12.01.2026

Zeszyt do ćwiczeń terenowych czyli o analogowych narzędziach terenowych i o tym, co warto ocalić

Widać dziurki, by wpiąć do segregatora formatu A5.
 

Robiąc porządki znalazłem stare kartki, przygotowane do powielenia na ksero. Są widoczne na ilustracji wyżej. Dwie wersje z różnych lat. Łączy je to, że mają po 30-40 lat. Początek mojej pracy dydaktycznej na uczelni, gdy dostałem do prowadzenia zajęcia pt. „ćwiczenia terenowe ” dla studentów biologii. Głównym celem było pokazanie zoologii bezkręgowców i ekologii, by studenci zobaczyli obiekt biologiczny w jego naturalnym środowisku i dostrzegli zachodzące procesy. Było to jeszcze w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Olsztynie (w ubiegłym wieku). Chciałem czegoś więcej niż tylko wyjść ze studentami w teren i pokazywać im co żyje w wodzie, lesie i na łące. Chciałem im pokazać także to, jak notować. Tak jak ja notowałem i zbierałem informacje poznając świat biologiczny. Miał to być notatnik, który „myślał” razem z nami. Rodziła się modułowość i chciałem ją pokazać. Żeby poznali nie tylko tradycyjny notatnik w zeszycie. Jako świeżo wykształcony pedagog chciałem wdrażać karty pracy do zajęć terenowych. Wtedy to się zaczynało rozwijać i było modne i świeże.

Jest to więc opowieść o analogowych narzędziach terenowych i o tym, co warto ocalić. Na starych kartkach, które dziś wyglądają jak artefakty z innej epoki, widać cały ekosystem dawnej edukacji terenowej. Nie cyfrowy, nie zautomatyzowany, nie „w chmurze”. Bardziej „w plecaku”, „w kieszeni”, „w błocie”. Ilustracja, którą kiedyś narysowałem, była próbą uchwycenia tego świata. Świata, w którym notatnik terenowy był nie tylko narzędziem, ale sposobem myślenia. Była to też próba wdrażania notatek graficznych i to na długo zanim modne stały się skecznotki (rysnotki) i notowanie wizualne. I była to próba świadomego tworzenia swojej własnej pamięci zewnętrznej o modułowym charakterze.

Na pierwszej stronie widać coś w rodzaju mapy mentalnej: instrukcje, zeszyty, koperty, kartoteki, wycinki z gazety. Wszystko połączone strzałkami, jakby wiedza była żywym organizmem, który trzeba karmić, przewietrzać i czasem przyciąć. To graficzna instrukcja jak zbierać różne formy zapisanych kartek-notatek w jeden magazyn wiedzy terenowej. Jest więc deska z klipsem, wygodna do pracy terenowej i do notowania, są wycinki z gazet (wtedy nie było jeszcze ani Wikipedii ani powszechnie dostępnego internetu) a nawet gromadzone okazy, zbierane w terenie. Na rysunku zaznaczone są rośliny zielnikowe i liście. Ale to tylko przykład. Bo w terenie znaleźć można znacznie więcej. Jest wskazanie na kategoryzowanie notatek różnymi przekładkami oraz powiązanie z innymi zajęciami. Bo ćwiczenia terenowe nie miały być zajęciami dla samych siebie, ale miały łączyć różne działy biologii: botanikę, zoologię, fizjologię, ekologię itp. Jest i miejsce na wpinanie notatek otrzymywanych od prowadzącego w postaci treści powielonych na ksero. Wystarczy zrobić dziurkaczem dziurki i włożyć do swojego segregatorowego notatnika. A wykorzystać można także koperty (wygodne do gromadzenie niewielkich eksponatów) oraz foliowe koszulki jako swoiste pojemniki na drobiazgi.

Na drugiej kartce, wyraźnie już nieco późniejszej, widoczny jest komputer i drukarka. To wskazówka, że można dodawać treści znalezione w internecie lub przygotowane na komputerze. I widać nawet dyskietkę komputerową. Teraz to zabytek, znany jedynie z muzeów. To nie był chaos. To była modułowa logistyka analogowa. Taki roboczy prototyp terenowego zeszytu do ćwiczeń. Zanim dopracowałem, dostałem przydział na inne zajęcia. Po wielu latach znowu prowadzę ćwiczenia terenowe z zoologii bezkręgowców. Próbuję więc wrócić do starych pomysłów i przystosować je do współczesności. Do czasów, gdy studenci mają telefony komórkowe i łatwiej mogą notować przez robienie zdjęć.

A obok różnych kartek - koperta. Zwykła, papierowa, ale pełniąca rolę mobilnego archiwum na liście, pióra, próbki gleby, czasem coś, co miało być owadem, ale okazało się grudką błota, na muszle mięczaków, by zabrać i potem sprawdzić w domu lub bibliotece, posiłkując się specjalistycznymi książkami. Zeszyt do ćwiczeń - modułowy, elastyczny, żywy. Pomysł, który pozostał jedynie w początkowej wersji prototypowej. Co z tego warto zatrzymać w pierwszej połowie XXI wieku? Chyba ideę konektywizmu, która wtedy nieśmiało kiełkowała.

Na tych ilustracjach widać główny zamysł - techniczna anatomia narzędzia: kartki papieru (także papier makulaturowy lub kartki tylko z jednej strony zapisane), zeszyt z dziurkami, instrukcje, moduły, zestawy, testy. Cała infrastruktura dydaktyczna, która nie była gotowym produktem, lecz materiałem do budowania. Ten segregator (wtedy nowość) działał jak dzisiejszy system operacyjny: można było dopinać nowe moduły, usuwać nieaktualne, wstawiać własne schematy, doklejać artykuły z gazet, dodawać karty pracy z terenu, modyfikować wszystko według potrzeb nauczyciela i studenta. To była edukacja open source, zanim ktokolwiek wymyślił to pojęcie.

Notatnik terenowy nie miał GPS-u, ale miał pamięć miejsca. Nie miał synchronizacji w chmurze, ale miał ślady rzeki i zapach lasu. Nie miał backupu, ale miał drugą kopię w głowie. Był ciężki, czasem nieporęczny, ale dzięki temu - obecny. Towarzyszył w terenie, w autobusie, na schodach uczelni. Był częścią procesu, nie tylko jego zapisem. A przynajmniej taki był mój zamysł

Co warto ocalić z tej analogowej epoki? Nie chodzi o to, by wracać do papierowych zeszytów i dziurkaczy. To zadanie dla historyków nauki i szkoły. Chodzi o filozofię pracy, którą one reprezentowały: myślenie modułowe, a nie liniowe, tworzenie wiedzy, a nie tylko jej odbieranie, proces, a nie gotowy PDF, kontakt z rzeczywistością, a nie tylko z ekranem, notatki jako narzędzie refleksji, a nie tylko archiwizacji.

Bo notatki, te prawdziwe, żywe, tworzone w ruchu uczą nas czegoś, czego nie da się kliknąć. To refleksja, że wiedza powstaje stopniowo, warstwowo, w dialogu z miejscem, czasem i doświadczeniem. I to chyba wartko upgradejdować do rzeczywistości smartfonowej i ejajowej (z narzędziami AI). Modułowej notatki były przykładem myślenia, które istniała zanim przyszły komputery. Warto przypomnieć po raz kolejny, że notatki to nie tylko archiwizacja, lecz i sposób myślenia. To esencja epoki, w której segregator był naszym laptopem, a dziurkacz - kluczem do wiedzy budowanej samodzielnie. W czasach przedcyfrowych, gdy teren był bardziej błotnisty niż zmapowany, a student bardziej zmarznięty lub zmoknięty niż zalogowany, notatki powstawały stopniowo. Nie jako plik .docx, ale jako fizyczna struktura - modułowa, mobilna, żywa. Segregator z wpinanymi kartami był czymś więcej niż zbiorem papierów. To był "organizm" dydaktyczny, który rósł razem z nami. I był jakąś nowością w porównaniu do zwykłego zeszytu z niezapisanymi jeszcze kartkami. Tradycyjny zeszyt to liniowość i chronologia dodawanych zapisków. W segregatorze w każdym momencie można było reorganizować i dodawać w dowolnym miejscu. Jest więc w pewnym sensie nieliniowy. 

Każda karta miała swoją historię. Jedna powstała na kolanie, druga na plecaku, trzecia w schronisku, gdzie herbata była gorąca, ale długopis już nie pisał. Za to zatemperowany ołówek sprawdzał się w każdych warunkach. Były tam schematy z zajęć, często rysowane na szybko, z błędami, które potem stawały się legendą grupy. Były artykuły z prasy, wycinki z gazet, kserówki, czasem z dziwnych źródeł, które dziś trudno zidentyfikować. Były i uzupełnione karty pracy z ćwiczeń terenowych, z zadaniami, które miały sens tylko w kontekście konkretnego lasu, rzeki czy koperty (tak, koperty też były narzędziem dydaktycznym). I były własne notatki z marginesami pełnymi dygresji, rysunków owadów, cytatów z wykładowców i osobistych komentarzy typu „tu było zimno i były pokrzywy”. I z zapamiętanymi anegdotami.

To nie był chaos. To był prekursor myślenia wielozadaniowego (multitasking) i konektywnego, system budowany warstwami, z przepływem informacji, z miejscem na korekty, uzupełnienia, refleksje. Każdy segregator był inny. Tak jak jest inny każdy notatnik studenta. Każdy był mapą myślenia, nie tylko zbiorem danych. Nie było „zapisz jako” - było „dopnij kartę”. Nie było „ctrl+f” - było „przekartkuj i przypomnij sobie, gdzie to było”. Nie było „backup w chmurze” - był „drugi segregator u kolegi i koleżanki, na wszelki wypadek”. Kiedyś mobilność była analogowa. Segregator jeździł z nami. Albo został w domu, a po powrocie był uzupełniany terenowymi notatkami z zajęć. Być może był ciężki, nieporęczny, ale prawdziwy. Nie rozładowywał się. Nie tracił zasięgu. Za to chłonął wilgoć, zapach lasu i zarodniki grzybów z plecaka.

Ten prototyp segregatorowego notatnika mocno przypomina mi, że edukacja to proces, a nie produkt. Dziś notatki często są gotowym PDF-em, który student pobiera, czasem nawet nie czytając. Wtedy były procesem twórczym, bo nie dało się inaczej. Każda karta była efektem myślenia, rozmowy, błędu, poprawki. To była dydaktyka w ruchu - nie tylko przekaz wiedzy, ale jej konstruowanie. I być może to właśnie warto ocalić od zapomnienia i ubrać w nowe, współczesne szaty. Szukam pomysłów by je wdrożyć już wiosną tego roku. Już nie segregator a smartfon i terenowy dziennik refleksji online. Można by powiedzieć, że to już przeszłość. Ale może warto wrócić do tej idei - nie jako nostalgii, ale jako metody myślenia. Bo notatki to nie tylko archiwizacja. To sposób, w jaki uczymy się świata.

Wyszedł mi tekst nieco nostalgiczny. Ale w moim odczuciu jest ważny dla historii dydaktyki terenowej. Te notatki‑wkładki do segregatorów były przecież czymś więcej niż tylko nośnikiem informacji. Tworzyły cały mikroświat praktyk: zapach papieru po deszczu, szybkie szkice wykonane w terenie, ślady błota na marginesach, a do tego poczucie, że wiedza powstaje tu i teraz, w kontakcie z rzeczywistością.

Teraz myślę jak przejść od segregatora do smartfona, czyli o nowej odsłonie tego samego procesu. Dziś nasz notatnik nie musi już szeleścić papierem. Może świecić ekranem. Może być w smartfonie, tablecie, laptopie. Zawsze pod ręką, zawsze zsynchronizowany, zawsze gotowy na kolejną myśl, zdjęcie, szkic, link czy nagranie głosu. Ale jego rola pozostanie ta sama: ma pomaga nam myśleć, porządkować, tworzyć i wracać do tego, co ważne. Współczesny notatnik cyfrowy to nie tylko miejsce zapisu. To narzędzie poszukiwania, przestrzeń pracy koncepcyjnej, laboratorium idei.

I być może znowu zostanie na etapie prototypu? Dawniej dopinaliśmy kartki do segregatora. Dziś dopinamy moduły cyfrowe: część do uzupełnień - czego chcemy się nauczyć, jakie pytania zadać, jakie kompetencje rozwijać, definicje - własne, przetworzone, nie te z podręcznika, zadania do wykonania - checklisty, mapy myśli, mikroprojekty, linki do artykułów, filmów, baz danych, prompty czyli współczesne odpowiedniki dawnych „instrukcji”, które pomagają nam myśleć, analizować, tworzyć. To wszystko układa się w cyfrowy segregator, który tak jak dawniej powstaje stopniowo, warstwowo, w rytmie naszej nauki i ciekawości.

Być może warto pomyśleć o notatniku jako osobistym dzienniku refleksji? Zapoczątkować proces poznawania tajników biologii. W świecie, w którym wszystko jest szybkie, notatnik cyfrowy może być miejscem spowolnienia. Można w nim: zapisywać refleksje po zajęciach, robić notatki z wykładów metodami aktywizującymi, tworzyć własne pytania, dokumentować proces uczenia się, prowadzić dziennik terenowy w wersji multimedialnej, z mapą, zdjęciem, nagraniem dźwięku. To nie jest już tylko zapis faktów. To osobisty ekosystem myślenia.

Tak jak kiedyś segregator był magazynem kserówek, szkiców i wycinków, tak dziś notatnik cyfrowy może stać się: repozytorium linków, zbiorem własnych definicji, katalogiem pomysłów, szkicownikiem projektów, archiwum zdjęć i nagrań z terenu, miejscem, gdzie wiedza jest nie tylko przechowywana, ale i przetwarzana. To nadal będzie praca modułowa - tylko medium się zmieni. Taki terenowy dziennik refleksji muszę wymyślić w szczegółach i go sprawdzić w działaniu. Nie, nie muszę. Chcę! Najbliższa okazji już w maju lub czerwcu. Mam czas na przygotowania.

Paradoksalnie, cyfrowy notatnik często kończy jako… analogowy. Kiedy projekt dojrzeje, kiedy moduły się ułożą, kiedy refleksje nabiorą kształtu to można: wydrukować, oprawić, zilustrować (cyfrowo lub analogowo) i nawet stworzyć e‑booka.  Tak jak dawniej segregator stawał się osobistą kroniką, tak dziś cyfrowy notatnik może stać się książką własnego uczenia się. To samo motto, które prowadzi nas przez obie epoki: notatki to nie tylko archiwizacja, lecz i sposób myślenia. Niezależnie od tego, czy piszemy ołówkiem na kartce, czy rysikiem na tablecie czy stukamy w ekran, to notatki są narzędziem, które pomaga nam widzieć więcej, rozumieć głębiej i uczyć się świadomie.

Kiedy patrzę na dawne szkice notatników terenowych i zestawiam je z dzisiejszymi cyfrowymi narzędziami, widzę nie dwie epoki, lecz ciągłość jednego procesu. Zmieniają się formaty, zmieniają się media, ale potrzeba porządkowania świata jest ta sama. Dawniej robiło się to ołówkiem na papierowej kartce, dziś robi się to w aplikacji, która potrafi pomieścić tysiące stron. Jednak w obu przypadkach chodzi o to samo: o uważność, o refleksję, o własny sposób myślenia.

Notatnik - czy to segregator, czy smartfon - jest tylko narzędziem. Najważniejsze dzieje się między obserwacją a zapisem, między doświadczeniem a interpretacją. To tam rodzi się wiedza. Dlatego warto pielęgnować tę praktykę, niezależnie od technologii. Warto tworzyć moduły (tokeny?), dopinać kolejne warstwy, wracać do starych kart i budować nowe. Warto pozwolić, by notatnik - analogowy czy cyfrowy - był żywym organizmem, który rośnie razem z nami.

Bo na końcu i tak zostaje to samo przesłanie: notatki to nie tylko archiwizacja, lecz i sposób myślenia. A sposób myślenia jest czymś, co zawsze warto rozwijać - kartka po kartce, moduł po module, refleksja po refleksji.

10.01.2026

Uprawa ogrodu, czyli o tym, jak starzeją się pomysły dydaktyczne



Z dydaktyką jest trochę tak, jak z uprawą roli czy pielęgnacją przydomowego ogródka. Z boku może się wydawać, że to jedynie powtarzalne cykle takich samych pór roku. Jednak każdy, kto choć raz ubrudził sobie ręce ziemią wie, że co roku trzeba orać i siać od nowa. Dydaktyka akademicka i szkolna to niby kontynuacja tej samej opowieści, ale jednak za każdym razem zaczynamy w zupełnie innych warunkach "pogodowych”. Na dodatek ciągle zmienia się klimat, powoli ale jednak, za sprawą globalnego ocieplenia Ziemi. W odniesieniu do dydaktyki zmienia się  globalny "klimat" cywilizacyjny. Zmienia się pogoda intelektualna naszych studentów, mamy do dyspozycji inne "nasiona" technologii, a i „gleba” (kontekst społeczny), na którą padają nasze słowa jest inaczej użyźniona przez kulturę popularną. W zawodzie akademika najgorszym doradcą jest poczucie, że skoro raz coś zadziałało, będzie działać wiecznie. Że skoro już coś dopracowałem po kilku próbach i udoskonaleniach, to teraz będzie już znakomicie i „z górki”. Rutyna bywa bezpieczna, ale w edukacji jest ona często pierwszym krokiem do nudy i wyjałowienia relacji z uczniem czy studentem.

Wiele lat temu, mój kolega z czasów studenckich uczący w liceum, Przemek Kubiński opowiedział o swoim pomyśle wykorzystania wchodzącego wtedy na ekrany filmu „Park Jurajski”. W ramach lekcji biologii zabierał uczniów do kina na tenże właśnie film. Dlaczego? Bo uznał, że jest to dobra motywacja do nauki biologii. Od kina do lekcji w szkole. Kiedyś ten motyw był niczym świeży powiew wiatru, otwierał drzwi do wyobraźni młodych ludzi, sprawiając, że budowa zwierząt, ekologia i ewolucja, a nawet skomplikowane łańcuchy DNA stawały się namacalne i ekscytujące. Dzisiaj jednak ten pomysł dawno już spowszedniał i najzwyczajniej w świecie się wypalił. Dinozaury, niegdyś ekscytujące i groźne, stały się elementem codziennego szumu informacyjnego – od bajek na dobranoc, przez tysiące artykułów, aż po powtarzalne do znudzenia gry komputerowe. Dla dzisiejszego ucznia szkoły średniej, a tym bardziej studenta, odwołanie do Spielberga może brzmieć równie archaicznie, co dla mojego pokolenia wykład o budowie gramofonu. To, co niegdyś było genialnym wytrychem do głów młodzieży, dziś bywa postrzegane jako coś oklepanego, nudnego i wielokrotnie przetrawionego przez popkulturę. Po prostu pomysły się starzeją, tak jak rośliny w ogródku. Jest czas nowalijek, czas dojrzewania i czas zasychania.

To bolesna, ale konieczna lekcja pokory dla każdego dydaktyka. Musimy pogodzić się z faktem, że nasze najbłyskotliwsze metafory też mają swój termin przydatności do spożycia. Nie wystarczy raz sformułować dobry przykład i odcinać od niego kupony przez całą karierę. Uczniowie i studenci przychodzą do nas już „nasyceni” pewnymi obrazami, które dla nas wciąż wydają się nowoczesne, a dla nich są już elementem krajobrazu z dzieciństwa, który zdążyli porzucić. Dlatego właśnie bycie nauczycielem akademickim to stan ciągłego niepokoju twórczego. Wymaga on od nas nieustannego skanowania rzeczywistości i szukania nowych punktów styku z wrażliwością kolejnych roczników. Musimy być gotowi na to, by co sezon porzucać nasze ulubione narzędzia na rzecz tych, które być może mniej nam odpowiadają, ale za to potrafią przebić się przez mur obojętności współczesnego świata. Zawód nauczycielski wymaga nieustannej kreatywności. A to jest wyczerpujące.

Ten imperatyw ciągłego poszukiwania nie jest mi przecież obcy, ponieważ jako badacz wyrastałem w takim klimacie kreatywności i poszukiwania niepowtarzalnej oryginalności. W pracy ściśle naukowej przywykłem do tego, że nowość i kreatywność to nie wybór, ale warunek codziennej pracy i stylu zawodowego. Dlatego nawet nauczycielom szkolnym zalecać warto aktywność naukową, choćby w formie citizen science. Na każdą konferencję muszę przecież jechać z czymś świeżym i oryginalnym, a każda publikacja w czasopiśmie wymaga dostarczenia nowych danych lub przynajmniej świeżych, nieoczywistych interpretacji znanych już faktów. Nie można jechać na konferencję z raz już wykorzystanym referatem czy posterem. Tak jak nie można wysyłać do druku raz już opublikowanej pracy. Oryginalność jest duchem nauki, jej tlenem i paliwem, bez którego cały ten mechanizm po prostu by stanął. To właśnie z tego naukowego rygoru czerpię siłę do dydaktyki, choć obie te sfery – badawcza i nauczycielska – rządzą się nieco inną dynamiką. W nauce gonię za nieznanym, w dydaktyce muszę to nieznane ubrać w formę, która poruszy drugiego człowieka. Bo jak krzesać ma nauczycielka klas początkowych swój entuzjazm i swoje odkrywanie gdy po raz kolejny, w nowej klasie, wprowadza literę O? Lub gdy opowiada o prostych zjawiskach przyrodniczych? Ona to już doskonale zna, a dla uczniów jest to nowość i odkrycie. I oczekują spójności treści z emocjami nauczyciela. I spójności ze swoimi emocjami i swoją ciekawością.

To przekonanie towarzyszy mi za każdym razem, gdy staję przed wyzwaniem stworzenia nowego przedmiotu, czy to nowych dla mnie wykładów z przydzielonego urzędowo przedmiotu. Nigdy nie idę na skróty, zawsze buduję koncepcję od podstaw, starając się, by fundamenty były osadzone w tym, co tu i teraz. Nawet te „stare” przedmioty, które wykładam od lat, wymagają ode mnie regularnego wietrzenia i wpuszczania do nich nowego powiewu myśli. Czasem gruntownego przebudowania treści wykładów lub ćwiczeń. Nie da się uczyć o świecie, używając pożółkłych notatek czy starych prezentacji multimedialnych, bo studenci natychmiast wyczują brak zaangażowania. A jak zaciekawiać innych, gdy samemu nie jest się zaciekawionym? Udawać jak aktor na scenie? To wielka sztuka. Chyba prościej jest być oryginalnym i dzielić się najnowszymi odkryciami lub pomysłami dydaktycznymi. To odświeża tak jak jak nowa sukienka czy nowa koszula. Dydaktyka, podobnie jak nauka, musi czuć, czym aktualnie żyje świat, a my, wykładowcy, musimy być w tej teraźniejszości (kulturowej i poznawczej) głęboko zanurzeni.

Najważniejsze jest jednak to, by to zanurzenie było autentyczne i wynikało z bycia czynnym uczestnikiem debaty naukowej, a nie jedynie biernym czytelnikiem popularnych portali czy mediów społecznościowych. Różnica między akademikiem a „nauczycielem” polega właśnie na tym, że my bierzemy udział w procesie tworzenia wiedzy u źródła. Tylko będąc wewnątrz trwających właśnie badań, projektów i sporów metodologicznych, możemy przekazać studentom coś więcej niż suchy fakt – możemy przekazać im puls żywej nauki. To właśnie ta aktualność, poparta rzetelnym warsztatem badawczym, jest najlepszą odtrutką na starzejące się pomysły dydaktyczne i pozwala nam budować autorytet oparty na byciu „na bieżąco” w najpełniejszym tego słowa znaczeniu. Tyle, że trudno z nowościami zmieścić się we wcześniej opracowanych efektach kształcenia….

Ostatecznie więc dydaktyka okazuje się sztuką nieustannego pożegnania z tym, co jeszcze wczoraj wydawało się błyskotliwe. Naszym zadaniem nie jest budowanie pomników z wiedzy, lecz podtrzymywanie ognia, który wymaga ciągłego dokładania świeżego drewna. Jeśli sami przestaniemy płonąć ciekawością badacza, jeśli pozwolimy, by nasze metafory pokryły się kurzem wygodnictwa, staniemy się jedynie kustoszami w muzeum nieaktualnych idei. Prawdziwe nauczanie dzieje się w szczelinie między solidnym fundamentem teorii a drgającym tętnem współczesności. Tylko tam, gdzie nasza naukowa pasja spotyka się z autentycznym „teraz”, mamy szansę zasiać ziarno, które nie tylko wykiełkuje, ale przetrwa w umysłach studentów znacznie dłużej niż jeden sezon. Bo dydaktyka jest jak praca w ogrodzie z corocznym sianiem...

Być może w dydaktyce akademickiej ważniejsza jest nowość i aktualność niż utrwalone programy nauczania. Powinno być więcej wykładów i zajęć autorskich a mniej usztywnienia listą przedmiotów o ładniej brzmiących nazwach. Chyba największą wartością, nawet w XXI wieku, jest kontakt z autentycznym odkrywaniem niż encyklopedyczna wiedzą. Tę drugą łatwo znaleźć w książkach i internecie, a tej pierwszej nie znajdzie się nawet z narzędziami AI...

8.01.2026

Czy rzeczywiście jemioła jest coraz liczniejsza, a jeśli tak do dlaczego?

Latem, gdy dużo liści na drzewie, jemioła nie rzuca się tak w oczy. Ale i tak widać jak jest liczna. 
 

W czasie jesieni, a zwłaszcza zimy, gdy drzewa liściaste pozbawione są ulistnienia, wyraźnie widać jemiołę na drzewach. I można odnieść wrażenie, że tej jemioły jest więcej a niektóre drzewa są dosłownie oblepione zimozielonymi krzaczkami jemioły. Czy ten roślinny półpasożyt wyrządza jakieś szkody przy takiej liczebności? I czy rzeczywiście mamy ekspansję jemioły w Polsce? A jeśli tak, to z czego to może wynikać?

Jemioła rozprzestrzenia się przez ornitochorię czyli nasiona roznoszą ptaki. A jak jej udaje się uczepić nasionami gałęzi na drzewie? Nasiona są bardzo lepkie. Przekonałem się o tym jakiś czas temu, gdy zostałem zaproszony do jednej z olsztyńskich szkól na zieloną lekcję. Przygotowana była zielona klasa pod dużymi drzewami topoli. Pełnia letnia wegetacja, a w cieniu drzew miły chłód. Ale do butów zaczęło mi się coś przylepiać. Coś, co nie dawało się tak łatwo odczepić. Dość szybko zauważyłem, że na ziemi leży dużo owoców jemioły. Te, które opadły na ziemie nie mają szansy wykiełkować na gałęzi. Skazane są na porażkę i reprodukcyjna klęskę. Ale owoce jemioły są smaczne i pożywne. Zjada je wiele gatunków ptaków a nawet podobno także kuny. Jeśli ptak chce zjeść owoc bez połykania nasionka, to musi pozbyć się jakoś tego klejącego się dodatku. Wtedy będzie ocierał dziób o gałąź i tak zostanie przyklejone nasionko jemioły. W bardzo odpowiednim miejscu do kiełkowania i zapuszczania swoich ssawek. A jeśli w całości połknie, to w czasie defekacji także pozostawi gdzieś na drzewie. Lepkie nasiono nie spadnie z gałęzi. A że ptaki zazwyczaj siadają na drzewach to i bezwiednie rozsiewają tego zimozielonego półpasożyta.

Przecież ptaki nie od dziś ptaki zjadają jemiołę. Dlaczego więc w ostatnich latach możemy obserwować ekspansję tego gatunku? Sięgnąłem do różnym publikacji a efekty tego poszukiwania przedstawiam w niniejszym artykuliku. Jemioła na drzewach liściastych w Polsce wyraźnie znajduje się w ekspansji, rośnie liczba stanowisk i wachlarz gatunków gospodarzy, szczególnie w miastach i w krajobrazie przekształconym. Ekspansję napędzają głównie: ocieplenie klimatu i susze (osłabiające drzewa), struktura nasadzeń (monokultury i topolowe aleje), miejskie wyspy ciepła, ptaki roznoszące nasiona oraz niewielka kontrola w zieleni miejskiej. Przy masowym opanowaniu jemioła może realnie zagrażać topolom, brzozom i innym drzewom liściastym – szczególnie na siedliskach suchych, w miastach i przy powtarzających się suszach. Pojawia się także w lasach na sosnach i jodłach

W Europie występuje jemioła pospolita (Viscum album) oraz kilka jej podgatunków, różniących się preferencjami żywicielskimi. Źródła podają, że Viscum album jest szeroko rozpowszechniona na kontynencie a podgatunek rosnący na drzewach iglastych to Viscum album subsp. austriacum. Ten podgatunek specjalizuje się w sosnach, szczególnie w sośnie zwyczajnej (Pinus sylvestris). Można go spotkać także na jodłach. W literaturze naukowej opisuje się jego negatywny wpływ na drewno sosny oraz rosnące zagrożenie dla lasów Europy Środkowej.

Dlaczego ptaki tak chętnie zjadają owoce jemioły? Owoce jemioły są ważne tylko dla niektórych gatunków ptaków, takich jak jemiołuszka. Sama nazwa tego zimowego ptaka wskazuje na związek z jemiołą. Jemiołuszka w Skandynawii i na Syberii, gdzie odbywa lęgi, zjada małe owady, głównie komary i meszki. Ale, gdy zimą przyleci do nas, na południe, to komarów nie znajdzie. Wtedy zjada owoce jarzębiny (jarzębu pospolitego) i jemioły. Gdy zimą przylatuje do nas to radykalnie zmienia dietę na wegeteriańską i najczęściej żeruje na jarzębinie i właśnie na jemiołach. Do tego dochodzi paszkot Turdus viscivorus. Nazwę łacińska można byłoby przetłumaczyć na drozd jemiołojad. Rzadziej owoce jemioły zjadają kosy, drozdy śpiewaki, rudziki a nawet sikory, sroki i wrony.

Smaczniejsza od owoców jemioły jest jarzębina. I na dodatek bardziej kaloryczna. Ta konkurencja owoców jarzębiny i jemioły jest ważna. Bo być może ważnym elementem ograniczania ekspansji jemioły może być zwiększenie dostępności jarzębiny w czasie zimy. Czyli powinniśmy sadzić więcej tych drzew nie tylko w miastach.  

Prof. Piotr Tryjanowski podkreśla, że jemioła może pełnić również rolę schronienia dla małych ptaków. Bowiem wczesną wiosną, na początku sezonu lęgowego, większość drzew, w tym topole, są jeszcze bezlistne, a jedynie ulistnione krzewy jemioły dają ptaka dobra kryjówkę. Tam mogą ukryć swoje gniazda.

To co dla mnie jest ciekawe, to to, że  w ostatnich latach jemioła coraz bardziej rozprzestrzenia się nie tylko na drzewach w miastach, ale także w lasach. W czasach studenckich, na zajęciach z botaniki, podkreślano nam, że jemiołę niezwykle trudno znaleźć na sośnie. Teraz sytuacja się zmieniła. I najpewniej ma to związek z globalnym ociepleniem klimatu. Ptaki coraz częściej i w większej liczbie nie podejmują kosztowej zimowej wędrówki na południe lecz zimują na miejscu. A że zimą niewiele jest do zjedzenia to chętniej korzystają z owoców jemioły i przyczyniają się ro roznoszenia jej na kolejne drzewa. Viscum album można teraz częściej spotkać w lasach, szczególnie na zachodzie i w centralnej Polsce, gdzie w niektórych nadleśnictwach dokonuje prawdziwego spustoszenia. Jemioła dla drzew iglastych, głównie sosen, a na południu także jodeł, jest zdecydowanie groźniejsza, niż dla gatunków liściastych.

Jemioła jak zimozielony półpasożyt pobiera z drzewa, na którym żyje, wodę wraz ze składnikami mineralnymi. Ponadto prowadzi transpirację przez cały rok. W czasie suszy drzewa nie zawsze są w stanie pobrać tyle wody, by odżywić siebie i jeszcze jemiołę. A w dobie ocieplającego się klimatu mamy coraz więcej okresów suszy i braków wody dla drzew.

Analiza danych Lasów Państwowych z lat 2008–2018 wskazuje, że jemioła stała się istotnym czynnikiem uszkodzeń drzew w Polsce i że jej występowanie wyraźnie wzrosło w tym okresie. Dotyczy to nie tylko sosny, ale także drzew liściastych – rośnie powierzchnia drzewostanów uznanych za porażone oraz udział drzew z jemiołą w wielu nadleśnictwach. Na podstawie szerokiej inwentaryzacji w środkowej Polsce naukowcy wskazują, że jemioła pojawia się w miejscach, gdzie wcześniej nie stanowiła zagrożenia, a liczba pęków jemioły na pojedynczych drzewach jest w wielu drzewostanach wysoka. Choć badania naukowe koncentrują się na lasach (z przewagą iglastych), w wynikach uwzględniane są też liściaste – wskazując, że problem nie jest ograniczony do sosny.

W publikacjach naukowych pojawiają się dane wskazujące nowe dla Polski gatunki gospodarzy Viscum album subsp. album, m.in. dęby i inne drzewa w zieleni miejskiej i w podmiejskich lasach. To dowód, że jemioła poszerza spektrum liściastych gospodarzy w warunkach miejskich i podmiejskich (suburbia). Doniesienia o jemiole na złotokapie czy innych rzadkich gospodarzach wskazują, że w miastach jemioła wchodzi na kolejne, wcześniej rzadko notowane gatunki liściaste, jeśli tylko spełnione są warunki mikroklimatyczne i krajobrazowe. Z przejrzanym publikacji jasno klaruje się wniosek, że ekspansja dotyczy nie tylko wzrostu liczby pęków na „tradycyjnych” gospodarzach, ale również pojawiania się jemioły na nowych liściastych gatunkach drzew, zwłaszcza w miastach i ich otoczeniu.

Jakie są główne przyczyny ekspansji na drzewach liściastych? Jako pierwszy czynnik należy wymienić ocieplenie klimatu, w tym susze oraz łagodniejsze zimy. Jemioła staje się ważnym czynnikiem uszkodzeń drzew w Polsce w ostatniej dekadzie i wiążą to z szeregiem czynników środowiskowych, w tym z coraz częstszymi suszami oraz zmianami klimatycznymi. Łagodniejsze zimy sprzyjają przeżywalności jemioły na granicach zasięgu i w rejonach wcześniej chłodniejszych. Ostatnie lata to okres powtarzających się susz, które ewidentnie szkodzą polskim lasom. W takich warunkach obecność jemioły staje się dla drzewa szczególnie niebezpieczna, ponieważ zwiększa deficyt wody i obciążenie koron. Podczas niedoboru wody obecność jemioły może być szczególnie groźna dla gospodarza. Jest to więc efekt synergii. Ocieplenie klimatu nie działa samo – raczej „otwiera okno” na dłuższy sezon wegetacyjny jemioły, większe tempo rozwoju i przeżywalność młodych rozet. Do tego dochodzi kumulatywny efekt suszy. A na osłabionych drzewach łatwiej jest się osiedlać i rozwijać jemiole.

W lasach gospodarczych duże powierzchnie obsadzone jednym gatunkiem (monokultury) ułatwiają rozprzestrzenianie się jemioły, dlatego że  ptaki mogą „obsiewać” całe fragmenty krajobrazu jednorodnego gatunkowo. W zieleni miejskiej podobną rolę odgrywają aleje topolowe, lipowe czy klonowe. Długie ciągi jednorodnych gospodarzy są szczególnie podatne na rozprzestrzeniania się półpasożytów. Badania pokazują, że jemioła częściej występuje na drzewach starszych, dużych i rosnących w warunkach stresowych (zaburzona gospodarka wodna, zasolenie, ciasne stanowiska korzeniowe), co typowe dla miejskich topól czy brzóz rosnących przy drogach. Na dużych drzewach chętniej siadają ptaki, bo to dla nich bezpieczniejsze siedlisko. Ponadto im drzewo starsze tym więcej czasu wystawione jest na porażenie jemiołą. To czysta statystyka.

Badania z Torunia i innych miast pokazują, że jemioła nadzwyczaj dobrze czuje się w zieleni miejskiej. Miasta to swoiste wyspy ciepła. Panuje tu  cieplejszy mikroklimat, są liczne drzewa liściaste i jest stała obecność ptaków roznoszących nasiona. To sprzyjają szybkiemu rozszerzaniu zasięgu i poszerzania wachlarza gospodarzy. Miejska wyspa ciepła oznacza łagodniejsze zimy, mniej ekstremalnych przymrozków i dłuższy okres wegetacji. Wszystko to faworyzuje jemiołę na liściastych gospodarzach w miastach.

W lasach leśnicy częściej prowadzą zabiegi usuwania silnie opanowanych drzew. natomiast w zieleni miejskiej (zwłaszcza na prywatnych posesjach i w alejach przy drogach) jemioła bywa tolerowana lub traktowana jako element „uroku” zimowego krajobrazu, co ułatwia jej akumulację na topolach, brzozach, klonach czy lipach. Wiele publikacji wskazuje na roznoszenie nasion jemioły przez ptaki (głównie jemiołuszki, paszkoty, drozdy). W krajobrazie z dużą liczbą drzew liściastych w miastach i wsiach (parki, cmentarze, aleje) ptaki skutecznie przenoszą nasiona z drzewa na drzewo, szczególnie na najbardziej eksponowanych gałęziach. To typowe dla topoli i brzóz.

Zazwyczaj w umiarkowanym nasileniu jemioła nie stanowi zazwyczaj czynnika bezpośrednio śmiertelnego, natomiast w warunkach powtarzających się susz i przy dużym nasileniu może stać się poważnym zagrożeniem dla drzew.

Jak jemioła szkodzi drzewom? Poprzez zwiększoną transpiracji (jemioła „pije” wodę z ksylemu gospodarza), redukcję aparatu asymilacyjnego drzewa (gałęzie z jemiołą zamierają wcześniej), mechaniczne obciążenie koron (pęki jemioły, śnieg, wiatr) oraz większą podatności na grzyby, szkodniki i inne stresory. Zgodnie z przysłowiem "na pochyłe drzewo kozy skaczą” osłabione drzewa częściej są atakowane przez różnego rodzaju patogeny, pasożyty, grzyby i owady. Słabnie obrona drzew przed tymi agresorami. Także i jemioła z tego korzysta.

Dlaczego tak dużo jemioły widzimy na topolach i brzozach? Topole są łatwym celem dla jemioły. Szybko rosną, często mają kruche drewno i rozległe korony, rosną na siedliskach przekształconych (np. nasypy, brzegi dróg, wały przeciwpowodziowe), często przy deficycie wody w glebie. W takich warunkach intensywne opanowanie przez jemiołę może prowadzić do przyspieszonego zamierania koron, łamania konarów i skrócenia życia drzewa. Czyli do realnego zagrożenia bezpieczeństwa i trwałości takich drzewostanów i alei. W miejskich alejach topolowych i na pojedynczych topolach rosnących w pasach drogowych, jemioła bywa szczególnie obfita. Ptaki chętnie przesiadują na wysokich, eksponowanych konarach. W połączeniu z suszą i solą wysypywaną na drogi w czasie zimowego utrzymania dróg, ryzyko osłabienia, wyłamywania gałęzi i zamierania drzew jest wysokie. Z kolei brzozy są stosunkowo krótkowieczne i wrażliwe na suszę, zasolenie oraz uszkodzenia mechaniczne. Dodanie presji jemioły – czyli utrata części wody i asymilacji oraz dodatkowe obciążenie – może przyspieszyć proces zamierania koron i całych drzew.

W warunkach, gdy tylko pojedyncze pędy jemioły lub nieliczne pęki na dużym, znajdują się na zdrowym drzewie liściastym, gdy panują dobre warunki glebowo-wodne oraz brak jest innych silnych stresorów, wtedy jemioła jest raczej „symptomem dojrzałości ekosystemu” niż zagrożeniem. Ale jeśli są liczne pęki jemioły (kilkadziesiąt i więcej) na jednym drzewie, zajętych jest  większość konarów w górnej i środkowej części korony, a drzewo rośnie na siedlisku suchym, zasolonym lub silnie przekształconym oraz drzewo jest starsze i/lub już osłabione (uboga korona, posusz), to wtedy jemioła może zdecydowanie przyspieszyć obumieranie topól, brzóz, klonów czy lip. I to jest ten poziom, gdzie zaczynamy mówić o realnym zagrożeniu dla trwałości nasadzeń i bezpieczeństwa. Jest to także powód do zmartwień leśników.

Czy areał i liczebność jemioły w Europie rosną? Dane naukowe wskazują, że tak, rośnie areał i liczebność. Możemy więc mówić o ekspansji gatunku rodzimego. Dla wielu regionów Europy Środkowej i Wschodniej mamy mocne przesłanki, że jemioła (zwłaszcza na sośnie i świerku) rozszerza zasięg i zwiększa liczebność populacji. Nie jest to jednak zjawisko całkowicie jednorodne przestrzennie. Obecny zasięg trzech podgatunków V. album jest już dziś szeroki, a roślina określana jest jako znacząco i szybko ekspandująca w Europie, m.in. w drzewostanach iglastych. Wskazuje to na rosnące zagrożenie dla stabilności borów sosnowych, wynikające z intensywnego opanowywania drzew przez jemiołę.

W badaniu kartograficznym naukowcy porównali historyczne występowanie z obecną sytuacją. W XX wieku jemiołę odnotowano w 8 polach siatki, obecnie – w 95 na 378 pól. Jest to ponad 10-krotny wzrost pokrycia. Oznacza to istotne, udokumentowane poszerzenie zasięgu, szczególnie w kierunku północno‑wschodnim. Z kolein analiza rozmieszczenia jemioły w warunkach miejskich wykazała, że gatunek jest w badanych miastach szeroko rozpowszechniony, a jego występowanie silnie związane jest z określonymi cechami krajobrazowymi (układ zieleni, struktura zabudowy). Można więc napisać, że jemioła zajmuje nowe obszary (np. poszerzanie zasięgu regionalnego), zwiększa częstość występowania na drzewach gospodarzy, zwłaszcza w borach sosnowych i w miastach.

 Czy wzrost liczebności jemioły jest związany z globalnym ociepleniem? Na to pytanie również uzyskamy odpowiedź twierdzącą. Istnieje silny, dobrze udokumentowany związek pośredni – ocieplenie klimatu tworzy dla jemioły bardziej sprzyjające warunki termiczne i osłabia gospodarzy, a modele wskazują temperaturę jako główny predyktor zasięgu. Jednocześnie autorzy tych badań podkreślają, że na ekspansję wpływają również inne czynniki takie jak gospodarka leśna, urbanizacja, skład gatunkowy drzew oraz  ptaki jako roznosiciele nasion.

W oparciu o dane występowania i zmienne bioklimatyczne naukowcy modelują obecną i przyszłą niszę klimatyczną V. album. Wprost stwierdzają, że przyszłość jemioły w Europie będzie kształtowana głównie przez temperaturę oraz dostępność żywicieli, a w scenariuszach ocieplenia prognozowany jest dalszy wzrost odpowiednich siedlisk dla podgatunku typowego (subsp. album) i częściowo dla podgatunku V. a. austriacum. Obserwowana w ostatnich latach ekspansja w Europie Środkowej i Wschodniej jest zgodna z kierunkiem zmian klimatu (łagodniejsze zimy, dłuższy sezon wegetacyjny).

Z literatury i interpretacji naukowców można zarysować kilka mechanizmów łączących ocieplenie z ekspansją jemioły:

  • Łagodniejsze zimy: ograniczają uszkodzenia mrozowe jemioły, szczególnie na granicy zasięgu; pozwalają przetrwać młodym osobnikom w regionach wcześniej zbyt chłodnych.
  • Stres cieplny i związany z suszą gospodarzy: drzewa (szczególnie sosny) osłabione suszą i wysokimi temperaturami są bardziej podatne na intensywne opanowanie przez jemiołę i gorzej znoszą jej pasożytowanie. 
  • Zmiany w strukturze drzewostanów: ocieplenie sprzyja przeobrażeniom składu gatunkowego i kondycji drzew, co w połączeniu z gospodarką leśną (monokultury sosnowe, drogi, linie energetyczne) tworzy „korytarze” dla jemioły jako światłolubnego półpasożyta. 

Badania miejskie oraz regionalne sugerują, że ekspansja jemioły jest współkształtowana przez:

  • Urbanizację i wyspy ciepła: miasta są cieplejsze, a jednocześnie obfitują w nasadzenia żywicieli, często w formie drzew osłabionych, nadmiernie przycinanych czy rosnących w stresujących warunkach glebowych.
  • Strukturę krajobrazu: obecność parków, cmentarzy, alej, pojedynczych drzew przydrożnych sprzyja rozprzestrzenianiu się jemioły, szczególnie w miejscach intensywnych przelotów ptaków żywiących się jagodami jemioły.
  • Gospodarkę leśną: monokultury sosnowe i świerkowe stanowią „bank gospodarzy”; ograniczone usuwanie porażonych drzew czy brak systematycznej kontroli w niektórych krajach przyspiesza wzrost liczebności pasożyta.

W podsumowaniu można stwierdzić, że w wielu regionach Europy obserwuje się wyraźny wzrost areału i liczebności jemioły, co dokumentują dane kartograficzne, badania miejskie oraz prace wskazujące na rosnące zagrożenie dla drzewostanów iglastych. Tak, istnieje solidny związek między tym wzrostem a globalnym ociepleniem, choć większość dowodów ma charakter korelacyjno‑modelowy: temperatura jest jednym z głównych predyktorów zasięgu, a scenariusze ocieplenia przewidują dalszą ekspansję, szczególnie ku północy i w wyższe szerokości geograficzne. Jednocześnie trzeba przypomnieć, że ekspansja jemioły jest zjawiskiem wieloczynnikowym i współoddziaływują za nią: urbanizacja, skład gatunkowy nasadzeń, gospodarka leśna i zachowanie ptaków‑roznosicieli. Klimat „otwiera drzwi”, ale to struktura krajobrazu i praktyki człowieka decydują, jak szeroko zostaną one otwarte.

Tak więc nie jest złudzeniem ani przypadkowa, lokalna koincydencja gdy widząc oblepione jemiołą drzewa, mamy wrażenie że jest jej więcej niż kiedyś.

A na koniec coś optymistycznego. Jemiołowy silny klei budzi zainteresowania naukowców. Być może uda się wykorzystać w medycynie do "zszywania" ram po operacjach. A my wykorzystujmy krzaczki jemioły do dekoracji, im więcej będzie gospodarczego pozyskiwania jemioły ze środowiska, tym wolniej będzie przebiegała jej ekspansja. 

6.01.2026

Metoda projektu, czyli iść za studentem

Dawno temu, w czasie letniego obozu naukowego ze studenckim kołem naukowym, w poszukiwaniu chruścików i innych wodnych bezkręgowców, okolice Górowa Iławeckiego.

Zbliża się podsumowanie najnowszego projektu studentów „Eko kalendarz adwentowy”, trwał prawie cały grudzień, już po formalnym zakończeniu zajęć (zobacz więcej). Podsumowanie czyli analiza tego, co się udało i tego, co się nie udało w pełni zrealizować. Ta analiza jest ważna bo wszyscy uczymy się na własnych błędach a przez świętowanie wzmacniamy dobre rozwiązania. To na pewno przyda się w kolejnych działaniach.

Po czterdziestu latach pracy na uczelni, patrząc na kolejne roczniki młodych ludzi, dochodzę do wniosku, że najcenniejsze w nauczaniu nie jest przekazywanie gotowych odpowiedzi, ale wspólne wyruszanie w drogę, wspólne odkrywanie a potem wspólna refleksja nad tym co się wydarzyło i dlaczego. Na zajęciach z ochrony środowiska (ale i nie tylko na tych zajęciach) od lat daję moim studentom wybór: możecie zaliczyć ćwiczenia klasycznie, wykonując ćwiczenia wg instrukcji i pisząc sprawozdania, albo wejść w projekt. Wybór tej drugiej ścieżki to dla nich – i dla mnie – rezygnacja z bezpiecznego brzegu na rzecz nieznanych wód. Wychodzimy poza strefę komfortu.

Przez lata realizowałem projekty intuicyjnie. Zaczynało się w kole naukowym (zarówno jako student uczestnik a później jako opiekun koła), potem ucząc ochrony środowiska, włączyłem tę metodę do standardowych zajęć. Dopiero z czasem uświadomiłem sobie, że to, co robię, ma swoją nazwę w teorii edukacji: konstruktywizm. Czułem się trochę jak Molierowski pan Jourdain, który ze zdumieniem odkrył, że całe życie mówił prozą. W konstruktywizmie wiedza nie jest „przelewana” z głowy nauczyciela do głowy studenta. Ona jest budowana (konstruowana) przez samego studenta w procesie działania. Ja nie jestem tu sędzią, ale towarzyszem. Idę za studentem, nawet jeśli jego pomysł nie jest tym, który sam bym wybrał.

Dawniej projekt na ochronie środowiska oznaczał konkret: sprzątanie brzegów jeziora, sprzątanie lasu, budowanie hoteli dla zapylaczy, konstruowanie budek dla jeży. Był pot, realne działanie w terenie i widoczny gołym okiem efekt. Dzisiejsze pokolenie studentów jest inne (pokolenie Z). Widzę to wyraźnie – studenci przenoszą swoją aktywność w sferę cyfrową. Zamiast budować w terenie, budują zasięgi. Tworzą rolki na Instagramie, kampanie społeczne w mediach, edukują rówieśników w sieci. Taki był też projekt „Eko kalendarz adwentowy”.

Zmienił się też ich sposób bycia. Częściej „chowają się w cieniu”, ukrywają za nickami (profilami) lub zgeneralizowaną anonimowością, unikają bezpośredniej ekspozycji nazwisk. Ale to wciąż jest działanie. Uczę się od nich tego nowego świata – mechanizmów mediów społecznościowych, nowoczesnej komunikacji. To fascynująca wymiana: ja daję im doświadczenie merytoryczne, oni uczą mnie języka współczesności.

W opisywanym projekcie, wymyślonym przez studentów, były 24 zadania na kolejne 24 dni. Przesłanie do odbiorcy było takie: „Zrób tyle, ile zdołasz”. Jeśli poczujesz zmęczenie, odpuść jeden dzień, odpocznij, wróć jutro. To zdejmuje paraliżujący lęk przed perfekcją i prokrastynacją.

Jako wykładowca wchodzę w rolę członka zespołu, a nie nadzorcy. Dla wielu studentów to zdziwienie, wręcz szok. Są przyzwyczajeni do modelu kontroli, a tu nagle „profesor” pyta, w czym może pomóc i dzieli się swoimi umiejętnościami jako partner. Razem przechodzimy przez Cykl Kolba:

  1. Doświadczanie: robimy coś konkretnego (zarówno sam projekt jak i pojedyncze zadania).
  2. Refleksja: analizujemy, co się stało. Dlaczego nikt nie skomentował posta? Czy cała akcja spotkała się z zaplanowanym odzewem czy nie? Dlaczego?
  3. Teoretyzowanie: wyciągamy wnioski, osadzamy je w wiedzy o ochronie środowiska i psychologii społecznej.
  4. Praktyka: planujemy następny krok bogatsi o tę wiedzę. Te już będą aktywności poza zajęciami. Wychodzą z zajęć z pewnym doświadczeniem, refleksjami i kompetencjami do wykorzystania w samorządzie studenckim, działaniach różnych NGO czy w przyszłej pracy, po zakończeniu nauki na uczelni.

Ocenianie projektu to duże wyzwanie. A przecież muszą jakąś ocenę do USOS-a wpisać. Studenci często wybierają tematy najtrudniejsze – zmianę postaw społecznych. Jak zmierzyć, czy ktoś zaczął segregować śmieci pod wpływem ich filmu? Koszty rzetelnego pomiaru są ogromne. Wymagają czasu i sporych nakładów. Tego w pełni nie da się zrobić w ramach krótkiego, studenckiego projektu. Dlatego w mojej dydaktyce oceniam nie tylko efekt, ale przede wszystkim proces. Interesuje mnie zmiana, jaka zaszła w studencie. Czy nauczyli się współpracować? Czy potrafią wyjść z kryzysu, gdy zespół się kłóci? Czy potrafią słuchać siebie nawzajem (z czym, zauważam, bywa coraz trudniej)? Czy potrafią rzetelnie ocenić efekty i sam proces? Czy potrafią dostrzec mocne i słabe strony wspólnych działań?

Projekt to ryzyko, które warto podjąć.  Wchodzimy na nieznany grunt i możemy polec. Zarówno ja jako wykładowca, bo wcześniej przygotowany harmonogram zajęć sypie się i trzeba tworzyć od nowa, na bieżąco. I dla studentów, bo co będzie, jak cały projekt nie wyjdzie i nie będzie zaliczenia? Lub niższa od spodziewanej ocena? Ale jeśli tak się stanie – polegniemy razem. Jeśli odniesiemy sukces (naszą małą „wiktorię”), to świętujemy go wspólnie.

Dawniej starałem się mocno zasugerować temat i sposób realizacji projektu. Z czasem nauczyłem się iść za studentami. Zaufać im i pozwolić na błędy. Wspierać ich pomysły, nawet jeśli nie są najlepsze i wiążą się z różnymi zagrożeniami. Co zyskuję idąc za studentem? Zyskuję bezcenną wiedzę o tym, kim są dzisiejsi młodzi ludzie. Poznaję ich wartości, ich lęki i kompetencje społeczne. Projekt pozwala mi nie zardzewieć w profesorskiej katedrze. To żywa, pulsująca nauka, która przypomina mi codziennie, że edukacja to nie wypełnianie wiader, ale zapalanie ognia. Nawet jeśli ten ogień płonie dziś głównie na ekranie smartfona.

Podsumowanie projektu i świętowanie to ważny element zajęć. Jak pójdzie mi tym razem? Dla siebie przygotowałem takie pytania do wewnętrznego rozważenia:

  1. Gdzie kończy się wsparcie, a zaczyna nadzór? Jak w praktyce udaje mi się zachować balans między byciem „członkiem zespołu” a koniecznością bycia „oceniającym”?
  2. Czy „cyfrowa ucieczka” to strata? Jak oceniam zmianę aktywności studentów z działań fizycznych (np. w terenie) na działania w mediach społecznościowych? Czy te kompetencje są równie wartościowe w kontekście ochrony środowiska? W kontekście rozumienia a nie tylko wiedzy faktograficznej.
  3. Prawo do porażki. Czy w dzisiejszym systemie akademickim, nastawionym na wyniki i oceny, jest jeszcze miejsce na „wspólne polegnięcie” w projekcie? Jak reagują na to studenci przyzwyczajeni do wyścigu po oceny?
  4. Pomiar nieuchwytnego. W jaki sposób zweryfikuję zmianę postaw u moich studentów, wiedząc, że tradycyjne testy nie są w stanie uchwycić istoty procesu projektowego? Testu nie robię, bo jak zmierzyć testem umiejętności i kompetencje? I to, że coś w nich (studentach) się zmieniło w czasie zajęć. Po czym poznam, że osiągnęliśmy efekty kształcenia i w jakim zakresie się to udało?
  5. Relacja mistrz-uczeń. Czy pojęcie „pójścia za studentem” nie osłabia autorytetu wykładowcy?
Skończył się jeden projekt a w kolejnym semestrze prawdopodobnie będą kolejne. Dlaczego piszę "prawdopodobnie"? Bo daję studentom wybór sposobu uczenia się i sposobu zaliczania (mierzenia efektów kształcenia).

4.01.2026

Zawisak tawulec w przedszkolnej łączce kwietnej

Zawisak tawulec z Olsztyna, zaobserwowany przez przedszkolaków.
 

Od kilku lat Liga Ochrony Przyrody w Olsztynie organizuje konkurs dla przedszkoli ph. "Moja łączka kwietna". Jako juror i wsparcie merytoryczne i ja biorę udział w tym konkursie. Jest okazja na dodatkowe spotkania z uczniami w terenie i opowiadanie im o ciekawostkach przyrodniczych i o tym "co piszczy w trawie". Nauczyciele wraz z przedszkolakami podejmują się róznych działań w zakładaniu i pielęgnacji tak zwanych łąk kwietnych w swojej okolicy. Tworzą dzikie zakątki przyrody i obserwują życie, jakie się tam toczy. Przy okazji nauczycielki robią zdjęcia dokumentacyjne. W tym roku swoje prace przesłały m.in. przedszkola z Olsztyna nr 1 i 36. Na jednym z przesłanych zdjęć (w ramach obserwacji przyrodniczych) znalazł się zawisak tawulec, piękny motyl nocny. Chciałoby się powiedzieć nocny owadzi koliber.

Zawisak tawulec (Sphinx ligustri) to jeden z bardziej efektownych nocnych motyli Europy, a przy tym gatunek, który świetnie pokazuje, jak fascynujące potrafi być życie dużych, nocnych zapylaczy. Dorosłe motyle pojawiają się od końca maja do lipca, najczęściej o zmierzchu, kiedy zaczynają szybować nad kwiatami zawisają przy kwiatach niczym kolibry. Ich długość ciała wynosi 44-50 mm a rozpiętość skrzydeł dochodzi do 10–12 centymetrów, co czyni je jednymi z największych zawisaków w Polsce. Przednie skrzydła mają barwę ciemnobrązową z delikatnymi jasnymi liniami, natomiast tylne zaskakują różowo‑łososiowym tłem przeciętym czarnymi pręgami. Równie charakterystyczny jest odwłok, poprzecznie pręgowany na fioletowo i czarno, dzięki czemu nawet w locie trudno pomylić tawulca z innym gatunkiem. Dorosłe zawisaki tawulce można w Polsce spotkać od maja do lipca. Samica składa jaja na spodniej stronie liścia rośliny żywicielskiej tuż przy żyłce unerwienia,

Gąsienice tawulca są równie imponujące jak dorosłe owady. Osiągają duże rozmiary – do 10 cm długości, są intensywnie zielone, ozdobione ukośnymi białymi i fioletowymi pręgami, a na końcu ciała mają charakterystyczny „róg” - łukowato wygięty, żółto-czarny „kolec”. Grzbiet ciała nieco jaśniejszy, co ma na celu efektywniejsze maskowanie gąsienicy (gra świateł i cieni). W momencie zagrożenia unoszą przód ciała, co ludziom kojarzy się z wyglądem sfinksa (znalazło to także odbicie w nazwie rodzajowej Sphinx). Żerują latem, od lipca do września, wybierając przede wszystkim rośliny z rodziny oliwkowatych. Najczęściej spotyka się je na ligustrze pospolitym, lilaku, tawule japońskiej, śnieguliczce białej, budlei Davida, wiciokrzewie pomorskim i innych krzewach. To właśnie od tawuł wzięła się polska nazwa gatunku, choć w praktyce najłatwiej znaleźć gąsienice na żywopłotach ligustrowych w parkach i ogrodach. Pod koniec rozwoju larwy schodzą na ziemię i zakopują się w glebie, gdzie zimują jako poczwarki.

Zawisak tawulec jest gatunkiem palearktycznym, szeroko rozpowszechnionym w Europie, w tym w całej Polsce. Preferuje lasy liściaste i mieszane, ale równie chętnie zasiedla tereny zurbanizowane. W miastach pojawia się często przy lampach ulicznych, które przyciągają go w ciepłe, letnie noce. Dane obserwacyjne pokazują, że gąsienice bywają znajdowane także na chodnikach i drogach, kiedy wędrują w poszukiwaniu miejsca do przepoczwarczenia.

Choć jego wygląd może sugerować egzotyczne pochodzenie, tawulec jest typowym elementem naszej rodzimej fauny. Nie stanowi zagrożenia dla roślin – żeruje punktowo i nie tworzy masowych gradacji. Jest natomiast ważnym nocnym zapylaczem, odwiedzającym jasne, pachnące kwiaty. Jego lot, szybki i zawisający, to przykład doskonałej adaptacji do pobierania nektaru z głębokich kwiatowych kielichów.

Zawisak tawulec to motyl, który łączy efektowność z niezwykle ciekawą biologią. Jego obecność w ogrodach i parkach jest dowodem na to, że nawet w środku miasta można spotkać przedstawicieli nocnego świata owadów, którzy prowadzą życie równie barwne jak ich skrzydła.

Ma także swoich prześladowców, gąsienice atakowane są przez parazytoidy, gąsieniczniki Diphyus palliatorius, a poczwarki przez Protichneumon pisorius. A same gąsienice i owady dorosłe zjadane są przez ptaki i nietoperze.

3.01.2026

O języku, który tworzy świat i o maszynach, które uczą nas patrzeć na ludzką kulturę

Zdjęcie z galerii sztuki, ludzka kreatywność i poszukiwanie sensu w kawałkach desek. Jak interpretujesz ten obraz/instalację? Zdjęcie moje, bez wspomagania AI.
 

Być może największą wartością AI jest nie to, by pisała za nas, ale to, byśmy mogli zobaczyć, jak piszemy my sami. Niczym w lustrze. Z dużymi modelami językowymi (LLM) piszemy łatwiej, szybciej i więcej. Tylko czy ktoś to będzie czytał? Przy 8 miliardach ludzi na Ziemi, milionów piszących w tradycyjnych książkach i czasopismach oraz setkach milionów piszących w mediach społecznościowych i elektronicznych, milionach naukowców publikujących swoje wyniki i przemyślenia, powstanie niewyobrażalnie dużo treści. Kto to przeczyta kiedykolwiek? Chyba nie ludzie. To czytać będzie głównie AI? Skoro pisać może niemalże każdy, to tworzymy więc w dużym stopniu do szuflady, a w zasadzie do serwerów (chmury). Dużo, szybko i tanio. Czy będzie jak z tanim i masowym plastikiem, który zaśmieca lasy, jeziora, oceany a w formie mikroplastiku zanieczyszcza nawet nasze organizmy? Już teraz cierpimy na nadmiar bodźców: informacji, opowieści, obrazów, wideo. Gwar niesłychany i ogromne przebodźcowanie. Nasze umysły cierpią jak nasze ciała z przejedzenia kalorycznymi fast foodami. Przekroczyliśmy chyba masę krytyczną. W przypadku uranu dochodzi wtedy do wybuchu jądrowego. A co będzie z tekstami i kulturą?

Bez wątpienia AI jest jak nowa osoba w społeczności – staramy się poznać zarówno tę osobą jak i to, co się zmieniło przez jej obecność i interakcje. A zmienia się dużo i szybko.

Jestem przedstawicielem nauk przyrodniczych, eksperymentalnych. I tak jak w oświeceniu, gdy uczeni odeszli od ksiąg by samemu sprawdzić w terenie czy jest prawdą, to co piszą inni w starych księgach, tak i ja teraz eksperymentalnie i samodzielnie, niczym niewierny Tomasz, dotykam i sprawdzam jak to coś działa. Czy rzeczywiście roślina mandragora piszczy jak się ja wyrywa z ziemi (bo tak jest w starych księgach)? Czy AI jest kreatywne czy tylko stochastyczną papugą?

Co było celem mojego kolejnego eksperymentu? Od dłuższego czasu poznaję eksperymentalnie AI, zapewne tak jak wielu innych ludzi. Najnowszym impulsem i inspiracją do ostatniego eksperymentu były słowa profesora Dragana, fizyka, i jego książka Quo vAIdis.

Był wstęp z zaznaczonym celem. Teraz pora na materiał i metody by eksperyment był powtarzalny przez innych. Zatem kilka słów o tym, jak powstał ten tekst. Napisałem trzy teksty jako relacje (sprawozdania) z eksperymentu (linki niżej). Po kolei te blogowe raporty wrzuciłem do Copilota z poleceniem streszczenia każdego i podsumowania. Następnie poleciłem by na podstawie tych streszczeń i podsumować napisał esej. A potem jeszcze w dwu nowych wersjach, bardziej akademickiej i bardziej literackiej. Obie wersje zostały przeze mnie nieco poprawione i zmodyfikowane.

Pytania moje są takie: na ile jestem autorem tego sprokurowanego w kilku etapach tekstu? Skąd się bierze jego oryginalność? Pomysł był mój, wykonanie w części AI. Kto jest więc autorem? A może jest to praca współautorska? Ale czy długopis, laptop czy edytor tekstu umieszczamy jako współautorów? Czy i jak wskazać wkład AI? Czy wystarczy podać metodologię tworzenia? A może nie ma znaczeni jak się tworzy tekst, a ważny jest tylko efekt końcowy? Co ja oryginalnego wniosłem to tego tekstu, który czytacie? Pomysł na eksperyment i sposób wykorzystania? W raportach były zawarte moje refleksje, a więc moje a nie AI. Ale cały czas dialogowałem z AI lub sam ze sobą za pośrednictwem AI. Przypominają mi się kolektywy myślowe Ludwika Flecka. On wtedy pisał tylko o ludziach, o naukowcach białkowych, z krwi i kości. Czy teraz jest to słuszne także dla społeczności hybrydowych, ludzko-maszynowych? Znowu więcej pytań niż odpowiedzi. Czyli zachęta do dalszych eksperymentów.

Copilot po wygenerowanym tekście sam podpowiadał w jakim kierunku można kontynuować i co jeszcze zrobić. Mogłem wybrać i skorzystać z tych podpowiedzi, albo podążać dalej tylko swoim zamysłem i zamiarem. Pod pierwszą wersją podsumowującego tekstu Copilot zaproponował m.in. wersję bardziej akademicką lub bardziej literacką. Wygenerowałem obie i po małych poprawkach przedstawiam niżej.

Wersja bardziej akademicka (nieco poprawiona):

Esej akademicki: Generatywne modele językowe jako narzędzie analizy języka, kreatywności i kultury

1. Wprowadzenie: eksperyment jako metoda poznania

W tradycji nowożytnej nauki eksperyment stanowi podstawowy sposób weryfikacji hipotez. Zamiast przyjmować założenia dotyczące natury generatywnej sztucznej inteligencji - czy jest ona kreatywna, czy jedynie stochastyczna - autor przeprowadza serię empirycznych testów. Wykorzystuje trzy różne modele językowe (Gemini, Copilot, Bielik), którym zadaje identyczne, celowo absurdalne zadania. Celem jest nie tylko sprawdzenie ich reakcji, lecz także zbadanie mechanizmów, które stoją za generowaniem sensu w warunkach braku znaczenia.

Eksperyment ten wpisuje się w szerszy kontekst epistemologiczny: poznawanie nowego obiektu - w tym przypadku AI - poprzez obserwację, porównanie i iteracyjne testowanie. To podejście przypomina klasyczne metafory poznawcze, takie jak opowieść o ślepcach dotykających słonia: dopiero suma fragmentarycznych obserwacji pozwala zrekonstruować całość.

2. Konstrukcja eksperymentu: słowa pozbawione znaczenia jako narzędzie badawcze

Wszystkie trzy modele otrzymały identyczny zestaw wymyślonych słów (protronista, somponitny, wykurglać, niuntowatość, murglowatość) oraz polecenie napisania eseju o „wpływie projekczycieli na ewolucję Smoka wawelskiego”. Słowa te nie istnieją w języku polskim, nie mają definicji ani konotacji kulturowych. Stanowią więc idealny materiał do badania:

  • jak modele radzą sobie z lukami semantycznymi,
  • czy potrafią nadawać znaczenia na podstawie kontekstu,
  • w jaki sposób budują spójność tekstu,
  • czy generują sens, czy jedynie jego pozór.

To test nie tyle kreatywności, ile mechanizmów emergencji znaczenia.

3. Wyniki: trzy modele, trzy strategie generowania sensu

3.1. Gemini — strategia literacko‑metaforyczna

Gemini wykazuje tendencję do tworzenia tekstów bogatych stylistycznie, pełnych metafor, neologizmów i rozbudowanych konstrukcji. Wymyślone słowa są przez niego natychmiast włączane w system semantyczny poprzez nadawanie im definicji kontekstowych. Model ten kompensuje brak znaczenia nadmiarem stylistycznym, co prowadzi do powstania tekstów efektownych, lecz pozbawionych rzeczywistej treści naukowej.

3.2. Copilot - strategia hybrydowa: fikcja + fakty

Copilot wyróżnia się zdolnością łączenia fikcyjnych elementów z poprawnymi informacjami naukowymi. Wprowadza do narracji realne dane paleontologiczne dotyczące gatunku Smok wawelski z Lisowic, a także tworzy struktury dydaktyczne, w tym kompletny scenariusz zajęć. Model ten generuje teksty, które - mimo absurdalnych założeń - posiadają logiczną strukturę i walor edukacyjny.

3.3. Bielik - strategia korekcyjno‑konserwatywna

Bielik wykazuje tendencję do „naprawiania” języka: zmienia słowo projekczyciel na projektor, co sugeruje silniejszą orientację na normatywność. Jego teksty są poprawne, lecz mniej rozbudowane stylistycznie. Model ten generuje sens poprzez ostrożne dopasowywanie kontekstu, unikając nadmiernych metafor i eksperymentów językowych.

3.4. Wspólna cecha wszystkich modeli

Pomimo różnic stylistycznych wszystkie trzy modele:

  • potrafią wpleść słowa pozbawione znaczenia w spójną narrację,
  • generują teksty, które sprawiają wrażenie sensownych,
  • ujawniają, że struktura języka sama w sobie może tworzyć iluzję znaczenia.

To kluczowy wniosek eksperymentu.

4. Język jako system nadmiarowy: metafora hologramu

Autor trafnie porównuje język do hologramu: nawet po usunięciu części elementów obraz pozostaje rozpoznawalny. W kontekście eksperymentu oznacza to, że:

  • sens nie jest zakodowany w pojedynczych słowach,
  • znaczenie powstaje z relacji między elementami,
  • kontekst wypełnia luki semantyczne,
  • odbiorca rekonstruuje sens na podstawie struktury, a nie treści.

To obserwacja zgodna z ustaleniami lingwistyki kognitywnej i teorii emergencji.

5. AI jako narzędzie analizy ludzkiej komunikacji

Eksperyment ujawnia, że generatywne modele językowe nie tylko imitują ludzkie wypowiedzi, ale także pozwalają je analizować. Teksty wygenerowane przez AI przypominają:

  • pseudonaukowe wywody pozbawione treści,
  • przemówienia polityczne oparte na pustych pojęciach,
  • dyskursy akademickie, w których forma dominuje nad treścią.

AI staje się więc lustrem, które odbija mechanizmy ludzkiej komunikacji - w tym jej skłonność do tworzenia pozorów sensu.

6. Kreatywność jako zjawisko emergentne

Eksperyment prowadzi do pytania o naturę kreatywności. Czy AI jest kreatywna? A może to człowiek przecenia własną kreatywność, nie dostrzegając, że większość twórczości polega na rekombinacji istniejących wzorców?

Wyniki sugerują, że:

  • kreatywność może być efektem działania systemu językowego,
  • nowość nie musi wynikać z intencji, lecz z kombinatoryki,
  • zarówno człowiek, jak i AI operują na podobnych zasadach emergencji,
  • różnica między nimi może być ilościowa, nie jakościowa.

To otwiera pole do dalszych badań nad relacją między językiem, kulturą i technologią.

7. Zakończenie: pytania ważniejsze niż odpowiedzi

Eksperyment nie prowadzi do ostatecznych konkluzji i to właśnie stanowi jego wartość. Zamiast zamykać temat, otwiera nowe obszary refleksji:

  • jak powstaje sens?
  • czym jest kreatywność?
  • jak działa język jako system?
  • co AI mówi nam o nas samych?
  • czy kultura i biologia podlegają podobnym mechanizmom nadmiarowości i rearanżacji?
  • Czy podobieństwo między ewolucją biologiczną a ewolucją kulturową to tylko powierzchowna analogia?

W duchu nauki autor kończy nie odpowiedzią, lecz zaproszeniem do dalszego badania. Poznanie osiąga pełnię dopiero wtedy, gdy staje się doświadczeniem wspólnym.

 

Linki do relacji z eksperymentów:

Wersja literacka (poprawiona i nieco zmodyfikowana). Wybrałem taką by jeszcze uprościć podsumowanie i nadać mu bardziej przyswajalną dla przeciętnego odbiorcy formę:.

Esej literacki: O języku, który tworzy świat, i o maszynach, które uczą nas patrzeć

Od trzech lat żyjemy w świecie, w którym obok ludzi pojawił się nowy byt. Nie z krwi i kości, nie z mitów ani z kosmicznych opowieści, lecz z matematyki, statystyki i niepojętej dla nas gęstwiny wag neuronowych. A jednak, gdy z nim rozmawiamy, czujemy się tak, jakbyśmy dotykali czegoś znajomego. Jakbyśmy wchodzili w dialog z lustrem, które odbija nie tylko nasz język, ale i nasze własne złudzenia.

Mój eksperyment - prosty, a jednocześnie przewrotny - polegał na tym, by włożyć w ręce tych nowych bytów słowa, które nie istnieją. Słowa puste jak skorupy, pozbawione historii, znaczeń, konotacji. Słowa, które nie mają żadnego zakotwiczenia w kulturze. I sprawdzić, co się stanie, gdy poprosimy je o stworzenie z nich sensu. Czy będą milczeć? Czy odmówią? A może- jak człowiek, który nie chce przyznać się do niewiedzy - zaczną mówić, byle mówić?

Gemini odpowiedział jak poeta, który nie zna ciszy. Wypełnił pustkę metaforami, jakby bał się, że jeśli zostawi choćby jedno zdanie bez ornamentu, cały świat się rozsypie. Jego teksty były jak barokowe freski: piękne, przesadne, pełne własnych definicji, które rodziły się w locie. Słowa, które mu podałeś, stały się dla niego tworzywem, z którego ulepił własny kosmos. Nie miało znaczenia, że były bezsensowne — sens powstawał z samego aktu mówienia.

Copilot poszedł inną drogą. On nie tylko mówił - on budował. Łączył fikcję z faktami, legendę z paleontologią, Smoka wawelskiego z Lisowicami, a neologizmy z dydaktyką. Z nonsensu tworzył narzędzia edukacyjne, jakby chciał powiedzieć: „Skoro dałeś mi chaos, to ja zrobię z niego strukturę”. Jego odpowiedzi były jak dobrze zaprojektowane ogrody - nie dzikie, nie barokowe, lecz uporządkowane, z alejkami prowadzącymi od mitu do nauki, od zabawy do metodologii.

Bielik natomiast zachowywał się jak ktoś, kto najpierw poprawia kołnierzyk, zanim zacznie mówić. Zmieniał słowa, wygładzał zdania, próbował przywrócić język do normy, jakby bał się, że zbyt duża swoboda może go zaprowadzić w rejony, gdzie nie czuje się pewnie. Jego teksty były skromniejsze, bardziej zachowawcze, ale również spójne. Mniej było w nich fajerwerków, więcej ostrożności. Jakby mówił: „Nie wiem, czym jest ten świat, który mi dajesz, ale spróbuję go uporządkować”.

A jednak — mimo różnic — wszystkie trzy modele zrobiły to samo. Wzięły słowa bez znaczenia i wplotły je w narracje, które wyglądały na sensowne. Nadały im funkcje, role, konteksty. Wypełniły pustkę językiem. I w tym właśnie tkwi sedno mojego eksperymentu: nie w tym, jak różne są modele, lecz w tym, jak podobny jest mechanizm, który nimi rządzi.

Język działa jak hologram. Można go przełamać, można usunąć połowę elementów, a obraz i tak pozostanie rozpoznawalny (choć mniej wyraźny). Słowa są tylko fragmentami większej całości, a sens rodzi się nie z nich, lecz z relacji między nimi. Można włożyć w zdanie słowo „niuntowatość”, a mózg — ludzki czy maszynowy — i tak spróbuje nadać mu znaczenie. Bo język nie znosi pustki. Bo sens jest czymś, co tworzymy nawet wtedy, gdy nie mamy do tego żadnych podstaw.

I tu pojawia się pytanie, które unosi się nad całym eksperymentem jak mgła nad Wisłą: czym właściwie jest kreatywność? Czy to iskra boska, jak chcieliby romantycy? Czy może tylko bardziej skomplikowana wersja tego, co robią modele językowe — rekombinacja, wariacja, powtarzanie starych wzorców w nowych konfiguracjach? Może człowiek jest po prostu stochastyczną papugą, która nauczyła się wierzyć, że jej własne powtórzenia są czymś wyjątkowym.

A może kreatywność nie tkwi ani w człowieku, ani w maszynie, lecz w samym języku? W jego nadmiarowości, w jego zdolności do tworzenia sensu tam, gdzie go nie ma. W jego holograficznej naturze, która pozwala nam widzieć całość nawet wtedy, gdy dysponujemy tylko fragmentem.

Mój eksperyment nie daje ostatecznej odpowiedzi. I dobrze. Bo odpowiedzi zamykają, a pytania otwierają. A ja otworzyłem ich wiele: o naturę języka, o granice sensu, o relację między człowiekiem a technologią, o to, czy AI jest lustrem, w którym widzimy siebie wyraźniej niż kiedykolwiek wcześniej.

Może właśnie po to jest AI - nie po to, by pisać za nas, ale po to, byśmy mogli zobaczyć, jak piszemy my sami. Nie po to, by tworzyć sens, lecz by pokazać, jak łatwo go tworzymy, nawet gdy nie ma ku temu żadnych podstaw. Nie po to, by zastąpić człowieka, lecz by odsłonić mechanizmy, które człowieka tworzą.

A najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że odkrywanie nabiera pełni dopiero wtedy, gdy dzielimy się nim z innymi. I właśnie to robię: zapraszam do rozmowy, do wspólnego dotykania słonia, którego nikt jeszcze nie widział w całości.

2.01.2026

Smacznie śpisz a w tym czasie pluskwa cię podgryza

Stadia rozwojowe pluskwy domowej, grafika wygenerowana przez Copilot. AI nie udało się jedynie dobrze zilustrować pierwszego stadium larwalnego - brakuje jednej pary odnóży oczu i czułków.

Jak sama nazwa wskazuje owady… wadzą. Wiele gatunków sześcionogów wadzi nam w życiu codziennym. Jedne piją naszą krew, inne wyjadają naszą żywność i traktujemy je jako szkodniki, inne łaskoczą nas swoimi odnóżami i roznoszą chorobotwórcze mikroorganizmy. Jeszcze inne są jadowite i żądlące czyli sprawiają nam ból. Ale to tylko cześć owadziej bioróżnorodności, bo znacznie więcej owadów nam nijak nie wadzi a nawet pomaga i sprzyja. I nie mam na myśli tylko pszczoły miodnej. Niemniej, tak jak w mediach, więcej uwagi zwracamy na to co złe i wadzące niż na to co dobre i pożyteczne.

Dzisiaj chcę opowiedzieć (a w zasadzie opisać) o pluskwie domowej, najprawdopodobniej pierwszym miejskim owadzim gatunku synantropijnym, który na stałe do nas przylgnął w siedliskach trwałych domostw. Pluskwy, podobnie jak wiele innych bezkręgowców, uległy synantropizacji, dostosowując się do środowiska zmienionego przez człowieka i ucząc się żyć blisko niego.

Moje pierwsze spotkanie z pluskwą domową (Cimex lectularius) odbyło się w czasie studiów, w akademiku. Chyba sam nie byłem pokąsany, ale pluskwy były i nawet udało się nam złapać jednego owada. Od razu zrobiliśmy preparat mikroskopowy do obserwacji. Bo to pierwsza reakcja młodego i biologicznie zainteresowanego człowieka. Przyjrzeć się i zrobić materiał do dalszych obserwacji. Niech służy innym studentom. Po dezynsekcji akademika pluskwy zniknęły. Potem słyszałem o podróżujących pociągami w pluszowych obiciach nocnych pociągów dalekobieżnych. Na długo zapadła cisza ale w ostatnich latach pojawia się coraz więcej doniesień o ich dokuczliwej obecności wśród nas.

Kiedyś wyczytałem informacje, że pluskwa domowa „przeskoczyła” na człowieka z gołębi i to w starożytnym Rzymie, gdy ludzie mieszkali blisko z tymi ptakami. Artykuł czy książka wydawały się wiarygodne i taką wersje zapamiętałem a nawet upowszechniałem na zajęciach dydaktycznych. To był jeszcze jeden przykład odzwierzęcych chorób i pasożytów, jakie ludzie w rozwoju cywilizacyjnym pozyskali z otaczającej przyrody. Gdy ostatnio zainteresowałem się pluskwą domową to w wyszukanych informacjach jako źródło pluskwy domowej wskazane zostały nietoperze! Dwie, wykluczające się informacje. Trzeba więc było dokładniej sprawdzić i przeanalizować.

Z poszukiwań wyszło, że owszem, jest pluskwa, żyjąca na gołębiach i być może okazjonalnie atakować ludzi. Cimex columbarius, czyli pluskwa gołębia, to gatunek pluskwy pasożytującej głównie na ptakach, szczególnie na gołębiach, ale może atakować również ludzi i inne ssaki, przenosząc się z gniazd ptasich do domów, gdzie może powodować ugryzienia. Chociaż głównym celem są ptaki, pluskwa ta, podobnie jak inne gatunki z rodziny pluskwowatych (Cimicidae), może chwilowo pożywiać się krwią ludzi i innych stałocieplnych żywicieli. Żywicielem  pierwotnym Cimex columbarius gołębie i inne ptaki gniazdujące w budynkach. Potencjalnymi żywicielami, w razie braku ptaków dziko żyjących są ludzie, drób (kury), nietoperze, a nawet gryzonie. Siedliskiem tego gatunku pluskwy są gniazda ptaków, szczeliny w budynkach, strychy, poddasza, a w przypadku inwazji - mieszkania, hotele. Pluskwa gołębia jest w wyglądzie podobna do pluskwy domowej (Cimex lectularius), jest czerwono-brązowa i  spłaszczona. Być może to podobieństwo oraz okazjonalność atakowania człowieka była źródłem tej mojej błędnej informacji o pochodzeniu pluskwy domowej. Niemniej pluskwa domowa ludzi atakuje rzadziej niż Cimex lectularius, ale może powodować swędzące ukąszenia, przenosząc się z miejsc gniazdowania ptaków. Pluskwa gołębia może zasiedlać ogrzewane zimą pomieszczenia, stając się problemem inwazyjnym w miastach, często niezauważonym, dopóki nie zaatakuje ludzi. Jeśli w czasie pobytu w jakimś  mieszkaniu pojawiają się na naszym ciele pluskwopodobne ukąszenia, a w pobliżu są gołębie (np. na parapecie, strychu), a zwłaszcza po zakupie starych mebli, należy rozważyć możliwość obecności także pluskwy gołębiej (Cimex columbarius). Bo jak się okazuje nie każda pluskwa jest pluskwą domową.

Wróćmy jednak do pluskwy domowej (Cimex lectularius). Związek tej pluskwy z człowiekiem jest o wiele starszy, niż mogłoby się wydawać. Sięga czasów paleolitu (2,58 mln – 11,7 tys. lat temu), kiedy nasi przodkowie dzielili jaskinie z nietoperzami. To właśnie wtedy pasożyty, pierwotnie żerujące na nietoperzach, przeniosły się na człowieka i jego przodków. Miliony lat wspólnej ewolucji sprawiły, że pluskwy są perfekcyjnie przystosowane do naszych nawyków i stylu życia.

A dlaczego teraz jest więcej informacji o pluskwach domowych? Wydaje się, że jest ich więcej. W pierwszym odruchu można byłoby połączyć ekspansję pluskwy domowej z globalnym ociepleniem klimatu. Wszak najlepiej rozwija się w temperaturze 20-30 stopni Celsjusza a mróz jej ewidentnie szkodzi. Ale temperatura to tylko dodatkowy i mało ważny element. Główną przyczyną jest to, że częściej podróżujemy. I przewozimy niechcący tego owada w walizkach, plecakach i torbach podróżnych. Spotkać go można nawet w luksusowych hotelach bo pluskwy nie lęgną się z brudu, ani im bród nie sprzyja. Wymagają jedynie obecności człowieka bo w nocy żywią się naszą krwią a na dzień chowają się w różnych szczelinach. Są hematofagami, czyli krwiożercami.

Skąd się wzięły pluskwy jako krwiopijne i zewnętrzne pasożyty człowieka? Udało się to ustalić po różnych badaniach genetycznych. Przeszły na nas z nietoperzy. Badania naukowe (genetyczne) wskazują, że z nietoperzy pluskwa domowa przeszła na ludzi nie później niż 60 tys. lat temu, a prawdopodobnie dużo wcześniej. I stało się to najprawdopodobniej w jaskiniach. Możliwe, że wiele razy i w różnym okresie pluskwy te pożywiały się Homo sapiens czy Homo erectus a może i Homo neandertalensis. Jak wskazuje nam przypadek pluskwy gołębiej wiele razy w naszej ewolucji stykaliśmy się z krwiopijnymi owadami. Czasem bywa to związek okazjonalny i krótkotrwały, a czasem utrwala się i następuje duża specjalizacja pokarmowa. Czyli ewolucyjne dostosowanie się pasożyta do nowego żywiciela.

A że ludzie odwiedzali jaskinie dość rzadko, bowiem najczęściej nasi ciągle wędrujący przodkowie spali gdzież w szałasach, namiotach czy prymitywnych jurtach, to tam nietoperzy nie było. Był więc to kontakt człowieka z pluskwami raczej sporadyczny i uzupełnialiśmy jedynie krew wypijaną z nietoperzy.

Na stałe krwiopijne pluskwy związały się z ludźmi jakieś 13 tys. lat temu, gdy zaczęliśmy mieszkać w stałych miastach i wioskach. To pierwszy miejski pasożyt i miejski gatunek synantropijny. Po ostatnim zlodowaceniu populacja pluskwy żyjąca na nietoperzach nie odbudowała się, i dalej przeżywa populacyjny regres. Ale ta żyjąca na ludziach zanotowała duży sukces i ekspansję. Stałe zamieszkanie ludzi pomogło jej w zaadoptowaniu się do nowych warunków.

W latach 60. XX wieku, dzięki powszechnemu stosowaniu DDT czyli azotoksu (insektycyd), udało się zmniejszyć liczebność ludzkiej pluskwy domowej na całym świecie.  Ale po kilku, kilkunastu latach wróciły już bardziej odporne na pestycydy. Nieustająca wojna pasożyta z jego żywicielem.

Pluskwa domowa (Cimex lectularius) - dla wielu brzmi to jak relikt przeszłości i problem z dawnych, mniej higienicznych czasów. Nic bardziej mylnego. Te pasożyty przeżywają obecnie swój renesans i stają się poważnym, ogólnokrajowym problemem także we współczesnej, bogatej Polsce. Co gorsza, większość naszej wiedzy na ich temat opiera się na szkodliwych mitach.

Obecność pluskiew nie ma absolutnie żadnego związku z brakiem higieny czy czystości. Ich jedynym źródłem pożywienia jest krew, a do żywiciela przyciąga je ciepło naszego ciała i wydychany dwutlenek węgla a nie resztki jedzenia czy kurz. Dlatego można je spotkać wszędzie, od pięciogwiazdkowych hoteli po sterylnie czyste apartamenty.

Pluskwy przez dekady wykształciły znaczną oporność na wiele popularnych insektycydów. Ich szybki cykl życiowy, trwający w optymalnych warunkach zaledwie 6-8 tygodni, sprzyja błyskawicznej ewolucji tej odporności z pokolenia na pokolenie. Ich zdolność do chowania się w głębokich zakamarkach sprawia, że spraye ze środkami owadobójczymi po prostu do nich nie docierają. Co więcej, ich jaja są wyjątkowo odporne na większość substancji chemicznych.

Pluskwy nie latają ani nie skaczą. Są za to mistrzami transportu pasywnego (na gapę). Ich odnóża, wyposażone w pazurki, pozwalają im bez trudu czepiać się tkanin, walizek i mebli, podróżując z nami na ogromne odległości. Zwiększona mobilność ludzi stała się dla nich globalną autostradą. Wcześniej jaskinie z nietoperzami nie przemieszczały się. A wcześni nomadzi nie nosili ze sobą zbyt wielu rzeczy, w których mogłyby znaleźć schronienie pluskwy. Teraz jednak podróżujemy i przeprowadzamy się z całym dobytkiem, niejako z fragmentami jaskiń. Dlatego znacznie łatwiej podróżować takim pasożytom jak pluskwy domowe.

Nam w Olsztynie bardziej jednak dokuczają komary, pluskwy są jeszcze rzadkością. Ale czy nie przywieziemy ich z urlopowych wojaży? Prędzej czy później? Głównym czynnikiem sprzyjającym ekspansji pluskiew jest globalna i lokalna mobilność ludzi. Pluskwy domowe są określane jako „mistrzowie transportu pasywnego” i kochają podróże. Ich rozprzestrzenianiu sprzyja intensyfikacja podróży i turystyki (międzynarodowych i krajowych). Pluskwy mogą być łatwo przeniesione w bagażu, odzieży lub obuwiu. Kolejnym czynnikiem sprzyjającym pluskwom są obiekty noclegowe o wysokiej rotacji gości, które stanowią pierwotne i najczęstsze ogniska infestacji. Należą do nich: hotele (zarówno pięciogwiazdkowe, jak i gościńce), hostele, sanatoria, akademiki i szpitale. Trzecim czynnikiem jest transport publiczny i miejsca publiczne. Pluskwy występują dosłownie wszędzie. Można je nieświadomie przynieść z: autobusów, pociągów (zwłaszcza na trasach dalekobieżnych), komunikacji miejskiej, kin, teatrów i oper. Ich dyspersji sprzyjają także wydarzenia masowe. Przykładowo, problem pluskiew w Polsce nasilił się po 2012 roku, a profesor Stanisław Ignatowicz przewidywał, że organizacja mistrzostw Euro 2012 może przynieść problemy związane z pluskwami przywiezionymi przez kibiców z wielu krajów.

Ostatnio (koniec listopada 2025 r.), gdy ja i żona w ciągu kilku dni zauważyliśmy swędzące ukąszenia na ciele, to pomyśleliśmy o pluskwach. No bo co mogłoby ukąsić i pić krew w zimie? Przypominaliśmy sobie nasze podróże i miejsca hotelowe. Na wszelki wypadem zamontowaliśmy specjalne pułapki, aby ostatecznie rozstrzygnąć, pluskwa w nocy gryzie czy nie pluskwa? Bo jeśli pluskwa, to może przewodami wentylacyjnymi przedostawała się od sąsiadów. Niedawno się wprowadzili nowi lokatorzy wraz z meblami. Tak czy siak odpluskwianiem trzeba byłoby objąć przynajmniej cały pion w bloku. Miesiąc obserwacji nie wykazał żadnej pluskwy. I śladów ukąszeń też więcej nie było. Zatem to raczej jakiś zimujący komar nas tak wystraszył. Komary do rozwoju larw potrzebują innych siedlisk (wodnych) niże te w mieszkami. Więc nie ma potrzeby robić blokowej dezynsekcji. I tak od wiosny z terenów nad rzeką Łyną do nas przylecą nowe pokolenia. Teraz zimują samice gdzieś w piwnicach, przewodach wentylacyjnych czy szparach w oknach. I widać czasem się budzą, gdy jest nieco cieplej. A do dalszego zimowania potrzebują się odżywić...

Pluskwy przedostają się do mieszkań na wiele sposobów, często z powodu nieostrożności i rosnącego rynku wtórnego. Zakup używanych mebli (zwłaszcza materacy, łóżek, tapicerowanych sof i foteli), ubrań i książek obarczony jest wysokim ryzykiem infestacji. Pluskwy łatwo się rozprzestrzeniają, gdy zapluskwiony mebel zostaje wyrzucony na ulicę i zabrany przez inną osobę, zanim trafi do śmieciarki. W końcu do naszego domu pluskwy mogą być przywleczone przez gości.

A jak poznać, że w domu (lub hotelu) są pluskwy? Pierwszym sygnałem alarmowym są swędzące ugryzienia, układające się w zygzakowate linie na ciele. Mogą być one jednak mylące. Najbardziej charakterystyczny wzór to tzw. „ścieżka żerowania” lub „śniadanie, obiad i kolacja” – trzy lub więcej ugryzień ułożonych w linii prostej lub niewielkim skupisku. A jak coś takiego zauważymy w czasie pobytu w hotelu to przed wyjazdem starannie sprawdźmy swój bagaż. Potem po powrocie ponownie sprawdźmy i profilaktycznie wypierzmy wszystkie ubrania. By nie była tam niechcianych pasażerów na gapę.

O wiele bardziej wiarygodnym dowodem infestacji są tzw. bioślady, które można znaleźć w pobliżu kryjówek (głównie wokół łóżka). Szukaj ich uważnie, zwracając uwagę na niewielkie, czarne lub rdzawe plamki na materacu, ramie łóżka czy pościeli. Są to odchody pluskiew (strawiona krew), które w odróżnieniu od zwykłego brudu rozmazują się po przetarciu wilgotną szmatką. Można także zauważyć plamki krwi - drobne smugi lub kropki krwi na prześcieradle. Powstają z dwóch powodów: z miejsca po ugryzieniu, które nie zdążyło się zasklepić, lub – co częstsze – przez przypadkowe zgniecenie przez śpiącą osobę pluskwy świeżo opitej krwią. Możemy także zaobserwować wylinki pluskiew. Są to przezroczyste, jasnobrązowe i puste pancerzyki (egzoszkielety), które owad porzuca w miarę wzrostu. Ich znalezienie to pewny znak, że w mieszkaniu trwa aktywny cykl rozwojowy kolonii. W końcu możemy zaobserwować jaja. Są maleńkie (ok. 1 mm), perłowobiałe, składane w skupiskach w szczelinach i zakamarkach. Są one przyklejane do powierzchni za pomocą lepkiej, cementowej wydzieliny, co czyni je niezwykle trudnymi do usunięcia. Z podróży możemy przywieźć właśnie jaja pluskiew. I zanim się z nich wylęgną żerujące lary mija trochę czasu a my nie skojarzymy ukąszeń na ciele z niedawna podróżą.

Pluskwy domowe są mistrzami podróży i ukrywania się. Ich budowa ciała to ewolucyjny majstersztyk. Ten płaski, owalny kształt, doskonalony przez tysiąclecia ukrywania się w jaskiniowych szczelinach, jest dziś idealnie przystosowany do pęknięć w naszych nowoczesnych meblach i listwach przypodłogowych czy szparach między ściana a tapetami. Co więcej, potrafią przeżyć bez dostępu do krwi żywiciela nawet kilka miesięcy. Zatem głodem ich nie weźmiemy. Nie wystarczy więc wyjechać na długie wakacje by po powrocie zastać mieszkanie wolne od tych krwiopijnych pasożytów. W szczególnie sprzyjających warunkach, na przykład zamknięte w worku, mogą przejść w stan diapauzy (rodzaj hibernacji), co wydłuża ten czas nawet do roku. Oznacza to, że przyniesiony do domu używany mebel czy książka mogą skrywać uśpionego, ale wciąż groźnego pasażera na gapę.

Współczesna pluskwa to nie relikt przeszłości ani oznaka zaniedbania, lecz ewolucyjny majstersztyk, doskonale przystosowany do naszego świata. Jej pradawne pochodzenie z jaskiniowych kryjówek ukształtowało idealne ciało do zasiedlania szczelin w naszych meblach i mistrzowskiego podróżowania w naszych bagażach. Ten sam ewolucyjny pęd, połączony z szybkim cyklem życia, napędza jej rosnącą odporność na nasze domowe sposoby walki. Zrozumienie tego cichego wroga – od jego historii po subtelne ślady, które pozostawia – to pierwszy i najważniejszy krok do odzyskania kontroli. Zapomnij o wstydzie, to problem, który wymaga wiedzy, czujności i profesjonalnego działania.

Wiedząc, jak łatwo pluskwy podróżują, jaką jedną rzecz sprawdzisz następnym razem, gdy zatrzymasz się w hotelu?


Poszerzona wersja felietonu radiowego dla Radia Olsztyn w cyklu Tłumaczymy świat. Premiera felietony odbyła się 31 grudnia 2025 roku. Wersja podcastowa dostępna jest na stronie: https://radioolsztyn.pl/tlumaczymy-swiat-felietony-stanislawa-czachorowskiego/01778309