13.08.2026

AI jest jak stałocieplność u zwierząt – kosztowna energetycznie




Słusznie obawiamy się, że powszechne korzystanie z AI to rosnące zużycie energii elektrycznej. A tego cennego zasobu nie warto zużywać na błahe sprawy. Tak jak i inne technologie (od samochodu po pralkę i komputer) AI wymaga energii elektrycznej. Ułatwia nam pracę, czasem daje rozrywkę, ale niesie spore koszty energetyczne. W niniejszym artykule chciałbym porównać AI do stałocieplności zwierząt. Bo stałocieplność też jest kosztowna energetycznie.

Od czasu do czasu pojawiają się w ewolucji rozwiązania, które na pierwszy rzut oka mogą się wydać nierozsądne. Są kosztowne, wymagają ogromnych nakładów energii i sprawiają wrażenie biologicznej rozrzutności. A jednak to właśnie one zmieniają reguły gry. Jednym z takich wynalazków była stałocieplność ssaków i ptaków. Drugim – być może – jest współczesna sztuczna inteligencja. Z biologii można jeszcze podać przykład ludzkiego narządu – mózgu. To bardzo energochłonny narząd. Jakie daje korzyści, skoro jest kosztowny energetycznie i sprawia kłopoty przy narodzinach? Na pierwszy rzut oka porównanie biologii z informatyką wydaje się karkołomne. Jednak gdy spojrzymy na oba zjawiska przez pryzmat ekonomii energii, podobieństwa okazują się zaskakująco głębokie.

Przez większą część historii życia na Ziemi dominowały zwierzęta zmiennocieplne. Bezkręgowce, gady, płazy, ryby nie produkują dużych ilości ciepła własnym metabolizmem. Są rozsądnie oszczędne, dostosowują się do temperatury otoczenia. Gdy robi się chłodno, ich metabolizm zwalnia. Kiedy wyjdzie słońce, ożywają. Ich organizmy przypominają niezwykle oszczędne samochody – spalają niewiele paliwa, ale osiągi zależą od warunków zewnętrznych. Taka strategia ma ogromne zalety. Zmiennocieplny wąż czy krokodyl może przez wiele dni obyć się bez jedzenia. Krokodyl po obfitym posiłku potrafi nie polować przez tygodnie. W świecie, gdzie zdobycie pokarmu jest niepewne, oszczędność energii staje się wielką zaletą. Nieprzypadkowo właśnie zmiennocieplność dominuje wśród współczesnych gatunków zwierząt. Wyobraźmy sobie siebie samych – obfity posiłek na Boże Narodzenie i Święta Wielkanocne, a potem nic. Ileż odeszłoby pracy i ile uwolnilibyśmy czasu!

Jednak oszczędność ma swoją cenę. Gdy temperatura otoczenia spada, spada również wydajność mięśni i tempo reakcji enzymatycznych. Zmiennocieplny organizm staje się zakładnikiem pogody. Nie może polować zimą, trudno mu być aktywnym nocą, a zasiedlanie chłodniejszych obszarów staje się poważnym wyzwaniem. Stąd popadanie w stan odrętwienia czy anabiozy.

Około dwustu milionów lat temu, w filogenezie zwierząt powstały organizmy, które przestały polegać na cieple otoczenia. Zaczęły same produkować ciepło, spalając duże ilości energii. Narodziła się stałocieplność. Z punktu widzenia rachunku energetycznego był to krok ryzykowny. Ssaki i ptaki potrzebują wielokrotnie więcej pokarmu niż gady o podobnej masie ciała. Ich serca biją szybciej, płuca pracują intensywniej, a mitochondria nieustannie produkują ATP, którego znaczna część zamienia się po prostu w ciepło. Organizm inwestuje energię nie tylko w ruch, wzrost czy rozmnażanie, ale również w utrzymanie stałej temperatury. A przy stałej temperaturze powstają enzymy, które działają optymalnie w określonej temperaturze. Jednym z zysków jest optymalizacja.

Dlaczego dobór naturalny nie odrzucił tak kosztownego rozwiązania? Bo koszt okazał się inwestycją. Stałocieplność pozwoliła uniezależnić aktywność od temperatury otoczenia. Ssaki mogły polować zimą, ptaki latać o świcie, a wiele gatunków prowadzić nocny tryb życia w chłodniejszych regionach świata. Mogły zasiedlać chłodne regiony, wysokie góry i obszary polarne. Ich mięśnie pracowały z pełną wydajnością niezależnie od pogody. W świecie, gdzie liczy się szybkość reakcji, długotrwała aktywność i zdolność eksplorowania nowych środowisk, wyższy rachunek energetyczny okazał się ceną wartą zapłacenia.

Dobrym przykładem przewagi stałocieplności może być porównanie ssaka pustynnego i pustynnej jaszczurki. Oba organizmy żyją w tym samym środowisku, ale zupełnie inaczej gospodarują energią. Pustynia w ciągu dnia jest miejscem skrajności. Rozgrzany piasek i skały osiągają temperatury, przy których trudno utrzymać aktywność, natomiast nocą ta sama pustynia gwałtownie się wychładza. Dla jaszczurki oznacza to konieczność ciągłego dostosowywania się do warunków zewnętrznych. Wieczorem jej metabolizm zwalnia, a nocny chłód niemal zatrzymuje aktywność. Rankiem zwierzę musi najpierw znaleźć odpowiednio nasłonecznione miejsce i cierpliwie czekać, aż promienie słońca podniosą temperaturę jego ciała. Dopiero wtedy mięśnie zaczynają pracować z pełną wydajnością, a polowanie staje się możliwe.

Ssak pustynny funkcjonuje inaczej. Gdy nocą temperatura spada, jego organizm nie czeka na zewnętrzne źródło energii. Nadal utrzymuje stałą temperaturę, a jego mięśnie i układ nerwowy pozostają gotowe do działania. O świcie, kiedy jaszczurka dopiero zaczyna "uruchamiać swoje systemy", ssak może już od dawna przemierzać teren w poszukiwaniu pożywienia. Nie musi czekać na odpowiedni moment. Jego wewnętrzny metabolizm działa jak nieustannie pracujący silnik. Ale za tę gotowość trzeba zapłacić. Ssak musi zdobywać znacznie więcej energii niż jaszczurka. I ma kłopoty przy wyższej temperaturze z pozbywaniem się nadmiaru ciepła. Każdy dzień oznacza większe zapotrzebowanie na pokarm. Organizm stałocieplny przypomina samochód, który nie tylko musi dojechać do celu, ale również przez całą noc utrzymywać pracujący silnik. Można wyobrazić sobie zimowy poranek i samochód z niesprawnym akumulatorem. Kierowca wie, że rano może pojawić się problem z uruchomieniem silnika. Jednym ze sposobów rozwiązania problemu byłoby pozostawienie samochodu z włączonym silnikiem przez całą noc. Rano samochód na pewno ruszy bo silnik jest już rozgrzany, wszystkie układy działają, nie ma ryzyka zimnego startu. Ceną za tę niezawodność jest jednak duże zużycie paliwa.

Stałocieplność działa na podobnej zasadzie. Zwierzę płaci energetyczny "rachunek za gotowość". Nie oszczędza tak jak jaszczurka, która wyłącza niemal cały kosztowny metabolizm i korzysta z darmowego ogrzewania słonecznego. W zamian ssak otrzymuje coś niezwykle cennego czyli możliwość działania wtedy, gdy środowisko nie jest sprzyjające. To właśnie jest jedna z największych zalet kosztownych rozwiązań ewolucyjnych: nie zawsze są tańsze, ale bywają bardziej niezawodne.

Podobny mechanizm obserwujemy w przypadku sztucznej inteligencji. Serwery i obwody potrzebują ogromnej ilości energii, specjalistycznej infrastruktury i ciągłego "metabolicznego podtrzymywania życia" w centrach danych. Jednak dzięki temu jest zawsze gotowa do działania, może przetwarzać informacje niezależnie od chwili i warunków oraz wykonywać zadania wymagające ogromnej złożoności. Jest jak nasz duży kosztowny mózg – szybko analizuje dużo danych i ułatwia szybkie dostosowanie się do aktualnej sytuacja. Po prostu uczy się, w przeciwieństwie do wolniej działającego mechanizmu selekcji naturalnej. Ale w większości czasu nasz mózg zajmuje się zdawałoby się próżną zabawą. Niby jałowy bieg, bezproduktywny dla ewolucyjnego i ekologicznego dostosowania się. Bo po co tracić energię na zabawę czy jałowe gadanie?

Tak jak ssak nie czeka rano na słońce, aby rozpocząć aktywność, tak system sztucznej inteligencji nie zaczyna każdego zadania od zera. Dysponuje wytrenowanymi modelami, infrastrukturą i zdolnością błyskawicznego reagowania. Oczywiście cena pozostaje wysoka. Tak jak pustynny ssak musi codziennie zdobyć więcej pokarmu niż jaszczurka, tak sztuczna inteligencja wymaga większych nakładów energetycznych niż tradycyjne algorytmy czy myślenie analogowe. Pytanie nie brzmi jednak wyłącznie: "ile energii zużywa?". Pytanie brzmi: "co otrzymujemy w zamian za tę energię?". W ewolucji odpowiedzią była większa niezależność i zdolność zajmowania nowych nisz. W technologii odpowiedzią może być większa zdolność rozwiązywania problemów, szybsza analiza informacji i tworzenie narzędzi, które wcześniej były poza zasięgiem przeciętnego człowieka.

Energia jest kosztem. Ale czasem jest również inwestycją w nowe możliwości. Tak właśnie było wtedy, gdy pierwsze ssaki zaczęły ogrzewać własne ciała. I być może podobnie jest dzisiaj, gdy człowiek buduje maszyny, które zaczynają "utrzymywać własną temperaturę intelektualną".

Wróćmy na chwilę jeszcze do biologicznej stałocieplności zwierząt. Nie oznacza to, że stałocieplność jest rozwiązaniem uniwersalnie lepszym. W wielu środowiskach i sytuacjach ekologicznych zmiennocieplność często wygrywa. Gdy zasoby są ograniczone, organizm spalający niewiele energii ma większe szanse przetrwania. W biologii nie istnieją rozwiązania idealne. Istnieją jedynie rozwiązania lepiej lub gorzej dopasowane do określonych warunków.

Ta lekcja ewolucji okazuje się zaskakująco aktualna, gdy spojrzymy na rozwój sztucznej inteligencji. Dzisiejsze modele sztucznej inteligencji, wymagają dużej ilości procesorów i pamięci danych a więc dużo sprzętu i dużo energii. Przypominają raczej organizmy stałocieplne. Nieustannie przetwarzają ogromne ilości informacji, wymagają potężnych procesorów i centrów danych zużywających ogromne ilości energii elektrycznej. I albo trzeba tę energią zabrać z innych procesów cywilizacyjnych albo wyprodukować jej więcej niż dotychczas. I jeszcze potrzebna woda do chłodzenia...

Wytrenowanie dużego modelu językowego pochłania energię, która jeszcze kilkanaście lat temu wydawałaby się niewyobrażalna dla pojedynczego programu komputerowego. Do tego dochodzi energia potrzebna do jego codziennego działania oraz woda do chłodzenia serwerów. Co ciekawe, podobnie jak u ssaków znaczna część tej energii zamienia się po prostu w ciepło, które trzeba skutecznie odprowadzić. Serwerownie przypominają pod tym względem żywe organizmy. Mają własne systemy chłodzenia, obiegi cieczy, wymienniki ciepła i skomplikowane mechanizmy utrzymujące odpowiednią temperaturę pracy. Tak jak organizm ssaka nie może dopuścić do przegrzania mózgu, tak centrum danych nie może pozwolić na przegrzanie procesorów.

Czy oznacza to, że sztuczna inteligencja jest energetycznie nieefektywna? To zależy od punktu widzenia. Jeżeli mierzymy jedynie zużycie energii, odpowiedź brzmi: tak. Jeżeli jednak mierzymy zdolność rozwiązywania problemów, szybkość analizy danych, tworzenia nowych rozwiązań czy wspomagania człowieka w pracy intelektualnej, obraz staje się znacznie bardziej złożony. Podobnie jak stałocieplność, wykorzystując AI płacimy wysoki rachunek za uzyskanie większej niezależności od ograniczeń środowiska. AI potrafi analizować miliony dokumentów, tłumaczyć teksty, wspierać lekarzy, projektować białka czy pomagać naukowcom w odkrywaniu nowych zależności. Wszystko to odbywa się kosztem energii. Energii, które zabraknie na inne procesy gospodarcze lub aktywność człowieka. Lub musimy zwiększyć produkcję energii a to oznacza kolejne nakłady inwestycyjne i być może także emisję gazów cieplarnianych. A na pewno oznacza to przekształcanie środowiska Ziemi.

Historia biologii podpowiada jednak coś jeszcze. Ewolucja nigdy nie kończy się na pierwszym, mało ekonomicznym rozwiązaniu. Ptaki należą dziś do najbardziej wydajnych energetycznie organizmów o wysokim metabolizmie. Ich układ oddechowy i krwionośny osiągnął sprawność, o której inżynierowie mogą tylko marzyć. Być może podobna droga czeka sztuczną inteligencję. Dzisiejsze modele są energochłonne, ale kolejne generacje mogą wykonywać te same zadania znacznie mniejszym kosztem.

Być może za kilkadziesiąt lat będziemy patrzeć na współczesne centra danych tak, jak biolog patrzy dziś na pierwsze stałocieplne ssaki – jako na etap przejściowy. Kosztowny, nieco niezdarny, ale otwierający drogę do kolejnego skoku ewolucyjnego. Bo zarówno w przyrodzie, jak i w technice, postęp rzadko polega na minimalizacji kosztów. Częściej polega na znalezieniu takiego poziomu inwestycji energetycznej, który otwiera możliwości wcześniej niedostępne. Energia nie jest tylko wydatkiem. Jest walutą, za którą można kupić niezależność, elastyczność i zdolność przekraczania ograniczeń. A to właśnie te cechy najczęściej decydują o sukcesie – zarówno organizmów żywych, jak i technologii tworzonych przez człowieka.

Podsumowaniem może być zwrot „rachunek za gotowość” - ssak płaci energią za to, że rano nie musi czekać na słońce, a AI płaci energią za to, że nie musi za każdym razem zaczynać myślenia od zera. Serwery ciągle są w działaniu. Bo i ciągle ktoś z AI korzysta. To w pewnym sensie łączy biologię z filozofią techniki. Na koniec wato postawić sobie pytanie, czy i co zyskujemy przez powszechne używanie AI? Czy ten zysk warto okupić dużym i stałym wydatkiem energetycznym?

12.08.2026

Juwenalia, na których studenci są na marginesie?

 

Rzecz dotyczy nieprzewidzianych skutków podnoszenia efektywności i komercjalizacji. Długo się wahałem czy publicznie poruszać ten temat. Niby to tylko sprawa samych studentów i nie dotyczy pracowników. Jest jednak i druga perspektywa. Wszak zły to ptak co gniazdo swe kala – ponoć nie wypada niczego krytycznego pisać o uniwersytecie, na którym się pracuje. Z drugiej jednak strony bardziej ten ptak kala swe gniazdo, który mówić o tym (co niby kala) nie pozwala. Uniwersytet był i powinien być miejscem otwartej dyskusji i informacji zwrotnych. Bo krytyczne pisanie pozwala coś zmienić, nad czymś się zastanowić. Inaczej instytucji i społeczności grozi niebezpieczne milczenie (świadczące o braku bezpieczeństwa psychologicznego). Tak na prawdę piszę o czymś bardziej uniwersalnym i szerszym na przykładzie jednego baneru, jednego zdarzenia. Ale niektórzy nawet nie próbują czytać całości i wydają szybką ocenę oraz interweniują, zadowalając się szybkim wyciąganiem wniosków z samego tytułu lub kilku zdań. Nie mówiąc już o próbie zrozumienia „co autor miał na myśli”. Stąd te wstępne wyjaśnienia.

Gdy w maju przechodziłem obok parkingu, a dawnego wojskowego boiska i zobaczyłem ten baner, to dostrzegłem w pozornie zwyczajnej grafice paradoks. Poczułem zaskakujący choć dyskretny zgrzyt. Bo przecież Kortowiada to studenckie juwenalia. Jak to, wydzielać strefę studencką na imprezie studenckiej? Co za tym się kryje, jakie procesy? Wcześniej w mediach społecznościowych przeczytałem także o protestach studentów, którzy poczuli się finansowo wykluczeni z Kortowiady. Dlatego może postała ta strefa niekomercyjna dla studentów? Jako skutek studenckich protestów?

Współczesne juwenalia to gigantyczne przedsięwzięcia komercyjne. Koncerty wielkich gwiazd przyciągają nie tylko żaków, ale też mieszkańców Olsztyna i regionu, młodzież szkolną i turystów, którzy po prostu kupują bilety. Czyżby więc „Strefa Studencka” staje się specjalną enklawą (często z tańszymi wejściówkami, strefą gastro czy dedykowanymi zniżkami), do której wstęp mają wyłącznie osoby z ważną legitymacją studencką? Czy tak było ze Strefą Studentów na Kortowiadzie?

A teraz wyobraź sobie, drogi Czytelniku, że wędrujesz skrajem gęstej puszczy i nagle napotykasz solidne, metalowe ogrodzenie budowlane. Na płocie wisi jaskrawy, radosny baner z dumnym napisem: „Strefa drzew”. Brzmi to jak absurdalny żart, prawda? Las z definicji składa się przecież z drzew, tak jak juwenalia z definicji składają się ze studentów. Chyba że jest to wycięta puszcza, za wyjątkiem tego ogrodzonego kawałka. Zdjęcie przedstawiające skraj olsztyńskiego kampusu podczas Kortowiady podsuwa dociekliwemu umysłowi logiczną łamigłówkę. Na granicy uniwersyteckiego terenu, na rubieżach przy Alei Warszawskiej, wyrosła zagroda. Kolorowe banery obwieszczają nadejście specyficznej enklawy: „Strefy Studenckiej”. To, co pierwotnie miało być świętem studenckiej wolności, stało się przestrzennym traktatem o mechanizmach współczesnej komercjalizacji, górującym nad duchem akademickiej wspólnoty. Intencje zapewne były bardzo szlachetne – duża impreza wymagała optymalizacji i profesjonalizacji (nawet FIFA wyszła ostatnio z pomysłem prywatyzacji piłkarskiego Mundialu). Zapewnienie bezpieczeństwa, sanitariatów, sprzątanie po paradzie wydziałów i po koncertach. A to wszystko kosztuje. Nie mówiąc o koncertach zapraszanych gwiazd. Skąd na to wziąć fundusze? Rodzi się więc pokusa profesjonalizacji i komercjalizacji.

Aby pojąć głębię tej dziwnej sytuacji, musimy cofnąć się do samej idei juwenaliów. Historycznie był to klasyczny karnawał w ujęciu kulturoznawczym – moment, w którym porządek społeczny zostawał wywrócony do góry nogami. Władze miasta symbolicznie przekazywały klucze do bram żakom, a uniwersytecka hierarchia na kilka dni rozpływała się w radosnym chaosie. Było to święto wolności, wspólnoty i – co kluczowe – absolutnej dekomercjalizacji. Student nie pełnił tam roli klienta, bo był twórcą, aktorem i jedynym suwerenem tego spektaklu. Amatorskiego lecz w pełni autentycznego.

Juwenalia to czas mentalnego resetu przed ciężką sesją egzaminacyjną. A historycznie także żebranie czyli zbieranie datków na przeżycie studenckie. Teraz studenci są bogatsi i nie muszą zbierać datków na czesne i na cały rok studiowania? Jak wyglądały kiedyś juwenalia? Były spontaniczne zabawy, oczywiście zakrapiane tanim alkoholem, śpiewami, przebieraniem się i tańcami. Były też uliczne parady, ochoczo oglądane przez ludność pozauniwersytecką. Wszak to niecodzienne uliczne przedstawienie. Większość mieszkała w akademikach, stąd ostały się długo takie elementy jak „Wystrój akademików” czy „Bój wydziałów” z dyscyplinami iście filuternymi i podwórkowymi. Po taniości, co można z byle czego zrobić by się bawić. Amatorska spontaniczność i autentyczność. Nie było przerostu formy nad treścią. Była w klubach studenckich amatorska muzyka (bo na gwiazdy nie było funduszy). Jeden znaczek przypinany do koszulki był biletem wstępu na wszystkie juwenaliowe imprezy. Potem juwenaliowa koszulka. Potem na Kortowiadzie pojawiły się koszulki wydziałowe. Aż w końcu jeden wzór dla wszystkich. I było przekazanie kluczy przez rektora, a później i władz miasta – symboliczne pozwolenia na dwa-trzy dni żakowskiej studenckiej zabawy. Dyspensa od udziału w zajęciach i do niecodziennego, hucznego zachowania.

Co się zmieniło przez lata? Bo ewidentnie się zmieniło i widać to w zamieszczonym wyżej banerze. Kortowiada przez dekady pracowała na swój status legendy Świętego Graala pośród studenckich imprez w Polsce. Była anarchistyczna, głośna, momentami przaśna, ale przede wszystkim autentyczna. Przekazanie studentom kluczy do bram miasta przez prezydenta Olsztyna nie było jedynie pustym rytuałem. Stanowiło deklarację zezwolenia na niecodzienne zachowanie. Kampus stawał się specyficzną republiką młodości. Tym bardziej, że większość studentów mieszka poza akademikami w Kortowie, "na mieście".

Problem pojawia się wtedy, gdy unikalna atmosfera staje się zbyt atrakcyjna, by nie spróbować jej spieniężyć. W procesie, który w świecie biznesu bez ogródek nazwalibyśmy wrogim przejęciem, Kortowiada przekształciła się z wydarzenia tożsamościowego w potężną markę eventową. Zoptymalizowano wszystko: od profesjonalnego marketingu i linii graficznej, przez systemy bezpieczeństwa, aż po strukturę przychodów. Do gry weszły chyba profesjonalne agencje, wielkie sceny i potężni sponsorzy. Wcześniej wszystko robił sam samorząd studencki. A ten ze swego charakteru odznacza się ciągłą fluktuacją kard i co roku nowi ludzie musieli się w to przedsięwzięcie wdrażać. To niewątpliwa trudność i organizacyjne wąskie gardło. Był jednak ważny zysk edukacyjny – uczenie się organizacji i współpracy. Tego nie ma na żadnych wykładach ani zajęciach w programie studiów. Efektywna nauka przez działanie i uczenie się na własnych błędach.

Kortowiada odniosła niewątpliwy sukces wizerunkowy. Chwaliły się nie tylko władze uczelni ale i miasto. Wszak to jeden z nielicznych, a dobrze rozpoznawalnych festiwali. I sukces stał się kulą u nogi, bo po gotowe łatwo wyciągnąć rękę. Komercjalizacja i profesjonalizacja wydawała się dobrym rozwiązaniem dla dużej imprezy. Wszak miało być jeszcze lepiej organizacyjnie. Niestety, w tym doskonale naoliwionym mechanizmie zapomniano o jednym drobnym detalu – o budżecie przeciętnego studenta. Kiedy ceny karnetów poszybowały w kosmos, stając się barierą nie do przebycia dla ludzi żyjących z nieregularnych stypendiów i pracy na pół etatu, doszło do rynkowego paradoksu. Marka zbudowana na micie studenckiej beztroski wykluczyła ekonomicznie swoich własnych twórców.

Przyjrzyjmy się bliżej fizycznemu umiejscowieniu opisywanego baneru. Nie wisi on w tętniącym życiem sercu Kortowa, tuż obok głównej sceny, gdzie basy masują nerki uczestników posiadających odpowiednio drogie opaski. Pojawił się na samej granicy kampusu, przy ruchliwej arterii komunikacyjnej. Ta lokalizacja ma wymiar wybitnie symboliczny. Wydzielona „Strefa Studencka” na obrzeżach to nic innego jak elegancki, kolorowy rezerwat. To uroczy, choć nieco protekcjonalny ukłon organizatorów w stronę protestującej społeczności akademickiej: „Oto wasz kawałek trawnika, drodzy żacy. Tutaj, za płotem, możecie bezpłatnie poćwiczyć bycie studentami, podczas gdy my na głównych błoniach będziemy realizować targety sprzedażowe z klientami komercyjnymi.” Dawny gospodarz, który kiedyś władał całą górką kortowską, został zepchnięty do roli intruza we własnym domu. Aby nie psuł estetyki wielkiego, biletowanego festiwalu dla mas, zamknięto go w bezpiecznej, kontrolowanej enklawie na obrzeżach miasteczka uniwersyteckiego.

Jakiś filozof napisał, że istotą karnawału jest czasowe zawieszenie wszelkich hierarchii i podziałów. Podczas karnawału król staje się żebrakiem, a błazen królem, wszyscy są równi w radosnym szaleństwie. Juwenalia przez lata pełniły dokładnie tę funkcję w zbiurokratyzowanym świecie akademickim. Były jedynym momentem w roku, kiedy profesor i student mogli wspólnie śpiewać pod sceną, zrównani tą samą atmosferą. I moknąć na deszczu. Bo w czasie Kortowiady zazwyczaj padało.

Współczesna optymalizacja organizacyjna nie znosi jednak takiego chaosu. Korporacyjny ład wymaga kategoryzacji, segmentacji klientów i maksymalizacji zysku z każdego metra kwadratowego. Kiedy juwenalia stają się produktem premium, karnawał umiera, a jego miejsce zajmuje chłodna kalkulacja. Podział na strefy VIP, strefy partnerów technologicznych i wreszcie – tę symboliczną, ogrodzoną płotem strefę dla „prawdziwych” studentów – pokazuje, jak głęboko hierarchizacja wniknęła w tkankę studenckiego święta.

Tym samym, uciekając przed chaosem na rzecz profesjonalizmu, organizatorzy niechcący odarli juwenalia z ich najcenniejszego zasobu – z duszy. Zdjęcie baneru przy Alei Warszawskiej to smutny pomnik tej transformacji. To dowód na to, że w świecie bezwzględnego marketingu nawet młodość i bunt można spakować w estetyczne pudełko, oclić, ometkować i sprzedać z zyskiem komuś innemu, pozostawiając pierwotnych twórców za burtą – a dokładniej: za siatką ogrodzeniową. Gdy optymalizacja sięga zenitu, gospodarz staje się jedynie eksponatem we własnym muzeum.

Dzisiejsza rzeczywistość rynkowa patrzy jednak na karnawałowy, spontaniczny chaos z głębokim ukłuciem niepokoju. Radosny żywioł nie generuje wzrostów w arkuszach kalkulacyjnych, nie poprawia wskaźników i nie przyciąga sponsorów z sektora premium. W ten sposób Kortowiada przeszła klasyczną ewolucję od lokalnego, studenckiego święta do potężnej, scentralizowanej marki festiwalowej. A kiedy coś staje się marką, do gry wchodzą działy optymalizacji procesów, zarządzania ryzykiem i maksymalizacji zysków. W świecie korporacyjnym proces ten nazywamy wrogim przejęciem. Nowy zarząd redefiniuje cele, tnie nieefektywne koszty i marginalizuje dotychczasowych udziałowców, którzy nie przynoszą odpowiednich profitów. W przypadku Kortowiady ofiarą tej optymalizacji padli sami studenci. Aby sfinansować duże sceny, sprowadzić topowych artystów i opłacić armię profesjonalnej ochrony, ceny karnetów poszybowały. Dla przeciętnego studenta, balansującego na granicy między czynszem za pokój, a ceną taniego makaronu, wejściówka na własne święto stała się dobrem luksusowym.

I tu docieramy do najsmutniejszego, a zarazem najbardziej ironicznego momentu tej biznesowej transformacji. Student przestał być podmiotem juwenaliów, a stał się jedynie mało opłacalnym tłem. Głównym targetem imprezy stali się ludzie z zewnątrz – wielkomiejscy konsumenci z pełną zdolnością płatniczą, którzy bez mrugnięcia okiem kupią drogie bilety i przepłacą za piwo w strefach sponsorów. Oryginalni mieszkańcy Kortowa zostali wypchnięci poza nawias.

Fizyczna barierka ze zdjęcia doskonale obrazuje ten proces segregacji. Metalowy płot oddziela świat wielkiego, skomercjalizowanego festiwalu od nędznej enklawy dla „autochtonów”. Skoro studentów nie stać na uczestnictwo w głównym nurcie imprezy, wielkoduszni menedżerowie wydzielili im darmowy, bezpieczny sanitarnie skrawek ziemi na samej granicy kampusu. „Macie tu swój kawałek trawnika, bawcie się grzecznie i nie przeszkadzajcie płacącym klientom” – zdaje się mówić ta konstrukcja. To klasyczny zabieg pozorny, który ma ocalić resztki wizerunku, podczas gdy cała reszta została profesjonalnie spieniężona.

Problem polega na tym, że optymalizując juwenalia, organizatorzy popełniają kardynalny błąd myślowy. Wydaje im się, że kupują i rozwijają markę, podczas gdy w rzeczywistości niszczą to, co stanowiło o jej unikalności. Kortowiada nie zdobyła sławy dzięki najdroższemu nagłośnieniu czy najbardziej profesjonalnym barierkom, ale dzięki niepodrabialnemu genius loci studenckiego miasteczka. Odzierając festiwal z jego rdzenia i zastępując go masowym, anonimowym konsumentem, zamienia się go w kolejny, powtarzalny produkt festiwalowy, jakich dziesiątki na rynku. To triumf formy nad treścią, w którym kolorowe banery świecą coraz jaśniej, podczas gdy autentyczna energia imprezy bezpowrotnie ulatuje.

Zdjęcie przedstawiające „Strefę Studencką” na granicy kampusu to coś więcej niż lokalna anegdota o złym planowaniu przestrzennym. To pomnik naszych czasów – epoki, w której nawet bunt, młodość i wspólnota muszą zostać skatalogowane, wycenione, zoptymalizowane i zamknięte w bezpiecznych, ogrodzonych klatkach.

Powtórzę ironicznie na zakończenie: "gdy optymalizacja zjada własne dzieci, gospodarz staje się intruzem – zapraszamy do rezerwatu wolności, wstęp wolny wyłącznie za okazaniem dowodu marginalizacji". Autentyczna i amatorska spontaniczność jest na pewno słabiej zorganizowana i wygląda czasami przaśnie. Jednak zbytnia komercjalizacja tworzy atrapę studenckiego święta. A może jest jednak symbolem głębokich zmian, dokonujących się w szkolnictwie wyższym, a ja jedynie nie umiem odczytać tych znaków i źle je interpretuję?

11.08.2026

Przestęp biały czyli spotkanie dwóch obcych w parku

 

Obserwowanie sukcesji ekologicznej wymaga czasu. Ale można ją obserwować na spacerze w ulubionych miejscach. Wystarczy tylko systematyczność, cierpliwość i notatki robione telefonem. Park Centralny w Olsztynie odwiedzam od samego jego założenia. Parku a nie Olsztyna. A nawet wcześniej, gdy były tam tylko dzikie nieużytki i ogródki działkowe oraz sporo śmieci, jak to na obrzeżach miejskich ulic. Schronienie dla bezdomnych i pokątnych pijaczków. Obserwowałem jak powstaje park, jak dosadzają kolejne rośliny, jak koszą w ramach prac pielęgnacyjnych i jak zakładają łąki kwietne. Tu niestety brak systematyczności i wiedzy, więc te łąki dość słabo się prezentują zarówno pod względem estetycznym jak i funkcjonalnym. Natomiast rzeka Łyna pięknie na tym odcinku wygląda, bo tu nie docierają kosiarki wodne Wód Polskich. Można więc podziwiać niemalże naturalne, wodne zbiorowiska. Gorzej z tymi nadwodnymi, szuwarowymi.

Prace pielęgnacyjne to w dużej części koszenie trawników. Koszą roślinność rodzimą, bo jest niska. Ale systematycznie omijają obcego i inwazyjnego rdestowca. Więc ten ma się dobrze i systematycznie poszerza swoje płaty nad brzegiem rzeki i powoli wypiera roślinność rodzimą. Dlaczego nie wykaszają? Bo on taki wysoki, dorodny, wygląda jak celowo zasadzone rośliny ogrodowe. Więc kosiarze omijają. A władze miasta i gospodarze terenu z mocy przepisów prawa powinni przede wszystkim usuwać ekspansywny gatunek obcy. To jednak wymaga sporej wiedzy i systematyczności. Nie wystarczy raz skosić czy polać herbicydem. I w konsekwencji rdestowiec ma się całkiem dobrze. Jednego roku wybrałem się z sekatorem i w jednym miejscu trochę powycinałem. Ale to za mało. Może trzeba w Olsztynie zielonego wolontariatu i zespołowego usuwania gatunków obcych i inwazyjnych? Bo kosić trzeba selektywnie.

Rdestowiec, gatunek obcy, obecny jest nad Łyną od dawna. Omijają go kosiarki. Ale tym razem zobaczyłem coś nowego, jakieś pnącze na rdestowcu. Pierwsze skojarzenie z daleka, że to może chmiel lub kolczurka (ten drugi to także gatunek obcy). Podszedłem bliżej i zobaczyłem coś całkiem nowego dla mnie. Może już widywałem wcześniej w różnych miejscach lecz nigdy nie zwróciłem uwagi? Zrobiłem zdjęcia i w domu poszukałem. Najpierw z wykorzystaniem rozpoznawania obrazu przez AI. A potem zajrzałem dla weryfikacji do książki „Rośliny synantropijne”. Bo zawsze trzeba sprawdzić w niezalenym źródle. I wiarygodnym. Mimo tej weryfikacji pozostaję w niepewności.

To przestęp biały lub przestęp dwupienny. Oba to gatunki obce i potencjalnie inwazyjne. Na dodatek roślina lecznicza i trująca. Żeby mieć pewność co do gatunku, to muszę wybrać się jeszcze raz lub poczekać na owoce. Czy będą czarne czy czerwone. Może coś jeszcze innego uda się wtedy zaobserwować? Najlepiej oznaczać w terenie lub zebrać roślinę do swojego zielnika. Wtedy można wracać do okazu i sprawdzać ważne cechy diagnostyczne. A jak się robi zdjęcie to często nie wiadomo na jakie cechy rośliny zwrócić szczególną uwagę. I nie ma jak sprawdzić tego, czego na zdjęciu akurat nie ma (nie jest widoczne). Najłatwiej będzie poznać po owocach (czy są czarne czy czerwone). A na to będę musiał poczekać.

Wystarczy czasem przejść się brzegiem rzeki, żeby zobaczyć coś, czego nie znajdziemy w podręczniku. Nie dlatego, że podręcznik nie opisuje takich zjawisk. Przeciwnie. Problem w tym, że przyroda jest znacznie ciekawsza wtedy, gdy oglądamy ją na żywo. Gdy ją doświadczamy i porównujemy z wiedzą podręcznikową (czyli coś już w naszej głowie musi być). Albo zbieramy doświadczania by je potem zweryfikować w podręcznikach. Obrazy i wrażenia pozostają w naszej głowie, by wypłynąć w nieoczekiwanym momencie w trakcie lektury treści podręcznikowych.

W pierwszej dekadzie sierpnia 2026 r., nad Łyną w Olsztynie zwróciłem uwagę na niepozorną roślinę wspinającą się po rdestowcu. Bylina czyli wieloletnia roślina zielna. Drobne, zielonkawobiałe kwiaty, delikatne pędy, spiralnie skręcone wąsy czepne i charakterystyczne, głęboko powcinane liście. To najprawdopodobniej przestęp biały (Bryonia alba). A jego podporą był potężny rdestowiec.

I wtedy zobaczyłem coś więcej niż tylko dwie rośliny rosnące obok siebie. Przestęp biały nie jest bowiem rodzimym elementem polskiej flory. Według bazy Instytutu Ochrony Przyrody PAN jest w Polsce gatunkiem obcym, zadomowionym i zwiększającym swój zasięg, klasyfikowanym jako potencjalnie inwazyjny. Możemy go nazwać epekofitem. Do Polski został sprowadzony przez człowieka już około XVII wieku, między innymi jako roślina ozdobna.

Rdestowiec, choć na pierwszy rzut oka wygląda jak zwyczajny składnik nadrzecznej zieleni, również ma historię napisaną poza Europą. Rdestowiec japoński (Reynoutria japonica) pochodzi z Azji Wschodniej. Do Europy sprowadzano go jako roślinę ozdobną i użytkową. Dzisiaj w Polsce jest szeroko rozpowszechnionym, bardzo inwazyjnym gatunkiem obcym. Nie mam jednak pewności, który z rdestowców rośnie w tym konkretnym miejscu. W Polsce spotykamy bowiem także rdestowca sachalińskiego oraz mieszańca – rdestowca czeskiego. Wszystkie trzy rdestowce są obcymi, azjatyckimi taksonami o dużych możliwościach ekspansji. Nie mając pewności, który to gatunek pozostanę przy bezpiecznej nazwie – rdestowiec.

Ale dla tej opowieści dokładna identyfikacja rdestowca nie jest nawet najważniejsza. Najciekawsza jest relacja czy to co się dzieje w zbiorowisku roślinnym. Rdestowiec tworzy wysokie, gęste łany. Przestęp jest pnączem, które potrzebuje podpory. Wąsami czepnymi wykorzystuje więc to, co znajduje w swoim otoczeniu. W tym przypadku znalazł roślinę, która sama jest świetnym przykładem biologicznego sukcesu gatunku obcego. Można na to patrzeć jak na przypadkowe spotkanie dwóch przybyszów. Ale można też zobaczyć w nim coś znacznie ważniejszego: nową przyrodę tworzącą się na naszych oczach. Dlatego można mówić także o procesach czyli o sukcesji ekologicznej a nawet o cenofilogenezie. W tym drugim przypadku możemy zakładać, że w wyniku relacji biocenotycznych ewoluują same gatunki i zmieniają się ich cechy.

Ekologia coraz częściej nie jest już opowieścią o przyrodzie „takiej, jaka była kiedyś”. Jest opowieścią o przyrodzie, która się zmienia. O przyrodzie, która się staje na naszych oczach. Człowiek przenosi rośliny, zwierzęta i mikroorganizmy z kontynentu na kontynent. Buduje drogi, kanały, miasta, nasypy kolejowe. Prostuje rzeki, zmienia ich brzegi, porzuca pola albo pozostawia miejsca po budowie. A potem organizmy zaczynają korzystać z tych nowych warunków. Nie wszystkie gatunki obce stają się inwazyjne. To ważne rozróżnienie. Obcy nie oznacza automatycznie szkodliwy. Dopiero część gatunków po przeniesieniu do nowego środowiska osiąga dużą liczebność i powoduje istotne zmiany w funkcjonowaniu ekosystemów. Na przykład wypiera inne, wcześniej tam obecne gatunki. Rdestowiec jest jednym z najbardziej spektakularnych przykładów. Tworząc zwarte łany, ogranicza dostęp światła i utrudnia rozwój wielu rodzimych roślin. Jego obecność może prowadzić do zmniejszenia różnorodności biologicznej. Można to sprawdzić na najbliższej wycieczce terenowej. Podejdźcie bliżej i sprawdźcie czy i co rośnie w łanach rdestowca.

Przestęp biały jest znacznie mniej efektowny. Nie tworzy takich monstrualnych łanów. Nie rzuca się w oczy. Właściwie łatwo go przeoczyć. A jednak właśnie dlatego warto go zauważyć. Bo przyroda nie zawsze zmienia się wielkimi krokami. Czasami zmiana zaczyna się od jednego nasiona, jednego kłącza, jednej rośliny, jednego wąsa czepnego.

Patrzę więc na zdjęcia znad Łyny i myślę, że to nie jest po prostu fotografia dwóch roślin. To mały obraz współczesnej ekologii. Dawne granice biogeograficzne coraz częściej przestają być granicami dla organizmów. Gatunki podróżują razem z człowiekiem, a potem spotykają się w miejscach, których ich przodkowie nigdy nie znali. Rdestowiec z Azji i przestęp, którego naturalny zasięg obejmuje południową Europę i zachodnią Azję, spotkały się nad olsztyńską Łyną. Co z tego spotkania wyniknie? Trzeba czasu i systematyczności w obserwacjach. Dwa gatunki obce. Jedna rzeka. Jeden krajobraz. I historia globalnych zmian przyrody opowiedziana w kilku metrach nadrzecznej roślinności. Owszem, nad rzeką w Olsztynie jest więcej gatunków obcych, np. nawłoć kanadyjska czy niecierpek gruczołowaty. To właśnie dlatego warto czasem zatrzymać się przy brzegu rzeki. Nie po to, żeby tylko zobaczyć roślinę. Po to, żeby zobaczyć zmianę.

Ale wróćmy jeszcze do przestępu białego (Bryonia alba). Ma pojedyncze, nierozgałęzione wąsy czepne, głęboko klapowane liście, drobne, zielonkawobiałe kwiaty, sposób wspinania się po wysokiej roślinie. Jest byliną, należąca do rodziny dyniowatych (Cucurbitaceae). Oficjalna baza Instytutu Ochrony Przyrody PAN podaje B. alba jako gatunek obcy w Polsce, zadomowiony i potencjalnie inwazyjny. Występuje także w siedliskach częściowo lub silnie przekształconych przez człowieka. Co ciekawe, rdestowiec jest dla przestępu znakomitą podporą. To właśnie dzięki wąsom czepnym przestęp może wspinać się na wysokie rośliny i osiągać nawet około 4 m długości.

Podsumujmy, przestęp biały jest byliną, pnączem (jak na rośliny dyniowate przystało), hemikryptofitem (hemikryptofity to rośliny, których pąki, umożliwiające roślinie odnawianie się, znajdują się tuż przy powierzchni ziemi, albo na niej, albo tuż pod nią, to sposób przystosowania do przetrwania zimy), jest epekofitem (określnie wskazujące na czas przybycia i stopień zadomowienia w rodzimej florze). Jest także rośliną owadopylną, która kwitnie od czerwca do lipca. Ja ją spotkałem kwitnącą na początku sierpnia. Czyli albo w granicach błędu albo nieco przedłużającą okres kwitnienia. Ciekawe dlaczego?

Przestęp biały rośnie w zaroślach, na przydrożach i siedliskach ruderalnych, co jest typowe dla gatunków synantropijnych. Podobne siedliska wybiera przestęp dwupienny (Bryonia dioica). Jest gatunkiem rzadszym w Polsce i jak sama nazwa wskazuje jest rośliną dwupienna czyli na jednej roślinie występują kwiaty żeńskie a na inne – męskie. Tym się różni od przestępu białego, który jest jednopienny, a więc na jednej roślinie występują kwiaty żeńskie i męskie. Przestęp biały ma czarne owoce, a dwupienny – czerwone. Po tej cesze najłatwiej jest je odróżnić. Oba gatunki siedliska dobrze naświetlone i średnio wilgotne.

Oba przestępy są roślinami trującymi. Liście, owoce i korzenie są dość silnie trujące. Zawierają trujące glikozydy i saponiny, wywołujące ciężkie zapalenie układu pokarmowego objawiające się wymiotami i biegunką, wywołują też silne podrażnienia skóry. Przy dużych ilościach może spowodować nawet zatrzymanie oddechu. Ale były i są wykorzystywane w medycynie. Wykorzystywana jest także w homeopatii. Ze względu na burakowato zgrubiały korzeń dawniej była wykorzystywana do fałszowania mandragory. Czyli zamiast magicznej mandragory sprzedawano korzenie przestępu. Magiczności pewnie to nie przeszkadzało.

Przestęp biały zaciekawił mnie na tyle, że będę go odwiedzał. Zobaczę jakie ma owoce. Wtedy upewnię się co do gatunku. I sprawdzę jak się te dwa gatunki obce ze sobą mają. Wspierają czy konkurują? I jakie owady na nich się pojawiają.

Ciekawe jest także to, dlaczego blisko spokrewnione gatunki tak się różnią: jeden jest dwupienny a inny jednopienny? Która cecha i dlaczego ułatwia inwazję na nowych terenach? Warto szukać także wśród innych gatunków, np. dlaczego nasza dwupienna roślina, po przedostaniu się na kontynent amerykański w części stała się gatunkiem jednopiennym? 

10.08.2026

Ile czasu zajmuje napisanie scenariusza zajęć z AI?




Ile czasu zajmuje napisanie scenariusza zajęć z wykorzystaniem sztucznej inteligencji? Na pierwszy rzut oka wydaje się, że niewiele. Kilka minut, jeśli mamy gotowy temat i sprawnie posługujemy się narzędziem. Może pół godziny, jeśli chcemy tekst dopracować, poprawić, uzupełnić o cele, metody, aktywności studentów, kryteria oceny i refleksję końcową. Ktoś patrzący z boku mógłby powiedzieć: „No tak, teraz to już wszystko robi sztuczna inteligencja. Wystarczy wpisać polecenie i scenariusz gotowy”. I właśnie w tym miejscu zaczyna się największe nieporozumienie.

Pisanie scenariusza zajęć z AI przypomina górę lodową. Nad powierzchnią wody widać tylko mały fragment: sprawnie sformułowany prompt, kilka odpowiedzi wygenerowanych przez model, może szybkie poprawki, może elegancko sformatowany dokument. To jest ta część widoczna, efektowna, łatwa do pokazania na szkoleniu, w mediach społecznościowych albo podczas krótkiej prezentacji. Ale "pod wodą" kryje się znacznie więcej: lata doświadczenia dydaktycznego, dziesiątki lub setki przeprowadzonych zajęć, obserwacje studentów (lub uczniów), nieudane próby, poprawione ćwiczenia, przeczytane książki, rozmowy w kuluarach, refleksje po egzaminach, intuicja wypracowana w kontakcie z realnymi ludźmi. Tego nie widać. A przecież właśnie ta ukryta część decyduje o tym, czy scenariusz będzie martwą instrukcją, czy żywym planem spotkania edukacyjnego. Tak samo jak w przypadku góry lodowej, dryfującej po oceanie - to co najważniejsze ukryte jest przed naszym wzrokiem.

Dobrze oddaje to znany dowcip o mechaniku. Profesor oddał samochód do warsztatu, bo auto nie chciało ruszyć. Mechanik chwilę posłuchał silnika, zajrzał pod maskę, wziął młotek i raz puknął w odpowiednie miejsce. Samochód natychmiast zadziałał. Profesor zapytał, ile się należy. Mechanik odpowiedział: „500 złotych”. Profesor oburzył się: „Jak to 500 złotych? Przecież pan tylko raz puknął młotkiem!”. Mechanik więc wystawił rachunek: „Puknięcie młotkiem - 5 złotych. Wiedza, gdzie puknąć - 495 złotych”.

Z pisaniem scenariuszy zajęć jest podobnie. Samo „puknięcie młotkiem”, czyli wpisanie polecenia do narzędzia AI, może rzeczywiście trwać kilka minut. Ale wiedza, gdzie i jak „puknąć”, jest wynikiem długiego procesu. Trzeba wiedzieć, czego się chce. Trzeba rozumieć temat, studentów (lub uczniów), kontekst zajęć i możliwości czasowe. Trzeba przewidzieć, co może zadziałać, a co będzie tylko ładnie wyglądało na papierze. Trzeba umieć odróżnić atrakcyjną aktywność od aktywności sensownej dydaktycznie. Trzeba wiedzieć, kiedy studenci potrzebują dyskusji, kiedy przykładu, kiedy prowokującego pytania, a kiedy spokojnego uporządkowania pojęć.

Najważniejsza praca zaczyna się więc dużo wcześniej niż w chwili uruchomienia narzędzia AI. Poprzedza ją wieloletnie zbieranie doświadczenia i coraz głębsze rozumienie pracy dydaktycznej. Akademicki nauczyciel nie tworzy scenariusza z pustki. Niesie ze sobą pamięć poprzednich semestrów. Wie, które fragmenty materiału sprawiają trudność, gdzie pojawiają się nieporozumienia, jakie przykłady budzą zainteresowanie, a jakie pozostają martwe. Wie też, że każda grupa jest inna. Ten sam temat inaczej prowadzi się ze studentami pierwszego roku, inaczej z magistrantami, inaczej z nauczycielami praktykami, a jeszcze inaczej z uczestnikami krótkich warsztatów. Inaczej prowadziło się te same zajęcia 15 lat temu, a inaczej obecnie. Dlatego, że przychodzą studenci z zupełnie innym bagażem życiowych doświadczeń i umiejętności uczenia się, z innymi kompetencjami społecznymi i innymi motywacjami do studiowania. 

Jest też etap szukania pomysłu na konkretne zajęcia. Tego etapu prawie nigdy nie widać. Czasami trwa dzień, czasami tydzień, a czasami jeszcze dłużej. Człowiek chodzi z tematem w głowie, notuje pojedyncze zdania, przypomina sobie przeczytany artykuł, obserwację z terenu, rozmowę ze studentem, metaforę usłyszaną przypadkiem w autobusie lub na konferencji. Pomysł dojrzewa powoli. Dopiero później można usiąść do komputera i poprosić AI o uporządkowanie planu, zaproponowanie wariantów ćwiczeń albo sformułowanie celów zajęć. Ale jeśli nie wiemy, czego szukamy, sztuczna inteligencja najczęściej da nam coś poprawnego, ogólnego i nijakiego.

Narzędzie AI jest więc tylko małym fragmentem niewidocznej pracy. Bardzo użytecznym, to fakt. Może przyspieszyć redagowanie, zaproponować strukturę, pomóc znaleźć alternatywne przykłady, uporządkować chaotyczne notatki, dopasować język do odbiorców. Może być cierpliwym asystentem, z którym szybko testujemy różne warianty zajęć. Ale asystent nie zastępuje nauczyciela. Nie zna naszej grupy tak, jak my ją znamy. Nie widział min studentów, kiedy poprzednim razem pewne pojęcie okazało się zbyt abstrakcyjne. Nie pamięta ciszy po źle zadanym pytaniu ani nagłego ożywienia, gdy pojawił się trafny przykład.

Podobnie jest z mechanikiem i młotkiem. Dla kompetentnego specjalisty puknięcie trwa sekundę. Dla człowieka z ulicy to samo zadanie może oznaczać godziny błądzenia, sprawdzania przypadkowych miejsc, czytania poradników, oglądania filmów, rozkręcania części, które wcale nie wymagały rozkręcenia. Z zewnątrz widać tylko gest. Nie widać mapy przyczyn i skutków, którą fachowiec ma w głowie. Nie widać lat praktyki, dzięki którym ten jeden ruch jest trafny.

Dlatego trzeba z ostrożnością podchodzić do obietnic, że AI natychmiast uczyni każdego mistrzem dydaktyki. Sztuczna inteligencja, jak każda automatyzacja, pomaga przede wszystkim w pracy powtarzalnej, już przemyślanej i w pewnym stopniu schematycznie opracowanej. Może skrócić drogę od pomysłu do dokumentu, ale nie zastąpi samego pomysłu. Może uporządkować myślenie, ale nie wykona za nas dojrzałej refleksji. Dla kogoś z boku może się wydawać, że wszystko stało się szybkie i łatwe. Tak właśnie obiecują gruszki na wierzbie rozmaite poradniki i szkolenia z promptowania. Zapominają jednak o tym, co najważniejsze: o doświadczeniu, wyobraźni dydaktycznej i pomysłach. To one są prawdziwą wartością. 

AI jest tylko młotkiem. Trzeba jeszcze wiedzieć, gdzie puknąć.

8.08.2026

Turystyfikacja: kiedy podróżowanie zmienia miejsca bardziej niż turyści się spodziewają



W czasie wakacyjnych podróży unikam miejsc popularnych turystycznie i wynikającego z tego tłoku, hałasu oraz nadmiaru plastikowej, krzykliwej popkultury. Wyszukuję miejsca nieoczywiste. Przecież tyle miejsc jest ciekawych i wartych odwiedzenia. Sam jestem zaskoczony, bo wydawało mi się przed podróżą, że tam nic interesującego nie będzie. Na przykład na Górnym Śląsku czy w Szczecinie. A w ciszy lepiej się odpoczywa. Ponadto miejscowi są bardziej otwarci i chętniej wdają się w rozmowy z turystami/przyjezdnymi. Nie są zmęczeni nadmiarem odwiedzających. To zmęczenie turystami da się szybko wyczuć. Tak jak i miejsca otwarte i nie zmęczone turystyczną "stonką". 

Jeszcze nie tak dawno turysta był gościem. Przychodził pieszo z plecakiem lub przyjeżdżał pociągiem (podróż trwa dłużej i wymaga więcej wysiłku, co czyni wakacje jeszcze bardziej atrakcyjnymi), poznawał lokalną kulturę, podziwiał krajobrazy, smakował lokalne zwyczaje gastronomiczne i wracał do domu z pamiątkami, zdjęciami oraz wspomnieniami. Dziś coraz częściej obserwujemy sytuację odwrotną: to nie turyści dostosowują się do odwiedzanych miejsc, lecz miejsca przekształcają się pod ich potrzeby. Ten proces nazywamy turystyfikacją. Być może zbyt łatwo się podróżuje, nawet daleko. Masowość wypoczynku ma swoje ciemne strony.

Turystyfikacja nie jest zjawiskiem jednoznacznie negatywnym. Rozwój turystyki może przynosić miejscowej ludności nowe źródła dochodów, tworzyć miejsca pracy, pobudzać inwestycje i przyczyniać się do ochrony zabytków. Wiele regionów zawdzięcza turystyce poprawę infrastruktury, rozwój usług oraz wzrost rozpoznawalności. Problem pojawia się wtedy, gdy turystyka przestaje być jednym z elementów lokalnego życia i staje się jego głównym organizatorem. Jedni zyskują, inni tracą. A miejscowi są zmęczeni. W takich sytuacjach przestrzeń zaczyna zmieniać swój charakter. Mieszkania są przekształcane w apartamenty na wynajem krótkoterminowy, lokalne sklepy ustępują miejsca punktom nastawionym wyłącznie na gości, a codzienne potrzeby mieszkańców schodzą na dalszy plan. Ceny rosną, pod turystów. Miasto lub region stają się produktem turystycznym. Mieszkańcy coraz częściej mają wrażenie, że żyją nie w swoim miejscu, lecz w scenerii przygotowanej dla odwiedzających. Są nieustannie w pracy a dla nich nie starcza miejsca w ich ulubionych kawiarniach czy restauracjach. 

Choć najczęściej mówi się o Wenecji, Barcelonie czy Dubrowniku, zjawisko turystyfikacji można dostrzec również w Polsce (także i na Mazurach). Dobrym przykładem jest historyczne centrum Krakowa. Rynek Główny i otaczające go ulice są dziś przestrzenią silnie podporządkowaną ruchowi turystycznemu. W sezonie liczba odwiedzających wielokrotnie przewyższa liczbę stałych mieszkańców, a oferta handlowa i gastronomiczna coraz częściej adresowana jest do gości z zewnątrz. Podobne procesy zachodzą w Zakopanem. Dynamiczny rozwój bazy noclegowej, apartamentowców i infrastruktury turystycznej przynosi korzyści ekonomiczne, ale jednocześnie wywołuje presję na środowisko przyrodnicze oraz podnosi ceny nieruchomości. Coraz częściej pojawia się pytanie, gdzie przebiega granica między rozwojem regionu a utratą jego lokalnej tożsamości. Interesującym przykładem są także nadmorskie miejscowości, takie jak Sopot, Władysławowo czy Międzyzdroje. W sezonie letnim liczba osób przebywających w mieście gwałtownie rośnie, co wpływa na funkcjonowanie transportu, gospodarkę odpadami, zużycie zasobów i komfort życia mieszkańców. Miasto musi jednocześnie służyć stałej społeczności i wielokrotnie liczniejszej grupie gości.

Turystyfikacja dotyka miejscowości najbardziej popularne. Dotyczy to także Warmii i Mazur. A w miasteczkach najbardziej widoczne jest to w Mikołajkach. Ale i w małych miejscowościach, wsiach jest to odczuwalne. Daczowiska, zabudowa linii brzegowej i jeziora stają się niedostępne dla innych, nielegalna budowa prywatnych kanałów do jezior, wycinanie trzcinowisk i masowy napływ jachtów.

Turystyfikacja jest więc nie tylko problemem turystyki, lecz także wyzwaniem społecznym, ekonomicznym i ekologicznym. Sama obecność turystów nie stanowi zagrożenia. Różnice czyli liczba i masowość. Kluczowe staje się znalezienie równowagi między atrakcyjnością miejsca a jakością życia jego mieszkańców. W przeciwnym razie paradoksalnie możemy doprowadzić do sytuacji, w której masowa popularność zniszczy to, co pierwotnie przyciągało ludzi najbardziej: autentyczność odwiedzanego miejsca. I tak już w wielu miejscach się stało. Nie tylko w tropikalnych rajach ale i na naszym gruncie. Zniszczone i rozdeptane miejsca zamierają. Rabunkowa turystyka przenosi się do innych miejsc.

Turystyfikacji doświadczamy w dwojaki sposób. Sami, niczym stonka, udajemy się do popularnych miejsc i męczymy się w tłoku i hałasie. A do naszych miejscowości. przyjeżdżają masowo turyści i czynią nasze miejscowości trudnymi do życia. Przynajmniej w sezonie. Owszem, jedni korzystają i zarabiają lecz społeczne koszty ponoszą wszyscy, a nie tylko ci, którzy korzystają. Turystyfikacja to proces, w którym turystyka zaczyna odgrywać dominującą rolę w funkcjonowaniu danego miejsca, wpływając na jego gospodarkę, przestrzeń, kulturę i życie mieszkańców. Termin stworzono by opisać proces nadmiernego rozwoju turystyki, gdy potrzeby odwiedzających zaczynają przeważać nad potrzebami lokalnej społeczności. Przykładami turystyfikacji są: przekształcanie mieszkań w apartamenty krótkoterminowe dla turystów, wzrost cen nieruchomości i czynszów w atrakcyjnych turystycznie dzielnicach, zamiana lokalnych sklepów na punkty nastawione na turystów (pamiątki, gastronomia), zatłoczenie przestrzeni publicznej, utrata lokalnego charakteru i tradycji.

Skutki pozytywne to nowe miejsca pracy, wzrost dochodów niektórych mieszkańców i samorządów, rozwój infrastruktury, promocja regionu. Są i skutki negatywne, tak jak dwie strony medalu: wzrost kosztów życia dla mieszkańców, degradacja środowiska przyrodniczego (wynikająca z nadmiaru turystów), przeciążenie infrastruktury, konflikty między mieszkańcami a turystami, „utowarowienie” lokalnej kultury. Przykłady miejsc dotkniętych turystyfikacją, powszechnie znane: Wenecja we Włoszech, Barcelona w Hiszpanii, Dubrownik w Chorwacji, historyczne centra Krakowa czy Gdańska w okresach największego ruchu turystycznego. Łatwa i masowa turystka to głośni, pijani goście, hałasujący po nocach i dewastujący infrastrukturę. W jednym z miast na południu Europy zakazano poruszania się z walizkami na kółkach. Nieustanny stukot walizkowych kółek, w dzień i w nocy, był trudny do zniesienia. I dla miejscowych i dla innych turystycznych gości. Zapewniono transport bagaży z dworca do hoteli. Niby mało znaczący szczegół a jednak dokuczliwy. Z nocnymi imprezowiczami znacznie trudniej sobie poradzić. Znajoma wspomina jak wynajęła domek w Chorwacji. Wydawało się, że będzie raj. Ale obok odbywały się nocne imprezy. To inni turyści wypoczywali na swój sposób. Znajoma wróciła z wyjazdu zmęczona. 

Turystyfikacja nie dotyczy tylko dalekich krajów, do których jeździmy na wakacje i wycieczki ale także Warmii i Mazur. Turystyfikacja to proces, w którym turystyka zaczyna odgrywać dominującą rolę w funkcjonowaniu danego miejsca, wpływając na jego gospodarkę, przestrzeń, kulturę i życie mieszkańców. Najczęściej termin ten jest używany w kontekście nadmiernego rozwoju turystyki, gdy potrzeby odwiedzających zaczynają przeważać nad potrzebami lokalnej społeczności. Inwestycje i korzyści są jednostkowe a koszty społeczne. Woda, krajobraz i przyroda to wspólne dobra i dlatego potrzebny jest konsensus i plany zagospodarowania z myślą o przyszłości. I nie można przerzucać kosztów na całe społeczeństwo. Bo fakt, ktoś zyska, czasem tylko krótkotrwale, bo potem dewastacja oznacza spadek atrakcyjności turystycznej.

Trygort nad jeziorem Mamry jest tego przykładem. Ostatnio lokalna społeczność protestuje przed nową inwestycją (nowych domów będzie znacznie więcej niż obecnie w Trygorcie. Projekt dotyczy około 14 hektarów terenu obejmującego 42 działki. Formalnie planowana jest tam zabudowa zagrodowa związana z rolnictwem, jednak dokument dopuszcza również agroturystykę oraz budynki turystyczne. W praktyce istnieje więc obawa, że pod nazwą siedlisk rolniczych może powstać rozległy kompleks zabudowy rekreacyjno-turystycznej. Cały obszar znajduje się w granicach Obszaru Chronionego Krajobrazu Krainy Wielkich Jezior Mazurskich, a jego północno-zachodnia część również w granicach obszaru Natura 2000 „Ostoja Północnomazurska”. Projekt zakłada przy tym odprowadzanie ścieków do indywidualnych zbiorników bezodpływowych (szamba) do czasu ewentualnej rozbudowy kanalizacji. A kto poniesie koszty budowy tej instalacji sanitarnej? Samorząd i ludność miejscowa. A kto będzie czerpał zyski? Na pewno nie miejscowi. Przy takiej skali potencjalnej zabudowy budzi to poważne pytania o wpływ inwestycji na gleby, wody gruntowe, krajobraz i pobliskie ekosystemy. Burmistrz Węgorzewa wydał wobec projektu opinię negatywną. Wskazał między innymi na możliwą niezgodność części założeń z obowiązującym studium, brak wyraźnego interesu publicznego oraz ryzyko wykorzystania formuły zabudowy zagrodowej do obejścia ograniczeń dotyczących zabudowy gruntów rolnych.

Tak piszą o tym na portalu regionalnym: „W lokalnej debacie wybrzmiewa przede wszystkim jedno: społeczność nie sprzeciwia się inwestycjom, lecz chce, by były prowadzone w sposób przemyślany i zgodny z charakterem miejsca. Jak wskazują mieszkańcy, stawką nie jest wyłącznie jeden projekt, ale zachowanie otwartego krajobrazu i naturalnego otoczenia jeziora Przystań dla kolejnych pokoleń. To ważny sygnał także dla samorządu, bo pokazuje, że przy decyzjach dotyczących terenów nad Mamrami nie wystarczy sama zgodność formalna z procedurą. Równie istotna pozostaje społeczna akceptacja i długofalowa odpowiedzialność za przestrzeń, która należy do najcenniejszych przyrodniczo obszarów regionu.” źródło: https://mazury24.eu/aktualnosci/lista/historia/aktualnosci/mieszkancy-przeciw-zpi-nad-mamrami-spor-o-przyszlosc-trygortu-i-ochrone-krajobrazu,17822

Inny przykład to kara za zniszczenie linii brzegowej jeziora:  https://olsztyn.wyborcza.pl/olsztyn/7,48726,32942594,20-tysiecy-zl-grzywny-za-zasypanie-trzcinowiska-na-mazurach.html#s=S.TD-K.C-B.1-L.1.duzy

Turystyka choć rozporoszona to jest współcześnie największym biznesem. Ma więc duże znaczenie gospodarcze. Czasem bywa dobrodziejstwem dla regionu, czasem bywa przekleństwem i uciążliwością. 

6.08.2026

Jagiellonka i zjazd absolwentów – spotkanie z przeszłością czy rozmowa o przyszłości?

 

Na zjazd absolwentów Liceum im. Władysława Jagiełły w Płocku, zorganizowany z okazji 120-lecia szkoły, jechałem z autentyczną radością. Nie był to tylko sentymentalny powrót do miejsca młodości. Lata licealne należą do tych okresów życia, które w dużej mierze nas ukształtowały. To wtedy rodzą się przyjaźnie na całe życie, pojawiają się pierwsze miłości, pierwsze fascynacje nauką, literaturą czy sztuką, dojrzewają marzenia o przyszłości. Nic więc dziwnego, że zjazd miał dla mnie znaczenie szczególne. Do mojej ukochanej Jagiellonki zawsze wracam z dużą radością i sympatią. Nawet jak tylko przechodzę obok budynku. Wspominam bardzo często.

Jeszcze przed przyjazdem skrzyknęliśmy się internetowo z dawną klasą. Nie wszyscy zdążyli się zapisać, bo chętnych na jubileusz było więcej niż miejsc na auli. Dodatkowo rozstawiono duże ekrany i transmitowano uroczystość do dodatkowych sal. Spotkało się nas kilkanaścioro z dawnej klasy. Rozmowy zaczęły się jednak wcześniej – już w pociągu. Okazało się, że do Płocka jedzie wiele osób, jedni samotnie, inni całymi grupami. W moim przedziale była starsza pani. Jak się szybko w czasie rozmowy okazało to koleżanka ze starszego rocznika. Po kilku minutach rozmowy zniknęła bariera wieku. Łączyło nas przecież to samo miejsce, niektórzy nauczyciele, podobne wspomnienia. Pomyślałem wtedy, że zjazd absolwentów zaczyna się nie w szkolnej auli, lecz już w drodze, kiedy przypadkowi współpasażerowie odkrywają, że należą do tej samej wspólnoty pamięci.

Samo spotkanie klasowe było wspaniałe. Czas nie wymazał dawnych więzi. Wystarczyło kilka minut, by wrócił dawny sposób żartowania, wspominania nauczycieli, szkolnych wycieczek czy pierwszych młodzieńczych sukcesów i porażek. Oczywiście każdy z nas przyjechał już z własnym życiorysem: jedni zostali lekarzami, inni nauczycielami, prawnikami, przedsiębiorcami, naukowcami, inżynierami. Niektórzy mieszkają daleko, inni pozostali blisko rodzinnego miasta. Łączyło nas jednak poczucie, że wszyscy wyrastamy z tego samego korzenia. To nie było tylko wspomnienie młodości.

Zjazd pozostawił we mnie wiele ciepłych wspomnień, ale także kilka refleksji krytycznych. Piszę o nich nie po to, by kogokolwiek oceniać. Sądzę raczej, że dotyczą one wielu podobnych uroczystości organizowanych w Polsce. Może ktoś z takiego feed backu skorzysta. Jednym z głównych punktów programu była oficjalna akademia. Według programu miała trwać dwie i pół godziny. Był upalny czerwcowy dzień, aula wypełniona po brzegi, a uczestnicy siedzieli bez przerwy na auli (w moich czasach powstała i pamiętam jak wnosiliśmy foteliki). Długie przemówienia przeplatały się z wręczaniem odznaczeń, dyplomów i podziękowań. Dopiero później zaplanowano występy młodzieży. Zabrakło choćby krótkiej przerwy i wyraźne wydzielenie występów artystycznych młodzieży. A na pewno napracowali się sporo. Może pomyśleli, że absolwenci zajęli się sami sobą i o nich zapomnieli, że nie byli zainteresowani występami młodzieży? A przecież to nie jest prawda!

Nie dotrwałem do końca akademii. Widziałem, że wielu absolwentów również wychodziło wcześniej. Było gorąco i już nudno. Ile można słuchać ważnych przemówień? Szkoda było zwłaszcza uczniów przygotowujących program artystyczny. To oni ponieśli konsekwencje zmęczenia publiczności, choć przecież nie oni byli jego przyczyną. Pomyślałem wtedy, że dobra organizacja wymaga nie tylko sprawnego scenariusza, lecz przede wszystkim empatii. Organizator powinien stale zadawać sobie pytanie: dla kogo właściwie przygotowuję to wydarzenie? Jak odbiorą je uczestnicy? Czy tylko dla władz, by miała swoje 5 minut przed dużą publicznością?

Jeszcze większe refleksje wzbudziła we mnie narracja historyczna obecna podczas uroczystości. Było bardzo dużo martyrologii. Wojna, ofiary, bohaterstwo, poświęcenie – wszystko to jest ważnym elementem historii Polski i naszej szkoły (powstała w wyniku buntu i opuszczenia carskiej szkoły - to zawsze było dla mnie powodem do dumy). Problem pojawia się wtedy, gdy staje się niemal jedynym sposobem opowiadania przeszłości. Owszem, byliśmy bardzo dumni z naszych starszych kolegów i tablic z nazwiskami ochotników wojny roku 1920. Wiszą i codziennie są oglądane przez uczniów, i wszystkich tych, którzy odwiedzają szkołę. Jesteśmy także dumni z nauczycieli roku 1980 i roku 1981.

Ale przecież sto dwadzieścia lat historii szkoły nie składa się wyłącznie z wojen. To również tysiące zwyczajnych dni nauki. To nauczyciele cierpliwie tłumaczący matematykę, biologię czy historię. To absolwenci, którzy później zostawiali ślad jako lekarze, naukowcy, artyści, przedsiębiorcy, urzędnicy, społecznicy czy rodzice wychowujący kolejne pokolenia. Historia buduje się przede wszystkim z codzienności. Patriotyzm nie wyraża się jedynie w chwytaniu za broń. Znacznie częściej polega na uczciwej pracy, płaceniu podatków, prowadzeniu badań naukowych, pisaniu książek, leczeniu ludzi, budowaniu mostów czy wychowywaniu dzieci. Większość naszego życia upływa właśnie w takim codziennym patriotyzmie. Paradoksalnie nadmiar martyrologii osłabia jej siłę. Gdy wszystko sprowadza się do wojennych symboli, zaczynają one działać jak zbyt słodki deser podawany na każdy posiłek. Nawet najlepszy tort nie zastąpi pełnego obiadu. Przesyt rodzi znużenie, a znużenie odbiera należny szacunek sprawom naprawdę ważnym.

Nasze pokolenie dorastało w czasie pokoju. Najbardziej dramatycznym doświadczeniem był stan wojenny. Nie biegaliśmy z karabinami po lasach ani barykadach. Czy to znaczy, że nasze życie jest mniej wartościowe? Przecież także budowaliśmy Polskę – pracą, nauką, działalnością społeczną i zawodową. To również jest historia. Ważna i istotna historia.

Zastanowiło mnie także, do kogo właściwie adresowano oficjalną część uroczystości. Chwilami odnosiłem wrażenie, że absolwenci byli jedynie tłem dla prezentacji sukcesów instytucji i wystąpień zaproszonych gości. To naturalne, że szkoła chce pokazać swoje osiągnięcia i pochwalić się rozwojem. W taki sposób zabiega o niezbędne fundusze. Jednak podczas zjazdu głównymi bohaterami powinni być właśnie absolwenci – ludzie, którzy przez dziesięciolecia tworzyli historię tej szkoły swoim późniejszym życiem.

Drobiazgi organizacyjne również mają znaczenie. Dawne główne wejście do szkoły było zamknięte z powodu remontu elewacji. Dla obecnych uczniów nowe wejście jest oczywistością, ale dawni absolwenci nie mieli o tym pojęcia. Wielu błądziło wokół budynku. Wystarczyłaby czytelna informacja na stronie internetowej albo kilka tabliczek kierunkowych. To drobiazg, ale pokazuje, że organizując spotkanie ludzi wracających po kilkudziesięciu latach, warto spojrzeć na szkołę ich oczami. I warto wykorzystać siłę mediów społecznościowych, bo tam informacje szybko się roznoszą. Nawet z takim drobiazgami gdzie jest od kilkunastu lat wejście główne do szkoły.

Ogromną przyjemność sprawiło mi zwiedzanie budynku. W wielu miejscach odnajdywałem ślady własnej pamięci, choć jednocześnie widziałem, jak bardzo szkoła się zmieniła. Zniknęły stare stoły laboratoryjne (pracownia chemii), inaczej wyglądają pracownie chemiczne i fizyczne. Stary barak z pracownią biologiczną został wyburzony ale powstało nowe skrzydło. Szkoła wypiękniała. To już nie jest dokładnie ta szkoła, którą pamiętam. I dobrze. Szkoła musi się zmieniać wraz z rozwojem wiedzy i technologii. Najważniejsze jest jednak to, aby zachowała swoją tożsamość jako wspólnota ludzi uczących się od siebie nawzajem.

Coraz częściej myślę o szkole jak o ekosystemie edukacyjnym. Nie tworzą go jedynie nauczyciele i programy nauczania. Ważni są uczniowie i ich kontakty także poza lekcjami. Uczyliśmy się od siebie bardzo dużo. I to nie tylko biologii, chemii, fizyki czy matematyki. Ważną częścią tego ekosystemu są również absolwenci. Każdy z nich zabiera ze sobą cząstkę szkoły do świata, a później może przynieść z powrotem własne doświadczenia. W takim obiegu wiedzy i pamięci szkoła naprawdę żyje. O niektórych absolwentach przypominają tablice pamiątkowe. Ale może poza typową martyrologią warto pokazać zwykłych ludzi? Pozornie zwykłych. Bo to oni mogą być inspirującym wzorem dla młodego pokolenia.

Być może właśnie dlatego najcenniejszym efektem naszego spotkania nie były oficjalne uroczystości, lecz rozmowy prowadzone przy kawie, oglądanie dawnych klas, podczas spacerów po mieście i klasowych spotkań. Wyjechaliśmy z pomysłem napisania wspólnego e-booka – zbioru wspomnień o licealnych latach. Nie po to, by idealizować przeszłość, lecz by pokazać, jak szkoła wpływa na ludzkie losy. Mieliśmy poczucie, że dorastaliśmy w czasach szczególnych: między światem analogowym a cyfrowym, między PRL-em a wolną Polską. Warto tę pamięć zachować, zanim stanie się jedynie przypisem w podręcznikach historii.

Zjazd absolwentów przypomniał mi, że szkoła nie kończy się wraz z odebraniem świadectwa maturalnego. Trwa w naszych wspomnieniach, wyborach, przyjaźniach i sposobie patrzenia na świat. A jeśli tak jest, to jej historia również nie powinna ograniczać się do opowieści o wojnach. Powinna być przede wszystkim historią ludzi, którzy dzięki niej nauczyli się żyć.

5.08.2026

Lato z komarami ma swój niepowtarzalny urok

Śródleśny, wiosenny zbiornik okresowy. Idealne miejsce dla licznych owadów wodnych, w tym komarów.
 

Ostatnio ponownie byłem pytany o komary, przez TVP2 Panorama i przez Paulinę Malecką z Gen Warmii i Mazur. Latem to popularny temat. Efekt końcowy każdego wywiadu jest zawsze współautorski. Ludwik Fleck nazwałby to kolektywem myślowym. Nie wszystkie podane przeze mnie informacje ostatecznie ukazują się na antenie telewizyjnej czy na portalu. Tak zwana ogrywka służy także redakcji do zapoznania się z tematem i nadania ogólnego klimatu wypowiedzi. Moje i redakcyjne słowa są przemieszane, powstaje mniej lub bardziej nowa jakość. Nowe brzemiennie powstałe w dialogu czego przykładem jest ten wywiad .

A cóż można nowego o komarach powiedzieć? Choćby to, że dobrze, że są komary latem, przynajmniej jest na co ponarzekać. I jest motywacja do odrobiny ruchu. Czyli w każdej sytuacji można znaleźć coś dobrego. Lato z komarami ma swój niepowtarzalny urok.

  • Jak postrzega Pan stosunek społeczeństwa do komarów? Z czego, Pana zdaniem, wynika takie nastawienie?

 Do komarów, jako do pasożytów odnosimy się negatywnie i niechętnie. Owady traktujemy jako organizmy dokuczliwe. Już sama nazwa, jaką im przed wiekami nadaliśmy, wskazuje, że wadzą, przeszkadzają. Samo ukłucie zazwyczaj nie jest bolesne a utrata krwi na rzecz jednego komara niewielka. Niemniej pozostaje swędzące miejsce, co przy liczniejszych ukąszeniach jest już dużym dyskomfortem. Na dodatek komary roznoszą groźne i śmiercionośne choroby takie jak malaria, denga czy gorączka Zachodniego Nilu i wiele innych. Na szczęście te choroby u nas jeszcze nie występują. Komary, jako owady krwiopijne, pasożyty zewnętrzne, są wektorami dla innych chorobotwórczych organizmów: wirusów, pierwotniaków a nawet nicieni. Jeśli weźmiemy pod uwagę malarię, to komary są największymi zabójcami ludzi od tysięcy lat. W naszym regionie takiego zagrożenia nie ma. Pozostają jedynie swędzące miejsca po kłujkach komarów. Dodam tylko, że komary nie są jedynymi owadami krwiopijnymi, które uprzykrzają nam życie. Są jeszcze kuczmany, meszki, bąkowane (czyli muchy końskie, ślepaki), bolimuszki a także wszy, pchły, gzy. Można byłoby postawić przewrotne pytanie: po co na świecie są pasożyty, czy świat bez nich nie byłby piękniejszy? To oczywiście zupełnie inna opowieść z zaskakującą odpowiedzią, że lepszy stary wróg niż całkiem nowy.

Tak, komary są dokuczliwe, ale dodają swoistego uroku latu nad jeziorami i rzekami Warmii i Mazur. To swoisty koloryt i dodatkowa przygoda, skłaniająca do głębszych refleksji nad światem i ludźmi.

  • Jakie metody ochrony przed komarami są obecnie najskuteczniejsze? Jaką rolę odgrywają wśród nich preparaty odstraszające?

Najskuteczniejszą metodą jest poznać zwyczaje komarów i unikać z nimi kontaktu.  W Polsce występuje obecnie 47 gatunków komarów a tylko nieliczne mogą roznosić choroby groźne dla człowieka. Podobne do nich są kuczmany. Tak więc nie wszystko co wypija naszą krew jest komarem. Każdy gatunek ma swoją charakterystykę siedliskową i behawioralną (komar komarowi nie jest równy). Unikają miejsc nasłonecznionych, aktywne są w dni pochmurne, deszczowe, o zmierzchu, w nocy i nad ranem,. Nie wszystkie gatunki preferują człowieka jako żywiciela. Krwią odżywiają się tylko samice. Jako troskliwe matki dbają o dobre odżywianie, by złożyć jak najwięcej jaj. Dbają więc o swoje potomstwo. Wyczuwają człowieka przez dwutlenek węgla i temperaturę a także przez inne zapachy, np. przez lotne związki organiczne produkowane przez bakterie, żyjące na naszej skórze. Bakterie te  tworzą „zapachowy podpis” człowieka i w konsekwencji różne osoby pachną inaczej, dlatego komary mają swoich „ulubieńców”. Ponadto komary unikają niektórych roślin o silnym, intensywnym zapachu, zwłaszcza takich, które wydzielają olejki eteryczne zawierające cytronelal, geraniol, eukaliptol lub inne związki drażniące ich układ nerwowy. Jeśli chcemy bezpiecznie wypoczywać, to warto siąść pod orzechem włoskim lub w otoczeniu roślin takich jak: lawenda, kocimiętka, pelargonia cytrynowa (geranium), bazylia, mięta pieprzowa, melisa, rozmaryn czy wrotycz pospolity. Możemy więc zaplanować swój własny ogród nieprzyjazny dla komarów. Lub używać olejków eterycznych z tych roślin. Skuteczne bywają także repelenty ofererowane w aptekach. Od lat 40-tych XX w. za bardzo skuteczny repelent uznawany jest DEET (N,N‑dietyl‑meta‑toluamid) - syntetyczny repelent owadów, jeden z najskuteczniejszych i najlepiej przebadanych na świecie. Działa przede wszystkim na układ węchowy komarów, zaburzając ich zdolność wykrywania człowieka. Ma swoje wady gdyż  może podrażniać naszą skórę. Dlatego polecam stosowanie środków naturalnych, roślinnych. Nie dość, że nam nie szkodzą to jeszcze ładnie pachną. A na ugryzienia stosować łagodzące maści, do nabycia w aptekach

  • Jaką rolę pełnią komary w ekosystemach jezior, bagien i mokradeł?

Samce komarów odżywiają się tylko nektarem. Samice czasem także. Zatem i komary należą do owadów zapylających. Natomiast znacznie ważniejsza jest ich rola w stadium larwalnym. Larwy żyją w zbiornikach wodnych, od małych kałuż, po zbiorniki okresowe, brzegi jezior, rzek i bagien. Są głównie filtratorami i odżywiają się mkroorganizmami oraz rozkładającą się materią organiczną, a tylko niektóre gatunki są drapieżne. Można więc w uproszczeniu powiedzieć, że oczyszczają wodę. I żyją często w siedliskach, w których brakuje innych owadów wodnych. Są znakomitymi kolonizatorami i szybko zasiedlają nawet kałuże, wodę w beczce czy w puszce, pozostawiana w lesie. Są ważnym pokarmem dla wielu wodnych bezkręgowców jak i ryb czy płazów. Gdybyśmy pozbyli się całkowicie komarów to ekosystemy wodne bardzo by to negatywnie odczuły, łącznie z rybami, które lubimy łowić i zjadać. Z kolei postacie dorosłe są  ważnym źródłem pokarmu dla ważek, nietoperzy, jaskółek czy jerzyków.

  • Co obecność lub liczebność komarów może powiedzieć o stanie środowiska naturalnego?

Ekosystemy to bardzo złożone układy. Każdy gatunek może być bioindykatorem zdrowia ekosystemu. Zatem także i komary są takim wskaźnikiem środowiska. Ekolog, niczym wprawny detektyw, po składzie gatunkowym oraz liczebności komarów, potrafi wiele wywnioskować o tym, co aktualnie dzieje się w środowisku. Także o niestabilności i zmienności w środowisku wodnym.

  • Jak zależność między bogactwem owadów a stanem środowiska wygląda z perspektywy ekologii?

To złożone pytanie. Od kilku dziesięcioleci obserwujemy znaczący spadek liczby gatunków i liczebności niemalże wszystkich gatunków owadów w większości ekosystemów Ziemi. W niektórych rejonach dane naukowe wskazują na spadek rzędu 70%. Komary są tylko elementem tego spadku. Przypomnę, że nie dotyczy to wszystkich gatunków. Ubytek biomasy owadów z ekosystemów bardzo negatywnie przekłada się na zapylanie roślin ale także przez zmniejszenie bazy pokarmowej dla wielu ptaków, nietoperzy czy innych małych ssaków, dlatego obserwujemy spadek liczebności wielu gatunków kręgowców. Bo bez jedzenia nie ma życia. Generalnie im więcej gatunków tym dla ekosystemów lepiej, bo są stabilniejsze i mniej wrażliwe na masowe pojawianie się pasożytów czy szkodników. Tak więc podsumowując – brak letniego brzęczenia komarów w pierwszym wrażeniu może wydać się bardzo pozytywny. Ale po zastanowieniu się byłby to obraz bardzo pesymistyczny i wieszczący poważne problemy. Byłaby to zapowiedź dużej katastrofy.

  • Które grupy owadów odgrywają szczególnie ważną rolę w ekosystemach Warmii i Mazur, choć na co dzień rzadko zwracamy na nie uwagę?

To tak, jakby pytać rodzica, które swoje dziecko kocha bardziej. Każda grupa ma swoją specyficzną funkcję. Motyle, pszczołowate (dziko żyjące pszczoły samotnice i trzmiele), wiele muchówek to zapylacze roślin kwiatowych, w tym gatunków użytkowanych przez człowieka. Inne grupy rozkładają martwą materia organiczną, w tym drewno. W uproszczeniu możemy nazwać je czyścicielami, wliczając w to faunę nekrofagiczną (owady zjadające padlinę) oraz koprofagiczną (odżywiająca się odchodami zwierząt). Bez nich utonęlibyśmy w odpadach i odchodach. Jako przykład można podać Australię. Sprowadzenie europejskich owiec i krów na ten kontynent stworzyło niespodziewany problem. Rodzima fauna owadów koprofagicznych nie była przystosowana do zjadania krowich i owczych odchodów. Pastwiska były pokryte masą nierozłożonych odchodów. Problemowi udało się zaradzić po sprowadzeniu 10 gatunków owadów z kilku kontynentów. Prace badawcze i testowanie trwało wiele lat. Wyobraźmy sobie Polskę, gdy zabraknie naszych koprofagów. Kto będzie chodził po łąkach i pastwiskach i szufelką zbierał „krowie placki”? I jeszcze jedna ważna funkcja – regulacja drapieżnicza i pasożytnicza. Wiele gatunków owadów to drapieżniki i parazytoidy szkodników rolniczych, sadowniczych i leśnych. To nasi sprzymierzeńcy, pracujący dla nas i bez skutków ubocznych w postaci zanieczyszczenia żywności pestycydami. A osy? Wydają się nam zawadzającymi i żądlącymi gatunkami. Poza faktem, że są drapieżne i zjadają wiele szkodników upraw to jeszcze są rezerwuarem dzikich drożdży. Bez nich nie byłoby wina i piwa.

  • Jakie zmiany w liczebności owadów obserwuje się obecnie? Czy podobne zjawiska są widoczne również na Warmii i Mazurach?

W wielu regionach świata obserwujemy niepokojąco duży spadek liczby gatunków i liczebności owadów. Na Warmii I Mazurach brak takich wieloletnich i porównawczych badań. Po prostu za mało jest naukowców i za mało przeznaczamy funduszy na badania naukowe, a zwłaszcza te środowiskowe (ekologiczne). Modna jest biologia molekularna a badania faunistyczne są mniej atrakcyjne. I dlatego niewiele wiemy o aktualnej sytuacji większości grup owadów w naszym regionie. Bez naukowców i bez badań AI tych wyników nie wyhalucynuje.

  • W jaki sposób przekształcanie naturalnych brzegów jezior wpływa na owady oraz funkcjonowanie lokalnych ekosystemów?

Przede wszystkim jest to utrata siedlisk. Zbyt liczne plaże, pomosty, utwardzone nabrzeża to ograniczanie strefy roślinności szuwarowej i związanych z nimi biocenoz. Do tego dochodzi pogłębiająca się susza i cofanie się linii brzegowej coraz liczniejszych jezior. A skoro znikają siedliska to znikają i dziesiątki gatunków owadów oraz innych bezkręgowców. A wraz z nimi pogarszają się warunki życia dla ptaków, ssaków, ryb i płazów. W tych pogorszonych warunkach, przy zmniejszonej liczebności bezkręgowcowych drapieżników (ważki, chrząszcze, pluskwiaki itd.), komary jako sprawni kolonizatorzy poradzą sobie dość dobrze. Szybko wykorzystają deszczowe kałuże, wodę w puszcze czy starej oponie i się namnożą. Zmiany środowiska szkodzą gatunkom wyspecjalizowanym a sprzyjają ekologicznym oportunistom. Jeziora wydają się nam bardzo atrakcyjne, ale nieprzemyślana i rabunkowa zabudowa brzegów jezior i rzek zniszczy nasz atut i główną atrakcję regionalną. Potrzebne nam jest myślenie perspektywiczne a nie tylko nastawienie na krótkotrwały i pozorny zysk.

  • Jakie mogłyby być konsekwencje dla przyrody, gdyby populacje komarów znacząco się zmniejszyły lub całkowicie zniknęły?

Trudno przewidzieć. Są istotną baza pokarmową dla wielu wodnych bezkręgowców, dla ryb, dla płazów, dla wielu ptaków czy nietoperzy. A w konsekwencji dla gospodarki i zdrowia samego człowieka. Ekosystemy do złożone układy, które możemy porównać do ceglanego domu wielopiętrowego. Jaki skutek będzie, gdy zaczniemy wyciągać cegły ze ściany na parterze? Po jednej wyciągniętej cegle zapewne nic się nie stanie. Natomiast jeśli ubędzie ich więcej to grozi zawaleniem całego budynku. Ale trudno nam przewidzieć, które ściany i które piętra uszkodzone będą najbardziej i pierwsze się zawalą. Gdy dokuczają nam latem swędzące miejsca po ukąszeniach komarów w pierwszym odruchu marzylibyśmy o wytruciu wszystkich komarów. Ale było to jak leczenie wrzodu na dłoni przez ucięcie sobie całej ręki. Koszty uboczne będą zbyt duże. Nie warto.

  • Jaką rolę w regulowaniu liczebności komarów odgrywają nietoperze i inne naturalne drapieżniki?

 Jeden nietoperz w ciągu jednej nocy może zjeść 2-3 tysiące komarów. A nietoperze żyją w koloniach. Zadbajmy więc o miejsca noclegowe dla nietoperzy i o ich zimowiska.  Jerzyk może zjeść dziennie nawet do 20 tys. owadów, a biorąc pod uwagę, że komary stanowią jakieś 5-10% ich diety, to wyjdzie ok. 1-2 tysięcy. Zatem zadbajmy o jerzyki, jaskółki inne ptaki owadożerne. To nasi sprzymierzeńcy. Nawet osy i szerszenie potrafią zjadać dorosłe komary. Nie trujmy komarów chemią (bo i siebie w ten sposób pośrednio trujemy), pozwólmy innym zwierzętom pozjadać komary.

  • Od lat zajmuje się Pan badaniami chruścików. Czego obecność lub brak tych owadów dostarcza informacji o stanie jezior i rzek Warmii i Mazur?

Wskazuję na eutrofizację jezior, zanik siedlisk torfowiskowych i bagiennych oraz na postępującą suszę. Znikają małe śródpolne i śródleśne zbiorniki wodne czyli siedliska dla specyficznych gatunków chruścików (i innych owadów wodnych). Obniża się poziom wód wielu małych strumieni i rzek. Dla przykładu spadek liczebności monitorowanej w całej Polsce wazki trzepli zielonej wynika m.in. z mniejszej ilości płynącej wody i zamulania się dla rzek. Ten mniejszy przepływ wynika z nasilającej się suszy hydrologicznej w skali regionalnej. W odniesieniu do chruścików teraz należałoby powtórzyć badania w tych samych zbiornikach, które badałem 30-40 lat temu. Mielibyśmy dobre dane o skali zmian. Brakuje tylko rąk do pracy…
  • Jakie aspekty biologii i ekologii komarów są, Pana zdaniem, najmniej znane społeczeństwu, a warto je lepiej zrozumieć?

Nie wiemy, że komary to także zapylacze, że samce odżywiają się tylko nektarem oraz, że larwy oczyszczają wodę odżywiając się martwa materią organiczną. Wraz z ociepleniem klimatu gatunki południowe przesuwają się na północ i mogą się pojawić u nas komary tygrysie i komary japońskie. A przy dalekich podróżach ludzi w jednym miejscu mogą się spotkać i odpowiednie komary i wirusy w ludzkiej krwi, przywiezione z dalekiej wakacyjnej wyprawy. A wtedy może się okazać, że zadomowią się groźne, tropikalne choroby, łącznie z malarią.

I jeszcze jeden, zaskakujący aspekt zdrowotny. W naszym sterylnym środowisku, w którym pozbywamy się bakterii, pasożytów i owadów brakuje treningu dla naszego układu odpornościowego, zwłaszcza w wieku dziecięcym. Stąd wysyp alergii i chorób cywilizacyjnych takich jak autoimmunologicznych czy nawet otyłości. Wakacje to dobry czas by gołymi rękoma pobrudzić się w ziemi i błocie oraz dostać mała porcję „szczepionki” za sprawą komarów. Nie ma tego złego (swędzącego) co koniec końców na dobre by nam nie wyszło.


Czytaj także: