2.12.2023

Puszka P. Andora czyli tajemnica wiedzy naukowej

Czy macie odwagę otworzyć tę puszkę?
 

To, o czym bym chciał wam opowiedzieć można by zacząć tak: Jak klątwa faraona skłoniła Maurycego do otwarcia puszki znalezionej w starym kufrze i jak pomogła rozwikłać zagadkę powstawiania wiedzy naukowej.

Uniwersytet to miejsce poszukiwania i odkrywania tajemnic świata, w którym uczestniczą także studenci i doktoranci. Niektóre odkrycia dokonuje się pozornie przypadkiem. Przypadek jest skuteczny jeśli trafia na przygotowany umysł (inni nie zauważą).

Kiedy byłem mniej więcej w Waszym wieku, jako młody asystent jeździłem do Krakowa, do doktora (obecnie to już emerytowany profesor) Bronisława Szczęsnego z PANu na konsultacje w sprawie chruścików, owadów, którymi się wtedy zająłem. Bliżej specjalistów nie było. Uczyłem się oznaczać larwy i imagines. Długa podróż z Olsztyna do Krakowa nocnym pociągiem, cały dzień pracy a potem powróć kolejnym nocnym pociągiem. Kilkanaście godzin jazdy w jedną stronę. Nie stać mnie było na hotel.

Działo się to w latach 80tych XX wieku. Na jednym z takich wyjazdów, późnym zimowym popołudniem, w starej winiarni spotkałem Maurycego. Był doktorantem, piszącym interdyscyplinarny doktorat na temat zjawiska zwanego klątwą faraona. Najpierw dostrzeżone było w Egipcie, gdy umierali archeolodzy, uczestniczący w otwarciu krypty jakiegoś faraona, potem w Polsce, gdy umierali naukowcy, biorący udział w otwarciu krypty jednego z Jagiellonów. Maurycy był biologiem (mikrobiologiem) ale pracował także w starych archiwach i przeglądał stare księgi. Szukał informacji na temat różnych magicznych klątw. Miał sporą wiedzę historyczną.

W czasie rozmowy opowiedział mi o swoim niezwykłym znalezisku. Z wyrazu twarzy było widać spore zakłopotanie i zmartwienie. A przy winie rozwiązał mu się nieco język. Mieszkał w tym czasie w starej kamienicy na krakowskim Kazimierzu. Stypendium miał niewielkie a sporo wydawał na książki, wyszukiwane w antykwariatach. Dlatego miał kłopoty finansowe i zalegał z czynszem za stancję. Wcześniej usunięto go z akademika z powodu dziwnych eksperymentów, które robił w swoim pokoju. Zniecierpliwiony właściciel – w ramach rekompensaty za zwłokę w opłatach – kazał posprzątać mu zagraconą piwnicę. W czasie porządków, w zakurzonym pomieszczeniu przewrócił się regał ze słoikami i uderzył o ścianę, która się zarysowała i wypadło kilka cegieł. Wystraszony chciał zatuszować szkodę, ale wysunęło się jeszcze więcej cegieł. Za murem dostrzegł małą wnękę, w której stała drewniana, archaiczna skrzynia i żelaznymi okuciami.  Klamrę zamykała duża, zardzewiała kłódka lecz deski były nieco spróchniałe i udało się otworzyć skrzynię. W środku znalazł mosiężną puszkę, zalakowaną. Do niej był przyczepiony list. Tajemne znaki na pieczęci skojarzyły się Maurycemu z magicznymi zaklęciami, stosowanymi przez dawnych alchemików oraz z żydowską kabałą.

Rozwinął list i oddało mu się dużą część odczytać. Treść listu brzmiała mniej więcej tak:

„Moje odkrycie jest straszne. Sam się tej wiedzy przestraszyłem. Czy moje odkrycie można udostępnić tym ludziom? To olbrzymia władza i pieniądze. Jestem u kresu życia, sam z tego nie skorzystam. Schowałem w środku zaszyfrowaną wiedzę by nie dostała się w ręce głupców. Moja klątwa przyniesie śmierć niedostatecznie wtajemniczonym. Czy masz odwagę otworzyć puszkę? Podpisano „P. Andor.”

Maurycy znał ze starych ksiąg krakowskiego alchemika Protazego Andora. W tamtych czasach alchemicy poszukiwali kamienia filozoficznego i metody transmutacji metalu w złoto. Kto by to odkrył,  byłby bogaczem. Dlatego alchemicy nie mówili innym o swoich eksperymentach  i szyfrowali swoje notatki. By odkryta wiedza nie dostała się w cudze ręce. Mało kto pamięta że Izaak Newton też uprawiał alchemię. Naukowcy mieli inne zwyczaje, poszukiwali wiedzy ogólnej, można powiedzieć niekomercyjnej. Dlatego pisali otwartym tekstem i upowszechniali wyniki swoich eksperymentów. Newtona znamy więc jako naukowca a nie alchemika. Czy to był więc ukryty skarb Protazego Andora? Ale z końca XIX i początków XX Maurycy znał krakowskiego znakomitego uczonego pochodzenia żydowskiego, Profesora Andora. W czasie okupacji był w niewoli niemieckiej i był zmuszony do prowadzenia tajnych badań. Być może nie chciał by wyniki jego odkrycia dostały się ręce hitlerowców? Może wiązały się z pracami nad cudowną bronią (być może bombą jądrową). Albo jakąś bronią biologiczną.

Na koniec swojej powieści Maurycy zapytał mnie, a czy Ty byś otworzył tę puszkę? Czy byś się nie bał otworzyć? Z jednej strony ciekawość co jest w środku a z drugiej obawa, że może skończyć się to jakimś nieszczęściem.

Po 40 latach chcę Was zapytać, „Czy macie odwagę otworzyć puszkę, którą trzymam w rękach?” Czy ludzkość już dojrzała do tej wiedzy? Maurycy nie miał odwagi tego ujawnić.

*  *  *

Wzbogacam zajęcia storytellingiem. Na zdjęciu rekwizyt, przygotowany do zajęć. Będą jeszcze qr kody. Próbuję wcielać w życie to, co wyczytałam i wysłuchałem na temat aktywnego wykładu i zajęć aktywizujących studentów. Uczenie się wymaga aktywności, inaczej jest tylko nauczaniem. Projekczyciel projektuje środowisko do uczenia się z wykorzystaniem zdobyczy neuronauk. Przy okazji  napiszę jak się to udało i czy przyniosło zamierzony efekt. Na razie ja sam poczułem ożywcze emocje i zwiększone zaangażowanie do zajęć. Dobry nastrój nauczyciela/wykładowcy jest bardzo ważny. 

27.11.2023

Rodzice jako edukatorzy (nauczyciele)

(Ilustracja wygenerowana przez leonardo.ai)
 

Szkoła nie przejmie całości edukacji i wychowania. Nigdy tak nie było, Szkoła to zinstytucjonalizowana i udoskonalona odpowiedzialność całej wioski w opiece allorodzicielskiej. Instytucje mogą działać tylko w dużych i zorganizowanych społecznościach. A w takim teraz żyjemy. I rośnie potrzeba uzupełniania umiejętności rodzicielskich. Kiedyś działo się to naturalnie, w dużych, wielopokoleniowych rodzinach. Teraz żyjemy w mniejszych strukturach i nie mamy możliwości uczyć się przez działanie od samego niemalże urodzenia. Tak jak nie uczymy się łowiectwa, tropienia zwierzyny, lepienia garnków czy gotowania zupy z barszczu zwyczajnego. Znacząco zmieniło się nasze środowisko społeczne i uczenie się w czasie wzrostu i rozwoju. 

Zinstytucjonalizowana szkoła, choć pełni bardzo istotną rolę w życiu uczniów, nie może samodzielnie zaspokoić wszystkich potrzeb edukacyjnych i wychowawczych. Historia pokazuje, że odpowiedzialność za kształcenie młodych umysłów zawsze była wspólnym wysiłkiem społeczności, a i teraz ciągle spoczywa na barkach rodziców. Mimo, że są do tego coraz mniej przygotowani. Współczesne społeczeństwo, skupione na indywidualizmie i funkcjonujące w mniejszych strukturach rodzinnych, stawia przed nami wyzwania związane z brakiem naturalnych okazji do nauki umiejętności pedagogicznych od najwcześniejszych lat. To rodzi pytanie: jak rodzice, w dzisiejszych czasach, mogą być efektywnymi edukatorami swoich dzieci? Może potrzebne są im studia pedagogiczne? Albo dedykowane kształcenie ustawiczne, bo bywamy nie tylko rodzicami lecz i dziadkami, ciociami, wujkami, sąsiadami i przyszywanymi "ciociami". Nawiązując do anegdotycznego eksperymentu Stańczyka, że najwięcej jest w społeczeństwie lekarzy (bo każdy się na tym zna), można byłoby powiedzieć, że na edukacji każdy się zna. Co uwidacznia się chociażby w dyskusji publicznej o tym, jak ma wyglądać szkoła - niemalże każdy się autorytarnie wypowiada, nawet osoby bez najmniejszych ku temu kwalifikacji. 

Zanim spojrzymy na obecne wyzwania, warto przyjrzeć się przeszłości. W dawnych społecznościach, edukacja była sprawą całej wioski, a wychowanie dziecka to zadanie wielopokoleniowych rodzin. Na wsi, na podwórku sąsiedzi lub nawet nieznajomi włączali się w wychowanie dzieci, np. przez zwracanie uwagi na niewłaściwe zachowania. Kiedyś nie baliśmy się zostawiać swoich dzieci pod opieką sąsiadów czy innych ludzi.  Działo się to naturalnie, w ramach większych społeczności, gdzie uczenie się przez działanie było nieuchronne i dostępne dla każdego, bo jakieś dzieci zawsze były "pod ręką". Była więc okazja a często i obowiązek nauczyć się lepiej lub gorzej. Jednak obecnie, w mniejszych strukturach społecznych, nie mamy już takiej naturalnej przestrzeni do nauki umiejętności pedagogicznych (edukacyjnych). Świat stał się bardziej złożony na uczenie się stało się trudniejsze i bardziej wymagające.

Wzrost liczby jedynaków i ograniczenia kontaktu z osobami z różnych pokoleń sprawiają, że tradycyjne źródła nauki, takie jak rodzeństwo czy relacje w rodzinie, stają się rzadziej dostępne. Może więc potrzebne są studia pedagogiczne dla potencjalnych rodziców? Teraz studia pedagogiczne oferowane są w kontekście przyszłej pracy: potencjalnym nauczycielom i edukatorom. Choć są ważne, często nie pokrywają się z rzeczywistymi wyzwaniami, jakie stawia przed nami współczesność. Rodzice muszą więc samodzielnie szukać umiejętności potrzebnych do bycia efektywnymi edukatorami. Gdzie i jak? Co pamiętają z własnego dzieciństwa, często jedynaczego? Dorastali w środowisku dorosłych a nie mniej w środowisku dziecięcych rówieśników. 

W społeczeństwie, gdzie coraz częściej spotykamy się z izolacją jedynaków, ważne jest zastanowienie się, czy mają oni szansę na pełną edukację. Przecież większość umiejętności rodzicielskich wynikała z interakcji z rówieśnikami i doświadczeń w szerokim społeczeństwie. Czy obecnie, z ograniczonym kontaktem społecznym, jedynaki mają tę samą szansę? Wydaje się że zarówno inteligencja społeczna ma mniejsze szanse na rozwój jak i kompetencje społeczne. To w tych sferach widzimy coraz wyraźniejsze deficyty w coraz liczniejszych grupach. Do tej pory szkoła jako taka nastawiona była głównie na rozwój inteligencji mierzonej testem IQ. A co z rozwojem inteligencji emocjonalnej i rozwojem kompetencji społecznych? Kiedyś zapewniało to środowisko domowe i społeczne, szkoła nie musiała tego czynić w tak dużej skali. 

Należy również zastanowić się nad pytaniem, czy rodzice mają wystarczająco dużo czasu i umiejętności, aby być edukatorami dla swoich dzieci. W świecie pełnym obowiązków zawodowych, czasami trudno jest znaleźć chwilę na naukę i rozwój umiejętności rodzicielskich. Niektórzy zwracają się w stronę instytucji, przekazując odpowiedzialność za wychowanie swojego dziecka nauczycielom, świetlicom czy innym placówkom. Często jest to nawet smartfon, telewizor czy tablet. Taka elektroniczna niania: masz tu telefon i sobie pograj a ja będę Cię miała/miał z głowy. Czy czeka nas rozwój dedykowanych algorytmów AI na smartfonie jako elektroniczne nianie z indywidualizowanym programem wychowania i edukacji? Jeśli nawet to i tak będzie potrzebna rodzicowi wiedza jaki program i w jakim zakresie zakupić. Tak jak kiedyś zatrudniono nianie czy opiekunki (służące do wszystkiego), tak może w przyszłości zatrudniać będziemy osobistych elektronicznych (AI dostępny na smartfonie) asystentów wychowania?  

Warto jednak podkreślić, że samo przeniesienie obowiązków wychowawczych na instytucje nie zawsze jest wystarczającym rozwiązaniem. Wielu rodziców zmagających się z obciążeniem związanym z wychowaniem dziecka może odsuwać się od odpowiedzialności, szukając ułatwień w postaci szkoły czy innych instytucji lub różnorodnych zajęć pozaszkolnych i korepetycji. 

Można się zastanowić, czy nie czas na wprowadzenie swoistego "prawa jazdy" dla rodziców, certyfikującego umiejętności wychowawcze. Podobnie jak w przypadku nauki przedmałżeńskiej, gdzie przyszli małżonkowie uczą się, jak funkcjonować jako partnerzy, rodzice mogliby podjąć kursy i zdobywać certyfikaty, potwierdzające ich umiejętności w zakresie edukacji dzieci. Jednakże, zakazanie "niecertyfikowanego" rodzicielstwa byłoby absurdalne i niewykonalne. Adopcja to już proces, który wymaga pewnych kwalifikacji i oceny zdolności rodzicielskich. Można  na tej podstawie nie pozwolić konkretnej parze na adopcję. Jednak może warto zastanowić się, czy podobne podejście można by zastosować w przypadku rodziców biologicznych, aby wspierać rozwój zdolności wychowawczych już na etapie planowania rodziny. Raczej mało osób myśli o rodzicielstwie z wyprzedzeniem. Na pewno jednak zaczynają myśleć w momencie urodzenia się dziecka i pojawiających się kłopotów wychowawczych. Sięgają wtedy po rady innych lub szukają odpowiednich tutoriali w internecie. Zatem są to czasem zupełnie przypadkowe i niespójne porady (wyrwane z kontekstu). Zapewne lepszym rozwiązaniem byłoby uruchomienie dobrego kształcenia ustawicznego, prowadzonego w ramach wiarygodnych instytucji i ze wsparciem finansowym państwa. Wszak jest to mądra inwestycja w ... przyszłych pracowników i obywateli, płacących podatki. Wychowanie to sprawa "całej wioski" a nie tylko biologicznych rodziców. 

Współczesne społeczeństwo stoi przed zadaniem znalezienia równowagi między indywidualizmem a potrzebą wspólnoty w procesie wychowania. Rodzice, jako pierwsi edukatorzy, muszą aktywnie dążyć do zdobycia umiejętności potrzebnych do pełnienia tej roli. Tylko poprzez zrozumienie i aktywne zaangażowanie w proces wychowania można stworzyć zdrowe i kompletne środowisko edukacyjne dla nowego pokolenia. Może więc przydałyby się różnorodne certyfikaty "sprawności" rodzicielskich? Wtedy rodzice mniej angażowaliby się w odrabianie lekcji i wykonywanie prac konkursowych swoich dzieci (zamiast dzieci)? Uczniowie mogliby sami uczyć się podejmowania odpowiedzialności za siebie a rodzice mieliby zaspokojoną potrzebę "zdobywania certyfikatów i dyplomów w grupie szkolnej", działając na własny rachunek a nie w imieniu własnego dziecka. 


Rozszerzone wersja felietonu w Wiadomościach Uniwersyteckich Z Kłobukowej Dziupli 2.0

26.11.2023

Od rolnictwa do zębów mądrości, krótkowzroczności i nieuważności czyli co zmieni w ludziach AI

Rekonstrukcja na pokazie historycznym w grodzisku Stara Łęczyca. Dlaczego zdjęcie z nawiązaniem do archeologii ilustruje rozważania o przyszłości? Bo chcę pokazać znacznie dłuższy proces i szersza pewrspektywę.
 

Sztuczna inteligencja (AI) jest technologią, która w ostatnich latach rozwija się w zawrotnym tempie. Jej zastosowanie jest coraz szersze i obejmuje coraz więcej dziedzin naszego życia, wliczając w to pisanie listów i komunikację. Niezależnie od tego, czy zdajemy sobie z tego sprawę, AI już teraz wywiera znaczący wpływ na nas, ludzi.

Rozwój technologii AI stanowi nieunikniony etap ewolucji ludzkości, równie rewolucyjny, jak wprowadzenie narzędzi, pisma czy radia i telewizji. To nie tylko zmiana w sposobie komunikacji czy codziennym życiu, ale również głębokie przekształcenie naszej natury i relacji społecznych. Spójrzmy w przeszłość a łatwiej będzie nam zobaczyć przyszłość.

Co zmienia telefon z dostępem do internetu i powszechne korzystanie z AI? Najpewniej zmienia sposób myślenia pojedynczego człowieka jak i relacje społeczne. Podobna transformacja zachodzi już nie pierwszy raz w historii Homo sapiens. Na pewno narodzi się inny człowiek i inne społeczeństwo. Inne niż do tej pory. Czy inny gatunek? Biologicznie nie. To najwyżej izolacja behawioralna, która być może uruchomi procesy specjacyjne. Ale na efekt biologicznej izolacji rozrodczej trzeba będzie długo poczekać.

Co zmieniało nas w przeszłości? Na przykład narzędzia i gotowanie powodujące rozdrobnienie pokarmu i wstępne trawienie zewnętrzne (gotowanie). Garnek i ognisko jako żołądek zewnętrzny. Niczym pająki czy larwa chrząszcza pływaka, których enzymy trawią pokarm na zewnątrz. Nie jesteśmy w tym względzie biologicznym wyjątkiem. Skutek dla nas? Skrócenie żuchwy i delikatniejsza trzewioczaszka, węższe usta (nie tak jak u szympansa) a to poskutkowało nie tylko urodą ale i kłopotami z zębami mądrości - bo nie mieszczą się w żuchwie, wychodząc sprawiają ból i czasem deformują nasze uzębienie. Nieprzewidziany efekt rozwoju technik gotowania i przetwarzania żywności. Nie musimy już tak długo i tak intensywnie przeżuwać jak nasi dalecy antenaci.

Inny przykład to czytanie książek i długie przebywanie w wygodnych pomieszczeniach. Długofalowy skutek to powszechna krótkowzroczność - mniej patrzymy na horyzont, wzrok się szybko zatrzymuje na bliskich powierzchniach. Teraz, przez ekrany smartfonów, również nie widzimy horyzontu. Pismo (poza krótkowzrocznością) spowodowało także linearność myślenia i uporządkowaną argumentację, nasze wywody stały się bardziej obiektywne. To możemy zapisać po stronie zysków. Nawiązując do analogii komputerowych można powiedzieć, że pismo przeformatowało ludzkie mózgi i nasz sposób myślenia. Czy narzekamy? A na technologie komputerowe i telekomunikacyjne bardzo narzekamy, obawiając się nawet obniżenia średniego ilorazu inteligencji w populacjach ludzkich. 

Do telewizji już się przyzwyczailiśmy. Ten wynalazek jest już od ponad pół wieku z nami. Oglądanie telewizji poskutkowało brakiem uważności. Bo w szklanym ekranie nie są prawdziwe osoby, w czasie nadawania programu nas nie widzą, więc możemy ich nie słuchać, odwracać wzrok, nie pokazywać językiem ciała uwagi przy słuchaniu. Przyzwyczajamy się do takiego braku szacunku w relacjach międzyludzkich. Niby ludzie a jednak oduczamy się w obecności telewizora kultury słuchania i uważności. Te nawyki przenosimy także na relacje międzyludzkie w kontakcie bezpośrednim. Nastąpiła zmiana sposobu komunikacji międzyludzkiej oraz społecznej.

Lepsze odżywianie i technologie spożywcze za skutkowały takimi chorobami cywilizacyjnymi jak cukrzyca, miażdżyca. Jest wyraźny wpływ rozwoju rolnictwa na rozwój próchnicy zębów. Wraz z postępem doświadczamy także różnorodnych skutków ubocznych, z którymi musimy się potem mierzyć, leczyć, zapobiegać. Kaskadowy efekt zmian. 

I w końcu powszechne wykorzystywanie komputerów i internetu poskutkowało pogłębieniem nieuważności w kontaktach międzyludzkich i słuchaniu. To widać na niemalże każdym wykładzie, zebraniu czy spotkaniu publicznym a nawet w szkolnej klasie i przy domowym stole, nawet w czasie świąt. Bo przecież oglądając coś na komputerze czy w telefonie nie muszę być uważny, gdyż można powtórzyć, odtworzyć jeszcze raz. Zupełnie inaczej niż w tradycyjnych kontaktach i rozmowach międzyludzkich. Ale nawyki, ugruntowane przed monitorem, przenosimy na codzienne kontakty międzyludzki. Telefony zbliżyły do siebie ludzi ale jednocześnie spowodowały życie w tłumie. Zbyt licznym tłumie.

Eremici pojawili się już w starożytności, potem nastąpił średniowieczny wysyp klasztorów, w tym kontemplacyjnych, odizolowanie się od świata społecznego. Czyli zmniejszenie liczby relacji z ludźmi. A przecież działo się to w czasach braku prasy, radia, telewizji, telefonów i internetu. Eremici pojawili się wraz z rozwojem rolnictwa i coraz większymi społecznościami. Już nie tylko społeczność rodzinna łowców-zbieraczy i kontakty z najwyżej kilkudziesięcioma osobami w ciągu całego życia. Zwiększyła się liczba interakcji a część ludzi chciała się wyciszyć. Odizolować. Życie pustelnicze to reakcja na przegęszczenie interakcji społecznych. Telefony, telewizja, a teraz internet w smartfonach znaczenie zwiększył liczbę relacji i interakcji międzyludzkich. Ponad wydolność naszych mózgów. Dlatego pojawia się nowy sposób myślenia i nowy sposób prowadzenia życia społecznego.

Co zmieni AI? To nie tylko znacznie rozszerzony krąg społecznych interakcji lecz i zewnętrzny mózg (najpierw było pismo, potem internet i pamięć na dyskach komputerowych i telefonach). Zmieni bardzo dużo. To jest pewne. Już widać skutki. Te dobre i te złe.

Przejście na rolniczy tryb życia zostało wymuszone pogarszającymi się warunkami środowiska i rosnąca populacją ludzką. Jaka była inna alternatywa? Większa śmiertelność na skutek czynników środowiska (głód, drapieżniki) i więcej agresji oraz zabijania się (eliminowanie konkurentów do zasobów), czyli regulacja zewnętrzna i wewnętrzna. Z całą pewnością próchnica zębów oraz nadciśnienie są lepszymi alternatywami dla ludzkości.

Rolnictwo powiększało dostępne dla ludzi zasoby środowiska (więcej żywności a więc i większa mogła żyć populacja ludzi). Wcześniej możliwe były migracje i kolonizacji niezajętych obszarów. Ale ludzie dotarli już wszędzie. Teraz pozostaje migracja kosmos. A wiemy, że to nie takie proste.

Bez wątpienia AI zmienia i wymusza wyższe koszty energetyczne (prąd do elektrourządzeń). Konsekwencje rozwoju AI to 1. zmiana relacji społecznych i całej struktury, 2. Wyższe koszty energetyczne (bo zużywamy znacznie więcej energii elektrycznej). Stałocieplność przyniosła ssakom i ptakom zyski ekologiczne ale okupiona została większym apetytem i wyższymi energetycznie kosztami życia (bo trzeba więcej konsumować pokarmu). Wraz z telefonami, AI (chat jako partner do rozmowy) zwiększamy koszty energetyczne utrzymywania relacji międzyludzkich, koszty życia społecznego. Więcej zużywamy prądu. Być może inaczej się nie da.

Można dopatrzyć się analogii z innym ewolucyjnym procesem – z wielkokomórkowością. Organizmy kolonijne (i potem plechowce czy organowce), to większe bezpieczeństwo (przed roślinożercami czy drapieżnikami) ale i nieodwracalne zmiany budowy i trybu życia. Kolonijność wymusiła specjalizację komórek i uruchomiła długi proces ewolucyjny w kierunku organizmów wielokomórkowych ze zróżnicowanymi komórkami w różnych tkankach. Już nie populacja jednokomórkowych, identycznych organizmów lecz kolonia a potem wielokomórkowy organizm, większy i z wyspecjalizowanymi, różniącymi się komórkami.

Analogia do organizmów kolonijnych czy ewolucji organizmów wielokomórkowych ukazuje, że zmiany raz zapoczątkowane potem są nieuchronne, ale mogą prowadzić do utraty pewnych zdolności. Czy AI oznacza utratę części naszej ludzkiej, intelektualnej autonomii? Możliwe, ale jednocześnie może wymuszać większą integrację społeczną i specjalizację, podobnie jak ewolucyjne procesy w historii życia na Ziemi. Rozwój AI to utrata części zdolności intelektualnych człowieka. Niejako upośledzenie. Czy wymusi to jeszcze większą integrację społeczna? I jeszcze bardziej pogłębioną specjalizację? Jestem przekonany, że tak!

Wnioski z tego rozważania są dwuznaczne. Z jednej strony to my rozwijamy technologie, a z drugiej to technologia modyfikuje nas samych. Musimy zdawać sobie sprawę z konsekwencji wprowadzenia AI, zarówno pozytywnych, jak i negatywnych. Z drugiej strony, jako społeczeństwo, powinniśmy świadomie kierować tą ewolucją, aby zachować naszą tożsamość, autonomię i odpowiedzialność za planetę, na której żyjemy. Czy jesteśmy w stanie czy też taki proces, jako swoiste prawo przyrodnicze, dzieje się poza nami i nie pytając nas o zgodę. Wprowadzenie AI to nie tylko technologiczna zmiana, to etap w naszej społecznej ewolucji, który wymaga refleksji i mądrych decyzji. Świadomie sterować, poi jestesmy jeszcze w stanie. 

23.11.2023

Stare notatki czyli co myślę o sobie w roli nauczyciela akademickiego

Chruścik, wychodzący poza ramy (wyznaczone pole na rysunek). Ciągle się nie mieszczę w utartych koleinach, wyznaczonym (nawet przez siebie) ramach, wychodzę poza, szukając nowego, jak dyspersja chruścików. Migrującego czeka nieznane, zginie po drodze lub odkryje nową, wolną i niezasiedloną wyspę ekologiczną, dla początek nowej populacji lub wzmocni małą, rozwijającą się populację, Efekt założyciela. Albo śmierć migranta...

(R)ewolucja w edukacji, która właśnie się dokonuje, jest jak poczwarka chruścika (tak jak i innych owadów z przeobrażeniem zupełnym) - jeśli patrzeć z zewnątrz, to wydaje się martwa i nic tam się nie dzieje, nie rusza się, nie odżywia itp. A jednak w środku zachodzą intensywne procesy przebudowy całego organizmu. Dopiero po kilku tygodniach z tego niby martwego kokonu wychodzi postać doskonała (imago). A wcześniej była larwa, o zupełnie innym planie budowy, innym środowisku życia i innym sposobie odżywiania się. Zauważyłem, że w ostatnim roku wyraźnie częściej piszę na blogu o edukacji. Czyżby to jakiś znak zachodzących procesów, przepoczwarczania się edukacji, także  na poziomie uniwersyteckim?

Ja tymczasem sięgam do notatek by sobie przypominać to, czego kiedyś się uczyłem. Było to w czasie szkolenia dydaktycznego, realizowanego na moim uniwersytecie w ramach projektu "Program rozwojowy Uniwersytetu-Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie".  Górny rysunek to fragment  zadania pt. "Gdy myślisz o sobie w roli nauczyciela akademickiego, jakie zwierzę przychodzi Ci do głowy? narysu je." Ja, jako nauczyciel akademicki, czuję się jak chruścik (owad z rzędu Trichoptera). Takie zwierzę przyszło mi do głowy w czasie wykonywania zadania.  Imago - bo może polecieć daleko i odkryć nowe miejsca. Teraz na przykład odkrywam dla siebie i dla studentów AI jako narzędzie w uczeniu się. A larwa? Bo buduję swoją wiedzę jak chruścik buduje domek. Z przodu dodaje nowe elementy a z tyłu odgryza niepotrzebne. W ten sposób domek rożnie i powiększa się dla rosnącej i coraz większej larwy. Skąd wie, że domek jest już za długi? Bo ma specjalne szczeciny czuciowe. Zawarty jest tu cały cykl życiowy, larwa i imago, jest i podejście ekologiczne (z kontekstem otroczenia czyli środowiska) i ewolucyjne (bo dostrzegam proces z dłuższej perspektywie). Co larwa zgromadzi w swoim ciele, to imago wykorzysta. No i jeszcze rysunek nie mieszczący się w wyznaczonych ramach. Jakoś "od zawsze" trudno było mi się zmieścić w wyznaczonych ramach, wyjeżdżonych koleinach. Mam tę przypadłość wychodzenia poza utarte schematy. Jedni powiedzą, że to cecha kreatywności, inni że cecha niesubordynacji i samowolnego wychodzenia przed szereg. A ja powiem, że to chruśniakowość i cecha życia - element dyspersyjny populacji, bardzo pożądany w zmiennym i niestabilnym środowisku.

Rysunek w pełni analogowy, znaleziony w notatkach, wykonany jako ćwiczenie w ramach szkolenia. Rysunek to jedno, wyjaśnienie co przedstawia i dlaczego, to drugie. Rekwizyt do opowieści. A może i studentom na zajęciach tworzyć więcej okazji ro rysowania? Oraz do opowieści z tak powstałym rekwizytem? Tak zamierzam i tak ćwiczę. Za jakiś czas napiszę czy i co z tych prób wyszło.

Co w tych notatkach z materiałów szkoleniowych jeszcze było na kartce z chruścikiem? Czyli jaki był kontekst sytuacyjny?  Całość dotyczyła aktywizujących metod dydaktycznych. A samo ćwiczenie dotyczyło autorefleksji.

Dlaczego jestem nauczycielem akademickim?
W sumie to przypadek. Chciałem być nauczycielem w szkole, dlatego wybrałem kierunek pedagogiczny (WSP w Olsztynie) i już nawet "załatwiałem" sobie pracę w liceum. Dostałem jednak niespodziewaną  propozycję pracy na uczelni, to zostałem. Głównie dla chruścików i dla możliwości prowadzenia badań hydrobiologicznych. Biologia w moich zainteresowaniach zakiełkowała już w szkole podstawowej. Tego oczywiście wtedy w notatkach nie zapisałem. Napisałem tak:
  • bo chcę zmieniać świat na lepszy, 
  • bo lubię naukę i edukacje,
  • bo nic innego nie umiem a mam obawę, żeby zmienić pracę,
  • bo lubię pracę z ludźmi i samotne rozmyślanie (pisanie).
Jaka jest moja misja?
  • Inspirowanie do fascynowania się światem.
  • Opowiadanie o nauce (o naukach przyrodniczych).
  • Nauczyć innych metody naukowej i sympatii dla przyrody.
Jakie mam cele w tej roli?
  • Tworzyć środowisko edukacyjne z autonomią dla studenta (ucznia).
  • Uczyć się samemu by nie czuć nudy.
  • Zmieniać uniwersytet.
Jakie wartości realizuję poprzez swoją pracę?
  • wspólnotowość,
  • dzielenie się wiedzą i światem,
  • współpraca,
  • poszanowanie przyrody.
Teraz dodałbym jeszcze - poczucie sprawstwa i poczucie sensu. Może właśnie dlatego warto wracać do notatek i sobie przypominać? Utrwalać i ponownie przetwarzać w kontekście nowo zdobytych doświadczeń i wiedzy. W sumie minęło już kilka lat od tego szkolenia.

Co lubię w mojej pracy?
  • Spotkania ze studentami.
  • Odkrywanie nowych metod dydaktycznych.
  • Nowość i kreatywność.
  • Poznawanie przyrody (np. biologię i ekologię chruścików, etnografię).
Etnografia to co prawda nie jest nauka przyrodnicza lecz interesuje się nią w kontekście przyrody jak i ogólnej teorii systemów - poszukując analogii między ewolucją biologiczną a ewolucją kulturową.

Jak przygotowuję się do zajęć?
  • Samemu doświadczając i poszukując.
  • Opracowując nowe zadania i pomysły dla studentów.
Co daje mi motywację do wysiłku?
  • Inni ludzie.
  • Poznawanie sensu i misji edukacji (oświeceniowy pozytywizm, postęp i rozwój ludzkości).
Ten postęp i misja edukacji rozumiana jest przeze mnie w kontekście długiej perspektywy czasowej, ewolucji kultury i tworzenie się nowego poziomu organizacji - noosfery. Pomysł zakiełkował wiele lat temu a teraz znajduje dodatkowe, namacalne potwierdzenia.

Jakie działania podejmuję, aby nadal lubić rolę nauczyciela akademickiego?
  • Poszukuje nowych rozwiązań edukacyjnych, nowych tematów.
  • Jeżdżę na konferencje, uczestniczę w crowdlearningu, 
  • Kursy i szkolenia w miejscu pracy.
I na koniec było właśnie to zadanie z rysowaniem zwierzęcia. I nie żaden stereotypowy lew, piesek, kotek, wilk czy jeż, a zwierzę, będące obiektem moich wieloletnich badań. Czyli owady z rzędu Trichoptera.

Ten kurs odbył się tuż przed pandemią. Potrzeba takich szkoleń stanowczo więcej, co pokazała pandemia i przejście na kształcenie zdalne a teraz coraz powszechniejsza generatywna sztuczna inteligencja. Uzupełniam swoje braki przez uczestnictwo w różnych szkoleniach online. Małe porcje wiedzy i inspiracji. Niemniej przydałyby się kursy w miejscu pracy jako wyraz profesjonalnej dbałości o rozwój kadry i kompetencji zawodowych

Notatki są bardzo przydatne. Boi można do nich wracać. I ponownie robić sobie autorefleksję. A skoro przynosi mi dobre rezultaty, to może nie żałować takich aktywności rónieżi studentom? Właśnie teraz nad tym rozmyślam, jak przełożyć kiedyś zapoznane informacje o metodach aktywizujących na dzisiejszą praktykę. Nie wszystko udało się wdrożyć od razu. Pora na przypominanie sobie i wdrażanie kolejnych pomysłów, kolejnych małych działań. 

Przecież co roku pojawia się nowe pokolenie chruścików, nowe larwy, budujące domki i nowe przepoczwarczania oraz nowe loty dyspersyjne imagines. 

18.11.2023

Obyś cudze algorytmy uczył!

Grafika wygenerowana przez AI (o ile pamiętam Dall-E).
 

Algorytmy językowe i inne wcielenia sztucznej inteligencji dużo zmieniają w edukacji. Już nic nie będzie takie jak kiedyś. To już widać. Zmienia się szkoła, zmienia uniwersytet a nauczyciele z jednej strony dostają pomocnicze narzędzia, niczym osobistych asystentów wspomagających przygotowanie lekcji, a z drugiej pojawia się nowy konkurent. Czy nauczyciele stracą pracę przez różne urządzenia, wykorzystujące AI? Trzeba będzie znowu się uczyć. 

Z całą pewnością rozwijać się będą małe i duże algorytmy językowe, które znacznie wspomagać będą zindywidualizowane uczenie się. Prywatny korepetytor i pomocnik w edukacji. Już są. I to coraz lepsze. I będą się doskonalić. Ale tu się pojawia pytanie: kto i jak nauczy i spersonalizuje te wyspecjalizowane algorytmy AI by dobrze uczyły małych i dużych? Już nie pisanie podręczników szkolnych, zeszytów ćwiczeń, rozkładów materiału ze scenariuszami ale całe środowisko, bardziej złożone niż Moodle. Zaprojektować i przygotować do korzystania. Całkiem nowy zawód. A może ten stary, nauczycielski, tylko nieco zmodyfikowany i bardziej wymagający? 

Może kształtuje się nowy zawód - nauczyciel do AI, zarówno dla dużych (tu potrzebny cały zespół i sztab nauczycieli) jak i małych modeli językowych, bardzo wyspecjalizowanych, dedykowanych do niewielkich treści. Na nic tradycyjna psychologia czy pedagogika (przecież trzeba uczyć nie-człowieka), bo trzeba jeszcze umiejętności cyfrowych i zrozumienia technologii i być może nawet programowania. Z całą pewnością pedagogika i dydaktyka się przydadzą lecz nie wystarczą. Bo uczeń będzie inny. Trzeba wytrenować, wykształcić AI jako nauczyciela dla innych, dorosłych, seniorów, i dzieci. Czyli nowy zawód nauczyciela nauczycieli AI? W pewnym sensie nowy rodzaj podręcznika i kursu z treścią, ćwiczeniami, stylem pracy, testami, ewaluacja, cierpliwością niezmierzoną itp. 

Co musi umieć taki nauczycieli dla AI? 

  • karmić czyli dostarczać dane (właściwy dobór lektur),
  • pytaniami sprawdzać czy dobrze wie i czy dobrych udziela odpowiedzi,
  • rozumieć ludzi i ludzki proces uczenia się,
  • rozumieć technologie i algorytmy AI (jak działają, jakie mają słabe i mocne strony).
Ile czasu trwa uczenie AI? Na pewno potrzeba dużego zespołu "pedagogicznego" a nie tylko jednego nauczyciela. Chyba, że będą dostępne półprodukty, które jedynie trzeba będzie zmodyfikować, zaktualizować do dedykowanego zadania. Tak jak napisać swój podręcznik/tutorial do konkretnego przedmiotu lub zestaw ćwiczeń dla konkretnego odbiorcy. Na przykład przeszkolenia pracowników w jednej firmie. 

I jak uczyć takie AI by uczyło potem skutecznie i szybko (tanio). Z wiedzą podawczą czy lepiej aktywizującą? Wiedza podawana kopiuj-wklej czy zupełnie inaczej? Czy raczej jakieś sieci neuronowe jako tworzenie systemu edukacji?

Elektryczność zmieniła wiele: odebrała pracę ulicznym zapalaczom lamp gazowych a jednocześnie stworzyła zupełnie nowe miejsca pracy. Podobnie jest chyba ze sztuczna inteligencją. Wprowadza duże zmiany, jedni uczą się szybciej, inni wolniej. Jedni dostrzegają tylko zagrożenie, inni dostrzegają zupełnie nowe szanse, Tak jak tani druk gazet i książek stworzył rynek dla pisarzy i dziennikarzy.

Projekczyciel (nauczyciel projektant środowiska edukacyjnego) nabiera nowego znaczenia. Jak się odnajdujecie w takim świecie? 

15.11.2023

Chłopki - podróż do mojego dzieciństwa (książka)

 

Książka, która pokazała mi jak bardzo szybko zmienia się świat. Chyba nigdy w historii tak nie było. W dzieciństwie dużo czasu spędzałem w wakacje na mazurskiej wsi, u babci, dziadka i wujka. Przez dwa lata mieszkałem na mazowieckiej wsi. Wspomnieniami dziadków sięgałem początków XX wieku, zupełnie innego świata (Wileńszczyzna). Nie wszystko rozumiałem, o czym wspominali najstarsi. Część wspomnień tej biednej, polskiej wsi zostało gdzieś w rodzinnej pamięci. Teraz żałuję, że nie pytałem więcej, że nie spisałem. Z biegiem lat pozacierały się liczne szczegóły. A teraz chciałbym je lepiej poznać

Potem odwiedzałem skanseny w różnych częściach Polski i widziałem sprzęty, które znałem z dzieciństwa. Próbowałem odtwarzać warunki i styl życia. Brałem wszak udział i w pracach polowych i społecznym życiu wiejskim. Choć trochę otarłem się o kulturę oralną, czasem jedliśmy z jednej miski. Z Mazowsza pamiętam jeszcze glinianki z polepą (klepiskiem) zamiast podłogi. I lapę naftową, choć już sporadycznie używaną. Czuję się jak pomost między dwoma całkiem odmiennymi światami. A może nawet trzema czy czterema?

Na okładce książki widać nosidło do wody, koromysło, widziałem u mojej babci na wsi. Jak jest przydatne wie tylko ten, kto nosił wodę w wiadrach. Czy to ze studni czy to z rzeki. Czasem trzeba było nosić daleko i wiele razy, np. żeby napoić bydło czy konie. Nosiłem wodę ze studni w ręku. Okazjonalnie. Było ciężko. A w starej, mazowieckiej szkółce przynosiliśmy wodę do szkoły z pobliskiej studni. Na korytarzu stała miska i pojemnik z kranikiem. Tam myliśmy ręce. Obrazek jak z przedwojennych filmów lub etnograficznych książek..

Chłopki okazały się książką bardzo mi znajomą. Ale dowiedziałem się znacznie więcej. I więcej zrozumiałem. Walorem tej książki test to, że dobrze pokazuje przyczyny i skutki. Naszą chłopskość widać nawet i współcześnie, w zatartych śladach, ale jednak. Lepiej można zrozumieć ile nieuświadomionych nawyków patriarchalnych przetrwało do dzisiaj. Ta książka pozwoliła mi spojrzeć z boku na moje dzieciństwo i młodość a nawet na moje odziedziczone nawyki. Spojrzeć inaczej na historię Polski i charakter społecznych przemian, jakie się przez dziesięciolecia dokonywały.

Kilkanaście lat temu fascynowałem się kulturą szlachecką, zgłębiałem historię swojego rodu (mazowieckiej szlachty szaraczkowej). Ale był to obraz niepełny, nie tylko w kontekście rodzinnej historii. O czymś powszechniejszym nie przeczytałem. Obraz był bardzo niepełny i wyrywkowy.

Chłopki to znakomita książka społeczna i kulturowa. Polecam każdemu. Historia dnia codziennego (historia powszechna) a nie z wyfiltrowanych podręczników szkolnych z datami, monarchami i bitwami. Na pewno nie zamiast lecz jako znakomite uzupełnienie. Już o niej sporo rozmawiałem w rodzinie. Z chęcią podyskutowałbym jeszcze. Czuję niedosyt. Teraz, gdy odwiedzał będę muzea i skanseny zobaczę więcej. Niby te same obrazy lecz przez pryzmat Chłopek inaczej będę je odbierał i interpretował. Zobaczę więcej, wy wnioskując z kontekstu. Tak, to książka, która zmienia spojrzenie na świat wokół nas. Nawet ten współczesny, 

Teraz czytam kolejną książkę tej autorki - Służące do wszystkiego.

Joanna Kuciel-Frydryszak, Chłopki opowieść o naszych babkach. Wyd. Marginesy, Warszawa 2023, 492 str.

13.11.2023

Skąd się wziął łańcuszek św. Antoniego na Facebooku i czy ma już historię liczącą 4 mld lat?

Zdjęcie ze skansenu, posterunek policji z pierwszej połowy XX w.

Ostatnio pisałem o ciągłości kultury w kontekście sztucznej inteligencji. Na tablicach Facebooka pojawiła się kolejna odsłona łańcuszka szczęścia. Niby nowa rzecz a jednak bardzo archaiczna. W niniejszym tekście będę chciał wykazać, że korzenie są bardzo, bardzo odległe i że można zauważyć pewne podobieństwa między ewolucją kulturową i ewolucją biologiczną.

Już po raz kolejny w przestrzeniach mediów społecznych, takim jak Facebook, pojawiły się na tablicach wielu osób takie teksty: 

"Nie zezwalam na korzystanie z moich zdjęć, informacji, wiadomości lub postów z przeszłości i przyszłych. Tym oświadczeniem informuję Facebooka, że jest surowo zabronione ujawnianie, kopiowanie, dystrybucja lub podejmowanie jakichkolwiek innych działań przeciwko mnie na podstawie tego profilu i/lub jego treści. Naruszenie prywatności może być karane przez prawo".

A nawet w wersji bardziej rozbudowanej, ze zmutowanym fragmentem z kwotą pieniężną (konkret finansowy bardziej przemawia?). 

"Nie zezwalam Facebookowi na obciążanie 4,99 USD miesięcznie na moje konto; wszystkie moje zdjęcia są moją własnością, a NIE Facebook!! Facebook Meta jest teraz podmiotem publicznym. Wszyscy członkowie muszą opublikować taką notatkę. Jeśli nie opublikujesz oświadczenia chociaż raz, technicznie zezwolisz na użycie swoich zdjęć, a także informacji zawartych w aktualizacjach statusu profilu. NIE DAJĘ FACEBOOKU MOJEGO POZWOLENIA NA WYKORZYSTANIE ŻADNEJ Z MOICH. Skopiuj i wklej proszę nie udostępniać. Dostaję więcej reklam sprzedażowych niż postów znajomych. Trzymaj palec w dowolnym miejscu w tym poście i kliknij „kopiuj”. Przejdź na swoją stronę, tam jest napisane „Co masz na myśli. "Naciśnij palec gdziekolwiek w pustej przestrzeni. " Kliknij i wejdź. To jest aktualizacja systemu. Pamiętajcie jutro o nowej zasadzie Facebooka (czyli.. ) zaczyna nową nazwę META), gdzie mogą wykorzystać Twoje zdjęcia. Pamiętajcie, że termin mija dziś!! Nie daję Facebookowi ani żadnym podmiotom powiązanym z Facebookiem pozwolenia na korzystanie z moich zdjęć, informacji, wiadomości lub publikacji, z przeszłości. Tym oświadczeniem powiadamiam Facebooka, że jest surowo zabronione ujawnianie, kopiowanie, dystrybucja lub podejmowanie innych działań przeciwko mnie na podstawie tego profilu i/lub jego treści. Naruszenie prywatności może być karane przez prawo. Jeśli wolisz, możesz skopiować i wkleić tę wersję. Jeśli nie opublikujesz oświadczenia przynajmniej raz, użycie swoich zdjęć, a także informacji profilowych i aktualizacji statusu będą w milczeniu dozwolone." [wytłuszczenie S.Cz.]

Nie będę zajmował się sensownością tych wpisów (szczegółowe wyjaśnienia są już w wielu miejscach). Wystarczy przecież odrobina namysłu i odrobina znajomości prawa oraz działania mediów społecznościowych, by zauważyć całkowitą nieskuteczność i absurdalność takich oświadczeń. A mimo to są upowszechniane. I przecież to nie pierwszy raz. Już kilka razy podobne teksty, niczym wirusy, rozprzestrzeniały się na Facebooku. Można powiedzieć, że to nowa, zmutowana forma starczych (co najmniej od 2017 roku) wcieleń tego kulturowego "wirusa". Sam taki łańcuszek jest jeszcze starszy. Nie pamiętam dobrze czy podobne przesłania rozchodziły się za pomocą poczty elektronicznej. Chyba tego też na mailu doświadczyłem. Zatem nastąpił kulturowy przeskok z mailingu do Facebooka (prawdopodobnie obecny jest taki łańcuszek także w innych mediach internetowych).

Osobiście z łańcuszkiem szczęścia o podobnym przesłaniu skopiuj i wyślij dalej w większej liczbie egzemplarzy spotkałem się jakieś..... 50 lat temu. W epoce papierowych listów i pocztówek. Jako młody chłopak. Gdy zbierałem znaczki i pocztówki. Kilka razy dałem się w to wciągnąć. Napisz sześć listów (lub 6 kartek pocztowych), dopisując swój adres na końcu i wyślij. Łatwo przewidzieć, że jeśli każdy zrobi tak samo to otrzymam bardzo dużo listów czy pocztówek (zasada działania piramidy). Niewielki wkład finansowy w znaczek i pocztówkę a w efekcie otrzymać można dużą kolekcję pocztówek czy znaczków pocztowych. Odwołanie do chęci zysku. Wysłałem... i nie ziściło się. Łańcuszek był przerwany, spodziewanego zysku w postaci pocztówek nie było. W jaki sposób łańcuszek szczęścia z papierowych listów przeskoczył do listów elektronicznych i Facebooka? Niczym wirus z jednego gatunku na inny gatunek. Warto wspomnieć, że podobny schemat działania mają różnego rodzaju piramidy finansowe....

Czym jest taki łańcuszek szczęścia, zwany także łańcuszkiem świętego Antoniego? "zjawisko polegające na rozsyłaniu za pomocą poczty tradycyjnej lub elektronicznej listu z prośbą o jego dalsze rozpowszechnienie do określonej lub jak największej liczby odbiorców, czego zaniechanie obwarowane jest groźbą utraty szczęścia lub innych korzyści ." Coś jak piramida finansowa.

Skąd nazwa? Pierwotna, bardzo stara wersja zawierała modlitwę do św. Antoniego z Padwy. Zrób to, co w liście i przekaż dalej, a spotka cię szczęście, coś dobrego (może nawet finansowego). Nie przerywaj łańcuszka bo spotka cię nieszczęście. Niczym klątwa, jakieś magiczne tabu. W Polsce znany z okresu przed II Wojną Światową, a prawdopodobnie już w XIX wieku. Z całą pewnością nie jest to wyłącznie polski wynalazek. 

Listowny łańcuszek św. Antoniego z pewnością jest prekursorem wersji internetowych, także tych, znajdowanych na Facebooku. Zmienia się treść lecz stały pozostaje mechanizm: wykonaj jakąś czynność, powiel i roześlij przesłanie/wiadomość do kilku osób. Coś zyskasz. Albo jeśli nie zrobisz to stracisz. Odwołanie do zysku osobistego lub interesu zbiorowości. Nic dziwnego, że ciągle znajduje mniej lub bardziej gorliwych wykonawców. Wymaga niewielkiego nakładu sił, czasu i środków a zyskać można bardzo wiele (lub ocalić wiele przed utratą).

Kiedy się narodził ten łańcuszek szczęścia o dużej sile mutowania niczym wirus grypy? Czy w czasach, gdy pojawiła się zorganizowana poczta? Bo w tym czasie potaniały usługi pocztowe? Wcześniej wysyłali listy tylko możni, specjalnym kurierem. Czy była królewska lub magnacka wersja takiego łańcuszka szczęścia? Chyba zbyt mała populacja by taki "wirus mentalny" miał szanse na rozpowszechnienie i trwanie. Ciekawe co na to historycy.

A może łańcuszek szczęścia narodził się jeszcze w kulturze słowa? Nie był przepisywany tylko opowiadany? Może w formie modlitwy ustnej? I stąd św. Antoni Padewski? A może istniał jeszcze w kulturach przedchrześcijańskich, jako zaklęcie, działalność magiczna? Czy są jakieś tego kulturowe ślady? Może ktoś już to zagadnienie analizował? Ten sam mit czy raczej mechanizm, samopowielającego się i rozprzestrzeniającego się przekazu ustnego. Czyli to, co upowszechnia się teraz (w kolejnej fali) na Facebooku, ma rodowód nie tylko kilku stuleciu ale wielu tysięcy lat?

Łańcuszek szczęścia teraz ma postać internetowego, nieszkodliwego (?) spamu. A czy są odpowiedniki biologiczne takiego zjawiska? Bez wątpienia. Tak samo działają wirusy, wnikają do organizmu, dostają się do wnętrza komórki i ... są przepisywane i namnażane, a potem rozsyłane dalej. Mechanizm bardzo podobny ale przecież niemożliwe, żeby z biologicznego wirusa przekaz dostał się do kultury słownej Homo sapiens. Może jednak istota funkcjonowania systemów żywych i ludzkiej kultury podlega takim samym prawom ogólnym? Wtedy Facebookowy łańcuszek, niczym wirus, miałby swoje odpowiedniki w układach żywych pod postacią wirusów.  Wirusy są pozostałością z początków życia na Ziemi. Możemy więc powiedzieć, że ich początki sięgają około 4 miliardów lat

Są osoby, które dają się uwieść, "zarazić" wirusem łańcuszka szczęścia i rozsyłają go dalej, niezależnie od sposobu (słownie, listem papierowym, listem elektronicznym czy w mediach społecznościowych). Są osoby, które są całkowicie odporne i nigdy nie uległy. W każdej populacji są osobniki odporne na wirusy (odporność wrodzona, systemowa). To one ocaleją w przypadku epidemii. Ale łańcuszek szczęścia nie jest śmiertelny. Są także osoby, które raz dały się wrobić w taki łańcuszek a potem na całe życie są uodpornione. Jak większość populacji w kontakcie z wirusami. Część osób, która w swej życzliwej naiwności teraz dała się nabrać na Facebookowy łańcuszek, później pewnie już nie zareaguje, nawet jak będzie się rozprzestrzeniało w innych mediach i innymi kanałami. Kulturowa odporność nabyta. Ja do nich należę. A może te osoby nawet przy okazji nabiorą większej odporności na internetowy spam i bardziej się zastanowią, zanim coś rozpowszechnią? Co nas nie zabije to nas wzmocni.

Otwarte pozostanie pytanie dlaczego niektóre zjawiska kulturowe mają swoje analogi w świecie ożywionym? Może miał racje Bertalanffy, poszukując praw w postaci ogólnej teorii systemów? Jeśli świat jest całością, co z jednego okrucha można dowiedzieć się więcej o całym wszechświecie. Patrzeć przez Facebook na cały Kosmos.