1.09.2018

Rzeźnicy i lekarze. Makabryczny świat medycyny i rewolucja Josepha Listera. Opowieść o tym jak połączenie medycyny z nauką zmieniły chirurgię ze sztuki rzeźnickiej w nowoczesną dyscyplinę

Dlaczego kiedyś ludzie bali się szpitala? Ślady tej postawy odnaleźć można w literaturze lub opinii starszych ludzi. Sam byłem kilkakrotnie w szpitalu jako pacjent i jako odwiedzający. Przeżyłem, wyzdrowiałem. Czego tu się bać? Ale nawet sobie nie uświadamiamy jak dużo i jak szybko się zmieniło. Zaledwie 100-150 lat temu było zupełnie inaczej. A znakomicie ukazuje to książka Lindsey Fitzharris pt. „Rzeźnicy i lekarze. Makabryczny świat medycyny i rewolucja Josepha Listera”. 

Jest to fascynująca opowieść popularnonaukowa a jednocześnie niekonwencjonalnie napisana biografia ojca antyseptyki, dzięki któremu szpitale przestały być „domami śmierci”, a stały się miejscami rekonwalescencji. Joseph Lister odkrył, że infekcje powodują zarazki, które można pokonać środkami antyseptycznymi. Przez współczesnych sobie chirurgów był za swoje teorie i praktykę wyśmiewany, ale ostatecznie to jemu nauka i medycyna przyznały rację. W tamtych czasach wizyta w szpitalu była najprostszym sposobem, by skończyć w grobie. Amputacja była metodą kuracji, a gangrena nie była niczym niepokojącym (ropę w ranach uważano za normalny i pożądany objaw gojenia się). Chirurg James Y. Simpson jeszcze w 1869 roku uważał, że „żołnierz na polu bitwy pod Waterloo ma większe szanse na przeżycie niż człowiek, który idzie do szpitala”. Wszystko to już historia, o której warto przeczytać.

Książka ta ukazuje także rozwój nauki i medycyny. Czyta się ją znakomicie a lektura obfituje w wątki i sensacyjne, kryminalne a czasem nawet makabryczne. W połowie XIX wieku (a i wcześniej także) sala operacyjna była… salą widowiskową. Operacja chirurgiczna jako krwawe widowisko dla gawiedzi? Wtedy nie było telewizji a rzymskie widowiska cyrkowe dawno odeszły do przeszłości. Wtedy jeszcze o bakteriach nie wiedziano a zasady higieny nie istniały. Już w okresie renesansu narodziła się moda na sekcje, przeprowadzane w słabo oświetlonych amfiteatrach. Dodatkową karą dla straconych przestępców była publiczna sekcja ich zwłok. W jakimś sensie martwi pomagali żywym a ich ciało stanowiło materiał badawczy. Tak powoli rodziła się wiedza. I nauka jaką obecnie znamy.

W tamtych czasach publiczne sekcje były przedstawieniami teatralnymi. Później także publiczne pokazy chirurgiczne…. Małe urozmaicenie do walk kogutów, walk psów czy szczucia niedźwiedzia psami. W taki świat wiktoriańskiego rozwoju przemysłowego przenosi nas autorka. W czasy, gdy większość zgonów w szpitalach spowodowana była infekcjami pooperacyjnymi. Tak, szpitale były wtedy cuchnącymi umieralniami.

W pierwszych dekadach XIX wieku niewielu chirurgów kształciło się na uniwersytecie, a niektórzy byli nawet niepiśmienni.W Wielkiej Brytanii dopiero od 1815 roku w środowisku medycznym zaczęła się wyłaniać jakaś forma systematycznego kształcenia (wynikało także z ogólnokrajowego ujednolicania kształcenia). Warto to przypomnieć wszystkim tym, którzy negują sens powszechnej edukacji i kształcenia wyższego, że niby wrodzone zdolności i inteligencja wystarczą… Książka o historii chirurgii ale z ponadczasowym morałem. Książka dla każdego, a zwłaszcza zwykłego zjadacza chleba (lub "pożeracza" książek).

Czy śmiertelność pooperacyjna może wynieść 300 %? Tak, gdy szybko operujący chirurg przez nieuwagę obcina palce swemu pomocnikowi oraz zmieniając noże rozcina płaszcz widza. Zmarł pacjent, pomocnik chirurga i widz…. Rzeźnicy i lekarze to intrygująca opowieść o tym jak przenikanie nauki do chirurgii (i medycyny) przyniosło znaczący postęp. Jak sięganie po odkrycia Pasteura oraz korzystanie z mikroskopu pozwoliło odkryć rzeczywistą przyczynę zakażeń szpitalnych i dokonać znaczącego postępu. Książka ta opowiada o tym, jak „rozpoczęła się ewolucja zawodu chirurga od słabo wykwalifikowanego technika do współczesnego specjalisty w dziedzinie chirurgii.”

Postęp medyczny obfituje w różne paradoksy. Długo wszelkie operacje chirurgiczne, łącznie z amputacjami, odbywały się „na żywca”. I to nie tylko na wojennych polach bitew. Wynalezienie i zastosowanie eteru do usypiania (znieczulania) pacjentów było niewątpliwym postępem i początkiem anestezjologii. Ale paradoksalnie zwiększyło to liczbę zgonów. Bo dzięki znieczuleniu chirurdzy śmielej i częściej brali do ręki nóż. W rezultacie gwałtownie wzrosła liczba operacji, a na salach operacyjnych zapanował „brud większy niż kiedykolwiek” wcześniej (i później). Dodatkowo w rozrastających się miastach szpitale było coraz większe. Wzrosła śmiertelność a na całym świecie pacjenci bali się słowa „szpital”.

Miasta były brudne, przegęszczone. Rewolucja sanitarna i szpitalna dopiero miały nadejść. W właśnie w takich okolicznościach toczy się akcja opisywanej książki. Powoli dojrzewała także wiedza i rozumienie choroby. Brak higieny (a do tego potrzebna była najpierw wiedza i nowa teoria) skutkował także dużą śmiertelnością studentów i młodych chirurgów. Prosto z prosektorium przechodzili na sale szpitalne (bez mycia rąk i zmiany odzieży). Rodziła się homeopatia, alopatia, naturopatia. Wtedy jeszcze uważano, że choroby biorą się samoistnie z brudu i zgnilizny, „w efekcie procesu gnilnego, a następnie są przenoszone powietrzem za pośrednictwem trujących wyziewów, czyli miazmatów.” Zdziwić nas mogą także stosunki społeczne (i to opisywane w rozwiniętej przecież Wielkiej Brytanii), np. „bicie żon stanowiło narodowe hobby, a kobiety (…) często były traktowane przez mężów jako własność”, łącznie z ich sprzedawaniem. Dotyczy to oczywiście warstw niższych. Ponad wiek wystarczył aby tak dużo się zmieniło w warunkach społecznych, wiedzy i medycynie. Dlatego tak książka jest fascynująca – pokazuje ogromną zmianę. Zaprawdę w szczęśliwych czasach żyjemy…

Joseph Lister dokonał ogromnego przełomu w chirurgii. Być może dlatego, że miał zacięcie naukowe, korzystał z mikroskopu i „nie był skłonny zaakceptować czegoś tylko dlatego, że jego profesorowie mówili mu, że tak jest.” Lister zachował niezachwianą i niesłabnąca ciekawość naukową. To dzięki takim ludziom szpitale nie są już umieralniami.

W Rzeźnikach i lekarzach nie brakuje wątków kryminalnych i sensacyjno-makabrycznych, np. wiążących się z wykradaniem zwłok z cmentarzy (duży popyt na sekcje). Zaskakujące są także i takie informacje: „W 1869 roku większość stanowisk medycznych w dużych brytyjskich szpitalach była obsadzona przez ochotników i chociaż taka praca oznaczała prestiżu, lekarze i chirurdzy nie otrzymywali pensji.”

Znakomita opowieść o pokonaniu teorii samorództwa oraz o tym, jakie znaczenie miało eksperymentowanie w medycynie oraz że „przenikliwość badacza i dokładność mogą prowadzić do postępu w chirurgii.” Wiedza i metodologia naukowa w praktyce medycznej miały kluczowe znaczenie w przekształceniu zawodu chirurga ze „sztuki rzeźnickiej w przyszłościową dyscyplinę.” Opisywana książka to także dobry materiał dla filozofów nauki, ilustrująca jak zmienia się teoria wraz z wymieraniem jej zwolenników.

(Narzędzia chirurgiczne, ale z epoki nieco
późniejszej niż opisywanej w omawianej książce)
I jeszcze kilka słów o autorce: Lindsey Fitzharris –  doktor historii nauki i medycyny, absolwentka Oxfordu. Prowadzi popularną stronę internetową „The Chirurgeon’s Apprentice” i własny kanał na YouTubie „Under the Knife”. Jej styl to połączenie erudycji godnej Jürgena Thorwalda z błyskotliwym dowcipem Mary Roach. Rzeźnicy i lekarze zyskali entuzjastyczne recenzje w niemal wszystkich czasopismach, m.in. „Guardianie”, „Publishers Weekly”, „Kirkus Review”, i zostali nagrodzeni prestiżową PEN/E.O. Wilson Prize for Literary Science Writing 2018.




Narzędzia chirurgiczne z okresu Wielkiej Wojny (zbiory z Chojnowa koło Przasnysza):



30.08.2018

Smoki z morskich głębin żyją współcześnie i to od niedawna, czyli jak literatura fikcji staje się literaturą faktu

 Echinoderes drogoni Grzelak et Sorensen, 2018
Smoki znamy z bajek jako zwierzęta fantastyczne. Ale za sprawą naukowców smoki się materializują i wkraczają do naszego świata. Znakomitym przykładem jest Smok wawelski (czytaj więcej), jako nazwa naukowa dla wymarłego dinozaura. Bo każdy gatunek musi mieć swoją unikalną nazwę naukową. Najpierw były to słowa z języka łacińskiego. Gatunków jest jednak bardzo dużo a zasób słów w tym wymarłym języku ograniczony. Dlatego używa się słów łacińskich lub takich, które przypominają łacińskie (są w odpowiedniej konwencji). Jest więc i Dziwneono jako nazwa rodzajowa australijskich pluskwiaków.

Ostatnio badaczka dr Katarzyna Grzelak z Katedry Zoologii Bezkręgowców i Hydrobiologii Uniwersytetu Łódzkiego opisała trzy nowe dla nauki gatunki morskich bezkręgowców – ryjkogłowych (Kinorhyncha). Te małe „robaki" żyją w morzach i oceanach. Dr Katarzyny Grzelak gatunkom złowionym w rejonie Spitsbergenu nadała nazwy, zaczerpnięte z „Gry o Tron".

Dwa nowe smoki (Smok wawelski dawno wymarł a one żyją obecnie) to:
  • Echinoderes drogoni Grzelak et Sorensen, 2018 - gatunek opisany na cześć smoka Drogona, 
  • Echinoderes rhaegali Grzelak et Sorensen, 2018 - gatunek opisany na cześć smoka Rhaegala, 
  • Trzeci gatunek odnosi się do postaci fikcynej: Echinoderes daenerysae Grzelak et Sorensen, 2018 - gatunek opisany na cześć królowej Daenerys Targaryen z powieści "Gra o Tron”, nazywaną w książce matką smoków. 
Pisarze w swojej fantazji kreują byty fikcyjne. Ale za sprawą naukowców literatura fikcji staje się literaturą faktów. Według niektórych szacunków nawet 90 procent gatunków morskich na świecie wciąż pozostaje nieodkryta i czeka na naukowy opis. Dzięki fantazji i poczuciu humoru naukowców może przybędzie więcej mitologicznych zwierząt, a w zasadzie wykorzystania ich nazw do opisu nowych gatunków zwierząt.

