5.07.2023

Letnia szata wierzbinowca rozetka czyli skąd się biorą róże na wierzbie

Wyrośle, początek lipca


Najłatwiej te dziwne "róże" wyparzyć zimą lub wczesną wiosną, gdy nie ma już liści na drzewach. Wtedy wyraźnie są widoczne - dziwne szare róże (dolne zdjęcie). Uschnięte liście, które kształtem przypominają kwiat róży. Mówi się o gruszkach na wierzbie ale o różach na wierzbie znacznie rzadziej. A wszystko za sprawą muchówki nazwanej wierzbinowiec rozetek, zwanej także wierzbinowcem różyczkowcem.

Kto wierzbom takie róże przyprawia i dlaczego?

Można komuś rogi przyprawić. To w zasadzie może żona lub partnerka czy kochanka. Mucha jest rodzaju żeńskiego, więc może by się i zgadzało. Ale róże przyprawiać? To możliwe jest tylko w przyrodniczej różnorodności życia. Kiedy wydaje się nam coś niemożliwe mówimy, że prędzej nam kaktus na dłoni nie wyrośnie. A kiedy ktoś nam obiecuje rzeczy niemożliwe, mówimy że są to gruszki na wierzbie. Jest więc i wierzba, ale ciągle brakuje nam róży. Takiej jak na fotografii.

Oczywiście to nie są róże ani inne kwiaty. Są to wyrośla - skrócone pędy wierzby, kształtem przypominające kwiat róży. W środku żeruje larwa muchówki z rodziny pryszczarkowatych (Cecidomyidae). Mieszkaniec owej róży nazywa się wierzbinowiec rozetek lub wierzbinowiec różyczkowiec (Rhabdophaga rosaria). Wierzbinowiec bo na wierzbie żyje, a rozetek lub różyczkowiec, bo liście wierzby na wyrośli ułożone są w rozetkę, przypominającą kwiat róży. Kształt niemalże taki sam, tylko kolor zupełnie inny.

Na skróconym pędzie liście są ciasno upakowane (jest ich od 30 do 60), latem są zielone i niezwykle trudne do wypatrzenia na wierzbie. Dopiero od późnej jesieni, przez zimę aż do wiosny te szaro-brązowe różyczki są doskonale widoczne. Tak jak uschnięte liście, które nie opadły. Wiosną, w stanie bezlistnym drzew, są bardzo łatwe do zauważenia. Umieszczone na szczytach gałęzi między kwitnącymi wierzbami (bazie). Latem mają zielony kolor, tak jak wszystkie inne liście na wierzbie. Wypatrujcie róży na wierzbie. Oraz innych wyrośli (galasów). Bo tam kryją się niezwykłe historie.

Dorosła muchówka, co to wierzbom róże przyprawia, podobna jest z kształtu i wielkości do komara, a żyje zaledwie kilka dni (jako postać dorosła) i nie pobiera pokarmu. Cała jej aktywność i sens dorosłego życia sprowadza się do prokreacji. Można powiedzieć – zajmuje się tylko miłością. Stosunkowo często u owadów wykształca się taka specjalizacja – larwy tylko się odżywiają a dorosłe tylko się rozmnażają. Larwy wierzbinowca są beznogie co jest cechą typową dla muchówek. Pojawiają się na przełomie czerwca i lipca. Wtedy też można zauważyć ich aktywność w formie wyrośli na wierzbach. Jesienią liście usychają ale nie odpadają od gałązki. Wyrośle do dobre schronienie dla larwy a później poczwarki. Ptakom trudno się przedostać przez taką ochronę, więc larwa szczęśliwie doczeka późnej wiosny by się przepoczwarczyć i zacząć swój bardzo krótki żywot dorosłego owada.

Jak to te muchówki robią? Najpewniej za sprawą hormonów i substancji biologicznie czynnych. Chemicznie skłaniają roślinę by rosła tak jak tym muchówkom wygodniej. Moszczą sobie bezpieczne schronienie. By owadożercy ich nie wypatrzyli. 

Pryszcze na wierzbie (bo muchówka z rodziny pryszczarkowatych) niczym róże na letnie lub wiosennej randce. Jak ususzone kwiaty na pamiątkę miłych chwil. Czy przyroda jest również romantyczna? Nie wiem, ale my tę romantyczność możemy wypatrzeć i opisać. Jest o czym opowiadać w czasie letnich spacerów. Przecież kwiaty, w tym i róże, nie dla naszej radości i naszych amorów rosną. A jednak tak je wykorzystujemy. Gdzie szukać? Tam, gdzie rośnie wierzba iwa czyli na łozowiskach i terenach nieco podmokłych, np. w dolinach rzecznych.

Wyrośle - początek wiosny.

2.07.2023

O tym, że umieć jest ważniejsze niż wiedzieć czyli jak to było z pszenżytem nad Pasłęką

 

Najpiękniejsze są bajki z morałem. Więc i w tej opowieści będzie morał. 

A było to tak. Uganiając się za wylinkami trzepli zielonej przyjechałem nad Pasłękę koło Bażyn. Początek lata, na polach dojrzewa zboże. Zauroczony zapachem i krajobrazem zrobiłem zdjęcie. I zacząłem się zastanawiać co to za roślina. Wakacje w dzieciństwie spędzałem na wsi więc uprawy rolne nie były dla mnie tajemnicą. A jednak to zboże było jakieś inne. Ni to żyto, ni to jęczmień ni pszenica. Owies na pewno nie. Gdyby jakiś rolnik był na miejscu, to bym zapytał. Ale nie było. Wróciłem do miasta ze zdjęciem. I jak tu kogoś zapytać w trzeciej dekadzie XXI wieku? Wrzuciłem zdjęcie na swoją Facebookową tablicę z zapytaniem czy ktoś może wie. Liczyłem, że jakiś rolnik napisze co widziałem i podziwiałem. Napisali sami miastowi i nauczyciele (taka moja bańka społeczna). Odpowiedź była szybka i zaskakująca.
  • Głos 1. "Owies to na pewno nie jest."
  • Głos 2. "Rzadko spotkane."
  • Głos 3. Maciej Danieluk (nauczyciel, informatyk) "Pszenżyto, odmiana avocado, o ile obiektyw Googla dobrze rozpoznaje."
To od mieszczuchów szybciej się dowiem we współczesnym świecie? I to z taką dokładnością nawet odnośnie odmiany?! Dlaczego sam nie wpadłem na pomysł by poszukać odpowiedzi za pomogą dostępnych narzędzi? Morał z tej opowieści jest taki, że ważniejsze jest umieć niż wiedzieć. Pora na refleksje. Bo przecież morał jest po to, by pobudzić do myślenia, zastanawiania się. Morał nic nie kończy. Morał rozpoczyna proces. Dobre bajki długo w nas zalegają i niespodziewanie kiełkują.

Próbując rozpoznać roślinę najpierw szperałem w swojej pamięci. Wiem jak wygląda pszenica, żyto i jęczmień (owies zbyt odmienny by nawet o nim wspominać). Te kłosy były jakieś inne, coś pomiędzy pszenicą a żytem. Wiedziałem, że istnienie pszenżyto, więc dedukowałem, że może to właśnie ono. Ale nie umiałem wykorzystać technologii, by zweryfikować swoją hipotezę. Po staremu i analogowemu chciałem zapytać kogoś, kto wie. Nie było jednak pod ręką żadnego rolniczego eksperta, więc umieściłem na FB licząc, że ktoś pomoże. Że jeśli nie tu i teraz w świecie realnym, analogowym, to może w tym wirtualnym. W sumie niby się udało, ale można było szybciej i prościej. Tak, podzielam pogląd, że umiem ważniejsze jest od wiem. Wspomniane pszenżyto jest tego dobrym przykładem. Nie wszystko trzeba mieć w głowie by w konektywnych zasobach ze współudziałem AI (i ludzi oczywiście) jednak mieć dostępne. Zupełnie tak jak wiedzieć samemu. Nowe technologie są jak mózg rozszerzony. Trzeba tylko umieć z nich korzystać. I ta umiejętność jest kluczowa. W sumie zawsze była, bo od zawsze żyliśmy w konektywnej wiedzy i konektywnym systemie.

Wiedzieć, to umieć wykorzystać to, co w we własnym mózgu już jest. Tak jak korzystamy ze wspomnień. Czasem trzeba wysiłku by do tych zapisanych w mózgu wspomnień, wiedzy czy informacji dotrzeć. Ja z pszenżytem próbowałem lecz nie znalazłem (a najpewniej już w przeszłości podobne zdjęcia robiłem). Wnioskowałem na podstawie dedukcji, ale zabrakło mi własnego potwierdzenia, umieszczonego w zwojach nerwowych. Homo sapiens od dawna sięga do konektywnych zasobów i społecznego mózgu rozszerzonego. Pomijając wiedzę, zgromadzoną w głowach innych współplemieńców (trzeba jednak umieć ich zapytać), najpierw pamięcią zewnętrzną były rysunki, potem pismo (notatki, zapiski, znaki). A różne mnemotechniki takie jak pieśni, rym i rytm pomagały gromadzić we własnej głowie możliwie dużo informacji. Niemniej pojedynczy mózg ma ograniczone moce magazynowe. Rym, rytm i muzyka były elementami wspomagającymi pamięć, porządkującymi i jednocześnie strukturyzującymi, jeszcze w epoce kultury mówionej. Pismo zmieniło wiele. To zupełnie nowy obiekt w konektywnej pamięci zbiorowości. Prekursor mózgu zewnętrznego i jednocześnie nieludzki obiekt w konektywnej wiedzy. W kulturze piśmienności ważne było umieć… pisać i czytać by z kumulatywnie powiększających się zasobów umieć skorzystać. Tak jak w kulturze oralne ważne było umieć zapytać. Wiedzieć kogo i umieć/wiedzieć jak.

Korzystamy z książek, własnych notatek a teraz także z rosnących internetowych zasobów. Trzeba tylko umieć z nich skorzystać. Tak jak umieć zapytać eksperta „co to za zboże” i umieć skłonić do odpowiedzi. By nie oszukał, nie okłamał czy nie zbył niczym. Cała gama umiejętności społecznych. Dlatego umieć jest od dawna ważniejsze niż wiedzieć.

Umysł rozszerzony - całością (konektywną) jest nie tylko pamięć zbiorowa (plemienna), do której dostęp mamy przez interakcje i relacje z innymi – muszą chcieć się z nami podzielić, odtworzyć, czasem dopiero w dialogu. Jak hologramowe puzzle układają się w całość, niczym zeznania świadków zbierane przez detektywa. Teraz w tych relacjach jest to, co w naszym mózgu, co w mózgu innych ludzi, to co zapisane w książkach i to co dostępne w interencie. Wystarczy „tylko” umieć korzystać z tych zasobów: 1. Umieć sobie przypominać i wykorzystywać informacje z własnego mózgu, 2. Umieć wykorzystywać pomięć i wiedzę innych ludzi - pytając, w relacjach i w dialogu, wyciągać informacje „po pijaku”, podchwytliwymi pytaniami lub życzliwością, 3. W końcu umieć pisać i czytać by korzystać z własnych notatek i książek czyli wiedzy innych ludzi. 4. A teraz trzeba umieć przez internet docierać do kumulatywnie zgromadzonej wiedzy i dostępnej na telefon. Umieć ważniejsze niż wiedzieć.

Przecież wiedziałem, że istnieje program Google Obiektyw (mam go w swoim telefonie) i możliwość internetowego rozpoznawania obrazów. Sam już wielokrotnie korzystałem na laptopie i na telefonie. A jednak jeszcze moje umieć jest niedoskonałe, powierzchowne i nie utrwalone.

Dlatego uważam, że w obecnej rzeczywistości "wiem" przegrywa z "umiem": "nie wiem" co to za gatunek ale "umiem" znaleźć informację na ten temat, w następstwie czego "już wiem". W konektywnej sieci noosfery obecni są ludzie (ich mózgi i pamięć neuronowa) oraz coraz liczniejsze nieludzkie nośniki takie jak książki, filmy, zasoby internetowe oraz algorytmy sztucznej inteligencji. Nasze plemię znacznie się poszerzyło. Obok biosfery rozwija się i noosfera – sfera myśli w szerokim sensie. I my jesteśmy tego częścią. Częścią biosfery i częścią noosfery. W tej drugiej tracimy monopol. Ale dzięki temu powstaje coś wspanialszego i nieoczekiwanego. 

Czasem całość ważniejsza jest niż część. I przyjemnie być częścią czegoś ważnego, istotnego, wartościowego. Warto umieć być taką częścią. Być i umieć.

1.07.2023

Myślenie zabija czyli przekleństwo Homo sapiens?

Justin Gregg, Przekleństwo homo sapiens. 
Dlaczego myślenia zabija.
Wydawnictwo Dolnośląskie, Poznań 2023
Podobno nie powinno się osądzać książki po okładce. Ale co powiedzieć gdy na okładce znajduje się błąd ortograficzny? A może nie jest błędnie zapisana nazwa gatunkowa Homo sapiens tylko użyto tych samych słów w innym sensie, np. jako określenie filozoficzne typu homo faber, homo ludens? I wtedy zbieżność nazw jest przypadkowa. Tak rozpocząłem intrygujące poszukiwania poprzez lekturę książki. Do tytułu wrócę jeszcze później.

Niewątpliwie „Przekleństwo homo sapiens” jest dobrze i sprawnie warsztatowo napisaną opowieścią o behawiorze zwierząt i procesach myślowych w świecie przyrodniczym. Stawiane są także bardzo ważne współcześnie pytania o kondycję ludzkości. Sporo ciekawych przykładów ze świata zwierząt. I dużo filozofii z Fryderykiem Nietzsche w tle, z wnioskami, które mi się nie podobają. Dostrzegam sporo błędów w zaprezentowanej argumentacji. Mam więc mieszane odczucia po lekturze. Książka od czytelnika wymaga uważności i samodzielnego, krytycznego myślenia w odniesieniu do poglądów, zaprezentowanych przez autora.

Książka odpowiada na pytanie, dlaczego mimo znakomitej umiejętności myślenia przyczynowo- skutkowego i umiejętności stawiania pytań dlaczego ludzkość popełnia błędy, które zagrażają naszej przyszłości. Błędy, które mogą doprowadzić do wymarcia Homo sapiens. Dokładne omówienie myślenia chwilą oraz w dłuższej perspektywie czasowej, wraz z analogiami  w świecie przyrody, jest moim zdaniem największą wartością opisywanej książki. Jest jednak sporo błędów w argumentacji i trochę fałszywych odniesień do świata przyrody. 

W książce przewija się odświeżony mit szlachetnego dzikusa Jeana-Jacquesa Rousseau. Tylko tym razem w odniesieniu do zwierząt i przyrody, a nie dzikiego (pierwotnego) człowieka. Człowiek jest zły (w tym kontekście myślenie i ludzka inteligencja), świat dzikiej przyrody jest lepszy (myślenie zwierząt). Taka idealizacja pojawia się dość często w konfrontacji z zagrożeniami, jakie ludzka cywilizacja tworzy dla biosfery i dla siebie samej. Sam w młodości tak myślałem. Jest to bardzo częsty sposób myślenia o świecie i swoistej, uzasadnionej troski o przyszłości. Zagrożenia są rzeczywiste. Diagnoza niekoniecznie poprawna. Książka Justina Gregga dobrze wpisuję się w aktualny dyskurs naszej kultury.

Głównym lejtmotywem jest Fryderyk Nietzsche – pojawia się we wstępie, gdy autor przedstawia wybitnego filozofa, który zmarł z powodu depresji (a więc taki mądry, a jego myślenie stało się przyczyną śmierci),. Potem pojawiają się wybrane słowa tego filozofa jako motto przed każdym rozdziałem, by wreszcie na końcu – niczym spinająca klamra – podsumować wywody zaprezentowane w książce Justina Gregga w nawiązaniu do ssaków morskich (narwale). Dobrze to współgra z angielskim tytułem opisywanej książki. W polskim wydaniu tytuł i okładka są zbyt mocno oderwane od zawartości (okładka niezbyt trafnie opisuje/ilustruje/anonsuje treść).

