11.07.2020

Popandemiczna dyskusja o edukacji zdalnej i projektowaniu przyszłej szkoły (wyższej)


Popandemiczna nie dlatego, że pandemia koronawirusa minęła  lecz dlatego, że zakończył się pierwszy etap zdalnego nauczania, wymuszonego pandemią. W szkołach i na uniwersytetach mamy wakacje. Teoretycznie czas wolny.... lub czas intensywnej pracy. Czas na refleksję... by przygotować się na rozpoczęcie nowego roku szkolnego i akademickiego. Mamy okazję na zastanowienie się co się udało, co nie i jak przygotować się na przyszłość. W tym przyszłość bez przymusowej izolacji. Czas na refleksje, dyskusje i próbę zrozumienia zachodzących procesów. Także czas na eksperymenty. Zamieszczony wyżej film (wideo zapis dyskusji) też jest eksperymentem, studium przypadku, z licznymi błędami, niedociągnięciami. Ma służyć jako materiał do analizy.

Nauczanie zdalne istniało już od bardzo dawna, tyle że nie w internecie. Przecież podręczniki są jedną z wczesnych form nauczania zdalnego. W innym miejscu i czasie ktoś pisze a w liczniejszych miejscach i w innych czasach ktoś czyta, analizuje, odbiera treść. Można wspomnieć jeszcze przewodniki turystyczne, mapy, poradniki czy oznakowane szlaki turystyczne i ścieżki edukacyjne (dydaktyczne) z tablicami informacyjnymi. Podręczniki to także element nauczania hybrydowego, gdy spotkania bezpośrednie łączymy z wykorzystywanie narządzi zdalnych. Nowe technologie (komputery, internet) włączane są w edukację zdalną już od dawana. Pandemia wymusiła jedynie zastosowanie ich na masową skalę, także wśród osób nieprzygotowanych ani technicznie ani koncepcyjnie. Część z nauczycieli była przygotowana, część kompletnie zaskoczona. Teraz jest jednak czas na uważność i refleksję. Nie da się dłużej pomijać i ignorować zdalnego nauczania z wykorzystaniem internetu.

Tak, to jest eksperyment, część zauważonych błędów nie była poprawiana. Inne dopiero wspólnie dostrzeżemy w trakcie analizy i dyskusji (zapraszam do wypowiedzi w komentarzach tego bloga). To jest materiał roboczy. Przygotowywać w całości czy pociąć na oddzielne fragmenty? Może tylko nieliczne fragmenty wykorzystać a inne usunąć? Może coś innego dodać?

Zapis dyskusji, prawie surowy, z dodanymi jedynie nielicznymi napisami. Czy ten materiał wideo jest wartościowym materiałem? Luźna rozmowa w czasie spotkania synchronicznego, w tym przypadku zdalnego, umożliwia niespieszne formułowanie myśli, powtórzenia. Gdy jesteśmy uczestnikami inaczej odbieramy tę treść niż wtedy, gdy jako osoba spoza odsłuchujemy w zupełnie innym czasie. Dla jednych to przypomnienie, dla innych poznawanie. Tak jak ze zdjęciami z wakacji - inaczej patrzymy i odbieramy zdjęcia, na których jesteśmy my sami, a inaczej cudze zdjęcia z cudzych wyjazdów.

Jak przygotowywać materiały? Zapisywać spotkania i je potem udostępniać jako forma notatek i przypomnienia oraz treść dla nieobecnych (bo chorzy, bo nie mogli w tym czasie uczestniczyć)? Czy trzeba je dodatkowo opracować: pociąć na kawałki, dodać napisy, podzielić na małe fragmenty i "rozdziały"? Opracować ma wykładowca czy też ten źródłowy materiał ma być wykorzystywany i przetwarzany przez wszystkich, nawet tych nieobecnych?

Luźna rozmowa różni się od przygotowanej konferencji czy wykładu. Bo do wykładu czy konferencyjnego komunikatu przez wiele godzin przygotowujemy zwarte, spójne i wiele razy modyfikowane treści wystąpienia.  W spotkaniu bezpośrednim treść tworzy się spontanicznie, może być sporo dłużyzn, niezgrabności, przejęzyczeń. Niczego nie poprawiamy (tak jak nie zatrzymamy wody w rzece). Ewentualnie uzupełniamy, jeszcze raz wypowiadamy teść, jeśli coś źle powiedzieliśmy, przejęzyczyliśmy się itd.

A jak powstaje książka i podręcznik (lub publikacja)? Nie jest stenograficznym zapisem rozmowy czy monologu. Kompozycja jest przemyślana, poprawiana, optymalizowana. Książkę pisze się  i wydaje się znacznie dłużej niż ją czyta. Podobnie będzie z materiami do zdalnego nauczania. I tu rodzi się pytanie jak mierzyć czas w zajęciach zdalnych. do pensum czy do honorarium? Czy czas odtwarzania czy też czas przygotowania? Umowa o dzieło czy umowa zlecenie?

Przez wieki uczyliśmy się pisać i drukować książki by były dobrymi narzędziami dydaktycznymi w nauczaniu zdanym i hybrydowym (komunikacji zdalnej). Teraz musimy nauczyć się przygotowywania filmów, zapisów wideo, podcastów itd. Zatem nauczyć się przygotować wystąpienie, nagrać, edytować, montować, umieścić w sieci. Tak jak kiedyś uczyliśmy się kompozycji tekstu, przygotowania ilustracji, pisania na maszynie, korekty (współpraca z wydawnictwem) itd. W edukacji zdalnej internetowej (elektronicznej z nowymi mediami) zachodzi ten sam proces tylko z innymi narzędziami. Trzeba się tego nauczyć. Nauczyć tworzyć dobre materiały do komunikacji ze studentami i nauczania zdalnego. W zasadzie już się to dzieje w mniejszej czy większej skali.Zasadnicze pytanie: jakie są w formie i treści te dobre materiały audiowizualne do zdalnego nauczania?

Na początek potrzebna jest dyskusja i refleksja nad tym co się wydarzyło. Uważne przeanalizowanie naszych doświadczeń, wymiana tych doświadczeń, podpatrywania dobrych praktyk. Bo jesteśmy w trakcie procesu, w trakcie dużej rewolucji w edukacji. Dlatego piszę o projektowaniu przyszłej szkoły wyższej, przyszłego uniwersytetu, który tak na prawdę już powstaje. Przyszłość już jest, trzeba się tylko rozejrzeć i zobaczyć.

Zapraszam do dyskusji w komentarzach na blogu oraz przygotowywania się do konferencji. Będzie chyba w grudniu br. Już nie luźna, spontaniczna rozmowa ale konferencja ze starannym przygotowaniem się (zatem treść będzie lepsza w odbiorze). I zorganizowaniem przestrzeni do różnorodnych interakcji, nie tylko jednokierunkowego przepływu treści ale także ułatwiania niezaplanowanych, spontanicznych dyskusji "kuluarowych". A jak zdalnie w e-konferencji zorganizować dyskusje kuluarowe? Trzeba zaplanować te dodatkowe przestrzenie i kanały komunikacji. Ale najpierw trzeba dostrzec potrzebę, wynikającą z procesów komunikacji a nie samego rytuału konferencyjnego. 

10.07.2020

Kultura i życie w sieci czyli rzecz o integracji i komunikacji

(Przeszłość i teraźniejszość na uliczce małego miasta. Widoczna kontynuacja jak i zmiana.)
Izolacja społeczna, wynikająca z zaleceń epidemiologicznych, mocno uderzyła w twórców kultury. Nie wszytko dało się przenieść do sieci gdyż wiele aktywności wynika z kontaktów bezpośrednich. Wielu twórców poniosło straty finansowe. Ale problem jest znacznie głębszy niż tylko zarobki i utrzymanie twórców. Czy przeniesienie ekspresji artystycznych do kontaktów zdalnych jest dla kultury katastrofą? Czy można szukać jakichś analogii i na tej podstawie budować wizje przyszłości? Czy dokonuje się jakaś cywilizacyjna zmiana a jeśli tak to czego dotyczy?

