10.05.2026

Zasychamy


Susza i pożary nie są zaskoczeniem. Wynikają z globalnych, antropogenicznych zmian klimatu. Proces zachodzi od kilkudziesięciu lat a skutki były przewidywalne i informowali o nich naukowcy. Prognozy były publikowane nie po to, aby straszyć lecz by podejmować rozsądne działania. Po pierwsze by zatrzymać emisje gazów cieplarnianych a jeśli nie da się zatrzymać to przynajmniej zmniejszyć i spowolnić ocieplane klimatu. Po drugie, wiedząc jakie będą skutki, można podejmować działania łagodzące negatywne konsekwencje. To także wymaga wysiłku. Naukowcy jasno i wyraźnie wskazywali, że albo będziemy ponosić duże i w części rozproszone skutki globalnego ocieplenia (w tym problemy z suszami i pożarami), albo będziemy inwestować w dostosowanie do zmian klimatu i przeciwdziałać. Notorycznie przez populistów naukowcy nazywani byli oszołomami lub ekoterrorystami a analizy i prognozy były ignorowane. Wypierane ze świadomości stało sie powszechną praktyką. Zgodnie z zasadą, że jak się stłucze termometr to i choroby nie będzie, bo nie będzie widać. Zakryć oczy by nie widzieć problemu.

Zmiany w środowisku zachodzą za szybko, siedliska i biocenozy nie zdąża się do tego przystosować. Stąd ponosimy duże straty nie tylko w leśnictwie, ale i rolnictwie. To są bardzo wymierne straty, mimo że są rozproszone. Straty gospodarcze można wskazać dość precyzyjnie.

Ostatnia zima wydawała się śnieżną. Śnieg relatywnie długo zalegał (jak na warunki ostatniego dziesięciolecia), ale wbrew pozorom nie było go dużo. Wiosenne roztopy nie przyniosły zbyt dużej poprawy. Zmiana warunków środowiskowych to przesunięcie sukcesji ekologicznej. Niektóre gatunki na tym skorzystają a inne  stracą. Na trwale zmieniają się biocenozy. I są to także skutki odczuwalne gospodarczo, i na polach i w lasach także.

Zbyt mało opadów w stosunku do potrzeb. Dlatego jest bardzo sucho i płoną lasy, będą także straty w rolnictwie. Czy polityka zielonego ładu ma sens i czy jest kosztowna? Pytanie "Czy jesteś za realizacją unijnej polityki klimatycznej, która doprowadziła do wzrostu kosztów życia obywateli, cen energii i prowadzenia działalności gospodarczej i rolniczej?" jest fałszywe i bałamutne. Jest zasłanianiem sobie oczu szalikiem i mówienie "nic nie widać". By siebie i innych samooszukiwać.

W debacie publicznej pojawiło się ostatnio pytanie: „Czy unijna polityka klimatyczna ma sens, skoro jest tak kosztowna?”. Krytycy pytają retorycznie, czy obywatele chcą płacić za unijne ambicje klimatyczne, które podnoszą ceny energii i koszty prowadzenia biznesu. Aby zrozumieć błąd w tym myśleniu, warto posłużyć się prostą analogią stomatologiczną. Codzienne mycie zębów kosztuje. Pasta, szczoteczki, nici dentystyczne to stały wydatek i, co gorsza, codzienny wysiłek rano i wieczorem. Można by uznać to za „niepotrzebny koszt” i „narzucony rygor”. Jednak każdy, kto choć raz musiał skorzystać z zaawansowanego leczenia kanałowego lub wstawiania implantów, ten wie, że profilaktyka jest najtańszą możliwą inwestycją. Ba, nawet zwykła wizyta w gabinecie stomatologicznym jest już sporym wydatkiem. Tylko, że zęby myjemy codziennie, a do dentysty chodzimy co jakiś czas. Może raz na kilka lat. Stąd łatwiej mówić i pisać bałamutnie o kosztownych i niepotrzebnych wydatkach każdego dnia. A przecież profilaktyka zawsze jest tańsza niż leczenie czy naprawianie szkód zaniedbania.

Unijna polityka klimatyczna jest właśnie taką „pastą do zębów”. Inwestycje w transformację energetyczną, retencję wody i mitygację do zmian klimatu wydają się dziś obciążeniem. Jednak koszty zaniechania, w tym straty w rolnictwie, liczone w miliardach, zniszczone przez pożary lasy, zapaść sektora energetycznego z powodu braku wody do chłodzenia elektrowni oraz wzrost cen żywności – są wielokrotnie wyższe. To one w ostatecznym rozrachunku uderzą w portfele obywateli znacznie mocniej niż jakakolwiek unijna dyrektywa mobilizująca nas do przeciwdziałania skutkom ocieplania klimatu

Patrząc na płonące polskie lasy, musimy zrozumieć, że nie walczymy tylko z ogniem, ale z konsekwencjami własnej bierności. Pytanie nie brzmi: „Czy stać nas na politykę klimatyczną?”, ale „Czy stać nas na jej brak?”. Obecna sytuacja pokazuje, że czas debaty nad tym, „czy klimat się zmienia”, bezpowrotnie minął. Teraz stoimy przed brutalnym wyborem. Albo zapłacimy za nowoczesną, odporną na zmiany gospodarkę, albo będziemy co roku patrzeć, jak nasze pieniądze, bezpieczeństwo i krajobraz idą z dymem lub wysychają na popiół. Wybór wydaje się oczywisty, o ile tylko przestaniemy wierzyć, że od stłuczenia termometru gorączka minie sama.

Rozproszone koszty i straty wynikające ze zmian klimatu i braku dostosowań (mitygacji) są znacznie wyższe niż inwestycje w zapobieganie, łagodzenie i dostosowania. Straty wynikające z zaniechania w jeszcze większym stopniu oprowadzają do wzrostu kosztów życia obywateli, cen energii i prowadzenia działalności gospodarczej i rolniczej.

Woda stanie się wkrótce nową walutą. I to znacznie ważniejszą niż kryptowaluty. Kto wody nie szanuje dzisiaj, ten jutro będzie bankrutem. I to dosłownie. Na Polskę możemy spojrzeć jak na gąbkę, która przestała przyjmować wodę. Susza hydrologiczna (niski stan rzek) i glebowa to nie tylko problem rolników. Kiedyś wiosna kojarzyła się z roztopami i błotem. Dziś marzec i kwiecień to miesiące suszy i „pyłu”. To także zmiana kulturowa bo tracimy krajobraz, który znaliśmy.

Pożary lasów w Polsce rzadko są „naturalne” (jak od pioruna). Jesteśmy krajem sosny, a sosna pali się jak pochodnia. W połączeniu z wyschniętą na pieprz ściółką, wejście do lasu z papierosem to nie nieostrożność, to niemal sabotaż ekosystemu. Ba, nawet wyrzucenie butelki do lasu przyczyniać się może do powstania otwartego ognia. Pożary to także straty pozafinansowe. Np. śmierć mikroorganizmów glebowych, których nie da się „nasadzić” nowymi drzewkami. Odbudowa warstwy próchnicznej trwa dekady. A patrząc na tradycyjną energetykę, opartą na węglu, to warto przypomnieć, że elektrownie potrzebują wody do chłodzenia. Niski stan rzek to ryzyko blackoutów. Przemysł także traci gdy są czasowe ograniczenia w poborze wody dla fabryk. Traci także turystyka. Płonące obszary to wykluczenie szlaków z użytkowania, zakazy wstępu do lasów, wysychające jeziora i rzeki, którymi nie popłynie żaden kajak.

Przez dekady osuszaliśmy bagna, by „wydzierać” ziemię naturze. Teraz natura zmusza nas do spłacania tego długu z nawiązką i dużymi odsetkami. W miastach rozmnożyły się betonowe place, które w czasie upałów działają jak grzejniki, a w czasie deszczu uniemożliwiają wodzie wsiąkanie w grunt. I woda szybko ucieka do Bałtyku. Kiedyś polskie lato pachniało skoszoną trawą i burzą, która przynosiła ulgę. Dziś coraz częściej pachnie spalenizną i kurzem. Podczas, gdy my spieramy się o politykę, pod naszymi stopami dokonuje się cichy dramat bo Polska wysycha. A lasy, które miały być naszym azylem, stają się tykającymi bombami.

Stepowienie Wielkopolski to  proces, o którym mówi się od lat, a który staje się faktem. I to nie tylko na Wielkopolsce. Retencja wody to słowo klucz, a raczej nasz narodowy brak umiejętności zatrzymywania wody. 

Ile jeszcze odpłynie od nas wody, w czasie gdy populiści będą bredzić o niepotrzebnych kosztach polityki klimatycznej?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz