20.07.2026

Chłopi pańszczyźniani awansowali lecz zostali bez pańszczyzny, czyli o konflikcie pokoleń na uczelni



Na uczelniach od dawna obserwuję zjawisko, które biolog nazwałby dziedziczeniem kulturowym, a filozof przyrody – trwałością wzorców organizacji życia społecznego. Nie chodzi o geny, lecz o obyczaje. A obyczaje, jak wiadomo, potrafią być równie trwałe jak DNA. Biolodzy odkryli dziedziczenie pozagenetyczne (jakkolwiek by to paradoksalnie brzmiało) w postaci epigenetyki. Poszerza to możliwości snucia analogii.

Przez wiele dziesięcioleci uniwersytety funkcjonowały według modelu, który dziś można by nazwać półfeudalnym. Oczywiście nie było oficjalnych pańszczyźnianych powinności, nikt nie odrabiał dni roboczych na folwarku profesora, ale pewne podobieństwa były uderzające. Młody asystent przychodził do pracy i szybko dowiadywał się, jak wygląda porządek świata. Na górze byli profesorowie. Niektórzy przypominali oświeconych monarchów, inni bardziej średniowiecznych feudałów. Na dole znajdowała się młodzież naukowa, której podstawowym zadaniem było cierpliwie czekać. Czekać na etat. Czekać na awans. Czekać na lepsze biurko, lepszy komputer czy dostęp do czajnika. Czekać na habilitację. Czekać na własny gabinet. Czekać na możliwość decydowania. A jeśli komuś się nie podobało? Cóż, odpowiedź bywała prosta: „drzwi są tam”, na twoje miejsce czeka wielu innych. 

W biologii takie strategie określa się czasem jako system kolejki do zasobów lub porządek dziobania. Osobniki niższe rangą czekają, aż zwolni się miejsce wyżej w hierarchii. Kiedy jeden stary samiec odchodzi, następny zajmuje jego miejsce. Natura zna takie rozwiązania od milionów lat. Problem polegał jednak na tym, że uczelnie nie są kurami w kurniku ani stadami pawianów. Przez lata ten system reprodukował sam siebie. Zostawali przede wszystkim ci, którzy godzili się na jego reguły. Kto miał wystarczająco dużo cierpliwości, po trzydziestu latach sam stawał się profesorem. A kiedy już znalazł się na szczycie, często odtwarzał dokładnie ten sam model, którego wcześniej doświadczał (nawet jeśli narzekał na ten system). To była przecież oczywista oczywistość. To trochę jak w starych bajkach o smokach. Młody rycerz przez całe życie walczy ze smokiem, aż w końcu sam staje się smokiem i zaczyna pilnować tej samej góry złota. Mechanizm był prosty. Skoro ja czekałem dwadzieścia lat, to inni też mogą poczekać. Skoro ja znosiłem humory przełożonych, to młodsi również powinni wykazać się cierpliwością. Skoro ja dopisywałem do publikacji szefa, to i mnie niech teraz dopisują doktoranci czy ci z niższej grzędy w kurniku. Skoro ja przeżyłem, to znaczy, że system działa.

W statystyce taki sposób rozumowania nazywa się błędem przeżywalności. Widzimy tych, którzy przetrwali, a zapominamy o wszystkich, którzy po drodze odeszli. A przecież nie odchodzili tylko ci najmniej naukowo wydolni. Buntownicy i kontestatorzy zawsze byli na uczelniach. Czasem niektórym udawało się wejść na szczyty. Ale stanowili raczej margines. Oczywiście, na różnych uczelniach ten margines był większy lub mniejszy, bo kultura pracy nie wszędzie była jednakowa. Niepokorni outsiderzy zawsze gdzieś się w murach akademickich uchowali.

Tymczasem świat się zmienił. Na uczelnie weszło pokolenie Z. I nagle okazało się, że coś przestało działać. Młodzi ludzie nie chcą czekać dwudziestu lat na prawo do własnego zdania. Nie traktują hierarchii jako wartości samej w sobie. Nie są zachwyceni wizją mozolnego wspinania się po szczeblach tylko dlatego, że tak robili poprzednicy. Nie zachwycają się pracą po godzinach. Co więcej, mają świadomość, że poza murami uczelni istnieje cały świat alternatyw. Firmy technologiczne, organizacje pozarządowe, startupy, własna działalność, praca zdalna, projekty międzynarodowe. Jeśli gdzieś nie czują się szanowani, zwyczajnie odchodzą. Czasem odchodzą bo warunki finansowe poza uczelnia dla ich kwalifikacji są znacznie lepsze.

I tutaj zaczyna się prawdziwy konflikt pokoleń. Oto bowiem część przedstawicieli starszego pokolenia przez całe życie wspinała się po hierarchicznej drabinie. Poświęcała czas, energię i zdrowie, by dotrzeć na sam szczyt. Wreszcie dotarła. Zdobyła tytuły, stanowiska, ekspresy do kawy, gabinety i władzę organizacyjną. Po czym spojrzała w dół. A tam… nikogo. Drabina stoi. Szczyt jest. Ale kolejka zniknęła.

To trochę tak, jakby chłop pańszczyźniany przez całe życie marzył o tym, by zostać panem na dworze. W końcu zostaje właścicielem folwarku, zakłada kontusz, zamawia portret przodków i przygotowuje się do zarządzania poddanymi. Tylko że poddani wyjechali. Jedni do miasta, inni za granicę. Jeszcze inni otworzyli własne warsztaty. Albo raczej nie przybyli by wspinać się tak jak on. Tak czy siak folwark został, ale nie ma komu odrabiać pańszczyzny.

Oczywiście metafora jest trochę przesadzona. Na szczęście współczesne uczelnie nie są folwarkami, a większość profesorów nie przypomina magnatów z XVII wieku. Jednak każda metafora coś odsłania. Pokazuje jakiś fragment rzeczywistości. Metafora to nie jest rzetelne i kompleksowe badanie naukowe. Mimo to w jakiś sposób opisuje rzeczywistość. Pokazuje, że część napięć na uniwersytetach nie wynika ze złej woli którejkolwiek strony. Wynika z tego, że spotkały się dwa zupełnie różne modele myślenia o pracy. Jeden zakłada cierpliwe oczekiwanie na awans w ramach hierarchii. Drugi zakłada partnerską współpracę i możliwość wpływu od samego początku. Jeden wierzy w autorytet stanowiska. Drugi bardziej ufa autorytetowi kompetencji. Jeden pyta: „Jak długo pracujesz na uczelni? Za ile punktów masz publikację”. Drugi pyta: „co potrafisz zrobić?”, "co odkryłeś?".

Jako biolog wiem, że gatunki, które nie potrafią dostosować się do zmian środowiska, mają poważne problemy. Oczywiście w skali sukcesji ekologicznej i w skali ewolucji biologicznej. Nie dlatego, że są głupie. Wręcz przeciwnie. Często są doskonale przystosowane, tyle że do świata, który już nie istnieje. Być może podobne wyzwanie stoi dziś przed uniwersytetami. Może zamiast zastanawiać się, dlaczego młodzi nie chcą uczestniczyć w dawnych rytuałach przejścia, warto zapytać, czy same rytuały mają jeszcze sens. Może nie chodzi o to, że pokolenie Z jest leniwe, roszczeniowe albo niecierpliwe. Może po prostu nie widzi powodu, by zostać chłopem pańszczyźnianym w świecie, w którym pańszczyznę zniesiono już dawno temu. A jeśli tak, to zamiast narzekać na młodych, warto wykorzystać okazję do przebudowy akademickiego folwarku w coś bardziej przypominającego wspólnotę badaczy. Bo uniwersytet przyszłości nie potrzebuje poddanych. Potrzebuje partnerów. Nawet jeśli czasem noszą trampki, komunikują się emotikomkami i zadają pytania, których starsze pokolenia nigdy nie odważyłyby się zadać. A przynajmniej by na głos i publicznie je wypowiedzieć.

Moje myślenie mocno osadzone jest w biologii, dlatego na te aspekty zwracam szczególną uwagę. I często wyławiam z dyskusji publicznej argument, że „hierarchie są naturalne”. I rzeczywiście są. Występują u wilków, pawianów, szympansów, kur. U Homo sapiens także, bo jesteśmy gatunkiem stadnym i społecznym. W biologii nie jest to żadna sensacja. Tam, gdzie kilka osobników korzysta z tych samych zasobów, niemal zawsze pojawia się jakiś system ustalania pierwszeństwa. Tyle tylko, że bardzo często popełniamy pewien błąd logiczny. Mylimy „naturalne” z „najlepsze”. Naturalne są także pasożyty, choroby zakaźne i zjadanie własnego rodzeństwa przez pisklęta niektórych ptaków. Nie wszystko, co spotykamy w przyrodzie, jest wzorem do naśladowania dla społeczności ludzkich. Bo w biologii ważny jest także kontekst środowiskowy. Naśladowanie jakiegoś wzorca zachowania, bez uwzględnienia konkretnego kontekstu środowiskowego, może wyprowadzić na manowce. Co więcej, ewolucja, jako proces, nie produkuje rozwiązań idealnych. Tworzy rozwiązania wystarczająco skuteczne w konkretnych warunkach środowiska. Dobrych tu i teraz. 

Przez długi czas uczelnie przypominały środowisko o bardzo ograniczonych zasobach. Etatów było mało. Profesorów było niewielu. Możliwości awansu były ograniczone. W takich warunkach hierarchiczny system kolejkowy miał pewną logikę. Problem polega na tym, że zmieniło się środowisko. W biologii mówi się czasem o ewolucyjnej pułapce. Organizm zachowuje się zgodnie ze strategią, która przez tysiące pokoleń działała znakomicie, ale przestała działać po zmianie warunków.

Być może część akademickich konfliktów jest właśnie taką ewolucyjną pułapką kulturową. Przez wiele lat badacze zachwycali się hierarchiami dominacji u naczelnych. Samiec alfa wydawał się szczytem ewolucyjnego sukcesu. Najsilniejszy. Najgłośniejszy. Najbardziej agresywny. Potem zaczęto przyglądać się temu dokładniej. Okazało się, że najbardziej stabilne grupy nie zawsze są kierowane przez największych awanturników. Często najwyższą pozycję osiągają osobniki najlepiej budujące relacje, rozładowujące konflikty i utrzymujące spójność grupy. Innymi słowy, ewolucja premiuje nie tylko dominację. Premiuje również współpracę. A człowiek znakomicie rozwinął się populacyjnie, kulturowo i społecznie dzięki ponadprzeciętnej biologicznie umiejętności współpracy. W pewnym sensie historia człowieka jest historią przechodzenia od brutalnej dominacji do coraz bardziej skomplikowanych form współdziałania.

Nie staliśmy się gatunkiem dominującym dlatego, że mieliśmy największe kły. Tygrys ma większe. Nie dlatego, że byliśmy najsilniejsi. Goryl jest silniejszy. Nawet Neandertalczyk był od nas silniejszy. Nie dlatego, że byliśmy najszybsi. Antylopa jest szybsza. Wygraliśmy dlatego, że potrafiliśmy współpracować w dużych grupach. Potrafiliśmy dzielić się wiedzą. Potrafiliśmy uczyć młodych. Potrafiliśmy budować wspólnoty wykraczające poza rodzinę i plemię.

A uniwersytet jest przecież jednym z największych wynalazków tej właśnie zdolności. Uniwersytet jako ekosystem. Czasem myślimy o uczelni jak o piramidzie. Rektor na górze. Dziekani niżej. Profesorowie jeszcze niżej. Adiunkci. Asystenci (tych od dawna brakuje, ich role pełnią doktoranci). Doktoranci. Studenci. Ta piramida uległa zaburzeniu bo więcej jest w katedrach profesorów niż adiunktów, a tym bardziej asystentów czy nawet doktorantów. Być może to efekt starzenia się społeczeństwa lub zakończył się etap dynamicznego wzrostu uczelni wyższych. Można byłoby sie odwołać do ekologicznej, wiekowej struktury populacji. 

Tymczasem biolog patrzący na uczelnię widzi raczej ekosystem z wieloma populacjami. A w zdrowym ekosystemie nie wszystko zależy od jednego gatunku. Las nie istnieje dzięki najstarszemu dębowi. Las istnieje dzięki relacjom między tysiącami organizmów: grzybami, drzewami, owadami, ptakami, mikroorganizmami. Sieć jest ważniejsza od pojedynczego wierzchołka. Być może podobnie jest z uniwersytetem.

Najcenniejsze odkrycia naukowe coraz rzadziej powstają w samotnych gabinetach przypominających średniowieczne wieże uczonych. Coraz częściej rodzą się na styku różnych dyscyplin, różnych pokoleń i różnych doświadczeń. Profesor wnosi doświadczenie, młody badacz wnosi świeże spojrzenie. Student wnosi pytania, których nikt wcześniej nie zadawał. O ile dostanie przestrzeń i pozwolenie na zadawniane pytań. Dopiero razem tworzą system zdolny do uczenia się.

Dlaczego pokolenie Z nie chce czekać? Starsze pokolenia często interpretują zachowanie młodych jako przejaw niecierpliwości lub rozwydrzonych roszczeń. Możliwe jednak, że młodzi po prostu inaczej rozumieją sens współpracy. Dla pokolenia wychowanego w internecie wiedza nie jest dobrem rzadkim.  Nie trzeba już miesiącami czekać na dostęp do informacji ukrytej w szafie profesora. Nie trzeba podróżować do odległych bibliotek. Nie trzeba zdobywać przywileju uczestniczenia w zamkniętym seminarium. Wiedza krąży swobodnie. Zmienia się więc także rozumienie autorytetu. Autorytet nie wynika już z dostępu do informacji. Wynika z umiejętności interpretacji informacji. To ogromna różnica. Dawniej profesor był często strażnikiem bramy. Dzisiaj bardziej przypomina przewodnika po skomplikowanym lesie danych. A przewodnik nie musi krzyczeć na turystów, aby go szanowali. Wystarczy, że zna drogę. 

Mam czasem wrażenie, że prawdziwy konflikt pokoleń na uczelni nie dotyczy wieku. Dotyczy metafory. Starsze pokolenie myśli o karierze naukowej jak o drabinie. Trzeba wspinać się szczebel po szczeblu. Młodsi coraz częściej myślą o niej jak o sieci. Można poruszać się w różnych kierunkach, łączyć kompetencje, tworzyć projekty, zmieniać role czy współpracować z ludźmi spoza uczelni. W końcu popularyzować naukę, tworzyć startupy, prowadzić badania obywatelskie, budować społeczności internetowe. Dla jednych sukces oznacza wejście wyżej. Dla drugich oznacza połączenie większej liczby punktów. To są dwa różne modele świata.

Ewolucja nie nagradza najsilniejszych. To jedno z największych nieporozumień związanych z teorią ewolucji. Nagradza tych, którzy najlepiej dostosowują się do zmian. Przez miliony lat organizmy osiągały sukces nie tylko dzięki konkurencji, lecz również dzięki współpracy. Komórki połączyły się w organizmy wielokomórkowe. Owady zaczęły tworzyć społeczeństwa (np. mrówki, termity). Ludzie budowali społeczności. A potem wymyślili uniwersytety.

Jeżeli więc współczesna uczelnia ma przetrwać kolejne dekady, być może nie potrzebuje jeszcze wyższych murów i jeszcze bardziej rozbudowanych hierarchii. Być może potrzebuje więcej zaufania, więcej współpracy i większej gotowości do uczenia się od młodszych. Bo paradoksalnie największą oznaką dojrzałości nie jest dziś zdolność wydawania poleceń. Jest nią zdolność słuchania. Nawet wtedy, gdy mówi ktoś, kto dopiero wszedł do laboratorium, założył pierwszy fartuch i nie wie jeszcze, jak działa akademicki ekspres do kawy. Zwłaszcza wtedy.

Często obrywam po głowie wprost i zaocznie w moim akademickim świecie. Bo w licealnej i szkolnej edukacji nie wbiłem sobie do głowy, że pokorne dwie matki ssie (choć mi to często powtarzano). A później już jako asystent nie przyswoiłem sobie zasady "cisze jedziesz, dalsze budiesz" (nawiązanie do języka rosyjskiego i tradycji carskich jak najbardziej właściwe). Pozostałem niepokornym. Może to jakiś wpływ cech ze spektrum autyzmu?  Przez lata płaciłem za to wieloma niepowodzeniami wspinania się po tej hierarchicznej i towarzyskiej drabinie. Może to jakiś element mojej neuronietypowości. Jeśli tak, to dobrze, że w młodym pokoleniu takich neuronietypowych jest więcej. 

Każde pokolenie wychowuje następców po to, by byli skuteczniejsi od niego. Przynajmniej deklaratywnie. A potem często dziwi się, że ci następcy nie chcą żyć według starych reguł. Z punktu widzenia biologii jest to wręcz oznaka sukcesu, a nie porażki. Ewolucja nie działa przez kopiowanie świata takim, jaki jest, lecz przez jego nieustanne modyfikowanie.

16.07.2026

Gdy zmysły cywilizacji słabną czyli o internecie, AI i zaniku pracy dziennikarzy oraz naukowców




Od wielu lat obserwujemy zjawisko, które początkowo wydawało się wyłącznie zmianą modelu biznesowego. Gazety przeniosły się do internetu, blogi zastąpiły część prasy, media społecznościowe stały się głównym źródłem informacji. Potem pojawiła się sztuczna inteligencja, która potrafi pisać teksty, streszczać artykuły, odpowiadać na pytania i tworzyć obrazy. Wszystko wydaje się szybsze, tańsze i wygodniejsze. Jest jednak pytanie, które zadajemy sobie zbyt rzadko: kto będzie dostarczał nowych informacji, skoro coraz mniej chcemy płacić tym, którzy je zdobywają?

Internet przyzwyczaił nas do darmowości. Niechętnie kupujemy gazety, rzadziej płacimy za dostęp do wartościowych tekstów, omijamy płatne subskrypcje. Owszem, czasem stawiamy autorowi symboliczną kawę poprzez systemy typu „buy coffee” (niewielka opłata jednorazowa lub systematyczna prenumerata), ale trudno uznać to za stabilny model finansowania twórczej pracy. Co ciekawe, bez większego oporu płacimy rachunki za szybki internet, nowe smartfony, nowe laptopy, abonamenty platform cyfrowych czy energię elektryczną do naszych urządzeń. Nawet za power banki by nie stracić dostępu do sieci w czasie podróży lub wyjścia poza dom. Płacimy za infrastrukturę (za pomocą której czytamy), ale coraz mniej chcemy płacić za treść (czyli to, co czytamy).

To zjawisko ma głębsze konsekwencje niż tylko problemy finansowe pojedynczych autorów. Malejące honoraria (lub ich brak) oznaczają, że mniej osób może pozwolić sobie na wykonywanie zawodu dziennikarza czy naukowca. A przecież ani jeden, ani tym bardziej ten drugi nie zajmuje się przede wszystkim pisaniem. Ich podstawową pracą jest zbieranie danych. A od solidności warsztatowej zależy jakość tych danych.  Trzeba czasu i wysiłku. szybko i po łebkach to wyjdzie coś byle jakiego.

Reporter jedzie na miejsce katastrofy, rozmawia ze świadkami, robi zdjęcia, sprawdza dokumenty, porównuje relacje i dopiero z tego buduje opowieść. Jedzie do swoich rozmówców-ekspertów, dopytuje, czyta by wejść głębiej w zagadnienie. Naukowiec jedzie nad jezioro, do lasu lub na torfowisko, prowadzi pomiary, zbiera próbki, oznacza gatunki i przez wiele miesięcy analizuje wyniki. Tekst jest dopiero końcowym etapem znacznie dłuższego procesu poznawczego. I najczęściej jest to naukowa publikacja napisana specjalistycznym językiem publikowana w specjalistycznych czasopismach naukowych. Żeby ta treść trafiła do przeciętnego odbiorcy potrzebna jest jeszcze praca w postaci popularyzacji nauki. Napisanie tej samej treści lecz innym językiem. I w innej formie, np. krótkiego wywiadów dla radia czy telewizji. Dodam przy okazji, że za wywiady i krótkie wypowiedzi do telewizji, radia czy pracy naukowiec nie dostaje żadnych pieniędzy. Robi to w ramach społecznej misji.

Sztuczna inteligencja potrafi znakomicie przetwarzać istniejące informacje. Nie potrafi jednak sama wejść do rzeki i policzyć larw chruścików. Nie przeprowadzi wywiadu z mieszkańcami zalanej wsi. Nie zauważy nowego gatunku podczas wielogodzinnych badań terenowych. AI jest niezwykle sprawnym interpretatorem danych, ale nie jest ich pierwotnym źródłem.

W biologii środowiskowej problem ten staje się coraz bardziej widoczny. Ubywa specjalistów prowadzących długoterminowe obserwacje terenowe. Takie badania są kosztowne, wymagają cierpliwości i często nie przynoszą spektakularnych odkryć od razu. Ich wartość ujawnia się po dziesięciu, dwudziestu czy trzydziestu latach. Dzięki nim wiemy, jak zmieniają się jeziora, rzeki, populacje owadów czy ptaków. Jeżeli zabraknie ludzi prowadzących takie badania, przyszłe pokolenia będą miały coraz mniej danych do analiz. A dane będą systematycznie traciły na swojej aktualności. A zwłaszcza ostatnio coraz częściej pytamy ekologów-naukowców o skutki zmiany klimatu, jak uratować wysychające jezioro, czy kleszcze, komary lub korowódka są groźne dla człowieka i jak się przez nimi chronić, jak prowadzić retencje by zapobiegać suszy itp. Pytań coraz więcej lecz odpowiadających coraz mniej. 

W tym miejscu często pojawia się argument o nauce obywatelskiej. To rzeczywiście niezwykle cenna forma współpracy naukowców z pasjonatami przyrody. Tysiące obserwatorów ptaków, motyli czy roślin dostarcza dziś ogromnych zbiorów informacji. Jednak nauka obywatelska nie zastąpi profesjonalnych badań. Podobnie jak domowy ciśnieniomierz nie zastąpi laboratorium diagnostycznego. Jedno uzupełnia drugie, ale nie eliminuje potrzeby istnienia specjalistów.

Podobny proces zachodzi w mediach. Gdy maleją dochody redakcji, w pierwszej kolejności znika kosztowne dziennikarstwo reporterskie. Oszczędza się na redaktorach i korektorach. Łatwiej opublikować komentarz niż wysłać reportera na drugi koniec kraju. Łatwiej streścić cudzy materiał niż przygotować własny. W efekcie powstaje coraz więcej tekstów opartych na tych samych źródłach. AI bardzo to ułatwia. Informacja zaczyna krążyć w zamkniętym obiegu, a nowych obserwacji jest coraz mniej.

Można posłużyć się biologiczną analogią. Dziennikarze i naukowcy pełnią w społeczeństwie rolę receptorów i narządów zmysłu. To oni dostrzegają zmiany zachodzące w świecie, rejestrują sygnały, przekazują je dalej i pomagają zrozumieć ich znaczenie. Jeżeli organizm traci wzrok, słuch lub węch, nadal może funkcjonować, ale coraz słabiej orientuje się w otoczeniu. A to oznacza krótsze życie. Podobnie dzieje się z cywilizacją, która ogranicza liczbę ludzi zbierających informacje z rzeczywistego świata.

Paradoksalnie jednocześnie może rosnąć kreatywność oparta na przetwarzaniu istniejących treści. AI pozwala tworzyć nowe obrazy, opowieści i interpretacje z niezwykłą łatwością. Problem pojawia się wtedy, gdy zaczyna brakować świeżych doświadczeń, nowych obserwacji i nieznanych wcześniej faktów. Wyobraźnia potrzebuje kontaktu z rzeczywistością. Nawet najwspanialsza fantazja wcześniej czy później wyczerpie się, jeśli przestanie być zasilana nowymi bodźcami.

Nie oznacza to, że sztuczna inteligencja jest zagrożeniem sama w sobie. Wręcz przeciwnie – może stać się znakomitym narzędziem wspierającym pracę dziennikarzy i naukowców. Pozwala szybciej analizować dane, tłumaczyć teksty, przygotowywać wizualizacje i wyszukiwać zależności. Warunkiem jest jednak zachowanie ludzi, którzy będą dostarczać materiału do analizy. Muszą więc zarabiać. Muszą być więc honoraria autorskie. 

Cywilizacja przyszłości będzie potrzebowała nie tylko coraz lepszych algorytmów, lecz także ludzi gotowych wyjść w teren, patrzeć, słuchać, mierzyć i zadawać pytania. Jeżeli przestaniemy wynagradzać tych, którzy zbierają wiedzę u jej źródła, możemy odkryć, że zbudowaliśmy niezwykle inteligentny system, który potrafi znakomicie analizować świat, którego już nikt nie obserwuje.

Chcesz coś zrobić? Postaw mi kawę, czyli zapłać niewielkie, symboliczne honorarium . To także psychiczne wsparcie i informacje zwrotna: "jesteś potrzebny i to co robisz, w tym to o czym i jak piszesz. Także i od Ciebie zależy to, jak będzie wyglądał świat dzisiejszy i świat jutra.

14.07.2026

Słoik, który przestał być słoikiem

Warsztaty i spotkanie z malowaniem dachówek, Jeziorany, Warmia.


Biologia może wydać się dziwną profesją. Przez lata człowiek uczy się rozpoznawania gatunków, zależności ekologicznych i procesów ewolucyjnych, a potem jedzie daleko pociągiem, siedzi w skansenie i maluje na słoiku fruczaka gołąbka, łęczycką świteziankę albo głuszca w roli kłobuka. Albo żabę, która wygląda jak filozof po nieprzespanej nocy. Jaki to ma mieć sens?

Coraz częściej dochodzę do wniosku, że nauka i sztuka wcale nie stoją po przeciwnych stronach rzeki Bzury. One płyną tym samym nurtem. Jedna odpowiada na pytanie jak, druga na pytanie po co. A człowiek od tysięcy lat próbuje jednocześnie zrozumieć świat i go opowiedzieć. Dlatego lubię takie wydarzenia jak Biennale w Kwiatkówku. Nie dlatego, że można coś namalować. Pędzel jest tylko pretekstem. Najważniejsze jest to, że przy okazji można porozmawiać. W świecie, który coraz częściej komunikuje się emotikonami, możliwość wspólnego siedzenia przy stole zaczyna przypominać dobro luksusowe.

Dawniej ludzie darli pierze. Łuskali fasolę. Międlili len. Obierali ziemniaki lub przewracali siano ma łące. Praca była ważna, ale jeszcze ważniejsza była rozmowa. Wiedza nie mieszkała w bibliotekach. Mieszkała pomiędzy ludźmi. Opowieści przechodziły z pokolenia na pokolenie niczym nasiona padające na glebę. Dzisiaj nazwalibyśmy to siecią społecznościową. Tyle że działała bez prądu, bez reklam i bez konieczności ładowania telefonu.

Może właśnie dlatego tak bardzo podoba mi się pomysł malowania na słoikach. Słoik jest przedmiotem niezwykle demokratycznym. Nie udaje dzieła sztuki. Nie ma w sobie muzealnego zadęcia. Przez całe życie wykonywał ciężką pracę w kuchni, cierpliwie przechowując ogórki, kompoty i dżemy. A teraz nagle okazuje się, że może zostać dziełem sztuki. Trochę przypomina emerytowanego nauczyciela, który odkrył, że po przejściu na emeryturę ma więcej energii niż w czasach pracy zawodowej. Ja jeszcze do emerytury mam niecałe 2 lata...

Kiedyś słoiki były solidne, trwałe i wielorazowego użytku. Dawniej słoiki były pieczołowicie gromadzone i wielokrotnie wykorzystywane. Zmieniano tylko gumki w słoikach Wecka lub metalowe nakrętki od współczesnych twistów. Teraz słoiki są dla nas jednorazowym opakowaniem na dżem, majonez, musztardę, sałatkę warzywną, ogórki konserwowe itp. Z biologicznego punktu widzenia jest to zresztą całkiem naturalne. Ewolucja uwielbia zmieniać funkcje róznych organów organizmu. Pióra najpierw służyły termoregulacji, a dopiero później nauczyły się latać. Płetwy stały się nogami a potem znowu płetwami. Kości szczęki gadów zamieniły się w kosteczki słuchowe ssaków. Natura od milionów lat prowadzi nieustanny recykling pomysłów. Dlaczego więc słoik nie miałby przestać być słoikiem? A przynajmniej słoikiem "inaczej".

W tym roku będziemy malowali zwierzęta. Ale nie tylko takie, które można znaleźć w atlasie zoologicznym lub w Dolinie Bzury. Pojawią się zwierzęta z pogranicza biologii i wyobraźni. Te, które od wieków mieszkają w ludowych opowieściach. Zwierzęce demony. Zwierzęce anioły. Opiekunowie domostw. Towarzysze czarownic. Zwiastuny szczęścia. Posłańcy nieszczęść. Jako biolog wiem, że kruk jest po prostu krukiem. Jako człowiek kultury wiem jednak, że nigdy nie był tylko krukiem. Podobnie jest z wilkiem, sową, kotem, żabą czy bocianem. Zoologia opisuje ich anatomię. Etnografia opisuje ich drugie życie. I właśnie to drugie życie jest niezwykle ciekawe. Przynajmniej w czasie wakacji.

Bo człowiek od początku swojego istnienia nie patrzył na przyrodę obojętnie. Nazywał i nadawał jej znaczenia. Trochę z konieczności, a trochę z wyobraźni. Tam, gdzie brakowało wiedzy, pojawiały się opowieści. Tam, gdzie kończyła się obserwacja, zaczynała się metafora. Wbrew pozorom nie był to przejaw głupoty. Był to bardzo skuteczny sposób porządkowania świata. Nauka zresztą robi coś podobnego do dzisiaj. Różnica polega jedynie na tym, że zamiast demonów wymyślamy modele matematyczne, modele zachodzących zjawisk, np. klimatu, tworzymy uogólnienia i teorie.

A skoro mowa o wymyślaniu... Na tegorocznym biennale pojawi się jeszcze jeden współtwórca. Sztuczna inteligencja. Już słyszę pytania, czy AI nie zabije ludowej twórczości? Mam na ten temat inne zdanie. Czy wynalezienie ołówka zniszczyło poezję? Zmieniło, to fakt, ale nie zniszczyło. Czy aparat fotograficzny zakończył malarstwo? Też zmienił lecz nie unicestwił. Każde nowe narzędzie wywoływało podobne lęki. A potem okazywało się, że człowiek po prostu znalazł kolejny sposób opowiadania o sobie. AI nie zastąpi wyobraźni. Ona ją prowokuje. Czasem irytuje. Czasem inspiruje. Czasem podpowiada coś absurdalnego. I właśnie dlatego bywa twórcza. Podejrzewam, że gdyby Boruta żył dzisiaj, zamiast podpisywać cyrografy kruczym piórem, generowałby je w chmurze.

Najbardziej fascynuje mnie jednak coś zupełnie innego. Każdy pomalowany słoik stanie się małym depozytem pamięci. Do środka będzie można włożyć kamyk znaleziony nad Bzurą, muszlę przywiezioną znad morza, guzik po dziadku, kawałek starej ceramiki z rozbitego talerza, zapisane życzenie albo kod QR prowadzący do opowieści filmowej lub tekstowej. Kiedyś ludzie zakopywali skarby. Dzisiaj coraz częściej zakopujemy informacje. To znamienne. Przez miliony lat ewolucji najcenniejszym zasobem była energia. Potem żywność. Potem surowce. Dzisiaj najcenniejsza staje się informacja.

Ale człowiek pozostaje człowiekiem. Nadal chce zostawić po sobie ślad. Nadal chce powiedzieć komuś, kogo nigdy nie pozna: „Byłem tutaj. Myślałem. Zachwycałem się światem. Trochę się go bałem. Trochę próbowałem go zrozumieć.” Właśnie dlatego tak bardzo lubię skanseny. Nie są muzeami przeszłości. Są laboratoriami pamięci. To tutaj można zobaczyć, że kultura działa podobnie jak ekosystem. Nieustannie coś zanika, coś się rodzi, coś przystosowuje, coś migruje. Dawne opowieści spotykają smartfony. Legendy poznają kody QR. Diabeł Boruta zaczyna współpracować ze sztuczną inteligencją. A biolog opowiada o ewolucji, siedząc przy stole z malarzami, dziećmi, mieszkańcami okolicznych wsi i przypadkowymi turystami. I wtedy okazuje się, że nie uczestniczymy w plenerze malarskim. Uczestniczymy w ewolucji kultury. Kultura przecież nie rozwija się wyłącznie w salach konferencyjnych ani na uniwersytetach. Znacznie częściej dzieje się to przy stole, gdzieś w plenerze, na tak zwanej prowincji. Pod drzewem. Nad rzeką. W czasie wspólnego śmiechu. W rozmowie, której nikt nie zaplanował. Może dlatego najbardziej czekam nie na te biennalowe słoiki.

Czekam na rozmowy. Bo obrazy z czasem blakną. Szkło może pęknąć. Kody QR kiedyś przestaną działać. Ale dobrze opowiedziana historia ma niezwykłą właściwość. Potrafi przeskoczyć z jednego umysłu do drugiego i żyć tam własnym życiem. Biolodzy nazwaliby to replikacją informacji. Folkloryści powiedzieliby: tradycja. A ja po prostu powiem, że właśnie dlatego warto czasem pomalować zwykły słoik. Nigdy nie wiadomo, kiedy przestanie być zwykłym słoikiem i stanie się fragmentem czyjejś pamięci.

13.07.2026

Czy introwertycy częściej korzystają z AI?



Czatboty AI (LLM) są wytrenowane do uprzejmości i są cierpliwe. I to dużo bardziej niż ludzie. Nie obrażają się, nie irytują i zawsze mają ostatnie słowo. Nie reagują negatywnym odwzajemnieniem na milczenie, nieuprzejmą konwersację. Można przestać rozmawiać bez powiedzenie „dziękuję”. Można powiedzieć, że są niedoścignionym wzorem uprzejmego człowieka. Czy to coś zmieni w relacjach międzyludzkich? Czaty AI będą proteza na niedowład umiejętności społecznych człowieka? 

Nasze kompetencje społeczne są różne. Już dawno temu psycholodzy podzielili ludzi na introwertyków i ekstrawertyków. Ci pierwsi szybciej się męczą kontaktami z ludźmi. To może to właśnie oni chętniej będą korzystali z narzędzi sztucznej inteligencji do konwersacji i nie tylko? Pytanie o relację między introwertycznością a korzystaniem z narzędzi sztucznej inteligencji dotyka jednego z ważniejszych napięć współczesności: napięcia między naturą ludzkiej komunikacji a technologicznym jej przekształceniem. Introwertyk, rozumiany w tradycji psychologicznej jako jednostka zwrócona ku światu wewnętrznemu, funkcjonuje w przestrzeni społecznej w sposób odmienny od ekstrawertyka, dla którego relacja z innymi stanowi podstawowe źródło energii życiowej. W tym kontekście pojawienie się systemów konwersacyjnych AI jawi się nie tylko jako innowacja technologiczna, lecz jako zjawisko o głębokim znaczeniu egzystencjalnym i poznawczym. Być może symbioza człowieka z AI będzie bardziej heterogenna niż moglibyśmy przypuszczać.

Wbrew intuicyjnemu przekonaniu nie istnieją jednoznaczne dowody empiryczne wskazujące, że introwertycy korzystają z AI częściej niż ekstrawertycy. Badania przeprowadzone na dużych próbach użytkowników generatywnej sztucznej inteligencji pokazują raczej, że sama cecha ekstrawersji jest dodatnio skorelowana z częstotliwością korzystania z takich narzędzi, co może wynikać z większej otwartości na nowe formy interakcji i technologii. Oznacza to, że ilościowy wymiar korzystania nie potwierdza prostego przeciwstawienia, w którym introwertycy dominują jako użytkownicy AI. Jednak takie ujęcie okazuje się zbyt płytkie, ponieważ pomija jakościowy charakter interakcji, który w tym przypadku jest znacznie bardziej istotny.

Rzeczywista różnica ujawnia się bowiem nie w częstotliwości, lecz w sposobie, w jaki różne typy osobowości wchodzą w relację z technologią. Analizy psychologiczne wskazują, że introwertycy używają AI przede wszystkim jako narzędzia refleksji, poznania i uporządkowania własnych myśli, podczas gdy ekstrawertycy traktują je jako rozszerzenie przestrzeni społecznej, służące komunikacji i współpracy. Tym samym AI nie tyle zastępuje istniejące formy relacji, ile adaptuje się do ukrytych struktur osobowościowych, wzmacniając ich naturalne tendencje. W tym sensie technologia staje się lustrem, w którym odbija się wewnętrzna konstytucja człowieka.

Z perspektywy badawczej szczególnie interesujące jest to, że dla introwertyka AI może stanowić rozmówcę bardziej „dostępnego” niż drugi człowiek. Nie chodzi tu o równouprawnienie tych relacji, lecz o subiektywne doświadczenie komunikacji pozbawionej napięcia. W interakcji z AI znika element oceny społecznej, który w tradycyjnej relacji międzyludzkiej pełni rolę konstytutywną. Sztuczna inteligencja nie odrzuca, nie przerywa, nie wymaga natychmiastowego reagowania. Jej „cierpliwość” jest strukturalna, a nie moralna. Badania sugerują, że dla osób mniej komfortowo czujących się w sytuacjach społecznych interakcja z AI wiąże się z niższym poziomem lęku i większym poczuciem kontroli. To właśnie ta redukcja presji sprawia, że AI może być postrzegane jako rozmówca „chętniejszy”, zawsze gotowy do dialogu i pozbawiony ambiwalencji właściwej relacjom międzyludzkim.

Jednocześnie należy zachować ostrożność wobec utożsamiania tej łatwości z autentycznością. Relacja z AI nie jest relacją wzajemności w sensie filozoficznym ani społecznym, gdyż brak w niej podmiotu zdolnego do własnego przeżywania świata. Mimo to współczesne badania pokazują, że ludzie skłonni są przypisywać systemom AI cechy osobowościowe i reagować na nie tak, jakby były realnymi partnerami interakcji. Co więcej, wykazano, że użytkownicy preferują takie systemy, które odzwierciedlają ich własne cechy osobowości, w tym poziom ekstrawersji lub introwersji. W tym sensie AI nie tylko odpowiada na potrzeby użytkownika, lecz aktywnie współtworzy jego doświadczenie relacyjne.

Jeszcze dalej idą wyniki badań eksperymentalnych, które wskazują, że długotrwała interakcja z AI może wpływać na sposób, w jaki jednostka postrzega własną osobowość. Osoby prowadzące rozmowy z chatbotem wykazującym określony styl komunikacyjny stopniowo dostosowywały swoje autopercepcje do „osobowości” systemu. W kontekście introwersji oznacza to, że AI nie jest jedynie neutralnym narzędziem, ale staje się czynnikiem kształtującym tożsamość, co rodzi pytania nie tylko psychologiczne, lecz również etyczne. Interakcje z AI pozostawiają w nas mniej lub bardziej wyraźny ślad. Z ewolucyjnego punktu widzenia ciekawe jest jak dalej będzie przebiegała symbioza kognitywna między człowiekiem i AI.

W świetle tych rozważań teza, że introwertycy częściej korzystają z AI, ponieważ łatwiej jest im rozmawiać z maszyną niż z człowiekiem, okazuje się częściowo uzasadniona, lecz wymaga istotnego doprecyzowania. Nie chodzi bowiem o prostą przewagę ilościową, lecz o głębszą zgodność między strukturą doświadczenia introwertycznego a właściwościami interakcji oferowanej przez AI. Sztuczna inteligencja nie zastępuje relacji międzyludzkich, lecz tworzy nową przestrzeń komunikacyjną, w której introwertyk może realizować swoje potrzeby poznawcze i ekspresyjne w sposób mniej obciążający emocjonalnie.

Ostatecznie można powiedzieć, że AI nie tyle zmienia naturę człowieka, ile ujawnia różne jej wymiary. Dla ekstrawertyka staje się narzędziem intensyfikacji kontaktu ze światem, dla introwertyka staje się przestrzenią spokojnego dialogu z samym sobą, pośredniczonego przez technologię. W obu przypadkach pozostaje jednak pytanie, które wykracza poza ramy empirycznych badań: czy łatwość rozmowy oznacza jej głębię, czy jedynie jej symulację? 

11.07.2026

Gniewosz czy żmija, czyli dlaczego sztuczna inteligencja i ludzki mózg lubią zbyt szybko wiedzieć

Młoda żmija zygzakowata, miedziana forma barwna, okolice Olsztyna, fot. Tomasz Szmitkowski.


Z zainteresowaniem śledzę dyskusję na Facebooku pod zdjęciem i zapytaniem czy to gniewosz plamisty. Zaczęło się od krótkiego pytania na profilu Restauracji Cudne Manowce "Wieczorny obchód ogrodu i taki gość na liściach nagietka. Szefowa zapowiedziała, że w tym roku kwiatów już zbierać nie będzie. Mamy nadzieję, że to tylko młody, niegroźny gniewosz plamisty.". Są ludzie, którzy w ogóle wszelkiej "gadziny" się boją. To ponoć jest genetycznie uwarunkowane i dawno temu miało znaczenie przystosowawcze. Odpowiedziałem z pewną ostrożnością, że to raczej żmija zygzakowata. Sprawdziłem w swoich dwóch atlasach z krajowymi gadami. Potem pojawiły się także głosy specjalistów-herpetologów. Ale wcześniej zaczęły spływać jedna po drugiej lakoniczne odpowiedzi. Dominował gniewosz. Niektóre komentarze były tak stanowcze, że można było odnieść wrażenie, iż ich autorzy od trzydziestu lat badają gady, publikują atlasy i zimują razem z herpetologami. Potem odezwali się specjaliści. Zwrócili uwagę, że to jednak młoda żmija zygzakowata w miedzianej odmianie barwnej. Nietypowa, ale jak najbardziej mieszcząca się w granicach zmienności gatunku.

Sam potem spróbowałem dociec głosów za gniewoszem. Wykorzystałem rozpoznawanie obrazów przez AI. Wyszukiwarka Bing wskazywała na różne gatunki amerykańskie, Google Lens głownie na gniewosza ale były niżej i wskazania na żmije zygzakowatą. Rozumiem wiec, skąd wzięły się tak liczne głosy, wskazujące na gniewosza. Nie zdziwiło mnie, że sztuczna inteligencja wskazała gniewosza (poza wskazaniami przeglądarki Bing na różne amerykańskie gatunki). Algorytm rozpoznaje przede wszystkim podobieństwa. Nie zna pojęcia „rzadki przypadek”, nie zachwyca się ewolucją i nie wzrusza ramionami, mówiąc: „To ciekawe, muszę sprawdzić jeszcze kilka cech”. Liczy prawdopodobieństwa. Gdy widzi coś podobnego do tysięcy wcześniejszych obrazów, wybiera najbardziej prawdopodobną odpowiedź.

To działa znakomicie. Dopóki natura nie postanowi być sobą. A natura wręcz uwielbia wyjątki. Gdyby wszystkie żmije wyglądały identycznie, ewolucja byłaby najnudniejszym procesem we Wszechświecie. Tymczasem zmienność jest jej podstawowym tworzywem. Nie ma dwóch identycznych liści, dwóch identycznych chrząszczy ani dwóch identycznych ludzi. Dobór naturalny nie produkuje kopii. Produkuje różnorodność i dopiero z niej wybiera to, co okaże się korzystne. Biolog uczy się tego od pierwszych zajęć terenowych. W przyrodzie słowo „zawsze” należy stosować z najwyższą ostrożnością.

Najbardziej zaciekawili mnie jednak nie autorzy algorytmów, lecz autorzy komentarzy. Wielu wypowiadało się z pełnym przekonaniem. Im mniej argumentów, tym więcej pewności. To zjawisko nie jest nowe. Psychologowie opisują je od lat, a ewolucja prawdopodobnie przygotowała dla niego całkiem rozsądne uzasadnienie. Nasi przodkowie często musieli podejmować decyzje natychmiast. Czy ten szelest oznacza drapieżnika? Czy te owoce są jadalne? Czy uciekać, czy zostać? Nadmierne analizowanie mogło kosztować życie. Mózg ewoluował więc nie po to, by zawsze mieć rację, lecz by szybko podejmować decyzje. Lepiej sto razy pomylić wiatr z tygrysem niż raz pomylić tygrysa z wiatrem. Ten sam mechanizm działa do dziś. Nasz mózg nie przepada za niepewnością. Uwielbia domykać historie, uzupełniać brakujące informacje i szybko mówić: „Już wiem.”

Nauka działa dokładnie odwrotnie. Im dłużej zajmuję się biologią, tym częściej wypowiadam słowa, których kiedyś używałem znacznie rzadziej: „to zależy”, „nie mam pewności”, „potrzeba lepszego zdjęcia”, „sprawdźmy jeszcze jedną cechę”. Paradoksalnie wiedza nie daje wszechwiedzy. Daje świadomość własnych ograniczeń. Dobry specjalista nie jest człowiekiem, który nigdy się nie myli. To człowiek, który wie, kiedy może się mylić. Sztuczna inteligencja ma z tym pewien problem. Owszem, potrafi obliczyć prawdopodobieństwo odpowiedzi, ale sposób, w jaki komunikuje wynik, często brzmi jak kategoryczny werdykt. A użytkownik bardzo chętnie zamienia wysokie prawdopodobieństwo na stuprocentową pewność. W ten sposób powstaje zaskakujący sojusz dwóch różnych systemów poznawczych. Algorytm z natury upraszcza rzeczywistość, a ludzki mózg z natury nie lubi wątpliwości. Razem tworzą mieszankę wyjątkowo przekonaną o swojej nieomylności.

Ale istnieje jeszcze trzeci uczestnik tej gry. To sama przyroda. Od setek milionów lat z cierpliwością podsuwa nam organizmy, które nie pasują do schematów. Miedziana żmija wyglądająca jak gniewosz. Owad, który udaje gałązkę. Storczyk przypominający owada. Ryba, która chodzi po lądzie. Grzyb sterujący zachowaniem mrówki. Ewolucja nieustannie przypomina, że świat jest bogatszy od naszych kategorii.

Dlatego coraz bardziej dochodzę do wniosku, że największą kompetencją XXI wieku nie będzie umiejętność korzystania ze sztucznej inteligencji. To stanie się równie powszechne jak obsługa wyszukiwarki internetowej. Znacznie cenniejsza będzie umiejętność powiedzenia: „Nie wiem. Sprawdźmy jeszcze raz.” To krótkie zdanie odróżnia naukę od wiary we własną nieomylność. I, jak pokazuje historia z facebookowym wężem (a raczej żmiją), pozostaje najlepszym narzędziem zarówno dla biologa, jak i dla użytkownika sztucznej inteligencji.

A facebookowa przygoda z rozpoznawaniem obrazów i identyfikacja gatunku jest dobrym pretekstem by co nieco opowiedzieć i o samym gniewoszu i o żmii zygzakowatej. Zapraszam do lektury.  

Gniewosz plamisty (Coronella austriaca) to zwierzę, które w opowieściach przyrodników pojawia się jak gość z innego czasu bo jest nieagresywny, skryty i wyspecjalizowany. Dorasta zwykle do 60–75 cm, ma smukłą sylwetkę, okrągłe źrenice i charakterystyczną ciemną plamę na karku. Te cechy pomagają odróżnić go od żmii, choć mylony bywa często z powodu podobnej kolorystyki. Jest niejadowity i unika konfrontacji z człowiekiem.

Gniewosz nie jest zwierzęciem pospolitym. To gatunek o wyspowym rozmieszczeniu w Polsce, związany z suchymi, nasłonecznionymi mozaikami siedlisk: kamieniołomy, skarpy, ruiny, nasypy kolejowe, hałdy i polany z krzewami. W takich miejscach samice i młode znajdują ciepłe kryjówki, a samce przemieszczają się w poszukiwaniu partnerów. Populacje bywają lecz ogólnie rzadkie, rozproszone  i wrażliwe na zmiany krajobrazu.

Czy można go spotkać na Warmii i Mazurach? Tak, ale niezwykle rzadko. Warmia i Mazury to region znany z jezior i lasów, ale także z fragmentów krajobrazu antropogenicznego i suchych nasypów, które miejscami przypominają siedliska gniewosza. Zatem spotkanie gniewosza w tym regionie jest teoretycznie możliwe, zwłaszcza tam, gdzie występują ciepłe, kamieniste lub ruderalne miejsca. Jednak prawdopodobieństwo jest niskie, bo większość potwierdzonych stanowisk w Polsce koncentruje się na południu i zachodzie, a na północy wystąpienia mają charakter rozproszony i rzadki.

Gniewosz jest objęty ochroną ścisłą; przy spotkaniu warto zachować dystans, zrobić zdjęcie i zgłosić obserwację do lokalnej organizacji przyrodniczej lub Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska. Dane te są cenne dla monitoringu i ochrony. Badania terenowe pokazują, że monitoring przy użyciu sztucznych kryjówek i modelowania siedlisk pomaga zrozumieć potrzeby gatunku i wskazać miejsca, gdzie ochrona powinna być priorytetowa. Gniewosz pozostaje symbolem delikatnej równowagi między człowiekiem a przyrodą: bywa blisko nas, gdy krajobraz tworzy dla niego nisze, ale jego obecność przypomina, że ciepłe skrawki natury trzeba chronić, jeśli chcemy nadal mieć szansę go spotkać.

Żmija zygzakowata (Vipera berus) to jedyny jadowity wąż w Polsce;. Występuje na Warmii i Mazurach i można ją tam spotkać, zwłaszcza na obrzeżach lasów, torfowiskach i wilgotnych łąkach, choć zwykle unika kontaktu z ludźmi. Zanim przejdę do opowieści, warto mieć na uwadze trzy kluczowe kwestie: rozpoznać żmiję po zygzakowatym wzorze i pionowej źrenicy, rozumieć że to gatunek płochliwy i rzadko atakujący, oraz wiedzieć, jak zachować się przy spotkaniu. Najlepiej spokojnie się wycofać i nie prowokować zwierzęcia. Te punkty pomogą czytelnikowi bezpiecznie poruszać się po warmińsko‑mazurskich lasach i łąkach.

Żmija zygzakowata w krajobrazie opowiada historię gatunku dobrze przystosowanego do chłodniejszego klimatu i mozaik siedlisk. Ma krępą sylwetkę, zwykle osiąga 50–80 cm długości, a jej najbardziej rozpoznawalnym znakiem jest ciemny zygzak biegnący wzdłuż grzbietu. Istnieją też odmiany melanistyczne, które bywają jednolicie ciemne. Takie prawie czarne żmije przypominają zaskrońca. Najczęściej spotykamy odmianę czarno-szarą z wyraźnym zygzakiem na grzbiecie. Ale są też formy miedziane, tak jak ta na zdjęciu wyżej. Jest to gatunek jadowity, ale jego zachowanie jest ostrożne — woli uciekać niż atakować, a ukąszenia zdarzają się najczęściej przy przypadkowym nadepnięciu.

Na Warmii i Mazurach żmija znajduje swoje miejsca tam, gdzie krajobraz łączy wilgotne łąki, torfowiska, skraje lasów i polany. A więc siedliska, które zapewniają zarówno kryjówki, jak i dostęp do drobnych gryzoni będących jej pokarmem. Region nasz, choć znany z jezior i lasów, ma wiele takich fragmentów, dlatego obecność żmii w tym regionie jest dobrze udokumentowana i stosunkowo częsta w porównaniu z innymi częściami kraju. Sezonowość życia żmii jest wyraźna. Budzi się z hibernacji wczesną wiosną, najbardziej aktywna jest w okresie godowym w kwietniu‑maju, a w cieplejsze dni często można ją zobaczyć wygrzewającą się na kamieniu lub pniu. Spotkanie najczęściej ma miejsce rano lub przedpołudniem. Wieczorem i w nocy żmije są mniej aktywne.

Jeśli natkniesz się na żmiję, zachowaj spokój: oddal się powoli, nie próbuj jej łapać ani zabijać, zrób zdjęcie z bezpiecznej odległości i jeśli to istotne dla ochrony przyrody zgłoś obserwację lokalnym służbom ochrony środowiska. Pamiętaj, że żmija jest gatunkiem chronionym i jej obecność świadczy o względnie naturalnym stanie ekosystemu.

Żmija zygzakowata pozostaje postacią, która budzi respekt, ale nie panikę, Jej obecność na Warmii i Mazurach jest realna i częstsza niż wielu się wydaje, a znajomość jej zwyczajów i zasad postępowania minimalizuje ryzyko i pozwala cieszyć się spotkaniem z dziką naturą.

10.07.2026

Odczarować egzamin. Opowieść z akademickiej katedry w erze AI

Zdjęcie starej klasy szkolnej w skansenie.


Kiedy wchodzę do sali wykładowej i patrzę na moich studentów, widzę przed sobą ludzi wyposażonych w moc, o jakiej nie śniło się dawnym mędrcom. A nawet astronautom, którzy pierwszy raz polecieli na księżyc. Każdy z nich (studentów) trzyma w kieszeni smartfon czyli klucz do globalnej biblioteki ludzkości. Biblioteki, która gromadzi wszystko: ważne, mniej ważne i nieważne "rękopisy".  Co więcej, od niedawna u ich boku stoi sztuczna inteligencja, gotowa w kilka minut wygenerować poprawny esej, prezentację na zajęcia, rozwiązać zadanie czy streścić opasły tom. O ile oczywiście potrafią się posłużyć tym narzędziem. Jako nauczyciel akademicki musiałem rzucić sobie wyzwanie: jaki jest sens mojego zawodu w świecie, w którym tradycyjnie rozumiana wiedza stała się towarem łatwo dostępnym i prawie darmowym? Przecież algorytmy ostatecznie obnażyły bezużyteczność dawnych form sprawdzania wiedzy w nowym środowisku edukacyjnym. Klasyczny sprawdzian z zapamiętywania faktów przestał być testem z wiedzy. Stał się co najwyżej testem z tego, jak sprawnie potrafimy rywalizować z maszyną, którą sami stworzyliśmy. 

Kiedyś pamięć zapisana w ludzkich neuronach miała ogromne znaczenie. Dlatego wiele rzeczy uczyliśmy się na pamięć, celowo i z wysiłkiem zapisując potrzebne nam rzeczy w neuronach. Teraz też korzystamy z własnej pamięci. Równie dużo pamiętamy, co nasi przodkowie. Ale pamiętamy co innego, bo mózg ma ograniczoną pojemność. Kiedyś w szkołach uczono różnych mnemotechnik (czyli sposobów jak szybko i skutecznie zapamiętać). Potem uczyliśmy się efektywnie notować (zapisywać) a notatniki i zeszyty były naszą celulozową pamięcią zewnętrzna. Taki rozszerzony mózg. Nie tylko pamięć kolektywna i kolektywna ale i zmagazynowana w prywatnych, poszerzonych mózgach zewnętrznych. Od czasów wynalezienia komputerów ta pamięć zewnętrzna znacznie się rozrosła a komputery... zmalały do wielkości telefonu w kieszeni. Dzięki internetowi możliwości korzystania z konektywnej wiedzy ludzkości ogromnie wzrosły. 

Dlatego w moich poszukiwaniach nowej drogi dydaktycznej całkowicie zmieniłem optykę. Porzuciłem schemat kontrolera i wszedłem w rolę przewodnika. Zamiast pytać studenta: „Co wiesz?” (czyli co zapamiętałaś/eś), pytam go dziś: „Jak potrafisz zarządzać wiedzą, którą masz pod ręką?”. Z wiedza zapamiętaną we własnej głowie i wiedzą, do której podłączony jesteś konektywnie. To fundamentalne przesunięcie akcentów z posiadania na działanie. 

Współczesna nauka pięknie opisuje to zjawisko za pomocą konektywizmu, teorii uczenia się na miarę ery cyfrowej. Według niej wiedza nie jest monolitem zamkniętym w biologicznej pamięci, ale siecią połączeń rozsianych po świecie. Moim zadaniem, jako pedagoga, nie jest już pompowanie w studenckie głowy gotowych definicji, faktów, informacji. Prawdziwym pytaniem, które im zadaję, brzmi: czy potrafisz skutecznie i krytycznie dotrzeć do tych cyfrowych węzłów informacji? A kiedy już tam dotrzesz, czy potrafisz zrobić z nich sensowny użytek? A jeśli tak, to jaki? Oczywiście dopiero uczę się tego sposobu pytania i wspierania w rozwoju. W nowym roku akademickim będę doskonalił te narzędzia dydaktyczne. W mijającym roku akademickim stawiałem zaledwie kolejne, nieśmiałe kroki. 

Zadawanie eseju było nie tylko sprawdzeniem wiedzy i umiejętności budowania pojedynczych zdań i całego wywodu. To także tworzenie okazji do uczenia się. Bo samo pisanie na nowy dla siebie temat zmusza do przemyślenia, szukania dodatkowych informacji i kompozycji tekstu wraz z logiką argumentacji. Czyli jest to w moim odczuciu ocenianie kształtujące. A co, jeśli student skorzysta z gotowca, ktoś mu napisze na zlecenie (dawniej tak bywało) a teraz po prostu skorzysta z narzędzia generatywnej sztucznej inteligencji? Jego aktywność jest niewielka, w zasadzie jedynie w zakresie komunikacji i wydawania poleceń. W nowych warunkach stare wzorce dydaktyczne znacząco tracą efektywność, a czasem stają się jedynie atrapą. Dopiero zaczynamy dostrzegać, że dzięki AI uczymy się mądrzej i częściej zadawać pytania. A przecież od stuleci wiemy, że w uczeniu się często ważniejsze jest zadanie dobrego pytania niż udzielenie odpowiedzi. 

Przeniesienie tej filozofii na grunt uniwersyteckiej codzienności wymagało zrezygnowania z tradycyjnych esejów, które algorytm pisze bez mrugnięcia okiem (wszak nawet oka nie ma, chyba, że kamerę). Moje egzaminy przybrały formę procesu. Sprawdzam umiejętności konektywnego korzystania z wiedzy poprzez systematycznie prowadzony dziennik refleksji. W takim dzienniku student nie przepisuje Wikipedii ani odpowiedzi z ChatGPT (to znaczy czasem tak robi, gdy jest na etapie odwyku poznawczego), ale zapisuje tam swoje własne potyczki z materiałem, chwile zwątpienia, momenty olśnienia i błędy, które popełnił. Tego sztuczna inteligencja za niego nie zrobi, bo nie ma własnego doświadczenia ani wewnętrznego życia. A student ma. Tylko musi to dostrzec. Czasem ten proces trwa długo. Patrzy, patrzy i dopiero za jakiś czas dostrzega. Jedni szybciej, inni wolniej przechodzą przez tę drogę.

Testuję też zupełnie nowe formaty: studenci tworzą wspólne e-booki lub realizują interdyscyplinarne projekty, które wymagają wyjścia poza schemat i "połączenia kropek" z różnych dziedzin. Co niezwykle fascynujące, coraz częściej otwieram się na formy postpiśmienne – na tak zwaną nową mówioność. Wracamy do korzeni ludzkiej kultury, czyli do żywego słowa i snucia opowieści, ale w nowoczesnym wydaniu. Bo takie jest teraz nasze środowisko cywilizacyjne i środowisko edukacyjne.  Student może obronić swoją wiedzę tworząc autorski podcast, nagrywając wideo-esej czy prowadząc dynamiczną dyskusję, w której na bieżąco musi reagować na argumenty, korzystając z asysty technologii, ale filtrując ją przez własną osobowość. Asystent AI nie zastępuje myślowej aktywności, wspomaga jedynie np. wyszukiwanie informacji, sprawdzanie poprawności argumentacji itp. 

W erze sztucznej inteligencji uniwersytet nie może być już miejscem, gdzie handluje się informacją. Musi stać się przestrzenią, gdzie informację przekuwa się w mądrość, krytyczne myślenie i odpowiedzialność. Odciążeni przez maszyny z mozołu mechanicznego zapamiętywania, zyskujemy niesamowitą szansę: możemy wreszcie skupić się na tym, co rdzennie ludzkie – na twórczości, relacji i głębokim zrozumieniu świata. Możemy łatwiej i częściej zadawać pytania. Możemy ćwiczyć się w zadawaniu właściwych pytań, ćwiczyć się w porównywaniu. Możemy ćwiczyć myślenie a nie jedynie zapamiętywanie. To wszystko wymaga tworzenia nowych metod dydaktycznych. A w zasadzie rozwijania niektórych starych, od wieków wykorzystywanych. 

W jakimś sensie wracamy do korzeni tylko z większymi możliwościami. Bo rozwój jest jak wspinanie się po schodach na wysoką wieżę, niby kręcimy się w koło ale jednak znajdujemy się coraz wyżej. 

9.07.2026

Olsza czarna lacinata nad Brdą

 

Na spacerze nad rzeką Brdą w Bydgoszczy, na Wyspie Młyńskiej, w upalny dzień zobaczyłem niecodzienne drzewo. Najpierw pomyślałem, że to jakiś dąb, ale „szyszeczki” jednoznacznie wskazywały na jakąś olchę. Ale te liście! Przecież olcha nie ma takich piłkowanych liści! Może to jakiś nowy, obcy gatunek? Bo nigdy takiej olszy jeszcze nie widziałem.

Po powrocie do domu najpierw zajrzałem do książki o drzewach z podręcznej biblioteczki. Przewodnik Collonsa „Drzewa”,  autorstwa Owena Johnsona z ilustracjami Davida More, wydana przez Multico Oficynę Wydawniczą w 2009 i 2011 roku.  I tam znalazłem moje dziwne drzewo. To odmiana hodowlana olszy czarnej, pospolitego u nas gatunku. I poszukałem także dodatkowych informacji już w internecie. Bo tam jest znacznie bogatsza biblioteka.

Olsza czarna 'Laciniata' (Alnus glutinosa) to dekoracyjne drzewo, wolniej rosnące od naszego pospolitego gatunku „dzikiego”, ma głęboko powcinane, postrzępione liście. Rośnie do 10-12 metrów wysokości. Preferuje stanowiska wilgotne, podmokłe i słoneczne. A takie siedlisko jest w parku nad Brda na Wyspie Młyńskiej. Czyli bardzo dobrze dobrana odmiana do miejsca. Dodatkowo odmiana ta odznacza się wysoką mrozoodpornością. Dobrze radzi sobie w polskim klimacie i jest bardzo tolerancyjne na okresowe zalania. Dobrze znosi także zanieczyszczenie powietrza. Podobnie jak gatunek typowy (botaniczny), wiąże azot z powietrza, co wzbogaca podłoże w składniki odżywcze. Dobrze znosi wilgotne, kwaśne gleby. Wrażliwa jest na suszę. Ale nad Brdą ta susza nie grozi. Odmiana znana od około 1830 roku ale w literaturze nie znalazłem miejsca pochodzenia.

Aparat w telefonie bardzo się przydaje w czasie wędrówek. Ułatwia uważne przyglądanie się przyrodzie. Zdjęcia są dobrą formą robienia notatek terenowych. By potem na spokojnie pogłębić wiedzę o tym, co się widziało. Zdjęcie to początek poszukiwania i poszerzania wiedzy. 

By przeżyć wakacyjną przygodę i odkryć coś nowego nie trzeba jechać daleko. Biodróże czyli podróże blisko w przestrzeni a daleko w przygodzie i wiedzy. Wystarczy być tylko ciekawym świata i uważnym. A to wiele nie kosztuje. 

*  *   *

Edit (10.07.2026): Po opublikowaniu linku na Facebooku dostałem namiar na artykuł o 50 odmianach kultywarowych olszy. Nawet nie przypuszczałem, że jest tych odmian tak dużo. Artykuł jest dostępny bezpłatnie w internecie. 

Autor: Eike J. Jablonski Tytuł: Cultivars of Alnus Mill. (alder) and the contribution of Polish collections and nurseries for the dissemination and preservation of such cultivars Tytuł polski: Odmiany Alnus Mill. (olsza) oraz wkład polskich kolekcji i szkółek w ich upowszechnianie i zachowanie Czasopismo: Rocznik Polskiego Towarzystwa Dendrologicznego Tom: 70 Rok: 2022/2023 Strony: 9–26 Status: Artykuł recenzowany, przyjęty 22 lutego 2024 r.

7.07.2026

Korowódka dębówka, która straszy latem

Gąsienice korowodówki na pniu dębu., fot. Falko Seyffarth ("FWHS"), CC BY-SA 3.0, Wikimedia Commons


Korowódki dębówki (Thaumetopoea processionea) są motylami i zamieszkują lasy dębowe niemal całej Europy (nie występowały do tej pory na północ od Niziny Północnoniemieckiej). Motyl ten spotykany jest rzadko i lokalnie, jedynie w niektórych latach pojawia się masowo. Tego roku zdarzył się masowy pojaw w jednym miejscu w Danii i od razu korowodówka stała się letnim tematem do straszenia. Jest to dobra okazja by opowiedzieć o tym gatunku motyla i o różnych strategiach obronnych. Warto jeszcze zaznaczyć, że korowodóka wraz z ociepleniem klimatu poszerza swój zasięg występowania a w dyspersji wymyka się czasowo regulującym jej liczebność pasożytom i drapieżnikom, co ułatwia masowy pojaw w nowych miejscach. Stosowane środki owadobójcze zabijają nie tylko korowodówkę ale i jej parazytoidy i drapieżniki, co opóźnia wykształcenie się ekosystemowej regulacji i ograniczenie masowych pojawów.

W świecie owadów istnieje wiele gatunków chroniących się przed wrogami za pomocą kamuflażu, jaskrawych barw lub nieprzyjemnego smaku. Korowódka dębówka (Thaumetopoea processionea) należy do tych gatunków, które chronią się gromadnie i trująco. Jej gąsienice wykształciły jeden z niezwykłych mechanizmów obronnych z działaniem na odległość. Są to miliony mikroskopijnych, drażniących włosków, unoszonych wraz z wiatrem. Dzięki nim mogą skutecznie odstraszać zarówno ptaki, jak i ssaki, a przy okazji stały się jednym z najbardziej znanych owadów wywołujących problemy zdrowotne u ludzi.

Korowódka dębówka jest motylem nocnym, związanym przede wszystkim z dębami. Dorosły owad nie zwraca na siebie szczególnej uwagi. Ma szarobrązowe skrzydła, dobrze maskujące go na korze drzew. Samice składają jaja na cienkich gałązkach dębów późnym latem. Tam spędzają jesień i zimę, czekając na wiosenne rozwinięcie liści. Kiedy młode dęby zaczynają wypuszczać świeże liście, z jaj wykluwają się gąsienice. Ich rozwój jest zsynchronizowany z fenologią drzewa, ponieważ młode liście stanowią najwartościowszy pokarm. Wszak liście też się bronią przed roślinożercami i potrzebują czasu na wyprodukowanie swoich trucizn i substancji zniesmaczających.

Od początku życia gąsienice są wyjątkowo towarzyskie. Żerują w grupach, odpoczywają w skupieniach i wspólnie budują jedwabiste oprzędy. Najbardziej charakterystycznym zachowaniem jest jednak poruszanie się w długich kolumnach czyli korowodach. Jedna gąsienica podąża za drugą, tworząc procesje przypominające wędrowne kolumny mrówek. To właśnie od tego zachowania pochodzi zarówno polska nazwa „korowódka”, jak i łacińska nazwa gatunkowa processionea. Takie grupowe przemieszczanie zwiększa bezpieczeństwo poszczególnych osobników. W gromadzie bezpieczniej, tak jak w stadzie dużych zwierząt.

Gąsienice skupiają się w ciągu dnia w kłębowiska ("gniazda"), mogące osiągać wielkość głowy dziecka. Gdy zapada zmierzch, długimi korowodami w kilku rzędach wędrują po pniu drzewa w kierunku jego korony. Każda z nich utrzymuje kontakt dotykowy z poprzednią, a rozerwaniu się grupy zapobiega nitka przędzy. W wypadku odłączenia się pojedynczej gąsienicy, szuka ona pozostałych aż do skutku. Żerowanie trwa aż do świtu (małe liście są zjadane doszczętnie, a z dużych pozostaje unerwienie), po czym gąsienice wracają, ponownie jedna za drugą, do gniazda. By w gromadzie i z bronią chemiczna chronić się przed potencjalnymi drapieżnikami.

W kolejnych stadiach rozwoju pojawia się najważniejsza broń korowódki. Od trzeciego stadium larwalnego ciało gąsienic pokrywają mikroskopijne włoski wyposażone w haczykowate zakończenia. Zawierają one białko zwane thaumetopoeiną, wywołujące reakcje zapalne i alergiczne. Włoski łatwo się odrywają, unoszą w powietrzu i mogą być przenoszone przez wiatr. Dla człowieka oznacza to ryzyko wysypki, podrażnienia oczu czy problemów oddechowych. Dla wielu potencjalnych drapieżników jest to skuteczna zachęta, by poszukać łatwiejszego posiłku. Co jednych odstrasza innych zwabia. Tak to już jest w przyrodzie.

Mogłoby się wydawać, że tak dobrze uzbrojone gąsienice są praktycznie bezpieczne. W przyrodzie jednak każdy organizm ma swoich naturalnych wrogów. Korowódka nie jest wyjątkiem. Wśród najważniejszych przeciwników znajdują się ptaki owadożerne. Szczególnie sikory, takie jak bogatka i modraszka, nauczyły się wykorzystywać gąsienice jako źródło pokarmu. Niektóre ptaki wybierają młodsze stadia larwalne, zanim rozwiną się włoski parzące, inne potrafią usuwać najbardziej niebezpieczne fragmenty przed połknięciem zdobyczy.

Jeszcze ciekawszą grupę naturalnych wrogów stanowią pasożytnicze błonkówki i muchówki. Są to organizmy, których larwy rozwijają się kosztem gospodarza. Samice składają jaja na jajach, gąsienicach lub poczwarkach korowódki. Po wykluciu larwy pasożyta stopniowo wykorzystują ciało gospodarza jako źródło pokarmu. Do najważniejszych naturalnych regulatorów liczebności korowódki należą błonkówki z rodzaju Pimpla, muchówki z rodzaju Carcelia oraz pasożyty atakujące jaja, takie jak Ooencyrtus czy Anastatus. W niektórych populacjach udział spasożytowanych gąsienic może być bardzo wysoki. Regulacyjną rolę odgrywają również drapieżne chrząszcze, pluskwiaki oraz pająki. Chociaż włoski obronne utrudniają polowanie, część bezkręgowców jest przystosowana do ich omijania lub atakowania mniej chronionych stadiów rozwojowych. Najbardziej narażone są jaja i młode gąsienice, zanim zdążą rozwinąć pełen arsenał obronny.

W ekologii korowódki szczególnie interesująca jest zależność między klimatem a skutecznością działania naturalnych wrogów. W regionach, do których gatunek dopiero dociera, jego pasożyty i drapieżniki często nie nadążają za ekspansją. W ten sposób lokalnie korowodówka wymyka się spod presji drapieżniczej i pasożytniczej. Populacje gąsienic mogą wtedy szybciej rosnąć i osiągać wyższe zagęszczenia niż w obszarach, gdzie od dawna współewoluowały z całym zespołem pasożytów i drapieżników.

Biologia korowódki dębówki dobrze ilustruje, jak skomplikowane są zależności w przyrodzie. Z jednej strony jest to zwykły motyl żywiący się liśćmi dębów, na którego byćśmy nie zwrócili specjalnie uwagi. Z drugiej jest gatunkiem wyposażonym w skuteczny system obrony, zdolny wpływać na funkcjonowanie ekosystemów leśnych i zdrowie ludzi. Jednocześnie nawet tak dobrze chroniony owad nie jest wolny od presji naturalnych wrogów. Ptaki, pasożytnicze błonkówki, muchówki i drapieżne bezkręgowce nieustannie ograniczają jego liczebność, przypominając o fundamentalnej zasadzie ekologii: w przyrodzie nie ma organizmów całkowicie pozbawionych przeciwników. Nawet korowódka dębówka, uzbrojona w tysiące parzących włosków, pozostaje elementem złożonej sieci zależności, w której każdy gatunek jest jednocześnie czyimś pokarmem, konkurentem lub gospodarzem.

Korowodówka nie zwracałaby ludzkiej uwagi, gdyby nie fakt, iż w tym roku w niektórych miejscach pojawiła się w większej liczbie a jest włoski, roznoszone przez wiatr, stanowią zdrowotne zagrożenie dla ludzi i zwierząt domowych. Włoski są drobne, łamliwe i mogą odrywać się od gąsienic lub pozostawać w "gniazdach", na korze, trawie i innych powierzchniach. Mogą być także przenoszone przez wiatr, więc do reakcji może dojść nawet bez bezpośredniego dotknięcia gąsienicy.

Po kontakcie człowieka z włoskami korowódki dębówki może pojawić się: silny świąd skóry, zaczerwienienie, grudki, pokrzywka lub wysypka, podrażnienie oczu, łzawienie, zapalenie spojówek, podrażnienie gardła, kaszel, ból gardła lub uczucie drapania, trudności w oddychaniu, szczególnie u osób z astmą, alergiami lub dużą ekspozycją. Czasem występuje nawet silna reakcja alergiczna, w tym reakcje anafilaktyczne. W publikacjach medycznych opisano, że objawy mogą obejmować zmiany skórne, zapalenie spojówek, zapalenie gardła, złe samopoczucie i reakcje anafilaktyczne.

Największe ryzyko zdrowotne występuje zwykle od maja do lipca, gdy gąsienice są aktywne i mają rozwinięte włoski parzące; jednak włoski mogą pozostawać w starych gniazdach i środowisku także później.

Nowsze badanie ilościowe wskazuje, że jedna larwa może wytworzyć około 857 tys. szczecinek w ciągu życia, a przy silnym pojawie jedno zasiedlone drzewo może zostać skażone miliardami szczecinek. Badanie potwierdziło także, że włoski mogą rozprzestrzeniać się w powietrzu z wiatrem, z najwyższym stężeniem po stronie zawietrznej. Starsze opracowanie medyczne podają, że starsze larwy (piąte i szóste stadium) mogą mieć bardzo dużą liczbę włosków parzących, a włoski mogą zachowywać aktywność przez długi czas, nawet w starych „gniazdach”

Nie należy: dotykać gąsienic ani „gniazd” (miejsca gromadnego spoczynku gąsienic), zbliżać dzieci do skupisk gąsienic, próbować samodzielnie usuwać gniazd , strącać ich kijem, zmiatać, odkurzać zwykłym odkurzaczem ani rozgniatać bo może to rozproszyć włoski. Po kontakcie ze szczecinkami warto oddalić się od miejsca ekspozycji, najlepiej pod wiatr od drzewa, na którym występują korowodówki. Zdjąć zanieczyszczoną odzież i wyprać ją. Usunąć włoski ze skóry taśmą klejącą, przykładając i odklejając ją delikatnie z miejsc narażonych. Umyć skórę letnią wodą, nie trzeć mocno i nie drapać. Przy podrażnieniu skóry lub oczu można skonsultować się z farmaceutą lub lekarzem, informując, że podejrzewa się kontakt z korowódką dębówką.

Korowódka dębówka na Warmii i Mazurach – nowy mieszkaniec ocieplającego się krajobrazu

Jeszcze kilkanaście lat temu korowódka dębówka (Thaumetopoea processionea) kojarzona była przede wszystkim z cieplejszymi regionami Europy Zachodniej i Południowej. Dziś coraz częściej pojawia się w doniesieniach leśników, samorządów i mediów także w Polsce. Gatunek ten budzi zainteresowanie nie tylko entomologów, ale również lekarzy i ekologów, ponieważ jego gąsienice należą do nielicznych owadów, które mogą stanowić zagrożenie dla zdrowia człowieka nawet bez bezpośredniego kontaktu.

Dla mieszkańców Warmii i Mazur pojawia się naturalne pytanie: czy korowódka dębówka może występować również w północno-wschodniej Polsce? Odpowiedź brzmi: tak. Choć nasz region nie należy obecnie do obszarów najczęściej wymienianych jako miejsca licznych pojawów tego gatunku, nie ma przeszkód biologicznych, które uniemożliwiałyby jego występowanie. Korowódka jest związana przede wszystkim z dębami, a tych na Warmii i Mazurach nie brakuje. W krajobrazie regionu znajdują się zarówno zabytkowe aleje dębowe, jak i rozległe lasy z udziałem dębu szypułkowego, stanowiące potencjalne siedliska dla tego motyla.

Sam dorosły motyl jest niepozorny i nie wzbudza większego zainteresowania. Problem zaczyna się wiosną, gdy z jaj wykluwają się gąsienice. Żyją one w licznych koloniach, a ich najbardziej charakterystyczną cechą jest przemieszczanie się w długich szeregach. Na pniach dębów budują gniazda przypominające zbite, jedwabiste oprzędy. W sprzyjających warunkach liczebność kolonii może być bardzo duża.

Znacznie ważniejsza od samego żerowania na liściach jest jednak ich niezwykła broń obronna. Jak już wyżej wspominałem, ciała starszych gąsienic pokryte są ogromną liczbą mikroskopijnych włosków wyposażonych w haczykowate zakończenia. Włoski te zawierają substancję drażniącą, zwaną thaumetopoeiną. Są niezwykle lekkie, łatwo odrywają się od ciała larwy i mogą być unoszone przez wiatr na znaczne odległości. Co istotne, zagrożenie nie znika wraz z odejściem gąsienic. Włoski pozostają w starych gniazdach, na korze drzew, w ściółce, a nawet na roślinności znajdującej się pod zasiedlonymi dębami. Mogą zachowywać swoje właściwości przez długi czas. Dlatego miejsca silnych pojawów korowódki bywają okresowo wyłączane z użytkowania rekreacyjnego, zwłaszcza w parkach, przy szkołach czy na ścieżkach spacerowych.

W przypadku Warmii i Mazur szczególnego znaczenia nabierają walory turystyczne regionu. Tereny leśne, ścieżki przyrodnicze, rezerwaty oraz dębowe aleje są chętnie odwiedzane przez mieszkańców i turystów. Pojawienie się większych populacji korowódki mogłoby wymagać okresowego oznakowania zagrożonych miejsc oraz monitorowania stanu zdrowotnego drzew. Nie chodzi przy tym o wzbudzanie niepokoju, lecz o racjonalne podejście oparte na wiedzy przyrodniczej. Tak samo jak nauczyliśmy się żyć z kleszczami czy barszczem Sosnowskiego, tak również obecność korowódki wymaga świadomości i ostrożności.

Warto pamiętać, że korowódka dębówka jest gatunkiem rodzimym dla Europy. Nie jest więc egzotycznym intruzem przybyłym z innego kontynentu. Zmienia się natomiast skala jej występowania. W ostatnich dekadach obserwuje się rozszerzanie zasięgu tego motyla ku północy oraz wzrost liczebności populacji w wielu krajach Europy. Także w Polsce odnotowuje się coraz więcej obserwacji i komunikatów ostrzegawczych dotyczących tego gatunku.

Korowódka dębówka nie jest jeszcze symbolem warmińskich i mazurskich lasów, ale wszystko wskazuje na to, że mieszkańcy regionu będą spotykać ją coraz częściej. Jej potencjalne pojawienie się na północnym wschodzie Polski jest biologicznie uzasadnione, a obecność rozległych drzewostanów dębowych stwarza dogodne warunki do zasiedlania nowych obszarów. Najważniejszym problemem nie jest przy tym szkoda wyrządzana drzewom, lecz zagrożenie zdrowotne związane z włoskami gąsienic.

Rozszerzanie zasięgu korowódki dębówki jest jednym z licznych przykładów tego, jak ocieplanie klimatu wpływa na rozmieszczenie organizmów żywych. Wraz ze wzrostem temperatur i łagodniejszym przebiegiem zim gatunki dotąd związane z cieplejszymi regionami mogą przesuwać granice swojego występowania na północ. Oznacza to, że skutki zmian klimatycznych nie ograniczają się jedynie do rekordów temperatur, susz czy gwałtownych zjawisk pogodowych. Obejmują także zmiany w składzie fauny i flory, pojawianie się nowych zagrożeń zdrowotnych oraz konieczność przystosowania się do nowych warunków przyrodniczych. Korowódka dębówka jest jednym z gatunków, które przypominają nam, że z takimi konsekwencjami zmian klimatu również należy się liczyć.

6.07.2026

Słoik pełen świata czyli III etnograficzne Biennale w Kwiatkówku

Pomalowana, niepotrzebna już kanka, i filiżanka ręcznie ulepiona z gliny.


Kiedyś słoik był po prostu słoikiem. Mieszkały w nim ogórki kiszone, kompot z wiśni albo dżem z czarnych porzeczek. W spiżarni pełnił funkcję praktyczną i nikt nie przypuszczał, że nadejdą czasy, gdy stanie się płótnem malarskim, kapsułą czasu, schowkiem na marzenia, a nawet nośnikiem kodów QR. Ewolucja przedmiotów codziennego użytku okazuje się czasem równie fascynująca jak ewolucja organizmów żywych. Czasem zaskakująca i nieprzewidywalna.

Malowałem już na starych dachówkach, kamieniach, płytkach ceramicznych znalezionych po remoncie, butelkach a nawet na starej kance. Takiej, w które nosiło się mleko prosto od krowy lub do której zrywało się wiśnie, siedząc na wysokim drzewie. Malowałem także na zużytych słoikach. Przyznam, że lubię takie przewrotne pomysły. Bo czym właściwie jest sztuka, jeśli nie próbą nadania nowego sensu temu, co wydawało się już dawno zdefiniowane? Lub wyrzucone jako niepotrzebne, przestarzałem.  Słoik przestaje być naczyniem. Zaczyna być opowieścią. I to opowieścią przezroczystą.

Właśnie dlatego podczas III Biennale Malarskiego w Kwiatkówku 19 lipca nie będziemy malować na płótnie. Nie będziemy malowali także na glinianych doniczkach ani na drewnianych krążkach. Tym razem będziemy malować na szkle. Na zwyczajnych słoikach. Tych samych, które pamiętają wiejskie kuchnie, jesienne przetwory i zapach piwnicy u babci. Tyle że tym razem zamiast ogórków lub pasztetu z zająca zamkniemy w nich wyobraźnię.

W naszych umysłach pojawiają się wyobrażenia. Narzędzia takie jak pędzel i farba służą do tego., by te wyobrażenia pokazać innym. Wydobyć z umysłu na światło dzienne. W czasie pleneru własne wyobrażenia będziemy przenosili na szkło słoików. A z pomocą innego narzędzia - AI czyli sztucznej inteligencji i własnych smartfonów - stworzymy opowieści o tym, co w trawie piszczy i w zwierzu drzemie. Narzędziem jest pędzel i słoik, ale także prompt i AI. i za ich pomocą przenieśmy swoją wyobraźnię by i inni ją zobaczyli.

Temat tegorocznego spotkania brzmi: „Co w trawie piszczy…, a w zwierzu drzemie. Zwierzęce anioły i demony”. Już sam tytuł sugeruje, że nie będzie to zwykły plener malarski. Spotkają się tu biologia, etnografia, filozofia, sztuka i folklor. Spotkają się także zwierzęta prawdziwe z tymi, które istnieją wyłącznie w ludzkiej wyobraźni. Bo przecież od tysięcy lat człowiek patrzy na zwierzęta nie tylko oczami zoologa. Patrzy również oczami poety, szamana, dziecka, czarownicy i artysty.

Ćma nie była tylko nocnym motylem, była tajże duszą zmarłego. A motyl bielinek zobaczony wczesną wiosną wróżył urodzaj na zboża i w konsekwencji obfitość mąki. Co innego cytrynek latolistek, ten wróżył obfite miodobranie. Wilk nigdy nie był wyłącznie wilkiem. Głuszec nie był tylko leśnym kurakiem ale i Kłobukiem. Kot od dawna prowadzi podwójne życie. Raz śpi na piecu, a raz towarzyszy czarownicom. Sowa bywa symbolem mądrości, ale wystarczy zmiana kultury i już staje się zwiastunem śmierci. Bocian przynosi dzieci, choć biologowie do dziś nie znaleźli u niego odpowiedniego mechanizmu transportowego. Człowiek od zawsze dopisywał zwierzętom kolejne rozdziały ich biografii. Jedne były aniołami, inne demonami. Jedne prowadziły dusze do nieba, inne wyprowadzały na bagna. Wszystko zależało od miejsca, epoki i wyobraźni.

Dolina Bzury ma w tej dziedzinie wyjątkowe szczęście. Skoro w okolicy mieszkał diabeł Boruta, to zwykła rzeczywistość nigdy nie była tu wystarczająco interesująca. Każde drzewo mogło coś pamiętać. Każde bagno mogło coś ukrywać. Każdy cień miał własną historię. A zwierzęta? Były posłańcami pomiędzy światem ludzi, przyrody i tego wszystkiego, czego nie potrafimy racjonalnie wyjaśnić.

Najciekawsze jest jednak to, że dziś do tego dawnego świata dołącza sztuczna inteligencja. Dawniej nowe demony rodziły się przy darciu pierza, łuskaniu fasoli albo podczas zimowych wieczorów przy piecu. Dzisiaj współautorem opowieści może być algorytm. Czy AI stworzy nowe bestie zamieszkujące okolice Łęczycy, Tumu i Góry Świętej Małgorzaty? Czy wymyśli zwierzę, którego jeszcze nie śniło się średniowiecznym kronikarzom? Zapewne tak. Ale przecież nie będzie to nic nowego. Każda epoka korzystała z najnowszych dostępnych narzędzi do produkowania własnych mitów. I uzewnętrznianiu własnych wyobrażeń o świecie. Jedni mieli ognisko. Inni druk. My mamy generatory obrazów i modeli językowych. No i mamy słoiki. 

Nie oznacza to jednak końca ludzkiej wyobraźni. Wręcz przeciwnie. AI jest kolejnym pędzlem. Ani lepszym, ani gorszym od poprzednich. Po prostu innym. Dlatego podczas biennale będziemy malować zwierzęta realistyczne, fantastyczne, opiekuńcze i demoniczne. Będziemy rozmawiać o przyrodzie Doliny Bzury, oglądać filmy, wspominać własne spotkania z naturą i opowiadać historie zasłyszane od babć, dziadków oraz sąsiadów. Być może ktoś przypomni sobie lisa, który okazał się duchem. Ktoś inny opowie o bocianie przynoszącym szczęście albo o czarnym psie pilnującym granicy między światami. Ktoś inny opowie o niebieskiej świteziance nad rzeką lub rusałce admirał nad łąką. A jeszcze inny opowie swoją przygodę z fruczakiem gołąbkiem. A może pojawi się pieśń, której nikt wcześniej nie planował zaśpiewać. Tak właśnie rodzi się kultura. Nie z harmonogramu, lecz z ludzi siedzących razem. Lub pracujących razem jak to dawniej często na wsi bywało.

Najbardziej podoba mi się jednak pomysł Drzewa Życzeń i Mocy. Choć organizatorzy uczciwie uprzedzają, że wcale nie musi przypominać drzewa. I bardzo dobrze. Najciekawsze drzewa często rosną w naszej wyobraźni. Na gałęziach zawisną pomalowane słoiki. Każdy stanie się osobnym mikrokosmosem. Do środka będzie można włożyć drobiazg: kamyk znaleziony nad rzeką lub przy drodze, muszlę, guzik, kapsel, kawałek starej ceramiki albo kartkę z życzeniem. Albo kartkę z zaklęciem. Można też zamknąć w słoiku kod QR prowadzący do opowieści. Dawne zaklęcia spotkają się z nowoczesną technologią. Zamiast pergaminu mamy teraz smartfon. Zamiast pieczęci z wosku jest internet. Mechanizm pozostaje jednak ten sam. Człowiek chce zostawić ślad po sobie.

Biolog powiedziałby zapewne, że człowiek jest gatunkiem magazynującym informacje. Filozof dodałby, że magazynuje przede wszystkim znaczenia. A artysta zauważyłby, że najlepiej przechowuje się je właśnie w przedmiotach, które kiedyś służyły do przechowywania czegoś zupełnie innego. A co powiedziałby archeolog przeszukujący grodzisko w Starej Łęczycy?

Może dlatego słoik jest tak wdzięcznym symbolem. Jest przezroczysty. Niczego nie ukrywa, a jednocześnie wszystko chroni. Pozwala zajrzeć do środka, ale nie pozwala od razu wszystkiego zrozumieć. Dokładnie tak samo działa kultura. Widzimy jej powierzchnię. Dopiero po chwili odkrywamy, ile znaczeń zostało zamkniętych pod słoikową pokrywką.

Być może za sto lat ktoś odnajdzie taki pomalowany słoik. Nie będzie wiedział, kim byliśmy. Nie pozna naszych twarzy ani codziennych trosk. Ale zobaczy zwierzę namalowane na szkle, przeczyta ukryte życzenie albo zeskanuje zachowany kod (choć śmiem twierdzić że słowa na papierze są trwalsze) i odkryje, że na początku XXI wieku ludzie nadal opowiadali historie. Nadal wierzyli, że świat przyrody jest większy od encyklopedii biologii. Nadal szukali demonów i aniołów, choć coraz częściej mieszkali w cyfrowej rzeczywistości.

I może uśmiechnie się wtedy na myśl, że jego przodkowie potrafili zamknąć kawałek wyobraźni w zwykłym słoiku po ogórkach. albo po majonezie. To wcale nie jest takie głupie. Bo świat od zawsze najlepiej przechowuje się właśnie w słoikach.


4.07.2026

Kompas Edukacji 2026 czyli konferencja, która pozornie była po nic a jednak dla wielu jest ważna

W wydarzeniu znalazły się także rozmowy w formule Akademickiego Zacisza, czyli próba przeniesienie spotkań wypracowanych online do spotkania bezpośredniego. 
 

Nawet nie wiadomo jak to wydarzenie nazwać. Wymyka się prostym klasyfikacjom i utrwalonym schematom. Czy to była konferencja naukowa, pedagogiczna, popularyzująca edukację? A może spotkanie artystyczno-dyskusyjne? Lub warsztatowe spotkanie na temat współczesnej edukacji? Nie znajduję właściwych słów. Pod koniec czerwca spotkali się naukowcy pedagodzy, edukatorzy praktycy i nauczyciele już po raz trzeci w gościnnych progach Centrum Nauki Młyny Rothera.

W kategoriach standardowego myślenia o konferencjach naukowych wydarzenie było po nic. Ale to nic dla wielu bardzo dużo znaczy. Po nic, bo nie było wpisowego, identyfikatorów, tomików streszczeń z referatami, nie było zaświadczeń i dyplomikowych potwierdzeń udziału. Czyli tak jak klasówka bez ocen. W kategoriach awansu zawodowego na uczelniach wyższych (punktoza) czy w szkołach wydarzenie było po nic. Żadnych z tego punktów do dorobku naukowego czy awansu zawodowego nauczyciela. To „po nic” przewijało się w wielu miejscach dyskusji o szkole czy nawet uniwersytecie. Spotkanie było bardzo ważne dla uczestników, czyli jednak po coś przyjechali z czymś wartościowym wyjechali. Z czymś niemierzalnym prostą ocenozą czy punktozą. Ja wróciłem z wieloma inspiracjami i teraz powoli je intelektualnie i edukacyjnie trawię. Pisanie na blogu ułatwia mi to wspomniane trawienie.

Konferencja w niecodziennej formie ale z głęboką treścią. Nie było typowych referatów z Power Pointem, nie było sesji posterowej. Były za to znakomite stand-upy, w tym naukowca i pedagoga z rekwizytem. Konferencja, której się nie zapomina i która głęboko zapada w pamięć.

Tegoroczny Kompas Edukacji zatytułowany był: Czy człowiek ma trzecią rękę? Wyobraźnia jako moc sprawcza. A honorowym gościem wydarzenia był profesor Ryszard Łukaszewicz. Przekaz był różnorodny, nie tylko tradycyjnie słowem z referatami czy dyskusją. Było w pewnym sensie poznawanie różnych przedsięwzięć i pomysłów edukacyjnych przez doświadczanie i uczestnictwo. Było praktykowanie różnych form prezentacji dokonań pedagogicznych. I zaistniał przekaz nie tylko werbalny. A może to warto częściej naśladować także w murach uniwersyteckich?

Mogło niektórych zdziwić, gdy prowadzący konferencję profesor Roman Leppert na otwarciu pojawił się w krótkich spodenkach. Gospodarz poważnej konferencji w krótkich spodenkach, jak chłopczyk? Wygląda niepoważnie? Bo upały? Nie, to podkreślenie głównego tematu konferencji - wyobraźni jako trzeciej ręki. Mieć wyobraźnię jak mały chłopiec. Może jak Mały Książę? To wiarygodność przekazu. Dziękuję za tak inspirującą spójność niewerbalnego przekazu. Czasem jeden obraz wart tysiąca słów. I podobnych, niewerbalnych przekazów w czasie Kompasu było więcej.

Przyjechali licznie pracownicy uniwersyteccy, w tym ci utytułowani. Ale to uczniowie byli w centrum i z możliwością pokazania się, z imienia i nazwiska, a nie jako ktoś anonimowy i jako dekoracja dla kogoś innego, hierarchicznie ważniejszego. Nie jako dekoracja do błyszczenia innych. Szansa na rozwój a nie tylko jako „chłop pańszczyźniany” do pomocy. W takiej pełnoprawnej roli pojawili się na tej konferencji studenci i uczniowie. Było to praktykowanie przykładem i możliwością zobaczenia różnych efektów pedagogicznego działania. Niedawno byłem na spotkaniu absolwenckim swojego liceum z okazji 120-lecia. Wspominaliśmy czasy szkolne, ale dopiero na Kompasie Edukacji głębiej zrozumiałem sens niektórych działań szkolnych. Zrozumiałem sens i znaczenie tego, co się w moim liceum wydarzyło ponad 40 lat temu.

Zobaczyłem pedagogikę praktykowaną przykładem a nie tylko pięknie brzmiącymi teoriami spisanymi lub uczenie zreferowanymi. Przemawianie nie tylko słowem ale i obrazem, działaniem i rekwizytem z niedopowiedzeniami. To widz i słuchacz musi sobie dopowiedzieć i zintegrować z własną wiedzą. Przeżywanie treści, doświadczeń, przykładów edukacyjnych z różnych miejsc. W Bydgoszczy spotkali się pedagodzy, którzy tworzą. Było także Centrum Nowoczesnej Edukacji z Gdańska. Jakiś znak, że nowe wiatry wieją nie tylko w edukacji szkolnej lecz i tej uniwersyteckiej.

Dialog, rozmowa, opowieść, obraz, taniec, śpiew zamiast typowego referatu. Duży powiew świeżości dla akademików. Ja wyjechałem mocno zainspirowany, także z pomysłami na małe modyfikacje moich zajęć dydaktycznych.

Prof. Leppert witał gości przy wejściu, było to autentyczne i dobre otwarcie. To nie przypadek, to sposób patrzenia na świat i na ludzi. Otwarty i życzliwy. W czasie konferencji profesor R. Leppert wszystkich wymienia z imienia i nazwiska, nawet w podziękowaniach dla personelu technicznego. Stwarzał przestrzeń dla wszystkich. Ludzie nie są dla niego tłem lecz podmiotem, który pokazuje światu, nawet jeśli są to „tylko” uczniowie czy studenci.

Na Kompas edukacji do Bydgoszczy przyjeżdżają ciepło witający się ludzie. Znają się z działań, z internetu i z kontaktów bezpośrednich. Nie da się wszystkiego streścić. Ta relacja jest mocno chaotyczna. Sporo jeszcze w mojej głowie intelektualnie buzuje i długo będzie wydawało owoce. Czy te opowieści zaprezentowane przez Łowców Słów nie mogłyby pojawiać się na wykładach? Jako element tradycyjnych wykładów. Była na początku opowieść z morałem: „co byś osiągnął, gdybyś umiał pisać – byłbym portierem w burdelu” (wiem, motto bez pełnej opowieści jest niezrozumiałe). Czasem niektóre nasze braki mogą być szansą na rozwój i osiągniecie sukcesu. Opowieść nie jest przejrzystym, linearnym i logicznym wywodem akademickim. Jest obrazem z niedopowiedzenia i koniecznością samodzielnej interpretacji.

Moją uwagę zwróciły także „Naukowe place zabaw”. Jeden taki jest już w Olsztynie. Kolejny raz doświadczyłem, że Młyny Rothera są miejscem spotkań i ćwiczenia wyobraźni. Podoba mi się tak działające centrum nauki. A skoro młyny, to pojawiła się także mąka. Torebka z mąką w prezencie dla artystów i występujących prelegentów. Mąka, z której można coś upiec realnie i symbolicznie. Może za rok będą patyki z lasu? Dlaczego patyki? Bo te także pojawiły się w relacjach z eksperymentów edukacyjnych. Takie, zwykłe podwórkowe a jednak z bogatą treścią.

Miałem okazję pełniej zapoznać się z Wrocławską Szkołą Przyszłości. Zaistniała jako eksperyment już wiele lat temu. I jest ciągle aktualna w sowich dokonaniach. Ważne jest nie tylko to, co jest napisane. Nawiązuję jeszcze do formuły Kompasu Edukacji. Przekaz artystyczny w postaci tańca i prezentacji wokalnych studentów oraz uczniów jako efekty pracy pedagogicznej to opowieść konkretem oraz przykładem bez wzniosłych teorii.

Metoda zmyślnych okazji to projektowanie okazji do zadań zamkniętych, zadań otwartych i wielości rozważań. Szkoła ma generować odpowiedzi ale i pytania. W szkole najważniejsze są pytania. Szkoła ma: 1. Prowokować, 2. Oferować, 3. Wybierać. A narracja to sposób rozumienia świata. „Świat jest moja walizką” – jeden z rekwizytów i porównań, które głębiej mi utkwił w pamięci. Wiedza jest stawianiem pytań w podróży a nie tylko odpowiedzi. Bo odpowiedzi nie są najważniejsze. A zapytałeś dlaczego? Dlaczego na przykład wśród potraw z ziemniaków znalazł się kisiel?

A skoro z Kompasu Edukacji nie ma zaświadczeń o udziale, to może wzorem niektórych rozwiązań szkolnych samemu sobie narysuję świadectwo ukończenia spotkania? Albo napiszę? Świadectwo zakończenia zajęć - narysuj swój portret, opisz co lubisz, scharakteryzuj to, co lubisz. Powstanie w ten sposób świadectwo alternatywne. A dlaczego nie zaadaptować takich rozwiązań na studiach? Oczywiście po odpowiednim przetworzeniu by zachować sens lecz by pasowało do nowej sytuacji edukacyjnej na uniwersytecie. Świadectwa szkolne tak na prawdę też są po nic. Są tylko wystandaryzowanym „po nic” z promocją do kolejnej klasy.

Najbardziej korzystam z wydarzeń (konferencji), gdy na nich coś robię. To może być wygłaszany referat, przewodniczenie sesji, kręcenie filmu z relacją, pisemna notatka lub sprawozdanie (tak to czynię na niniejszym blogu). Dokumentuję by potem opowiedzieć komuś innemu. Robię zdjęcia, dyskutuję, referuję, komentuję, opisuję. To aktywne przetwarzanie wiedzy a więc lepsze i głębsze zapamiętywanie. Notowanie przez dyskutowanie lub opowiadanie może na pierwszym rzut oka wydać się paradoksalne.

Świat jest moją walizką. Włożę do niej nowe rzeczy. A studentom pokaże, co w niej schowałem. Na przykład patyki znalezione w lesie. Nie da się streścić dwudniowego wydarzenia w jednym krótkim tekście. Zbyt wiele treści, zbyt wiele pomysłów. Każdy z nich zasługuje na staranne i oddzielne opowiedzenie. I tak się zapewne stanie. Na razie relację zakończę tym, że przestrzeń jest trzecim nauczycielem. Pierwszym są szkolni czy uniwersyteccy pedagodzy, drugim są uczniowie z klasy (i studenci z kampusu). A trzecim jest właśnie przestrzeń i okazja do niezaplanowanych spotkań i relacji.

„Nie to jest ładne co jest ładne, lecz to, na co zagłosujemy”. Wiedza z przypowieści Łowców Słów. A Ty Czytelniku, dopowiedz sobie resztę.

PS. A może Kompas Edukacji jest postpiśmienną forma konferencji, formule nowej mówioności?