20.01.2019

O omomiłku, co po śniegu biega

(Larwa omomiłka na śniegu, 15 stycznia 2019, Olsztyn, fot. Mateusz Sowiński)
Dorosłe omomiłki widywałem wielokrotnie. To często spotykane owady. Ale larwy nie widziałem. A przynajmniej nie wiedziałem, że widzę larwę omomiłka. Gdy Mateusz Sowiński  zamieścił powyższe zdjęcie na swoim profilu facebookowym, mogłem zobaczyć z bliska. I przypomnieć sobie o faunie naśnieżnej. Są i chruściki, które spotkać można aktywne na śniegu. Oczywiście u chruścików są to imagines, bo larwy żyją w wodzie. W zimie jak najbardziej aktywne, tyle że w źródłach, strumieniach, rzekach i jeziorach.

Życie zimą całkiem nie zamiera. Część gatunków odlatuje do ciepłych krajów – i to nie tylko ptaki ale i niektóre owady, na przykład niektóre motyle. Inne zapadają w sen zimowy, jeszcze inne rozpoczynają aktywność. Na przykład wiele owadów wodnych (w tym chruściki), żywiących się martwą materią organiczną, rozpoczyna intensywne żerowanie i rozwój, gdy począwszy od jesieni do wody wpadną liście z drzew. I do wiosny prawie wszystko zjedzą, kończąc swój intensywny larwalny żywot. Pośród nich są i drapieżniki, zjadające inne larwy owadów. Nasze dziedzictwo przyrodnicze jest ogromne. Co najmniej kilkadziesiąt tysięcy gatunków (ponad 60 tys. gatunków wykazanych z terenu Polski). Gdyby tak o każdym gatunku bakterii, grzyba, jednokomórkowca, rośliny czy zwierzęcia napisać chociaż po jednej stronie podstawowych informacji, to jak gruba byłaby ta encyklopedia? Encyklopedia licząca co najmniej 60 tysięcy stron. Przydała by się nam taka Encyklopedia Przyrody Polskiej. Samo wymyślenie polskich nazw gatunkowych jest już wyzwaniem dla ludzkiej kreatywności. Przykładem mogą być moje ulubione owady, których polskie nazwy gatunkowe są niesamowicie bajkowe. Bo na przykład taki omomiłek brzmi prawie jak muminek.
A na zdjęciu obok uwidoczniony jest omomiłek szary (Cantharis fusca)… który wcale szary nie jest oraz na zdjęciu niżej zmięk żółty (Rhagonycha fulva), który jest pomarańczowy a nie żółty. Zmięk zapewne dlatego, że omomiłki są chrząszczami o miękkich pokrywach skrzydłowych. Omomiłek szary jest pomarańczowo-czerwony i czarny. Może tylko mniej czarny od omomiłka czarnego (Cantharis obscura), dlatego nazwano go szarym? Ale skąd nazwa omomiłek? Cóż ona znaczy? A co znaczy muminek? I to piękne, i to piękne. I jakieś takie tajemnicze. Czyli entomolodzy mają fajne życie i ciekawą pracę, bo ciągle się z takimi fikuśnymi nazwami spotykają.

Zdjęcie omomiłkowi szaremu zrobiłem w Samławkach (koło Reszla), przy uprawach wierzby energetycznej, gdzie kilka lat temu prowadziłem badania nad bioróżnorodnością.

Zmięk żółty uwieczniony został w czasie letniej wyprawy badawczej na Żuławy, ale to pospolity gatunek i nawet w Olsztynie łatwo go spotkać. Omomiłek szary to pospolity chrząszcz z rodziny omomiłkowatych. Omomiłkowate spokrewnione są ze świetlikami, co czyni je jeszcze bardziej bajkowymi stworami. Omomiłkowate (Cantharidae) to liczna rodzina chrząszczy, występujących głównie w strefie klimatu umiarkowanego, liczne są w Europie. Chrząszcze te, jak już wspomniałem, mają miękkie pokrywy skrzydłowe. U niektórych gatunków samice nie mają pokryw. Ciało mają wydłużone, stosunkowo płaskie, czułki są długie. Chrząszcze te dobrze i sprawnie fruwają. Są drapieżnikami, zjadającymi inne bezkręgowce, niektóre gatunki uważane są za szkodniki. Generalnie jednak omomiłki uważane za gatunki pożyteczne ze względu na drapieżny tryb życia i zjadanie innych owadów, głównie mszyc. Tak czyni nasz omomiłek szary. Ale pojęcie szkodnika czy gatunku pożytecznego to rzecz względna i w pełni rolnicza a nie ekologiczna.
(Zmięk żółty)

Omomiłka szarego spotykać można od maja do lipca, na kwitnących krzewach i kwiatach, na łąkach i na skraju lasów czy miejskich parkach. Dorosłe polują na małe owady. Ale obserwowano dorosłe chrząszcze ogryzające młode pędy drzew iglastych. Może z głodu, może dla diety, może dla urody, a może z rozpaczy, że nie wiemy co znaczy słowo omomiłek. Coś w nim jest miłego, ale co? 

Larwy żyją w glebie i czasem można je zobaczyć zimą na śniegu. Gatunek ten występuje na terenach zadrzewionych jak i otwartych (agrocenozy), jest bardzo liczny i pospolity. Uważany za gatunek pożyteczny ze względu na jego drapieżny tryb życia i zjadanie innych owadów, przede wszystkim mszyc. Latem samice omomiłków składają jaja w powierzchniowych warstwach gleby. Wylegające się larwy mają zredukowane narządy gębowe i nie pobierają pokarmu. Dopiero po kilku dniach linieją i zmieniają się w ruchliwe i drapieżne larwy. Ciekawe skąd taki dziwaczny tryb życia? Czy młode larwy nie mogłyby od razy wykluwać się zdolnymi do zjadania, tego co im potrzebne? Może to filogenetyczna pozostałość po przodkach i ich innym trybie życia? Może nawet nie odżywiająca się larwa, ale ruchliwa, jest bezpieczniejsza niż dłuższy rozwój w nieruchomo leżącym jaju (łatwym do wypatrzenia przez antyomomiłkowego szkodnika)? Więc sobie biega i o jeść nie woła (och, nie jeden rodzic by tak chciał). Skoro muminki mają swoje tajemnice, dlaczego nie miałyby ich mieć omomiłki? Tylko o omomiłkach książek nikt nie pisze. Szkoda. Odkrywanie tajemnic omomiłków to pasjonujące zajęcie dla entomologów. Tak sobie położyć się na łące i podpatrywać. Można robić zdjęcia, nawet w czasie kopulacji omomiłków i nikt policji nie wzywa i o bezeceństwa nie posądza. Jednym słowem entomolog to ma klawe życie.

Larwy omomiłków piękne nie są – koloru ciemnoszarego, żyją w glebie, czasem wychodzą na powierzchnię. Żywią się dżdżownicami i ślimakami, a także częściami roślin. Jeśli w miastach pozgrabiamy i zabierzemy wszystkie liście z trawników to zabraknie pożywienia dla dżdżownic. A jak dżdżownic zabranie to i dla omomiłków ciężkie czasy nastaną. Więc przy tej okazji gorąco proszę – nie zabierajcie wszystkich liści z trawników!

Ale wróćmy do larw omomiłków – w żuwaczkach mają wyżłobienie, którym wpuszczają do ofiary substancje trujące, umożliwiające rozkład ciała ofiary poza własnym organizmem. Niby dziwne… ale co my innego robimy na patelni, w garnku, piekarniku czy w beczce z kiszoną kapustą czy koszonymi ogórkami? Też „trawimy” częściowo, żeby potem, już w żołądku i jelitach było łatwiej. Omomiłki mieszkań z kuchniami i garnkami nie mają, to sobie radzą jak potrafią. A żeby było jeszcze bardziej muminkowato to okazuje się, że larwy omomiłków w łagodne zimowe dni można spotkać na śniegu, zwłaszcza pod koniec zimy. Bo zimą owady nie znikają. A jak jest cieplej to też wiosny wyglądają. Tak jak my teraz wyglądamy przedświątecznego śniegu. A potem co zrobią larwy omomiłków jak przez całą zimę śniegu nie będzie? Gdzie będą mogły przedwiosennie pobiegać niczym owadzie morsy po wyjściu z sauny?

Wcześniejsze teksty o omumiłkach:

18.01.2019

Wyciszyć hejt, zaczynając od siebie (czynić świat piękniejszym)


Spójrz na zdjęcie. Ładny krajobraz? Miejsce jakich wiele wokół nas. Dlaczego jest piękne i  wzbudza w nas dobre emocje? Po pierwsze nie ma śmieci. Nie drażnią, nie wprowadzają dysonansu. A przecież zaśmieconych miejsc jest wiele wokół nas. Po drugie widać tu landart. Prawda, ze delikatny i subtelny? Liście ułożone na ławce. Wydają się przywiane wiatrem, ułożone przez przyrodę. Ale wykonała to ludzka ręka. W obu przypadkach - braku śmieci i estetyzacja elementami natury wynikają z aktywności człowieka. Prostych czynności czynienie świata piękniejszym. Każdy z nas może, nie tylko samemu nie śmiecić, nie wytwarzać zbędnych odpadów (bo gdzieś w końcu lądują), ale i sprzątać po innych. Nie za nich... ale dla siebie. By być szczęśliwszym w pięknym świecie.

Są słowa, które także zaśmiecają przestrzeń społeczną. Wprowadzają złe emocje a my źle się czujemy. Mam na myśli internetowa agresję słowem i język nienawiści (hejt), który nie tylko sprawia przykrość ale koniec końców prowadzi do śmierci konkretnych osób. A krajobraz społeczny jest brzydki....

Bez wątpienia mamy problem cywilizacyjny - mamy narzędzia, którego jeszcze społecznie nie opanowaliśmy. Nie nauczyliśmy się bezpiecznie używać. To tak jak z wynalezieniem noża. Po przerwsze jest to użyteczne narzędzie... ale można się nim skaleczyć. Nie rezygnujemy z noży lecz uczymy się poprawnie i bezpiecznie nim posługiwać. Bo unikanie nieszczęścia nie polega na wyrzuceniu noża lecz właściwym z nim obchodzeniem się.

Tak zwany hejt istniał od zawsze, odkąd istnieją ludzie (Homo sapiens). A nawet wcześniej. Agresja u zwierząt społecznych a potem u człowieka, jako element zdobywania pozycji w grupie, walki "frakcyjnej", tworzenia sojuszy istniała od samego poczatku. Z jednej strony iskanie, z drugiej okazywanie niechęci i agresji już w mowie ciała. Dalej z tego korzystamy. Potem pojawił się język, który zbudował znacznie liczniejsze społeczności. Język jako forma poszerzonego "iskania" na odległość. Budowanie więzi i relacji, nawiązywanie kontaktów. To one zbudowały większe grupy i społeczności. W większych grupach możliwa była specjalizacja i niewątpliwy postęp cywilizacyjny. A więc zbudowanie cywilizacji jaką znamy. Agresja, oplotkowywanie i hejt w formie słownej istniało więc od dawna (świadczy chociażby bogate słownictwo: obrabianie d..,  itp. Samo słowo "plotkować: ma blisko 100 synonimów). I funkcjonuje także i w epoce cyfrowej. Ale przez tysiąclecia społecznie wypracowaliśmy formy radzenia sobie z takim destrukcyjnym hejtem.

Potem pojawiło się pismo. Jeszcze większa, dobroczynna forma budowania więzi w jeszcze większych grupach społecznych. Ale jest i druga, gorsza strona tego medalu - "hejt pisany'. Napisy na ścianach toalet i budynków publicznych, wulgarne grafitti. Anonimowe przecież. Wypisywane paszkwile, złośliwe, raniące, podrzucana jako papierowe anonimy. W epoce coraz tańszego druku upowszechniające się w coraz większych grupach i bez kontaktu osobistego, a więc i ryzyka odwetu fizycznego. Pismo przyniosło nam literaturę i komunikację. Ale jednym z elementów, immanentnych i nieusuwalnych, jest... agresja wyrażana na piśmie. Raniąca, czasem zabijająca. Nabraliśmy wprawy, jako społeczeństwa w takich ranieniu słowem pisanym. Ale w dużym stopniu kulturowo opanowaliśmy i tę nową formę życia społecznego.

Teraz żyjemy w epoce cyfrowej z zupełnie nowymi możliwościami wyrażania agresji słownej. Hejt internetowy jest druga, ciemną stroną dobroczynnego dla rozwoju cywilizacji internetu. Czym się różni od słownej plotki? W zasadzie tylko skalą dotarcia do znacznie większej liczby odbiorców. Szybciej, łatwiej, więcej. I na to nie jesteśmy jeszcze przygotowani ani "uodpornieni". Przed nami ogromna, społeczna i edukacyjna praca by nauczyć się korzystać z noża i się nie kaleczyć. Doświadczamy złych skutków mowy nienawiści w radiu, prasie, telewizji i... w internecie. Jakoś musimy wypracować kulturowe normy ograniczanie tej destrukcyjnej formy komunikacji. Bo przecież nie warto porzucać dobrodziejstw internetu!

Problem narósł. Śmierć prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza jest jednym z wielu przykładów złych skutków mowy nienawiści. Jeśli chcemy istnieć jako społeczeństwo i się rozwijać, musimy wypracować społeczne (ale i prawne) metody wyciszania, hamowania i ograniczania hejtu także w mediach (nie zapominając o prasie, radiu i telewizji). Jak?

Każdy może zacząć od siebie. Mam na myśli uczenie się wypowiedzi (gestem, mową, pismem i "internetem"). Nawet krytyka, zdanie odmienne czy wręcz negatywne emocje można ubrać w lepsze, przyzwoitsze słowa i lepszą, akceptowalną formę (nie krzywdzącą). Zatem musimy uczyć się rozmowy w przestrzeni publicznej, w tym w różnych miejscach internetowych. Uczyć się mówić i pisać... Nie tylko w szkole. Zatem powinna być to powszechna edukacja... także pozaformalna. Tak jak kiedyś likwidowanie analfabetyzmu, gdzie dorośli też się uczyli.

Po drugie wygaszać na sobie słowną agresję. Nie podejmować odwetu. Być tak jak grafit w reaktorach atomowych, który wyłapuje cząstki elementarne (neutrony) i zabezpiecza przed reakcją łańcuchową i wybuchem. W elektrowniach atomowych pozyskujemy energię, jakże nam potrzebną, ale uniemożliwiając destrukcyjny wybuch.

Po trzecie kasujmy, zgłaszajmy i interweniujemy, gdy na naszych oczach, w naszej przestrzeni, ktoś używa mowy nienawiści. Na swoim blogu kasuję takie wypowiedzi. Niech nie zaśmiecają internetu, niech nie będą kolcami raniącymi innych. Wyrzucam nawet we fragmentach wartościowe komentarze, jeśli zawierają słowa poniżające innych ludzi, ksenofobiczne itd. (komentarzy nie da się moderować, więc jeśli zaśmiecają je złe słowa... są usuwane, z tej małej przestrzeni publicznej wokół mnie). Nawet zdanie odmienne można wyrazić kulturalnie, bez języka nienawiści.

Jedna, wielka, nieustająca edukacja. I zacząć możemy od siebie, zacząć od bycia nieobojętnym, i w końcu na kasowaniu trującego hejtu. No pasaran.

Możesz i Ty, już teraz, zmieniać świat na lepsze. Zatrzymuj hejt w każdym miejscu. Pokazuj, że nie ma na mowę nienawiści miejsca w naszych społecznościach. Wiem że będzie trudno i pracy ogrom, niczym w stajni Augiasza. Ale bez tego wysiłku rozpadniemy się jako społeczeństwo i wspólnota narodowa. Czyż mamy mało złych przykładów z ostatnich lat? Na jakie jeszcze bolesne sygnały ostrzegawcze mamy czekać?

Czyń świat piękniejszym wokół siebie. Słowem. Sam nie zaśmiecaj, usuwaj po innych śmieci i twórz słowny "landart" wokół siebie. Te słowa kieruje do siebie przede wszystkim. To mogę zrobić od zaraz. Na to mam wpływ. Mam możliwość i poczucie sprawstwa. Ty też możesz i nikt Ci nie zabroni. Nie da razy.

16.01.2019

Wśród najlepszych polskich blogów naukowych 2018


Kiedy dzisiaj zajrzałem do statystyk bloga to zauważyłem większą liczbę wejść z konkretnego adresu. Nazwa wzbudzała zaufanie więc kliknąłem. I tak dowiedziałem się o wyniku rankingu Polskich Blogów Naukowych 2018. Z zaskoczeniem i zadowoleniem zauważyłem Profesorskie Gadanie na piątym (ex aequo) miejscu, wśród dziesięciu najlepszych w tym rankingu.

"Tradycyjnie już, bo trzeci rok z rzędu, przedstawiam mój ranking polskich blogów naukowych. Ranking ma na celu podkreślenie jak ważna jest popularyzacja nauki, wskazania najlepszych blogerów i podziękowania im za ich edukacyjną pracę oraz pokazania Czytelnikom innych wartościowych miejsc w sieci w tematach naukowych. Ranking dotyczy blogów pisanych w języku polskim i opiera się o punktację następujących kryteriów: jakość merytoryczna treści, długość treści, regularność publikacji, innowacyjność treści, wygląd strony, popularność, zasięgi. Kolejność odpowiada ważności każdej kategorii oceny, a maksymalna liczba punktów wynosi 30."

czytaj całość: https://www.totylkoteoria.pl/2019/01/ranking-polskich-blogow-naukowych-2018.html

To już drugi rok z rzędu Profesorskiego Gadania w pierwszej dziesiątce (czytaj rok 2107 oraz wpis oryginalny). Czuję się trochę stremowany. Bo każdy sukces ma drugie dno - konieczność dotrzymania formy i poziomu. Swoiste zobowiązanie. Postaram się sprostać.



PS. Nieco więcej wyjaśnień:

15.01.2019

Czas rozpocząć strajk dla Ziemi


15 styczniach w wielu miejscach świata odbyły się zgromadzenia i manifestacje pod nazwą „Strajk dla Ziemi”. Kolejne społeczna inicjatywa, wynikająca z niepokoju o naszą przyszłość. Strajk jest społecznym protestem, rozpoczynającym się w styczniu. W zamierzeniach inicjatorów ma być początkiem wielkiej kampanii klimatycznej. Planowane są kolejne akcje i demonstracje, a także inne działania, które mają na celu powstrzymanie katastrofy klimatycznej. Jest to oddolny ruch społeczny, możesz i Ty dołączyć.

Wiele lat temu, pewien Australijczyk zaniepokojony zaśmieceniem środowiska zainicjował akcję „Sprzątanie świata”. Szybko inicjatywa znalazła naśladowców na całym świecie. I ja wiele razy brałem udział w sprzątaniu mojego kawałka świata. Akcja ta trwa od lat, choć może medialnie nieco przycichła. Jest próbą zaradzenia złej sytuacji i zmianie postaw życiowych.Okazuje się, że te działania są niewystarczające. Śmieci w środowisku przybywa.

Jeszcze wcześniej narodził się Dzień Ziemi, w Ameryce. Święto promowania postaw proekologicznych. Teraz to osadzona w tradycji inicjatywa międzynarodowa. Wiele lat pracy... i wyniki nie są zadowalające. Mimo tych różnorodnych działań i inicjatyw społecznych nasza przyszłość jest zagrożona.

Wieloletnie i wielonarodowe badania naukowe jednoznacznie wskazują na szybko postępujące ocieplenie klimatu. Źródłem jest aktywność człowieka (i co do tego nie ma już żadnych wątpliwości). Co więcej, wiemy mniej więcej jak przeciwdziałać i mamy ku temu możliwości. Tylko nie chcemy… A sprawa jest bardzo poważna. Bardzo negatywne skutki widoczne mogą być już za lat kilkanaście. Wtedy będzie już za późno. O ile nie zaczniemy szybko i zdecydowanie działać. Chodzi o naszą przyszłość i przyszłość naszych dzieci. Wyposażone bunkry i nagromadzone bogactwo nie gwarantują przetrwania wybranym. Pieniędzmi nie można się najeść, napić ani oddychać.

Strajk dla Ziemi wyrasta ze społecznych niepokojów. Pokażmy politykom, że nasza przyszłość i klimat na Ziemi jest dla nas ważny. Oni patrzą przez pryzmat wyborów i wyborców tudzież lobbystów. Populizm i beztroska mają licznych zwolenników. Bez wyobraźni, bez odpowiedzialności....

W wyniku coraz większego zaniepokojenia zmianą klimatu, planowane są protesty, których początkiem były manifestacje 15 stycznia 2019 roku na całym świecie. Protestujący chcą zwiększyć świadomość nadchodzącej katastrofy klimatycznej i wywrzeć presję na rządy oraz korporacje, by natychmiast podjęły działania w celu ratowania ludzkości. Nie będę wypisywał skutków ocieplenia klimatu (m.in. susze, powodzie, problemy z dostępem do czystej wody, podniesienie się poziomu oceanów i idące w ślad za nimi olbrzymie migracje ludzi, zapewne wojny, przemoc itd.).

Naukowcy badający klimat na całym świecie ostrzegają, że do 2030 r. musimy zapobiec przekroczeniu wzrostu globalnej średniej temperatury powierzchni Ziemi o 1,5 stopnia Celsjusza. To stanowisko przedstawia szczegółowo najnowszy Specjalny Raport IPCC, stworzony przez Międzyrządowy Panel ds. Zmiany Klimatu. Ruch Strajk dla Ziemi to międzynarodowy, obywatelski ruch środowiskowy, którego głównym zadaniem jest organizacja akcji i protestów na całym świecie. Jak się ona rozwinie? Czy będziemy masowo pokazywać naszą wolę, czy też zostaniemy w domach? Samo się nie zrobi a czekanie pogarsza naszą sytuację.

15 stycznia odbyły się także protesty w różnych miastach w Polsce (niektóre z planowanych zostały odwołane, ze względu na trudna sytuację po zabójstwie prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza). Kolejne publiczne akcje planowane są w kwietniu.

Strajk dla Ziemi: dość pozorowanych działań!

10.01.2019

I tylko gimnazjów żal - rzecz o działaniach pozornych i magicznych

(Ekspozycja historycznej szkoły, przy okazji konferencji edukacyjnej)
Na fali narastających protestów w szkołach przypomniała mi się dyskusja sprzed trzech lat, dotycząca likwidacji gimnazjów. Problemów w polskiej edukacji było dużo, nie wywołała ich ostatnia reforma (zwana deformą od deformowania). Niemniej kosztowne zmiany nie rozwiązały żadnych istotnych problemów a na dodatek przyniosły zupełnie nowe. Zamiast rozwoju otrzymaliśmy regres. Tamte obawy były słuszne, co wyraźniej widać po trzech latach. Niczego ważnego nie osiągnięto, zmarnowano pieniądze, czas i energię ludzi. Wprowadzone zmiany nie wynikały z jakieś analizy tylko z widzimisię.

Teksty sprzed trzech lat (teraz niżej nieco poprawione):
Gimnazja – czy warto je likwidować?
Likwidacja gimnazjów to pomysł archaiczny i szkodliwy dla edukacji

W 2015 roku pisałem tak: Nagła zapowiedź nowej ekipy rządzącej zlikwidowania gimnazjów (potem nazwaną wygaszaniem, ale już od września 2016 roku) wywołała duże zaniepokojenie i dyskusję społeczną. Nie ma jednak tego złego, co na dobre by nie można obrócić. Edukacja w ogólnonarodowych dyskusjach od wielu lat jest marginalizowana, uważana za sprawę mało ważną (w porównaniu do emerytur, autostrad, górników itd.). A potrzebna jest nam szeroka i dogłębna dyskusja: czego chcemy od szkoły i edukacji. Świat się bardzo zmienił i zmienić trzeba całe środowisko edukacyjne. W gospodarce opartej na wiedzy edukacja jest kluczową inwestycją. 

Odnoszę wrażenie, że gimnazja są kozłem ofiarnym narodowej niechęci do szkoły jako takiej (czasem szkoły sprzed 20-40 lat, zapamiętanej i teraz wydobywanej ze wspomnień). Lub działaniami magiczno-rytualnymi. Likwidacja gimnazjów to takie rytualne palenie czarownic, które poza odreagowaniem i zemstą nic dobrego nie przynosi. Szkody społeczne będą wielkie a nie będzie żadnego zysku edukacyjnego. Warto także przypomnieć, że gimnazja nie są pomysłem Platformy Obywatelskiej i odchodzącego rządu, także liderzy PiS (jeszcze w szeregach AWS) głosowali za utworzeniem gimnazjów. Dlatego likwidację gimnazjów spokojnie można wyjąć z zestawu „zemsty” politycznej i społecznego odreagowania. Możemy skupić się na argumentacji merytorycznej a nie na emocjonalnej.

Nagłe zmiany w systemie edukacji nie są dobre z kilku względów. Nauczyciele potrzebują wsparcia i pomocy a nie ciągłego podrzucania zmian (nauczyciele potrzebują spokoju a nie nieustannego chaosu). Postulat likwidacji gimnazjów nie wynika z jakichkolwiek przeprowadzonych badań edukacyjnych lecz z indywidualnych opinii, mocno subiektywnych i najczęściej dotyczących przeszłości. Jest wiele niedociągnięć w polskim systemie edukacyjnym, włącznie z gimnazjami, i wiele problemów, którymi trzeba się pilnie zająć. Dyskusja o likwidacji gimnazjów to problem zastępczy, odbierający energię i czas na potrzebne zmiany, z tego względu jest to szkodliwe dla nas wszystkich. Wykorzystamy jednak okazję zwiększonego zainteresowania i umieśćmy problemy kształcenia w głównym nurcie debaty publicznej. Po trzech latach wraca zwiększona przestępczość w szkołach, zwiększona agresja....

Za sukcesy edukacyjne nastolatków, mierzone międzynarodowymi raportami PISA, odpowiedzialne jest także kształcenie ogólne, w tym realizowane w gimnazjach. Oczywiście, edukacja to problem złożony i wieloczynnikowy. Byłoby uproszczeniem cały sukces przypisywać gimnazjom, niemniej dotychczasowe dane wskazują, że to był dobry pomysł i warto go ulepszać a nie likwidować. Jak podaje raport, znacznie zmniejszył się odsetek uczniów mających bardzo niski poziom umiejętności, czyli zagrożonych wykluczeniem społecznym, a wzrosła grupa uczniów o najlepszych wynikach. (czytaj więcej)

Zasadnicza zmiana systemu - czy warto? Nie da się zrobić likwidacji gimnazjów w ciągu roku czy nawet trzech lat (jak się okazało - można, przy okazji wprowadzając duży chaos, zarówno w zakresie podstaw programowych, podręczników, jak i organizacji systemu szkolnego). To znacznie bardziej złożony problem niż się wydaje. Reformy trwają wiele lat i nie wynika to z lenistwa. „Wygaszanie” gimnazjów - to nie jest tak, że klasa siódma zostanie w podstawówce a nie będzie po prostu pierwszej klasy gimnazjów. Bo brakuje programów nauczania, podręczników, niedostosowana jest baza lokalowa itd. Zmiany będą kosztowne finansowo i społecznie (np. wybudowanie i dostosowanych budynków, przekwalifikowanie nauczycieli itd.). Wraz z likwidacją gimnazjów zmieniamy system edukacji (a więc i programy nauczania) z 3 + 3 (to szkoła podstawowa) + 3 (gimnazjum) + 3 (liceum) na 3+5 (szkoła podstawowa) + 4 (liceum). A więc zmienić trzeba program zarówno w szkole podstawowej jak i liceum. Czy warto?

Żeby się zmiana udała, trzeba przekonać nauczycieli by rozumieli sens tych zmian. Dotychczasowe reformy, nie tylko w edukacji, zawierały zbyt mało elementu przekonywania co do sensu i istoty zmian. Teraz w ogóle tego elementu nie ma (zamiast postępu mamy znaczny regres). Zrodzi to tylko chaos, niepokoje i silne protesty. Co zresztą już widać, a będzie tylko gorzej. Może więc likwidować gimnazja tylko znacznie wolniej i z większym przygotowaniem? Najpierw przygotować koncepcję edukacyjną, potem programy (podstawę pogramową) i dopiero za kilka lat wprowadzać zmiany? I tu również rodzi się pytanie po co? Jaki byłby sens edukacyjny?

Gimnazja demoralizują czy raczej wiek jest niebezpieczny? W dyskusji najczęściej podnoszony jest argument, że tam w tych gimnazjach to sama patologia, przemoc, chuligaństwo itd. Badania raczej tego nie potwierdzają. Gimnazja można zlikwidować, ale wieku nastoletniego nie da się „zlikwidować”. Zatem problemy wychowawcze będą i tak (teraz z nimi zmagają się w przegęszczonych podstawówkach). Warto podkreślić, że okres nastoletniego buntu jest czymś naturalnym biologicznie, fizjologicznie i społecznie. Ten bunt dał nam sukces ewolucyjny w przeszłości (polecam zapoznać się z wykładem, dotyczącym neurodydaktyki, i jeszcze tym - trochę dłuższy).

Rolą dorosłych i szkoły jest pomóc w dobrym skanalizowaniu tego okresu buntu (uwarunkowanego fizjologicznie a nie dobrym czy złym wychowaniem) oraz uchronić przed niebezpiecznymi działaniami. Adolescencja to okres nastoletniego dorastania między dzieciństwem a dorosłością. Czas trwania adolescencji, "trudnego okresu nastoletniego", zależy również od płci i indywidualnych cech jednostki, a także od warunków środowiskowych. Z grubsza przypada na okres gimnazjum. Dlatego gimnazja trzeba wspierać, także większą liczbą godzin dla pedagogów i psychologów. W okresie tym pojawia się lub uaktywnia popęd płciowy oraz szereg nowych zainteresowań społecznych. Jest to okres odkrywania własnych potencjałów i kształtowania własnego systemu wartości, negowania autorytetów itd. Ze względu na rozwój mózgu większa jest skłonność u nastolatków do działań ryzykownych i niebezpiecznych. Pojawia się w tym okresie wiele zaburzeń emocjonalnych, np.: wybuchowość, wahania nastroju, niekiedy myśli samobójcze, częste są zachowanie agresywne. Gimnazjum można zlikwidować ale wieku nastoletniego z jego rozwojowymi problemami się nie zlikwiduje. Jeśli zostawimy gimnazjalistów w szkole podstawowej, to wcale nie będą grzeczniejsi i nie wezmą przykładu z młodszych dzieci. Wręcz odwrotnie, to starsi są autorytetem.

Poprzez likwidację gimnazjów nie zlikwidujemy problemów adolescencji a zwiększymy problemy wychowawcze w grupie młodszej. Gimnazjaliści w podstawówce irytować będą się obecnością „dzieci” – bo sami chcą podkreślać swoją „dorosłość”, będę dodatkowo fizycznie niebezpieczni dla najmłodszych (już choćby za sprawą różnicy w wielkości ciała). Właśnie dlatego utworzono gimnazja, aby zapobiec przemocy w szkole i uchronić najmniejszych. Po co psuć to co jest dobre? Lepiej optymalizować i wspierać dobre rozwiązania. Młodsze dzieci mają zupełnie inne problemy wychowawcze. Dzięki oddzieleniu młodszych dzieci i nastoletnich gimnazjalistów w osobnych budynkach i osobnych szkołach, uwaga nauczycieli i wychowawców może skupić się na konkretnych grupach wiekowych. Każdy wiek zyskuje osobną uwagę pedagogiczną i można dostosowywać metody ( czytaj więcej). Jeśli jesteśmy niezadowoleni z rezultatów, to wspierajmy edukację a nie likwidujmy szkół!

Likwidując gimnazja nie zlikwidujemy np. nadmiaru testów i nauczania pod testy (szkolny wyścig szczurów), nie zlikwidujemy nadmiaru papierologii, którą są obciążeni nauczyciele (marnują energię i czas w papierach zamiast pracować z dziećmi), nie zlikwidujemy rankingu szkół i innych, szkodliwych zjawisk w edukacji. Zajmijmy się dyskusją o tych rzeczywistych problemach polskiej szkoły a nie rytualnym tematem zastępczym! To tyle tytułem dygresji.

Problemy agresji różne są w różnym wieku. Według niedawno publikowanego raportu „Bezpieczeństwo uczniów i klimat społeczny w polskich szkołach” Instytutu Badań Edukacyjnych, problemy agresji i dręczenia w największym stopniu dotyczą klas IV–VI szkoły podstawowej, w mniejszym stopniu gimnazjum (a więc wbrew naszym obiegowym opiniom). Inaczej jest z agresją elektroniczną, w której przodują uczniowie starsi, w tym gimnazjaliści.

Mobilność (kompetencje zespołowe). Utworzenie gimnazjów zwiększa szanse na mobilność młodzieży (ale te szanse trzeba wykorzystywać a nie marnować). Kompetencje pracy w zespołach są ważne we współczesnym świecie. Bo w życiu dorosłym często będziemy zmieniali środowiska zawodowe i społeczne, w których się obracamy. Indywidualne zmienianie szkoły trochę stygmatyzuje przenoszącego się ucznia. Przy zmianie szkoły, z podstawówki na gimnazjum i z gimnazjum na liceum, cała klasa tworzy się od nowa. Można od nowa ułożyć swoje relacje na równych prawach, z „grubą kreską” odcinająca przeszłość (sukcesami można się chwalić, porażek raczej nie będziemy przypominali). Uczeń może pozbyć się nieprzyjemnych łatek i złych opinii, może zacząć od nowa. Ponadto gimnazja dają szansę młodzieży z małych środowisk. Wcześniej w środowiskach wiejskich młodzież kończyła edukację po gimnazjum. Bo nie było ani ambicji ani szansy na dojazdy do liceum. Ba nawet do zawodówki. Podkreślić warto dysfunkcję i degenerację transportu publicznego, coraz mocniej widocznego w roku 2019. Ale musieli dojeżdząc do większych miejscowości, gdzie było gimnazjum a transport musiał być zapewniony (gimbusy). Teraz młodzież ta będzie kończyć edukację na szkole podstawowej a więc po 8. latach a nie po 9.

Osiem lat w jednej szkole? Bo nauczyciele znają? Kluczem są małe szkoły, gdzie nauczyciele rzeczywiście znają wszystkich uczniów, w przeciwieństwie do wielkich „fabrycznych” molochów. Ale dotyczy to zarówno szkoły podstawowej jak i gimnazjum. Winny jest system, preferujący ekonomię a nie efektywność edukacyjną. Likwidując gimnazja wcale nie likwidujemy mody na duże, „ekonomiczne” szkoły. Teraz w jednych szkołach jest przegęszczenie, uczniowie uczą się nawet na trzy zmiany a niebawem w liceach... trzeba będzie uczyć się w soboty... Tak jak niegdyś w PRLu.

Postulat likwidacji gimnazjów jest koncepcją postępu przez regres, czyli coś logicznie i merytorycznie bezsensownego. Jednym z powodów utworzenia gimnazjów w polskim systemie edukacyjnym było zwiększenie szansy dla młodzieży ze wsi i małych miast na dobre wykształcenie. Drugim ważnym powodem było oddzielenie dzieci młodszych i starszych nastolatków, ze względów wychowawczych i ze względu na bezpieczeństwo (czytaj więcej). Teraz mamy to wszystko zaprzepaścić, „bo tak”? Edukacja jest zbyt ważna by pozwolić sobie na tak wielką niefrasobliwość.

Sytuację we współczesnej szkole porównać można do marszu z kamieniem w bucie. Uwiera i boli, czujemy dyskomfort, i że coś jest nie tak. Najmądrzej byłoby przystanąć, zdjąć but i wytrzasnąć kamień. Zrealizowaną likwidację gimnazjów można porównać do … rozwiązania problemu przez wyrzucenie butów. Może i przez chwilę będzie lżej i nic nie będzie uwierało. Ale daleko boso się nie zawędruje – nogi niebawem będą jeszcze bardzie pokaleczone. Likwidacja gimnazjów to jak leczenie edukacji przez wkładanie Rozalki do pieca na trzy zdrowaśki. Działanie oparte na zabobonach a nie rzetelnej analizie (wyjaśnienie niżej). Podobnie jak likwidowanie korników przez wycinkę Puszczy Białowieskiej czy walka z ASF przez wystrzelanie dzików.

Edukacja jest niezwykle ważna dla kultury (tożsamości) i dla gospodarki. W gospodarce opartej na wiedzy to wykształcenie i wiedza decydują o sukcesie całych społeczeństw. Wystarczy przypomnieć jakie fortuny wyrosły niemalże „z niczego”, np. Microsoft, Facebook czy na olsztyńskim podwórku sukces firmy produkującej drukarki 3 D. Nie bez przyczyny mówimy coraz częściej o dziejącej się na naszych oczach trzeciej rewolucji technologicznej, najbardziej widocznej w technologiach informatycznych i rozproszonej energii ze źródeł odnawialnych. Ale przebudowie podlega całe społeczeństwo.

Pierwsza rewolucja technologiczna zaszła w neolicie, wraz z powstaniem i rozwojem rolnictwa. Jednym z efektów było powstanie społeczeństw feudalnych z uniwersytetami i przykościelnymi szkołami (w Europie). Rewolucja przemysłowa stworzyła szkoły XIX i XX wieku takie, jakie znamy (system kasowo-lekcyjny, jednakowy program dla wszystkich, dzwonki, papierowe podręczniki itd.). Ich „filozofia” (struktura i funkcjonowanie) dobrze pasowała do państw narodowych i dużych fabryk. Obecnie jesteśmy w trakcie III rewolucji technologicznej i wiele się zmienia. Trzeba zrozumieć ten proces i dostosować szkołę do zmieniających się potrzeb i możliwości XXI wieku. Powoli się to właśnie dzieje. Szkoły się zmieniają. Jednym z przykładów jest chociażby nowa szkoła w USA,: „Takie pojęcia jak klasa lekcyjna całkiem tracą na znaczeniu. W nowej szkole (…) dominują otwarte przestrzenie. Podzielona jest na sześć oddzielonych od siebie części, które łączą się z centralną Community Commons. To duży open-space, który jest czymś pomiędzy kawiarnią, amfiteatrem, a przestrzenią socjalną. Klasyczne ściany zostały wyeliminowane, zastąpiły je szklane przepierzenia, a meble są łatwe do rekonfiguracji.” Dla wielu brzmi niezrozumiale i dziwnie.

Także i w Polsce dostrzegamy zmiany, jakie wniosły w edukacji technologie informacyjno-komunikacyjne. W nawiązaniu do zmian technologicznych postuluje się szereg możliwych już dziś rozwiązań „Zwiększenie mobilności i dostępności technologii ułatwia także dostęp do treści edukacyjnych i narzędzi komunikacji i współpracy w czasie rzeczywistym. Projektując nową przestrzeń fizyczną szkoły lub modernizując tą istniejącą powinniśmy spodziewać się, że będzie w niej równocześnie dochodziło do spektakularnych przedsięwzięć i prac osób uczących się także w wymiarze wirtualnym”. (czytaj cały tekst)

Wobec nowych technologii, wszyscy jesteśmy bezradni jak dzieci i wszyscy musimy się uczyć. Nie tak jak kiedyś, gdzie starsi (nauczyciele) wszystko wiedzieli i uczyli młodszych (dzieci). Teraz wszystkie pokolenia uczą się jednocześnie (czytaj więcej o nauczeństwe). A często to młodsi, owo pokolenie cyfrowych tubylców, może uczyć starszych korzystania z nowych technologii. Bo ucząc się szybciej i są odważniejsi.

Kilka lat temu (pisałem to w roku 2015), jadąc w pociągu myślałem, że fajnie byłoby połączyć laptop z telefonem komórkowym, by korzystać z Internetu w podróży. Teraz mobilny Internet jest już codziennością. Moja żona marzyła, żeby rozmawiając przez telefon widzieć rozmówcę tak, jak w telewizorze. I to też jest już codziennością. Do tych wszystkich zmian edukacja musi się dostosować. I gdzieś "na uboczu" trwają różnorodne eksperymenty pedagogiczne. Likwidacja gimnazjów to dyskusja zupełnie archaiczna i nie rozwiązująca żadnych problemów edukacyjnych. Jest jak przestawianie wazoników w starej szafie – absorbuje lecz niczego nie zmienia.

To zachodzące procesy cywilizacyjne wymuszają na nas potrzebę wymyślania nowych rozwiązań w edukacji (przestrzeni edukacyjnej). Jeśli chcemy, jako kraj i naród utrzymać się w czołówce cywilizacyjnej, to musimy wprowadzać zmiany w całym systemie edukacyjnym, którego szkoła jest elementem. Nie zmiany dla zmian (aby coś było inaczej), ale zmiany dostosowane do potrzeb i wyzwań XXI wieku są nam potrzebne.

W tle dyskusji o likwidacji/pozostawieniu gimnazjów zachodzą ważne zmiany w systemie edukacji. Procesy zachodzą od wielu lat, ale nie do końca są dostrzeżone i włączone do poważnej debaty. Przykładem jest chociażby edukacja nieformalna i pozaformalna (wspierające także edukację szkolną!), realizowana na różnego tylu piknikach naukowych czy w centrach nauki. Centrum Nauki Kopernik w Warszawie nawet rozpoczęło badania procesu dydaktycznego, w którym uczestniczą (dydaktyka edukacji pozafromalnej). Nowe formy są podane uporządkowanej refleksji naukowej. Wszystko da się zmierzyć, policzyć, zweryfikować. Nawet efektywność edukacji pozaformalnej.

W dyskusjach na temat likwidacji gimnazjów, które przeglądam i w których uczestniczę, znamienny jest jeden fakt: brak jakiegokolwiek obiektywnego uzasadnienia, żadnych badań, dotyczących „szkodliwości” gimnazjów czy pozytywnych efektów wprowadzenia ośmioletnich szkół podstawowych. Być może jakieś badania istnieją, ale nikt z moich adwersarzy na nie się nie powołuje. Jedynie osobiste wrażenie i jednostkowe obserwacje a przede wszystkim emocje. Po drugiej stronie, za utrzymaniem gimnazjów, mamy testy PISA, wskazujące na wzrost kompetencji i wiedzy 15-latków na tle innych nastolatków z całego świata. Czyli tak ważna i gruntowna decyzja opierać ma się na emocjach? Niczym edukacyjny zabobon, „bo szwagier widział”. Gimnazja jawią się jako kozioł ofiarny niezadowolenia z edukacji ( czytaj więcej . Uwiera nas kamyk w bucie i jako remedium proponuje się wyrzucić buty…

Likwidacja gimnazjów to temat zastępczy i szkodliwy, powstały na fali politycznego i wyborczego populizmu. W szkołach nic się nie ulepszyło a irytacja nauczycieli niewydolnym systemem i niskimi płacami jest coraz większa. Zrealizowana likwidacja gimnazjów była w gruncie rzeczy działaniem bez żadnego planu i pomysłu: zlikwidować a potem się coś wymyśli i dorobi jakąś teorię lub uzasadnienie. Na naszych oczach dokonywać się będzie swoisty rozbiór: na fali populizmu część nauczycieli z liceów popiera likwidację gimnazjów bo liczy, że będzie o jedną klasę więcej, co w dobie niżu demokratycznego może zwiększyć poczucie bezpieczeństwa zatrudnienia. Podobnie myślą niektórzy nauczyciele z podstawówek: zdobędą nowych uczniów. Partykularne interesy zamiast poważnej debaty o systemie edukacji. Teraz z nowymi problemami borykaja się nauczyciele w podstawówkach a w przyszłym roku zaczną się męczyc nauczyciele w liceach....

Wygaszanie gimnazjów to marnowanie sił i środków, męczenie nauczycieli nieustannymi reformami i zmianami programów (zmarnowano wiele miliardów złotych zamiast przeznaczyć je chociażby na podwyżki dla nauczycieli). Gdy trzeba tych sił i zapału do głębokich, ewolucyjnych zmian w przestrzeni edukacyjnej. Zmarnowane będzie 16 lat inwestycji w infrastrukturę, budowania i poprawiania (udoskonalania) programów oraz podręczników nie tylko w gimnazjach ale i szkołach podstawowych i ponadgimnazjalnych. Likwidacja gimnazjów to konieczność opracowania nowych podstaw programowych dla szkół podstawowych i liceów a także szkół zawodowych. Bo edukacja jest całościowym systemem, powiązanych ze sobą elementów. Tych programów jeszcze nie ma i nie ma wizji jakie miałyby być. A wygaszanie gimnazjów ma się rozpocząć od przyszłego roku szkolnego, czyli za kilka miesięcy...

Nauczyciele przez wiele lat dokształcali się, nierzadko za własne pieniądze kończyli studia uzupełniające i podyplomowe. Teraz ten czas i pieniądze będą zmarnowane. Po 16 latach (co prawna nie najlepiej i nie najsprawniej wdrażanej reformy gimnazjalnej, ale z obiektywnie mierzalnymi sukcesami – PISA) jest potrzebnych jeszcze wiele poprawek, korekt, uzupełnień. Zamiast doskonalenia proponuje się zburzenie całego systemu i budowanie od nowa. I to bez jakichkolwiek obiektywnych badań, przygotowań i pedagogicznych argumentów dobrze uzasadnionych. Jedynie opierając się na indywidualnym wrażeniu i intuicji oraz wyborczy populizm.

Szkoły są permanentnie niedofinansowane. To widać w większości szkół: bieda przykryta rysunkami dzieci i dyplomami w kolorowych ramkach ( w roku 2019 nauczyciele coraz głośniej mówią dość!). Gdy to wszystko zdjąć, to na gołych ścianach uwidacznia się mizeria wyposażenia i stanu technicznego budynków. Wiele lokali wyborczych mieściło się w szkołach – mogliśmy to oglądać. Wystarczy zajrzeć do szkolnych pracowni, jak są wyposażone (a raczej nie są) pracownie biologiczne, geograficzne, chemiczne, fizyczne. Same komputery nie zastąpią wszystkiego. Przypudrowany brak sensownych i koniecznych inwestycji (nieliczne wyjątki potwierdzają regułę). A to wszystko w kontraście do „wypasionych”: urzędów z marmurami i złotymi klamkami. W edukacji oszczędzamy na nauczycielach i wyposażeniu szkół. Pod pozorem oszczędności gminy likwidują małe szkoły (chyba, że przejmą je stowarzyszenia), które są w edukacji najbardziej efektywne, także wychowawczo (bo nie ma anonimowości jak w dużych molochach). Szkolne budynki, ze względu na bardzo dużą liczbę dzieci, zużywają się znacznie szybciej niż urzędy wojewódzkie, urzędy miasta czy sądy. Dlatego często muszą być remontowane.

Teraz ze środków UE ma ruszyć program doposażenia szkół wszystkich szczebli w sprzęt laboratoryjny i wykorzystywany do przyrodniczych eksperymentów. Pospieszne likwidowanie gimnazjów spowoduje niewykorzystanie wielu środków. A same samorządy jakoś nie kwapią się do solidnych inwestycji w podległe im szkoły… Teraz zmarnujemy pieniądze z programów Unii Europejskiej. Lata oszczędzania i likwidowania małych szkół, zwłaszcza wiejskich, pod pretekstem oszczędności finansowej (w tym likwidowanie etatów), gdy dzieciaki uczą się w licznych klasach, to prymat finansowej efektywności nad wydajnością edukacyjną. Teraz zamiast niezbędnych inwestycji (jeżeli w gimnazjach mamy nastolatków w trudnym wieku to przecież lepiej byłoby zatrudnić więcej pedagogów i psychologów) proponuje się likwidowanie gimnazjów, niczym rytualne odczynianie uroków. Widowisko będzie, ale pozytywnych efektów edukacyjnych już nie.

Nauczyciele prywatnie wspierają szkoły od lat. Wielu przynosi różne materiały, wykorzystywane w codziennej pracy, wielu za własne pieniądze dokarmia zaniedbane dzieci, funduje bilety do kina czy szkolne wycieczki (żeby dzieci przez nonszalancję rodziców nie były wykluczone). Po przyjściu do domu dalej pracują „poza etatem”, wykorzystując internet (uzupełnianie dzienników elektronicznych, korespondencja z rodzicami itd.), ponoszą prywatnie koszty, drukują na własnym sprzęcie i na własnych materiałach pomoce lekcyjne itp. Teraz wysiłek wielu nauczycieli pójdzie w błoto. Trzeba będzie wdrażać nowe programy, dostosowywać dydaktykę do nowych podręczników. Skończy się na zmęczeniu, frustracji i buncie. Stracą dzieci i całe społeczeństwo. I bardziej szkoda ludzkiego zapału niż pieniędzy. Bo pieniądze łatwo znaleźć w budżecie, natomiast zmarnowanego zapału nie da się tak łatwo odzyskać...

Jest wiele problemów w polskiej edukacji, zarówno w szkołach jak i edukacji pozaszkolnej (pozaformalnej). Lepiej byłoby dofinansować szkoły niż marnować siły i środki na wygaszanie gimnazjów. Deforma się zrealizowała. Edukacja jest w gorszej kondycji niż była. Straciliśmy czas, środki i siły na doganianie świata....

08.01.2019

A w czasie Nocy Biologów zrób sobie chruścika....


"Zrób sobie chruścika - edukacyjne i przyrodnicze warsztaty oraz opowieści dla całej rodziny" to jedna z ponad 100 propozycji na Noc Biologów 2019 w Olsztynie. Pod tą nazwą kryje się wspólne, rodzinne poznawanie przyrody i robienie zabawek z byle czego, czyli tego co normalnie wyrzucamy jako śmieci. Jest więc dodatkowa i dyskretna edukacja dotycząca recyklingu i reusingu (niektórzy nazywają to upcyklingiem). Patrzeć na świat wokół nas jako potencjał a nie jak na odpady. Potrzebna tylko kreatywność. Czyli kapitał ludzki.

W części warsztatowej będzie rodzinne tworzenie zabawek (maskotek) edukacyjnych w formie chruścika z domkiem. Wieczorowa pora, gdy już szkoły wrócą do siebie a przyjdzie czas na wizyty rodzinne (godz. 16.30-19.00, hol w  Collegium Biologiae). Przecież za edukację naszych dzieci to my najbardziej odpowiadamy. Wszystkiego szkoła i nauczyciele za nas nie zrobią. Zatem warto spędzić mądrze czas ze swoim dzieckiem. Piątek po południu. Szycie i klejenie maskotek w kształcie chruścików poprowadzi pedagog i pisarka Anna Mikita. Współpraca buduje i uczy. A ja z wielką chęcią poszukuję współpracy oraz wspólnego działania z różnymi osobami. To będzie już drugi raz z tym pomysłem. Prapremiera odbyła się we wrześniu, ponad rok temu, przy okazji Europejskiej Nocy Naukowców (zobacz filmik: https://youtu.be/5cjExBmfGuw).

Uzupełnieniem warsztatów będzie opowieść przyrodnicza w formie bajki kamishibai o życiu chruścików pt. „O chruściku z Jeziora Czarnego”. Tym razem moje butai jest pomalowane. Nie zasypiam gruszek w popiele.

Przygotowane zabawy i opowieści są przykładem wspólnych zabaw, nauczania i edukacji pozaformalnej w przestrzeni publicznej. Wypełnianiem przez uniwersytet społecznej misji. Jak blisko domu obserwować przyrodę i jak z niczego można zrobić zabawkę edukacyjną oraz tworzyć opowieści o przyrodzie (wykorzystując mobilny internet)? Chruściki to owady, które w stadium larwalnym żyją w wodzie, a stadia dorosłe żyją na lądzie, prowadząc nocny tryb życia (pasują więc do Nocy Biologów). Larwy budują przenośne domki lub sieci łowne. Są łatwe w obserwowaniu i występują wszędzie, tak gdzie czysta woda i niezbyt mocno zdegradowane środowisko. Larwy chruścików swoje domki budują z przędzy jedwabnej, patyczków, części roślin, a także ze złota i drogich kamieni. W czasie nocy Biologów można będzie wcielić się w rolę chruścika i... zbudować domek, przyklejając różne patyczki, kamyczki i inne drobne przedmioty.

O chruścikach, owadach wodnych z rzędu Trichoptera, opowiadałem już na różne sposoby i w różnych gremiach: w terenie na ćwiczeniach ze studentami, warsztatach bentologicznych, z foliami na rzutniku pisma (konferencje i zajęcia dydaktyczne, teraz już rzutniki pisma wyszły z użycia), z rzutnikiem multimedialnym na konferencjach naukowych, zajęciach dla studentów i wykładach popularnonaukowych dla uczniów, dorosłych i seniorów. Ba, malowałem chruściki na butelkach, kamieniach i dachówkach, tocząc przy okazji odpowiednie rozmowy. A w Europejską Noc Naukowców po raz pierwszy o chruścikach opowiedziałem w formie… bajki kamishibai. A inspiracją była bajka Anny Mikity w jej książkę "Bajki w zielonych spodenkach". I oczywiście jej przygoda z chruścikami z Jeziora Czarnego w Olsztynie. Sam namalowałem ilustracje (ciężko było, ale jeszcze się podszkolę ). Tu mała dygresja – lekcje plastyki są w szkole przydatne, bo nie wiadomo co się w życiu przyda… 

Z kamishibai zadebiutowałem ponad dwa lata temu na Nocy Naukowców. Opowiedziałem wtedy bajkę o cytrynku latolistku, która powstała we współpracy z Ośrodkiem Doskonalenia Nauczycieli Target w Poznaniu. Potem kilka razy jeszcze występowałem przed dziećmi w różnych miejscach i edukacyjnych okolicznościach. Pokusiłem się także o przygotowanie wykładu dla studentów (było o komunikacji i stylach prezentacji, wykorzystałem myślografię). Niedawno przedstawiłem kamishibai na zajęciach z hydrobiologii dla studentów z Japonii… Siwe włosy a ciągle się uczę. Takie czasy, takie czasy… Ale przede wszystkim dlatego, że uczenie się jest przyjemne (i oby szkoła czy uniwersytet tego nie zabijały). Na dodatek nowe formy edukacji i upowszechniania wiedzy są niezbędne bo świat wokół nas się zmienia bardzo szybko. Więc trzeba się uczyć, ćwiczyć, eksperymentować. I dzielić się doświadczeniem ze studentami oraz nauczycielami. A żeby mieć się czym dzielić, trzeba wcześniej eksperymentować, doświadczać, poprawiać i ponownie próbować.

Na Noc Naukowców 2017 przygotowałem z różnymi osobami (lubię współpracować, powtórzę to jeszcze raz) kilka propozycji. Już od lata można było oglądać wystawę dachówek, Molariusz Warmińsko-Mazurski, powstałą w czasie Tygodnia Bibliotek, we współpracy m.in. ze studentami kierunku dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze. Na bazie tych dachówek powstała gra edukacyjna, która zadebiutowała w czasie Nocy Naukowców (Tajemnica Moli Książkowych z Uniwersyteckiej Biblioteki). Jeszcze jedna z form nauki przez działanie. To ja się uczę. A przy okazji może i inni skorzystają. Zapraszam zatem na kolejne, wspólne (rodzinne) poznawanie przyrody i robienie zabawek z byle czego oraz dyskusje o edukacji (i o chruścikach). Porozmawiajmy o przykładach wspólnych zabaw, nauczeństwa i edukacji pozaformalnej w przestrzeni publicznej. Może z tej rozmowy urodzi się kolejny, wartościowy pomysł do wspólnego działania?

Chruściki to owady wodne (a ściślej amfibiotyczne), które w stadium larwalnym żyją w środowisku wodnym a dorosłe żyją na lądzie i prowadzą zazwyczaj nocny tryb życia. Larwy budują przenośne domki lub sieci łowne i norki. Są łatwe w obserwowaniu i występują wszędzie tam, gdzie są sprzyjające warunki (siedlisko wodne) - spotkać je można w całym kraju. Domki budują z przędzy jedwabnej, patyczków, części roślin, a także ze złota i drogich kamieni.

Jakie chruściki żyją w Jeziorze Czarnym? Do tej pory udało się ustalić, że w Jeziorze Czarnym w Olsztynie występują następujące gatunki: Leptocerus tineiformis, Triaenodes bicolor, Ylodes simulans, Mystacides longicornis, Athripsodes aterrimus, Oecetis furva, Agraylea multipunctata, Limnephilus flavicornis (ten jest bohaterem bajki edukacyjnej), Limnephilus politus, L. extricatus, L. lunatus, L. rhombicus , Nepmotaulius punctatolineatus, Glyphotaelius pellucidus, Anabolia laevis, Oxyethira sp., Agraylea multipunctata, Orthotrichia sp., Cyrnus crenaticornis, Holocentropus picicornis, Agrypnia varia, Agrypia picta (oznaczenie niepewne), Phryganea grandis.

Czytaj więcej:

06.01.2019

Sztuczna inteligencja – pomocna czy uciążliwa? Z dygresjami do ewolucji i futurologii.

(Miejsca odwiedzone w 2018 roku - tak mnie szpiegował mój własny telefon)
Żyjemy wygodnie dzięki służbie. Kiedyś byli to niewolnicy, służba poddanych lub słabo opłacanych pomocników (czasem wykorzystywanych ponad miarę i przyzwoitość) a nawet zwierząt domowych. Dzisiaj są to także urządzenia i sztuczna inteligencja. Wykonują za nas dużo pracy. Opłacamy je… energią z węgla lub źródeł odnawialnych. Niemniej nie jest to służba za darmo (czy roboty i sztuczna inteligencja nie zaczną walczyć kiedyś o swoje prawa, dni wolne i godne złomowanie?). I tak jak kiedyś nie jest do końca kontrolowana, żyje swoim życiem i własnymi (?) inicjatywami. Usługują nam, ale przez to wiedzą o nas dużo. I co z tą wiedzą zrobią? Tak jak kiedyś, może i teraz komuś postronnemu wypaplą nasze tajemnice i intymne sekrety? Oczywiście za pieniądze… albo z czystej złośliwości. Bo może niezbyt dobrze traktujemy swoją służbę, tę współczesną, komputerowo-elektroniczną.

Jest wiele rzeczy, które chcielibyśmy, aby ktoś za nas zrobił. Bo zajmują czas i są nużące. Staram się codziennie mierzyć ciśnienie tętnicze, zapisuję w notesiku. Danych już się sporo nazbierało. Ale przydałaby się stała, wielowątkowa analiza, jakieś zbiorcze wykresy, korelacje itd. Wtedy bym bardziej rozumiał kiedy mi rośnie, kiedy i dlaczego spada. Mam dane ale nie mam czasu ich solidnie przeanalizować. I na dodatek niewyraźnie odręcznie piszę więc i lekarz wiele z tego nie wyczyta. Ale nawet te analogowe dane nie są „bezpieczne” – zagląda do nich żona, a przecież czasem wolałbym, żeby nie widziała, nie martwiła się i nie interweniowała (niezdrowe przyzwyczajenia złego stylu mojego życia byłyby moją ścisłą tajemnicą).

A gdyby tak sztuczna inteligencja się tym zajęła? Mierzyła, podliczała, zestawiała, analizowała i podsuwała pod nos gotowe analizy? Taki elektroniczny sługa, poświęcający swój czas i nużącą pracę. Miałem w telefonie program, który liczył kroki i informował ile zrobiłem i czy jest już osiągnięta zdrowa, codzienna dawka ruchu. Czasem ten program się mylił. Bo źle odczytał mój ruch lub też telefon zostawiłem w domu i kroki nie zostały policzone. Lub szybki marsz zaliczył na poczet jazdy samochodem. Najwyraźniej sztuczna inteligencja jeszcze nie została dobrze dostrojona ze mną i moim urządzeniem. Najpewniej i moja w tym wina, bo za mało się starałem. Przecież takie programy „się uczą”. Trzeba im tylko dostarczać danych i informować o błędach, korygować. Czy warto jednak wspierać w rozwoju tę sztuczną inteligencję? Może niech nie będzie taka dobra? Brzmi paradoksalnie, bo przecież oznacza to, że nie chcę aby urządzenie, mój sługa, działało optymalnie…. To tak jak oszukiwanie samego siebie...

Podobnych udogodnień jest wiele. A telefon z mobilnym internetem ułatwia zbieranie różnorodnych danych. Z wielu z nich nie zdaję sobie sprawy. Po części dlatego, że nie dokładnie czytałem wszystkie informacje, związane z programami i usługami, po drugie dlatego, że niektóre są … chyba poza moją kontrolą. Dostałem właśnie na maila* mapkę z miejscami, które odwiedziłem w minionym roku. Miła pamiątka, dokumentacja podróży, przydatna do wspominania. Ale zaraz, ja nie wiedziałem lub nie zdawałem sobie sprawy, że ten mój osobisty sługa jest tak uczynny i tyle rzeczy notuje! I czy wszystkie zbierane dane mi pokazuje? Co z nimi robi i komu „wypapla” o mnie te wszystkie dane? Może jego uczynność opłacana jest przez kogoś innego i dlatego jest tak tani dla mnie? Inne urządzenia (już nie moje) zbierają dane z każdej transakcji bankomatowej, płatnością kartą itd. Jeśli żyję uczciwie, to czego miałbym się obawiać? Ano właśnie, dochodzimy tu do momentu zaufania zarówno do władzy jak i firm, wykorzystujących te urządzenia. Wszystko wina przeszłości. Chiński eksperyment właśnie trwający nie do końca wydaje się bezpieczny dla obywatela…. Co będzie jak dysponent-władza zechce wszystkie te dane wykorzystać w złym celu? Bo przecież kamery z monitoringu i system rozpoznawania twarzy działają nawet wtedy, gdy nie korzystamy z karty kredytowej, smartfonu czy Facebooka. Uciekać od technologii czy tworzyć bezpieczną technologię? W tym drugim przypadku to przede wszystkim czynnik ludzki, odwieczny.

Przyjrzałem się miejscom zaznaczonym na mapce z moich podróży. Dostrzegłem błędy. Poprawić? By moje retrospekcje dla mnie były w pełni poprawne, czy też kamuflować się jeszcze bardziej? Czasami z premedytacją podsyłam niezbyt precyzyjne lub błędne dane i je zatwierdzam. Takie odruchowe wprowadzanie podglądacza w błąd. Kilku moich znajomych wprowadziło błędne daty urodzin do Facebooka, bo nie da się korzystać z tego serwisu, jeśli nie wprowadzi się odpowiednich danych. Więc, żeby korzystać a jednocześnie nie ujawniać wszystkich swoich danych, po prostu wpisali fikcyjne. Rodzi to drobne trudności, np. w postaci życzeń urodzinowych, napływających zupełnie nie w porę. Cena konspiracji przed…. własnymi (?) sługami. Po co nam słudzy, którym nie ufamy? Po co nam pomoc, której się czasem obawiamy? Zrezygnować z udogodnień czy raczej zadbać o bezpieczeństwo całego systemu? I czy jest to możliwe? A przecież nie rezygnujemy z samochodów, mimo że są wypadki drogowe, nie rezygnujemy z urządzeń elektrycznych, mimo że trafiają się przypadki porażenia prądem.

Także i dawniej służba służbą ale trochę intymności trzeba mieć, nawet przed najbardziej zaufanymi i wiernymi sługami (w tym własnym smartfonem). Sztuczna inteligencja i internet rzeczy stają się coraz bardziej powszechne. Mnóstwo oczu nas śledzących, zbierających dane, archiwizujących. W społeczeństwach rozwiniętych narasta poczucie nieustannej inwigilacji. Czy ufamy swoim technologicznym sługom? Może trzeba zainwestować w… etykę sztucznej inteligencji, z robotami włącznie?

I na koniec refleksja mocno biologiczna. Żyjemy w ekosystemie różnorodnych powiązań. Teraz do tej sieci włączana jest „nieożywiona” technologia, stając się ważnym elementem naszego życia. Naszą codziennością staje się świat, którego wcześniej nigdy nie było. Powstaje zupełnie nowa jakość, w tym naszego, ludzkiego życia. Francis Fukuyama napisał intrygującą książkę „Koniec człowieka. Konsekwencje rewolucji biotechnologicznej” (Wydawnictwo Znak, 2008), w której skupia się jeszcze na innych zmianach: biotechnologicznym poprawianiu człowieka. Jeszcze jedna, dogłębna zmiana. A ja tymczasem zastanawiam się czy lepiej współpracować z różnymi programami (sztuczną inteligencją) czy też konspirować i oszukiwać? Bo nawet nie wiedziałem, że zdjęcia z mojego telefonu są automatycznie przesyłane na serwer, gdzieś tam rezydujący. Mam bezpieczne archiwum, które samo mi o sobie czasem przypomina. Ale czy ja potrafię nad tym zapanować? Czy sztuczna inteligencja jest moim sługą, czy też zupełnie na odwrót? To tak jak dylematem symbiotycznych porostów - jest kilka koncepcji, przekonujących, że to grzyb pasożytuje na glonie oraz że glon pasożytuje na grzybie... Czyli nie symbioza (w sensie mutualizm) a pasożytnictwo i na dodatek brak zgodności, który z partnerów wykorzystuje drugiego.

Myślami wracam do dawnych książek science-fiction i futurologii Stanisława Lema. Nie przypuszczałem, że dożyję takich czasów. Z kolei jako biologa i ewolucjonistę cały ten proces przekształcania się ewolucji biologicznej w kulturową niezwykle mnie fascynuje. Niesamowita możliwość falsyfikacji moich, dawniejszych koncepcji… Jako chłodnego badacza ten nowy świat mnie fascynuje, jako człowieka trochę niepokoi.


* Już nie piszę "e-mail", bo przecież tradycyjnych listów prawie nie ma, zwłaszcza od sztucznej inteligencji.