6.02.2026

Czy rzeczywiście zanikają na uczelniach wydziały biologii?

Zdjęcie z muzeum przyrodniczego, kolekcje zwierząt.
 

Kiedy kilkanaście lat temu po raz pierwszy natknąłem się na artykuł, wieszczący schyłek klasycznych wydziałów biologii w Stanach Zjednoczonych, przyjąłem to z niedowierzaniem, ale i z refleksyjnym zainteresowaniem. Oczywiście dotyczyło to znikania nazw wydziałów a nie badań biologicznych i kształcenia w zakresie nauk biologicznych. Czyli dotyczy to bardziej rearanżacji w ramach uczelni niż zaniku samej biologii. Dziś, patrząc na tabliczkę na drzwiach mojego własnego miejsca pracy, widzę napis: „Wydział Biologii i Biotechnologii”. Ta drobna zmiana spójnika jest symbolem dużej transformacji, której jesteśmy uczestnikami i świadkami od kilkudziesięciu lat. Jedyne co pewne to zmiana. Dawniej nie było biologii, była jedynie botanika i zoologia. Dopiero potem dostrzeżono coś bardziej ogólnego czyli biologię, naukę o życiu. Tak więc biologia pojawiła się jako nauka "interdyscyplinarna" (łącząc np. botanikę i zoologię) i kolejna naukowa synteza. Ten proces zapewne trwa, co znajduje swoje odzwierciedlenie w strukturze uczelni.

Piszę o zanikaniu wydziałów biologii, by zrozumieć proces, a nie by się użalać. Wisły kijem się nie zawróci by płynęła w innym kierunku. Na przykład do Krakowa. Musimy jasno sobie powiedzieć: biologia nie znika. Ona zmienia swoją swoje miejsce w systemie nauk nowożytnych i w dydaktyce. Zupełnie tak jak w czasie remontu mieszkania – stare meble nie są wyrzucane na śmietnik, znajdują tylko nowe miejsce w zmienianym układzie pomieszczeń. Czasem po renowacji zmieniają swoje funkcje, ale dalej są użytkowane.

Także w dydaktyce zmiana wynika z przekształceń cywilizacyjnych. Bo jaką pracę może znaleźć biolog? Jako nauczyciel biologii? Ale i tu zachodzą spore zmiany w systemie edukacji i nie wystarczy być samym biologiem, np. ucząc przyrody czy innych przedmiotów przyrodniczych. W parkach narodowych i krajobrazowych jako specjalista biolog środowiskowy? Tak, ale ile miejsc pracy generują te instytucje? Niemniej zapotrzebowanie na kompetencje biologiczne i rozumienie nauk biologicznych jest duże. Tyle tylko, że w coraz bardziej zmieniającym się krajobrazie kulturowym i rynku pracy. Pamiętam czasy, gdy biologia była jednym z kierunków na Wydziale Matematyczno-Przyrodniczym. Kierunki były odzwierciedleniem przedmiotów szkolnych, bo była to Wyższa Szkoła Pedagogiczna w Olsztynie. Po powstaniu Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego połączono dwa kierunki „biologia” w jeden (biologia z ART i biologia z WSP). Wtedy studentów biologii było wielu, około 150 na jednym roku. Potem Wydział Biologii uruchomił kolejny kierunek – biotechnologia. Był uzupełniający. Ale z biegiem czasu wydział zmienił nazwę na Wydział Biologii i Biotechnologii a liczba studentów biotechnologii jest dużo większa niż tych, studiujących biologię. Pojawił się także kierunek międzywydziałowy – mikrobiologia. Spośród trzech kierunków kształcenie akurat biologia jest najmniej licznym. Dodać warto, że przez kilka lat, wspólnie z Wydziałem Humanistycznym mój wydział prowadził kierunek interdyscyplinarny: dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze. Była tam i biologia, choć nie w nazwie kierunku.

Dziś to właśnie „czysta” biologia jest u nas kierunkiem najmniej licznym, niemal elitarnym pod względem liczby studentów, choć paradoksalnie bardzo potrzebnym. Liczba katedr uległa zmniejszeniu lecz wynikało to ze względów organizacyjnych i zmniejszania kosztów administracyjnych. Jednak jako zoolog, patrzę na to zjawisko bez defetyzmu. Moja praca nie ogranicza się już do jednej sali wykładowej. Prowadzę zajęcia dla biologów, biotechnologów, mikrobiologów, a nawet wychodzę poza mury nauk ścisłych i prowadzę swoje ekologiczno-biologiczne zajęcia dla pedagogów na Wydziale Nauk Społecznych oraz dla kierunku „kreowanie trendów” na Wydziale Nauk Ekonomicznych. To dowód na to, że biologia w jakimś sensie rozlała się po uniwersytecie, stała się tkanką łączną dla innych dyscyplin. Znikanie wydziałów w ich tradycyjnej formie to nie anihilacja, lecz przejście w stan interdyscyplinarności. I swoistej rearanżacji samych dyscyplin jak i budowania kierunków kształcenia z nowymi efektami kształcenia i dostosowaniami do rynku pracy.

Pytanie czym jest życie i na czym polega nabiera zupełnie nowego wymiaru w czasach sztucznej inteligencji i wypraw kosmicznych. Jakie jest podobieństwo procesów zachodzących w sieciach neuronowych sztucznej inteligencji do procesów życia biologicznego? Czy zachodzi właśnie na Ziemi nowa symbiogeneza i powstawanie nowego poziomu organizacji? Jakaś Gaja, Noosfera czy różnorodne holotechnobionty? Pytania jak najbardziej aktualne. Biologia to nauka o organizacji (a w zasadzie samoorganizacji).

Nie mogę jednak uciec od gorzkiej refleksji nad losem biologii środowiskowej. Druga połowa XX wieku była złotą erą ekologii. Czuliśmy, że rozumiemy mechanizmy rządzące światem na poziomie ekosystemów. To nauki środowiskowe napędzały zieloną rewolucję i zwiększenie produkcji żywności, opisywały funkcjonowanie ekosystemów i skutki zanieczyszczenia środowiska. Dziś ekologia i zoologia systematyczna bywają spychane do narożnika, uznawane za „niemodne” lub „niedochodowe”. Dominuje paradygmat molekularny i aplikacyjny. Często słyszę szeptane na korytarzach pytania: „Czy w biologii środowiskowej nie odkryto już wszystkiego? Czy to nie czas, by zostawić to hobbystom i wolontariuszom?” To niebezpieczna iluzja. Jeśli zamienimy biologię wyłącznie w naukę o cząsteczkach i procedurach laboratoryjnych, stracimy z oczu organizm jako całość. Kto nauczy kolejne pokolenia rozpoznawania gatunków i rozumienia ich subtelnych powiązań? Sztuczna inteligencja? Czy wiedza o tym, jak funkcjonuje jezioro, ma pozostać jedynie na poziomie podręcznika do szkoły podstawowej? Kto zajmie się opisywaniem zmian biosfery w czasie globalnego ocieplenia klimatu i antropogenicznego zanikania różnorodności biologicznej? Poznać, zrozumieć, przeciwdziałać, to ciągle aktualne i potrzebne.

W środowisku akademickim określa się te zmiany czasem mianem "kryzysu biologii organizmalnej" lub szerzej – restrukturyzacją nauk przyrodniczych. Nie jest to proces nagłego znikania nauki jako takiej, a raczej jej głębokiej transformacji (i czasem marginalizacji klasycznych dyscyplin). Wiele tradycyjnych wydziałów biologii jest dzielonych lub wchłanianych przez jednostki zajmujące się biologią molekularną, genetyką czy biotechnologią. Powodem są pieniądze – badania nad nowymi lekami czy inżynierią genetyczną przyciągają ogromne granty, podczas gdy klasyczna taksonomia czy zoologia często uchodzą za "niedochodowe".

Uniwersytety coraz częściej łączą wydziały biologii z chemią, fizyką lub medycyną, tworząc centra typu Life Sciences. Z perspektywy administracyjnej to oszczędność, ale z perspektywy nauki często oznacza to utratę autonomii biologów i skupienie się wyłącznie na aspektach użytkowych (biomedycznych). Znikają tradycyjne katedry, takie jak botanika czy entomologia. Ich miejsce zajmują programy interdyscyplinarne. Problem polega na tym, że zaczyna brakować specjalistów potrafiących rozpoznać gatunki w terenie, co w dobie kryzysu bioróżnorodności jest paradoksalne. Czy zoologia lub entomologia staną się jedynie dydaktyką a nie programami badawczymi? Czy już opisały różnorodność biologiczną i nie ma w tym zakresie nic do zrobienia? Podobnie było z fizyką pod koniec wieku XIX, gdy ogłoszono, że w fizyce już wszystko odkryto. Niedługo później rozkwitła fizyka kwantowa.

Liczby bywają bardziej bezwzględne. W dobie „grantozy” i parametryzacji nauki, biologia środowiskowa często przegrywa starcie z biologią molekularną już na etapie planowania budżetu. Główne przyczyny tego zjawiska to: finansowanie grantowe, prestiż technologii i reedukacja kosztów. System punktowy i finansowy faworyzuje badania o szybkim przełożeniu na przemysł. Biologia molekularna jest postrzegana jako bardziej nowoczesna niż "tradycyjne" bieganie z siatką na motyle. Utrzymanie zielników, muzeów zoologicznych i infrastruktury terenowej jest droższe niż postawienie kilku sekwenatorów DNA w jednym laboratorium. Dlatego znikają bezpowrotnie cenne kolekcje naukowe botaniczne i zoologiczne. A przecież mógłby to być rezerwuar genów do badań molekularnych. Tym bardziej, że wiele gatunków znika z powierzchni Ziemi.


Tabela. 1. Robocze porównanie finansowania i priorytetów badawczych

Kryterium

Biologia molekularna i biotechnologia

Biologia środowiskowa i zoologia

Potencjał aplikacyjny

Wysoki i szybki. Patenty, nowe leki, technologie CRISPR. Bezpośrednie przełożenie na zysk przemysłowy.

Niski lub długofalowy. Ochrona ekosystemów nie przynosi dywidend w krótkim terminie; to „usługa publiczna”.

Koszt aparatury

Bardzo wysoki. Sekwenatory, wirówki, mikroskopy konfokalne – generują potrzebę stałych, dużych dotacji.

Relatywnie niski. Sprzęt terenowy, lornetki, analiza danych. Paradoksalnie, niskie koszty mogą oznaczać mniejsze granty.

Wskaźnik cytowań (IF)

Wysoki. Czasopisma molekularne mają ogromną cytowalność, co przekłada się na prestiż i punkty dla uczelni.

Specyficzny. Prace taksonomiczne są cytowane dekadami, ale rzadko „wybuchają” cytowaniami w pierwszym roku.

Współpraca z biznesem

Naturalna. Przemysł farmaceutyczny, rolniczy i chemiczny chętnie finansuje laboratoria.

Utrudniona. Finansowanie zależy głównie od funduszy państwowych, NGO i grantów z zakresu ochrony przyrody.

Zjawisko, o którym wspomniałem – spychanie biologii środowiskowej do domeny wolontariatu – jest groźne. Podczas gdy biologia molekularna jest traktowana jako profesjonalny zawód przyszłości, zoologia czy botanika stają się „hobby”. I bardziej rozwijają się w regionalnych towarzystwach naukowych i organizacjach pozarządowych jako citizen science niż w dobrze finansowanych strukturach uniwersyteckich.

Możemy to nazwać paradoksem finansowym ochrony przyrody: wydajemy miliony na sekwencjonowanie genomów rzadkich gatunków (biologia molekularna) a brakuje nam jednak tysięcy na etaty dla specjalistów, którzy wiedzieliby, jak te gatunki chronić w ich naturalnym środowisku (biologia środowiskowa). W rezultacie mamy genialną bibliotekę „kodów życia”, ale nikt już nie wie, jak te książki wyglądają na półce w lesie, jak pachną i jaką rolę pełnią w ekosystemie. Bez profesjonalnych kadr akademickich, wiedza ta zostanie spłycona do amatorskiego przyrodoznawstwa, a uniwersytety stracą status ośrodków opiniotwórczych w kwestiach klimatycznych i bioróżnorodności funkcjonalnej.

Znajdujemy się w punkcie zwrotnym (być może krytycznym). Żyjemy w epoce szóstego wielkiego wymierania gatunków na Ziemi, globalnych zmian klimatu i dramatycznego spadku bioróżnorodności na wszystkich poziomach organizacji. Jak mamy zrozumieć te procesy i im przeciwdziałać, jeśli systematycznie osłabiamy jednostki zajmujące się biologią organizmalną? Laboratoria biotechnologiczne dają nam narzędzia, ale to klasyczna biologia daje nam kontekst. Bez umiejętności „czytania przyrody” w skali makro, będziemy jak genialni lingwiści, którzy potrafią rozebrać zdanie na czynniki pierwsze, ale nie rozumieją sensu czytanej powieści.

Znikające wydziały biologii to wyzwanie do redefinicji naszej roli jako biologów. Musimy walczyć o to, by w nowym, interdyscyplinarnym układzie sił, głos biologa terenowego, zoologa i ekologa brzmiał równie donośnie, co głos inżyniera genetycznego. Bo o ile biotechnologia może nam pomóc przetrwać, to tylko biologia pozwoli nam zrozumieć, co tak naprawdę próbujemy ocalić. Stoimy dziś na rozdrożu, gdzie biologia – nauka o życiu w całym jego bogactwie – ryzykuje utratę swojej tożsamości na rzecz czystej technologii. Proces zanikania klasycznych wydziałów nie jest jedynie zmianą administracyjną, to symptom głębokiego zachwiania równowagi między tym, co potrafimy zmierzyć w probówce, a tym, co musimy zrozumieć w biosferze.

Obecna konfiguracja akademicka, faworyzująca badania molekularne i aplikacyjne, jest zrozumiała z perspektywy rynkowej, ale krótkowzroczna z perspektywy cywilizacyjnej. Mechanizmy finansowania, oparte na szybkim zysku i wysokich wskaźnikach cytowań, stworzyły niebezpieczną lukę kompetencyjną. Jeśli pozwolimy, by biologia środowiskowa stała się jedynie domeną wolontariuszy, stracimy profesjonalne narzędzia do walki z globalnym wymieraniem gatunków i zmianami klimatu. Jak możemy chronić świat, którego nie potrafimy już nazwać ani rozpoznać w jego pełnej złożoności?

Apeluję zatem nie o powrót do przeszłości i zamykanie się w zakurzonych gablotach zoologicznych, lecz o wypracowanie modelu biologii integralnej. Nowoczesny biolog musi być specjalistą dwóch światów: sprawnie operować metodami molekularnymi, ale jednocześnie rozumieć organizm i jego miejsce w ekosystemie. Jeśli się nie da pojedynczo, to można to osiągnąć zespołowo. Kluczem jest wspołpraca.

Uniwersytet nie może być tylko inkubatorem technologii. Powinien pozostać strażnikiem całościowego rozumienia natury. Przywrócenie równowagi w kształceniu to nie kwestia akademickiego sentymentu – to nasz obowiązek wobec przyszłych pokoleń, które będą musiały zarządzać planetą w stanie kryzysu. Musimy kształcić ludzi, którzy nie tylko potrafią sekwencjonować geny, ale wiedzą, dlaczego warto walczyć o przetrwanie gatunku, w którym te geny trwają. Bo ostatecznie, bez biologii środowiskowej, biotechnologia stanie się jedynie zaawansowaną instrukcją obsługi pustego laboratorium.

5.02.2026

Współpraca wykładowcy uniwersyteckiego z mediami to misja społeczna i edukacja przez całe życie


W dzisiejszym świecie, gdzie informacja przepływa z niespotykaną dotąd prędkością, rola wykładowcy uniwersyteckiego wykracza daleko poza mury tradycyjnie rozumianej uczelni wyższej. Dlaczego takie zastrzeżenie? Bo jeśli przyjąć inną, współczesną opcję uniwersytetu rozproszonego i wychodzącego do społeczeństwa w formie mikroedukacji i edukacji przez całe życie, to wtedy rola wykładowcy, udzielającego wywiadów w pełni się w takim ekosystemie edukacyjnym mieści. Już nie tylko półtoragodzinne wykłady dla studentów własnej uczelni lecz także mini wykłady dla szerokiej publiczności i poza salą wykładową (nawet i online). Popularyzacja wiedzy staje się nie tylko obowiązkiem, ale i misją, którą uniwersytety powinny realizować na rzecz społeczeństwa. Współpraca z mediami, takimi jak radio, telewizja czy prasa oraz media społecznościowe stanowi doskonałą platformę do przekazywania wiedzy w przystępny sposób, docierając do szerokiego grona odbiorców. Ta sama funkcja poznawania świata i dzielenia się wiedzę lecz w innym krajobrazie społecznym i edukacyjnym.

W klasycznym ujęciu uniwersytet to wieża z kości słoniowej – miejsce hermetyczne, gdzie wiedza dojrzewa w ciszy bibliotek i sterylności laboratoriów. Jednak jako biolog i dydaktyk coraz częściej dochodzę do wniosku, że nasze najważniejsze „doświadczenia” nie odbywają się tylko pod przysłowiowym mikroskopem, lecz także w przestrzeni publicznej. Współpraca z mediami – radiem, prasą czy telewizją to nie tylko uprzejmość wobec dziennikarza. To nowoczesna forma mini wykładu, która redefiniuje pojęcie sali lekcyjnej/wykładowej. Choć w takich "medialnych" sytuacjach czuję się w części jak student na egzaminie lub niezapowiedzianej kartkówce. Szybko muszę sformułować krótka wypowiedź na zadany temat.

Tradycyjny wykład 90 minutowy nawet dla studentów traci swój sens. Bo wiedza jest dostępna wszędzie a nie tylko na podającym wykładzie. Mimo ram organizacyjny półtoragodzinnego wykładu krok po kroku próbuję zmieniać swoje wykłady na bardziej aktywizujące i wychodzące poza tradycyjne ramy. Staram się jak naj mniej mówić (tak wiem, zabrzmiało to paradoksalnie), jak najmniej wykładać a bardziej organizować wspólne poszukiwania ze studentami. Sprawdzać obecność studentów na wykładzie (bo zgodnie z regulaminem studiów obecność na zajęciach jest obowiązkowa) czy bardziej skupić się na mierzeniu efektów kształcenia? Czyli organizować pracę studentów nawet wtedy, gdy nie są obecni na wykładzie (mają zwolnienie lekarskie). W rezultacie wykłady z monologu stają się szeroko rozumianą dyskusją z dużą aktywnością studentów… także po wykładzie. A przecież właśnie o to  chodzi w studiowaniu (dawniej i dziś).

Wywiady i opinie dla mediów mogą być traktowane jako forma mini-wykładów. Przykładem może być moja ostatnia opinia/komentarz dla w TVP Wilno, gdzie miałem okazję odpowiedzieć na kilka pytań dotyczących wpływu styczniowych mrozów obecnej zimy na przyrodę i gatunki uciążliwe dla człowieka (kleszcze, komary itp., czyli szeroko rozumiane szkodniki).  Nie tylko znaleźć w głowie rzetelną odpowiedź, ale jeszcze przygotować ją w krótkiej i zrozumiałej formie. Nawet nie wiem w jakiej formie się to finalnie ukaże. Może jako komentarz do materiału filmowego? W krótkim czasie musiałem przekazać istotne informacje w sposób zrozumiały dla widzów, którzy niekoniecznie są specjalistami w tej dziedzinie. To wyzwanie, ale i satysfakcja, gdy uda się skutecznie przekazać wiedzę. Tylko po czym poznać, że było to dobrze zrozumiane? Jak przeprowadzać ewaluację?

Popularyzacja wiedzy jest integralną częścią tzw. trzeciej misji uniwersytetu, obok badań naukowych i kształcenia studentów w murach szkoły wyższej. Uniwersytety mają obowiązek dzielić się swoją wiedzą ze społeczeństwem, edukować i inspirować. W mojej pracy staram się realizować tę misję, udzielając wywiadów, pisząc artykuły popularnonaukowe i uczestnicząc w programach telewizyjnych. I sam piszę na niniejszym blogu. Tu już mam pełnię kontroli nad efektem finalnym, ewentualnym skrótami czy kontekstem wypowiedzi. Ale i tak nie mam kontroli co i ile ktoś przeczyta oraz co z tego zrozumie. Bo nie ma egzaminu ani kolokwiów sprawdzających.

Współczesna nauka opiera się na trzech filarach: badaniach, dydaktyce oraz trzeciej (społecznej) misji. Ta ostatnia, choć często spychana na margines, to nic innego jak społeczna odpowiedzialność naukowców (uczelni). To zobowiązanie, by nauka nie kończyła się na publikacji w punktowanym czasopiśmie, ale realnie wpływała na dobrostan społeczeństwa. W dobie informacyjnego szumu, mało kto ma czas na wysłuchanie pełnego, 90-minutowego wykładu (choć są dostępne także online). Krótka wypowiedź ekspercka w radiu czy komentarz dla prasy to edukacja serwowana w małych porcjach.

Naszymi studentami stają się wszyscy – od emeryta słuchającego porannej audycji, po zabieganego rodzica przeglądającego portal informacyjny. To nauka bez indeksów, ale z ogromnym wpływem na świadomość biologiczną i ekologiczną. Jednym słowem Lifelong Learning (edukacja przez całe życie). W takim ujęciu to ciągle funkcja dydaktyczna uniwersytetu, tylko studenci i „klasa” zupełnie inna. Osobiście uważam, że trzeba do tej nowej "klasy", nowego krajobrazu edukacyjnego jak najszybciej się dostosować. 

Świat się bardzo dynamicznie zmienia, wiedza i umiejętności szkolne szybko się przynajmniej w części dezaktualizują. Należałoby nieustannie chodzić do szkoły, na studia lub kursy dokształcające. Ale skoro ciągle w nauce, to kiedy będzie czas na pracę i na własne życie? Dlatego właśnie współczesne społeczeństwo potrzebuje edukacji w małych, przyswajalnych porcjach. Krótkie formy, takie jak wywiady czy komentarze, są chyba dobre do przekazywania wiedzy w sposób, który nie przytłacza odbiorcy. Edukacja przez całe życie staje się koniecznością w dynamicznie zmieniającym się świecie, a media mogą być doskonałym narzędziem do jej realizacji. To nowa forma dydaktyczna, której się powoli uczymy i zaczynamy dopiero dostrzegać. A zmiana zaczyna się od dostrzeżenia problemu i nie zamiatania pod dywan z nadzieją, że nikt nie zauważy tego naszego oderwania od rzeczywistości.

W mojej pracy nie kieruję się ocenami czy uznaniem. Robię to, co uważam za ważne i potrzebne (tak, to kosztowne personalnie, wiem bo doświadczam). Moje małe formy upowszechniania wiedzy, takie jak wywiady czy artykuły lub felietony, nie liczą się do oceny mojej pracy naukowej, ale dla mnie mają ogromne znaczenie. Uważam, że jest to ważna misja uniwersytetu: dzielenie się wiedzą i inspirowanie innych.

Jako pracownicy akademiccy żyjemy w dyktaturze wskaźników (tak jak uczniowie w dyktaturze ocen). Liczą się cytowania, granty i punkty MEiN. Niestety, moja aktywność popularyzatorska, te wszystkie godziny spędzone w studiach radiowych, telewizyjnych czy na pisaniu artykułów popularnonaukowych, nie mieszczą się w żadnej sprawozdawczej tabelce. A jeśli już, to tylko w małym fragmencie i to na dodatek marginalnym. Z punktu kariery zawodowej działalność popularyzatorska jest bez sensu. W arkuszu oceny pracowniczej nie ma rubryki na „zrozumiałe wytłumaczenie procesów biologicznych laikowi”. Te formy upowszechniania wiedzy nie budują mojego prestiżu w rankingach. Od wielu lat jestem tego świadomy, nie ma tu żadnego zaskoczenia. A jednak nie zmieniam swoich popularyzatorskich poczynań, bo wierzę w ich głęboki i długofalowy sens.

Dlaczego więc to robię? Odpowiedź jest prosta: dla sensu, nie dla nagród. Jeśli jako biolog potrafię w trzy minuty na antenie radiowej czy telewizyjnej wyjaśnić mechanizm spadku bioróżnorodności tak, by widz/słuchacz/czytelnik poczuł do niej szacunek, to uważam to za swój największy sukces dydaktyczny. To nie jest „parcie na szkło”, to głębokie przekonanie, że nauka odizolowana od społeczeństwa staje się martwa.

Współpraca z mediami wymaga od naukowca czy wykładowcy specyficznej gimnastyki umysłowej. Musimy przełożyć żargon specjalistyczny na język korzyści i obrazów, nie tracąc przy tym merytorycznej rzetelności. A powiedzieć coś krótko i wiarygodnie nie jest łatwo. Nauka to przecież wiele niuansów i bez prostych odpowiedzi.

Tabela 1. Proste porównanie dwóch skrajnych sytuacji. Pamiętać jednak trzeba, że to całe spektrum różnych sytuacji i rozległe kontinuum w ekosystemie edukacyjnym.


Wykład akademicki

Mini-wykład medialny

Odbiorca

Student jakiegoś kierunku

Przeciętny obywatel w różnym wieku

Czas trwania

90 minut

3-5 minut (a często nawet mniej)

Język

Hermetyczny, precyzyjny

Potoczny, pełen metafor

Cel

Zaliczenie przedmiotu

Zrozumienie świata lub zmiana postaw

Wybierając drogę popularyzatora (choć to pojęcie nie za bardzo przystaje do współczesności), świadomie decyduję się na pracę „po godzinach”. Robię to, bo wierzę, że rolą uniwersytetu jest bycie latarnią, a nie zamkniętym sejfem. Moje wystąpienia w telewizji, radiu czy na łamach prasy to mój osobisty wkład w budowanie społeczeństwa opartego na wiedzy. Może i nie dostanę za to dodatkowych punktów w parametryzacji, ale mam poczucie spełnienia misji, która jest u podstaw powołania każdego uczonego: służenia prawdzie i ludziom.

Współpraca wykładowcy uniwersyteckiego z mediami to nie jest sposób na promocję własnej osoby, ale przede wszystkim misja społeczna i edukacyjna. Popularyzacja wiedzy, edukacja w małych porcjach i przez całe życie to kluczowe elementy, które powinny być integralną częścią działalności uniwersytetów. Działając w ten sposób, nie tylko realizujemy naszą misję, ale także przyczyniamy się do rozwoju społeczeństwa opartego na wiedzy i zrozumieniu.

Trwa właśnie w Polsce Rok Popularyzacji Nauki. Najwyraźniej coś drgnęło w świadomości społecznej i władz naukowych. Czuć jakieś pierwsze jaskółki zwiastujące zmiany.

3.02.2026

Niezwykłe ewolucyjne i biologiczne wynalazki żaby Rheobatrachus silus z Australii i projekt Lazarus

Grafika wygenerowana przez AI (Copilot). Jest to więc tylko wyobrażenie żaby gęborodnej.


Biologia jest niezwykle różnorodna. Mnóstwo różnych planów budowy i niezwykłych cyklów życiowych, miliardy różnych przystosować. Jak to spamiętać? Biologia, mimo bogatej faktografii, nie jest nauką pamięciową. Tu też obowiązują uniwersalne prawa przyrody. I to ich zrozumienie jest najważniejsze. Na przykład dwie duże teorie: ewolucji i ekologii, ujawniają sens tak wielkiej różnorodności biologicznej na róznych poziomach organizacji. Wiele razy podejmowany był temat przypadku czy konieczności. I oba elementy w biologii są widoczne. Możemy wskazać bardzo dużo przykładów przypadkowych koincydencji w przebiegu filogenezy, np. zachodzące katastrofy w postaci uderzenia planetoidy. A jednocześnie możemy wskazać wiele przykładów kierunkowego rozwoju. Na przykład konwergencja budowy i dużych nektonicznych zwierząt morskich: rekiny, ichtiozaury, delfiny – mimo różnego pochodzenia osiągnęły podobny kształt i zewnętrzną budowę. To prawa fizyki narzuciły kierunek przypadkowym zmianom i adaptacjom. Podobnie wiele razy niezależnie zwierzęta osiągnęły zdolność lotu. Tak jakby istniała jakaś dolina adaptacji, kierująca tam różnorodne organizmy o ile tylko nisza pozostaje wolna.

Im więcej szukamy i poznajemy, tym więcej dostrzegamy wyjątków. Na przykład szkolny przykład płazów, których stadia młodociane rozwijając się w wodzie (np. kijanki i larwy traszek). Taki cykl życiowy znamy z Europy. Ale poznając ogromy świat przyrody znajdujemy wiele wyjątków. Pozornych. Bo nie wszystkie płazy rozwijają się z wodną kijanką w środowisku poza organizmem matki.

Płazy podawane są za pierwsze kręgowce, które „wyszły” na ląd i przystosowały się przynajmniej do okresowego przebywania poza wodą. Ale nie tylko ryby trzonopłetwe "wyszły na ląd" i dały początek lądowym kręgowcom. Drugim przykładem są ryby dwudyszne (przykładem życia na lądzie a nie filogenezy lądowych kręgowców). A i we współcześnie żyjących rybach znajdziemy przykłady poruszania się po lądzie, np. węgorze. Na dłużej na przebywa poza wodą poskoczek mułowy z lasów mangrowych. Innym przykładem jest sumik marmurkowy (Clarias batrachus) znany z "wędrówek" po lądzie. Posiada narząd oddechowy umożliwiający oddychanie powietrzem. Tak więc kilka niezależnych od siebie "wynalazków" ryb do oddychania powietrzem atmosferycznym.

Ale wróćmy do płazów. Płazy wyszły z wody… by do niej szybko powrócić. Oddychanie płucne, wykorzystujące tlen w powietrzu oraz kroczne kończyny służyły pierwszym płazom głównie jako adaptacje do… dyspersji i przemieszczania się po lądzie między izolowanymi zbiornikami wodnymi. Wysychające od czasu do czasu zbiorniki lub te w pełni izolowane wolne były od typowych kręgowcowych mieszkańców wód, jakimi są ryby. Czyli wyjście na ląd jako w pierwszym rzędzie dyspersja i docieranie do zasobnych siedlisk wolnych od drapieżników i konkurentów. Relatywnie małe i izolowane czasowo zbiorniki śródlądowe były atrakcyjne siedliskowo i wolne od konkurentów. Tak ewolucyjnie skolonizowały te zbiorniki owady (i nauczyły się przy okazji fruwać) oraz płazy. Część jednak płazów trwalej skolonizowała suche lądy. Ograniczeniem w cyklu życiowym było uzależnienie rozrodu od środowiska wodnego. I takich procesów uniezależniania się od wody w rozrodzie obserwowaliśmy w filogenezie kilkukrotnie. Wymuszało to m.in. zmianę cyklu życiowego i rezygnację z rozwoju larwalnego (młodzieńczego) w zbiornikach wodnych. Cykl życiowy się uprościł a zbiornik wodny… został zamknięty w jaju (mały, izolowany "zbiornik wodny"). Z czasem ssaki jeszcze bardziej się uniezależniły i przeszły na żyworodność (choć żyworodność występuje także u naszej salamandry plamistej). Już nie jajo rozwijające się poza organizmem, ale pełna „jajożyworodność” (bo taka znana jest u gadów). Owodniowce to grupa kręgowców lądowych (wywodząca się od ziemnowodnych płazów), która wykształciła owodnię – błonę płodową otaczającą zarodek (niejako zamykająca zarodek w małym zbiorniczku wodnym). Ta innowacja biologiczna otworzyła drogę do pełnego uniezależnienia się od wody podczas rozmnażania. Owodniowce (Amniota) to kręgowce, których zarodek rozwija się w jaju lub macicy, otoczony trzema błonami płodowymi: owodnią (amnion) – chroni zarodek przed wysychaniem i urazami, omocznią (allantois) – magazynuje produkty przemiany materii, kosmówką (chorion) – uczestniczy w wymianie gazowej. Do owodniowców należą gady, ptaki oraz ssaki.

Płazy nie tylko jeden raz szukały ewolucyjnego uniezależnienia się od rozrodu w wodzie. Kilka powszechnej znanych przykładów pojawi się na końcu niniejszego tekstu. Na razie chciałbym opisać niezwykły przypadek australijskiego płaza bezogonowego Rheobatrachus silus (możemy roboczo nazwać go żabą). Rheobatrachus silus to żaba, która zamieniła żołądek w kołyskę (ujmując to w dużej przenośni). W świecie płazów, pełnym zadziwiających strategii życia, Rheobatrachus silus zajmuje miejsce absolutnie wyjątkowe. Choć gatunek ten wymarł w latach 80. XX wieku, jego biologia wciąż fascynuje biologów, lekarzy i ekologów. To jeden z najbardziej niezwykłych przykładów ewolucyjnej kreatywności, jaki kiedykolwiek opisano. Na dodatek płaz ten stał sie zaczynem dla niezwykłego projektu naukowego o znamiennej nazwie Lazarus.

Zanim opiszę fenomen naszej bohaterki, przypomnę „standardowy” scenariusz życia płazów. Większość z nich – od naszych rodzimych żab trawnych po rzekotki – prowadzi życie dwuśrodowiskowe, ziemno-wodne. Samica składa jaja w wodzie (stawie, kałuży, wolno płynącym strumieniu). Z jaj wykluwają się kijanki. To małe, wodne organizmy intensywnie się odżywiające, które oddychają skrzelami i poruszają się za pomocą ogona (tak jak ryba). Przeobrażenie czyli metamorfoza zachodzi w czasie opuszczania środowiska wodnego i przejście do życia na lądzie. W trakcie skomplikowanych przemian hormonalnych kijanka traci ogon, wykształca płuca oraz kończyny, by ostatecznie wyjść na ląd jako dorosły osobnik, oddychający powietrzem atmosferycznym i poruszająca się na czterech kończynach.

Taki cykl życiowy ma jednak pewną wadę: jaja i kijanki, rozwijające się w środowisku wodnym, są narażane na zjadanie przez wodne drapieżniki oraz na wysychanie zbiorników wodnych czy nawet na nagłe zmiany temperatury. Czy można inaczej sobie poradzić niż owodniowce (zamknięcie jaja w otoczce, chroniącej przed wysychaniem)?

Na pierwszy rzut oka Rheobatrachus silus (żaba żołądkorodna, żaba gęborodna) nie wyróżniała się szczególnie: niewielka, brunatna, zamieszkująca chłodne, wilgotne strumienie i lasy deszczowe południowego Queensland. Jednak jej cykl życiowy był tak niezwykły, że przez lata uważano go za biologiczną anomalię. Jak większość żab gatunek ten rozmnażał się poprzez zapłodnienie zewnętrzne. Samiec obejmował samicę w ampleksusie, a jaja były zapładniane w wodzie. I tu kończyły się podobieństwa do innych płazów.

Po zapłodnieniu jaj przez samca, samica połykała je. W tym momencie działo się coś, co z punktu widzenia fizjologii znacząco odbiega od powszechnych schematów. Normalnie żołądek to środowisko skrajnie wrogie – wypełnione kwasem solnym (HCl) i enzymami, które rozkładają białka. Służy do trawienia połkniętych zwierząt (bo płazy są drapieżne). Jak to się dzieje, że żaba żołądkorodna nie trawi własnych, połkniętych jaj a potem rozwijających się zarodków? Rozwijające się jaja, a później kijanki, wydzielały prostaglandyny (hormony). Te związki chemiczne wysyłały sygnał do żołądka matki: „Przestań produkować kwas!”. Takie nietypowe rozwiązanie wymusza długotrwały post i korzystanie przez matkę z wcześniej zmagazynowanych zasobów pokarmowych. Przez około 6-7 tygodni inkubacji samica całkowicie przestawała jeść. Jej żołądek przestał pełnić funkcję trawienną, stając się bezpiecznym, ciepłym inkubatorem. Niejako na nowo wynalezioną niby-owodnię

W miarę jak kijanki rosły, żołądek samicy powiększał się do nieprawdopodobnych rozmiarów. Pod koniec procesu wypełniał on niemal całą jamę ciała, spychając inne narządy na bok i uciskając płuca. Samica musiała wtedy polegać niemal wyłącznie na wymianie gazowej przez skórę. Na koniec tej dziwnej „ciąży” samica szeroko otwierała pysk, a z jej wnętrza wyskakiwały w pełni uformowane, miniaturowe żabki. Gdy młode osiągały stadium miniaturowych żab, samica regurgitowała je, a one opuszczały jej ciało przez pysk. To jedyny znany przypadek u kręgowców, w którym cały rozwój odbywa się w żołądku, a poród następuje przez jamę ustną. Dlaczego piszę w czasie przeszłym o żabie gęborodnej? Bo gatunek ten najpewniej już wyginął.

Dlaczego przypadek Rheobatrachus jest tak ważny dla biologów? Ponieważ stanowi dowód na to, że wyjście kręgowców na ląd nie było jednorazowym aktem, który zakończył się miliony lat temu. To trwający proces, a ewolucja ciągle „szuka” nowych sposobów na całkowite uniezależnienie się od wody. U żab żołądkorodnych widzimy próbę ominięcia niebezpiecznego stadium wolnożyjącej kijanki. Zamiast zostawiać dzieci w niebezpiecznym strumieniu, matka zamieniła się w mobilny, lądowy inkubator. Choć gatunek ten uznaje się dziś za wymarły (prawdopodobnie przez grzyba Batrachochytrium dendrobatidis), pozostaje on dla nas lekcją, że życie potrafi zaadaptować nawet najbardziej nieoczywiste narządy do nowych funkcji zyciowych.

Płazy znane są z różnorodności strategii rozrodczych: od noszenia jaj na plecach po inkubację w workach skórnych. Jednak Rheobatrachus silus wyróżnia się na kilka sposobów. Żaden inny płaz nie wykorzystuje żołądka jako miejsca rozwoju potomstwa, żaden inny kręgowiec nie potrafi czasowo wyłączyć trawienia na taką skalę oraz żaden inny gatunek nie rodzi młodych przez pysk po pełnym rozwoju larwalnym.

Na koniec warto wspomnieć o innych gatunkach płazów, które rozmnażają się przynajmniej częściowo poza typowymi zbiornikami wodnymi.

1. Alytes obstetricans – pętówka babienica. Samiec owija jaja wokół tylnych nóg i nosi je aż do wyklucia. Wylęg jaj następuje w wodzie. Nazwa pętówka pochodzi stąd, że samiec, opiekując się potomstwem, owija dookoła tylnych nóg złożony przez samicę skrzek, który ma postać sznura. W okresie opieki nad potomstwem samiec jest więc jakby „spętany”.

2. Rhinoderma darwinii – gardłoród Darwina. Samiec połyka kijanki i inkubuje je w workach głosowych (ale nie w żołądku!). Samica składa kilka dużych jaja samiec je połyka. Jaja (z reguły dwa) umieszczane są w workach rezonacyjnych. Tam wykluwają się i przechodzą metamorfozę kijanki, a schronienie opuszczają mierzące prawie centymetr żabki. Podobieństwem do australijskiej żaby żołądkorodnej jest to, że gardłoród Darwina też żyje w wodach płynących. Tak więc sposób wychowu potomstwa stanowi przystosowanie do skrajnego dla płazów środowiska. Kijanki nie miałyby szans rozwoju w szybko płynącej wodzie. Może więc oba gatunki płazów ze swą niezwykłą strategią rozrodczą to przystosowanie do życia w wodach bieżących a nie środowiska lądowego jako takiego?

3. Pipa pipa – grzbietoród amerykański, żaba szponiasta. Samica nosi jaja w zagłębieniach skóry na grzbiecie. Samica umieszcza zapłodnione jaja na swoim grzbiecie. Nabrzmiała skóra, bogata w naczynia krwionośne, tworzy wokół przyklejonych jaj specjalne jamki. Już po 10 dniach po jajach nie ma śladu bo skóra całkowicie je obrasta. Rozwój jaj jest długi, w międzyczasie rozwijają się kijanki, które jednak nadal żyją w skórze samicy. Wreszcie po 3-4 miesiącach młode, świeżo przeobrażone grzbietorody opuszczają jamki w skórze samicy i rozpoczynają samodzielne życie. Wkrótce samica przechodzi wylinkę i jej skóra znów staje się gładka.

4. Eleutherodactylus coqui – żaba coqui. Żaby coqui należą do rodzaju płazów bezogoniastych, które nie posiadają stadium kijanki i dlatego nie wymagają zbiornika wodnego do rozmnażania. Samica składa jaja na wilgotnym mchu lub ściółce, albo wewnątrz zwiniętego lub złożonego liścia, a jajami opiekuje się samiec, który utrzymuje je w wilgoci aż do wyklucia. Wylęgają się od razu małe żabki

5. Hemiphractus fasciatus – żaba drzewna pręgowana lub ropucha hełmiasta (bogactwo płazów bezogoniastych jest ogromne i brakuje nam polskich odpowiedników, stąd wszystkie nazywamy żabami, ropuchami, rzekotkami). Samica tego płaza nosi jaja w kapsule skórnej na grzbiecie aż do wyklucia się. Rozwój jest prosty, a młode osobniki wyłaniają się jako w pełni rozwinięte żabki.

6. Drzewołazy (Dendrobatidae). Słynne kolorowe żaby z lasów tropikalnych unikają dużych zbiorników wodnych (pełnych drapieżników), wybierają mikro-akweny. Samica składa jaja w wilgotnym miejscu na lądzie. Gdy wyklują się kijanki, rodzic (często samiec) pozwala im wejść na swój grzbiet. Specjalny śluz sprawia, że młode trzymają się mocno jak w plecaku. Rodzic transportuje je wysoko w korony drzew, gdzie w kątach liści roślin (np. bromelii) gromadzi się woda deszczowa. Każda kijanka dostaje własny „basen”. Takie zbiorniczki roślinne nazywamy fytotelmami. Korzystają z nich także różne owady o wodnych stadium rozwojowym. Ponieważ w takiej małej roślinnej „kałuży” (fytotelmie) zazwyczaj nie ma jedzenia (lub jest bardzo mało), samica regularnie odwiedza swoje dzieci i składa im do wody niezapłodnione jaja, które służą kijankom za wysokobiałkowy pokarm. Taki analog ssaczego mleka do karmienia młodych. 

Z punktu widzenia biologii, każda z tych strategii to inwestycja typu "jakość ponad ilość" (w ekologii używa sie terminów strategia K i r lub oportuniści i specjalisci). Klasyczne żaby składają tysiące jaj, licząc na to, że przeżyje chociaż kilka. Płazy takie jak Pipa pipa czy żaby Darwina składają ich znacznie mniej, ale dzięki opiece nad potomstwem zwiększają szansę każdego osobnika na przetrwanie. Podobnie jest z owodniowcami, gady i ptaki składają zazwyczaj niewiele jaj. A u ssaków jednorazowa ciąża obejmuje zazwyczaj najwyżej kilka płodów.

Ląd był dla płazów wyzwaniem, które wymusiło na nich stanie się troskliwymi rodzicami. A ewolucyjnie zaowocowało to znacznie liczniejszymi lądowymi gatunkami gadów, ptaków i płazów. Co nie przekreśliło kolejnych prób uniezależniania się od środowiska wodnego w rozwoju osobniczym.

Historia Rheobatrachus silus to nie tylko opowieść o niezwykłej biologii. To także przypomnienie, jak łatwo można utracić unikatowe linie ewolucyjne. Każdy gatunek płaza, który znika, zabiera ze sobą niepowtarzalny zestaw adaptacji – często takich, których nie potrafimy nawet w pełni zrozumieć.

Jak już wspomniałem Rheobatrachus silus, to płaz, który najprawdopodobniej wyginął z powodu chorobotwórczego grzyba. Ta sama przyczyna zagraża i płazom w wielu innych miejscach świata. Pora więc przejść do niezwykłego projektu badawczego o jakże znamiennej nazwie. Projekt Lazarus (nazwany na cześć biblijnego Łazarza) to jedna z najbardziej ambitnych prób tzw. de-extinction, czyli „wskrzeszenia” wymarłego gatunku. Zespół naukowców pod kierunkiem profesora Mike'a Archera z University of New South Wales w Australii próbuje przywrócić przyrodzie i ludzkości utracone dziedzictwo różnorodności biologicznej.

Kluczem do całego projektu był przypadek i dalekowzroczność biologa Mike'a Tylera. Zanim Rheobatrachus silus ostatecznie wyginęła w latach 80., Tyler zamroził tkanki kilku osobników w temperaturze -196°C. Choć komórki były martwe, ich DNA przetrwało w stanie nienaruszonym przez ponad 30 lat. Naukowcy nie posiadają żywych plemników ani jajeczek żaby żołądkorodnej, więc muszą posłużyć się techniką, która dała nam owieczkę Dolly. Proces wygląda następująco. Naukowcy biorą jaja od żyjącego, dalekiego krewnego, np. żaby z gatunku Mixophyes fasciolatus (żaba wielka). Z jaja tejże żaby usuwa się jego własne jądro komórkowe (czyli usuwa się „oprogramowanie” żyjącego gatunku). Do tak przygotowanego pustego jaja wstrzykuje się jądro komórkowe pobrane z rozmrożonej tkanki wymarłej Rheobatrachus silus. Po setkach prób, w 2013 roku zespół ogłosił sukces: jajo zaczęło się dzielić! Powstał embrion, który zawierał genetyczne DNA wyłącznie wymarłej żaby. Naukowcy obserwowali pod mikroskopem, jak formuje się blastula. To był pierwszy raz w historii, kiedy udało się zmusić martwe DNA wymarłego gatunku do ponownej aktywności i podziałów komórkowych.

Mimo że udało się stworzyć embriony, żaden z nich nie dotrwał do stadium kijanki. Proces zatrzymuje się na wczesnym etapie rozwoju zarodkowego. Dlaczego? Jajo żaby-gospodarza (cytoplazma i mitochondria) może nie „rozumieć” wszystkich instrukcji przesyłanych przez DNA wymarłej żaby. To zwykła niekompatybilność materiału genetycznego z jądra z zawartością cytoplazmy i mitochondriów „dawcy”. Ponadto nawet w zamrażarce DNA z czasem ulega drobnej fragmentacji, co może blokować krytyczne etapy rozwoju.

Projekt Lazarus budzi kontrowersje, ale naukowcy argumentują, że mamy wobec tej żaby dług moralny. To człowiek (poprzez zawleczenie chorobotwórczego grzyba i niszczenie siedlisk) doprowadził do jej wyginięcia. Jeśli uda się wskrzesić Rheobatrachus silus, zyskamy nie tylko unikalne zwierzę, ale też zrozumiemy, jak żaba wyłącza kwas żołądkowy, mogłoby zrewolucjonizować leczenie wrzodów u ludzi. Ponadto technikę tę można by stosować do ratowania gatunków, które są na krawędzi wymarcia dziś, mając jeszcze "świeży" materiał genetyczny.

Projekt Lazarus trwa nadal i z każdą próbą naukowcy są o krok bliżej momentu, w którym z ust matki-zastępczej wyskoczy pierwsza od lat żabka żołądkorodna. Trzeba także zaprojektować taki inkubator, naśladujący żołądek żaby Rheobatrachus silus. Czy na płazach się skończy?

Grafika z publikacji. Też jak widać generowana przez AI lub malowana przez człowieka. Pierwszą nierealnością jest stanie na wodzie (lustracja z prawej), drugą zjadanie zapłodnionych jaj (jest ich zbyt dużo i część odpływa wraz z nurtem rzeki). Autor grafiki - Christophe Avon. Jest to współczesna rekonstrukcja oparta na starszych danych naukowych.

1.02.2026

Miesiąc z AI czyli nie ma cudownych narzędzi

 

A z tym eksperymentem było tak… Od dłuższego czasu uczę się sensownego korzystania z narzędzi AI. Czytam różne opinie, jedni zachwalają, inni ganią. A ja sprawdzam w działaniu jak na eksperymentującego przyrodnika przystało. Próbuję sam i uczę się od innych. W grudniu trafiłem na bezpłatny kurs AI online. Prelegent zachwalał i obiecywał cuda na kiju. Wysłuchałem jednego z tych webinariów, ale rzeczywistej treści było tam niewiele. W zasadzie była to reklama płatnego szkolenia i płatnych narzędzi, taka zajawka, coś na zachętę. Niczym pokaz garnków na limitowanym spotkaniu z prezentami za darmo. Było o tym, jakie to cudownie narzędzia to AI i jak obniża koszty pracy twego przedsiębiorstwa i jak zaoszczędzisz swój czas i swoje pieniądze. Takich szkoleń jest wysyp (wrócę do tego wątku później). Moda, nowinka a więc są ziarna i plewy. Jestem przyzwyczajony, obracając się w wśród edukatorów i naukowców, do dzielenia się wiedzą i wspólnego odkrywania. Ale między tym sporo jest komercjalizacji. A pośród szkoleń i książek skomercjalizowanych są te wartościowe jak i zwykłe marketingowe wydmuszki.

Na ponad godzinnym webinarium czegoś się jednak dowiedziałem (niewiele ale jednak coś). I chciałem sprawdzić czy to działa. Jeden pomysł ze szkolenia, z którego szybko, nawet z tej wersji bezpłatnej, zrezygnowałem. Sądzę, że „bezpłatność” to pozyskanie adresów e-mail (do późniejszych celów telemarketingowych), na który wysyła się mnóstwo reklam do udziału w płatnym szkoleniach. Reklama sprzedażowa czystej wody. A więc postanowiłem sprawdzić czy zaprezentowany i zachwalany cudowny sposób, magiczne zaklęcie, rzeczywiście działa. Cudowna recepta z AI na 30 dni i 30 postów. Przerobiłem po swojemu, dostosowałem. Już nie do salonu kosmetycznego czy innego biznesu ale do pozyskania funduszy przez buycoffee na prowadzenie mojego bloga. Bardziej chodziło mi o sprawdzenie czy to działa niż pozyskanie funduszy, bo te nie są mi niezbędne. Piszę bo chcę. Owszem, wsparcie by się przydało, zwłaszcza niebawem, gdy przejdę na emeryturę.

Napisałem dwa prompty, jeden by wygenerować pomysły na tematy do social mediów, a drugi by stosować do wygenerowania konkretnej treści z tak pozyskanej listy. I do tego grafika, tak jak sugerowano w szkoleniu. Wykorzystałem Gemini, czasem także Copilot.

Prompt 1. „Wciel się w biologa popularyzującego naukę i zafascynowanego przyrodą, zaplanuj mi teksty na 30 dni w styczniu na Instagramie dla profilu Profesorskie Gadanie. Posty mają mieć treść edukacyjną i charakter poradników.” Otrzymałem szybko pierwszą listę tematów z Copilota. Nie bardzo mi pasowała, bo była zbyt sztampowa i oczywista. Prompt nieco zmodyfikowałem i doprecyzowałem, że ma być więcej o bezkręgowcach, w tym o owadach. Tym razem generowałem z Gemini. Po góra dwóch minutach jest lista, pora do codziennej pracy. Czy rzeczywiście AI zastąpi człowieka i da oszczędności w firmie? Było to pod koniec grudnia, nie chciałem czekać aż do stycznia więc zacząłem przed świętami z planem, że dokończę właśnie w styczniu. Ważne, że będzie 30 postów (i prawie codziennie).

Prompt 2 „Wciel się w copywritera piszącego w stylu Stanisława Czachorowskiego i napisz mi ciekawy post na Instagram pod tytułem [tu wklejałem temat z pierwszej listy]. Pisz ciekawie i wywołaj dyskusję. Na końcu zachęć do wsparcia bloga Profesorskie Gadanie przez buycoffee.

Słowa „na Instagram” dodałem dopiero po jakimś czasie. Bo generowane treści miały za dużo znaków i nie mieściły się w instagramowym limicie. Ale to uzupełnienie nic nie pomogło i tak otrzymywałem ciut za długie teksty (wliczając hasztagi). Musiałem ręcznie skracać. Może powinienem w prompcie liczbowo wskazać liczbę znaków? Poprawki były potrzebne, bo początkowo nie było śniegu za oknem a AI pisało standardowo. Poprawiałem także niektóre zwroty. Otrzymywałem jednak dobry językowo tekst, z zachętą do zabrania głosu, hasztagami i poprawnie wpisanym adresem do profilu na buycoffee. Na pierwszy rzut oka wyglądało bardzo dobrze.

Ile czasu to trwało? Włączenie edytora, uruchomienie AI, skopiowanie, poprawienie i umieszczenie na Instagramie zajmowało średnio 10-12 minut na każdy post. Wpis wymagał mimo wszystko poprawy, bo nie mieścił się w ilościowym standardzie Instagrama i trzeba było ciut skracać, a przy okazji nieco zmodyfikować treść. Czyli całkowicie nie da się tego zautomatyzować, człowiek jest jednak potrzebny. Licząc sumarycznie niezbędny czas na miesiąc pisania wychodzi jakieś 300-400 minut, czyli jakieś 6-7 godzin pracy. Jeden roboczy dzień intensywnej pracy, jeśli zaplanować automatyczne publikowanie postów wg ustalonego terminarza (czyli całość można wykonać jednego dnia i zaplanować automatyczną publikację w określonym czasie). Ale pisanie miesiąc do przodu nie daje możliwości dostosowania do bieżących zmian, np. pogodowych. Jeden dzień to outsourcing dla zawodowego copywritera i jest to na pewno tańsze niż utrzymywanie człowieka na etacie. Ale czy tańsze od zlecenia takich dodatkowych obowiązków swojemu pracownikowi? Lub wykorzystanie swojego czasu, jako inwestycji biznesowej i poszerzenie zakresu pracy? Fakt, pracownik lub kierownik (właściciel) musiałby mieć umiejętności pisania samodzielnego lub z AI i prowadzenia profilu w mediach społecznościowych. 

Wybrałem opowieści przyrodnicze na styczeń, czyli zimę. Lecz zacząłem pod koniec grudnia. Wtedy nie było śniegu, więc trzeba było nieco modyfikować zimowe tematy. Potem niespodziewanie spadł śnieg i wraz z mrozem długo się utrzymał. Nie dało się by tego przewidzieć na miesiąc wcześniej. Tylko pozornie ta cudowna recepta jest taka cudowna. Oszczędność czasowa i finansowa dla małej firmy? Na pewno. Czy to zawodowy, zewnętrzny copywritter, czy to tanie narzędzie AI, ale bez stałego zaangażowania kogoś z firmy, daje kiepskie, płaskie i sztuczne efekty. Brak wiarygodności, wynikającej z dobrego osadzenia w kontekście miejsca i czasu. Widać tę sztuczność. Nawet jeśli ubrana jest w piękne słowa.

Trochę więcej problemów było z grafiką. Prompty typu „wygeneruj grafikę do tego tekstu”, nie były najlepszym rozwiązaniem, bo Gemini umieszczał słowa na grafice. A generowanie słów nie wychodzi modelom językowym najlepiej. Słowa i litery traktowane są jako obrazy i powstaje sporo błędów literowych, czasem wręcz nierozczytywalnych. Czasem posiłkowałem się Copilotem. Lepsze rezultaty osiągałem, gdy doprecyzowałem prompt, wskazując co ma być na ilustracji. Czasem pojawiały się błędy merytoryczne, niby obrazek piękny i ładny ale treść niezgodna z rzeczywistością, np. locha z młodymi warchlakami w zimowej i śnieżnej scenerii. Owszem, okres godowy dzików przypada na zimę, ale młode rodzą się dopiero wiosną. Tak było nawet w wygenerowany tekście. Zaletą Gemini jest to, że na grafice umieszcza swój znak graficzny, co jest jasnym sygnałem dla widza, że obraz wygenerowała sztuczna inteligencja. Nie trzeba już umieszczać w podpisie wyjaśnienia.

Czego się przez ten miesiąc dowiedziałem? Że ten cudowny sposób nie działa. Może działa dla salonów kosmetycznych i innych tego typu biznesów. Ja nie uzyskałem żadnego efektu finansowego. Ani złotówka nie wpłynęła na konto buycoffee. Gdzie leży przyczyna? Może mój produkt/usługa jest po prostu w tej formie niesprzedawalna? I żadne magiczne zaklęcia generowane w 5 minut tego nie zmienią. Może gdzie indziej leży przyczyna niż w atrakcyjności pisania w mediach społecznościowych?

A zasięgi na Instagramie? Nigdy wcześniej tak regularnie nie publikowałem. Poza postami z szablonu AI czasem pojawiały się także moje tradycyjne, oryginalne zdjęcia i lakoniczny wpis. Posty wygenerowane wraz z grafiką (były nawet hasztagi) nie uzyskiwały większych zasięgów niż dawniejsze, w pełni moje własne z oryginalnymi zdjęciami i krótkimi tekstami, niedopracowanymi. Nie widać jakościowej zmiany. Czyli nie było większych zasięgów, nie było dotarcia do szerszej publiczności i nie było efektu finansowego. To po prostu tak nie działa. Owsem w ciągu 30 dni przybyło chyba z 5. nowych obserwatorów. Ale czy to efekt tekstów i grafik, wytworzonych przez AI, czy tylko efekt zwykłego publikowania na Instagramie? Tego nie wiem. Za mało danych by móc to wiarygodnie zweryfikować.

Czego się nauczyłem? Że AI nie zastąpi autentyczności i wiarygodności. I że nie ma cudownych dróg na skróty. Jest za to rozwijający się biznes z AI, od kursów, szkoleń, agentów itp. po e-booki i reklamę. Na to też trzeba czasu i środków.

Porady z darmowego szkolenia to w gruncie rzeczy bardziej reklama płatnego szkolenia i płatnego narzędzia AI (złap haczyk i zapisz się na płatne szkolenia oraz kup abonament do korzystania z dedykowanego narzędzia AI, do pisania reklam, książek i czego tam jeszcze). Płatne szkolenie a nie dzielenie się wiedzą. Jak wybrać z bogatej oferty by się nie dać nabrać na wydmuszkę i sprzedawców marzeń? Trzeba mieć własną wiedzę, AI nas w tym nie zastąpi.

AI to nowe zjawisko. Pierwsi zwiadowcy przeznaczyli swój czas na rozpoznanie i własną naukę. Wracają do nas ze swoją wiedzą i się nią dzielą. Jedni w wersji bezpłatnej, edukacyjnej, inni w wersji płatnej, skomercjalizowanej. Namnożyło się książek (e-booków) i kursów różnej wartości. Ze szkolenia trwającego jedną godzinę (trwało dłużej, ale ja wytrzymałem tylko tyle) przydał mi się zaledwie jeden prompt i jeden mały pomysł. Sprawdziłem i okazał się nieskuteczny. Albo sam pomysł nie jest skuteczny albo moje wykonanie nie było właściwe.

W tym długim webinarium reszta to wypełniacze, obietnice, ogólniki i zachwalanie kompetencji szkoleniowca. Niczym komiwojażer sprzedający żelazka, garnki i cudowne gadżety domowe. Znamy to z reklam od dziesięcioleci, w tym z telewizji. Sprzedawcy marzeń.

Wspominam lata 90. i książkę o tym, jak szybko stać się bogatym. Tak, na fali entuzjazmu lat 90. XX wieku, kupiłem i przeczytałem tę książkę. Wtedy lepiej zrozumiałem interesy sprzedażowe: zostań agentem i sprzedawaj cudowne produkty. Ale sam najpierw kup, by być agentem (tak działały nawet sprzedaże ubezpieczeń), sny o wielkości i szybkim łatwym bogactwie. Teraz AI odświeża te marzenia. Efekt piramidy i łańcuszka świętego Antoniego. Po raz pierwszy z tym mechanizmem spotkałem się, gdy byłem uczniem szkoły podstawowej. Zbierałem pocztówki. I wtedy dostałem list z propozycją bym wysłał pocztówki do sześciu wskazanych osób a sam dopisał się na końcu kilkupoziomowej listy. Z matematycznie uzasadnionej obietnicy wynikało, że niebawem dostanę kilkaset pocztówek. Nie dostałem żadnej. Łańcuszek przynosi efekty, ale tylko na początku, gdy dociera do ludzi z marzeniami. Potem pula się wysyca i większość rezygnuje. Dałem się nabrać na te iluzje w wieku szkolnym. W zasadzie zadziałało jak szczepionka, czegoś się nauczyłem. Potem, już jako dorosły, spotykałem się z wieloma pomysłami na różne piramidy finansowe i inne łańcuszki szczęścia. Nie tylko dzieci lecz i dorośli dają się zwieść marzeniom szybkiego zarobku. Odwieczna wiara w „Stoliczku nakryj się” lub cudowne, magiczne zaklęcia. Teraz AI jako nowość objawia się w formie cudownego narzędzia, ułatwiającego pracę i dającego bogactwo. Łatwo i szybko. Trzeba tylko wykupić dostęp do płatnego szkolenia, na którym poznasz to zaklęcie i wykupić dostęp do czarodziejskiej różdżki, wzmacniającej owo zaklęcie (pakiet agentów AI). Sprzedawcy marzeń zawsze znajdą chętnych, tak jak i wszelkie loterie.

Jaki morał z tej opowieści? Że solidna wiedza zawsze się przydaje, a do jej zdobycia potrzeba wysiłku i wytrwałości.

Jedna z niewykorzystanych grafik na Instagramie.

Grafika wygenerowana przez Gemini (Nano Banana) na podsumowanie 30-dniowego projektu.