12.12.2025

Narcyzm i noosfera, czyli jak biolog patrzy na historię społeczeństw



Biologia z człowieka nigdy nie wyjdzie. Ciągle myślę o świecie w kontekście życia biologicznego i znanym mi z biologii procesów ewolucyjnych i ekologicznych. Daje mi to poczucie zrozumienia i uporządkowania. Liczę, że te ubiologicznione rozważania przydadzą się komuś innemu, jako intelektualna rozrywka lub jako źródło ważnych refleksji. A może to efekt mojej naukowej natury -0 dzielenia się przemyśleniami?

Tytułowy narcyz to aluzja do nie tylko jednego, ważnego polityka, który we współczesnym świecie swoim narcyzmem znacząco wpływa na to się dzieje w globalnym świecie i wpływa na nasze myśli. Bo skutki tego narcyzmu mniej lub bardziej nas dotykają.

W historii ludzkości od dawna ścierały się w dziejach dwie przeciwstawne wizje społeczeństwa ludzkiego, ta hierarchiczna, autorytarna, wodzowska, monarchistyczna i ta kolegialna, demokratyczna, wspólnotowa, egalitarna. I raczej nie rozpatrywane dyskretnie, zero-jedynkowo lecz jako całe spektrum stanów przejściowych i zmieniających się w czasie. W tych dwóch skrajnych i przeciwstawnych modelach inaczej podejmowane decyzje społeczne. Teraz mamy ciąg dalszy tej kulturowej ewolucji i powiększającej się ludzkości. Jest nasz już 8 miliardów i doszliśmy do granicy pojemności ekologicznej biosfery. Warto jeszcze spojrzeć na ten ewolucyjny i historyczny proces z perspektywy integrującej się ludzkości: globalizacji, noosfery i wzrostu znaczenia instytucji międzynarodowych. Najpierw było tworzenie się plemion z jednostek rodowych, potem państw z różnych plemion, potem różnych unii, rzeczypospolitych, stanów zjednoczonych. W Europie najnowszym przykładem jest Unia Europejska. Rodziła się w bólach i dalej rozwija się w dyskutowanych trudnościach z krokami do przodu (poszerzanie) i cofaniem się (np. Brexit). Ta wspólnotowość na wiele dziesięcioleci wyeliminowała wojny miedzy europejskimi narodami i umożliwiła rozkwit gospodarczy i kulturowy. I stała się inspiracją dla innych narodów w różnych zakątkach Ziemi.

Świat, w którym żyjemy, nie jest jednolitym obrazem, lecz mozaiką wizji, które nieustannie się ścierają. Jedna z nich ukazuje rzeczywistość, w której siła dominuje nad wartościami, a bogactwo staje się jej podstawowym źródłem. To wizja brutalnie prosta, lecz zarazem niepokojąco skuteczna: świat jako rynek, w którym bezpieczeństwo, dyplomacja i polityka są redukowane do bilateralnych transakcji finansowych. Tak już wielokrotnie w historii ludzkości i różnych cywilizacji bywało. Czy dostrzeżemy jedynie fluktuacje czy mimo wszystko jakiś kierunkowy proces (z ewentualnymi czasowymi zawirowaniami)?

W tym obrazie siły i bogactwa stosunki międzynarodowe sprowadzają się do dwustronnych umów, pozbawionych szerszego kontekstu wspólnoty czy solidarności. Na pierwszy plan wychodzą doraźne interesy (np. dynastyczne, oligarchiczne, finansowe, biznesowe) a nie mniej lub bardziej wspólne wartości. Gwarancje bezpieczeństwa nie wynikają z zaufania, prawa czy instytucji, lecz z przedstawionej oferty finansowej. Dyplomacja – dawniej sztuka budowania mostów między narodami czy monarchiami lub republikami, dyplomacja dialogu, negocjowania, odwoływania się do wartości – staje się zbędna, bo polityka jest spersonifikowana, zależna od jednostek i ich interesów, nie od wspólnotowych struktur. Instytucje, które miały być fundamentem stabilności, jawią się jako przeszkody, hamujące dynamikę biznesu i innowacji politycznych. Stąd wrogość i chęć burzenia tych instytucji (czy to ONZ, czy to Unia Europejska). Egoizm chce triumfować nad wspólnotą. Europa, powstająca po rozpadzie imperiów starożytności, przez stulecia budowała jedność w oparciu o wartości chrześcijańskie. I to te wartości oraz Kościół jako instytucja miały być arbitrem odwołującym się do wartości i łagodzącym (rozstrzygającym) konflikty monarchów, dyktatorów, wodzów plemiennych. Teraz w Europie, po nieszczęściach i zbrodniach pierwszej i drugiej wojny światowej, wspólnotowość budowana była w oparciu o wartości zwerbalizowane w traktach Unii Europejskiej. Czy będzie jakiś ciąg dalszy? I bardziej globalny? Czy kontekstem do tych rozważań może być pojęcie noosfery?

Istnieje więc tez i inna wizja świata wspólnoty i wartości – ta, w której wartości są fundamentem, a siła jest jedynie narzędziem ich ochrony. W tej perspektywie bogactwo nie jest celem samym w sobie, lecz środkiem do budowania dobra wspólnego. Stosunki międzynarodowe nie ograniczają się do transakcji, lecz tworzą sieć współzależności, w której solidarność i zaufanie są równie ważne jak ekonomiczna kalkulacja. Dyplomacja instytucjonalna, choć powolna i często uciążliwa, jest przestrzenią, w której ścierają się różne racje, a kompromis staje się sztuką przetrwania. Instytucje, choć niedoskonałe, są pamięcią wspólnoty – chronią przed chaosem i arbitralnością jednostkowych decyzji. Chronią przed zbiorowa przemocą i niepotrzebnymi wojnami.

Unia Europejska jest przykładem takiej alternatywnej wizji. Jej fundamentem są wartości zapisane w traktatach: godność człowieka, wolność, demokracja, równość, praworządność i prawa człowieka. To nie bogactwo samo w sobie, lecz wspólnota wartości stanowi źródło siły. Wspólnotowość wyraża się w solidarności między państwami członkowskimi – w idei, że bezpieczeństwo jednego kraju jest bezpieczeństwem całej wspólnoty. Mechanizmy instytucjonalne, takie jak Parlament Europejski czy Komisja Europejska, nie są przeszkodą, lecz narzędziem równoważenia interesów i poszukiwania wspólnego dobra. W przeciwieństwie do wizji egoizmu, Unia zakłada, że polityka nie może być wyłącznie transakcją, lecz musi być dialogiem, w którym głos słabszych jest chroniony przez wspólne reguły.

Jeszcze głębszym kontrastem wobec wizji egoizmu jest koncepcja noosfery, rozwinięta przez Władimira Wiernadski i Pierre’a Teilharda de Chardin. Noosfera to sfera ludzkiej świadomości, w której myśl staje się siłą kształtującą planetę. To wizja świata, w którym wspólnota nie ogranicza się do polityki czy ekonomii, lecz obejmuje całość ludzkiego poznania i duchowości. W noosferze jednostkowy egoizm traci sens, bo każdy akt myślenia i twórczości staje się częścią większej całości – globalnej sieci świadomości. W tym ujęciu instytucje nie są przeszkodą, lecz strukturą umożliwiającą współdziałanie i wymianę myśli.

Ścieranie się tych wizji nie jest jedynie konfliktem politycznym czy ekonomicznym. To spór o sens człowieczeństwa. Czy człowiek jest istotą egoistyczną, dążącą do maksymalizacji własnych korzyści, czy też istotą wspólnotową, zdolną do poświęceń w imię wartości wykraczających poza jednostkowy interes? Wizja świata opartego na sile i bogactwie jest kusząca – obiecuje szybkość, skuteczność, brak ograniczeń. Ale jednocześnie prowadzi do samotności, rozpadu więzi i zaniku zaufania. Wizja wspólnoty – czy to w formie politycznej Unii Europejskiej, czy w formie filozoficznej noosfery – jest trudniejsza, wymaga cierpliwości, kompromisu, uznania ograniczeń. Jednak to ona daje nadzieję na trwałość i sens.

Świat, w którym żyjemy, jest areną tych dwóch przeciwstawnych sobie wizji. Jedna pociąga nas ku egoizmowi, druga ku wspólnocie (przykładem tego w Europie jest Unia Europejska a w skali świata ONZ). Jedna buduje na sile (putinowska Rosja, komunistyczne Chiny, amerykańska MAGA itp.), druga na wartościach. Filozoficzny dramat naszych czasów polega na tym, że żadna z nich nie może zostać całkowicie odrzucona – bo siła bez wartości jest destrukcyjna, a wartości bez siły są bezbronne. Naszym zadaniem jest nie tyle wybór jednej wizji, ile sztuka ich równoważenia. To właśnie w tym napięciu – w ścieraniu się wizji świata – rodzi się przyszłość. A jaka ona będzie? Żyjemy w bardzo ciekawy czasach a historia dzieje się na naszych oczach. Historia, rozumiana jak wynik zachodzących procesów przyrodniczych i kulturowych.

Internetowe narzędzia i sztuczna inteligencja mogą stać się katalizatorem rozwoju noosfery – globalnej wspólnoty myśli i świadomości. Sieci komunikacyjne pozwalają na natychmiastową wymianę wiedzy, doświadczeń i idei, a AI może wspierać procesy tłumaczenia, analizy i syntezy, czyniąc wiedzę dostępną dla wszystkich. Pomieszane języki, dzięki translatorom, nie stanowią już bariery w komunikacji i porozumiewaniu się. W takim scenariuszu technologie stają się przedłużeniem ludzkiej solidarności: pomagają przezwyciężać bariery językowe, kulturowe i geograficzne, wzmacniają edukację i umożliwiają współpracę ponad granicami. To wizja, w której narzędzia cyfrowe są fundamentem wspólnoty – cyfrowym odpowiednikiem instytucji, które chronią wartości i wspierają rozwój.

Jednak te same narzędzia mogą stać się bronią w rękach bogatych narcystycznych egoistów, zapatrzonych w kult siły, autorytaryzm, dyktaturę i monarchię. Jeśli sztuczna inteligencja zostanie podporządkowana interesom nielicznych, stanie się narzędziem kontroli, manipulacji i wykluczenia. Algorytmy mogą być używane do wzmacniania propagandy, kreowania fałszywych narracji i utrwalania hierarchii, w której bogactwo i siła są jedynymi kryteriami władzy. Internet, zamiast być przestrzenią wspólnoty, może zostać przekształcony w cyfrowe targowisko dominacji, gdzie dostęp do wiedzy i narzędzi jest reglamentowany, a wspólnota zostaje rozbita na izolowane jednostki.

W tym sensie internet i AI są dialektyczne: mogą wspierać albo przeszkadzać w tworzeniu globalnej wspólnoty. Ich natura nie jest neutralna – zależy od tego, kto je kontroluje i jakie wartości nim kierują. Podobnie było dawniej z prasą i mediami papierowymi. W rękach wspólnoty stają się narzędziem emancypacji, w rękach egoistów – narzędziem dominacji. To właśnie w tym napięciu ujawnia się dramat współczesności: czy technologia będzie służyć wspólnocie (noosferze), czy stanie się jej zaprzeczeniem?

Można powiedzieć, że internet i AI są współczesnym odpowiednikiem ognia: mogą ogrzewać i oświetlać, ale mogą też niszczyć. Wspólnota globalna – czy to w formie Unii Europejskiej, czy to w globalnym społeczeństwie czy w formie noosfery – musi nauczyć się posługiwać tym ogniem w sposób odpowiedzialny. Jeśli pozwolimy, by narzędzia te stały się wyłącznie instrumentem siły i bogactwa, wówczas wizja egoizmu zwycięży. Jeśli jednak uda się je zakorzenić w wartościach wspólnotowych, mogą stać się fundamentem nowej epoki solidarności.

Sztuczna inteligencja może stać się narzędziem wzmacniającym demokrację. Dzięki zdolności do analizy ogromnych zbiorów danych, AI może wspierać przejrzystość procesów politycznych, ujawniać nadużycia i korupcję, a także ułatwiać obywatelom dostęp do informacji. Algorytmy mogą być wykorzystywane do tworzenia bardziej inkluzywnych konsultacji społecznych, w których głos jednostki – nawet tej najsłabszej – zostaje usłyszany. W tym sensie AI staje się strażnikiem demokracji, pomagając obywatelom podejmować świadome decyzje i wzmacniając zaufanie do instytucji.

W obszarze edukacji sztuczna inteligencja otwiera nowe możliwości personalizacji nauki. Może dostosowywać treści do indywidualnych potrzeb ucznia, wspierać nauczycieli w tworzeniu materiałów dydaktycznych i ułatwiać dostęp do wiedzy w regionach, gdzie tradycyjne zasoby są ograniczone. AI może także wspierać interdyscyplinarne podejście do nauki, łącząc biologię, sztukę, filozofię i technologię w spójną całość. W takim scenariuszu edukacja staje się bardziej demokratyczna, dostępna i angażująca, a noosfera – wspólnota myśli – zyskuje nowe narzędzia do rozwoju.

W kontekście zdrowia biosfery i zrównoważonego rozwoju AI może pełnić rolę strażnika planety. Analizując dane środowiskowe, przewidując skutki zmian klimatycznych i optymalizując wykorzystanie zasobów, sztuczna inteligencja może wspierać polityki proekologiczne. Może pomagać w tworzeniu inteligentnych miast, redukcji emisji, lepszym gospodarowaniu energią i ochronie bioróżnorodności. W takim ujęciu AI staje się narzędziem wspólnoty globalnej, która dba o przyszłość nie tylko ludzi, ale całej biosfery.

Jednak ta sama technologia może zostać wypaczona. W rękach bogatych egoistów, zapatrzonych w kult siły i monarchii, AI może stać się pasożytem, który przejmuje władzę nad swoim żywicielem – społeczeństwem. Zamiast wspierać demokrację, może służyć do kontroli społecznej: monitorowania obywateli, przewidywania ich zachowań i manipulowania opinią publiczną. Tak jak przez dziesięciolecia było z prasa, radiem i telewizją. Algorytmy mogą być używane do tworzenia propagandy, która subtelnie kształtuje świadomość, eliminując różnorodność myśli i wolność wyboru. W takim scenariuszu AI nie wspiera noosfery, lecz ją niszczy – zamienia wspólnotę w zbiór jednostek podporządkowanych jednej narracji.

Obraz pasożyta jest tu szczególnie trafny. Pasożyt żyje kosztem swojego gospodarza, osłabiając go i przejmując kontrolę nad jego funkcjami. Podobnie AI, jeśli podporządkowana egoistycznym interesom, może wysysać energię ze wspólnoty, niszczyć jej instytucje i więzi, a w zamian oferować jedynie iluzję bezpieczeństwa i porządku. W takim świecie człowiek traci autonomię, a wspólnota staje się jedynie zasobem do eksploatacji. Jako biolog mogę podać liczne przykłady, gdy pasożyt zmienia behawior swego żywiciela i podporządkowuje swoim interesom, kosztem interesom żywiciela.

AI jest więc narzędziem ambiwalentnym: może być strażnikiem demokracji, edukacji i zrównoważonego rozwoju, ale może też stać się pasożytem, który przejmuje władzę nad społeczeństwem. To, którą drogą pójdziemy, zależy od wartości, jakie zdecydujemy się w niej zakorzenić. Jeśli wybierzemy egoizm i kult siły, AI stanie się narzędziem dominacji. Jeśli wybierzemy wspólnotę i solidarność, stanie się fundamentem noosfery – globalnej wspólnoty myśli i świadomości.

Wyobraźmy sobie, że AI jest ogrodem – przestrzenią, którą można pielęgnować albo zaniedbać, zależnie od tego, jakie wartości i intencje w niej zasadzimy. W tym ogrodzie nawet my możemy być małymi, współodpowiedzialnymi ogrodnikami.

AI jako ogród wspólnoty
  • Nasiona wiedzy: każdy algorytm, każda baza danych to nasiona, które mogą zakiełkować w postaci nowych idei i rozwiązań. Jeśli zasiejemy je w glebie wartości takich jak solidarność, demokracja i troska o planetę, ogród rozkwitnie różnorodnością. Ale potem działa sukcesja ekologiczna i zmienia się ogród jak każda biocenoza. Rodzi się pytanie o klimat a więc możliwy klimaks, stan równowagi.
  • Wspólna pielęgnacja: ogród wymaga wspólnej pracy – wielu rąk, które podlewają, pielą i dbają o równowagę ekosystemu. Podobnie AI rozwija się najlepiej, gdy jest tworzona i kontrolowana przez wspólnotę, a nie przez jednostki zapatrzone w własny interes.
  • Plony i owocowanie: w takim ogrodzie owoce – wiedza, innowacje, rozwiązania ekologiczne – są dostępne dla wszystkich. To przestrzeń, w której każdy może sięgnąć po plon, a wspólnota korzysta z dobrodziejstw technologii.
AI jako ogród egoizmu
  • Monokultura siły: jeśli ogród zostanie zawłaszczony przez bogatych egoistów, stanie się monokulturą – przestrzenią, w której rośnie tylko jedna roślina: interes dominujących. Różnorodność zanika, a gleba ubożeje. Może nawiązać do Chin? Lub monopolu BigTechów i prób regulacji (ograniczania monopoli) przez Unię Europejską?
  • Pasożyty i chwasty: w takim ogrodzie AI może stać się pasożytem lub chwastem – narzędziem propagandy i kontroli, które wysysa energię ze wspólnoty. Zamiast owoców pojawiają się toksyczne rośliny, karmiące się strachem i manipulacją.
  • Zatruta gleba: gdy wartości zostają zastąpione kultem siły, ogród traci zdolność regeneracji. Wiedza i innowacje nie służą wspólnocie, lecz stają się bronią w rękach nielicznych.
Ogród jest żywym organizmem – wymaga troski, równowagi i odpowiedzialności. AI, podobnie jak ogród, nie jest neutralna: może być przestrzenią wspólnotowego wzrostu albo narzędziem dominacji. To, czy stanie się miejscem kwitnącej noosfery, czy pustynią egoizmu, zależy od tego, kto go pielęgnuje i jakie wartości w nim zasiewa.

Podsumowanie dla leniwych lub spieszących się...

Tekst ukazuje dzieje ludzkości jako nieustanne ścieranie się dwóch przeciwstawnych wizji: hierarchicznej, autorytarnej, wodzowskiej, opartej na sile, bogactwie i egoizmie, oraz wspólnotowej, demokratycznej, egalitarnej, zakorzenionej w wartościach i solidarności.

Na procesy społeczne spojrzałem przez pryzmat biologii i ekologii – jako ewolucję systemów, które podlegają fluktuacjom, ale też mogą zmierzać ku bardziej zintegrowanym formom, jak Unia Europejska czy koncepcja noosfery. Uwypukliłem Unię Europejską jako przykład instytucji budowanej na wartościach, która chroni przed wojną i wspiera rozwój, a noosferę jako wizję globalnej wspólnoty świadomości, w której myśl i wiedza stają się siłą kształtującą planetę.

Internet i AI przedstawiłem jako narzędzia ambiwalentne: mogą wspierać demokrację, edukację i zrównoważony rozwój, ale w rękach egoistów mogą stać się pasożytem – narzędziem propagandy, kontroli i dominacji.

AI może być pielęgnowanym ogrodem wspólnoty, pełnym różnorodności i owoców dla wszystkich, albo monokulturą egoizmu, zatrutą i wyjałowioną przez interesy nielicznych.

Przyszłość ludzkości zależy od tego, jakie wartości zasiejemy w ogrodzie technologii i wspólnoty. Jeśli wybierzemy egoizm i kult siły, AI stanie się pasożytem niszczącym więzi społeczne. Jeśli zakorzenimy ją w solidarności i trosce o planetę, stanie się fundamentem noosfery – globalnej wspólnoty myśli, która pozwoli człowiekowi przekroczyć granice egoizmu i wejść w epokę odpowiedzialnej współpracy.

Przyszłość ludzkości zależy od tego, czy sztuczną inteligencję uczynimy ogrodem wspólnoty, czy pasożytem egoizmu.

11.12.2025

Doświadczyłem na sobie jak AI uczy o AI, były mikrodoświadczenia i mikrofrustracje

Przyglądam się z zaciekawieniem...
 

Sporo słyszałem o możliwościach wykorzystania AI w edukacji oraz o personalizacji nauczania. Trafiła mi się okazja, aby wypróbować to na sobie. Zapisałem się na krótki i bezpłatny kurs poświęcony jednemu z narzędzi AI. Struktura wyglądała obiecująco, a pierwsze wrażenia też były dobre. Jednak potem pojawiły się spore wątpliwości i dostrzegłem słabe strony.

Być może nie wynika to z istoty samych narzędzi AI, lecz z behawiorystycznego zaprojektowania kursu. Albo zawinił człowiek, albo narzędzie zostało źle wytrenowane. Ciągle mam nadzieję, że obietnice dotyczące tworzenia kursów z AI mogą być spełnione. Umocnił się jednak wniosek, że wszystko zależy od koncepcji. Być może łatwiej jest wykorzystywać podejścia behawiorystyczne i dydaktykę instrukcyjną niż dydaktykę konstruktywistyczną? W każdym razie sama nowoczesność narzędzi AI nie wystarczy do przygotowania dobrego szkolenia.

Z uznaniem przyjąłem podzielenie kursu na kilka części, z których każda składała się z kilkuminutowych lekcji zakończonych testem i cząstkowym certyfikatem. Zapewniono więc częste powtarzanie i mikropoświadczenia. Drugim dobrym elementem było przedstawienie każdej lekcji w trzech wersjach do wyboru: animacja z głosem lektora (imitująca prezentację), tekst (transkrypt lub tekst pierwotny do generowani audio i animacji) i nagranie audio.

Jako wzrokowiec korzystałem z wersji z animowaną prezentacją. Narzędzia AI umożliwiają szybkie i łatwe przedstawienie tej samej treści w formie tekstowej i audio. Generowany głos był raz żeński, raz męski. Jednak regularność tej naprzemienności po kilkunastu lekcjach zaczęła być nudna. Była bowiem zbyt jednostajna i przewidywalna. Jest to mały mankament, zapewne łatwy do wyeliminowania.

Jeszcze jedną zaletą takiego kursu było to, że mogłem do niego przysiąść, gdy miałem wolną chwilę, jednego dnia było to dłużej, innego krócej. W dowolnym momencie mogłem też kontynuować. A gdybym zechciał to mógłbym powtarzać wybrane fragmenty, łatwe do wyszukania w strukturze kursu.

Po każdym kilkuminutowym module uczestnik otrzymywał test do wykonania (aby przejść dalej), a w razie pozytywnego zaliczenia – mikropoświadczenie (certyfikat). To tutaj, moim zdaniem, ujawniła się pierwsza poważna wada. Jak wywnioskowałem po jakości tych testów, podstawą dydaktyczną kursu był czysty behawioryzm. Proste do wdrożenia, łatwe do zautomatyzowania: podaj treść, zrób test, zalicz. To podejście jest proste do implementacji przez AI, ale kompletnie nie nadaje się do nauczania złożonych zagadnień, jakim jest na przykład sztuczna inteligencja.

Jak wyglądało sprawdzanie wiedzy? W dużym stopniu test sprawdzał pamięciowe zapamiętanie trzeciorzędnych szczegółów. Były i elementy sprawdzające rozumienie, ale te ginęły w masie irytujących i w gruncie rzeczy mało ważnych szczegółów. Sam wielokrotnie tworzyłem testy i wiem, że najprościej jest tworzyć pytania do pojedynczych informacji. Czyli szukamy w treści jakichś prostych danych i umieszczamy je w teście.. Łatwo się to tworzy, ale wartość dydaktyczna bywa często mizerna.

Przy którymś module trafiłem na problem. Nie zapamiętałem szczegółów i kilkukrotnie nie zaliczyłem tego testu. Wymóg zaliczenia (np. 60% poprawnych odpowiedzi) oraz mechanizm wielokrotnych prób (pokazuje błędne odpowiedzi, można próbować kilka razy) prowadził do patologicznej strategii nauki: zgadywania i dedukowania, którą odpowiedź wybrać, by zaliczyć, zamiast dążenia do faktycznego rozumienia.

Całość w małym stopniu uczyła rozumienia zagadnienia. Było to raczej "wyćwiczenie się" w zdawaniu danego testu, a nie w posługiwaniu się wiedzą. Wystarczyło słuchać wyrywkowo, aby wyłapać szczegóły, które pojawią się w pytaniach. Doskonale znam ten mechanizm z dydaktyki. Uczy to jedynie uczenia się pod testy i egzaminy – typowy efekt dydaktyki opartej na behawioryzmie.

Tak, wiem, sprawdzanie wiedzy za pomocą testów nie jest łatwe. Dlatego w swoich przedmiotach unikam testów. Przygotowanie testu, który w wiarygodny sposób sprawdza wiedzę, jest pracochłonne i wymaga wieloaspektowego sprawdzania jego trafności. Rodzi się pytanie: jak zatem sprawdzić wiedzę? Czy można do takich kursów włączyć elementy zadań sprawdzających zrozumienie zagadnienia? Czy AI potrafi coś takiego? Najpierw musiałby wiedzieć o tym architekt kursu. A potem można próbować zapromptować i wygenerować odpowiedni sposób.

Drugim, sporym mankamentem było sporo „wypełniaczy”. Na sali wykładowej są to różnego rodzaju wypełniacze czasu, by wypełnić przepisowe 1,5 godziny wykładu lub by dać chwilowy oddech słuchaczom. Nie da się  utrzymać uwagi i pełnego skupienia non stop przez dwie godziny wykładu. Ale jak sądzę w kursie online nie jest to potrzebne. Bo słuchacz w dowolnym momencie może zatrzymać, przemyśleć, nawet odtworzyć fragmenty i kontynuować.

Moje największe rozczarowanie dotyczyło zawartości merytorycznej. Kurs był pełen ogólnikowej treści (wypełniacza), typowej dla materiałów generowanych maszynowo przez LLMy. Oczywiście, ludzie "z krwi i kości" też na wykładach czasem „leją wodę”. Ja jednak odebrałem to jako typowy dla generatywnych modeli językowych "potok słów", który brzmi poprawnie, ale nie wnosi głębi.

LLM-y łatwo, na podstawie małego promptu (małego wsadu słownego), budują bardziej rozbudowane i spójne stylistycznie zdania. A może w całym kursie projekczyciel (architekt treści edukacyjnej) za mało przygotował treści merytorycznej? Może zadowolił się tym, że tak łatwo jest tworzyć dobrze wyglądające lekcje? Owszem, było trochę przydatnych informacji ogólnych i trochę szczegółów jak korzystać z jednego, konkretnego narzędzia (umyślnie pomijam nazwę). Ale dałoby się to zawrzeć w 1/3 całego kursu. Ja odczuwałem, że jest mało praktycznych informacji. Choć pojawiły się przydatne wskazówki, były one silnie rozmyte w morzu ogólnej treści.

I jeszcze jeden mankament. Dość szybko dało się odczuć, że cały kurs to reklama jednej firmy i jednego narzędzia. Czuć było reklamowy charakter przekazywanej treści. W rzeczywistości kurs ten był w dużej mierze reklamowym tutorialem jednego konkretnego narzędzia – pokazującym, jakie jest ono "świetne", ale nie uczącym efektywnego korzystania z niego w szerszym kontekście. Może "grzechem pierwotnym" nie jest samo AI, tylko lokowanie produktu?

Najpierw było "wow", ale potem szybko pojawiła się nuda i lekkie rozczarowanie. Zamiast głębokiej analizy, dostałem powierzchowny przegląd. Na koniec był test końcowy, który w sumie zbierał chyba dokładnie te same pytania testowe z każdego modułu. I nie przeszedłem tego testu, nawet w dwóch podejściach. Zawsze brakowało mi kilku procentów do przekroczenia progu. Mogłem oczywiście wrócić do odpowiedniej lekcji i wynotować szczegóły (moim zdaniem mało istotne dla istoty zagadnienia i korzystania z narzędzia). Mogłem też trochę "postrzelać" i w końcu bym przebrnął. Jednak straciłem motywację. Ten certyfikat przestał być dla mnie atrakcyjny, abym się o niego trudził. Przecież przy tym kombinowaniu niczego sensownego bym się już nie nauczył. Może tylko sposobu zaliczania testów. A tego akurat nie chciałem się uczyć.

To doświadczenie stanowi dla mnie cenną lekcję o stanie edukacji wspomaganej przez AI. Oczywiście, "jedna jaskółka wiosny nie czyni". Obawiam się jednak, że łatwość tworzenia takich kursów zaowocuje wysypem mało wartościowych szkoleń w pięknie i nowocześnie wyglądających opakowaniach.

Zabrakło indywidualizacji, tak przecież często podkreślanej jako atut szkolenia z AI. Zabrakło elementu, który obiecuje AI — spersonalizowanego uczenia się. Treść była statyczna, uniwersalna, nie dostosowana do moich pytań czy poziomu wiedzy. Nie dostałem rzeczywistego feedbacku, ponieważ punktów z tych testów nie traktuję jako oceny kształtującej. A ponawiane próby zdania testu nie było rzeczywistym powtarzaniem treści.

Jest zapewne potencjał AI dla edukacji, ale prosta, behawiorystyczna implementacja (treść + test) go marnuje. AI może generować testy, ale ludzki ekspert musi zaprojektować koncepcję i instrukcję kursu, stawiając na sprawdzanie rozumienia, a nie na zapamiętywanie szczególików.

Zatem wadą szkolenia, które przeszedłem, jest kiepska koncepcja dydaktyczna, oparta na przestarzałym behawioryzmie. Jeśli tworzyć szkolenie z AI, to warto chyba wykorzystać potencjał AI, by uczyć krytycznego myślenia i rozwiązywania problemów, a nie odtwarzania definicji. Indywidualizacja musi być realna, a nie tylko ogólnikowo obiecywana.

Podsumowując, przeszedłem kurs, otrzymałem mikropoświadczenia cząstkowe, ale poziom zrozumienia zagadnienia zwiększył się marginalnie. To było świetne doświadczenie testowe na temat możliwości automatyzacji edukacji, ale słabe doświadczenie edukacyjne. AI może zautomatyzować produkcję treści i testów, ale nie zastąpi przemyślanej, celowej i głębokiej dydaktyki. A może wystarczy dobrze wytrenowany agent AI, wykorzystujący dydaktykę konstruktywistyczną? Narzędzia sztucznej inteligencji szybko się rozwijają. Więc tylko czekać na takie nowinki. To tak jak z samochodem – nie wystarcza wypasiona maszyna, trzeba kierowcy, który wie dokąd jechać. Przecież, nie chodzi o to, by jechać gdziekolwiek lecz jechać z sensem i do istotnego celu.

Czy Wy również spotkaliście się z kursami online, w których forma (szybkość generacji, certyfikaty) przyćmiła treść i realną wartość edukacyjną? Podzielcie się swoimi doświadczeniami w komentarzach! A może podacie przykładu dobrych dydaktycznie kursów stworzonych z AI?

10.12.2025

AI jako mój osobisty asystent w pisaniu

W Warszawie, przy pomniku-ławeczce szkolnej. Wspomnienie dawnych czasów.


Asystent AI zasugerował bym ten tekst zatytułował: "Symbioza człowieka i AI w procesie pisania: zalety, wady i ryzyka", ale ja zostanę przy swoim. Tym bardziej, że siedzę przy odwzorowaniu dawnej ławki szkolnej, z liczydłem, zeszytem i kałamarzem. Jak uczeń w szkole. Świat, którego już nie ma, chyba, że w muzeach i skansenach...

Czy AI może pomóc pisać teksty? Odpowiedź brzmi: tak, ale jest jeszcze jedno „ale”. Są koszty wygody. Jednak zawsze najważniejsze jest to, by mieć o czym pisać, a więc mieć pomysł. To jest początek pisania. I aby się pomysł pojawił czasem dużo trzeba się nachodzić, pospacerować, wynudzić.

