15.08.2019

Kopułka - smukła osa z dzbanuszkami

(fot. Agnieszka Kubrak)
Internet zbliża ludzi, tworzy znacznie liczniejszą wspólnotę ludzi komunikujących się, opowiadających i dyskutujących. Sam z tego korzystam, gdy czegoś poszukuję. Znacznie łatwiej o kontakt ze specjalistą, osobą akurat wiedzącą to, czego potrzebujemy. I można widzieć i wiedzieć więcej. Dzięki publikowaniu różnych informacji o owadach i przyrodzie na rożne sposoby dostaję zapytania (sms-em, mailem, przez komunikator). Ot na przykład dostałem takie zapytanie wraz z kilkoma zdjęciami:

"Dzień dobry. Szukając w internecie informacji na temat dziwnych gniazd wybudowanych przez owada w jednym z okien mojego domu, natrafiłam na Pana artykuł o gliniarzu naściennym. Pozwoliłam więc sobie napisać do Pana z prośbą o rozwikłanie zagadki. Odkryłam te gniazda po otworzeniu okna, które jest bardzo rzadko otwierane i używane. Są one okrągłe [chodzi o gliniane konstrukcje, wykonane przez owada - S.Cz.] - podobne kształtem i wielkością do orzecha laskowego i zrobione z twardej, szarej, jakby gliniastej masy. Obok leżał martwy pająk. Zdjęcia przesyłam w załączniku. Kto jest "autorem" tych gniazd? Czyżby gliniarz? Mieszkam w woj. dolnośląskim, dawnym jeleniogórskim, w małej wsi położonej między Bolesławcem a Lwówkiem Śląskim. Z góry serdecznie dziękuję za rozwiązanie zagadki. Bardzo ciekawa jestem co to za owad. Z serdecznymi pozdrowieniami- Agnieszka Kubrak (...)"

Jak na gliniarza naściennego to komory lęgowe są zbyt kuliste. Bardziej przypominają mi komory lęgowe osy kopułki. Co prawda kopułki w tych glinianych dzbanuszkach składają gąsienice motyli a nie pająki (na pająki polują nastecznikowate, w tym gliniarz naścienny), ale na zdjęciu widać wyraźne otwory - najprawdopodobniej ślady po wyjściu dojrzałej już osy (tak więc złożone zapasy zostały już zjedzone przez larwy). Zatem znaleziony pająk najprawdopodobniej nie pochodzi z wnętrza komory lęgowej, raczej jego obecność jest przypadkowa.

Kopułki jako podrodzina Eumeninae należą do rodziny osowatych (Vespidae) (ta ostatnia liczy w Polsce 62 gatunki). W Europie stwierdzono około 80 gatunków z tej podrodziny a w Polsce prawie 50. Banieczkowane, dzbanuszkowate komory lęgowe robią kopułki z rodzaju Eumenes - w Polsce stwierdzono 7 gatunków (Eumenes coarctatus, E. coronatus, E. papillarius, E. pedunculatus, E. pomiformis, E. sapertanus, E. subpomiformis). Kopułki są w Polsce bardzo słabo poznane, w tym także w aspekcie ich rozmieszczenia jak i wykazu gatunków (być może jest ich więcej niż 7).

Kopułki z rodzaju Eumenes budują komory lęgowe z gliny, piasku, wody i śliny w kształcie kulistym wielkości ok. 1 cm, z charakterystycznym otworem średnicy ok. 1 mm i wywiniętym brzegiem. Umieszczają je na płaskim podłożu: na kamieniu lub kawałku drewna. Jak widać parapet okna też okazuje się przydatny.  Do środka samica składa jedno jajo osadzone na trzonku. Następnie znosi sparaliżowane gąsienice motyli, zwłaszcza z rodziny miernikowcowatych (Geometridae). Na koniec, wykorzystując materiał na wywiniętym brzegu, zakleja otwór wejściowy. Nie ma już więc tego charakterystycznego kształtu kulistego dzbanuszka. Jest niepozorne i trudno je odnaleźć.

Dorosłe kopułki z rodzaju Eumenes można spotkać od maja do września - większość gatunków ma dwa pokolenia w roku. Zasiedlają nasłonecznione, suche, otwarte miejsca, zwłaszcza nieużytki, przydroża, piaskownie i żwirownie. Niektóre gatunki są pospolite ale nieliczne dlatego trudno je spotkać w terenie.

Eumenes pedunculatus buduje komory lęgowe wielkości orzecha, które rozmieszczone są czasem w większej liczbie obok siebie. Spotkać je można w zaroślach. Ponieważ kopułki atakowane są przez parazytoidy, to z komory lęgowej czasem wychodzi inna błonkówka (np. złotolitka Chrysis).

Kopułka przewężona (Eumenes pomiformis) - owady dorosłe występują od wiosny do września w kilku pokoleniach. Dzbanuszkowate komory lęgowe przyczepia do kamieni, pod korą, na murach i krzewinkach.

Podobną, kulistą komorę lęgową buduje bolica budowniczka (Ancistrocerus oviventris syn. Odynerus oviventris). W płytkich zagłębieniach w kamieniach lub skałach buduje z gliny lub piaszczystej ziemi, wydłużone, początkowo otwarte od góry komory lęgowe. Składa jajo i znosi sparaliżowane larwy chrząszczy z rodziny stonkowatych (Chrysomelidae) i ryjkowcowatych (Curculionidae). Następnie pokrywa kilka komór dodatkową warstwą gleby. Jej gniazda znajdowane były także na poręczach mostów i metalowych dźwigarach

źródła:
  • Bellmann Heiko, Owady, Multico, Warszawa 2007
  • Bellmann Heiko, Błonkówki. Pszczoły, osy i mrówki środkowej Europy, Multico, Warszawa 2011.
  • Skibińska Ewa, Osy Vespoidea, W: Fauna Polski. Charakterystyka i wykaz gatunków, Tom I, Muzeum i Instytut Zoologii PAN, 2004.
  • Strojny Henryk, Owady, PWN, Warszawa 1989.
  • Zahradnik Jiri, Przewodnik - Owady, Multico, Warszawa 1996.

5.08.2019

Betonoza na prowincji


Ekolodzy mówią o zasadzie (prawie) Czerwonej Królowej - trzeba biec by zostać w tym samym miejscu. To obrazowe porównanie do ewolucji w nieustannie zmieniającym się środowisku. Czyli nieustanna ewolucja by dostosowywać się do zmieniającego się środowiska i warunków egzystencji. Specyfiką Homo sapiens jest kultura czyli "rozszerzony behawior" - dostosowujemy się do środowiska nie tylko biologiczne i genetyczne ale przede wszystkim kulturowo. Bo zmiany kulturowe są znacznie szybsze niż zmiany biologiczne. Możliwe są w trakcie trwania jednego pokolenia. A za sprawą aktywności człowieka zmiany są niezwykle szybkie i głębokie, wręcz globalne czego przykładem jest przegrzanie klimatu. Rozum pozwala nam zrozumieć procesy zachodzące w przyrodzie i dostosować kulturę do tych zmian. Przyzwyczajenie są jednak silne...

