24.11.2021

Zmienia się świat i znikają zawody, dotyczy to także nauczycieli i uniwersytetów

Biolog, nauczyciel akademicki w kawiarni z kamishibai. Nazwa zawodu się nie zmieniła, ale zmienia się środowisko edukacyjne i wymagania zawodowe. Przyszłość jest już obok nas, choć nie zawsze ją dostrzegamy i identyfikujemy.

Od wielu już lat wypowiadane są prognozy znikania starych zawodów a pojawiania się zupełnie nowych. Z tego rodzi się trudność w przystosowaniu się do tych nowych warunków, jak i wyzwanie dla edukacji - kształcić realnie do przyszłości a nie niepraktycznie z zapatrzeniem na przeszłość. To tak jak podróż - można patrzeć przed siebie i widzieć daleko, albo tylko pod nogi.

Takie zmiany występowały zawsze, może tylko nie z taką intensywnością jak obecnie. Specyfika czasów przełomu i kolejnej wielkiej rewolucji technologicznej ma swoje prawa i niewygody. Przykładem niech będzie coraz bardziej znikający szewcy. Kiedyś szewc szył buty. Ale już w mojej młodości szewc jedynie naprawia buty. Nie wytwarza a naprawia. Wyjątkowo niewielu szyje. Cześć dawnych umiejętności jak i narzędzi stała się zbędna. Rzemieślnicy zastąpieni zostali przez fabryki. Zostało im jedynie naprawianie lub zakładanie fleków. A przy nadprodukcji to i potrzeby naprawy obuwia stają się mniejsze - po prostu kupujemy nowe zamiast naprawiać stare. 

Ostatnio spotkałem się z opinią, że w ciągu najbliższych 20 lat zniknie ok. 50% współczesnych zawodów. A jeśli zostaną nazwy to i tak inny będzie zakres prac. Te zmiany widać wokół, nie trzeba jakichś analiz retrospektywnych. Na przykład biblioteki i bibliotekarze. Zajmują się nie tylko gromadzeniem, katalogowaniem i wypożyczaniem książek. Biblioteki zmieniają się w bardzo potrzebne placówki kultury oraz miejsca spotkań i integracji. W jakieś części konkurują i uzupełniają domy kultury. W bibliotekach ludzie się spotykają. Organizowane są wystawy, spotkania autorskie i wiele innych działań animacyjnych, łącznie z wycieczkami, konkursami, warsztatami rękodzielniczymi. Co zmienia to w zawodzie bibliotekarza? Sporo nowych kompetencji, których pracownicy bibliotek uczą się na bieżąco. A czy uczą ich tego na studiach?  Czy tak wyobrażali swoja prace, gdy wybierali kierunek kształcenia i szli do pracy po raz pierwszy? Czy wiedzieli, że będą musieli umieć poruszania się w świecie wirtualnym? Potrzebne są dodatkowo nowe kompetencje zawodowe. Nazwa bibliotekarza się zapewne zachowa lecz inny będzie zakres prac. W mniejszym czy większym stopniu.

Drugim ważnym przykładem są szkoły i edukacja jako taka, od przedszkola przez uniwersytet do uniwersytetów trzeciego wielu. Od nauczycieli oczekuje się znacznie więcej niż kiedyś. A to dopiero początek drastycznych zmian. Rodzic zostawia specjalistom swoje dziecko i chce, żeby zostało nie tylko nauczone lecz i wychowane. Szkoła i zatrudnieni w niej specjaliści maja zrobić to, czego sam nie umie. W związku z licznymi dysfunkcjami uczniów szkoły muszą wykonywać dodatkowe zadania. Pojawiła się już funkcja nauczyciela wspomagającego i staje się coraz powszechniejsza. W jakimś sensie szkoły przejmują lub tylko uzupełniają zadanie poradni pedagogicznych i psychologicznych. Dodatkowo nauczyciel pracuje także z dorosłymi (rodzicami, opiekunami). Oczekuje się od niego roli negocjatora, animatora i doradcy rozwojowego, np. w forach, grupach i innych przestrzeniach internetowych w grupach z rodzicami. To znaczne poszerzenie zadań i nowych, niezbędnych kompetencji. Szkoła staje się zupełnie nową placówką społeczno-kulturową. Uwzględniając te nowe funkcje tutorów, mentorów  i kołczów także w odniesieniu do rodziców, czas pracy nauczyciela znacząco się wydłuża. 18 godzin przy tablicy poszerzane jest o nawet popołudniową i wekendową aktywnością zdalną i pozaszkolną.

Do dobrego wypełniania nowych funkcji szkoły potrzebna jest dobra przestrzeń i infrastruktura (szkoły trzeba po prostu zbudować od nowa i inaczej). Propozycje wydłużania oficjalnego pensum dla nauczycieli są zupełnie nieadekwatne do obecne i przyszłej, nadchodzącej sytuacji. Od nauczycieli społeczeństwo wymaga coraz większej pracy i to często ponad siły. Dlatego tak wielu nauczycieli ucieka z zawodu. Już brakuje  nauczycieli o czym świadczą tysiące wakatów w całym kraju. A do tego potrzebne jest wyszkolenie nowych kadr i przygotowania na zupełnie nowe funkcje. Czy na uniwersytetach, kształcącym nauczycieli już dostrzeżono przyszłość czy ciągle zapatrzeni jesteśmy w przeszłość? Nad tym się zastanawiam, bo mam zajęcia z przyszłymi (?) nauczycielami. Mogę zmieniać treść i formę prowadzenia od zaraz, nie czekając na zmiany ministerialne, kierunkowe i wydziałowe. 

Najpewniej zawód pedagoga-nauczyciela pozostanie, ale pod tą nazwą będą się kryły inne kompetencje i zadania do wykonywania. Jak więc kształcić nowe kadry dla szkół? Przydała by się sensowna analiza trendów.

Szkoły jak i cała edukacja (łącznie z uniwersytetami) zmieniają się i to gruntownie. Możemy zaakceptować te zmiany, próbować je zrozumieć i się dostosować zarówno w systemie edukacji jak i wymaganych kompetencjach zawodowych. Albo zamknąć oczy i udawać, że wszystko jest po staremu. Ewentualnie wdrażać rozwiązania z przeszłość jako remedium na współczesne trudności (przykład z powrotem do podstawówek i likwidacja gimnazjów). 

Nauczyciele tracą poczucie, że wykonują zawód twórczy. Coraz bardziej czują się niewolnikami lub parobkami na pańskim polu. Obarczani są większą ilością zadań i wydłużeniem dnia pracy bez zapewnienia warunków fizycznych i sprzętowych jak i odpowiedniego przygotowania merytorycznego. Szkołę, a dokładniej edukację, musimy przemyśleć od nowa. To już będzie inne miejsce pracy z innymi wymaganiami kompetencyjnymi. A w zasadzie to już się staje. 

Na trudne zmiany cywilizacyjne nakładają się fatalne w skutkach decyzje obecnej władzy, łącznie ze zlikwidowaniem gimnazjów i narzucenie bezsensownych, ideologicznych wymagań. A także zwiększeniem nieufności wobec nauczycieli. W czasie ostatniego strajku wiele głosów radziło nauczycielom zmienić prace. No to ją zmieniają uciekając z zawodu ale problem się tylko pogłębia. Jak na razie nie widać światełka w tym ciemnym i ponurym tunelu. Nie słychać szeroko zakrojonych, ogólnospołecznych (ogólnonarodowych) dyskusji nad edukacją. Nie widać zwiększonych nakładów, niezbędnych do transformacji. I nie widać dostrzeżenia problemu. 

Zanikają stare zawody a pojawiają się nowe. I system edukacji do tego procesu nie jest przygotowany. Nawet nie próbujemy jako społeczeństwo się dostosować. Będziemy ciągle zaskakiwani zmianami w całej strukturze społecznej. A szkoła ma niezwykle trudne zadanie. Program układa się długo, zwłaszcza sensowny program. Dziecko które pójdzie do szkoły trzeba przygotować do zawodu, którego jeszcze nie ma. Analizowanie trendów i myślenie o przyszłości jest niezwykle cenne i pożądane. Inaczej będziemy marnowali czas, energię i finanse.

Gdy wcześniej mówiłem o powstających, nowych zawodach, nie odnosiłem tego do siebie. A coraz bardziej dostrzegam, że i moje miejsce pracy i zawód nauczyciela akademickiego się zmienia. Z trudem próbuję nadążać. Nie wiem z jakim skutkiem. Czuję się przemęczony i sfrustrowany. Frustracja bierze się także z tego, że nie bardzo rozumiem tego, jak się zmienia cały system edukacyjny, Próbuję patrzeć dalej niż tylko pod nogi. By z daleka dostrzec kałuże, doły i przeszkody i by wcześniej skorygować trasę marszu. Tak, nie jestem wyjątkiem. Ja także przezywam skutki zmian i w moim zawodzie. 

20.11.2021

Poczucie sprawstwa i współtworzenie uniwersytetu

Współtworzenie uniwersytetu w czasie jamu projektowego metodą design thinking, listopad 2021, UWM w Olsztynie, Centrum Innowacji i Transferu Technologii.

W każdym człowieku drzemie mniejsze lub większe poczucie potrzeby sprawstwa, wpływania na rzeczywistość. We mnie także. Nie wiem na jakim etapie edukacji, może już w płockim liceum (Jagiellonka) nabyłem umiejętności wypowiadania się o świecie, w którym żyję. W czasie studiów miałem sposobność rozwijać tę kompetencję czy postawę życiową. Żyjąc od wielu lat w społeczności akademickiej, najpierw WSP w Olsztynie a obecnie UWM w Olsztynie, wielokrotnie wypowiadałem się o działaniu szkoły wyższej. Chęć współtworzenia była silniejsza niż rozsądek "bycia cicho" (bo to bezpieczniejsze). Już jako student a potem pracownik wiele razy z tego powodu "dostawałem po uszach", ale nie żałuję. Wydaje mi się, że bycie zaledwie cichym obserwatorem to jakieś ułomne życie. Zdecydowanie wolę współtworzyć, najpierw słowem a potem działaniem. Życie społeczne ze swej natury jest ryzykowne i pełne sytuacji dyskomfortowych. Nie zostałbym na uczelni, gdybym nie uważał tej instytucji i środowiska za wartościowej społecznie i cywilizacyjnie.

Nauczyłem się publicznie wypowiadać, w tym także o akademickości i uniwersytecie jako takim. Czasem z tego wynikały różne nieprzyjemności, bo "wychodzenie przed szereg" w mocno jeszcze zhierarchizowanym uniwersytecie zawsze wiąże się z różnymi problemami. Sądzę jednak, że tak jest w każdej społeczności zawodowej i pozazawodowej. Od lat odkrywam uniwersytet dla siebie samego, a werbalizując przemyślenia i włączając się do dyskusji publicznych, odkrywam także dla innych. Czytam różne książki, artykuły, snuję refleksje nad swoim uczestnictwem w codziennym życiu akademickim i próbuję zrozumieć jak to działa oraz jak powinno być by uniwersytet dobrze wpisywał się w potrzeby społeczne i rozwój cywilizacyjny.

Niedawno zostałem poproszony o napisanie eseju na temat aktualnej ewaluacji szkół wyższych. Tekst przeznaczony był dla Wieści Uniwersyteckich z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu. W wersji rozszerzonej dzielę się tymi refleksjami także i na niniejszym blogu. Na temat ewaluacji, aktualnie wdrażanej, nie bardzo mogę się szczegółowo wypowiedzieć, bo niejako "uciekłem z systemu" i przestałem śledzić szczegółowe rozwiązania. Przechodząc na etat dydaktyczny mniej mnie to dotyczy, aczkolwiek uniwersytet jako taki i UWM w szczególności obchodzą mniej bardzo mocno. 

Najpierw analogia do transportu publicznego. W niektórych miastach średniej wielkości komunikacja publiczna jest za darmo. To efekt kalkulacji ekonomicznej. Bo jeśli druk biletów i system kontroli dużo kosztuje a i tak trzeba dopłacać do transportu publicznego, to może lepiej zrezygnować z biletów (i utrzymywania etatów oraz systemu kontroli)? Zyski społeczne i ekonomiczne i tak będą: mniej samochodów prywatnych będzie na ulicy, w konsekwencji mniejsze będzie zanieczyszczenie powietrza i mniej będzie korków. To analogia do wprowadzanego systemu ewaluacji na polskich uczelniach: dużo dyskusji, system skomplikowany, zabiera sporo czasu a jakie będę rzeczywiste efekty? Czy warto tworzyć skomplikowany system, który i tak jest ręcznie sterowany? Nie warta skórka za wyprawkę? 

Ewaluacja uczelni i rankingi przypominają mi szkolne uczenie się dla ocen. Czyli skoncentrowanie aktywności i wysiłku nie tyle dla zdobycia własnej wiedzy i rozwoju ile uzyskanie odpowiednich ocen. Czytelnik, z perspektywy własnego, szkolnego doświadczenia, z pewnością dostrzeże przykłady, gdy osoby uzyskiwały wyższe oceny niż wynikało by to z ich wiedzy i osoby, które nie uzyskiwały dobrych ocen, bo nie poświęcały swojej energii "tam gdzie trzeba". Nie prosiły, nie zabiegały, nie wyliczały co uzyskają za każdą aktywność i co się bardziej opłaca albo „z czego pytają”. Jak skutkuje taki mechanizm w szkole? Odpowiedzią ucznia „a czy będzie za to piątka?” Czyli czy dana aktywność przełoży się na cyfrowo wyrażony efekt i świadectwo z czerwonym paskiem. Behawioryzm ma swoje wady i ograniczenia. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że znaczna część takich umiejętności przydatna jest tylko w szkole a nie w przyszłej pracy czy na studiach, gdzie inaczej trzeba się uczyć, to łatwo zauważyć, że ten mechanizm kształtuje złe postawy. Postawy, które nie przynoszą długofalowego sukcesu absolwentom. A czy ewaluacja uczelni przyniesie dobre efekty w postaci lepszych badań czy tylko lepsze miejsce w rankingu? Być może nawyki szkolne kolejnego pokolenia uczącego się dla ocen przynoszą właśnie takie pomysły ewaluacyjne. Czyli "takie będą rzeczypospolite, jakie młodzieży kształcenie." 

Mogłem ale nie musiałem przechodzić na mniej prestiżowy etat dydaktyczny. Już od dawna na uczelniach wyższych etaty dydaktyczne były mniej "ważne" od tych naukowo-dydaktycznych. Dawniej ścieżka kariery dydaktycznej traktowana była jako "boczny tor" dla tych, co nie radzili sobie z badaniami naukowymi i uzyskiwaniem stopni naukowych. W ostatnich latach przynajmniej formalnie umożliwiono drugą, równoległą ścieżkę rozwoju dydaktycznego. Niestety nie jest to uwzględnione w ostatnich pomysłach na ewaluację uczelni wyższych.

Przeszedłem na etat dydaktyczny ale teraz dalej pracuję... naukowo i publikuję tyle tylko, że bez presji wyrabiania slotów. Publikuję tam, gdzie uważam, że znajdę najwięcej czytelników moich badań, nie przeliczam na sloty i nie dobieram współautorów do prac pod kątem „ile punktów mi to przyniesie”. Czy pracuję mniej efektywnie? Wątpię. I nie jestem wyjątkiem. Praca twórcza nie lubi poganiania i biznesowych wskaźników na akord. Większa liczba publikacji w lepiej punktowanych czasopismach wcale nie przekłada się na lepsze i ważniejsze odkrycia. Mimo, że te dobre odkrycia naukowe rzeczywiście publikowane są w „lepszych” czasopismach. Przynajmniej statystycznie rzecz ujmując. I tak jak w szkolnej nauce dla ocen, ubocznym efektem jest ściąganie i oszukiwanie, tak negatywnym efektem punktozy są plagiaty, "spółdzielnie publikacyjne" i różne inne "drogi na skróty" czy sztuczne pomnażanie liczby punktów i publikacji. Ministerialne ręczne sterowanie i arbitralne podwyższanie punktacji wybranym czasopismom jest tego koronnym przykładem. Moda na efekty rankingowe szeroko rozlała się w społeczeństwie i wśród decydentów. Od uniwersytetów i nauki oczekuje się sukcesów jak od drużyny piłkarskiej. By pielęgnować dumę narodową? 

Co zrobić by polska nauka była na wyższej pozycji w międzynarodowych rankingach, a więc władza czy elektorat poczuł się dobrze jak po wygranych mistrzostwach w piłce nożnej? Zainwestować i czekać na efekty? Można przecież na skróty. Były przecież pomysły na różną „kreatywną księgowość”, np. połączenia instytutów naukowych PAN w jeden uniwersytet, przynajmniej na papierze. Wskaźniki pewnie byłyby dobre. Albo pomysł z wybraniem najlepszych profesorów i formalnie połączenia w jeden uniwersytet rozproszony. Miałbym dojeżdżać z Olsztyna do Poznania? Byleby na papierze był efekt widoczny w rankingach. Na szczęście tych scenariuszy nie zrealizowano. Wiele pojedynczych czołowych uniwersytetów amerykańskich ma budżet większy lub porównywalny z całymi nakładami w Polsce na naukę. Aby uzyskać lepsze wyniki na arenie międzynarodowej wystarczyłoby zwiększyć nakłady na naukę i szkolnictwo wyższe. Wybierany jest jednak inny wariant. Stworzyć takie kryteria, które zmobilizują polskich naukowców do lepszej pracy przy tych samych finansach. A w zasadzie zdywersyfikują fundusze i skierują większy procent do kilku wybranych uczelni a reszta musi zniknąć. W rezultacie będzie wrażenie podwyżki, bo nieliczeni dostaną więcej a sumarycznie wyjdzie na to samo. Tyle, że przy okazji na prowincji zniknie kilka uczelni, które pełnią tam bardzo ważną rolę kulturotwórczą. I budują lokalny kapitał ludzki oraz kapitał naukowy. Co przekłada się na efekt społeczny w skali całego kraju. A czy obecny system grantów NCN nie promuje aktywnych, z pomysłami i z dorobkiem? Czy nie jest wystarczający by kierować dodatkowe środki na naukę do najlepszych w drodze konkursów? Ten system już działa od wielu lat w Polsce. 

Posłużę się jeszcze jednym sportowym przykładem. By duże kluby pierwszoligowe miały dobry „narybek”, sport musi być powszechny, łącznie z małymi klubami wiejskimi czy powiatowymi. Z większej populacji łatwiej o talenty piłkarskie. To wydaje się oczywiste. Myślę, że w nauce i edukacji jest podobnie. Dlatego mniej prestiżowe, regionalne uczelnie wyższe są niezwykle potrzebne dla całej polskiej nauki. Po co skomplikowane kryteria naukowe, skoro i tak nie są stosowane? Tak jak można było się spodziewać, jest i będzie sterowanie ręczne. Po co skomplikowane formuły bibliometryczne jeśli dla wybranych czasopism i środowisk stosuje się ręczne dopisywanie do list ministerialnych? Cały wysiłek praktycznie po nic. Dostanie ten kto miał dostać. 

Czy system ewaluacji zmieni sposób pracy naukowców? Wskaże im na nowe działania? Osobiście i subiektywnie śmiem wątpić. Ręczne poprawianie podważa wiarygodność całego systemu. Ale dowartościowuje niektóre wybrane środowiska. O to chodziło? Moja koleżanka, pani profesor, już dawno temu powiedziała: „czy naukowcy to idioci? Raczej nie, dość łatwo dostosują się do systemu, zarówno indywidualnie jak i instytucjonalnie”. Skoro mamy uczyć się dla ocen, to podjęte zostaną działania, przynoszące efekt rankingowy. Wiele uczelni zrobiło reorganizację, część pracowników przeniesiona została na etaty dydaktyczne, inni wpisani zostali w dyscypliny nieoceniane. Słabiej oceniany dorobek został ukryty. W punktacji będzie to lepiej wyrażone ale czy sumarycznie od tego podniesie się jakość pracy badawczej i dydaktycznej? Śmiem wątpić. 

Duży wysiłek zamiast na badania przeznaczony został na zmiany dostosowawcze względem kryteriów oceny. Zmieniają się także indywidualne strategie: zamiast pracy zespołowej wewnątrz jednostki współpraca będzie realizowana z innymi naukowcami, tak by zdobyte punkty liczyły się każdemu. Takie cudowne rozmnożenie punktacji. Zwykłe dostosowanie się do systemu. Sporo energii i czasu pracowników idzie więc nie na rzeczywiste badania lecz na dostosowywanie się do systemu oceniania. Uczelnie dostosowują się to kryteriów ewaluacji a pracownicy do ustanawianych na uczelni kryteriów oceny. Ja w części przed tym uciekłem i mogę dzięki temu spokojnie pracować naukowo i dydaktycznie, choć na etacie uznawanym za gorszy. To cena jaką płacę za komfort spokoju i braku konieczność „uczenia się dla ocen”. W szkole i na studiach też tego nie lubiłem. Czasem groziło mi więc niezdanie do klasy czy powtarzanie roku. Ryzyko jest zawsze. 

Jakie już ponieśliśmy straty? Np. upadek wielu polskich czasopism, obecnych na rynku międzynarodowym. Opłacało się nam dopłacać do publikowania w zagranicznych czasopismach, bo miały wyższą punktację a nasze czasopisma naukowe miały za mało dobrych artykułów do publikowania. A mogliśmy przecież zainwestować intelektualnie w rozwój tychże czasopism. Co przyniosłoby efekt również prestiżowy za jakiś czas. Ale na to trzeba świadomej wizji i wytrwałości. Pamiętam z pierwszych lat swojej pracy, że z dobrych, polskich czasopism hydrobiologicznych otrzymywałem honorarium autorskie (wydawane w języku angielskim). Teraz muszę dopłacać za publikowanie w czasopismach zagranicznych, z których część okazuje się „drapieżnymi”, a więc nastawionymi na zysk i kreującymi iluzoryczną prestiżowość. Przebiły się rankingach z wyższą punktacją… Publikuj albo giń.

I jeszcze na koniec o roli uniwersytetów prowincjonalnych (kapitał ludzki). Jednym z długofalowych skutków wdrażanej ewaluacji będzie stopniowy upadek uczelni prowincjonalnych. A przecież w swoim regionie pełnią ważną funkcję kulturotwórczą i budującą kapitał naukowy. To z nich w dużym stopniu wypływa wiele innowacji dla lokalnej gospodarki. Nie da się wszystkiego łatwo zmierzyć i policzyć. Żadne prestiżowe miejsce kilku wybranych polskich uniwersytetów na listach międzynarodowych nie zastąpi roli edukacyjnej i kulturotwórczej tychże "prowincjonalnych" uczelni. Czy ktoś z Warszawy lub Krakowa będzie przyjeżdżał z wykładami do warmińsko-mazurskich szkół lub uniwersytetów trzeciego wieku? Za daleko. 

Po co polskiemu społeczeństwu nauka i uniwersytety? Czy są jak kluby sportowe by uzyskiwać lepsze wyniki w zawodach międzynarodowych, czy by przekładały się na efekty gospodarcze i lepszą jakość życia? Nie wszystko da się łatwo zmierzyć i policzyć. Potrzeba zaufania do uniwersytetów i naukowców. Tak jak w każdej społeczności znajdą się osoby przeciętne, wybitne i bezproduktywni leserzy. Badania na mrówkach wykazały, że nawet wśród "pracowitych jak mrówka" społecznościach, tylko kilka procent robotnic pracuje cały czas, nawet 25 procent osobników z kolonii nic nie robi a reszta pracuje w różnym stopniu. Po co są nic nie robiące robotnice? Czy to rezerwa populacyjna, by zastąpić w razie potrzeby ubytek mrówek? A może wykonują funkcje rzadko potrzebne, stąd wrażenie w krótkim odcinku czasowym, że nic nie robią? Nad tym pracują naukowcy w różnych częściach świata. W Polsce także. 

Jeśli pracownikom uniwersyteckim zabierzemy za dużo czasu na sprawozdawczość to mniej zostanie energii i czasu na rzeczywiście twórczą i odkrywczą pracę badawczą lub dydaktyczną. Mniej efektywni naukowcy zawsze się znajdą i zawsze sobie poradzą bo sporo czasu i energii stracą na dobrą strategię „uczenia się dla ocen”. Może lepsze będzie mniej gęste sito, które ułatwi spokojną pracę najzdolniejszym niż zbyt gęste sito, które co prawda odsieje bardziej słabych ale i zamęczy najlepszych? 

Nawiążę jeszcze do zamieszczonego wyżej zdjęcia. Wykonane zostało w czasie jamu projektowego Jam UWM dla jutra. Praca w grupach zróżnicowanych: pracownicy naukowy, pracownicy administracji, studenci, licealiści. Współsprawstwo w tworzeniu uniwersytetu jutra. Z dużym naciskiem nie tylko na cele zrównoważonego rozwoju lecz i na potrzeby studentów. Bo uniwersytet to nie tylko miejsce badań naukowych ale i miejsce kształcenia kadr dla krajowej gospodarki. Przypomnę trzy misje uniwersytetu: badania naukowe, dydaktyka (kształcenie studentów) i misja społeczna (upowszechnianie wiedzy w całym społeczeństwie, łącznie z kształceniem ustawicznym). Tak jak stolik z trzema nogami - jeśli jedna będzie zbyt długa a dwie pozostałem zaniedbane, taki stolik szybko się przewróci. A na pewno będzie krzywy i niefunkcjonalny, bo nic na nim nie da się postawić - filiżanka z kawą szybko się zsunie i rozbije na podłodze.

18.11.2021

Ala była cudowną dziewczyną, czyli szybka zabawa na rozruszanie mózgu


Zadania, na intelektualne rozruszanie i pobudzenie do kreatywności, bywają różne.  Niżej zamieszczony ciąg wyrazów powstał w czasie JAM UWM dla jutra (czytaj więcej i posłuchaj w radiu). Po pierwszej przerwie, na rozruszanie dostaliśmy zadanie by ułożyć mini opowieść z sercem, tak aby kolejne wyrazy odpowiadały kolejności znaków w alfabecie. Najwięcej trudności sprawiały litery takie jak q, x czy y. W ciągu kilku minut stworzyliśmy taki ciąg wyrazowy:

Ala była cudowną dziewczyną, efektywnie formowała glinę, horrory i jajka, które lubiła, mogły napytać okropnych problemów, qr serca to unikalne vita wyrazy: xero, Yeti, zawał. Wygenerował zespół w składzie: Laura, Julia, Hanna, Konstantin, Wiktor, Wiktor, Michał, Stanisław. Związek z sercem jest, można go odczytać w cholesterolu w jajkach, silnych emocjach (np. horror), sile życia i nazwie lekarstw, aktywności fizycznej i chorobie, która znienacka pojawia się na końcu zdania, wielokrotnie złożonego. Zabawna historyjka jest tylko zwiastunem pokazywania rezultatów warsztatów JAM UWM. Nie o kalambury chodziło, one są tylko integrującym narzędziem w pracy projektowej. Przemijającym. 

Pracowaliśmy zespołowo a poznaliśmy się jakąś godzinę wcześniej. Zabawa, realizowana na warsztatach design thinking, miała kilka celów. Po pierwsze małe rozruszanie szarych komórek, wyjścia poza schematy by uruchomić swoją kreatywność. Po drugie była kolejnym krokiem w tworzeniu zespołu (pracownicy uniwersytetu, studenci, licealiści, a więc osoby o bardzo różnych doświadczeniach, zainteresowaniach, różnej wiedzy i spojrzeniu na świat a także różnych doświadczeniach społecznych w pracy zespołowej). Mieliśmy zrobić coś szybko (presja czasu) i mieszczącego się niewygodnym schemacie porządku alfabetycznego. Trzecim, jak się domyślam, celem była odrobina zabawy dla uczestników. Sam staram się realizować postulat by na moich zajęciach było przyjemnie i zabawowo. Przecież poznawanie i uczenie się może być przyjemnością. Przyjemność nie przeszkadza sensowi a nawet go wzmacnia. Uczenie się nie musi być nieprzyjemną mordęga, w której często nawet nie widzimy sensu. Tak, uczenie się wymaga wysiłku i mózg zużywa sporo energii. Ale wysiłek może być jednocześnie przyjemnością. Wtedy możemy jeszcze "ciężej" i dłużej pracować. 

Pojawiające się pomysły w tej zabawie słownej były zabawne, czasem nonsensowne, co jeszcze bardziej poprawiało nam humor. Zapewne zgrany już zespół, lub indywidualnie każdy z nas, przy braku ograniczeń czasowych, mógłby stworzyć jakąś bardziej spójną i sensowną mini opowieść. Ale nie to było celem warsztatów. Wymyślaliśmy pomysł (prototyp), mieszczący się w trzecim celu zrównoważonego rozwoju: dobre zdrowie i jakość życia, taki do zrealizowania na terenie uniwersyteckiego miasteczka w Kortowie. Wymyślaliśmy, dyskutowaliśmy i wymyśliliśmy. A że zespołów było kilka to i pomysłów jest sporo.

