![]() |
| Notować można w różny sposób. Zdjęcie z muzeum, obsadka i atrament. |
Co sądzicie o nagrywaniu wykładów przez studentów? Czy studenci powinni pytać o pozwolenie na nagrywanie audio, jako formę notatki czy też mogą nagrywać bez pytania? Nagrywanie wykładów to temat, w którym ścierają się dwa światy: studencka potrzeba efektywnego uczenia się oraz prawo autorskie i prawo do wizerunku wykładowcy.
Moje zdanie? To nagrywanie wykładów to dobre narzędzie edukacyjne, pod warunkiem, że obie strony grają fair. Przemyślałem, przećwiczyłem i chcę to wprowadzić na stałe na moich wykładach. Ale zanim, drogi Czytelniku, mnie osądzisz przeczytaj proszę cały tekst. Sytuacja jest dla nas całkiem nowa kulturowo a na dodatek żyjemy w rzeczywistości postpismiennej. Nagrywanie kojarzy się z podsłuchiwaniem, szpiegostwem i jakimiś nieczystymi zamiarami. Przynajmniej mojemu pokoleniu. Trzeba znaleźć jakiś kompromis między potrzebami notowania i edukacji, poczuciem bezpieczeństwa wykładowcy oraz między uregulowaniami prawnymi. Dodam, że zakaz nagrywania nie chroni przed komentarzami, tymi pochlebnymi jak i tymi negatywnymi. W moich czasach wynotowywaliśmy lapsusy słowne wykładowców, jakieś potknięcia i tak rodziły się anegdoty, powtarzane przez lata. Utrwalone były w naszej pamięci i odręcznych notatkach. A papier jest trwały. Nagrywanie jedynie ułatwi ten proceder ale go nie wykreuje od zera.
Czy trzeba pytać o pozwolenie? Pierwsza i krótka odpowiedź brzmi: zdecydowanie tak. Ale jak się głębiej zastanowimy, to nie jest to już takie oczywiste. Mimo że może się to wydawać formalnością, istnieje kilka kluczowych powodów, dla których ukryte „nagrywanie spod ławki” jest złym pomysłem.
Po pierwsze własność intelektualna. Wykład to utwór. Sposób przekazywania wiedzy, autorskie przykłady czy struktura prezentacji są chronione prawem autorskim. Po drugie prawo do własnego wizerunku. Głos wykładowcy jest jego dobrem osobistym. Nagrywanie go bez zgody może być uznane za naruszenie tych dóbr. Po trzecie dynamika grupy. Wiedząc, że są nagrywani, niektórzy wykładowcy (i studenci!) mogą być mniej skłonni do swobodnej dyskusji czy dzielenia się anegdotami, co obniża jakość zajęć. Będę raczej mówić to co jest poprawne i to co wypada, to co bezpieczne.
Kiedy można nagrywać bez pytania? W polskim prawie istnieje pojęcie dozwolonego użytku osobistego. Teoretycznie pozwala ono na utrwalenie czegoś na własne potrzeby edukacyjne. Jednak granica jest cienka i nie dla każdego od razu jasna (wyraźna). Nagranie musi służyć wyłącznie słuchaczowi czy studentowi do własnej nauki. Absolutnie nie wolno go udostępniać – ani na YouTube, ani w grupie na Messengerze, ani nawet koledze, który zaspał. W każdym razie nie osobom, spoza grupy, uczęszczającej na te wykłady. Udostępnienie bez zgody to już prosta droga do kłopotów prawnych. To już byłoby upowszechnianie utworu bez zgody autora.
Jak to rozegrać z klasą? Zamiast działać w ukryciu, lepiej postawić na transparentność. Większość wykładowców nie ma problemu z nagrywaniem, jeśli podejdziesz do nich po ludzku i zapewnisz o dozwolonym sposobie wykorzystania. Co konkretnie zrobić? Zapytaj na pierwszych zajęciach. Budujesz w ten sposób relację opartą na zaufaniu i szacunku. Wyjaśnij cel, np. „Chcę się skupić na słuchaniu, a notatki uzupełnić w domu” brzmi lepiej niż „bo nie chce mi się pisać”. I na koniec zadeklaruj poufność. Obiecaj, że nagranie nie wyjdzie poza Twój dysk twardy i wtórne notatki w zeszycie.
Wyjątkiem jest orzeczenie o niepełnosprawności. Warto pamiętać, że studenci z niektórymi dysfunkcjami (np. niedosłuchem czy trudnościami z koncentracją) często mają formalne prawo do nagrywania zajęć wpisane w zalecenia z Biura ds. Osób Niepełnosprawnych. W takim przypadku wykładowca zazwyczaj musi wyrazić zgodę.
