29.08.2026

Relacja z VI Konferencji Ochrony Wód

Fot. Zofia Szulgit.

W Nowym Młynie nad rzeką Wełną (Wielkopolska) odbyła się VI Konferencja o Ochronie Wód. Byłem drugi raz i ponownie wracam bardzo zadowolony, z wieloma nowymi informacjami i pomysłami.  Uczestniczyli w tej konferencji naukowcy z różnych polskich uczelni i dyscyplin oraz przedstawiciele władz samorządowych i organizacji pozarządowych. Naukowcy spotykali się z praktykami by dyskutować o problemach ochrony wód, w tym wynikających ze zmian klimatu. Przedstawiano zarówno podstawy teoretyczne jak i przykłady praktycznych działań w różnej skali.

Konferencja wydaje się nietypowa, bo obrady i dyskusje odbywały się nie w jakimś hotelu czy na uczelnianej auli ale w terenie. Czyli tam gdzie się chroni wodę i gdzie najbardziej widać lokalne problemy z zasobami wodnymi. Tematyka konferencji widoczna była tuż obok, np. przepływająca rzeka Wełna i krajobraz rolniczy. Taka formuła do skuteczne wyjście z wiedzą naukową do społeczności lokalnej i szybki transfer wiedzy z uniwersytetu do praktyki. Formuła tej konferencji jest nietypowa i bardzo trafna. Warto ją naśladować w innych częściach Polski. Polecam uwadze i zachęcam do udziału w przyszłym roku.

Najkrócej konferencję możnaby streścić jednym zdanie: "rzeki to infrastruktura klimatyczna". Konferencja „Ochrona Wód” była dla mnie nie tylko spotkaniem specjalistów zajmujących się gospodarką wodną. Była przede wszystkim rozmową o tym, jak chcemy żyć w świecie, w którym woda staje się coraz bardziej deficytowym zasobem. Zmiany klimatu oznaczają przecież nie tylko wzrost temperatury. To także susze, gwałtowne opady (i wynikające z tego wysokie stany wód oraz powodzie błyskawiczne), powodzie, pożary i coraz większa nieprzewidywalność obiegu wody. Pytanie „co zrobić, gdy brakuje wody?” przestaje być pytaniem na przyszłość. Staje się pytaniem o teraźniejszość.

Jednym z kluczowych słów tej dyskusji jest retencja. Warto jednak patrzeć na nią nie tylko przez pryzmat pieniędzy wydawanych na budowę zbiorników. Każda złotówka przeznaczona na zatrzymanie wody może być bowiem także inwestycją w oszczędności. Jeżeli zatrzymamy wodę w krajobrazie, możemy później wykorzystać ją zamiast pobierać kolejne zasoby z głębszych warstw wodonośnych. Retencja jest więc nie tylko kosztem, lecz także formą naturalnej infrastruktury. W tym kontekście interesujący jest przykład rowów melioracyjnych. Sam rów nie zatrzymuje wody. Jeżeli ma jedynie szybko odprowadzać ją poza teren, działa przeciwko retencji. Potrzebne są działające zastawki, tradycyjnie nazywane szandrami, i przede wszystkim ich regulacja (musi ktoś je opuszczać i podnosić w odpowiednim czasie). Dopiero wtedy system melioracyjny może stać się systemem gospodarowania wodą, a nie tylko jej odprowadzania. W lasach czasem wystarczy bardzo proste rozwiązanie: zastawienie rowu jutowym workiem wypełnionym ziemią wydobytą z tego samego rowu. Nie zawsze potrzebujemy więc wielkiej betonowej inwestycji. Czasem potrzebujemy przede wszystkim wiedzy, wyobraźni i dobrego gospodarowania krajobrazem.

Ważna jest również zmiana naszego myślenia o rzekach. Przez dziesięciolecia wiele miejscowości odwracało się od rzek. Traktowano je jak przeszkodę, ściek albo kanał, który należy ujarzmić. Dzisiaj obserwujemy proces odwrotny. Miasta i wsie zaczynają zwracać się ku wodzie. Rzeka staje się miejscem spaceru, odpoczynku, rekreacji i spotkania. Odzyskujemy rzeki dla mieszkańców, bo zaczynamy rozumieć, że są one nie tylko elementem hydrologii, ale także częścią lokalnej tożsamości i przestrzeni publicznej. Taka przemiana dokonuje się w wielu miejscach Polski i Europy, choć oczywiście wymaga inwestycji i konsekwentnego planowania.

Równocześnie trzeba pamiętać, że nie każda forma retencji jest równie dobra. W coraz cieplejszym klimacie duży, płytki zbiornik z otwartym lustrem wody może być bardzo skutecznym „urządzeniem” do jej odparowywania. W wielu sytuacjach lepszym rozwiązaniem są mokradła, torfowiska, bagna czy płytkie zbiorniki porośnięte trzciną i inną roślinnością. Roślinność zacienia powierzchnię i ogranicza parowanie, a gleba i mokradła mogą przechowywać ogromne ilości wody. Zamiast więc trzymać wodę przede wszystkim na słońcu, powinniśmy uczyć się zatrzymywać ją w glebie i mokradłach.

Dolina rzeczna powinna być także korytarzem swobodnej migracji rzeki. Rzeka nie jest prostą rurą, którą można dowolnie przesuwać i prostować. Jej naturalna dynamika jest częścią funkcjonowania całego ekosystemu. Woda zajmuje bowiem nie tylko powierzchnię, którą widzimy. Woda to przestrzeń: trzy wymiary obejmujące atmosferę, powierzchnię terenu, glebę i wody podziemne. Dopiero tak rozumiany obieg wody pozwala zobaczyć, jak bardzo jesteśmy od niego zależni.

Woda nie znika sama z siebie. Zmienia miejsce, stan skupienia i drogę przepływu, a człowiek może ten obieg poważnie zaburzyć. Uszczelniamy powierzchnie, osuszamy mokradła, regulujemy rzeki, odprowadzamy wodę z krajobrazu, a później dziwimy się, że podczas suszy jej brakuje, a podczas ulewy pojawia się jej nagle zbyt dużo. Dlatego potrzebujemy nie tylko planów, lecz także mechanizmów ich wykonywania. Potrzebujemy „sojuszy zlewniowych”, czyli współpracy samorządów i instytucji znajdujących się w obrębie tej samej zlewni. Rzeka nie zna przecież granic gmin, powiatów ani województw. Jeżeli jeden samorząd zatrzymuje wodę, a drugi poniżej przyspiesza jej odpływ, trudno mówić o skutecznej gospodarce wodnej. Prawo wodne dotyczy nie tylko Wód Polskich. Dotyczy również samorządów wszystkich szczebli. Wójtowie, burmistrzowie i prezydenci miast mogą zrobić bardzo dużo.

W tej zmianie myślenia ważną rolę mogą odegrać także muzea. Muzeum jest swoistą świątynią wiedzy, ale zarazem miejscem dialogu nauki ze społeczeństwem i budowania narracji o świecie. Wystawy mogą więc nie tylko opowiadać o przeszłości, lecz także pomagać zrozumieć przyszłość. Mogą pokazywać, czym jest retencja, dlaczego mokradła są ważne i dlaczego rzeka jest częścią klimatycznej infrastruktury miasta. Bo rzeki rzeczywiście są infrastrukturą klimatyczną. Ich zanik, podobnie jak osuszanie mokradeł i degradacja gleb, może być początkiem kolejnych katastrof. Ochrona wód nie jest więc zadaniem wyłącznie hydrologów, przyrodników czy administracji. To zadanie społeczne.

I chyba właśnie o to chodziło w konferencji „Ochrona Wód”: nie tylko o to, jak gospodarować wodą, ale o to, jakiej zmiany potrzebujemy w naszym myśleniu. Antropocentryzm nie musi oznaczać przekonania, że człowiek stoi na szczycie wszystkiego i może podporządkować sobie przyrodę. Można rozumieć go inaczej: człowiek jest w centrum odpowiedzialności, a nie na szczycie hierarchii stworzonej przez siebie samego.

Dlatego warto pytać nie tylko, ile kosztuje retencja. Warto zapytać, ile kosztuje jej brak. I jeszcze ważniejsze pytanie: w jakim świecie chcemy żyć i co właściwie rozumiemy przez dobre życie? Jeśli odpowiedzią ma być świat, w którym możemy spacerować nad żywą rzeką, korzystać z czystej wody i przetrwać kolejne fale suszy oraz ulew, musimy zacząć zatrzymywać wodę tam, gdzie spada. I zrobić to wspólnie.

Ja na komentowanej konferencji przedstawiłem referat pt. „Czy i dlaczego bioróżnorodność małych zbiorników wodnych jest zagrożona?”. W referacie zawarte były wyniki wieloletnich badań (ponad 40-letnich) nie tylko nad nad chruścikami i nie tylko zbiorników z Warmii i mazur ale i wielu części Polski. Najwięcej oczywiście informacji było z okolic Olsztyna, jako przykład problemu i zachodzących zmian.
 
Materiały z konferencji publikowane są nie tylko w formie tradycyjnych, tekstowych streszczeń referatów ale i w formie nagrań widea i bezpłatnie dostępne w kanale https://www.youtube.com/@KonferencjaJaracz



28.08.2026

Moje próby wyjścia z rytualnego impasu



Czytaliście "Konopielkę" Edwarda Redlińskiego, wydaną w 1973 roku? Ja ją czytałem dawno temu a wciąż we mnie tkwi. I ekranizacja tej książki także. Niby książka o tematyce wiejskiej, ale jest w niej aspekt uniwersalny, odnoszący się do reagowania na zmiany. Upór przed wprowadzeniem kosy i wbrew faktom i dowodom naocznym, siła uprzedzeń zakłócająca poznanie i doprowadzająca do przemocy są uniwersalne. Opór wbrew faktom, wbrew doświadczeniu, trwanie przy rytualne utrwalonych czynnościach daje sią zauważyć nie tylko na wsi. Konserwatyzm czasem bywa dobry. Ale  nie w obliczu głębokich zmian.

Trzeba otworzyć okno, by wpuścić więcej światła i przewietrzyć zatęchłą atmosferę. Nie, nie było stęchlizny od zawsze. Ona się pojawiła z czasem. Wietrzyć pokój trzeba systematycznie. Podobnie z edukacją. Co jakiś czas znowu trzeba odpowiadać na stare pytania o sens, cel i znaczenie. Nieustannie potrzebna refleksja i stawiania podstawowych pytań. I ciągłe szukanie aktualnej odpowiedzi, bo ta sprzed wielu lat może być już mocno nieadekwatna.

Jako nauczyciel akademicki coraz częściej mam wrażenie, że uczestniczę w wielkiej przemianie, która dotyka samego fundamentu edukacji. Przez lata pytanie „Co wiesz?” było oczywiste, niemal rytualne. Zakładało, że wiedza jest czymś, co student nosi w sobie, jak zasób zgromadzony w pamięci. Tymczasem dziś, w epoce natychmiastowego dostępu do informacji, to pytanie traci sens. Wystarczy telefon, szybkie wyszukiwanie, a teraz także narzędzia sztucznej inteligencji, które potrafią nie tylko znaleźć odpowiedź, lecz także ją zinterpretować, uporządkować i przedstawić w formie gotowej do użycia. W takim świecie sprawdzanie pamięci staje się anachronizmem. Dlatego coraz częściej staram się pytać inaczej: „Jak potrafisz zarządzać wiedzą, którą masz pod ręką?”.

To pytanie otwiera zupełnie nową przestrzeń dydaktyczną. Nie chodzi już o to, by student posiadał wiedzę, lecz by potrafił się w niej poruszać. To właśnie konektywizm - przekonanie, że wiedza jest rozproszona w sieciach, narzędziach, relacjach, a kompetencją staje się umiejętność docierania do niej, filtrowania jej i przekształcania w coś sensownego. W tym sensie sztuczna inteligencja nie jest zagrożeniem, lecz katalizatorem zmiany. Uświadamia nam, że tradycyjne formy egzaminowania - testy, kolokwia, odpytywanie - badają jedynie to, co najłatwiej zautomatyzować. A skoro algorytm potrafi odpowiedzieć szybciej i precyzyjniej niż człowiek, to nie ma sensu konkurować z maszyną w zapamiętywaniu faktów.

Dlatego szukam nowych form pracy ze studentami. Zamiast klasycznych esejów proszę o projekty, narracje, opowieści, materiały hybrydowe, a nawet formy postpiśmienne: nagrania, prezentacje mówione, wizualne eksperymenty. Chodzi o to, by student nie tylko odnalazł informację, lecz by potrafił ją przetworzyć, nadać jej własny sens, włączyć ją w opowieść o świecie. W tym sensie projekt staje się testem kompetencji poznawczych, a nie pamięciowych. To sprawdzian tego, czy student potrafi z wiedzy zrobić użytek - czy potrafi ją zastosować, zinterpretować, przekształcić, a czasem nawet zakwestionować.

Jednym z najcenniejszych narzędzi w tej nowej dydaktyce jest dziennik refleksji. To nie jest zwykły zeszyt z notatkami. To laboratorium myślenia, miejsce, w którym student uczy się obserwować własny proces poznawczy. Widzę, jak z tygodnia na tydzień zmienia się jego sposób patrzenia na świat, jak wiedza zaczyna się splatać z doświadczeniem, jak rodzą się pytania, których wcześniej nie potrafił sformułować. Dziennik pozwala mi ocenić nie to, ile student wie, lecz jak myśli. A to w epoce sztucznej inteligencji staje się kluczowe. Takie mam głębokie przekonanie.

Podobnie jest z e‑bookami, projektami terenowymi, cyfrowymi portfolio. Każda z tych form pozwala studentowi wejść w rolę twórcy, a nie tylko odbiorcy wiedzy. Wymaga od niego nie tylko orientacji w informacjach, lecz także umiejętności ich selekcji, interpretacji i prezentacji. To właśnie te kompetencje - krytyczne, narracyjne, projektowe - stają się dziś najważniejsze. Sztuczna inteligencja może podpowiedzieć treść, ale nie zastąpi ludzkiej zdolności nadawania sensu.

Moje własne poszukiwania w tej nowej rzeczywistości polegają więc na redefinicji roli nauczyciela. Nie jestem już strażnikiem wiedzy, który ocenia poprawność odpowiedzi. Staję się przewodnikiem po krajobrazie informacji, towarzyszem w procesie myślenia, kimś, kto pomaga studentowi zrozumieć, jak działa jego własny umysł. W świecie, w którym wiedza jest zawsze pod ręką, edukacja musi uczyć nie pamięci lecz mądrości. Nie reprodukcji lecz interpretacji. Nie tylko powtarzania lecz tworzenia. Dlatego pytanie „Co wiesz?” ustępuje miejsca pytaniu „Co potrafisz zrobić z wiedzą, którą masz?”. I to właśnie pytanie - proste, a jednocześnie fundamentalne - staje się osią współczesnej dydaktyki. W epoce sztucznej inteligencji nie chodzi o to, by wiedzieć więcej, lecz by myśleć głębiej. A to jest kompetencja, której żadna maszyna za nas nie przejmie. Przynajmniej na razie.

22.08.2026

Czy i dlaczego bioróżnorodność małych zbiorników wodnych jest zagrożona?



Utrzymująca się i nasilająca się od ponad dekady susza hydrologiczna powoduje powolne lecz sukcesywne zanikanie małych zbiorników okresowych, tych śródleśnych jak i tych śródpolnych. Po ostatniej, nieco bardziej śnieżnej zimie, wiele zbiorników ponownie wypełniło się wodą w Polsce Północno-Wschodniej. Przynajmniej częściowo (choć nie wszystkie) zbiorniki odnowiły się wiosną 2026 roku. Susza roku 2026 skupia uwagę społeczną na wysychających rzekach i jeziorach. To jest najbardziej widoczne. Małe zbiorniki okresowe, zarówno te w dolinach rzecznych jak i w krajobrazie pojeziernym, nie wywołują większych dyskusji. I tak większość z nich w okresie letnim była co roku  wyschnięta, a wiec poza wakacyjnym widokiem. Nie są wiec obecne w społecznej świadomości. A poza tym mała jest skala i brak bezpośredniego przełożenia na gospodarkę. Kto by się więc takimi małymi zbiornikami przejmował?

Niektóre zbiorniki okresowe, znajdujące się w Lesie Miejskim w Olsztynie, obserwuję już od blisko 40 lat. Tej wiosny woda pojawiła się lecz zaskakująco mało było płazów i nie widać niegdyś masowo występujących chruścików takich jak: Limnephilus stigma, Grammotaulius nitidus, Glyphotaelius pellucidus czy Anabolia brevipennis. Całkowicie zanikło siedlisko okresowego strumienia z chruścikiem Ironoquia dubia. To stan utrzymujący się co najmniej od kilku lat. W ubiegłym roku zbiorniki te w większości były całkowicie suche wiosną. Zdawałoby się, że owady zdolne do aktywnego lotu szybko mogą rekolonizować odnawiające się zbiorniki. A jednak i tu widać duży ubytek różnorodności biologicznej. Wynika to zapewne z dużej skali (krajobrazowej i regionalnej) zaniku siedlisk wodnych. Brakuje więc refugiów, w których mogłyby przetrwać populacje w latach bardziej suchych. Znacznie trudniejsza sytuacja jest dla reliktowych skorupiaków takich jak dziwogłówka wiosenna. Na ich niekorzyść działa także szybko podnosząca się temperatura wód wiosennych. Skorupiaki te giną, gdy woda jest zbyt ciepła. W ubiegłym roku niektóre zbiorniki śródpolne wypełniły się wodą dopiero późnym latem. To zbyt późno dla rozrodu płazów i owadów wód okresowych. 

Wydaje się, że małe zbiorniki wodne są bardzo wrażliwe na zmiany klimatu i postępującą suszę. A przede wszystkim narażona jest zamieszkująca je bioróżnorodność. Potrzebne są pilne badania porównawcze by ocenić skalę i tempo tych zmian. Mamy dużo danych sprzed 30-50 lat, więc jest punkt odniesienia. Wydaje się także, że potrzebne są pilne i aktywne działania na rzecz czynnej ochrony i renaturyzacji takich zbiorników. Ma to znaczenie nie tylko dla retencji wody oraz celów gospodarczych lecz i dla ochrony różnorodności biologicznej.

Wydaje się także konieczna czynna ochrona i rozmnażanie nie tylko płazów i skorupiaków w warunkach kontrolowanych, ale i nawet wielu gatunków owadów. Działania takie mogą być podejmowane w małej skali lokalnej. Ale tylko duża skala tych działań może wywrzeć skutek widoczny w skali krajobrazu czy regionu. 

Nieco poszerzone streszczenie referatu na VI Konferencję o Ochronie Wód, która odbędzie się w dniach 25-26 sierpnia 2026 roku w Porcie Nowy Młyn. 

20.08.2026

AI jako proteza językowa



Od blisko pięćdziesięciu lat noszę okulary. To proteza dla moich oczu. Dzięki nim widzę świat wyraźniej i lepiej, rozpoznaję twarze z daleka, i napisy na tablicy czy ekranie. Oczywiście, okulary mają swoje wady. Ograniczają pole widzenia. W czasie deszczu pokrywają się kroplami, zimą po wejściu do ciepłego pomieszczenia natychmiast zaparowują. Czasem się gubią, czasem spadają z nosa. Mimo to nie rozważam rezygnacji z nich. Zrosłem się z nimi jak w symbiozie. Bilans korzyści jest oczywisty.

Podobnie jest z uzębieniem. Natura wyposażyła mnie w komplet zębów, ale czas zrobił swoje. Są plomby, są implanty. To również swoiste protezy a więc ciała obce, nieorganiczne. Nie są idealne, wymagają troski i kosztują niemało, ale dzięki nim mogę normalnie jeść, a moje zdrowie jest lepsze. I z ust nie wydobywa się niemiły zapach, co ma znaczenie w kontaktach międzyludzkich. I mogę się bez skrępowania uśmiechać. Gdybym mógł wybierać, wolałbym oczywiście mieć własne, doskonałe zęby. Jednak życie nie pyta o nasze preferencje. Ewolucja nie tworzy organizmów idealnych – tworzy organizmy wystarczająco dobre. A cywilizacja i zmiana sposobu jedzenia przyniosły ze sobą próchnicę. Teraz stomatologia niweluje te mankamenty cywilizacyjno-ewolucyjne. Bez tych protez ocznych i uzębieniowych moje życie byłoby gorsze, krótsze, mniej komfortowe. Inni mają sztuczne zastawki, szyny i śruby w złamanych kończynach, czasem całe protezy kończyn, itp.

Od dzieciństwa zmagam się z dysleksją. Pisanie nigdy nie było dla mnie tak łatwe jak mówienie. Literówki, błędy, przestawione litery – to moi długoletni towarzysze. Przez lata pomagały mi słowniki (te nie zawsze są pod ręką), później komputer z korektą pisowni (czasem poprawia nie na to słowo, które powinien). Dziś pojawiło się kolejne narzędzie – sztuczna inteligencja (AI). I coraz częściej zastanawiam się, czy nie jest ona po prostu kolejną protezą. Tym razem nie dla oczu ani zębów, lecz dla języka.

To określenie może brzmieć prowokująco. Słowo „proteza” kojarzy się z ubytkiem, z niepełnosprawnością, z czymś sztucznym. Tymczasem biolog patrzy na protezy trochę inaczej. Każde narzędzie rozszerzające możliwości organizmu jest w pewnym sensie przedłużeniem jego fenotypu. Bobry budują tamy, ślimaki noszą muszle, chruściki budują przenośne domki, pustelniki wykorzystują porzucone muszle innych gatunków, a teraz fragmenty butelek, i innych ludzkich artefaktów, które jako śmieci trafiają do morza. Ludzie od tysięcy lat posługują się ubraniem, ogniem, pługiem, od setek lat książką i od niedawna komputerem. Wszystkie te wynalazki zmieniają relacje organizmu ze środowiskiem. I zmieniają relację między ludźmi. Ewolucja pełna jest przykładów takich rozszerzeń. Co więcej, często przestają one być jedynie narzędziami, a stają się częścią nowej całości.

Biologicznym przykładem jest symbioza. A początki jej czasem bywają pasożytnitwem, drapieżnictwem i tylko czasem protokooperacją lub komensalizmem. Dawno temu pewne bakterie nie zostały strawione przez większe komórki. Czy to one napadły na dużo większą od siebie komórkę preeukariotyczną, czy to raczej duży chciał zjeść małego? Niezależnie jakie były początki i "intencje" z czasem zaczęły żyć razem. A same bakterie z czasem przekształciły się w mitochondria – nasze komórkowe elektrownie. A komórka-gospodarz stała się w pełni eukariontem z organellami. Inne bakterie (sinice) stały się chloroplastami roślin. Bez tych dawnych symbiontów nie byłoby zwierząt, roślin ani grzybów w obecnej postaci. Te nowe organizmy powstały nie tyle przez rywalizację, lecz przez współpracę. A na pewno przez integrację swojego z tym obcym, zewnętrznym.

Podobne zjawiska obserwujemy w całych ekosystemach. Porost nie jest ani samym grzybem, ani samym glonem. Jest nową jakością. Mrówki hodują mszyce niczym pasterze bydło. Przeżuwacze nie mogłyby trawić celulozy bez miliardów mikroorganizmów, zamieszkujących ich żołądkowe żwacze. Rafy koralowe istnieją dzięki współpracy koralowców z glonami. W przyrodzie granice między „ja” i „nie-ja” okazują się znacznie mniej ostre, niż zazwyczaj nam się wydaje.

Czy podobny proces zaczyna zachodzić między człowiekiem a sztuczną inteligencją? Nie twierdzę, że AI jest żywym organizmem. Nie jest. Jest ludzkim narzędziem. Nie ewoluuje biologicznie, nie rozmnaża się, nie odczuwa. Ale w relacji z człowiekiem zaczyna pełnić funkcję przypominającą biologiczną symbiozę. Ja dostarczam doświadczenia, wiedzy, intencji i pytań. AI pomaga mi formułować zdania, porządkować argumenty, dostrzegać alternatywy językowe. Osobno jesteśmy czymś innym niż razem. Ołówek czy pióro, pozwalające zapisywać myśli i zdania osłabia naszą pamięć. Bo wystąpienia już nie musimy wymyśleć i w pełni zapamiętać by je potem wygłosić. Możemy zapisywać, poprawiać i dopiero potem wygłosić. Albo odczytać. 

Pytanie tytułowe jest szczególnie interesujące w przypadku osób takich jak ja. Dyslektyk przez całe życie inwestuje ogromną ilość energii w poprawność zapisu. Tak jak osoba zacinająca się,  męcząca się z dłuższą wypowiedzią. Ta energia mogłaby zostać wykorzystana gdzie indziej. Na spokojne leżenie na sofie lub na myślenie, analizę, tworzenie nowych idei. Jeśli proteza językowa przejmuje część mechanicznej pracy (jest swoistym służącym lub asystentem), nie musi oznaczać intelektualnego lenistwa. Może być raczej przesunięciem zasobów poznawczych na wyższy poziom. Choć może uzależnić. Tak jak panicz z arystokratycznej rodziny, który nie potrafi sam się ubrać czy zrobić sobie śniadania.

Oczywiście każda proteza ma swoją cenę. Okulary mogą się stłuc a na pewno zawężają pole widzenia. Implant może wymagać wymiany (a na pewno jego zakładanie wiążą się z bólem i wkładem finansowym). AI również ma ograniczenia. Potrafi się mylić, konfabulować, tworzyć pięknie brzmiące, lecz fałszywe zdania. Kto bezkrytycznie zaufa tej protezie, szybko przekona się, że ostre widzenie nie zawsze oznacza prawdziwego obrazu świata.

Dlatego nie chodzi o zastąpienie człowieka przez AI. Chodzi o nauczenie się nowej współpracy. Tak jak współpracy z innymi ludźmi, ze zwierzętami gospodarskimi. A nawet z narzędziami – wytworami człowieka. Być może za kilkadziesiąt lat korzystanie z AI będzie równie zwyczajne jak noszenie okularów. Nikt nie będzie pytał, czy tekst został napisany z pomocą sztucznej inteligencji, tak jak dziś nikt nie pyta, czy autor pisał w okularach albo używał edytora tekstu zamiast maszyny do pisania. Lub czy pisał ręcznie w zeszycie a potem dał do przepisania swojej asystentce. 

Najciekawsze pytanie brzmi jednak inaczej. Nie: „Czy AI odbierze nam umiejętność pisania?”. Lecz: „Jakim gatunkiem staniemy się dzięki tej nowej relacji?”. Może już trzeba używać innej nazwy, nie Homo sapiens tylko Homo sapientissimus lub Homo artificialis? Ewolucja wskazuje nam, że czasem największe przełomy nie rodziły się z doskonalenia pojedynczego organizmu, lecz z tworzenia nowych związków między różnymi organizmami. Być może jesteśmy właśnie świadkami narodzin kolejnej formy współpracy. Jeszcze nie biologicznej, ale już poznawczej. A jeśli historia życia czegoś uczy, to tego, że dobrze funkcjonujące symbiozy potrafią przetrwać setki milionów lat.

Dawno temu opanowanie ognia spowodowało, że nasz mózg się powiększył a jelita skróciły. I przy ognisku narodziły się opowieści. Opanowanie węgla i maszyny parowej spowodowało rozwój cywilizacji i znowu wywarło biologiczny skutek na naszych ciałach i społecznościach. Żyjemy w czasach kolejnej, wielkiej zmiany zarówno ewolucyjnej jak i technologicznej. A co z tego wyniknie, to się za jakiś czas nasi potomkowie dowiedzą.

18.08.2026

Kto uratuje nas przed niewiedzą? Dlaczego świat potrzebuje ekologów?



Zmiany klimatu przestały być abstrakcyjnym tematem naukowych konferencji. Coraz częściej stają się codziennym doświadczeniem. Długotrwałe susze przeplatają się z gwałtownymi ulewami, poziom wód gruntowych spada, z krajobrazu znikają owady zapylające, a wraz z nimi kolejne gatunki roślin i zwierząt. W takich chwilach społeczeństwo zadaje bardzo konkretne pytania: jak gospodarować wodą? Jak chronić bioróżnorodność? Czy wycinać drzewa, czy i gdzie sadzić nowe? Jak urządzać miasta, aby były odporne na upały? Jak prowadzić rolnictwo, by nie niszczyć środowiska? Odpowiedzi na te pytania nie biorą się z opinii ani z internetowych dyskusji. Powstają dzięki wieloletnim badaniom terenowym, obserwacjom i analizie danych. Właśnie dlatego świat potrzebuje ekologów. A warto przypomnieć, że ekologia to nauka zajmująca się poznawanie praw zachodzących na styku organizm-środowisko i organizm-inny organizm. A ekolodzy to naukowcy.

Za pośrednictwem dziennikarzy naukowcy coraz częściej odpowiadają na pytania społeczeństwa. Sam regularnie udzielam wywiadów dotyczących jakości wód, zmian klimatycznych, owadów, jezior czy ochrony przyrody. W każdej takiej rozmowie staram się oddzielać fakty od domysłów. Nie wystarczy bowiem wiedzieć, co się dzieje. Trzeba jeszcze rozumieć dlaczego tak się dzieje i jakie będą konsekwencje podejmowanych decyzji.

Ekologia jest nauką o zależnościach. Pokazuje, że usunięcie jednego elementu ekosystemu może wywołać lawinę nieoczekiwanych skutków. Uczy patrzenia na przyrodę jak na skomplikowaną sieć powiązań, a nie zbiór przypadkowych gatunków. Bez tej wiedzy łatwo podejmować kosztowne błędy – zarówno w gospodarce wodnej, leśnictwie, rolnictwie, jak i planowaniu miast.

Paradoks polega na tym, że właśnie teraz, gdy wiedza ekologiczna jest potrzebna bardziej niż kiedykolwiek, na uczelniach kurczy się liczba etatów w podstawowych naukach terenowych. Ubywa botaników, zoologów i ekologów prowadzących systematyczne badania w lasach, na łąkach, rzekach i jeziorach. A nawet w miastach (ekologia miasta). A przecież przyrody nie da się poznać wyłącznie zza biurka i mikroskopu.

Sztuczna inteligencja jest znakomitym narzędziem do analizowania informacji, wyszukiwania zależności i wspomagania interpretacji wyników. Jednak nie zastąpi człowieka brodzącego po bagnach, liczącego ptaki o świcie, pobierającego próbki wody, rozpoznającego rośliny na torfowisku czy przez wiele lat obserwującego zmiany zachodzące w jednym jeziorze. AI analizuje dane, ale najpierw ktoś musi je zdobyć.

Dlatego inwestowanie w ekologów nie jest luksusem ani fanaberią. Jest inwestycją w bezpieczeństwo społeczeństwa. Im lepiej rozumiemy funkcjonowanie ekosystemów, tym mądrzej potrafimy gospodarować wodą, chronić bioróżnorodność i przygotowywać się na zmieniający się klimat. Świat nie potrzebuje mniej ekologów. Potrzebuje ich dziś bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Kompetencją XXI wieku jest umiejętność zapominania i oduczania się. Świat zmienia się tak szybko, że nie wystarczy uczyć się nowych faktów i nowoodkrytych zależności w przyrodzie. Trzeba również umieć oduczać się nieadekwatnych zachowań i nawyków. Kiedyś się ich uczyliśmy bo w tamtym czasie miały sens. Ale jeśli się dużo wokół nas zmieniło, to trzeba zmieniać także codzienne nawyki. Przyroda to bardzo złożony system a na dodatek teraz zachodzą głębokie i znaczące zmiany.

Współpracy z mediami muszą uczyć się sami naukowcy ale i media muszą umieć prowadzić sensowny dialog z naukowcami. By poznać i zrozumieć a nie tylko by mieć klikalnego newsa. Czasem w dwóch zdaniach nie da się wyjaśnić złożonego problemu. Trzeba więcej czasu i wysiłku.

17.08.2026

Krótkie rozmowy czyli jak opowieść ukształtowała nasz gatunek




Gdy myślimy o ewolucji człowieka, przed oczami stają nam zazwyczaj krzemienne toporki, ucieczka przed drapieżnikami czy opanowanie ognia. Jednak z biologicznego i ewolucyjnego punktu widzenia naszym najbardziej spektakularnym narządem okazuje się wysoce społeczny mózg, a najskuteczniejszą strategią przetrwania – umiejętność tworzenia i dzielenia się opowieściami.

Zanim powstała Encyklopedia PWN, Wikipedia, podręczniki szkolne czy sieciowe algorytmy, tworzenie i rozpowszechnianie wiedzy (zarządzanie) wiedzą miało charakter głęboko prosumpcyjny. Każdy członek pierwotnej grupy był jednocześnie odbiorcą i autorem informacji o świecie. Nasz przodek patrzył własnymi oczami na otoczenie, a następnie relacjonował to, co dostrzegł, reszcie plemienia. I tak było przez setki tysięcy lat. Każdy widział swoimi oczami i opowiadał, relacjonował innym, czasem halucynował czyli zmyślał, fantazjował, konfabulował, czasem był to fałszywy obraz rzeczywistości. Tak powstawały także mity i baśnie. Bo mówienie w grupie to bycie wyżej w hierarchii społecznej. Chociaż przez moment. Dlatego niektórzy mają takie trudności z zakończeniem swojej wypowiedzi....

Nie był to jednak chłodny, cyfrowy zapis rzeczywistości. Biologiczny aparat sensoryczny oraz pamięć Homo sapiens nie działają jak kamera wideo. Są z natury ułomne, powiązane z emocjami i skłonne do uleganiu złudzeniom. Gdy brakowało twardych danych, mózg – biologicznie nieznoszący próżni poznawczej – łatał luki wyobraźnią. Zmyślaliśmy, fantazjowaliśmy i konfabulowaliśmy. Dzisiaj, po doświadczeniach ze sztuczną inteligencją, nazwałybyśmy ten proces „halucynowaniem”. W perspektywie ewolucyjnej była to jednak iskra, z której rozgorzała kultura. To właśnie na pograniczu niedokładnej percepcji i twórczej wyobraźni narodziły się mity, baśnie i pierwsze próby objaśnienia groźnego wszechświata. Co ciekawe, ten fałszywy lub wyolbrzymiony obraz rzeczywistości często pełnił funkcję adaptacyjną: strach przed hipotetycznym, zmyślonym potworem w ciemnym lesie skutecznie chronił przed realnym drapieżnikiem, chorobą czy pasożytem.

Tworzenie narracji pełniło również fundamentalną rolę w strukturze socjalnej. W biologii społecznej mowa jest odpowiednikiem iskania u naczelnych, ale o znacznie większym zasięgu. Mówienie na forum grupy oznaczało budowanie własnej pozycji w hierarchii. Dlatego właśnie opowiadaliśmy to, co widzieliśmy, czego doświadczyliśmy, co usłyszeliśmy. Niczym mrówka, przynosiliśmy informacje ze świata zewnętrznego. Dzięki nawet tym krótkim opowieściom każda osoba opowiadając przynajmniej na moment zyskuje prestiż poznawczy i społeczny. Osoba potrafiąca przykuć uwagę rodziny, grupy, plemienia, wzbudzić emocje czy skupić myśli innych wokół wspólnego mitu, automatycznie zyskiwała szacunek. Barwna opowieść była dowodem wysokiej sprawności intelektualnej i bogatych zasobów społecznych – odpowiednikiem pawiego ogona w świecie ludzkiej kognitywistyki.

W tym kontekście zabawianie opowieściami nie stanowiło ewolucyjnego luksusu ani zbędnej rozrywki. Z biologicznego punktu widzenia snucie narracji było równie kluczowe dla przetrwania jak przynoszenie wartościowego pożywienia czy obrona obozowiska przed przeciwnościami losu. Jedzenie dostarcza białka i kalorii, obrona przed zagrożeniem daje bezpieczeństwo grupie, a opowieść jest spoiwem społecznym, redukcją lęku, przekazem wiedzy i budowaniem tożsamości. Nawet gdy są to z pozory banalne informacje, dowcipy, anegdoty czy zagadki do rozwiązania. Zabawianie opowieściami jest równie ważne jak przynoszenie jedzenia czy obrona przed przeciwnościami losu.

Opowieść spajała grupę, budowała zaufanie i ułatwiała współpracę w skali, jakiej nie osiągnął żaden inny gatunek na Ziemi. Dostarczała pożywienia dla ducha, budując tkankę społeczną, bez której żaden osobnik nie przetrwałby samotnie w środowisku.

Jesteśmy potomkami tych, którzy potrafili opowiadać i słuchać. Choć współcześnie dysponujemy zaawansowanymi technologiami, wciąż napędza nas ta sama biologiczna potrzeba. Dawne ognisko zamieniliśmy na ekrany, ale nasza natura pozostała bez zmian: jesteśmy narracyjnymi małpami, dla których dobrze opowiedziana historia wciąż znaczy tyle samo, co codzienny chleb.

Prosumpcję wiedzy (gdy każdy był producentem i konsumentem jednocześnie) w dużym stopniu skomercjalizowaliśmy. W telewizji, gazetach, radiu czy mediach społecznościowych są zawodowi (komercyjni) opowiadacze i reporterzy zbierający informacje. Media społecznościowe, ze względu na ich prosumpcyjny charakter, pozwalają nam wrócić do społecznych korzeni. Skala jest tylko inna -  ogrom słuchaczy. Kiedyś z wiedzy korzystaliśmy bezpłatnie. W miarę rozwoju cywilizacji i poszerzania się wielkości grupy, wiedza uległa znaczącej komercjalizacji. Może to efekt specjalizacji tak jak i innych zawodów czy umiejętności? Dawno temu każdy sam robił sobie ubranie, plótł koszyk, teraz specjalizujemy się w czynnościach. Dlatego wzrosła jakość usług i produkcji. Czy to samo dotyczy tworzenia i przekazywania wiedzy ogólnoludzkiej? I czy cała ta wiedza może zostać bezkarnie skomercjalizowana? Profesjonalizacja i komercjalizacja nie zawsze przynosi dobre efekty.

13.08.2026

AI jest jak stałocieplność u zwierząt – kosztowna energetycznie




Słusznie obawiamy się, że powszechne korzystanie z AI to rosnące zużycie energii elektrycznej. A tego cennego zasobu nie warto zużywać na błahe sprawy. Tak jak i inne technologie (od samochodu po pralkę i komputer) AI wymaga energii elektrycznej. Ułatwia nam pracę, czasem daje rozrywkę, ale niesie spore koszty energetyczne. W niniejszym artykule chciałbym porównać AI do stałocieplności zwierząt. Bo stałocieplność też jest kosztowna energetycznie.

Od czasu do czasu pojawiają się w ewolucji rozwiązania, które na pierwszy rzut oka mogą się wydać nierozsądne. Są kosztowne, wymagają ogromnych nakładów energii i sprawiają wrażenie biologicznej rozrzutności. A jednak to właśnie one zmieniają reguły gry. Jednym z takich wynalazków była stałocieplność ssaków i ptaków. Drugim – być może – jest współczesna sztuczna inteligencja. Z biologii można jeszcze podać przykład ludzkiego narządu – mózgu. To bardzo energochłonny narząd. Jakie daje korzyści, skoro jest kosztowny energetycznie i sprawia kłopoty przy narodzinach? Na pierwszy rzut oka porównanie biologii z informatyką wydaje się karkołomne. Jednak gdy spojrzymy na oba zjawiska przez pryzmat ekonomii energii, podobieństwa okazują się zaskakująco głębokie.

Przez większą część historii życia na Ziemi dominowały zwierzęta zmiennocieplne. Bezkręgowce, gady, płazy, ryby nie produkują dużych ilości ciepła własnym metabolizmem. Są rozsądnie oszczędne, dostosowują się do temperatury otoczenia. Gdy robi się chłodno, ich metabolizm zwalnia. Kiedy wyjdzie słońce, ożywają. Ich organizmy przypominają niezwykle oszczędne samochody – spalają niewiele paliwa, ale osiągi zależą od warunków zewnętrznych. Taka strategia ma ogromne zalety. Zmiennocieplny wąż czy krokodyl może przez wiele dni obyć się bez jedzenia. Krokodyl po obfitym posiłku potrafi nie polować przez tygodnie. W świecie, gdzie zdobycie pokarmu jest niepewne, oszczędność energii staje się wielką zaletą. Nieprzypadkowo właśnie zmiennocieplność dominuje wśród współczesnych gatunków zwierząt. Wyobraźmy sobie siebie samych – obfity posiłek na Boże Narodzenie i Święta Wielkanocne, a potem nic. Ileż odeszłoby pracy i ile uwolnilibyśmy czasu!

Jednak oszczędność ma swoją cenę. Gdy temperatura otoczenia spada, spada również wydajność mięśni i tempo reakcji enzymatycznych. Zmiennocieplny organizm staje się zakładnikiem pogody. Nie może polować zimą, trudno mu być aktywnym nocą, a zasiedlanie chłodniejszych obszarów staje się poważnym wyzwaniem. Stąd popadanie w stan odrętwienia czy anabiozy.

Około dwustu milionów lat temu, w filogenezie zwierząt powstały organizmy, które przestały polegać na cieple otoczenia. Zaczęły same produkować ciepło, spalając duże ilości energii. Narodziła się stałocieplność. Z punktu widzenia rachunku energetycznego był to krok ryzykowny. Ssaki i ptaki potrzebują wielokrotnie więcej pokarmu niż gady o podobnej masie ciała. Ich serca biją szybciej, płuca pracują intensywniej, a mitochondria nieustannie produkują ATP, którego znaczna część zamienia się po prostu w ciepło. Organizm inwestuje energię nie tylko w ruch, wzrost czy rozmnażanie, ale również w utrzymanie stałej temperatury. A przy stałej temperaturze powstają enzymy, które działają optymalnie w określonej temperaturze. Jednym z zysków jest optymalizacja.

Dlaczego dobór naturalny nie odrzucił tak kosztownego rozwiązania? Bo koszt okazał się inwestycją. Stałocieplność pozwoliła uniezależnić aktywność od temperatury otoczenia. Ssaki mogły polować zimą, ptaki latać o świcie, a wiele gatunków prowadzić nocny tryb życia w chłodniejszych regionach świata. Mogły zasiedlać chłodne regiony, wysokie góry i obszary polarne. Ich mięśnie pracowały z pełną wydajnością niezależnie od pogody. W świecie, gdzie liczy się szybkość reakcji, długotrwała aktywność i zdolność eksplorowania nowych środowisk, wyższy rachunek energetyczny okazał się ceną wartą zapłacenia.

Dobrym przykładem przewagi stałocieplności może być porównanie ssaka pustynnego i pustynnej jaszczurki. Oba organizmy żyją w tym samym środowisku, ale zupełnie inaczej gospodarują energią. Pustynia w ciągu dnia jest miejscem skrajności. Rozgrzany piasek i skały osiągają temperatury, przy których trudno utrzymać aktywność, natomiast nocą ta sama pustynia gwałtownie się wychładza. Dla jaszczurki oznacza to konieczność ciągłego dostosowywania się do warunków zewnętrznych. Wieczorem jej metabolizm zwalnia, a nocny chłód niemal zatrzymuje aktywność. Rankiem zwierzę musi najpierw znaleźć odpowiednio nasłonecznione miejsce i cierpliwie czekać, aż promienie słońca podniosą temperaturę jego ciała. Dopiero wtedy mięśnie zaczynają pracować z pełną wydajnością, a polowanie staje się możliwe.

Ssak pustynny funkcjonuje inaczej. Gdy nocą temperatura spada, jego organizm nie czeka na zewnętrzne źródło energii. Nadal utrzymuje stałą temperaturę, a jego mięśnie i układ nerwowy pozostają gotowe do działania. O świcie, kiedy jaszczurka dopiero zaczyna "uruchamiać swoje systemy", ssak może już od dawna przemierzać teren w poszukiwaniu pożywienia. Nie musi czekać na odpowiedni moment. Jego wewnętrzny metabolizm działa jak nieustannie pracujący silnik. Ale za tę gotowość trzeba zapłacić. Ssak musi zdobywać znacznie więcej energii niż jaszczurka. I ma kłopoty przy wyższej temperaturze z pozbywaniem się nadmiaru ciepła. Każdy dzień oznacza większe zapotrzebowanie na pokarm. Organizm stałocieplny przypomina samochód, który nie tylko musi dojechać do celu, ale również przez całą noc utrzymywać pracujący silnik. Można wyobrazić sobie zimowy poranek i samochód z niesprawnym akumulatorem. Kierowca wie, że rano może pojawić się problem z uruchomieniem silnika. Jednym ze sposobów rozwiązania problemu byłoby pozostawienie samochodu z włączonym silnikiem przez całą noc. Rano samochód na pewno ruszy bo silnik jest już rozgrzany, wszystkie układy działają, nie ma ryzyka zimnego startu. Ceną za tę niezawodność jest jednak duże zużycie paliwa.

Stałocieplność działa na podobnej zasadzie. Zwierzę płaci energetyczny "rachunek za gotowość". Nie oszczędza tak jak jaszczurka, która wyłącza niemal cały kosztowny metabolizm i korzysta z darmowego ogrzewania słonecznego. W zamian ssak otrzymuje coś niezwykle cennego czyli możliwość działania wtedy, gdy środowisko nie jest sprzyjające. To właśnie jest jedna z największych zalet kosztownych rozwiązań ewolucyjnych: nie zawsze są tańsze, ale bywają bardziej niezawodne.

Podobny mechanizm obserwujemy w przypadku sztucznej inteligencji. Serwery i obwody potrzebują ogromnej ilości energii, specjalistycznej infrastruktury i ciągłego "metabolicznego podtrzymywania życia" w centrach danych. Jednak dzięki temu jest zawsze gotowa do działania, może przetwarzać informacje niezależnie od chwili i warunków oraz wykonywać zadania wymagające ogromnej złożoności. Jest jak nasz duży kosztowny mózg – szybko analizuje dużo danych i ułatwia szybkie dostosowanie się do aktualnej sytuacja. Po prostu uczy się, w przeciwieństwie do wolniej działającego mechanizmu selekcji naturalnej. Ale w większości czasu nasz mózg zajmuje się zdawałoby się próżną zabawą. Niby jałowy bieg, bezproduktywny dla ewolucyjnego i ekologicznego dostosowania się. Bo po co tracić energię na zabawę czy jałowe gadanie?

Tak jak ssak nie czeka rano na słońce, aby rozpocząć aktywność, tak system sztucznej inteligencji nie zaczyna każdego zadania od zera. Dysponuje wytrenowanymi modelami, infrastrukturą i zdolnością błyskawicznego reagowania. Oczywiście cena pozostaje wysoka. Tak jak pustynny ssak musi codziennie zdobyć więcej pokarmu niż jaszczurka, tak sztuczna inteligencja wymaga większych nakładów energetycznych niż tradycyjne algorytmy czy myślenie analogowe. Pytanie nie brzmi jednak wyłącznie: "ile energii zużywa?". Pytanie brzmi: "co otrzymujemy w zamian za tę energię?". W ewolucji odpowiedzią była większa niezależność i zdolność zajmowania nowych nisz. W technologii odpowiedzią może być większa zdolność rozwiązywania problemów, szybsza analiza informacji i tworzenie narzędzi, które wcześniej były poza zasięgiem przeciętnego człowieka.

Energia jest kosztem. Ale czasem jest również inwestycją w nowe możliwości. Tak właśnie było wtedy, gdy pierwsze ssaki zaczęły ogrzewać własne ciała. I być może podobnie jest dzisiaj, gdy człowiek buduje maszyny, które zaczynają "utrzymywać własną temperaturę intelektualną".

Wróćmy na chwilę jeszcze do biologicznej stałocieplności zwierząt. Nie oznacza to, że stałocieplność jest rozwiązaniem uniwersalnie lepszym. W wielu środowiskach i sytuacjach ekologicznych zmiennocieplność często wygrywa. Gdy zasoby są ograniczone, organizm spalający niewiele energii ma większe szanse przetrwania. W biologii nie istnieją rozwiązania idealne. Istnieją jedynie rozwiązania lepiej lub gorzej dopasowane do określonych warunków.

Ta lekcja ewolucji okazuje się zaskakująco aktualna, gdy spojrzymy na rozwój sztucznej inteligencji. Dzisiejsze modele sztucznej inteligencji, wymagają dużej ilości procesorów i pamięci danych a więc dużo sprzętu i dużo energii. Przypominają raczej organizmy stałocieplne. Nieustannie przetwarzają ogromne ilości informacji, wymagają potężnych procesorów i centrów danych zużywających ogromne ilości energii elektrycznej. I albo trzeba tę energią zabrać z innych procesów cywilizacyjnych albo wyprodukować jej więcej niż dotychczas. I jeszcze potrzebna woda do chłodzenia...

Wytrenowanie dużego modelu językowego pochłania energię, która jeszcze kilkanaście lat temu wydawałaby się niewyobrażalna dla pojedynczego programu komputerowego. Do tego dochodzi energia potrzebna do jego codziennego działania oraz woda do chłodzenia serwerów. Co ciekawe, podobnie jak u ssaków znaczna część tej energii zamienia się po prostu w ciepło, które trzeba skutecznie odprowadzić. Serwerownie przypominają pod tym względem żywe organizmy. Mają własne systemy chłodzenia, obiegi cieczy, wymienniki ciepła i skomplikowane mechanizmy utrzymujące odpowiednią temperaturę pracy. Tak jak organizm ssaka nie może dopuścić do przegrzania mózgu, tak centrum danych nie może pozwolić na przegrzanie procesorów.

Czy oznacza to, że sztuczna inteligencja jest energetycznie nieefektywna? To zależy od punktu widzenia. Jeżeli mierzymy jedynie zużycie energii, odpowiedź brzmi: tak. Jeżeli jednak mierzymy zdolność rozwiązywania problemów, szybkość analizy danych, tworzenia nowych rozwiązań czy wspomagania człowieka w pracy intelektualnej, obraz staje się znacznie bardziej złożony. Podobnie jak stałocieplność, wykorzystując AI płacimy wysoki rachunek za uzyskanie większej niezależności od ograniczeń środowiska. AI potrafi analizować miliony dokumentów, tłumaczyć teksty, wspierać lekarzy, projektować białka czy pomagać naukowcom w odkrywaniu nowych zależności. Wszystko to odbywa się kosztem energii. Energii, które zabraknie na inne procesy gospodarcze lub aktywność człowieka. Lub musimy zwiększyć produkcję energii a to oznacza kolejne nakłady inwestycyjne i być może także emisję gazów cieplarnianych. A na pewno oznacza to przekształcanie środowiska Ziemi.

Historia biologii podpowiada jednak coś jeszcze. Ewolucja nigdy nie kończy się na pierwszym, mało ekonomicznym rozwiązaniu. Ptaki należą dziś do najbardziej wydajnych energetycznie organizmów o wysokim metabolizmie. Ich układ oddechowy i krwionośny osiągnął sprawność, o której inżynierowie mogą tylko marzyć. Być może podobna droga czeka sztuczną inteligencję. Dzisiejsze modele są energochłonne, ale kolejne generacje mogą wykonywać te same zadania znacznie mniejszym kosztem.

Być może za kilkadziesiąt lat będziemy patrzeć na współczesne centra danych tak, jak biolog patrzy dziś na pierwsze stałocieplne ssaki – jako na etap przejściowy. Kosztowny, nieco niezdarny, ale otwierający drogę do kolejnego skoku ewolucyjnego. Bo zarówno w przyrodzie, jak i w technice, postęp rzadko polega na minimalizacji kosztów. Częściej polega na znalezieniu takiego poziomu inwestycji energetycznej, który otwiera możliwości wcześniej niedostępne. Energia nie jest tylko wydatkiem. Jest walutą, za którą można kupić niezależność, elastyczność i zdolność przekraczania ograniczeń. A to właśnie te cechy najczęściej decydują o sukcesie – zarówno organizmów żywych, jak i technologii tworzonych przez człowieka.

Podsumowaniem może być zwrot „rachunek za gotowość” - ssak płaci energią za to, że rano nie musi czekać na słońce, a AI płaci energią za to, że nie musi za każdym razem zaczynać myślenia od zera. Serwery ciągle są w działaniu. Bo i ciągle ktoś z AI korzysta. To w pewnym sensie łączy biologię z filozofią techniki. Na koniec wato postawić sobie pytanie, czy i co zyskujemy przez powszechne używanie AI? Czy ten zysk warto okupić dużym i stałym wydatkiem energetycznym?