![]() |
| Zdjęcie z muzeum przyrodniczego, kolekcje zwierząt. |
Kiedy kilkanaście lat temu po raz pierwszy natknąłem się na artykuł, wieszczący schyłek klasycznych wydziałów biologii w Stanach Zjednoczonych, przyjąłem to z niedowierzaniem, ale i z refleksyjnym zainteresowaniem. Oczywiście dotyczyło to znikania nazw wydziałów a nie badań biologicznych i kształcenia w zakresie nauk biologicznych. Czyli dotyczy to bardziej rearanżacji w ramach uczelni niż zaniku samej biologii. Dziś, patrząc na tabliczkę na drzwiach mojego własnego miejsca pracy, widzę napis: „Wydział Biologii i Biotechnologii”. Ta drobna zmiana spójnika jest symbolem dużej transformacji, której jesteśmy uczestnikami i świadkami od kilkudziesięciu lat. Jedyne co pewne to zmiana. Dawniej nie było biologii, była jedynie botanika i zoologia. Dopiero potem dostrzeżono coś bardziej ogólnego czyli biologię, naukę o życiu. Tak więc biologia pojawiła się jako nauka "interdyscyplinarna" (łącząc np. botanikę i zoologię) i kolejna naukowa synteza. Ten proces zapewne trwa, co znajduje swoje odzwierciedlenie w strukturze uczelni.
Piszę o zanikaniu wydziałów biologii, by zrozumieć proces, a nie by się użalać. Wisły kijem się nie zawróci by płynęła w innym kierunku. Na przykład do Krakowa. Musimy jasno sobie powiedzieć: biologia nie znika. Ona zmienia swoją swoje miejsce w systemie nauk nowożytnych i w dydaktyce. Zupełnie tak jak w czasie remontu mieszkania – stare meble nie są wyrzucane na śmietnik, znajdują tylko nowe miejsce w zmienianym układzie pomieszczeń. Czasem po renowacji zmieniają swoje funkcje, ale dalej są użytkowane.
Także w dydaktyce zmiana wynika z przekształceń cywilizacyjnych. Bo jaką pracę może znaleźć biolog? Jako nauczyciel biologii? Ale i tu zachodzą spore zmiany w systemie edukacji i nie wystarczy być samym biologiem, np. ucząc przyrody czy innych przedmiotów przyrodniczych. W parkach narodowych i krajobrazowych jako specjalista biolog środowiskowy? Tak, ale ile miejsc pracy generują te instytucje? Niemniej zapotrzebowanie na kompetencje biologiczne i rozumienie nauk biologicznych jest duże. Tyle tylko, że w coraz bardziej zmieniającym się krajobrazie kulturowym i rynku pracy. Pamiętam czasy, gdy biologia była jednym z kierunków na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym. Kierunki były odzwierciedleniem przedmiotów szkolnych, bo była to Wyższa Szkoła Pedagogiczna w Olsztynie. Po powstaniu Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego połączono dwa kierunki „biologia” w jeden (biologia z ART i biologia z WSP). Wtedy studentów biologii było wielu, około 150 na jednym roku. Potem Wydział Biologii uruchomił kolejny kierunek – biotechnologia. Był uzupełniający. Ale z biegiem czasu wydział zmienił nazwę na Wydział Biologii i Biotechnologii a liczba studentów biotechnologii jest dużo większa niż tych, studiujących biologię. Pojawił się także kierunek międzywydziałowy – mikrobiologia. Spośród trzech kierunków kształcenie akurat biologia jest najmniej licznym. Dodać warto, że przez kilka lat, wspólnie z Wydziałem Humanistycznym mój wydział prowadził kierunek interdyscyplinarny: dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze. Była tam i biologia, choć nie w nazwie kierunku.
Dziś to właśnie „czysta” biologia jest u nas kierunkiem najmniej licznym, niemal elitarnym pod względem liczby studentów, choć paradoksalnie bardzo potrzebnym. Liczba katedr uległa zmniejszeniu lecz wynikało to ze względów organizacyjnych i zmniejszania kosztów administracyjnych. Jednak jako zoolog, patrzę na to zjawisko bez defetyzmu. Moja praca nie ogranicza się już do jednej sali wykładowej. Prowadzę zajęcia dla biologów, biotechnologów, mikrobiologów, a nawet wychodzę poza mury nauk ścisłych i prowadzę swoje ekologiczno-biologiczne zajęcia dla pedagogów na Wydziale Nauk Społecznych oraz dla kierunku „kreowanie trendów” na Wydziale Nauk Ekonomicznych. To dowód na to, że biologia w jakimś sensie rozlała się po uniwersytecie, stała się tkanką łączną dla innych dyscyplin. Znikanie wydziałów w ich tradycyjnej formie to nie anihilacja, lecz przejście w stan interdyscyplinarności. I swoistej rearanżacji samych dyscyplin jak i budowania kierunków kształcenia z nowymi efektami kształcenia i dostosowaniami do rynku pracy.
Pytanie czym jest życie i na czym polega nabiera zupełnie nowego wymiaru w czasach sztucznej inteligencji i wypraw kosmicznych. Jakie jest podobieństwo procesów zachodzących w sieciach neuronowych sztucznej inteligencji do procesów życia biologicznego? Czy zachodzi właśnie na Ziemi nowa symbiogeneza i powstawanie nowego poziomu organizacji? Jakaś Gaja, Noosfera czy różnorodne holotechnobionty? Pytania jak najbardziej aktualne. Biologia to nauka o organizacji (a w zasadzie samoorganizacji).
Nie mogę jednak uciec od gorzkiej refleksji nad losem biologii środowiskowej. Druga połowa XX wieku była złotą erą ekologii. Czuliśmy, że rozumiemy mechanizmy rządzące światem na poziomie ekosystemów. To nauki środowiskowe napędzały zieloną rewolucję i zwiększenie produkcji żywności, opisywały funkcjonowanie ekosystemów i skutki zanieczyszczenia środowiska. Dziś ekologia i zoologia systematyczna bywają spychane do narożnika, uznawane za „niemodne” lub „niedochodowe”. Dominuje paradygmat molekularny i aplikacyjny. Często słyszę szeptane na korytarzach pytania: „Czy w biologii środowiskowej nie odkryto już wszystkiego? Czy to nie czas, by zostawić to hobbystom i wolontariuszom?” To niebezpieczna iluzja. Jeśli zamienimy biologię wyłącznie w naukę o cząsteczkach i procedurach laboratoryjnych, stracimy z oczu organizm jako całość. Kto nauczy kolejne pokolenia rozpoznawania gatunków i rozumienia ich subtelnych powiązań? Sztuczna inteligencja? Czy wiedza o tym, jak funkcjonuje jezioro, ma pozostać jedynie na poziomie podręcznika do szkoły podstawowej? Kto zajmie się opisywaniem zmian biosfery w czasie globalnego ocieplenia klimatu i antropogenicznego zanikania różnorodności biologicznej? Poznać, zrozumieć, przeciwdziałać, to ciągle aktualne i potrzebne.
W środowisku akademickim określa się te zmiany czasem mianem "kryzysu biologii organizmalnej" lub szerzej – restrukturyzacją nauk przyrodniczych. Nie jest to proces nagłego znikania nauki jako takiej, a raczej jej głębokiej transformacji (i czasem marginalizacji klasycznych dyscyplin). Wiele tradycyjnych wydziałów biologii jest dzielonych lub wchłanianych przez jednostki zajmujące się biologią molekularną, genetyką czy biotechnologią. Powodem są pieniądze – badania nad nowymi lekami czy inżynierią genetyczną przyciągają ogromne granty, podczas gdy klasyczna taksonomia czy zoologia często uchodzą za "niedochodowe".
Uniwersytety coraz częściej łączą wydziały biologii z chemią, fizyką lub medycyną, tworząc centra typu Life Sciences. Z perspektywy administracyjnej to oszczędność, ale z perspektywy nauki często oznacza to utratę autonomii biologów i skupienie się wyłącznie na aspektach użytkowych (biomedycznych). Znikają tradycyjne katedry, takie jak botanika czy entomologia. Ich miejsce zajmują programy interdyscyplinarne. Problem polega na tym, że zaczyna brakować specjalistów potrafiących rozpoznać gatunki w terenie, co w dobie kryzysu bioróżnorodności jest paradoksalne. Czy zoologia lub entomologia staną się jedynie dydaktyką a nie programami badawczymi? Czy już opisały różnorodność biologiczną i nie ma w tym zakresie nic do zrobienia? Podobnie było z fizyką pod koniec wieku XIX, gdy ogłoszono, że w fizyce już wszystko odkryto. Niedługo później rozkwitła fizyka kwantowa.
Liczby bywają bardziej bezwzględne. W dobie „grantozy” i parametryzacji nauki, biologia środowiskowa często przegrywa starcie z biologią molekularną już na etapie planowania budżetu. Główne przyczyny tego zjawiska to: finansowanie grantowe, prestiż technologii i reedukacja kosztów. System punktowy i finansowy faworyzuje badania o szybkim przełożeniu na przemysł. Biologia molekularna jest postrzegana jako bardziej nowoczesna niż "tradycyjne" bieganie z siatką na motyle. Utrzymanie zielników, muzeów zoologicznych i infrastruktury terenowej jest droższe niż postawienie kilku sekwenatorów DNA w jednym laboratorium. Dlatego znikają bezpowrotnie cenne kolekcje naukowe botaniczne i zoologiczne. A przecież mógłby to być rezerwuar genów do badań molekularnych. Tym bardziej, że wiele gatunków znika z powierzchni Ziemi.
Tabela. 1. Robocze porównanie finansowania i priorytetów badawczych
|
Kryterium |
Biologia molekularna i biotechnologia |
Biologia środowiskowa i zoologia |
|
Potencjał aplikacyjny |
Wysoki i szybki. Patenty, nowe leki, technologie
CRISPR. Bezpośrednie przełożenie na zysk przemysłowy. |
Niski lub długofalowy. Ochrona ekosystemów nie
przynosi dywidend w krótkim terminie; to „usługa publiczna”. |
|
Koszt aparatury |
Bardzo wysoki. Sekwenatory, wirówki, mikroskopy
konfokalne – generują potrzebę stałych, dużych dotacji. |
Relatywnie niski. Sprzęt terenowy, lornetki,
analiza danych. Paradoksalnie, niskie koszty mogą oznaczać mniejsze granty. |
|
Wskaźnik cytowań (IF) |
Wysoki. Czasopisma molekularne mają ogromną
cytowalność, co przekłada się na prestiż i punkty dla uczelni. |
Specyficzny. Prace taksonomiczne są cytowane
dekadami, ale rzadko „wybuchają” cytowaniami w pierwszym roku. |
|
Współpraca z biznesem |
Naturalna. Przemysł farmaceutyczny, rolniczy i
chemiczny chętnie finansuje laboratoria. |
Utrudniona. Finansowanie zależy głównie od funduszy
państwowych, NGO i grantów z zakresu ochrony przyrody. |
Zjawisko, o którym wspomniałem – spychanie biologii środowiskowej do domeny wolontariatu – jest groźne. Podczas gdy biologia molekularna jest traktowana jako profesjonalny zawód przyszłości, zoologia czy botanika stają się „hobby”. I bardziej rozwijają się w regionalnych towarzystwach naukowych i organizacjach pozarządowych jako citizen science niż w dobrze finansowanych strukturach uniwersyteckich.
Możemy to nazwać paradoksem finansowym ochrony przyrody: wydajemy miliony na sekwencjonowanie genomów rzadkich gatunków (biologia molekularna) a brakuje nam jednak tysięcy na etaty dla specjalistów, którzy wiedzieliby, jak te gatunki chronić w ich naturalnym środowisku (biologia środowiskowa). W rezultacie mamy genialną bibliotekę „kodów życia”, ale nikt już nie wie, jak te książki wyglądają na półce w lesie, jak pachną i jaką rolę pełnią w ekosystemie. Bez profesjonalnych kadr akademickich, wiedza ta zostanie spłycona do amatorskiego przyrodoznawstwa, a uniwersytety stracą status ośrodków opiniotwórczych w kwestiach klimatycznych i bioróżnorodności funkcjonalnej.Znajdujemy się w punkcie zwrotnym (być może krytycznym). Żyjemy w epoce szóstego wielkiego wymierania gatunków na Ziemi, globalnych zmian klimatu i dramatycznego spadku bioróżnorodności na wszystkich poziomach organizacji. Jak mamy zrozumieć te procesy i im przeciwdziałać, jeśli systematycznie osłabiamy jednostki zajmujące się biologią organizmalną? Laboratoria biotechnologiczne dają nam narzędzia, ale to klasyczna biologia daje nam kontekst. Bez umiejętności „czytania przyrody” w skali makro, będziemy jak genialni lingwiści, którzy potrafią rozebrać zdanie na czynniki pierwsze, ale nie rozumieją sensu czytanej powieści.
Znikające wydziały biologii to wyzwanie do redefinicji naszej roli jako biologów. Musimy walczyć o to, by w nowym, interdyscyplinarnym układzie sił, głos biologa terenowego, zoologa i ekologa brzmiał równie donośnie, co głos inżyniera genetycznego. Bo o ile biotechnologia może nam pomóc przetrwać, to tylko biologia pozwoli nam zrozumieć, co tak naprawdę próbujemy ocalić. Stoimy dziś na rozdrożu, gdzie biologia – nauka o życiu w całym jego bogactwie – ryzykuje utratę swojej tożsamości na rzecz czystej technologii. Proces zanikania klasycznych wydziałów nie jest jedynie zmianą administracyjną, to symptom głębokiego zachwiania równowagi między tym, co potrafimy zmierzyć w probówce, a tym, co musimy zrozumieć w biosferze.
Obecna konfiguracja akademicka, faworyzująca badania molekularne i aplikacyjne, jest zrozumiała z perspektywy rynkowej, ale krótkowzroczna z perspektywy cywilizacyjnej. Mechanizmy finansowania, oparte na szybkim zysku i wysokich wskaźnikach cytowań, stworzyły niebezpieczną lukę kompetencyjną. Jeśli pozwolimy, by biologia środowiskowa stała się jedynie domeną wolontariuszy, stracimy profesjonalne narzędzia do walki z globalnym wymieraniem gatunków i zmianami klimatu. Jak możemy chronić świat, którego nie potrafimy już nazwać ani rozpoznać w jego pełnej złożoności?
Apeluję zatem nie o powrót do przeszłości i zamykanie się w zakurzonych gablotach zoologicznych, lecz o wypracowanie modelu biologii integralnej. Nowoczesny biolog musi być specjalistą dwóch światów: sprawnie operować metodami molekularnymi, ale jednocześnie rozumieć organizm i jego miejsce w ekosystemie. Jeśli się nie da pojedynczo, to można to osiągnąć zespołowo. Kluczem jest wspołpraca.
Uniwersytet nie może być tylko inkubatorem technologii. Powinien pozostać strażnikiem całościowego rozumienia natury. Przywrócenie równowagi w kształceniu to nie kwestia akademickiego sentymentu – to nasz obowiązek wobec przyszłych pokoleń, które będą musiały zarządzać planetą w stanie kryzysu. Musimy kształcić ludzi, którzy nie tylko potrafią sekwencjonować geny, ale wiedzą, dlaczego warto walczyć o przetrwanie gatunku, w którym te geny trwają. Bo ostatecznie, bez biologii środowiskowej, biotechnologia stanie się jedynie zaawansowaną instrukcją obsługi pustego laboratorium.