W dużym stopniu wywody Gregga są polemiką z poglądami o wyższości człowieka nad światem przyrody, o wyższości ludzkiej inteligencji jako ukoronowaniem ewolucji. Justin Gregg rozpoczyna swoją opowieść „Nietzsche żałował, że nie jest głupi jak krowa (bo nie musiałby wówczas rozmyślać nad egzystencją), lecz zarazem żałował krów, tak głupich, że nad egzystencją mnie rozmyślają.” Rozwodzi się nad definicjami inteligencji, nawiązując nawet do sztucznej inteligencji. A wszystko w kontekście adaptacji do środowiska. Niewątpliwie ludzka umiejętność myślenia jest adaptacją do środowiska, umożliwia szybkie dostosowywanie się do zmian, szybsze niż zmiany genetyczne i selekcja naturalna. Podaje liczne przykłady, gdy myślenie prowadzi do złych stuków. Jednocześnie idealizuje świat przyrody i świat zwierząt. Ta idealizacja wynika z przemilczania wielu aspektów życia biologicznego.

Podaje różne definicje w rozumieniu inteligencji. Moim zdaniem, tak jak w wielu innych definicjach, nie jest problemem w definicji (niemożność zdefiniowania) tylko problem w konsensusie co do tych definicji. Podaje przykłady sukcesów ludzkiej inteligencji, w tym w odkrywaniu sekretów wszechświata. Dodaje jednak, że „potrafimy (…) wykorzystywać te sekrety [wiedzy o świecie], aby siać śmierć i zniszczenie.” To prawda, nie umniejszam zagrożenia w postaci ludobójstwa, wojny nuklearnej czy globalnych zmian klimatu. Nie wynika to jednak z ludzkiej inteligencji jako takiej i jej wartości dostosowawczej. Wiele innych adaptacji biologicznych ma swoje skutki uboczne, niedoskonałości. I wiele innych gatunków także doprowadzało do zmian w biosferze i wielkich czy małych wymierań. W małej skali to pojawianie się gatunków obcych i powodowanie wymierania gatunków rodzimych. Te prawidłowości dobrze opisuje ekologia, wyjaśniając dlaczego jest tak dużo gatunków na Ziemi i od czego to zależy. Pojawienie się organizmów zdolnych do fotosyntezy doprowadziło do pojawienia się tlenu w atmosferze i globalnych zmian klimatu, co skutkowało dużym wymieraniem na Ziemi. Człowiek nie jest tu jakimś wyjątkiem (co nie jest oczywiście ani usprawiedliwieniem ani pocieszeniem). Wyjątkiem jest to, że teraz jesteśmy gatunkiem kluczowym w biosferze i jesteśmy świadomi zagrożenia, jakie stwarzamy dla siebie i dla własnej egzystencji. Wiemy co się może wydarzyć, a mimo to jako ludzkość podejmujemy wiele destrukcyjnych działań. I to jest dysonansem – skoro jesteśmy inteligentni i mamy wiedzę, to dlaczego tak głupio i destrukcyjnie w długiej skali postępujemy? Na wiele takich pytań Justin Gregg odpowiada, odwołując się do myślenia w kategoriach tu i teraz. W kategoriach biologicznych i ewolucyjnych moim zdaniem miesza pojęcia z różnych kategorii. Dlatego jego wywód odbieram jako niespójny.

W kilku miejscach swoich rozważań pomija np. kumulatywność wiedzy i jej kolektywny charakter. Różnorodna głupota poszczególnych działań ludzkich lepiej jest zrozumiała jeśli uwzględnimy społeczny aspekt naszego gatunku i zwykłą rywalizację o zasoby. Czy inteligencja i specjalizacja w myśleniu „dlaczego” wiedzie „nasz gatunek na takie manowce, absurdalne i szkodliwe z punktu widzenia ewolucji, że człowiek zaczyna się zastanawiać, czy nie lepiej byłoby nam poprzestać na wyuczonych skojarzeniach.”? Czyli tak jak u wielu zwierząt. Moim zdaniem to błędne wnioskowanie. Autodestrukcyjne zagrożenie ludzkości wynika z naszego sukcesu populacyjnego (który dała nam inteligencja i umiejętność myślenia ale i społeczny charakter gatunku), jest nas po prostu zbyt dużo. Podobne efekty zaobserwujemy w gąsiorze z sokiem owocowym i drożdżami: na początku jest dużo jedzenia i przestrzeni, w miarę fermentacji przybywa komórek drożdży, ale przybywa także produktów metabolizmu w postaci alkoholu etylowego. Przy większym stężeniu drożdże giną, mimo że jest jeszcze cukier, a więc są jeszcze zasoby pokarmowe. Problemem nie jest jednostkowe myślenie tylko funkcjonowanie na poziomie całej cywilizacji, całego społeczeństwa i tu należałoby szukać rozwiązania w obliczu rzeczywistych zagrożeń dla całej ludzkości.

Nie jest prawdą, że ”zwierzęta potrafią podejmować fantastycznie korzystne decyzje, nie zadając pytań dlaczego coś się dzieje”. W świecie przyrody też jest śmierć, konkurencja i rywalizacja u gatunków społecznych. Czasem doprowadzająca nawet do katastrof populacyjnych czy ekosystemowych. Wynikają oczywiście z innych przyczyn i innych zależności przyrodniczych. Moim zdaniem w rozważaniach nad zagrożeniami, generowanymi przez ludzkość, nie należy idealizować świata przyrodniczego. Bo to droga na manowce i nie daje recepty na przetrwanie Homo sapiens na Ziemi.

Rozdział 7 „Ludzkie poczucie wyjątkowości. Czy naprawdę wygrywamy?" jest podsumowaniem wcześniejszych wywodów. Pytanie to jest jak najbardziej zasadne i warte częstego stawiania. „Czy byłoby nam lepiej (jednostkom i całemu gatunkowi), gdyby wyposażono nas w mózg jakiegoś innego zwierzęcia?”. To zadnie dobrze ilustruje nowe wcielenie mitu szlachetnego dzikusa, jakie przewija się w całej książce Justina Gregga. Moim zdaniem w naciągany sposób autor opisuje sukces ewolucyjny różnych gatunków. Że bakterii jest ogromnie dużo? Ale przecież to miliony gatunków i całe układy ekologiczne i ekosystemowe, a nie pojedynczy gatunek tak jak Homo sapiens! Że niektóre plany budowy są niezmienne przez wiele milionów lat? Dlatego niby właśnie krokodyle odniosły większy sukces ewolucyjny od człowieka? Przewaga prostych umysłów, bo nie wymyśliłyby bomby atomowej czy globalnej konsumpcji, przyczyniającej się do emisji gazów cieplarnianych, co zagraża dalszej egzystencji Homo sapiens na planecie Ziemia? Wobec cyklu życiowego naszej gwiazdy – Słońca - za jakiś miliard lat żadne życie i żaden gatunek nie będzie mógł żyć na Ziemi. Niezależnie jakie proste lub złożone będzie miał procesy myślowe.

Justin Gregg odnosi się w swojej książce do niezwykle ważnych i aktualnych problemów naszego świata. Przytacza wiele ciekawych i oryginalnych przykładów z ewolucji myślenia, pojawienia się myślenia przyczynowo - skutkowego. Miesza jednak pojęcia biologiczne z etycznymi, opisuje np. szczęście „tym, co cenią wszystkie gatunki zwierząt, jest maksymalizacja przyjemności i minimalizacja cierpienia.” Moim zdaniem prowadzi to na manowce w rozważaniach o przyszłości ludzkości i w rozwiązywaniu rzeczywistych zagrożeń dla nas, jakie sami sobie tworzymy.

