4.06.2026

Empatia, trociniarka czerwica i zaskakujące spotkania



Empatia to także nazwa Ośrodka Pomocy Psychologicznej i Psychoedukacji na UWM. A gdy na początku czerwca 2026 r. udałem się tam na spotkanie, to przed wejściem zauważyłem młodego człowieka, gdy delikatnie starał się posadzić na parapecie dużą, dorodną ćmę. Jeszcze jeden wymiar empatii, w tym przypadku międzygatunkowej. Rzadko się zdarza by ludzie, a zwłaszcza młodzi, z troską odnosili się do spotkanych owadów i je podnosili by przenieść w bezpieczne miejsce. Podszedłem z ciekawością by zobaczyć do to za motyl i przy okazji doradziłem by nie zostawiać jej na parapecie (bo będzie łatwym łupem dla małego drapieżnika) lecz położyć ją na krzaczku pod murem budynku.

Gatunku nie rozpoznałem, dopiero chwilę później, czekając na spotkanie, w telefonie sprawdziłem i z Google Lens znalazłem. Była to trocinaniarka czerwica. Gatunek ten znałem ze stadium larwalnego. Przypomniałem sobie spotkanie z larwą w innym miejscu Olsztyna, gdy próbowała się wcisnąć między kostki brukowe. Najwyraźniej wtedy tamta larwa szukała wygodnego miejsca do przepoczwarczenia się.

Po powrocie do domu poszukałem w książkach i internecie szczegółowych informacji i zdziwiłem się, że moje wyobrażania o cyklu życiowym w części były błędne. Spotkanie i zdjęcie były pretekstem by pogłębić swoją wiedzę. Ubarwienie dorosłego motyla przypomina ułamany kawałek gałązki, np. brzozowej. Aktywny w nocy, w dzień odpoczywa a ubarwienie kryptyczne ułatwia uniknięcia wzroku owadożernych ptaków. a wiec decyduje o przeżyciu lub śmierci. Gdy zmieniają się warunki siedliskowe to dawne przystosowania, np. ubarwienia, mogą kazać się nieprzydatne. Ewolucja to ciągła pogoń za zmieniającym się środowiskiem. 

Trociniarka czerwica (Cossus cossus L.) to jeden z bardziej charakterystycznych, a zarazem najmniej widocznych motyli Europy. Dorosłe osobniki pojawiają się rzadko i żyją krótko. Natomiast larwy czyli gąsienice są okazałe, masywne, czerwone (wg niektórych o intensywnym zapachu octu, sam nie wąchałem), potrafią przez kilka lat drążyć tunele w drewnie drzew liściastych, w tym jabłoni. Biologia tego gatunku to opowieść o powolnym życiu ukrytym w pniu drzewa, o zależności od starych drzew i o roli, jaką pełnią zamierające pnie w ekosystemach.

Trociniarka jest motylem o wieloletnim rozwoju larwalnym. U owadów to nic nadzwyczajnego. Głównym stadium i czasem zdobywania zasobów są postacie larwalne. Jaja składane są latem, zwykle w szczelinach kory osłabionych drzew. Dorosły owad wybiera najbardziej odpowiednie siedlisko dla rozwoju larw. Po czym poznaje, że drzewo jest osłabione i larwa łatwiej będzie mogła żerować? Larwy wylęgają się po około dwóch tygodniach i natychmiast wgryzają się w drewno. To właśnie larwalne stadium trwa najdłużej bo od 2 do 4 lat, zależnie od warunków. Poczwarka pojawia się wiosną, w komorze tuż pod powierzchnią drewna. Imago, czyli owad doskonały, pojawia się od czerwca do sierpnia. Ja spotkałem trociniarkę w pierwszych dniach czerwca. Dorosłe motyle nie pobierają pokarmu, żyją krótko i ich jedynym zadaniem jest rozmnażanie. Za zdobycie zasobów na rozwój odpowiedzialne jest więc tylko stadium larwalne. Można byłoby w przenośni napisać, że nie ma tu opieki dorosłego owada nad potomstwem, ale opieka larwy nad owadem dorosłym. Pokarm zgromadzony w czasie życia gąsienicy jest wykorzystywany przez postać dorosłą. Ta już nie traci czasu na odżywianie się i zajmuje się tylko i wyłącznie rozmnażaniem. Korzysta z oszczędności larwy (zgromadzonego tłuszczu).

Gąsienice trociniarki są duże. Osiągają do 10 cm długości. Ubarwione są na czerwono z ciemniejszym grzbietem. Wydzielają charakterystyczny, kwaśny zapach, który jest efektem fermentacji w przewodzie pokarmowym. Owady zazwyczaj nie mają własnych enzymów do rozkładania celulozy i korzystają z mikroporganizmów (ich mikrobiom). W przewodzie pokarmowym rozwijają się mikroorganizmy. Czyli larwa żyje w swoistej symbiozie i w życiu wspólnotowym. To normalne w przyrodzie. Niektórzy piszą, że ten octowy zapach to ochrona przed drapieżnikami. Nie wiem jak i przed jakimi drapieżnikami miałby ten zapach chronić. To trzeba byłoby sprawdzić w naukowych źródłach lub samemu zbadać.

Gąsienice motyli kojarzymy zazwyczaj z pożeraczami roślin, np. liści. Jednak takie gatunki jak trociniarka żerują wewnątrz drewna, drążąc szerokie korytarze. Preferują drewno żywych, ale osłabionych drzew. Najczęściej zasiedlają: topole, wierzby, jabłonie, grusze, rzadziej dęby czy wiązy. Czyli żywią się głównie trudną do strawienia celulozą. Być może także grzybami i bakteriami, rozwijającymi się na tym osłabionym drewnie.

Przeporczwarczenie następuje wewnątrz chodnika wygryzionego w drewnie lub w ziemi. I ja taką wędrującą larwę spotkałem wcześniej w Olsztynie. Ciekawe, kiedy larwa decyduje się opuścić chodnik w drewnie by przenieść się na przepoczwarczenie do gleby. Może w jakiś sposób ocenia stopień bezpieczeństwa w starym miejscu?

Imagines (czyli ćmy) są masywne, szarobrązowe, o skrzydłach pokrytych drobnym, marmurkowym wzorem. Gatunek ten jest jednym z największych europejskich motyli nocnych rozpiętość skrzydeł dochodzi do 10 cm. Samice są większe i cięższe, samce są bardziej ruchliwe, przywabiane feromonami. To takie ciche wołanie związkami chemicznymi. Tak jak często w biologii wędrujące i bardziej ruchliwe są samce czy plemniki. Taki podział zadań między płciami i zarazem sposób definiowania płci (w przypadkach, gdy jest to problematyczne do szybkiego rozpoznania). Dorosłe nie odżywiają się, dlatego ich życie trwa zaledwie kilka dni.

Trociniarka czerwica jest gatunkiem związanym ze starymi drzewami. Wiadomo, stare drzewa częściej chorują i częściej są osłabione. Trociniarka jest typowym mieszkańcem krajobrazu, w którym występują stare drzewa liściaste, zarówno w lasach, jak i w parkach, sadach czy alejach przydrożnych. Jej obecność świadczy o ciągłości siedliska i o tym, że w okolicy znajdują się drzewa o odpowiedniej strukturze drewna. Bywa uznawana za szkodnika sadów i drzew ozdobnych. Liczne publikacje dostarczają różnych metod zwalczania tego gatunku, np. przez przenoszenie pasożytniczych nicieni. To wykorzystywanie naturalnych wrogów biologicznych czyli czynników ekosystemowych. Niecierpliwi stosują pestycydy. A te nie są wybiórcze i zabijają wiele innych gatunków. Ponadto w sadach te pestycydy dostają się także do owoców, które potem ze smakiem zjadamy. I naszemu zdrowiu to nie służy.

W naturalnych ekosystemach trociniarki pełnią ważne funkcje. Należą do gatunków przyspieszających rozkład drewna, ułatwiając dostęp grzybom i bakteriom oraz innym bezkręgowcom ksylofagicznym i saprofagicznycm. A w korytarzach, wydrążonych przez larwy mogą zakładać gniazda np. pszczoły samotnice. Ze względu na rozmiar larwy trociniarek, takie korytarze nadają się dla zadrzechni fioletowej. Żerujące larwy trociniarki tworzą mikrośrodowiska, ich tunele larwalne zasiedlają później inne owady, roztocza i drobne pajęczaki. I to co ważne w łańcuchach pokarmowych, trociniarka jest pokarmem dla dzięciołów, sikor, nietoperzy i drapieżnych owadów. Gatunek wybiera drzewa osłabione, uszkodzone, rosnące w miejscach nasłonecznionych, o miękkim, łatwym do penetracji drewnie. W lasach gospodarczych, gdzie stare drzewa usuwa się szybko, trociniarka ma trudniejsze warunki. Lepiej radzi sobie w krajobrazie kulturowym – w parkach, sadach, na obrzeżach miast.

Zapach larw jest tak intensywny, że dawniej uważano go za „zapach czerwia”, stąd nazwa "czerwica". Tunele larwalne mogą mieć ponad metr długości. Wylot dorosłych motyli często zdradzają duże otwory w korze i wysyp trocin. Stąd się wziął pierwszy człon polskiej nazwy gatunkowej – "trociniarka".

Trociniarka czerwica to gatunek, który żyje w rytmie drewna: powoli (mogłaby być dodatkowym symbolem cittaslow), ukryty, zależny od starych drzew i ich naturalnego starzenia się. Jej larwy są jednymi z istotniejszych „inżynierów” w świecie owadów, a dorosłe motyle są efemerycznym finałem wieloletniego rozwoju. Choć bywa postrzegana jako szkodnik, w naturalnych ekosystemach jest ważnym elementem procesów rozkładu i różnorodności biologicznej.

Dlaczego rozpisuję się o trociniarce czerwicy? Bo chcę za pomocą opowieści o jednym gatunku opowiedzieć o szerszych procesach i zjawiskach przyrodniczych. Trociniarka jest tu tylko rekwizytem. Jakie dostrzegłeś w tej opowieści ogólniejsze przesłanie? 

A jeśli chcesz zmotywować mnie do częstszego pisania o przyrodzie na tym blogu, to postaw mi kawę w serwisie buycoffee.

Larwa szukająca miejsca w glebie na przepoczwarczenie się. W mieście nie ma łatwego zadania.


28.05.2026

Żylak promienisty (Phlebia radiata) niecodzienny grzyb z wilgotnego lasu

Żylak promienisty
Phlebia radiata
Wielokrotnie wiosną widywałem pniaki, po niedawnym ścięciu drzewa. Korzenie jeszcze pompowały sok do góry. I na tych wyciekach zbierały się liczne owady. Zawsze to coś słodkiego. Słodkie zwabia. Gdy zobaczyłem ten niecodzienny pniak w rezerwacie "U źródeł rzeki Łyny", to pomyślałem, że to właśnie taka sytuacja. Pomyślałem także, że może jakiś śluzowiec lub jakieś grzyby także skorzystały z darmowego posiłku. Ja rozglądałem się za owadami i szybko znalazłem żuki "gnojarze", czyli chrząszcze z rodzaju Geotrupes (w szerokim i dawnym sensie). Kilka osobników żuka leśnego (Anoplotrupes stercorosus) pożywiało się na tym dziwnym wykwicie. Ale potem profesor Dariusz Kubiak zidentyfikował na zdjęciu grzyba o tajemniczej dla mnie nazwie "żylak promienisty". 

Żylak promienisty to jeden z tych grzybów, które łatwo przeoczyć, dopóki nie nauczymy się patrzeć mykologicznie czyli bardziej uważnie, z czułością dla drobnych, wilgotnych cudów. Na pierwszy rzut oka wygląda jak coś pomiędzy rozlanym dżemem a zaschniętą kroplą bursztynu. Dopiero z bliska widać, że to nie przypadkowa plama, lecz misterny organizm o własnej logice wzrostu. Galaretowata plektenchyma, delikatne różowo‑pomarańczowe światło, jakby drewno pod spodem lekko się żarzyło. To grzyb nadrzewny, saprotrof. Występuje w lasach, parkach, ogrodach, sadach. Rośnie na pniakach, leżących na ziemi pniach i gałęziach, głównie na drewnie drzew liściastych. 

Ten niepozorny mieszkaniec lasów (Phlebia radiata), żylak promienisty, należy do grzybów tremelloidalnych, czyli tej całej galaretowatej, nieoczywistej frakcji królestwa grzybów wielkoowocnikowych. To nie jest żadna formalna grupa systematyczna, raczej kategoria „na oko”: grzyby, które nie tworzą kapeluszy ani trzonów, lecz rozlewają się po podłożu jak zastygła fala. Jak syropowaty sok z drzewa. Wspólna jest im konsystencja, woskowato‑galaretowata, sprężysta, czasem trochę przezroczysta. Wspólna jest też ich pora roku. Najlepiej czują się wtedy, gdy świat jest mokry, chłodny i pachnie rozkładem. A tak jest w wilgotnych lasach, zwłaszcza wiosną. Źródła Łyny dostarczają wilgoci nieustannie. A zacieniony las dobrze tą wilgocią gospodaruje. Od późnej jesieni do wiosny, kiedy większość grzybów śpi, one dopiero zaczynają swoje ciche, wilgotne życie. I tak jak za mundurem panny sznurem, tak za grzybami owady także sznurem. 

Żylak promienisty wyrasta na martwym drewnie drzew liściastych: brzozy, olszy, buka, dębu, topoli, wierzby, jarzębiny. Czasem pojawia się także na iglastych, choć rzadziej. W Polsce jest pospolity, ale nie rzuca się w oczy. Bo mało komu kojarzy się z grzybami. Jego owocniki są cienkie, przylegające do drewna jak skóra, która zrosła się z pniem. Początkowo tworzą niewielkie, owalne plamki, później rozrastają się szeroko, zrastając się ze sobą w nieregularne płaty. Brzeg bywa postrzępiony, jakby ktoś delikatnie naciął go nożem. Kolor, od bladoróżowego po pomarańczowo‑czerwony, z czasem ciemnieje, przechodząc w brązy i szarości. W suchych okresach owocniki kurczą się i twardnieją, niemal znikając, by po deszczu znów nabrać życia.

Owocniki ma grubości do 8 mm, początkowo koliste lub owalne, później szeroko rozrastające się. Są płasko rozpostarte i całkowicie przyrośnięte do podłoża, rzadziej z odwiniętym brzegiem. Brzeg jest  postrzępiony. Poszczególne owocniki rosnąc zrastają się z sąsiednimi pokrywając znaczny obszar.
Hymenofor wykształcony jest w postaci rozchodzących się promieniście fałd i żyłek. U żylaka promienistego nie jest gładki, lecz pofałdowana w promieniste żyłki, jak miniaturowa mapa rzek i dopływów. Niczym opowieść o źródłach rzeki Łyny. To właśnie od tych „żył” pochodzi nazwa rodzaju Phlebia. Gdy patrzy się na nie pod lupą, ma się wrażenie, że grzyb oddycha, że w tych fałdach krąży jakaś powolna, leśna krew.

Choć wygląda delikatnie, jego rola w lesie jest znacząca. Żylak promienisty jest saprotrofem czyli jednym z tych cichych destruentów, które zamieniają drewno w próchno, próchno w glebę, a glebę w nowe życie. Powoduje białą zgniliznę, czyli rozkład ligniny, tej najtwardszej części drewna. To dzięki takim grzybom las nie zamienia się w cmentarzysko pni, lecz wciąż się odnawia. W martwym drewnie, które dla nas jest odpadem, on widzi bogaty bufet: celulozę, hemicelulozę, ligninę. Rozkłada je cierpliwie, aż z twardego pnia zostaje miękka, pachnąca ziemia. Pomagają mu w tym liczne saprofagiczne owady.

W świecie grzybów galaretowatych żylak promienisty ma kilku podobnych kuzynów. Najłatwiej pomylić go z żylakiem trzęsakowatym (Phlebia tremellosa), który jednak tworzy odstające płaty i ma bardziej kapeluszowaty charakter. Jest też żylica olbrzymia (Phlebiopsis gigantea), większa i masywniejsza, ale również o galaretowatej naturze. Wspólny mianownik jest jeden: wilgoć, drewno i powolna praca rozkładu.

Kiedy więc następnym razem zatrzymasz się przy omszałym pniaku, spróbuj spojrzeć na niego nie jak na resztkę drzewa, lecz jak na tętniący życiem mikrokosmos. Może dostrzeżesz na jego powierzchni delikatne, pomarańczowe żyłki, jakby ktoś namalował je cienkim pędzelkiem. To żylak promienisty — jeden z tych leśnych rzemieślników, którzy pracują w ciszy, ale bez których las nie byłby sobą. Mogą być także śluzowce, np. wykwit zmienny.

Czytaj także: Kisielec, trzęsak czy masło wiedźm?

27.05.2026

Odszkolnić uniwersytet, czyli o mądrości w czasach sztucznej inteligencji

Jeden obraz wart tysiąca słów: na uniwersytetach ubywa studentów i ubywa studentów na wykładach.
 

Każda zmiana jest trudna. Ostatnie lata to doświadczanie głębokiej zmiany cywilizacyjnej i próby dostosowania dydaktyki akademickiej do tych zmian. Można oczywiście udawać, że nic się nie dzieje, że to tylko studenci źli, że młode pokolenie niedobre itd. Takie zaklęcia dla samousprawiedliwienia. Lepiej jest jednak próbować zrozumieć zmiany cywilizacyjne jakie się dokonują oraz próbować dostosować edukację do tych nowych warunków. I wcale nie chodzi o obniżanie wymagań. Może wyjaśnię to na przykładzie: uczelnia z wykładami dla Polaków. A co będzie, gdy przyjdą np. Francuzi, Niemcy, Somalijczycy? Nie da się wykładać po polsku. Można oczywiście kazać się studentom najpierw nauczyć mówić i pisać po polsku. Ale można także dostosować język przekazu do odbiorcy. I wcale nie oznacza to obniżenia poziomu. Umiędzynaradawianie polskich uniwersytetów już następuje, coraz więcej zajęć jest w języku uniwersalnym czyli w języku angielskim. Taka współczesna łacina. 

Przejdę do metafory. Wiosenne słońce wpadające przez okna uniwersyteckich sal rzuca jaskrawe światło na kryzys, o którym w kuluarach rozmawiamy od lat, a który w dobie kultury ekranowej i sztucznej inteligencji stał się egzystencjalnym pytaniem o sens akademii/uniwersytetu. Kiedy algorytm potrafi w kilka sekund wygenerować poprawną systematykę bezkręgowców, streścić gruby podręcznik do ekologii czy napisać poprawny esej o ekologii krajobrazu, musimy zapytać wprost: po co nam dzisiaj wykłady podające i co właściwie sprawdzamy podczas egzaminów? Bo przecież wykłady i egzaminy to kwintesencja uniwersytetu. Tak przy najmniej było. Może dalej tak będzie? Tylko wtedy te wykłady i te egzaminy będę nieco inaczej wyglądały. Tego nowego staram się nauczyć. A wcześniej zrozumieć sytuację i zachodzące procesy.

Tradycyjny model akademicki, będący kalką dziewiętnastowiecznej szkoły, trzeszczy w szwach już od dawna. Jeśli się nie zmieni, uniwersytet stanie się kosztownym skansenem. Czas na nowo zdefiniować relację między mistrzem a uczniem, przenosząc ciężar z encyklopedycznego „wiem” na relacyjne i ekologiczne „rozumiem i współistnieję”. Tak, wiem, mój język skażony jest porównaniami biologicznymi. To coś więcej niż tylko powierzchowne podobieństwo. W tle poszukuję wspólnego wzorca systemów.

Od kilku lat próbuję mniej mówić na wykładach a więcej rozmawiać i angażować studentów. Idzie mi to opornie i powoli. Trudno wyskoczyć z utartych kolein i wieloletnich przyzwyczajeń. Czasem wychodzę ze studentami na wykład ... do parku. Tak było ostatnio na wykładzie ze studentkami kierunku pedagogika przedszkolna i wczesnoszkolna. Przedmiot - edukacja społeczno-przyrodnicza. W terenie nie da się powiedzieć tylu słów co na sali. Nie ma poglądowych slajdów z tekstem czy ilustracjami. Ale jest możliwość doświadczania przyrody. Przecież niebawem, jako absolwentki i nauczycielki, same będą wychodzić w teren ze swoimi przedszkolakami i uczniami. Z zaskoczeniem patrzyłem na emocje, gdy studentki wyłowiły z jeziora raka amerykańskiego i mogły go dotknąć. Takie same emocje będą u dzieci. 

Wykład w parku to w konwencji przekazywania wiedzy zmarnowany czas. Bo w sali wykładowej można byłoby wypowiedzieć więcej słów i zawrzeć więcej informacji. A ile by zostało w studenckich głowach? Wiedzę mogą samodzielnie czerpać z książek, z internetu, z AI. A emocje i doświadczanie są unikalne. Może więc na współczesnych wykładach nie jest najważniejsze przekazywanie wiedzy? Może relacje, motywacje i rozumienie są ważniejsze i bardziej deficytowe? Zmierzam do tego, że wykłady jako takie nie muszą zniknąć z planu zajęć. Może zmieni się ich forma. Staram się to zrozumieć i praktykować. Idzie mi to wolno. Ale widzę progres. Widzę też, że muszę nauczyć się nowej dydaktyki. Już nie tylko prezentacja w Power Poincie lecz nowy sposób projektowania procesu uczenia się, w którym tablet, smartfon i aplikacje AI nie są przeszkoda a wsparciem. Tak jak w judo - nie przeciwstawiać się przeciwnikowi tylko wykorzystać jego siłę. 

A co z egzaminem? Ten zawsze kojarzy się ze sprawdzaniem wiedzy. Przyjrzyjmy się krytycznie temu, czym przez dekady był egzamin na kierunkach biologicznych. I na wszystkich innych. W swoim najgorszym, choć wciąż powszechnym wydaniu, realizował on trzy ukryte funkcje. Był narzędziem posłuszeństwa, nieświadomym narcyzmem akademickim i podobno sprawdzał wiedzę praktyczną.

Tak więc po pierwsze, egzamin bywał narzędziem instytucjonalnej tresury, dla niektórych był sposobem na zmuszenie studenta do posłuszeństwa. Egzamin jako rytuał przejścia, w którym władza nad losem młodego człowieka koncentruje się w ręku profesora, uczy nie biologii, lecz konformizmu i strategii przetrwania w zhierarchizowanym systemie. Uczy wpisywania sie w oczekiwany klucz odpowiedzi. Ma pokazać swoją podległość i podlizywanie się zwierzchnikowi. To w jakimś sensie dobre, bo przecież żyjemy w społeczeństwie hierarchicznym i zawsze mamy jakiegoś szefa nad sobą. I jesteśmy szefami dla innych. Uczymy się z tym żyć. Od dziecka słyszałem, że pokorne ciele dwie matki ssie. To jakaś wielowiekowa, społeczna mądrość. Ale nawet do wielowiekowej mądrości warto podejść krytycznie i na nowo przemyśleć stare wzorce.

Po drugie, taki egzamin jest często nieświadomym narcyzmem akademickim. Sprawdza nie tyle wiedzę studenta, ile wiedzę samego egzaminatora. Profesor, niczym wzorzec z Sèvres, staje się jedynym punktem odniesienia. Kryterium sukcesu brzmi: „Czy student myśli tak jak ja i czy powtarza moje własne słowa?”. Czy był na wykładach i zapamiętał moje święte słowa? To ślepa uliczka, która zamiast odkrywców produkuje kopie – klony intelektualne, które w dynamicznie zmieniającym się świecie są bezradne. Sam się na tym wielokrotnie przyłapywałem. Bo co uznać za punkt odniesienia? To co ja sam wiem? A to czego nie wiem nie jest już ważne? Przecież najczęściej sam nie wiem czego jeszcze nie wiem. A co być może jest ważne i istotne. 

Po trzecie wreszcie, próbowano bronić egzaminów jako testu wiedzy przydatnej w praktyce. Tyle tylko, że definicja tej „praktyki” uległa całkowitej dezaktualizacji. Dawniej praktyką było pamiętanie klucza do oznaczania owadów (cech diagnostycznych). Dziś praktyką jest umiejętność postawienia właściwego pytania badawczego, zinterpretowania danych w terenie i krytycznej weryfikacji tego, co podpowiada nam ekran smartfona. Albo umiejętność wykorzystania narzędzia w telefonie do rozpoznawania gatunków. Wiedzy jest zbyt dużo, by ją zapamiętać a czasy zbyt dynamiczne by mieć dobry kanon najważniejszej wiedzy. Nie jest tak ważne co wiedzą lecz ważne jest to, co z dostępną wiedzą potrafią zrobić. To wprost odniesienie do konektywizmu. Szukanie i weryfikacja informacji jest współcześnie tak ważne jak kiedyś umiejętność czytania i pisania. 

Od lat mniej więcej wiem, jak nie powinien wyglądać egzamin. Ale to nie znaczy, że wiem jak powinien. Coś tam popróbuję, ale nie mam pewności czy to jest właściwe. I czy ma sens. Na przykład egzamin trwający cały semestr i który ma postać dziennika refleksji. Przecież mogą korzystać z narzędzi AI w pisaniu, wymyślaniu. I korzystają. Sam fakt posiłkowania się AI nie jest niczym złym. Diabeł tkwi w szczegółach, by narzędzia AI były pomocnym narzędziem a nie zastępowały pracy i myślenia. Teraz dla mnie wyzwaniem nie jest sprawdzenie wiedzy studenta lecz sprawdzenie rozumienia procesów i sprawdzenie tego, co student potrafi zrobić z dostępną wiedzą. Elementy tego procesu już od dawna przewijają się w pytaniach nawet maturalnych. W pytaniu są podstawowe dane a zdający egzamin ma wybrać z tych danych to, co istotne i pokazać swój sposób rozumienia. Zatem być może wystarczy konsekwentniej pójść tą droga?

Współczesny świat niesie za sobą niezwykle zróżnicowane i płynne potrzeby. Student biologii, biotechnologii, mikrobiologii  czy pedagogiki wczesnej edukacji nie potrzebuje sztywnego zestawu zamkniętych regułek, które zdezaktualizują się za pięć lat. Potrzebuje elastyczności. Tymczasem sztywne zakresy wymagań i kurczowe trzymanie się sylabusów nakierowanych na reprodukcję wiedzy sprawiają, że edukacja staje się jedynie taśmą produkcyjną powielającą schematy myślowe wykładowcy. W świecie stabilnym i z wolnymi zmianami zdobyta wiedza przez wykładowcę była przez długie lata dobrym punktem odniesienia do weryfikacji wiedzy studenta. Teraz i profesorowie ciągle muszą szybko uzupełniać swoją wiedzę w różnych jej aspektach. 

Do czego więc służą wykłady w dobie AI? Lub do czego mogłyby służyć? W kulturze ekranowej, gdzie uwaga jest towarem deficytowym a student bombardowany jest tysiącami bodźców, tradycyjny wykład ex cathedra umarł. Próba konkurowania z Wikipedią, YouTubem czy ChatGPT na ilość przekazywanych faktów jest z góry skazana na porażkę. AI wie więcej, pamięta lepiej i nigdy się nie męczy. Bo korzysta z kumulatywnej wiedzy całej ludzkości. Bo AI szybciej i pełniej porusza się ogólnoludzkim konektomie wiedzy i doświadczeń. Także w sferze fantazji i halucynacji. 

Logika akademii musi więc ulec odwróceniu. Wykład nie może być już miejscem „transmisji danych”. Jego celem, moim zdaniem, jest zainteresować, zaciekawić i zainspirować do własnych poszukiwań. Profesor nie jest już dystrybutorem wiedzy, lecz kuratorem treści i architektem intelektualnej przygody (projekczycielem). Wykład z biologii czy ekologii ma być jak otwarcie drzwi do lasu – nauczyciel pokazuje bioróżnorodność, fascynujące powiązania troficzne, subtelność ewolucyjnych przystosowań, ale to student musi w ten las wejść i podjąć własną pracę. To tak jak uczyć się gotowania przez zapamiętywanie przepisów z książki kucharskiej versus samodzielne gotowanie z błędami i porażkami. W tym drugim przypadku student zapamięta mniej przepisów, ale lepiej zrozumie sam proces gotowania i samodzielnego poszukiwania. 

Ekologia i edukacja przyrodnicza to nie są dyscypliny czysto teoretyczne, zamknięte w murach laboratoriów. One są potrzebne indywidualnemu człowiekowi do przetrwania i zrozumienia swojego miejsca w biosferze. Wykład ma budować osobistą relację studenta z ekosystemami i biosferą zmieniającej się Ziemi. Ma uświadamiać, że zniszczenie lokalnego ekosystemu rzecznego to nie tylko strata w tabeli bioróżnorodności, ale realne zagrożenie dla naszej wspólnej przyszłości. Ekran smartfona spłaszcza świat do dwóch wymiarów; wykład ma przywrócić mu głębię, zapach, dotyk i moralny niepokój.

Co w tym roku spróbowałem? Od dawna studentom przekazuję prezentacje wykładowe, jako formę notatek. W tym roku nagrywam wykłady i generuję z pomocą AI plik tekstowy (audiodeskrypcja). Też jako formę dodatkowych notatek. Po zakończeniu semestru przyjrzę się rezultatom i spróbuję ulepszyć proces w kolejnym roku. Zapis audiodeskrypcji to surowe dane do dalszej poprawy. Część studentów w informacji zwrotnej pisze, że to się przydaje. Dawniej myślałem o nagrywaniu wykładów i późniejszym ich potem edytowaniu, poprawianiu, uzupełnianiu. Ale nigdy mi się to nie udało. Samemu nie dam rady. Potrzebny ktoś z zewnątrz. I najlepiej nagrywać dwoma kamerami (dwa plany filmowe), a potem miksować ze slajdami z prezentacji w zwarty, zintegrowany przekaz. Taki współczesny skrypt. Nawet próbowałem dzielić wykład na mniejsze porcje, nagrywałem na komputerze a potem umieszczałem a Genially. Jako swoisty skrypt epoki postpiśmiennej. Można byłoby tworzyć wykład hybrydowy. Ale brakuje mi asystenta. Nie jestem człowiekiem orkiestrą. Zbyt wiele jest do ogarnięcia. Wymyśliłem funkcję asystenta zajęć. Na razie słabo to wychodzi, bo studenci rzadko się do tej roli zgłaszają. I ja nie mam wykrystalizowanej wizji takiego podejścia. Pozostaje mi szukać dalej. Krok po kroku. Już wiem, że sam profesor niewiele zdziała. Potrzebny cały ekosystem edukacyjny.

Jak zatem uczyć w tych nowych, wymagających czasach? Moim zdaniem odpowiedzią jest konektywizm czyli teoria uczenia się na miarę ery cyfrowej. Zakłada ona, że wiedza jest rozproszona w sieciach (ludzkich i technologicznych), a najważniejszą umiejętnością jest zdolność do dostrzegania powiązań między polami, ideami i pojęciami. Wiedzy całej ludzkości nie da się jednej osobie ogarnąć. Nasze mózgi są zbyt małe w stosunku do ogólnoludzkiej wiedzy wypracowanej przez stulecia. Można się jednak nauczyć sensownie poszukiwać potrzebnej wiedzy. I można się nauczyć korzystać z tej wiedzy. W nawiązaniu do wykładów i egzaminów - ważniejsze staje się rozumienie procesów i umiejętność poszukiwania w ogromnym konektomie niż samodzielne zapamiętanie wszystkiego, co ważne. 

W takim świecie struktura relacji akademickich musi ulec spłaszczeniu. Przechodzimy od rywalizacji do współpracy. Student i wykładowca stają się partnerami w procesie badawczym. Nauczyciel akademicki musi przestać być sędzią, który z surową miną stawia stopnie i rozlicza z błędów. Powinien stać się mentorem, liderem i dowódcą wyprawy naukowej. Sam się tego uczę. Powoli ale jednak z jakiś progresem. I chcę tą swoją wiedzą dzielić się z innymi. Na przykład przez dyskusje. 

Sędzia stoi z boku, poza grą, i ocenia. Lider idzie na czele, inspiruje swoim zapałem, dzieli się wątpliwościami i pokazuje, jak radzić sobie z porażką, która w naukach przyrodniczych jest przecież codziennością. Mentor w erze AI to ktoś, kto uczy mądrości: jak zadawać algorytmom mądre pytania, jak wątpić w ich odpowiedzi i jak syntetyzować wiedzę biologiczną z etyką i humanizmem.

Jak zatem powinien wyglądać współczesny egzamin na kierunkach biologicznych? Jeśli zmieniamy wykład, musimy zmienić też egzamin. Skoro odrzucamy pamięciówkę, jak sprawdzić kompetencje przyszłego biologa? Jednym z pomysłów, być może nie najlepszych, ale trzymam się każdego, jest to, że nowoczesny egzamin z przedmiotu przyrodniczego powinien opierać się na trzech filarach: zadaniach problemowych, krytycznej analizie źródeł i relacyjności w połączeniu z terenem,

Zadania problemowe i studium przypadków. Zamiast pytać o definicję sukcesji ekologicznej, dajmy studentowi realny problem: „Oto zdegradowany teren po pożarze w naszym regionie. Zaprojektuj proces jego renaturyzacji, uwzględniając zmiany klimatyczne i lokalną florę. Masz dostęp do internetu i AI – użyj ich jako asystentów, ale obroń swój projekt przed komisją”. Trzeba więc przygotować dobre materiały do takiego studium przypadku. Wiele pracy, od razu z marszu się nie da. Próbuję co roku pójść o krok dalej. Zbyt wolno to idzie. Być może jestem zbyt niecierpliwy i zbyt dużo oczekuję?  Potrzeba szerszego zespołu i współpracy, także wsparcia ze strony uczelni. Ale na moim uniwersytecie administracja się rozrasta, powstają kolejne wyspecjalizowane centra z dyrektorami a stosunek liczby profesorów do pracowników technicznych cięgle się zmniejsza. Trzeba większość pomocy do zajęć zrobić samemu. Gdzie te czasy, gry przed wykładem przychodził pracownik techniczny i przygotowywał tablicę, pomoce, a  profesor wchodził na salę jak artysta na przygotowaną scenę i był zapowiedziany przez konferansjera. Teraz to wszystko trzeba zrobić samemu. Dwa w jednym, i profesor i asystent techniczny. Nie ma więc efektu wejścia. Student wchodzi na salę, gdy wykładowca już jest i się krząta, coś włącza, coś sprawdza. Nie ma wyraźnego początku wykładu. Nie oceniam czy to dobrze czy źle. Może w części rolę asystenta spełnią urządzenia i AI lub efektywniej włączymy w to samych studentów? A potem włączymy do procesu wspólnego przygotowania postpiśmiennego skryptu z notatkami z zakresu przedmiotu?

Weryfikacja i krytyka źródeł. Egzamin może polegać na przedstawieniu studentowi tekstu wygenerowanego przez sztuczną inteligencję na temat specyficznego zjawiska biologicznego (np. symbiozy mikoryzowej), w którym ukryto subtelne błędy merytoryczne i tzw. halucynacje AI. A może nie tylko tekstu lecz podcastu, wideo, zestawu fiszek itp.? Zadaniem studenta byłoby te błędy znaleźć, sprostować i podeprzeć się rzetelną literaturą naukową. Teoretycznie to możliwe, ale mi osobiście brakuje wielu umiejętności posługiwania się nowoczesnymi narzędziami. I wiem, że uda się to w pracy zespołowej, nawet online. Czas samotników już minął 

Egzamin relacyjny i terenowy. Biologii nie da się w pełni zrozumieć na ekranie. Egzamin to rozmowa na żywo, najlepiej w terenie, przy wspólnym stole laboratoryjnym lub nad brzegiem rzeki. To tam, w bezpośrednim kontakcie z przyrodą i drugim człowiekiem, sprawdza się umiejętność biologicznego myślenia przyczynowo-skutkowego, pasję oraz etyczną wrażliwość. Na taki egzamin trzeba byłoby więcej czasu. Wymagałby więcej wysiłku w przygotowanie i większego zaufania do oceniania. Bo terenowego egzaminu nie da się archiwizować tak jak pisemnego testu, z możliwością wglądu po 3, 5  czy 10 latach. 