Jak można być razem a jednak osobno? I jak można komunikować się na odległość i to coraz większą? Życie biologiczne to wielka księga, z której ciągle możemy się uczyć. Albo jak lustro, w którym człowiek ze swoją kulturą może się przeglądać. Poznawać świat a jednocześnie odkrywać siebie samego. Odkrywać złożone piękno przyrody i poszukiwać jedności biologii i kultury oraz szerszych procesów i głębszego podobieństwa. Dla mnie to okazja do nieustannego rozmyślania nad ogólną teorią systemów. Czy są jakieś wzorce ogólne, spajające z pozoru różne dziedziny?

Życie biologiczne w swej codzienności (ontogeneza) a także ewolucyjnej perspektywie (filogeneza) to nieustanny wzrost, rozpad i ponowna integracja. Gdy komórka rośnie to po pewnym czasie dochodzi do granicy wydolności procesów fizycznych i biologicznych. Dzieli się na dwie mniejsze, potomne. Rozpad a jednocześnie rozmazanie (w zasadzie pomnażanie, czyli rozmnażanie wegetatywne), wydawałoby się paradoksalne - jak rozpad może wiązać się z prokreacją. Wraz ze wzrostem liniowym powierzchnia komórki czy organizmu rośnie do kwadratu a objętość do sześcianu. Przy większych rozmiarach wymiana substancji przez powierzchnię błony komórkowej staje się niewydolna. Dlaczego? Bo zmienia się niekorzystnie stosunek powierzchni do objętości. Dawny mechanizm relacji ze środowiskiem nie jest w stanie obsłużyć większej komórki (np. wymiana gazowa, zdobywanie pokarmu, wydalanie zbędnych produktów przemiany materii). Pojawia się fizjologiczny i ewolucyjny dylemat: albo pojawią się nowe struktury (w tym chociażby zmiana kształtu), zapewniające sprawą wymianę z otoczeniem albo nastąpi rozpad. Innym przykładem mogą być kolonie komórek. Dlaczego na przykład w wielu przypadkach kolonia nie jest wypełnioną kulą a raczej z warstwą komórek na obrzeżach z pustym środkiem? W przypadku glonów, komórki znajdujące się w środku miałyby utrudniony dostęp do światła oraz pozyskiwania substancji odżywczych ze środowiska. Chyba, że ejst to już organizm z podziałem funkcji i specjalizacja komórek, np. te w środku mogą specjalizować się w produkcji gamet a pokarm pobierać od tych odżywczych. Rozrost na wielkość niejako wymusza samoorganizacje i specjalizację, powstawianie zupełnie nowych tkanek, organów, narządów. Podobnie jest w społeczeństwach. 

Potomne komórki mogą wieść życie osobno, daleko jedna od drugiej, albo pozostawać ze sobą w różnorodnej więzi. Pojawia się więc problem komunikacji. Wewnątrz komórki komunikacja między różnymi częściami i organellami odbywała się w specyficzny sposób i w bezpośrednim kontakcie. Ten system nie jest sprawny wtedy, gdy komórki rozdzielone są środowiskiem zewnętrznym. Trzeba wymyślić komunikację między osobnymi wyspami, z rozdzielającymi je oceanem. Kolejny przykład z podróżą: człowiek po wyspie może przemieszczać się pieszo, ale by dostać się na inna wyspę musi już nauczyć się pływać lub zbudować łódź (ewentualnie samolot).

Integracja i komunikacja na odległość to nieustanne wyzwanie, z którym boryka się życie biologiczne już od kilku miliardów lat. Budowanie więzi między komórkami to zarówno powstawanie kolonii, a potem organizmu wielokomórkowego, jak i nowe relacje z innymi organizmami – budowanie ekosystemu. Osobno a jednak razem i w nieustannych relacjach. 

Najstarszym sposobem komunikacji na odległość to sygnały chemiczne – wędrówka różnych substancji w środowisku wodnym lub w środowisku lądowym. Albo w dużym organizmie, w wyspecjalizowancyh tkankach i narządach. Nawet w złożonym organizmie komórki i całe narządy komunikują się na drodze wymiany substancji chemicznych, czego przykładem są hormony. Potrzebne są receptory by odczytać sygnał i zrozumieć przekaz. Jest to stosunkowo wolna komunikacja na odległość. W bardziej złożonych i lepiej zorganizowanych organizmach wielokomórkowych ewolucyjnie powstała i udoskonaliła się jeszcze jedna forma komunikacji na dużą odległość. Są to komórki nerwowe z wypustkami (dendryty i akson) sięgające daleko. Sygnały elektryczne rozchodzą się nieporównywalnie szybciej. I są precyzyjne. Ale, żeby ten system zadziała, najpierw musi powstać sieć. Tak jak sieć telefoniczna czy internetowa – jeśli kabel nie dochodzi do danego miejsca to i sygnały nie można przesłać. 

Dla człowieka najstarsze ewolucyjnie i najbardziej wartościowe (zrozumiałe, komunikatywne) są kontakty bezpośrednie: zapach, dotyk, odczytywanie mowy ciała (gestów, mimiki itd.). To także język i różnorodne dźwięki. Dzięki mowie można zachowywać więź i relacje uwalniając ręce i wzrok. Mowa umożliwiła stworzenie większych grup ludzkich a to przełożyło się na sukces ewolucyjny. Ludzka kultura budowała się najpierw w kontakcie bezpośrednim, później na języku. Czyli na pewno w bliskim kontakcie. 

Technologia, wytworzona przez coraz liczniejsze społeczeństwa, coraz liczniejsze mózgi ze sobą współpracujące a więc w jakimś stopniu zintegrowane, przyniosła nam pismo. To znacznie poszerzyło możliwości komunikacji na odległość oraz w… czasie. Dzięki pismu oraz sprawnie powielającemu zapisane słowa drukowi stworzyliśmy jeszcze większe komunikujące się ze sobą społeczności. Wzrost na wielkość i związane z tym zupełnie nowe problemy. Dzięki czasopismom i książkom jesteśmy w relacji z ludźmi, których nigdy nie widzieliśmy oraz którzy żyli dawno temu. Potem pojawił się telegraf, telefon, radio i telewizja. I jeszcze większe możliwości jeszcze szybszej i pełniejszej komunikacji. A teraz mamy Internet. Przesyłamy obrazy, sytuacje, emocje, prawie tak jakbyśmy byli blisko siebie. Niczym system nerwowy z dużym i złożonym organizmie. Dwa współistniejące systemy komunikacji: hormonalny (chemiczny) i nerwowy. Nowość nie eliminuje w całości starszego sposobu utrzymywania więzi. 

Bardzo często ewolucja uwidacznia się w czasie kryzysów środowiskowych i katastrof. Ujawnia się to co, już gdzieś jest. Nowe nabiera tylko nowego znaczenia i umożliwia sukces ewolucyjny konkretnym organizmom lub grupom gatunków. Przebudowa i reorganizacja.

Społeczna izolacja w czasie pandemii jest dla nas dużym szokiem. Zmieniają się sposoby komunikacji i budowania relacji między osobami. Zmienia się kultura. Znaczenia nabierają jedne kanały komunikacji, drugie tracą na znaczeniu. To tylko jednej z wielu kroków ewolucyjnego powstawania jeszcze bardziej zintegrowanego, złożonego i większego układu. I to z coraz większym udziałem w kulturze elementów niebiologicznych i nieosobowych. Do komunikacji chemicznej i nerwowej dołącza komunikacja elektryczna i światłowodowa w zupełnie niebiologicznych strykturach (kable, przekaźniki, nośniki).  Dodatkowo tworzy się zupełnie nową jakość i nowe obiekty magazynujące, przetwarzające jak i niewytracające kulturę. Mam na myśli sztuczną inteligencję. Futuryści piszą o tym od lat. Polecam na przykład „Cyberiadę” i „Bajki robotów” Stanisława Lema (w jednym z opowiadać roboty utworzyły jeden wielki superorganizm i trwały kłótnie kto gdzie chce być, jaką "komórką", w jakiej tkance - pewne części ciała były bardziej atrakcyjne od innych). 

Chcesz zrozumieć teraźniejszość i zobaczyć przyszłość? Idź do biblioteki – tam znajdziesz odpowiedź w książkach…. biologicznych jak i science-fiction. Czytać można także przez internet, nie wychodząc z domu. Żyjemy w czasach wielkiej przebudowy. 

Tak jak przeobrażenie gąsienicy w motyl – niby ten sam organizm a jednak inaczej wygląda i funkcjonuje. Już nie jest powoli przemieszczającą się, włochata gąsienica, zjadającą liście a fruwającym, uskrzydlonym owadem, spijającym nektar z kwiatów.

 Wielkie i złożone organizmy powstają przez integrację i rearanżację w samoorganizacji. To się dzieje na naszych oczach w kulturze. Jedne tkanki i narządy się gwałtownie rozwijają, inne zamierają. Apoptoza (celowa, zaprogramowana śmierć komórki) wpisana jest w rozwój organizmu w czasie ontogenezy. 

Rozszerzona wersja felietonu, wysłanego do pisma VariArt

7.07.2020

Orszoł, gliniarz i niprzyrówka rzeczna czyli o społecznym ruchu naukowym

(Orszoł, Fot.Eugeniusz Zaporowski)

W czasach mojego dzieciństwa, gdy coś widziałem ciekawego lub nowego w przyrodzie, to pytałem się starszego brata, dziadka lub wujka lub kogoś innego "co to jest". Tak poznawałem ptaki, ryby, rośliny, grzyby. Szybko się okazało, że ta zbiorowa wiedza jest niewystarczająca. Potem sięgałem do książek lub pytałem się specjalistów. I jedno i drugie nie było łatwo dostępne, stąd moja ciekawość zaspakajana była jedynie na poziomie ogólnym. Jakiś owad, jakiś grzyb. W miarę zdobywania wiedzy, zarówno tej szkolnej, jak i tej z książek popularnonaukowych, pytań przybywało. I rosła świadomość, że tak wiele jest nierozpoznanych rzeczy.

Nowe technologie zmieniły świat. Wiedza naukowa przestaje być elitarna. Mamy do niej coraz łatwiejszy dostęp. I to zarówno w postaci książek, zasobów internetowych jak i w możliwości dostępu do specjalistów. Jest jeszcze coś. Mamy niezwykłe łatwy dostęp do dokumentowania tego, co widzimy. Kiedyś był to tylko opis słowny. Czasem ktoś potrafił narysować, czasem był to zasuszony okaz (przykład ze zmierzchnicą trupią główką). Teraz wystarczy szybko wyjąć telefon z aparatem cyfrowym by uwiecznić obserwowany obiekt. Potem wystarczy skorzystać z internetu mobilnego by poszukać podobnych zdjęć lub skontaktować się ze specjalistą i zapytać "co to jest". Niewiarygodna współpracą coraz większej liczby osób. Zupełnie nowa rzeczywistość.

Dostęp do specjalistów i ich wiedzy to tylko część problemu. Bo pytający są jednocześnie obserwatorami. Zazwyczaj mają już wiedzę przyrodniczą. Jeśli poprawnie udokumentują miejsce i czas wtedy fotograficzna obserwacja nabiera wartości naukowej. Nie są to może dane zbierane systematycznie lecz ich liczba stanowi dużą wartość. Przybywa obserwatorów i przybywa danych, które można analizować, sumować, wyciągać w z nich wnioski. Społeczny ruch naukowy ma ogromny potencjał. Potrzebnych jest tylko kilka rzeczy.

(Fot. Maria Olszowska)
Po pierwsze otwarcie środowiska naukowego na taką współpracę. Potrzebne są dobre książki i dobre strony internetowe z zebranymi podstawowymi informacjami, zdjęciami, opisami, charakterystykami gatunków. Co prawda takie opracowania nie przynoszą "punktów" do kariery i dorobku naukowego jednak są niezwykle społecznie przydatne. To trzecia misja uniwersytetu. Pozwalają zrozumieć to, co się widzi, rozpoznać gatunek a następnie poczytać i poszerzyć swoją wiedzę także o zachodzących procesach. Po drugie potrzebne są łatwe w dostępie klucze do oznaczania. Pojawiły się już proste aplikacje na telefon do szybkiego rozpoznawania roślin czy grzybów. 

Sam jestem zaskoczony jak przydatne bywają zwykłe wpisy przyrodnicze na blogu. Wiele osób korzysta, a potem zwraca się z prośbą o konsultacje, o pomoc itd. Wiele lat temu zdarzały mi się telefony do pracy z pytaniem "czy to jest tarantula". Bo był program w telewizji o tym, że jakieś egzotyczne pająki przejechały do Polski wraz z sadzonkami palmy (rośliny doniczkowe). "A jak wygląda ten pająk?". I tego nie dało się słownie ustalić, bo został już rozplaskany kapciem. Ani opis, ani okaz, tylko krótka rozmowa telefoniczna. Kompletnie nieweryfikowalne, niczym potwór z Loch Ness czy Paskuda z Zalewu Zegrzyńskiego. Teraz można zrobić zdjęcie swoim smartfonem. I już jest jakiś mniej lub bardziej wartościowy dowód.

Często dostaję różne maile czy wiadomości przez internetowe komunikatory z prośbą o konsultację. Dostrzegam potrzebę. I widzę, że blog jest przydatny.

Kiedyś napisałem o orszole, a niedawno dostałem taki list:  "Szanowny Panie Profesorze! Ze zdziwieniem zauważyłem w piątek, 26 czerwca br. niewidzianego nigdy przeze mnie stworzenia. Siedziało sobie na firance, w moim domu, w Gliwicach. Udało mi się zrobić kilka zdjęć, gdy nagle stworzonko gwałtownie zerwało się do lotu i wyfrunęło przez otwarte okno. Próbując go zidentyfikować, przeszukiwałem internet, gdzie trafiłem na stronę opisującą orszoła. Jeden z odnośników skierował mnie do Pańskiego bloga, na wpis z 17 czerwca 2019. Zdziwiło mnie, że ten piękny chrząszcz tak rzadko występuje w Polsce, a szczególnie na Górnym Śląsku. Ciekaw jestem, czy faktycznie był to orszoł prążkowany. W załączeniu kilka fotografii, niestety nie najlepszej jakości. -- Pozdrawiam Eugeniusz Zaporowski "

(Fot. Maria Olszowska)
Pisałem także o gliniarzu naściennym, gatunku nowym dla Polski. Od wielu lat otrzymuję różne zdjęcia, nie wszytko da się rozpoznać.Ale część jest wartościową obserwacją, wartą zachowania i upowszechnienia.

"Dzień dobry Panie doktorze, znalazłam wywiad z Panem na Wirtualnej Polsce, gdzie zachęcał Pan, aby przysyłać zdjęcia. Czy znaleźliśmy gniazdo gliniarza? Piszę z gajówki w województwie świętokrzyskim (powiat konecki). Pozdrawiam serdecznie, Maria Olszowska" (5 lipca 2020).

Co prawda gliniarz naścienny lepi takie gliniane schronienia dla potomstwa ale jest kilka różnych gatunków, które wykonują podobne schronienia. Po samych "glinianych dzbanuszkach" pewnie nie uda się oznaczyć. Jest jednak zachęta do dodatkowych obserwacji.

Nie wszystkie zdjęcia są przydatne, nie tylko ze względu na jakość fotografii. Ważne jest także uchwycenie cech diagnostycznych. Potrzeba minimalnej wiedzy by wiedzieć co sfotografować. 

Najciekawsze, ostatnie korespondencyjne doniesienie, dotyczy rzadkiego chruścika - Leptocerus interruptus, niprzyrówki rzecznej. Jako hydrobiolog łowiłem tylko larwy. Raz tylko spotkałem imago i to w nietypowym miejscu jak na ten gatunek - nad jeziorem lobeliowym. Niemniej zbiory konserwuję na mokro, w alkoholu. Trudno jest więc porównywać ze zdjęciami. A tych systematycznie przybywa. Tworzy się wartościowa bada porównawcza. Wartościowa jest tylko wtedy, gry fotografie są pewnie oznaczone przez specjalistę.

(Niprzyrówka rzeczna, Leptocerus interruptus, fot. Bartłomiej Pacuk)
"Dzień dobry Podczas prowadzenia inwentaryzacji entomologicznej w Parku Centralnym w Bydgoszczy (położonym nad Brdą) natknąłem się na tytułowy gatunek (moje zdjęcia w załącznikach, zrobione 4.07.20). (....) Tak mi się przynajmniej wydawało kiedy znalazłem w internecie jego pierwsze
zdjęcia, które pasowały do tych moich. Tymczasem Wikipedia pod tą nazwą podaje obrazek chruścika który wygląda zupełnie inaczej. Czy to jest błąd, czy może ten gatunek wykazuje taki dymorfizm płciowy? Nie znam się na chruścikach i nie wiem, czy u nich dymorfizm występuje. Proszę o rozwianie moich wątpliwości, choć nie sądziłem, że je będę miał, bo gatunek wygląda na charakterystyczny[Pan Bartłomiej nawiązuje do załączonych linków ze zdjęciami, umieszczonymi w różnych bazach internetowych]. Obecność tego gatunku we wspomnianym parku wydaje się dość istotna, gdyż prowadzona przeze mnie inwentaryzacja ma związek z planowanym w tym miejscu kąpieliskiem. Pozdrawiam Bartłomiej Pacuk".

Tak, w przypadku ilustracji, zamieszczone na Wikipedii jest błąd. Wstawiono zdjęcie z zasobów Wikimedia Commons podpisane jako Leptocerus interruptus. Autor tego zdjęcie niepoprawnie zidentyfikował.

W tym przypadku wiem, że jest to nowe stanowisko tego gatunku. Mieści się w dotychczasowym zasięgu ale z okolic Bydgoszczy i samej rzeki Brdy nie było żadnych doniesień. Wszystkie dotychczasowe dane opublikowałem w dwóch pracach. Przypadkowe spotkanie a przy okazji cenna informacja naukowa. Tak można poznawać zasięgi występowania i zmiany tych zasięgów, chociażby związane ze zmianami klimatu. Potrzebna tylko dobrze zorganizowana współpraca środowiska akademickiego z wolontariuszami-przyrodnikami. Na razie jest to praca bez orderów i zaszczytów (nie liczy się do dorobku naukowego). Ale nie warto robić tylko tego, co aktualnie jest nagradzane. To nie my dostosowujmy się do wskaźników naukometrycznych tylko dostosowujmy wskaźniki do aktualnych potrzeba badawczych i społecznych. Przecież to podatnicy finansują polska naukę. I Uniwersytetu.

(Leptocerus interruptus, fot. Bartłomiej Pacuk)

Więcej o Leptocerus interruptus:
  • Pietrzak L., S. Czachorowski, 2004. Stopień zagrożenia Leptocerus interruptus (Fabricius, 1775) (Trichoptera: Leptoceridae) w Polsce. Wiad. Entomol., 23: 163-167.
  • Buczyńska E., S. Czachorowski, P. Buczyński, 2015. Leptocerus interruptus (Fabricius, 1775) (Trichoptera: Leptoceridae) in Poland: a case study of distribution, conservation status and potential monitoring value of a rare European caddisfly species. Acta Zoologica Bulgarica, 68 (2), s. 225-234 ; p-ISSN: 0324-0770,

1.07.2020

Czas na Spotkania z Nauką - dzisiaj się rozpoczynają

Logo projektu,
zaprojektowane przez naszą absolwentkę,
Annę Wojszel
Codzienna rzeczywistość coraz mocniej przypomina nam, że żyjemy w czasach trzeciej rewolucji technologicznej. To nie tylko kwestia wynalazków ale i tego, że zmienia się sposób funkcjonowania gospodarki i społeczeństwa. Koncentracja energii, przemysłu i ludzi - jakże typowa dla epoki przemysłowej - powoli i systematycznie odchodzi w przeszłość. Energia odnawialna jest rozproszona, może być wytwarzana w wielu, niezależnych od siebie miejscach. Internet sprawił, że możemy współpracować i być ze sobą mimo że jesteśmy daleko od siebie. Rodzi się inny rodzaj więzi i komunikacji międzyludzkiej.

Rewolucja technologiczna dotyka także edukacji. Zdalne nauczanie wymuszone przez pandemię pokazało nam na dużą skalę, że szkoła to nie tylko miejsce. Nie trzeba by wszyscy w tym samym czasie przychodzili do jednego budynku. Nauczanie poza murami szkoły nabiera coraz innego charakteru. Skoro nie da się zgromadzić w jednej szkole całego, niezbędnego wyposażenia do eksperymentów, to dlaczego nie korzystać z laboratoriów i miejsca poza szkołą? W 2010 roku powstało Centrum Nauki Kopernik w Warszawie. Teraz, po 10 latach, podobnych placówek jest ponad 15 a w ciągu 5 lat w Polsce będzie ich około 30. Każdy będzie miał blisko. To trend ogólnoświatowy. Specjalistyczne sale dydaktyczne znajdują się ponadto w wielu różnych innych instytucjach, w parkach narodowych, krajobrazowych, w nadleśnictwach, w wielu muzeach. Uczyć się można w wielu miejscach i mieć wielu nauczycieli. 

Polskie uczelnie wyższe już blisko od 20 lat organizują różnego typu pikniki naukowe, umożliwiając edukację szerokim kręgom społecznym, nie tylko młodzieży. Nauczanie w bardzo małych porcjach i bez sztywnego programu, można w uproszeniu powiedzieć że nauczanie kwantowe i rozproszone. Do takiej formy potrzeba inaczej przygotowanych nauczycieli, by byli bardziej przewodnikami, tutorami, mentorami.

Nauczanie pozaformalne i nieformalne staje się coraz ważniejsze, tym bardziej że odbywa się przez całe życie. Sam tego doświadczam. Zaczęło się od Olsztyńskich Dni Nauki, potem była Europejska Noc Naukowców, Noc Biologów, wiele różnych, jednorazowych pikników naukowych, wieloletnia współpraca ze szkołami z gościnnymi wyjazdami z wykładem lub/i warsztatami do wielu szkół nie tylko w moim regionie (ostatnio coraz częściej w formie zdalnej, np. webinaria). Były także projekty, nastawione na długofalową współpracę ze szkołami, takiej jak Uniwersytet Młodego Odkrywcy (dwie edycje). Można doliczyć również współpracę z Uniwersytetem Dzieci i kilkoma innymi NGO, samorządami oraz wykłady dla różnych Uniwersytetów Trzeciego Wieku. W sumie na taką działalność napisałem i uzyskałem kilka małych i dużych grantów. W wielu innych uczestniczyłem jako wykonawca. Dlatego z pełną odpowiedzialnością mogę pisać, że to trwały i rosnący trend edukacyjny.

Uniwersytety otwierają się na nową formę upowszechniania wiedzy. Szkoły podstawowe i średnie także się zmieniają. Do tego trzeba doliczyć wiedzę, dostępną za pośrednictwem internetu. Krok po kroku tworzymy zupełnie nową przestrzeń edukacyjną.

Dzisiaj, 1 lipca 2020 roku, rozpoczął się kolejny projekt pod nazwą Spotkania z nauką. Jest bezpośrednią  kontynuacją i rozwinięciem niedawno zakończonego projektu Warmińsko-Mazurski Uniwersytet Młodego Odkrywcy 2.0. Spotkania z nauką to projekt z zakresu popularyzacji nauk ścisłych (głównie nauk biologicznych) z wykorzystaniem aktywizujących metod przekazu oraz budowaniem pozytywnego obrazu nauk przyrodniczych poprzez bezpośredni kontakt z naukowcami w przestrzeni uniwersyteckiej, z wykorzystaniem nowoczesnych metod komunikacji. Wykorzystamy dotychczasowe nasze doświadczenia i będziemy dalej eksperymentować, poszukiwać, odkrywać nowe przestrzenie edukacyjne.

Upowszechnianie nauki odbywać będzie się w formie wykładów i warsztatów wyjazdowych, zajęć na uczelni, wystaw, pikników naukowych, publikowaniu materiałów w mediach społecznościowych. Będziemy tworzyć i odkrywać nauczanie hybrydowe (blended-learning).

Dla tych, co chcą się więcej dowiedzieć o tym projekcie zapraszam na konferencję prasową on line, 2 lipca 2020 r. o godz. 13.00 (więcej o konferencji i sposobie dołączenia tu: https://spotkanianauka.blogspot.com/2020/06/pierwsza-konferencja-prasowa-on-lina.html)

Głównym celem projektu jest upowszechnianie i popularyzacja osiągnięć nauk ścisłych, głównie nauk biologicznych, w szerokich kręgach społecznych, w szczególności wśród młodzieży szkół średnich z terenu województwa warmińsko-mazurskiego i województw sąsiednich.

Dodatkowym celem projektu jest budowanie kapitału naukowego (zachęcanie do kontynuacji kształcenia na poziomie wyższym) oraz popularyzacja oferty kształcenia UWM w Olsztynie wśród młodzieży licealnej. W ramach przedsięwzięcia uczestnicząca młodzież pozna pełen cykl powstawania wiedzy, z uwzględnieniem obserwacji, dostrzegania problemu, dyskusji, analizy, działania i przedstawiania rezultatów badań. Aktywizujące metody upowszechniania wiedzy uwzględniają wyniki badań psychologicznych i neurodydaktyki, dotyczące procesu uczenia się.

W ciągu 24 miesięcy ponad 50 pracowników UWM zorganizuje: 4 pikniki naukowe, w których weźmie łącznie co najmniej 2000 uczestników, dwa obozy naukowe na Uniwersytecie, 60 wykładów, warsztatów i kawiarni naukowych w formie wyjazdowej, 12 cyklicznych spotkań na Uniwersytecie z wykładami i warsztatami, trzy wystawy półroczne w Bibliotece Uniwersyteckiej oraz cztery wystawy objazdowe (każda po 10 planszy wielkoformatowych), opublikowanych zostanie co najmniej 150 krótkich tekstów i filmików popularnonaukowych na blogu oraz mediach społecznościowych. Bezpośredni udział w zajęciach i wystawach weźmie udział co najmniej 4 000 osób, a przekaz medialny dotrze do co najmniej 1 500 000 odbiorców w kraju i za granicą.

Projekt będzie realizowany przez Wydział Biologii i Biotechnologii wraz z innymi jednostkami Uniwersytetu i będzie wsparciem oraz komplementarnym uzupełnieniem zadań, które realizować będzie powstające w UWM Centrum Popularyzacji Nauki i Innowacji "Kortosfera".

Projekt mieści się w trzeciej (społecznej) misji Uniwersytetu – upowszechnianie wiedzy, w tym także w ramach kształcenia pozaformalnego.

Projekt Spotkania z nauką, realizowany w latach 2020-2022, dofinansowano z programu „Społeczna odpowiedzialność nauki” Ministra Nauki i Szkolnictwa Wyższego.

30.06.2020

Dzień bielinka kapustnika - co w tym niezwykłego?

(Bielinek kapustnik, samica)

Co najmniej od kilku lat w dniu 30 czerwca obchodzimy Dzień Motyla Kapustnika (Dzień Bielinka Kapustnika). Kiedy i po co ktoś wymyślił to dziwne święto? Nie wiem kiedy i kto ale święto ma sens. Fetować motyla, który w powszechnym rozumieniu jest pospolitym szkodnikiem? Otóż nie jest już niestety pospolity a samo pojęcie szkodnika jest archaiczne i mało komunikatywne. Spada różnorodność biologiczna, wiele gatunków staje się coraz mniej liczna, wiele wyginęło lub znajduje się na skraju wymarcia. Dzień Bielinka Kapustnika pozwala zwrócić uwagę na traconą bioróżnorodność i to, że gatunki dawniej pospolite przestają takimi być.

Bielinek kapustnik jest jednym z bardziej znanych motyli w Polsce. Przedstawiany w podręcznikach jako szkodnik. Przez lata stosowania insektycydów i głębokich zmian w krajobrazie stał się bardzo rzadki. Teraz może być uznany za sztandarowy przykład utraty różnorodności biologicznej i wymieniania owadów. Naukowcy donoszą o bardzo wyraźnym spadku liczebności, biomasy i różnorodności owadów w agrocenozach i innych typach krajobrazów. 

Chcę także podkreślić, że nie wszystkie białe motyle to bielinki kapustniki. Bardzo podobne do bielinka kapustnika są: bielinek rzepnik (Pieris rapae), bielinek bytomkowiec (Pieris napi), nieco mniej podobne choć białe: niestrzęp głogowiec (Aporia crataegi), bielinek bryonie (Pieris napi bryoniae), bielinek rukiewnik (Pieris daplidice). Innym białym motylem z rodziny bielinkowatych (Pieridae) jest wietek gorczycznik (Leptidea sinapis) oraz wietek morsei (Leptidea morsei). Z rodziny bielinków, spotykanych w Polsce, warto wspomnieć o motylach ubarwionych na żółto i pomarańczowo (z fragmentami białymi) zorzynek rzeżuchowiec (Anthocharis cardamines), kilka gatunków szlaczkoni (Colias spp.) oraz cytrynek latolistek (Gonepteryx rhamni). Całkiem pokaźna rodzinka do świętowania.

Bielinek kapustnik (Pieris brassicae) jest stosunkowo dużym motylem. Owady dorosłe można spotkać w maju i czerwcu, potem druga generacja (liczniejsza) pojawia się od lipca aż do początków września, a nawet spotkać można jeszcze w październiku. Siedliskiem tego gatunku są lasy, zarośla, pola, sady, ogrody i tereny ruderalne. Charakterystycznie ubarwiona gąsienica żeruje na  różnych gatunkach roślin z rodziny krzyżowych (Cruciferae), zwłaszcza na różnych gatunkach kapusty (Brassica sp.), ponadto na gorczycy polnej (Sinapis arvensis), rzodkwi świrzepie (Raphanus raphanistrum) a także na nasturcji (Tropaeolum sp.). Ponieważ konsumuje kapustę i nasturcję uważany jest za szkodnika. Łatwiej już spotkać bielinka kapustnika dalej od człowieka, na dziko rosnących roślinach z rodziny krzyżowych. Bielinek kapustnik występuje w Europie, północnej Afryce, zachodniej Azji. Jako gatunek obcy pojawił się w Ameryce Południowej (Chile). Uznawany za gatunek pospolity, występujący w całej Polsce.

Bielinek kapustnik należy do gatunków ubikwistycznych, ruchliwych i migrujących. Motyle wiosennego pokolenia mają tendencję migrować na północ, natomiast motyle drugiego pokolenia chętniej migrują na południe. Te migracje mogą odbywać się na odległość nawet kilkuset kilometrów. 

Rodzina bielinków (bielinkowate, Pieridae), liczy około 1100 gatunków, z których większość występuje w regionach tropikalnych Afryki i Azji. W Europie odnotowano występowanie 47 gatunków a w Polsce - 17. 

27.06.2020

Koszenie trawników jako przykład problemów edukacji

Znalezione gdzieś na Facebooku
Zdjęcie zamieszczone u góry znalazłem gdzieś na Facebooku, wydaje się absurdalne, nierzeczywiste. Można nawet podejrzewać, że to fotomontaż. Absurdalność sytuacji jest rozbawiająca. Przecież nikt takiej głupoty nie mógł zrobić. Czy aby na pewno?

Jazda rowerem jest łatwa do wyobrażenia sobie i każdy dostrzega wadliwość konstrukcji - na tym fragmencie nie da się przejechać rowerem. A przecież niby wszystko jest prawidłowo. Dobrze wykonana ścieżka rowerowa, ładna nawierzchnia, oznakowana jezdnia. Ale pozostawiono barierkę, która wcześniej była tu logicznym i funkcjonalnym elementem, tak jak przy każdej drodze. Potem poprowadzono ścieżkę rowerową, odpowiednio i właściwie oznakowano przejazd przez ulicę (drogę). Niby wszystko dobrze, zgodnie z planem ale przecież każdy przeciętny człowiek, o odrobinie wyobraźni, dostrzega absurd. Dlaczego w czasie budowy tej ścieżki rowerowej od razu nie wycięto fragmentu barierki? Może zostawiono na później? A może robotnicy ściśle trzymali się planu i wytycznych? Architekt nie przewidział po prostu, że w tym miejscu będzie barierka i nie umieścił w planach polecenia/instrukcji co i jak robotnicy mają zrobić z tą barierką. Nie było polecenia, żeby wyciąć - to nie wycięli. Co ich to obchodzi? Oni tylko wykonują swoją pracę...

Tak jak w kształceniu zdalnym - wszystko trzeba przewidzieć. Nawet najdrobniejszy szczegół, inaczej w przypadku nieprzewidzianych sytuacji pojawiają się kłopoty a czasem nawet katastrofa. W różnych prześmiewczych i satyrycznych miejscach internetowych podobnych przykładów architektonicznych znaleźć można dużo więcej. A to tylko wierzchołek góry lodowej, bo znacznie więcej umyka naszej uwadze. Po prostu się nie znamy i nie mamy wyobraźni jak to może działać. Skąd się biorą takie absurdy i jak im przeciwdziałać? 


Zanim odpowiem, jeszcze jeden przykład. Olsztyn, teren nadrzeczny, Łynostrada. Posadzono drzewa, całkiem spore, osłonięto palikami. I za jakiś czas wysłano robotników by wykosili "trawy" wokół drzew. Jak widać na zdjęciu jedno z drzewek zostało ucięte (zgryzione) przez bobry. Barierka uniemożliwiła upadek i bobry nie zaciągnęły drzewka do rzeki, nie zjadły. Ale uschło. Na pierwszy rzut oka widać, że jest martwe i nie ma szansy na "przyjęcie się". Ale wokół drzewa została wykoszona roślinność zielna. Po co? Teoretycznie można sobie wyobrazić, że wykasza się wokół młodych drzew, by rośliny zielne nie "zagłuszyły" młodego drzewa - szybciej rosną i mogłyby ocienić młode drzewko. Wykaszanie wokół uschniętego, wyciętego drzewa jest takim samym absurdem jak barierka na ścieżce rowerowej, widoczna na górnym zdjęciu. Kazali wykosić więc pracownik wykosił. Posłuszeństwo i zgodność z poleceniem godna pochwały? Możliwe, że widział bezsens taj pracy a jednak robił. Bo kazali. Dobry, posłuszny pracownik, wykonujący zadania ściśle z instrukcjami. Chcemy takich? Ciszej jedziesz (nie odzywasz się) dalej zajedziesz (nie wyrzucą z autobusu, pojazdu). Tego uczymy się już od przedszkola.

Kolejny przykład - przy wszystkich pozostałych drzewach też wykoszono rozległy teren. Nie jest tak jaskrawy i nie każdy dostrzeże zbędność wykonywanej pracy (a w kontekście globalnych zmian klimatu i suszy są to działania szkodliwe). Drzewa posadzono stosunkowo duże. Nie ma najmniejszej szansy aby jakakolwiek roślina zielna czy bylina urosła wyżej i ocieniła rosnące drzewko. Po co więc wykaszać? Może rośliny zabierają wodę i sole mineralne temu drzewku? Też nie. Ale się wykasza. Bo tak. Bo tak się robiło kiedyś, bo ktoś kazał a nikt inny się nie zastanowił nad sensem. Niekorygowany błąd trwa. Jest praca, są pieniądze, nikt się nie sprzeciwi. To samo pytanie można stawiać przy częstym koszeniu trawników w mieście. Dlaczego się je kosi mimo coraz liczniejszych i głośniejszych argumentów za nie koszeniem? Ani to ładnie, ani z sensem, ani dbanie o zieleń (pomijam hałas oraz zbędną emisję dwutlenku węgla do atmosfery w wyniku pracy silnika spalinowego). Te same fundusze, ten sam wysiłek i zaangażowanie ludzi można byłoby wykorzystać na tym samym terenie na sensowną pielęgnację roślin. Nikt by nie stracił finansowo (ktoś i tak by zarobił). Wszyscy byśmy zyskali lokalnie i globalnie. 

Pora na próbę odpowiedzi skąd się biorą te absurdy i zbędna praca. Te mniej lub bardziej widoczne absurdy wynikają z... posłusznego i sprawnie wykonującego polecenia pracownika (ideał nieadekwatny do sytuacji). Sprawnie i zgodnie z instrukcją wykonuje powierzone zadania. W wielu sytuacjach taka postawa jest godna szacunku. Gdyby pracownik miał wiedzę - w tym przypadku przyrodniczą a nie tylko umiejętność obsługi kosy spalinowej - sam dostrzegłby sytuacją nietypową i sam podjąłby decyzję o modyfikacji. Samodzielne i kreatywne odejście od instrukcji - w górnym zdjęciu polegałoby to na wycięciu barierki, w dolny na zaniechaniu koszenia (przynajmniej w przypadku drzewka zgryzionego przez bobry). Taki pracownik musiałby też mieć mądrego, wyedukowanego szefa, który pochwali za samodzielną, mądrą decyzję a nie za bezmyślne wykonywanie instrukcji, nieadekwatnej do rzeczywistość (Głupi zgani za nieposłuszeństwo - jakby posłuszeństwo a nie efekt finalny było ważniejsze. Dla samopoczucia i ego szefa - tak, dla wykonanej pracy - nie).

Doszliśmy więc do edukacji. Szeroka wiedza i dobra edukacja potrzebna jest na każdym stanowisku pracy. Nawet na z pozoru prostych i "fizycznych". Nie wystarczy umieć obsługiwać narzędzia by dobrze wykonywać pracę. Ostatnio mogliśmy obserwować to w czasie zdalnej edukacji. Większość nauczycieli, uczniów i rodziców dysponowała komputerami, smartfonami, miała dostęp do oprogramowania... a jednak wielu nie radziło sobie ze zdalną komunikacją. Nie wystarczy samochód i człowiek by się efektywnie przemieszczać. Ten człowiek musi umieć uruchomić samochód i nim kierować ale także znać przepisy drogowe oraz... wiedzieć dokąd pojechać i jak odnaleźć właściwą drogę. 

Czego uczyć w szkole? Szerokiej i wszechstronnej wiedzy by rozumieć świat wokół nas i zachodzące w nim procesy. I nauczyć się nieustannie uczyć. I w końcu uczyć samodzielnego rozumienia i podejmowanie decyzji. Tylko w niektórych sytuacjach pracownik posłuszny jest efektywny. W wojsku, na polu bitwy ważniejsze jest szybkie wykonywanie poleceń przełożonego niż zastanawianie się nad ich sensem (aczkolwiek i w wojsku w niektórych sytuacjach pożądana jest odmowa wykonania rozkazu - też trzeba myśleć). W fabryce na taśmie, gdzie wykonuje się mechanicznie powtarzalne czynności również jest pożądany pracownik, który szybko i sprawnie wykonuje polecenia. Nie pyta, nie myśli, nie dyskutuje, nie szuka sensu (bo to opóźniałoby produkcję, generowało przestoje). Ale w wielu innych sytuacjach posłuszny pracownik wyrządza duże szkody, także swojemu przełożonemu. Dlaczego? Bo są sytuacje nieuwzględnione w instrukcji/poleceniu. Dla posłusznych pracowników potrzebna jest bardzo drobiazgowa i starannie przemyślana instrukcja/polecenie. To ogromny wysiłek dla przełożonego. Taka instrukcja musi być starannie przemyślana i wielokrotnie sprawdzona. Dużo czasu i wysiłku. Opłaca się tylko dla czynności powtarzalnych i długookresowych.

W przypadku czynności nietypowych, wykonywanych w warunkach zmiennych, ścisłe instrukcje się nie sprawdzają. Bo w każdym przypadku trzeba ją dostosować, zmienić i zmodyfikować do konkretnej sytuacji. I tu znacznie ważniejsza jest umiejętność rozumienia, innowacyjność, kreatywność. Trzeba rozumieć procesy by prawidłowo dostosować rozwiązania.

Czy lepiej być posłusznym czy dyskutująco-kontestującym, poszukującym sensu i zrozumienia? Czego się uczyć w szkole? Proste i powtarzalne czynności łatwo można zastąpić maszynami. Widzimy to już od co najmniej kilkudziesięciu lat. Najpierw maszyny, wykonujące nudne, proste czynności, pozbawiły pracy wielu ludzi. Potem komputery pozbawiły pracy personel średniego szczebla. Teraz sztuczna inteligencja i roboty pozbawiają pracy kolejne miliony ludzi. Do czynności powtarzalnych można opracować algorytm, zarówno w przypadku taśmy produkcyjnej, programu komputerowego czy nawet robota. Tu już algorytmy są bardziej złożone i o wielu alternatywnych działaniach. Bo maszyna się nie męczy, nie ma dni wolnych od pracy, nie strajkuje, nie żąda podwyżki. Zdyscyplinowanych, posłusznych i sprawnie wykonujących polecenia pracowników zastępują maszyny i komputerowe algorytmy. Chcesz być bezrobotnym i zbędnym?

W naszym systemie szkolnym mocno ugruntowany jest model wychowania sprawnego, posłusznego pracownika. Ma zrozumieć polecenia i szybko je wykonać. Im szybciej tym bardziej wydajny. Uczymy się bycia posłusznymi, zapamiętywania a nie dyskutowania, rozumienia czy poszukiwania innych rozwiązań. Rzeczywistość tak bardzo się zmieniła, że taki model produkuje... bezrobotnych, niezależnie od specjalności i zawodu. Potrzebna jest szeroka wiedza, wyobraźnia, umiejętność samodzielnego rozumowania i odwaga stawiania pytań, modelowanie, poszukiwanie innych rozwiązań.

Czy świat posłusznych robotów będzie bezpieczny? To zależy od wyobraźni projektujących algorytmy. Bezkrytycznie posłuszni ludzie (ideał dawnej edukacji!) doprowadzili już wiele razy nie tylko do małych i dużych katastrof ale i do nie jednego ludobójstwa. 

Dobrze przemyślana edukacja jest niezwykle ważna. Inwestujmy w szkoły i nauczycieli. Jakość ma znaczenie.

21.06.2020

Komar (najokrutniejszy zabójca na świecie) - książka, której nie polecam

W czasie pierwszych odwiedzin w księgarni po długiej izolacji społecznej, związanej z epidemią Covid-19, skusiła mnie książka z komarem w tytule i z wizerunkiem tego owada na okładce. Może dlatego, że wybrałem także książkę o epidemiach, na okładce które także był komar? Pobieżnie przejrzałem i włożyłem do koszyka. Po powrocie do domu, już po przeczytaniu kilkunastu stron, pożałowałem swojego zakupu.

Komar Timothy'ego Winegarda w tłumaczeniu Macieja Lorenca a wydany przez Wydawnictwo Kobiecie w Białymstoku w 2020 r. to mało rzetelna i kiepsko językowo napisana pozycja. Zawiódł autor, zawiódł tłumacz i zawiodło wydawnictwo. Tej pozycji nie można nazwać książką popularnonaukową. W pogoni za sensacją powstała grafomańska kompilacja z licznymi błędami i wieloma niejednoznacznościami. 

Spojrzenie na historię z perspektywy chorób i epidemii nie jest oryginalne, nie jest nowe i nie jest złe. To byłoby ciekawe -  kolejna opowieść o historii ludzkości nie tylko z perspektywy wojen i podbojów ale także w ujęciu epidemiologicznym. Można powiedzieć, że książka jest bardzo na czasie. Tyle, że wykonanie jest bardzo nieudane. Rozczarowują nieścisłości i błędy biologiczne, historyczne jak i napuszony, grafomański język typowy dla kolorowych pisemek. 

Zasadniczy błąd (a przynajmniej przesadzone porównanie) jest już w tytule "Komar. Najokrutniejszy zabójca na świecie". Lepszy jest oryginalny, angielski tytuł: The Mosquito. A Human History of Our Deadliest Predator.  Od razu wypada wyjaśnić, że komary nie są drapieżnikami ani bezpośrednimi zabójcami. Są pasożytami i wektorami śmiertelnych chorób. Najokrutniejszy zabójca? Na czym polega okrucieństwo?

W tekście pojawia się bardzo często określenie "komarzyca" jako synonim komara. Nigdzie nie znalazłem w tej książce wyjaśnienia, że krwiopijne są samice (niestety bardzo uważnie nie czytałem bo się nie dało - język i treść były zniechęcające) . Czytelnik nie będzie więc wiedział dlaczego takie dziwne słowa się pojawiają. I to nie tylko w odniesieniu do samic komara ale jako określenie gatunku (a raczej rodziny muchówek, czyli komarowatych Culicidae), co już jest błędem językowym (to niewątpliwie wina tłumacza). Już we wstępie, na pierwszej stronie pojawia się określenie "(...) komarzyce z zuchwałą natarczywością kontynuują swoje śmiercionośne ofensywy i zbrodnie przeciwko człowiekowi". Taki napuszony, grafomańsko kwiecisty język przewija się obficie przez całą książkę. Niejasne używanie słowa "komarzyca" wprowadza zamieszanie, bo nie wiadomo czy chodzi o komary jako takie, samice komarów, chorobę wywoływaną przez komary... czy nawet roślinę. Bo pod nazwą komarzyca w języku polskim kryje się także roślina (odstraszająca zapachem komary).

Tuż po "komarzycy" pojawia się "homo sapiens" - błędnie zapisana nazwa gatunkową człowieka (Homo sapiens, czytaj więcej o przyczynach tego błędu). Autor jest historykiem, konsekwentnie w książce udowadnia, że nie wie co to są biologiczne nazwy gatunkowe. Tłumaczenie w kilku miejscach pogłębia te błędy. I tylko kilka razy, zupełnie przypadkiem, autor używa poprawnie nazw gatunkowych. To zapewne efekt przepisywania z innych pozycji lub dosłownych cytatów. O ile małą literą zapisuje "homo sapiens, homo erectus" to już poprawnie zapisywane są wszystkie nazwy rodzajowe komarów: Aedes, Culex, Anopheles. Dwa razy pojawiają się poprawne nazwy gatunkowe roślin: Vicia faba i Artemisia annua. Nawet nazwa gatunkowa głównego patogenu, przenoszonego przez komary, nie jest zapisywana poprawnie. Autor konsekwentnie dla gatunku używa tylko drugiego członu nazwy naukowej "falciparum, vivax, knowlesi" ("Falciparum jest wampirycznym seryjnym mordercą", "zainfekowani gatunkiem vivax", "O ile gatunki falciparum i knowledi nie prowadzą do nawrotów malarii"). Tylko raz, w dosłownym cytacie, pojawia się poprawna nazwa chorobotwórczego pierwotniaka: "Pasożyty z gatunku Plasmodium falciparum stworzyły wokół ludów Bantu coś w rodzaju immunologicznego ogrodzenia". Możliwe, że używa się określeń medycznych typu "malaria vivax" jako określenie malarii, wywoływanej przez zarodźca Plasmodium vivax itd., ale autor nie rozróżnia nazwy choroby i nazwy gatunku. Może to wina tłumacza a na pewno wydawnictwa i korekty.

Na początku, pomijając błędy zapisu nazwy gatunkowych i nieporadność języka, do wszystkich podawanych faktów odnosiłem się z dużą ufnością. Skoro autor napisał to przyjmowałem wszystko jako fakty naukowe, sprawdzone. Po kilku ewidentnych błędach nabrałem podejrzeń. Nie wiedziałem, które są pomyłką, które błędami a które prawdziwymi informacjami. Musiałem ciągle sprawdzać w innych źródłach. Brak zaufania w książce popularnonaukowej to poważny mankament. 

We wstępie autor pisze "W ciągu 200 tys. lat naszej stosunkowo krótkiej egzystencji ten owad odebrał życie mniej więcej 52 mld ludzi spośród łącznej liczby wynoszącej 108 mld." Nie mam pojęcia skąd autor zaczerpnął te liczny i czy 108 odnosi się do wszystkich ludzi, którzy żyli na Ziemi czy też ludzi, którzy zmarli na choroby. Dalej pisze "Nie zmienia to jednak faktu, [to bardzo często pojawiający się zwrot stylistyczny, aż do znudzenia] że komarzyca nie wyrządza krzywdy w sposób bezpośredni. To przenoszone przez nią destrukcyjne i niezwykle rozwinięte choroby są przyczyną bezkresnego potoku rozpaczy i śmierci." Autor wspomina o chorobach, przenoszonych przez komary ale w wielu miejscach pisze o innych chorobach, zupełnie nie związanych z komarami. Niezorientowany czytelnik może pomyśleć (odczytać), że komary przenoszą także cholerę, dżumę, ospę itd. Nie wiem czy wynika to  z niechlujności językowej czy też z niewiedzy i ignorancji samego autora.

Pierwszym istotnym błędem jest nazywanie komarów drapieżnikami. Komary są pasożytami zewnętrznymi a nie drapieżnikami. Jakkolwiek jest niewyraźna granica między drapieżnikiem i pasożytem, to w przypadku komarów takiej wątpliwości nie ma. Samice żywią się krwią kręgowców, są pasożytami zewnętrznymi i okresowymi (i tylko w odniesieniu do imagines). Drapieżnik jest większy lub zbliżony rozmiarem do swojej ofiary i zabija ofiarę. Można powiedzieć, że pasożytuje na populacji (lub populacjach wielu gatunków) a zabija osobnika. Pasożyt jest mniejszy od swojego żywiciela i z zasady nie zabija swojej ofiary (żywiciela) bo podcinałby gałąź, na której siedzi (zniszczenie zasobów). 

Na początku autor enigmatycznie opisuje cykl życiowy komara "po upływie dwóch lub trzech dni z jaj wykluwają się larwy żyjące w wodzie (odpowiednik ludzkich dzieci). W niższych temperaturach ten proces będzie trwał o kilka dni dłużej. Larwy pływają i szukają pożywienia, ale szybko zmieniają się w poczwarki (odpowiednik ludzkich nastolatków), które wyglądają jak przecinki odwrócone do góry nogami i oddychają za pomocą "trąbek" sterczących z zanurzonego odwłoka. Kilka dni później zabezpieczające powłoki pękają i wychodzą z nich zdrowe dorosłe komary gotowe do lotu." W takim stylu napisana jest cała książka. Domyślam się, że autor czerpał swoją wiedzę z różnych książek jak i filmów czy popularnych czasopism. Skoro komary są głównym bohaterem spojrzenia na historię ludzkości, to taki lakoniczny opis cyklu życiowego jest kompromitujący, Brak informacji, że jest wiele różnych gatunków i że komary preferują małe zbiorniki wodne, zazwyczaj bez ryb (bo są łatwym łupem większych drapieżników). Dlatego uważam, że jest to kiepska kompilacja bez próby zrozumienia zagadnienia, o którym się pisze.

Kilka przykładów. "Następnie pojawiły się wirusy, a niedługo później pasożyty. Oba te twory odzwierciedlały sposób funkcjonowania swojego bakteryjnego rodzica i doprowadziły do powstania silnych kombinacji powodujących choroby oraz śmierć.", "Owady i roznoszone przez nie dolegliwości istniały przed rządami dinozaurów, a także podczas nich i po ich zakończeniu. Zaczęły istnieć 350 mln lat temu i szybko przyciągnęły do siebie toksyczną armię chorób, wskutek czego powstał bezprecedensowy śmiercionośny sojusz. Jurajskie komary i muchy piaskowe szybko uzbroiły się w te biologiczną broń masowego rażenia. Bakterie, wirusy i pasożyty przez cały czas podstępnie i umiejętnie ewoluowały, zwiększając swoją przestrzeń życiową, żeby objęła szeroki wachlarz zwierząt." (...) "Nie zmienia to jednak faktu, że stan zdrowia dinozaurów nie był już wtedy najlepszy i gwałtownie się pogarszał." (...) "Komar (..) W odróżnieniu od innych owadów nie zapyla roślin w żaden znaczący sposób, a także nie spulchnia gleby i nie pochłania odpadów." Pod względem biologii i medycyny cała książka obfituje w bzdury, tragiczne uproszczenia i nietrafione porównania. Na przykład mylenie reprodukcji z replikacją. Przynajmniej w części odpowiedzialne jest za to nieudolne tłumaczenie, zwłaszcza w odniesieniu do obiektów i procesów biologicznych (np. "Na nasze szczęście Lucy i jej człowiekowaci potomkowie", "słynny szkielet człowiekowaty o imieniu Lucy"). 

Na niespójną kompilację różnych pozycji wskazuje niekonsekwencja w podawaniu faktów. Raz autor pisze "Według legendy w XVIII etiopski pasterz o imieniu Kaldi", a nieco dalej "W 750 r. [Kaldi] przygotował i zaparzył pierwszy kubek kawy". Nie tylko odwrócona chronologia (najpierw zaparzył kawę a potem zobaczył kozy jedzące kawę, które stały się bardziej energiczne) ale i niezwykła długowieczność Kadiego... umknęła wydawniczej korekcie. 

Styl pisarski przypomina teorie spiskowe, gdzie różnorodne fakty przedstawiane są wybiórczo, czasem z dużym uproszczeniem lub całkowicie błędnie. W kilku miejscach autor wiąże malarię i zwiększoną liczebność komarów z rolnictwem, np. "Upowszechnienie się uprawy roślin zaowocowało ekspansją siedlisk i wylęgarni komarów." Nigdzie nie próbuje tego jakoś wyjaśnić, uzasadnić. Słuszne byłoby to tylko do upraw ryżu (bo pojawiają się nowe zbiorniki wodne, okresowe). Podobnie jest z pojawieniem się malarii w obu Amerykach. Raz pisze, że na statkach przywędrowały komary z rodzaju Anopheles bo w Ameryce ich nie było, w innym miejscu, że te komary już wcześniej były w Ameryce, więc można przypuszczać, że to ludzie w swoich ciałach przewieźli zarodźca malarii. Wskazując na przystosowania się lokalnych populacji ludzi do malarii autor pisze, że malaria z komarami broniła ich przed najeźdźcami.... by w innych miejscach wskazywać, że lokalni mieszkańcy ulegli najeźdźcom przez osłabienie malarią. Ewidentne wtórne dopasowywanie do faktów militarnych.

W opisywanej książce rażą uproszczenia historyczne, np. "wycieńczona armia Kartaginy zasilona przez sprzymierzonych Galów i Hiszpanów". Nie wiem jak z Galami, ale Hiszpanów to na pewno wtedy jeszcze nie było. Podobnie jak plemiona Wandalów nie wyruszały z Polski czy Czech, bo tych pojęć i samych państw wtedy jeszcze nie było. 

Komar Timothy'ego Winegarda nie jest książką popularnonaukową, zawiera liczne błędy, razi napuszonym i grafomańskim stylem i ma wątpliwą wiarygodność.