Oryginalna okładka wydania angielskiego.
A co z tym Homo sapiens w tytule na okładce? Autor jest biologiem, w całej książęce nazwy gatunkowe, w tym Homo sapiens, pisane są poprawnie. Dlaczego znalazł się błąd na okładce i w polskim tytule? To efekt marketingowego podkręcania, by wzbudzić zainteresowanie. Wyszło kiepsko. A pewnie za sprawą niejednoznacznego i mało precyzyjnego zapisu w internetowym słowniku języka polskiego (korzystają gazetowi i wydawniczy redaktorzy). W wielu książkach i czasopismach pojawia się błędne zapisanie „homo sapiens” w odniesieniu do nazwy gatunkowej człowieka. Owszem, tak jak słownik zaznaczono poprawne są obie wersje, tyle tylko, że "homo sapiens" oznacza coś innego niż Homo sapiens. Przecież "może" i "morze" też są poprawnymi zapisami, ale każde oznacza coś innego. Szukając przyczyn błędu na okładce zajrzałem do oryginalnego wydania książki Justina Gregga. Brzmi on zupełnie inaczej (i bez błędu): „If Nietzsche Were a Narwhal: What Animal Intelligence Reveals About Human Stupidity".  Zdecydowanie lepiej oddaje zawartość książki, akcentując Nietzsche’go oraz nawiązanie do narwali. W polskim tytule zbytnio starano się uwypuklić „śmiertelność” myślenia. To przesadne podkręcanie klickbajtowe. Wyolbrzymiona sensacyjność, zbytnie wypaczenie głównej myśli autora i na dodatek zrobiono błąd ortograficzny w tytule. Na internetowej stronie autora (https://www.justingregg.com/narwhal), w opisie książki także popełniono błąd ortograficzny „Homo Sapiens”. Najwyraźniej stronę internetową ktoś autorowi prowadzi, bo jako biolog sam tego błędu by nie popełnił. A sam autor chyba nie sprawdził dokładnie, tego co w jego imieniu ktoś umieszcza. Marketing czasami szkodzi. Drugi wniosek jest taki, że w społeczeństwie wyraźne są braki w wiedzy przyrodniczej i biologicznej. Dlatego potrzebne są książki popularnonaukowe. Lepiej jednak gdyby nie było błędów ani na okładce ani tym bardziej w zawartości. 

Z uwagi na ważkość poruszanych problemów i stawianych pytań, z trudem przebijających się do świadomości ogółu społeczeństwa oraz decydentów,  polecam tę książkę do uważnego, choć krytycznego przeczytania.

29.06.2023

Notatka z wykładu w Akademickim Zaciszu czyli czego oraz w jaki sposób uczymy się w przestrzeniach cyfrowych

Ekran oczekiwania na transmisję z Akademickiego Zacisz profesora Romana Lepperta - wykłady online, które integrują i przekraczają dawne przestrzenie fizyczne.
 

To jest praktyczny przykład robienia notatek z wykładu. Na wczorajszym seminarium online w Akademickim Zaciszu (trzeci sezon) było o uczeniu się w przestrzeniach cyfrowych. A notatka ze swojego charakteru nie jest jeszcze do końca uporządkowana, dlatego przepraszam za mały chaos w spisywanych niżej słowach. Chcę pokazać proces w trakcie by pełniej zilustrować treści dyskutowane w czasie opisywanego spotkania.

W czasie komentowanego spotkania online prof. Joanna Mytnik wspomniała o robieniu notatek, że ważne jest aby robić notatki tuż po wykładzie. No to robię. Dzień po. Notowałem na brudno (w trakcie), jak zwykle na luźnych kartkach lub w notesie, komentowałem na czacie, toczącą się dyskusję. Teraz przetwarzam, pisząc w miarę uporządkowaną notatkę. A blog wykorzystuję właśnie jako dziennik refleksji do robienia notatek i do aktywnego uczenia się. A czego sam się nauczę, to pokazywać będę studentom już od najbliższego semestru. Kolejny mały krok w procesie uczenia się nowej przestrzeni edukacyjnej na uniwersytecie.

Tego dnia byłem w terenie i wracałem z dalekiej drogi, nie miałem pewności czy uda mi się zdążyć na wieczorne spotkanie online w Akademickim Zaciszu. Ale udało się, nie padłem ze zmęczenia. (ta dygresja ma wskazać, że absencja na wykładzie wcale nie musi wynikać z lenistwa lub z zapomnienia). Uczestniczyłem online lecz synchronicznie, z możliwością zabierania głosu na czacie (czat jako forma aktywizowania słuchaczy i aktywnego przetwarzania treści – jak to dobrze zorganizować w czasie typowego wykładu akademickiego?). Nie tylko słuchanie ale i aktywne włączanie się do dyskusji, na czacie, w wyznaczonej do tego przestrzeni i z interakcjami z prelegentami, bo o to zadbał prowadzący prof. Leppert, udostępniając niektóre komentarze z czatu na ekranie. Kto nie był niech się nie martwi bo jak zwykle nagranie z transmisji zostało zarchiwizowane na FB i na You Tube. Proszę szukać na fan page Akademickiego Zacisza (ta z kolei dygresja wskazuje jak można sensownie rozwiązać problem absencji na wykładzie).

Może tak powinny wyglądać wykłady na uniwersytecie? Nie oddzielać przestrzeni cyfrowych od tych tradycyjnych. Pora na integrację i wykorzystywanie a nie dychotomię i opozycję. Także  z możliwością udostępniania różnorodnych materiałów, w tym nagrań. Bo przecież absencja na wykładzie nie wynika tylko z lenistwa słuchaczy (studentów). Po drugie, jeśli upowszechniamy notatki i slajdy z wykładu, to student nie musi wszystkiego notować. Notować w sensie przepisywać z pokazywanych na ekranie slajdów. I o takich wykładach oraz różnych formach notowania była mowa na wspominanym spotkaniu. Notowanie to forma przetwarzania informacji. Czy studenci mają notować tylko ręcznie? Jest to oczywiście dobry sposób przetwarzania (dodatkowo angażuje motorycznie dłoń). Wcale jednak nie należy zabraniać innych form, w tym cyfrowych. Notowanie to jedna z form uczenia się. Czy notowanie ma być wiernym zapisywaniem słów wykładowcy? Nie, bo wiedza jest już  łatwo dostępna. Notowanie polega na włączaniu nowej wiedzy do już istniejącej i zastanawianiu się, do czego dalej się przyda. Dlatego student powinien notować przede wszystkim swoje myśli, swoje skojarzania, swoje pomysły i pytania. Tak jak mu wygodniej. I jak przekonują neurodydaktycy, więcej zapamiętamy, gdy notatki z wykładu (spotkania. referatu) spiszemy po wykładzie, po spotkaniu. Dodatkowo porządkując swoje własne skojarzenia. I ja tak właśnie teraz czynię. Mieszając zasłyszane myśli z własnymi pomysłami, skojarzeniami, i nowymi strukturami myślowymi.

Lepsze od notatek pisanych ręcznie, moim zdaniem, są notatki graficzne. Bo już w trakcie ich tworzenia strukturalizujemy wiedzę, porządkujemy, włączamy do istniejącego już systemu (struktury). W czasie spotkania w Akademickim Zaciszu rozmówcy wielokrotnie wracali do uczenia się z wykorzystywaniem technologii cyfrowych i różnych sposobów notowania. Na przykład tego, żeby dawać slajdy z wykłady studentom jako formę notatek. Wtedy nie muszą się martwić, że nie zdążą czegoś zanotować, zapisać. Mogą wrócić. Taką rolę pełni też zapis wideo ze spotkania w Akademickim Zaciszu. Można powracać jak do notatek, można odsłuchać, nawet jeśli się nie było.



Uczestnicy i prelegenci (rozmówcy) Akademickiego Zacisza w dniu 28 czerwca 2023, zakończenie trzeciego sezonu. Tytuł spotkania "czego oraz w jaki sposób uczymy się w przestrzeniach cyfrowych".

To było kolejne, bardzo inspirujące spotkanie. Uczenie się w małych porcjach, które organizuje prof. Roman Leppert, tym razem poświęcone było pytaniu: czego oraz w jaki sposób uczymy się w przestrzeniach cyfrowych? Do rozmowy na wspomniany temat Profesor Roman Leppert zaprosił: 1. prof. PG Joannę Mytnik - kierującą Centrum Nowoczesnej Edukacji Politechniki Gdańskiej, organizatorkę konferencji poświęconych dydaktyce akademickiej "Ideatorium"; 2. dr Lidię Bielinis z Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, autorkę książki "Uczenie się w przestrzeniach cyfrowych uniwersytetu" (Oficyna Wydawnicza IMPULS, Kraków 2022); 3. dr. Grzegorza Stunżę z Uniwersytetu Gdańskiego, prezesa Polskiego Towarzystwa Edukacji Medialnej. Spotkanie było transmitowane na facebookowej stronie AkademickiegoZacisza oraz dedykowanym na kanale YouTube. 

