29.11.2025

5 filarów retoryki uzupełnione wspomaganiem sztucznej inteligencji

Graficzne zobrazowanie pięciu filarów retoryki, wygenerowane przez Gemini.

 
Czytałam w wersji redakcyjnej książki. Ale ta kwestia jakoś mi umknęła. A teraz kiedy Marek Stączek umieścił ten fragment na swoim Facebooku, to dotarło do mnie  zupnie inaczej. Teraz dopiero dostrzegłem. Może dlatego, że wiedza podane w małej i samodzielnej porcji? A może w dobrym momencie, gdy akurat po różnych konferencjach zastanawiałem się dlaczego niektóre prezentacje i wystąpienia źle są przygotowane. a inne znakomicie. Tak jak w starej piosenne, odpowiednia dziewczyna w odpowiednim momencie. Tyle ze nie o miłość tu chodzi a wpasowanie się małego puzzla wiedzy. I rozmyślałem o AI, jako narzędziu wspierających lub wyręczającym przygotowanie prezentacji (nie tylko studenckiej).

Tak więc mała porcja wiedzy (mikrouczenie się) w odpowiednim momencie. I zaskoczyło w mojej głowie. Coś nowego dla siebie samego odkryłem i tymi mikroodkryciami właśnie się dzielę.

Notowanie to nie tylko archiwizacja treści, ale przede wszystkim sposób myślenia. Notowanie to przetwarzanie informacji i wiązanie z tym, co się już wiedziało i rozumiało (konstruktywizm). Uczenie się to samodzielne budowanie własnej wiedzy (konstruktu) z tego co już w głowie było, z tym co właśnie dociera. A dociera przez różne filtry, zmieniające oryginalna treść. Uczenie się to nie jest kopiowanie,

W czasach z AI nasze uczenie się i budowanie własnego konstruktu ulega znaczącej zmianie. Jak zmienia się nasz, ludzki sposób poznawania i rozumienia, gdy posługujemy się nowymi narzeczami AI do notowania, rysowani, przetwarzania? Nowa symbioza i powstaje nowy człowiek. Czy tego nowego nazwiemy Homo sapientissimus czy może Homo artyficialis? Podstawy behawioralne do wyróżniania nowego gatunku są jak najbardziej zasadne.

Właściwa grafika. Ale taką można szybko zrobić w szablonie schematów w Power Poicie. I bez błędów literowych, które znajdują się w pracy AI. Ładnie wygląda ale uważne oko wychwyci niedoskonałości w tekście. I nie da się tego poprawić..

Ale do rzeczy czyli do pięciu filarów przygotowania dobrego wystąpienia ustnego. Marek Stączek na Facebooku tak napisał:

„Pięć filarów, a nie jeden filar. Budowa na jednym, to zapowiedź katastrofy! Ojcowie retoryki mówili - w procesie przygotowania mowy ważna jest:

1. „Inwencja” – umiejętność znalezienia tematu, trafnego określenia istoty problemu, czy szukanie inspiracji w oryginalnym uchwyceniu zagadnienia.

2. „Dyspozycja” – opracowanie ciekawej konstrukcji wypowiedzi,

3. „Elokucja” – celowy dobór słów, klarowne zbudowanie zdań.

4. „Memoria” – pamięciowe opanowanie materiału.

5. „Akcja” – odpowiednie zaprezentowanie na forum opracowanej treści.

Można by powiedzieć, że na całą aktywność mówcy popatrzyli w ujęciu chronologicznym – wszystko zaczyna się od poszukiwania pomysłu, przez gromadzenie materiału, selekcję i wybranie najlepszych treści, następnie ułożenie całości w spójną konstrukcję, wreszcie dopracowanie pomniejszych elementów tj. fraz, zwrotów, czyli cyzelowanie całego przekazu. Potem samodzielne notowanie, ćwiczenie, powtarzanie – uczenie się tekstu na pamięć, by wreszcie wejść w fazę ostatnią – „odegranie” przed publicznością, czyli zagadnienie dotyczące dramaturgii, mowy ciała, wykorzystanie dostępnej przestrzeni etc.

Jak powiedziałem, można na te pięć tematycznych bloków patrzeć jak na serię kolejno następujących po sobie etapów, ale można zaproponować inną optykę, wedle której ojcowie retoryki chcieli zasugerować nam gradację, tzn. określenie, co jest kluczowe, by nie powiedzieć najważniejsze w całej tej aktywności, czyli – praca intelektualna. Myślenie, twórczy proces, którego celem jest opracowanie unikalnej, perswazyjnej, ciekawej treści.

A jak zerkniemy do standardowego programu z prezentacji publicznej, to tam zwykle rozwijany jest piąty z podanych elementów, czyli „akcja” – jak przed słuchaczami odpowiednio zaprezentować treść (kontakt wzrokowy, gesty, posługiwanie się slajdami, etc.) To ruch spod znaku „odejście od źródła”. Podobnie przywoływani dziennikarze i prezenterzy – Ci też tylko o „memoria” i „akcja”.

PS. Ciąg dalszy w książce pt. "TREMA. Ponad 102 pomysły na tremę" (publikacja w przygotowaniu).”

Na co zwróciłem uwagę? Na piramidę. Że to co najważniejsza jest w podstawie a nie na samych wierzchołku. A gdyby do tego tekstu i moich przemyśleń dodać grafikę? Jestem wzrokowcem i lubię ilustracje. Lubię myśleć obrazami. Przeczytałem ten krótki tekst i zanotowałem ręcznie w notatniku swoje refleksje, rozwinięcie, inne ujęcie. Pierwszy element przetwarzania i powtarzania (zapamiętywania). A może zmienić słowa by brzmiały bardziej współcześnie? To dłuższe zadanie i też głębsze przetwarzania, wiązanie z już posiadanym we własnej głowie konstruktem wiedzowym.  Zostawiam na potem. Ale może narysować notatkę graficzną? By lepiej zapamiętać i mię „momorię” do snucia opowieści. Narysować manualnie w zeszycie, nawet kredkami. Lubię rysować choć zajmuje to czas. Ale jak to potem umieścić w prezentacji, np. dla studentów na wykładzie lub ćwiczeniach? Zeskanować? A czy można wykorzystać AI? Jest okazja sprawdzić szybko i łatwo. Wykorzystałem Gemimi i Cipilot.

Piramida wyszła szybko. Ale chciałem inaczej, żeby co innego było u podstawy. Zmiana promptu i po kilku, kilkunastu sekundach nowa wersja. Łatwo i sprawnie. Owszem, często pojawiają się błędy literowe i nie ma jak tego rysunku w png czy jpg edytować by poprawić. A może w formie strzałki, jako procesu, zamiast piramidy? Tu już więcej było problemów. Zarówno piramidę jak i strzałkę (proces) dość łatwo można zrobić w Power Poince. I edytować by zmodyfikować. W tym przypadku AI nie jest lepszym rozwiązaniem mimo ze daje rezultaty tak o dwa, trzy razy szybciej. Używanie AI do takich zadań to duże marnowanie energii i wody do chłodzenia serwerów. Dodatkowo przy edycji schematu w Power Poicie więcej przetwarzam treści, bo muszę coś wybrać, zdecydować się na kolory i wpisać tekst. Ciut dłużej ale efektywniej dla mózgu. Bo bez wysiłku nie ma procesu uczenia się. Co zbyt łatwo przychodzi i i szybko ulatuje.

A czy AI może coś, czego ja w szablonie Power Pointa nie zrobię? Na przykład grafika w formie zdjęcia, malarstwa itp. Prompt to zaledwie 1-3 minuty. Jeszcze szybciej rezultat. Ale tu zaczęły się schody. I liczne logiczne błędy, w kolejności w kompletności. I nie da się tego poprawić. Na górnym zdjęciu wybrałem najlepszy rezultat. Pokazać te 5 filarów jako drogę do przebycia a nie piramidę (bo można różnie interpretować ważność tego co na górze lub na dole. Dobrym przykładem jest piramida zapamiętywania).

I jaką przygotuję opowieść do tej grafiki, opartej na ustaleniach starożytnych retorów i odnowionych dla współczesności? Na przykład taką:

1. Inwencja to umiejętność znalezienia tematu, trafne określenie istoty problemu czy szukanie inspiracji w oryginalnym uchwyceniu wypowiedzi. Oryginalność nas przyciąga. Tak rozumiana inwencja retoryczna to przede wszystkim kreatywność i szeroka wiedza w poruszanym temacie. To także znajomość publiczności czyli odbiorcy. Szerokiej wiedzy szybko nie zdobędziemy ale publiczność można poznać. Trzeba tylko chcieć i wiedzieć, ze warto to zrobić.

2. Dyspozycja to umiejętność opracowania ciekawej konstrukcji wypowiedzi, dostosowanej do konkretnego odbiorcy. Dyspozycja to znajomość szablonów wypowiedzi. Te szablonu można poznać i to dość szybko. Wypracowane zostały przez stulecia.

3. Elokucja (aż prosi się o jakieś współczesne słowo). Celowy dobór słów, klarowne zbudowanie zdań. Tego powinno się uczyć w szkole na języku polskim, teraz chyba zbyt mocno przeładowanym historią literatury. Owszem, można się uczyć mówić na przykładzie historii literatury, ale to nie dawna literatura jest celem. Może być tylko narzędziem. Kompetencje językowe z dykcją włącznie, są bardzo przydatne. To logika formułowanych zdań i przejrzystość wypowiedzi. A używane słowa zależą od wiedzy i rozumienia tematu oraz znajomości publiczności. By mówić do ludzi i być rozumianym,

4. Memoria czyli pamięciowe opanowanie referatu. Kiedyś należało się nauczyć na pamięć, stąd poezja i rym oraz rytm. Łatwiej zapamiętać coś, co jest opowieścią z fabułą. Trudniej zapamiętać dłuższe wypowiedzi. Pismo i kartki ułatwiają zapamiętywanie. Można całe wystąpienie zapisać. Ale wtedy grozi odczytaniem z kartki (odczyt a nie referat). Lepszym rozwiązaniem jest konspekt ze słowami kluczowymi, kamieniami milowymi wypowiedzi. Albo jeszcze lepiej posłużyć się narysowaną mapą myśli (też pamięć zewnętrzna). Czasem pomagają rekwizyty/. W dobie Power Pointa kusi by treść wypowiedzi zapisać na slajdach. Ale wtedy wychodzi karaoke. Lepiej na slajdach wstawić grafikę i pojedyncze słowa, będące dla mówcy kamieniami milowymi.

5. Akcja czyli odpowiednie zaprezentowanie publiczne opracowanej treści. I z tym bywa różnie. Czasem trema przeszkadza, czasem mówca popłynie i nie przestrzega czasu wyznaczonego na jego wystąpienie. Akcja to mówca na pierwszym planie a nie prezentacja na ekranie czy kartki, z których czyta. Prezentacja powinna być wspomagającym rekwizytem i memorią a nie głównym bohaterem referatu. By mówić do ludzi a nie jedynie w ich obecności, Akcja to umiejętność wykorzystanie przygotowanych rekwizytów. To także uwzględnienie kontekstu czasu, czyli tego co już na sali się wydarzyło. A tego nie jesteśmy w stanie wcześniej przewidzieć. Trzeba improwizować i nawiązywać do tego co tu i teraz. I najważniejsze, trzeba się zmieść w wyznaczonym czasie. Są slajdy przeładowane treścią i mówcy, którzy nie wiedzą jak zakończyć. I przedłużają, i ględzą, kilka razy obiecują „na zakończenie”. Akcja wynika z pierwszych 4 punktów, z dobrego przygotowania.

6. Co można dodać do starożytnych? Materiały po wystąpieniu. Nie wiem jak nazwać. To qr kody na ostatnim slajdzie (slajd oczekiwania) i przygotowane materiały papierowe do rozdania. By referat trwał mimo, że się dawno zakończył. Trzeba więc pomyśleć nad zmodyfikowaniem grafiki i dodaniem szóstego kamienia milowego. 

A niżej kilka graficznych prób z AI. Ładne ale nie wszystkie są przydatne (poszukaj błędów merytorycznych i tekstowych):




Wygenerowane prze Copilot. Ładnie graficznie i dodany element wędrującego człowieka. Tylko merytorycznie zgubiony drugi filar. Nie da sie poprawić. Trzeba generować ponownie. Lub szybciej samemu zrobić w Power Poincie. 

26.11.2025

Czy prezentacje studenckie w czasach AI wciąż kształcą i czy wymagają intelektu?



Studia to coś więcej niż szkoła i odrabianie lekcji. To w dużym stopniu samodzielne zgłębianie tematu i uczenie się różnych umiejętności. A więc w jeszcze większym zakresie studia bazują na samodzielnej pracy studenta czyli na pracy domowej. Czas spędzany na wykładach, gdy student słucha i czas spędzany na ćwiczeniach lub seminariach, gdy student coś poznaje manualnie lub uczestniczy w dyskusjach, to tylko część akademickiego studiowania. Dużo czasu żak powinien przeznaczyć na samodzielną pracę z tekstem, dyskusje czy samodzielne wykonywane eksperymenty.

Tak było, ale w przysłowiowym międzyczasie znacząco zmieniło się otoczenie społeczno-cywilizacyjne uniwersytetów. Żyjemy w rzeczywistości nie tylko internetu lecz i sztucznej inteligencji. Wcześniej pisałem już o wątpliwościach dotyczących eseju: W czasach AI przymus edukacyjny zawodzi - czy zadawać pisanie esejów?  Poruszając kwestię zmian w dydaktyce, wywołanych przez rewolucję technologiczną, w niemniejszym tekście chciałbym skupić się na jednym z najpopularniejszych studenckich zadań domowych: prezentacji multimedialnej. Przez lata referaty i prezentacje przygotowywane przez studentów w domu – czy to z użyciem Power Pointa, Canvy, Prezi, czy Mentimetra – były cennym elementem procesu nauczania. Zakładaliśmy, że student samodzielnie uzupełni swoją wiedze, powtórzy treści z wykładów i ćwiczeń, poszuka źródeł dodatkowych z zasugerowanych przez wykładowcę publikacji i książek oraz z tych wyszukanych samodzielnie, zapozna się z nimi, przetworzy i zbuduje swoją wiedzę. A następnie twórczo przekształci i przygotuje prezentację, czy to w formie tekstowej np. jako esej czy sprawozdanie z ćwiczeń, czy to jako prezentacja multimedialna, którą będzie się wspierał w czasie wygłaszania referatu. Dzięki temu student utrwalał i poszerzał nie tylko wiedzę merytoryczną z danego zagadnienia, ale także rozwijał kluczowe kompetencje komunikacyjne i techniczne (komputerowe). Umiejętności techniczne dotyczą przygotowania prezentacji multimedialnej, a to umiejętność potrzebna w życiu zawodowym już po studiach. 

Zadanie w postaci studenckiej prezentacji miało ćwiczyć lub pokazać, czy student potrafi przygotować spójny merytorycznie konspekt, zaprojektować estetycznie slajdy, przygotować grafikę, animacje, schematy czy nawet umieścić krótkie materiały wideo. A potem obsłużyć przygotowaną prezentację i sprawnie wygłosić referat, posiłkując się przygotowanymi slajdami. Zyskiem była zatem zarówno opanowana wiedza, jak i umiejętności komunikacji wizualnej oraz sztuki argumentacji. To była także podstawa nauki systematyczności, samodyscypliny i planowania – cechy niezbędne w dorosłym życiu zawodowym.

Jednakże, nadejście zaawansowanych narzędzi sztucznej inteligencji całkowicie zmienia reguły gry. Dziś AI potrafi w kilka minut wygenerować kompletną prezentację: tworzy strukturę, syntetyzuje treść z internetu lub publikacji, dobiera pasujące obrazy, a nawet formatuje slajdy, minimalizując wysiłek techniczny i merytoryczny ze strony studenta. Sam sprawdziłem ostatnio na kilka sposobów, zarówno proste informacje na poziomie szkoły średniej (np. fotosynteza) jak i bardziej zaawansowane merytorycznie zagadnienie, dotyczące ewolucji życia i kambryjskiej eksplozji różnorodności. Zajęło mi to kilka, kilkanaście minut. Więcej czasu zajęło mi czytanie tych gotowych rezultatów niż pisanie promptów. A jestem dopiero początkującym użytkownikiem tego typu zadań i narzędzi AI.

Jeśli przygotowanie techniczne i zbieranie podstawowych informacji może być wykonane automatycznie, pojawia się pytanie: jaką wartość ma praca domowa (studencka praca własna), która jest w zasadzie przepisywaniem (kopiuj-wklej) danych wygenerowanych przez algorytm? Stajemy przed bardzo poważnym dydaktycznym wyzwaniem dla dydaktyki akademickiej. To, co wcześniej było sprawdzaniem wiedzy merytorycznej i umiejętności technicznych, staje się testem zdolności do obsługi aplikacji AI. Zmiana jest znacznie poważniejsza niż jesienna zmiana opon na zimowe by bezpiecznie dojechać do celu. I by nie zrobić tego zbyt późno, dopiero gdy spadnie pierwszy śnieg i pojawi się lód na drodze. Tradycyjna dydaktyka normatywna i dydaktyka instrukcyjna oparta ma paradygmacie behawiorystycznym, która wymagała odtworzenia materiału, właśnie traci swoją moc. Nawiązując do porównania z oponami – śnieg już spadł, a na letnich oponach daleko i bezwypadkowo nie zajedziemy.

Teraz zadając prezentację (jakże popularne w sylabusach jako forma sprawdzania efektów nauczania), sprawdzamy nie tyle poziom zrozumienia materiału, ile to, czy student umie wykorzystać AI jako „ściągawkę” czy „gotowca”. "W te klocki" studenci są przed większością nauczycieli akademickich. 

Musimy zaakceptować fakt, że narzędzia AI są nowymi realiami akademickiej i szkolnej codzienności. Behawiorystyczna pedagogika przemocowa traci coraz bardziej swoją przydatność. Nie możemy karać studenta za korzystanie z nowoczesnych technologii, tak jak kiedyś karaliśmy za korzystanie z różnego rodzaju ściąg. Jeśli karzemy za błąd to naturalnym (i dobrze tłumaczonym przez behawioryzm) jest unikanie błędu, który generuje karę. To unikanie objawia się także jako oszustwa w postaci ściągania. Czy mamy być coraz sprawniejszymi detektywami i policjantami tropiącymi wykorzystanie AI w przygotowaniu prezentacji?

Pamiętam swoją pierwszą dwójkę w szkole. To było w czasach, gdzie 2 było najniższą oceną (nie było jedynek). Zadziało się w pierwszej klasie szkoły podstawowej, nie odrobiłem pracy domowej i dostałem dwójkę. Wielkie moje zdziwienie i zaskoczenie. Oczywiście ta kara podziałała na mnie mobilizująco. Powoli wyrastałem z dziecięcej beztroski i zapisywałem w zeszycie prace domowa, a potem sprawdzałem, co było zadane. Kary za nieodrobioną pracę były i później. Wyrabiałem nie tylko nawyki systematyczności i odpowiedzialności ale i różne sposoby na oszukiwanie. Bo jednak czasem z różnych przyczyn się zapomniało odrobić. Lub nie potrafiłem rozwiązać zadanego zadania czy napisać wypracowania. Aby uniknąć kary, przepisywałem od kolegi czy koleżanki na szkolnym parapecie lub pod ławką (na innej lekcji). Na lekcjach sobie podpowiadaliśmy lub przygotowywaliśmy różne mniej lub bardziej wymyślne ściągi. Jak w biologii - był to ewolucyjny wyścig zbrojeń między drapieżnikiem i ofiarą.

Dziś błąd polega na braku samodzielnego wysiłku w przygotowaniu studenckiego referatu, ale czy generowanie kary, która prowadzi do przygotowania prezentacji z pomocą AI, jest rozwiązaniem? Dlaczego wybieramy drogę na skróty? Z wielu powodów, nie tylko z lenistwa i nie tylko z braku motywacji do nauki. Czasem studentowi brakuje czasu, bo jest kumulacja zaliczeń i kolokwiów lub jakaś kolizja z życiem prywatnym. Motywacja i chęć własnego rozwoju – kluczowe dla procesu uczenia się – mogą być wypierane przez łatwość uzyskania gotowego wyniku. Bynajmniej nie pochwalam tego procederu. 

Tak jak w szkole wprowadzono instytucję zgłaszania nieprzygotowania, akceptując ludzki błąd i dając szansę na nadrobienie, tak musimy zaakceptować AI. Analogicznie do zmiany opon na zimowe, by bezpiecznie dotrzeć do celu, musimy zmienić nasze metody nauczania. Wartość edukacyjną zachowają prezentacje, które są po pierwsze samodzielnie wykonane i wymagają krytycznej analizy, obrony kontrowersyjnej tezy, lub zastosowania wiedzy w unikalnym, lokalnym kontekście, którego AI nie jest w stanie wygenerować. Zadania muszą opierać się na kreatywności, bezpośredniej interakcji i głębokiej refleksji, a nie na technicznej produkcji slajdów. Wykorzystanie narzędzi AI w przygotowaniu prezentacji nie świadczy o braku samodzielności studenta i nie świadczy o braku jego pracy i rozwoju.

Moim zdaniem kluczowa jest motywacja studenta i jego chęć rozwoju. Bo konia można przyprowadzić do wodopoju, ale nie da się go zmusić do napicie się. Jak motywować? Sensownością i przydatnością zlecanych zadań? Uświadamiać na czym polega proces uczenia się i że wiąże się z wysiłkiem? A może zaakceptować błąd i skupić się na rozwoju? Niepowodzenie lub błąd nie musi być porażką i nie musi wiązać się z kara. Po drugie trzeba więcej zaufania. I po trzecie konieczna jest zmiana paradygmatu dydaktycznego, odejście od dydaktyki normatywnej i dydaktyki instrukcji na rzez konstruktywizmu i konektywizmu. Potrzebne są więc kadrze akademickiej metakompetencje edukacyjne. Czyli świadomość tego, co się robi w powiązaniu z szerszym kontekstem teoretycznym, w tym przypadku z paradygmatami pedagogicznymi. A czy na uczelniach w ogóle o tym dyskutujemy? Zajęcia robimy, "bo tak kiedyś się robiło”, bo pamiętamy czasy szkoły i czasy studiów. Ale tamten kontekst paradygmatowy już się zmienił. Trzeba pogłębionej autorefleksji i dyskusji. Kontynuacja przeszłości to jak zimowa jazda na letnich oponach – ani bezpiecznie ani pewności czy w ogóle dojedziemy do celu.

Tak czy siak nauczyciele akademiccy stoją przed pilnym i ogromnym wyzwaniem. Jakie nowe, interaktywne formy prezentacji mogłyby zmusić lub raczej zmobilizować studentów do faktycznego wysiłku intelektualnego i krytycznego myślenia, nawet przy użyciu narzędzi AI? Całkowicie wyeliminować prezentacje czy je jakoś zmodyfikować? Jak? Macie może, drodzy Czytelnicy, jakieś pomysły czy już sprawdzone sposoby?

23.11.2025

Kawiarnia naukowa w małym miasteczku: powrót do słowa




Już drugi raz w tym roku akademickim zdecydowałem się na wystąpienie bez prezentacji multimedialnej i bez Power Pointa. Inspiracją były warunki. Owszem, mogłem się upierać i domagać rzutnika multimedialnego, ale wolałem skorzystać z wyzwania i powrócić do formy, jaką znałem sprzed ponad 40 lat.

W dobie nieustannej cyfrowej stymulacji i wszechobecności multimediów decyzja o poprowadzeniu wystąpienia publicznego bez komputerowej prezentacji jest aktem odwagi i, co ważniejsze, świadomym powrotem do korzeni komunikacji. Szczególnie w kontekście kawiarni naukowej, kameralnego i otwartego forum wymiany myśli, ten "odwyk od technologii" pozwala odkryć na nowo pierwotną moc i piękno słowa mówionego.

Mam okazję słuchać i oglądać wiele wykładów i referatów wspieranych Power Pointem, w których nie było ani "poweru" (angażującej siły przekazu), ani "pointa" (wyrazistego i jasnego przekazu). Prowadzenie wykładu bez Power Pointa – doświadczenie, które miałem okazję przeżyć już dwukrotnie w tym roku akademickim, najpierw na Uniwersytecie Trzeciego Wieku w Olsztynku, a następnie opowiadając o ewolucji owadów w małym warmińskim miasteczku (Biskupcu) – wymusza znaczącą zmianę perspektywy. Prelegent nie może ukryć się za slajdami, wykresami czy animacjami. Staje przed audytorium "nagi", a jego jedynym narzędziem jest słowo (treść), intonacja oraz scenariusz fabuły i wypowiedzi.

Takie wyzwanie przekształca sam proces przygotowania, a potem realizacji. Wymaga głębszego zanurzenia się w narrację i zbudowania opowieści, która płynie naturalnie, bez konieczności ciągłego odwoływania się do scenariusza wyświetlanego na ekranie. Zamiast budować kolekcję slajdów, prelegent buduje scenariusz zakorzeniony w swojej pamięci, który może być elastycznie modyfikowany w reakcji na zaangażowanie słuchaczy. Liniowy Power Point utrudnia improwizację i odbieganie od przygotowanego scenariusza. Jedyną ściągą i budką suflera jest mapa myśli naszkicowana na kartce mieszczącej się w dłoni. To ćwiczenie w budowaniu opowieści i zapamiętywania scenariusza jest bezpośrednim nawiązaniem do tradycji dawnych gawędziarzy i mówców, których jedynym rekwizytem był głos i sama opowieść. Trzeba zaciekawić treścią, a nie ekranowymi gadżetami. W pewnym sensie obecnie mamy przesyt technologii i ekranowego pobudzania receptorów. Przyda się więc powrót do retro-wypowiedzi, przynajmniej od czasu do czasu.

Kawiarnia naukowa, w odróżnieniu od auli uniwersyteckiej, sprzyja temu powrotowi. Ograniczenia przestrzeni jest równocześnie atutem. Mała przestrzeń o scenerii nienawiązującej do klasy czy sali zajęciowej. Jej kameralny, nieformalny charakter tworzy przestrzeń intymną, w której opowieść oparta wyłącznie na ustnej wypowiedzi wybrzmiewa z największą siłą. Opowieść o owadach, człowieku i ewolucji, zamiast być chłodnym przekazem suchych faktów, wspieranych wizualizacjami, staje się wspólnym doświadczeniem. Trzeba opowiedzieć o bugarach czy wujkowatych, składających prezenty samiczkom. O wiele łatwiej po prostu pokazać zdjęcie. A bez rzutnika trzeba pobudzić wyobraźnię słuchacza jedynie samą opowieścią. Słuchacze są zmuszeni do aktywnego współtworzenia obrazów mentalnych, wyobrażania sobie skrzydeł, skamieniałości i zmian gatunkowych, wyłącznie na podstawie opisów werbalnych. To aktywuje wyobraźnię i pogłębia koncentrację, niwelując jednocześnie ryzyko przeciążenia poznawczego, wynikającego z nadmiaru bodźców multimedialnych. Jest też także swoistym urozmaiceniem codzienności referatowej.

W takiej sytuacji wzrasta wartość i piękno słowa mówionego. Każda pauza, każda zmiana tonu, stają się narzędziami retorycznymi, które mają o wiele większy ciężar gatunkowy niż w wykładzie wspieranym zdjęciami i animacjami. Mówca, polegając tylko na słowie, buduje autentyczną relację ze słuchaczem, utrzymując bezpośredni kontakt wzrokowy i czerpiąc energię z reakcji audytorium. Nie ma za czym się schować, jest na pierwszym planie.

Nie byłem z siebie zadowolony. Widać już złe nawyki spowodowane przyzwyczajeniem się do technologii. Doświadczyłem i mam konkretne wnioski. Nabrałem ochoty, by skorzystać kolejny raz. Okazją będzie Dzień Chruścika i grudniowe spotkanie – tym razem w olsztyńskiej kawiarni.

Powrót do ascetycznego opowiadania w kawiarni naukowej rodzi również głębszą refleksję nad naszą zależnością od technologii. To krótki odwyk od gadżetów, który pozwala zorientować się, ile siły i wagi przenosimy na zewnętrzne narzędzia, zamiast polegać na własnych umiejętnościach narracyjnych i wiedzy. Z pewnością nie zrezygnuję z rzutników multimedialnych, zdjęć, schematów, a nawet z pobudzania publiczności do aktywności z wykorzystaniem internetu i telefonów komórkowych. Jednak od czasu do czasu chcę powracać do beztechnologicznej opowieści, by być bezpiecznym i nie zapomnieć tych umiejętności. Przecież czasem na sali brakuje internetu lub zdarza się nawet chwilowa przerwa w dostawie elektryczności. Nie chcę być bezradny w takich sytuacjach.

Nasuwają się analogie do sztucznej inteligencji (AI). Jeśli zrezygnowanie z Power Pointa jest ćwiczeniem w budowaniu opowieści bez wizualnych gadżetów, to może podobnie trzeba zrobić z AI? Może klucz do zachowania krytycznego myślenia i autentyczności wypowiedzi w erze cyfrowej polega na okresowym odcięciu się od generatorów tekstu, grafik i slajdów, aby ponownie docenić i wzmocnić pierwotną, niezapośredniczoną moc własnego intelektu i własnego słowa. Jest to niczym wyjazd na kilka dni do klasztornej pustelni.

W ostatecznym rozrachunku kawiarnia naukowa bez rzutnika jest mikro-sceną, która udowadnia, że najpotężniejszym nośnikiem informacji i inspiracji nie jest najnowszy gadżet, lecz człowiek z opowieścią. To powrót do esencji komunikacji, gdzie wiedza przekazywana jest nie przez wyświetlany tekst, ale przez żywe, rezonujące słowo.

Każda opowieść powinna kończyć się jakimś morałem. Ten tekst na blogu nie będzie osierocony. Doświadczenie z moim ostatnim bezelektronicznym wystąpieniem w kawiarni niesie ze sobą uniwersalny morał: w świecie przytłoczonym technologią i ciągłym szumem wizualnym, warto czasem zrezygnować z zewnętrznych rekwizytów, by skupić się na istocie wypowiedzi. Tylko wtedy, gdy zrzucimy cyfrową zbroję, możemy w pełni cieszyć się pięknem języka mówionego i docenić naszą wrodzoną zdolność do snucia opowieści. I sprawdzić, czy mamy coś rzeczywiście do powiedzenia. Właśnie w tej prostocie i bezpośredniości odnajdujemy autentyczność, która głęboko angażuje i trwale łączy mówcę ze słuchaczem.

19.11.2025

W czasach AI przymus edukacyjny zawodzi - czy zadawać pisanie esejów?



Jako aktywny zawodowo nauczyciel akademicki ostatnio często zadaję sobie pytanie czy obecnie warto  studentom zadawać pisanie esejów? W czasie zajęć raczej nie napiszą. To praca własna, czyli praca domowa, indywidualna. A więc będzie wykonana poza moją kontrolą. Czy zrobią samodzielnie, zgodnie z założeniami i planem? Muszę im zaufać.

Na postawione w tytule pytanie odpowiedź nie jest prosta, ale prowadzi do ekscytującej redefinicji roli zarówno studenta, jak i dydaktyka. Wartość eseju jest w moim odczuciu niezmienna, ale proces dydaktyczny zmienia się. Esej tradycyjnie  był i (chyba) pozostaje pracą o niezaprzeczalnej wartości edukacyjnej. Esej to praca wartościowa, uczy myślenia, argumentacji, szukania pomysłów na przekonującą i interesującą wypowiedź, uczy konstrukcji wypowiedzi. Z biegiem lat doceniam eseje coraz bardziej. Ale uczyłem się sam, w szkole były rozprawki i wypracowania a na studiach sprawozdania z ćwiczeń. Nie miałem okazji uczyć się pisania esejów w ramach edukacji formalnej. Sam proces pisania, a więc szukania pomysłu, szukania źródeł i dodatkowych informacji, rozwija piszącego. Znam to z autopsji bo doświadczyłem wielokrotnie. Dlatego warto było zlecać studentom pisanie esejów. Ale czy jeszcze jest teraz, w dobie powszechnego dostępu do narzędzi sztucznej inteligencji?

Esej rozwija tylko wtedy, gdy jest pisany samodzielnie. Wymaga więc silnej motywacji wewnętrznej. Bo pokonywanie trudów tej pracy opiera się na dużej motywacji. A z tą albo student już przychodzi, albo trzeba dopiero ją w nim wzbudzić. A to ostatnie nie takie proste. Wydanie polecenia nie wystarczy. Behawiorystyczne poleganie na przymusie i motywacji zewnętrznej (pisanie na zaliczenia, na ocenę), w czasach powszechnie dostępnej sztucznej inteligencji, a w zasadzie LLMów (dużych modeli językowych), zawodzi. Kiedyś student mógł kogoś innego poprosić o napisanie i oddawał gotowca. Czyli oszukiwanie było reakcją na motywację zewnętrzną, która zawodziła już wtedy, w czasach przed komputerami i AI. Teraz jednak próg korzystania z pomocy zewnętrznej jest dużo niższy. Nie trzeba nikogo prosić, ani płacić.

Zasadniczo esej jest to indywidualna praca własna studenta, często zadawana poza zajęciami, która zmusza do głębszego myślenia i przemyślanej argumentacji. Esej wymaga syntezy wiedzy, krytycznej oceny źródeł oraz sformułowania i obrony własnej tezy. Uczy szukania przekonującej i interesującej formuły wypowiedzi. Zawrzeć można w nim własne zdanie. Na studiach przyrodniczych, gdy jest dużo wiedzy do opanowania, często zadawane wejściówki czy kolokwia to proste podawanie wiedzy, zazwyczaj wypunktowanej, a więc w formie prostej, skróconej. Nie ma zazwyczaj okazji do ćwiczenia spójnej i pięknej językowo wypowiedzi. Bo ta wymaga czasu i dopracowania. I wymaga własnego zdania, własnego poglądu na dane zagadnienie. Czyli najpierw trzeba je mieć (własne zdanie, opinia).

Sam proces pisania,  od poszukiwania inspiracji i pomysłu, przez gromadzenie źródeł, po logiczną konstrukcję wywodu, rozwija sprawność intelektualną u piszącego. Pisanie to proces twórczy. Problem w tym, że esej rozwija tylko wtedy, gdy jest pisany samodzielnie. Zewnętrzna motywacja, uzasadniana behawiorystycznymi koncepcjami dydaktycznymi, zawodziła już dawniej. Tyle tylko, że skupialiśmy się na powierzchownych pozorach. Ale AI teraz dobija tę zewnętrzną motywację studentów a wykładowcy stają się bezradni. Mają się bawić w policjantów i szukać programów do wykrywania AI? Szukać niczym kiedyś na egzaminach ukrytych ściąg? 

W tradycyjnym systemie akademickim polegaliśmy na motywacji zewnętrznej: przymusie zaliczenia, dążeniu do wysokiej oceny, egzaminu końcowego. Studentów, którzy nie czuli wewnętrznej potrzeby nauki, motywacja zewnętrzna prowadziła często do oszustwa (ściągania, podkładania gotowców, wyniesionego często już ze szkoły podstawowej i średniej). Sztuczna inteligencja obniżyła ten próg oszustwa niemal do zera. Nie trzeba nikogo prosić. Wystarczy wpisać prompt, by otrzymać gotowiec. Cała behawiorystyczna struktura oparta na przymusie zawodzi w obliczu powszechności i dostępności LLM. Co zatem czynić, gdy nie da się skutecznie zastraszyć studenta?

Jeśli zadamy temat eseju bez odpowiedniego kontekstu, student z łatwością wygeneruje tekst o akceptowalnej jakości, poświęcając minimalny wysiłek. A bez wysiłku nie ma procesu uczenia się. W tym momencie cała wartość edukacyjna procesu, ta najistotniejsza, czyli rozwój piszącego, idzie na marne. Już samo pytanie o sens prac domowych (samodzielnych) nabiera ogromnej aktualności. W dydaktyce trzeba zmienić przez lata wypracowywane i utrwalane metody. Zmiana jest trudna dla każdego, nawet dla wykładowcy akademickiego. Nie wszyscy sobie z tym radzą i czasem uciekają w jałowe narzekanie, a to na studentów, a to na technologię. Z tego narzekania nie wynika żadna praktyczna porada ani wniosek. Takie bezproduktywne bicie piany i samousprawiedliwienie swojej bezradności.

Chyba nie tylko moim zdaniem, kluczem do rozwiązania tego problemu jest zrozumienie, że my, nauczyciele (w tym i cu akademiccy), nie uczymy – to ludzie uczą się sami. Nie można nikogo niczego nauczyć, jeśli ten ktoś sam nie chce się nauczyć (można konia przyprowadzić do wodopoju ale nie można go zmusić do pica). Cały ciężar spoczywa na motywacji wewnętrznej uczącego się. Łatwo sformułować polecenie i wykorzystać tematy przez lata eksploatowane (i dawno rozstrzygnięte przez liczne roczniki studentów). Znacznie trudniej pokazać sens i wzbudzić motywację do samodzielnej pracy. 

W nowej rzeczywistości nie ma miejsca na dydaktyka, który tylko "naucza" i egzekwuje (takiego łatwo zastąpić technologią i asystentami AI). Potrzebujemy projektanta i architekta środowiska edukacyjnego. Potrzebujemy nie nauczyciela lecz projekczyciela. Naszą rolą jest stworzenie warunków, w których student chce się uczyć i odczuwa potrzebę samodzielnej pracy. Taka dyskusja toczy się już od wielu lat.

Nie wystarczy zadać temat. Trzeba najpierw zadbać o kontekst i sens. Trzeba więc upewnić się, że temat jest autentycznie interesujący lub istotny dla przyszłej ścieżki zawodowej obecnych studentów. Wymusza to na nauczycielu akademickim dużą kreatywność i głębokie kulturowe zakorzenienie się we współczesności. Trzeba często i daleko wychodzić poza swój własny gabinet akademicki i swoje wygodne biurko. Pisząc symbolicznie: żeby zapalać innych trzeba samemu płonąć. Od studentów musimy wymagać włączenia osobistej refleksji lub odniesienia się do własnych doświadczeń, czego AI nie potrafi. Jeszcze?  Do tego potrzebne są dobre relacje między wykładowcami a studentami. Czy da się budować takie relacje, gdy widzi się studentów tylko w czasie zajęć? A na dodatek te zajęcia mają charakter podawczy i odtwórczy, zaplanowanych wiele miesięcy lub lat wcześniej, aktualnych w nieistniejących już warunkach lub nieistniejących już  kontekstach społecznych.

Nie możemy udawać, że świat poza murami uczelni działa w innej rzeczywistości. To znaczy możemy udawać, tylko z tego udawania nic sensownego nie wynika. Tak jak przestaliśmy liczyć na kartce, i nie udajemy, że nie ma kalkulatorów. Teraz musimy zaakceptować LLM jako narzędzie pracy. Dlatego ja czasem zadaję eseje, nawet w nowoczesnej formule, np. wideorolki, a co więcej – zezwalam na korzystanie z różnorodnych narzędzi AI. Dlaczego? Bo uważam, że naszym zadaniem jest przygotowanie studentów do tego procesu, który czeka ich po opuszczeniu uczelni. Uczymy się wspólnie sensownego korzystania z narzędzi LLM. Bo ja też się uczę razem z nimi.

Student może użyć AI do zebrania wstępnych informacji, stworzenia szkicu, konspektu, czy nawet wygenerowania tekstu. Kluczowe staje się następnie to, co student zrobi z wygenerowanym tekstem, czy podsuniętymi przez AI pomysłami. Czy potrafi otrzymany efekt krytycznie ocenić, poprawić błędy merytoryczne, nadać mu unikalny, autorski przekaz i wzbogacić o własne, pogłębione argumenty? I czy ma robić to ukradkiem, niejako pod ławką? Czy raczej mamy wspólnie odkrywać wady i zalety tych elektronicznych narzędzi? Ja opowiadam się za tym drugim. Dlaczego wspólnie? Bo to nowa rzeczywistość. Ja, jako nauczyciel akademicki, nie miałem możliwości nauczyć się tego wcześniej, przetrawić, dopracować a teraz dzieliłbym się swoim wieloletnim doświadczeniem i przemyślanymi. Pozostaje odkrywać razem metodą prób i błędów. Uznając jednocześnie, że błąd nie jest porażką, że niepowodzenie nie jest porażką. Pozostaje skupić się na procesie tworzenia a nie na tylko na produkcie finalnym. Zachęcam studentów do ustnej i pisemnej refleksji na temat tego, w jaki sposób i dlaczego użyli narzędzi AI oraz co dodali od siebie. Na razie efekty mnie nie zadowalają... Ale te moje niepowodzenia nie uznaję za porażkę. Po pierwszym, mniej udanym naleśniku, będą kolejne, lepsze.

Esej akademicki w obliczu AI nie musi umrzeć. Być może musi jedynie dojrzeć zarówno w swojej formie jak i dydaktycznym wykorzystaniu. Bo na przykład czy w dobie ugruntowującej się nowej mówioności (postpismienności) esej nie może mieć formy wideo lub podcastu? Ta nowa sytuacja wymaga od nas, dydaktyków, porzucenia roli egzekutora przymusu i przyjęcia roli przewodnika, który pokazuje, że samodzielne myślenie jest wartością samą w sobie, a narzędzia AI mogą być co najwyżej sprawnym, ale ograniczonym pomocnikiem. Klucz leży w przejściu od testowania zapamiętywania i odtwarzania do testowania krytycznego myślenia i autorskiej syntezy. Wartość edukacyjna eseju jest być może wieczna, pod warunkiem jednak, że opiera się na wewnętrznej motywacji studenta.

A jakie są Państwa doświadczenia? Czy zauważyli Państwo, że integracja narzędzi AI rzeczywiście wzmacnia, a nie osłabia zaangażowanie studentów? A może wręcz przeciwnie? Zachęcam do dyskusji w komentarzach!

A to mi podpowiedziało Gemini (model LLM) o zaletach i wadach eseju w czasach sztucznej inteligencji (rezultat tylko nieco zmodyfikowałem i przeredagowałem)

Argumenty za (Dlaczego pisanie esejów jest wciąż ważne)
  • Warto podkreślić, że esej to coś więcej niż tylko produkt końcowy – to proces myślowy i rozwój krytycznych umiejętności, których AI nie zastąpi.
  • Rozwój krytycznego myślenia i syntezy: pisanie eseju wymaga od studenta analizy źródeł, oceny ich wiarygodności, syntezy różnych perspektyw i sformułowania własnego stanowiska. AI potrafi generować tekst, ale nie potrafi krytycznie myśleć ani doświadczać procesu budowania unikalnej argumentacji.
  • Umiejętność komunikacji i precyzji języka: eseje uczą jasnego i logicznego wyrażania skomplikowanych idei. To trening struktury, spójności, doboru słownictwa specyficznego dla danej dziedziny i przestrzegania standardów akademickich.
  • Osobisty głos i kreatywność: dobry esej to manifestacja autorskiego punktu widzenia. Studenci uczą się, jak tchnąć w argumentację własną pasję i styl, co jest niemożliwe do osiągnięcia przez maszynę.
  • Wartość procesu badawczego: aby napisać wartościowy esej, student musi prowadzić badania, selekcjonować informacje, i właściwie cytować źródła. Te umiejętności są fundamentalne w pracy naukowej i zawodowej.
Argumenty przeciw/Wyzwania (Jak AI podważa tradycyjne podejście)
  • Łatwość oszustwa i plagiatu AI: głównym wyzwaniem jest to, że AI (np. ChatGPT) może wygenerować spójny i poprawny gramatycznie tekst w kilka sekund, co ułatwia nieuczciwe zaliczenie przedmiotu bez zrozumienia tematu.
  • Erozja wartości tradycyjnej oceny: jeśli jedynym celem jest "zaliczenie", a AI pozwala ominąć etap nauki (wysiłek, który może być traktowany jako zbędny), tradycyjne zadania esejowe tracą swoją diagnostyczną i edukacyjną wartość.
  • Skupienie na produkcie, a nie na procesie: studenci mogą bardziej koncentrować się na poleceniu dla AI, niż na własnym głębokim zrozumieniu tematu.
Wnioski i Nowe Podejścia (Jak zmienić zadania esejowe w erze AI)
Propozycja praktycznych rozwiązań, które integrują, a nie odrzucają, AI:
  • Eseje procesualne: zamiast oceniać tylko końcowy esej, oceniaj etapy pracy: konspekt, selekcję źródeł, pierwszą wersję, refleksję nad tym, jak AI mogłaby pomóc (lub nie), a nawet analizę tekstu wygenerowanego przez AI. Wymaga to jednak ciągłej wspołpracy. I bardziej nadaje się do tutoringu niż zajęć ćwiczeniowych w dużej grupie.
  • Eseje refleksyjne/osobiste: zadawaj tematy wymagające własnych doświadczeń, poglądów, czy odniesienia do bieżących wydarzeń, których kontekstu AI nie posiada.
  • Eseje krytykujące AI: poproś studentów, aby wygenerowali esej za pomocą AI, a następnie ich zadaniem jest krytyczna analiza, poprawa i rozbudowa tego tekstu, uzupełniając go o unikalne, nieoczywiste argumenty.
  • Ocenianie w sali (In-Class Writing): Wprowadzenie elementów pisania eseju pod nadzorem (np. krótkie segmenty eseju, argumenty) weryfikuje faktyczne umiejętności. To, co w tych wnioskach proponuje  AI, to praca klasowa, a jest to trochę kłopotliwe rozwiązanie i nie bardzo widzę się w takim procesie. Z tym się jednak w pełni zgodzę: celem nie jest rezygnacja z esejów, lecz redefinicja ich celów i metody oceny, by rzeczywiście sprawdzały unikalnie ludzkie umiejętności. A w zasadzie by był aktywnością rozwijającą te umiejętności. Samo ocenianie jest dla mnie mniej ważne.

18.11.2025

Czy kosić trawniki i zieleńce w listopadzie?

Moja łączka kwietna pod blokiem. Mały rezerwat biosfery miejskiej, nie koszone od kilku lat. Czasem trochę przycinane nożyczkami, bo to bardzo mała powierzchnia.
 

17 listopada dostałem takie zapytanie (zobacz niżej) od dziennikarza, Marcina Lewickiego. Dawniej w tym czasie leżałby już śnieg. Teraz mamy pogodę jak w szarugi jesienne. Dlaczego jeszcze raz, tym razem samodzielnie, umieszczam swoją odpowiedź na postawione pytania? Bo sam chcę być kapitanem i okrętem. Kontekst wiele zmienia. A nie wszystko co bym chciał znajduje się zazwyczaj w opublikowanym materiale. Redakcje mają swoje cele i ograniczone miejsce. A ja mam swoje cele, popularyzatorskie. I skoro raz włożyłem wysiłek w odpowiedź, to nie chce by nawet fragmenty znalazły się tylko w szufladzie. 

Dzień dobry Panie Profesorze, jestem dziennikarzem Wirtualnej Polski, dostajemy od naszych Czytelników zdjęcia, na których widać jak pracownicy wynajętych firm koszą trawy i zarośla na warszawskim Ursynowie.
1. Jaki jest sens takich działań? Czy podyktowane jest to estetyką, finansami, a może ma to sens przyrodniczy?
2. Czy koszenie w listopadzie jest lepsze niż np. latem?
3. Dlaczego koszenie w listopadzie wywiera negatywny wpływ na przygodę (jeżeli tak rzeczywiście jest)?” 
Tu jest link to opublikowanego artykułu https://www.o2.pl/informacje/pokazala-zdjecie-z-warszawy-wydaje-sie-niecelowe-7223114228963872a Poprosiłem o zmianę zdjęcia, bo wykorzystana fotka  z konwentu fantasy Warmia i Magia 2025 nie jest odpowiednia do wypowiedzi eksperta w sprawie listopadowego koszenia.

Pisząc odpowiedź nie widziałem nawet zdjęć wspomnianej czytelniczki, tak więc nawet pośrednio nie miałem szansy zapoznać się z kontekstem sytuacyjnym. A trudno odpowiedzieć na te pytania nie znając kontekstu miejsca i zakładanych planów (w opublikowanym materiale nie ma odpowiedzi zlecającego to jesienne koszenie). Działania mogą mieć charakter przypadkowy lub celowy (nie znając faktów moge się tylko domyślać. Koszenie w listopadzie, czyli poza sezonem wegetacyjnym, wydaje się niecelowe. Ale to mogą być pozory. Ważne jest pytanie ile razy w ciągu roku w tym miejscu koszono i jaki jest zamysł krajobrazowy oraz środowiskowy. W trzecim pytaniu zawarta jest sugerowana odpowiedź. 

Koszenie trawników i zarośli (zieleń niska) w listopadzie ma przede wszystkim sens techniczny i ogrodniczy, a nie przyrodniczy. Zabieg ten przygotowuje darń na zimę, ogranicza ryzyko chorób grzybowych (np. pleśni śniegowej) i pozwala trawie szybciej ruszyć z wegetacją wiosną (wzrost różnych traw). Z punktu widzenia przyrody może jednak ograniczać schronienia dla owadów i drobnych zwierząt, które wykorzystują wysoką roślinność jako zimowisko. Czasem kosi się dopiero jesienią by nie kosić w czasie dojrzewania roślin i by dać szansę na wysianie się roślin.  

Zabiegi jesienne mogą wynikać z celów ogrodniczy. Może to być ostatnie koszenie przed zimą, gdy trawa wciąż rośnie, jeśli temperatura utrzymuje się powyżej 5°C. Skrócenie źdźbeł zapobiega ich wyłamywaniu się pod śniegiem (a w dobie ocieplenia klimatu coraz trudniej o zimowy śnieg w Polsce). To jesienne koszenie zapobieganie chorobom bo zbyt długa trawa sprzyja rozwojowi pleśni śniegowej i gniciu darni. Zapewnia także lepszy start wiosną – krótko przycięta trawa szybciej się zazielenia i tworzy gęstą murawę (ważne jeśli zależy nam na trawniku typu pole golfowe). I trzeci cel ogrodniczy - ułatwienie pielęgnacji. Koszenie połączone z grabieniem liści i napowietrzaniem poprawia kondycję gleby.

Inny jest punkt widzenia przyrodnika i ekologa. Wysoka trawa, a zwłaszcza suche byliny i zarośla stanowią zimowe schronienie dla owadów, pajęczaków, drobnych ssaków i ptaków. W suchych łodygach pozostają złożone jaja lub znajdują schronienie larwy lub zimujące stadia imago (owadów dorosłych). Koszenie w listopadzie usuwa te siedliska, co może zmniejszać lokalną różnorodność biologiczną. Po drugie rośliny dzikie w zaroślach często wytwarzają nasiona jesienią. Koszenie w tym czasie ogranicza ich rozsiewanie i regenerację. Ponadto pozostające nasiona na łodygach roślin są pokarmem dla ptaków. Z punktu widzenia przyrody naturalnej, nieskoszone fragmenty są bardziej wartościowe jako „wyspy życia” w monotonnych przestrzeniach miejskich.

Z perspektywy ogrodnika listopadowe koszenie jest praktyczne gdyż chroni intensywnie pielęgnowany trawnik przed chorobami i poprawia jego wygląd wiosną. Z perspektywy przyrody koszenie w tym czasie redukuje zimowe schronienia dla organizmów i ogranicza naturalne procesy ekologiczne.

Rozwiązaniem kompromisowym byłoby zostawienie części trawnika lub zarośli nieskoszonych, aby pełniły funkcję refugium dla owadów i drobnych zwierząt, a resztę przygotować technicznie na zimę. Dla przyrody wartościowa jest mozaika z fragmentami często koszonymi i fragmentami pozostawionymi. Dzięki temu mamy większą różnorodność oraz schronienia i bazę pokarmowa dla różnych gatunków małych i średnich zwierząt.

Wiele owadów korzysta z suchych, pustych lub miękkordzeniowych łodyg jako zimowych kryjówek albo miejsc do zakładania gniazd wiosną. Zatem takie suche „badyle” powinny zostać aż do późnej wiosny a nawet lata. Nie wygląda to możne najpiękniej, sprawia wrażenie terenu zaniedbanego ogrodniczo, ale jest to mądra uprawa bioróżnorodności w mieście. Najbardziej znane są dzikie pszczoły samotnice, ale także inne grupy owadów wykorzystują takie struktury.

Miesierki (Megachile) i inne pszczoły samotne chętnie drążą chodniki w łodygach z miękkim rdzeniem (np. malwy, jeżówki, słoneczniki). Murarki (Osmia) często zasiedlają puste łodygi lub trzcinę, gdzie samice składają jaja i oddzielają komórki gniazdowe przegrodami z gliny. Pszczoły z rodzaju Hylaeus wykorzystują naturalne szczeliny i suche łodygi jako schronienia. Z braku takich suchych roślin (łodyg) musimy budować tak zwane hotele dla owadów. Tyle, że te ludzkie hotele mają mniejszą różnorodność siedlisk i służą nielicznym gatunkom. Na dodatek przez skupienie w jednym miejscu gniazdujących owadów ułatwiają przenoszenie się patogenów i pasożytów, żerujących na tych gatunkach owadów. W ogólnym sensie to niehigieniczne dla takich gniazdujących w „badylach” owadów.

Ponadto różne błonkówki (np. żądłówki), takie jak niektóre gatunki os samotnych również gniazdują w pustych łodygach roślin łąkowych i zaroślowych. Larwy niektórych gatunków chrząszczy rozwijają się w martwych łodygach, korzystając z ich miękkiego wnętrza. Część gatunków muchówek i motyli zimuje w stadium poczwarek, przytwierdzonych do suchych łodyg lub ukrytych w ich wnętrzu. Warto także zostawiać w niektórych miejscach leżące suche liścia (gdy spadną z drzew), bo to miejsce zimowania dla różnych owadów, np. dla motyla cytrynka latolistka.

Dlaczego te suche łodygi są ważne? Bo to naturalne hotele dla owadów – pozostawione w ogrodzie lub na łące suche łodygi pełnią funkcję schronienia podobną do sztucznych „hoteli dla owadów”. Po drugie to zimowiska – owady dorosłe, larwy lub poczwarki mogą przetrwać w nich zimę, chronione przed mrozem i drapieżnikami. Po trzecie wiosną , np.  w marcu–kwietniu, samice pszczół samotnic zaczynają zakładać gniazda właśnie w takich strukturach.

Ważne pytanie jest takie kiedy więc kosić i ile razy w roku? Z punktu widzenia przyrodniczego celem jest utrzymanie jak największej mozaiki siedlisk i utrzymanie procesów sukcesji ekologicznej. Jeśli w ogólne nie kosimy to po kilku-, kilkunastu latach wyrośnie tam las (zagajnik itp.). Siedlisko się diametralnie zmieni. Zabiegami ogrodniczymi powinniśmy naśladować naturalne procesu zgryzania przez duże kręgowce. A częstość koszenia uzależnić od jakości gleby (żyzności) i aktualnych warunków pogodowych. Ponadto warto uwzględnić efekt krajobrazowy, tak by w skali krajobrazu utrzymać możliwie dużą mozaikę siedlisk. Bo to sprzyja większej różnorodności biologicznej.

Późnoletnie koszenie jest zabiegiem eliminującym takie rośliny inwazyjne jak np. nawłoć. Zatem z pozoru proste koszenie trawników i zieleńców wymaga dużej wiedzy i ciągłego monitorowania. Zamiast zleceń koszenia w wyznaczonej liczbie w ciągu roku lepiej byłoby podpisywać umowę z firmami na utrzymanie pożądanego stanu przyrodniczego. I wtedy to firma decyduje czy i kiedy kosić. A jeśli zamówi się 1-2 koszenia (albo i więcej) w danym roku, to praca musi być wykonana… choćby w danym momencie nie miała sensu.

Z tych interwencji czytelników wypływa optymistyczny wniosek – mieszkańcom zależy na przyrodniczej jakości okolic osiedli mieszkalnych i chcą chronić bioróżnorodność.

Wnioski przyrodnicze:

  • Koszenie i usuwanie zarośli w listopadzie pozbawia owady specyficznych kryjówek, co zmniejsza ich szanse na przetrwanie zimy.
  • Pozostawienie fragmentów roślin (np. kęp z suchymi łodygami) wspiera bioróżnorodność i sprzyja zapylaczom na wiosnę.
  • Praktyka ogrodnicza: warto zostawić część rabat i trawników nieskoszoną do wiosny, aby owady miały naturalne siedliska.
Jeśli chcesz wesprzeć twórcę to kliknij i postaw kawę

17.11.2025

Gamifikacja zajęć na uniwersytecie

Książka, którą warto mieć, bo to dobry dydaktyczny podręcznik. Wszystko o gamifikacji w jednym miejscu. A dlaczego tak nie miałaby wyglądać dydaktyka akademicka? Oczywiście nie wszystkie zajęcia, ale te niektóre. Kusząca perspektywa, która lokalnie już zaistniała. Sam też próbowałem jakiś czas temu z grywalizacją (zobacz Drużyna Lasera). Zaopatrzony w dobry podręczniki i tutorial edukacyjny z większą odwaga i pewnością spróbuję ponownie gamifikować wybrane zajęcia. Tak wiem, wiąże się to z wysiłkiem, jak każda zmiana i wartościowa rzecz.

Joanna Mytnik, Gamifikacja w edukacji. O budowaniu fabularnych systemów motywacyjnych. Wydawnictwo: Fundacja Zmieniam. Objętość: 328 stron. ISBN: druk – 978-83-971909-4-8, PDF – 978-83-971909-5-5. Premiera książki  - 31 stycznia 2025. Cena: ok. 35–39 zł w wersji papierowej, 25 zł w wersji cyfrowej. 

W polskiej przestrzeni edukacyjnej często używa się zamiennie pojęć grywalizacja i gamifikacja. jakkolwiek Profesor Joanna Mytnik bardzo wyraźnie wskazuje, że są to synonimy, to ja uparcie znajduję różnicę. Skoro są dwa słowa to dobra okazja by wykorzystać do znalezienia różnych choć zachodzących na siebie pól semantycznych:
  • Grywalizacja – to najczęściej dodanie prostych mechanizmów znanych z gier (punkty, odznaki, rankingi) do procesu edukacyjnego. Działa jak „naklejka motywacyjna”, ale bywa powierzchowna i krótkotrwała. Akcentuje w nazwie rywalizację, jak na zawodach sportowych lub rywalizację szkolna o świadectwo z czerwonym paskiem.
  • Gamifikacja – to coś znacznie głębszego. Polega na projektowaniu całych systemów motywacyjnych opartych na fabule, narracji i spójnych mechanizmach gry. Tu nie chodzi tylko o nagrody, ale o stworzenie świata, w którym student staje się bohaterem, a jego droga edukacyjna – przygodą. Takie podejście bardzo mi odpowiada, bo również w edukacji preferuję współpracę a nie rywalizację. Akcentuje game (grę, zabawę) a nie rywalizację.
Joanna Mytnik podkreśla, że fabularność jest sercem gamifikacji. Ja dodam, że opowieści, nawet te krótkie stworzyły ludzkość i nasze różne cywilizacje. Z fabułami i opowieściami żyliśmy przez setki tysięcy lat. To fabuła nadaje sens działaniom, buduje emocje i sprawia, że nauka staje się procesem angażującym, a nie tylko obowiązkiem. A zyskiem dla wykładowcy jest przygoda i emocje odkrywania jako antidotum na rutynę, nudę i zasadę 3 razy Z (zakuć, zaliczyć, zapomnieć). 

Autorka rozpoczyna swoją opowieść od pytania "dlaczego". Jest to zastanawianie się co uszło naszej uwadze w ostatnich latach i dlaczego warto nawet w dydaktyce akademickiej sięgnąć do gamifikacji. Drugi, obszerny rozdział pt. "Od motywacji do gamifikacji", to teoretyczne podłoże dla zmian w edukacji, skupienie się na motywacji, neurobiologii, emocjach, zabawie i wyjaśnienie czym jest gamifikacja. Ten szerszy kontekst jest bardzo przydatny. Bo ludzie potrzebują sensu i zrozumienia. W kolejnych rozdziałach opisana jest gamifikacja w edukacji oraz zmieniająca się rola nauczyciela. Zasadniczym elementem tego podręcznika jest przejrzyste i przystępne przedstawienie elementów gier, wykorzystywanych w gamifikacji oraz praktyczne porady dla tych, którzy chcą zgamifokować swoje zajęcia. 

Książka dobra merytorycznie, napisana przez wiarygodną Autorkę. Sama przez wiele lat wdrażała gamifikację a teraz dzieli się swoimi doświadczeniami oraz wiedzą, zebraną znacznie szerzej, w wielu dyskusjach i analizach. Wygodna jest także forma. Lubię książki papierowe (jest i wersja e-bookowa), także dlatego, że można ołówkiem zakreślać ważniejsze fragmenty. Oczywiście robię to tylko na własnych egzemplarzach, a nie tych z biblioteki! Ale ta opisywana książka została specjalnie zaprojektowana by w niej zapisywać także i swoje pomysły. To przestrzeń do aktywnego czytania i manualnego zapisywania. Książka świetnie wpisuje się w moje idee projekczyciela i nauczeństwa – bo traktuje edukację jako proces twórczy, narracyjny i wspólnotowy.

Joanna Mytnik pisze w sposób przystępny, ale jednocześnie głęboko osadzony w teorii i praktyce. To nie jest tylko poradnik – to manifest nowoczesnej edukacji, w której nauczyciel staje się projektantem doświadczeń, a student – bohaterem własnej drogi. Książka jest bogata w przykłady, schematy i praktyczne wskazówki. To sprawia, że może być użyteczna zarówno dla wykładowców akademickich, jak i nauczycieli szkół średnich czy trenerów.

„Gamifikacja w edukacji” to lektura przydatna dla każdego, kto wierzy, że edukacja powinna być przygodą, a nie rutyną. Joanna Mytnik pokazuje, że dobrze zaprojektowana gamifikacja to nie gadżet, lecz strategia dydaktyczna, która może realnie zmienić sposób, w jaki studenci podchodzą do nauki.

Książka pokazuje, jak gamifikacja może zmienić oblicze dydaktyki akademickiej. Oto najważniejsze korzyści:
  • Wzrost motywacji wewnętrznej – studenci uczą się nie dlatego, że „muszą”, ale dlatego, że „chcą”.
  • Zaangażowanie emocjonalne – narracja i fabuła sprawiają, że proces edukacyjny staje się przygodą, a nie tylko zadaniem.
  • Budowanie wspólnoty – systemy fabularne sprzyjają współpracy, rywalizacji w zdrowej formie i poczuciu przynależności do „drużyny”.
  • Rozwój kompetencji miękkich – gamifikacja wspiera kreatywność, komunikację, rozwiązywanie problemów i krytyczne myślenie.
  • Elastyczność dydaktyczna – mechanizmy gry można dostosować do różnych przedmiotów i poziomów kształcenia.
Gorąco polecam! 

11.11.2025

Ojciec pani Ireny, gdzieś daleko we Francji

 

Przez kilka lat jeździłem służbowo, a potem już prywatnie do Francji. Poznawałem piękna, francuska prowincję i życzliwą kulturę europejską. Były i liczne spotkania z polskimi emigrantami, słuchałem ich różnych opowieści. Niektórzy uczyli się języka polskiego dopiero w dorosłości, bo wspomnienia rodziców wyniesione z Polski były smutne i tragiczne. Woleli zapomnieć. Inni mocno tęsknili nawet w drugim pokoleniu. Przez długie lata czuli się obywatelami drugiej kategorii, jak to na emigracji, w obcym kraju. Dumę z polskości i z Polski odzyskiwali po Sierpniu 1980, dumni byli z Lecha Wałęsy i Jana Pawła II. Potem, po roku 1989 roku duma wzrosła i chętniej wracali do polskich korzeni. Z radością parzyli na to, jak rozwija się w pełni wolna Polska. Przez lata nam pomagali. Stąd wielu znajomych z Olsztyna. Działali w stowarzyszeniu Francja-Polska, w którym byli i są nie tylko Polacy ze starej i nowej emigracji, ale i rodowici Francuzi. Pomagali nam nie tylko w czasie stanu wojennego.  Jeden z nich, w czasie spotkania, powiedział, że jest Francuzem lecz polska krew w nim płynie. Dobrze zakorzeniony emigrant, lojalny wobec nowej ojczyzny i zachowujący pamięć o przodkach. I język polski. 

W ciągu kilku lat wyjazdów wysłuchałem wiele różnych opowieści. Jedną z nich zamieszczam niżej. 

Wśród milionów Polaków, których skłoniła do opuszczenia ojczystej ziemi międzywojenna bieda i poszukiwanie chleba, był i on – ojciec pani Ireny. Opuścił Polskę, by udać się do Francji, krainy obiecującej zarobek i godniejsze życie. Nie jechał dla przygód czy łatwego bytu; jechał tam, gdzie był popyt na silne ręce, do pracy. Osiadł na francuskiej wsi, ciężko pracując w rolnictwie. Był kowalem i ciężkiej pracy się nie bał.

Szczęście uśmiechnęło się do niego podwójnie, gdyż serce oddał Polce, z którą stanął na ślubnym kobiercu. Stworzyli polski dom na obcej ziemi. Ich pierwsze dziecko, niestety, zwiastowało pierwszy, bolesny egzamin z emigracyjnej tułaczki. Właściciel, dla którego pracowali, nie tolerował "przeszkód" w pracy. Dziecko, które potrzebowało matczynej opieki, kazał odesłać. I tak, z sercem zalanym łzami, młodzi rodzice musieli posłać pierworodne do Polski, by tam, pod opieką rodziny, czekało na lepszy czas. To okrutne świadectwo, jak emigracja wyrywała kawałki duszy i zmuszała do najboleśniejszych wyborów.

Mimo tych trudów, ojciec pani Ireny był człowiekiem o niezłomnym duchu i towarzyskim usposobieniu. Lubił ludzi, lubił gwar, polski śpiew i taniec. Zabawy i potańcówki były dla niego ucieczką od codziennego znoju, okazją do bycia "u siebie" wśród rodaków i cząstką utraconej ojczyzny.

Prawdziwym sprawdzianem jego polskiego charakteru okazała się niemiecka okupacja Francji. Choć na obczyźnie, serce miał niezłomnie polskie i patriotyczne.

W obliczu wroga, jego towarzyski charakter nabrał nowego, heroicznego wymiaru. Zaprzyjaźnił się z kelnerem, pracującym w hotelu pełnym niemieckich żołnierzy Wehrmachtu. Ten kelner stał się dla niego kluczowym łącznikiem. Gdy tylko usłyszał, że ktoś z niemieckich żołnierzy mówi po polsku – Ślązak, Kaszub, czy Polak siłą wcielony do Wehrmachtu – natychmiast kontaktował go z ojcem pani Ireny.

Gospodarstwo polskiego emigranta stało się nieoficjalnym punktem przerzutowym. Często gościli u nich żołnierze w mundurach wroga, którzy jednak w sercu pozostali Polakami lub byli zmuszeni walczyć w obcej armii. Ojciec pani Ireny, ryzykując głową, namawiał ich do dezercji. Wykorzystując swoje kontakty i być może wrodzoną odwagę, pomagał tym ludziom przedostać się do Anglii, by mogli dołączyć do Aliantów i walczyć o wolność — również o wolność Polski! Był cichym, emigracyjnym żołnierzem Rzeczypospolitej.

Los jednak, jak to często bywa, potrafi być niesprawiedliwy i okrutny. Pewnego dnia, do ich gospodarstwa wpadli francuscy partyzanci . Widząc u siebie regularnie "Niemców" w mundurach, uznali polską rodzinę za kolaborantów. Nie było tłumaczenia, nie było dyskusji. Za zdradę i współpracę z okupantem czekała ich tylko jedna kara. Żona i mała Irena zostały ustawione pod ścianą – gotowe na egzekucję.

Wtedy jednak stało się coś, co uratowało im życie: wystąpili sąsiedzi. Ci sami, z którymi dzielili trudy wiejskiej pracy, z którymi rozmawiał, tańczył i pił w wolne wieczory. Zaświadczyli o ich polskości i o tym, że nie są zdrajcami! Ich głos, poparty latami uczciwego życia, przekonał partyzantów. Rodzinie darowano życie.

To zdarzenie jest gorzkim testamentem – jak łatwo w wojennej zawierusze o pomyłkę i jak wielka jest moc solidarności i świadectwa uczciwego życia.

Losy ojca pani Ireny, Polaka na emigracji, to historia o ciężkiej pracy, tęsknocie za krajem, heroicznym sprycie i polskiej niezłomności w obliczu wroga. To dowód, że polski patriotyzm kwitł nawet daleko od Wisły.

10.11.2025

Edukacja to nie tylko wykłady i ćwiczenia czyli akademik w ciszy

Dawno temu, w czasie Kortowiady
Remonty akademików i podnoszenie standardów cieszą. Łazienki na piętrach znikają, ustępując miejsca prywatnym modułom, a stłoczone czwórki przechodzą do historii. Ale po chwili radości przychodzi smutna refleksja. Czy materialny postęp nie został okupiony zbyt wysoką ceną społeczną? Czy o czymś ważnym nie zapomnieliśmy? I czy studencki luksus nie stał się nową formą izolacji w dobie cyfrowej postpiśmienności?

Kiedyś mieszkaliśmy po cztery osoby w pokoju trzyosobowym, a czasem i jeszcze jakiś walet się trafiał. Na starszych latach w pokoju dwuosobowym był luksus. Ale i w takim pokoju mieszkały trzy osoby. A teraz studenci mają pokoje jednoosobowe o wysokim standardzie. W naszej młodości żyliśmy w mieszkaniach znacznie bardziej przegęszczonych. I dla swoich dzieci zmieniliśmy świat na lepsze, mieszkają w samodzielnych pokojach to i potem na studiach oczekują podobnych warunków. Bo niech one mają to, czego nam zabrakło

W akademiku często żyło się w stanie permanentnego przegęszczenia, w stanie gwaru i trudności znalezienia prywatnej, odizolowanej przestrzeni. Wspólna kuchnia na końcu korytarza była centrum studenckiego wszechświata – głośna, czasem nawet trochę brudna, ale kipiąca życiem, plotkami i nieplanowanymi spotkaniami, które często kończyły się o dopiero nad ranem. Zaglądaliśmy koleżankom i kolegom do garnków. A w pokojach zbieraliśmy się w czasie przerw między zajęciami. Tapczaniki w pokojach były towarzyskimi kanapami, a kubek herbaty znalazł się dla każdego.

Jako pokolenie, które tego doświadczyło, zmieniliśmy świat dla naszych dzieci. Zapewniliśmy im więcej komfortu, własne pokoje, lepsze warunki do nauki. Nic dziwnego, że idąc na studia, oczekują podobnych standardów – pokoju jednoosobowego, najlepiej z prywatną łazienką. I uczelnie, w pogoni za atrakcyjnością rynkową, te oczekiwania spełniają.

Ten obecny wzrost standardów ma jedną i smutną stronę. Mój znajomy, wysyłając córkę na studia do innego miasta, gorąco namawiał ją by zamieszkała w akademiku. Po długich namowach udało się. Potem pojechał ją odwiedzić. I się mocno zdziwił. Cisza jak w grobowcu. Gdzie te akademiki z naszych czasów, w których kipiało jak w ulu? Wyraźnie życie społeczne i towarzyskie na dużo niższym poziomie. Materialny postęp okupiony został społecznymi stratami. Bo to nie tylko cisza ale i gorsze warunki do rozwoju ważnych kompetencji społecznych. Coś mniej widocznego.

Dawne akademiki, z gorszymi warunkami materialnymi i koniecznością dzielenia się (łazienką, lodówką, przestrzenią) były kuźnią charakterów. Wymuszały rozwój kluczowych kompetencji społecznych: asertywności, negocjacji, empatii i umiejętności rozwiązywania konfliktów. Chciałeś mieć spokój? Musiałeś dogadać się z trójką innych, ustalić zasady. Dziś, w dobie "Akademika w ciszy", student kupuje sobie spokój i wygodę, ale w pakiecie otrzymuje izolację.

W czasach, gdy relacje społeczne w dużej mierze przeniosły się do cyfrowych ekranów i mediów społecznościowych, komunikatorów, platform i streamingu to fizyczna bliskość w akademiku powinna być cennym kontrastem i lekarstwem na cyfrową samotność. Ale nowe, luksusowe warunki tylko potęgują trend do zaszywania się w swoich czterech ścianach, często z włączonym Netflixem i słuchawkami. Po co wychodzić, skoro cały świat i rozrywka są dostępne w jakości high-definition, w zaciszu własnego pokoju?

I jeszcze jeden element – kiedyś liczba miejsc na studiach była niewielka i ograniczana. Większość studentów mieszkała w akademikach a tylko nieliczni u siebie w domu czy na stancjach. Przez te kilka dziesięcioleci studentów przybyło, a liczba akademików została bez zmian. Na dodatek, przy podnoszeniu standardu, spadła liczba miejsc dla studentów. W rezultacie większość mieszka poza kampusem uniwersyteckim, poza akademikami. Przyjeżdżają tylko na krótko, na zajęcia. A przerwa między zajęciami? Co wtedy robić? Siedzieć na schodach? Na pewno nie wrócą wieczorem na kolejne spotkania i nie wypełnią swoją aktywnością klubów studenckich. Nic dziwnego, że tak zwana kultura studencka została mocno zmarginalizowana.

Pojawiły się nowe wyzwania. Trzeba projektować więcej przestrzeni społecznych na uczelni, skoro nie gwarantują tego akademiki. Powstają różnego rodzaju strefy relaksu i odpoczynku, ale jest ich jeszcze stanowczo jeszcze za mało. I potrzebne są miejsca, w których mogą się w niezaplanowany sposób spotkać pracownicy oraz pracownicy ze studentami. Jedna stołówka studencka nie wystarczy. O ile jeszcze jest. Trzeba zupełnie inaczej zaprojektować przestrzeń uniwersytecką.

Edukacja to nie tylko wykłady i ćwiczenia, to przede wszystkim projektowanie przestrzeni i sytuacji do uczenia się. Kompetencje społeczne też są ważne w kształceniu…. zawodowym. Uczelnie muszą masowo tworzyć atrakcyjne strefy relaksu, integracji i co-working'u. Potrzebne są miejsca, gdzie studenci różnych kierunków i roczników mogą się spotkać w niezaplanowany sposób, a także strefy, w których swobodnie mogą przebywać studenci i pracownicy. Bo relacja mistrz-uczeń pełniej rozwija się właśnie poza kursowymi wykładami.

W erze cyfrowej, gdzie wiedza jest łatwo dostępna, kompetencje społeczne – umiejętność pracy w zespole, negocjacji, zarządzania konfliktem i nawiązywania trwałych relacji – stają się najważniejszym kapitałem w kształceniu zawodowym.

Każdy postęp materialny cieszy. Bo rosną standardy życia. Ale przy okazji przekonujemy się, że równie ważne są kompetencje społeczne. I do ich zaistnienia trzeba stworzyć zupełnie nową przestrzeń. Przestrzeń do spotkań w czasach cyfrowej dominacji i nowej mówioności (postpiśmienności). Edukacja to nie tylko transmisyjne przekazywanie wiedzy lecz i przede wszystkim projektowanie przestrzeni i sytuacji do uczenia się. To niewątpliwe znacznie trudniejsze.

Poszerzona wersja felietonu Z Kłobukowej dziupli 2.0 dla Wiadomości Uniwersyteckich

8.11.2025

Mała muszka w wielkiej nauce i w kosmosie

Późne lato, owoce śliwy mirabelki, dojrzałe i leżące na ścieżce. Raj dla owadów w tym dla muszki owocówki.

Drosophila melanogaster, bo o niej będzie opowieść, to dla większości z nas synonim letniego utrapienia, irytujący obłoczek krążący nad miską dojrzałych owoców. Ja pamiętam je z zajęć w czasie moich biologicznych studiów. Hodowane w słoikach stanowiły materiał do ćwiczeń z genetyki. Szczelnie zamknięte w wyselekcjonowanym próbach badawczych. Wykonywaliśmy doświadczania i krzyżowaliśmy różne odmiany a potem wnioskowaliśmy o genach na podstawie uzyskanego potomstwa. Efekty można było uzyskać znacznie szybciej niż przy hodowli różnych odmian groszku, powtarzając eksperyment Mendla. Dopiero dużo później poznałem jej polskie, zwyczajowe nazwy: wywilżna karłowata, wywilżanka, muszka owocowa, octówka., drozofila karłówka, drozofila.

Jednak ten maleńki, dwuskrzydły owad – muszka owocowa – jest jednym z największych, choć najbardziej niepozornych, bohaterów w historii biologii, bohaterem laboratoriów genetycznych  i pionierem... w przestrzeni kosmicznej. Równie znana w historii badań genetycznych jak groszek Grzegorza Mendla. Drosophila melanogaster to niewielki owad (wielkości 2–3 mm) z rzędu muchówek (Diptera). W rodzaju Drosophila występuje wiele gatunków, więc mała muszka na owocach nie koniecznie będzie tą naszą wywilżnią.

Jej życie upływa w rytmie fermentacji. Pamiętam jej poczwarki z gąsiorów, w których fermentowaliśmy wino owocowe lub w słoikach z przeterminowanymi powidłami. A teraz pojawiają się w domu późnym latem, gdy w miskach leża dojrzałe owoce pomidorów, papryki, jabłek, śliwek, bananów. Za każdym razem patrzę na nie z sentymentem. To zasłużony dla nauki modelowy gatunek.

Zrozumienie fascynacji muszki owocowej gnijącymi owocami jest kluczem do poznania jej biologii. To, co nas może czasem brzydzić, dla niej jest rajem. Drosophila melanogaster jest mistrzynią szybkiego cyklu życiowego, który w optymalnej temperaturze zamyka się w zaledwie 10–12 dniach. Od jaja złożonego na fermentującej skórce owocu, przez intensywnie żerującą larwę, nieruchomą poczwarkę, aż po dorosłego, zdolnego do rozmnażania osobnika. Ale muszka owocówka żyje dłużej, dorosłe osobniki mogą żyć 30-40 dni, w zależności od temperatury i warunków. 

Pozornie głównym wyznacznikiem jej życia jest alkohol etylowy. Muszki nie szukają miąższu owoców, lecz drożdży – głównego źródła białka i witamin dla larw, które rozwijają się na gnijącej materii. Drożdże, przeprowadzając fermentację cukrów, wytwarzają etanol. Zapach ten, wyczuwany przez czułe receptory muszek z dużej odległości, jest sygnałem: „Tu jest dużo pokarmu, tu warto złożyć jaja”. W ciągu roku pojawia się kilka pokoleń owocówki. Pojedyncza samica może w ciągu dnia złożyć od 20 do 100 jaj. Ale dopiero późnym latem, gdy dużo jest owoców, na których rozwijają się drożdże, pojawiają się bardzo sprzyjające warunki do rozwoju i populacja muszek szybko rośnie. To powinowactwo do alkoholu jest tak silne, że stało się ewolucyjną strategią przetrwania. Larwy, żerujące w środowisku z niewielką zawartością etanolu, zyskują ochronę przed pasożytami – toksyna zabija drapieżne osy, które same nie są na nią odporne. Osy te to parazytoidy, składające jaja na larwach. Wylegające się larwy żywcem pożerają larwy muszki owocówki. Ale, jeśli te nurzają się w owocowej pulpie z alkoholem etylowym, to są chronione. Taka alkoholowa dezynsekcja. 

Muszki owocowe (Drosophila melanogaster) są niezwykle wrażliwe na zapach alkoholu etylowego i są przez niego zwabiane. Wykrywają go dzięki specjalistycznym receptorom węchowym na czułkach. Inne gatunki owadów wyczuwają z daleka inne substancje, ważne dla ich życia, np. zapach padliny, zapach spalonego drzewa itp. Ta czułość biodetektorów wykorzystywana jest przez ludzi, np. do wykrywania alkoholu etylowego. Tam, gdzie człowiek nic nie wyczuje, muszka owocówka zrobi to za niego. Muszki owocowe potrafią wyczuć alkohol z odległości nawet kilku kilometrów, co czyni je niezwykle efektywnymi w lokalizowaniu odpowiednich miejsc do życia i rozmnażania. Ewolucyjnie jest to zrozumiałe - owoce to siedlisko i zasoby bardzo rozproszone i krótkotrwałe. Trzeba za nimi dużo się nalatać by znaleźć. Dzięki receptorom, ni latają bezładnie lecz podążają prosto do celu. Dlatego późnym latem i jesienią tak łatwo trafiają do naszych domów, gdy mamy na stole lub szafce dojrzałe owoce. 

Dlaczego alkohol je przyciąga? Przyciąganie do alkoholu nie jest przypadkowe, a jest głęboko zakorzenione w ich strategii przetrwania i rozmnażania. Alkohol etylowy to znak, że są drożdże czyli pokarm larw i dorosłych. Muszki owocówki żywią się drożdżami, które rozwijają się na gnijących i fermentujących owocach. Proces fermentacji naturalnie wytwarza alkohol etylowy. Zapach alkoholu jest więc dla nich sygnałem, że w pobliżu znajduje się idealne źródło pożywienia i miejsce do złożenia jaj. Nowsze badania sugerują, że u samców muszek owocowych spożycie niewielkich ilości alkoholu zwiększa produkcję feromonów, co czyni je bardziej atrakcyjnymi dla samic i tym samym zwiększa ich sukces reprodukcyjny. 

Jak się w domu pozbyć i unikać muszek? Odstrasza (lub dezorientuje je) olejek miętowy, eukaliptusowy i lawendowy. Wystarczy w doniczce na parapecie krzaczek mięty, która przy okazji wykorzystamy jako świeżą przyprawę. Albo lawenda. Drzewa eukaliptusowego raczej nie zasadzimy w doniczce na parapecie, więc pozostaje tylko olejek. 

Choć jest to organizm prosty, zasługi muszki owocowej dla genetyki są nie do przecenienia. W 1908 roku Thomas Morgan wprowadził ją na scenę nauki, która niebawem miała stać się laboratorium przyszłości. Morgan szukał organizmu modelowego i znalazł ideał. Muszki trzymał w małych, szklanych fiolkach. Ma krótki cykl życiowy co pozwala na obserwację dziedziczenia cech przez wiele pokoleń w ciągu zaledwie tygodni lub miesięcy. Ma niewielki genom - tylko cztery pary chromosomów (2n=8), co uprościło mapowanie genów. Kolejna sprzyjającą cecha są łatwo obserwowalne mutacje takiej jak zmiana koloru oczu z czerwonego na biały (pierwsza zaobserwowana mutacja płciowa) stała się kamieniem węgielnym jego badań. Podobne badania wykonane przez Mendla na róznych odmianach grochu wymagały by wielu lat. A nikt obecnie nie jest tak cierpliwy jak mnich Grzegorz Mendel. 

Morgan rozpoczął eksperymenty, które na zawsze zmieniły genetykę. Obserwował dziedziczenie różnych cech – na przykład mutacji, które zmieniały kolor oczu z czerwonych na białe, lub zniekształcały skrzydła. Dzięki tym badaniom udowodnił, że geny znajdują się na chromosomach. To odkrycie było tak przełomowe, że w 1933 roku Morgan otrzymał za nie Nagrodę Nobla. Morgan udowodnił, że chromosomy są nośnikami genów, a geny są ułożone w określonej kolejności Od tamtej pory, Drosophila stała się kluczowym narzędziem do rozszyfrowywania podstawowych mechanizmów życia. Badania genetyczne weszły obecni w nowa, molekularna fazę i o muszkach już zapomniano. 

Współcześnie muszka owocowa nadal pełni rolę kluczowego organizmu modelowego. Okazuje się, że mimo milionów lat ewolucyjnej dywergencji, aż 75% genów odpowiedzialnych za ludzkie choroby ma swoje funkcjonalne odpowiedniki (homologi) w genomie muszki. Badanie muszych mechanizmów genetycznych dostarcza fundamentalnych informacji o rozwoju choroby Alzheimera, Parkinsona, nowotworów czy zaburzeń rozwojowych. A jej zasługi sięgają jeszcze dalej – w kosmos. Muszka owocowa była jednym z pierwszych organizmów (po mikroorganizmach), które celowo wysłano w przestrzeń kosmiczną. W ramach amerykańskiego programu, wysłano ją na pokładzie rakiety, aby zbadać wpływ promieniowania kosmicznego na żywe organizmy i ich genetykę. Była pionierem kosmicznych badań biologicznych, torując drogę późniejszym misjom i dalszym studiom nad wpływem mikrograwitacji na życie.

W ten sposób Drosophila melanogaster – maleńka muszka, zrodzona z gnijących owoców i unosząca się nad naszymi kuchniami – jest jednocześnie dowodem na potęgę prostoty. Jako niezastąpiony model genetyczny, pionier kosmicznych wypraw i klucz do zrozumienia ludzkich chorób, udowadnia, że wielka nauka często kryje się w małym ciele. Tak wiec, gdy w Twoim domu pojawią się muszki owocówki na owocach, pomyśl o nich z uznaniem zasług dla ludzkości. Przecież taka mała muszka dużo nie zje, można się z nią podzielić. Lub specjalnie dla nich na parapecie zostawić kilka gnijących owoców (lub fragmentów), by mogło pojawić się kolejne pokolenie. 

O muszkach owocówkach można posłuchać podcastu (8.10.2025) w Radium Olsztyn. Zebrane felietony Radiowe są tu: https://radioolsztyn.pl/tlumaczymy-swiat-felietony-stanislawa-czachorowskiego/01778309 i wystarczy odszukać odpowiednia datę. O drozofili powiadałem także w Radiu Nowy Świat (środa 12 listopada 2025).

4.11.2025

Człowiek z Piltdown i Salinella salva czyli o oszustwach i pomyłkach w nauce




Kiedy zalewają nas fake newsy czy nienaukowe teorie spiskowe, serwowane nam przez internetowych influencerów, czasem z udziałem ludzi ze stopniami i tytułami naukowymi, to możemy powątpiewać w rzetelność świata nauki. Niemniej warto podkreślić, że w nauce ważna jest dyskusja i przedstawianie dowodów oraz powtarzalność wyników eksperymentów. W nauce nie ma autorytetów a są jedynie argumenty i dowody. Nauka rozwija się przede wszystkim dzięki wypracowanej metodzie a nie autorytetowi pojedynczych badaczy i naukowców. Z kolei rzetelnością dziennikarska jest zapraszanie do swojego studia wiarygodnych rozmówców i pilnowanie rzetelności wypowiedzi. Bo odbiorca (słuchacz, czytelnik) liczy, że sam dziennikarz wcześniej zweryfikował źródła i on, jako odbiorca, może zaufać. Niestety nie każdy twórca kanału społecznościowego jest rzetelnym dziennikarzem. 

Metoda naukowa, choć dąży do obiektywizmu, jest ostatecznie dziełem ludzkim, a co za tym idzie – narażona na błędy, pomyłki, a niekiedy nawet na celowe fałszerstwa (tak jak w mediach i dziennikarstwie). W pogoni za sławą, klikalnością i dochodami niektórzy dziennikarze i naukowcy stosują drogi na skróty. Historia nauki pełna jest zawiłych ścieżek, gdzie błędne hipotezy ulegają weryfikacji, ale nic tak dobitnie nie ilustruje triumfu mechanizmu samokorekty nauki jak opowieść o Człowieku z Piltdown oraz podręcznikowe ogniwo przejściowe w postaci niezwykłego organizmu Salinella salva. Naukowe młyny wersyfikacji czasem mielą dość długo, ale są skuteczne. Bardziej znanej jest oszustwo z Człowiekiem z Piltdown, dyskutowane było przez ponad cztery dekady. Stało się jedną z głębszych rys na reputacji nauki, jednocześnie dowodząc jej niezwyciężonej siły w dążeniu do prawdy.

W 1912 roku, amator-archeolog Charles Dawson ogłosił na łamach Brytyjskiego Towarzystwa Geologicznego odkrycie, które natychmiast wywołało sensację. W żwirowni Piltdown w Sussex, w Anglii, odnaleziono szczątki, które miały stanowić długo poszukiwane „brakujące ogniwo” pomiędzy małpami a ludźmi. Dawson, wspierany przez eksperta z British Museum, Arthura Smith Woodwarda, zaprezentował fragmenty: czaszki wyraźnie przypominającej ludzką, połączonej z prymitywną żuchwą i zębami o cechach małpich. Nowemu gatunkowi nadano dumną nazwę – Eoanthropus dawsoni, czyli „człowiek świtu Dawsona”. W szerszym kontekście historycznym, odkrycie to idealnie pasowało do pewnych uprzedzeń kulturowych i oczekiwań ówczesnych brytyjskich naukowców. Teoria ewolucji sugerowała, że ludzkie cechy nie rozwijały się równomiernie. W Anglii panowało jednak przekonanie, że pierwszym krokiem w ewolucji człowieka musiała być ewolucja dużego, rozwiniętego mózgu i dopiero potem nastąpiło udoskonalenie żuchwy czy wyprostowanie postawy. Człowiek z Piltdown, z ludzką czaszką i małpią szczęką, idealnie wpisywał się w ten wzorzec interpretacji ewolucyjncyh. Przez ponad 40 lat był on traktowany jako koronny dowód i ważny element układanki paleoantropologii, fałszując obraz wczesnej ewolucji człowieka. Dziś to już historia pomyłek i oszustw naukowych.

Mimo iż oszustwo utrzymywało się przez tak długi czas, w tle narastały wątpliwości. Znajdowane w innych częściach świata autentyczne skamieniałości, takie jak te z Afryki Południowej, sugerowały zupełnie odwrotny scenariusz: najpierw rozwijała się dwunożna postawa i prymitywne uzębienie, a dopiero potem następował znaczący wzrost mózgu. Sprzeczności te zmuszały do ciągłej weryfikacji.

Decydujący cios nadszedł w 1953 roku. Dzięki zastosowaniu nowych technik analitycznych, niemożliwych do wykorzystania w 1912 roku, fałszerstwo zostało ostatecznie zdemaskowane. Ujawniono, że czaszka była ludzka, ale stosunkowo współczesna i celowo barwiona chemicznie (najprawdopodobniej dwuchromianem potasu i siarczanem żelaza), aby nadać jej antyczny i postarzony wygląd. Żuchwa należała do orangutana i została poddana celowej obróbce – zęby zostały spiłowane, aby upodobnić je do ludzkiego wzorca zużycia, a stawy złamane, by uniemożliwić dokładne sprawdzenie. Testy fluorem dowiodły, że fragmenty kości nie pasowały do siebie wiekowo ani chemicznie. Najbardziej prawdopodobnym winowajcą tego fałszerstwa okazał się sam Charles Dawson, amator, który najpewniej kierował się żądzą sławy i uznania.

Historia Człowieka z Piltdown jest podręcznikowym przykładem tego, jak nauka, mimo iż może zostać chwilowo zmanipulowana, finalnie posiada wbudowane mechanizmy samokorekty. Oszustwo trwało tak długo nie dlatego, że naukowcy byli głupi, ale dlatego, że wczesne metody weryfikacji były niedoskonałe, a oczekiwania badaczy zbyt silne. Fałszerstwo żerowało na potrzebie wiary w "angielskie ogniwo ewolucyjne". Jednakże, kiedy tylko pojawiły się nowe, precyzyjne narzędzia i niezależne dane (inne skamieniałości z Afryki), mur oszustwa runął. To właśnie powtarzalność wyników, niezależna weryfikacja i stałe dążenie do precyzji są sednem metody naukowej. Człowiek z Piltdown nie tylko skorygował błędne przekonania o ewolucji, ale przede wszystkim nauczył społeczność naukową krytycznego podejścia do własnych oczekiwań, stając się paradoksalnie jednym z najmocniejszych dowodów na to, że systematyczne i bezkompromisowe poszukiwanie prawdy w nauce zawsze zwycięży oszustwo.

Drugi, wybrany przykład jest mniej znany. Ale dobrze oddaje istotę metody naukowe. Nauka ma zdolność do samokorekty. Naprawia się niczym DNA w komórce po przypadkowych błędach w kopiowaniu. Nie ma tematów nienaukowych. To sposób obserwacji, dokumentowania oraz uzasadniania może być naukowy lub nienaukowy.

Proszę sobie wyobrazić organizm, który przez blisko sto lat istniał w podręcznikach zoologii. Nazywano go Salinella salva. Było to zwierzę niezwykłe. Odkryte w 1892 roku przez niemieckiego naukowca Johannesa Frenzela w słonych źródłach Argentyny, stało się w swoim czasie upragnionym i wyczekiwanym ogniwem przejściowym. Na podstawie pracy niemieckiego naukowca, opatrzonej niezwykle rzetelnymi i wiarygodnymi rysunkami, wyróżniono nawet nowy typ: jednowarstwowce (Monoblastozoa).

Salinella salva niewielka istota, zaliczona do wielokomórkowych eukarionów, (a więc jako organizm a nie kolonia), zbudowana miała być z zaledwie około 150 komórek. Co niezwykłe, jej ciało miała tworzyć jedna warstwa komórek urzęsionych z obu stron. Coś jak spłaszczona piłka, Miała mieć otwór gębowy i odbytowy, a cała organizacja budowy przypominała wczesną blastulę, idealnie pasując do wizji bardzo pierwotnego zwierzęcia, ogniwa pośredniego między pierwotniakami (a dokładnie współcześnie rzecz ujmując to jednokomórkowymi eukariontami) a wielokomórkowcami.

I tu dochodzimy do sedna. Do informacji opublikowanej przez uznanego naukowca, w czasopiśmie naukowym podchodzi się z należytym szacunkiem. Ale jednocześnie fakty naukowe wymagają potwierdzenia. Przez długie dziesięciolecia nikt, po za Frenzelem, nie znalazł ponownie tego ani innego  podobnego gatunku. Nikt nie był w stanie powtórzyć tej obserwacji.

Kiedy narodziły się badania molekularne, pojawiła się pokusa sprawdzenia. W 2012 roku zorganizowano nawet wyprawę naukową do Argentyny w poszukiwaniu Salinella salva. Nie znaleziono ani słonych źródeł, ani śladów jednowarstwowców. Oczywiście, brak znalezienia nie jest ostatecznym dowodem na nieistnienie. Niemniej, brak potwierdzenia obserwacji sprzed ponad stu lat, każe powątpiewać w ich prawdziwość.

Brak potwierdzenia, brak powtarzalności,  a wtedy to nawet tak solidnie wyglądający fakt, uznawany za prawdziwy w danym momencie, ulega erozji. W nowych podręcznikach zoologii nie ma już wzmianki o salinelli. Salinella salva powoli przenosi się do kategorii zwierząt mitycznych lub, co bardziej prawdopodobne, do szuflady pomyłek naukowych i odrzuconych koncepcji. Czy niemiecki naukowiec zmyślił swoje obserwacje, kierując się rządzą sławy? A może popełnił błąd – zobaczył to, co bardzo chciał zobaczyć, ulegając nieuświadomionemu błędowi? Taka pomyłka jest ludzka, naukowcy też są ludźmi. Dzisiaj trudno rozstrzygnąć czy było do świadome fałszerstwo tak jak w przypadku Człowieka z Piltdown czy tylko pomyłką.

Czym różni się nauka od paranauki, od pseudonauki? Metodologią! W obu sferach ludzie popełniają błędy, ale nauka wymaga odpowiedniego kontekstu uzasadniania. Musisz tak przedstawić wyniki swoich obserwacji, aby inni mogli je powtórzyć i zweryfikować. Gwarancją rzetelności jest konieczność niezależnego potwierdzenia, powtarzalność wyników i spójność z dotychczasową wiedzą. Prawda rodzi się w dyskusji i weryfikacji. Czasem trwa to długo, ale metoda jest bardzo skuteczna.

A co, jeśli ktoś kiedyś, z wykorzystaniem nowych technik biologii molekularnej, odkryje organizm identyczny z Salinella salva? Wtedy powróci on do gmachu wiedzy jako fakt potwierdzony, zbadany także na poziomie DNA. I to jest piękno nauki – jest otwarta na nowe fakty, ale bezwzględnie wymaga, by te fakty były weryfikowalne. To właśnie metoda decyduje, co pozostaje prawdą. I solidna dyskusja. Nauka merytoryczną dyskusją stoi.