Wykład pt. „Dlaczego zaczyna nam brakować wody? I co z tego wynika?” na Festiwalu Nauki i Sztuki w Siedlcach rozpocząłem od pokazania puszki po wodzie niegazowanej. Woda pitna w hotelu. Jeśli w puszce, to znak luksusu i światowego sznytu. Już nawet nie w butelce plastikowej a w puszce. A czyż ta w kranie nie jest tak samo dobra? Czy nawet ta w dystrybutorze na korytarzu, jakie spotykam w wielu hotelach? Woda w puszce to jakiś symbol luksusu, kultury jednorazowości i rozwoju technologicznego lecz dla mnie wygląda jak futurystyczny obraz katastroficznej przyszłości. Sygnał rosnącego braku czystej wody. Bo przecież największa część ceny to koszt opakowania i transportu a nie samej wody.
Woda wydaje się czymś oczywistym. Płynie z kranu, wypełnia jeziora i rzeki, spada z nieba podczas deszczu. Na mapie Polska wygląda jak kraj pełen wód, a przecież coraz częściej słyszymy o suszy, wysychających studniach, obniżającym się poziomie wód gruntowych i problemach z zaopatrzeniem w wodę. Jak to możliwe, że zaczyna nam jej brakować, skoro nieustannie krąży w przyrodzie? Odpowiedź jest bardziej złożona, niż mogłoby się wydawać. Woda nie znika z planety. Zmienia jednak miejsce, stan skupienia i dostępność. A człowiek potrafi skutecznie zaburzyć jej naturalny obieg.Wystarczy porównać ceny wody w puszcze i tej płynącej z kranu. Za tę pierwszą płacimy niekiedy około stu razy więcej niż za podobną ilość wody wodociągowej. Woda zamknięta w aluminiowej puszce czy plastikowej butelce staje się towarem, za który jesteśmy gotowi zapłacić znaczną sumę. Tymczasem woda z kranu pozostaje niemal niezauważalnym elementem codzienności. Odkręcamy kurek, napełniamy czajnik, podlewamy ogródek, myjemy samochód. Dopiero gdy wody zaczyna brakować, uświadamiamy sobie, jak bardzo zależymy od sprawnego funkcjonowania całego systemu jej pozyskiwania, uzdatniania i dostarczania. Woda jest jednocześnie dobrem podstawowym, elementem środowiska, surowcem dla gospodarki i towarem. W przyszłości jej dostępność może coraz silniej zależeć nie tylko od warunków przyrodniczych, lecz także od decyzji ekonomicznych i politycznych. Nie trzeba od razu wyobrażać sobie świata rodem z filmu „Mad Max”, aby dostrzec, że bezpieczeństwo wodne staje się jednym z ważnych wyzwań współczesności.
Problem zaczyna się już wtedy, gdy próbujemy spojrzeć na wodę wyłącznie jak na powierzchnię widoczną na mapie. Jeziora, rzeki, stawy i mokradła są tylko jednym wymiarem wodnej rzeczywistości. Drugi znajduje się pod naszymi stopami: to woda zgromadzona w glebie, osadach i warstwach wodonośnych. Trzeci wymiar rozciąga się nad nami, w atmosferze, skąd woda dociera na powierzchnię w postaci opadów, a w niektórych regionach także ze śniegu i lodowców. Te trzy przestrzenie są ze sobą połączone. Woda opadowa zasila glebę i wody podziemne, te zaś podtrzymują przepływ rzek i pomagają utrzymać wilgotność mokradeł. Rzeki odprowadzają wodę do mórz, a parowanie i transpiracja roślin przenoszą ją ponownie do atmosfery.
Jeśli zaburzymy jeden element tego układu, konsekwencje mogą pojawić się w pozostałych. Obniżenie poziomu wód gruntowych może prowadzić do wysychania niewielkich zbiorników, zmniejszania przepływu strumieni i zanikania źródeł. Wysychają torfowiska, a gleby tracą zdolność podtrzymywania roślinności w okresach bez deszczu. Nawet jezioro, które nadal widnieje na mapie i ma wodę w swojej misie, może zmieniać warunki ekologiczne, od których zależy życie jego mieszkańców. Sama obecność zbiornika nie oznacza bowiem, że ekosystem funkcjonuje prawidłowo. I nie mówi nic o jakości czy czystości tej wody.
W Polsce na dostępność wody wpływają zarówno zmiany klimatu, jak i wieloletnie przekształcanie krajobrazu. Wzrost temperatury zwiększa parowanie, a zmiany rozkładu opadów sprawiają, że okresy niedoboru wody mogą przeplatać się z intensywnymi deszczami. Nie wystarczy więc powiedzieć, że deszczu jest za mało. Ważne jest również to, kiedy pada, jak długo utrzymuje się pokrywa śnieżna, ile wody wsiąka w glebę i jak szybko odpływa ona do rzek. Krótki, gwałtowny opad nie musi rozwiązać problemu suszy. Jeżeli woda spłynie po przesuszonej lub uszczelnionej powierzchni miejskiej do kanalizacji i dalej do rzeki, niewiele z niej pozostanie na miejscu na czas kolejnych tygodni bez deszczu.
