![]() |
| Kiedyś w Elblągu... |
I znowu z zaskoczeniem dowiedziałem się, że mówię prozą. To
nawiązanie do sztuki Moliera Mieszczanin szlachcicem i radości, którą daje
wiedza i rozumienie. Tak i ja przypadkiem dowiedziałem się, że to co robię od
kilkunastu lat to postsztuka. I że ten nurt nie jest wcale taki nowy. Mam na
myśli plenery, które organizuję lub w których uczestniczę z malowaniem starych
dachówek, kamieni, butelek. Ostatnio był
to plener w Kwiatkówku koło Łęczycy, Noc Sów w Wipsowie, Olsztyński StreetArt
Garden. A wcześniej wspólne malowanie Nieba Kopernika. I wiele, wiele innych. W
mojej intencji najważniejszymi elementami tych plenerów było spotkanie ludzi,
wspólne rozmowy, tworzenie i bycie ze sobą. A więc ważniejszy proces niż efekt.
Intuicyjnie i nieświadomie odkrywałem postsztukę, ale nie wiedziałem, że "mówię prozą". Dopiero artykuł w Tygodniku Powszechnym pt. „Po co nam sztuka” autorstwa Moniki Ochędowskiej i Tadeusza Marka (sierpień 2026 ) uświadomił mi moje uczestnictwo w postsztuce. Postsztuka (praktyki postartystyczne) to pojęcie z dziedziny teorii sztuki, spopularyzowane m.in. przez polskiego krytyka Jerzego Ludwińskiego. Oznacza stan, w którym sztuka wychodzi poza tradycyjne ramy muzeów i galerii, a jej celem nie jest tworzenie materialnego dzieła, lecz realne działanie i zmiana w życiu społecznym lub środowiskowym.
Głównymi cechami postsztuki są: 1. Brak materialnego
dzieła (efektem pracy jest proces, sytuacja, spotkanie lub zmiana społeczna
w małej skali, 2. Wyjście z instytucji i pomieszczeń (działania przenoszą się
na ulicę, do społeczności lokalnych, ogrodów czy w ramach aktywizmu społecznego), 3. Zacieranie
autorstwa (ważniejszy od indywidualnego popisu artysty staje się zbiorowy
wysiłek i relacje oraz 4. Sztuka jako narzędzie (sztuka zapożycza metody
z edukacji, ekologii, dziennikarstwa by rozwiązywać realne
problemy).
Gdy w latach 60. i 70. XX wieku nowatorscy krytycy oraz
teoretycy ogłaszali „koniec sztuki”, nie mieli na myśli, że ludzkość przestanie
tworzyć. Wręcz przeciwnie – zapowiadali moment, w którym twórczość eksploduje
poza dotychczasowe granice. Termin postsztuka (lub postart)
narodził się z potrzeby opisania zjawiska, w którym sztuka przestała mieścić
się w ramach obrazu, na postumencie rzeźby czy w chłodnym, wyciszonym wnętrzu
galerii. Stała się procesem, relacją i zdarzeniem roztapiającym się w
codzienności.
Istotą postsztuki jest przekroczenie czysto estetycznego
wymiaru dzieła na rzecz dematerializacji. Miejsce trwałego obiektu,
przeznaczonego do kontemplacji lub rynkowego obrotu, zajmuje idea, działanie
oraz interakcja. Jak trafnie przewidywał wybitny polski teoretyk Jerzy
Ludwiński, w epoce postsztuki tradycyjne podziały dyscyplinarne tracą sens, a
artysta przestaje być odosobnionym geniuszem kreującym zamknięte artefakty.
Staje się raczej inicjatorem sytuacji, moderatorem społecznej energii lub
badaczem otaczającej go rzeczywistości.
Jak wyczytałem w różnych źródłach, jednym z fundamentów
myślenia postsztukowego były koncepcje Allana Kaprowa, twórcy pierwszych
happeningów. Kaprow postawił odważną tezę, że zacieranie granic między sztuką a
życiem jest jedyną szansą na zachowanie autentyczności twórczej. W słynnym
działaniu Fluids (1967 – miałem wtedy 4 lata) zaprosił uczestników do
budowania w przestrzeni miejskiej wielkich struktur z bloków lodu. Gotowe
obiekty nie miały jednak trwać, bo pozostawiono je w słońcu, by całkowicie
stopniały. Celem nie była rzeźba sama w sobie, lecz wspólny wysiłek fizyczny,
przejściowość doświadczenia oraz proces topnienia wpleciony w rytm miasta.
W polskiej przestrzeni artystycznej kamieniem milowym tego
nurtu stała się akcja Jaskółka (1971) Ewy Partum. Artystka rozsypywała
zrealizowane w druku litery w przestrzeni publicznej – na ulicach, w
autobusach, na skwerach. Słowo, dotąd uwięzione w strukturze tekstu czy tomu
poetyckiego, uległo rozproszeniu. Przypadkowi przechodnie stawali się
nieświadomymi współuczestnikami poetyckiego zdarzenia, w którym poezja
dosłownie mieszała się z pyłem ulicy i podmuchami wiatru.
Tego nie wiedziałem i nie byłem świadomy, gdy organizowałem pierwsze
plenery z malowaniem na starych warmińskich i mazurskich dachówkach, czy malowanie
na szkle w czasie wystaw dalii. Ani, gdy dołączyłem do działań streetartowych w
Olsztynie oraz plenerów w skansenie w Kwiatkówku. Nie miałem świadomości, że uczestniczę
w działaniach postsztuki. Tak jak mieszczanin w sztuce Moliera nie wiedział, że mówi prozą.
W przeczytanych materiałach dowiedziałem się, że szczególną
rolę w formowaniu się i praktykowaniu postsztuki odegrała formuła pleneru
artystycznego. Tradycyjnie kojarzony z malowaniem pejzaży z natury, w
drugiej połowie XX wieku plener przeszedł gruntowną ewolucję. Przestał być
jedynie miejscem pracy twórczej w izolacji, a stał się otwartym laboratorium,
do którego włączano lokalne społeczności i przypadkową publiczność. I tak
malowaliśmy kamienie i stare, poremontowe płytki, by następnie je prezentować w
przestrzeni publicznej. Większość tych dzieł to prace ulotne. Były także
ceramiczne doniczki, drewniane krążki oraz metalowe pokrywki od słoików. W
swoich działaniach, np. z malowaniem Nieba Kopernika, inspirowałem się działalnością
prof. Geno Małkowskiego i jego Barwami Olsztyna w czasie Olsztyńskich Dni Nauki
i Sztuki. W 2010 roku obraz malowało 700 osób (zobacz relację).
Niezwykłym przykładem wspomnianego podejścia był Plener
Ziemia Zgorzelecka z 1971 roku. Kiedy grupa konceptualistów i performerów
przybyła do Bogatyni i Zgorzelca, zrezygnowała z przyniesienia gotowych płócien
czy dłut. Zamiast tego artyści weszli w bezpośredni dialog z lokalną
przestrzenią przemysłowo-krajobrazową oraz z mieszkańcami regionu. Twórczość
przybrała formę manifestacji, dyskusji i akcji w przestrzeni miejskiej oraz na
terenie kopalni odkrywkowej. Sztuka zeszła z salonowych wyżyn, stając się
elementem lokalnej tożsamości i platformą wymiany myśli między artystami a robotnikami. Tego nie wiedziałem, dopiero teraz, szukając materiałów o postsztuce odnalazłem i przeczytałem.
Równie ważnym wydarzeniem była Akcja Miasteczko
zrealizowana w Podkowie Leśnej (1975). Zaproszeni twórcy nie przywieźli ze sobą
gotowych prac do zawieszenia w lokalnym domu kultury. Weszli na podwórka, ulice
i do ogrodów mieszkańców, angażując ich w codzienne, z pozoru banalne
interakcje – wspólne rozmowy, sadzenie roślin, przemieszczanie przedmiotów czy
kreowanie mikro-zdarzeń wizualnych. Publiczność przestała być biernym widzem
patrzącym na płótno z dystansu; stała się żywym tworzywem i pełnoprawnym
współautorem zdarzenia. W podobny sposób powstaje wiele murali czy deskali w przestrzeni publicznej. A nawet u nas, na Warmii i na Mazurach, w taki sposób powstają przystanki, malowane przez Annę Wojszel.
Współcześnie myślenie postsztukowe zyskało nowy wymiar.
Przejawia się ono silnie w działaniach z zakresu sztuki relacyjnej, aktywizmu społecznego oraz inicjatyw z
pogranicza biologii i ekologii (tzw. bio-art). Współcześni twórcy
organizują wspólne posiłki, tworzą miejskie ogrody społecznościowe, prowadzą
edukacyjne spacery botaniczne i entomologiczne czy inicjują obywatelskie protesty w obronie
zagrożonych ekosystemów. Dopiero po kilkunastu latach organizowania różnych plenerów
w przestrzeni publicznej sięgam do opracowań teoretycznych. Najpierw sam
odkrywałem i doświadczałem, a teraz czytam opracowania teoretyczne i odnoszące się
do krytyki sztuki. Odbieram przez pryzmat własnych doznań i doświadczeń. Ze
zdziwieniem odkrywając, że to postsztuka i że istnieje od dawna. A narodziła się
postsztuka w tym samym czasie co i ja przyszedłem na świat. To był początek lat 60-tym XX wieku.
Według krytyków sztuki postsztuka dowodzi, że najważniejsze
w twórczości nie zawsze musi być to, co zostaje zamknięte w ramie i podpisane
nazwiskiem autora. Najcenniejszy bywa sam impuls – zdolność do wywoływania
refleksji, budowania wspólnoty i dostrzegania głębszego sensu w tkance otaczającego
nas świata.
Więcej przykładów z mojej postsztuki znajduje się na blogu: Gadające dachówki. Zapraszam do obejrzenia. I do udziału w przyszłych plenerach. Na pewno będą.