O sukcesie a nawet przetrwaniu cywilizacji (w skali regionalnej czy lokalnej) zadecyduje kultura i zdolność do myślenia czyli rozumienia zachodzących procesów. Mamy rozum ale czy z niego korzystamy? Czy zdajemy sobie sprawę z gwałtownie zachodzących zmian i pilnej potrzebie szybkich zmian?

Rozwój zrównoważony to ten element kultury, który wskazuje nam jak żyć i dostosować kulturę do zmieniającego się środowiska. Najkrócej opisać można rozwój zrównoważony (ekorozwój) jako kompromis pomiędzy naszymi potrzebami a potrzebami przyszłych pokoleń. Inaczej to ujmując: środowisko to coś, co pożyczyliśmy od przyszłych pokoleń. I trzeba oddać z stanie nie gorszym niż otrzymaliśmy. A jakie środowisko i możliwości życia przekażemy naszym dzieciom i wnukom? Czy chcemy się podzielić? W skali globalnej czy chcemy się podzielić zasobami, wodą, czystym powietrzem z ludźmi z innych krajów i kontynentów? Po nas choćby potop?

Jeszcze inaczej można określić rozwój zrównoważony jako kompromis między potrzebami społecznymi, potrzebami gospodarki oraz potrzebami przyrody. Żaden z tych komponentów nie może być pominięty. Bo jest to jak stół o trzech nogach - jeśli którakolwiek będzie krótsze, to wszystko ze stołu pospada.

Najłatwiej zobaczyć realizację idei ekorozwoju w miastach. Wymaga dialogu i komunikacji społecznej pomiędzy różnymi specjalistami w zarządzaniu i planowaniu. Zbyt wąskie widzenie grozi katastrofą. Przykładem jest powszechna w polskich miasteczkach "betonoza". Archaiczna estetyka zamieniania placów w betonowe (czasem z kostki granitowej) pustynie. Dawno temu, taki plac przed ratuszem wyłożony brukiem miał sens. Bo odbywały się targi i liczni rolnicy przywozili swoje dobra na furmankach. Bruk zapewniał dobre warunki - nie było błota i grzęzawiska, łatwiej  było uprzątnąć końskie odchody. Teraz przyroda jest znacznie bardziej zmieniona, miasta się rozrosły, powierzchnie zadrzewione znacząco zmniejszyły a... sprzedaż produktów nie odbywa się z furmanek. Chodzimy do sklepów. Place w mieście pełnią więc zupełnie inną rolę. Wobec wyznań ocieplenia klimatu konieczne staje się jak najliczniejsze zacienienie przestrzeni i jak najliczniejsze nasadzenia drzew. Po drugie trzeba tworzyć przyjazną przestrzeń publiczną dla mieszkańców i turystów (do wypoczynku i rekreacji a także dla turystów czyli dla gospodarki).  Betonowe place może dobre są do zamiatania i organizowania raz czy dwa razy do roku jakiegoś capstrzyku czy defilady. Ale do codziennego życie to zmarnowana i niewykorzystana przestrzeń.

Jak Polska długa i szeroka w małych miasteczka - na skutek dostępu różnych środków unijnych i krajowych, modernizuje się centralne place. Znika zieleń, pojawia się wybetonowana, "ładna" przestrzeń. Zupełnie niefunkcjonalna i nieadekwatna do współczesnych potrzeb. Rewitalizacja pozorna bo nie wraca ożywienie społeczne. Przestrzeń nie jest zachęcająca do relaksu, spotkań i aktywności.

Na zdjęciu wyżej przykład niekompetencji i braku wiedzy, zarówno ze strony zlecającego jak i wykonawcy. Ostróda, fragment historyczny miasta średniowiecznego, odbudowany ratusz, pewno za duże pieniądze (na szybach napisy "lokale do wynajęcia"). W zamierzeniach miała być chyba rewitalizacja, a wyszła betonoza i drogi, ekscentryczny parking dla samochodów. Podobno wcześniej rosły tam wiekowe lipy. W czasie upałów ratusz i otoczenie nie nadaje się dla turystów. Kosztowny parking i zmarnowana przestrzeń miasta, blisko zamku. Ostróda jako miasto turystyczne potrzebuje miejsc atrakcyjnych dla turystów. W małych miasteczkach taką przestrzenią mogą być dawne średniowieczne rynki. Wojna z Ostródą obeszła się srogo. Zniszczona stara zabudowa... źle została zabudowana blokami. Przez długie lata nic tu się nie działo, bo przestrzeń jest niedogodna dla kawiarni, sklepików itd. Ale po rewitalizacji i odbudowie zabytkowego ratusza sytuacja się nie poprawiła. Zabytek nie wystarczy, lokale stoją puste. Jest tylko rozległy parking. Ani przestrzeń rekreacyjna dla mieszkańców ani atrakcja dla turystów. Zobaczyć ratusz i pójść dalej, Raptem 5-10 minut wizyty.

I dla kontrastu niżej zdjęcie, też z Ostródy, już lepsze podejście, są drzewa dające cień i dlatego pewnie utrzymuje się tam lokal gastronomiczny. Gdzie będą ludzie przychodzić i prowadzić niezbędne życie towarzyskie czy rekreacyjne? Gdzie będą przychodzić turyści? Na betonowych parkingach w zabytkowym centrum życie wcale nie kwitnie...

Ewidentny bubel z ratuszem będzie straszył przez lata jako nieudana inwestycja. A przecież mogło być dużo lepiej. Wiedza ma kapitalne znaczenie! Błędy lekarzy widzimy na cmentarzach, błędy architektów - na ulicy. Niestety przykłady szkodliwej betonozy widoczne w wielu polskich miasteczkach.



1.08.2019

Susza, mała retencja i szkodliwe wykaszanie rzeki Łyny


Spacerując nad rzeką Łyną, po niedawno oddanej do użytku Łynostradzie, oczom (przyrodnika) ukazał się przykry widok (uwidoczniony na zdjęciach). Wraz z nurtem rzeki płyną wykoszone kępy roślinności wodnej. Najwyraźniej i w tym roku przystąpiono to rytualnego wykaszania-czyszczenia koryta rzeki. Dlaczego nazwałem to rytualnym? Bo wynikającym z dawnych przyzwyczajeń a obecnie nieuzasadnionych.

Mój smutek wynika z kilku powodów, po pierwsze niszczenie różnorodności biologicznej, po drugie negatywne skutki dla bilansu wodnego (w tym pogłębianie efektów suszy) i po trzecie nieestetyczne i nieprzyjemne skutki dla turystów oraz tutejszych spacerowiczów. Szczegółowo to uzasadnię wraz ze wskazaniem na archaiczności i nieadekwatność takich zabiegów.

Rośliny wodne to nie tylko fotosynteza i konkretne gatunki ale także miejsce przyczepu i siedlisko wielu organizmów wodnych. Od małych pierwotniaków, jamochłonów, wrotków i wielu innych grup, składających się na peryfiton, po wiele makrobezkręgowców (owady wodne, mięczaki, skorupiaki itd.). Ogromne bogactwo życia. Jedne znajdują schronienie, inne mocno się przyczepiają do roślin, jeszcze inne składają jaja. Wraz z wykaszaniem wszystkie praktycznie giną. Bo nie tylko niszczone jest ich siedlisko ale cała ta roślinność wyjmowana jest na brzeg i tam na lądzie umierają setki gatunków, dziesiątki tysięcy osobników hydrobiontów. Także i chruścik niprzyrówka rzeczna (Leptocerus inetrruptus), który uznany jako prawdopodobniej wymarły, kilka lat temu został znaleziony m.in. w rzece Łynie na odcinku powyżej Olsztyna. Ale to tylko jeden z wielu przykładów. Jako hydrobiologowi żal mi na to patrzeć…

Może jest jakiś cel nadrzędny, dla którego taką stratę przyrodniczą w bioróżnorodności warto (trzeba) ponieść? Wykaszanie roślin wodnych w korycie rzeki Łyny w obecnych warunkach środowiskowych (wieloletniej suszy) nie jest adekwatnych działaniem. Wręcz szkodliwym. Roślinność w nurcie rzeki spowalnia odpływ wody, jest więc elementem naturalnej, małej retencji. Na problem małej retencji zwróciło już uwagę nawet Państwowe Gospodarstwo Wodne Wody Polskie: „Pamiętajmy, że aby zapobiec suszy, konieczne są różnego typu działania. Wszystkie koncentrują się na zatrzymywaniu wody, przede wszystkim w miejscu, którym ona spadła jako deszcz. To powoduje, że spowalniany jest jej odpływ do potoków i rzek. Zatrzymana woda dłużej pozostaje w lokalnym środowisku, stopniowo zasila grunt, przeciwdziała suszy. Warto też pamiętać, że z założenia mała i duża retencja chroni nie tylko przed skutkami suszy, ale zapobiega również podtopieniom oraz powodziom.” (źródło:  „Niskie stany wód w rzekach. Retencja odpowiedzią na suszę")

Województwo wamińskio-mazurskie stosunkowo mało – w porównaniu do innych części kraju – odczuwa katastrofalne skutki suszy i braku wody. Prawdopodobnie w dużej części wynika to z wieloletnich działań Lasów Państwowych, które na swoich terenach wprowadzają od dłuższego czasu liczne działania, związane z małą retencją. Nie są one widowiskowe, nie buduje się wielkich zapór czy dużych inwestycji ale przynoszą dobre skutki – woda zatrzymywana jest w krajobrazie, w małych zbiornikach, torfowiskach, spowalniany jest odpływ na małych ciekach wodnych. W znacznym stopniu w tym działaniu wspomagają nas bobry.

Skoro od lat wiemy już o dobrych skutkach małej retencji, to dlaczego w dalszym ciągu  wykasza się rzeki? Chyba tylko dlatego, że kiedyś się tak robiło – siłą przyzwyczajenia. Bez uwzględnienia obecnej sytuacji i obecnych potrzeb. To tak, jakby ktoś zimą zaczął sypać piasek na chodnik by na ubitym i zamarzniętym śniegu nie było ślisko dla pieszych. Działania uzasadnione. Ale jeśli ktoś kontynuuje je również latem… to jest to czynność zupełnie nieadekwatna i „archaiczna”.

Po co wykaszać roślinność z nurtu rzeki? By przyspieszyć odpływ wody i udrożnić kanał do żeglugi? Tyle tylko, że Łyna już od bardzo wielu dziesięcioleci nie jest wykorzystywana jako tor wodny dla tratw ze spławianym drewnem. Dawniej może miała znaczenie dla transportu, teraz już kompletnie nie ma takiego znaczenia. Wykorzystywana jest jedynie turystycznie i rekreacyjnie, a kajakarzom roślinność wodna nie przeszkadza w pływaniu. A przyspieszanie odpływu wody – jak wspomniałem wyżej – wobec długoterminowych deficytów wody jest zupełnie niewskazane.

Dlaczego obecnie brakuje nam wody dla celów przemysłowych, rolniczych i nawet komunalnych (w kilkudziesięciu miejscowościach Polski w tym roku zarządzono oszczędne i ograniczone korzystanie z wody wodociągowej bo jej brakuje w ujęciach). Zmienił nam się klimat. W czasie cieplejszych zim, nawet jeśli spadnie śnieg, to szybko topnienie i spływa rzekami do morza. Nie mamy wiosną zimowego zapasu wody w krajobrazie. Po drugie, przy dłuższym sezonie wegetacyjnym rośliny wykorzystują więcej wody na transpirację. Dawne działania, polegające na odwodnieniach – jeszcze w XIX wieku Niemcy na dużą skalę osuszali jeziora i torfowiska – w obecnej sytuacji są zupełnie nieadekwatne i niepożądane. We własnym gospodarczym interesie powinniśmy przywracać do życia torfowiska, zabagnienia i małe zbiorniki wodne.

Za spore pieniądze u nas dalej wykaszają roślinność wodną w mniemaniu, że są to działania korzystne i pożądane… Wycięte rośliny zbierane są na linowych przegrodach, np. w Olsztynie przy moście na ul. Niepodległości, vis-a-vis szpitala miejskiego. Po pierwsze uniemożliwiony jest ruch dla kajaków. Nie da się przepłynąć. Konieczna jest przenoska i to w miejscu na to nieprzygotowanym. Przez co najmniej kilkanaście dni lub kilka tygodni traci rekreacja kajakowa w samym mieście. Po drugie zbierająca się martwa materia po prostu gnije z towarzyszącymi temu procesowi zapachami. Wybierana jest na pryzmy na brzegu. Gnijąca materia organiczna po prostu bardzo nieprzyjemnie śmierdzi. Nie sprzyja to spacerom po Łynostradzie a i zlokalizowanie miejsca wyjmowania roślinności wykoszonej tuż przy szpitalu nie jest rozwiązaniem trafionym.
(Małe zatory przy brzegu i na gałęziach z gnijącą,
wykoszoną roślinnością wodną)

Płynące kępy wykoszonej roślinności zatrzymują się na nadbrzeżnych gałęziach itd. Nie wygląda to ładnie. Ślady pozostaną na bardzo długo.

Może więc wykaszanie roślin ma znaczenie przeciwpowodziowe? Też nie. Wieloletnia praktyka wykazała, że przyspieszanie spływu wody, np. przez prostowanie koryt cieków, regulację i betonowanie brzegów zwiększa tylko zagrożenie powodziowe, bo poniżej fala powodziowa tworzy się bardzo szybko. Na całym świecie odchodzi się od tych nietrafionych działań, na powrót renaturyzuje się rzeki i wykorzystuje doliny rzeczne jako naturalne zbiorniki retencyjne. W przypadku Olsztyna zagrożeniem jest zasypywanie samej doliny jak i koryta rzeki ziemią pobudowlaną i gruzem – na odcinku poniżej Rusi i Bartąga. Ale nie rosnąca w nurcie roślinność wodna.

Może po wykoszeniu jest ładniej? Bo jak rosną rośliny w nurcie to na nich często zatrzymują się śmieci, takiej jak butelki, styropian, torby foliowe itd.? Tak, jesteśmy brudasami i wszystko wyrzucamy do rzeki. To także archaiczne zachowanie. Przez wieki rzeki były kanałami sanitarnymi, wyrzucaliśmy wszelkie nieczystości, czy to padlinę, czy śmieci, czy zawartość ustępów. I problem odpływał. Przy małym zaludnieniu i rozproszonym osadnictwie tak można było funkcjonować w średniowieczu. Ale już od dziesięcioleci widzimy zmiany w postrzeganiu rzeki - miasta odwracają się twarzą (frontem) do rzek i traktujemy je jako miejsca rekreacyjne (a nie sanitariat). Wyraźnie widać to w sposobie zabudowy. Niestety, wielu z nas wyrzuca małe i duże śmieci gdziekolwiek, także i do jezior czy rzek. I potem płyną. Ale mądrzej byłoby usuwać śmieci z wody, nawet w formie akcji wolontariatu, niż wykaszać roślinność „by śmieci się nie zatrzymywały”. Bo nie jest to rozwiązanie problemu a jedynie przysłowiowe zamiatanie pod dywan.

Piszę ze smutkiem, licząc, że to wołanie na puszczy przyniesie jednak jakiś dobry skutek. Może już w przyszłym roku nie będzie takiego bezsensownego wykaszania rzeki Łyny w Olsztynie ?

Miejsce wyławiania wykoszonej roślinności, przegroda na rzece, uniemożliwiająca przepłynięcie i pryzmy gnijącej materii organicznej. Bardzo intensywny i nieprzyjemny odór. 

27.07.2019

Gliniarz naścienny

Fot. Joan Carles Hinojosa Galisteo,
Wikimedia Commons
Nauka składa się z wielu jednostkowych obserwacji. Wiele z nich jest prosta do wykonania i przez to dostępna dla każdego. Każdy z nas może być współuczestnikiem zbierania materiałów naukowych.

Obecnie w przyrodzie zachodzą bardzo głębokie i szybkie zmiany, m.in. za sprawą globalnego ocieplenia (ale nie tylko z tego powodu). Widać szybkie procesy sukcesji ekologicznej, przebudowy całych ekosystemów, zmiany zasięgu występowania wielu gatunków grzybów, roślin i zwierząt, wymieranie gatunków i ewolucja innych. Potrzebne są liczne i różnorodne obserwacje, by potem przeprowadzać analizy na dużej liczbie danych. Parafrazując można napisać: żniwo wielkie tylko mało jest żniwiarzy. Także i Ty możesz dołączyć. Nauka jest kolektywna i konektywna.

Na przełomie XIX i XX w. na terenie Prus Wschodnich w wielu szkołach prowadzono obserwacje terminu zakwitu różnych roślin zielnych i drzew. Gdyby te obserwacje powtórzyć w tych samych miejscach, byłby wspaniały materiał do porównań i analiz długoterminowych. Podobnie z obserwowaniem owadów - wolontariusze-przyrodnicy mogą zbierać w wielu miejscach proste dane o obecności tych czy innych gatunków, a naukowcy w ośrodkach akademickich mogą te dane profesjonalnie i obiektywnie analizować oraz wyciągać wnioski nie z jednostkowych obserwacji ale z dużego materiału porównawczego.

Jednym z wielu przykładów jest gliniarz naścienny. Warto jednak zaznaczyć, że jest więcej podobnych gatunków, a zatem nie każda gliniana baryłka z pająkami to jego dzieło. Sceliphron destillatorium  czyli gliniarz naścienny należy do rodziny nękowatych (Sphecidae – ta rodzina błonkoskrzydłych jest zdolna do budowy gniazd i opieki nad potomstwem). Znany też pod nazwą formierz oraz szczerklin pająkówek. Jest to bardzo duża i smukła żądłówka o cienkim, żółtym styliku; pozostałe tergity odwłoka są zabarwione na czarno. Tułów także jest czarny. Odnóża są żółtoczarne. Nasadowy człon czułków żółty. te cechy powinny ułatwić identyfikację owadów dorosłych. Ale warto zrobić zdjęcie do dokumentacji, w różnych ujęciach. Wtedy łatwiej o konsultacje ze specjalistą i weryfikację swojej obserwacji.

W Polsce dawniej gliniarz naścienny obserwowany był rzadko, obecnie lokalnie jest pospolity i liczny, zwłaszcza na południu kraju. Sprzyja temu także jego medialna sława, czasem opisywany jako czarny szerszeń (prawda, że nazwa groźna i zwracająca uwagę?). Na czerwonej liście zwierząt wymarłych i zagrożonych znalazł się w kategorii NT. Wobec licznych, nowych stwierdzeń należałoby chyba status zmienić.

W Polsce gatunek tej "osy" niemal wyłącznie występuje w warunkach synantropijnych. Spotkać go można w pobliżu budynków mieszkalnych, lub gospodarczych. Także w miastach. Może dlatego jego obecność tak szybko została odnotowana i utrwalona w mediach? To, co z dala od naszych domów, mniej jest zauważalne. Gliniarz naścienny osiąga wielkość 16-25 mm. Owady dorosłe zobaczyć można od końca  maja do połowy września.

Prawdopodobnie występuje już w całym kraju, ale chyba sprzyjają mu warunki, stworzone przez człowieka. Być może mniejsza jest tu konkurencja i więcej jest luk ekologicznych. A może warunki klimatyczne i pokarmowe są bardziej odpowiednie? Być może jego ekspansja związana jest z ociepleniem klimatu i/lub antropogenicznymi przekształceniami środowiska. Tam gdzie jedne gatunki giną, tam inne znajdują dla siebie dogodną przestrzeń do życia. Dlatego własnie potrzebne sa liczne obserwacje i to na wielu różnych gatunkach, by uogólnienia były bardziej wiarygodne.

Dotychczasowe dane wskazują że najliczniejszy jest w południowo-wschodniej części Polski. Dorosłe odżywiają się nektarem spadzią. Ale dla swojego potomstwa łowią i paraliżują pająki, które umieszczają po kilka w jednej komorze (podobne do nich błonkówki z rodziny nastecznikowatych chwytają po jednym pająku na larwę). Jest to "osa" samotna, nie tworzy rodzin, dlatego porównanie do "czarnego szerszenia" jest nietrafne. Użądlenie (w obronie własnej) gliniarza naściennego nie jest bolesne.

Podobnie wygląda Sceliphron spirifex (nie wykazany jak na razie z obszaru Polski) różni się  czarnymi tegulami i czarnym pierwszym członem czułków.

Komórki z pokarmem dla larwy buduje z gliny, dlatego gliniarze występują w pobliżu zbiorników wodnych. Sparaliżowane żądłem pająki są żywe - dzięki czemu pokarm dla larwy jest cały czas świeży, ale jednocześnie są unieruchomione (sparaliżowane) - dlatego nie uciekają i nie stanowią zagrożenia dla larwy. Wszak było nie było pająki są owadożernymi drapieżcami. W pojedynczej komórce może być nawet 15, zwykle jednak jest ich 4-6 pająków.

Baryłkowate, gliniane komórki często spotkać można w domach i siedzibach ludzkich, na lampach, czasem na torbach itd. "Gniazdo" składa się z kilku (czasami nawet do 30- 65) komórek o średniej długości 3 cm, szerokości 1,4 cm. W  środowisko naturalnym gniazda są zbudowane w niszach skalnych, pod zwisającymi kamieniami, w dziuplach drzew, na spodniej stronie gałęzi drzew, pod mostami, pod dachami i okapami domów i innych budynków. Od górnej strony gniazdo jest pokryte wspólną grubą warstwą gliny i przypomina dużą bryłę gliny przymocowanej do podłoża. W ludzkich siedzibach  mogą być tylko same baryłki, bez wspólnej okrywy. Być może dlatego, że jest bardziej sucho i nic z góry nie kapie. Prawdopodobnie gliniarz naścienny w swym behawiorze ma preadaptacje ułatwiające przystosowanie się do warunków synantropijnych. I to jest kolejny temat do obserwacji - jak następuje przystosowanie się różnych gatunków do warunków miejskich. Bo w miastach procesy sukcesji, synurbizacji i ewolucji przebiegają obecnie bardzo szybkie. Na naszych oczach.

Można go zobaczyć przelatującego wzdłuż ścian budynków, przy oknach, pod dachem, przy krzewach, na łąkach, a także czasem na wilgotnej ziemi – zbierającego glinę na budowę gniazd. Należy bowiem do rodziny grzebaczowatych.

Niżej zdjęcia, które otrzymałem od czytelników mojego bloga, z zapytaniem co to za stwory i skąd się w ich domach wzięły:



Po pierwszej publikacji na moim blogu, informacja rozeszła się po "świecie" i czasem odnajduję liczne ślady:

"Pani Beata znalazła w żyrandolu w kuchni dziwne kokony. Jeden pękł i wysypały się z niego martwe (pozornie) pająki. Coś okropnego! Okazuje się, że to sprawka gliniarza. Zamiast zadzwonić na policję, pani Beata porobiła zdjęcia i napisała do profesora Stanisława Czachorowskiego, który wywiódł z tego zdarzenia taką oto historię. (...)Kokon w żyrandolu (...)  Właśnie w kuchni w żyrandolu znalazłam dwa kokony. Podczas ich usuwania jeden pękł i wysypały się z niego 24 martwe pająki. Do jednego pająka przytwierdzona była żółta larwa. Widok był tak zaskakujący, że zrobiłam zdjęcia. Drugi kokon w stanie nienaruszonym zostawiłam. Pozdrawiam, Basia. Pani Basia się myli: pająki nie są martwe, tylko sparaliżowane. Jedna samica musi zebrać około 100 pająków, żeby wyżywić swoje potomstwo. Ciekawe, czy gliniarze mogą wywrzeć jakiś zauważalny skutek w liczebności pająków? (...)  Inwazja afrykańskiej osy.  Gliniarz naścienny to gatunek dość egzotycznej osy, entomologom znany jest także pod nazwą szczerklina pająkówka. Jest to gatunek południowy, wywodzący się ze środkowej, zachodniej i południowo-zachodniej Azji. Gliniarz naścienny (Sceliphron destillatorum) to osa z rodziny grzebaczowatych (Sphecidae) od jakiegoś czasu obserwowana w Polsce. Areał występowania tego gatunku sięga po Mongolię, Kazachstan, Iran, aż po Chiny. Obecnie obserwowany jest w Afryce a także w Europie w rejonie śródziemnomorskim. W Polsce po raz pierwszy został zaobserwowany w 1968 r. w Czesławicach k. Lublina. Potem widziano go w Bieszczadach i w Beskidzie Niskim, w Ojcowskim Parku Narodowym i Krakowie. W 2013 roku odnotowano jego obecność w Chęcinach koło Kielc, w Hecznarowicach (woj. śląskie), pod Krakowem. W 2014 wyrywkowe informacje dotyczą obecności gliniarza na Śląsku, w Chorzowie, w Mielcu, w Kielcach, w Lubelskiem i w Brodnicy (to już blisko Warmii i Mazur!). Jeśli obserwacja jest poprawna, to byłoby najdalej wysunięte stanowisko na północ. Przedstawialiśmy już tę osę w naszym serwisie. Najprawdopodobniej jego ekspansja wiąże się z ocieplaniem klimatu. Wszystkie powyższe informacje pochodzą z siedzib ludzkich. Nie należy jednak wyciągać z tego wniosku, że gatunek preferuje nasze domy. Bo zbyt mało jest badań i poszukiwać i terenie. Możliwe, że jest u nas gatunkiem synantropijnym, a w naszych domach ma po prostu cieplej. Na pewno dobrze w naszych domach się czuje. Być może rozwiązaniem byłoby stawianie tak zwanych „hoteli dla pszczół” – tworząc dogodne miejsce do budowy gniazd. I wilk byłby syty (znaczy gliniarz naścienny) i owca byłaby cała (czyli my nie bylibyśmy w strachu)."

Po likwidacji serwisu Blox, przeniosłem wpisy ze starego bloga na nowy adres (https://czachorowski.home.blog/ ) ale komentarze przepadły. Dlatego, korzystając z wcześniejsze archiwizacji komentarzy, część z nich zamieszczam niżej. Przez kilka lat sporo się tego nazbierało.

  • W 2013 r. w lipcu pierwszy raz zauważyłam gliniarza w Chęcinach koło Kielc jak zbierał mokrą glinę. Jest dosyć duży więc trudno go nie zauważyć (Anita) 
  • Od lipca tego roku (2013) nie mogę pozbyć się tego paskudztwa. Każdego dnia, przykleja się do pościeli i pozostawia plamy, kokonów na dzień robi od 4 do 6 szt. Ja odkryłam gliniarza dzisiaj (2013) pod dachem, wciska się w szparę między ścianą domu, a drewnianym belkowanym dachem. Trochę mnie przestraszył, mam tylko nadzieję, że nie jest groźny dla człowieka.(Karolina) 
  • W zeszłym roku przypadkiem odkryłam kokony gliniarza naściennego w kartonie w mieszkaniu. Był wielki szok a potem akcja wyrzucenia świństwa i zakładania moskitier w całym mieszkaniu. Niestety właśnie przy jednym (i tym samym) oknie znalazłam już czwartą osę po nie właściwej stronie moskitiery. Jak się tego pozbyć, jak nawet nie wiem gdzie są gniazda?! Pomóżcie, bo wizja mieszkania z osami jest dla mnie zbyt przerażająca. ...
  • A ja właśnie wczoraj wywaliłam takie gniazdo spod kasety na roletę materiałową, w domu na oknie, osa była zła ...jak osa…. i kilkanaście porażonych pająków...niesamowite.... 
  • No cóż, gliniarze nie maja u nas lekko. Nie znając ich zwyczajów i widząc pierwszy raz, boimy się nieznanego. I tępimy. 
  • Robi regularnie gliniane kokony na podstopniu schodów od strony zachodniej - ciepło i sucho. A w środku larwy, na wpół żywe, około 10 za każdym podejściem. Po zlikwidowaniu - 3-4 godziny i jest nowe gniazdo. Uporczywie wraca. Jak pozbyć się intruza, wszak tu mieszkamy i może przenieść się wszędzie? (Brodnica) 
  • Już myślałam, że tylko ja mam taki problem. Dzisiaj myłam okna i po otworzeniu jednego z okien omal zawału nie dostałam. Usunęliśmy dziś kilka kokonów, byłam przerażona bo nie miałam pojęcia z czym mam do czynienia. A więc i u mnie się te osy osiedliły. ( Ewelina) 
  • Czy może mi ktoś powiedzieć jak się tego pozbyć z domu? od 2 lat w lecie mam to samo... wlatują za meble i w inne miejsca. Mam w domu małe dzieci i trochę się boję, że kiedyś je dziabnie i będzie płacz. (Krystian)
  • Właśnie zasuwa po moim oknie. (Irena) 
  • Od tygodnia obserwuję gliniarza ściennego, naszukałam się w internecie, co za cholera mi się na strychu osiedliła, jest dosyć liczna. Jutro poszukam gniazd a później spryskam środkiem owadobójczym. Wolę nie ryzykować swojego zdrowia i dzieci. 
  • Jak widać gliniarza naściennego spotkać można w pobliżu ludzkich zabudowań, a dorosłe osy często widywane są na kwiatach z rodziny baldaszkowatych. Szukają tam swoich ofiar, czyli pająków. Samica lepi gliniane gniazda w postaci pojedynczych, rurkowato-dzbanuszkowanych komórek z gliny, w kształcie kokonu (dzbanuszek z klapką). Po złożeniu jaja do tak przygotowanej komórki, samica znosi pająki, sparaliżowane jadem (nawet do 15-24 sztuki w jednej komórce). Osa swoje ofiary żądli, ale nie zabija, tylko paraliżuje. Nazwę osa wzięła od komórek wykonanych z gliny i przytwierdzanych w różnych miejscach, w tym na ścianach. Starsza nazwa (szczerklina pająkówka) odnosi się do pokarmu. Sparaliżowane ofiary czekają, póki larwa gliniarza ich nie zje. Zapasu musi starczyć na całą zimę. Po przepoczwarczeniu, latem następnego roku wygryza się z glinianego dzbanka i jako owad dorosły rozpoczyna kolejną fazę cyklu życiowego. Gliniarz naścienny (i jemu podobne) to „osy” samotnice, lepią z gliny baryłeczki – komórki dla jednej larwy. A w środku zapas jedzenia. Gliniarz akurat poluje na pająki (czytaj więcej o gliniarzu: Trąba wodna i gliniarz naścienny czyli rozważania o wyciąganiu wniosków z jednostkowych obserwacji.
  • Gliniarz jest gatunkiem obcym u nas. Podobne baryłeczki gliniane buduje nasza rodzima wolnica czarniawa (Auplopus carbonarius), także z rodziny nastecznikowatych (z tej samej rodziny jest gliniarz naścienny). Gliniane komórki lęgowe buduje ponadto inna osa – oska maczugoroga (Celonites abbreviatus). I oczywiście rodzime kopułki (chyba 7 gatunków w Polsce), w tym kopułka wysmukła. Jej gliniana baryłeczka ma wielkość około 1 cm. 
  • Mama wczoraj znalazła u siebie kokony na zasłonce (w załączniku wysyłam zdjęcie). Czy to są kokony gliniarza naściennego? Mieszkamy w Częstochowie. Pozdrawiam serdecznie i bardzo proszę o odpowiedź, Sandra Plaga
  • Od kilku dni słyszałam ciągłe brzęczenie na szafie. Trochę się bałam zaglądać bo czasem wpada jakiś zbłąkany szerszeń (myślałam, że nie może się wydostać i zdechnie). Wczoraj ściągałam torbę od laptopa i zdziwiło mnie to co ujrzałam. Zrobiłam zdjęcia i pozbyłam się owadów. Nie wiedziałam co to jest, ale znalazłam Pana artykuł. Latającego gliniarza jeszcze nie widziałam być może nie zwróciłam uwagi. Larwy były tylko w 2 kokonach. Trzeci kokon był zamknięty ale po rozłupaniu nie było w nim larwy. W załączeniu przesyłam zdjęcia. Małgorzata Lewczuk.

24.07.2019

O malowaniu kamieni na ulicy Rycerskiej - po co, dlaczego i co z tego wynika

(Fot. Anna Wojszel, 20 lipca 2019 r., Orneta
Dwa pytania są niezwykle ważne. Po co - czyli pytanie o cel. Dlaczego - czyli pytanie o powody, przyczyny, genezę. I w końcu można zapytać, co z tego wynika, że ileś tam osób pomaluje polne kamienie, stare dachówki, wyrzucone butelki czy słoiki. Czy jakaś wartość z tego się rodzi?

Po co malować polne kamienie na ulicy, gdzieś w małym miasteczku? Powyższe zdjęcie dobrze ilustruje odpowiedź (choć nieprecyzyjnie). Właśnie dla takich widoków. By był pretekst i powód do wielopokoleniowego spotykania się ludzi w przestrzeni publicznej, na podwórku, w parku, skwerze. Tym razem spotkaliśmy się na ulicy Rycerskiej w Ornecie. Malutka uliczka w malutkim mieście cittaslow. A wielkie sprawy. Przypatrz się uważnie, a dostrzeżesz. 

Małe rzeczy też są ważne i potrzebne. Nie tylko imprezy masowe z głośną muzyką, dmuchanymi reklamami i straganami z balonikami. Kilkugodzinny plener, wiele rozmów, wiele doświadczeń. Dlaczego kamienie? Bo są za darmo, leżą i  nic nie znaczą. Dostępne, więc ich nie szanujemy, nie cenimy. Zawadzają. Albo stare dachówki. Kłopotliwy gruz poremontowy. Nawet jak mają po sto lat, nawet gdy są efektem unikalnej pracy rzemieślniczej, to po zmianie dachu traktowane są jako niepotrzebny śmieć. Wyrzucić gdzieś do rowu, zasypać jakąś dziurę w ziemi, pozbyć się bo bezwartościowe i zawadzają. Tak samo ze starymi butelkami czy słoikami - zbędne opakowania po przebrzmiałej konsumpcji (niejednokrotnie szybkiej i jednorazowej). Ale przez wspólne spotkanie w przestrzeni publicznej, przez pomalowanie, nabierają nowego sensu, nowego znaczenia. Stają się przydatne, łączymy je z nimi emocje. Nabierają wartości. I cały czas przemawiają w przestrzeni publicznej. Przemawiają o wartości człowieka, o konsumpcji i stylu życia. Na przykład w małym, warmińskim miasteczku.

Spotkanie było niewielkie. Łącznie przewinęło się przez plener - uczestników i widzów - jakieś 50-60 osób (czytaj więcej). A jaki to spotkanie wywarło wpływ? Pomocne w tych rozważaniach będą statystyki "eventu", założonego na Facebooku. Na początek ważne zastrzeżenie: nie wszyscy uczestnicy są internetowi i korzystają z Facebooka. Zatem statystyki odnoszą się tylko do części uczestników i fragmentu wywieranego wpływu. 

Łącznie facebookowe wydarzenie dotarło do blisko 6. tysięcy użytkowników. Zatem to z pozoru małe przedsięwzięcie wywiera spory wpływ. Ponadto efektem pleneru są liczne zdjęcia, wrażenia czy ustne relacje, które kiełkują jeszcze wiele dni, miesięcy czy lat po samym jednodniowym plenerze. 


(Słupki niebieskie - mężczyźni, słupki zielone - kobiety)

Na początek spojrzenie demograficzne. Po pierwsze wyraźnie przeważają kobiety, zwłaszcza widoczne jest to w starszych grupach wiekowych. Efekt ten zauważyłem już na kilku innych "eventach", związanych z działaniami edukacyjnymi i artystycznymi. Jak to interpretować? Czy kobiety są bardziej nastawione prospołecznie? Chętniej udzielają się w inicjatywach społecznych? Może bardziej aktywne są internetowo? Może są bardzie wykształcone? Lub bardziej otwarte na innych i na nowe doświadczenia? O ile przewaga kobiet w grupie do 24 roku życia jest niewielka i mieszcząca się w granicach błędu statystycznego, to w grupach 35-64 ich udział jest ewidentnie większy. Gdzie są i co robią w tym czasie mężczyźni?


Ten wykres jest dla mnie trochę zaskakujący. Plener był inicjatywą ludzi z Olsztyna (Artystyczna Rezerwa Twórcza). Niemniej zniknęliśmy w "tumie" ludzi z Ornety, okolic i... turystów z daleka. Nie spodziewałem się tak znacznego odzewu osób z Ornety (lub pochodzących z Ornety). Ogromnie mnie to cieszy. I pokazuje sens tych małych, kameralnych niemalże spotkań.
Z kolei ten wykres pokazuje największa aktywność: po pierwsze w momencie utworzenia "eventu" na Facebooku i rozesłaniu zaproszeń, po drugie w dniu pleneru. To uwaga dla organizatorów. Zadaniem facebookowego wydarzenie jest nie tylko "być utworzonym" ale ciągle "karmionym" kolejnymi informacjami, zdjęciami, linkami. Przygotowanie i oddziaływanie rozpoczęło się dwa miesiące przez samym plenerem (pomijając wewnętrzne przygotowania i organizację, bo sam pomysł narodził się rok wcześniej).
Powyższy wykres pokazuje zasięg (tylko na Facebooku) kamykowego pleneru. Na około 5,9 tys. odbiorców (489 wyświetleń strony) w samym dniu pleneru było ich 1770. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się tak dużego odbioru. Nawet nie przypuszczałem, że taki jest duży. Czasem warto zajrzeć do statystyk. A sztuczna inteligencja bardzo nam to ułatwia.

Na dwa sposoby można spojrzeć na sens takich plenerów: 1. przez zamieszczone na górze zdjęcie 2. przez pryzmat statystyk. Emocji uchwyconych na zdjęciu nie uchwyci chyba żadna statystyka. Ale z drugiej strony sam obraz może być bardzo nieprecyzyjny i nie ukazywać skali.

Bardzo bym chciał "zobaczyć" efekty plenerowej wystawy kamieni. Orneta daleko, nie mam możliwości usiąść na ławeczce i przez wiele godzin obserwować. Ale może ktoś z miejscowych lub odwiedzających napisze w komentarzach, co z tej wystawy i z tego pleneru wynika? Nie wszystko da się policzyć, zważyć i zmierzyć.... I nie wszystko da się opowiedzieć. Niemniej próbujmy. Niech poplenerowa dyskusja trwa.

17.07.2019

Weta z Nowej Zelandii czyli opowieść o owadzie z czasów dinozaurów, który przybył do Polski w bucie

 (fot. Łukasz Wirowski
Jak to się stało, że przywędrował do mnie owad z Nowej Zelandii? I to taki niezwykły jak na fotografii wyżej? A było to tak, prawie dziesięć lat temu gościła w Olsztynie i na Wyższej Szkole Ekonomii i Informatyki TWP w Olsztynie (w której w tym czasie miałem gościnne wykłady z edukacji ekologicznej i ekologii ) delegacja z Nowej Zelandii. Miałem wtedy okazję po raz pierwszy zetknąć się z kulturą Maorysów. Ale przedstawiłem także krótki wykład o gatunkach obcy, tych z Nowej Zelandii w Polsce i tych europejskich w Nowej Zelandii (sądząc po późniejszych zdarzeniach zapadł on w pamieć). Przy okazji podarowałem moją malowaną butelkę pani ambasador. Była także wystawa etnograficzna oraz rok później konferencja w Warszawie, na którą zostałem zaproszony, ponownie z tematem o gatunkach obcych.



Co wspólnego ma biolog z Olsztyna z wystawą etnograficzną i kulturą Maorysów? W globalnej wiosce wszystko jest możliwe. Mój głos w czasie sesji naukowej w Warszawie dotyczył bioróżnorodności, gatunków obcych oraz ochrony różnorodności biologicznej i różnorodności kulturowej. Warto dodać, że wystawa miała swoją europejską prapremierę w Olsztynie.

 (fot. Łukasz Wirowski
Owady są małe i łatwo podróżują jako pasażerowie na gapę. Na zdjęciu powyżej to nowozelandzka weta - endemiczny gatunek Orthoptera z Nowej Zelandii. Ten konkretny okaz do Polski przybył w... bucie (w walizce). Nowozelandczycy mają zwyczaj zdejmowania i zostawiania butów przed drzwiami. Tak też zrobiła przed wyjazdem córka pan ambasador. A weta okazała się pasażerem na gapę.  Ten owad nie przeżył podróży. Ale znacznie więcej, mniejszych owadów przywozimy nawet na masce samochodu. Co to oznacza dla entomologa? Że musi znać znacznie więcej niż tylko krajową entomofaunę. Nigdy nie wiadomo co się spotka. Ani kto wypowiedź usłyszy lub przeczyta.


"Bardzo mnie zainteresował Pański wykład na temat migracji polskich owadów do Nowej Zelandii i odwrotnie, z Nowej Zelandii do Polski. Chciałbym podzielić się ciekawostką. Przypadkiem, w spakowanym do walizki bucie, przybył do nas nowozelandzki okaz insekta zwanego "weta". Jest on zamrożony i zamknięty w szczelnym pojemniku."