Przez dziesięciolecia traktowaliśmy wodę często jak przeszkodę, którą trzeba możliwie szybko usunąć z terenu. Melioracje osuszały podmokłe łąki i torfowiska, rowy odwadniające przyspieszały odpływ, a rzeki regulowano, prostowano i obudowywano. Takie działania mogły przynosić doraźne korzyści rolnictwu lub ułatwiać zagospodarowanie terenu, lecz miały również długofalowe konsekwencje. Krajobraz tracił zdolność zatrzymywania wody, a mokradła, które działały jak naturalne magazyny, stopniowo znikały lub ulegały degradacji. Woda szybciej opuszczała obszar, na którym spadła, zamiast zasilać glebę i wody podziemne.
Podobne skutki może wywoływać działalność górnicza, szczególnie tam, gdzie wydobycie wymaga odwadniania złóż. Wypompowywanie wód podziemnych zmienia lokalne i regionalne stosunki hydrologiczne. Obniżenie zwierciadła wód gruntowych może wpływać na studnie, mokradła, małe rzeki i zbiorniki. Dodatkowym problemem bywa jakość wody. Zrzuty zasolonych wód kopalnianych mogą zwiększać zasolenie rzek, czego skutki obserwowano między innymi w dorzeczach Odry i Wisły. W ten sposób działalność człowieka może jednocześnie zmniejszać ilość wody dostępnej w określonym miejscu i pogarszać jej przydatność dla organizmów, rolnictwa czy zaopatrzenia ludności. Woda może więc znajdować się w rzece, a mimo to nie spełniać wszystkich funkcji, których od niej oczekujemy.
Zmiany te szczególnie wyraźnie widać wtedy, gdy przyglądamy się przyrodzie, a nie tylko wskaźnikom hydrologicznym. Dla człowieka wysychający strumień może oznaczać problem z poborem wody albo niepokojący widok w krajobrazie. Dla organizmów wodnych jest to utrata przestrzeni życiowej. Larwy owadów, skorupiaki i inne bezkręgowce potrzebują odpowiednich warunków do rozwoju. Płazy zależą od zbiorników, w których mogą rozmnażać się i rozwijać ich larwy. Ważki wymagają siedlisk o określonej trwałości i jakości, a torfowiska utrzymują swoją specyfikę dzięki wysokiemu poziomowi wody. Gdy małe zbiorniki wysychają wcześniej niż zwykle, organizmy mogą nie zdążyć zakończyć cyklu życiowego. Gdy przepływ rzeki słabnie, zmieniają się temperatura wody, stężenie tlenu i warunki bytowania wielu gatunków. Na przykład wzrasta zamulenie a przez to znika dogodne siedlisko dla wazki trzepli zielonej. To tylko jeden przykład z wielu. Monitoring przyrodniczy pozwala dostrzec, że zmiany zachodzą nie tylko w samym krajobrazie, lecz także w liczebności populacji i kondycji siedlisk. Długoterminowe obserwacje ważek i innych organizmów wodnych mogą ujawniać spadki liczebności tam, gdzie zmniejszają się przepływy i pogarszają warunki hydrologiczne. Nie zawsze wystarczy stwierdzić, że siedlisko nadal istnieje. Staw może pozostać na swoim miejscu, ale jeśli woda utrzymuje się w nim krócej, zmienia się jej jakość albo zanika roślinność, jego wartość dla określonych gatunków może znacznie się zmniejszyć. Dlatego dane o opadach, poziomie wód gruntowych, przepływach i stanie organizmów powinny być analizowane łącznie. Przyroda nie jest dodatkiem do gospodarki wodnej. Jest częścią systemu, od którego zależy jej skuteczność.
Warto też pamiętać, że niedobór wody nie jest wyłącznie problemem odległych pustyń czy krajów południowej Europy. W Polsce również obserwujemy okresy, w których małe zbiorniki wodne wysychają, a rolnictwo, mieszkańcy i ekosystemy konkurują o ograniczone zasoby. Znaczenie ma przy tym nie tylko ilość wody, lecz także sposób jej wykorzystywania. W rolnictwie nawadnianie powinno uwzględniać potrzeby roślin, warunki pogodowe i zdolność gleby do zatrzymywania wilgoci. Podlewanie w pełnym słońcu może zwiększać straty wody wskutek parowania, dlatego często korzystniejsze jest nawadnianie we wczesnych godzinach porannych lub wieczorem, zależnie od stosowanej metody i warunków. W miastach z kolei coraz większym problemem są rozległe powierzchnie uszczelnione betonem i asfaltem. Woda, która mogłaby zasilić glebę, trafia do kanalizacji, a podczas intensywnych opadów może przyczyniać się do lokalnych podtopień.
