Słowa mają znaczenie. To, jak nazywamy rzeczy, procesy i zjawiska, ma wpływ na postrzeganie świata. Czy media społecznościowe są rzeczywiście społecznościowe z treści i formy? Słowa kształtują nasze oczekiwania. Nazywając cyfrowe platformy „mediami społecznościowymi”, podświadomie zakładamy (i oczekujemy), że ich fundamentem jest budowanie relacji i misja publiczna. Tymczasem współczesny internet uświadamia nam, że ta nazwa to coraz częściej fasada. Stoimy u progu ery, w której powinniśmy raczej mówić o mediach prosumpcyjnych i rozproszonych platformach reklamowych, gdzie użytkownik nie jest gościem, lecz surowcem. Sami sie reklamujemy, swoje małe biznesy i czytamy reklamy innych, te duże i ta malutkie. Media społecznościowe nie są takie społecznościowe jak je nazywamy. Są prosumpcyjne, z wymieszanymi rolami twórcy i odbiorcy oraz są rozproszone i zdecentralizowane. To znak czasu, odejście od centralizacji nastąpiło nie tylko w energetyce.
Media społecznościowe w swojej pierwotnej obietnicy (a może tylko naszej nadziei?) miały
być cyfrową agorą. Jednak ich ewolucja poszła w stronę prosumpcji – zjawiska, w
którym role twórcy i odbiorcy ulegają dużemu zatarciu a w zasadzie wymieszaniu. Każdy z nas,
publikując post czy komentując zdjęcie, staje się darmowym dostawcą treści,
które napędzają silnik platformy. Konsumujemy treści i produkujemy treści,
także w aspekcie komercyjnym. Odbieramy reklamy i sami się reklamujemy, naszą
mikroprzedsiębiorczość. Czasem stajemy się cewebrytami i zarabiającymi na
treściach i reklamach „tiktokowcami”, „jutuberami”.
Historia mediów cyfrowych przypomina cykl życia organizmu,
który ginie pod ciężarem własnego sukcesu. Mechanizm jest podobny. Najpierw
jest faza ideowa i odkrywanie miejsca społecznych spotkań. Ludzie gromadzą się
w nowym miejscu, szukając autentycznego kontaktu (jak niegdyś na Naszej Klasie).
Potem jest faza eksploatacji. Tam, gdzie pojawia się uwaga mas, błyskawicznie
wchodzi komercjalizacja. Skoro zbierają się ludzie, tak jak na średniowiecznym
rynku, to można im coś przy okazji sprzedać. I w końcu jest faza jarmarku.
Reklamy zaczynają dominować nad treścią, a algorytmy promują to, co generuje
zysk, a nie wartość społeczną.
Nasza Klasa zginęła, ponieważ przyjemne spotkanie po latach
zamieniło się w hałaśliwy jarmark. Dzisiejszy Facebook (Meta) podąża dokładnie
tą samą ścieżką. To już nie jest miejsce spotkań z przyjaciółmi, lecz
gigantyczna platforma reklamowa, nasycona botami i sztuczną inteligencją, które
profilują nasze poglądy i portfele. Teraz Facebooki i inne to platformy
reklamowe z malejącą dozą społeczności. Coraz bardziej zdominowane są przez
boty i AI w celach reklamy produktów i poglądów. Społeczność ludzko-nieludzka.
Warto zauważyć, że media społecznościowe nie odkryły koła na
nowo. Gazety, radio i telewizja przeszły podobną drogę. Każde z tych mediów
zaczynało z pewną misją społeczną czy informacyjną, by ostatecznie stać się
zakładnikiem słupków reklamowych i wpływów politycznych. Gazety, radio i TV też
przeszły tą drogę i zostały opanowane przez reklamy i polityczne wpływy. Ich misja
społeczna uległa komercjalizacji, Bo tam, gdzie zbierają się ludzie, pojawia się
komercjalizacja szukająca okazji i klientów. Z czasem reklam jest zbyt dużo i
przyjemne spotkanie społeczne, w Naszej Klasie przeradza się w jarmark. W telewizji przerwy reklamowe są dłuższe
niż same filmy czy programy. FB idzie tą samo drogą co Nasza Klasa.
Społecznościowe spotkania będą szukać nowych miejsc a w ślad za nimi będzie podążać komercjalizacja.
Zawsze ktoś prędzej czy później podrzuci jakieś „ulotki”.
Współczesny biznes nie handluje już tylko produktami – on handluje
naszym czasem i uwagą. W świecie mediów prosumpcyjnych uwaga jest najtwardszą
walutą. Gdy platforma staje się zbyt duszna od reklam i politycznej
manipulacji, użytkownicy (społeczność) zaczynają szukać „nowego, czystego
miejsca”. Jednak tragizm tego procesu polega na tym, że komercjalizacja podąża
za nimi jak cień.
Dzisiejsze platformy to pola bitwy o nasze umysły. Termin
„media społecznościowe” jest dziś formą eufemizmu, który maskuje brutalną
prawdę o cyfrowej prosumpcji. Jesteśmy rozproszonymi trybikami w maszynie,
która sprzedaje naszą obecność najwyżej licytującym – czy to markom odzieżowym,
czy grupom wpływu politycznego. Dopóki nie zrozumiemy, że w darmowych serwisach
to my jesteśmy produktem, będziemy jedynie wędrować z jednego „cyfrowego
jarmarku” do drugiego, łudząc się, że tym razem będzie inaczej. Rozwiązaniem
byłby abonament i utrzymywanie takich przestrzeni z opłat, jak w ekskluzywnych
klubach. Chyba, że uznamy spotkanie onlajnowe jako ważną funkcję społeczną i
utrzymywać będziemy z podatków, tak jak szkoły, szpitale czy media publiczne. By
nie musiały szukać reklamodawców.
To, co dzieje się obecnie z platformami takimi jak Facebook
czy Instagram, to zaledwie przygrywka do nowej ery: komercjalizacji relacji
człowiek–maszyna. Skoro media społecznościowe stały się jarmarkiem, to
narzędzia sztucznej inteligencji stają się osobistymi akwizytorami, którzy
szepczą nam do ucha dokładnie to, co chcemy usłyszeć – za odpowiednią opłatą
ukrytą w kodzie. Powoli ukryta komercjalizacja reklamowe rozgaszcza się w
czatach sztucznej inteligencji a my na razie nie zauważamy lokowania produktu
czy poglądów. Sprzedawanie czasu i uwagi handlowi a potem wpływom politycznym.
To też biznes.
W tradycyjnych mediach reklama była „strzałem z armaty” –
trafiała do wszystkich. Media społecznościowe wprowadziły precyzyjne celowanie.
Sztuczna inteligencja idzie o krok dalej: ona nie tylko celuje, ona kreuje
potrzeby w czasie rzeczywistym.
Już teraz obserwujemy wysyp asystentów AI i chatbotów mających imitować ludzkie wsparcie. To idealne pole dla komercjalizacji. Jeśli Twoim powiernikiem staje się algorytm, nic nie stoi na przeszkodzie, by w rozmowę o smutku subtelnie wplótł on propozycję zakupu suplementu diety lub subskrypcji konkretnej usługi streamingowej. AI potrafi wygenerować tysiące wariantów tej samej reklamy, dopasowując ton głosu, słownictwo, a nawet wygenerowaną twarz modelki do Twoich podświadomych preferencji. To już nie jest dialog społeczny, to manipulacja na poziomie neuronalnym.
Najbardziej niepokojącym zjawiskiem jest przeniesienie
mechanizmów rynkowych w sferę relacji z narzędziem. Narzędzia AI (LLM,
generatory obrazów) są prosumpcyjne w czystej postaci – uczą się na naszych
danych, by potem sprzedać nam przetworzony wynik tej nauki.
Sprzedawanie czasu i uwagi handlowi to fundament obecnego
biznesu technologicznego. W przypadku AI dochodzi jednak nowy, niebezpieczny
element: aura obiektywizmu. Użytkownik częściej ufa „suchemu” komunikatowi z
czatu niż kolorowemu banerowi na stronie. To zaufanie staje się towarem.
Jeśli Facebook był jarmarkiem, na którym krzyczano do nas z
każdego stoiska, to AI jest eleganckim doradcą w luksusowym butiku, który udaje
naszego przyjaciela, a w rzeczywistości realizuje strategię sprzedaży
korporacji, która go wytrenowała. To ostateczna forma komercjalizacji – nie
kupujemy już tylko produktów, kupujemy przefiltrowaną przez algorytmy
rzeczywistość.
W ślad za każdą nową technologią, która obiecuje wolność i
ułatwienie kontaktu, kroczy interes kapitałowy. Rozproszenie treści i
decentralizacja, o których wspominałem wcześniej, w starciu z potęgą
obliczeniową AI mogą doprowadzić do sytuacji, w której każda nasza interakcja z
technologią będzie miała swój ukryty „cennik”. Chyba, że zadbamy by AI była
utrzymywana z naszych podatków i była wolna od mniej lub bardziej ukrytych
reklam i wpływów politycznych. Ale to bardzo trudne do osiągnięcia.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz