Znam Węgierkę w Przasnyszu od lat. Mijałem ją wielokrotnie, zaglądałem z mostków przerzuconych przez tę rzeczkę, obserwowałem jej nurt. Rzeka była brzydka, zaniedbana, antopogenicznie zdegradowana. A jednak trudno powiedzieć, żebym naprawdę znał tę rzekę. Nie zachęcała do poznawania podczas moich przyjazdów do tego małego, mazowieckiego miasta. Była gdzieś obok, trochę na uboczu miejskiego życia, jakby zawstydzona własną obecnością. Zaśmiecona, zaniedbana, miejscami niedostępna. Nie zapraszała do spacerów, nie zachęcała, by przysiąść nad jej brzegiem (nawet nie było gdzie) i popatrzeć na wodę. Trzeba było wiedzieć, gdzie jest, żeby ją dostrzec. A przecież dorastałem nad kilkoma rzekami, w miejscach gdzie dało się spacerować i poznawać przyrodę. Gdzie dało się siedzieć nad rzeką i patrzeć na nią. Dlatego ten przykry widok głęboko zalegał w zakamarkach duszy, wymieszany z żalem. Niedawno jednak zobaczyłem ją ponownie. Jeden z fragmentów rzeki został zrewitalizowany, pojawiła się ścieżka spacerowa, uporządkowano przestrzeń nadbrzeżną. Niewielki odcinek, a jednak zmiana jest zauważalna. Węgierka zaczyna wracać do miasta, a właściwie – miasto zaczyna wracać do Węgierki. Miasto i ludzie zwracają się twarzą do rzeki.
Ta obserwacja skłoniła mnie do szerszej refleksji. Ile podobnych rzek i rzeczek płynie przez polskie miasta i wsie, choć ich mieszkańcy niemal ich nie zauważają? Ile cieków wodnych ukryliśmy za płotami, murami, budynkami gospodarczymi i zapleczami posesji? Przez dziesięciolecia odwracaliśmy się od rzek, traktując je bardziej jak niewygodne sąsiedztwo lub naturalną kanalizację niż jako ważną część lokalnego krajobrazu i wspólnego dziedzictwa.
Przez wiele dziesięcioleci mieszkańcy miast i wsi nadrzecznych stopniowo odwracali się od swoich rzek. Choć płynęły tuż obok, stawały się niemal niewidoczne w codziennym życiu. Odgradzano je płotami, zasłaniano murami, zabudowywano mniej reprezentacyjnymi obiektami. Brzegi zasypywano gruzem lub śmieciami. Ukrywano jako coś brzydkiego i wstydliwego. Do rzek trafiały śmieci i nieczystości, bo przez długi czas traktowano je jak naturalną kanalizację, która wszystko zabierze i ukryje. Wrzucasz do rzeki i znika z oczu. A co z oczu to i z serca (sumienia). Płynie gdzieś dalej. A co, jeśli w innych miejscowościach robią to samo? Ich śmieci przypływają do nas, nie znikają... Dawna architektura wiejska i miejska dobrze oddawała tę relację: front domu zwrócony był ku drodze (ku ludziom), a zaplecze gospodarcze, obórka i wychodek – ku rzece. Woda miała być przede wszystkim użyteczna, a najlepiej niewidoczna. A woda stawała się coraz bardziej zanieczyszczona. W miastach przemysłowych cuchnący rynsztok przykrywano a ciek płynął pod ziemią, by nie drażnić ani oczy, ani nosa.
Dzisiaj coraz wyraźniej dostrzegamy konsekwencje takiego podejścia. Wiele niewielkich rzek i strumieni zostało zdegradowanych ekologicznie, uregulowanych, zaśmieconych lub zamienionych w kanały odprowadzające wodę. Przypominamy sobie o nich, gdy po nawalnych deszczach wystąpią ze swoich brzegów. Niektóre utraciły nawet swoje nazwy w powszechnej świadomości mieszkańców. Ot po prostu strumyk, smródka, struga, rów. A przecież kiedyś zakładano osady nad rzekami by mieć dostęp do czystej wody. Według danych około 94 procent polskich cieków nie osiąga dobrego stanu ekologicznego. To nie tylko problem przyrodniczy, ale również kulturowy i społeczny. Rzeka, której nie znamy, której nie możemy zobaczyć ani dotknąć, łatwo znika z naszej wyobraźni. Przestaje być częścią lokalnej tożsamości.
Tymczasem woda staje się jednym z najważniejszych globalnych wyzwań XXI wieku. Zmiany klimatu, coraz częstsze okresy suszy, nieregularne opady i gwałtowne wezbrania sprawiają, że musimy na nowo przemyśleć sposób gospodarowania zasobami wodnymi. Polska należy do krajów o stosunkowo niewielkich zasobach wody słodkiej w przeliczeniu na mieszkańca. Dlatego potrzebujemy retencji – zatrzymywania wody tam, gdzie spadnie, zamiast jak najszybszego odprowadzania jej poza obszar zamieszkania. Rzeki, doliny rzeczne, mokradła i tereny zalewowe są ważnymi elementami tego systemu. Nie powinny być wyłącznie kanałami transportującymi wodę, lecz żywymi ekosystemami, które pomagają ją magazynować, oczyszczać i udostępniać organizmom.
Retencja nie musi oznaczać wyłącznie budowania wielkich zbiorników. Często zaczyna się od przywracania rzekom przestrzeni, odtwarzania naturalnych brzegów, ochrony roślinności nadrzecznej i umożliwiania wodzie kontaktu z doliną. Ale jest jeszcze jeden wymiar tego procesu: społeczny. Musimy odzyskać rzeki także w naszej pamięci i codziennym doświadczeniu. Przywrócić im nazwy, historie, miejsca spotkań i spacerów. Sprawić, by mieszkańcy znów zaczęli patrzeć na nie nie jak na przeszkodę czy zaplecze miasta, ale jak na jego ważną część. Już nie będziemy nad rzekami kijankami prać bielizny, ani się kąpać w miejskiej łaźni. Ale możemy nad rzeką spacerować i cieszyć się przyrodą. Człowiek wykazuje biofilię - potrzebę kontaktu z przyrodą. Zadbana rzeka może spełniać i tę potrzebę człowieka.
Jednym z przykładów takiej zmiany jest Węgierka w Przasnyszu. Znam tę rzekę od lat. Przez długi czas pozostawała jakby na uboczu miejskiego życia: zapomniana, zaśmiecona, niewykorzystana rekreacyjnie. Jej obecność można było dostrzec właściwie tylko z mostków. Teraz jeden z jej fragmentów przeszedł rewitalizację, a wzdłuż brzegu urządzono ścieżkę spacerową. Nagle rzeka, która przez lata była niemal niewidzialna, zaczyna ponownie uczestniczyć w życiu miasta. Można nad nią przystanąć, pospacerować, zobaczyć wodę z bliska. Jeszcze tablice informacyjne i edukacyjne czekają na wypełnienie treścią, jeszcze są brzydsze fragmenty. Teraz są jeszcze bardziej widoczne i kolące w oczy. Ale inwestycja przywraca rzekę lokalnej społeczności. I od razu rodzą się pytania: dlaczego tej trasy spacerowej nie pociągnąć dalej? Na razie to kwestia własności gruntu. Ale jak już raz społeczność lokalna dostrzeże wartość swojej rzeki, to może upomni się o resztę?
To pozornie niewielka zmiana, ale jej znaczenie wykracza poza estetykę miejskiej przestrzeni. Ścieżka może stać się początkiem odbudowy więzi mieszkańców z rzeką. Może zachęcić do poznawania jej przyrody, historii i znaczenia dla lokalnego krajobrazu. Oczywiście sama infrastruktura spacerowa nie przywróci dobrego stanu ekologicznego rzeki ani nie rozwiąże problemów z retencją. Może jednak pomóc zmienić sposób myślenia o wodzie. Sam już zastanawiam się, co w tej rzeczce żyje, może są jakieś chruściki? A jeśli nazwiemy bezkręgowce, to rzeka wypełni się bardziej treścią? Nie tylko kaczki krzyżówki.
Rewitalizacja rzeki to nie tylko prace techniczne i porządkowanie brzegów. To również rewitalizacja pamięci i lokalnej wspólnoty. Być może najważniejszym sukcesem będzie moment, kiedy mieszkańcy Przasnysza przestaną mówić o Węgierce jako o rzece płynącej gdzieś za płotami, a zaczną mówić: to jest nasza rzeka. I będą chcieli o nią dbać. Bo żeby chronić wodę, najpierw trzeba ją dostrzec. A żeby ją dostrzec, trzeba znów zwrócić się ku rzece twarzą.








