07.07.2020

Orszoł, gliniarz i niprzyrówka rzeczna czyli o społecznym ruchu naukowym

(Orszoł, Fot.Eugeniusz Zaporowski)

W czasach mojego dzieciństwa, gdy coś widziałem ciekawego lub nowego w przyrodzie, to pytałem się starszego brata, dziadka lub wujka lub kogoś innego "co to jest". Tak poznawałem ptaki, ryby, rośliny, grzyby. Szybko się okazało, że ta zbiorowa wiedza jest niewystarczająca. Potem sięgałem do książek lub pytałem się specjalistów. I jedno i drugie nie było łatwo dostępne, stąd moja ciekawość zaspakajana była jedynie na poziomie ogólnym. Jakiś owad, jakiś grzyb. W miarę zdobywania wiedzy, zarówno tej szkolnej, jak i tej z książek popularnonaukowych, pytań przybywało. I rosła świadomość, że tak wiele jest nierozpoznanych rzeczy.

Nowe technologie zmieniły świat. Wiedza naukowa przestaje być elitarna. Mamy do niej coraz łatwiejszy dostęp. I to zarówno w postaci książek, zasobów internetowych jak i w możliwości dostępu do specjalistów. Jest jeszcze coś. Mamy niezwykłe łatwy dostęp do dokumentowania tego, co widzimy. Kiedyś był to tylko opis słowny. Czasem ktoś potrafił narysować, czasem był to zasuszony okaz (przykład ze zmierzchnicą trupią główką). Teraz wystarczy szybko wyjąć telefon z aparatem cyfrowym by uwiecznić obserwowany obiekt. Potem wystarczy skorzystać z internetu mobilnego by poszukać podobnych zdjęć lub skontaktować się ze specjalistą i zapytać "co to jest". Niewiarygodna współpracą coraz większej liczby osób. Zupełnie nowa rzeczywistość.

Dostęp do specjalistów i ich wiedzy to tylko część problemu. Bo pytający są jednocześnie obserwatorami. Zazwyczaj mają już wiedzę przyrodniczą. Jeśli poprawnie udokumentują miejsce i czas wtedy fotograficzna obserwacja nabiera wartości naukowej. Nie są to może dane zbierane systematycznie lecz ich liczba stanowi dużą wartość. Przybywa obserwatorów i przybywa danych, które można analizować, sumować, wyciągać w z nich wnioski. Społeczny ruch naukowy ma ogromny potencjał. Potrzebnych jest tylko kilka rzeczy.

(Fot. Maria Olszowska)
Po pierwsze otwarcie środowiska naukowego na taką współpracę. Potrzebne są dobre książki i dobre strony internetowe z zebranymi podstawowymi informacjami, zdjęciami, opisami, charakterystykami gatunków. Co prawda takie opracowania nie przynoszą "punktów" do kariery i dorobku naukowego jednak są niezwykle społecznie przydatne. To trzecia misja uniwersytetu. Pozwalają zrozumieć to, co się widzi, rozpoznać gatunek a następnie poczytać i poszerzyć swoją wiedzę także o zachodzących procesach. Po drugie potrzebne są łatwe w dostępie klucze do oznaczania. Pojawiły się już proste aplikacje na telefon do szybkiego rozpoznawania roślin czy grzybów. 

Sam jestem zaskoczony jak przydatne bywają zwykłe wpisy przyrodnicze na blogu. Wiele osób korzysta, a potem zwraca się z prośbą o konsultacje, o pomoc itd. Wiele lat temu zdarzały mi się telefony do pracy z pytaniem "czy to jest tarantula". Bo był program w telewizji o tym, że jakieś egzotyczne pająki przejechały do Polski wraz z sadzonkami palmy (rośliny doniczkowe). "A jak wygląda ten pająk?". I tego nie dało się słownie ustalić, bo został już rozplaskany kapciem. Ani opis, ani okaz, tylko krótka rozmowa telefoniczna. Kompletnie nieweryfikowalne, niczym potwór z Loch Ness czy Paskuda z Zalewu Zegrzyńskiego. Teraz można zrobić zdjęcie swoim smartfonem. I już jest jakiś mniej lub bardziej wartościowy dowód.

Często dostaję różne maile czy wiadomości przez internetowe komunikatory z prośbą o konsultację. Dostrzegam potrzebę. I widzę, że blog jest przydatny.

Kiedyś napisałem o orszole, a niedawno dostałem taki list:  "Szanowny Panie Profesorze! Ze zdziwieniem zauważyłem w piątek, 26 czerwca br. niewidzianego nigdy przeze mnie stworzenia. Siedziało sobie na firance, w moim domu, w Gliwicach. Udało mi się zrobić kilka zdjęć, gdy nagle stworzonko gwałtownie zerwało się do lotu i wyfrunęło przez otwarte okno. Próbując go zidentyfikować, przeszukiwałem internet, gdzie trafiłem na stronę opisującą orszoła. Jeden z odnośników skierował mnie do Pańskiego bloga, na wpis z 17 czerwca 2019. Zdziwiło mnie, że ten piękny chrząszcz tak rzadko występuje w Polsce, a szczególnie na Górnym Śląsku. Ciekaw jestem, czy faktycznie był to orszoł prążkowany. W załączeniu kilka fotografii, niestety nie najlepszej jakości. -- Pozdrawiam Eugeniusz Zaporowski "

(Fot. Maria Olszowska)
Pisałem także o gliniarzu naściennym, gatunku nowym dla Polski. Od wielu lat otrzymuję różne zdjęcia, nie wszytko da się rozpoznać.Ale część jest wartościową obserwacją, wartą zachowania i upowszechnienia.

"Dzień dobry Panie doktorze, znalazłam wywiad z Panem na Wirtualnej Polsce, gdzie zachęcał Pan, aby przysyłać zdjęcia. Czy znaleźliśmy gniazdo gliniarza? Piszę z gajówki w województwie świętokrzyskim (powiat konecki). Pozdrawiam serdecznie, Maria Olszowska" (5 lipca 2020).

Co prawda gliniarz naścienny lepi takie gliniane schronienia dla potomstwa ale jest kilka różnych gatunków, które wykonują podobne schronienia. Po samych "glinianych dzbanuszkach" pewnie nie uda się oznaczyć. Jest jednak zachęta do dodatkowych obserwacji.

Nie wszystkie zdjęcia są przydatne, nie tylko ze względu na jakość fotografii. Ważne jest także uchwycenie cech diagnostycznych. Potrzeba minimalnej wiedzy by wiedzieć co sfotografować. 

Najciekawsze, ostatnie korespondencyjne doniesienie, dotyczy rzadkiego chruścika - Leptocerus interruptus, niprzyrówki rzecznej. Jako hydrobiolog łowiłem tylko larwy. Raz tylko spotkałem imago i to w nietypowym miejscu jak na ten gatunek - nad jeziorem lobeliowym. Niemniej zbiory konserwuję na mokro, w alkoholu. Trudno jest więc porównywać ze zdjęciami. A tych systematycznie przybywa. Tworzy się wartościowa bada porównawcza. Wartościowa jest tylko wtedy, gry fotografie są pewnie oznaczone przez specjalistę.

(Niprzyrówka rzeczna, Leptocerus interruptus, fot. Bartłomiej Pacuk)
"Dzień dobry Podczas prowadzenia inwentaryzacji entomologicznej w Parku Centralnym w Bydgoszczy (położonym nad Brdą) natknąłem się na tytułowy gatunek (moje zdjęcia w załącznikach, zrobione 4.07.20). Czy to jest błąd, czy może ten gatunek wykazuje taki dymorfizm płciowy? Nie znam się na chruścikach i nie wiem, czy u nich dymorfizm występuje. Proszę o rozwianie moich wątpliwości, choć nie sądziłem że je będę miał, bo gatunek wygląda na charakterystyczny. Obecność tego gatunku we wspomnianym parku wydaje się dość istotna, gdyż prowadzona przeze mnie inwentaryzacja ma związek z planowanym w tym miejscu kąpieliskiem. Pozdrawiam Bartłomiej Pacuk".

W tym przypadku wiem, że jest to nowe stanowisko tego gatunku. Mieści się w dotychczasowym zasięgu ale z okolic Bydgoszczy i samej rzeki Brdy nie było żadnych doniesień. Wszystkie dotychczasowe dane opublikowałem w dwóch pracach. Przypadkowe spotkanie a przy okazji cenna informacja naukowa. Tak można poznawać zasięgi występowania i zmiany tych zasięgów, chociażby związane ze zmianami klimatu. Potrzebna tylko dobrze zorganizowana współpraca środowiska akademickiego z wolontariuszami-przyrodnikami. Na razie jest to praca bez orderów i zaszczytów (nie liczy się do dorobku naukowego). Ale nie warto robić tylko tego, co aktualnie jest nagradzane. To nie my dostosowujmy się do wskaźników naukometrycznych tylko dostosowujmy wskaźniki do aktualnych potrzeba badawczych i społecznych. Przecież to podatnicy finansują polska naukę. I Uniwersytetu.

(Leptocerus interruptus, fot. Bartłomiej Pacuk)

Więcej o Leptocerus interruptus:
  • Pietrzak L., S. Czachorowski, 2004. Stopień zagrożenia Leptocerus interruptus (Fabricius, 1775) (Trichoptera: Leptoceridae) w Polsce. Wiad. Entomol., 23: 163-167.
  • Buczyńska E., S. Czachorowski, P. Buczyński, 2015. Leptocerus interruptus (Fabricius, 1775) (Trichoptera: Leptoceridae) in Poland: a case study of distribution, conservation sta-tus and potential monitoring value of a rare European caddisfly species. Acta Zoologica Bulgarica, 68 (2), s. 225-234 ; p-ISSN: 0324-0770,

01.07.2020

Czas na Spotkania z Nauką - dzisiaj się rozpoczynają

Logo projektu,
zaprojektowane przez naszą absolwentkę,
Annę Wojszel
Codzienna rzeczywistość coraz mocniej przypomina nam, że żyjemy w czasach trzeciej rewolucji technologicznej. To nie tylko kwestia wynalazków ale i tego, że zmienia się sposób funkcjonowania gospodarki i społeczeństwa. Koncentracja energii, przemysłu i ludzi - jakże typowa dla epoki przemysłowej - powoli i systematycznie odchodzi w przeszłość. Energia odnawialna jest rozproszona, może być wytwarzana w wielu, niezależnych od siebie miejscach. Internet sprawił, że możemy współpracować i być ze sobą mimo że jesteśmy daleko od siebie. Rodzi się inny rodzaj więzi i komunikacji międzyludzkiej.

Rewolucja technologiczna dotyka także edukacji. Zdalne nauczanie wymuszone przez pandemię pokazało nam na dużą skalę, że szkoła to nie tylko miejsce. Nie trzeba by wszyscy w tym samym czasie przychodzili do jednego budynku. Nauczanie poza murami szkoły nabiera coraz innego charakteru. Skoro nie da się zgromadzić w jednej szkole całego, niezbędnego wyposażenia do eksperymentów, to dlaczego nie korzystać z laboratoriów i miejsca poza szkołą? W 2010 roku powstało Centrum Nauki Kopernik w Warszawie. Teraz, po 10 latach, podobnych placówek jest ponad 15 a w ciągu 5 lat w Polsce będzie ich około 30. Każdy będzie miał blisko. To trend ogólnoświatowy. Specjalistyczne sale dydaktyczne znajdują się ponadto w wielu różnych innych instytucjach, w parkach narodowych, krajobrazowych, w nadleśnictwach, w wielu muzeach. Uczyć się można w wielu miejscach i mieć wielu nauczycieli. 

Polskie uczelnie wyższe już blisko od 20 lat organizują różnego typu pikniki naukowe, umożliwiając edukację szerokim kręgom społecznym, nie tylko młodzieży. Nauczanie w bardzo małych porcjach i bez sztywnego programu, można w uproszeniu powiedzieć że nauczanie kwantowe i rozproszone. Do takiej formy potrzeba inaczej przygotowanych nauczycieli, by byli bardziej przewodnikami, tutorami, mentorami.

Nauczanie pozaformalne i nieformalne staje się coraz ważniejsze, tym bardziej że odbywa się przez całe życie. Sam tego doświadczam. Zaczęło się od Olsztyńskich Dni Nauki, potem była Europejska Noc Naukowców, Noc Biologów, wiele różnych, jednorazowych pikników naukowych, wieloletnia współpraca ze szkołami z gościnnymi wyjazdami z wykładem lub/i warsztatami do wielu szkół nie tylko w moim regionie (ostatnio coraz częściej w formie zdalnej, np. webinaria). Były także projekty, nastawione na długofalową współpracę ze szkołami, takiej jak Uniwersytet Młodego Odkrywcy (dwie edycje). Można doliczyć również współpracę z Uniwersytetem Dzieci i kilkoma innymi NGO, samorządami oraz wykłady dla różnych Uniwersytetów Trzeciego Wieku. W sumie na taką działalność napisałem i uzyskałem kilka małych i dużych grantów. W wielu innych uczestniczyłem jako wykonawca. Dlatego z pełną odpowiedzialnością mogę pisać, że to trwały i rosnący trend edukacyjny.

Uniwersytety otwierają się na nową formę upowszechniania wiedzy. Szkoły podstawowe i średnie także się zmieniają. Do tego trzeba doliczyć wiedzę, dostępną za pośrednictwem internetu. Krok po kroku tworzymy zupełnie nową przestrzeń edukacyjną.

Dzisiaj, 1 lipca 2020 roku, rozpoczął się kolejny projekt pod nazwą Spotkania z nauką. Jest bezpośrednią  kontynuacją i rozwinięciem niedawno zakończonego projektu Warmińsko-Mazurski Uniwersytet Młodego Odkrywcy 2.0Spotkania z nauką to projekt z zakresu popularyzacji nauk ścisłych (głównie nauk biologicznych) z wykorzystaniem aktywizujących metod przekazu oraz budowaniem pozytywnego obrazu nauk przyrodniczych poprzez bezpośredni kontakt z naukowcami w przestrzeni uniwersyteckiej, z wykorzystaniem nowoczesnych metod komunikacji. Wykorzystamy dotychczasowe nasze doświadczenia i będziemy dalej eksperymentować, poszukiwać, odkrywać nowe przestrzenie edukacyjne.

Upowszechnianie nauki odbywać będzie się w formie wykładów i warsztatów wyjazdowych, zajęć na uczelni, wystaw, pikników naukowych, publikowaniu materiałów w mediach społecznościowych. Będziemy tworzyć i odkrywać nauczanie hybrydowe (blended-learning).

Dla tych, co chcą się więcej dowiedzieć o tym projekcie zapraszam na konferencję prasową on line, 2 lipca 2020 r. o godz. 13.00 (więcej o konferencji i sposobie dołączenia tu: https://spotkanianauka.blogspot.com/2020/06/pierwsza-konferencja-prasowa-on-lina.html)

Głównym celem projektu jest upowszechnianie i popularyzacja osiągnięć nauk ścisłych, głównie nauk biologicznych, w szerokich kręgach społecznych, w szczególności wśród młodzieży szkół średnich z terenu województwa warmińsko-mazurskiego i województw sąsiednich.

Dodatkowym celem projektu jest budowanie kapitału naukowego (zachęcanie do kontynuacji kształcenia na poziomie wyższym) oraz popularyzacja oferty kształcenia UWM w Olsztynie wśród młodzieży licealnej. W ramach przedsięwzięcia uczestnicząca młodzież pozna pełen cykl powstawania wiedzy, z uwzględnieniem obserwacji, dostrzegania problemu, dyskusji, analizy, działania i przedstawiania rezultatów badań. Aktywizujące metody upowszechniania wiedzy uwzględniają wyniki badań psychologicznych i neurodydaktyki, dotyczące procesu uczenia się.

W ciągu 24 miesięcy ponad 50 pracowników UWM zorganizuje: 4 pikniki naukowe, w których weźmie łącznie co najmniej 2000 uczestników, dwa obozy naukowe na Uniwersytecie, 60 wykładów, warsztatów i kawiarni naukowych w formie wyjazdowej, 12 cyklicznych spotkań na Uniwersytecie z wykładami i warsztatami, trzy wystawy półroczne w Bibliotece Uniwersyteckiej oraz cztery wystawy objazdowe (każda po 10 planszy wielkoformatowych), opublikowanych zostanie co najmniej 150 krótkich tekstów i filmików popularnonaukowych na blogu oraz mediach społecznościowych. Bezpośredni udział w zajęciach i wystawach weźmie udział co najmniej 4 000 osób, a przekaz medialny dotrze do co najmniej 1 500 000 odbiorców w kraju i za granicą.

Projekt będzie realizowany przez Wydział Biologii i Biotechnologii wraz z innymi jednostkami Uniwersytetu i będzie wsparciem oraz komplementarnym uzupełnieniem zadań, które realizować będzie powstające w UWM Centrum Popularyzacji Nauki i Innowacji "Kortosfera".

Projekt mieści się w trzeciej (społecznej) misji Uniwersytetu – upowszechnianie wiedzy, w tym także w ramach kształcenia pozaformalnego.

Projekt Spotkania z nauką, realizowany w latach 2020-2022, dofinansowano z programu „Społeczna odpowiedzialność nauki” Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

30.06.2020

Dzień bielinka kapustnika - co w tym niezwykłego?

(Bielinek kapustnik, samica)

Co najmniej od kilku lat w dniu 30 czerwca obchodzimy Dzień Motyla Kapustnika (Dzień Bielinka Kapustnika). Kiedy i po co ktoś wymyślił to dziwne święto? Nie wiem kiedy i kto ale święto ma sens. Fetować motyla, który w powszechnym rozumieniu jest pospolitym szkodnikiem? Otóż nie jest już niestety pospolity a samo pojęcie szkodnika jest archaiczne i mało komunikatywne. Spada różnorodność biologiczna, wiele gatunków staje się coraz mniej liczna, wiele wyginęło lub znajduje się na skraju wymarcia. Dzień Bielinka Kapustnika pozwala zwrócić uwagę na traconą bioróżnorodność i to, że gatunki dawniej pospolite przestają takimi być.

Bielinek kapustnik jest jednym z bardziej znanych motyli w Polsce. Przedstawiany w podręcznikach jako szkodnik. Przez lata stosowania insektycydów i głębokich zmian w krajobrazie stał się bardzo rzadki. Teraz może być uznany za sztandarowy przykład utraty różnorodności biologicznej i wymieniania owadów. Naukowcy donoszą o bardzo wyraźnym spadku liczebności, biomasy i różnorodności owadów w agrocenozach i innych typach krajobrazów. 

Chcę także podkreślić, że nie wszystkie białe motyle to bielinki kapustniki. Bardzo podobne do bielinka kapustnika są: bielinek rzepnik (Pieris rapae), bielinek bytomkowiec (Pieris napi), nieco mniej podobne choć białe: niestrzęp głogowiec (Aporia crataegi), bielinek bryonie (Pieris napi bryoniae), bielinek rukiewnik (Pieris daplidice). Innym białym motylem z rodziny bielinkowatych (Pieridae) jest wietek gorczycznik (Leptidea sinapis) oraz wietek morsei (Leptidea morsei). Z rodziny bielinków, spotykanych w Polsce, warto wspomnieć o motylach ubarwionych na żółto i pomarańczowo (z fragmentami białymi) zorzynek rzeżuchowiec (Anthocharis cardamines), kilka gatunków szlaczkoni (Colias spp.) oraz cytrynek latolistek (Gonepteryx rhamni). Całkiem pokaźna rodzinka do świętowania.

Bielinek kapustnik (Pieris brassicae) jest stosunkowo dużym motylem. Owady dorosłe można spotkać w maju i czerwcu, potem druga generacja (liczniejsza) pojawia się od lipca aż do początków września, a nawet spotkać można jeszcze w październiku. Siedliskiem tego gatunku są lasy, zarośla, pola, sady, ogrody i tereny ruderalne. Charakterystycznie ubarwiona gąsienica żeruje na  różnych gatunkach roślin z rodziny krzyżowych (Cruciferae), zwłaszcza na różnych gatunkach kapusty (Brassica sp.), ponadto na gorczycy polnej (Sinapis arvensis), rzodkwi świrzepie (Raphanus raphanistrum) a także na nasturcji (Tropaeolum sp.). Ponieważ konsumuje kapustę i nasturcję uważany jest za szkodnika. Łatwiej już spotkać bielinka kapustnika dalej od człowieka, na dziko rosnących roślinach z rodziny krzyżowych. Bielinek kapustnik występuje w Europie, północnej Afryce, zachodniej Azji. Jako gatunek obcy pojawił się w Ameryce Południowej (Chile). Uznawany za gatunek pospolity, występujący w całej Polsce.

Bielinek kapustnik należy do gatunków ubikwistycznych, ruchliwych i migrujących. Motyle wiosennego pokolenia mają tendencję migrować na północ, natomiast motyle drugiego pokolenia chętniej migrują na południe. Te migracje mogą odbywać się na odległość nawet kilkuset kilometrów. 

Rodzina bielinków (bielinkowate, Pieridae), liczy około 1100 gatunków, z których większość występuje w regionach tropikalnych Afryki i Azji. W Europie odnotowano występowanie 47 gatunków a w Polsce - 17. 

27.06.2020

Koszenie trawników jako przykład problemów edukacji

Znalezione gdzieś na Facebooku
Zdjęcie zamieszczone u góry, znalazłem gdzieś na Facebooku, wydaje się absurdalne, nierzeczywiste. Można nawet podejrzewać, że to fotomontaż. Absurdalność sytuacji jest rozbawiająca. Przecież nikt takiej głupoty nie mógł zrobić. Czy aby na pewno?

Jazda rowerem jest łatwa do wyobrażenia sobie i każdy dostrzega wadliwość konstrukcji - na tym fragmencie nie da się przejechać rowerem. A przecież niby wszystko jest prawidłowo. Dobrze wykonana ścieżka rowerowa, ładna nawierzchnia, oznakowana jezdnia. Ale pozostawiono barierkę, która wcześniej była tu logicznym i funkcjonalnym elementem, tak jak przy każdej drodze. Potem poprowadzono ścieżkę rowerową, odpowiednio i właściwie oznakowano przejazd przez ulicę (drogę). Niby wszystko dobrze, zgodnie z planem ale przecież każdy przeciętny człowiek, o odrobinie wyobraźni, dostrzega absurd. Dlaczego w czasie budowy tej ścieżki rowerowej od razu nie wycięto fragmentu barierki? Może zostawiono na później? A może robotnicy ściśle trzymali się planu i wytycznych? Architekt nie przewidział po prostu, że w tym miejscu będzie barierka i nie umieścił w planach polecenia/instrukcji co i jak robotnicy mają zrobić z tą barierką. Nie było polecenia, żeby wyciąć - to nie wycieli. Co ich to obchodzi? Oni tylko wykonują swoją pracę...

Tak jak w kształceniu zdalnym - wszystko trzeba przewidzieć. Nawet najdrobniejszy szczegół, inaczej w przypadku nieprzewidzianych sytuacji pojawiają się kłopoty a czasem nawet katastrofa. W różnych prześmiewczych i satyrycznych miejscach internetowych podobnych przykładów architektonicznych znaleźć można dużo więcej. A to tylko wierzchołek góry lodowej, bo znacznie więcej umyka naszej uwadze. Po prostu się nie znamy i nie mamy wyobraźni jak to może działać. Skąd się biorą takie absurdy i jak im przeciwdziałać? 


Zanim odpowiem, jeszcze jeden przykład. Olsztyn, teren nadrzeczny, Łynostrada. Posadzono drzewa, całkiem spore, osłonięto palikami. I za jakiś czas wysłano robotników by wykosili wokół drzew. Jak widać na zdjęciu jedno z drzewek zostało ucięte (zgryzione) przez bobry. Barierka uniemożliwiła upadek i bobry nie zaciągnęły drzewka do rzeki, nie zjadły. Ale uschło. Na pierwszy rzut oka widać że jest martwe i nie ma szansy na "przyjęcie się". Ale wokół drzewa została wykoszona roślinność zielna. Po co? Teoretycznie można sobie wyobrazić, że wykasza się wokół młodych drzew, by rośliny zielne nie "zagłuszyły" młodego drzewa - szybciej rosną i mogłyby ocienić młode drzewko. Wykaszanie wokół uschniętego, wyciętego drzewa jest takim samym absurdem jak barierka na ścieżce rowerowej, widoczna na górnym zdjęciu. Kazali wykosić więc pracownik wykosił. Posłuszeństwo i zgodność z poleceniem godna pochwały? Możliwe, że widział bezsens taj pracy a jednak robił. Bo kazali. Dobry, posłuszny pracowniki, wykonujący zadania ściśle z instrukcjami. Chcemy takich? Ciszej jedziesz (nie odzywasz się) dale zajedziesz (nie wyrzucą z autobusu, pojazdu). Tego uczymy się już od przedszkola.


Kolejny przykład - przy wszystkich pozostałych drzewach też wykoszono rozległy teren. Nie jest tak jaskrawy i nie każdy dostrzeże zbędność wykonywanej pracy (a w kontekście globalnych zmian klimatu i suszy są to działania szkodliwe). Drzewa posadzono stosunkowo duże. Nie ma najmniejszej szansy aby jakakolwiek roślina zielna czy bylina urosła wyżej i ocieniła rosnące drzewko. Po co więc wykaszać? Może rośliny zabierają wodę i sole mineralne temu drzewku? Też nie. Ale się wykasza. Bo tak. Bo tak się robiło kiedyś, bo ktoś kazał a nikt inny się nie zastanowił nad sensem. Niekorygowany błąd trwa. Jest praca, są pieniądze, nikt się nie sprzeciwi. To samo pytanie można stawiać przy częstym koszeniu trawników w mieście. Dlaczego się je kosi mimo coraz licznijejszych i głośniejszych argumentów za niekoszeniem? Ani to ładnie, ani z sensem ani dbanie o zieleń (pomijam hałas oraz zbędną emisję dwutlenku węgla do atmosfery w wyniku pracy silnika spalinowego). Te same fundusze, ten sam wysiłek i zaangażowanie ludzi można byłoby wykorzystać na tym samym terenie w sensowną pielęgnację roślin. Nikt by nie stracił finansowo (ktos i tak by zarobił). Wszyscy byśmy zyskali lokalnie i globalnie. 

Pora na próbę odpowiedzi skąd się biorą te absurdy i zbędna praca. Te mniej lub bardziej widoczne absurdy wynikają z... posłusznego i sprawnie wykonującego polecenia pracownika (ideał nieadekwatny do sytuacji). Sprawnie i zgodnie z instrukcją wykonuje powierzone zadania. W wielu sytuacjach taka postawa jest godna szacunku. Gdyby pracownik miał wiedzę - w tym przypadku przyrodniczą a nie tylko umiejętność obsługi kosy spalinowej - sam dostrzegłby sytuacją nietypową i sam podjąłby decyzję o modyfikacji. Samodzielne i kreatywne odejście od instrukcji - w górnym zdjęciu polegałoby to na wycięciu barierki, w dolny na zaniechaniu koszenia (przynajmniej w przypadku drzewka zgryzionego przez bobry). Taki pracownik musiałby też mieć mądrego, wyedukowanego szefa, który pochwali za samodzielną, mądrą decyzję a nie za bezmyślne wykonywanie instrukcji, nieadekwatnej do rzeczywistość (Głupi zgani za nieposłuszeństwo - jakby posłuszeństwo a nie efekt finalny było ważniejsze. Dla samopoczucia i ego szefa - tak, dla wykonanej pracy - nie).

Doszliśmy więc do edukacji. Szeroka wiedza i dobra edukacja potrzebna jest na każdym stanowisku pracy. Nawet na z pozoru prostych i "fizycznych". Nie wystarczy umieć obsługiwać narzędzia by dobrze wykonywać pracę. Ostatnio mogliśmy obserwować to w czasie zdalnej edukacji. Większość nauczycieli, uczniów i rodziców dysponowała komputerami, smartfonami, miała dostęp do oprogramowania... a jednak wielu nie radziło sobie ze zdalną komunikacją. Nie wystarczy samochód i człowiek by się efektywnie przemieszczać. Ten człowiek musi umieć uruchomić samochód i nim kierować ale także znać przepisy drogowe oraz... wiedzieć dokąd pojechać i jak odnaleźć właściwą drogę. 

Czego uczyć w szkole? Szerokiej i wszechstronnej wiedzy by rozumieć świat wokół nas i zachodzące w nim procesy. I nauczyć się nieustannie uczyć. I w końcu uczyć samodzielnego rozumienia i podejmowanie decyzji. Tylko w niektórych sytuacjach pracownik posłuszny jest efektywny. W wojsku na polu bitwy ważniejsze jest szybkie wykonywanie poleceń przełożonego niż zastanawianie się nad ich sensem (aczkolwiek i w wojsku w niektórych sytuacjach pożądana jest odmowa wykonania rozkazu - też trzeba myśleć). W fabryce na taśmie, gdzie wykonuje się mechanicznie powtarzalne czynności również jest pożądany pracownik, który szybko i sprawnie wykonuje polecenia. Nie pyta, nie myśli, nie dyskutuje, nie szuka sensu (bo to opóźniałoby produkcję, generowało przestoje). Ale w wielu innych sytuacjach posłuszny pracownik wyrządza duże szkody, także swojemu przełożonemu. Dlaczego? Bo są sytuacje nieuwzględnione w instrukcji/poleceniu. Dla posłusznych pracowników potrzebna jest bardzo drobiazgowa i starannie przemyślana instrukcja/polecenie. To ogromny wysiłek dla przełożonego. Taka instrukcja musi być starannie przemyślana i wielokrotnie sprawdzona. Dużo czasu i wysiłku. Opłaca się tylko dla czynności powtarzalnych i długookresowych.

W przypadku czynności nietypowych, wykonywanych w warunkach zmiennych, ścisłe instrukcje się nie sprawdzają. Bo w każdym przypadku trzeba ją dostosować, zmienić i zmodyfikować do konkretnej sytuacji. I tu znacznie ważniejsza jest umiejętność rozumienia, innowacyjność, kreatywność. Trzeba rozumieć procesy by prawidłowo dostosować rozwiązania.

Czy lepiej być posłusznym czy dyskutująco-kontestującym, poszukującym sensu i zrozumienia? Czego się uczyć w szkole? Proste i powtarzalne czynności łatwo można zastąpić maszynami. Widzimy to już od co najmniej kilkudziesięciu lat. Najpierw maszyny, wykonujące nudne, proste czynności, pozbawiły pracy wielu ludzi. Potem komputery pozbawiły pracy personel średniego szczebla. Teraz sztuczna inteligencja i roboty pozbawiają pracy kolejne miliony ludzi. Do czynności powtarzalnych można opracować algorytm, zarówno w przypadku taśmy produkcyjnej, programu komputerowego czy nawet robota. Tu już algorytmy są bardziej złożone i o wielu alternatywnych działaniach. Bo maszyna się nie męczy, nie ma dni wolnych od pracy, nie strajkuje, nie żąda podwyżki. Zdyscyplinowanych, posłusznych i sprawnie wykonujących polecenia pracowników zastępują maszyny i komputerowe algorytmy. Chcesz być bezrobotnym i zbędnym?

W naszym systemie szkolnym mocno ugruntowany jest model wychowania sprawnego, posłusznego pracownika. Ma zrozumieć polecenia i szybko je wykonać. Im szybciej tym bardziej wydajny. Uczymy się bycia posłusznymi, zapamiętywania a nie dyskutowania, rozumienia czy poszukiwania innych rozwiązań. Rzeczywistość tak bardzo się zmieniła, że taki model produkuje... bezrobotnych, niezależnie od specjalności i zawodu. Potrzebna jest szeroka wiedza, wyobraźnia, umiejętność samodzielnego rozumowania i odwaga stawianie pytań, modelowanie, poszukiwanie innych rozwiązań.

Czy świat posłusznych robotów będzie bezpieczny? To zależy od wyobraźni projektujących algorytmy. Bezkrytycznie posłuszni ludzie (ideał dawnej edukacji!) doprowadzili już wiele razy nie tylko do małych i dużych katastrof ale i do nie jednego ludobójstwa. 

Dobrze przemyślana edukacja jest niezwykle ważna. Inwestujmy w szkoły i nauczycieli. Jakość ma znaczenie.

21.06.2020

Komar (najokrutniejszy zabójca na świecie) - książka, której nie polecam

W czasie pierwszych odwiedzin w księgarni po długiej izolacji społecznej, związanej z epidemią Covid-19, skusiła mnie książka z komarem w tytule i z wizerunkiem tego owada na okładce. Może dlatego, że wybrałem także książkę o epidemiach, na okładce które także był komar? Pobieżnie przejrzałem i włożyłem do koszyka. Po powrocie do domu już po przeczytaniu kilkunastu stron pożałowałem swojego zakupu.

Komar Timothy'ego Winegarda w tłumaczeniu Macieja Lorenca a wydany przez Wydawnictwo Kobiecie w Białymstoku w 2020 r. to mało rzetelna i kiepsko językowo napisana pozycja. Zawiódł autor, zawiódł tłumacz i zawiodło wydawnictwo. Tej pozycji nie można nazwać książką popularnonaukową. W pogoni za sensacją powstała grafomańska kompilacja z licznymi błędami i wieloma niejednoznacznościami

Spojrzenie na historię z perspektywy chorób i epidemii nie jest oryginalne, nie jest nowe i nie jest złe. To byłoby ciekawe, kolejne spojrzenie na historię ludzkości nie tylko z perspektywy wojen i podbojów ale także w ujęciu epidemiologicznym. Można powiedzieć, że książka jest bardzo na czasie. Tyle, że wykonanie bardzo nieudane. Rozczarowują nieścisłości i błędy biologiczne, historyczne jak i napuszony, grafomański język typowy dla kolorowych pisemek. 

Zasadniczy błąd (a przynajmniej przesadzone porównanie) jest już w tytule "Komar. Najokrutniejszy zabójca za świecie". Lepszy jest oryginalny, angielski tytuł: The Mosquito. A Human History of Our Deadliest Predator.  Od razu wypada wyjaśnić, że komary nie są drapieżnikami ani bezpośrednimi zabójcami. Są pasożytami i wektorami śmiertelnych chorób. Najokrutniejszy zabójca? Na czym polega okrucieństwo?

W tekście pojawia się bardzo często określenie "komarzyca" jako synonim komara. Nigdzie nie znalazłem w tej książce (niestety bardzo uważnie nie czytałem bo się nie dało - język i treść były zniechęcające) wyjaśnienia, że krwiopijne są samice. Czytelnik nie będzie więc wiedział dlaczego takie dziwne słowa się pojawiają. I to nie tylko w odniesieniu samic komara ale jako określenie gatunku (a razcej rodziny muchówek, czyli komarowatych Culicidae), co już jest błędem językowym (to niewątpliwie wina tłumacza). Już we wstępie, na pierwsze stronie pojawia się określenie "(...) komarzyce z zuchwałą natarczywością kontynuują swoje śmiercionośne ofensywy i zbrodnie przeciwko człowiekowi". Taki napuszony, grafomańsko kwiecisty język przewija się obficie przez całą książkę. Niejasne używanie słowa "komarzyca" wprowadza zamieszanie, bo nie wiadomo czy chodzi o komary jako takie, samice komarów, chorobę wywoływana przez komary... czy nawet roślinę. Bo pod nazwą komarzyca w języku polskim kryje się także roślina (odstraszająca zapachem komary).

Tuż po "komarzycy" pojawia się "homo sapiens" - błędnie zapisana nazwa gatunkową człowieka (Homo sapiens) (czytaj więcej o przyczynach tego błędu). Autor jest historykiem, konsekwentnie w książce udowadnia, że nie wie co to są nazwy gatunkowe. Tłumaczenie w kilku miejscach pogłębia te błędy. I tylko kilka razy, zupełnie przypadkiem, autor używa poprawnie nazw gatunkowych. To zapewne efekt przepisywania z innych pozycji lub dosłownych cytatów. O ile małą literą zapisuje "homo sapiens, homo erectus" to już poprawienie zapisywane są wszystkie nazwy rodzajowe komarów: Aedes, Culex, Anopheles. Dwa razy pojawiają się poprawne nazwy gatunkowe roślin: Vicia faba i Artemisia annua. Nawet nazwa gatunkowa głównego patogenu, przenoszonego przez komary, nie jest zapisywana poprawnie. Autor konsekwentnie dla gatunku używa tylko drugiego członu nazwy gatunkowej "falciparum, vivax, knowlesi" ("Falciparum jest wampirycznym seryjnym mordercą", "zainfekowani gatunkiem vivax", "O ile gatunki falciparum i knowledi nie prowadzą do nawrotów malarii"). Tylko raz, w dosłownym cytacie pojawia się poprawna nazwa chorobotwórczego pierwotniaka: "Pasożyty z gatunku Plasmodium falciparum stworzyły wokół ludów Bantu coś w rodzaju immunologicznego ogrodzenia". Możliwe, że używa się określeń medycznych typu "malaria vivax" jako określenie malarii, wywoływanej przez zarodźca Plasmodium vivax itd., ale auto nie rozróżnia nazwy choroby z nazwą gatunkową. Może to wina tłumacza a na pewno Wydawnictwa i korekty.

Na początku, pomijając błędy zapisu nazwy gatunkowych i nieporadność języka, do wszystkich podawanych faktów odnosiłem się z dużą ufnością. Skoro autor pisze to przyjmowałem jako fakty naukowe, sprawdzone. Po kilku ewidentnych błędach nabrałem podejrzeń. Nie wiedziałem, które są pomyłką, które błędami a które prawdziwymi informacjami. Musiałem ciągle sprawdzać w innych źródłach. Brak zaufania w książce popularnonaukowe to poważny mankament. 

We wstępie autor pisze "W ciągu 200 tys. lat naszej stosunkowo krótkiej egzystencji ten owad odebrał życie mniej więcej 52 mld ludzi spośród łącznej liczby wynoszącej 108 mld." Nie mam pojęcia skąd autor zaczerpnąć te liczny i czy 108 odnosi się do wszystkich ludzi, którzy żyli na Ziemi czy też zmarli na choroby. Dalej pisze "Nie zmienia to jednak faktu, [to bardzo często pojawiający się zwrot stylistyczny, aż do znudzenia] że komarzyca nie wyrządza krzywdy w sposób bezpośredni. To przenoszone przez nią destrukcyjne i niezwykle rozwinięte choroby są przyczyną bezkresnego potoku rozpaczy i śmierci." Autor wspomina o chorobach, przenoszonych przez komaty ale w wielu miejscach pisze o innych chorobach, zupełnie nie związanych z komarami. Niezorientowany czytelnik może pomyśleć (odczytać), że komary przenoszą także cholerę, dżumę, ospę itd. Nie wiem czy wynika to niechlujności językowe czy też z niewiedzy i ignorancji samego autora.

Pierwszym istotnym błędem jest nazywanie komarów drapieżnikami. Komary są pasożytami zewnętrznymi a nie drapieżnikami. Jakiejkolwiek jest niewyraźna granica między drapieżnikiem i pasożytem, to w przypadku komarów takiej wątpliwości nie ma. Samice żywią się krwią kręgowców, są pasożytami zewnętrznymi i okresowymi (i tylko w odniesieniu do imagines). Drapieżnik jest większy lub zbliżony rozmiarem do swojej ofiary i zabija ofiarę. Można powiedzieć, że pasożytuje na populacji (lub populacjach wielu gatunków) a zabija osobnika. Pasożyt jest mniejszy od swojego żywiciela i z zasady nie zabija swojej ofiary bo podcinałby gałąź, na której sieci (zniszczenie zasobów). 

Na początku autor enigmatycznie opisuje cykl życiowy komara "po upływie dwóch lub trzech dni z jaj wykluwają się larwy żyjące w wodzie (odpowiednik ludzkich dzieci). W niższych temperaturach ten proces będzie trwał o kilka dni dłużej. Larwy pływają i szukają pożywienia, ale szybko zmieniają się w poczwarki (odpowiednik ludzkich nastolatków), które wyglądają jak przecinki odwrócone do góry nogami i oddychają za pomocą "trąbek" sterczących z zanurzonego odwłoka. Kilka dni później zabezpieczające powłoki pękają i wychodzą z nich zdrowe dorosłe komary gotowe do lotu." W takim stylu napisana jest cała książka. Domyślam się, że autor czerpał swoją wiedzę z różnych książek jak i filmów czy popularnych czasopism. Skoro komary są głównym bohaterem spojrzenia na historię ludzkości, to taki lakoniczny opis cyklu życiowego jest kompromitujący, Brak informacji, że jest wiele różnych gatunków i że komary preferują małe zbiorniki wodne, zazwyczaj bez ryb (bo są łatwym łupem większym drapieżników). Dlatego uważam, że jest to kiepska kompilacja bez próby zrozumienia zagadnienia, o którym się pisze.

Kilka przykładów. "Następnie pojawiły się wirusy, a niedługo później pasożyty. Oba te twory odzwierciedlały sposób funkcjonowania swojego bakteryjnego rodzina i doprowadziły do powstania silnych kombinacji powodujących choroby oraz śmierć.", "Owady i roznoszone przez nie dolegliwości istniały przed rządami dinozaurów, a także podczas nich i po ich zakończeniu. Zaczęły istnieć 350 mln lat temu i szybko przyciągnęły do siebie toksyczną armię chorób, wskutek czego powstał bezprecedensowy śmiercionośny sojusz. Jurajskie komary i muchy piaskowe szybko uzbroiły się w te biologiczną broń masowego rażenia. Bakterie, wirusy i pasożyty przez cały czas podstępnie i umiejętnie ewoluowały, zwiększając swoją przestrzeń życiową, żeby objęła szeroki wachlarz zwierząt." (...) "Nie zmienia t jednak faktu, że stan zdrowia dinozaurów nie był już wtedy najlepszy i gwałtownie się pogarszał." (...) "Komar (..) W odróżnieniu od innych owadów nie zapyla roślin w żaden znaczący sposób, a także nie spulchnia gleby i nie pochłania odpadów." Pod względem biologii i medycyny cała książka obfituje w bzdury, tragiczne uproszczenia i nietrafione porównania. Na przykład mylenie reprodukcji z replikacją. Przynajmniej w części odpowiedzialne jest za to nieudolne tłumaczenie, zwłaszcza w odniesieniu do obiektów i procesów biologicznych (np. "Na nasze szczęście Lucy i jej człowiekowaci potomkowie", "słynny szkielet człowiekowaty o imieniu Lucy"). 

Na niespójną kompilację różnych pozycji wskazuje niekonsekwencja w podawaniu faktów. Raz autor pisze "Według legendy w XVIII . etiopski pasterz o imieniu Kaldi", a nie co dalej "W 750 r. [Kaldi] przygotował i zaparzył pierwszy kubek kawy". Nie tylko odwrócona chronologia (najpierw zaparzył kawę a potem zobaczył kozy jedzące kawę, które stały się bardziej energiczne) ale i niezwykła długowieczność Kadiego... umknęła wydawniczej korekcie. 

Styl pisarski przypomina teorie spiskowe, gdzie różnorodne fakty przedstawiane są wybiórczo, czasem z dużym uproszczeniem lub całkowicie błędnie. W kilku miejscach autor wiąże malarię i zwiększoną liczebność komarów z rolnictwem, np. "Upowszechnienie się uprawy roślin zaowocowało ekspansją siedlisk i wylęgarni komarów." Nigdzie nie próbuje tego jakoś wyjaśnić, uzasadnić. Słuszne byłoby to tylko do upraw ryżu (bo pojawiaj się nowe zbiorniki wodne, okresowe). Podobnie jest z pojawieniem się malarii w obu Amerykach. Raz pisze, że na statkach przywędrowały komary z rodzaju Anopheles bo w Ameryce ich nie było, w innym miejscu, że te komary już wcześniej były w Ameryce, więc można przypuszczać, że to ludzie w swoich ciałach przewieźli zarodźca malarii. Wskazując na przystosowania się lokalnych populacji ludzi do malarii autor pisze, że malaria z komarami broniła ich przed najeźdźcami.... by w innych miejscach wskazywać, że lokalni mieszkańcy ulegli najeźdźcom przez osłabienie malarią. Ewidentne wtórne dopasowywanie do faktów militarnych.

W opisywanej książce rażą uproszczenia historyczne, np. "wycieńczona armia Kartaginy zasilona przez sprzymierzonych Galów i Hiszpanów". Nie wiem jak z Galami, ale Hiszpanów to na pewno wtedy jeszcze nie było. Podobnie jak plemiona Wandalów nie wyruszały z Polski czy Czech, bo tych pojęć i samych państw wtedy jeszcze nie było. 

Komar Timothy'ego Winegarda nie jest książką popularnonaukową, zawiera liczne błędy, razi napuszonym i grafomańskim stylem i ma wątpliwą wiarygodność. 

17.06.2020

Nieuporządkowane życie planet

„Nieuporządkowane życie planet”
Autor: Paul Murdin, Warszawa 2020,
Wydawnictwo Muza.
Książka bardzo dobrze napisana, znakomite tłumaczenie i staranne wydanie. Trzy elementy dobrej książki nie tylko na wakacje. Rzetelne wiedza dostępna dla każdego. Nie trzeba mieć przygotowania specjalistyczny by rozumieć treść. Rozbudza ciekawość i chęć obserwacji. "Nieuporządkowane życie planet” w księgarniach od 17 czerwca br.  

Za sprawą ostatnich udanych lotów rakietowych (rakieta Dragon) i bardzo realnych, bliskich już wypraw załogowych na Marsa, ożyło zainteresowanie Kosmosem i Układem Słonecznym. Nieuporządkowane życie planet doskonale odpowiada na to zapotrzebowanie i  rozbudzoną ciekawość. Na dodatek przedstawia obiekty układu słonecznego w ujęciu dynamicznym i  ewolucyjnym oraz w kontekście innych gwiazd i galaktyk. Można by powiedzieć, że opisuje cykl życiowy planet, także i Ziemi. Ogromny i fascynujący Kosmos wciąż jest niezbadany. Nasza wiedza na jego temat systematycznie rośnie ale wciąż jest bardzo dużo do odkrycia. Planety, tak jak gatunki czy osobniki, mają swoją burzliwą historię a ich losy obfitują w wiele dramatycznych wydarzeń i zwrotów akcji.

Profesor Paul Murdin, badacz czarnych dziur i supernowych, współodkrywca pierwszej gwiezdnej czarnej dziury, znalezionej w naszej Galaktyce w układzie Cygnus X-1, ukazuje Układ Słoneczny w zupełnie nowym świetle. Czyta się znakomicie, to także zasługa tłumacza (Jolanta Sawicka). Widać staranność i wersyfikację różnych danych, widoczne w przypisach od tłumacza. Zasługą wydawnictwa jest dobra korekta. To własnie trzy elementy: autor, tłumacz i wydawnictwo przesadzają o tym, że książkę czyta się z przyjemnością i lekkością. 

Poza licznymi faktami z nieuporządkowanego życia planet w opisywanej książce znaleźć można  sporo ciekawostek z historii nauki. Ot na przykład to, że uczeni z dawnych epok swoje odkrycia opisywali w formie anagramów (anagram wywodzi się od słów greckich: ana- (nad) oraz grámma (litera) - oznacza wyraz, wyrażenie lub całe zdanie powstałe przez przestawienie liter bądź sylab innego wyrazu lub zdania, wykorzystujące wszystkie litery (głoski bądź sylaby) materiału wyjściowego). Dlaczego w taki sposób szyfrowali swoje odkrycia i przekaz? By ukryć wiedzę przed niepowołanymi? By łatwiej zapamiętać? Na przykład Galiluesz tak pisał do Keplera, przebywającego w Pradze (oczywiście po łacinie, przytaczam tłumaczenie): "Te niedojrzałe rzeczy są już na próżno przeze mnie czytane". Po przestawieniu liter otrzymuje się zapis (oczywiście dotyczy to oryginalnego tekstu łacińskiego): "Matka miłości naśladuje figury Cynthii". Jeszcze niezrozumiałe? Matka miłości to Wenus, i jeśli odnieść to do planet to otrzymujemy interpretację (rozwiązanie anagramu) taką: "Wenus ma fazy tak jak Księżyc". Ważny dowód w teorii heliocentrycznej. Po szczegóły odsyłam do książki Paula Murdina. Czy dużo zmieniło się w nauce? Wiele kwestii czytamy a i tak ich nie rozumiemy. Zrozumienie wymaga dużego wysiłku. I czasem długiego studiowania. Żeby zrozumieć, trzeba być wtajemniczonym. 

I jeszcze jeden przykład. Jak i dlaczego wykorzystano górę by udowodnić słuszność (sfalsyfikować) teorię grawitacji Newtona. Fakty, które z łatwością wyczytujemy z książek i podręczników powstawały z wielkim trudem przez stulecia i dziesięciolecia. W szkole uczymy się różnych praw i zasad na pamięć. Znamy je. Ale czy potrafilibyśmy je doświadczalnie udowodnić? Zaprojektować doświadczenie, które wykazywałoby fałsz lub słuszność danego prawa?

W opisie kilku planet znajdziemy odniesienia do sytuacji na Ziemi, w tym przyczyn i skutków efektu cieplarnianego. Czytając o Kosmosie i Układzie Słonecznym wiele dowiedzieć się możemy o nas samych i Ziemi. Wydaje nam się, że Układ Słoneczny działa z doskonałą regularnością, niczym perfekcyjnie zaprojektowany szwajcarski zegarek. Jeśli jednak spojrzymy na życie planet z dłuższej perspektywy przekonamy się, że wiele faktów może nas zaskoczyć. Wiedzieliście, że Mars był kiedyś nie czerwony, lecz niebieski - tak jak Ziemia? Albo, że na Tytanie – największym księżycu Saturna – znajdują się jeziora pełne płynnego metanu?

„Nieuporządkowane życie planet” podzielone jest na rozdziały, z których każdy poświęcony jest innej planecie ale z licznymi dygresjami do funkcjonowania i ewolucji Układu Słonecznego oraz licznych odniesień do całego Wszechświata. Poszukiwanie prawidłowości i praw uniwersalnych a także uwzględnianie przypadku i zjawisk losowych. Fascynująca przygoda. I liczne odniesienia do dawnych odkryć oraz współczesnych badań kosmicznych. Autor mądrze wskazuje na różne zawiłości interpretacji. Na przykład kość strzałkowa pawiana, używana w paleolicie jako trzonek noża, na której wyryto nacięcia, stanowiące sześciomiesięczny zapis faz księżyca, archeolodzy interpretowali jako narzędzie należące do paleolitycznego myśliwego. Ale wiadomo przecież, że noże są powszechnie używane przez kobiety w gospodarstwie domowych do przyrządzania posiłków. Zatem nóż mógł należeć do paleolitycznej kobiety a nacięcia pomagały orientować się w okresach płodności. Z rozpędu i przyzwyczajenia wszystkie ważne odkrycia przypisujemy mężczyznom. Czy słusznie? 

Autor opowiada jak zmieniały się nasze wyobrażenia na temat wszechświata – od starożytności, po współczesną astronomię. Tam, gdzie dawni astronomowie mówili o nieruchomych gwiazdach, teraz mówimy o wirujących galaktykach i gigantycznych supernowych. Tam, gdzie kiedyś myśleliśmy, że Ziemia jest w centrum Wszechświata, teraz widzimy ją jako niewielką planetę wśród milionów innych układów planetarnych. 

Pół wieku temu, kiedy Neil Armstrong oraz Buzz Aldrin lądowali na Księżycu, cały świat wstrzymał oddech. Dziś nikogo nie dziwi pomysł komercyjnych lotów w kosmos. W „Nieuporządkowanym życiu planet” fakty, historie i opowieści przeplatają inspirujące ciekawostki. Mnie fascynują różnorodne porównania, nadające szerszą i bardziej uniwersalną perspektywę: "Każda z planet ma własną osobowość i własne życie, ale razem tworzą układ planetarny, który funkcjonuje jak społeczeństwo, w którym niektórzy członkowie, tacy na przykład jak Jowisz, mają wiesze wpływy niż inni."

Kosmos i planety tak bardzo fascynują, bo można tam spodziewać się niezwykle frapujących zjawisk. Na przykład metaliczny wodór, który cyrkulując wytwarza pole magnetyczne, tak jak żelazo. Gdzie szukać takich hipotetycznych substancji, skoro na Ziemi nie mamy warunków, nawet w laboratorium, by je wytworzyć i sprawdzić czy są rzeczywiście możliwe? Tego, dowiecie się z lektury omawianej książki. 

"Układ Słoneczny w pigułce" to przedostatni rozdział, w którym znaleźć można krótkie i porządkujące wiedzę definicje ciał kosmicznych, takich jak Słońce, planety, planety karłowate, planetoidy, meteoroidy, meteory, meteoryty, obiekty transneptunowe, komety. A całość kończy kalendarium od paleolitu aż do roku 2019.

Paul Murdin pół swojego życia spędził badając Kosmos. Pracował jako astronom w Stanach Zjednoczonych, Australii, Szkocji i Hiszpanii. Badał supernowe i czarne dziury, brytyjska królowa przyznała mu tytuł Oficera Orderu Imperium Brytyjskiego za zasługi w dziedzinie astronomii. Jest emerytowanym profesorem Instytutu Astronomii na Uniwersytecie Cambridge. BBC uznało „Nieuporządkowane życie planet” jedną z najlepszych książek o kosmosie w 2019 roku. 

14.06.2020

Fragmentacja i rozproszenie w edukacji

(Domowe warsztaty on line. Fot. Katarzyna Enerlich)

Ze zdalną edukacją (i zdalną pracą) lepiej poradzili sobie nauczyciele i akademicy, którzy byli przygotowani i już wcześniej uczyli się i korzystali, wdrażali różne narzędzia cyfrowej komunikacji. Mniej lub bardziej ale aktywnie poznawali ten świat. Świat, który rodzi się w czasach trzeciej rewolucji technologicznej i czwartej rewolucji przemysłowej. Wyłania się na naszych oczach jak wyspa wulkaniczna albo kretowisko na łące. Ci aktywni poszukiwacze oswajali się, eksperymentowali lub z ciekawości zwiedzali. Okazało się to w czasach epidemii bardzo trafioną i wyprzedzającą inwestycją we własne kompetencje. Czuli, że to przyszłość, która nadchodzi i inwestowali swój czas, wysiłek i pieniądze by się nauczyć, poznać, choć trochę oswoić. Byli przygotowaniu na to, co zawitało pod nasze dachy. 

Jak sobie radzić z wyzwaniami tak szybko nadchodzącej przyszłości? Trzeba postarać się być przygotowanym. Patrz do przodu, zapoznawaj się z naukowymi analizami i prognozami, wychodź przyszłości na przeciw. Póki masz czas. Czas na spokojne przygotowania. Tak jak z prognozą pogody, która zapowiada deszcz, upał, burzę. 

Teraz cyfrowo dokształcić się usieli wszyscy, często w stresie i panice bo pod presją bardzo krótkiego czasu. Zatem przygotuj sobie warunki do edukacji. Nie czekaj na przymus sytuacji. Ten, kto wysłuchawszy prognozy pogody, zapowiadającej deszcz, zabierze ze sobą na spacer parasol - nie zmoknie. Po prostu rozłoży parasol. I nie będzie musiał w pośpiechu szukać jakiegoś schronienia. 

Wymogi społecznej izolacji, związanej z epidemią koronawirusa, utrudniły pracę wielu osobom, odcinając dochody, wynikające z planowanych kursów czy warsztatów. Nagle znika źródło dochodu i utrzymania. Co wtedy? Można załamywać ręce lub przejść na zdalną edukację i dostosować się do możliwości, dostosować się do nowego środowiska edukacyjnego. Kreatywne poszukiwania stworzyły różnorodne warsztaty on line, z komputerem czy smartfonem. Trzeba było umieć lub mieć odwagę uczyć się wykorzystywania różnorodnych programów i zawiłości technologicznych. Łatwiej poszło tym, którzy mieli już cyfrowe doświadczanie i pierwsze próby za sobą. Mieli przynajmniej wyobrażenie co i jak można zrobić i czego trzeba się nauczyć. Okazało się, że bardziej potrzebne jest dobre łącze internetowe i własne zaplecze niż budynki i biura. Edukacja nabrała nieco innego wymiaru. Stała się bardziej rozproszona, mniej uzależniona od miejsca, w których wszyscy muszą się spotkać. Szkoła i edukacja znajduję się w dużej transformacji a epidemia tylko to uwypukliła. Wydobyła na światło dzienne.

W trzeciej rewolucji technologicznej, po epoce komasacji i centralizacji, następuje fragmentacja i rozproszenie. Najpierw dostrzegliśmy to w rozwoju energii odnawialnej, a teraz  coraz wyraźniej widać to w edukacji. Silnik parowy i fabryki epoki przemysłowej zwiększyły koncentrację społeczeństw. Skupialiśmy się wokół źródeł energii i fabryk. Zamieszkaliśmy w miastach wokół fabryk by było blisko do pracy. W tradycyjnej szkole epoki przemysłowej także widoczna była koncentracja: codziennie przychodzili uczniowie i nauczyciele do jednego budynku. W Australii, gdzie ludzie mieszkali w dużym rozproszeniu, w sposób niejako wymuszony rozwijała się edukacja zdalna, z wykorzystaniem radia. Solary i wiatraki spowodowały znaczne rozproszenie źródeł energii. Internet, a wcześniej telewizja i radio, umożliwiają znaczne rozproszenie i fragmentację edukacji. Nie trzeba by wszyscy byli w jednym budynku, w którym znajduje się biblioteka z książkami.

Bezpośredni kontakt jest bardzo ważny w procesie kształcenia. Ale możliwa jest edukacja mieszana (hybrydowa, b-learning), łącząca elementy edukacji zdalnej i tej w kontakcie bezpośrednim. Skoro zasoby są w sieci to nie musi być jedna, centralna biblioteka. Nie wszystkie klasy muszą być w jednym budynku, z innymi uczniami i z nauczycielami można spotykać się w różnych miejscach. Nie w każdej szkole muszą być wszystkie specjalistyczne pracownie do nauki. Z jednej, dobrze wyposażonej pracowni biologicznej, chemiczne, geograficzne mogą korzystać uczniowie... z różnych szkół. Mam nadzieję, że rozwijające się centra nauki w coraz większym stopniu będą stanowiły zaplanowany element systemu edukacji. Edukacja zdalna umożliwia większą indywidualizację kształcenia i znacznie większe zróżnicowanie w tworzeniu się różnorodnych zespołów i "klas". 

Epidemia i zdalna edukacja przyspieszała proces zachodzący od dłuższego czasu. Całą edukację zbudować musimy na nowo. Bardziej dostosowując ją go rozproszonej gospodarki trzeciej rewolucji technologicznej. Liderzy już to robią. Od nas zależy czy będzie wśród liderów czy zacofanych maruderów nieefektywnie uczącymi przyszłe pokolenia. 

Kryzysy są zbyt cenne by je marnować.