Jeszcze nigdy nie korzystałem z pomocy AI przy tworzeniu pomysłu – czy to eseju, czy felietonu radiowego. Nie wiem więc, czy jest to przydatna funkcja. Spotykam się z opiniami, że AI pomaga przy ideacji, przy szukaniu pomysłu na tekst. Sam nie próbowałem wykorzystać AI jako generatora idei. Choć konwersacja z AI bardzo jest pomocna. To już sprawdziłem na sobie. Zawsze mam nadmiar pomysłów, choć wiele z nich nigdy nie znalazło odbicia w publikowanych tekstach. Mam nadmiar i nie muszę szukać. Stanowczo starczy mi do końca życia a dodatkowo mam rozwinięta kompetencję kreatywności. Zaczęło się to od dziecięcych zabaw patykami. W tym kontekście brak zabawek być bardzo rozwojowy. Nadmiar gotowych rzeczy może niszczyć kreatywność. Wysiłek sprzed lat cały czas procentuje. 

Natomiast pomoc AI przy wykańczaniu i dopracowywaniu tekstów jest  mi bardzo przydatna. Dzięki temu mogę dokończyć więcej swoich projektów. Owszem, korzystam z AI ale do rozwijania i dopracowywanie moich pączkujących pomysłów, przypominania sobie faktów oraz uzupełniania i korekty tekstu. Narzędzia AI takie jak LLMy, z niewielkiego tekstowo promptu generują rozbudowany i dobrze wyglądający tekst. Niczym pompowanie kurczaka wodą lub wtłaczanie powietrza do torebek by wydawało się, że jest więcej towaru. Nie zawsze jest to przyrost rzeczywistej treści. Czasem to tylko mowa-trawa, „woda”, którą można zauważyć także w tekstach pisanych prze złudzi. Tak, jakby dłuższe teksty były lepsze od tych krótkich niczym aforyzmy. 

AI mnie nie wyręcza w pisaniu. To ja muszę mieć pomysł na to, o czym chcę napisać i jak się wypowiedzieć, jaki ma być scenariusz tekstu, co ma być głównym tematem, puentą czy mottem. AI jest jak pracowity asystent, a że chce być użyteczne, to czasem w swej nadgorliwości "halucynuje" by zadowolić swojego "szefa". Uczynny i gorliwy pomocnik. Dlatego odnoszę się do wytworów sztucznej inteligencji z ograniczonym zaufaniem. Ale przecież do ludzi też tak się odnoszę. Ich wytwory przyjmuję z ograniczonym zaufaniem, ponieważ ludzie też mogą kłamać, zmyślać lub koloryzować. Jednym ufam bardziej, innym mniej – podobnie jest z narzędziami AI.

Gdy jest już pomysł i scenariusz, możemy pisać, a AI mi w tym pomaga, ponieważ tekst powstaje szybciej i bez moich dyslektycznych błędów. AI jest dobrym korektorem lecz czasem myli się stylistycznie, np. w doborze słów, które bywają zbyt potoczne lub popkulturowe. Czerpie z bogatej biblioteki wcześniej wgranych tekstów i wypowiedzi. A ja chciałbym użyć innych słów kluczowych. 

Teksty stworzone z pomocą AI muszę korygować, ponieważ często nie odzwierciedlają one mojego "promptu myślowego". To efekt moich niewystarczających umiejętności. Czasem pisanie promptu szczegółowego i poprawianie zajmuje więcej niż sam bym pisał. Tekst tworzony przez AI bywa zbyt łatwo i szybko uzyskiwany, czasem pozbawiony głębi. Powstaje dużo słów, czasem za dużo, co zmusza mnie do skracania i korygowania. Trwa to długo i jest męczące. Co więc wybrać? Bo ta pomoc okazuje się czasami iluzoryczna: zamiast skracać, wydłuża proces. Jak wiemy, dobre teksty nie powstają szybko i łatwo. AI pomaga, ale czasem jest to pomoc iluzoryczna. Ładnie wyglądający literacko tekst powstaje zbyt szybko i rozleniwia, skraca wysiłek i dalszą pracę. Skoro efekt ładnie wygląda, to po co trudzić się dalej? Zupełnie tak samo jak karmienie dziecka mlekiem z butelki. Wystarczy zrobić większa dziurka a szybciej się na je. Lecz nie ćwiczy mięśni policzków i języka a potem pojawiają się kłopoty z poprawnym mówieniem i trzeba chodzić do logopedy. Co zbyt łatwo przychodzi (bez wysiłku), nie sprzyja rozwojowi mięśni twarzy. I potem trzeba nadrabiać. Być może podobnie jest z narzędziami AI wykorzystywanymi w pisaniu. 

Równie sprawnie pomógłby w pisaniu żywy asystent. Ale nie mam takiego asystenta. Nie jestem na tyle ważny, by mieć własnego sekretarza (sekretarkę, asystenta), ani na tyle bogaty, by móc utrzymać taką osobę na etacie. Musiałbym zarobić i na siebie i na ten etat. I tu AI okazuje się bardzo przydatne. Koszty utrzymania są relatywnie niższe w przypadku AI niż człowieka. Zatem sztuczna inteligencja demokratyzuje zasady korzystania z "asystenta" i być może kierowania zespołem "wydawniczym" a na pewno pomaga w finalizacji procesu twórczego.

Przez 40 lat musiałem wszystko robić sam. Nie miałem sekretarki, która przepisywałaby mi teksty na maszynie (bo kiedyś komputerów nie było), pisała listy urzędowe lub prywatne według moich wytycznych czy nawet e-maile. Wręcz przeciwnie – bywałem asystentem dla innych i sam bywałem copywriterem. AI zmieniło tę sytuację, wyrównując szanse i dając nowe perspektywy. Demokratyzuje komunikację i obniża prób wejścia do różnych zawodów kreatywnych. Z pewnością usługi twórcze w pisaniu i grafice potanieją.

Tak jak kiedyś, kiedy wprowadzono maszyny tkackie, rękodzielnicy tracili pracę i się buntowali. Teraz dzięki maszynom mamy dużo tanich tkanin i tekstyliów. Mamy za dużo ubrań, przez co wiele z nich ląduje na śmietniku, zanim się zużyją, lub są wyrzucane jeszcze jako nowe, nawet nie zakupione (zanim dotrą do sklepów). Wykorzystujemy tanie zasoby środowiska i tanią siłę roboczą w postaci maszyn i ludzi. W ten sposób powstaje konkurencja dla pracowników, ponieważ na świecie są chętni, by wykonać tę pracę taniej niż my w bogatych społeczeństwach.

Teraz, tak jak dawniej, piszę (lub rysuje w formie sketchnotki lub mapy myśli) swój szkic na brudno, czasem w punktach. Potem przepisuję na komputerze i budując czy rozbudowując zdania dalej tworzę. Szkic jest dla mnie swoistym promptem. Z czasem odkryłem funkcję dyktafonu w Wordzie, ale słabo mi to wychodziło. Tekst był chropowaty i zawierał liczne błędy. I tak trzeba było dużo poprawiać, zmieniać, uzupełniać. Następnie szlifowałem go, rozwijałem myśl, uzupełniałem, poprawiałem. A i tak na koniec zostawało sporo błędów literowych lub stylistycznych (bo jestem dyslektykiem) albo kwestii niezbyt jasno przedstawionych. Teraz ten środkowy etap wykonuję z pomocą AI. Na koniec, tak jak kiedyś, czytam i poprawiam, wygładzam, dopisuję, zmieniam słowa i styl, by bardziej odzwierciedlał mój styl myślenia.

To jest właśnie przenikanie się umysłów, taka swoista symbioza, mykoryza między człowiekiem a algorytmem, między białkowymi neuronami a krzemowymi obwodami. Ale czy teraz czasem to nie ogon zaczyna kręcić psem?  Czy nie grozi nam, że narzędzie zdominuje człowieka?. Wtedy to człowiek staje się dodatkiem do AI – interfejsem, narządem zmysłu, sensorem czy mechanicznym pomocnikiem wykonującym niezbędne czynności fizyczne. 

Czy AI, przez swą szybkość i wygodę, nie przeszkadza w uczeniu się pisania i wypowiedzi? Czy nie oducza nas samodzielności? Uczułem się pisanie przez ponad 40 lat. Nabrałem wprawy. Ale czy jestem przez to bezpieczny? Może i osoby potrafiące pisać w relacji z AI doznają atrofii kiedyś wykształconych umiejętności? No dobrze, jak umiem. A czy młoda osoba ucząca się pisać, gdy dość wcześnie zacznie korzystać z AI to czy w ogóle nauczy się pisać? Nauczy się dobrej kompozycji i tworzenia oryginalnych myśli? Uczę się korzystania a AI by dzielić się tymi umiejętnościami ze studentami. Przecież oni będą żyli w świecie cyfrowych pomocników. A jak nauczyć pisania gdy od samego początku korzystamy z narzędzi AI? Czy potem będę w stanie samodzielnie myśleć i samodzielnie tworzyć? Dlaczego miałbym im zabierać czas dziecięcej zabawy patykami i glina nad rzeką? 

Jak powstał ten tekst? Tradycyjnie odręcznie zapisałem szkic na kartce. Odleżał kilka tygodni w papierowej teczce (pośród wielu innych). W tych papierowych teczkach przez lata zebrało mi się wiele podobnych pomysłów. Czasem do nich wracam i kończę rozpoczętą pracę. Wiele jednak nigdy nie wychodzi poza etap odręcznej notatki. Ginie w stadium zarodkowym... Teraz jednak użyłem cyfrowego dyktafonu. Ma wbudowaną funkcję pomocy AI. Włączyłem program na telefonie komórkowym i przeniosłem zapis audio do programu w chmurze. Ten w ciągu dwóch minut dokonał audiodesktypcji. Miałem więc przepisane słowo w słowo. A że miałem trudności z odczytaniem swojego odręcznego pisma to wyszko to bardzo chropowato. Jednym poleceniem (jedno kliknięcie i czekanie ok. 1-2 minut) wykonałem podsumowanie. A potem poleciłem poprawić tekst. AI nieco uporządkowało audiodeskrypcję. Zapisałem w chmurze a potem wykorzystałem gem w Gemini by dokonał korekty stylistycznej i uporządkował spójność, dodał nagłówki i śródtytuły (ostatecznie z nich zrezygnowałem). Otrzymałem już lepiej literacko i komunikacyjnie wyglądający tekst. Sprawdziłem, uzupełniłem o brakujące myśli i w niektórych miejscach rozwinąłem pierwotne myśli. Czyli AI działało jak osobisty asystent do pisania tekstu.

Dostałem także porady jak ćwiczyć wykorzystanie AI przy generowaniu pomysłów. Trzeba by sprawdzić w praktycznym działaniu. Może za jakiś czas wykonam ten krok... i jeszcze bardziej uzależnię się od cyfrowych narzędzi. Bo do dobrego łatwo przywyknąć. Symbiotyczny proces integracji człowieka z AI postępuje krok po kroku. 

8.12.2025

AI niczym cyfrowa mikrobiota człowieka, czyli w cieniu technoholobionta

Obraz wygenerowany przez Gemini Banana (nieco zmienione).
 

Tradycyjna biologia przedstawiała organizmy jako autonomiczne byty, dyskretne obiekty czyli gatunki i osobniki, zamknięte w fizycznych powłokach i o wyraźnych granicach. Organizm i środowisko, gatunek i biosfera miały swoje wyraźne granice i możliwości łatwego wskazania (wyodrębnienia). Na przykład porosty były uznawane za samodzielne gatunki. Rewolucja w rozumieniu zjawiska życia biologicznego, zainicjowana m.in. przez Lynn Margulis (cykliczna endosymbioza w ewolucji eukariontów), wprowadziła nową koncepcję holobionta – nadrzędnej jednostki ponadorganizmalnej, ekologicznej, będącej konglomeratem gospodarza i jego licznego mikrobiomu (mikrobioty). A więc gatunków powiązanych z jednym „gospodarzem” relacjami sybiotycznymi, komensalistycznymi, pasożytniczymi itp. Najwcześniej sformułowano to w odniesieniu do koralowców i wielu innych organizmów z nimi powiązanymi, w tym wirusami. Innym, zbliżonym podejściem teoretycznym było pojęcie konsorcjum. Człowiek, będąc holobiontem, wykorzystującym geny mikroorganizmów i wirusów żyjących w przewodzie pokarmowym oraz na skórze. Nie jest więc monolityczną jednostką, lecz w pewnym sensie superorganizmem żyjącym w permanentnej, intymnej symbiozie (i innymi ekologicznymi relacjami) z milionami bakterii, grzybów i wirusów. Dla opisu tej nowej rzeczywistości wygodnie jest posługiwać się pojęciem holonbiont.

Holobiont (w biologii) to termin wprowadzony przez Lynn Margulis. Człowiek nie jest jednostką (osobnikiem), ale swoistym ekosystemem – żyjemy w symbiozie z milionami bakterii, wirusów, jednokomórkowych eukariontów, grzybów i pasożytniczych bezkręgowców. One wpływają na nasz nastrój, odporność i myślenie. Te współpracujące geny róznych gatunków w obrębie holobionta nazywane są hologenomem.

Technoholobiont (nowa rzeczywistość) to pojęcie wywodzące się z idei holobionta i jest rozszerzeniem tej definicji. Technologia (smartfon, internet, algorytmy, AI) przestaje być "narzędziem" (jak młotek), a staje się "środowiskiem" lub "organem zewnętrznym", bez którego funkcjonowanie w świecie informacji jest niemożliwe. Analogicznie do hologeneomu można byłoby chyba mówić o holomemie lub holotechnomemie (gdzie za mem uznamy jednostkę informacji). 

Tak jak nie przeżyjemy bez bakterii jelitowych trawiących pokarm i wytwarzających różne neuroprzekaźniki, tak powoli stajemy się niezdolni do funkcjonowania w społeczeństwie bez AI "trawiącej" i przetwarzającej informacje. Ten proces technosymbiozy się rozpoczął już wiele lat temu i trwa. Obecnie widzimy już duże zmiany i sporą dozę wzajemnego uzależnienia. 

W biologii najbardziej jaskrawym przykładem pojęcia holobiont jest mikrobiota jelitowa. Te mikroorganizmy pełnią funkcje krytyczne dla życia: rozkładają niestrawne węglowodany, syntetyzują witaminy (np. K i B), a nawet wpływają na oś jelitowo-mózgową, modulując nasz nastrój i odporność. Nie przypadkiem w przenośni na jelito mówi się „drugi mózg”.

W tym biologicznym ekosystemie (mikrobiocie( możemy wyróżnić trzy kategorie organizmów (populacji):
  • prozdrowotne bakterie, takie jak Bifidobacterium czy Lactobacillus, które aktywnie wspierają homeostazę organizmu, chroniąc przed patogenami i optymalizując wchłanianie.
  • komensalistyczne (neutralne) organizmy, które żyją w równowadze, czerpiąc z nas korzyści, ale nie wpływając znacząco ani pozytywnie, ani negatywnie na funkcje życiowe. Są takimi nie przeszkadzającymi pasażerami na gapę.
  • pasożytnicze (szkodliwe, chorobotwórcze, dysbiotyczne) mikroorganizmy, które w nadmiarze prowadzą do dysbiozy – zaburzenia równowagi mikrobiomu, co skutkuje stanami zapalnymi, obniżoną odpornością i chorobami cywilizacyjnymi. Są to populacje, których pasożytnicze i chorobotwórcze interesy rozwojowe są sprzeczne z długoterminowym zdrowiem gospodarza.
Jeżeli holobiont definiuje człowieka w kontekście biologicznym, to współczesna epoka wymaga ewolucji tego pojęcia do technoholobionta. Jest to człowiek, którego procesy poznawcze, komunikacyjne i decyzyjne są nierozłącznie sprzężone z zewnętrznymi systemami technologicznymi i sztuczną inteligencją (AI). Smartfon, internetowa chmura danych, algorytmy rekomendacyjne – to wszystko przestaje być zbiorem zewnętrznych narzędzi, a staje się cyfrowym organem zewnętrznym, niezbędnym do życia w infosferze. Nie tylko nasza pamięcią zewnętrzną ale i myśleniem zewnętrznym. Bezsprzecznie wpływa na nasz mózg, sposób postrzegania rzeczywistości, na nasz tryb życia, wybory, na nasze zdrowie w szerokim rozumieniu. I na nasze choroby cywilizacyjne, które się coraz wyraźniej ujawniają.

W tym kontekście, AI staje się cyfrową "mikrobiotą" człowieka. Tak jak mikrobiota jelitowa przetwarza materię odżywczą, tak AI przetwarza ”materię” informacyjną i neuroprzekaźniki (np. uzależniamy się od dopaminy). Przekazujemy jej zadania "trawienia danych", syntezy wiedzy i pamięci faktów (outsourcing wiedzy), uwalniając biologiczną korę mózgową do zadań wyższego rzędu lub, co bywa zgubne, do bezmyślnej konsumpcji. Ta nowa symbioza jest dynamiczną pętlą sprzężenia zwrotnego, w której człowiek szkoli maszynę, a maszyna kształtuje ludzkie procesy myślowe. Nie przypadkiem coraz częściej piszemy, że w ten rozwijającej się technosymbiozie AI mądrzeje a człowiek głupieje. To wynikający z symbiozy podział zadań i specjalizacja funkcjonalna. 

Analogicznie do flory jelitowej (flora jelitowa to dawne określenie, gdy bakterie zliczane były jeszcze do roślin, poprawniej jest napisać mikriobiota jelitowa), cyfrowy mikrobiom z różnymi narzędziami AI składa się z „populacji” (techniczne obiekty nie tylko te ekpranowe), które w różny sposób wpływają na naszą homeostazę kognitywną (poznawczą) i emocjonalną.

Prozdrowotne narzędzia AI, to narzędzia AI, które autentycznie wzmacniają nasze zdolności poznawcze (tzw. cognitive augmentation) i sprzyjają dobru wspólnemu, bez czerpania korzyści kosztem gospodarza. Można powiedzieć, że korzyści czerpią obaj partnerzy tej symbiozy. Potencjalne przykłady (potencjalne bo wymaga to rzetelnego zbadania długofalowych skutków): zaawansowane modele językowe (LLM) wykorzystywane do syntezy skomplikowanych danych, diagnostyczne AI medyczne, systemy personalizujące edukację w celu maksymalizacji retencji, algorytmy pomagające w rozwiązywaniu złożonych problemów naukowych.
 
Filozoficzną korzyść tak zdefiniowanej symbiozy jest rodzący się rozszerzony umysł (ang. extended mind), gdzie myślenie jest rozproszone między biologiczne neurony a krzemowe procesory, prowadząc do wzrostu produktywności i głębi analizy. Oczywiście korzyści te odnoszą się do nadrzędnego, ponadorganizmalnego technolobiontu. Być może jest to postulowana przez Teilharda de Chardin noosfera (sfera mysli, w analogii do biosfery - sfery życia)

Neutralne (dla zdrowia człowieka) narzędzia AI to systemy o niskiej interwencji, które ułatwiają proste procesy, nie angażując nadmiernie zasobów uwagi ani nie wpływając na fundamentalne procesy myślowe samego człowieka. Przykładem są proste ikalkulatory, podstawowe funkcje wyszukiwania, niespersonalizowane aplikacje użytkowe (np. stoper, pogoda). Filozoficzną korzyścią byłoby utrzymywanie równowagi środowiska, będąc użyteczną bez ryzyka uzależnienia czy atrofii podstawowych umiejętności ludzkich.

I w końcu trzeci element - pasożytnicza i szkodliwa dystechnobioza AI. To algorytmy, których cel biznesowy (maksymalizacja zysku, utrzymanie uwagi) jest sprzeczny ze zdrowiem i autonomią ludzkiego użytkownika. Wprowadzają one technologiczną dysbiozę, prowadząc do degradacji kognitywnej. Przykładem są algorytmy mediów społecznościowych zaprojektowane do maksymalnego pochłaniania uwagi (gospodarki uwagi), generatory dezinformacji i deepfakes (będące wirusami w naszym systemie poznawczym), systemy tworzące bańki informacyjne, które prowadzą do atrofii krytycznego myślenia i polaryzacji społecznej. Filozoficznym ryzykiem jest to, że zamiast rozszerzać umysł, pasożytnicza AI go kolonizuje, zamieniając użytkownika w źródło danych i uwagi. Prowadzi to do zaniku kompetencji, takich jak zdolność do głębokiej koncentracji, pamięci roboczej, a nawet umiejętności nawigacji po świecie bez zewnętrznego przewodnictwa.

Wspominając o kognitywna egzosymbioza (umysł rozszerzony)  warto odwołać się do teorii umysłu rozszerzonego Andy Clarka i Davida Chalmersa. W tej koncepcji ChatGPT staje się naszą "egzokorą" (zewnętrzną korą mózgową). Nie musimy pamiętać faktów, musimy umieć nawigować po zasobach AI. Nasze procesy poznawcze są rozproszone między neuronami białkowymi a obwodami krzemowymi. W pewnym sensie nawiązuje do tego koncepcja konektywizmu jako teoria poznania i uczenia się. Zasadnym staje się pytanie: gdzie kończy się "ja", a zaczyna algorytm, jeśli proces myślowy jest płynny?

Warto też wspomnieć o sprzężenie zwrotnym. Relacja z AI to nie jednostronne wydawanie poleceń. To pętla i wzajemny wpływ (jak to w symbiozie biologicznej bywa). My trenujemy AI (dostarczając dane).
AI trenuje nas (algorytmy rekomendacyjne kształtują nasz gust, poglądy polityczne, a nawet sposób pisania). Tworzy się cybernetyczna homeostaza – stan równowagi między człowiekiem a systemem.

Ewolucja Lamarkowska czy Darwinowska? Tradycyjna teoria ewolucji drogą małych zmian i doboru naturalnego (Darwin) jest powolna. Ewolucja technoholobionta jest błyskawiczna i dziedziczona kulturowo (a więc Lamark?). Wgrywając nową wersję modelu językowego, "aktualizujemy" możliwości poznawcze całego gatunku w ciągu kilku minut.

Skoro w niniejszym wywodzie używamy metafory biologicznej, musimy mówić o chorobach tego układu. W biologii "dysbioza" to zaburzenie równowagi mikrobioty (bakterie, archeony, eukarionty jednokomórkowe, grzyby, pasożytnicze wielokomórkowce). Czym jest dysbioza technoholobionta? Po pierwsze to atrofia kompetencji poznawczych. Jeśli AI przejmuje zbyt wiele funkcji poznawczych, nasze "mięśnie mentalne" zanikają (np. zdolność do głębokiego czytania, nawigacji w terenie). Duzy mózg nie jest już potrzebny, może się ewolucyjnie zmniejszać. A jeśli rozwinie się pasożytnictwo zamiast symbiozy (mutualizmu)? Czy AI (lub korporacje za nią stojące) działa na naszą korzyść (mutualizm), czy żeruje na naszej uwadze i danych, nie dając wystarczająco w zamian (pasożytnictwo)? Halucynacje możemy rozpatrywać jako infekcje. Błędy AI, które przyjmujemy za prawdę, działają jak wirusy i inne pasożyty w systemie poznawczym holobionta.

Na zakończenie warto podkreślić, że  technoholobiont nie jest cyborgiem. Cyborg sugeruje fizyczne wszczepy (hardware). Technoholobiont to pojęcie szersze, ekologiczne – dotyczy relacji i przepływu danych, nawet jeśli nie mamy w mózgu czipa (jeszcze?).

W świetle przedstawionej analogii staje się jasne, że nowym imperatywem egzystencjalnym człowieka jest świadome zarządzanie swoją cyfrową mikrobiotą. Tak jak dbamy o dietę, aby wspierać prozdrowotną mikrobiotę jelitową, tak musimy kształtować naszą "dietę informacyjną" i selekcjonować systemy AI, z którymi wchodzimy w symbiozę.

Filozoficzna konkluzja jest prosta: technoholobiont to nasz nieunikniony los. Pytanie nie brzmi, czy połączymy się z AI, lecz jaką formę przybierze to połączenie. Jeśli pozwolimy, by pasożytnicze algorytmy zdominowały nasz cyfrowy ekosystem, popadniemy w głęboką technologiczną dysbiozę, w której nasza autonomia i zdolności poznawcze zostaną skutecznie stłumione. Zatem, by zachować pełnię człowieczeństwa w erze AI, musimy stać się aktywnymi ogrodnikami naszego cyfrowego wnętrza (a raczej zewnętrza), wybierając narzędzia, które nie tylko ułatwiają życie, ale przede wszystkim wzmacniają esencję ludzkiego rozumu.

5.12.2025

A ten rozum to gdzie teraz jest?




Felieton ma to do siebie, że musi być krótki. Określona liczba znaków i ani jednego więcej. Bo wraca do poprawki i trzeba skracać. A ja nie lubię niczego wyrzucać, nawet słów z tekstu. Wyjściem jest zbudowanie dłuższego tekstu i opublikowanie na blogu. I tak umieszczam poszerzoną wersję felietonu dla VariArtu. Tematem była ewolucja nośnika. A o jakim nośniku może pomyśleć biolog? O informacji biologicznej i rozumie!

A ten rozum to gdzie jest? W sercu, mózgu czy w krzemowych obwodach? Kiedyś myślano, że rozum mieści się w sercu. Potem, że w mózgu. A niebawem pewnie odpowiemy, że rozum mieści się w AI (sztucznej inteligencji) czyli w krzemowych obwodach, gdzieś na dyskach i serwerach. Niczym z Lemowskiej opowieści z Cyberiady.

Pytanie o siedzibę rozumu to taka stara, dobra zagadka, która z każdą epoką staje się coraz bardziej złośliwa. Kiedyś sprawa była prosta: rozum, dusza, uczucia – wszystko to zgrabnie mieściło się w sercu. Było to i poetyckie, i wygodne. I nawet jeśli medycyna (naukowcy-biolodzy) dawno temu tę wersję z hukiem obalili, to w kulturze nadal uparcie trzymamy się tej sercowej lokalizacji. Mówimy, że serce nam pęka (i nie o zawał chodzi), że słuchamy głosu serca, a nie rozumu. Ach, to serce – ten niewinny, pompujący krew organ, który bezczelnie uzurpował sobie miano centrum myśli. W kulturze ten sercowy pogląd jeszcze rudymentarnie funkcjonuje. Potem dostrzeżono mózg z komórkami nerwowymi jako nośnik i siedlisko rozumu. Mózg łatwo zobaczyć, gorzej z rozumem. Jedynie zobaczyć możemy efekty jego działania. 

A teraz, gdy rozwijają się programy sztucznej inteligencji, to gdzie się mieści rozum? Coraz częściej można przeczytać, że AI mądrzeje a Homo sapiens głupieje. Najwyraźniej znowu rozum się przeprowadza. Tak jak w typowej symbiozie następuje integracja obu partnerów i upraszczanie struktury. Bo wszystkie funkcje wypełnia zintegrowana, symbiotyczna, całość. Elementy tej całości, w miarę usprawniania swojej funkcji i struktury, rezygnują z niektórych działań. Nawet ulegają pomniejszeniu. U człowieka od kilku tysięcy lat obserwujemy zmniejszanie się mózgu... I zaczęło się na długo przed pojawieniem się AI!

Ale wróćmy do zasadniczego wątku, poszukującego rozumu. Przyszło oświecenie i skalpel. Lokalizacja rozumu została przesunięta wyżej, z serca do mózgu. No i słusznie, bo mózg jest duży, pofałdowany i wygląda na zajętego. Komórki nerwowe, synapsy, impulsy – wszystko się zgadza. Mózg to nasza osobista „czarna skrzynka” rozumu. Łatwo go zobaczyć (na szczęście nie codziennie, bo lepien pracuje, gdy jest opakowany, w czaszce), trudniej zrozumieć, co w nim huczy. Widzimy jedynie efekty jego działania: dowcip, felieton, albo próby zapamiętania listy zakupów.

W tle niniejszych rozważań jest pytanie o informację biologiczną, z której wyewoluowała informacja kulturowa. Sens przystosowania ten sam – dostosowanie się do środowiska. Tylko nośnik inny, już nie białkowy lecz papirusowy, papierowy, kamienny, zapisany na taśmach magnetycznych itp.

Ewolucja biologiczna zaczęła się najprawdopodobniej na powierzchni ilastych osadów krzemionkowych, w podmorskich fumarolach. Był to świat RNA i jeszcze bezkomórkowy. Ale biologiczny, z białkami, enzymami, cukrami i lipidami. W uproszczeniu można by napisać, że życie zaczęło się od krzemu. Szybko jednak przeskoczyło na związki węgla. Życie jako procesy. Gdy powstały pierwsze komórki, zbudowane z białek, lipidów i zawierające RNA a potem i DNA, rozpoczęła się węglowa ewolucja życia a nośnikiem rozumu były związku węgla, oparte na białku. Powstały komórki nerwowe i moglibyśmy powiedzieć, że rozum rozwijał się na węglowym nośniku. Wiele setek milionów lat ewolucji układu nerwowego i powstanie ludzkiego mózgu. A potem Homo sapiens z dużym i myślącym mózgiem stał się nośnikiem rozumu. W trakcie rozwoju kultury nośnikiem rozumu stał się także zapisany i zadrukowany papier. Celuloza to także związki węgla. Jeszcze później nośnikiem dźwięków stały się płyty winylowe, nieco później taśmy magnetyczne. A potem płyty CD i twarde dyski. Tu już nośnikiem znowu stały się krzemowe obwody procesorów i twardych dysków. Siedliskiem i nośnikiem rozumu jest już nie tylko białkowy ludzki mózg lecz także papierowe książki, zgromadzone w bibliotece oraz sztuczna inteligencja, opowiadająca nam historie i udzielająca różnych, praktycznych odpowiedzi. Po ponad trzech miliardach lat informacja (którą w przenośni możemy nazwać rozumem) powróciła do krzemowego nośnika. Ale już mocno odmieniona.

W wieku XXI już nie powiemy, że rozum mieści się w sercu. Ale chyba i z mniejszą pewnością odpowiemy, że w mózgu. Bo przecież także i w telefonach komórkowych i serwerach, przetwarzających zadania sztucznej inteligencji. A my zwolnieni zostaniemy z codziennego obowiązku myślenia. Czy narząd nieużywany będzie zanikał? Na to wygląda. Bo po co organizm miałby utrzymywać tak kosztowny energetycznie organ, gdy życie społeczne znakomicie rekompensuje jego braki i mniejszą wielkość z mniejszą wydolnością przetwarzania i zapamiętywania danych?

Ale w wieku XXI, gdy serwery szumią głośniej niż ludzki żołądek, a w naszych kieszeniach nosimy potęgę obliczeniową, o jakiej Galileusz mógłby tylko pomarzyć i nawet pierwsze statki kosmiczne lądujące na Księżycu jej nie miały – pytanie o siedlisko rozumu znowu staje się palące i intrygująco aktualne. A ten rozum, to teraz gdzie on jest? Czy wciąż tylko w naszych szacownych, białkowych głowach? Ewolucja lubi żarty z odwróceniem akcji. Nasz nośnik rozumu przeszedł bowiem fascynującą, trzy-miliardowo-letnią pętlę.

Zacznijmy od początku, by lepiej zapamiętać i zrozumieć. Życie, to pierwotne, przedkomórkowe, prawdopodobnie wzięło swój start na krzemionkowych osadach. To była geologiczna kołyska, która umożliwiła powstanie pierwszych, bezkomórkowych struktur. Krzem! Nośnik informacji był na początku mineralny, a potem – pstryk! – ewolucja postawiła na węgiel.

I zaczęła się epopeja związków węgla: białka, lipidy, RNA, DNA. Węglowe klatki, które stały się komórkami nerwowymi. Przez setki milionów lat ten węglowy nośnik rozwijał się, aż w końcu, w naszym dużym, dumnym i samorefleksyjnym mózgu Homo sapiens, osiągnął (naszym zdaniem) swój szczyt. Ale ludzki rozum nie poprzestał na jednym nośniku. Stworzyliśmy kulturę, a wraz z nią – zewnętrzne dyski pamięci. Zapisane tabliczki, a potem zadrukowany papier. Celuloza to, oczywiście, też związki węgla. Nasz rozum wylał się z czaszki i osiadł na stronach książek. Biblioteki stały się nie tyle zbiorami papieru, co zewnętrznymi mózgami ludzkości.