To się musi zmienić w akademickim systemie kształcenia. Musimy porzucić iluzję, że kontrola i standaryzacja dają jakość. W czasach, gdy maszyny stają się coraz bardziej ludzkie w swoich możliwościach poznawczych, to my na uniwersytetach, musimy stać się bardziej ludzcy w swojej mądrości, relacyjności i szacunku dla natury. Odszkolnijmy uniwersytet, by uratować myślenie. Może w ten sposób paradoksalnie wrócimy do korzeni uniwersytetów? 

W dobie sztucznej inteligencji, która w kilka sekund generuje esej, zdaje egzaminy lekarskie czy pisze kod, tradycyjny model studiowania zaczyna trzeszczeć w szwach. Studiowanie musimy wymyśleć na nowo. Albo powrócić do źródeł w nowym wydaniu. Kiedyś to profesor był jedynym źródłem rzadkich informacji. Dzisiaj wiedza jest zdemokratyzowana i dostępna na jedno kliknięcie. Co traci sens? Siedzenie przez 90 minut i przepisywanie slajdów z Power Pointa, które wykładowca czyta monotonnym głosem. AI streści to lepiej i szybciej. Sprawdziłem to w tym roku na audiodeskrypcji. O ile cały spisany wykład wyglądał dość słabo, bo były liczne błędy, o tyle jednostronicowe podsumowanie wyglądało bardzo sensownie i chyba przydatne jest w powtarzaniu materiału.

Co zyskuje sens? Wykład jako przestrzeń do dyskusji, moderowanej debaty i krytycznej analizy. Profesor nie powinien być już "mędrcem na scenie", ale "przewodnikiem idącym obok studenta". Sens mają wykłady inspirowane modelem odwróconej klasy: teorię przyswajasz w domu (np. z pomocą AI), a na uczelni porozmawiasz o jej praktycznym zastosowaniu i o najróżniejszych niuansach.

Tradycyjne egzaminy (zwłaszcza testowe lub pisane w domu eseje) w świecie AI stają się w pewnym sensie fikcją i pustym rytuałem. Skoro AI potrafi je zdać, to znaczy, że sprawdzały one jedynie pamięciówkę lub umiejętność schematycznego pisania – a to za mało na dzisiejsze czasy. Co traci sens? Zakuć, zdać, zapomnieć (3 razy z). Egzaminy sprawdzające suchą wiedzę faktograficzną. Czasem rozumienie, jeśli są to pytania otwarte. Jaki jest nowy sens egzaminowania? Przejście w stronę oceny kompetencji, a nie wiedzy. Zamiast pisać esej, student musi go obronić na żywo, odpowiadając na podchwytliwe pytania. Ale ja mam praktyczne pytanie: jak zorganizować taki egzamin? Tego jeszcze nie wiem. Dopiero próbuję. Zamiast rozwiązywać standardowe zadanie, student musi rozwiązać realny, skomplikowany problem, gdzie AI może być najwyżej asystentem, ale to człowiek musi podjąć decyzję i uzasadnić swój proces myślowy.

Coraz mocniej wybrzmiewa pytanie: "po co nam w ogóle uniwersytet w erze AI? Skoro AI "wie wszystko", po co studiować? Uniwersytet musi przestać być "fabryką dyplomów", a stać się czymś więcej. Jego nowa (a właściwie pierwotna, sokratejska) rola to kształtowanie mądrości, nie tylko wiedzy. Niby więc nowe, ale wracamy do korzeni akademii, do początków uniwersytetów. AI ma dane, ale nie ma mądrości życiowej, empatii ani zrozumienia kontekstu społecznego. Tak się nam przynajmniej na razie wydaje w pysze ludzkiego myślenia (że jesteśmy wyjątkowi i niepowtarzalni). Po Koperniku i Darwinie przezywamy kolejny wstrząs poznawczy.

W świecie fake newsów i halucynacji AI, umiejętność weryfikacji źródeł i wątpienia jest cenniejsza niż kiedykolwiek. Krytyczne myślenie zawsze było ważne. Ale teraz jest ważne jeszcze bardziej. Uniwersytet to przede wszystkim ludzie. Spotkania w kuluarach, wspólne projekty koła naukowego, kłótnie na seminariach. Tego żaden algorytm nie zastąpi. Zatem wykłady i egzaminy mają sens tylko wtedy, gdy uczą nas myśleć, a nie tylko pamiętać. Jeśli uniwersytety szybko się nie dostosują, staną się skansenami. Jeśli jednak podejmą cywilizacyjną rękawicę, mogą stać się kuźnią ludzi, którzy potrafią technologią AI mądrze zarządzać.

A jak Ty to widzisz ze swojej perspektywy? Studiujesz, wykładasz, czy po prostu obserwujesz ten dynamiczny świat z boku?

Ja próbuję odejść od sprawdzania tego, co student wie, na rzecz tego, czy potrafi zarządzać wiedzą, którą ma pod ręką. I nie jest łatwo wypracować nowe standardy. Idzie mi z mozołem i ciągle mam różnorodne wątpliwości. 

25.05.2026

Nie tylko Dzień Chruścika, ale i Dzień Ważki




25 maja jest Dniem Ważki. W kalendarzu świąt dziwnych są i te przyrodnicze. Bo zawsze się znajdzie jakiś pretekst by opowiadać o przyrodzie i o niezwykłych owadach. Tak więc w kalendarzu pojawiają się czasem daty, które na pierwszy rzut oka wydają się egzotyczne, może nawet trochę żartobliwe. A jednak kryją w sobie coś więcej niż tylko sympatyczną ciekawostkę. Tak jest z Dniem Ważki, obchodzonym od 2019 roku w Polsce w dniu 25 maja. Jest świętem młodym, ale już rozpoznawalnym w środowisku miłośników przyrody. Jego inicjatorką była Ewa Rauner‑Bułczyńska z Puław. Data nie jest przypadkowa, to rocznica urodzin Edmonda de Sélys Longchamps, jednego z ojców współczesnej odonatologii (nauka zajmująca się badaniem ważek, dział zoologii i entomologii). Wybór tej postaci to nie tylko ukłon w stronę historii nauki, ale i przypomnienie, że fascynacja ważkami ma długą tradycję, a ich badanie łączy w sobie precyzję, wrażliwość i zachwyt nad światem wodno‑powietrznym. Ważki są duże i aktywne, łatwo je zauważyć w środowisku. Często pojawiały się w motywach malarskich secesji i Młodej Polski. A dla biologa fascynujące są różne aspekty ich biologii i filogenezy.

Dzień Ważki wyrósł z potrzeby popularyzacji wiedzy o owadach, które choć efektowne i chętnie fotografowane to wciąż pozostają dla wielu tajemnicą. To święto ma swój rytm i przyrodniczy rytuał. Są spacery nad wodą, warsztaty, pokazy larw i wylinek, opowieści o migracjach i terytorialnych pojedynkach samców. Maj to dobry fenologicznie czas by pokazywać wazki w terenie. W tle pobrzmiewa jednak głębszy sens. Ważki są wskaźnikami jakości środowiska, a ich obecność lub brak mówi o stanie wód i całego krajobrazu więcej niż niejeden raport dotyczący hydrochemii wód powierzchniowych. Świętując je, świętujemy więc także troskę o ekosystemy, które pozwalają im istnieć.

Zanim jednak pojawił się Dzień Ważki, w Polsce obchodzono już inne, jeszcze bardziej niszowe święto - Dzień Chruścika, ustanowiony 11 grudnia 2002 roku. Pomysł narodził się w radiowej Trójce, a od 2003 roku Olsztyn stał się nieformalną stolicą tego święta, organizując seminaria, spotkania i wykłady poświęcone owadom wodnym z rzędu Trichoptera. Chruściki, choć pozbawione spektakularnego uroku ważek (mniejsze, nocny tryb życia imagines, znacznie więcej gatunków i trudniejszych do rozpoznania niż wazki), mają w sobie inną siłę przyciągania. Larwy chruścików są mistrzami kamuflażu, architektami podwodnych domków. Na dodatek stanowią kluczowy element wodnych sieci troficznych. To owady, które nie epatują barwą ani lotem lecz uczą uważności pokazują, że piękno przyrody bywa ukryte, skromne, wymagające cierpliwego spojrzenia. Przyroda wymaga uważności i cierpliwości. Chruściki także.

Oba święta (Dzień Ważki i Dzień Chruścika) tworzą razem ciekawy duet. Ale nie są osamotnione. Są i inne podobne, entomologiczne, święta. Owady nam nie tylko wadzą lecz i fascynują bogactwem gatunków i różnorodnością cykli życiowych. Jest o czym opowiadać przez cały rok. Ale wróćmy do ważek i chruścików. Z jednej strony mamy owady, które kojarzą się z dynamiką, światłem i powietrzem. Z drugiej strony są te, które żyją w cieniu, na dnie, czasem w mule, wśród roślin zanurzonych w wodzie. Jedne przyciągają wzrok, drugie wymagają lupy. A jednak oba rzędy łączy wspólna przestrzeń: woda jako środowisko życia larw, cykl przeobrażeń, rola bioindykatorów, a także ich znaczenie w edukacji ekologicznej. Świętowanie ich dni to nie tylko sympatyczny gest wobec owadów, ale także forma opowieści o wodzie, o jej czystości, różnorodności i kruchości, o zdrowiu ekosystemu i zawiłościach ewolucji.