Podsumowując, nagrywanie jest użyteczne ale działaj z otwartą przyłbicą, jawnie. Pytanie o zgodę zajmuje 10-20 sekund, a oszczędza stresu i potencjalnych nieprzyjemności na egzaminie lub w innych sytuacjach uczelnianych i pozauczelnianych. Tak jak słuchanie i podsłuchiwanie. Jest między tymi pojęciami zasadnicza różnica, choć powierzchownie wydaje się tym samym.
Rozważmy teraz dokładniej pojęcie "własności intelektualnej". Przecież, gdy wykładowca mówi na wykładzie, to już tę własność przekazuje w celach edukacyjnych. Zależy mu na tym, by studenci zapamiętali, by ręcznie zanotowali treść. To spostrzeżenie dotyka sedna różnicy między treścią (wiedzą) a formą jej przekazu. Wykładowca chce, aby studenci przyswoili wiedzę, ale z punktu widzenia prawa i etyki akademickiej sprawa jest nieco bardziej złożona. Różnica dotyczy utworu i informacji. Prawo autorskie rozróżnia informacje (fakty naukowe, daty, wzory) od utworu. Fakt, że chruściki to owady, których larwy prowadzą wodny tryb życia, nie jest chroniony. Każdy może to zapisać i powtarzać (rozpowszechniać). Jednak sposób, w jaki wykładowca o tym opowiada, jego autorskie porównania, struktura wywodu, a nawet tembr głosu i gestykulacja, stanowią już jego indywidualną twórczość (utwór). Oczywiście nie każdy wykład lub fragment wykładu będzie miał wszystkie cechy utworu oryginalnego*. Wykładowca "daje" studentowi wiedzę, ale niekoniecznie daje mu prawo do posiadania kopii jego "występu" na własność.
Gdy student notuje ręcznie (i robi notatki graficzne), dokonuje interpretacji. Tworzy własny tekst na bazie słów wykładowcy (przetwarza). Nagranie jest natomiast wierną kopią 1:1. Wielu wykładowców obawia się (często słusznie), że nagranie zostanie wyrwane z kontekstu (np. niefortunny żart lub skrót myślowy, który na nagraniu brzmi kontrowersyjnie). Że zniechęci studentów do przychodzenia na zajęcia ("odsłucham sobie w domu"). I że nagranie lub jego fragment, zostanie udostępnione w sieci, co sprawi, że ich "produkt" (wykład) straci na wartości, bo będzie dostępny dla każdego za darmo. Poza dozwolonym użytkiem.
Badania psychologiczne i neurobiologiczne potwierdzają, że pisanie ręczne sprzyja zapamiętywaniu, bo mózg musi przetworzyć informację, by ją skrócić i zapisać. Zatem wykładowcy akademickiemu powinno zależy by studenci jak najwięcej zapamiętali i jak najwięcej sami zanotowali, czy to w formie tekstowej czy notatki graficznej. Wykładowcy często promują tę metodę, bo zależy im na procesie myślowym słuchających i notujących. Nagrywanie bywa postrzegane jako "pójście na łatwiznę", które wyłącza aktywne słuchanie (tzw. efekt "zapiszę to, więc nie muszę teraz rozumieć").
Można odnieść wrażenie, że skoro wykładowca mówi do 200 osób, to "wydał" (rozpowszechnił) już swoją wiedzę światu. Jednak w prawie istnieje pojęcie pola eksploatacji. Wykładowca zgadza się na eksploatację jego wiedzy w formie wykładu na żywo. Nie musi automatycznie zgadzać się na eksploatację w formie nagrania cyfrowego.
Podsumowując ten fragment warto podkreślić, że z punktu widzenia czystej logiki edukacyjnej nagranie to dobra notatka (audio czy wideo). Ale z punktu widzenia prawa pracy i prawa autorskiego, wykład to usługa świadczona przez uczelnię i praca twórcza wykładowcy. Samo nagrywanie to za mało by była to dobra notatka. Potrzebne jeszcze przetwarzanie i powtarzanie. Odsłuchiwanie nie angażuje zbytnio mózgu.
Dobra wiadomość jest taka, że większość nowoczesnych wykładowców doskonale rozumie powyższe argumenty. Jeśli powiesz: "Panie profesorze, pana wykłady są tak gęste od wiedzy, że nie nadążam z notowaniem ręcznym, a chciałbym mieć pewność, że nic nie przekręcę w notatkach – czy mogę nagrywać tylko dla siebie?" – szansa na zgodę jest wysoka. To kwestia uznania ich autorstwa i wysiłku, a nie tylko suchych przepisów. Nagranie to możliwość powtórnego odsłuchania audio lub nawet wideo. A jeśli nagranie audio student zamieni na audiodeskrypcję, poprawi taki tekst, przy pomocy AI zrobi podsumowanie, mapę myśli, fiszki, quiz, to będzie to przetwarzanie treści. Bardzo pożądana aktywność, sprzyjająca utrwaleniu i zapamiętaniu treści wykładowych. W czym by tu student łamał prawa autorskie, jeśli cały wykład-utwór wykorzystuje do celów prywatnych, edukacyjnych i go nie rozpowszechnia? Przetwarza na różne sposoby a nie rozpowszechnia. A to zasadnicza róznica.
Opisany wyżej proces to przykład wykorzystania technologii do efektywnej nauki. W świecie idealnym każdy wykładowca powinien być zachwycony, że student zadaje sobie tyle trudu, by przetworzyć jego słowa na mapy myśli, podcast z dialogami, fiszki czy quizy. Z punktu widzenia prawa, dopóki student trzyma się twardej zasady braku rozpowszechniania oryginalnego utworu, porusza się w bezpiecznej sferze. Przyjrzyjmy się temu dokładniej. W Polsce prawo pozwala na korzystanie z już rozpowszechnionego utworu (a wykład wygłoszony publicznie przed grupą studentów jest utworem rozpowszechnionym) na własne potrzeby. To dozwolony użytek osobisty (Art. 23 Prawa autorskiego). Przetwarzanie przez AI w celu transkrypcji to zamiana audio na tekst. Streszczenie go przez AI czy zrobienie fiszek to techniczna forma sporządzania notatek. Student nie łamie prawa autorskiego, bo nie wkracza na pole eksploatacji zarezerwowane dla autora (zarabianie na utworze, publikacja). Robi po prostu bardzo zaawansowaną, cyfrową wersję notowania w zeszycie.
Mimo że prawo autorskie chroni wykładowcę, mogą pojawić się dwa inne problemy. Uczelnie to autonomiczne jednostki. Wiele z nich ma w swoich regulaminach zapisy typu: "Zabrania się utrwalania zajęć dydaktycznych za pomocą urządzeń rejestrujących bez zgody prowadzącego". Złamanie tego zapisu nie wyśle studenta do więzienia, ale może skutkować odpowiedzialnością dyscyplinarną (np. upomnieniem u dziekana) lub innymi nieprzyjemnościami.
AI, której używa student do transkrypcji (np. OpenAI, Claude i wiele innych), często przetwarza dane na zewnętrznych serwerach. Wrzucając tam nagranie głosu wykładowcy, student technicznie "przekazuje" jego biometryczny ślad firmie trzeciej. Dla bardzo rygorystycznych prawników to już jest punkt sporny (RODO).
Dlaczego wykładowcy się obawiają nagrywania? Ich opór nie wynika z tego, że nie chcą, by student miał fiszki. Obawy wynikają z braku kontroli nad AI (np. halucynacje AI). Jeśli AI źle zinterpretuje słowa wykładowcy i stworzy błędny quiz, a student nauczy się z niego bzdur, na egzaminie może powiedzieć: "Ale tak było w notatkach z wykładu!". W ten sposób wykładowca traci kontrolę nad jakością przekazu. Jest jeszcze wyciek danych. Student obiecuje, że nie udostępni, ale wystarczy, że wrzuci plik do publicznego katalogu na Google Drive bez hasła i nagranie "żyje własnym życiem". Pilnie potrzebna jest nam edukacja cyfrowa i cyfrowego bezpieczeństwa.
Zatem czy nagrywanie wykładu bez pytania o zgodę to łamanie prawa? Jeśli student robi to tylko dla siebie i nie wypuszcza tych materiałów (nawet transkrypcji!) do sieci, to nie łamie prawa autorskiego. Jednak ze względu na etykę akademicką i regulaminy uczelni, nagrywanie "po cichu" jest ryzykowne. Wykładowca może poczuć się potraktowany przedmiotowo, jak "dostawca kontentu", a nie nauczyciel. Może poczuć się „podsłuchiwany”.
Jak to zrobić elegancko? Zamiast pytać: "Czy mogę nagrywać?", zapytaj: "Panie Profesorze, używam narzędzi AI do tworzenia map myśli i fiszek na podstawie moich notatek. Chciałbym nagrywać audio, żeby moja AI mogła przygotować mi transkrypcję do nauki własnej. Gwarantuję, że pliki nie trafią do sieci. Czy wyraża Pan na to zgodę?". Taki opis procesu pokazuje, że jesteś ambitnym studentem wykorzystującym nowoczesne narzędzia, a nie kimś, komu nie chce się słuchać.