Z ogromną przyjemnością wyszedłem poza akademickie schematy, pracowałem ze studentami i licealistami oraz pracownikami. I to nie w formie wykładu czy ćwiczeń, zaplanowanych, samodzielnie przemyślanych i organizowanych przeze mnie, realizowanych metodą podawczą czy przez zaplanowaną wcześniej organizację pracy dla innych (ćwiczenia). Poczułem się przez jeden dzień jak w prawdziwej wspólnocie uczących i nauczanych. Na tym samym, niehierarchicznym poziomie pracowałem z pracownikami administracyjnymi, studentami i to różnych wydziałów, z licealistami. Dużą wartością dla mnie było doświadczanie niecodziennej perspektywy patrzenia na uniwersytet jako wspólnotę nie tylko pracowników i studentów ale i społecznego otoczenia uniwersytetu (np. licealistów). Miłym zaskoczeniem dla nie było zobaczyć, że podobne problemy i wyzwania dostrzegają inne osoby, inne środowiska, z różnej perspektywy. Czyli coś musi być na rzeczy z niektórymi oczekiwaniami, nie tylko w odniesieniu do wyzwań rozwoju zrównoważonego ale i wizji samego uniwersytetu jako przestrzeni edukacyjnej. Wyraźniej dostrzegłem trendy, które zachodzą współcześnie w odniesieniu do edukacji, nie tylko na poziomie wyższym. Ktoś trafnie powiedział, że przyszłość już jest wokół nas, tylko nierównomiernie rozłożona. I ja tę przyszłość dostrzegłem wyraźniej na JAMie UWM. Część zagrożeń postrzegam teraz jako wyzwania. Bo jeśli w prognozie pogody zapowiadają np. deszcz, to mogę wyprzedzająco zabrać parasol. A jeśli ma być upalnie i słonecznie, to zaplanuję wycieczkę do lasu lub na plażę. 

Liczę, że pierwszy JAM UWM jest także kolejną jaskółką zapowiadającą głębokie, choć ewolucyjnie zachodzące, zmiany na Uniwersytecie w odniesieniu do dydaktyki i edukacji. 

O moich refleksjach z wygenerowanych pomysłach napiszę pełniej za jakiś czas. Niech się uleżą w głowie, także po dyskusji w zespole Green Team.

13.11.2021

Znowu mi nie wyszło i ile się przy tym nauczyłem (zajęcia hybrydowe)

Zdjęcie ze skansenu. Nie pasuje do współczesnego nauczania hybrydowego? Wszystko powoli staje się skansen i trzeba ćwiczyć się w nowym, które nadchodzi.



Motto: Jeśli nie popełniasz co jakiś czas błędów, to znaczy, że nie robisz niczego innowacyjnego.

Znowu mi się nie udało (przynajmniej tak jakbym chciał, żeby się udało). Ale chcę pokazać, przy wspólnej refleksji, że błędów nie należy się obawiać, bo można sporo się nauczyć. A gdy wchodzi się na nowe obszary to błędy lub niepowodzenia muszą być. Są więc immamentnym elementem odkrywania i poznawania. Nie należy się ich bać ani ukrywać, nawet przed samym sobą.

Po raz pierwszy prowadziłem zajęcia hybrydowe i to na nieznanym dla mnie gruncie. Hybrydowe w tym znaczeniu, że część studentów była na sali, część uczestniczyła online. Sytuacja przymusiła ale zamiast uciekać przed wyzwaniem sam chciałem spróbować. Warunki nie były komfortowe. Lubię jednak popełniać błędy razem ze studentami, by móc potem o tych nieudanych sytuacjach porozmawiać. Co chcę w ten sposób osiągnąć? To, żeby uczyć się razem próbować, odkrywać i nie bać się trudności czy porażek. Oraz uczyć się jak się uczyć na błędach, a właściwie na eksperymentach. Uniwersytet to właściwe miejsce do bezpiecznego eksperymentowania.

Zajęcia online już jako tako opanowałem. Ale by jednocześnie być w kontakcie i online jeszcze nie próbowałem. Zamiast więc teoretyzować w idealnych warunkach lepiej spróbować i to w sytuacji takiej, jaka zazwyczaj się trafia – niekomfortowej. Bo wiem, że prędzej czy później i tak z takimi sytuacjami się spotkam, a więc mądrzej jest się do nich przygotować, przećwiczyć.

Na zajęcia umówiliśmy się w Bibliotece, w miejscu pod małą kopuła. Wybrali studenci a ja zaakceptowałem jako wyzwanie. Miejsce znałem, ale nie pod kątem zajęć online. Bywałem tam sympatycznych spotkaniach przy kawie i ciastku na zakończenie wernisaży czy innych oficjalnych spotkań. Ale czy to miejsce nadaje się na zajęcia hybrydowe? Dowiedziałem się wcześniej, że nie działa tam uczelniane wi-fi (brak zasięgu). Mogłem się na taką sytuację przygotować, wziąłem swój telefon komórkowy i uruchomiłem hot spot. Takie sytuacje już miewałem i miałem je „oswojone”. Wziąłem kabel do laptopa bo przypuszczałem, że bateria na całe zajęcia nie wystarczy. Ostatnio wyczerpała mi się przed końcem wykładu a teraz dodatkowo biło być łącze wi fi i zewnętrzna kamera, więc teoretycznie więcej potrzeba energii. Zakładałem, że gniazdko gdzieś będzie. Było, ale żeby z niego skorzystać musiałem z laptopem przenieść się w kąt, czyli mało komfortowe do zajęć miejsce. Inaczej w myślach przed zajęciami sobie to rozplanowałem. Gdybym poszedł przed zajęciami sprawdzić, to może wziąłbym ze sobą także jakiś przedłużacz. Jedna ze studentek miała lepsze rozwiązanie – wzięła power bank. Że też o tym nie pomyślałem! Ale żeby pomyśleć i wyobrazić siebie takie możliwości najpierw trzeba doświadczyć różnych sytuacji samemu. Czyli w jakimś sensie popełnić błąd. Oczywiście mam power bank ale tylko taki do telefonu. Czy da się wykorzystać do laptopa? Jak to podłączyć? Muszę to przy okazji sprawdzić. I poszukać odpowiedniego kabelka. Nowa sytuacja i kolejne wyzwanie techniczne, które trzeba przemyśleć, przećwiczyć i jakoś rozwiązać. Taki lifehack.

A jak ustawić kamerę? Wziąłem dodatkową. Tyle tylko, że bez nawet małego trójnoga. A chyba by się przydał, bo łatwiej można wygodnie ustawić. Następne doświadczenie i nauka dla mnie, którą można rozpatrywać w kategorii błędu… lub zdobywanego doświadczenia. Kolejnym problemem było ustawienie kamery tak by wszystkich na sali było widać. Ustawienie na sali powodowało skierowanie kamery na okno, co w rezultacie dawało ciemne sylwetki na jasnym tle. Gdybym przyszedł wcześniej i sprawdził, to bym problem dostrzegł wcześniej i może bym coś zaradczego wymyślił. I być może bym zaradził problemom z oświetleniem.

W trakcie zajęć pojawiły się problemy z głosem – siedzieliśmy w sporej odległości od siebie (względy sanitarne w czasie pandemii) i mikrofon z kamery słabo zbierał głos. A i moje laptopowe głośniki były za słabe w stosunku do potrzeb. Przydałoby się jakieś wzmocnienie lub dodatkowe głośniki. Mam stare głośniki komputerowe, ale wejście jest chyba nieprzydatne do laptopa. Może inne rozwiązanie?

To tylko dostrzeżone problemy techniczne, którym można byłoby teoretycznie zaradzić. Ale, żeby o nich pomyśleć trzeba było najpierw doświadczyć sytuacji.

Z pewnością łatwiej jest próbować na znanym sobie gruncie w dobrze rozpoznanej sali, bo już wcześniej przećwiczone i rozwiązane. Lub jeszcze lepiej w idealnej Sali z odpowiednim ustawieniem i wyposażeniem. Ale nowe miejsca zawsze się będą zdarzać. Jaki więc wniosek? Jeśli przyjdzie występować w nowym mało znanym lub w ogóle nieznanym miejscu najlepiej udać się tam wcześniej i rozpoznać sytuacje. Raczej nie będzie komfortowo ale jest więcej czasu na improwizowanie i dostosowanie się do miejsca takim, jaki ono jest tu i teraz. Będzie czas na modyfikacje przed spotkaniem a nie w trakcie. W wystąpieniach publicznych, tak jak na wojnie, ważne jest rozpoznanie terenu i warunków.

Nowe i trudne było dla mnie także prowadzenie zajęć i podzielność uwagi na to co dzieje się na sali i to co w komputerze. Lepiej byłoby z rzutnikiem i dużym obrazem wyświetlanym na ścianie (ale tam takich możliwości nie było). Do nauczenia się dla mnie pozostaje aktywizacja studentów i stworzenie dobrych warunków do dyskusji. Inaczej można zrobić to na sali, inaczej online a w takiej hybrydowej sytuacji jeszcze nie byłem. Nie udało się tak jakbym chciał. Czyli można mówić o jakiejś porażce. Ale zdobyłem doświadczanie i mam już lepsze wyobrażenie jak taka sytuacja wygląda. Dzięki temu łatwiej będzie mi zaplanować kolejną taką sytuację. Profesjonalista powinien poradzić sobie w każdych warunkach, bez wybrzydzania, że falbana przy spódnicy w tańcu przeszkadza. I z wyprzedzeniem przygotowywać się na nowe sytuacje, które najpewniej i tak niebawem się trafią.

Ciekawe czego studenci się nauczyli w czasie tych zajęć, jakie zdobyli doświadczenie i co z tym zrobią dla siebie.

A jak wy radzicie sobie w takich nietypowych warunkach i z dyskusjami hybrydowymi? Właczycie się do dyskusji?


12.11.2021

Bardzo sympatyczny dowód uznania

Drobne z pozoru gesty, które sprawiają dużą przyjemność. I budują dobre relacje. W recyklingowym opakowaniu. Mały a jakże wartościowy prezent, wręczony na Gali Talenty Roku 2020

Przykład dobrej informacji zwrotnej, jakże potrzebnej. O niej zazwyczaj zapominamy. Częściej komunikujemy złe emocje lub wytykamy błędy. Bo dobre wydają się nam oczywistością.

Miłego dnia, niech i Tobie trafiają się miłe i sympatyczne gesty, wskazujące na dobrą pracę, nawet tę dużo wcześniej wykonaną. Dobre słowa i nawet drobne gesty motywują do pracy i dają poczucie wartości (potrzebności). Te małe gesty spajają grupę, tworzą zespoły i ułatwiają prace zespołowa. 

Uśmiech i magiczne słowa "dziękuję, proszę, przepraszam", jakże wiele potrafią zdziałać. Nie są kosztowne a dają poczucie sprawstwa - wpływania na siat nas otaczający i zachodzące wokół nas procesy. 

Dziękuję. Było słodkie i sympatyczne. Na długo zostanie w pamięci.

11.11.2021

Bajka o niepotrzebności, gdy niepotrzebne staje się potrzebne


Niepotrzebna pokrzywa, bo parzy, uciążliwa. A jednak do czegoś się przyda. Butelki widujemy na co dzień jako poste opakowania. A jak są już puste to są niepotrzebne. Bo do czego? A jeśli spojrzeć inaczej, jako na surowiec do rękodzieła? Albo jako na rekwizyt do ciekawej opowieści?  Wtedy niepotrzebne staje się potrzebne. 

Przykładem niech będzie wystawa i konkurs "butelkowe opowieści". Kontynuacja będzie w czasie Nocy Biologów 2022 w bibliotece uniwersyteckiej. Tym razem większa liczba artystów przedstawi swoje prace. Które będą inspiracją w konkursie literackim. 

Biblioteki stają się miejscem spotkań, już nie tylko z książką lecz i z innymi ludźmi. Małe centra kultury. 



Bajka o niepotrzebności, Anna Mikita w czasie otwarcia wystawy Butelkowe Opowieści w bibliotece


10.11.2021

Miasta i... granica śmierci czyli historia i współczesność

Zdjęcie z Muzeum w Kielcach.


Czy historia jest pełnoprawna nauką czy też tylko odtwarzaniem opowieści o różnej narracji? Nauka , nawet ta historyczna (bo nauki biologiczne tez są w dużym stopniu historyczne w metodologii) poszukuje praw ogólnych i zasad, które pozwalają nie tylko na rekonstrukcję (np. filogenezy) ale i przewidywanie zjawisk. Nauka poszukuje powtarzalnych wzorców. W naukach społecznych tez się do tego dąży. Czy w historii można doszukać się jakichkolwiek prawidłowości i powtarzalnych wzorców? Czy wszystko jest unikalnym i niepowtarzalnym przypadkiem? Jak przebiegają procesy społeczne? Od czego zależą? Rekonstrukcje historyczne (te zamierzone i te w formie naturalnych eksperymentów)  pozwalają zrozumieć przeszłość. Czyli sytuacje, których już nie ma. ja często sięgam do opracowań historycznych by zrozumieć... teraźniejszość. 

Tożsamość jest chyba dobrym przykładem edukacji ustawicznej. Uczymy się przez całe życie, zakorzeniamy, poznajemy, wzbogacamy o nowe doświadczenia i przemyślenia. Kim jestem i z kim czuję wspólnotę? Tożsamość dojrzewa w miarę jak poszerzają się nam horyzonty. Przez kilkanaście ostatnich lat poznawałem zagmatwaną i wieloaspektową historię Warmii i Mazur, krainę w której żyję. Wiele przeczytanych książek, wiele odbytych wędrówek, spotkań, czytanych wspomnień. Od kilku lat poznaję starozakonną część polskości.

W szkole dowiedziałem się, że w Oświęcimiu naziści zamordowali 6 milionów Polaków (w narracji  PRL byli tylko Polacy i nikogo więcej..). Nie spotykałem Żydów w swoim otoczeniu. Czasem pojawiali się w opowieściach babci i dziadka z Wileńszczyzny, czasem na kartach szkolnych lektur. Czytając biografię znakomitych Polaków ze zdziwieniem dowiadywałem się, że byli pochodzenia żydowskiego. W całkowicie wolnej już Polsce pojawiały się muzea, książki, wspomnienia. Ten fascynujący świat dopiero zacząłem odkrywać, na krakowskim Kazimierzu, w Tykocinie, Szczebrzeszynie, w Kielcach itd. I z dokumentów odkrywałem przedwojenny, polski antysemityzm. Ale ciągle w głowie miałem szkolne symbole Polaka, który ryzykował życie dla ratowania Żydów… Coś tu się nie zgadzało, prawdziwy obraz okazywał się bardziej złożony i wielowarstwowy.

Książka Grossa była dla nie szokiem. Najpierw zareagowałem wyparciem – przecież to nie jest możliwe, to na pewno był jakiś margines. A przecież dziwaczny antysemityzm był obecny cały czas w życiu publicznym. Dziwiło mnie to niepomiernie: jak może istnieć antysemityzm bez Żydów… najpewniej to element większej całości, która można nazwać ksenofobią... Domena nauk socjologicznych. 

Kilka lat temu zacząłem czytać „Miasta śmierci. Sąsiedzkie pogromy Żydów” Mirosława Tryczyka. To już nie tylko Jedwabne…. Wstrząsająca lektura, burząca dobre samopoczucie. Ale bardzo pomagająca w zbudowaniu pełnej tożsamości. Książka historyczna z dokumentami, napisana bardzo wszechstronnie i rzetelnie. Przedstawiająca nie tylko fakty ale także tło historyczne i wieloaspektowe uwarunkowania. Pozwala zrozumieć. Jedwabne, Kolno, Łomża i kilka innych miejscowości, które poznałem wcześniej w czasie badań hydrobiologicznych. Przejeżdżaliśmy przez nie w drodze po próby z chruścikami. A w Drozdowie mieliśmy studencki obóz naukowy. Ktoś mówił o wizytach Dmowskiego, ale gdzieś to było w tle i poza zainteresowaniami. Wtedy jeszcze nie wiedziałem czym jest nacjonalizm i narodowa demokracja… Teraz ksenofobia ponownie nabrała wiatru w żagle… Potem owdiedziłem muzem pogromu kieleckiego. To już było po wojnie, trudno zrzucić winę na Niemców, jako okupantów.

Dlaczego. To słowo często się pojawiało w trakcie lektury. Miałem także na myśli współczesne pogromy i ludobójstwa w Bośni, Afryce, teraz w Azji. I to, co było kiedyś, dawno w historii Homo sapiens. I co zrobić, by nie było więcej? Akurat mamy nawrót do nacjonalizmów i agresji…

„Miasta śmierci” pokazują jak zwykli, normalni Polacy… mordowali Żydów, z własnej inicjatywy. Gdyby nie wojna, nie zniszczenie państwowości polskiej, nie wydarzyło by to się to nigdy? Jeden z polityków jakiś czas temu powiedział, że wojna kształtuje charaktery…. Myli się, wojna przede wszystkim wypacza charaktery. Jest i bohaterstwo ale jest i dużo zwykłej zbrodni, łajdactwa, rabunku. I to zostaje w narodzie na długo. Zrastają się rany ale blizny długo uwierają. Ale drugą przyczyną pogromów w czasie II wojny światowej był polski antysemityzm, kształtowany przez ONR, Stronnictwo Narodowe czy Narodową Demokrację (o zgrozo, ten pierwszy znowu w powraca ze swoimi pochodami, ideologiami, agresją i ksenofobią i nawet jest wspierany przez aktualną władzę). Pogromy były już w okresie międzywojennym; wybijanie szyb w sklepach żydowskich, oblewanie towarów naftą czy pobicia Polaków kupujących w sklepach żydowskich. Trzecią, uzupełniająca przyczyną była chęć zemsty na Związku Radzieckim (bo to były tereny okupowane przez Armię Czerwoną od 17 września 1939).

I w tych warunkach, przy powszechnym antysemityzmie, ujawniły się złe cechy. W pogromach uczestniczyło wielu ludzi, w tym wykształceni, nauczyciele, elita prowincjonalnych miasteczek. Pojawiła się chciwość i pazerność. I ci zwykli ludzie w kilku miasteczkach na Podlasiu zamordowali co najmniej kilka tysięcy Żydów, obywateli Rzeczypospolitej, swoich sąsiadów…

Wielu z tych zbrodniarzy, którzy organizowali i uczestniczyli w pogromach, wcześniej współpracowało z okupantem radzieckim, potem współpracowało z hitlerowcami. Przechodzili na niemiecki żołd jako policja pomocnicza, niektórzy współpracowali z gestapo. Czasem uciekali do AK. A po wojnie ochoczo współpracowali z komunistami i byli członkami PZPR.

Mordowanie pałkami, szpadlami, spalenie w stodołach (nie była tylko jedna w Jedwabnem!), rabowanie i gwałcenie Żydówek. Nie jest łatwo czytać te relacje…. „Prawicowi bojówkarze przed II wojną światową urządzali w Szczuczynie, podobnie jak w innych miasteczkach regionu, bojkoty sklepów żydowskich, wybijali w nich szyby, bili Polaków, którzy z nich korzystali, oblewali im naftą kupione od Żydów produkty.” Antysemityzm nie pojawił się pierwszego września 1939 roku…

„Pamiętam, że widziałem w niedzielę wieczorem, jak Antoni S. z Wąsocza zabił szpadlem, bijąc w głowę, dwie nieletnie dziewczyny”. To relacja Polaka, już z czasów wojny.

„Antoni L. był karierowiczem. W życiu kierował się zasadą osiągania sukcesu za wszelką cenę oraz ulegał potrzebie bycia docenianym przez tych, których uważał za lepszych od siebie. Zabiegał zatem o względy władzy – jakakolwiek by ona była, nieważne: narodowa, komunistyczna czy faszystowska – i jeśli go doceniła, zawsze z zapałem wykonywał jej polecenia. To najprawdopodobniej ta wewnętrzna potrzeba, wyrosła na niskim poczuciu własnej wartości, popchnęła go do popełnienia niewyobrażalnej zbrodni.”

„Jeden z uczestników mordów Stanisław C. przyznał po wojnie, że wszyscy zbrodniarze byli przed 1939 r. członkami Stronnictwa Narodowego.”

Lektura omawianej książki jest trudna. Ale dlaczego to wszystko tuszować, zakłamywać, że nie było? Tożsamość potrzebuje prawdy. Przeszłość jest pełna wzniosłych i chwalebnych zdarzeń. Ale są i wstydliwe, podłe. Nie da się skalpelem propagandy oddzielić jednego od drugiego. Trzeba poznać całość by zrozumieć. Część polskości, ta starozakonna, zaginęła. Jesteśmy w jakiś sposób okaleczeni. To co zostało, trzeba ocalić od zapomnienia, by kształtowało naszą tożsamość choć w takiej postaci. I warto wyciągnąć wnioski na dziś i na przyszłość jako że nacjonalizm w Polsce mocno się odradza. Czy i skutki będą podobne?

Gorąco polecam Mirosław Tryczyk „Miasta śmierci. Sąsiedzkie pogromy żydów”, Wydawnictwo RM, 2015. (jest i wersja elektroniczna).

Przeszłość jest na kartach historii ale coś podobnego dzieje się obecnie. Tym razem w odniesieniu do migrantów. I dziś jest odczłowieczająca propaganda. Czy potrafimy uczyć się na błędach przeszłości? Zastanawia mnie to, że osoby, które znam osobiście lub z mediów, które tak gorąco zabiegały o dobre imię Polaków, negując udział Polaków w mordowaniu Żydów, teraz usprawiedliwiają nieludzkie działania Polski na granicy polsko-białoruskiej. "Co wydarzyło się raz, może zdarzyć się ponownie...

Od strony społecznej mam wątpliwą przyjemność obserwowania zjawisk bardzo podobnych do tych. sprzed lat kilkudziesięciu. Historia, która dzieje się obok nas, już nie na karach historii. Teraz są ciapaci, podpalani i wiele innych odczłowieczających określeń. Jak zawsze wśród nas są tacy jak Ulmowie oraz tacy jak Włodzimierz Leś... Przyglądając się współczesnym wydarzeniom, temu że jedni milczą inni coś próbują robić, można niejako w skansenie przeżyć kulturową rekonstrukcje i doświadczyć jak to jest możliwe, jakie procesy społeczne i jakie mechanizmy propagandowe działaj i że obecnie są współcześni Ulmowie, których teraz spotykają się z szykanami a za jakiś czas będziemy się nimi szczycić.

Pierwsza wersja tych rozmyślań ukazała się kilka lat wcześniej tu: https://czachorowski.home.blog/2018/02/18/tozsamosc-edukacja-ustawiczna-i-miasta-smierci/


Tak jak kiedyś na pogromy Żydów można było patrzeć inaczej, tak i dzisiaj na tragedię migrantów można spojrzeć inaczej niż to co, krąży w tłumie. Niżej zamieszczam tekst z mediów społecznościowych Grzegorza Krowickiego pt. Kilka faktów i spostrzeżeń dotyczących sytuacji na granicy.

1) Osoby, które trafiają na granicę polsko- białoruską trafiają na ten szlak poprzez siatkę naganiaczy i handlarzy ze Stambułu, Dubaju, Egiptu etc. Sprzedaż tej „wycieczki” odbywa się w podobny sposób co sprzedaż kożucha, naganiacze nie informują o wadach towaru, zachwalają drogę przez Białoruś i Polskę jakby to była wycieczka do Disneylandu, wysyłają ta drogą zarówno mężczyzn jak i rodziny z dziećmi i samotne kobiety. Koszt 2500- 5000 EUR od osoby

2) Na Białorusi osoby te zderzają się z rzeczywistością, oraz tracą w ten czy inny sposób większość posiadanych pieniędzy.

3) Istnieją dwie formy przedostania się przez granicę – z przewodnikiem i bez , droga z przewodnikiem kosztuje o ok 1500 EUR więcej.

4) Przewodnikami wydają się być często osoby powiązane z białoruskimi służbami. Dzieje się tak dlatego że granica przez lata nie była w ogóle pilnowana przez stronę polską i kwitł przemyt za przyzwoleniem białoruskich służb.

5) Wielu migrantów w tym rodziny z dziećmi nie stać na wynajęcie przewodnika. Rodziny z dziećmi poruszają się wolniej niż grupy mężczyzn i często gubią drogę. Szacunkowo ok. 30-40% migrantów zostaje zawróconych przez SG , bardzo wielu wśród zawróconych to rodziny z dziećmi i słabsi, którzy nie nadążają za grupami mężczyzn i nie mają możliwości ani umiejętności radzenia sobie w trudnym terenie. Ci którzy raz się zgubią, wypadają niejako z gry, ponieważ ich taksówka już odjechała, spóźniłeś się na samolot do nieba - radź sobie dalej sam - sama. To Ci ludzie właśnie błąkają się później tygodniami po Puszczy, to ich ratują aktywiści, i to ich zwłoki na zawsze pozostaną w Puszczy jeśli nie otrzymają pomocy na czas.

6) Statystycznie najwięcej ujawnionych przypadków zmarłych to młodzi mężczyźni. Wynika to zapewne z ich niewielkiego doświadczenia życiowego, oraz z faktu odłączenia się od grup zapewne wskutek zabłądzenia, oraz na skutek wielokrotnego zawracania ich przez służby polskie i białoruskie (istnieje przyzwolenie albo raczej odgórny rozkaz na wypychanie młodych mężczyzn niezależnie od stanu w jakim się znajdują).

7) Ilość ofiar z pewnością przekracza kilkadziesiąt. Ciała będą odnajdywane przez wiele miesięcy lub lat. Przypadki śmiertelne nie powstrzymają migrantów, ponieważ w większości są to osoby pochodzące z obszarów, które były objęte wojną, po drugie szlak przez Morze Śródziemne pochłania jeszcze więcej ofiar.

9) Koszt szlaku białorusko-polskiego jest wysoki, mogą decydować się nań jedynie osoby stosunkowo zamożne, które np. sprzedały swój business czy nieruchomość w miejscu zamieszkania, wśród migrantów znajduje się wielu przedstawicieli poszukiwanych zawodów: prawników, lekarzy, pracowników budowlanych, inżynierów; znany jest przypadek pielęgniarki anestezjologicznej. Wiele z tych osób mogłoby znaleźć bez problemu pracę w Polsce, (obecnie w Polsce mamy 125.000 wolnych wakatów)

10) Czynnik ekonomiczny i czynnik uchodźctwa z krajów objętych wojną i represjami jak np. Afganistan czy Syria łączą się. To że większość migrantów idzie za pracą i lepszym jutrem to nie oznacza, że nie występują u nich przesłanki do udzielenia azylu politycznego i nadania statusu uchodźcy.

11) Napływ migrantów można byłoby zmniejszyć poprzez utworzenie obozów przejściowych. Wypychanie migrantów nie spowoduje zmniejszenia ich napływu, znacząca część spośród wypchniętych migrantów jest zawracana (tylko nielicznym udaje się przebić do Mińska) przez służby Białoruskie po uprzednim ograbieniu ich przez funkcjonariuszy białoruskich z pieniędzy, oraz otrzymanych na polskiej stronie śpiworów, kurtek, butów i żywności. Tym samym wypychanie nie tylko naraża ludzi głównie rodziny z małymi dziećmi i młodych chłopaków na śmierć, nie tylko nie jest zgodne z konwencją genewską, ale jeszcze dodatkowo powoduje zasilenie białoruskich służb pieniędzmi i sprzętem kradzionym migrantom. Jest to transfer dóbr materialnych dokonywany przez SG i polskie służby na rzecz reżimu Łukaszneki.

12) Umieszczenie migrantów w ośrodkach przejściowych spowoduje że nie dotrą oni do Niemiec, tym samym przemytnicy nie otrzymają 50% wynagrodzenia z tytułu przemytu, środki te są z reguły zdeponowane na tajnych kontach różnych organizacji i docierają do pośredników po dotarciu „towaru” do miejsca przeznaczenia. Należy przypuszczać że 50% ceny obejmuje koszty biletu, hotelu, przewodnika etc. A 50% to zysk pośredników. Jeżeli migranci którzy przekraczają granicę z Polską nie dotrą do Niemiec, tylko zostaną zatrzymani na wiele miesięcy w obozach przejściowych w Polsce – 50% kasy czyli cały zysk pośredników przepadnie. Wtedy pośrednicy stracę zainteresowanie sprzedażą "wycieczek".

13) Sytuacja na granicy spowodowała dużo szumu, kontroli samochodów, dużo różnych służb na granicy. Wiele osób mających wcześniej jakiś udział w przemycie np. papierosów na pewno nie jest zadowolonych z tego faktu.

14) Na 100 wypchniętych migrantów 80 i tak trafi do Niemiec prędzej czy później, 4-5 umrze lub zaginie, pozostałych kilkunastu trafi do naszych szpitali i ośrodków dla uchodźców, równie skuteczne co wypychanie byłoby puścić ich wolno przynajmniej oszczędzilibyśmy wiele istnień ludzkich i roboty naszym lekarzom, ratownikom i aktywistom.