubierzemy w rym, rytm, wpleciemy w ludową melodię, albo wypowiemy z czarującym, ironicznym uśmiechem dzieląc los w pociągu relacji Olsztyn–Kraków.