Ryjkogłowy (Kinorhyncha) zwane także ryjokrętkamii lub szczotkoryjcami a po angielsku mud dragons to typ małych (0,2–1 mm), wyłącznie morskich, drapieżnych bezkręgowców. Do tej pory opisano ponad 250 gatunków. Ciało ryjkogłowych składa się z 11 segmentów. Mają ruchomą głowę, uzbrojoną w pierścień haczyków oraz zakrzywione na grzbiecie kolce. Nic dziwnego, że mogą się kojarzyć ze smokami, gdy je oglądać pod mikroskopem. Poruszając się w osadzie ryjkogłowe wysuwają głowę z cylindrycznego korpusu, wbijają haczyki w ziarenka osadu i po takim zakotwiczeniu (pomocne kolce na ciele) przeciągają swoje ciało do przodu. Następnie głowa wsuwa się w ciało, a proces się powtarza. Ten sposób poruszania się wyjaśnia etymologię słowa kinorhyncha, co z języka greckiego oznacza - ruchomy pysk. Tu trzeba dodać, że język grecki dawniej także był źródłem nazw jednostek taksonomicznych i terminów biologicznych.

źródła: 

 Echinoderes daenerysae Grzelak et Sorensen, 2018

29.08.2018

Modliszka a sprawa ocieplenia klimatu

Źródło: Zieliński, D., Schwarz, C. J., Ehrmann, R., 2018. 
Evaluation of the expansion of Mantis religiosa (L.) 
in Poland based on a questionnaire survey. 
Animal Biodiversity and Conservation, 41.2: 275280.
Skoro organizmy są przystosowane do środowiska (a w zasadzie nieustannie się przystosowują), to czy i jak przyroda reaguje na zmiany klimatu? Podwyższenie średniej globalnej temperatury o 0,75 stopnia Celsjusza wydaje się niewielką różnicą. Czy uwidacznia się to w przyrodzie? I jak odróżnić inne przyczyny, np. antropogenicznego przekształcenia środowiska, od zmian klimatycznych? Klimatolodzy jednoznacznie wskazują, że aktualne ocieplenie klimatu ma antropogeniczny charakter. Zatem wszystkie te zmiany wywołuje działalność człowieka (wszystkie są antropogeniczne w szerokim sensie). Ale jedne zmiany mają charakter lokalny (np. melioracja, wycinka lasów, zmiana sposobu uprawy roli, wypalanie traw), inne sumują się w skalę globalną. I taki właśnie globalny efekt mają zmiany klimatyczne. Trudniejsze są do uchwycenia bo zazwyczaj skupiamy się na pogodzie, czyli codzienne dostrzeganych zjawiskach lokalnych. Zmiany klimatu są trudniejsze do "zobaczenia", gdyż trzeba statystyki, wieloletniego porównywania i analizy wielu danych. Jedną z dodatkowych możliwości jest analizowanie tego, co dzieje się w przyrodzie. Jeśli gatunki uznać za bioindykatory to za ich pomocą można zobaczyć zjawiska globalne. Oczywiście nie wystarczy jeden gatunek. Przytoczę przykład z modliszką ale wyciąganie szerszych wniosków na podstawie jednostkowego przypadku byłoby niewłaściwe (łatwo o pomyłkę).

Współczesna nauka staje przed dużym wyzwaniem. Mam na myśli badania ekologiczne i faunistyczne z udziałem osób niezatrudnionych na uczelniach czy instytucjach naukowych, czyli tak zwanych wolontariuszach-przyrodnikach. W ostatnich kilku dziesięcioleciach znacząco przybyło osób wykształconych, w tym przyrodniczo. To bardzo wartościowy kapitał ludzki. Mają swoje źródło utrzymają a przyrodę obserwują w wolnym czasie i z zamiłowania. Fotografują, piszą, czytają. Pojawiło się sporo dobrych wydawnictw i już nie tylko ornitolodzy obserwują hobbystycznie naszą przyrodę.

Pisząc o badaniach ekologicznych (przyrodniczych) z udziałem wolontariuszy nie mam na myśli  popularyzacji wiedzy ale szeroko zakrojone badania, dotyczące regionalnych i globalnych zmian w biosferze, w szczególności poznawania przyrodniczych skutków zmian klimatu. Albo monitorowanie liczebności populacji (tak jak to dzieje się wśród ornitologów, teriologów czy herpetologów). Wielu obserwatorów w bardzo wielu punktach to duży zasób danych. Nawet jeśli nie zawsze są w pełni wiarygodne czy wystandaryzowane to przy odpowiedniej analizie statystycznej dają bardzo wartościową wiedzę. Trudno byłoby zdobyć ją inaczej. Badania ekologiczne wymagają czasu. Badanie sukcesji ekologicznej zajmuje co najmniej kilka, kilkanaście lat. Zazwyczaj jeszcze więcej, niektóre stałe powierzchnie badawcze obserwowane są od kilkudziesięcioleci a w zamiarach są jeszcze dłuższe badania. I jak prowadzić takie długoterminowe badania, gdy co roku trzeba wykazać się publikacją i to jakąś wysokopunktową? Trudno co roku publikować bardzo podobne, fragmentaryczne dane bez wyciągania wniosków (na wnioski trzeba poczekać). A przecież dane te muszą być zbierane przez wiele lat. Także i z tego względu badaniami makoekosystemowe nie cieszą się zbytnim zainteresowaniem. Coraz trudniej o nie na uniwersytetach. Chyba że we współpracy z lokalnymi towarzystwami przyrodniczymi i przyrodnikami-wolontariuszami.

Koniec sierpnia 2018, niektóre gatunki ponownie zakwitają.
Anomalia przyrodnicza czy jakaś kierunkowa zmiana?
Wnioski można będzie wyciągną po co najmniej kilku latach obserwacji
i to nie w jednym miejscu.
Gwałtownie zachodzące zmiany w ekosystemach, także w związku z globalnym ociepleniem, oraz nasilający się problem gatunków, obcych, stwarzają dogodną sytuacje do badań ekosystemowych. Duży i obfity potencjalny materiał badawczy, który umożliwia weryfikowanie hipotez i teorii. Dobry czas dla ekologów, ewolucjonistów, zoogeografów itd.   Ale oprócz czystej wiedzy jest także pilna potrzeba utylitarna – gospodarka potrzebuje szybkich informacji na temat skutków zmian zasięgu wielu gatunków oraz metod jeśli nie przeciwdziałania to przynajmniej łagodzenia negatywnych skutków. Działania w terenie potrzebne są od zaraz, podobnie z wydawaniem zezwoleń na równe inwestycje (wcześniejsze ekspertyzy przyrodnicze są niezbędne).

Dokładnie cztery lata temu, w 2014 roku, zamieściłem na blogu informację o obecności modliszki w Olsztynie. W komentarzach pojawiły się informacje o innych stwierdzeniach w różnych częściach Polski. W tym roku ukazała się praca naukowa, podsumowująca zmiany rozmieszczenia tego gatunku w Polsce. Dwa oderwane z pozoru fakty – jakaś prosta informacja, umieszczona na blogu (portal społecznościowy) i publikacja naukowa. Mają jednak wiele wspólnego. Są przykładem współpracy wolontariuszy i naukowców.

Modliszka zwyczajna (Mantis religiosa) to owad o bardzo charakterystycznym wyglądzie. Nazwę swą wzięła od specyficznego ułożenia odnóży pierwszej pary – siedząca modliszka na roślinach wygląda jakby się modliła. Zwłaszcza, że jako owad drapieżny często zastyga w bezruchu, czekając na swą ofiarę. Niczym zagłębiona w głębokiej modlitwie i kontemplacji. W dawnych książkach spotkać można także nazwy: liściec modliszka, markaczka, modliszka bigotnik. Nie wiem co znaczy markaczka i skąd się to słowo wzięło. Charakterystyczny wygląd i niezwykłe zwyczaje drapieżcy, znane niemalże każdemu, powodują że jest łatwym obiektem do badań z udziałem wolontariuszy-przyrodników. Na każdym zrobi wrażenie spotkanie z modliszką, dlatego łatwo o zdjęcia i informacje o występowaniu tego gatunku, zwłaszcza w miejscach gdzie do tej pory nie był spotykany.

W Polsce modliszka uważana jest za gatunek rzadki i spotykana jest na stanowiskach o szczególnie sprzyjającym mikroklimacie, w Kotlinie Sandomierskiej. W regionie śródziemnomorskim występuje licznie na wielu stanowiskach. W Polsce modliszka umieszczona jest w Czerwonej Księdze z kategorią EN (czyli gatunek bardzo wysokiego ryzyka) i jest objęty ścisłą ochroną gatunkową. Szybkie zmiany w środowisku powodują dezaktualizację wiedzy podręcznikowej. Być może trzeba ponownie zrewidować status zagrożenia. To tylko przykład jak bardzo szybko zmienia się przyroda i jak często trzeba aktualizować wiedzę podręcznikową.

Zmieniają się nie tylko zasięgi występowania różnych gatunków (jedne lokalnie wymierają, inne jako gatunki obce się pojawiają), obserwujemy także zmiany w cyklach życiowych (długości rozwoju, liczby generacji w roku). Zamieszczone niżej zdjęcie kowala bezskrzydłego przedstawia agregację, typowa dla okresu wiosennego. Zdjęcie zostało zrobione w końcu sierpnia, u progu jesieni.

Modliszka zwyczajna jest gatunkiem wybitnie ciepłolubnym - preferuje suche i ciepłe stanowiska. W Polsce osiągała północną granicę swojego występowania (do niedawna stwierdzana jedynie w Kotlinie Sandomierskiej). Piszę w czasie przeszłym, bo skoro obserwowano ją koło Białegostoku, Ełku i Olsztyna, to być może jest i w krajach ościennych, na północ od nas. W Europie Środkowej modliszka występuje na silnie nasłonecznionych polanach i obrzeżach lasów z wrzosowiskami i murawami napiaskowymi.

Obserwacje z ostatnich lat wskazują, że modliszka zwiększa obszar swojego występowania. Grzegorz Łazarski, w notatce opublikowanej w 2016 roku na łamach czasopisma „Chrońmy Przyrodę Ojczystą”, wspomina o nowych stanowiskach tego gatunku na Wyżynie Małopolskiej. Ale podaje także informacje o obecności modliszki na Wyżynie Lubelskiej, w Karpatach, Wzniesieniach Południowomazowieckich, Niziny Śląskiej, Górach Świętokrzyskich, i dalej na północ: z okolic Warszawy, Puszczy Białowieskiej, Olsztyna, Białegostoku. Modliszka jest jednym z wielu gatunków owadów, które rozszerzają zasięgi swojego występowania na północ. Jednym z powodów jest ocieplenie klimatu (ciepłe zimy sprzyjają przetrwaniu jaj modliszki). Specjaliści wskazują także na zwiększoną dostępność dogodnych siedlisk: zbiorowisk ekotonowych i otwartych, jak i wzrost powierzchni odłogów. Ocieplenie klimatu jest zagrożeniem dla jednych gatunków (wycofują się na północ) ale dla innym sprzyja. Badania Zielińskiego i zespołu, opublikowane w 2018 r. na łamach Animal Biodiversity and Conservation, oparte były na badaniach ankietowych. Ogółem zebrano informacje od 283 respondentów ze 159 stanowisk (lata 2013-2016). Pozwoliło to na oszacowanie obecnego rozmieszczenia tego gatunku i wykazanie ewidentnego poszerzania zasięgu na północ i na zachód. Autorzy wskazali, że rozprzestrzenianie się Mantis religiosa w Europie jest naturalną konsekwencją globalnego ocieplenia. Dane uzyskane z ankiet wymagają potwierdzenie standardowymi metodami entomologicznymi a uwzględnienie badań genetycznych pozwoli dokładnie prześledzić źródła migrantów i kierunki dyspersji.

Zmiany zachodzące w ekosystemach i różnorodności biologicznej, dotyczące migracji, dyspersji, zmiany zasięgów występowania, inwazyjności gatunków obcych itd., należy prowadzić na wielu różnych grupach roślin, grzybów i zwierząt. Tylko niektóre – ze względu na stosunkowo łatwą identyfikacją – mogą być monitorowane z udziałem wolontariuszy-przyrodników. Ale i tak jest to znacząca możliwość poszerzenia skali badań z dużą ilością danych. Wymaga tylko wypracowania efektywnego sposobu współpracy środowisk akademickich z wolontariuszami jak i wykorzystania nowych technologii z internetowymi metodami komunikacji włącznie. Oprócz publikacji muszą powstawać dedykowane, otwarte bazy danych. Na końcu tego procesu zawsze musi być rzetelna analiza naukowa (ośrodek naukowy). Zatem wracamy do współpracy, wiedzy eksperckiej i nowych technologii

(zmieniona wersja artykułu, wysłanego do Biuletynu PANorama). 

Czytaj także (o modliszce):
Olsztyn, koniec sierpnia, kowal bezskrzydły.

28.08.2018

Atlas płazów i gadów Polski. Status – rozmieszczenie – ochrona. Z kluczami do oznaczania.

Na skutek zmian klimatu jak i antropogenicznego przekształcenia środowiska przyroda nieustannie zmienia się, niemalże na naszych oczach. Jedne gatunki stają się coraz rzadsze i grozi im wymarcie, inne się pojawiają (gatunki obce), jeszcze inne zmieniają zasięgi występowania. Jest co obserwować. Płazy i gady są na tyle duże, że każdy miłośnik przyrody może je obserwować i uzupełniać informacje o rozmieszczeniu tych kręgowców w Polsce. Do przeżywania tych przyrodniczych przygód bardzo będzie przydatny "Atlas płazów i gadów Polski. Status – rozmieszczenie – ochrona z kluczami do oznaczania" z aktualnym stanem wiedzy. Na skutek zmian środowiska i zasięgów występowania stare podręczniki mogą okazać się nieaktualne. Warto być na bieżąco.

Zbigniew Głowaciński, Piotr Sura (red. naukowy), 2018. Atlas płazów i gadów Polski. Status – rozmieszczenie – ochrona, z kluczami do oznaczania. PWN, 350 stron,  ISBN 978-83-01-19963-0.

Atlas płazów i gadów Polski opracowany został przez 12 autorów, herpetologów i zoologów z dużym doświadczeniem badawczym, reprezentujących PAN i wyższe uczelnie. Całość zredagował prof. Zbigniew Głowaciński (IOP PAN) i prof. Piotr Sura, UJCM).  Zespól autorski gwarantuje to wysoką jakość merytoryczną. Główną zawartością jest barwny atlas wraz z kluczem do oznaczania, statusem gatunków i ich rozmieszczeniem. Na podkreślenie zasługuje zawarte w opracowaniu tło paleozoologiczne, krytyczny przegląd systematyki oraz uwzględnienie najnowszymi osiągnięć w zakresie herpetologii europejskiej. W polskiej literaturze naukowej Atlas nie ma odpowiednika.

Dla każdego gatunku zamieszczone są dwie mapy rozmieszczenia: w Europie i w Polsce. W mapce krajowej uwzględnione są stanowiska dla danych zebranych do 1970 roku, w latach 1971-2000 oraz w latach 2001-2017. Zaznaczone są także stanowiska ewidentnej, udokumentowanej introdukcji gatunków. Wykaz gatunków obejmuje 19 gatunków płazów, 10 gadów oraz trzech gatunków nowych i nieprodukowanych: żółwia ozdobnego, murówki pospolitej i zaskrońca rybołowa.

Klucze do oznaczania płazów i gadów Polski obejmują stadium jaja, larw (u płazów) oraz osobników dorosłych. W przypadku płazów dołączone są praktyczne uwagi, m.in. okresy migracji oraz preferencje siedliskowe.

Ale Atlas płazów i gadów Polski nie jest typowym podręcznikiem akademickim, ani typową książką popularnonaukową. Sięgnąć mogą po niego zarówno studenci, pracownicy naukowi jak i przyrodnicy amatorzy. Będzie pomocny w zajęciach terenowych (dla studentów kierunków biologicznych, środowiskowych i leśnych), jak i w obserwowaniu przyrody przez przyrodników amatorów. Oprócz walorów poznawczych książka ta zawiera wnioski praktyczne, cenne dla ochrony przyrody, płazów i gadów. Będzie więc pomocą dla praktyków, działających w zakresie ochrony batrachofauny i herpetofauny.

W skali globalnej obserwowane jest katastrofalne wymieranie płazów, a także zmiany klimatyczne, wpływające zarówno na płazy jak i gady. Proces ten uwidacznia się także w Polsce. Ostatnie 15 lat przyniosło w naszym kraju znaczące rozszerzenie wiedzy na temat rozmieszczenia gatunków płazów i gadów. Dlatego warto sięgnąć do Atlasu.

A że książka dedykowana jest profesorowi Leszkowi Bergerowi (1925-2012) i sporo jest niespodzianek w świecie płazów, zaświadcza o tym nietypowa żółta żaba, która możemy spotkać w naturze:


27.08.2018

W warmińskiej głuszy powstają książki fantazy


Warmia i Mazury to region obfitujący w pisarzy płci obojga. Kilkoro znam osobiście, innych tylko z ich książek. Zastanawiam się, czy pisarek i pisarzy na kilometr kwadratowy nie jest aby więcej niż średnia krajowa? Różnorodność tworzonej literatury ogromna! Bogactwo wielkie. Zderzenie kultur i przyroda być może przywabiają piszących lub też nastrajają do pisania. W każdym razie sporo opowieści powstaje nad Łyną, Pasłęką i Wielkimi Jeziorami Mazurskimi. Najczęściej nie zdajemy sobie sprawy z miejsca powstania czytanych książek.

Kaszuny. Zagubiona wieś w warmińskim lesie. Zabudowa kolonijna (wybudowania), drogi tylko gruntowe. Cisza, odludzie. I tam powstają książki z gatunku fantazy. Dawno do takiej literatury nie zaglądałem. Miałem okazję poznać autorów i przeczytać ich - jak się domyślam - debiutanckie książki:

Forest Blackwood, Wojna Światła i Ciemności, Wydawnictwo AlterNatywne, Poznań 2017

Robert P., Zakon Achawy. Tom I, Wydawnictwo Psychoskok, Konin, 2018.

Piszą dalej, kontrakty podpisane mają z wydawnictwem za oceanem. Zatem czytać będą miłośnicy fantazy na całym świecie. A zapowiada się dłuższą na kontynuację.

Jak już wspomniałem, dawno nie czytałem tego typu literatury. W młodości przepadałem za science-fiction a obecnie gustuję w literaturze faktu. Dlatego sięgnąłem z zaciekawieniem. Książki podobne w tematyce ale styl pisanie inny u obu braci. Bogactwo fantastycznych postaci, wartka akcja. Trochę przypomina mi to gry komputerowe i wykonywane misje. Ale widać to znak czasu i styl myślenia nowego pokolenia. Nie wszystko także dobrze odczytuję z bogactwa fantastycznych postaci. Domyślam się, że mocno są one osadzone w stylu i schematach współczesnej literatury fantastyczno-magicznej, z odniesieniem do wampirów, magii, czarodziejów itd. Jako że nie jestem zanurzony w tej aktualnej kulturze to i rozumienie, czy odczytywanie schematów, trudniej mi przychodzi. W Zakonie Achawy uderzyło mnie bogactwo porównania do świata motyli, nie tylko postaci ale i nazwy są zakorzenione w nazwach gatunkowych motyli krajowych i zagranicznych. Trzeba jednak albo trochę wiedzy entomologicznej albo detektyfistycznych poszukiwań by ten sekretny kod w pełni odkryć. W obu książkach sporo jest odniesień do przyrody, ptaków i zwierząt. Można więc powiedzieć, że przynajmniej w części inspiracją jest warmińska przyroda. Uważne oko wychwyci te elementy.


Fantazy wydaje się baśnią czystej wody. Ogromna kreatywność w powoływaniu dożycia światów alternatywnych. Ale przecież jest tam sporo z etnografii i dawnych wierzeń jak najbardziej realnych. Zapewne autorzy korzystają nie wprost z opracowań etnograficznych (choć i to możliwe), raczej to kultura popularna (w tym fantazy) korzysta z dawnych wzorców odpowiednio je przetwarzając i rozwijając. Tak powstaje wspólny kod kulturowy pokolenia. W jakimś sensie Nowe Średniowiecze rodzi się już od połowy XX wieku, z mimowolnym odniesieniem do feudalizmu. Być może wielkim zdziwieniem będzie sięgniecie do prac archeologicznych, historycznych i etnograficznych i odnalezienie tam pierwowzorów zarówno duchowych jak i materialnych.

Obie książki są fantastycznymi opowieściami ale jeśli się trochę zastanowić to można dostrzec podobieństwa do życia współczesnego i naszych problemów dnia codziennego.

Świat baśniowych postaci można w jakiś sensie odnaleźć w dawnej historii. Oto przykład z Żagania - świat realny, kilka wieków wcześniej. Jakby z książek fantazy. "Był seryjnym mordercą, który wierzył w magiczną moc serc nienarodzonych dzieci. Sam pożarł ich sześcioro. Zanim go ujęto, zdołał zabić co najmniej 30 osób." (czytaj cały tekst Rozpruwał brzuchy ciężarnych, pożerał serca dzieci. Bo chciał być nieuchwytny ). Szaleniec, który mordował i pożerał serca niemowląt? "To raczej sprawka wierzeń z XVI i XVII wieku. Wierzeń, które brzmią dziś makabrycznie i niedorzecznie. (...)  Dużym zainteresowaniem cieszyły się też szczątki skazańców. (...)Uważano np. że ręka skazańca położona przy beczce z piwem sprawi, że będzie ono lepsze w smaku. Wierzono też, że sznur albo łańcuch straceńca przyniesie szczęście (...) Palce skazańców pozyskane w nocy o pełnej godzinie miały otwierać wszystkie zamki i skrzynie. A ręce złodzieja miały chronić przed kradzieżą. (...)  Na szubienicę przywożono też zwłoki samobójców. Często odcinano im głowy i składano je przy nogach. - Tak na wszelki wypadek, żeby zmarły nie mógł już wrócić do żywych (...). Szczególnie traktowano też dzieciobójczynie. Takim kobietom przebijano serca kołkiem. W końcu tylko "opętana przez diabła" mogłaby zabić swoje dziecko i to zaraz po narodzinach."

Ponownie przeczytałem książkę o szamanizmie (czyta literatura faktu) - Jerzy Sławomir Wasilewski, "Podróże do piekieł. Rzecz o szamańskich misteriach", Warszawa 1985. Pierwszy raz czytałem ją wiele lat temu. Ale po kilkuletnich zainteresowaniach etnografią, kulturą Słowian, w tym Hucułów i ich wierzeń magicznych a teraz po przeczytaniu w/w książek fantazy, inaczej i pełniej odebrałem treść "Podróży do piekieł". Tak jak biolodzy odtwarzają ewolucję biosfery i gatunków, tak w kulturze można chyba odtwarzać dziedziczenie i przetwarzanie mitów i opowieści. Ciągłość i rozwój.

Być może literatura fantazy może być jakimś świadectwem głębokich przekształceń we współczesnym społeczeństwie. Dlaczego sięgamy do magicznych mitów i odwołujemy się do autorytarnego feudalizmu? Być może wprawni socjolodzy i literaturoznawcy mogą o nas współczesnych sporo powiedzieć, śledząc bogactwo literatury fantazy.

Zbliżająca się jesień to dobry czas na lekturę, także wspomnianych książek z literatury fantazy. Fascynujące będzie poszukiwanie świata realnego (przyroda i etnografia) w nierealnych światach wyjętych jak z baśni. Baśni fantastycznej, powstającej w warmińskiej wiosce, ukrytej wśród lasów, z daleka od dróg bitych. Nie łatwo tam trafić. Łatwiej książkę zdobyć.

26.08.2018

Gdzie mieszkają zwierzęta? I jak powstają otwarte scenariusze lekcji?


Z Uniwersytetem Dzieci współpracuję już od wielu lat. Rozwijanie różnorodnych form edukacji pozaformalnej uważam za ważny element misji uniwersytetu. A jednocześnie za aktywną formę poszukiwań i dyskusji nad współczesną edukacją. Wyjście poza mury akademickie i kierowanie przekazu nie tylko do studentów to duże wyzwanie. Wymaga nauczenia się nowych umiejętności. Jedno jest wspólne - trzeba mówić do słuchacza i na niego być otwartym. Przeczytanie mądrych książek nie wystarczy, trzeba samemu wielokrotnie spróbować.

Trening czyni mistrza. Więc trzeba nieustannie próbować i uczyć się na błędach, zdobywać doświadczenie. Do kamery mówi się trudno, bo nie widać słuchacza. Nie widać kim jet, jak reaguje, czy słucha, czy zadaje pytania. Trzeba go sobie wyobrażać. Bez osobistego doświadczenia to bardzo trudne. Trzeba więc i jedno i drugie (oprócz lektury bezpośrednie spotkania są niezbędne). Powyższy filmik jest tylko małym elementem scenariusza zajęć. W ramach projektu Scenariusze Lekcji, Uniwersytet Dzieci przygotowuje różnorodne scenariusze zajęć lekcyjnych i udostępnia je na wolnej licencji. Jeszcze jedna forma wsparcia szkoły i nauczyciela. By nie pozostawali sami, bez wsparcia.

Współpraca z uniwersytetem dzieci jest jedną z form moich poszukiwań w zakresie edukacji pozaformalnej oraz wspierania edukacji formalnej na różnych poziomach (oczywiście w zakresie przyrody i biologii). Dużo pomysłów i zajęć realizuję w ramach działalności Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, także w ramach różnorodnych grantów.

Z kimś łatwiej uczyć się niż samemu. Od jakiegoś czasu nagrywam i montuję krótkie filmiki, , jako element dydaktyczny i forma przekazu. Moje umiejętności są jednak minimalne. Z kimś, zwłaszcza doświadczonym w nagrywaniu i montowaniu, wychodzi znacznie lepiej. Współpraca przynosi dobre efekty.

W tle widać hotel dla pszczół. Dwa takie Greenpeace kilka lat temu ustawił na terenie Kortowa a ja podjąłem się opieki (powstała nawet jedna praca licencjacka). Kolejny wymiar współpracy z organizacja pozarządowa i podmiotem pozauniwersyteckim. Tym razem "hotel" posłużył także jako scenografia i konkretny przykład.

I jeszcze słowo o koszulce, w której wystąpiłem. Powstała w czasie Warsztatów Bentologicznych. Poza referatami, wspólnymi pracami terenowymi było i spotkanie integracyjne z samodzielnym malowaniem koszulek (łączenie nauki ze sztuką). Wzory przygotowała dr Małgorzata Gorzel, a uczestnicy sami komponowali wzory. Tak i ja zrobiłem, wybierając sylwetki chruścików. 



Film opowiada o tym, jak wyglądają schronienia niektórych zwierząt i jest częścią scenariusza lekcji dla klas I-III pt. "Gdzie mieszkają jeże?". Projekt Scenariusze Lekcji realizowany jest przez Fundację Uniwersytet Dzieci, organizację non-profit.

25.08.2018

Chruściki (Trichoptera) Gostynińsko-Włocławskiego Parku Krajobrazowego

(Warsztaty Entomologiczne, nocne odłowy do światła, Soczewka, fot. Joanna Wiśniewska)
W sierpniu 2018 r. miałem przyjemność uczestniczyć w międzyuczelnianych, studenckich warsztatach entomologicznych (na zaproszenie Koła Naukowego Entomologów Pasikonik). I to w pobliżu miejsca, gdzie się dawno temu wychowywałem, niedaleko Płocka. Mimo że Soczewka znana mi była jako miejscowość letniskowo-wypoczynkowa, to nigdy tam nie byłem. Jako licealiści wybieraliśmy się zazwyczaj nad jezioro do Grabiny. A wcześniej odwiedzałem Łąck. Przyrodniczo teren dla mnie bardzo słabo znany, mimo że przez lata był w zasięgu ręki.

Gostynińsko-Włocławski Park Krajobrazowy do tej pory nie doczekał się jakiegokolwiek opracowania pod kątem fauny chruścików (i entomofauny jako takiej). Obszar duży, z ponad czterdziestoma jeziorami, kilkoma małymi rzekami i strumieniami ale poza zainteresowaniem naukowców. Daleko do ośrodków akademickich a jednocześnie w środku Polski i jest to niezbyt atrakcyjny do badań przyrodniczych teren (tak się przynajmniej wydaje). Jedynie ośrodek toruński bywał w pobliżu, koncertując się jednak na Zbiorniku Włocławskim. Swojego entomologicznego opracowania doczekał się Brudzeński Park Krajobrazowy, położony po drugiej stronie Wisły, w dolinie rzeki Skrwy (Prawej). Czyli po sąsiedzku. Ale siedliskowo są to nieco odmienne obszary chronione.

Przyroda Gostynińsko-Włocławskiego Parku Krajobrazowego poznana jest głównie pod względem flory i kręgowców, w szczególności ptaków. Liczę, że wraz ze wzrostem liczby przyrodników-amatorów i osób wykształconych, poznany zostanie i świat owadów tego Parku. W tym chociażby chruściki. Z mojego punktu widzenia atrakcyjne byłoby poznanie chruścików tutejszych jezior. Byłoby to dobre uzupełnienie do wiedzy o chruścikach jezior Polski. Bo są na położone południe od Pojezierza Mazurskiego i w strefie silnie przekształconego krajobrazu wiejskiego.

W czasie warsztatów były wystąpienia z referatami, wycieczki terenowe, liczne fotografowanie i odłowy owadów. Drugiego dnia, a raczej wony, odbyło się łowienie owadów, zwabionych światłem. Skorzystałem z okazji i także wypatrywałem chruścików. A niżej rezultaty.

Chruściki (imagines) złowione do światła, w Soczewce, 17 sierpnia 2018, w otulinie Gostynińsko-Włocławskiego Parku Krajobrazowego. Uwzględnione zostały także chruściki odłowione przez Magdę Gorczycę oraz Annę Sobieraj-Betlińską.
  • Hydropsyche contubernalis (samce) - 4
  • Hydropsyche angustipennis (samce) - 5
  • Hydropsycje spp. (samice) - 22
  • Limnephilus flavicornis - 4
  • Limnephilus lunatus - 3
  • Glyphotaelius pellucidus - 1
  • Triaenodes bicolor - 1
  • Mystacides longicornis - 1
  • Oecetis ochracea - 8
Osiem gatunków, to niezbyt dużo. Hydropsyche contubernalis to chruścik typowy dla dużych i średnich rzek. Najpewniej imagines przyleciały znad pobliskiej Wisły, ok. 1 km w linii prostej. Z kolei Hydropsyche angustipennis to filtrator (w stadium larwalnym), licznie występujący w małych strumieniach i rzeczkach, zwłaszcza poniżej wypływu z jezior. Takie siedliska są w Skrwie Lewej poniżej Jeziora Soczewka i okolicznych strumieniach. Pobieraliśmy próby bentosowe w wypływie z Jeziora Soczewka na terenie ośrodka wypoczynkowego, ale tu nic nie było. Dominowały Chironomidae. Na tym odcinku woda była chyba zbyt zanieczyszczona i odtleniona, by mogły utrzymać się chruściki. Zapewne szukać trzema dalej lub w innych wypływach. Limnephilus flavicornis - jest chruścikiem wiosennym - larwy zasiedlają małe zbiorniki i zabagnienia, wody stojące, zarośnięte. Takich w najbliższym sąsiedztwie jest sporo. Larw należałoby szukać w kwietniu i maju. Limnephilus lunatus zasiedla wolno płynące małe strumienie i rzeczki z dużą ilością roślin wodnych, także rowy. Natomiast Glyphotaelius pellucidus preferuje śródleśne zbiorniki okresowe i litoral śródleśnych strumieni. Larwy także obecne wiosną. Kolejne gatunki można uznać za jeziorne. Z pewnością występują w Jeziorze Soczewka i odnodze Wisły (duży stagnujący fragment), w pobliżu miejscowości Soczewka. A także we wszystkich jeziorach Parku Krajobrazowego: Triaenodes bicolor, Mystacides longicornis, Oecetis ochracea. Jednym słowem nic nadzwyczajnego, same pospolite i oczywiste gatunki. Ale to tylko początek badań.

(Skrwa Lewa, powyżej Jeziora Soczewka, fot. S. Czachorowski)
Chruściki (larwy) złowione w rzece Skrwie Lewej, powyżej Jeziora Soczewka:
  • Oxyethira flavicornis (larwy, domki i poczwarki) - 11
  • Polycentropus flavomaculatus - 2
  • Lype reducta - 2
  • Anabolia sp. (laevis/furcata) - 1
  • Potamophylax rotundipennis - 6
  • Molanna angustata - 1
Wszystkie można uznać, za typowe dla małej rzeki - a Molanna angustata także dla jezior. Miałem nadzieję, że Skrwa Lewa ma bardziej bystry nurt. Ale odwiedziłem tylko mały fragment tego cieku. Wypadałoby się wybrać wzdłuż całej rzeki i sprawdzić wszystkie siedliska. Rzeka wydaje się czystą, są nawet gąbki, dużo wazek, pluskwiaków wodnych i chrząszczy wodnych.

W pobliskim Brudzeńskim Parku Krajobrazowym wykazano występowanie 50 gatunków chruścików. Ale dwa gatunki: Oxyethira flavicornis i Molanna angustata są nowymi dla tego regionu. Niech więc to będzie dodatkową zachętą do entomologicznych i ekologicznych badań tego mało atrakcyjnego (jak się wydaje) terenu Polski. Nie wiem czy uda mi się tu jeszcze wrócić z bardziej intensywnymi badaniami terenowymi, dlatego zamieszczam i upubliczniam te wyrywkowe dane w takiej postaci. Niech nie zginą w szufladzie i niech zachęcą innych do poszukiwań.

(Skrwa Lewa, powyżej Jeziora Soczewka, fot. S. Czachorowski) 
Warsztaty Entomologiczne:” Niesamowity świat owadów” Soczewka, 16-19 sierpnia 2018 r., zorganizowane zostały przez trzy koła naukowe z Lublina, Olsztyna i Wrocławia. Uczestniczyło w nich ponad 20 osób, nie tylko z wymienionych wyżej ośrodków akademickich.
(Warsztaty Entomologiczne, część dotycząca owadów wodnych, fot. Joanna Wiśniewska)