Niektóre regiony Hiszpanii, doświadczające poważnych niedoborów wody, wprowadzają ograniczenia jej wykorzystania, między innymi do podlewania ogrodów czy napełniania basenów. Takie rozwiązania przypominają, że dostęp do wody wodociągowej nie oznacza nieograniczonego prawa do korzystania z niej w dowolnym celu. Tam, gdzie zasoby są ograniczone, rośnie znaczenie oszczędzania, ponownego wykorzystywania oczyszczonych ścieków oraz ustalania priorytetów w zaopatrzeniu. Warto uczyć się z doświadczeń innych krajów, choć konkretne rozwiązania trzeba dostosowywać do lokalnych warunków przyrodniczych i społecznych.
Co zatem robić, aby wody nie zabrakło? Przede wszystkim zmienić sposób myślenia o jej zatrzymywaniu. Przez lata odpowiedzią na problemy wodne było często budowanie kolejnych zbiorników i urządzeń technicznych. Zbiorniki mogą być potrzebne, zwłaszcza tam, gdzie uzasadniają to warunki hydrologiczne i potrzeby społeczne, ale nie zastąpią sprawnego funkcjonowania całego krajobrazu. Równie ważne jest odtwarzanie dolin zalewowych, ochrona mokradeł, renaturyzacja rzek i ograniczanie niepotrzebnego odwadniania. Naturalna retencja polega na tym, że woda pozostaje dłużej w glebie, roślinności, zagłębieniach terenu i mokradłach. Nie zawsze tworzy spektakularne jezioro widoczne na zdjęciach, ale pomaga podtrzymywać wilgotność krajobrazu i zasilać wody podziemne.
W miastach można zwiększać powierzchnię biologicznie czynną, stosować przepuszczalne nawierzchnie, zakładać ogrody deszczowe i zielone dachy oraz chronić istniejące drzewa i tereny podmokłe. Na terenach rolnych ważne jest ograniczanie strat wody, dostosowanie nawadniania do rzeczywistych potrzeb i takie gospodarowanie rowami, aby nie odprowadzały bez potrzeby każdej porcji wody poza teren. Odtwarzanie naturalnej retencji wymaga jednak planowania, współpracy z właścicielami gruntów i uwzględniania kosztów społecznych. Przywrócenie przestrzeni zalewowej rzece może oznaczać zmianę sposobu użytkowania części terenów, dlatego powinno być prowadzone z poszanowaniem potrzeb mieszkańców i rolników.
Nie mniej istotne są monitoring i edukacja. Bez systematycznych pomiarów poziomu wód gruntowych, jakości wody, przepływów rzecznych i stanu siedlisk trudno ocenić, czy podejmowane działania przynoszą efekty. Bez wiedzy o tym, jak działa obieg wody, łatwo natomiast uznać, że problem rozwiąże pojedyncza inwestycja albo oszczędzanie wody wyłącznie w gospodarstwie domowym. Każdy może ograniczyć marnotrawstwo, lecz za bezpieczeństwo wodne odpowiada także sposób planowania przestrzenią miejską i gminną, prowadzenia gospodarki rolnej, zarządzania kopalniami i ochrony ekosystemów.
Dlaczego zatem zaczyna nam brakować wody? Nie dlatego, że nagle zabrakło jej na Ziemi, lecz dlatego, że w wielu miejscach nie pozostaje tam i wtedy, gdy jest najbardziej potrzebna. Zmiany klimatu nakładają się na skutki osuszania terenów, nadmiernego poboru wód, przekształcania rzek i uszczelniania powierzchni. Woda odpływa szybciej, zasoby podziemne nie zawsze zdążają się odnowić, a część wód traci odpowiednią jakość. W konsekwencji cierpią zarówno ludzie, jak i ekosystemy.
Bezpieczeństwo wodne nie zaczyna się więc dopiero przy kranie ani nie kończy na budowie zbiornika. Zaczyna się w lesie, na polu, w torfowisku, w dolinie rzecznej i na miejskim chodniku, przez który deszcz może wsiąknąć w ziemię albo natychmiast odpłynąć. Musimy nauczyć się patrzeć na wodę w trzech wymiarach: na powierzchni, pod ziemią i w atmosferze. Dopiero wtedy zrozumiemy, że jej ochrona nie polega jedynie na gromadzeniu coraz większych ilości, ale również na przywracaniu krajobrazowi zdolności zatrzymywania i odnawiania zasobów. Woda jest częścią wspólnego systemu podtrzymującego życie. Im lepiej będziemy rozumieli jego działanie, tym większa szansa, że nie stanie się dobrem dostępnym tylko dla tych, których stać na zapłacenie za nie coraz wyższej ceny.