W czasach, gdy przyroda coraz częściej znika z codziennego doświadczenia, takie święta pełnią rolę małych latarni. Przypominają, że świat owadów wodnych jest fascynujący, że warto zatrzymać się nad brzegiem jeziora, rzeki, stawu czy strumienia. Że warto spojrzeć pod powierzchnię, poszukać domku chruścika, poszukać polujących larw ważek. Albo śledzić lot ważki nad trzcinami lub chruścików o zmierzchu nad wodą. To popularyzacja wiedzy w najczystszej postaci - nie nachalna, nie tylko akademicka lecz oparta na ciekawości i zachwycie. I może właśnie dlatego tak potrzebna.

Choć kojarzymy ważki przede wszystkim z powietrznym tańcem nad trzcinami, ważki są w istocie owadami wodnymi. Ich życie zaczyna się pod powierzchnią, w świecie ciemnym, gęstym i pełnym drapieżników. Dopiero później, po miesiącach – a czasem latach – spędzonych jako larwy, wynurzają się z wody, by przeobrazić się w jedne z najbardziej efektownych stworzeń lata. Ta podwójna natura ważek sprawia, że są znakomitym symbolem ekosystemów wodnych. Łączą to, co ukryte, z tym, co widoczne. Łączą to, co powolne, z tym, co szybkie i zwinne.

W Polsce żyje prawdopodobnie 74 gatunki ważek. Dlaczego prawdopodobnie? Bo do 72 gatunków dołączyły dwa nowe, a że w przyrodzie nic nie jest stałe, to można spodziewać się kolejnych gatunków lub wymierania tych, które były tu od dawna. Nasze ważki należą do dwóch podrzędów: równoskrzydłych (Zygoptera) i różnoskrzydłych (Anisoptera). Odonatologia (nauka o ważkach) ma w naszym kraju długą tradycję. Kiedyś były zaliczane do owadów siatkoskrzydłych, razem z chruścikami. Już w XIX wieku polscy przyrodnicy opisywali lokalne gatunki, a w ostatnich dekadach wiedza ta została uporządkowana i wzbogacona dzięki atlasom, monografiom i intensywnym badaniom terenowym. W tym corocznym warsztatom odonatologicznym. Polska odonatofauna jest dziś jedną z najlepiej rozpoznanych grup owadów, co nie jest wcale oczywiste, jeśli porównać ją z innymi rzędami, wciąż czekającymi na pełne opracowanie.

Ważki zawdzięczają tę popularność nie tylko efektownemu wyglądowi, lecz także roli, jaką pełnią w ekosystemach. Larwy są drapieżnikami polującymi na drobne bezkręgowce, kijanki, a nawet narybek. Dorosłe osobniki kontrolują liczebność komarów i muchówek, a ich obecność nad wodą jest jednym z najbardziej czytelnych sygnałów, że biocenoza wodna jest dobrze zachowana. To właśnie dlatego ważki stały się bioindykatorami – organizmami, które pozwalają ocenić jakość środowiska. Jeśli znikają, oznacza to, że w wodzie dzieje się coś niepokojącego.

W ostatnich latach rośnie także zainteresowanie ważkami wśród fotografów, edukatorów i miłośników przyrody. Powstają grupy obserwatorów, organizowane są spacery i warsztaty, a 25 maja obchodzimy Dzień Ważki – święto, które ma przypominać o ich znaczeniu i zachęcać do poznawania tych niezwykłych owadów. To nie tylko okazja do podziwiania ich barw i akrobacji, lecz także moment, w którym można opowiedzieć o wodzie: o jej czystości, o zagrożeniach, o tym, jak bardzo jest potrzebna zarówno nam, jak i im.

Ważki są więc nie tylko pięknym elementem letniego krajobrazu, ale także ambasadorami ekosystemów wodnych. Ich życie, zaczynające się w środowisku wodnym, a kończące w powietrzu, jest opowieścią o przemianie, o zależnościach między środowiskami i o kruchości natury. Patrząc na nie, widzimy nie tylko owada, lecz cały świat, który go stworzył i którego jest częścią. I może właśnie dlatego warto o nich mówić, pisać i świętować. bo w ich skrzydłach odbija się stan naszych jezior, rzek i mokradeł. I dawne demony słowiańskie ukryte w polskich nazwach takich jak np. świtezianka.

O niezwykłym sposobie zapłodnienia występującym u ważek, z wtórnym aparatem kopulacyjnym napiszę następnym razem. Kryje się tu i archaiczne pozostawianie plemniomieszka (typowe dla siedlisk wilgotnych) i terytorializm sprawnych lotników. Ślad początków filogenezy owadów.

23.05.2026

Niby nic, to tylko szubarga pięciokropka

Dwie larwy szubargi.
 Od ponad 40 lat odwiedzam źródła rzeki Łyny. Tu, jako student, zaczynałem swoja przygodę naukową z owadami i chruścikami w szczególności. Dlatego ;lubię tu wracać na ćwiczenia terenowe z zoologii bezkręgowców. Z perspektywy lat widać duże zmiany zapuszczania się przyrody. Przybyło siedliska martwego drewna, bobry pomogły z zdziczeniu krajobrazu. Niektóre dawne drogi polne zarosły i są nie do przebycia, polany zmieniły się w las. Człowiek systematycznie wycofuje się na rzecz dzikiej przyrody. I mimo że to rezerwat geomorfologiczny to bioróżnorodność jest tu fascynująca. Zawsze coś ciekawego entomologicznie się spotka.

Majowa wizyta wiąże się nieodmiennie z chrabąszczami majowymi. Byliśmy pod koniec maja, już po szczycie liczebności owadów dorosłych. W wielu miejscach widać było martwe owady objadane przez mrówki. Tym razem spotykaliśmy nie tylko ogniczka ale i oleicę.

Pośród tych ekscytujących i znanych mi owadów zawsze spotykam coś nowego, co udaje się utrwalić na zdjęciu. Na przykład te zielone larwy na liściach czeremchy. Myślałem, że to może gąsienice motyli. Skojarzyło mi sie z jakimiś modraszkami. Po powrocie do domu szukałem z wykorzystaniem Google Lens. Kilkanaście różnych propozycji, które trzeba było dokładniej sprawdzić, porównać i doczytać. Tak z pomocą narzędzi internetowych doszedłem, że do lary szubargi pięciokropki. Tu mała refleksja. Kiedyś musiałbym przeglądać liczne książki i atlasy entomologiczne by rozpoznać gatunek. szanse byłyby małe. Łatwiej znaleźć w takich książkowych opracowaniach gatunki pospolite lub charakterystyczne. Teraz technologia pomaga, a w teren nie trzeba zabierać kilku ciężkich przewodników do rozpoznawania tylko telefon z dostępem do internetu. Jest lżej i łatwiej. Potrzebne jest jednak krytyczne myślenie i doświadczenie.

Wróćmy jednak do bohatera ze zdjęcia. Te dwie zielona larw na zielonym liściu dobrze się maskują. Łatwiej zobaczyć ślady ich żerowania. To szubarga pięciokropka, Gonioctena quinquepunctata,  jeden z tych niepozornych mieszkańców naszych lasów i parków, których zwykle się nie zauważa, dopóki nie zacznie się patrzeć uważniej. A kiedy już się zobaczy małego, czerwonobrązowego chrząszcza z pięcioma czarnymi plamkami na pokrywach to trudno nie poczuć sympatii do stworzenia, które łączy w sobie prostotę wyglądu i zaskakującą złożoność biologii. Dorosłych szubarg nie widzieliśmy. Być możę kiedyś je widziałem, ale nie rozpoznałem i nimi się nie zaintersowałem. Teraz uwagę moja zwróciły larwy. Szubarga pięciokropkowa to gatunek związany niemal nierozerwalnie z czeremchą, drzewem o własnej, bogatej historii ekologicznej. I to właśnie na jej liściach rozgrywa się cały cykl życia tego niewielkiego chrząszcza z rodziny stonkowatych.

Wiosna zaczyna się dla szubargi wcześnie. Dorosłe chrząszcze zimują w ściółce, pod opadłymi liśćmi, w szczelinach kory – wszędzie tam, gdzie można przetrwać mrozy i wilgoć. Gdy tylko czeremcha wypuszcza pierwsze, jeszcze miękkie liście, chrząszcze wychodzą z ukrycia i ruszają na żer. To moment, w którym ich obecność najłatwiej zauważyć bo na młodych liściach pojawiają się drobne, okrągłe otworki, jakby ktoś nakłuł je igłą. To znak, że szubarga rozpoczęła sezon żerowania.

Najbardziej niezwykły element jej biologii ujawnia się jednak nieco później. Samice Gonioctena quinquepunctatażyworodne (a w zasadzie jajożyworodne). Zamiast składać jaja, rodzą w pełni ukształtowane larwy. Można powiedzieć, że chronią jaja w swoim ciele, dopóki mnie wyklują się z nich larwy. To rzadkość wśród chrząszczy i cecha, która zawsze budzi zdumienie, gdy opowiada się o niej studentom czy uczestnikom zajęć terenowych. Larwy pojawiają się na liściach czeremchy w kwietniu i maju, zwykle pojedynczo, choć na jednym liściu może ich być kilka. Żerują intensywnie, wygryzając charakterystyczne dziurki, a przy masowym pojawie potrafią przeobrazić liść w ażurową siatkę nerwów. Niczym koronkowa robota. Mimo to drzewa radzą sobie z tymi uszkodzeniami dość dobrze. Czeremcha jest odporna, a szubarga, choć żarłoczna, nie stanowi dla niej znaczącego zagrożenia.

Gdy larwa osiągnie dojrzałość, opuszcza liść i spada na ziemię. W ściółce, w cienkiej warstwie gleby, rozpoczyna się etap przepoczwarczenia> ten etap życia jest ukryty i łatwy do przeoczenia dla obszerwatora przyrody. Po dwóch lub trzech tygodniach z poczwarki wychodzi młody chrząszcz nowego pokolenia. Przez chwilę żeruje na liściach, ale lato to dla niego przede wszystkim czas przygotowań do zimy. Jeszcze zanim liście zaczną żółknąć, szubargi znikają z oczu, wtapiając się w warstwę opadłych liści, gdzie przeczekają chłody, by wiosną znów wrócić na czeremchę.

Choć gatunek ten bywa liczny, jego obecność rzadko budzi niepokój. W lasach i parkach nie prowadzi się żadnych działań ochronnych ani zwalczających. I słusznie, bo szubarga jest naturalnym elementem ekosystemu, a jej żerowanie nie wpływa istotnie na kondycję drzew. Jest jednym z wielu drobnych ogniw łańcucha zależności, które sprawiają, że wiosenne liście czeremchy są nie tylko piękne, ale i pełne życia. Sądząc po licznych śladach żerowania na liściach czeremchy, szubarga ma się dobrze w rezerwacie "U źródeł rzeki Łyny". 

Wystarczy więc zatrzymać się przy czeremsze w maju, unieść jeden z liści i spojrzeć pod światło. Może zobaczysz drobne, okrągłe perforacje, może larwę o miękkim, jasnym ciele, a może dorosłego chrząszcza z pięcioma czarnymi kropkami (dorosłe zobaczymy późnym latem). A jeśli tak to będziesz świadkiem małej historii, która co roku powtarza się wśród gałęzi, choć większość ludzi nigdy jej nie zauważa. I to właśnie w takich chwilach najlepiej widać, jak bogata i nieprzewidywalna potrafi być przyroda, nawet ta najbliższa.
.

Zapuszczony teren rezerwatu. Zapuszczony bo od puszczy. Upodabniający sie do pierwotnej puszczy. 


22.05.2026

Inteligencja rozproszona i hologenom



Nie milkną słowa oburzenia na Olgę Tokarczuk, że prowadzi rozmowy ze sztuczną inteligencją. Niezrozumiałe są dla mnie te oburzenia w czasach powszechnego i częstego korzystania z różnorodnych narzędzi sztucznej inteligencji. Jako społeczeństwo jeszcze nie znaleźliśmy sposobu korzystania z tego nieludzkiego członka naszej społeczności. Chciałbym do AI odnieść się w kontekście inteligencji rozproszonej (konektomu) oraz biologicznego pojęcia holobionta i hologenomu.

Mocno jeszcze tkwimy w dawne myśli filozoficznej, która powstała na odkrywczym i rewolucyjnym fundamencie kartezjańskiego cogito. Zgodnie z tym postrzegamy podmiot jako autonomiczną, izolowaną twierdzę świadomości. „Myślę, więc jestem” (cogito ergo sum) zamknęło inteligencję w granicach jednostkowego umysłu, a biologię – w granicach pojedynczego organizmu, wyraźnie oddzielonego od świata. Współczesna nauka, a w szczególności rewolucyjna koncepcja hologenomu, rzuca jednak wyzwanie temu paradygmatowi. Pozwala dostrzec coś jeszcze – wspólnotowość. Pokazuje ona, że to, co zwykliśmy uważać za zindywidualizowaną „istotę”, w rzeczywistości jest gęstą, wielogatunkową siecią współzależności. Może właśnie dlatego w filozofii rozwija się konektywizm?

W tym świetle intuicja francuskiego filozofa Pierre’a Lévy’ego, który postulował zastąpienie kartezjańskiej formuły nowym imperatywem: „Myślimy, więc jesteśmy” (cogitamus ergo sumus), zyskuje głębokie, biologiczne zakorzenienie. Lévy definiuje inteligencję zbiorową jako „formę powszechnie rozproszonej inteligencji, stale ulepszanej, skoordynowanej w czasie rzeczywistym i widocznej w efektywnym wykorzystaniu umiejętności”. Choć filozof odnosił te słowa do społeczeństwa informacyjnego, internetu i struktur takich jak Wikipedia czy algorytmy Google, to natura zrealizowała ten projekt miliardy lat przed powstaniem pierwszego serwera. Teraz możemy dodać jeszcze szybko rozwijająca się sztuczna inteligencję, połączoną z nami sieciami internetowymi i mobilnymi telefonami.

Gdy przyjrzymy się holobiontowi – czyli organizmowi gospodarza wraz z całym zasiedlającym go mikrobiomem – odkrywamy, że esencja inteligencji rozproszonej nie jest jedynie domeną ludzkiej technosfery, lecz fundamentalną zasadą samego życia. To nie wyjątek, to raczej coś powszechnego i uniwersalnego. Z perspektywy genetycznej żaden organizm wyższy nie jest monolitem. Nasz własny genom to zaledwie skromna partytura w potężnej orkiestrze genów bakteryjnych, protistowych, grzybowych i wirusowych, które wspólnie tworzą hologenom. Ta dynamiczna struktura działa dokładnie tak, jak opisywał to Lévy: żadna z cząstek tworzących ten układ nie posiada pełni wiedzy ani wszystkich narzędzi metabolicznych, a jednak całość funkcjonuje w sposób zintegrowany, samosterujący i celowy.

Wikipedia, tworzona bezinteresownie przez miliony edytorów z całego świata, jawi się jako doskonały ekwiwalent mikrobiomu jelitowego. Miliardy bakterii, nieświadome globalnego celu istnienia gospodarza, realizują swoje lokalne, ewolucyjne programy. Jednak efekt ich zsynchronizowanej w czasie rzeczywistym pracy – synteza neuroprzekaźników, modulacja układu odpornościowego, metabolizm ksenobiotyków (substancji obcych dla organizmu) – tworzy nową jakość. Grupa działa tak, jakby posiadała jeden, nadrzędny umysł. Przewód pokarmowy, często nazywany „drugim mózgiem”, jest w istocie rynkiem wymiany informacji, biologicznym Google, w którym chemiczne zapytania gospodarza znajdują natychmiastową, zoptymalizowaną odpowiedź w rozproszonej bazie danych mikrobiomu.

Badacze z Massachusetts Institute of Technology (MIT), analizując czynniki determinujące sukces ludzkiej inteligencji kolektywnej, doszli do wniosku, że o efektywności grupy nie decyduje suma indywidualnych ilorazów inteligencji (IQ) jej członków, lecz ich umiejętność współpracy. Wyróżnili oni trzy kluczowe elementy:
  1. Wnikliwość społeczną (wrażliwość na sygnały partnerów),
  2. Umiejętność dyskutowania (utrzymywanie struktur demokratycznych, nieautorytarnych),
  3. Obecność pierwiastka relacyjnego (empatii, skorelowanej statystycznie z większą liczbą kobiet w zespole).
Te czysto socjologiczne i psychologiczne determinanty znajdują swój uderzający analog w mikrobiologicznej architekturze holobiontu. Biologiczny konsensus dostrzegamy nie tylko w ekosystemie ale i mikrobiomie czy hologenomie. Mikroorganizmy w ciele gospodarza nie komunikują się za pomocą słów, lecz poprzez quorum sensing (wyczuwanie liczebności) – subtelny, chemiczny system „głosowania”, który pozwala bakteriom koordynować swoje zachowania dopiero po osiągnięciu odpowiedniego zagęszczenia. To nic innego jak biologiczna wnikliwość społeczna i nieustanna, molekularna dyskusja. Demokratyczny charakter tej wspólnoty objawia się w tym, że drastyczne zaburzenie tej równowagi (np. dominacja jednego patogennego szczepu) prowadzi do choroby całego układu – dysbiozy.

Powodzenie holobiontu, podobnie jak grupy badawczej czy zespołu projektowego, zależy od wspólnego celu. W świecie gier wideo projektanci jednoczą graczy wokół wspólnego zadania. W świecie przyrody tym wspólnym celem jest przetrwanie i adaptacja. Życie od samego zarania, od etapu pierwotnych hord i plemion, wiedziało, że w grupie jednostki są silniejsze. Oczywiście, nie tylko życie wiedziało to przez dobór naturalny było selekcjonowane. Zbiorowe podejmowanie decyzji pozwalało przetrwać kryzysy. W kontekście ewolucyjnym, hologenom jest ucieleśnieniem tej zasady: pojedynczy ssak czy owad dostosowuje swój genom przez pokolenia, ale jego mikrobiom potrafi przetasować swoje geny w kilka godzin, ratując gospodarza przed nową toksyną w środowisku. Synergia ta sprawia, że wynik całej grupy jest nieskończenie lepszy niż możliwości jej najsłabszego elementu.

Wracając do ujęcia historyczno-filozoficznego, możemy dostrzec fascynującą paralelę między rozwojem ludzkiej cywilizacji a ewolucją biologiczną. Na wczesnym etapie rozwoju – hordy czy plemiona – inteligencja zbiorowa miała charakter lokalny, organiczny, oparty na bezpośredniej bliskości ciał i głosów. Z czasem, dzięki pismu, drukowi, a ostatecznie sieci internetowej, ludzkość stworzyła zewnętrzny, techniczny substrat dla swojej kolektywnej mądrości. Sztuczna inteligencja jest kolejnym krokiem zwiększającym efektywność tego zbiorowego myślenia i działania. 

Hologenom pokazuje jednak, że natura nigdy nie porzuciła tej pierwotnej, organicznej formy sieciowości. Każdy z nas nosi w sobie taką „wewnętrzną internetową sieć” złożoną z bilionów mikroorganizmów. Filozoficzny projekt Lévy’ego, który widział w inteligencji zbiorowej „projekt humanistyczny” zwiększający dostęp do wiedzy i budujący społeczeństwo obywatelskie, w świecie biologii realizuje się jako projekt ekologiczny.

Zamiast hierarchicznego zarządu centralnego, mamy tu do czynienia z absolutną decentralizacją. Nie ma jednego „szefa” zarządzającego hologenomem; mózg gospodarza jest w stałym, dwukierunkowym dialogu (oś jelitowo-mózgowa) z lokatorami swoich flaków. To rozproszona mądrość ciała, która redefiniuje pojęcie suwerenności jednostki. Zrozumienie inteligencji rozproszonej w kontekście hologenomu zmusza nas do głębokiej rewizji pojęć takich jak „ja”, „inny”, „inteligencja” czy „świadomość”. Jeśli nasz nastrój, nasze wybory żywieniowe, a nawet sprawność naszych procesów poznawczych są współtworzone przez aktywność istot nie-ludzkich, to gdzie kończy się nasz umysł?

Zarówno w biologii, jak i w strukturach społecznych, największy potencjał osiąga grupa połączona relacjami sieciowymi. Tak jak komputery zwielokrotniły możliwości ludzkiego myślenia, tworząc globalną sieć informacji, tak hologenom spaja miliony lat ewolucji różnych królestw życia w jeden, sprawnie działający mechanizm. Powrócę jeszcze do sztucznej inteligencji. Ona maksymalizuje wspólna inteligencję rozproszoną. Usprawnia korektom, w którym myślimy i działamy. 

Odrzucając kartezjańską pychę izolowanego Ego, filozofia i biologia spotykają się dziś w tym samym punkcie: w zachwycie nad faktem, że istniejemy tylko dlatego, że współistniejemy. Jesteśmy pluralizmem udającym jedność, symfonią rozpisaną na biliony głosów, w której mądrość nie należy do żadnego z muzyków z osobna, lecz rodzi się w samym procesie wspólnego grania. A sztuczna inteligencja jest ewolucyjnym usprawnieniem i poszerzeniem ludzkiego myślenia. We wspołpracy z nieludzkimi elementami. To zupełnie nowa jakość. I nic dziwnego, że tak wiele osób oburzyło się na wypowiedź Olgi Tokarczuk. Po prostu nie rozumieją ani słów Noblistki, ani współczesnej sytuacji kulturowej.

19.05.2026

Najlepszy jest pomnik, którego nie widać




Kontekst naprawdę potrafi namieszać. Tak jak sztuka czy streetartowa instalacja. Weźmy choćby Olsztyn: miasto zielone, z wieloma jeziorami, ale jeśli chodzi o sztukę w przestrzeni publicznej, to raczej skromne. Mało jest pomników, rzeźb czy instalacji. Dlatego pomysł ustawienia w parku rzeźby jelenia z brązu brzmi całkiem sensownie. Zwierzę szlachetne, sylwetka efektowna, a spacerowiczom zawsze miło, gdy coś im niespodziewanie „mrugnie” z krzaków, nawet jeśli to tylko metal. Tyle że… odlew z Chin. Chiński jeleń w warmińskim parku. Brzmi jak żart, który opowiada się przy ognisku, a nie jak decyzja inwestycyjna. Bo czy naprawdę nie mamy w Polsce, w Europie, w regionie ludzi, którzy potrafią odlać jelenia? Przecież to nie jest gatunek egzotyczny. Po taniości? To może z włókna szklanego, tak jak ta krowa na wypasie, która się pojawiła na krótko także w Parku Centralnym w ramach działań artystycznych? W czymże krowa gorsza od jelenia? Że nie z dostojnego i arystokratycznego brązu?

Ale to dopiero początek. Bo rzeźba nie została jeszcze odsłonięta, a już wywołała burzę większą niż ta, która potrafi przejść nad Jeziorem Ukiel w lipcu. Największe emocje wzbudziła geneza przedsięwzięcia: myśliwi i sympatycy łowiectwa zbierali łuski po nabojach, by sfinansować zakup brązu. Przedstawiciele różnych organizacji prozwierzęcych nie kryją oburzenia, co utrwaliło Radio Olsztyn (Rzeźba jelenia w olsztyńskim Parku Centralnym. Dar myśliwych budzi skrajne emocje).

Ich zdaniem to makabryczny pomysł: pomnik zwierzęcia finansowany ze śmierci innych zwierząt. Trudno odmówić temu pewnej dramaturgii. Pierwotnie jeleń miał być odlany właśnie z tych łusek. Ostatecznie jednak sprzedano je, by obniżyć koszty, a samą rzeźbę wykonano w Chinach. I tak powstała konstrukcja, która łączy w sobie polskie lasy, chińskie odlewnie i europejską debatę o sensie symboli. Wywołujący emocje i dyskusje streetart w pełnej krasie. I to na bogato, bo odlany z brązu. Niczym pomniki jelenia z czasów niemieckich cesarzy, którzy upamiętniali swoje polowania tu i tam. Dostojne dowody arystokraty "tu byłem, tu polowałem". 

Ale zostawmy jelenia w spokoju, niech stoi, skoro już przepłynął pół świata. W całej tej historii jest bowiem jeden element, który mnie autentycznie cieszy: rzeźba stała się pretekstem, by myśliwi… posprzątali po sobie. Tak, dobrze czytasz. Zebrali łuski. Jeśli do tak podstawowego odruchu potrzeba motywacji w postaci zbiórki na pomnik, to trudno, dobre i to. Ołowiu ze śrutu, niestety, nie pozbierają, bo ten jest drobny i trudno go wyzbierać z gleby czy dna zbiornika wodnego. Jeden Kopciuszek by nie wystarczył. Ale może kiedyś zgodzą się na stalowe śruciny? Fakt, mniej efektywne niż te ołowiane, ale żelazo w środowisku nie czyni takich zanieczyszczeń jak ołów. A to już byłby zysk. Kto wie, cuda się zdarzają, skoro już mamy chińskiego jelenia jako symbol polskiego łowiectwa.

Wróćmy do sedna czyli do śmieci. Bo w tej historii, paradoksalnie, to one są najważniejsze. Łuski to tylko wierzchołek góry odpadów, które zostają w lasach, na torfowiska, mokradła, nad jeziorami i nad rzekami. Gdyby myśliwi nie zostawiali pod ambonami nęcisk wyglądających jak śmietnik po nieudanym pikniku. Gdyby wędkarze nie porzucali butelek, puszek i plastykowych opakowań po przynęcie i własnych przekąskach na brzegach jezior. Gdyby spacerowicze i turyści nie traktowali lasu jak wielkiego kosza, w którym „przecież nikt nie widzi”. Gdyby… Ale nie idźmy tą drogą, bo lista „gdyby” jest długa jak Warmia szeroka i Mazury długie.

Zamiast tego powiedzmy prosto: jesteś w lesie, nad jeziorem, nad rzeką to zabierz swoje śmieci ze sobą. Są lżejsze niż to co przyniosłeś (aś) czy przywiozłeś (aś). To nie jest filozofia zen, to nie wymaga doktoratu z ekologii. To tylko jeden ruch ręką. Jedna reklamówka. Jedna decyzja, że nie zostawiasz po sobie śladu, który będzie straszył następnych sto lat. Nie trzeba do tego rzeźby, zbiórki, fundacji ani medialnej burzy. Wystarczy jedna reklamówka i odrobina przyzwoitości. Pomnika z tego nie odleją. Nie będzie uroczystego odsłonięcia 19 czerwca jelenia w Parku Centralnym w Olsztynie, nie będzie wstęgi, fanfar ani przemówień. Ale za to będzie czysto. A czysty las, czysta rzeka, czyste jezioro to jest sztuka, której nie trzeba sprowadzać z Chin. Nie będzie brązowej figurki przedstawiającej turystę z pełnym workiem śmieci. Czy wędkarza nad brzegiem rzeki. Ale za to będzie czysto. A czysty las, czyste jezioro, czysta rzeka jest sztuką, której nie trzeba sprowadzać z Chin ani z USA. To jest sztuka, którą możemy zrobić sami, codziennie, bez fanfar, bez odsłonięcia, bez przecinania wstęgi.

I może właśnie to jest najpiękniejszy pomnik, jaki możemy postawić przyrodzie: taki, którego… nie widać. Taki, który zostaje po nas w postaci braku śmieci. I taki, który nie budzi kontrowersji, bo nie ma się do czego przyczepić. Dosłownie. 

W zasadzie to pomyliłem sie. Takie pomniki widać, bo widać piękno niezaśmieconego, niezeszpeconego krajobrazu. I nic, że to nie z brązu. Ani z marmuru.