27.05.2026

Odszkolnić uniwersytet, czyli o mądrości w czasach sztucznej inteligencji

Jeden obraz wart tysiąca słów: na uniwersytetach ubywa studentów i ubywa studentów na wykładach.
 

Każda zmiana jest trudna. Ostatnie lata to doświadczanie głębokiej zmiany cywilizacyjnej i próby dostosowania dydaktyki akademickiej do tych zmian. Można oczywiście udawać, że nic się nie dzieje, że to tylko studenci źli, że młode pokolenie niedobre itd. Takie zaklęcia dla samousprawiedliwienia. Lepiej jest jednak próbować zrozumieć zmiany cywilizacyjne jakie się dokonują oraz próbować dostosować edukacje do tych nowych warunków. I wcale nie chodzi o obniżanie wymagań. Może wyjaśnię to na przykładzie: uczelnia z wykładami dla Polaków. A co będzie, gdy przyjdą np. Francuzi, Niemcy, Somalijczycy? Nie da się wykładać po polsku. Można oczywiście kazać się studentom najpierw nauczyć mówić i pisać po polsku. Ale można także dostosować język przekazu do odbiorcy. I wcale nie oznacza to obniżenia poziomu. Umiędzynaradawianie polskich uniwersytetów już następuje, coraz więcej zajęć jest w języku uniwersalnym czyli w języku angielskim. Taka współczesna łacina. 

Przejdę od metafory. Wiosenne słońce wpadające przez okna uniwersyteckich sal rzuca jaskrawe światło na kryzys, o którym w kuluarach rozmawiamy od lat, a który w dobie kultury ekranowej i sztucznej inteligencji stał się egzystencjalnym pytaniem o sens akademii/uniwersytetu. Kiedy algorytm potrafi w kilka sekund wygenerować poprawną systematykę bezkręgowców, streścić gruby podręcznik do ekologii czy napisać po[prawny esej o ekologii krajobrazu, musimy zapytać wprost: po co nam dzisiaj wykłady ;podające i co właściwie sprawdzamy podczas egzaminów? Bo przecież wykłady i egzaminy to kwintesencje uniwersytetu. Tak przy najmniej było. Może dalej tak będzie? Tylko wtedy te wykłady i te egzaminy będę nieco inaczej wyglądały. Tego nowego staram się nauczyć. A wcześniej zrozumieć sytuację i zachodzące procesy.

Tradycyjny model akademicki, będący kalką dziewiętnastowiecznej szkoły, trzeszczy w szwach juz od dawna. Jeśli się nie zmieni, uniwersytet stanie się kosztownym skansenem. Czas na nowo zdefiniować relację między mistrzem a uczniem, przenosząc ciężar z encyklopedycznego „wiem” na relacyjne i ekologiczne „rozumiem i współistnieję”. Tak, wiem, mój język skażony jest porównaniami biologicznymi. To coś więcej niż tylko powierzchowne podobieństwo. W tle poszukuję wspólnego wzorca systemów.

Od kilku lat próbuję mniej mówić na wykładach a więcej rozmawiać i angażować studentów. Idzie mi to opornie i powoli. Trudni wyskoczyć z utartych kolein i wieloletnich przyzwyczajeń. Czasem wychodzę ze studentami na wykład ... do parku. Tak było ostatnio na wykładzie ze studentkami kierunku pedagogika przedszkolna i wczesnoszkolna. Przedmiot - edukacja społeczno-przyrodnicza. W terenie nie da się powiedzieć tylu słów co na sali. Nie ma poglądowych slajdów z tekstem czy ilustracjami. Ale jest możliwość doświadczania przyrody. Przecież niebawem, jako absolwentki i nauczycielki same będą wychodzić w teren ze swoimi przedszkolakami i uczniami. Z zaskoczeniem patrzyłem na emocje, gdy studentki wyłowiły z jeziora raka amerykańskiego i mogły go dotknąć. takie same emocje będą u dzieci. 

Wykład w parku to w konwencji przekazywania wiedzy zmarnowany czas. Bo w sali wykładowej można byłoby wypowiedzieć więcej słów i zawrzeć więcej informacji. A ile by zostało w studenckich głowach? Wiedzą mogą samodzielnie czerpać z książek, z internetu, z AI. A emocje i doświadczanie są unikalne. Może więc na współczesnych wykładach nie jest najważniejsze przekazywanie wiedzy? Może relacje, motywacje i rozumienie są ważniejsze i bardziej deficytowe? Zmierzam do tego, że wykłady jako takie nie muszą zniknąć z planu zajęć. Może zmieni sie ich forma. Staram się to zrozumieć i praktykować. Idzie mi to wolno. Ale widzę progres. Widzę też, że musze nauczyć się nowej dydaktyki. Już nie tylko prezentacja w Power Poincie lecz nowy sposób projektowania procesu uczenia się, w którym tablet, smartfon i aplikacje AI nie są przeszkoda a wsparciem. Tak jak w judu - nie przeciw2stawiać się przeciwnikowi tyko wykorzystać jego siłę. 

A co z egzaminem? ten zawsze kojarzy się ze sprawdzaniem wiedzy. Przyjrzyjmy się krytycznie temu, czym przez dekady był egzamin na kierunkach biologicznych. I na wszystkich innych. W swoim najgorszym, choć wciąż powszechnym wydaniu, realizował on trzy ukryte funkcje. Był narzędziem posłuszeństwa, nieświadomym narcyzmem akademickim i podobno sprawdzał wiedzę praktyczną.

Tak więc po pierwsze, egzamin bywał narzędziem instytucjonalnej tresury, dla niektórych był sposobem na zmuszenie studenta do posłuszeństwa. Egzamin jako rytuał przejścia, w którym władza nad losem młodego człowieka koncentruje się w ręku profesora, uczy nie biologii, lecz konformizmu i strategii przetrwania w zhierarchizowanym systemie. Uczy wpisywania sie w oczekiwany klucz odpowiedzi. Ma pokazać swoją podległość i podlizywanie się zwierzchnikowi. To w jakimś sensie dobre, bo przecież żyjemy w społeczeństwie hierarchicznym i zawsze mamy jakiegoś szefa nad sobą. I jesteśmy szefami dla innych. Uczymy się z tym żyć. Od dziecka słyszałem, że pokorne ciele dwie matki ssie. To jakaś wielowiekowa, społeczna mądrość. Ale nawet do wielowiekowej mądrości warto podejść krytycznie i na nowo przemyśleć stare wzorce.

Po drugie, taki egzamin jest często nieświadomym narcyzmem akademickim. Sprawdza nie tyle wiedzę studenta, ile wiedzę samego egzaminatora. Profesor, niczym wzorzec z Sèvres, staje się jedynym punktem odniesienia. Kryterium sukcesu brzmi: „Czy student myśli tak jak ja i czy powtarza moje własne słowa?”. Czy był na wykładach i zapamiętał moje święte słowa? To ślepa uliczka, która zamiast odkrywców produkuje kopie – klony intelektualne, które w dynamicznie zmieniającym się świecie są bezradne. Sam się na tym wielokrotnie przyłapywałem. Bo co uznać, za punkt odniesienia? To co ja sam wiem? A to czego nie wiem nie jest już ważne? Przecież najczęściej sam nie wiem czego jeszcze nie wiem. A co być może jest ważne i istotne. 

Po trzecie wreszcie, próbowano bronić egzaminów jako testu wiedzy przydatnej w praktyce. Tyle tylko, że definicja tej „praktyki” uległa całkowitej dezaktualizacji. Dawniej praktyką było pamiętanie klucza do oznaczania owadów (cech diagnostycznych). Dziś praktyką jest umiejętność postawienia właściwego pytania badawczego, zinterpretowania danych w terenie i krytycznej weryfikacji tego, co podpowiada nam ekran smartfona. Albo umiejętność wykorzystania narzędzia w telefonie do rozpoznawania gatunków. Wiedzy jest zbyt dużo, by ją zapamiętać a czasy zbyt dynamiczne by mieć dobry kanon najważniejszej wiedzy. Nie jest tak ważne co wiedzą lecz ważne jest to, co z dostępną wiedza potrafią zrobić. To wprost odniesienie do konektywizmu. Szukanie i weryfikacja informacji jest współcześnie tak ważna jak kiedyś umiejętność czytania i pisania. 

Od lat mniej więcej wiem, jak nie powinien wyglądać egzamin. Ale to nie znaczy, że wiem jak powinien. Coś tam popróbuję, ale nie mam pewności czy to jest właściwe. I czy ma sens. Na przykład egzamin trwający cały semestr i który ma postać dziennika refleksji. Przecież mogą korzystać z narzędzi AI w pisaniu, wymyślaniu. I korzystają. Sam fakt posiłkowania się AI nie jest niczym złym. Diabeł tkwi w szczegółach, by narzędzia AI były pomocnym narzędziem a nie zastępowały pracy i myślenia. teraz dla mnie wyzwaniem nie jest sprawdzenie wiedzy studenta lecz sprawdzenie rozumienia procesów i sprawdzenie tego, co student potrafi zrobić z dostępną wiedzą. Elementy tego procesu już od dawna przewijają się w pytaniach nawet maturalnych. W pytaniu są podstawowe dane a zdający egzamin ma wybrać z tych danych to co istotne i pokazać swój sposób rozumienia. Zatem być może wystarczy konsekwentniej pójść tą droga.

Współczesny świat niesie za sobą niezwykle zróżnicowane i płynne potrzeby. Student biologii, biotechnologii, mikrobiologii  czy pedagogiki wczesnej edukacji nie potrzebuje sztywnego zestawu zamkniętych regułek, które zdezaktualizują się za pięć lat. Potrzebuje elastyczności. Tymczasem sztywne zakresy wymagań i kurczowe trzymanie się sylabusów nakierowanych na reprodukcję wiedzy sprawiają, że edukacja staje się jedynie taśmą produkcyjną powielającą schematy myślowe wykładowcy. W świecie stabilnym i z wolnymi zmianami zdobyta wiedza przez wykładowcę była przez długie lata dobrym punktem odniesienie do weryfikacji wiedzy studenta. Teraz i profesorowie ciągle musza szybko uzupełniać swoja wiedzę w róznych jej aspektach. 

Do czego więc służą wykłady w dobie AI? Lub do czego mogłyby służyć? W kulturze ekranowej, gdzie uwaga jest towarem deficytowym, a student bombardowany jest tysiącami bodźców, tradycyjny wykład ex cathedra umarł. Próba konkurowania z Wikipedią, YouTubem czy ChatGPT na ilość przekazywanych faktów jest z góry skazana na porażkę. AI wie więcej, pamięta lepiej i nigdy się nie męczy. Bo korzysta z kumulatywnej wiedzy całej ludzkości. Bo AI szybciej i pełniej porusza się ogólnoludzkim konektomie wiedzy i doświadczeń. Także w sferze fantazji i halucynacji. 

Logika akademii musi więc ulec odwróceniu. Wykład nie może być już miejscem „transmisji danych”. Jego celem, miom zdaniem, jest zainteresować, zaciekawić i zainspirować do własnych poszukiwań. Profesor nie jest już dystrybutorem wiedzy, lecz kuratorem treści i architektem intelektualnej przygody (projekczycielem). Wykład z biologii czy ekologii ma być jak otwarcie drzwi do lasu – nauczyciel pokazuje bioróżnorodność, fascynujące powiązania troficzne, subtelność ewolucyjnych przystosowań, ale to student musi w ten las wejść i podjąć własną pracę. To tak jak uczyć się gotowania przez zapamiętywania przepisów z książki kucharskiej versus samodzielne gotowanie z błędami i porażkami. W tym drugim przypadku student zapamięta mniej przepisów, ale lepiej zrozumie sam proces gotowania i samodzielnego poszukiwania. 

Ekologia i edukacja przyrodnicza to nie są dyscypliny czysto teoretyczne, zamknięte w murach laboratoriów. One są potrzebne indywidualnemu człowiekowi do przetrwania i zrozumienia swojego miejsca w biosferze. Wykład ma budować osobistą relację studenta z ekosystemami i biosferą zmieniającej sie Ziemi. Ma uświadamiać, że zniszczenie lokalnego ekosystemu rzecznego to nie tylko strata w tabeli bioróżnorodności, ale realne zagrożenie dla naszej wspólnej przyszłości. Ekran smartfona spłaszcza świat do dwóch wymiarów; wykład ma przywrócić mu głębię, zapach, dotyk i moralny niepokój.

Co w tym roku spróbowałem? Od dawna studentom przekazuję prezentacje wykładowe, jako formę notatek. W tym roku nagrywam wykłady i generuję z pomocą AI plik tekstowy (audiodeskrypcja). Tez jako formę dodatkowych notatek. Po zakończeniu semestru przyjrzę się rezultatom i spróbuję ulepszych proces w kolejnym roku. Zapis audiodeskrypcji to surowe dane do dalszej poprawy. Część studentów w informacji zwrotnej pisze, że to się przydaje. Dawniej myślałem o nagrywaniu wykładów i późniejszym ich potem edytowaniu, poprawianiu, uzupełnianiu. Ale nigdy mi się to nie udało. Samemu nie dam rady. Potrzebny ktoś z zewnątrz. I najlepiej nagrywać dwoma kamerami, a potem miksować ze slajdami z prezentacji w zwarty, zintegrowany przekaz. Taki współczesny skrypt. Nawet próbowałem dzielić wykład na mniejsze porcje, nagrywałem na komputerze a potem umieszczałem a Genially. Jako swoisty skrypt epoki postpiśmiennej. Można byłoby tworzyć wykład hybrydowy. Ale brakuje mi asystenta. Nie jestem człowiekiem orkiestrą. Zbyt wiele jest do ogarnięcia. Wymyśliłem funkcję asystenta zajęć. Na razie słabo to wychodzi, bo studenci rzadko się do tej roli zgłaszają. I ja nie ma wykrystalizowanej wizji takiego podejścia. Pozostaje mi szukać dalej. Krok po kroku. Jest już wiem. sam profesor niewiele zdziała. Potrzebny cały ekosystem edukacyjny.

Jak zatem uczyć w tych nowych, wymagających czasach? Moim zdaniem odpowiedzią jest konektywizm czyli teoria uczenia się na miarę ery cyfrowej. Zakłada ona, że wiedza jest rozproszona w sieciach (ludzkich i technologicznych), a najważniejszą umiejętnością jest zdolność do dostrzegania powiązań między polami, ideami i pojęciami. Wiedzy całej ludzkości nie da się jednej osobie ogarnąć. nasze mózgi są zbyt małe w stosunku do ogólnoludzkiej wiedzy wypracowanej przez stulecia. Można się jednak nauczyć sensownie poszukiwać potrzebnej wiedzy. I można się nauczyć korzystać z tej wiedzy. W nawiązaniu do wykładów i egzaminów - ważniejsze staje się rozumienie procesów i umiejętność poszukiwania w ogromnym konektomie niż samodzielne zapamiętanie wszystkiego, co ważne. 

W takim świecie struktura relacji akademickich musi ulec spłaszczeniu. Przechodzimy od rywalizacji do współpracy. Student i wykładowca stają się partnerami w procesie badawczym. Nauczyciel akademicki musi przestać być sędzią, który z surową miną stawia stopnie i rozlicza z błędów. Powinien stać się mentorem, liderem i dowódcą wyprawy naukowej. Sam się tego uczę. Powoli ale jednak z jakiś progresem. I chcę tą swoją wiedza dzielić się z innymi. Na przykład przez dyskusje. 

Sędzia stoi z boku, poza grą, i ocenia. Lider idzie na czele, inspiruje swoim zapałem, dzieli się wątpliwościami i pokazuje, jak radzić sobie z porażką, która w naukach przyrodniczych jest przecież codziennością. Mentor w erze AI to ktoś, kto uczy mądrości: jak zadawać algorytmom mądre pytania, jak wątpić w ich odpowiedzi i jak syntetyzować wiedzę biologiczną z etyką i humanizmem.

Jak zatem powinien wyglądać współczesny egzamin na kierunkach biologicznych? Jeśli zmieniamy wykład, musimy zmienić też egzamin. Skoro odrzucamy pamięciówkę, jak sprawdzić kompetencje przyszłego biologa? Jednym z pomysłów, być może nie najlepszych, ale trzymam się każdego, jest to, że nowoczesny egzamin z przedmiotu przyrodniczego powinien opierać się na trzech filarach: zadaniach problemowych, krytycznej analizie źródeł i relacyjności w połączeniu z terenem,

Zadania problemowe i studium przypadków. Zamiast pytać o definicję sukcesji ekologicznej, dajmy studentowi realny problem: „Oto zdegradowany teren po pożarze w naszym regionie. Zaprojektuj proces jego renaturyzacji, uwzględniając zmiany klimatyczne i lokalną florę. Masz dostęp do internetu i AI – użyj ich jako asystentów, ale obroń swój projekt przed komisją”. Trzeba więc przygotować dobre materiały do takiego studium przypadku. Wiele pracy, od razu z marszu się nie da. Próbuję co roku pójść krok dalej. Zbyt wolno to idzie. Być może jestem zbyt niecierpliwy i zbyt dużo oczekuję?  Potrzeba szerszego zespołu i współpracy, także wsparciae ze strony uczelni. Ale na moim uniwersytecie administracja się rozrasta, powstają kolejne wyspacjowane centra z dyrektorami a stosunek liczby profesorów do pracowników technicznych cięgle się zmniejsza. Trzeba większość pomocy do zajęć zrobić samemu. Gdzie te czasy, gry przez wykładem przychodził pracownik techniczny i przygotowywał tablicę, pomoce, a  profesor wchodził na salę jak artysta na przygotowaną scenę i był zapowiedziany przez konferansjera. Teraz to wszystko trzeba zrobić samemu. Dwa w jednym, i profesor i asystent techniczny. Nie ma więc efektu wejścia. Student wchodzi na salę, gdy wykładowca już jest i się krząta, coś włącza, coś sprawdza. Nie ma wyraźnego początku wykładu. Nie oceniam czy to dobrze czy źle. Może w części rolę asystenta spełnią urządzenia i AI lub efektywniej włączymy w to samych studentów? A potem włączymy do procesu wspólnego przygotowania postpiśmiennego skryptu z notatkami z zakresu przedmiotu?

Weryfikacja i krytyka źródeł. Egzamin może polegać na przedstawieniu studentowi tekstu wygenerowanego przez sztuczną inteligencję na temat specyficznego zjawiska biologicznego (np. symbiozy mikoryzowej), w którym ukryto subtelne błędy merytoryczne i tzw. halucynacje AI. A może nie tylko tekstu lecz podcastu, wideo, zestawu fiszek itp.? Zadaniem studenta byłoby te błędy znaleźć, sprostować i podeprzeć się rzetelną literaturą naukową. Teoretycznie to możliwe, ale mi osobiście brakuje wielu umiejętności posługiwania się nowoczesnymi narzędziami. I wiem, że uda się to w pracy zespołowej, nawet online. Czas samotników już minął 

Egzamin relacyjny i terenowy. Biologii nie da się w pełni zrozumieć na ekranie. Egzamin to rozmowa na żywo, najlepiej w terenie, przy wspólnym stole laboratoryjnym lub nad brzegiem rzeki. To tam, w bezpośrednim kontakcie z przyrodą i drugim człowiekiem, sprawdza się umiejętność biologicznego myślenia przyczynowo-skutkowego, pasję oraz etyczną wrażliwość. Na taki egzamin trzeba byłoby więcej czasu. Wymagałby więcej wysiłku w przygotowanie i większego zaufania do oceniania. Bo terenowego egzaminu nie da się archiwizować tak jak pisemnego testu, z możliwością wglądu po 3, 5  czy 10 latach. 

To się musi zmienić w akademickim systemie kształcenia. Musimy porzucić iluzję, że kontrola i standaryzacja dają jakość. W czasach, gdy maszyny stają się coraz bardziej ludzkie w swoich możliwościach poznawczych, my, na uniwersytetach, musimy stać się bardziej ludzcy w swojej mądrości, relacyjności i szacunku dla natury. Odszkolnijmy uniwersytet, by uratować myślenie. Może w ten sposób paradoksalnie wrócimy do korzeni uniwersytetów? 

W dobie sztucznej inteligencji, która w kilka sekund generuje esej, zdaje egzaminy lekarskie czy pisze kod, tradycyjny model studiowania zaczyna trzeszczeć w szwach. Studiowanie musimy wymyśleć na nowo. Albo powrócić do źródeł w nowym wydaniu. Kiedyś to profesor był jedynym źródłem rzadkich informacji. Dzisiaj wiedza jest zdemokratyzowana i dostępna na jedno kliknięcie. Co traci sens? Siedzenie przez 90 minut i przepisywanie slajdów z PowerPointa, które wykładowca czyta monotonnym głosem. AI streści to lepiej i szybciej. Sprawdziłem to w tym roku na audiodeskrypcji. O ile cały wykład wyglądał dość słabo, bo były liczne błędy, o tyle jednostronicowe podsumowanie wyglądało bardzo sensownie i chyba przydatne jest w powtarzaniu materiału.

Co zyskuje sens? Wykład jako przestrzeń do dyskusji, moderowanej debaty i krytycznej analizy. Profesor nie powinien być już "mędrcem na scenie", ale "przewodnikiem idącym obok studenta". Sens mają wykłady inspirowane modelem odwróconej klasy: teorię przyswajasz w domu (np. z pomocą AI), a na uczelni porozmawiasz o jej praktycznym zastosowaniu i o najróżniejszych niuansach.

Tradycyjne egzaminy (zwłaszcza testowe lub pisane w domu eseje) w świecie AI stają się w pewnym sensie fikcją i pustym rytuałem. Skoro AI potrafi je zdać, to znaczy, że sprawdzały one jedynie pamięciówkę lub umiejętność schematycznego pisania – a to za mało na dzisiejsze czasy. Co traci sens? Zakuć, zdać, zapomnieć (3 razy z). Egzaminy sprawdzające suchą wiedzę faktograficzną. Czasem rozumienie, jeśli są to pytania otwarte. Jaki jest nowy sens egzaminowania? Przejście w stronę oceny kompetencji, a nie wiedzy. Zamiast pisać esej, student musi go obronić na żywo, odpowiadając na podchwytliwe pytania. Ale ja mam praktyczne pytanie: jak zorganizować taki egzamin? Tego jeszcze nie wiem. Dopiero próbuję. Zamiast rozwiązywać standardowe zadanie, student musi rozwiązać realny, skomplikowany problem, gdzie AI może być najwyżej asystentem, ale to człowiek musi podjąć decyzję i uzasadnić swój proces myślowy.

Coraz mocniej wybrzmiewa pytanie: "po co nam w ogóle uniwersytet w erze AI? Skoro AI "wie wszystko", po co studiować? Uniwersytet musi przestać być "fabryką dyplomów", a stać się czymś więcej. Jego nowa (a właściwie pierwotna, sokratejska) rola to kształtowanie mądrości, nie tylko wiedzy. Niby więc nowe, ale wracamy do korzeni akademii, do poczatków uniwersytetów. AI ma dane, ale nie ma mądrości życiowej, empatii ani zrozumienia kontekstu społecznego. Tak się nam przynajmniej na razie wydaje w pysze ludzkiego myślenia (że jesteśmy wyjątkowi i niepowtarzalni). PO Koperniku i Darwinie przezywamy kolejny wstrząs poznawczy.

W świecie fake newsów i halucynacji AI, umiejętność weryfikacji źródeł i wątpienia jest cenniejsza niż kiedykolwiek. Krytyczne myślenie zawsze było ważne. Ale teraz jest wazne jeszcze bardziej. Uniwersytet to przede wszystkim ludzie. Spotkania w kuluarach, wspólne projekty koła naukowego, kłótnie na seminariach. Tego żaden algorytm nie zastąpi. Zatem wykłady i egzaminy mają sens tylko wtedy, gdy uczą nas myśleć, a nie tylko pamiętać. Jeśli uniwersytety szybko się nie dostosują, staną się skansenami. Jeśli jednak podejmą rękawicę, mogą stać się kuźnią ludzi, którzy potrafią technologią AI mądrze zarządzać.

A jak Ty to widzisz ze swojej perspektywy? Studiujesz, wykładasz, czy po prostu obserwujesz ten dynamiczny świat z boku?

Ja próbuję odejść od sprawdzania tego, co student wie na rzecz tego, czy potrafi zarządzać wiedzą, którą ma pod ręką? I nie jest łatwo wypracować nowe standardy. Idzie mi z mozołem i ciągle mam różnorodne wątpliwości. 

25.05.2026

Nie tylko Dzień Chruścika, ale i Dzień Ważki




25 maja jest Dniem Ważki. W kalendarzu świąt dziwnych są i te przyrodnicze. Bo zawsze się znajdzie jakiś pretekst by opowiadać o przyrodzie i o niezwykłych owadach. Tak więc w kalendarzu pojawiają się czasem daty, które na pierwszy rzut oka wydają się egzotyczne, może nawet trochę żartobliwe. A jednak kryją w sobie coś więcej niż tylko sympatyczną ciekawostkę. Tak jest z Dniem Ważki, obchodzonym od 2019 roku w Polsce w dniu 25 maja. Jest świętem młodym, ale już rozpoznawalnym w środowisku miłośników przyrody. Jego inicjatorką była Ewa Rauner‑Bułczyńska z Puław. Data nie jest przypadkowa, to rocznica urodzin Edmonda de Sélys Longchamps, jednego z ojców współczesnej odonatologii (nauka zajmująca się badaniem ważek, dział zoologii i entomologii). Wybór tej postaci to nie tylko ukłon w stronę historii nauki, ale i przypomnienie, że fascynacja ważkami ma długą tradycję, a ich badanie łączy w sobie precyzję, wrażliwość i zachwyt nad światem wodno‑powietrznym. Ważki są duże i aktywne, łatwo je zauważyć w środowisku. Często pojawiały się w motywach malarskich secesji i Młodej Polski. A dla biologa fascynujące są różne aspekty ich biologii i filogenezy.

Dzień Ważki wyrósł z potrzeby popularyzacji wiedzy o owadach, które choć efektowne i chętnie fotografowane to wciąż pozostają dla wielu tajemnicą. To święto ma swój rytm i przyrodniczy rytuał. Są spacery nad wodą, warsztaty, pokazy larw i wylinek, opowieści o migracjach i terytorialnych pojedynkach samców. Maj to dobry fenologicznie czas by pokazywać wazki w terenie. W tle pobrzmiewa jednak głębszy sens. Ważki są wskaźnikami jakości środowiska, a ich obecność lub brak mówi o stanie wód i całego krajobrazu więcej niż niejeden raport dotyczący hydrochemii wód powierzchniowych. Świętując je, świętujemy więc także troskę o ekosystemy, które pozwalają im istnieć.

