3.09.2024

Szkiełko i oko nad misą z wodą

Fot. Organizatorów, Centrum Nauki Kopernik, konferencja Pokazać-Przekazać 2024.
 

Z tym słuchaniem, co w misie dźwięczy, było tak. Działo się to w Centrum Nauki Kopernik w czasie sierpniowej konferencji Pokazać-Przekazać 2024. Jeden z warsztatów dotyczył współuczestnictwa w eksperymentowaniu dzieci (Towarzyszyć, ale jak? Eksperymentowanie z dziećmi, prowadzące: Natalia Arciszewska i Iga Cieślak). Mieliśmy zadania do wykonania, grupowe, przy różnym sposobie wsparcia. Było więc przede wszystkim doświadczanie i dyskusja wokół tych naszych doświadczeń. Nie było przekazywania wiedzy teoretycznej tylko zaaranżowanie sytuacji edukacyjnych. Zatem było to tworzenie środowiska edukacyjnego i pozwolenie nam doświadczać. Wczuć się w rolę uczniów a potem wspólnie przedyskutować. Idea cyklu Kolba w praktycznym działaniu. Ogromnie jestem zadowolony z tego uczestnictwa i doświadczania.

Zapowiedź warsztatów była tak: "Jak towarzyszyć dzieciom podczas eksperymentowania, by wspierać ich zaangażowanie? Jakie warunki stworzyć, by z entuzjazmem podejmowały wyzwania? Wierzymy, że bezcenne są własne doświadczenia. Podczas warsztatów, idąc za ideą uczenia się przez doświadczenie (ang. learning by doing), będziemy eksperymentować, a przy tym towarzyszyć sobie nawzajem w mierzeniu się z różnymi zadaniami. Obserwując swoje reakcje, wymieniając się odczuciami, zbierzemy pomysły na to, co robić, a czego unikać, by eksperymentowanie było dla naszych dzieci okazją do poznawania swoich mocnych stron i rozwijania nowych umiejętności." Osobiście próbowałem przełożyć doświadczenia do warunków uniwersytetu i w miejsce uczniów stawiałem studentów.

Czy (i kiedy) student chce dokładnych instrukcji jak wykonać zadanie? A może woli sam poszukiwać? To drugie jest przyjemniejsze lecz wymaga więcej czasu i rozwiązanie nie jest pewne. Ale jeśli jest egzamin w określonym terminie lub zaliczenie na ocenę, to wtedy pojawia się strach - czy zdążę? W takiej sytuacji student (uczeń) może chcieć instrukcji, by szybko i bez błędów wykonać zadanie. Musi tylko umieć poprawnie odczytać instrukcję. Nie musi być ciekawy czy zaangażowany. Presja czasu ma znaczenie. I zapewne ocenianie też na znaczenie. To one skłaniają nas do korzystania z gotowych instrukcji i tutoriali. I ich oczekujemy od osoby prowadzącej zajęcia. Jeśli nie ma ocen i presji czasu, wtedy chyba chętniej poddajemy się odkrywaniu i sami chcemy znaleźć rozwiązanie. Bo odkrywanie jest przyjemne. 

Wróćmy do sytuacji przedstawionej na zdjęciu. Co zrobić by misa metalowa dłużej brzmiała, dłużej dźwięczała? Najpierw uderzaliśmy palcem, potem drewnianą pałeczką. Przedmioty, które leżały na stole, sugerowały szukanie odpowiedzi. Były misy różnej wielkości, pałeczka drewniana i woda. Jak w typowym zadaniu szkolnym - skoro jest woda, to trzeba ją wykorzystać, na pewno jest kluczem do rozwiązania. Ale w mojej głowie włączył się nawyk przyrodnika czyli, że wszystko trzeba zmierzyć szkiełkiem i okiem. Pod ręką jest smartfon, więc można to narzędzie wykorzystać, np. aplikację stoper. By eksperymentalnie sprawdzić czy rzeczywiście dłużej brzmi misa. Misa z wodą i bez wody brzmiała mniej więcej tyle samo. A więc woda tu nie ma nic do rzeczy. Może palcem pociągnąć po krawędzi? Widziałem przecież na filmach i sam próbowałem wydawać dźwięki na kieliszkach z wodą. W przypadku metalowej misy pocieranie krawędzi palcem było nieefektywne. To może pałeczką drewnianą, która z jednego końca oklejona była skórą?

Próby na oślep, łączenie pomysłów z dostępnymi narzędziami. Pełne odkrywanie z wykorzystaniem tego, co widać na stole i tego, co samemu można wymyśleć. Nie ograniczać się do przygotowanego zestawu tylko kreatywnie poszukiwać w tym, co akurat jest dostępne, nawet w kieszeni. Liczy się więc kreatywność i nieskrepowane poszukiwanie przedmiotów i sytuacji do eksperymentowania. By misa brzmiała dłużej. 

Drugim, wykorzystanym przeze mnie elementem, była teoria. Czyli to, co już wiedziałem i znałem z osobistego doświadczenia. To, co było już w moim mózgu. Bo wcześniejsza wiedza (w tym teoria) ma znaczenie. W przypadku wody poziom wypełnienia naczynia decyduje o wysokości dźwięku, ale czy o jego długości (czasu brzmienia)? To można było zmierzyć, np. stoperem. Z teorii (fizyka, mechanika) wiedziałem, że im więcej energii, tym większe (głośniejsze) i dłuższe czasowo drgania. Czyli po prostu trzeba mocniej uderzyć pałeczką. I sprawdzić czy tak działa. Działało. A może pocieranie pałeczką - przez ciągłe dostarczanie energii, wydłuży czas brzemienia? To nie działało, bo pałeczka nie była chyba do tego odpowiednia.

Co się dzieje w czasie eksperymentowania? Stawiamy różne hipotezy. Równie ważne jest jednak kolejne pytanie "jak to sprawdzę". Czyli zaplanowanie weryfikacji hipotezy. Na tym polega metoda naukowa. 

Po wykonaniu zadań dyskutowaliśmy. Oczywiście głównym motywem rozmów były nasze wrażenia co do sposobu towarzyszenia osób prowadzących przy naszych eksperymentach. Jak to robili i jak my się w tym czuliśmy, jaki wywoływało to skutek. Bo celem tych prostych ćwiczeń z misami, balonikami, sprężynami nie było rozwiązanie zadań fizycznych lecz doświadczanie, jak towarzyszyć dzieciom w czasie ich eksperymentowania. I jaki sposób towarzyszenia jest najlepszy oraz w jakich okolicznościach. Jeszcze raz powtórzę - znakomita ilustracja cyklu Kolba.

Wracam z Kopernika z przemyśleniami i refleksjami. Teraz będę próbował wykorzystać te refleksje w codziennej pracy dydaktycznej na uniwersytecie. Zastanawiam się jak dobrze towarzyszyć studentom w ich eksperymentowaniu. I jak stworzyć dobrą przestrzeń do eksperymentowania i uczenia się. Czy tworzyć szczegółowe instrukcje i do jakich zadań? Czy może pozwolić bardziej na swobodne eksperymentowanie? A czy wyrobie się z programem, gdy będą eksperymentowali i poszukiwali?  Może trzeba zmodyfikować sylabusy i koncepcje poszczególnych zajęć? Pytanie, na które będę szukał odpowiedzi w najbliższym roku akademickim. Taki jest skutek konferencyjnej inspiracji.

2.09.2024

Wakacyjna konferencja dla nauczycieli. Dobre życie, dobra szkoła



Jak co roku, w sierpniu, w Centrum Nauki Kopernik odbywa się konferencja pt. Pokazać-Przekazać. Adresowana jest do nauczycieli i edukatorów w szerokim znaczeniu. Koniec wakacji, nauczyciele przygotowują się do nowego roku szkolnego. To dobry czas by szukać inspiracji i dowiedzieć się czegoś nowego. Zarówno w teorii jak i praktyce.

I ja tam byłem, inspiracji dydaktycznych i konferencyjnych szukałem. I znalazłem. Wróciłem z różnymi pomysłami i chęcią sprawdzenia w praktyce niektórych pomysłów. Uzupełniłem wiedzę teoretyczną, zorientowałem się, co nowego w edukacyjnej trawie piszczy oraz podejrzałem praktyczne działania. Był tez kontakt z ludźmi i nawiązywanie współpracy. Dwudniowa konferencja, która owocuje przez cały rok. Albo jeszcze dłużej. Podobnych konferencji jest więcej. Organizowane są przez dobrze działające centra nauki oraz różne stowarzyszenia.

Wakacyjna konferencja dla nauczycieli pt. Pokazać-Przekazać. Coroczna, przyjeżdżam co jakiś czas by naładować intelektualne baterie. Program konferencji znajduje się w specjalnej aplikacji, do zainstalowania w telefonie. Powoli taka telefoniczna forma staje się to normą, zamiast papierowych, drukowanych programów. I bez toreb z tak zwanymi materiałami. Dzięki temu powstaje mniej niepotrzebnych odpadów. 

Na miesiąc przed wspomnianą konferencja odbywały się otwarte, krótkie wywiady z tematyką konferencji. To także nowinka, która chyba warto naśladować. Bo każda konferencja żyje przed, w czasie i po konferencji. Posiłki były tylko wegetariańskie i wegańskie. Poprzednio z taka sytuacją spotkałem się na Kompasie Edukacji w Bydgoszczy - wtedy wydało mi się to incydentalne. A skoro w krótkim okresie czasu spotykam znowu, to chyba jest to jakiś trend. Coś ewidentnie się w społeczności zmienia. Gdzieś wolniej, gdzieś szybciej. 

Tematem tegorocznej konferencji Pokazać-Przekazać była dobra szkoła i dobre życie. Ważny temat do przemyślenia. Wysłuchałem wielu głosów, sam też przemyślałem i z tym wracam z konferencji. Pytania i odpowiedzi siedzą we mnie głęboko. Taki jest sens konferencji - by inspirowały i długo oddziaływały po spotkaniu. 

Co jeszcze podejrzałem? Na przykład ciche oklaski - nowinka, którą zobaczyłem na konferencji w Koperniku. Czy można wyrażać swoją aprobatę inaczej niż klaskaniem? Można. Wtedy "usłyszą" a raczej zobaczą, także osoby niesłyszące. A hałas nie będzie przeszkadzał niektórym osobom, np. wrażliwym na głośne dźwięki. Prosty gest dłońmi, który pokazuje, że można inaczej. Jest w tym głębszy sens a nie tylko ciekawostka. Wskazuje, że dostrzegamy innych ludzi o innych potrzebach wokół nas. Niby nic wielkiego. Uzupełnieniem tych cichych oklasków był tłumacz języka migowego, obecny na scenie. Zupełnie jak w telewizji. W rezultacie konferencja była dostępna także dla osób niesłyszących. 

Na konferencji spotkałem więcej takich adasiów. Zamiast powszechnego także w edukacji niedasie mogą być adasie, czyli zamiast "nie da się tego zrobić", jednak "a da sie to zrobić". Szkoła potrzebuje pomysłów na takie adasie. By nauczyciele mogli robić potrzebne zmiany w tych konkretnych warunkach jakie mamy. Duże zmiany i reformy przychodzą powoli. A polska szkoła potrzebuje zmian już teraz, od zaraz. Mogą to być małe kroczki. Chwała tym wszystkim zwykłym i niezwykłym nauczycielom, którzy mimo wszystko próbują wykazać, że jednak da się. Tu i teraz. 

Dobre życie składa się że szczegółów. Można mówić o rozwoju zrównoważonym a można także go wcielać, tu i teraz. Ile można mieć smyczy? Po iluś konferencjach zbiera się ich dużo. Są niepotrzebne. I jest na to rada. Można dać im drugie życie. Uwielbiam CN Kopernik za takie drobne ale ważne kroki. Kopernik mocno inspiruje. Swoje smycze pozyskali z szuflad i wcześniejszych projektów. Zebrali i użyli jeszcze raz. Kto chciał, to zostawiał po konferencji. Kto chciał mieć pamiątkę, to zabierał ze sobą. Duży wybór i duża sprawczość. W sensie materialnym z konferencji wywiozłem niewiele - jedna karteczką, imienny identyfikator (bez smyczy nawet). W sensie intelektualnym wywiozłem bardzo dużo. Refleksji i pomysłów mam sporo. Będę się nimi co jakiś czas dzielił, także na niniejszym blogu. Bo pomysły i inspiracje wymagają staranniejszego ubrania w słowa, by były przydatne także dla innych.

Pojemnik jeszcze pusty, bo konferencja trwała, gdy robiłem zdjęcie.
Na sam koniec było zwróconych smyczy dużo więcej.

1.09.2024

Bądź jak dyslektyk, poprawiaj swoje błędy !



Jako dyslektyk nieustannie muszę (i chcę) poprawiać swoje błędy, zarówno we wpisach na Facebooku jak i na blogu. I wszędzie. Poprawiam przed opublikowaniem, poprawiam po umieszczeniu. Czasem szybko, czasem długo po, bo dopiero wtedy, przy kolejnym czytaniu, zobaczę lub ktoś mi podpowie. Trudne to i męczące. Często bolesne. Ale warto, i trzeba. Czasem się poprawić nie da, np. w komentarzach na stronach internetowych nie ma edycji po opublikowaniu. Co wtedy? Pisać ponownie, z poprawką? Pisać sprostowanie? Czasem i tak trzeba, gdy sprawa jest poważniejsza. Oczywiście dobry jest nawyk sprawdzania przed naciśnięciem klawisza "wyślij". Nasze błędy, te niepoprawialne, uczą nas większej staranności przed. By nie powtarzać w pośpiechu tego samego w przyszłości. Ludzie z deficytami, np. dyslektycy, muszą się więcej napracować. Im bezbłędne pisanie zajmuje więcej czasu. Bo po sformułowaniu myśli i przelaniu je w litery, muszą jeszcze kilka razy przeczytać i poprawić błędy. Sztuczna inteligencja, z autopoprawkami tekstu, czasem zamiast pomóc jeszcze więcej namiesza. Zmieni wyraz nie tak jak trzeba i wychodzi coś niezrozumiałego lub wbrew intencji piszącego. Daje iluzję, że jest dobrze i zwalnia z potrzeby ponownego sprawdzania. Dysleksji się nie wyleczyć tabletkami czy inną terapią. Nie ma więc cudownej, czarodziejskiej różdżki. Ale można minimalizować skutki dysleksji. Większą pracą i z częstszym poprawianiem. Codziennie. Deficyt, taki jak dysleksja, to nie jest usprawiedliwienie i fory, to zaproszenie do cięższej pracy. 

Bądź jak dyslektyk - poprawiaj swoje błędy, te dawne i te niedawne. Bo nawet coś ułomnego, jakiś deficyt, może być inspiracją dla tych doskonałych, bez rysy i bez skazy. Każdy jest wartością. Nie ma rzeczy i ludzi niepotrzebnych, bezwartościowych. Nawet pusta i niepotrzebna butelka, zamiast być wyrzuconą na śmietnik, może stać się czymś pięknym i użytecznym. Przez malowanie możemy nadać jej nową wartość, nowe znaczenie, nową użyteczność. A czasem malowanie jest tylko pokazywaniem piękna, które już tam było. 
 
Zdjęcie zamieszczam nie tylko dla przyciągnięcia uwagi. Zamieszczam je z dyskretnym i głębokim podtekstem. Bo błędy są nie tylko literowe, w tekście. Błędy dotyczą wyborów, decyzji, wypowiadanych słów, wykonywanych prac. Nawet malowania na butelce. Bo czasem ręka się omsknie i trzeba zetrzeć niepotrzebne linie. Lub po prostu się "nie uda". I trzeba malować od nowa. Na nowej butelce czy słoiku. Wszystko zaczynać od początku. Męczące to i zabiera czas. Ale warto.

Naprawianie błędów to także słowa "przepraszam"... Mimo że nie da się posklejać rozbitej butelki, to jednak warto powiedzieć to słowo. I spróbować naprawić. Tyle ile się da.

29.08.2024

Skoro mimozami jesień się zaczyna, to czy polska mimoza jest nawłocią?

Kwitnąca, jesienna, żółta nawłoć, późna lub kanadyjska. Współczesna oznaka nadchodzącej jesieni?


Od jakiegoś czasu spotykam się coraz częściej z utożsamieniem nawłoci z mimozą, że nawłoć to polska mimoza. Bardzo mnie to zaintrygowało i zacząłem poszukiwania. Zapewne nie wszystko odkryłem, więc jest jeszcze sporo do zbadania dla kolejnych poszukiwaczy etnograficzno-poetycko-przyrodniczych. A co wyszukałem i odkryłem teraz wam przedstawiam.

Bo skoro w piosence jest, że mimozami jesień się zaczyna a od jakiegoś czasu we wrześniu widzimy za oknami kwitnące nawłocie, to pewnie te obce i inwazyjne nawłocie są mimozami? Jakąś nazwą ludową? Okazuje się, że nie były ale teraz się stają. Już są. Wszystko za sprawa tego, że źle zinterpretowaliśmy to, co poeta miał na myśli i skojarzyliśmy ze współczesnym widokiem za oknem.

Ale po kolei. Mimoza to zupełnie inna roślina niż nawłoć. Trudno je ze sobą pomylić, ani kolor kwiatów się nie zgadza, ani tak charakterystyczna relacja jak u mimozy. Już prędzej niecierpek (też żółto kwitnący) mógłby być pomyłkowo uznany za polską mimozę. Ale nawłoć? I to ta kanadyjska czy późna, które przywędrowały z Ameryki? Nic jednak nie przesądzajmy, bo kręte są drogi nazewnictwa ludowego. Warto je zbadać.

Mimozami jesień się zaczyna a żółte nawłocie utożsamiamy właśnie z mimozami. Czy słusznie? Co poeta miał na myśli? Szukałem i nie znalazłem jakiegokolwiek wiarygodnego śladu, że nawłocie nazywaliśmy mimozami. To, że nie znalazłem nie jest jeszcze absolutnym dowodem, bo może ktoś jednak znajdzie w innych źródłach niż te, do których ja dotarłem.

"Mimozami jesień się zaczyna..." - tę piosenkę Czesława Niemena znają chyba wszyscy. Ale nie wszyscy zapewne wiedzą, że to słowa wiersza "Wspomnienie" Juliana Tuwima. Piosenka Czesława Niemena zaistniała w 1967 roku. A sam wiersz Julian Tuwim opublikował już w 1922 w tomiku pt. Siódma jesień.

Najpierw szukałem w starych nazwach ludowych – tam wyraźnie nawłoć jest nawłocią a mimoza mimozą. Pierwsze pytanie, czy na początku XX wieku inwazyjne nawłocie były tak liczne jak obecnie, po niemalże stu latach? Czy Julian Tuwim widział wczesną jesienią żółte nawłocie? Osobiście wątpię, ale można to byłoby chyba sprawdzić w różnych publikacjach botanicznych czy raczej fitosocjologicznych, może na zdjęciach historycznych. I chyba wtedy, gdy po raz pierwszy Czesław Niemen śpiewał tę znaną nam piosenkę, to jeszcze inwazyjne nawłocie nie były tak pospolite jak teraz. Owszem, jest rodzimy gatunek nawłoci, też żółto kwitnący. To nawłoć pospolita, mniejsza i mniej pospolita od tych inwazyjnych. 

W Wikipedni, w haśle o nawłoci znajdujemy: „Rozpoczynająca wiersz mimoza, to nawłoć pospolita o żółtych, drobnych kwiatach, która bywa nazywana polską mimozą”. Tak więc we współcześnie popularnej encyklopedii, z której wszyscy korzystają, jest już zrośnięta nazwa mimozy z nawłocią pospolitą. Ale my za oknami widzimy łany inwazyjnej nawłoci kanadyjskiej i nawłoci późnej! A nie nawłoci pospolitej!

„Nawłoć pospolita (Solidago virgaurea L.) – gatunek rośliny wieloletniej należący do rodziny astrowatych. Inne nazwy zwyczajowe (dawne i ludowe): polska mimoza, złota dziewica, złota rózga, złotnik, włoć, prosiana włoć, głowienki czerwone, urasz. Występuje w Europie i Azji. Jest pospolity w całe Polsce.” Nie wiem skąd informacja o "polskiej mimozie", źródło na Wikipedii odsyła do współczesnej książki. 

Nawłoć pospolita rośnie na polanach i w widnych lasach, na suchych łąkach. Jest rośliną trującą dla bydła domowego. „Może powodować zatrucia, objawiające się gorączką, obrzękami i nadmiernym wydalaniem moczu. Kwitnie od lipca do września.” (za Wikipedią). Tak więc kwitnie już w lipcu, z tego powodu nie mogła być uznana za zwiastun jesieni w przekazach ludowych. Co innego z nawłocią kanadyjską czy nawłocią późną – te zakwitają później, już w sierpniu a do niedawna obficie kwitły we wrześniu i październiku. Czy Julian Tuwim widział kwitnące inwazyjne nawłocie jesienią i umieścił je w swoim wierszu?

Sięgnijmy do utworu i poszukajmy co ewentualnie poeta miał na myśli (wytłuszczenia moje)

Mimozami jesień się zaczyna,
złotawa, krucha i miła
,
To ty, to ty jesteś ta dziewczyna,
która do mnie na ulicę wychodziła.

Od twoich listów pachniało w sieni,
gdym wracał zdyszany ze szkoły,
a po ulicach w lekkiej jesieni
fruwały za mną jasne anioły
.

Mimozami zwiędłość przypomina
nieśmiertelnik żółty - październik
.
To ty, to ty, moja jedyna,
przychodziłaś wieczorem do cukierni.

Z przemodlenia, z przeomdlenia senny,
w parku płakałem szeptanymi słowy.
Księżyc z chmurek prześwitywał jesienny,
od mimozy złotej majowy
.

Ach czułymi, przemiłymi snami
zasypiałem z nim gasnącym o poranku,
w snach dawnymi bawiąc się wiosnami,
jak ta złota, jak ta wonna wiązanka
.

Co jest żółte w wierszu? Po pierwsze żółty jest październik. A być może październik żółty jest od żółtych liści. Księżyc jesienny prześwitywał i też był żółty, od mimozy złotej był jak majowy. Tu mamy wyraźne powiązanie mimozy ze złotym kolorem i wiosną. Potem jest złota, wonna wiązanka. Rzeczywiste nawiązanie do znanej wtedy mimozy jest w słowach „Mimozami zwiędłość przypomina”. Liście mimozy, po dotknięciu niejako więdną. Tuwim znał więc mimozę prawdziwą. Ale ona nie kwitnie na żółto tylko na różowo czy fioletowawo (choć są gatunki mimoz, kwitnące na żółto - w rodzaju mimoza jest wiele róznych gatunków). Do jesieni odnoszą się także "jasne anioły", które fruwały po ulicach "w lekkiej jesieni". Podmiot liryczny miał także czułe, przemijające i gasnące o poranku (niczym dotknięte liście mimozy) sny. Czy wiosenna i wonna wiązanka ze złotych w kolorze kwiatów, to nasze jesienne nawłocie? Te kwiaty to coś innego. W wierszu jesień zaczyna się mimozami (także jasnymi aniołami) ale nie kwiatami lecz czymś, co więdnie, co jest kruche. To może jakieś uczucia, jakieś sny? Żółte (złote) kwiaty są w wierszu skojarzone z wiosną. Jesień jest żółta w październiku, ale Tuwim nie wskazywał na żółte kwiaty. Tak mi się przynajmniej wydaje.

No dobrze, to hipoteza wynikająca z subiektywnej analizy wiersza. A z poezją jest tak, że jest nieokreślona, rozmyta znaczeniowo i nieprecyzyjna. Nauka wręcz przeciwnie – dba o jasność i jednoznaczność przekazu, nawet kosztem piękna słów i napisanych zdań. Moim zdaniem poeta miał co innego na myśli niż my, słuchając w wieku XXI piosenki Czesława Niemena. Widzimy swoimi oczami nasz współczesny świat i obraz przyrody z gatunkami obcymi i bardzo zmienioną już przyrodą. Tak bardzo zmienioną, że wiele przysłów jest już nieaktualnych. Jaka była jesienna przyroda na początku XX wieku? 

Mimoza (Mimosa), inaczej czułek – rodzaj tropikalnych roślin, rozpowszechniony w Ameryce Południowej oraz na wyspach Oceanu Spokojnego. „Wyróżnia się niezwykłą czułością na dotyk (tigmotropizm). W momencie dotyku roślina reaguje zamykaniem (składaniem) liści (ruchy sejsmonastyczne).” (Za Wikipedią)

Mimoza nie ma żółtych czy złotych kwiatów. Ma zazwyczaj kwiaty różowe, fioletowe, niebieskie (ale niektóre gatunki kwitną na zółtow). „Mimoza wstydliwa, czułek wstydliwy (Mimosa pudica) – gatunek rośliny z rodziny bobowatych i podrodziny mimozowych. (…) Jest uprawiana jako roślina ozdobna. W krajach o ciepłym klimacie (…) jest uprawiana w gruncie. W Polsce ze względu na klimat jest uprawiana w szklarniach i jako roślina pokojowa.” Taką mimozę zapewne znał Tuwim, bo jej ciekawa reakcja na dotyk umieszczana była w podręcznikach szkolnych. Może o niej tylko słyszał i widział czarno-białe ryciny w starych książkach? Może nigdy żywej roślin w szklarni nie widział? I dlatego nie wiedział jakiego koloru ma kwiaty? Może tę żółć sobie wyobraził? Ale nawet ta pokojowa roślina z racji miejsca w szklarni, nie mogła być uznana za zwiastun jesieni! Przynajmniej nie w Polsce.

Dlaczego nawłoć pospolita miałaby być nazywana polską mimozą? Ani kwiaty niepodobne, ani ruchy sejsmonastyczne. Nawłoć nie jest czuła i wrażliwa na dotyk. Ani nawłoć pospolita, nasza rodzima, ani ta kanadyjska czy późna. Co poeta miał na myśli? Nie wiemy, ale przez przypadek, przez popularną piosenkę zaczęliśmy ją utożsamiać z żółto-kwitnącą nawłocią kanadyjską i nawłocią późną, gatunkiem obcym i nowym w naszej przyrodzie. Tak jak w przyrodzie tak i w kulturze obserwujemy ewolucję słów i zmianę znaczeń.

Jak już wspomniałem, zajrzałem do starej książki (właściwie reprintu): Erazma Majewskiego pt. Słownik nazwisk zoologicznych i botanicznych polskich, zawierający ludowe oraz naukowe nazwy i synonimy polskie, używane dla zwierząt i roślin od XV-go wieku aż do chwili obecnej. Tom II, Słownik łacińsko-polski, Warszawa 1894. Ukazała się jakieś 25 lat przed publikacją wiersza Juliana Tuwima. Był to więc stan ówczesnej wiedzy, zebranej z różnych książek. W takim świecie językowym wyrastał Tuwim. 

W dziele tym nawłoć to Solidago. Polskie nazwy dla Solidago: nawłoć, prosiana włóć, prosianowłóć, szywyecz, zywiecz, odnotowano także nazwy z innych języków (tamtego czasu) – czeskie: celik, zlatobyl, chorwacki i serbsk:i zlatnica, zlatošibka. Dla Solidago virgaurea: głowienki czerwone, nawłoć pospolita, prosiana włoć, prosiana włoć zwyczajna, prosiana włóć, rózga pasterska, trank, wężowy trank, wężowe ziele, włoć, złota rózga, Nie ma najmniejszego śladu o mimozie lub czymś podobnym.

W tej samej książce dla łacińskiej nazwy Mimosa: akacya, czułek, czułodrzew, mimoza, mora, nietykałek, olbrzystrąk, przyudzielnik. Dla Mimosa pudica – czułek, sensytywa, wstydlinka. Tu także nie ma żadnego podobieństwa z nawłocią pospolitą, naszą krajową i od dawna znaną rośliną. Nie ma też wzmianki o nawłoci późnej czy kanadyjskiej. Te inwazyjne wtedy nie były jeszcze znane i wymieniane w publikowanych książkach. 

Teraz pospolite są dwa gatunki obce i inwazyjne (oraz ich mieszańce): Nawłoć późna Solidago gigantea i nawłoć kanadyjska (S. canadensis), oba gatunki kwitną od sierpnia do października. Nawłoć późna znana jest w Polsce od 1853 r., kanadyjska notowana w Polsce od 1872 roku. (Źródło: Rośliny leśne, Leokadia Witkowska-Żuk, Multico 2013, Warszawa). Teoretycznie były obecne w czasach Tuwima i Niemena. Ale czy były wtedy pospolite? Tak jak teraz? Chyba jeszcze nie. Majewki w swoim dziele nawet ich nie wymienia, czyli były nieznane lub jeszcze nie funkcjonowały w piśmiennictwie. przyrodniczym.

Starałem się wykazać, że nazywanie nawłoci polską mimozą to zupełna nowość. Zrodziła się z przypadku i skojarzenia słów piosenki z obecnym widokiem za oknami. Z nazwami potocznymi i tymi ludowymi jest tak, że decyduje uzus a nie logika. I nic nie poradzisz z tą polską mimoza. 

Można oczywiście podjąć dociekliwe poszukiwania by sprawdzić od kiedy i jak do obiegu powszechnego dostała się nawłoć pod nazwą polskiej mimozy. Trzeba by tylko przekopać się przez teksty publikowane w gazetach i książkach. A sądzę, że raczej w internecie. Bo moim zdaniem nawłoć stała się polską mimoza dopiero w wieku XXI.

Co poeta miał na myśli? Przypomnijcie sobie przy okazji lekcje z języka polskiego. Może ta analiza wierszy nie jest taka niepotrzebna jakby się nam kiedyś zdawało? Pomyłek wśród artystów jest więcej, czego koronnym przykładem jest pomnik chrząszcza w Szczebrzeszynie, który wcale chrząszczem nie jest. 

Poeci - uważajcie na to co piszecie, bo możecie być opacznie zrozumiani.

27.08.2024

Landartowe dzikie łąki, czyli symbol stolicy

Symbol stolicy naszej. Nie, nie o budynek czyli Pałac Kultury i Nauki mi chodzi, tylko o te piękne łąki zachwaszczone. Pod koniec upalnego sierpnia te łąki są suche i żółte. Ale nie mniej piękne. widać w nich (na zbliżeniu) wiele gatunków rodzimych roślin zielnych i bylin. 

Dzikie piękno, rozpowszechniające się po Warszawie i całym kraju. W centrum Warszawy pojawiły się już dawno. Ale ilekroć wysiadam na dworcu Warszawa Centralna, tylekroć się nimi zachwycam. I chciałbym naśladowania w innych miejscach równie reprezentacyjnych.

Zmiany w myśleniu zaczynają się "od głowy" czyli od stolicy. Skoro w centrum, w miejscu nowoczesnym i światowym tak robią, to może i na prowincji chętniej będą naśladowali? I jest wiele innych małych, choć w efekcie wielkich, inicjatyw, przykładów działań. 

Jest w tym i kultura i nauka. Kultura nowego piękna, landartowego. Land art (z języka angielskiego) to sztuka ziemi  – "działalność artystyczna, której obszarem działania (tłem, kontekstem czy tworzywem) jest przestrzeń ziemi, obszar środowiska naturalnego." Po raz pierwszy spotkałem sie z landartem we Francji, w przecudnym parku. Na pierwszy rzut oka dzika i chaotyczne przyroda. Widać piękno,. Lecz po uważnym przyjrzeniu się, można zobaczyć, że to starannie przygotowana i zadbana przestrzeń. Nawet te dwa listki leżące na ławce. Zupełnie inna estetyka, która na pierwszy plan wysuwa przyrodę a nie ingerencję człowieka. W naszej zwyczajnej aktywności chcemy pokazać, że tu się coś robiło, zadbało: wykosiło trawę, przycięło drzewa, ułożyło betonowe chodniki, zasadziło rośliny ogrodowe. Ma być widać, że człowiek panuje, rządzi. W landarcie człowiek usuwa sie w cień. Też tworzy przestrzeń, ale na pierwszy plan wysuwa się przyroda. Wydaje się być dziką. Tak jest w Warszawie, pod Pałacem Kultury i Nauki. Pozornie teren zaniedbany, że tylko "chwasty" rosną... Pozornie. Rażą te nieliczne śmieci (systematycznie usuwane). Landart czyli całkiem inna kultura.


I nauka. Bo wiedza podpowiada o dużym znaczeniu dzikiej i nieuporządkowanej przyrody. Wiedza wskazuje na znaczenie bioróżnorodności dla miasta, dobrostanu człowieka i dla funkcjonowania całej ziemskiej biosfery. W tym warszawskim, zachwaszczonym landarcie widać dużą wiedzę. Także umiejętności organizacyjne by tę łąkę utrzymać. Nie każdy to dostrzeże od razu. Bo żeby wiedzieć, trzeba mieć wiedzę aktualną i szeroką. 

Już nie kamienny pałac (nawiązujący do konstruktywizmu amerykańskiego, który narodził się w Kijowie a potem, przez Amerykę, powędrował do ZSRR) lecz łąka kultury i nauki. Czyli jednak stoliczny "pałac" kultury i nauki. Ale nie pałac tylko łąka. Trzeba patrzeć nisko, pod nogi. A wtedy zobaczysz kulturę i naukę. I pałac poziomy a nie pionowy. 

Teraz jest sierpień i to normalne, że widać wyschnięte badyle. Taka faza cyklu życia łąki. Dalej jest piękna. Spójrzmy tylko na to jak na landart. Piękna i mądra jak łąka. Niech ta stoliczna kultura się po kraju rozprzestrzenia jak najszybciej i jak najszerzej. Bo skoro można w takiej wielkiej i nowoczesnej Warszawie to chyba można i wszędzie? 

Ps. A wiecie, że w Warszawie rozwija się moda na darmową wodę z kranu, w szklanych butelkach z recyklingu, w restauracjach? Widziałem na Pradze. To oczywiście już inna opowieść. Ale z tej samej, zachwaszczonej mody. Napiszę o tym niebawem.


Możesz być aktywny, kliknij. To też forma relacji i dialogu.

Jeśli chcesz wesprzeć twórcę niniejszego bloga, bym mógł zdobyć środki na opracowanie i upowszechnienie e-booków, związanych z tym blogiem, to jest możliwość. Nie obowiązek a możliwość. Małe wsparcie w postaci symbolicznej kawy. Zaproś mnie na kawę i porozmawiajmy.

Pierwszy e-book jest już dostępny. Mogą być kolejne. Tu można je pobrac https://wakelet.com/wake/8n7Bu5pVo1faTdUzUpSDM

26.08.2024

Po co mi wirtualna grupa nauczycielska?

Zdjęcia z warsztatów w czasie Kompasu Edukacji w Bydgoszczy, czerwiec 2024, fot. T. Czachorowski. Notuję jak pilny uczeń... Tam też spotkałem Superbelfrów.


Mam przyjemność od kilku lat należeć do nie tylko Facebookowej grupy nauczycieli Superbelfrzy RP.  Wiele jest takich grup wzajemnej pomocy i wsparcia w mediach społecznościowych. Większość kontaktów odbywa się w przestrzeni wirtualnej. Superbelfrzy spotykają się także na spotkaniach w kontakcie (quńwenty letnie i zimowe) oraz w czasie różnych konferencji. Ale ja najczęściej kontaktuję się z nimi online właśnie w Fecebookowej grupie. Dlaczego w mediach społecznościowych i dlaczego nauczyciele szkolni, skoro ja jestem pracownikiem uniwersyteckim?

Po co mi ta grupa SBRP na FB? Jak się wędruje (podróżuje), to trzeba często sprawdzać na mapie kierunek i sens. Pytanie o cel jest bardzo przydatne. Pytanie o sens bycia w grupie społecznościowej jest więc jak najbardziej zasadne. Zatrzymać się co jakiś czas i pomyśleć, czy to dobra droga i  w dobrym kierunku idziemy. Zawsze przecież można zmienić drogę i kierunek wędrówki. A także sposób podróżowania.

Po co mi grupa SBRP na FB (uczestnictwo w niej i komunikacja)? Uczę się od nauczycieli nowych technik, nie tylko technologii i komunikacji (TiK) i nie tylko edukacji online. Może dlatego, że nauczycieli szkolnych jest więcej niż nauczycieli akademickich? A w liczniejszej grupie taki sam odsetek aktywnych i poszukujących stanowi większą grupę i przez to stanowi sprawczą masę krytyczną? Być może. W tej nauczycielskiej grupie znalazłem to, czego brakowało mi w środowisku akademickim (też już powstają takie społeczności uczące sie, lecz jest nas mniej). W każdym razie uczę się od nauczycieli bardzo dużo (choć teoretycznie powinno być odwrotnie - nowinki dydaktyczne powinny przepływać z uniwersytetu do szkół - od odkrycia do zastosowań praktycznych). Czerpię od nich pomysły i motywację, czerpię wiedzę o tym, co się dziele w polskiej i światowej edukacji. Mocno się inspiruję. I cenię sobie ich krytyczne uwagi. Nawet mocne słowa.

Teraz i w środowisku akademickim pojawiają się grupy i inicjatywy, zmierzające do poprawy dydaktyki, do znalezienia się w nowej rzeczywistości. Ale z tej Superbelferskiej grupy nie zrezygnuję, bo ciągle korzystam. Dzięki nim lepiej rozumiem to, co na prawdę dzieje się w edukacji i wiem do jakich sytuacji mam przygotowywać studentów - przyszłych nauczycieli i edukatorów w szerokim sensie. Poznaję lepiej realia polskiej szkoły i edukacji pozaszkolnej. Dowiaduję się czego i jak kształcić, bo uczestniczę w kształceniu nauczycieli. Moi studenci idą do szkoły. Chciałbym ich dobrze przygotować na to, co rzeczywiscie spotkają w pracy.

Z czego korzystam? Ze stawianych wyzwań i wezwań do wspólnych akcji i działań. W ten sposób uczę się w działaniu. Wypróbowuję a potem część pomysłów i doświadczenia wykorzystuję w dydaktyce akademickiej. A także w pracy z dziećmi szkolnymi. Bo i takie przygody czasem miewam. Uniwersytet otwarty ma szeroki krąg swoich "studentów".

Grupa mobilizuje mnie do aktywnego udziału w różnych konferencjach, tych stacjonarnych i tych online. Nawiązuję kontakty i współpracę z konkretnymi osobami. W różnych sytuacjach już to się przydało, np. w stworzeniu zespołu autorskiego przy pisaniu podręczników do biologii dla WSiP.

Ergo: korzystam z kontaktów, dyskusji, interakcji i współpracy. A także z tego, że mogę swoje pomysły pokazać jeszcze w wersji roboczej i poddać pod dyskusję. Bo tam jest kompetentne i życzliwe środowisko. Tam można dzielić się nie tylko sukcesami lecz i porażkami. Czyli błędami. Owocnie się z nimi błądzi i potyka (bo jak mawiał mój ulubiony śp. profesor - potknąć się można aby tylko nie upaść).

Dziękuję Superbelfrom z całej Polski, że są. I dalej chcę z nimi być i się rozwijać. To ważne w środowisku edukacyjnym, przecież ze swej istoty tak bardzo rozproszonym. Podobnie myślących edukacyjnie osób nie mam zbyt wiele w swoim otoczeniu. Takie grupy jak Superbelfrzy ratują mnie przed mentalną samotnością i zgorzknieniem. Do efektywnej pracy potrzebne jest poczucie wspólnoty. Bo czuję, że nie jestem sam w chęci zmian w edukacji i w trudnych poszukiwaniach.

To właśnie wśród Superbelfrów odważyłem się częściej przyznawać do własnych błędów. Przyznawanie się do tego, że "myliłem się" jest bardzo ważną kompetencją. Bez tej umiejętności brniemy w ślepe zaułki, w śmieszność a nawet czynimy wiele zła. Po wielokroć trwamy w złych wyborach, bo nie chcemy się nawet przed samymi sobą przyznać, że źle wybraliśmy, że źle coś nam się powiedziało czy zrobiło. Niedostrzeganie własnych błędów to złudne budowanie własnej wartości jako nieomylnego i zawsze właściwie wybierającego. To złudne i szkodliwe legitymizowanie błędnych złych wyborów. Lepiej jest zauważyć swój zły wybór i skorygować trasę wycieczki. Owszem, widzimy że część wysiłku zostało zmarnowane, ale przynajmniej dalej nie brniemy w złej podróży prze życie. Bo chcemy być konsekwentnie i boimy się przyznać do dawnych, błędnych wyborów.

25.08.2024

Czy będziemy musieli jeść owady?

Sałatka z larwami mącznika młynarka, maj 2024 r.
Przygotowana wspólnie ze studentkami w ramach wykładu.

Czasem spotkać możemy się z sensacyjnymi wiadomościami i protestami, że o to ktoś, na przykład ta niedobra Unia Europejska, będzie nas zmuszała do jedzenia owadów. Jeść takie robactwo? A feee, jak można do tego zmuszać? Ja tam nikogo nie zmuszam, sam spróbowałem i to razem ze studentami. Ich też nikt nie zmuszał, kto chciał to próbował. A wszyscy uczestniczyli w całym procesie przygotowania sałatki, pizzy i owsianych ciasteczek z larwami mącznika młynarka. W wielu kulturach ludzie na co dzień jedzą owady i to od samego początku naszej ludzkiej historii. 

Owoce morza czyli różne zwierzęta morskie, takie jak krewetki, homary, jeżowce, małże, ośmiornice itd., zjadamy chętnie i uważamy za dania luksusowe, zdrowe i smaczne. A jednocześnie w naszej lokalnej, polskiej kulturze raczej brzydzimy się owadami w pożywieniu. A czy ktoś nas zmusza do zjadania "robaków"? Nie zmusza nas do tego ani Unia Europejska ani żadni ekoterroryści. Jeśli już to zmusić do tego może nas sytuacja. Głód jest najlepszym kucharzem. Co prawda i tak nieświadomie jemy owady. To może być nawet co najmniej pół kilograma lub nawet półtora kilograma rocznie. I wcale nie dlatego, że w czasie jazdy rowerem wpadnie nam mucha lub komar do ust. Wraz z ziarnem zmielone mogą być owady i wtedy ich resztki znajdują się w pożywieniu. Także w pieczywie, chlebie naszym powszednim. A skoro mącznik młynarek bywa szkodnikiem magazynowym i żeruje na ziarnie, to z pewnością i tak każdy z nas już zjadał te owady.

Czy nasza dieta jest stała? Nie, na przestrzeni wieków się zmieniała i ciągle się zmienia. Jeszcze nie tak dawno dla naszych przodków ziemniak czy pomidor był czymś obcym i nieznanym. Mój dziadek wspominał, że jako mały chłopiec pojechał ze swoim ojcem na targ do Wilna, jabłka sprzedawać. I sobaczył u kogoś piękne, czerwone owoce. Bardzo chciał spróbować. Z zarobionych na jabłkach pieniędzy kupił jednego pomidora. Sprzedawca ostrzegał go, że może nie smakować, że trzeba najpierw z solą i pieprzem, żeby się przyzwyczaić. I rzeczywiście wtedy mojemu dziadkowi pięknie czerwono wyglądający owoc nie posmakował. A wiele lat później z chęcią i ze smakiem zjadał. Nawet bez pieprzu i bez soli. Nasze pomidory ciągle się zmieniają, wchodzą nowe odmiany, większość jest modyfikowana genetycznie by uzyskać cechy jak najbardziej korzystne dla... handlu. Na przykład by wolno dojrzewały i miały twardą skórkę. Bo to ułatwia transport i długie leżenie na sklepowych półkach. Najpewniej moje pomidory smakują inaczej, niż te sprzed kilkudziesięciu lat. Czy są smaczniejsze? To kwestia gustu i przyzwyczajeń.

Ale wróćmy do owadów. Jeszcze nie tak dawno w Polsce nie zwykliśmy jadać owoców morza, czyli różnego morskiego "robactwa". A teraz z ochotą zjadamy nie tylko krewetki ale i inne dziwne zwierzęta z dalekich mórz, jakieś omułki, ostrygi, przegrzebki choć w naszych wodach mamy takie małżę jak skójki i szczeżuje. Ale raki to jedliśmy traktując nawet jako rarytasy. Teraz w naszych wodach królują raki pręgowane i niezbyt chętnie je zjadamy, mimo że są tylko niewiele mniejsze od tych szlachetnych. Dlaczego? Bo są nowe w naszym krajobrazie kulturowym i kulinarnym?

Jaka sytuacja może nas zmusić do jedzenia owadów świadomie i na dużą skalę? Zmusić nas mogą zmiany klimatu i coraz liczniejsza populacja ludzka. Jest już nas na Ziemi ponad 8 miliardów. Zmusić nas może czas i nowe mody kulinarne.

Po raz pierwszym bardzo zmieniliśmy swoją dietę, gdy ludzkość porzuciła łowiecko-zbieraczy tryb życia i przeszła na osiadły, rolniczy sposób zdobywania pożywienia. Stało się to niezależnie od siebie w kilku miejscach na Ziemi. A wiec bardziej jakaś ogólna prawidłowość niż przypadek. Zmusiły nas do tego zmiany klimatu, zwiększenie liczebności populacji ludzkiej i wyczerpywanie się zasobów pożywienia. Początkowo rolnictwo dawało gorszej jakości żywność a w licznych społecznościach szybko roznosiły się choroby. Można powiedzieć, że rolnikom żyło się gorzej, co można zaobserwować po ich kościach - byli mniejsi i bardziej schorowaniu w porównaniu do współczesnych im  łowców-zbieraczy. Niemniej rolnictwo umożliwiało utrzymanie się nawet 10 razy liczniejszej populacji na tym samym obszarze, w porównaniu do łowców-zbieraczy. Przez ostatnie 10 tysięcy lat systematycznie udomawialiśmy kolejne zwierzęta i kolejne gatunki roślin. I sukcesywnie odchodziliśmy od zbieractwa i łowiectwa na rzecz hodowli i rolnictwa. Maleńkie relikty pozostały w formie grzybobrania, polowań na zwierzynę czy zbierania ziół.  Nauczyliśmy się nawet pić mleko w wieku dorosłym, co było i dla wielu jeszcze jest, bardzo niezdrowe.

W naszej historii ciągle wzbogacaliśmy naszą dietę. Gdy jedne źródła się wyczerpywały to znajdowaliśmy nowe a nasza dieta i przyzwyczajenia kulinarne nieustannie się zmieniały. Więc to, że teraz wiele osób z obrzydzeniem patrzy na owady w pokarmie, wcale nie znaczy, że za kilka dziesięcioleci nie będziemy się nimi zajadali. Ze smakiem.

Gusty i smaki kulinarne kształtują się w pierwszych latach ludzkiego życia, tak około do 7. lat. To w wieku dziecięcym, naśladując starszych, możemy rozsmakować się w tak dziwnych potrawach jak zupa z krwi czyli czarnina, kiszone ogórki czy kiszona kapusta. Przecież w wielu kulturach ludzie na te potrawy patrzą z obrzydzeniem! A my się zajadamy ze smakiem.

Dlaczego mielibyśmy jeść owady a nie wieprzowinę czy wołowinę? Do wyprodukowania jednego kilograma białka owadziego potrzeba znacznie mniej wody i paszy niż do takiego samego kilograma wołowiny czy wieprzowiny. Wraz z ociepleniem klimatu coraz bardziej odczuwamy deficyty wody, także dla rolnictwa. Wołowina stanie się bardzo drogim luksusem. A owady możemy hodować nawet u siebie w domu, w specjalnych pojemnikach, tak jak teraz uprawiamy szczypiorek, pietruszkę czy inne zioła na okiennym parapecie. Domowe owady karmić możemy resztkami ze stołu. Takie miejskie rolnictwo. Owad to nie świnia czy krowa, zmieści się w domu na szafce kuchennej.

Owady zjadać możemy w różnej postaci. Także w postaci zmielonej mączki, dodawanej do różnych innych produktów. Czego oczy nie zobaczą to i serce a raczej żołądek nie zaboli. A czyż obecnie parówki czy inne wędliny składają się tylko z mięsa? Wiecie ile procent mięsa jest w konserwie mięsnej? Sprawdźcie przy najbliższej wizycie w sklepie. Zdziwicie się.

Alternatywą dla zjadania owadów może być wegetarianizm. Bo produkcja tradycyjnego mięsa dla licznej populacji ludzkiej i w dobie ocieplenia klimatu będzie coraz bardziej ekskluzywna. Sami sobie stworzyliśmy tę sytuację.

Jedną z konsekwencji ocieplenia klimatu będzie… świerszcz na śniadanie i mącznik młynarek na obiad. A jak nie smakuje to na pewno wina kucharza.


Tekstowa, zmieniona i poszerzona wersja radiowego felietonu w Radiu Olsztyn. Tłumaczymy świat. Felieton o owadach wyemitowany został w dniu 21 sierpnia 2024 r,

Wszystkie nagrania archiwalne dostępne są na stronie Radia Olsztyn: https://radioolsztyn.pl/tlumaczymy-swiat-felietony-w-radiu-olsztyn-2/01769627