Weta – to endemiczny rodzaj owada z Nowej Zelandii. Owady – w tym jako gatunki obce – dość łatwo przenoszą się z ludźmi jako pasażerowie na gapę. Ten na szczęście dla lokalnej bioróżnorodności nie skolonizował nowego obszaru.

Weta – w szerokim znaczeniu – to zbiorcza nazwa nadawana ponad 70 gatunkom dużych owadów prostoskrzydłych (szarańczaków) z rodzin Anostostomatidae i Rhaphidophoridae. W węższym znaczeniu jest to rodzaj Weta opisany przez Choparda w 1923. W języku polskim pod tą nazwą opisywane są gatunki z rodzaju Deinacrida. Niestety nie potrafiłem oznaczyć rzeczonego okazu, który przyjechał w bucie, do gatunku. Owady określane nazwą weta są gatunkami reliktowymi (przetrwały w niezmienionej formie od niemal 200 milionów lat) i endemicznymi, występującymi jedynie na Nowej Zelandii. Nazwa pochodzi od maoryskich słów wētā punga, oznaczających "bóstwo brzydoty".

Wety są dużymi owadami – największe gatunki, należące do rodzaju Deinacrida, osiągają długość 10 cm (a wliczając czułki i odnóża, może ona przekraczać 30 cm) i ważą nawet 70 gramów. Wety zajmują w swoich nowozelandzkich ekosystemach nisze zbliżone do niszy gryzoni na innych kontynentach, np. myszy i szczurów, które nie występowały na Nowej Zelandii do momentu pojawienia się tam człowieka. Górskie wety (Hemideina maori) są w stanie przeżyć w temperaturze -10 °C – gdy zamrożeniu uległo ponad 75% płynów w ciele owada, ponieważ ich hemolimfa zawiera specjalne białka, zapobiegające tworzeniu się kryształków lodu w komórkach owadów.

U nas nie brakuje także owadów, które mogę przeżyć w minusowej temperaturze. Natomiast najbardziej zbliżony morfologicznie do wety jest turkuć podjadek, z rzędu prostoskrzydłych (Orthoptera).

Przypadkowe zawleczenia roślin, grzybów i zwierząt ciągle się zdarzają. Tylko nieliczne mają szansę na aklimatyzację. Niemniej warto zwracać uwagę w czasie wakacyjnych podróży by niepotrzebnie nie rozprzestrzeniać gatunków inwazyjnych, które mogą czasem stanowić zagrożenie dla lokalnej bioróżnorodności.

15.07.2019

Leżing czyli o nowej formie wykładania (się)


Nuda jest potrzebna, zwłaszcza dla osób pracujących kreatywnie lub uczących się. W intensywnym i zabieganym życiu mamy na nią coraz mniej czasu. Nuda to czas suszenia sieci. Kiedyś, gdy sieci rybackie były wykonane z włókien naturalnych, musiały być wysuszone po połowie, gdyż w innym przypadku po prostu gniły i rozpadały się. A my mamy coraz mniej czasu na odpoczynek i zwykłą nudę. Zbyt łatwy dostęp do elektronicznej rozrywki w każdym miejscu utrudnia zwykłe nudzenie się. I związaną z tym refleksję. Wyciszyć się "na pustyni".

Gdy umieściłem powyższe zdjęcie na swojej facebookowej tablicy, to zaprzyjaźniony hydrobiolog z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza tak to dowcipnie skomentował: Paweł Michał Owsianny Wiedziałam zawsze Staszku, że jesteś prekursorem! Już od jutra wprowadzam tą nową formę "wykładu" na UAM!!! Skojarzenie wyłożenia się na trawie z bardzo podobnym słowem "wkład, wykładać". Powstało całkiem płodne intelektualnie porównanie z wykładaniem... w formie terenowej i leżącej (leżing w parodii neologizmów młodzieżowych). Nie pomyślałem, że tak można (się ) wykładać. Pomysł Pawła Owsiannego podchwytuję. To będzie leżing jako terenowa forma sofingu (kiedyż żartowałem, że uprawiam sport ekstremalny - sofing... czyli leżenie na sofie).

Sofing i leżing jako pochwała odpoczynku i nudy. Kto umie wypoczywać ten umie pracować. Wiele mądrości w tym przysłowiu. Neurobiolodzy na nowo przedstawiają stare prawdy. Nuda jest potrzebna, bo jest jak cisza (w myślach, w neuronach) - mniej dociera bodźców z zewnątrz i stwarzamy szansę na powstawanie własnych myśli (ja dostrzegam analogię z sukcesją ekologiczna w ekosystemach i cenofilogenezą). Nuda służy wypoczynkowi i kreatywności. Neurobiolodzy mówią o aktywacji (w czasie nudy) tak zwanej sieci spoczynkowej, czyli stanie w którym nasza uwaga skierowana jest na nas samych. W tym stanie rozwijamy poczucie siebie, przetwarzamy nasze doświadczenie (zebrane bodźce), organizujemy myśli, tworzymy nową perspektywę widzenia naszych problemów. W rezultacie stajemy się bardziej kreatywni i bardziej empatyczni. W konsekwencji dzięki nudzie cieszymy się lepszym zdrowiem psychicznym, lepiej wypadamy w testach poznawczych, lepiej rozumiemy czytany tekst i jesteśmy bardziej elastyczni.

Wakacyjna nuda potrzeba jest uczniom i studentom (pracownikom naukowy tym bardziej). Ale ten czas wolny potrzebny jest i w ciągu całego roku. Dajmy młodzieży czas na nudę między lekcjami. Nie obciążajmy ich nadmiarem zajęć dodatkowych, popołudniowych - tych różnych lekcji językowych, jazdy konnej, nauki gry na skrzypcach i wielu innych przydatnych umiejętności. W pogoni za sukcesem i zagwarantowania własnym dzieciom jak najlepszego startu życiowego w dobrej wierze obarczamy ich ogromem zadań szkolnych i pozaszkolnych. W rezultacie nie mają czasu na zwykłą nudę... A nuda jest i ważna i potrzebna!

Nic-nie-robienie jest bardzo potrzebne w edukacji i w pracy. Zatem leżing jako forma wykładu... ma na prawdę sens. Idźcie więc na wykład i poleżcie na łące, wśród ziół różnych i owadów wszelakich. Dlaczego nazywać wykładem zwykłe wyłożenie się na trawie? Dla pracoholików i bardzo ambitnych to alibi - przecież są aktywnie na wykładzie. Coś ważnego robią. A przecież zwykłe leniuchowanie i nudzenie się mogłoby być odebrane jako marnowanie czasu. Natomiast uczestnictwo w wykładzie już zyskuje status sensownej aktywności rozwojowej.

Tak więc wyłóż się urlopowo, wakacyjnie, jako i ja próbuję, i nudź się rozwojowo. Kreatywnie. Stwórz warunki by rodziły się Twoje własne myśli. Człowiek ze swej natury jest twórcą bardzo kreatywnym. Stwórz jedynie ku temu warunki i daj sobie szansę.

Tak, potrzebna jest jeszcze infrastruktura. Na przykład łąki kwietne w miastach, by było gdzie poleżeć blisko domu.