23.09.2018

RODO, czyli ile warte jest dobre wykształcenie

(Zaszyfrowane dane pacjentów,
niby jako wymóg RODO. Źródło internet.)
"Miejcie pretensje do swoich dyrków, że akurat na takie szkolenia pojechali." To komentarz jednego z nauczycieli w dyskusji o różnych, bezsensownych poleceniach, wydawanych w odpowiedzi na wymogi RODO.  Liczba absurdalnych, wewnętrznych rozporządzeń w najróżniejszych instytucjach jest olbrzymia. Skąd się biorą? Z braku dobrego wykształcenia. Jeśli ktoś trafił na kiepski kurs, gdzie prowadzący nie był kompetentny, to w dobrej wierze wraca do swojej placówki i głupoty próbuje wcielać w życie. No bo przecież RODO, jak tajemniczy smok, albo czarownica, plagę nieszczęść i niepotrzebnej pracy na nas zsyła. Ochrona danych osobowych nie pojawiła się nagle. Było dużo czasu na przygotowanie się i przeszkolenie przynajmniej kadry trenerskiej, przygotowanie przystępnych informacji. Władza przespała ważne działania. A dodatkowo przy rosnącej nieufności i nadmiernych kontrolach, rodzących niechęć do odpowiedzialności i podejmowania decyzji, przeciętny urzędnik lub pracownik woli mieć "wszystkie kwity". I rośnie sterta zbędnych dokumentów, oświadczeń, podpisów.

Zacytowany na początku nauczyciel znakomicie ujął problem. A ja pokazuję na tym przykładzie, by podkreślić ile warte jest dobre wykształcenie i sensowna edukacja. Nie liczba spędzonych godzin na szkoleniu, nie liczba certyfikatów a treść przesądza o dobrym lub złym kursie. Wiedza ma swoją wartość. Brak wiedzy... po prostu boli.

W starym dowcipie stawiane jest pytanie: "czy lepiej być brzydkim czy głupim? - Głupim, bo nie widać." Otóż widać, czasem bardzo boleśnie. Dobra edukacja jest potrzebna nie tylko społeczeństwu ale i gospodarce. Niestety, do edukacji narodowej, na każdym szczeblu jako społeczeństwo nie przywiązujemy wagi. Brak dyskusji, brak konsensusu i brak finansowania. Jakieś szkoły są, dzieci do nich chodzą i jest dobrze? RODO jest dobrym wskaźnikiem, czym jest dobre szkolenie. Trzeba najpierw samemu rozumieć, dogłębnie przeanalizować by innych uczyć i szkolić.

Edukacja to kapitał ludzki, niby nie widać (tak jak głupoty), ale efekty działania tegoż kapitału widzimy na każdym kroku. Jak źle uszyte buty czy źle skrojone spodnie. Niby z daleka wyglądają dobrze, ale jak założysz to uwiera, pije w kroku i źle się chodzi w czymś takim.

20.09.2018

Dlaczego pokrzywa parzy?


Kilka dni temu przeszedłem się ścieżką, którą dawno nie chodziłem. Zarosła mocno. I pokrzywy dały mi się we znaki. Przedzierałem się ze studentami. Zapewne i oni zastanawiają się "dlaczego pokrzywa parzy".

Są to w zasadzie dwa pytania: jak to się dzieje, że nas parzy i dlaczego pojawił się taki mechanizm obronny u tej rośliny. Przecież są inne rośliny, nie parzą a żyją i mają się dobrze. 

Zacznijmy od pierwszego pytania. Na powierzchni liści i na łodydze pokrzywy znajdują się widoczne gołym okiem włoski parzące. Mają one długość do 2 mm (a więc jesteśmy w stanie je zobaczyć, a nie tylko poczuć). Kto ciekawy, niech się przygląda. Zobaczy nawet, że są miejsca, gdzie tych parzących włosków jest więcej i miejsca, gdzie jest ich miej. taka wiedza może się przydać. Ja ją wykorzystuję w czasie zajęć z uczniami, by bezpiecznie zerwać liść i zjeść. Wspomniany włosek jest swoistą strzykawką jednorazową. Komórka włoska w dolnej części jest rozszerzona, w górnej zwężona i nieco zgięta, a na szczycie umieszczona jest mała główka-pęcherzyk. Ściany komórki tegoż włoska przesycone są krzemionką i węglanem wapnia a tuż pod główką są bardzo cienkie. Kruche i łatwo się łamiące (wysycenie krzemionką i kształt). Na szczycie pokrzywowego włoska umieszczone są malutkie pęcherzyki, które przy byle dotknięciu pękają (a w zasadzie ułamują się) a z włoska wydostaje się ciecz. Ta ciecz ma właściwości drażniące. Na dodatek włosek ułamuje się tak jak szklana ampułka (lub butelka). Dzięki ostrym brzegom takie nadłamane włoski łatwo wbijają się w naszą skórę i drażniąca ciecz dostaje się do naszych tkanek (przenika przez ochronną barierę naskórka). W drażniącej cieczy znajduje się m.in. kwas mrówkowy. Ciecz z pokrzywowych włosków już w ilości 0,0001 mg powoduje powstawanie bąbli na skórze. I nic dziwnego, że nas skóra piecze. A przecież tych włosków wbijających się w skórę jest więcej. Seria mikrozastrzyków za jednym dotknięciem. Poparzenie kwasem mrówkowym oraz uwalnianie się substancji podobnych do naszej histaminy powoduje powstanie na skórze białawych, piekących bąbli. Piecze najpierw, potem swędzi. Nic przyjemnego.

A skoro kontakt z pokrzywą i serią jednorazowych zastrzyków nie są dla nas przyjemne, to staramy się pokrzywę omijać. I tu jest odpowiedź na drugie pytanie. Pokrzywa parzy by bronić się przed roślinożercami oraz przygodnymi i depczącymi niszczycielami. Przed jednymi jest to skuteczną obroną, innym nie przeszkadza (wyspecjalizowani pokrzywożercy, np. motyle rusałka pokrzywnik i rusałka pawik). A że parząca pokrzywa odstrasza niektóre zwierzęta, to i inne rośliny kształtem naśladują pokrzywę. Jest to mimikra. A naśladują pokrzywę na przykład jasnota biała (zwana zresztą głuchą pokrzywą) czy jasnota gajowiec. Liście tych roślin kształtem są zupełnie podobne do liści pokrzywy, łatwo można poznać jedynie po kwiatach. Albo dotykając liści i sprawdzając organoleptycznie. Ale kto tak będzie sprawdzał?

Kontakt z pokrzywą dla naszej skóry kończy się uczuciem pieczenia, swędzenia i bólem oraz białymi grudkami i krostami o nieregularnym kształcie, na obrzeżach zaczerwienionych. Umiarkowany kontakt cielesny z pokrzywą ponoć zapobiega reumatyzmowi. No ale które lekarstwo nie jest gorzkie (dosłownie lub w przenośni)?

Dolegliwości wywołane poparzeniem przez pokrzywę można złagodzić innymi roślinami. Wystarczy pocierać podrażnione miejsce zgniecionymi (żeby wydostał się sok) liśćmi babki zwyczajnej (Plantago major), szałwi (Salvia officinalis), mięty (Mentha sp. - jest kilka gatunków, zawsze jakąś znajdziemy) lub szczawiu tępolistnego (Rumex obtusifolius). Ten ostatni występuje często w towarzystwie samej pokrzywy. A i inne wymienione rośliny są pospolite i łatwe do wyszukania w terenie, także wilgotnym, czyli w siedlisku pokrzywowym. A jeśli jesteśmy w domu, to można podrażnione miejsca posmarować oliwą. Według Pliniusza Starszego ten sam efekt można osiągnąć przez użycie soku wyciśniętego z pokrzywy. Ot jaka uniwersalna ta pokrzywa. Sam jeszcze nie sprawdzałem…. A kusi. Bo naukowcy sami dla siebie są królikami doświadczalnymi i sprawdzają swoje przypuszczenia na sobie. Dla niektórych skończyło się to tragicznie. Ale ja aż tak wiele nie ryzykuję. Przy najbliższej okazji sprawdzę (na ostatniej wyprawie zapomniałem). Bo to, co w księgach, nawet najbardziej uczonych, trzeba sprawdzać i weryfikować. Ale miejsc poparzonych nie należy przemywać wodą przez dwa-trzy dni, by nie wróciło dokuczliwe pieczenie (niestety o tym zapomniałem i po wyciecze udałem się pod prysznic. Rzeczywiście piekło bardziej!). Może stąd wzięło się powiezienie, że częste mycie skraca życie?

A skoro pokrzywa taka nieprzystępna, to jak sobie z nią radzić, skoro wykorzystywana jest kulinarnie, zarówno dla człowieka i dla zwierząt gospodarskich? Dożo wcześniej, pisząc o pokrzywie wspominałem, że pokrzywa to roślina pastewna. Mój znajomy opowiadał, że jako dziecko podjadał ją kaczakom…. Jego babcia karmiła młode kaczątka płatkami owsianymi lub ziemniakami, wymieszanymi z poszatkowaną pokrzywą. A on namiętnie wyjadał te zielone kuleczki. I wcale nie dlatego, że żałowano mu normalnego ludzkiego jedzenia! Po prostu w dzieciach ciekawość świata jest bardzo silna, i wszystko chcą sprawdzić. Tak jak naukowcy.

Pokrzywy przestają parzyć, jeśli zwiędną lub zostaną poddane obróbce cieplnej. Zwierzętom gospodarskim podaje się właśnie zwiędniętą pokrzywę: skoszoną (po jakimś czasie więdnie) i poszatkowaną. A w zupie jest jeszcze dodatkowo poddana obróbce cieplnej. Więc konsumować można w bez strachu o język.

Pokrzywa przynajmniej dawniej była cenną rośliną pastewną. Wtedy ludzie nie wiedzieli, że zawiera dużo (jak na roślinę) białka, wiele witamin, karotenów i soli mineralnych. Wywnioskowali z obserwacji i praktyki, że karmione pokrzywą zwierzęta dobrze się i zdrowo mają. Parzące włoski pokrzywy odstraszają wiele zwierząt przed konsumowaniem świeżych i rosnących roślin. Tak więc pokrzywy nie są zjadane na pastwiskach przez krowy i konie. Ale podobno kozy, świnie, kury zjadają. Mój dziadek karmił świnie pokrzywą, ale samodzielnie koszoną (lub żętą sierpem), posiekaną i wymieszaną z inną karmą. Po ścięciu i przewiędnięciu pokrzyw podobno wszystkie zwierzęta roślinożerne chętnie je spożywają. Nawet ciekawskie wszystkiego dzieci.


(pierwsza wersja tego tekstu ukazała się 4 lata temu )

19.09.2018

Blog: nie piszę a czytają?

Wirtualna rzeczywistość ciągle jest dla mnie zaskakująca. Nowy świat, który dopiero trzeba poznawać. Ponad pół roku temu przeniosłem blog pod nowy (niniejszy) adres internetowy. Na starym nic już nie piszę nowego. W ciągu 13 lat opublikowałem tam 1923 wpisy. Myślałem, że po kilku miesiącach nieaktywności na starym miejscu spadnie liczba odwiedzin. Z zaskoczeniem stwierdziłem, że ciągle jest czytany (o czym świadczą m.in. pojawiające się komentarze) a liczba odwiedzin wcale nie spadła. W ostatnim tygodniu było 5808 wizyt, blog zajmował 13 miejsce w rankingu blogów na Blox.pl i pierwsze wśród blogów z kategorią "nauka". Pozycja w rankingu zmienia się nie tylko ze względu na liczbę wejść na mój blog ale także liczbę wejść na inne porównywane. Oba wskaźniki są dynamiczne i ciągle się zmieniają. Niemniej w ostatnich miesiącach na starym blogu jest 500-1000 wejść dziennie. To więcej niż na aktualnie prowadzonym pod nowym adresem. Jak wyczytać można ze statystyk, na stary adres  wejścia są głównie z wyszukiwarek. Nie wiem tylko jakich słów kluczowych wirtualni podróżnicy poszukują. Pośrednio można się domyślać po zamieszczanych komentarzach (wskazują, które treści były wyszukiwane)..

Dlaczego stary blog ciągle żyje? Najpewniej ze względu na zgromadzaną tam treść. Efekt kumulacji. Tak jak zapisana książka, autor jej już nie pisze (bo wydana drukiem) a czytelnicy czytają.

Jedno się tylko zmieniło na starym adresie - brak trolowania i brak wpisów troli. Stracili z oczu. I to mnie cieszy. Jest spokojniej. Dla troli tamten adres zniknął, dla czytelników pozostał.

Na koniec wniosek wysuwam taki: liczy się przede wszystkim treść, znacznie mniej aktywizowanie do odwiedzin i przypominanie o blogu. Wytrwała kumulacja treści.

15.09.2018

Szkolne telekonferencje z ekspertem i Dzień Kropki


Połowa września, środa rano, zajrzałem na swoje konto na portalu społecznościowym, a tam prośba znajomej nauczycielki o poranną telekonferencję z uczniami (w czasie lekcji). Udało się uzyskać połączenie za pomocą Skypa. Jakość obrazu była słaba, ale coś było widać a przede wszystkim słychać. Mała, wiejska szkoła gdzieś na Krajnie (to taki region w Polsce - poszukaj, jeśliś Czytelniku ciekawy). Kilkoro uczniów w klasie (klasa siódma albo ósma, już nie pamiętam). I miałem opowiedzieć o komórkowej budowie organizmów. Kolejnego dnia, także o poranku i z zaskoczenia (prośbom nauczycieli się nie odmawia!), ponownie prośba o głos eksperta, tym razem na temat informacji genetycznej. Połączenie za pomocą telefonu. Kilka minut. To był mój pierwszy raz łączenia się z klasą za pomocą telefonu. Tylko głos. Udało się. I trzeciego dnia, już z uprzedzeniem jednodniowym, o 7.50 (dlaczego lekcje teraz w szkołach zaczynają się tak wcześnie!), w czasie szkolnych obchodów Dnia Kropki opowiadałem o organizmach wodnych. Nie sposób było nie wspomnieć o chruścikach. Kiedy wspomniałem o krasnoroście hildebrancji rzecznej (Hildebrandia rivularis), to okazał się, ze najprawdopodobniej w pobliskiej rzece występuje. Czekam na zdjęcia z wyprawy terenowej by potwierdzić.

Pełen eksperyment i improwizacja. Co prawda wcześniej już miałem kilka razy wideo konsultacje z wykorzystaniem Skypa, ale ciągle taka forma współpracy ze szkołami jest dla mnie nowością. Czy to ma sens? Wydawało mi się, że taka zdalna obecność eksperta z uniwersytetu nic nie wnosi. Kilka minut, może czasem kilkanaście, zwłaszcza przezd telefon z ograniczonymi kanałami informacji - czy to coś wartościowego uczniom wnosi? Na pewno w klasie sporo zamieszania z technologią, uczniowie pomagali, bo okazuje się, że czasem bardziej są obeznani ze sprzetem od nauczycieli (np. jak podłączyć głośnik za pomocą bluetooth do laptopa, by lepiej było słychać). Sam chciałem spróbować, by wiedzieć czy i jak takie wideo konsultacje ze szkołami "na prowincji" robić. I to w warunkach wcale nie idealnych ale takich jakie rzeczywiście w polskiej szkole są. 

Moje wątpliwości co do sensu zostały szybko rozwiane, gdy wspomniana nauczycielka przysłała informacje zwrotne. Kilka z nich zamieściłem jako ilustracje do tego wpisu (z wcześniejszych wideo konsultacji były nawet krótkie filmiki). Okazuje się, że nawet taka wirtualna obecność eksperta z uniwersytetu ma sens edukacyjny. Warto to rozwijać, aby szkoły dostały dobre wsparcie. Merytoryczne wsparcie w kształtowaniu kapitału ludzkiego. Nawet tam, gdzie "daleko od szosy". 

Dzisiaj przypada Międzynarodowy Dzień Kropki. Co to jest i dlaczego ów Dzień? Nie trudno znaleźć informację na ten temat. Dzięki telefonicznej konferencji i ja w tym Dniu zaistniałem. 



13.09.2018

Z podręcznika do mitu: niezwykły organizm Salinella salve – mityczne zwierzę poszukiwane przez naukowców

Źródło: Frenzel, J., 1892. "Untersuchungen über 
die mikroskopische Fauna Argentiniens." 
Archiv für Naturgeschichte, 58: 66-96. 

Nie ma tematów czy problemów nienaukowych. To sposób obserwacji, dokumentowania oraz uzasadniania może być naukowy lub nienaukowy.

Salinella salve jest zwierzęciem niezwykłym. W swoim czasie było upragnionym i wyczekiwanym ogniwem przejściowym. Przez blisko 100 lat istniało w podręcznikach zoologii. Teraz zanika i przenosi się do krainy fantazji. Chyba, że ktoś je powtórnie znajdzie i pokaże całemu światu ponownie.

Jak odróżnić prawdę od fałszu? Jak odróżnić sprawdzone informacje od błędnych i niepoprawnych? Metoda naukowa ma swoją procedurę, którą dopracowywano przez wieki. Odkrycia naukowe powstają w najprzeróżniejszy sposób. Ten kontekst odkrycia wymyka się sprecyzowanej metodologii. Nie ma sprawdzonego przepisu (algorytmu) na przełomowe odkrycie naukowe. Natomiast etap drugi – kontekst uzasadnienia jest już bardziej logiczny i ma swoją dopracowaną metodologię. Tu jest wiele podobnych do siebie algorytmów, wzorców, przepisów.

Czy można zaufać informacjom z podręcznika akademickiego? Przecież były pisane przez ekspertów oraz przeszły procedurę recenzowania. Wszystko powinno być więc dopracowane i jak najbardziej rzetelne. Trzeba jednak dodać małe zastrzeżenie – rzetelne i uznane za prawdziwe w danym momencie. W wiedzy naukowej nie ma nic stałego bo kolejne odkrycia nie tylko poszerzają wiedzę, dodają nowe fakty, hipotezy czy uogólnienia. Czasem zupełnie zmieniają układ podręczników.

Przeglądam podręczniki do zoologii. Ostatnie drzewa filogenetyczne, opracowane z wykorzystaniem danych molekularnych (uzyskane z analizy DNA), wyglądają miejscami zupełnie rewolucyjnie. W taksonomii nie ma nic stałego, chciałoby się powiedzieć. Dopływ zupełnie nowych danych i ogromne przetasowania. Suma wiedzy układa się trochę inaczej, zwłaszcza w odniesieniu do najwcześniejszych etapów ewolucji życia. Pasjonująca lektura.

Poszukując rekonstrukcji powstania organizmów wielokomórkowych, w tym zwierząt, dotarłem do niezwykłego organizmu, odkrytego w 1892 roku przez niemieckiego naukowca Johannesa Frenzela w słonych źródłach Argentyny. Praca, opisująca nowy gatunek, ukazała się w porządnym piśmie naukowym i opatrzona została bardzo wiarygodnymi i rzetelnymi rysunkami (ilustracja wyżej). Na podstawie tego gatunku wyróżniono nowy typ: jednowarstwowce (Monoblastozoa, Monoblastica). Niewielki bezkręgowiec, zaliczony do wielokomórkowych eukarionów (a więc jako organizm a nie kolonia), zbudowany miał być z około 150 komórek, miał być zwierzęciem dwubocznie symetrycznym, z otworem gębowym i odbytowym. Niezwykłością było to, że ciało tworzyła jedna warstwa komórek, urzęsionych z obu stron. Taka organizacja przypominała blastulę i pasowała do wizji bardzo pierwotnego organizmu (ogniwo przejściowe między pierwotniakami i wielokomórkowymi zwierzętami). Od blastuli Salinella różni się posiadaniem otworu gębowego i odbytowego oraz rzęskami, skierowanymi do jamy pokarmowej (odpowiadającej blastocelowi). Odkrywca jednowarstwowców zaobserwował tylko rozmnażanie bezpłciowe, polegające na poprzecznym podziale ciała.

Informację o salinelli i Monoblastica znalazłem w podręczniku Czesława Jury pt. „Bezkręgowce. Podstawy morfologii funkcjonalnej, systematyki i filogenezy”, wydanym przez Wydawnictwo Naukowe PWN w 1997 roku. W innych, współczesnych podręcznikach (z mojej półki) nie występuje. Sam autor zaznaczył „Rozszyfrowanie pochodzenia typu [Monoblastica] musi poczekać na potwierdzenie, czy rzeczywiście jednowarstwowce występują w naturze i na bliższe opisanie ich budowy i rozwoju.” I tu dochodzimy do istoty metodologii naukowej i kontekstu uzasadnienia. Fakty naukowe wymagają potwierdzenia, czyli zaobserwowania przez inne osoby, inne zespoły i laboratoria.

Do informacji, opublikowanej przez naukowca w czasopiśmie naukowym, podchodzono z należytym szacunkiem. Ale jednocześnie przez długie dziesięciolecia nikt nie znalazł ponownie tego lub podobnego gatunku. Kiedy narodziły się badania molekularne i możliwości analizowania pokrewieństwa poprzez badanie DNA, pojawiła się pokusa sprawdzenia i dokładnego przebadania tego niezwykłego gatunku. W 2012 roku odbyła się nawet wyprawa naukowa do Argentyny, w poszukiwaniu Salinella salve. Udano się w rejon, opisywany przez Frenzela. Nie znaleziono słonych źródeł i nie znaleziono nawet śladów Monoblastica. Oczywiście fakt nieznalezienia nie jest rozstrzygającym dowodem na nieistnienie Salinella salve. Niemniej brak potwierdzenia obserwacji niemieckiego uczonego sprzed 100 lat każe powątpiewać w tamto odkrycie.

Brakuje potwierdzenia więc nawet wyglądający na bardzo solidny fakt naukowy, uznawany jest za wątpliwy. W nowych podręcznikach zoologii nie ma nawet wzmianki o jednowartwowcach. Do powątpiewań jest i drugi powód. O ile ponad wiek temu budowa Salinella salve wydawała się upragnionym ogniwem pośrednim, to obecnie nie pasuje do uznanej i zweryfikowanej wiedzy. Ewolucja tkankowców odbywała się chyba nieco inaczej.

Tak więc powoli Salinella salve przechodzi do kategorii zwierząt mitycznych lub pomyłek naukowych i odrzuconych, błędnych koncepcji. Tu można zadać pytanie, czy niemiecki naukowiec na prawdę widział to zwierzę? Czy może była to jakaś pomyłka? A może oszustwo z premedytacją? Naukowcy są także ludźmi, niektórzy są rządni sławy i uznania (nawet epizodycznie). W obecnych czasach, gdy punktoza przymusza do ciągłego publikowanie i to najlepiej opracowań przełomowych, być może jest nawet silniejsza pokusa do fałszowania wyników. I takie przypadki od czasu do czasu są ujawniane (dyskredytują naukowca). A może Frenzel się po prostu pomylił? Zobaczył to, co chciał zobaczyć? Też jest to możliwe. Byłby to wtedy niezamierzony i nieuświadomiony błąd. Naukowcy są ludźmi, popełniają błędy. Gwarancją rzetelności jest metodologia: konieczność niezależnego potwierdzeni przez innych, powtarzalność wyników i spójność z dotychczasową wiedzą.

Czym się różni nauka od paranauki (pseudonauki)? Metodologią! I tu i tam ludzie mogą popełniać błędy (może się komuś coś wydawać), mogą świadomie fałszować. Ale nauka wymaga odpowiedniego kontekstu uzasadniania. Masz tak przedstawić wyniki swoich obserwacji czy eksperymentów by inni mogli powtórzyć i je zweryfikować. Prawda rodzi się w dyskusji i weryfikacji. Czasem długo to trwa ale metoda jest bardzo skuteczna. Mimo zawiłości wiedza naukowa nieustannie posuwa się do przodu. Gmach wiedzy rośnie i jest coraz solidniejszy.

A co, jeśli ktoś odkryje organizm podobny lub identyczny z Salinella salve? Wtedy powróci on do gmachu wiedzy jako fakt potwierdzony. A biolodzy będą mogli przebadać go metodami genetycznymi i poznać więcej niż wynikać może tylko z badania morfologii. Niektóre prymitywne i wyglądające jak pierwotne organizmy okazują się zaawansowanymi ewolucyjnie, z wtórnie uzyskaną prostotą budowy (wynika z przystosowania do specyficznych siedlisk życia). Dzięki biologii molekularnej, do zdawało by się nudnej już zoologii, wpada ożywczy powiew nowości i niezwykłości. Znajdujemy także kolejne skamieniałości i niegdyś problematyczne zwierzęta układają się bardzo sensownie w filogenetycznym drzewie życia. Warto zaglądać do nowych podręczników i sprawdzać, co się zmieniło od czasów naszej nauki szkolnej czy uniwersyteckiej.

Poznawanie przyrody jest pasjonujące. Zaglądajcie do książek, publikacji i przysłuchujcie się dyskusjom. Ciągle coś nowego. Czasem do prawdziwego bytu powoływane są istoty fantazyjne, magiczne (za sprawą nadania nazwy naukowej, takiej samej jak u postaci mitycznych, np. smoki z literatury fantazy), a czasem podręcznikowe gatunku wędrują do świata fantazji i mitologii.

Zobacz także:

12.09.2018

Samokształcenie nauczycieli czyli Edu MOC Online Superbelfrów


Superbelfrzy to przykład wsparcia i samopomocy w edukacji. W Polsce bycie nauczycielem nie jest łatwe. Zarobki niskie, szkoły permanentnie niedoinwestowane (nauczyciele muszą z własnych pieniędzy dokładać na niezbędny sprzęt i materiały), ciągle rosnące wymagania/oczekiwania i rosnące stosy papierów do wypełnienia. Widzę to na co dzień w domu. Żona jest nauczycielką, prawie codziennie siedzi do późna w nocy wypełniając tabelki, programy i inne niezbędne dokumenty. Brakuje czasu nie tylko dla domu (rodziny) ale i na przygotowanie się do lekcji (ile można niedosypiać?), tego merytorycznego, najważniejszego. A do tego trzeba się nieustannie dokształcać. Najczęściej za własne pieniądze. Co prawda Judymów i Siłaczek zawsze jest trochę w każdym społeczeństwie, ale nie starcza ich na całą edukację.

Wobec wyzwań współczesności nauczyciele radzą sobie na różne sposoby. Jednym z wartościowszych przykładów są konferencje organizowane przez nieformalne stowarzyszenie Superbelfrzy. Kim są? Czynnymi nauczycielami i edukatorami. Sami się uczą, eksperymentują, próbują. A swoim doświadczeniem dzielą się z innymi nauczycielami. To taka edukacyjna grupa wsparcia i wzajemnej edukacji. Spotykają się na konferencjach, dyskutują w sieci, wymieniają się pomysłami i materiałami. Czasem organizują konferencje on-line, w których można uczestniczyć bez wychodzenia z domu. To duże ułatwienie dla wielu nauczycieli z całej Polski. Do wielu miejsc autobusy i pociągi już nie dojeżdżają (w dniach wolnych od pracy) ale sieć internetowa jest. Na szczęście.

Niebawem kolejna, już trzecia, e-konferencja pod nazwą Edu MOC. Tym razem będzie zrealizowana na platformie YouTube. Uczyć się można podwójnie - zarówno z merytorycznych treści jak i oswajając na sobie nowe technologie. Bezpiecznie, bo u siebie w domu - jak coś się nie uda, to i tak nie widać. I co najważniejsze zupełnie bezpłatnie. W sobotę. W dniu teoretycznie wolnym dla nauczyciela... I ja się na tę konferencję wirtualnie wybieram. Liczę, że czegoś wartościowego się dowiem, a i sam się nauczę (np. wykorzystywania nowych technologii w edukacji).

Wspomniana wideokonferencja tak jest przez Superbelfrów zapowiadana:

To już TRZECIA edycja wspaniałej, niepowtarzalnej, bezpłatnej konferencji organizowanej przez Superbelfrów RP. Nie wychodząc z domu, bierzesz udział w szeregu webinariów (wideokonferencji), spotkań, warsztatów i wykładów. Przez 12 godzin masz możliwość poznać nowe rozwiązania i sprawdzone metody. Wśród prelegentów znajdą się, oprócz nauczycieli, specjaliści z dziedzin związanych z edukacją, pracownicy naukowi oraz goście specjalni.

PROGRAM: http://bit.ly/emo2018

W tym roku będziemy się zastanawiać, jak skutecznie wprowadzać coś, co nowe oraz jak nie poddawać się, gdy coś nie wyszło. Planujemy również atrakcyjne KONKURSY DLA NASZYCH WIDZÓW.

Szczegóły techniczne:
  • Miejsce: Kanał YouTube Superbelfrów (link będzie podany w dyskusji w dniu konferencji)
  • Hasztag konferencji: #edumoconline
  • Koszt: BEZPŁATNE
  • Dla kogo: wszystkich zainteresowanych
  • Zaproszenia na wystąpienia oraz slow chat: w dyskusji oraz na kanale Flipgrid (flip code:emo2018 bezpośredni link: https://flipgrid.com/emo2018 hasło: Emoc2018)
Wydarzenie na Facebooku https://www.facebook.com/events/245133716146182/
Strona Superbelfrów: http://www.superbelfrzy.edu.pl/

11.09.2018

Warmińska łąka na dachówkach - wystawa

(fot. Stowarzyszenie Leśne Wrota)

Warmińska łąka i jej różnorodność biologiczna
Wystawa malowanych dachówek z motywami warmińskiej przyrody – różnorodność biologiczna łąki przygotowana została na 16. Olsztyńskie Dni Nauki i Sztuki we współpracy ze szkołą w Lamkowie. Stare dachówki, pochodzące z zabudowań z warmińskiej wsi, pomalowane zostały przez uczniów z Lamkowa oraz polskiej szkoły w Belgii w czasie pleneru w dniu drugiego lipca 2018 r.  Plener odbył się w ramach projektu „Rodzina polonijna. Współpraca szkół funkcjonujących w systemach oświaty innych państw oraz organizacji społecznych za granicą prowadzących nauczanie języka polskiego, historii, geografii, kultury polskiej oraz innych przedmiotów nauczanych w języku polskim ze szkołami w Polsce” (umowa nr MEN/2017/DSWM/1399 z dnia 29.09.2017 r.). (zobacz zdjęcia z pleneru). Wspomniany projekt realizuje Stowarzyszenie „Wspólnota Polska”. W ramach projektu Niepubliczny Zespół Szkół i Placówek „Edukacja dla Przyszłości” w Lamkowie współpracuje z polską szkołą „Mała Daskalia” w Leuven w Belgii. W grudniu 2017 r. uczniowie z Lamkowa byli w Belgii, a w lipcu 2018 dzieci z Belgii przyjechały do Lamkowa. W czasie warsztatów pomalowały dachówki a motywem była warmińska łąka. 

Wernisaż wystawy odbędzie się w dniu 27 września (10.00-11.00), sala P13 (Collegium Biologiae, Kortowo, ul Oczapowskiego 1a), połączony z prezentacją projektu, pokazem film o Kłobuku oraz występem grupy „Wiedźmuchy”.  Lokalizacja: Wydział Biologii i Biotechnologii, ul. Oczapowskiego 1A, wystawa przez budynkiem będzie prezentowana nie tylko w czasie Olsztyńskich Dni Nauki i Sztuki ale także przez kilka kolejnych miesięcy. A potem być może powędruje po Warmii i Mazurach.
Prezentacja i wystawa zorganizowana we współpracy z mgr Agnieszką Pacyńską-Czarnecką ze Szkoły Podstawowej w Lamkowie. 

(fot. Stowarzyszenie Leśne Wrota)
(fot. Stowarzyszenie Leśne Wrota)
(fot. Stowarzyszenie Leśne Wrota)