4.03.2026

Oulipo w dydaktyce akademickiej i w świecie sztucznej inteligencji

Grafika wygenerowana przy pomocy AI (Copilot).
 

W ostatnich miesiącach uczę się dydaktyki w dialogu z AI. Wybieram ze swojej pamięci i z notatek jakieś przykłady, dopytuję się o więcej i wykorzystuję AI do ideacji konkretnych przykładów. Tak trafiłem na Oulipo. Jak trafiłem? Chciałem wykorzystać metody storytellingu, które poznałem na warsztatach w czasie Kompasu Edukacji w Bydgoszczy. Przećwiczyłem już kartę postaci. A teraz chciałem wykorzystać "3 słowa i jedno ograniczenie". I dowiedziałem się, że jest to metoda Oulipo. Tak poznałem kilka form tej metody, np. lipogram - tekst bez użycia określonej litery (np. powieść La Disparition Pereca bez litery „e”), N+7 - zamiana każdego rzeczownika w tekście na rzeczownik znajdujący się siedem pozycji dalej w słowniku, palindromy - teksty czytane tak samo w obie strony (od lewej i od prawej) czy struktury matematyczne - np. teksty oparte na permutacjach, grafach czy ciągach liczbowych.  Kiedyś z takimi dziwacznymi wyzwaniami trudzili się pisarze. A w dobie przesycenia technologiami i ekranami warto czasem sięgnąć i po takie, zdawało by się staroświeckie metody.

Dlaczego szukać nowych narzędzi dydaktycznych? Po pierwsze by wprowadzić większa różnorodność i by nie było intelektualnie nudnie. A po drugie, w czasach łatwego dostępu do internetu i narzędzi sztucznej inteligencji dawne metody tracą swoją moc sprawczą. Zadawać studentom eseje do napisania czy prezentacje do wykonania? Mam już poważne wątpliwości. I nie chodzi o zmianę treści tylko zmianę formy. Istotą studiowania na uniwersytecie od wieków było przetwarzanie tekstów. Czy to ustnego wykładu profesora czy to książek. Sercem uniwersytetu była (i chyba jeszcze jest?) biblioteka jak i zgromadzona kadra profesorska. W poszukiwaniach dydaktycznych nie chodzi o odrzucenie tej kwintesencji uniwersytetu i studiowania lecz o poszukanie innych form przetwarzania treści. Form atrakcyjniejszych dla nowego pokolenia, adekwatnych do kultury postpiśmiennej i form mniej podatnych na zastępowanie własnego wysiłku działaniami narzędzi AI.

Jestem w trakcie przygotowywania skryptu-podręcznika do dydaktyki akademickiej, zbierającego różne metody, które wypróbowałem lub chcę wypróbować. Zwiastuny tego skryptu ukazują się właśnie tu na blogu. Pokazuję to, co w nim będzie i jak pracuję nad treścią. A nad całością dopiero myślę – w jakiej formie, czy tradycyjnej czy może i w nietypowej, postpiśmiennej formie. To się dopiero wykluwa.

Współczesna edukacja akademicka na kierunkach przyrodniczych, takich jak biologia czy biotechnologia, mierzy się z paradoksem nadmiaru: studenci, osaczeni przez gigantyczne bazy danych i gotowe definicje, często tracą z oczu głębię procesów, zastępując ją bezrefleksyjnym powtarzaniem terminologii. Całkowicie świadomie jako wykładowca akademicki chcę wypróbować pozornie radykalne, a zarazem prawdopodobnie skuteczne narzędzie odświeżające proces dydaktyczny: metodę Oulipo. Przeniesienie warsztatu literatury (kreatywnego pisania) na grunt nauk o życiu pozwala przekształcić proseminarium dyplomowe czy zajęcia z ochrony środowiska w poligon doświadczalny dla intelektu, gdzie narzucone ograniczenie formalne w pisaniu treści może stać się nieoczywistym katalizatorem zrozumienia treści.

Fundamentem tej metody jest przekonanie, że kreatywność i precyzja rodzą się w odpowiedzi na opór materii (bez własnego wysiłku nie ma uczenia się). Na przykład kontekście przedmiotu „ochrona środowiska”, prowokując studenta do opisania zjawiska globalnego ocieplenia przy całkowitym zakazie używania słów takich jak temperatura, emisja czy węgiel, wytrącamy go z bezpiecznych kolein utartych frazesów (z jakimi się od dawna w przestrzeni publicznej i edukacyjnej spotyka). Aby sprostać takiemu rygorowi, adept biotechnologii musi sięgnąć do głębszych warstw wiedzy, operując pojęciami z zakresu fizyki gazów, termodynamiki czy procesów społecznych, co w efekcie prowadzi do znacznie trwalszego ukonstytuowania się wiedzy w jego umyśle. Musi przetwarzać swoją wiedzę lub tę przeczytaną, w nieoczywisty i zaskakujący sposób. Inaczej niż to czynił do tej pory. Wyjście poza koleiny utartych przyzwyczajeń bywa uciążliwe, ale i ożywcze.

Równie intrygujące efekty przynosi adaptacja metody S+7 na proseminarium czy seminariach dyplomowych, gdzie analiza tekstu naukowego często bywa zajęciem nużącym. Gdy student zostaje poproszony o mechaniczną zamianę rzeczowników w abstrakcie kluczowej publikacji na terminy oddalone o siedem pozycji w słowniku biologicznym, dochodzi do dekonstrukcji narracji. Proces „odkodowywania” tak powstałego, surrealistycznego tekstu pozwala studentom dostrzec architekturę zdania naukowego i zrozumieć, że precyzja w doborze terminologii nie jest jedynie wymogiem redakcyjnym, lecz warunkiem koniecznym istnienia prawdy naukowej. Takie ćwiczenie obnaża luki w zrozumieniu składni i logiki wywodu, które w standardowym czytaniu często umykają uwadze.

Kluczowym etapem przygotowania do pracy badawczej jest umiejętność syntezy, którą w duchu Oulipo można trenować poprzez strukturę „śnieżnej kuli” lub progresywnego ograniczania objętości. Zadanie polegające na streszczeniu własnego projektu badawczego najpierw w stu słowach, następnie w pięćdziesięciu, aż po rygorystyczną barierę dokładnie dziesięciu słów, uczy studenta bezlitosnej hierarchizacji informacji. Jest to trening esencjonalizmu, który nie tylko w biotechnologii jest niezbędny przy tworzeniu abstraktów konferencyjnych czy opisów patentowych. Student, walcząc z limitem znaków, przestaje być pasywnym przekaźnikiem wiedzy, a staje się rzeźbiarzem tekstu, który musi odrzucić wszystko, co nie jest niezbędne dla zrozumienia istoty zjawiska. Sam wielokrotnie przeżywałem taki proces ograniczając liczbę słów i znaków, w pisaniu streszczeń i abstraktów, czy felietonów do różnych czasopism. Wszystko wydaje się ważne i cenne (autor o swoim tekście myśli jak o dziecku, tyle włożył wysiłku a tu trzeba coś wykreślić, skrócić!).

Wprowadzenie metod Oulipo do sylabusa przedmiotów przyrodniczych to nie tylko dydaktyczna zabawa, ale przede wszystkim strategia kształcenia krytycznego myślenia. Dzięki narzuconym ograniczeniom, studenci biologii uczą się, że język nauki jest żywym organizmem, a precyzyjne opisywanie świata wymaga elastyczności umysłowej i odwagi w przełamywaniu schematów. Taka interdyscyplinarna fuzja literatury i biologii sprawia, że skomplikowane procesy bioremediacji czy skomplikowane obiegi pierwiastków stają się dla nich nie tylko zestawem danych do zapamiętania, ale strukturą, którą potrafią samodzielnie i świadomie zrekonstruować w dowolnych warunkach intelektualnych.

Uzasadnienie wartości metody Oulipo w kontekście głębokiego uczenia się opiera się na psychologii poznawczej oraz teorii konstruktywizmu, które wskazują, że wiedza nie jest „kopiowana” do umysłu, lecz aktywnie w nim budowana poprzez wysiłek interpretacyjny. W dobie powszechności narzędzi generatywnej sztucznej inteligencji (AI), które potrafią błyskawicznie wygenerować poprawny, ale często bezduszny i wtórny tekst, Oulipo staje się swoistym „bezpiecznikiem” autentyczności procesu edukacyjnego.

Zgodnie z modelem poziomów przetwarzania Craika i Lockharta, trwałość śladu pamięciowego zależy od głębokości analizy bodźca. Tradycyjne sporządzanie notatek czy pisanie prac bez ograniczeń często wpada w pułap przetwarzania płytkiego (skupienie na formie wizualnej lub dźwiękowej słów). Metoda Oulipo, poprzez narzucone rygory – takie jak zakaz używania konkretnych pojęć – zmusza studenta do przetwarzania semantycznego. Student nie może po prostu skopiować definicji, ponieważ musi ją „rozebrać” na czynniki pierwsze, zrozumieć jej istotę i ubrać w nowe, dozwolone ramy językowe. To sprawia, że informacja musi przejść przez krytyczne struktury poznawcze, co gwarantuje jej lepsze zrozumienie i zapamiętanie.

Narzędzia AI opierają się na statystycznym prawdopodobieństwie występowania słów. Najlepiej radzą sobie z tekstami standardowymi, przewidywalnymi i encyklopedycznymi. Narzucenie studentom oulipijskiego ograniczenia (np. „opisz proces replikacji DNA, stosując wyłącznie wyrazy jednosylabowe”) sprawia, że standardowy prompt wpisany do AI często zawodzi lub generuje błędy logiczne. I wtedy jest szansa na ludzką kreatywność.

Takie podejście wymusza sprawstwo. Student musi stać się redaktorem i weryfikatorem. Nawet jeśli użyje AI do pomocy, będzie musiał wykonać ogromną pracę dostosowawczą, by tekst spełniał sztywne reguły, co de facto zmusza go do stałego kontaktu z treścią merytoryczną.

Metoda ta naturalnie eliminuje kopiowanie fragmentów z podręczników czy Wikipedii, ponieważ żaden gotowy tekst nie spełnia rygorystycznych założeń narzuconej formy. Tak więc metoda nie kusi do kopiuj-wklej i mimowolnego plagiatu . Nawet zamierzony plagiat staje się niemożliwy do zrealizowania. Chociaż tu pojawia się mały niepokój. A może jednak sprawdzić czy narzędzia AI potrafią tworzyć teksty zgodnie z wybranymi procedurami Oulipo? To trzeba sprawdzić eksperymentalnie.

W biologii i biotechnologii umiejętność patrzenia na ten sam proces z różnych perspektyw (molekularnej, ekologicznej, ekonomicznej) jest kluczowa. Oulipo promuje tzw. elastyczność poznawczą. Poprzez zabawę formą, student uczy się, że język nauki jest narzędziem, a nie barierą. Ćwiczenia takie jak „definicje wzajemne” (opisywanie ekologii językiem biotechnologii) zmuszają do mapowania pojęć między różnymi domenami wiedzy. To tworzy w mózgu gęstszą sieć skojarzeń, co jest istotą eksperckiego myślenia interdyscyplinarnego.

Zastanawiam się tylko czy studenci oraz wykładowcy akademiccy będą chcieli wyjść ze swoich przyzwyczajeń i poza własną strefę komfortu. Czy będą chcieli robić coś inaczej niż się przez lata przyzwyczaili. Ja liczę na efekt nowości, świeżości i przygodę odkrywania nowego. Musi temu oczywiście towarzyszyć otwartość na błędy. Bo wkraczając na nowy grunt ryzykujemy, że się nie uda. A tu poczucie bezpieczeństwa jest niezbędne.

Wrócę do dygresji - czy ktos już sprawdził jak reaguje AI na Oulipo? Z chęcią poznałbym rezultaty. A jak postawisz mi kaw (https://buycoffee.to/profesorskiegadanie), to zmobilizujesz mnie do tego, bym i ja sam sprawdził

2.03.2026

Detektyw kaczka i jego paczka czyli co się dzieje, gdy dorośli czytają książki dla dzieci

Gdy czytam książki dla dzieci i młodzieży, to zwracam uwagę na ich edukacyjny charakter. A jeśli są to książki przyrodnicze, to także na poprawność zawartych tam informacji. Tę pozycję przeczytałem i polecam. Dowcipna i bez przekłamań przyrodniczytch. Rozbudza ciekawość do samodzielnego poznawania przyrody.

Przyznaję bez bicia: dałem się wciągnąć w tę kaczystowską intrygę i to z ogromną frajdą, której nie powstydziłby się żaden wyga z wydziału śledczego. Choć metryka sugeruje, że dawno wyrosłem z krótkich spodenek, „Detektyw Kaczka i jego paczka” Bogusia Janiszewskiego (wydana przez wydawnictwo Papilion) udowodniła mi, że na dobre dochodzenie nigdy nie jest się za starym. Teren akcji był mi znany, ale mapa dołączona do akt sprawy przez Artura Nowickiego to czysty majstersztyk – humorystycznie przetworzona, idealnie oddaje ducha Bydgoszczy, choć radzę nie używać jej do nawigacji po pijanemu, bo można wylądować w Brdzie szybciej, niż kaczor Bernard zdąży rzucić sarkastyczną uwagą.

W tej historii nad miastem unosi się złowrogi Duch Młyna, nad rzeką tańczą podejrzane światła, a mieszkańcy, zamiast zająć się parzeniem kawy, szepczą o klątwach, co zwiastuje panikę grubszego kalibru. Do akcji wkracza jednak duet, przy którym Sherlock i Watson to amatorzy: Bernard, kaczor z ciętym językiem i alergią na ludzką głupotę, oraz Tosia – wiewiórka, której procesy myślowe ledwo nadążają za jej naddźwiękowymi łapami. Boguś Janiszewski doprawił tę historię solidną porcją wiedzy przyrodniczej i humorem, który trafia w punkt, niezależnie od liczby świeczek na torcie. Ilustracje Artura Nowickiego są w moim ulubionym stylu.

Z moich obserwacji wynika, że to lektura idealna dla agentów powyżej 9. roku życia, którzy potrafią już samodzielnie łączyć kropki. Jednak uwaga – ze względu na gęsto rozsianą gwarę bydgoską, trudniejsze terminy i dyskretne mrugnięcia okiem w stronę popkultury, zalecam, by młodszym kadetom towarzyszyli rodzice lub nauczyciele. Wspólne czytanie to doskonała okazja, by wyjaśnić, co autor miał na myśli i dlaczego niektóre żarty wymagają znajomości czegoś więcej niż tylko znajomości liter i tabliczki mnożenia. Najlepiej jednak wyjść z biura w teren: połączyć lekturę ze zwiedzaniem Bydgoszczy i Młynów Rothera, a potem sprawdzić teorię w praktyce w centrum nauki. Czy Bernard i Tosia rozwikłają zagadkę, zanim zrobi się naprawdę gorąco? Tego dowiesz się z akt sprawy, które warto mieć na własnej półce.


Po więcej informacji o autorach, wydawnictwie i Młynach Rothera sięgnij tu:

1.03.2026

Bezwład przestrzeni na sali wykładowej, czyli jak nowe próbuje się zadomowić

Fot. Serwis UWM, 2026. Relacja z bardzo ciekawej debaty i dyskusji panelowej. 
 

Przez stulecia sala wykładowa była świątynią słowa mówionego, a jej architektura wiernie odzwierciedlała hierarchię wiedzy. Układ był prosty i funkcjonalny: na podwyższeniu (by głos się lepiej i dalej rozchodził) znajdowała się katedra – swoista ambona, z której płynęła prawda objawiona, a poniżej, w karnych rzędach ław, zasiadali ci, którzy mieli tę wiedzę chłonąć. W czasach przed erą cyfrową i nagłośnieniem, ta konstrukcja miała głębokie uzasadnienie praktyczne. Podwyższenie ułatwiało rozchodzenie się głosu, a masywny pulpit był niezbędny, by pomieścić ciężkie księgi, notatki i nieodzowną szklankę wody. Była to przestrzeń zaprojektowana dla jednego aktora i wielu widzów. Technologia w służbie statyki.  To dobre rozwiązanie, gdy jeden mówi lub czyta a wielu słucha. Wtedy nie było jeszcze mikrofonów i podwyższenie ułatwiało rozchodzenie się głosu. A że czytało sie z kartek lub książek, to pulpit był przydatny. I było miejsce na szklankę z wodą.

Gdy weszły mikrofony, to słyszalność wzrosła, można było mówić ciszej. Paradoksalnie, postęp techniczny w pierwszej fazie wcale nie zburzył murów, a wręcz je wzmocnił. Pojawienie się mikrofonów, zamiast uwolnić wykładowcę, często więziło go przy statywie. Usta muszą być przy mikrofonie, nie można więc chodzić po sali (rozwiązaniem był mikrofon bezprzewodowy).

Komputery i rzutniki multimedialne zastąpiły papierowe karty ekranami, a tradycyjna katedra rozrosła się do rozmiarów potężnego stołu prezydialnego. Gdy pojawiły się komputery i rzutniki multimedialne, to niewiele się zmieniło, kartkę zastąpiła klawiatura i ekran z podglądem tego, co jest wyświetlane na ekranie. Mikrofon mógł być na statywie, co jeszcze bardziej unieruchamiało mówcę - wykładowcę. Przybyło trochę pulpitów a sama katedra rozrosła się do dużego stołu. W sumie łatwo było projektować takie sale, bo nic funkcjonalnie się nie zmieniało.

W efekcie, zamiast zbliżać, architektura zaczęła dzielić. Mównica stała się basztą obronną, a szeroki stół – fosą, skutecznie oddzielającą mędrca od publiczności. Ten "bezpieczny" dystans budował barierę mentalną, która w dobie interaktywności staje się coraz trudniejsza do zaakceptowania. Projektowanie takich sal było łatwe, ponieważ funkcjonalny schemat pozostawał niezmienny od pokoleń, utrwalając projektowy bezwład.

Zupełnie inaczej wygląda tradycja spotkań seminaryjnych, gdzie wspólny stół od zawsze przestrzennie wymuszał partnerstwo i wymianę myśli. Dzisiejsze potrzeby edukacyjne coraz częściej dryfują właśnie w tę stronę – ku dyskusji, warsztatom i panelom. Problem pojawia się, gdy te nowoczesne formy próbujemy wtłoczyć w ramy "zamkowych" murów tradycyjnych auli.

Ciekawym przykładem przełamywania tego impasu są współczesne panele dyskusyjne. Często widzimy na nich prelegentów, którzy – mimo dostępnego stołu prezydialnego – decydują się "wyjść przed szereg" (tak jak na zdjęciu wyżej). Porzucają bezpieczną barierę blatu, siadają w fotelach bliżej publiczności, skracając psychologiczny dystans. To gest niemal rewolucyjny: pokonanie ograniczeń przestrzeni na rzecz jakości komunikacji.

Wadą sal jest to, że trudno jest przeorganizować sale do chwilowych potrzeb, Mury zamku z wieżą obronną nie dają sie przestawić tak łatwo. Dla lepszego kontaktu publiczności z wykładowcą inaczej projektuje się sale. Można zapewnić podgląd ekranu tak, by wykładowca widział i publiczność i monitor podglądu a jednocześnie by nie było oddzielającego muru (masywny stół prezydialny). 

Bezwład projektowy jednak trwa. A przebudowanie sali to duży wydatek. I nie zawsze się to da zrobić. Współczesna sala wykładowa powinna przestać być pomnikiem przeszłości. Wyzwania stojące przed projektantami to przede wszystkim mobilność i rearanżacja. Oznacza to, że meble i sprzęt powinny pozwalać na szybką zmianę układu z wykładowego na warsztatowy. Po drugie likwidacja barier wizualnych, np. zapewnienie podglądu ekranu dla wykładowcy tak, by nie musiał chować się za monitorem, tracąc kontakt wzrokowy ze słuchaczami Dolne zdjęcie). W nowoczesnych salach widać już inspiracja formatami typu TEDx, gdzie przestrzeń promująca dynamikę, swobodę ruchu i bezpośredniość. 

Skoro w starych budynkach potrafimy zainstalować windy dla niepełnosprawnych, możemy również zmodernizować ich funkcjonalność komunikacyjną. Architektoniczny bezwład jest kosztowny, a przebudowa starych sal to operacja trudna i droga. Jednak w nowych inwestycjach nie możemy pozwolić sobie na kopiowanie schematów sprzed wieków. XXI wiek wymaga architektury, która wspiera proces komunikacji, a nie go blokuje. Architektura, która wykorzystuje dostępne technologie bezprzewodowe. Kluczem jest wyobraźnia i zrozumienie, że współczesna edukacja to nie tylko transfer danych, ale przede wszystkim relacja i dialog. Musimy projektować przestrzenie, które zamiast budować mury, będą stawiać na komfort obu stron – wykładowcy i słuchacza. 

Na górnym zdjęciu spotkanie o charakterze dyskusyjnego panelu. Bardzo wartościowe tematycznie spotkanie, ale ja chciałbym zwrócić uwagę na aspekt przestrzeni. Zamiast siedzieć za zasłaniającym i oddzielającym szerokim stołem prezydialnym, organizatorzy zdecydowali się wyjść przed. Skrócili psychologiczny dystans, pokonali utrudnienia typowej sali wykładowej.

W sposobie wykorzystania sali wykładowej i jej architektonicznym bezwładzie widać jak w ostatnich kilku dziesięcioleciach zmieniły się sposoby prowadzenie wykładów i warsztatów. Są już rozwiązania techniczne, które to ułatwiają: komfort dla wykładowcy, komfort dla słuchacza i usuwanie psychologicznych barier komunikacji. Nawet w starych budynkach potrafimy dobudować windy i podjazdy dla niepełnosprawnych. To samo możemy robić z aranżacją sali. Owszem, czasem dawna architektura stwarza duże bariery i utrudnienia. Ale za to w nowych budynkach możemy myśleć nie o przeszłości lecz o teraźniejszości i przyszłości. Ważna jest jednak wyobraźnia i dobrze zrozumienie procesu komunikacji we współczesnym świecie.


Ekrany dla publiczności (1), z każdego miejsca dobrze widać. Rzutnik pod sufitem (2). Ekran podglądu dla wykładowców (3), duży, podwieszony pod sufitem, nie zasłania kontaktu wykładowcy z publicznością.