I tu dochodzimy do paradoksu naszych czasów. Wszechobecny digitalizm sprawił, że informacja (którą w przenośni i coraz mniej przenośni, nazywamy rozumem) znowu powróciła do swojego pierwotnego, mineralnego brata. Winylowe rowki, taśmy magnetyczne, a potem CD i twarde dyski. Krzemowe obwody procesorów, krzemionkowa chmura serwerów. Po ponad trzech miliardach lat, od ilastych osadów po układy scalone, krzem znowu stał się głównym nośnikiem rozumowania.

W XXI wieku rozum jest zjawiskiem zbiorowym i rozproszonym. Mieści się nie tylko w naszym indywidualnym mózgu, czy nawet w konektywnie połączonym mózgu społecznym (współpracujących i kontaktujących się ze sobą ludzi), ale też w telefonie komórkowym, w serwerze, który oblicza trajektorie lotu, i w programach sztucznej inteligencji, która opowiada nam historie i udziela porad, gdy my sami przestajemy być pewni. To jest punkt, w którym zaczynam się niepokoić, a "kij w mrowisko" wbija się z pełną siłą, tym razem w samo nasze kulturowe serce.

Jeśli nasz rozum ma teraz siedzibę w chmurze, to co stanie się z naszym wewnętrznym, węglowym nośnikiem? Jesteśmy coraz chętniej zwalniani z obowiązku myślenia. Dlaczego mam pamiętać, skoro mogę sprawdzić? Dlaczego mam analizować, skoro AI przedstawi mi streszczenie? Biologia ma prostą zasadę: narząd nieużywany zanika. Czy czeka nas ewolucyjna równia pochyła ludzkiej rozumowej deprecjacji? Czy za kilkadziesiąt pokoleń, z dumnych myślicieli staniemy się biologicznymi interfejsami, podłączone do krzemowej nad-inteligencji? Nasze mózgi będą jedynie terminalami wyświetlającymi wyniki, a nie centrami ich generowania. Bo w symbiozie (tej biologicznej) tak już bywa, że nie wiadomo kto ważniejszy, czy to nasze, eukariotyczne komórki mają mitochondria czy też mitochondria mają swoje eukariotyczne farmy i domy do wygodnego życia?

Wizja powyższa jest i zabawna, i przerażająca. Oto Homo sapiens, który położył u stóp świata największe zdobycze myśli, dobrowolnie oddaje swój najcenniejszy organ w leasing cyfrowym kooperantom.

Kiedyś biblioteka publiczna była bezpiecznym, węglowym nośnikiem rozumu. Dziś jest ostatnią redutą linearnego, dogłębnego i weryfikowalnego myślenia. Pytanie brzmi: czy zdoła obronić nasz wewnętrzny rozum przed pokusą wiecznej cyfrowej amnezji i błogosławionego braku myślenia? Bo jeśli tak, to w przyszłości jedynym sposobem, by udowodnić, że wciąż jesteśmy inteligentni, będzie schowanie się przed siecią i cichutkie... czytanie książki. Albo niniejszego boga (jeśli zostanie wydrukowana jego książkowa, papierowa wersja)

Nasze mózgi stają się jedynie interfejsami do potężniejszego nośnika, jakim jest sieć. Prawdziwy "rozum" rezyduje dziś w centrach danych, a my tracimy zdolność do przechowywania i przetwarzania głębokiej wiedzy wewnętrznie.

Immanuel Kant mówił, że dwie rzeczy napełniają duszę podziwem: „niebo gwiaździste nade mną i prawo moralne we mnie”. Dziś moglibyśmy dodać: wszechogarniająca cyfrowa chmura nade mną i to, co resztkami sił walczy o przetrwanie, czyli zanikający rozum we mnie. To jest ta walka o wewnętrzny nośnik, w której biblioteka publiczna pozostaje ostatnim, dumnym serwerem węgla. Albo nasza domowa biblioteczka lub publiczna półka bookrossingowa, ustawiona gdzieś na wiejskim, zapomnianym przystanku autobusowym.

Poszerzona wersja felietonu Kij w mrowisko" dla VariArtu

2.12.2025

Homo nie tylko sapiens, inna opowieść o naszych przodkach (książka)

 

W ostatnich latach sporo ukazało się książek dotyczących ewolucji Homo sapiens i rewolucji neolitycznej. Ciągle pojawiają się nowe dowody, nowe interpretacje, bo ciągnę dokonywane są nowe odkrycia i wykorzystywane zupełnie nowe metody badawcze, w tym analizy antycznego DNA. Przeczytałem takich książek wiele ale z wielką przyjemnością sięgnąłem po kolejną popularnonaukowa, napisana przez Agnieszkę Krzemińska. Przeczytałem, a miło się czytało. 

"Homo nie tylko sapiens. Inna opowieść o naszych przodkach", Agnieszka Krzemińska, Wydawnictwo Literackie, 2025, 301 stron, sztywne okładki, ładny papier w kolorze écru, książka dobrze edycyjnie i graficznie zaprojektowana. Miła w dotyku i czytaniu. Ciekawie opowiedziane historie z archeologii i ewolucji człowieka. Nie tworzą spójnej i liniowo ułożonej narracji. Są wybranymi aspektami z bogatej historii Homo sapiens. Łączy je interpretacja odbiegająca od stereotypów. Przez co pokazuje subtelną głębię nauki. Można zobaczyć nieustanną dyskusję naukowców, wykorzystujących coraz to nowe metody badawcze i uzyskiwane tak dowody.

Jest to kolejna pozycja z gatunku literatury popularnonaukowej. Lektura wciąga czytelnika w świat prehistorii w sposób świeży i nieoczywisty, czasem zaskakujący. Ale bez żadnej medialnej sensacyjności. Agnieszka Krzemińska ładnym językiem snuje opowieść o dawnych ludziach, która nie jest prostą rekonstrukcją faktów, lecz raczej refleksją nad tym, jak różnorodne mogą być interpretacje tych samych danych naukowych.

Jednym z największych atutów książki jest pokazanie, że archeologia i antropologia nie są dziedzinami, w których istnieje jedna „prawda”, rozumiana jako interpretacja faktów. W ten sposób pięknie pokazuje złożoność metod naukowych. Ale nie dlatego, że istnieje wiele prawd, tylko że istnieją różne interpretacje znalezisk archeologicznych czy paleobiologicznych. Te interpretacje zmieniają się, bo systematycznie pojawiają się nowe metody badawcze: analizy szczątków kostnych, badania DNA, interpretacje artefaktów, które dają nam jedynie fragmentaryczne obrazy. Po nich następuje interpretacja i uzasadnienie tej interpretacji.

Interpretacje sprawiają, że  ten sam zestaw danych może prowadzić do różnych wniosków: czy kobieta z grobu była łowczynią, czy raczej przypadkowo znalazła się w miejscu polowania? Czy ozdoby świadczą o statusie, czy o praktykach rytualnych? Czy pierwsze miasta zakładali rolnicy czy łowcy i zbieracze?  Krzemińska podkreśla, że nauka to proces dialogu, sporów i hipotez, które zmieniają się wraz z nowymi odkryciami.

Autorka, w swojej zajmującej opowieści, świetnie pokazuje, że historia człowieka nie jest liniową narracją. Gdy analizujemy migracje ludzi i ich adaptacje, to jedni badacze widzą w nich triumf gatunku, inni dramatyczne próby przetrwania i upadki. Podobnie jest z rola kobiet i dzieci – w zależności od interpretacji, mogą być przedstawiane jako bierne postacie albo aktywne uczestniczki życia społecznego. Codzienność dawnych ludzi dla jednych jest dowodem na prymitywizm, dla innych staje się świadectwem kreatywności i współpracy.

Krzemińska pisze w formie reportażu, łączy naukową rzetelność z narracją, która angażuje czytelnika emocjonalnie. Dzięki temu książka nie tylko informuje, ale też inspiruje do refleksji nad tym, jak sami konstruujemy opowieści o przeszłości. Sam znalazłem sporo nawiązań do innych, niedawno wydanych książek. Dzięki temu czułem się jak uczestnik długie dyskusji o ewolucji i kulturze człowieka. A obraz ten nie rysuje się jako nieustanny progres lecz jako kronika z czasowymi zawirowaniami, upadkami i regresami. 

To książka, która uczy krytycznego myślenia. Pokazuje, że nauka nie daje prostych odpowiedzi, lecz otwiera pole do dyskusji. Przy tej okazji zrobię dygresje: często zapominamy, że dyskusja jest ważnym elementem metody naukowej. Dyskusja prowadzona w kontakcie bezpośrednim i dyskusja za pośrednictwem publikacji i książek. Czytelnik może poczuć się jak uczestnik tego dyskursu. 

Autorka daje czytelnikowi narzędzia, by patrzeć na prehistorię nie jak na zamknięty rozdział, ale jako na żywy proces interpretacji. Bo przecież niebawem mogą pojawić się nowe odkrycia, nowe ustalenie. I wcale nie wywrócą diametralnie dotychczasowej wiedzy i nie trzeba będzie pisać podręczników na nowo (jak często sensacyjnie krzyczą tytuły w mediach społecznościowych, nastawione na klikalność). Po prostu trwać będzie dyskusja i pojawią się nowe interpretacje pojedynczych elementów historii o człowieku. To tak, jak nastawianie ostrości w mikroskopie lub lornetce: widzimy to samo tylko ostrzej. I być może dostrzegamy kolejne elementy.

Książka ta dobrze wpisuje się w szerszy nurt popularyzacji nauki, który stawia na dialog między faktami a narracją. Homo nie tylko sapiens to nie tyle książka o naszych przodkach, ile o tym, jak my – współcześni – próbujemy ich zrozumieć. To opowieść o nauce jako sztuce interpretacji, w której każdy nowy dowód może zmienić mały fragment historii. I zachęcić do własnych rozmyślań i dalszych poszukiwań.

1.12.2025

Jak uczyć się na błędach czyli kompetencje przyszłości, hybrydowa dydaktyka z AI


W edukacji ważne jest szybkie zastosowanie nowo pozyskanej wiedzy w praktyce. To z jednej strony powtarzanie a z drugiej przetwarzanie i włączanie do swojego własnego, indywidualnego konstruktu wiedzy. Budowanie z materiałów ze swoistego intelektualnego recyklingu, wykorzystanie tylko części pozyskanych informacji, a w końcu przetworzenie. Powstanie nie kopia zasłyszanej wiedzy lecz wzorowany na niej nowy, własny i unikalny konstrukt (to nawiązanie do pedagogicznego konstruktywizmu). Nauczyciel nie naucza, to uczy się uczący a nauczyciel stwarza jedynie warunki, dostarcza materiałów i motywuje. Lub odwrotnie, demotywuje i zniechęca. Wybieram to pierwsze. By świadomie wspierać.

Po raz kolejny zostałem ambasadorem programu https://beeco.edu.pl/, realizowanego przez Digital University. W ramach współpracy dostałem kilka pytań do wywiadu. Na pytanie odpowiedziałem i wysłałem. Ale potem pomyślałem o małym eksperymencie, by wykorzystać niedawno zdobyte informacje i pomysły wykorzystywania narzędzi AI w edukacji. Poleciłem AI stworzenie wywiadu z kolejno podsyłanych pytań i moich odpowiedzi, potraktowanych jako szkic do obrobienia przez AI. Na koniec dodany został wstęp i zakończenie. A ja dopisałem własne wprowadzenie i wykorzystałem jeden z oferowanych gemów (redakcja tekstu) by poddać całość redakcyjnej obróbce.

🖊️ Wstęp

W dobie dynamicznej rewolucji cyfrowej rola edukacji zmienia się radykalnie. Tradycyjne metody ustępują miejsca nowym kompetencjom: od współpracy w chmurze po krytyczne myślenie wspomagane sztuczną inteligencją. Zapraszamy do rozmowy z Stanisławem Czachorowskim, który opowiada o tym, jak budować kompetencje przyszłości u studentów, dlaczego błąd jest niezbędnym elementem procesu uczenia się oraz jak etycznie i efektywnie wykorzystywać AI w dydaktyce akademickiej.

💬 Treść Wywiadu

Redaktor (hybrydowy): Jakie działania są dziś kluczowe dla budowania kompetencji przyszłości uczniów i nauczycieli?

S.Cz.: Kluczowe jest odejście od tradycyjnego nauczania na rzecz rozwijania zestawu umiejętności niezbędnych do funkcjonowania w dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości. Przede wszystkim musimy rozwijać autentyczną współpracę. Drugi filar to komunikacja w erze cyfrowej, w czasach „nowej mówioności” i „postpiśmienności”. Wreszcie, niezbędne jest krytyczne myślenie połączone z praktycznym zastosowaniem metody naukowej, niezbędnej do weryfikacji informacji, wykrywania fake newsów oraz rozwijania otwartości i odwagi eksperymentowania.

Redaktor: Z jakich narzędzi korzysta Pan najczęściej w pracy ze studentami: webinary na żywo, nagrania, scenariusze, karty pracy, e-booki? Dlaczego te metody są dla Pana najważniejsze?

S.Cz.:  Najczęściej wykorzystuję webinary na żywo, realizowane w hybrydowej formie wykładowej, co zapewnia maksymalną dostępność. Nagranie jest archiwizowane. Ważne jest też aktywne przetwarzanie treści – namawiam studentów do tworzenia wspólnego e-booka z notatkami wykładowymi z ich poprawkami i uzupełnieniami. Wspólna praca z wykorzystaniem narzędzi AI zmusza ich do aktywnej analizy, zamiast biernego notowania.

Redaktor: W kontekście wyzwań środowiskowych, jakie mity o edukacji klimatycznej warto obalić i czym je zastąpić w codziennej praktyce?

S.Cz.: Największym i najbardziej paraliżującym mitem jest przekonanie, że jednostka nic nie może. Musimy zastąpić ten mit głębokim przekonaniem, że każdą realną zmianę warto zaczynać od siebie. Nawet ta najmniejsza modyfikacja w swoim stylu życia sumuje się i jest sygnałem dla otoczenia. W edukacji należy pokazywać, jak małe, konsekwentne działania stają się elementami większych ruchów.

Redaktor: Gdzie sztuczna inteligencja (AI) realnie oszczędza Panu czas w codziennej pracy – na przykład w planowaniu zajęć, udzielaniu informacji zwrotnej czy tworzeniu materiałów?

S.Cz.: AI to przede wszystkim potężne narzędzie wspierające dopracowanie materiałów dydaktycznych. Oszczędność czasu dotyczy generowania grafik do prezentacji oraz tworzenia audio deskrypcji wykładu i zamiany jej w podsumowującą notatkę. Te materiały stanowią cenne uzupełnienie do zajęć w kontakcie, a nie ich zastępstwo. Ponadto, AI jest nieocenione w przygotowywaniu nudnych, ale niestety koniecznych dokumentów administracyjnych.

Redaktor: Jak tłumaczy Pan studentom kluczową różnicę między rozsądnym wspomaganiem się narzędziami AI a nieuczciwą pomocą lub plagiatem?

S.Cz.: Oprócz wskazywania na powody prawne i etyczne, kluczowym argumentem jest kwestia przyjemności i wartości płynącej z samodzielnego tworzenia. Pytam studentów: Po co oddawać maszynie to, co można zrobić samemu? Jeśli oddamy proces myślenia, pisania czy projektowania maszynie, ewidentnie coś tracimy – osobiste doświadczenie, rozwój własnych kompetencji i satysfakcję. AI ma być narzędziem, które nas wspiera, a nie wyręcza.

Redaktor: Gdyby miał Pan wskazać jedną rzecz, z której jest Pan najbardziej dumny w ostatnim roku akademickim – co to było i co realnie zmieniło w uczelnianej codzienności?

S.Cz.:  Najbardziej dumny jestem ze zmiany postawy wobec błędu. Udało mi się zaszczepić przekonanie, że niepowodzenie czy błąd nie jest porażką, ale tylko i wyłącznie elementem procesu uczenia się. Ta zmiana przełożyła się na codzienność: nie spieszę się, daję sobie i studentom przestrzeń na poprawę, modyfikacje i kolejne próby. To stworzyło atmosferę bezpieczeństwa i odwagi eksperymentowania.

Redaktor: Na sam koniec: jedno zdanie, które podsumuje, dlaczego warto korzystać z programów typu Be.Eco jako wykładowca akademicki?

S.Cz.:  Warto korzystać z wiedzy i doświadczeń innych, bo nie trzeba wszystkiego odkrywać samodzielnie – wygodna forma uczenia się na odległość, jak webinary Be.Eco, pozwala mi szybko poznawać nowe narzędzia i lepiej rozumieć świat cyfrowy, w którym funkcjonują moi studenci.

🌟 Zakończenie

Dziękujemy za inspirującą rozmowę. Wywiad ten jasno pokazuje, że nowoczesna dydaktyka akademicka to połączenie otwartości na nowe technologie z głęboką humanistyczną refleksją nad procesem uczenia się. Kluczem do sukcesu wydaje się być odwaga do eksperymentowania, akceptacja błędu jako elementu rozwoju oraz ciągłe poszukiwanie wiedzy – zarówno dla siebie, jak i dla przyszłych pokoleń studentów.

Moje zakończenie jest inne. Nie jestem zadowolony z uzyskanego rezultatu. Szybko i bez poprawek, nawet wpisując w prompt moje odpowiedzi jako szpik nie uzyskałem w pełni tego, czego oczekiwałem

Nieco poprawiłem wstęp i zakończenie. Widzę spłycenie niektórych moich odpowiedzi i usunięcie istotnych z mojego punktu widzenia słów kluczowych i informacji (np. dokładniejszy opis metody naukowej). Powstaje spójny tekst (a nielicznymi błędami literowymi) ale nie jest w pełni wierny oryginałowi i nie jest w pełni zgodny z moimi intencjami. AI to pomocnik, który wymaga stałego nadzoru i kontroli efektów.

Oddałem maszynie, to co sam zrobiłem a uzyskany efekt nie jest lepszy. Owszem, we fragmentach językowo wygląda lepiej lecz w treści wypowiedzi nieco zostało zmienione w istotnych dla mnie częściach. To jak praca z ludzkim redaktorem, też wprowadzane są poprawki, skróty, z którymi nie zawsze się zgadzam. Wymaga wysiłku, uwagi i sporej pracy. 

Dygresja - dlaczego sprawdzam różne narzędzia AI? By wiedzieć jak mogą korzystać z tego studenci i jak podpowiadać im lepsze rozwiązania. Razem odkrywamy ten świat a uniwersytet to dobre miejsce do eksperymentowania i odkrywania. Do tego jednak trzeba otwartej dyskusji.

Czy zaoszczędziłem czas? Chyba nie. A jeśli już, to niewiele. Była intelektualna przygoda z eksperymentowaniem i pracą z Gemini. Poznawałem lepiej to narzędzie. Interakcja z AI pobudziła do aktywności, to nowych refleksji (niczym w dialogu z innym człowiekiem, np. redaktorem czasopisma). Zdobyłem także konkretne mikrodoświadczenie. Nie jestem zadowolony z rezultatu. Więc teraz można postawić dwie hipotezy: 

1. AI nie nadaje się do takiej twórczej (pisarskiej) pracy. Wniosek - zaprzestać wykorzystywania.

2. Niezadowalające rezultaty mogą wynikać z braku wystarczających umiejętności, więc to ja jeszcze nie potrafię poprawie i efektywnie korzystać.  Wniosek - trzeba sie uczyć korzystania z AI.

Potrzebne są więc kolejne eksperymenty. Trzeba nadstawić ucha by poznawać opinie i doświadczenia innych eksperymentujących. To typowe dla nauki sięganie do dorobku innych. Po drugie trzeba zaplanować kolejne eksperymenty. Kolejne powtórzenia są potrzebne by wniosków nie wyciągać na jednostkowych zdarzeniach, a po drugie by wprowadzić zmiany. Na przykład spróbować innych promptów, innej kolejności lub innych narzędzi. Może trzeba wyszkolić jakiegoś agenta (np. gema). Szkolenie agenta  zabiera czas. Jest swoistą inwestycją z nadzieją, że kiedyś to przyniesie zyski. Teraz zainwestuję czas na nauczanie/trenowanie agenta, by potem pracować szybciej. Szkopuł tylko taki, że rzeczywistość się szybko zmienia a narzędzia szybko się starzeją. Tak wiec zanim w pełni wyszkolę i się nauczę to narzędzie straci swoją aktualność...

Kiedyś zainwestowałem dziesiątki, jak nie setki godzin, w tworzenie własnej bibliografii dotyczącej Trichoptera na papierowych, bibliotecznych fiszkach. Czas zmarnowany, bo przez wiele lat leżały kompletnie nieużyteczne. Moim zyskiem było tylko tworzenie bibliografii i przez przepisywanie zapoznawanie się z tytułami. Teraz technologia starzenie się w tempie 2,5 roku. Czyli po takim okresie trzeba uczyć się od nowa. Czy to samo dotyczy narzędzi AI? Jedynym zyskiem i przyjemnością jest tylko uczenie się, bo to odkrywanie dla siebie samego czegoś nowego.