Czy wobec silnie rozwijających technologii cyfrowych zanika sens wykładów akademickich? Myślę, że nie. Zmienia się jednak  ich charakter (a przynajmniej powinien się zmieniać). Wiedza jest wszędzie, ale przyjemnie spotkać się w kontakcie i podyskutować. Nie wykładać wiedzy lecz dyskutować i współpracować. I tak będę zmieniał swoje wykłady, krok po kroku. Kolejny sezon zmian już od najbliższego października. Teraz trzeba przemyśleć doświadczenia i słowa usłyszana w ostatnich miesiącach. Wakacje i urlop to czas suszenia sieci i inkubowania myśli. Może już jesienią się wylęgną w bardziej konkretnej postaci.

Co jeszcze wynotowałem ze spotkania i do czego będę wracał? Niektóre myśli zapadły głębiej, nie znajdą się tu, lecz wypłyną prawdopodobnie później, sprowokowane innymi słowami, doświadczeniami lub refleksjami. Spisywanie to etap porządkowania i strukturalizowania. Nie ma co się martwić jeśli nie od razu znajdą swoją  reprezentację w spisanych lub narysowanych notatkach. A może przedyskutowanych lub przerobionych w działaniu?

Czy wykorzystywać Tik Tok w edukacji? Zaskoczyło mnie to, że np. prof. Joanna Mytnik tak dużo czerpie aktualnej wiedzy dydaktycznej właściwe z Tik Toka. Ja także w mediach społecznościowych zdobywam wiedzę w małych porcjach, okazjonalnie, pozaformalnie i systematycznie. Czyli nie jest to jakieś dziwactwo, to być może prawidłowość i trend. Warto może więc dostawać do tego dydaktykę akademicką?

Przez lata uczyłem studentów przygotowywania i prezentowania referatów. Może teraz trzeba nauczać* przygotowywanie rolek czyli krótkich, wideo wypowiedzi do umieszczenia na Facebooku, Instagramie czy Tik Toku? Dostrzegam taką potrzebę. Sam się muszę jednak tego nauczyć. Lub uczyć się razem ze studentami. Później napiszę o tym więcej,  dlaczego i jak.

Wykłady (i uniwersytet) to przestrzeń poznawania świata. To główna myśl jaką wynoszę z opisywanego spotkania. Czyli tak zorganizować wykłady i inne formy zajęć by były dobrą przestrzenią fizyczną i sytuacją do odkrywania i poznawania świata. Nie do wykładania lecz właśnie poznawania. Udostępniajmy materiały także w przestrzeniach cyfrowych a wykład niech będzie przede wszystkim przestrzenią do dyskusji. I do wspołpracy studentów ze sobą.

Cyfrowe wykluczenie wynika z braku dostępu do odpowiedniego sprzętu oraz ze względu na strach przed korzystaniem z nowych technologii. Zatem naszą rolą jest nie tylko umożliwianie dostępu do urządzeń, internetu i programów ale i dawanie odwagi, swoiste branie za rękę i uczenie korzystania bez poczucia strachu. Czasem (może nawet często) mówienie o zagrożeniach płynących z technologii i sztucznej inteligencji wynika po prostu ze strachu przed korzystaniwm (nie potrafię, boję się, że sobie nie poradzę, że nie wiem jak, więc dystansuję się podkreślając rzeczywiste lub domniemane zagrożenie).

Kompetencje kulturowe ułatwiają korzystanie z nowych technologii w warstwie technologicznej i emocjonalnej. Zatem warto włożyć wysiłek w tworzenie tych kompetencji kulturowych także w przestrzeniach uniwersyteckich. By minimalizować cyfrowe wykluczenia. 

Notowanie to zapisywanie własnych myśli, które rodzą się w czasie słuchania wykładu oraz dyskusji i interakcji z wykładowcą oraz innymi studentami, uczestniczącymi w wykładzie (czy innych zajęciach). Nie trzeba notować na wykładzie. Wystarczy słuchać. I zapisywać swoje myśli. Najlepiej po wykładzie. Studenci nie muszą notować, powinni przetwarzać, mogą słuchać, działać, dyskutować. I zapisywać po wykładzie w formie działania. Jedną z możliwości jest pisanie dziennika refleksji. W tym roku to wypróbowałem (studenckiedzienniki refleksji). Na wykładzie student nie musi się spieszyć – wszystkie materiały dostanie po wykładzie (a można wykorzystać do tego przestrzenie cyfrowe). Zatem nie zmuszać do robienia notatek lecz zachęcać do przetwarzania a nie notowania jako takiego. Notatki to „drugi mózg”, może być analogowy lub/i cyfrowy. To może być wspólne tworzenie map myśli w chmurze, o których opowiadała dr Lidia Bielinis. Wspólna mapa myśli zamiast kolokwium sprawdzającego wiedzę. To mi się bardzo podoba. Muszę się dr Bielinis podpytać jak to zrobiła i dlaczego się udało. Bo ja od dawna próbuję skłonić studentów do tworzenie wspólnych notatek lecz nie bardzo mi się to udaje.

Co dalej z uniwersytetami w czasach dynamicznego rozwoju technologii i komunikacji cyfrowej? Wiedza jest wszędzie w zasięgu ręki. Być może uczelnie zmienią się w miejsce do certyfikowania wiedzy. I wcale nie chodzi tylko o egzaminy pisemne. Bo można certyfikować umiejętności i wiedzę przez projekty, pracę dyplomową i inne zespołowe działania. Czy można zrobić tak, aby konkretny wykład był elementem certyfikowania wiedzy, poświadczeniem umiejętności, celów i efektów kształcenia? Będę to chciał praktycznie przećwiczyć w najbliższym czasie.

Mikrokursy, nagrywanie wykładu, transkrypcja nagranego wykładu – to da się zrobić podobno z Google. Chcę się tego nauczyć, wspólnie ze studentami. Oraz tego, jak dobrze wykorzystywać ChatGPT. To jest tylko narzędzie. Kiedyś uczyliśmy się jako ludzie korzystać z kamiennego toporka, potem z pisania gęsim piórem a teraz warto się nauczyć z korzystania z narzędzi SI w edukacji.

Wirreal – to nowe słowo, które mi się spodobało. Połączenie realu z rzeczywistością wirtualną, nie jako wroga sobie opozycja lecz jako zintegrowana całość. Wirreal to wirtual i real w jednym, zmiksowanym świecie. Innymi słowy to "mixed reality" (MR) lub "merged reality" (złączona rzeczywistość). A może właściwsza będzie rzeczywistość rozszerzona (ang. augmented reality, AR)?

Notatki to coś osobistego, z czym przyszedłem, co przetworzyłem i co zapamiętałem, co było dla mnie ważne i istotne, jak wbudowałem to do tego, co już wiem a czego nie wiem i chcę poznać, wypróbować.


* "nauczać" to skrót myślowy, bardziej chodzi mi o tworzenie przestrzeni i sytuacji do wspólnego uczenia się.

27.06.2023

W obronie Gołdapskiej Strugi czyli dygresje o wartości przyrody

Gołdapska Struga wiosną (fot. społeczność lokalna Gołdapi).


Przyroda często traktowana jest jako dobro niczyje, z potencjałem do dowolnego zagospodarowania. Taki chwilowy "nieużytek". W wielu miejscach narażona jest na gospodarkę rabunkową w imię lokalnych, doraźnych i krótkotrwałych interesów. Indywidualny egoizm kontra dobro wspólne. To ostatnie ma zabezpieczać prawo. O ile jest respektowane. Wielokrotnie już zwracano się do mnie z prośbą o pomoc w ratowaniu tego, co powinno gwarantować stanowione prawo. A przecież jestem tylko przyrodnikiem i naukowcem. Indywidulanie niewiele mogę. Tym razem wołanie o pomoc skierowane zostało przez społeczność z Gołdapi.

Zespół przyrodniczo-krajobrazowy jest jedną z form ochrony przyrody. Przykładem jest Gołdapska Struga, obszar ustanowiony w 1999 roku na obszarze 183 ha, w powiecie gołdapskim: „Od drogi utwardzonej Gołdap - Kamionki linią wysokiego napięcia (250m na N od Osiedla I) w kierunku wschodnim 650m do drogi gruntowej Gołdap - Janowo, a dalej tą drogą na S w kierunku Janowa do poprzedniej drogi gruntowej 0,5 km na W od osady Janowo. Stąd tą ostatnią drogą w kierunku zachodnim do drogi utwardzonej Kamionki - Gołdap i dalej tą drogą w kierunku Gołdapi do przecięcia się jej z linia wysokiego napięcia." (źródło) 

Rada Miejska w Gołdami w uchwale Uchwała Nr XXVIII/237/2020 z dnia 27 października 2020 r. w sprawie zespołu przyrodniczo–krajobrazowego Gołdapska Struga postanowiła, że szczegółowymi celami ochrony Zespołu jest (źródło): 
  1. zachowanie w stanie naturalnym łąk, bagien, starorzeczy, zbiorników wodnych śródlądowych, oraz terenów zalesionych;
  2. zachowanie w stanie nienaruszonym jaru potoku, szczególnie w dolnym trzykilometrowym jego biegu;
  3. zachowanie i zapobiegnięcie utracie wartości przyrodniczych, krajobrazowych i kulturowych;
  4. utrzymanie struktury przestrzennej terenów z uwzględnieniem swoistych cech miejscowego krajobrazu;
  5. ochrona gatunków roślin i zwierząt, zróżnicowanych siedlisk przyrodniczych.
 W stosunku do Zespołu, zakres ochrony czynnej obejmuje:
  1. ochronę terenów przed nadmierną antropopresją;
  2. ochronę przed zmniejszeniem stanu uwilgotnienia gleb, użytków zieleni, gruntów ornych oraz lasów;
  3. ochronę przed obniżeniem poziomu wód gruntowych;
  4. ochronę przed nadmiernym hałasem;
  5. ochronę przed pracami, nie dającymi możliwości przywrócenia pierwotnego stanu środowiska;
  6. ochronę walorów krajobrazowych, przyrodniczych, widokowych;
  7. ochronę gatunków roślin i zwierząt podlegających ochronie.
W stosunku do Zespołu wprowadza się następujące zakazy:
  1. niszczenia, uszkadzania lub przekształcania obiektu lub obszaru;
  2. wykonywania prac ziemnych trwale zniekształcających rzeźbę terenu, z wyjątkiem prac związanych z zabezpieczeniem przeciwpowodziowym albo budową, odbudową, utrzymywaniem, remontem lub naprawą urządzeń wodnych;
  3. uszkadzania i zanieczyszczania gleby;
  4. dokonywania zmian stosunków wodnych, jeżeli zmiany te nie służą ochronie przyrody albo racjonalnej gospodarce rolnej, leśnej, wodnej lub rybackiej;
  5. likwidowania, zasypywania i przekształcania naturalnych zbiorników wodnych, starorzeczy oraz obszarów wodno-błotnych;
  6. wylewania gnojowicy, z wyjątkiem nawożenia użytkowanych gruntów rolnych;
  7. wydobywania do celów gospodarczych skał, w tym torfu, oraz skamieniałości, w tym kopalnych szczątków roślin i zwierząt, a także minerałów;
  8. umyślnego zabijania dziko występujących zwierząt, niszczenia nor, legowisk zwierzęcych oraz tarlisk i złożonej ikry, z wyjątkiem amatorskiego połowu ryb oraz wykonywania czynności związanych z racjonalną gospodarką rolną, leśną, rybacką i łowiecką;
  9. umieszczania tablic reklamowych.
Co się zmieniło od tego czasu? Przyroda ma się dobrze. Na razie. Tajemnicą poliszynela w środowisku lokalnym jest to, że ktoś chce zmienić użytkowanie swoich gruntów i przeznaczyć je pod zabudowę. Na przeszkodzie w tym indywidualnym interesie stoi m.in. Zespół Przyrodniczo-Krajobrazowy Gołdapska Struga. I rozpoczęło się lobbowanie by radni zmienili swoją wcześniejszą uchwałę i zlikwidowali utworzony nie bez ważnego powodu obszar chroniony. Sesja Rady zaplanowano na 30 czerwca na godz. 11:00.

Indywidualny interes kontra dobro wspólne i wcześniej utworzone obszary chronione. Ktoś zyska w perspektywie krótkoterminowej, wielu straci także w dłuższym horyzoncie czasowym. Bo to nie inwestycje dostosowywane są do wcześniej uchwalonych planów zagospodarowania czy obszarów chronionych lecz… krajobraz doraźnie modyfikowany dla indywidualnych egoizmów. Decyzja w rękach radnych. 

Wszystko postawione na głowie niczym w bananowej republice. Być może dlatego, że zasoby przyrody traktujemy jako dobro niczyje i tymczasowy nieużytek, który w każdej chwili może być zniszczony. Bo przecież co tak jakieś żabki i ptaszki, gdy ważniejszy jest człowiek? Podobne przykłady znajdziemy niemalże w każdym regionie naszego kraju... 

Przyrodę chronimy przede wszystkim dla ludzi, dla jakości życia. Bo np. nasilające się braki wody zaszkodzą wielu: rolnikom, turystom, gospodarce komunalnej. Podobnie ze spadkiem róznorodnosci biologicznej. Likwidacja tego konkretnego zespołu przyrodniczo-krajobrazowego oznacza straty dla okolicznych mieszkańców. Nie tylko w postaci utraty terenów do wypoczynku i rekreacji, nie tylko miejsca zachowania zasobów przyrody, ale także gospodarczo. Spadnie atrakcyjność turystyczna. A przecież Gołdap na tym obszarze próbuje się rozwijać i myśleć o swojej przyszłości. Uzdrowisko ze zdewastowanym krajobrazem?

Cała nadzieje w aktywności społeczność lokalnych i refleksji radnych. Pomyślą o sobie i przyszłości lokalnej społeczności czy jednorazowym lobbowaniu indywidualnego egoizmu?

Nie jestem w stanie wykonać badań terenowych i inwentaryzacji przyrodniczej. Mogę jedynie publicznie prosić radnych o namysł i rozważanie wszystkich za i przeciw.

Gołdapska Struga wiosną (fot. społeczność lokalna Gołdapi).

Mieszkańcy obszaru Gołdapska Struga (fot. społeczność lokalna Gołdapi).


Otulina, poza obszarem zespołu przyrodniczo-krajobrazowego, w sąsiedztwie Gołdapskiej Strugi. Czy to czeka cały obszar chroniony?(fot. społeczność lokalna Gołdapi)

Otulina Gołdapskie Strugi wiosną (fot. społeczność lokalna Gołdapi).


 
Gołdapska Struga w końcu czerwca, widać niski stan wody, sygnał deficytów wody w krajobrazie (fot. społeczność lokalna Gołdapi).

j.w.


j.w.

26.06.2023

Kanianka - roślina pospolita choć niezwykła, opowieść z dygresją do slow science

Kanianka pospolita (kanianka europejska)
 

W dzieciństwie wielokrotnie spotykałem tę roślinę ale nie zwróciłem na nią uwagi. Ot, jakaś tam kolejna roślina, niczym powój czy inne pnącze, czepiające się innych roślin. Spotykałem ją zazwyczaj w zaroślach pokrzyw czy innych bylin, wśród których wakacyjnie buszowałem. Dopiero, gdy kilka lat temu zainteresowałem się pokrzywą  i jej etnograficzna-kulinarnymi właściwościami, to dostrzegłem coś jeszcze. I postanowiłem sprawdzić cóż to za "zielsko". W czasie niedawnej wyprawy terenowej nad rzekę Pasłękę i rzekę Narew ponownie spotkałem licznie tę roślinę. I o niej sobie przypomniałem.

Dlaczego kanianka jest dziwną rośliną? Bo jest rośliną pasożytniczą. Rośliny to przecież organizmy samożywne, zdolne do fotosyntezy, czerpią energię ze słońca. Są podstawą piramidy troficznej. Pasożyty to raczej w świecie zwierząt. I jak to się dzieje, że samożywne rośliny staja się półpasożytami tak jak jemioła czy całkowitymi pasożytami, tracącymi nawet zdolność do fotosyntezy? 

Kanianka jest pnączem. Pnie się po innych roślinach, sama nie buduje rusztowania z celulozy tak jak inne rośliny, pnące się ku słońcu. Inne są epifitami, wyrastają od razu wysoko na drzewach i też są bliżej słońca, nie inwestując w długą i mocną łodygę. Czy pnącza i epifity to pierwszy krok ku pasożytnictwu? Najpierw rezygnują z silnej i wysokiej łodygi, pomagającej w konkurencyjnym wyścigu do źródła światła, a potem z kolejnych elementów samodzielnego i samowystarczającego życia? Ekologiczne relacje między gatunkami cały czas się kształtują. Ekosystemy są pełne najróżniejszych zależności, uwarunkowań i relacji. I to wszystko można obserwować w czasie wakacyjnych, leniwych wojaży. Potrzebna tylko odrobina uważności i ciekawości. 

Czasami na pokrzywie spotkać można kaniankę, dokładniej kaniankę pospolitą (zwaną też europejską) (Cuscuta europaea). W dzieciństwie wielokrotnie widywałem ją na pokrzywach, ale nigdy nie zwracałem na nią uwagi. Ot jakiś taki powój się po pokrzywie wspina się i tyle. Ale to nie jest zwykły powój, to powój pokrzywożerny (w dalekiej przenośni). Jak wygląda kanianka zobaczyć można na załączonych zdjęciach. W rodzaju kanianka znajduje się około 200 gatunków, z których większość występuje w obu Amerykach. W Europie naliczono 17 gatunków a w Polsce - 10. Kanianki to rośliny jednoroczne, rzadziej wieloletnie. Pasożytnicze i niemal bezzieleniowe (a więc bez chloroplastów). Owijają się dookoła roślin żywicielskich, z których czerpią wodę i związki organiczne za pomocą ssawek wyrastających z łodygi. Ssawki wrastają do wiązek przewodzących rośliny żywicielskiej, niczym kradnący prąd z sieci energetycznej (czerpią zyski nie płaca rachunków).. 

Kanianka pospolita czyli kanianka europejska (Cuscuta europaea L.) jest rośliną jednoroczną z rodziny powojowatych (Convolvulaceae). Jest gatunkiem kosmopolitycznym, występuje w Europie, w północnej Afryce oraz Azji w strefie klimatu umiarkowanego. Tak jak wszystkie inne kanianki jest pnączem i rośliną pasożytniczą. Pozbawiona jest chlorofilu. Łodyga jest czerwonawa, silnie rozgałęziona, owija się wokół roślin żywicielskich zgodnie z ruchem wskazówek zegara (to warto będzie sprawdzić w terenie czy zawsze tak czy czasami może jednak w drugą stronę?). Kwitnie od czerwca do sierpnia, czasami nawet i we wrześniu. Rośnie zwłaszcza na pokrzywie, chmielu i wierzbie, rzadziej na konopiach, ziemniakach i innych roślinach siedlisk wilgotnych. Spotkać ją można w dolinach rzek, nad jeziorami i stawami, w łęgach wierzbowo-topolowych a także w uprawach na ziemniaku i koniczynie. Wtedy uważana jest za szkodliwy chwast.

Drugim, rodzimym gatunkiem, który możemy spotkać w czasie wakacyjnych podróży jest kanianka macierzankowa (Cuscuta epithymum L.). Jest rośliną trującą dla zwierząt domowych, zawiera kuskutynę. Traktowana jest jako chwat roślin motylkowych oraz roślin łąkowych. Spotkać ją można na suchych i średnio wilgotnych łąkach, pastwiskach, murawach, polach i w zaroślach. Jest wieloletnim terofitem, pędy zimują zwykle na szyjkach korzeniowych roślin żywicielskich Zdarza się, że pędy kanianki wpuszczają ssawki do siebie nawzajem. W uproszczeniu można byłoby powiedzieć, że w tym zapędzie pasożytuje sama na sobie. Nasiona kanianki przypominają swoim kształtem nasiona niektórych roślin uprawnych, np. koniczyny. To cecha sprzyjająca roślinom, rosnących w uprawach rolnych (chwastów). Dawniej, by pozbyć się nasion kanianki, nasiona na siew mieszano z olejem i opiłkami żelaznymi, które łatwiej przylegają do chropowatych nasion kanianki i mogły być usuwane za pomocą elektromagnesu. Nieustanna ekologiczna wojna oszukiwania i eliminacji oszustów, w którą wpisał się człowiek wraz ze swoją gospodarką rolną. Agrocenozy i urbicenozy są nowymi siedliskami na Ziemi, w których zachodzi intensywna ewolucja. Znakomity obszar do badań ekologicznych i ewolucyjnych. I do wakacyjnych obserwaji.

Przy tej okazji warto wspomnieć o kaniance lnowej (Cuscuta epilinum Weihe ex Boenn.) wymarłym już antropoficie czy innych kaniankach związanych z uprawami: kanianka koniczynowa (Cuscuta trifolii Bab. & Gibson = Cuscuta epithymum subsp. epithymum) oraz kanianka polna (Cuscuta campestris Yunck.), oba gatunki to antropofity zadomowione,

Warto jeszcze wspomnieć o kaniance wielkiej (Cuscuta lupuliformis Krock.), roślinie jednorocznej, spotykanej na niżu w zaroślach i lasach łęgowych, w dolinach rzeki Odry, Wisły i ich dopływach. Nie wymieniłem wszystkich gatunków kanianek, które możemy spotkać w Polsce. 

Wakacje to dobry czas na niespieszne obserwowanie i odkrywanie przyrody. Jeśli zatrzymać się przy jednej roślinie na dłużej i spróbować dostrzec jej relacje ze światem, to zobaczyć można bardzo wiele, niemalże cały ekosystem i ogromne bogactwo zależności. Żeby zobaczyć dużo – można szybko biegać by dotrzeć do wielu miejsc. Ale równie dobrze można się zatrzymać i obserwować. Slow science. Nie szybciej i więcej ale głębiej, dokładniej i przez to więcej.


PS. Pani Urszula Zyskowska na Facebooku podpowiedziała, że dawniej kanianka nazywana była sznurowadłem wiedźmy.

Źródła:
  • Kanianka (Wikipedia) https://pl.wikipedia.org/wiki/Kanianka
  • Nawara Z., Rośliny łąkowe, Warszawa 2012, Multico oficyna Wydawnicza
  • Sudnik-Wójcikowska B., Rośliny synantropijne. Warszawa 2011, Multico oficyna Wydawnicza
  • Sudnik-Wójcikowska B., Krzyk A.,  Rośliny wydm, klifów. solnisk i aluwiów Warszawa 2015, Multico oficyna Wydawnicza
  • Witkowska-Żuk L., Rośliny leśne, Warszawa 2013, Multico oficyna Wydawnicza




23.06.2023

Napójka łąkowa czyli spotkanie nad Narwią z niezwykłym ćmokiem

Napójka łąkowa, barczatka napójka, prządka napójka, brzeg rzeki Narwi
w okolicy Tykocina, 19 czerwca 2023 r. Gąsienica żerująca na trzcinie.

W poszukiwaniu ważki trzepli zielonej (Ophiogomphus cecilia), w ramach państwowego monitoringu, w  czerwcu przeszukiwałem brzegi rzeki Narwi w okolicach Tykocina. Do tej pory poznałem Narew w okolicach Łomży – jeszcze w czasach studenckich. Tykocin odwiedzałem jedynie turystycznie. Teraz mogłem lepiej poznać okolice tego uroczego miasteczka. W poszukiwaniu wylinek (bo to dobra metoda badań przyżyciowych, zbiera się wylinki pozostawione przez larwy w czasie ich przeobrażenia na brzegu, poza wodą) trzeba przedzierać się przez przybrzeżne szuwary z ostrymi krawędziami roślin, z parzącą pokrzywą i czasem w towarzystwie krwiopijnymi owadów. Potem skóra swędzi jeszcze kilka dni po wyprawie. Do mniej przyjemnych widoków należą śmieci pozostawione przez niedzielnych turystów i wędkarzy. Sporadycznie w tym roku spotykałem martwe ptaki – to chyba efekt ptasiej grypy. Ale są i przyjemne spotkania z przyrodą. Przecudny zapach mięty, arcydzięgla i innych ziół. Co stanowisko to inna sytuacja. Przy okazji spotykam wiele różnych bezkręgowców. Aparatu fotograficznego nie mam pod ręką lecz jest telefon, ukryty w kieszonce woderów. Można wyjąć i zrobić zdjęcie nie tylko dokumentacyjne. 

Na Narwią spotkałem na trzcinie piękną, włochatą gąsienicę. Ta wypatrzona w szuwarach była duża, okazała. Tuż pod koniec fazy gąsienicy - młodzieńczego okresu życia, dlatego była wyrośnięta. Niebawem się przepoczwarczy. Już kiedyś o niej pisałem, gdy dostałem zdjęcie z podolsztyńskiego Wójtowa. Teraz sam mogłem obserwować w naturze. I zrobić zdjęcie.

Duża, ładna włochata gąsienica, żerowała na trzcinie. A wokół podmokłe łąki, wykoszone. Tylko przy brzegu rzeki pozostały wysokie, nie skoszone rośliny. Oaza dla wielu gatunków. Mają czas na dokończenie swojego rozwoju. Mają możliwość przetrwania i dokończenia rozwoju oraz wydania na świat kolejnego pokolenia.

Napójkę spotkałem w drugiej połowie czerwca, a więc pod koniec jej larwalnego życia. Niebawem się przepoczwarczy. Motyla dorosłego o nocnym trybie życia (ćma) znacznie trudniej zobaczyć niż gąsienicę. Owady dorosłe się nie odżywiają. Musi się najeść i napić w swej młodości „za wszystkie czasy”. Dorosłe żyją tylko miłością, czyli rozmnażaniem. A moje spotkanie było tuż przed Nocą Świętojańską, Kupalnocką. Co rodzi dodatkowe, kulturowe skojarzenia, o których będzie niżej.

Napójka łąkówka czyli barczatka napójka, dawniej zwana także prządką napójką (Euthrix potatoria syn. Philudoria potatoria syn. Bombyx potatoria) to motyl nocny z rodziny barczatkowatych. Co w niej niezwykłego? Gąsienice tego gatunku piją stosunkowo duże ilości wody w postaci kropel rosy i deszczu, zbierających się na liściach rośliny pokarmowej. Stąd jej nazwa – napójka. Od picia rosy. Ćma co w młodości rosę pije. Bardzo romantycznie.

Napójka łąkowa (barczatka napójka) jest gatunkiem stosunkowo pospolitym, występuje na terenach podmokłych, w pobliżu jezior, rzek i torfowisk. Gąsienice żerują na ostrych trawach, trzcinie i pałce wodnej. Spotkać je można od września do czerwca, z przerwą na sen zimowy. Pod koniec wiosny, po przezimowaniu i kilku tygodniach odżywiania się, gąsienice budują nisko nad ziemią, przyczepione do źdźbeł traw lub pni drzew, białawe oprzędy, w których następuje przepoczwarczenie. Dorosłe motyle (stadium imago) obserwować można od końca czerwca do połowy sierpnia. Jako typowe ćmy prowadzą nocny tryb życia.

Rozpiętość skrzydeł owadów dorosłych wynosi od 46 do 54 mm. Brzeg skrzydeł jest lekko falisty. Samiec ma skrzydła żółto-pomarańczowe z odcieniami brązu (można go rozpoznać po dużych, grzebykowatych czułkach i ciemniejszej barwie skrzydeł). Samica jest nieco większa i nieco jaśniejsza w ubarwieniu: od jasnożółtego do żółtobrunatnego. Charakterystyczne dla tego motyla są dwie białe plamki w ciemnej obwódce, znajdujące się na górnej stronie skrzydeł pierwszej pary. Na zewnętrznej części tylnego skrzydła znajduje się przyciemnienie.

Gatunek obecny w całej Europie od Półwyspu Iberyjskiego po Ural. W Polsce gatunek występuje na całym obszarze kraju. Niezbyt rzadki, można się go spodziewać w wielu miejscach. Przynajmniej było tak do tej pory. Wraz z rosnącą antropopresją i zmianami klimatu owadów ubywa. Dlatego róbcie zdjęcia i umieszczajcie stwierdzenia w portalu iNaturalist. Bo na przykład trzepli zielonej zarówno na Narwi jak i Pasłęce jest mniej niż w czasie poprzedniego liczenia blisko 10 lat temu. Podsumowanie monitoringu, z uwzględnieniem wieloletnich trendów zapewne za jakiś czas ujrzy światło dzienne. Pracuje nad tym teraz ponad 100 osób. Kolejne zaangażowane będą przy opracowaniu wyników. Tak wielu trzeba ludzi i pracy by mógł się ukazać krótki komunikat o stanie środowiska rzecznego. Analogiczny monitoring wykonywany jest także w innych krajach europejskich. I kolejne setki osób (ekspertów) w to zaangażowanych. Też możesz w jakimś stopniu uczestniczyć w takim szeroko zakrojonym monitoringu w ramach nauki obywatelskiej. By wiedzieć więcej o tym, co się dzieje w środowisku przyrodniczym, od którego jesteśmy uzależnieni (gospodarka także).

Przyszła pora na wyjaśnienie słowa ćma i powodu, dla którego znalazło się w tytule niniejszej notatki. Słowo ćma ono kilka znaczeń (współczesnych i dawniejszych): 1. Ćma to motyl nocny, 2. to także duża ilość, chmara, 3. ciemność, mrok, a nawet 4. brzydka pogoda, mżawka, zawierucha (lokalnie i gwarowo). Etymolodzy wskazują, że słowo ćma wywodzi się ze starosłowiańskiego tma, oznaczającego ciemność, mrok, a to z kolei pochodzi ze praindoeuropejskiego tem – ciemny, w znaczeniu wielkie mnóstwo, chmara, mrowie. Tuman to kalka z języka tureckiego – dziesięć tysięcy. W języku rosyjskim tuman czyli mgła, pochodzić może od dużej ilości a może od ćmić – osłabiać widoczność, przyciemniać, przesłaniać (tak dużo, że aż nie widać?). Ćmić to także pobolewać, mdlić. Ta mroczna chmara tępy ból przynosi… Zatem ćma zapewne bierze swoje znaczenie od mroku lub od dużej liczby. Dużo ich w nocy przylatuje do światła, zwłaszcza na terenach pierwotnych i o dobrze zachowanej przyrodzie. Nasi przodkowie widywali duże ilości motyli nocnych. Możliwe więc, że jest słowem bardzo starym, jeszcze wywodzącym się z języka praindoeuropejskiego, gdzie mrok i duża ilość znaczyło to samo. My, w mocno zmienionym środowisku coraz mniej widujemy owadów, w tym tych nocnych a więc ciem. Zanieczyszczenie światłem też oddziałuje na owady niekorzystanie.

I jeszcze jedno znaczenie, o którym chcę wspomnieć w nawiązaniu etnografii: ćma to ćmuk, ćmok, upiór. W Bestiariuszu Słowiańskim Ćmok to nazwa potwora, pochodzącego z dawnych wieków. Pamięć o nim przetrwała najdłużej na Wielkopolsce. Ten starosłowiański demon miał skrzydła, albo jak nietoperz albo jak ćma (zatarło się w pamięci). Może i sama Ćma była kiedyś nazwą nocnego demona, jakiejś bestii mitologicznej. Ćmok lub Ćma funkcjonowały w opowieściach naszych przodków, w kulturze oralnej (mówionej). Nie przetrwał do czasów słowa pisanego (nikt nie spisał, nie utrwalił na malowanym obrazie). Zostały tylko niewyraźne, ćmawe ślady.

Jak się okazuje nad wodą spotkać można nie tylko nimfy, świtezianki czy rusałki ale i ćmoka. Ja spotkałem ćmoka młodzieńczego, jeszcze bez skrzydeł. Ćmoka co lubi się napić… porannej rosy.

Źródła:
Rzeka Narew powyżej Tykocina, miejsce spotkania napójkowego ćmoka.