Zanim jednak pojawił się Dzień Ważki, w Polsce obchodzono już inne, jeszcze bardziej niszowe święto - Dzień Chruścika, ustanowiony 11 grudnia 2002 roku. Pomysł narodził się w radiowej Trójce, a od 2003 roku Olsztyn stał się nieformalną stolicą tego święta, organizując seminaria, spotkania i wykłady poświęcone owadom wodnym z rzędu Trichoptera. Chruściki, choć pozbawione spektakularnego uroku ważek (mniejsze, nocny tryb życia imagines, znacznie więcej gatunków i trudniejszych do rozpoznania niż wazki), mają w sobie inną siłę przyciągania. Larwy chruścików są mistrzami kamuflażu, architektami podwodnych domków. Na dodatek stanowią kluczowy element wodnych sieci troficznych. To owady, które nie epatują barwą ani lotem lecz uczą uważności pokazują, że piękno przyrody bywa ukryte, skromne, wymagające cierpliwego spojrzenia. Przyroda wymaga uważności i cierpliwości. Chruściki także.

Oba święta (Dzień Ważki i Dzień Chruścika) tworzą razem ciekawy duet. Ale nie są osamotnione. Są i inne podobne, entomologiczne, święta. Owady nam nie tylko wadzą lecz i fascynują bogactwem gatunków i różnorodnością cykli życiowych. Jest o czym opowiadać przez cały rok. Ale wróćmy do ważek i chruścików. Z jednej strony mamy owady, które kojarzą się z dynamiką, światłem i powietrzem. Z drugiej strony są te, które żyją w cieniu, na dnie, czasem w mule, wśród roślin zanurzonych w wodzie. Jedne przyciągają wzrok, drugie wymagają lupy. A jednak oba rzędy łączy wspólna przestrzeń: woda jako środowisko życia larw, cykl przeobrażeń, rola bioindykatorów, a także ich znaczenie w edukacji ekologicznej. Świętowanie ich dni to nie tylko sympatyczny gest wobec owadów, ale także forma opowieści o wodzie, o jej czystości, różnorodności i kruchości, o zdrowiu ekosystemu i zawiłościach ewolucji.

W czasach, gdy przyroda coraz częściej znika z codziennego doświadczenia, takie święta pełnią rolę małych latarni. Przypominają, że świat owadów wodnych jest fascynujący, że warto zatrzymać się nad brzegiem jeziora, rzeki, stawu czy strumienia. Że warto spojrzeć pod powierzchnię, poszukać domku chruścika, poszukać polujących larw ważek. Albo śledzić lot ważki nad trzcinami lub chruścików o zmierzchu nad wodą. To popularyzacja wiedzy w najczystszej postaci - nie nachalna, nie tylko akademicka lecz oparta na ciekawości i zachwycie. I może właśnie dlatego tak potrzebna.

Choć kojarzymy ważki przede wszystkim z powietrznym tańcem nad trzcinami, ważki są w istocie owadami wodnymi. Ich życie zaczyna się pod powierzchnią, w świecie ciemnym, gęstym i pełnym drapieżników. Dopiero później, po miesiącach – a czasem latach – spędzonych jako larwy, wynurzają się z wody, by przeobrazić się w jedne z najbardziej efektownych stworzeń lata. Ta podwójna natura ważek sprawia, że są znakomitym symbolem ekosystemów wodnych. Łączą to, co ukryte, z tym, co widoczne. Łączą to, co powolne, z tym, co szybkie i zwinne.

W Polsce żyje prawdopodobnie 74 gatunki ważek. Dlaczego prawdopodobnie? Bo do 72 gatunków dołączyły dwa nowe, a że w przyrodzie nic nie jest stałe, to można spodziewać się kolejnych gatunków lub wymierania tych, które były tu od dawna. Nasze ważki należą do dwóch podrzędów: równoskrzydłych (Zygoptera) i różnoskrzydłych (Anisoptera). Odonatologia (nauka o ważkach) ma w naszym kraju długą tradycję. Kiedyś były zaliczane do owadów siatkoskrzydłych, razem z chruścikami. Już w XIX wieku polscy przyrodnicy opisywali lokalne gatunki, a w ostatnich dekadach wiedza ta została uporządkowana i wzbogacona dzięki atlasom, monografiom i intensywnym badaniom terenowym. W tym corocznym warsztatom odonatologicznym. Polska odonatofauna jest dziś jedną z najlepiej rozpoznanych grup owadów, co nie jest wcale oczywiste, jeśli porównać ją z innymi rzędami, wciąż czekającymi na pełne opracowanie.

Ważki zawdzięczają tę popularność nie tylko efektownemu wyglądowi, lecz także roli, jaką pełnią w ekosystemach. Larwy są drapieżnikami polującymi na drobne bezkręgowce, kijanki, a nawet narybek. Dorosłe osobniki kontrolują liczebność komarów i muchówek, a ich obecność nad wodą jest jednym z najbardziej czytelnych sygnałów, że biocenoza wodna jest dobrze zachowana. To właśnie dlatego ważki stały się bioindykatorami – organizmami, które pozwalają ocenić jakość środowiska. Jeśli znikają, oznacza to, że w wodzie dzieje się coś niepokojącego.

W ostatnich latach rośnie także zainteresowanie ważkami wśród fotografów, edukatorów i miłośników przyrody. Powstają grupy obserwatorów, organizowane są spacery i warsztaty, a 25 maja obchodzimy Dzień Ważki – święto, które ma przypominać o ich znaczeniu i zachęcać do poznawania tych niezwykłych owadów. To nie tylko okazja do podziwiania ich barw i akrobacji, lecz także moment, w którym można opowiedzieć o wodzie: o jej czystości, o zagrożeniach, o tym, jak bardzo jest potrzebna zarówno nam, jak i im.

Ważki są więc nie tylko pięknym elementem letniego krajobrazu, ale także ambasadorami ekosystemów wodnych. Ich życie, zaczynające się w środowisku wodnym, a kończące w powietrzu, jest opowieścią o przemianie, o zależnościach między środowiskami i o kruchości natury. Patrząc na nie, widzimy nie tylko owada, lecz cały świat, który go stworzył i którego jest częścią. I może właśnie dlatego warto o nich mówić, pisać i świętować. bo w ich skrzydłach odbija się stan naszych jezior, rzek i mokradeł. I dawne demony słowiańskie ukryte w polskich nazwach takich jak np. świtezianka.

O niezwykłym sposobie zapłodnienia występującym u ważek, z wtórnym aparatem kopulacyjnym napiszę następnym razem. Kryje się tu i archaiczne pozostawianie plemniomieszka (typowe dla siedlisk wilgotnych) i terytorializm sprawnych lotników. Ślad początków filogenezy owadów.

23.05.2026

Niby nic, to tylko szubarga pięciokropka

Dwie larwy szubargi.
 Od ponad 40 lat odwiedzam źródła rzeki Łyny. Tu, jako student, zaczynałem swoja przygodę naukową z owadami i chruścikami w szczególności. Dlatego ;lubię tu wracać na ćwiczenia terenowe z zoologii bezkręgowców. Z perspektywy lat widać duże zmiany zapuszczania się przyrody. Przybyło siedliska martwego drewna, bobry pomogły z zdziczeniu krajobrazu. Niektóre dawne drogi polne zarosły i są nie do przebycia, polany zmieniły się w las. Człowiek systematycznie wycofuje się na rzecz dzikiej przyrody. I mimo że to rezerwat geomorfologiczny to bioróżnorodność jest tu fascynująca. Zawsze coś ciekawego entomologicznie się spotka.

Majowa wizyta wiąże się nieodmiennie z chrabąszczami majowymi. Byliśmy pod koniec maja, już po szczycie liczebności owadów dorosłych. W wielu miejscach widać było martwe owady objadane przez mrówki. Tym razem spotykaliśmy nie tylko ogniczka ale i oleicę.

Pośród tych ekscytujących i znanych mi owadów zawsze spotykam coś nowego, co udaje się utrwalić na zdjęciu. Na przykład te zielone larwy na liściach czeremchy. Myślałem, że to może gąsienice motyli. Skojarzyło mi sie z jakimiś modraszkami. Po powrocie do domu szukałem z wykorzystaniem Google Lens. Kilkanaście różnych propozycji, które trzeba było dokładniej sprawdzić, porównać i doczytać. Tak z pomocą narzędzi internetowych doszedłem, że do lary szubargi pięciokropki. Tu mała refleksja. Kiedyś musiałbym przeglądać liczne książki i atlasy entomologiczne by rozpoznać gatunek. szanse byłyby małe. Łatwiej znaleźć w takich książkowych opracowaniach gatunki pospolite lub charakterystyczne. Teraz technologia pomaga, a w teren nie trzeba zabierać kilku ciężkich przewodników do rozpoznawania tylko telefon z dostępem do internetu. Jest lżej i łatwiej. Potrzebne jest jednak krytyczne myślenie i doświadczenie.

Wróćmy jednak do bohatera ze zdjęcia. Te dwie zielona larw na zielonym liściu dobrze się maskują. Łatwiej zobaczyć ślady ich żerowania. To szubarga pięciokropka, Gonioctena quinquepunctata,  jeden z tych niepozornych mieszkańców naszych lasów i parków, których zwykle się nie zauważa, dopóki nie zacznie się patrzeć uważniej. A kiedy już się zobaczy małego, czerwonobrązowego chrząszcza z pięcioma czarnymi plamkami na pokrywach to trudno nie poczuć sympatii do stworzenia, które łączy w sobie prostotę wyglądu i zaskakującą złożoność biologii. Dorosłych szubarg nie widzieliśmy. Być możę kiedyś je widziałem, ale nie rozpoznałem i nimi się nie zaintersowałem. Teraz uwagę moja zwróciły larwy. Szubarga pięciokropkowa to gatunek związany niemal nierozerwalnie z czeremchą, drzewem o własnej, bogatej historii ekologicznej. I to właśnie na jej liściach rozgrywa się cały cykl życia tego niewielkiego chrząszcza z rodziny stonkowatych.

Wiosna zaczyna się dla szubargi wcześnie. Dorosłe chrząszcze zimują w ściółce, pod opadłymi liśćmi, w szczelinach kory – wszędzie tam, gdzie można przetrwać mrozy i wilgoć. Gdy tylko czeremcha wypuszcza pierwsze, jeszcze miękkie liście, chrząszcze wychodzą z ukrycia i ruszają na żer. To moment, w którym ich obecność najłatwiej zauważyć bo na młodych liściach pojawiają się drobne, okrągłe otworki, jakby ktoś nakłuł je igłą. To znak, że szubarga rozpoczęła sezon żerowania.

Najbardziej niezwykły element jej biologii ujawnia się jednak nieco później. Samice Gonioctena quinquepunctatażyworodne (a w zasadzie jajożyworodne). Zamiast składać jaja, rodzą w pełni ukształtowane larwy. Można powiedzieć, że chronią jaja w swoim ciele, dopóki mnie wyklują się z nich larwy. To rzadkość wśród chrząszczy i cecha, która zawsze budzi zdumienie, gdy opowiada się o niej studentom czy uczestnikom zajęć terenowych. Larwy pojawiają się na liściach czeremchy w kwietniu i maju, zwykle pojedynczo, choć na jednym liściu może ich być kilka. Żerują intensywnie, wygryzając charakterystyczne dziurki, a przy masowym pojawie potrafią przeobrazić liść w ażurową siatkę nerwów. Niczym koronkowa robota. Mimo to drzewa radzą sobie z tymi uszkodzeniami dość dobrze. Czeremcha jest odporna, a szubarga, choć żarłoczna, nie stanowi dla niej znaczącego zagrożenia.

Gdy larwa osiągnie dojrzałość, opuszcza liść i spada na ziemię. W ściółce, w cienkiej warstwie gleby, rozpoczyna się etap przepoczwarczenia> ten etap życia jest ukryty i łatwy do przeoczenia dla obszerwatora przyrody. Po dwóch lub trzech tygodniach z poczwarki wychodzi młody chrząszcz nowego pokolenia. Przez chwilę żeruje na liściach, ale lato to dla niego przede wszystkim czas przygotowań do zimy. Jeszcze zanim liście zaczną żółknąć, szubargi znikają z oczu, wtapiając się w warstwę opadłych liści, gdzie przeczekają chłody, by wiosną znów wrócić na czeremchę.

Choć gatunek ten bywa liczny, jego obecność rzadko budzi niepokój. W lasach i parkach nie prowadzi się żadnych działań ochronnych ani zwalczających. I słusznie, bo szubarga jest naturalnym elementem ekosystemu, a jej żerowanie nie wpływa istotnie na kondycję drzew. Jest jednym z wielu drobnych ogniw łańcucha zależności, które sprawiają, że wiosenne liście czeremchy są nie tylko piękne, ale i pełne życia. Sądząc po licznych śladach żerowania na liściach czeremchy, szubarga ma się dobrze w rezerwacie "U źródeł rzeki Łyny". 

Wystarczy więc zatrzymać się przy czeremsze w maju, unieść jeden z liści i spojrzeć pod światło. Może zobaczysz drobne, okrągłe perforacje, może larwę o miękkim, jasnym ciele, a może dorosłego chrząszcza z pięcioma czarnymi kropkami (dorosłe zobaczymy późnym latem). A jeśli tak to będziesz świadkiem małej historii, która co roku powtarza się wśród gałęzi, choć większość ludzi nigdy jej nie zauważa. I to właśnie w takich chwilach najlepiej widać, jak bogata i nieprzewidywalna potrafi być przyroda, nawet ta najbliższa.
.

Zapuszczony teren rezerwatu. Zapuszczony bo od puszczy. Upodabniający sie do pierwotnej puszczy. 


22.05.2026

Inteligencja rozproszona i hologenom



Nie milkną słowa oburzenia na Olgę Tokarczuk, że prowadzi rozmowy ze sztuczną inteligencją. Niezrozumiałe są dla mnie te oburzenia w czasach powszechnego i częstego korzystania z różnorodnych narzędzi sztucznej inteligencji. Jako społeczeństwo jeszcze nie znaleźliśmy sposobu korzystania z tego nieludzkiego członka naszej społeczności. Chciałbym do AI odnieść się w kontekście inteligencji rozproszonej (konektomu) oraz biologicznego pojęcia holobionta i hologenomu.

Mocno jeszcze tkwimy w dawne myśli filozoficznej, która powstała na odkrywczym i rewolucyjnym fundamencie kartezjańskiego cogito. Zgodnie z tym postrzegamy podmiot jako autonomiczną, izolowaną twierdzę świadomości. „Myślę, więc jestem” (cogito ergo sum) zamknęło inteligencję w granicach jednostkowego umysłu, a biologię – w granicach pojedynczego organizmu, wyraźnie oddzielonego od świata. Współczesna nauka, a w szczególności rewolucyjna koncepcja hologenomu, rzuca jednak wyzwanie temu paradygmatowi. Pozwala dostrzec coś jeszcze – wspólnotowość. Pokazuje ona, że to, co zwykliśmy uważać za zindywidualizowaną „istotę”, w rzeczywistości jest gęstą, wielogatunkową siecią współzależności. Może właśnie dlatego w filozofii rozwija się konektywizm?

W tym świetle intuicja francuskiego filozofa Pierre’a Lévy’ego, który postulował zastąpienie kartezjańskiej formuły nowym imperatywem: „Myślimy, więc jesteśmy” (cogitamus ergo sumus), zyskuje głębokie, biologiczne zakorzenienie. Lévy definiuje inteligencję zbiorową jako „formę powszechnie rozproszonej inteligencji, stale ulepszanej, skoordynowanej w czasie rzeczywistym i widocznej w efektywnym wykorzystaniu umiejętności”. Choć filozof odnosił te słowa do społeczeństwa informacyjnego, internetu i struktur takich jak Wikipedia czy algorytmy Google, to natura zrealizowała ten projekt miliardy lat przed powstaniem pierwszego serwera. Teraz możemy dodać jeszcze szybko rozwijająca się sztuczna inteligencję, połączoną z nami sieciami internetowymi i mobilnymi telefonami.

Gdy przyjrzymy się holobiontowi – czyli organizmowi gospodarza wraz z całym zasiedlającym go mikrobiomem – odkrywamy, że esencja inteligencji rozproszonej nie jest jedynie domeną ludzkiej technosfery, lecz fundamentalną zasadą samego życia. To nie wyjątek, to raczej coś powszechnego i uniwersalnego. Z perspektywy genetycznej żaden organizm wyższy nie jest monolitem. Nasz własny genom to zaledwie skromna partytura w potężnej orkiestrze genów bakteryjnych, protistowych, grzybowych i wirusowych, które wspólnie tworzą hologenom. Ta dynamiczna struktura działa dokładnie tak, jak opisywał to Lévy: żadna z cząstek tworzących ten układ nie posiada pełni wiedzy ani wszystkich narzędzi metabolicznych, a jednak całość funkcjonuje w sposób zintegrowany, samosterujący i celowy.

Wikipedia, tworzona bezinteresownie przez miliony edytorów z całego świata, jawi się jako doskonały ekwiwalent mikrobiomu jelitowego. Miliardy bakterii, nieświadome globalnego celu istnienia gospodarza, realizują swoje lokalne, ewolucyjne programy. Jednak efekt ich zsynchronizowanej w czasie rzeczywistym pracy – synteza neuroprzekaźników, modulacja układu odpornościowego, metabolizm ksenobiotyków (substancji obcych dla organizmu) – tworzy nową jakość. Grupa działa tak, jakby posiadała jeden, nadrzędny umysł. Przewód pokarmowy, często nazywany „drugim mózgiem”, jest w istocie rynkiem wymiany informacji, biologicznym Google, w którym chemiczne zapytania gospodarza znajdują natychmiastową, zoptymalizowaną odpowiedź w rozproszonej bazie danych mikrobiomu.

Badacze z Massachusetts Institute of Technology (MIT), analizując czynniki determinujące sukces ludzkiej inteligencji kolektywnej, doszli do wniosku, że o efektywności grupy nie decyduje suma indywidualnych ilorazów inteligencji (IQ) jej członków, lecz ich umiejętność współpracy. Wyróżnili oni trzy kluczowe elementy:
  1. Wnikliwość społeczną (wrażliwość na sygnały partnerów),
  2. Umiejętność dyskutowania (utrzymywanie struktur demokratycznych, nieautorytarnych),
  3. Obecność pierwiastka relacyjnego (empatii, skorelowanej statystycznie z większą liczbą kobiet w zespole).
Te czysto socjologiczne i psychologiczne determinanty znajdują swój uderzający analog w mikrobiologicznej architekturze holobiontu. Biologiczny konsensus dostrzegamy nie tylko w ekosystemie ale i mikrobiomie czy hologenomie. Mikroorganizmy w ciele gospodarza nie komunikują się za pomocą słów, lecz poprzez quorum sensing (wyczuwanie liczebności) – subtelny, chemiczny system „głosowania”, który pozwala bakteriom koordynować swoje zachowania dopiero po osiągnięciu odpowiedniego zagęszczenia. To nic innego jak biologiczna wnikliwość społeczna i nieustanna, molekularna dyskusja. Demokratyczny charakter tej wspólnoty objawia się w tym, że drastyczne zaburzenie tej równowagi (np. dominacja jednego patogennego szczepu) prowadzi do choroby całego układu – dysbiozy.

Powodzenie holobiontu, podobnie jak grupy badawczej czy zespołu projektowego, zależy od wspólnego celu. W świecie gier wideo projektanci jednoczą graczy wokół wspólnego zadania. W świecie przyrody tym wspólnym celem jest przetrwanie i adaptacja. Życie od samego zarania, od etapu pierwotnych hord i plemion, wiedziało, że w grupie jednostki są silniejsze. Oczywiście, nie tylko życie wiedziało to przez dobór naturalny było selekcjonowane. Zbiorowe podejmowanie decyzji pozwalało przetrwać kryzysy. W kontekście ewolucyjnym, hologenom jest ucieleśnieniem tej zasady: pojedynczy ssak czy owad dostosowuje swój genom przez pokolenia, ale jego mikrobiom potrafi przetasować swoje geny w kilka godzin, ratując gospodarza przed nową toksyną w środowisku. Synergia ta sprawia, że wynik całej grupy jest nieskończenie lepszy niż możliwości jej najsłabszego elementu.

Wracając do ujęcia historyczno-filozoficznego, możemy dostrzec fascynującą paralelę między rozwojem ludzkiej cywilizacji a ewolucją biologiczną. Na wczesnym etapie rozwoju – hordy czy plemiona – inteligencja zbiorowa miała charakter lokalny, organiczny, oparty na bezpośredniej bliskości ciał i głosów. Z czasem, dzięki pismu, drukowi, a ostatecznie sieci internetowej, ludzkość stworzyła zewnętrzny, techniczny substrat dla swojej kolektywnej mądrości. Sztuczna inteligencja jest kolejnym krokiem zwiększającym efektywność tego zbiorowego myślenia i działania. 

Hologenom pokazuje jednak, że natura nigdy nie porzuciła tej pierwotnej, organicznej formy sieciowości. Każdy z nas nosi w sobie taką „wewnętrzną internetową sieć” złożoną z bilionów mikroorganizmów. Filozoficzny projekt Lévy’ego, który widział w inteligencji zbiorowej „projekt humanistyczny” zwiększający dostęp do wiedzy i budujący społeczeństwo obywatelskie, w świecie biologii realizuje się jako projekt ekologiczny.

Zamiast hierarchicznego zarządu centralnego, mamy tu do czynienia z absolutną decentralizacją. Nie ma jednego „szefa” zarządzającego hologenomem; mózg gospodarza jest w stałym, dwukierunkowym dialogu (oś jelitowo-mózgowa) z lokatorami swoich flaków. To rozproszona mądrość ciała, która redefiniuje pojęcie suwerenności jednostki. Zrozumienie inteligencji rozproszonej w kontekście hologenomu zmusza nas do głębokiej rewizji pojęć takich jak „ja”, „inny”, „inteligencja” czy „świadomość”. Jeśli nasz nastrój, nasze wybory żywieniowe, a nawet sprawność naszych procesów poznawczych są współtworzone przez aktywność istot nie-ludzkich, to gdzie kończy się nasz umysł?

Zarówno w biologii, jak i w strukturach społecznych, największy potencjał osiąga grupa połączona relacjami sieciowymi. Tak jak komputery zwielokrotniły możliwości ludzkiego myślenia, tworząc globalną sieć informacji, tak hologenom spaja miliony lat ewolucji różnych królestw życia w jeden, sprawnie działający mechanizm. Powrócę jeszcze do sztucznej inteligencji. Ona maksymalizuje wspólna inteligencję rozproszoną. Usprawnia korektom, w którym myślimy i działamy. 

Odrzucając kartezjańską pychę izolowanego Ego, filozofia i biologia spotykają się dziś w tym samym punkcie: w zachwycie nad faktem, że istniejemy tylko dlatego, że współistniejemy. Jesteśmy pluralizmem udającym jedność, symfonią rozpisaną na biliony głosów, w której mądrość nie należy do żadnego z muzyków z osobna, lecz rodzi się w samym procesie wspólnego grania. A sztuczna inteligencja jest ewolucyjnym usprawnieniem i poszerzeniem ludzkiego myślenia. We wspołpracy z nieludzkimi elementami. To zupełnie nowa jakość. I nic dziwnego, że tak wiele osób oburzyło się na wypowiedź Olgi Tokarczuk. Po prostu nie rozumieją ani słów Noblistki, ani współczesnej sytuacji kulturowej.

19.05.2026

Najlepszy jest pomnik, którego nie widać




Kontekst naprawdę potrafi namieszać. Tak jak sztuka czy streetartowa instalacja. Weźmy choćby Olsztyn: miasto zielone, z wieloma jeziorami, ale jeśli chodzi o sztukę w przestrzeni publicznej, to raczej skromne. Mało jest pomników, rzeźb czy instalacji. Dlatego pomysł ustawienia w parku rzeźby jelenia z brązu brzmi całkiem sensownie. Zwierzę szlachetne, sylwetka efektowna, a spacerowiczom zawsze miło, gdy coś im niespodziewanie „mrugnie” z krzaków, nawet jeśli to tylko metal. Tyle że… odlew z Chin. Chiński jeleń w warmińskim parku. Brzmi jak żart, który opowiada się przy ognisku, a nie jak decyzja inwestycyjna. Bo czy naprawdę nie mamy w Polsce, w Europie, w regionie ludzi, którzy potrafią odlać jelenia? Przecież to nie jest gatunek egzotyczny. Po taniości? To może z włókna szklanego, tak jak ta krowa na wypasie, która się pojawiła na krótko także w Parku Centralnym w ramach działań artystycznych? W czymże krowa gorsza od jelenia? Że nie z dostojnego i arystokratycznego brązu?

Ale to dopiero początek. Bo rzeźba nie została jeszcze odsłonięta, a już wywołała burzę większą niż ta, która potrafi przejść nad Jeziorem Ukiel w lipcu. Największe emocje wzbudziła geneza przedsięwzięcia: myśliwi i sympatycy łowiectwa zbierali łuski po nabojach, by sfinansować zakup brązu. Przedstawiciele różnych organizacji prozwierzęcych nie kryją oburzenia, co utrwaliło Radio Olsztyn (Rzeźba jelenia w olsztyńskim Parku Centralnym. Dar myśliwych budzi skrajne emocje).

Ich zdaniem to makabryczny pomysł: pomnik zwierzęcia finansowany ze śmierci innych zwierząt. Trudno odmówić temu pewnej dramaturgii. Pierwotnie jeleń miał być odlany właśnie z tych łusek. Ostatecznie jednak sprzedano je, by obniżyć koszty, a samą rzeźbę wykonano w Chinach. I tak powstała konstrukcja, która łączy w sobie polskie lasy, chińskie odlewnie i europejską debatę o sensie symboli. Wywołujący emocje i dyskusje streetart w pełnej krasie. I to na bogato, bo odlany z brązu. Niczym pomniki jelenia z czasów niemieckich cesarzy, którzy upamiętniali swoje polowania tu i tam. Dostojne dowody arystokraty "tu byłem, tu polowałem". 

Ale zostawmy jelenia w spokoju, niech stoi, skoro już przepłynął pół świata. W całej tej historii jest bowiem jeden element, który mnie autentycznie cieszy: rzeźba stała się pretekstem, by myśliwi… posprzątali po sobie. Tak, dobrze czytasz. Zebrali łuski. Jeśli do tak podstawowego odruchu potrzeba motywacji w postaci zbiórki na pomnik, to trudno, dobre i to. Ołowiu ze śrutu, niestety, nie pozbierają, bo ten jest drobny i trudno go wyzbierać z gleby czy dna zbiornika wodnego. Jeden Kopciuszek by nie wystarczył. Ale może kiedyś zgodzą się na stalowe śruciny? Fakt, mniej efektywne niż te ołowiane, ale żelazo w środowisku nie czyni takich zanieczyszczeń jak ołów. A to już byłby zysk. Kto wie, cuda się zdarzają, skoro już mamy chińskiego jelenia jako symbol polskiego łowiectwa.

Wróćmy do sedna czyli do śmieci. Bo w tej historii, paradoksalnie, to one są najważniejsze. Łuski to tylko wierzchołek góry odpadów, które zostają w lasach, na torfowiska, mokradła, nad jeziorami i nad rzekami. Gdyby myśliwi nie zostawiali pod ambonami nęcisk wyglądających jak śmietnik po nieudanym pikniku. Gdyby wędkarze nie porzucali butelek, puszek i plastykowych opakowań po przynęcie i własnych przekąskach na brzegach jezior. Gdyby spacerowicze i turyści nie traktowali lasu jak wielkiego kosza, w którym „przecież nikt nie widzi”. Gdyby… Ale nie idźmy tą drogą, bo lista „gdyby” jest długa jak Warmia szeroka i Mazury długie.

Zamiast tego powiedzmy prosto: jesteś w lesie, nad jeziorem, nad rzeką to zabierz swoje śmieci ze sobą. Są lżejsze niż to co przyniosłeś (aś) czy przywiozłeś (aś). To nie jest filozofia zen, to nie wymaga doktoratu z ekologii. To tylko jeden ruch ręką. Jedna reklamówka. Jedna decyzja, że nie zostawiasz po sobie śladu, który będzie straszył następnych sto lat. Nie trzeba do tego rzeźby, zbiórki, fundacji ani medialnej burzy. Wystarczy jedna reklamówka i odrobina przyzwoitości. Pomnika z tego nie odleją. Nie będzie uroczystego odsłonięcia 19 czerwca jelenia w Parku Centralnym w Olsztynie, nie będzie wstęgi, fanfar ani przemówień. Ale za to będzie czysto. A czysty las, czysta rzeka, czyste jezioro to jest sztuka, której nie trzeba sprowadzać z Chin. Nie będzie brązowej figurki przedstawiającej turystę z pełnym workiem śmieci. Czy wędkarza nad brzegiem rzeki. Ale za to będzie czysto. A czysty las, czyste jezioro, czysta rzeka jest sztuką, której nie trzeba sprowadzać z Chin ani z USA. To jest sztuka, którą możemy zrobić sami, codziennie, bez fanfar, bez odsłonięcia, bez przecinania wstęgi.

I może właśnie to jest najpiękniejszy pomnik, jaki możemy postawić przyrodzie: taki, którego… nie widać. Taki, który zostaje po nas w postaci braku śmieci. I taki, który nie budzi kontrowersji, bo nie ma się do czego przyczepić. Dosłownie. 

W zasadzie to pomyliłem sie. Takie pomniki widać, bo widać piękno niezaśmieconego, niezeszpeconego krajobrazu. I nic, że to nie z brązu. Ani z marmuru. 

18.05.2026

W obronie płazów





W ostatnich dziesięcioleciach drastycznie spada liczebność płazów w Polsce. Jedną z przyczyn jest śmiertelność na drogach w czasie ich wiosennej wędrówki do zbiorników wodnych w celach rozrodczych. Ostatnie 10 lat to czas narastającej suszy hydrologicznej i zanikania wielu małych i okresowych zbiorników wodnych, czyli tradycyjnych siedlisk rozrodczych płazów. Przekłada się to na wzrost zagrożenie wyginięcia wielu gatunków. Po prostu coraz mniej siedlisk i coraz niebezpieczniejsza jest wędrówka do miejsc rozrodu.

Przepust dla płazów – czyli specjalny tunel pod drogą połączony z odpowiednio poprowadzonymi płotkami naprowadzającymi – to jedno z najskuteczniejszych rozwiązań ochronnych, jakie współczesna nauka zaleca do stosowania w miastach i krajobrazach przekształconych przez człowieka. Jego znaczenie dla bioróżnorodności jest dużo większe, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.

Przepust dla płazów na ulicy Leśnej w Olsztynie, o który dopominają się przyrodniczy i społecznicy, nie jest fanaberią ani działaniem symbolicznym, lecz konieczną inwestycją wynikającą zarówno z obowiązku prawnego, jak i z realnych potrzeb ochrony lokalnych ekosystemów. W Olsztynie, mieście położonym wśród lasów i jezior, płazy stanowią jeden z najbardziej wrażliwych elementów biocenozy. Ich cykl życiowy wymaga corocznych migracji między miejscami zimowania a zbiornikami wodnymi, w których się rozmnażają. Gdy na tej drodze staje asfaltowa jezdnia, zwierzęta nie mają żadnej możliwości bezpiecznego przejścia. Skutki są widoczne gołym okiem: masowa śmiertelność, która w ciągu kilku tygodni migracji potrafi zdziesiątkować lokalną populację. Dane zebrane przez mieszkańców – 141 martwych płazów na zaledwie 1,5‑kilometrowym odcinku drogi w ciągu dwóch dni – pokazują skalę problemu, który nie rozwiąże się sam i którego nie da się zignorować.

Płazy są gatunkami chronionymi, a ich ochrona nie jest kwestią dobrej woli, lecz obowiązkiem wynikającym z Ustawy o ochronie przyrody. Jednak poza aspektem prawnym istnieje argument jeszcze ważniejszy: płazy są kluczowym elementem lokalnej bioróżnorodności. Regulują liczebność owadów, stanowią pokarm dla wielu gatunków ptaków i ssaków, a ich obecność świadczy o dobrej kondycji środowiska. Gdy populacje płazów załamują się, ekosystem traci równowagę. W mieście takim jak Olsztyn, które buduje swoją tożsamość na bliskości natury, utrata płazów byłaby nie tylko porażką ekologiczną, ale także symboliczną. Tak więc czynna ochrona płazów w Olsztynie to także dbanie o dobry wizerunek miasta turystycznego. Dobra promocja miasta.

Dotychczas stosowane płotki herpetologiczne nie spełniają swojej funkcji. Bez przepustu są jedynie barierą, która zatrzymuje zwierzęta, ale nie daje im możliwości przejścia (wymagana jest stała praca wolontariuszy przenoszących płazy). W efekcie płazy giną tuż obok ogrodzeń, a mieszkańcy – w tym dzieci – widzą makabryczny obrazek, który stoi w sprzeczności z wizerunkiem „zielonego miasta”. Przepust to rozwiązanie trwałe, sprawdzone i stosowane w wielu miejscach w Polsce i Europie. Łączy ono prostotę z wysoką skutecznością: płotki kierują zwierzęta do tunelu, a tunel pozwala im bezpiecznie przekroczyć drogę. Raz wykonana inwestycja działa przez dziesięciolecia, bez konieczności corocznych akcji ratunkowych. Ponadto umożliwia późniejsza wędrówkę młodych płazów ze zbiorników wodnych do siedlisk lądowych. Nie odbywa się to w jednym, skoncentrowanym terminie i dlatego ta śmiertelność na drogach jest mniej widoczna.

Warto podkreślić, że przepust na ulicy Leśnej miałby charakter pilotażowy. Pozwoliłby zebrać doświadczenia i dane, które można wykorzystać przy planowaniu podobnych rozwiązań w innych miejscach rozwijającego się ciągle Olsztyna. To inwestycja, która nie tylko chroni przyrodę, ale także buduje kompetencje miasta w zakresie nowoczesnej, zielonej infrastruktury. Może stać się elementem edukacji ekologicznej, przykładem odpowiedzialnego zarządzania środowiskiem i dowodem, że Olsztyn traktuje swoją przyrodniczą wyjątkowość poważnie.

Wiosenny wieczór nad jeziorem bez rechotu żab byłby nie tylko uboższy, ale i niepokojący. Płazy znikają po cichu, ale ich brak odczuwamy wszyscy. Przepust na ulicy Leśnej to inwestycja niewielka w skali budżetu miasta, a ogromna w skali ochrony lokalnej przyrody. To decyzja, która pokazuje, że Olsztyn nie tylko deklaruje troskę o środowisko, lecz realnie je chroni.

Dlaczego przepusty dla płazów są kluczowe dla bioróżnorodności? Po pierwsze przepusty to rozwiązanie, które chroni całe populacje, nie tylko pojedyncze osobniki. Płazy, co zapewne pamiętamy ze szkoły, mają bardzo specyficzny cykl życiowy. Żyją na lądzie, np. zimują w lasach, a rozmnażają się w zbiornikach wodnych. Dlatego corocznie migrują masowo w krótkim czasie. Jeśli droga przecina ich szlak migracyjny, śmiertelność może sięgać 70–90% populacji w danym miejscu. To nie jest „kilka żab mniej” – to załamanie populacji, które może doprowadzić do jej lokalnego wyginięcia. Przepusty redukują śmiertelność do kilku procent, co w praktyce oznacza uratowanie całej populacji.

Po drugie płazy są gatunkami wskaźnikowymi. Ich zniknięcie oznacza degradację ekosystemu, Płazy reagują na: zanieczyszczenia w środowisku, zmiany wilgotności, fragmentację siedlisk, presję urbanizacyjną. Jeśli płazy giną na drogach, to nie tylko problem etyczny – to sygnał, że ekosystem traci spójność. Przepusty przywracają ciągłość siedlisk, co jest jednym z fundamentów ochrony bioróżnorodności.

Po trzecie płazy pełnią ważne funkcje ekologiczne. Zjadają ogromne ilości owadów (w tym komarów). Są pokarmem dla ptaków, ssaków, gadów i ryb. Utrzymują równowagę w ekosystemach wodnych i lądowych. Utrata płazów uruchamia efekt domina – zaburza cały łańcuch troficzny.

Przepusty zapobiegają izolacji genetycznej. Drogi działają jak bariery. Jeśli populacja zostanie podzielona na kilka izolowanych części, które nie mogą się mieszać, dochodzi do: spadku różnorodności genetycznej, większej podatności na choroby, ryzyka lokalnego wymarcia. Tunel pod drogą to „korytarz ekologiczny”, który przywraca przepływ genów. Działa tak jak duże przejścia nad drogami dla dużych ssaków. Przepusty To rozwiązanie trwałe i skuteczne – w przeciwieństwie do płotków tymczasowych. Płotki herpetologiczne: działają tylko wtedy, gdy są codziennie kontrolowane przez wolontariuszy, łatwo ulegają zniszczeniu, nie rozwiązują problemu, tylko go łagodzą. Przepusty natomiast działają przez dekady, nie wymagają stałej obsługi, są standardem w krajach dbających o bioróżnorodność.

Olsztyn jest miastem o wyjątkowej mozaice siedlisk: lasy, jeziora, torfowiska, łąki. To idealne środowisko dla płazów, ale też miejsce, gdzie drogi przecinają naturalne trasy migracyjne. Ulica Leśna to klasyczny przykład: las → droga → jezioro czyli dokładnie to, czego płazy nie są w stanie pokonać bezpiecznie. Dane z petycji informują o 141 martwych płazów zaobserwowanych w ciągu 1,5 dnia. Wskazuje na katastrofalną skalę śmiertelności. W skali całej migracji to mogą być setki lub tysiące osobników.

Przepusty dla płazów to nie tylko infrastruktura ochronna. To także świetny przykład „zielonej infrastruktury” w mieście oraz materiał edukacyjny dla szkół, uczelni i mieszkańców. To także element budujący wizerunek miasta dbającego o przyrodę, oraz atrakcja przyrodnicza. W wielu miejscach w Polsce i Europie takie rozwiązania są pokazywane turystom. Dla dzieci to także ważny sygnał, że w naszym mieście życie – nawet najmniejsze – jest chronione.

Przepust dla płazów: ratuje lokalne populacje przed wymarciem, przywraca ciągłość siedlisk, chroni różnorodność genetyczną, stabilizuje ekosystemy, wzmacnia edukację ekologiczną, buduje wizerunek miasta przyjaznego naturze. To jedno z najprostszych, najtańszych i najbardziej efektywnych działań, jakie można podjąć w ochronie przyrody w mieście. Marzy mi się, żeby w Olsztynie takie rozwiązania powstały nie tylko na ulicy Leśnej.


Żabi skrzek w zbiorniku wodnym

13.05.2026

Drzewo Mocy i słoik z duszą, czyli Olsztyn Street Art Garden vol.9



Wspólne malowanie w przestrzeni publicznej jest dla mnie wielką przygodą. Spotkanie z ludźmi i rozmowy niczym przy darciu pierza. I oto pojawia się kolejna okazja w ramach Olsztyn Street Art Garden. To już dziewiąta edycja streetartowego malowania. Tym razem powstanie instalacja zatytułowana "Drzewo Mocy". Jednocześnie będzie to swoiste drzewo pamięci. Cos niepotrzebnego, wyrzuconego nabierze nowej wartości. Stare słoiki dzięki sztuce ulicznej nabiorą nowego znaczenia. W uproszczeniu można byłoby napisać, że słoiki dostana nową duszę.  

Słuchajcie, sprawa jest prosta, słoik po ogórkach, dżemie, pomidorach suszonych czy musztardzie mają w swoim życiu dwa wyjścia. Albo skończą marnie, pływając w Łynie obok starego kalosza, albo przejdzie spektakularną metamorfozę i zostaną gwiazdami Olsztyn Street Art Garden vol. 9. Wybór wydaje się oczywisty, prawda?

Już 23 maja (w godzinach 12:00–16:00) zapraszam Was na streetartową akcję, której nie powstydziliby się najaktywniejsi uliczni artyści i najbardziej oszczędne gospodynie domowe. Lub pozytywnie zakęreni rozwojem zrównoważonym ludzie. Przed nami do wykreowania Drzewo Mocy – instalacja, która udowadnia, że między „recyklingiem” a „sztuką” jest tylko cienka warstwa farby akrylowej. I kawałek sznurka.

O co w tym wszystkim chodzi? Zamiast ciskać butelką lub słoikiem w krzaki, pod płot lub narzekać na butelkomaty, przynieś ją do nas, na Olsztyn Street Art Garden, Stowarzyszenie Arka, Olsztyn. Ul. Niepodległóści 85, na skraj Parku Centralnego. Scenariusz 23 maja (sobota) wygląda tak:
  • Dajesz jej nowe życie: chwytasz za pędzel i zmieniasz nudne szkło w barwne arcydzieło.
  • Zaklinasz czas: do środka wrzucasz kartkę z życzeniem, ważną historię albo drobny przedmiot, który ma przetrwać dla potomnych.
  • Wieszasz na specjalnie przygotowanym Drzewie Mocy: Twoje dzieło ląduje na specjalnej konstrukcji, tworząc wspólną, miejską instalację – Drzewo Pamięci i Życzeń. A obok będzie się działo wiele innych aktywności w ramach Olsztyn Street Art Garden
Twój ekwipunek artysty jest prosty jak proste jest życie człowieka skromnego i minimalistycznie nastawionego do konsumpcji. Własne szkło czyli słoik (z nakrętką!) lub butelka – koniecznie z odzysku. Farby i pędzle będą na miejscu. Przemyśl i przygotuj przesłanie czyli coś, co chcesz wysłać w przyszłość, do innych ludzi. Może być to list, może być kapsel znaleziony na trawniku lub chodniku, qr kod z linkiem do filmiku lub wpisu w mediach społecznościowych, kawałek szkiełka lub okruch naczynia ceramicznego. Albo nasionko lub ptasie piórko. Nie oceniam, to Twoja historia. I w końcu głowa pełna pomysłów. Bo piękno i sztuka to nasza najlepsze remedium przeciwko zaśmiecaniu krajobrazu. A sztuka uliczna jest sposobem wypowiadanie się i opowiadania o świecie. naszym, współczesnym świecie.

Zamiast narzekać, że miasto szpecą śmieci lub gryzmoły na murach i fasadach budynków, przyjdź i stwórz coś, co zamiast razić nasze poczucie estetyki, będzie chwytać za serce i prowokować mózg do przemyśleń i refleksji. Widzimy się przy pędzlach? w sobotę 23 maja? Niech moc (i akryl) będzie z nami!

Rok temu, przy okazji podobnego pikniku, powstały takie opowieści przy malowaniu https://wakelet.com/wake/sYNmLD3a683mvo9xQGZPA

Jeszcze raz w skrócie: Piknik Olsztyn Street Art Garden vol.9, 23 maja, godz. 12.00-16.00, Olsztyn. ul. Niepodległości 85. Malujemy na słoikach lub na butelkach (wszystkie z recyklingu). Malujemy farbami akrylowymi i wieszamy na specjalnym drzewie (Drzewo Mocy, Drzewo Pamięci). Do słoików wkładamy kartki z życzeniami lub drobne przedmioty, które chcemy przesłać do przyszłości. Tak powstanie drzewo Pamięci. Przesłanie jest takie, by te puste słoiki czy butelki były wykorzystane do streetartu a nie wyrzucane do rzeki czy parku. Piękno i sztuka przeciw zaśmieceniu i szpeceniu krajobrazu. Przyjdź ze swoim słoikiem (nie zapomnij o nakrętce). Przynieść też swoje przesłanie, zapisane na kartce lub swoje życzenie. Może to być także drobny przedmiot. Opowiedz swoją historię. Opowiedz o tym, co dla Ciebie ważne za pomocą obrazu własnoręcznie namalowanego, dołączonej opowieści itp.