Zatrzymajmy się jednak przy obawach wykładowców. Może to kwestia zaufania? Niepewności co student zrobi z nagraniem? Czy tylko do własnych celów czy też może wykorzysta w jakiś nieuprawniony sposób? Np. wykorzysta fragment do ośmieszania wykładowcy, że gdzieś zrobił błąd, przejęzyczył, się pomylił? To chyba największy, choć rzadko głośno wypowiadany, lęk kadry akademickiej. W dobie TikToka i memów rozpowszechnianych w mediach społecznościowych, obawa przed ośmieszeniem jest znacznie silniejsza niż troska o paragrafy prawa autorskiego. To nie jest tylko kwestia "własności", to kwestia bezpieczeństwa psychologicznego.
Przyjrzyjmy się tym obawom z perspektywy wykładowcy. Wykładowca to też człowiek. Czasem ma gorszy dzień, może się przejęzyczyć, użyć niefortunnego skrótu myślowego lub zażartować w sposób, który wyrwany z 90-minutowego kontekstu brzmi fatalnie. Boi się, że student wytnie 15-sekundowy fragment, wrzuci go na grupę roku lub (co gorsza) do internetu z podpisem „Patrzcie, co on gada!”, a wykładowca zostanie społecznie napiętnowany lub ośmieszony przed władzami uczelni. Efektem tego lęgu jest to, że wykładowca staje się sztywny, czyta z kartki, boi się dygresji. Tracą na tym wszyscy, bo znika pasja i autentyczność. Powinniśmy dać sobie prawo do błędu. Nauka to proces dynamiczny. Na seminariach często ścierają się poglądy. Jeśli każde słowo jest rejestrowane, wykładowca czuje się jak na przesłuchaniu. Boi się postawić ryzykowną tezę naukową, bo jeśli za rok nauka pójdzie do przodu, ktoś może mu wyciągnąć nagranie i zarzucić brak kompetencji. Chodzi przede wszystkim o zaufanie. Nagrywanie bez pytania jest komunikatem: "Nie ufam ci, muszę mieć dowód na to, co powiedziałeś".
W dobie AI i "deepfaków" dochodzi lęk przed technologią. Mając 90 minut czystego audio głosu wykładowcy, można przy użyciu prostych narzędzi AI stworzyć model jego głosu i kazać mu powiedzieć cokolwiek. To brzmi jak science-fiction, ale dla wielu profesorów to realna obawa o kradzież tożsamości. W tle pobrzmiewają dobre relacje na uczelni i w grupie. Jak zatem budować to zaufanie? Jeśli chcesz nagrywać i korzystać z AI do nauki, musisz pokazać, że rozumiesz te obawy. Oto jak możesz "rozbroić" ten lęk. Możesz zapewnić wykładowcę: "Nagranie służy mi tylko do wyciągnięcia esencji merytorycznej przez AI. Wszystkie anegdoty i dygresje zostają w tej sali". Pokaż (jeśli zapyta), jakich narzędzi używasz. Jeśli widzi, że Twoim celem jest mapa myśli w Notion, a nie edytor wideo, poczuje się pewniej. Jeśli nagrywasz oficjalnie za zgodą, stajesz się "strażnikiem" tego nagrania. To paradoksalnie bezpieczniejsze dla wykładowcy niż sytuacja, w której 10 osób nagrywa go z ukrycia "pod ławką".
Co Ty, jako student/słuchacz, możesz zyskać, grając fair? Zaufanie wykładowcy to waluta. Student, który podchodzi i mówi: "Szanuję Pana prywatność i warsztat, dlatego pytam o zgodę na audio do celów nauki własnej", natychmiast zyskuje w oczach prowadzącego. Stajesz się dla niego partnerem w procesie edukacji, a nie potencjalnym zagrożeniem.
A czy Ty, jako wykładowca lub jako student, spotkałeś się kiedyś z sytuacją, w której ktoś faktycznie wykorzystał nagranie z wykładu, żeby kogoś ośmieszyć? Czy uważasz, że to raczej "miejska legenda", którą straszą się profesorowie? Pytam z czystej ciekawości.
* Czasem wykładowcy nie zgadzają się na nagrywanie bo boją się, że ktoś będzie miał dowód, iż ich wykład nie jest autorski, że jest powieleniem cudzego utworu. Czyli boi się, żeby się nie wydało, a nie że chroni swoje prawa autorskie do swojego utworu.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz