8.10.2025

O przyczynach kiepskich prezentacji akademickich



W pewnym sensie Sokrates miał rację. Przez pismo coś zyskaliśmy ale i coś straciliśmy. Teraz jest podobnie z technologią i AI, zapewne też coś zyskamy i coś stracimy. Główną tezą niniejszego tekstu jest to, że kultura pisma w części zabiła sztukę prezentacji i wystąpień ustnych. Miał więc rację Sokrates, choć w nieco innym aspekcie.

Od lat zadziwia nie często spotykane wystąpienia ustne na niskim poziomie technicznym (prezentacyjnym, niezależnie od wartości merytorycznej). Spotykam je w życiu biznesowym, akademickim i kulturalnym. Szukam głębszej przyczyny. Oczywiście, jest wiele znakomitych wykładów, referatów konferencyjnych i webinariów. Sam takich wielokrotnie doświadczyłem i wysłuchałem. Ale jest jeszcze więcej byle jakich, nudnych, oderwanych o tu i teraz. Skąd to się bierze, zwłaszcza w środowisku akademickim? Dlaczego są mistrzowie i partacze i to w takich właśnie proporcjach? Może w średniowieczu wśród szewców, krawców, kołodziejów też tak było? Po prostu rozkład normalny znakomitych, przeciętnych i byle jakich?  Przecież środowisko akademickie, gdzie chlebem codziennym są wykłady dla studentów i referaty na konferencjach, powinno sztukę prezentacji mieć w jednym palcu. A nie ma. Dlaczego? Wiele lat się nad tym zastanawiałem, sam uczyłem się wystąpień publicznych i sztuki wykładania, nawet uczyłem studentów sztuki prezentacji ustnych. Jest wiele dobrych poradników pisanych przed samych wykładowców akademickich, pokazujących jak to robić, stworzonych na bazie ich własnego doświadczenia. Czyli ta wiedza i umiejętności są w samym środowisku naukowców i uniwersyteckich wykładowców. Od nich się uczyłem. Ale w zasadzie pozaformalnie, dodatkowo, w domu, pozalekcyjnie. Brakowało i brakuje kursów uczelnianych, dedykowanych rozwojowi tej umiejętność. A często jak już są, to nauczają osoby, które same nie najlepiej tę sztukę opanowały… Dlaczego tak jest? Szukam przyczyny od wielu lat. Ostatnio doszedłem do wniosku, że główną przyczyna jest zakorzeniona w nas kultura piśmienna.

Moje refleksje na temat kultury pisma w połączeniu z autorytaryzmem dydaktycznym oraz kontraście między wykładami kursowymi a autentycznymi badaniami układają się w krytyczny obraz problemów w komunikacji akademickiej. I o tym opowiem w niniejszym tekście (pisanym a więc paradoksalnie mocno zakorzenionym w kulturze pisma a nie oralności).

Tezą, którą stawiam jest to, że "kultura pisma zabiła sztukę prezentacji i wystąpień ustnych". Środowisko akademickie jest nastawione na tekst, publikację i recenzowany artykuł – na "papier". To opus magnum naukowca, będące namacalnym dowodem jego pracy i podstawą awansu. Liczy się tylko to, co napisane i opublikowane, bo można to wykazać w dorobku, podać dane bibliograficzne, tytuł czasopisma, liczbę stron, indeks cytowań. Liczy się rzeczywistość papierowa, opublikowana (utrwalona w piśmie) bo łatwo ją policzyć, zmierzyć i opunktować. A więc ocenić liczbowo.

W nawiązaniu do dawnej kultury można stwierdzić, że mamy tryumf logosu pisanego nad ethosem i pathosem wystąpienia ustnego. W tym kontekście, wystąpienie publiczne (wykład, prezentacja konferencyjna) jest często traktowane jako drugorzędny dodatek, jedynie ilustrujący tekst, który już został napisany. To odwrócenie platońskiego porządku, w którym debata i dialog miały przewagę.

Sokrates, bardzo krytycznie odnosił się do pisma jako nośnika, który osłabia pamięć i uniemożliwia dialog. Choć my polegamy na piśmie, to ten sam mechanizm braku interakcji dotyka nowoczesnych wykładów. Wykładowca, czytający gęsty od trudnych terminów tekst ze slajdu (będący często de facto przepisanym akapitem z artykułu), symuluje dialog i nie angażuje słuchacza. Przecież ten tekst słuchacz-czytelnik może przeczytać samodzielnie i to we własnym tempie. Dialog przez pismo odbywa się w samotności: w samotności się czyta, potem pisze polemiki i publikuje. Jest rozdźwięk między czasem i miejscem. Dialog przez pismo trwa znacznie dłużej. Jego niewątpliwą wartością jest dłuższy namysł i możliwość doszlifowania i poprawiania swojej linearnej wypowiedzi. Ale wadą jest brak bezpośredniego kontaktu i dynamiki dialogu.

Powinniśmy oczekiwać, że wykładowcy akademiccy będą mistrzami w prezentowaniu, gdyż jest to ich chleb powszedni. Rzeczywistość jest inna, a przyczyną jest systemowa dewaluacja ustnych (bezpośrednich) umiejętności komunikacyjnych. Być może zmieni to rodząca się kultura postpiśmienności. Obecnie jednak papier jest jeszcze ważniejsze niż występ. Na przykład brak jest już wykładu habilitacyjnego w ścieżce awansu akademickiego. W pełni zastąpiony został oceną "papierów", nawet w zakresie upowszechniania i popularyzacji wiedzy (np. może być wykaz ustnych wystąpień popularyzatorskich ale nie namacalny przykład takiego wystąpienie tu i teraz). Jest to symboliczne wyrażenie trendu, o którym piszę. System awansu nagradza ilość i jakość publikacji, niemal ignorując zdolność do przekazywania tej wiedzy w sposób angażujący. Skoro kryterium awansu to artykuły, a nie dydaktyka, naturalną koleją rzeczy jest inwestowanie czasu w pisanie, a nie w projektowanie prezentacji czy szkolenie głosu lub scenariusza wystąpienia (krótkiego lub długiego i dostosowanego do konkretnych słuchaczy w kontekście konkretnego miejsca i czasu).

Jeśli w środowisku akademickim nie ma mechanizmów rzetelnej oceny i weryfikacji umiejętności prezentacyjnych (poza ogólnymi ankietami studenckimi), to tolerowane jest "partactwo" kosztem solidności i mistrzostwa. Wykładowca, nawet jeśli jest wybitnym naukowcem, ale słabym prezenterem 9mówca, performerem), wciąż osiągnie sukces w karierze, ponieważ jego "rzemiosło" (pisanie) jest wyżej cenione. Zwyczajowe naśladowanie rytuału – wychodzenia na mównicę i mówienia ( nawet w nudny sposób) staje się normą, a nie wyjątkiem. A przecież w wystąpieniu ustnym nie chodzi o samo tylko mówienie. Chodzi o mówienie do ludzi a nie tylko w ich obecności.

Ostatni, ale równie ważny aspekt to psychologia relacji władzy w sali wykładowej. Zastanawiam się czy autorytaryzm liderów przenosi się na formę wykładów akademickich. Odpowiedź wydaje się twierdząca, choć jest to często nieuświadomiony autorytaryzm strukturalny. Długie przemówienia i brak empatii to monolog, ignorujący feedback publiczności. Jest to metoda charakterystyczna dla przywódców, którzy przekładają swoje przesłanie nad komfort i zaangażowanie odbiorców. W warunkach akademickich, może to wynikać z głębokiej asymetrii władzy i wiedzy. Wykładowca jest (a w zasadzie był) ekspertem i autorytetem, a studenci są "słuchającymi poddanymi". Taki prelegent delektuje się słowem (własnym wywodem), a nie efektem (zrozumieniem i zaangażowaniem). Konektywny dostęp do skumulowanej ludzkiej wiedzy powoli wywraca tę zależność. Stajemy się nauczniami i projekczycielami w obliczu głęboko i szybko zachodzących zmian. Nawet eksperci ciągle muszą się uczyć i są na tym samym poziomie znajomości (nieznajomości) wielu aspektów naszej rzeczywistości co i studenci.

Stół prezydialny, jakże często obecny na sali wykładowej, jest w swojej istocie barierą symboliczną i fizyczną. Zamiast zachęcać do dialogu (jak np. w sali warsztatowej lub wystąpieniach typu TEDx), stół ten cementuje dystans, separuje eksperta od reszty i formalizuje autorytet, nawet gdy jego formuła nie jest wykorzystywana. Jest to relikt przeszłości, który utrudnia ruch, kontakt wzrokowy i interakcję, zmuszając do statycznej, frontalnej prezentacji.

Staram się wykazać, że kiepskie prezentacje akademickie nie są efektem złej woli, lecz skutkiem logicznego działania systemu kultury piśmiennej. Jest to wynik splotu kulturowego priorytetu pisma nad mową, systemowego braku weryfikacji i nagradzania umiejętności dydaktycznych oraz nieuświadomionego autorytaryzmu, utrwalonego przez architekturę i relacje władzy. Aby poprawić jakość wystąpień, środowisko akademickie musi zacząć cenić sztukę przekazu równie wysoko, jak wartość samej treści. Częściowo powrócić do kultury oralnej i cenić nie tylko pismo jako takie. Być może, w czasach nastającej kultury po piśmie coś takiego będziemy mogli obserwować. W pewnym sensie powróci kultura oralna lecz w nowej, technologicznej formie. Bo nigdy nie wchodzi się do tej samej wody w rzece.

Pora na refleksje na temat celu i sensu oraz roli technologii, które stanowią uzupełnienie powyższej analizy. Rozwińmy te punkty, koncentrując się na problemie powierzchownego naśladownictwa rytuału i przestarzałego modelu transmisji wiedzy. Głównym problemem wielu kiepskich wykładów jest brak zastanawiania się nad celem i sensem wypowiedzi. Prelegenci, zwłaszcza ci obarczeni rutyną, często wpadają w pułapkę powierzchownego naśladowania rytuału (też tak miewam). Wychodzą na scenę, bo "tak trzeba", nie zadając sobie elementarnego pytania: "po co to mówię?" lub "co konkretnie ma wynieść słuchacz?" W ich ślady idą młodzi, bezrefleksyjnie naśladując sam rytuał i nie zastanawiają się nad sensem i celem, nie zastanawiają się nad efektem u odbiory.

Wykład staje się jedynie transakcją proceduralną – zaliczeniem wymaganej liczby godzin dydaktycznych lub "punktu" na konferencji. Jeśli jedynym celem jest "przekazanie" materiału (a nie upewnienie się, że został on zrozumiany), prowadzi to do prezentacji typu karaoke – bezosobowego odczytywania tekstu z ekranu. Szczególnym przypadkiem, o jakim słyszałem to wykładowca, który wyświetlał tekst na ekranie, a studenci w milczeniu przepisywali zawartość. Obrazek niczym ze średniowiecznego klasztoru, gdy ręcznie przepisywano księgi. Jaki jest sens takiego „wykładu”, spóźnionego o kilkaset lat? Wykładowca nawet nie czyta (może i dobrze, bo studentom łatwiej w swoim tempie przepisywać tekst z ekranu?). Po co oni siedzą wspólnie w jednej sali? Budują jakieś relacje?

Podobnie z wykładem karaoke niczym w społecznej akcji „cała Polska czyta dzieciom” w wersji: „cały uniwersytet czyta studentom”? Bo jak rozliczyć godziny i wymierzyć pracę twórczą wykładowcy? Godziny wykładów są wymierne, sąd sprawdzanie listy obecności i zaczynanie od "dzwonka do dzwonka", niczym w szkole. I to w rzeczywistości, gdy nie tylko można coś wydrukować na biurowej drukarce i powielić na kserokopiarce, ale odesłać do biblioteki tradycyjnej i wirtualnej bo podręczników i skryptów akademickich jest już bardzo dużo. Co więcej, dzięki powszechnej technologii komputerowej i internetowej można najnowszy dokument rozesłać studentom w pliku. Szybko i łatwo. Czy taki wykładowca przez kilka lat czytający lub pokazujący tekst ("tego nigdzie nie znajdziecie!") nie wie, że istnieją takie serwisy jak ściaga.pl, chomik.pl i wiele innych, często prywatnych repozytoriów udostępniania notatek? A teraz jest jeszcze sztuczna inteligencja w telefonie. Może lepiej zachęcić studentów by na podstawie notatek napisali i potem upublicznili skrypt? Przecież tak rodziły się te wydawnictwa uczelniane - z ręcznych notatek studentów, tworzonych na wykładach..

Dziś, w dobie łatwego dostępu do informacji (technologia) i materializowania się kultury postpiśmiennej, dawne wystąpienia typu karaoke tracą sens jeszcze bardziej. Kiedyś rola wykładowcy polegała na byciu nośnikiem informacji. Dziś fakty i dane są dostępne w telefonie. Jeżeli wykładowca jedynie oma­wia slajdy lub czyta zagadnienia, jego wartość dodana jest minimalna. Studenci powinni być uczeni nie jak czytać slajd, ale jak stworzyć wystąpienie, które ma sens i cel, angażuje i interpretuje, a nie tylko duplikuje wiedzę. Czyli jak mówić do ludzi (a nie jedynie w ich obecności).

Transmisja wiedzy i podawanie faktów z ambony (mównicy) to model przestarzały. Czy fakty i informacja nabierają wartości tylko dlatego, że zostały podane z mównicy? Nie. Ich wartość zależy od kontekstu i interpretacji, którą dostarcza ekspert oraz od aktywności publiczności, czyli skłonienia jej do myślenia i przetwarzania tych informacji. Jeśli referat prelegenta jest nudny i sala szepcze, oznacza to, że cel nie został osiągnięty. Zamiast budować więź i angażować, prowadzący musi walczyć o uwagę.

Dostrzeżenie zjawiska "strażnika wiedzy tajemnej" jest kluczowe dla zrozumienia autorytaryzmu dydaktycznego. Wiele wykładów (referatów) jest prowadzonych tak, jakby prelegent mówił: "Widziałem dokument (książkę, publikację) i teraz wam opowiem, co jest w środku. Podaję tajną wiedzę, bo wy nie macie dostępu do tego dokumentu." Ten model, historycznie uzasadniony brakiem bibliotek i kosztami druku, dziś jest anachronizmem. Wykładowca, przyjmując rolę jedynego posiadacza klucza do tajemnic, umacnia swoją pozycję, ale sabotuje misję edukacyjną. Nie chodzi o to, by maskować dostęp do wiedzy, lecz by nauczyć, jak ją interpretować i stosować.

Kiedy sala szepcze (oznaka znudzenia i braku uwagi, rozproszenia, czasem zmęczenia), niektórzy wykładowcy, zamiast zrewidować metodę, mogą podświadomie dążyć do zastraszenia, aby "byli cicho i by było wrażenie, że jest się słuchanym". To kolejna forma autorytarnej ucieczki od odpowiedzialności za efektywność przekazu. Zamiast empatycznego przywództwa, mamy do czynienia z wymuszonym posłuszeństwem.

Kiepskie prezentacje akademickie są zatem produktem systemu, który: 1. Dewaluuje sztukę retoryki na rzecz pisma, 2. Ignoruje potrzebę ciągłego doskonalenia dydaktycznego, 3. Utrwala architekturę i mentalność sprzyjającą monologowi i dystansowi, 4. Nie wymaga refleksji nad celem wystąpienia, co prowadzi do powierzchownego naśladowania rytuału i nieefektywnej transmisji łatwo dostępnej wiedzy.

Prawdziwa zmiana wymaga od środowiska akademickiego przejścia od modelu "ja mówię, wy słuchacie" do modelu "pomagam wam zrozumieć i myśleć". Jest to proces, który wymaga nie tylko szkoleń, ale przede wszystkim systemowej weryfikacji i nagradzania dydaktyki równie mocno, jak badań naukowych. Wiem, że to trudne bo sam mam z tym problemy. Niby deklaratywnie aprobuję ale z wdrożeniem na sali wykładowej mam spore trudności i szybko wpadam w stare, utrwalone koleiny rytuałów wykładowych. Muszę ciągle przypominać sobie wartości, które przyjąłem i zaakceptowałem. Zmiana wymaga nieustannego wysiłku i ciągłego ponawiania prób.

c.d.n.

P.S. Moja popularyzacja nauki zaczęła sie od... pisma. Najpierw pisałem artykuły popularnonaukowe do różnych czasopism (papierowych). Dopiero potem odkryłem wagę wystąpień ustnych. Zaczęło się to wtedy, gdy dostałem do realizacji nowy przedmiot "proseminarium". A było to wiele lat temu jeszcze na WSP. Sięgnąłem do  wartościowe książki i... odkryłem, że można mówienia się nauczyć. Tak jak jazdy na rowerze. A potem już świadomie szukałem szkoleń, książek i dyskusji o sztuce wykładów mówionych, jako jednej z form komunikacji naukowej. I tak w tej podróży jestem już ponad 30 lat.

7.10.2025

O turystyce w miejsca nieoczywiste - piękno i edukacja na własnych zasadach

Warmińska wioska Kruzy, miejsce jakich wiele, troskliwie udekorowanych przez mieszkańców. Jak tam trafić? Nie powiem, sami poszukajcie drogi pociągiem, pieszo lub rowerem. Albo tylko na Google mapie.


Ostatnio dużo podróżuję, blisko i daleko. Z wakacyjnych wojaży w pamięci pozostały mi dwa miejsca niewątpliwie piękne. Mała, górska wioska we Francji i duże miasto w Polsce. O kilku innych, pięknych miejscach niedawno odwiedzonych przemilczę, niech pozostaną tajemnicą. Ale ważniejsze od tych podróży są refleksje, jakie zagościły w mojej głowie. A jesień jest dobrą porą na nostalgiczne rozważania. Będzie także na koniec wniosek, odnoszący się do edukacji.

Podróżowanie to dla wielu z nas stały element życia, poszukiwanie wytchnienia, wiedzy, a przede wszystkim – piękna i wrażeń. Jednak czy każdy sposób podróżowania prowadzi do autentycznego odkrycia? Czy piękne miejsca, gdy stają się łatwo dostępne i modne, nie tracą czegoś bezpowrotnie w zderzeniu z masową turystyką? Moje niedawne doświadczenia, porównanie urokliwego, lecz ukrytego francuskiego Gargilesse z tętniącym życiem, polskim Lublinem, skłaniają mnie do głębokiej refleksji nad esencją podróży i ceną prawdziwego piękna.

Gargilesse (byłem tu drugi raz w życiu), niewielka wioska w sercu Francji, jawi się jako raj dla artystów i ludzi otwartych na piękno krajobrazu i wiejskiej architektury. To miejsce przesiąknięte historią impresjonistów, ulubione niegdyś przez pisarkę George Sand. Wciąż modne w pewnych, artystycznych kręgach, zachowało jednak swoją kameralność i ciszę. Dlaczego? Bo Gargilesse jest pięknem, które wymaga cnoty wysiłku. Dojazd tutaj to nie jest kwestia szybkiego lotu i wygodnej autostrady. To podróż, która odsiewa. Jest bardziej odległa, wymaga więcej planowania, przesiadek, być może nawet pokonania kilku kilometrów pieszo lub na rowerze. Ten włożony trud działa jak naturalny filtr. Po drodze odpadają ci, którzy szukają natychmiastowej gratyfikacji, najłatwiejszej drogi, czy po prostu kolejnego "zaliczonego" punktu na liście. Docierają nieliczni, a z nimi przybywa szacunek dla miejsca, którego zdobycie kosztowało czas, energię i zaangażowanie. Jaj, ja zwolennik transportu publicznego tam dotarłem? Do Francji samolotem (choć czekam do połączenie kolejowe), potem pociągiem, a potem zostałem podwieziony samochodem, przez francuskiego przyjaciela. Bo podróż to przyjemność spotykania ludzi i czas na poznawanie ich kultury, to czas rozmów.

To w Gargilesse doświadczyłem, że piękno lepiej smakuje, gdy jest poprzedzone podróżą jako długą "grą wstępną". Widok starych kamiennych domów, spokój nad rzeką Creuse, czy atmosfera małych galerii stają się nagrodą. Doceniamy to, co przyszło z wysiłkiem, wkładamy w to miejsce cząstkę siebie. W takiej atmosferze tłum nie zabija klimatu, a stragany z plastikową, tanią tandetą po prostu nie mają racji bytu. Jest piękno unikalnego autentyzmu i lokalności.

Zupełnie inny obraz jawi się w Lublinie (odwiedziłem to miasto kolejny raz). To miasto bezsprzecznie piękne, bogate kulturowo, z urokliwą Starówką i niezwykłą historią oraz pięknymi dworcami (stary kolejowy i nowy autobusowy). Jest jednak znacznie łatwiej dostępne i w rezultacie – przepełnione.

Piękno Lublina, jego kulturowe bogactwo, stało się jego największą atrakcją, a to z kolei przyciągnęło masową falę turystów. Sprzyja temu także pobliskie lotnisko. To jest moment, w którym pojawiają się negatywy. W ciągu dnia Lublin wchłania turystów, ale wieczorem, zwłaszcza w weekendy, staje się ofiarą własnego sukcesu. Pojawia się to, co roboczo nazywam "stonką turystyczną": hałas, tłumy na ulicy, zatłoczone lokale, a przede wszystkim – spłycenie doświadczenia. Autentyczność ustępuje miejsca komercji, a zamiast refleksyjnego spaceru, odbywa się szybki marsz od selfie do baru. Trzeba wysiłku by wyłowić cudne i urokliwe piękno. Czasem trzeba wstać o poranku, gdy miasto dopiero się budzi, zajrzeć w nieodwiedzane bramy, poszukać dyskretnych detali, opowiadających dawna i współczesną historię miasta.

To nie wina Lublina. To paradoks piękna w epoce łatwego dostępu. Kiedy pionierzy odkryją urok miejsca, informacja rozchodzi się błyskawicznie, a za nimi, niczym niepowstrzymana siła, podąża masowa turystyka. Rodzi się pytanie, jak chronić piękno przed jego własną popularnością?

Te kontrasty prowadzą do najważniejszej refleksji: prawdziwa podróż odbywa się w nas samych. Nie ma znaczenia, czy pokonaliśmy tysiące kilometrów do Gargilesse, czy sto do Lublina. Czy tylko kilkanaście do warmińskiej wsi. Ważne, by podróż była długa i z wysiłkiem, niekoniecznie fizycznym, ale przede wszystkim wewnętrznym. Tym wysiłkiem może być świadoma rezygnacja, pogłebiona obecność i wewnętrzna praca. Jak to osiągnąć? Przez wybór mniej utartej ścieżki, rezygnację z wygody, poszukiwanie lokalnych, a nie globalnych sieci znaczeń i kontekstów. Tym wysiłkiem jest też czas spędzony na kontemplacji, a nie na kompulsywnym fotografowaniu i udostępnianiu. Na przykład w czasie oczekiwania na pociąg, autobus, na miejskim dworcu czy na malowanym, warmińskim przystanku. W końcu to również otwartość na spotkanie z drugim człowiekiem, na jego opowieść i na własne przemiany. Tylko wtedy w pełni docenimy widok, spotkanie, ciszę. Docenimy to, co zobaczymy i czego doświadczymy, bo zasłużyliśmy na to własnym zaangażowaniem, a nie tylko zakupem biletu.

Może więc nie powinniśmy głośno pisać i mówić o tym, jak gdzieś jest pięknie? Może piękno powinno pozostać tajemnicą dostępną dla nielicznych – nie z powodu elitaryzmu, ale z powodu szacunku dla autentyczności? Prawdziwe odkrycie nie polega na dotarciu do celu, ale na transformacji, która zachodzi w drodze do niego. Piękno, które wymaga od nas wysiłku, z pewnością przetrwa dłużej – zarówno w krajobrazie, jak i w naszej pamięci.

Ostatecznie, refleksje po tych podróżach, tych cichych i tych tłocznych, sprowadzają się do jednej kluczowej myśli: wakacje to czas na edukację bez ocen. To najlepsza forma edukacji pozaformalnej i w pełni domowej, rodzinnej (wszak do wychowania jednego dziecka trzeba całej wioski). Podróżowanie, zwłaszcza w miejsca, które wymagają wysiłku lub oferują unikalną perspektywę, staje się doskonałą lekcją historii, przyrody, geografii, kultury, etnografii i wrażliwości. Co jednak jest kluczowe, by ta edukacja się powiodła, szczególnie w kontekście rodzinnym? Rodzic musi mieć i pielęgnować dwa unikalne i cenne zasoby: czas i ciekawość (tego nie da się kupić jak biletu do kina czy wesołego miasteczka).

Czas. Nie tylko czas urlopu, ale czas na bycie obecnym – na wspólne błądzenie, na spokojną obserwację, na odpowiadanie na pytania, które rodzą się w chwili i miejscu, a nie w szkolnej ławce. Na stawianie pytań, za własne zaciekawienie i zachwyt. Ciekawość. To jest siła napędowa. Rodzic, który sam jest ciekawy historii mijanego zamku, smaku nieznanej potrawy, czy powodu, dla którego francuska wioska Gargilesse zachowała swój spokój, a w lubelskiej Mandragorze można zjeść koszerne danie, uczy dziecko doceniania procesu odkrywania. Uczy, że świat jest niekończącą się salą wykładową, a prawdziwe nagrody czekają na tych, którzy zadają pytania.

Piękno podróży, to kameralne z Gargilesse czy to historyczne z Lublina, jest tylko tłem. Prawdziwa wartość tkwi w tych momentach wspólnego wysiłku i odkrycia, które budują więź i rozwijają ciekawość. To są wakacje, które zostają z nami na zawsze, bo nauka nie polegała na przyswajaniu dat, ale na przyswajaniu świata – z jego pięknem, paradoksami i wymogiem włożenia w nie cząstki siebie.

A Ty, Drogi Czytelniku, jakie piękno cenisz bardziej – to na wyciągnięcie ręki, czy to, które trzeba sobie „zasłużyć”? Jak wykorzystujesz wakacje na tę „edukację bez ocen”? Podzielisz się swoimi przemyśleniami?

6.10.2025

Krowa na pastwisku a sprawa recyklingu, śmiecenia i kaucjonowania butelek




Z wakacji w dzieciństwie pamiętam krowy pasące się na pastwiskach. I łąkę usianą krowimi plackami. W naturalnym i dobrym odruchu krowy nie jedzą trawy w bezpośrednim otoczeniu swoich placków. Można powiedzieć, że same sobie niszczą „talerz z obiadem”. Krowa się wypróżnia tam gdzie stoi, często brudząc sobie nawet swoje własne nogi. A człowiek? Wyruszmy w podróż na sielskie polskie pastwisko. Mamy tam krowę, istotę, której metabolizm napędza polską mleczarnię i przemysł mleczarski. Krowa jest uosobieniem spokojnej, biologicznej wydajności. Problem pojawia się, gdy krowa dokonuje... depozytu odpadowego.

Jak doskonale wiemy, krowa jest absolutnie bezkompromisowa w kwestii higieny żywienia: tam, gdzie stoi i dokona "kupowego deponowania", tam trawa przestaje dla niej istnieć. W rezultacie, wokół każdego krowiego placka, tworzy się małe, zielone koło „niejadliwości i jałowości pokarmowej”. Trawa tam rośnie, ale krowa jej nie zje. Potencjalna pasza marnuje się, bo krowa, choć proste bydle, ma wysoki standard czystości paszy. Unika w ten sposób pasożytów, tak jak każde inne zwierzę.

A teraz spójrzmy na Homo sapiens, istotę rzekomo rozumną. Czy my, w naszych lasach, parkach i na poboczach dróg, jesteśmy w istocie krowami z zaawansowaną technologią pakowania? Puszka po piwie, butelka PET, plastikowa słomka, a nawet ta przeklęta, luźna nakrętka – to nasze "ludzkie placki". Z tą różnicą, że o ile krowi nawóz jest organiczny i w końcu użyźni ziemię (działając jako naturalny recykling, choć czasowo niepożądany przez samą krowę), o tyle nasz plastik zostanie z nami na długie lata. I nawet trafi na nasz talerz obiadowy w formie mikroplastiku. Zaśmiecona plaża nad jeziorem, zaśmiecony las wywołuje dyskomfort i mniej chętnie tam przebywamy. Walające się śmieci odstraszają nas od konsumpcji piękna, tak jak krowie placki skubania trawy przez bohaterkę niniejszej satyry.

Leśny spacerowicz, popkulturowy turysta tam, gdzie stanie, tam rzuca swoje śmieci, element gospodarczego metabolizmu. Dokładnie tak jak krowa, która nie zabierze swojego placka dalej, tak i człowiek rzadko chce nieść pustą butelkę parę metrów do kosza, albo – o zgrozo – zabrać ją ze sobą do domu. Bo wiadomo, w lesie koszy na śmieci nie ma... Pełne usprawiedliwienie?

Krowa marnuje trawę wokół swojej kupy. Człowiek marnuje czystość ekosystemu. Porzucona butelka staje się centrum zanieczyszczenia wizualnego, chemicznego i mikroplastikowego. Krowa tworzy małe koło marnotrawstwa, my tworzymy globalne koło cywilizacyjnej hańby. Krowa nie zdaje sobie sprawy, że marnuje paszę. Ale my? My mamy kaucje, mamy segregację, mamy naukową wiedzę o rozkładzie plastiku, a i tak zachowujemy się, jakbyśmy mieli IQ na poziomie krowy z zatwardzeniem. Przynajmniej część z nas, ludzi nominalnie rozumnych.

Pora na wniosek, a będzie on satyryczny (jak i cały niniejszy tekst). Człowiek jest gorszy od krowy! Krowa, mimo wszystko, produkuje organiczny nawóz, który w końcu jest pożyteczny. Człowiek produkuje plastikowe odpady, które po 500 latach rozpadną się na mikroplastikowe cząsteczki, a i tak zostaną z nami na zawsze, zatruwając wodę i... pewnie wrócą na pastwisko, do trawy, którą potem zje kolejna krowa. A finalnie my sami. Paradoksalnie, nasz "postępowy" gatunek, zamiast uczyć się od natury, woli zachować się jak najbardziej nieekonomiczny i brudzący element tego pastwiska. Może powinniśmy wprowadzić kaucję na... ludzi w lesie? Albo opłaty za korzystanie z parku, lasu, czy jeziornej plaży? Byłyby przynajmniej środki na pokrycie kosztów sprzątania.

Idziesz do pięknego polskiego lasu. Niesiesz ze sobą plecak, a w nim pełną butelkę gazowanej wody lub innego płynu. Po wypiciu orzeźwiającego napoju, butelka staje się lżejsza. To prosta fizyka, prawda? Tymczasem, przeciętny nie tylko polski turysta, zamiast poczuć lekkość i chęć zabrania ze sobą pustego opakowania, podejmuje decyzję, która przeczy prawom logiki: porzuca butelkę w leśnym runie lub jeziornej toni. Pytanie brzmi: czy ta pusta butelka, tylko dlatego, że znalazła się w lesie, stała się magicznie cięższa? To leśne demony, swoją magią zmieniają lokalnie prawa fizyki? Czy może obrosła niewidzialnym pyłem populistycznej kontestacji i stała się niemożliwa do udźwignięcia? To zjawisko, które nazwijmy "paradoksem beztroski opakowaniowej", doprowadziło nas do miejsca, w którym musimy się uciekać do desperackich środków – jak na przykład... kaucja lub nakrętka na stałe przytwierdzona do butelki.

Zbliża się wielki moment — w Polsce wchodzi system kaucjonowania butelek! A wraz z nim, odzywają się głosy przerażenia. Internauci alarmują: "Ja nie mam miejsca na trzymanie tego w domu!" Pozwólcie, że wtrącę tu małą dygresję z zakresu kuchennej matematyki stosowanej. Kupujesz sześciopak wody w zgrzewce. Wypełnione butelki zajmują pewną objętość . Wypijasz wodę. Puste butelki (jeśli ich nie zgnieciesz) nadal zajmują dokładnie tę samą objętość. Pytanie retoryczne, ale satyryczne: czy po opróżnieniu zgrzewka butelek magicznie rozpręża się, zwiększając swoją objętość dziesięciokrotnie i powodując eksmisję z mieszkania? Ciężar nie do udźwignięcia dla prawomyślnego mieszkańca Ziemi? Nie. Wręcz przeciwnie, stają się lżejsze i łatwiejsze do składowania. I tu dochodzimy do sedna absurdu: jak to jest, że idąc do sklepu po kolejną porcję pełnych butelek, tak trudno jest zabrać ze sobą już istniejące, puste? Czy w drodze do sklepu na zakupy obowiązuje jakaś strefa zero-recyklingu? W tle tej epickiej walki o lasy i przestrzeń na balkonie, toczą się dwie miniaturowe wojny o godność opakowania. Pierwszą, o której wspomnę, to dramat na stałe przytwierdzonej nakrętki. Unia Europejska, w swojej niekończącej się trosce o naszą planetę (i wiarę, że konsument jest zbyt zajęty, by samemu nakręcić korek z powrotem), kazała przytwierdzić nakrętki na stałe do butelek.

Ludzie krzyczą: "To niewygodne! To uwłacza mojej godności! Muszę walczyć z tą przeklętą klapką, żeby się napić!" Prawda jest taka, że to jest czysta inżynieria behawioralna. Celem nie jest utrudnienie picia, ale ułatwienie recyklingu. Jeśli nakrętka jest na stałe, nie ma szans, by trafiła do Bałtyku czy do żołądka mewy, a trafi do sortowni razem z butelką. To poświęcenie odrobiny wygody, by nie tworzyć milionów luźnych, ślizgających się kawałków plastiku. Przyznajmy, że w tym przypadku, inżynieria wygrała z wolnością konsumencką. Owszem byli tacy, i to całkiem liczni, którzy zbierali nakrętki i odnosili do miejsc selektywnej zbiórki. Postawa godna pochwały. Jednak oni przegrali z leniwymi śmieciuchami.

Drugą batalią była wojna o plastikowe słomki. Kiedyś plastikowa słomka była królową lodu. Dziś jest persona non grata. Zastąpiła ją słomka papierowa, rozpuszczająca się w napoju z godnością topiącego się lodu, często zanim zdążysz dokończyć drinka. Najczęściej powtarzanym mitem jest: "czy papierowe słomki rzeczywiście wybuchają w kontakcie z napojem?" Nie. Choć niektórzy twierdzą, że ich smak przypomina tekturę nasączoną rozpaczą, ich największym problemem nie jest eksplozja, a implozja strukturalna po 15 minutach kontaktu z cieczą. To zabawny, ale konieczny krok w redukcji plastiku. I niedawno, przywódca dużego i ważnego kraju ogłosił, niczym akt niepodległości, że przywraca plastikowe słomki uciemiężonemu ludowi. 

Dochodzimy do kluczowego pytania, które ma w sobie więcej zagadki psychologicznej niż ekologicznej: skąd bierze się ten absolutny, irracjonalny upór przed rozwiązaniami, które ułatwiają recykling, są ekonomicznie neutralne dla kupującego (bo kaucja wraca) i zmniejszają zaśmiecanie lasów? Czy to jest czysta ludzka awersja do zmiany? Czy jest w nas głęboko zakorzeniona chęć walki z systemem, nawet jeśli system prosi o zabranie pustej butelki do sklepu? A może jest to po prostu tęsknota za czasami, kiedy można było bezkarnie rzucić plastikowe opakowanie w krzaki i uznać, że "ono się samo rozłoży za 500 lat, to nie mój problem"? A może jest to marzenie bycia jak krowa, robić pod nogi, tam gdzie się akurat stanie? 

Czas pokaże, czy siła kaucji zwycięży nad siłą inercji. I jakie ofiary zbierze ta wojna.

5.10.2025

Dlaczego selektywna zbiórka tekstyliów stanowi dla nas tak duży problem społeczny i organizacyjny?

 

Kupuj więcej i wyrzucaj więcej, bez wysiłku i bez odpowiedzialności? Dotyczy nie tylko tekstyliów.

Obowiązek selektywnej zbiórki odpadów tekstylnych, który wszedł w życie z początkiem 2025 roku, obnażył poważne luki w polskim systemie gospodarki odpadami. Problem odzieży jest dziś lustrem szerszego kryzysu recyklingu surowców i zarządzania środowiskiem naturalnym, od naszych lasów po rzeki. Dlaczego tak prosty z pozoru problem przysparza tak duże trudności? Głównym jest nasza mentalność i nieprzygotowanie na zmiany. Każda zmiana rodzi niewygodę, wyzwania i konieczny wysiłek. Częstą postawą jest sprzeciw i negowanie potrzeby zmian. Stąd ogólnonarodowe oburzenie na nakrętki przytwierdzone do butelek plastikowych, tak jakby ten drobiazg był rzeczywiście jakąś przeszkodą w użytkowaniu, czy kontestacja wprowadzonego systemu kaucjonowania opakowań. A jednocześnie nie chcemy mieć wysypiska śmieci za oknem. I nie chcemy mieć zaśmieconych lasów, rzek i jezior. Takie dziecięce i bezradne tupanie nóżką i wykrzykiwanie „nie ciem”.

Wyrzucanie opakowań i ubrań to ogromna rozrzutność surowców i zaśmiecanie przyrody czyli niszczenie naszego komfortu życiowego. Recykling jest jedyną sensowna i długofalową alternatywą. Jako społeczeństwo nie radzimy sobie ze zmianami, nie tylko tymi, dotyczącymi szeroko rozumianego recyklingu.

Zgodnie z dyrektywami UE ( a nie wzięły się one znikąd, tylko z rzeczywistych potrzeb i dobrze przemyślanych wyzwań cywilizacyjnych i gospodarczych), gminy mają obowiązek selektywnej zbiórki odzieży i obuwia. Rozwiązaniem minimum jest włączenie tej frakcji do Punktów Selektywnego Zbierania Odpadów Komunalnych (PSZOK). Do tej pory ubrania były zbierane w pojemnikach PCK, ale jak widać na zdjęciu wyżej od dawna nie zostawialiśmy tam dobrych ubrań do powtórnego użycia tylko traktowaliśmy jak ogólny śmietnik. W praktyce system jak na razie okazał się niewydolny. Tylko nieliczne gminy wystawiły przy śmietnikach specjalne pojemniki na tekstylia.

Okazało się że problemem jest brak infrastruktury. Masowe zniknięcie tysięcy ogólnodostępnych kontenerów (np. PCK) sprawiło, że mieszkańcy zostali zmuszeni do wożenia odpadów do PSZOK-ów, często oddalonych i o ograniczonych godzinach pracy. Obowiązek selektywnej zbiórki odzieży nie pojawił się nagle, jak grom z jasnego nieba. Było wiele czasu by się przygotować. A i teraz można to zrobić szybko. Wystarczy tylko uznać za ważne i chcieć. W rezultacie, zamiast do PSZOK-ów, wiele tekstyliów wciąż trafia do odpadów zmieszanych, a co gorsza – bywa porzucanych w środowisku przyrodniczym (podrzucanie sobie nawzajem "gorącego kartofla").

A skala odpadów tekstylnych jest ogromna.  Europejczyk kupuje średnio 26 kg ubrań rocznie. Statystyki pokazują, że aż 78% pokonsumenckich wyrobów włókienniczych w Europie nie jest zbierane selektywnie, a zaledwie 1% jest recyklingowane do postaci nowych ubrań. Nowy obowiązek ma zapobiec masowemu składowaniu tych odpadów, ale bez wygodnego systemu zbiórki i infrastruktury recyklingowej cel ten jest trudny do osiągnięcia. Kryzys segregacji odzieży jest wierzchołkiem góry lodowej. Pokazuje on, że Polska nie jest gotowa na przyjęcie ogromnych ilości surowców wtórnych, a braki w systemie zbiórki i recyklingu dotykają także innych frakcji.

Selektywna zbiórka ma sens tylko wtedy, gdy zebrane odpady mogą zostać przetworzone. W Polsce brakuje nowoczesnych zakładów recyklingu tekstyliów. Wiele zebranych ubrań, zwłaszcza tych wykonanych ze skomplikowanych mieszanek włókien (poliester, elastan), nie może być przetworzona na nowe tkaniny i jest kierowana do produkcji paliw alternatywnych RDF (np. dla cementowni) lub trafia na składowiska. Ciągle brak jest rynku recyklingu. A przecież z problemem recyklingu w Polsce mierzymy się już ponad 40 lat.

Prawdziwa zmiana musi chyba przyjść z góry. Jeśli nie rozsądek to przymus (tak jak w przypadku rozkapryszonego dziecka). Unia Europejska pracuje nad przepisami dotyczącymi Rozszerzonej Odpowiedzialności Producenta (ROP) dla sektora tekstylnego. Oznacza to, że to producenci odzieży będą w przyszłości finansowo odpowiedzialni za zbieranie i recykling swoich produktów, co ma zmusić ich do projektowania bardziej ekologicznych ubrań i inwestowania w rozwój technologii recyklingu. Bez ROP, koszty nieskutecznego systemu spadają na samorządy i mieszkańców.

Niewydolny system zbiórki zwiększa ryzyko, że tekstylia, podobnie jak inne problematyczne odpady, trafią tam, gdzie łatwiej się ich pozbyć – do środowiska. Polskie lasy regularnie borykają się z problemem dzikich wysypisk. Finalnie koszty sprzątania lasów, rzek i jezior, mimo dużego udziału wolontariuszy i tak spadają na konsumentów w postaci wyższych cen towarów lub/i wyższych podatków. Bo w przyrodzie nic nie ginie, tylko zmienia właściciela. A jeśli poprzez sprzątanie lasów zwiększamy koszty funkcjonowania Lasów Państwowych to ich produkty drzewne muszą być droższe. Więc i tak to my, konsumenci, za wszystko płacimy

Odpady tekstylne, choć mogą wydawać się mniej szkodliwe niż plastik, stanowią dla nich poważne zagrożenie. Ubrania wykonane z syntetycznych włókien (poliester, nylon) rozkładają się setki lat, zanieczyszczając glebę i wodę. Z czasem ulegają one fragmentacji, uwalniając do środowiska mikroplastik, który wnika do łańcucha pokarmowego.

Sektor tekstylny jest jednym z największych trucicieli wód. Choć największe zanieczyszczenie chemiczne pochodzi z procesu produkcji (barwniki, chemikalia), to również niewłaściwie zagospodarowane odpady mają negatywny wpływ. Porzucone ubrania, zwłaszcza barwione, uwalniają substancje chemiczne do cieków wodnych. Podczas prania ubrań, a także z rozkładających się odpadów na lądzie, do rzek i mórz trafia ogromna ilość mikrowłókien. Szacuje się, że tkaniny syntetyczne stanowią główne źródło pierwotnego mikroplastiku w oceanach.

Konieczne jest szybkie wdrożenie skutecznych i wygodnych rozwiązań zbiórki oraz natychmiastowe inwestycje w infrastrukturę recyklingu, aby problem tekstyliów nie stał się nową, ekologiczną bombą w polskich lasach i rzekach. Problem organizacji selektywnej zbiórki odzieży w Polsce rodzi tak duże wyzwania, ponieważ zderzają się w nim logika nadprodukcji przemysłu modowego (fast fashion) z brakiem gotowości logistycznej i infrastrukturalnej państwa, a do tego dochodzi opór społeczny wobec umieszczania niewygodnych odpadów w pobliżu domów. Dlaczego tak prosta czynność, jak oddzielenie starej koszulki od odpadów zmieszanych, prowadzi do paraliżu systemu i ostentacyjnego buntu niektórych ludzi? Odpowiedź leży w konflikcie między ideą gospodarki obiegu zamkniętego a logiką systemu rynkowego opartego na ciągłym wzroście konsumpcji.

Branża modowa, szczególnie w segmencie fast fashion, działa w oparciu o model celowo wymuszający nadmierną konsumpcję i dużą produkcję. Krótkie cykle mody, niskie ceny i niska jakość sprawiają, że ubrania są traktowane jako jednorazowe. Efektem jest nadprodukcja i marnotrawstwo. Aby utrzymać tempo cykli, firmy produkują o wiele więcej, niż są w stanie sprzedać. Szacuje się, że miliony ton odzieży trafiają na śmietniki, nawet nie docierając do sklepów – są to niesprzedane kolekcje, nadwyżki produkcyjne czy towary z wadami, które taniej jest zutylizować (lub np. spalić), niż magazynować, transportować i próbować wprowadzić do drugiego obiegu.

Ogromna ilość niskiej jakości, często poliestrowej odzieży, zalewa rynek. Te tanie, wielomateriałowe tekstylia są praktycznie niemożliwe do ekonomicznego i technologicznego recyklingu, zasilając strumień odpadów, którym system nie jest w stanie zarządzać. Jako konsumenci jesteśmy częścią tego mechanizmu. Kupujemy za dużo. Wprowadzenie obowiązku segregacji odzieży ma sens, ale jest nieskuteczne, gdy ilość generowanych odpadów tekstylnych przewyższa możliwości logistyczne gmin.

Gminy zostały zobowiązane do zbiórki, ale nie zostały wyposażone ani w finanse, ani w odpowiednią infrastrukturę sortowniczą i recyklingową, aby obsłużyć tę lawinę zużytych ubrań. Oczywiście, problem nie pojawił się nagle. Można było powoli się przygotować. Ale wolimy jutranie (odkładanie na potem, na jutro). Problem znikających kontenerów PCK i niewygodnych PSZOK-ów prowadzi do konfliktu na linii samorząd-mieszkańcy, uaktywniając zjawisko „nie na moim podwórku”. Mieszkańcy chcą segregować i mieć możliwość pozbycia się odpadów, ale jednocześnie nikt nie chce mieć śmietników (lub dużych, nieestetycznych, potencjalnie brudnych kontenerów na tekstylia) pod oknem. Ani wysypisk śmieci w pobliżu czy zaśmieconych lasów, parków i ulic.

Aspekt problemowy

Problem organizacyjny

Problem społeczny (nie na moim podwórku)

Kontenery uliczne

Zniknęły (kryzys firm charytatywnych).

Mieszkańcy domagają się ich powrotu, ale protestują przeciwko ich lokalizacji w centrum osiedli (np. ze względu na wygląd lub bałagan wokół).

PSZOK

Mało ich, są daleko, utrudniony dojazd.

Wymaga to aktywnego wysiłku i poświęcenia czasu mieszkańców, co jest sprzeczne z oczekiwaniem na wygodny system odbioru odpadów.

Odpady

Nadmiar i niska jakość.

Brak świadomości, że wrzucanie brudnych, niesprawnych tekstyliów do kontenera charytatywnego psuje cały strumień zbiórki i generuje koszty.

 Obowiązek segregacji tekstyliów pokazuje, że system nie jest w stanie wchłonąć i przetworzyć gigantycznej nadwyżki produktów, którą stworzyła współczesna gospodarka. Bez systemowego ograniczenia produkcji (np. poprzez mechanizm rozszerzonej odpowiedzialności producenta, który wymusi wyższe koszty na producentów fast fashion) i bez lokalnych inwestycji w wygodne punkty zbiórki, tekstylia będą nadal stanowiły problem – czy to w PSZOK-ach, na wysypiskach, czy w lesie.

Małe podsumowanie:

Od 1 stycznia 2025 roku w Polsce wszedł w życie obowiązek selektywnego zbierania odpadów tekstylnych (w tym odzieży, obuwia, tkanin domowych), wynikający z nowelizacji unijnej dyrektywy odpadowej. Przepisy te mają na celu ograniczenie ilości tekstyliów trafiających na wysypiska (obecnie ok. 78% w Europie) oraz zwiększenie ich ponownego użycia i recyklingu (obecnie zaledwie 1% jest poddawane recyklingowi na nowe ubrania).

Gminy muszą zapewnić przyjmowanie odpadów tekstylnych w Punktach Selektywnego Zbierania Odpadów Komunalnych (PSZOK). W każdej gminie powinien znajdować się przynajmniej jeden taki punkt. Ministerstwo Klimatu i Środowiska nie nałożyło odgórnego obowiązku wprowadzenia nowego, szóstego pojemnika na tekstylia pod domami/na osiedlach. Oznacza to, że mieszkańcy muszą samodzielnie transportować tekstylia do PSZOK-ów. W praktyce system oparty na minimum w postaci PSZOK-ów okazuje się nieefektywny i jest uznawany za niewystarczający dla skali problemu.

Duża część dotychczasowego systemu zbiórki opierała się na pojemnikach organizacji charytatywnych, takich jak Polski Czerwony Krzyż. Ze względu na wzrost kosztów logistyki, sortowania i zagospodarowania ogromnej ilości zużytych ubrań, a także zmiany na rynku (wzrost ilości niskiej jakości odzieży "fast fashion"), część firm zajmujących się obsługą tych pojemników wypowiedziała umowy organizacjom charytatywnym. Szacuje się, że z ulic zniknęły tysiące pojemników (np. PCK miało ich ok. 28 tys.).

PSZOK-i (których w Polsce jest ok. 2100) są często zlokalizowane na obrzeżach miast, a ich liczba (średnio 1 na 17 tys. mieszkańców) i godziny otwarcia sprawiają, że oddawanie tam tekstyliów jest dla mieszkańców uciążliwe.

W rezultacie nieefektywnej zbiórki w PSZOK-ach i braku ogólnodostępnych kontenerów coraz więcej tekstyliów trafia do pojemników na odpady zmieszane, co jest sprzeczne z nowymi przepisami i może skutkować karami finansowymi dla mieszkańców (podwyższenie opłat za wywóz śmieci od 200% do 400%).

Wyzwania w recyklingu tekstyliów w Polsce

Sam zbiór to dopiero początek. Polska mierzy się z kolejnym wyzwaniem: brakiem infrastruktury recyklingowej. Mimo obowiązku selektywnej zbiórki, w Polsce praktycznie nie istnieje rynek recyklingu tekstyliów i odzieży. Brakuje odpowiedniej infrastruktury do skutecznego przetwarzania zebranych ubrań. Zebrane tekstylia, które nie nadają się do ponownego użycia, często trafiają do instalacji, gdzie są przetwarzane na paliwo alternatywne RDF (do cementowni), a nie na nowe włókna.

Recykling jest prosty dla ubrań z jednorodnego materiału (np. czystej bawełny), ale zdecydowana większość współczesnej odzieży to mieszanki syntetyczne, które wymagają zaawansowanego recyklingu chemicznego – technologii, która w Polsce nie jest jeszcze stosowana na masową skalę.

  • Ministerstwo Klimatu i Środowiska zachęca gminy do wprowadzania dodatkowych rozwiązań, wykraczających poza minimum PSZOK:
  • Kontenery publiczne: Ustawianie dodatkowych kontenerów na tekstylia w miejscach publicznych (osiedla, szkoły, sklepy).
  • Zbiórki akcyjne/Mobilne PSZOK-i: Organizowanie cyklicznych, mobilnych zbiórek (np. Samochody Zbierające Odzież i Tekstylia - SZOT).
  • Rozszerzona Odpowiedzialność Producenta (ROP): Na poziomie UE trwają prace nad przepisami, które przeniosą część odpowiedzialności finansowej i organizacyjnej za zagospodarowanie odpadów na producentów tekstyliów. Ten mechanizm ma być kluczowy dla rozwoju rynku recyklingu.
  • Punkty zbiórki w sklepach: Zbiórki organizowane przez producentów odzieży w sklepach (np. w galeriach handlowych), gdzie klienci mogą zostawiać niepotrzebne ubrania.

Chociaż obowiązek segregacji tekstyliów już działa, w Polsce brakuje efektywnego i wygodnego dla mieszkańców systemu zbiórki, a przede wszystkim infrastruktury do recyklingu, co prowadzi do obecnego chaosu i ryzyka, że ogromne ilości ubrań nadal będą trafiać na składowiska lub do spalarni.

1.10.2025

Ewolucja akademickiego rytuału: od średniowiecznej tradycji ku cyfrowej inauguracji

Zdjęcie z muzeum przyrodniczego, jeszcze jednego symbolu nowożytnej nauki akademickiej.

Jak co roku inauguracja nowego roku akademickiego skłania mnie do refleksji. Jak ja zacząłem kolejny rok akademicki? Pierwszego października o 8 rano zajęciami ze studentami! Na kilka godzin przed inauguracją uniwersytecką i na ponad dobę przed inauguracją wydziałową. Symboliczne, normalny dzień pracy bez fanfara i celebry. Owszem, celebra będzie, ubiorę się w togę na swoją wydziałową inaugurację a w piątek pojadę do małego miasteczka z wykładem inauguracyjnym do jednego z wielu Uniwersytetów Trzeciego Wieku. Znak dziejącej się nieustannie głębokiej zmiany, m.in. za sprawą cyfryzacji oraz zaskakujących procesów społecznych. Symboliczne jest również to, że w pisaniu tego tekstu wspierałam się AI (Gemini). W prompcie zawarłem moje główne pomysły i ideę całego tekstu. A potem dostosowałem uzyskany rezultat i zintegrowałem w niniejszy wpis na blogu.

Inauguracja roku akademickiego jest jednym z najstarszych i najbardziej symbolicznych rytuałów w życiu uniwersyteckim. Ceremonia ta, zakorzeniona w tradycjach średniowiecznych, pierwotnie służyła jako formalne wprowadzenie studentów do korporacji akademickiej oraz publiczne potwierdzenie autonomii i misji uczelni. Z biegiem wieków, forma i sens tego święta ulegały subtelnym, lecz fundamentalnym transformacjom, by w XXI wieku stanąć przed wyzwaniem, jakie niesie ze sobą cyfryzacja. Ubieramy się w togi, stylizowane na średniowieczna modę, nawiązujemy do dawnych korzeni lecz w wielu elementach jesteśmy już w przyszłości. I to tej cyfrowej, być może nawet w hybrydowym świecie ze sztuczną inteligencją (przenikanie się umysłów).

Historycznie, inauguracja miała charakter głęboko hierarchiczny i prawny. W średniowiecznych uniwersytetach (np. w Bolonii czy Paryżu), rozpoczęcie nauki było ściśle związane z przyjęciem do cechu (gildii) mistrzów i studentów. Głównym celem było nadanie statusu członka universitas oraz nałożenie obowiązków. Ceremonie były długie, często odprawiane w łacinie (wtedy to był język międzynarodowy), z dominacją przemówień profesorów i rektora, podkreślających przede wszystkim ciągłość wiedzy i autorytet naukowy. Rytuały były ściśle określone, a studenci podlegali surowej jurysdykcji akademickiej. W okresie Oświecenia i w XIX wieku, ceremonie zaczęły nabierać również wymiaru państwowego i narodowego, stając się manifestacją znaczenia nauki dla postępu społecznego. Niemniej jednak, formalizm, symbolika insygniów (berło, pierścień) oraz Gaudeamus Igitur jako pieśń korporacyjna pozostawały niezmiennym rdzeniem.

Największa zmiana w sensie i wyglądzie inauguracji nastąpiła wraz z wkroczeniem w epokę masowego kształcenia i głębokiej cyfryzacji. Ceremonia, choć wciąż celebruje tradycję, mierzy się z nowymi realiami, które podważają znaczenie jej historycznych rytuałów. Najbardziej wymowną zmianą jest wycofanie tradycyjnego papierowego indeksu. Przez dekady to właśnie uroczyste wręczenie indeksu, czyli fizycznej książeczki stanowiącej zapis drogi studenta, było kluczowym, namacalnym symbolem przyjęcia do społeczności akademickiej. Był to moment, w którym student przestawał być kandydatem, a stawał się pełnoprawnym członkiem. Indeks był dowodem tożsamości, świadectwem postępów i materialnym znakiem przynależności. Wcześniej także birety i czapki studenckie (od dawna w Polsce już nie są używane).

Obecnie, gdy indeksy zastąpił system USOS lub elektroniczny rejestr ocen, ten centralny rytuał stracił swój fizyczny punkt odniesienia. Student jest przyjęty, a informacja ta znajduje się w chmurze, nie w dłoni. To rodzi fundamentalne pytanie: jeśli nie rozdajemy już namacalnych symboli członkostwa, co zatem i jak świętować? Można jedynie publicznie odczytać nowych studentów, którzy zostali wpisani na listy. Oraz przyjąć od nich ustne i publiczne ślubowanie.

Cyfryzacja zmienia nie tylko symbolikę, ale i funkcję inauguracji. Częste już transmisje online, media społecznościowe i relacje na żywo sprawiają, że inauguracja staje się wydarzeniem publicznym i promocyjnym. Nie jest już ceremonią dla studentów, ale elementem budowania marki uczelni. Przemówienia rektorów i gości muszą konkurować o uwagę z innymi bodźcami cyfrowymi. Długie, formalne orędzia są skracane na rzecz dynamicznych, motywacyjnych wystąpień, które mają za zadanie nie tyle przekazać instrukcje, co zaangażować i zainspirować studentów do innowacyjności i globalnej rywalizacji.

Powoli lecz systematycznie uczelnie zmuszone są przez nowe sytuacje i warunki cywilizacyjne do tworzenia nowych, cyfrowych lub zmodernizowanych rytuałów, które zastąpią indeks – może to być symboliczne kliknięcie, wirtualne ślubowanie, czy bardziej rozbudowana część integracyjna, mająca na celu wytworzenie emocjonalnej, a nie tylko formalnej, więzi.

Inauguracja w XXI wieku musi ewoluować od świętowania stanu (bycia studentem) do świętowania procesu i misji (nauki). W erze cyfrowej, sens świętowania być może powinien skupiać się na budowaniu wspólnoty i podkreślenie znaczenia fizycznego spotkania w dobie zdalnej pracy i nauki. Inauguracja jako rzadki moment realnej, wspólnej obecności.

Inauguracja (zwłaszcza jeśli jest transmitowana) to okazja by uroczyście przypomnieć o wartościach akademickich, etyce nauki i odpowiedzialności (zamiast skupiania się na formalnościach). Być może bardziej będzie podkreślany przełom w życiu młodego człowieka (ale skoro studiują także dorośli, to czy tylko młodego?) - świętowanie wejścia w nowy etap życia, momentu, w którym jednostka przyjmuje na siebie rolę poszukiwacza wiedzy i innowatora.

Choć papierowy indeks zniknął, duch tradycji pozostaje. Inauguracja będzie trwać, ale jej forma i sens musi odnaleźć nowe, relewantne dla cyfrowej epoki symbole, aby pozostać znaczącym rytuałem przejściowym dla kolejnych pokoleń akademików. Kontrast między tradycyjnym sztafażem a cyfrową rzeczywistością jest uderzający a można byłoby go streścić w czterech słowach: togi, śpiew (często odtwarzany z urządzeń) i puste ręce. W obliczu zaniku indeksu, ceremonie inauguracji stają się miejscem zderzenia dwóch epok. Z jednej strony mamy niemal średniowieczne togi, birety i insygnia – symbole nieprzerwanej historii i autorytetu akademickiego. Z drugiej – brak najważniejszego, materialnego dowodu przyjęcia, czyli papierowego indeksu. Epoka piśmienna płynnie przechodzi w epokę postpiśmiennosci. A skoro zniknął centralny symbol, uwaga skupia się na elementach, które przetrwały i na tych, które zostały wzmocnione: magia spotkania w kontakcie bezpośrednim, wyczytywanie nazwisk, ślubowanie jako wzmocnienie aktu uznania i w końcu trybuna do przemówień.

Inauguracja pozostaje jedną z nielicznych okazji, kiedy cała (lub przynajmniej jej duża część) wspólnota akademicka spotyka się fizycznie – od studentów po rektorów. Sama w sobie jest rytuałem integracyjnym, a nie tylko formalnym. Zamiast wręczać indeks, można uroczyście wyczytywać nazwiska nowych studentów. Choć nie otrzymują oni fizycznego przedmiotu, akt publicznego powitania staje się nowym, symbolicznym przyjęciem do społeczności. Czasami powtórnym (tak jak dla studentów studiów drugiego i trzeciego stopnia). Ceremonia służy również jako idealna platforma do wręczania nagród wyróżniającym się studentom, pracownikom naukowym czy administracyjnym. Uczelnia wykorzystuje ten moment do podkreślenia doskonałości i motywowania do pracy. Inauguracja pozostaje także ważną okazją do wygłoszenia przemówień o misji, które kreślą kierunek rozwoju uczelni na nadchodzący rok, dając poczucie wspólnego celu.

Śpiewanie Gaudeamus Igitur (łac. Radujmy się więc) – hymnu europejskiej wspólnoty akademickiej – jest elementem zachowanym, lecz jego sens może umykać. Choć melodia łączy studentów z przeszłością, w erze powszechnej angielszczyzny i cyfryzacji, zrozumienie łacińskiego tekstu może być iluzoryczne. Ten rytuał działa bardziej na poziomie emocji i przynależności do historycznej tradycji, niż na poziomie świadomego przekazu. Jest to śpiew o nietrwałości życia i radości chwili – piękny, ale oderwany od współczesnych realiów aplikacji, kredytów ECTS i wirtualnych campusów.

Największe wyzwanie dla ceremonii inauguracji leży w zmieniającym się modelu samej edukacji. Wkraczamy w erę edukacji przez całe życie (Lifelong Learning), mikropoświadczeń (micro-credentials) i elastycznych ścieżek kariery, co rozmywa tradycyjny podział na „studenta” i „absolwenta”. Czego możemy się spodziewać w przyszłości?

Tradycyjna inauguracja była świętem nowego, cztero- lub pięcioletniego, linearnego etapu. W przyszłości ten model zniknie. Zamiast jednej, wielkiej ceremonii na rok, uczelnie będą musiały organizować mniejsze, częstsze "ceremonie przyjęcia". Będą one związane z rozpoczęciem zaawansowanych kursów certyfikacyjnych, specjalistycznych programów MBA lub modułów mikropoświadczeń. Każdy nowy, kluczowy krok w edukacji będzie wymagał symbolicznego rozpoczęcia. W epoce Lifelong Learning, studenci będą wracać na uczelnię w wieku 35, 45 czy 55 lat. Ceremonie będą musiały stać się świętem kontynuacji i adaptacji, a nie tylko nowego początku.

W pełni scyfryzowanej rzeczywistości, rytuały będą musiały mieć swój cyfrowy odpowiednik. Zamiast papierowego indeksu, studenci mogą otrzymywać cyfrowe, niepowtarzalne tokeny jako dowód przyjęcia i ukończenia konkretnych mikropoświadczeń. Byłby to namacalny, choć cyfrowy, znak honorowy, a jednocześnie chroniony zapis akademicki. Część uroczystości, zwłaszcza dla studentów online, może przenieść się do wirtualnej auli w Metaverse, gdzie studenci z całego świata spotkają się, aby symbolicznie założyć swoje awatary w biretach. Fizyczna odległość traci na znaczeniu.

Inauguracja przyszłości nie będzie świętować faktu zapisania się na studia, ale podjęcia zobowiązania do ciągłego rozwoju. Będzie to moment refleksji nad nowym zestawem umiejętności przyszłości, które mają zostać zdobyte, a tożsamość studenta będzie redefiniowana jako tożsamość ciągłego uczącego się.

Tymczasem włożę togę i sam sprawdzę co w tym roku zmieniło się w akademickiej i wydziałowej celebrze. Zmiany te są powolne lecz systematyczne. Trzeba uważności i wyobraźni by je dostrzec na pojedynczej inauguracji.

25.09.2025

Babie lato na kilka sposobów z dygresjami edukacyjnymi, kulturowymi oraz dotyczącymi AI

Jesienna pajęczyna ale nie babie lato. Akurat nie miałem odpowiedniego zdjęcia w swoich zasobach.
 

Gdy byłem uczniem to prace domowe zadawał mi nauczyciel. Trzeba było się czegoś dowiedzieć i skomponować własną odpowiedź, napisać własne wypracowanie czy rozprawkę. Teraz „wzywany jestem do tablicy” przez studentów i dziennikarzy. To ich pytania są swoistą pracą domową lub odpowiedzią przy tablicy lub pisemną pracą klasową. Różnica jest tylko taka, że nie ma ocen wstawianych do dziennika. Czasem trzeba odpowiedzi udzielić szybko, z marszu, innym razem mam czas na przygotowanie, na przemyślenie i poszukanie dodatkowych danych czy informacji, na konsultacje. Wszystkiego nie wiem i nie mam zarchiwizowanego w głowie. Przydatna jest więc wiedza wspólna, konektywna i kumulatywnie gromadzona przez tysiąclecia.

Kiedy pani redaktor z P.A.P. poprosiła o wywiad w sprawie babiego lata, to miałem kilka godzin na przygotowanie się. Ale po wywiadzie urodziły się dodatkowe refleksje i dodatkowe wątpliwości. Babie lato wydało się tematem banalnym i oklepanym. To, co wiedziałem o jesiennych niciach pajęczych, wystarczyłoby na prostą i szybką odpowiedź. Ale czy jest sens opowiadania banalnych rzeczy, żeby to dalej w mediach się rozchodziło? Może udałoby się powiedzieć coś więcej? Na przykład o dyspersji, o fragmentacji środowiska. Zajrzałem do różnych źródeł i sam się dowiedziałem nowych dla mnie informacji i interpretacji. Bo są takie prace domowe i pytania, które rozwijają.

Sprowokowany pytaniem na gorąco pokusiłem się o interpretację pochodzenia babiego lata: dlaczego ten czas i to zjawisko przyrodnicze nazywane jest babim latem? Na myśl przyszło mi skojarzenie, że babie lato mogło się wiązać z przędzeniem przez kobiety (baby), w okresie już po żniwach, na zakończenie lata i początek jesieni. Przęśliki i kołowrotek, przędzenie dalekie od technologicznej automatyzacji. Trzeba było wiele pracy by zebrać przędzę, z której da się utkać ubranie. To moja osobista próba odtworzenia źródeł kulturowych. Wydaje się sensowna i dobrze merytorycznie zakorzeniona. Wszak moje skojarzenie wiązało się nie tylko z wiedzą biologiczną i nicią pajęczą, ale wynikało też z wcześniejszych lektur etnograficznych i poznawania dawnego życia ludzi (wiedza biologiczna i etnograficzna). Wyjaśnienie wydaje się logiczne, dobrze wiąże się z przeszłością, ale czy rzeczywiście jest prawdziwe? Czy ja po prostu nie halucynuję tak samo jak AI? Podobne wyjaśnianie rzeczywistości towarzyszy ludzkości od samego naszego zarania. Niektórzy tworzą je na gorąco, inny korzystają z wcześniej zasłyszanych. Jedni tworzą inni są odtwórczy z małą tylko dozą twórczej aktualizacji.

Jak stare mogło być babie lato w kulturze? Jak szukać odpowiedzi na to pytanie? Interpretacje na bazie współczesnej wiedzy mogą być mylące i zwodnicze. Sam dokładniej sprawdziłem to kiedyś na przykładzie bawarki (rodzaj herbaty z mlekiem i wcale nazwa nie pochodzi od Bawarii) i kilku innych pojęć. Na przykład wieś Bożewo, koło której kiedyś mieszkałem. Zapomniana przeszłość więc fantazjujemy, przykładamy do współczesnych warunków i współczesnej wiedzy. Bożewo kojarzy się z bogiem (wskazuje na to także ortografia), więc kusi by doszukać się źródeł słownych w bogu. Jest to wieś kościelna więc jakiś związek z Bogiem ma. Można by oczywiście pokusić się o czasy przedchrześcijańskie i doszukiwać się jakiś związków z praktykami przedchrześcijańskimi. Bardzo łatwo byłoby stworzyć wiarygodnie brzmiącą opowieść o zapomnianym, pogańskim miejscu kultu. Z racji zainteresowań genealogicznych przeglądałem historyczne dokumenty z różnych lat. Z zaskoczeniem odkryłem, że kiedyś wieś zapisywana była jako Borzewo. A więc jej nazwa wywodzi się zapewne od imienia Borek, Boruta, zasadźcy lub założyciela tej wsi. Jak zmieniło się Borzewo w Bożewo? Za sprawą zaborów. W rosyjskiej cyrylicy nie ma rozróżnienia na ż i rz. Po odzyskaniu niepodległości ponownie nazwa z cyrylicy wróciła do zapisu łacińskiego (i są tego ślady w dokumentach). Taka sama wymowa lecz teraz zapisano jako Bożewo. I gdybyśmy nie znali tych zawiłości z zaborami i wcześniejszymi zapiskami, moglibyśmy zupełnie opacznie interpretować pochodzenie nazwy. Podobnie może być i z babim latem. Czym by to się różniło od halucynowania i kreatywności słownej AI? Wnikliwe sprawdzanie zawsze jest potrzebne. Coraz bardziej się skłaniam do opinii, że dzięki AI poznajemy bardziej siebie, tak jak w lustrze. Jakbyśmy z boku patrzyli na ludzką kulturę. Czego chcemy: piękna i dobrze (spójnie) wyglądającej opowieść czy rzetelnej wiedzy, opartej na faktach i uzyskanej metodami naukowymi?

Jak uzupełniałem swoją wiedzę o babim lecie? Najpierw wpisałem w Google i tam na samej górze była skrótowa informacja (generowana przez AI). Dodatkowo zapytałem także Gemini i Copilota, otrzymałem spójny i obszerniejszy tekst, wyglądający bardzo wiarygodnie. Ale poszukałem innych źródeł, bardziej pierwotnych. Dotarłem do oryginalnych wpisów na stronach internetowych, z których korzystał Copilot i najpewniej Gemini (choć nie podawał źródeł). Szukałem w książkach w domowej biblioteczce, ale nie miałem za dużo odpowiednich książek. Czy te źródłowe informacje, zawarte na dwóch stronach, to współczesne interpretacje (może nawet fantazje) czy efekt rzetelnych i żmudnych badań etnograficznych i kulturowych?

Szukać w książkach czy pytać AI? I jaką mam pewność, że dostanę wiarygodne informacje a nie ładnie wyglądające halucynacje czy literackie fantazje? Krytyczne myślenie i weryfikacja źródeł to kompetencja cały czas niezbędna i użyteczna. Pozyskiwane dane konfrontowałem z własną wiedzą. Jeśli były spójne to przyjmowałem za wiarygodne i warte wykorzystania. Ale czy to dobre podejście?

Masz pytanie? Idź, zapytaj, Tylko kogo? Przez dziesiątki tysięcy lat, w kulturze oralnej, trzeba było zapytać kogoś innego, najlepiej kogoś starszego o siwych włosach. Żyliśmy w małych społecznościach więc wybór był niewielki. Czy plemienni starcy płci obojga wymyślali interpretacje czy też bazowali na zweryfikowanej wiedzy? Pewnie jedno i drugie. Czasem w wędrówce do odpowiedniej osoby można było spędzić wiele lat. Potem przyszła kultura pisma i powiększające się księgozbiory. Większa wiedza lecz też trzeba umieć szukać w księgozbiorach i ocenić wiarygodność autorów. Konektywizm nie pojawił się nagle z inetrentem. Teraz mamy szybszy i łatwiejszy dostęp do źródeł. AI szybko nam wygeneruje zgrabnie wyglądające podsumowanie lub odpowiedź. I też bazuje na wcześniejszym dorobku ludzkości. Konektywizm to umiejętność docierania do informacji: wiem gdzie szukać, wiem gdzie pytać i wiem jak i jakie zadać pytanie. To samo dotyczy źródeł ludzkich, bibliotecznych czy tych z AI.

Szybka informacja od AI okazała się bardzo zbieżna z tym, co sam znalazłem na stronach internetowych podsuniętych przez wyszukiwarkę i z tym, co znalazłem w książkach z mojej podręcznej biblioteczki. Jednak jak sam szukam, to mam większą pewność, że otrzymuję coś wiarygodnego. Wkładam większy wysiłek, więcej spędzonego czasu to i mam większy szacunek do tak pozyskanych informacji. Ale to też może być złudzenie, związane z wkładem energii. Bo czyż rzetelność może być mierzona włożonym wysiłkiem i trudem?

Co to jest babie lato? Pomijając współczesną wiedzę, że jest to pora roku i konkretne zjawisko atmosferyczne oraz przędza małych pająków, służącą do lotu latawcowego i dyspersji, bo o tym będzie niżej. Jedna z popularnych hipotez wiąże się z przędzą babiego lata, czyli pajęczyną, którą można zobaczyć w powietrzu w ciepłe, jesienne dni. Te delikatne, srebrzyste nitki, niesione przez wiatr, przypominały ludziom siwe włosy starszych kobiet (o siwych włosach kobiet nie pomyślałem w swoich pierwszych wyjaśnieniach), a także z przędzą, snutą przez staruszki. Co ciekawe, w niektórych regionach ta pajęczyna była wręcz uważana za przędzę Matki Boskiej lub wróżek, stąd inne nazwy, np. „przędza Matki Boskiej”. W dawnych wierzeniach pajęczyny były uznawane za przędzę wróżek, bogiń losu (np. greckie Parki czy germańskie Norny), które przędły „nić życia”. Być może więc jest to interpretacja mocno i solidnie zakorzeniona w naszej kulturze. W polskich podaniach mówi się o „przędzy Matki Boskiej”, rzuconej na ziemię jako przypomnienie o nadchodzącej zimie i potrzebie przygotowań.

Przędzeniem na przęślikach, czy później na kołowrotkach, zajmowały się nie tylko babcie o siwych włosach lecz wszystkie kobiety. Przędzenie i tkanie w wielu kulturach było „babską” robotą. Mężczyźni zajmowali się innymi pracami i obowiązkami. Na dodatek przędza jedwabna jest bardzo delikatna, wyrób najwyższej jakości. Żadne ludzkie palce tak nie uprzędą. Marzenie o tkaninie idealnej. Stąd może pojawiają się w interpretacjach wróżki i Matka Boska? Należało by teraz dokładnie prześledzić całe piśmiennictwo i być może różne opowieści, by naukowo zweryfikować takie interpretacje. Czy ślady takich właśnie interpretacji znajdziemy w dawnej kulturze? A może to zupełnie niedawne wytwory literatury mówionej i pisanej?

Inna hipoteza odnosi się do dawnych wierzeń słowiańskich, w których okres ten był czasem odpoczynku dla ziemi, którą symbolicznie przedstawiano jako kobietę-matkę. "Babie lato" oznaczałoby zatem "lato dla bab", czyli czas, w którym staruszki mogły cieszyć się ostatnim ciepłem przed nadejściem zimy (w tradycji wiejskiej było znane lokowanie starszych osób „na wycugu”, bez ogrzewania w czasie zimy, aby szybciej odeszły z tego świata). „Babie lato” bywa też metaforą późnego okresu życia — ciepłego, spokojnego, pełnego refleksji. Tak jak jesień po lecie, tak „babie lato” jest symbolem dojrzałości i piękna mimo przemijania.

Termin babie lato obecny jest w języku (i kulturze) polskiej, białoruskiej, czeskiej, rosyjskiej. Byłby to więc wytwór słowiański? W innych językach też istnieją podobne określenia: np. niemieckie Altweibersommer (dosł. „lato starych kobiet”) co mogłoby wskazywać na wcześniejsze praindoeuropejskie, pochodzenie. Ewentualnie na późniejszy przepływ międzykulturowy między Słowianami a Germanami. W języku angielskim Indian summer ma bardziej kolonialne konotacje i pierwotnie odnosiło się do okresu ciepła po żniwach, często kojarzonego z rdzennymi mieszkańcami Ameryki. Szwedzkie Brittsommar pochodzi od św. Brygidy (Britt), której dzień przypada 7 października. Kojarzone z łagodnym światłem, ciszą, przejściem między porami roku. Włoskie – Estate di San Martino „Lato św. Marcina” odnosi się do 11 listopada. W kulturze włoskiej to czas radości, winobrania, ostatnich ciepłych dni. Z kolei duńskie flyvende Sommer „Latające lato” — odnosi się do unoszących się na wietrze pajęczyn. Natomiast węgierskie – ökörnyál („ślina wołu”) ma silny związek z życiem koczowniczych pasterzy. Pajęcze nici kojarzyły im się ze śliną bydła, zwisająca z pyska.

Jeszcze inna hipoteza wskazuje na połączenie słowa "babi" z dawno zapomnianym znaczeniem, które mogło odnosić się do czegoś słabego, ulotnego i nietrwałego, tak jak to krótkie, jesienne ocieplenie (szczegóły meteorologiczne niżej). Wiele dialektów używało słowa "baba" w znaczeniu "stara kobieta", co miało również konotacje związane z mądrością i końcem pewnego cyklu.

Podsumowując, najczęściej spotykane i najbardziej logiczne wyjaśnienie wiąże się z pajęczyną, która unosi się w powietrzu i przypomina siwe włosy oraz cienką przędzę jako efekt pracy kobiet, ale wszystkie te interpretacje w ciekawy sposób łączą ten zjawiskowy okres w przyrodzie z postacią starszej kobiety lub kobiety w ogóle. Może to jakiś ślad po kulturze matriarchalnej lub tylko z mitem o prządkach ludzkiego losu.

Sięgnąłem do starej książki Erazma Majewskiego z nazwami roślin i zwierząt. Jest tam i babie lato jako ludowe określenie dla wierzbówki kiprzycy zwanej także wierzbówką wąskolistną (Chamaenerion angustifolium), rośliny z rodziny wiesiołkowatych (Onagraceae). Jest to roślina synantropijna, rosnąca na skrajach lasów, wiatrołomach, porębach, żwirowiskach, terenach kolejowych, nieużytkach, przydrożach, łąkach i pastwiskach oraz w siedliskach naturalnych takich jak lasy. Rośnie szybko a na zasiedlonym terenie zagłusza inne rośliny tworząc gęste, jednogatunkowe, zwarte łany. Nie dostrzegam żadnego związku z wcześniej wymienionymi, kulturowymi znaczeniami babiego lata. Dlaczego więc nosi taką ludową nazwę? Jest najwyraźniej jeszcze wiele do odkrycia. 

Inne gatunki z nazwami ludowymi, zawierające słowo „baba”: babi gnój, babia jagoda, babia dupa, babia rzyć, babiasów, babienica, babieuszy babie zęby, babie żebro, babi kęs, babo korzeń, babikrówka, babimór, babinka, babirusa, babka (wiele różnych roślin, ryb). Jak widać baba często gości w ludowych nazwach roślin i zwierząt.

Ale przejdźmy do wyjaśnień przyrodniczych. Co to jest babie lato? To termin określający dwa zjawiska w przyrodzie: 1 (znaczenie meteorologiczne) okres ciepłej i słonecznej pogody na początku jesieni (u nas na przełomie września i października), często określany także jako "złota polska jesień". 2 (znaczenie biologiczne) unoszące się w powietrzu cienkie nici przędne, wytwarzane przez niewielkie pająki, które unoszą je na duże odległości w celu rozprzestrzeniania się. Oba są ze sobą powiązane, bo zjawiska pogodowe sprzyjają tym konkretnie zjawiskom przyrodniczym. O tym niżej.

Oba są ze sobą powiązane, bo właśnie podczas tych ciepłych dni pająki najczęściej wypuszczają swoje nici. Tyle tylko, że pająki snują takie nitki nie tylko w Europie i nie tylko jesienią. Babie lato, to okres ciepłych, słonecznych dni, który pojawia się po pierwszym jesiennym ochłodzeniu, często już po przymrozkach. W Polsce zazwyczaj występuje w październiku lub listopadzie, choć czasem daje o sobie znać wcześniej. Towarzyszy mu spokojna aura, brak silnego wiatru. Może to najlepsze warunki dla pajęczych podróży? Babie lato to charakterystyczne, unoszące się w powietrzu nici pajęcze. Nici, służące do unoszenia się w powietrzu. Tak więc nie każda pajęczyna jest babim latem.

Z meteorologicznego punktu widzenia za babie lato odpowiadają procesy atmosferyczne, związane z gigantycznymi meandrami w przepływie powietrza, które powstają wskutek obrotu Ziemi. Jesienią te fale mogą ulec blokadzie cyrkulacji, co oznacza, że typowy ruch układów pogodowych z zachodu na wschód zostaje wstrzymany. W efekcie nad Europą Środkową zaczynają dominować stacjonarne układy ciśnienia, takie jak Wyż Syberyjski, który sprowadza suche i ciepłe powietrze kontynentalne. Ponieważ ląd jest jeszcze nagrzany po lecie, a powietrze stabilne i bezwietrzne — mamy kilka dni pięknej pogody, czyli właśnie babie lato. Być może tworzą się dogodne warunki elektrostatyczne, sprzyjają żeglowaniu w powietrzu na jedwabnych nitkach. Na kształtowanie się „babiego lata” na terenie środkowo-wschodniej Europy (w tym Polski) oraz południowej Azji, decydujący wpływ ma Wyż Południowoazjatycki (czasem Wschodnioeuropejski), słabnący w okresie zimowym.

Zjawisko babiego lata występuje nie tylko w Polsce, w Europie obserwujemy je od Serbii po Finlandię, także w Ameryce Północnej. Samo zaś unoszenie się małych pająków na jedwabnych niciach występuje i na innych kontynentach. Te migrujące pajączki, niczym na latawcach, są elementem aeroplanktonu.

Jedwabne nitki babiego lata są produkowane przez młode pająki, które wykorzystują je do tzw. balonowania — czyli przemieszczania się z miejsca na miejsce, unosząc się na wietrze. Poprawniej należałoby nazwać latawcowaniem, bo nici unoszą się tak jak latawce na wietrze. 

To zjawisko jest nie tylko piękne wizualnie, ale też fascynujące biologicznie. Pająki wspinają się na źdźbła trwa i przędą jedwabne nici, pochwytywane przez wiatr. Unoszą się i mogą pokonać nawet kilometrów, szybując  w poszukiwaniu nowych siedlisk. Typowa biologiczna dyspersja. Niektóre dane wskazują, że pajączki mogą regulować swój lot, np. przez zwijanie (skracania) i rozwijanie (wydłużanie) nici w czasie lotu. Jak rozpoznają dogodne dla siebie siedlisko? I czy ulatują w powietrze tylko raz, czy może po nietrafnym wylądowaniu podejmują kolejne próby? Ze względu na rozmiary trudno będzie takie badania zaplanować i wykonać. Małe pajączki to nie ptaki, którym można założyć obrączki na nogę lub przyczepić nadajniki radiowe. 

Dlaczego pająki „latają” jesienią? Jesienią warunki są idealne: ciepłe, bezwietrzne dni sprzyjają unoszeniu się nici. Stabilna atmosfera pozwala na długie loty bez ryzyka gwałtownych zmian pogody. Młode pająki szukają nowych siedlisk  to ich „podróż w dorosłość” i poszukiwanie nowych terenów, nowych siedlisk, by po przezimowaniu rozpocząć nowe życie kolonizatora. Dyspersja jako uniwersalna cecha organizmów żywych. A bez wątpienia zalecieć można dalej niż zajść na swoich małych odnóżach. Owady w tym celu "wynalazły skrzydła a pająki szybowanie na nici. Ale to rozważanie ma ograniczenia. Na jedwabnym latawcu uniesie  się tylko mały pajączek. Dzięki siłom elektrostatycznym i lekkiej masie (często poniżej 1 mg!) pająk może wznieść się nawet na wysokość do 1500 metrów.
Lot może trwać od kilku minut do kilku godzin a pokonany dystans sięga nawet kilkuset kilometrów.
Wiosną też się to zdarza, ale jesień to szczyt sezonu pajęczego latawcowania na półkuli północnej.
To czas, gdy wiele gatunków kończy cykl rozrodczy, związany z sezonem wegetacyjnym a młode osobniki szukają nowych terenów. 

Nici przędne, nazywane babim latem, wytwarzane są zwykle przez młode pająki obu płci, z gatunków o niewielkich rozmiarach, zaliczanych do wielu rodzin. Masa ciała większości pająków zbadanych w aeroplanktonie USA i Australii mieściła się w przedziale 0,2–1,0 mg. Ich wędrówki na półkuli północne są obserwowane przez cały rok. Najliczniej wędrują w okresie od maja do października. Ważną rolę w locie pająków z wykorzystaniem nici przędnych może odgrywać elektrostatyka.
 
Babie lato zależy od układów ciśnienia, temperatury powietrza i stabilności atmosfery. Wszystkie te czynniki są podatne na globalne zmiany klimatyczne. Cieplejsze jesienie mogą sprawić, że babie lato będzie częstsze lub dłuższe, ale... może też zaniknąć jako wyraźne zjawisko, bo nie będzie już „kontrastu” po ochłodzeniu. Ponadto zmiany w prądach strumieniowych, które odpowiadają za blokady cyrkulacji, mogą wpływać na to, czy i kiedy pojawi się babie lato. Globalne ocieplenie klimatu to także 
więcej ekstremalnych zjawisk, wzrost liczby gwałtownych burz, opadów czy nagłych ochłodzeń może zakłócać spokojną aurę typową dla babiego lata. Nawet jeśli temperatury są odpowiednie, większa wilgotność i zachmurzenie mogą sprawić, że nie odczujemy typowego „babiego lata”. Czy zmiany klimatu mogą wpłynąć na babie lato? Tak, choć dokładnie nie wiemy jak. Możemy spodziewać się
większej nieprzewidywalności (pajęcze babie lato może pojawić się w nietypowym czasie lub wcale) oraz zmiany jego charakteru (zamiast kilku dni spokojnego ciepła, możemy mieć krótkie „okienka pogodowe” przerywane nagłymi zmianami). 

Co nowego i oryginalnego jest w powyższym tekście (eseju, rozprawce, wypracowaniu)? Wykorzystałem wiele róznych informacji z przepastnej kultury ludzkiej, z zakresu biologii, etnografii, korzystałem z tego co zaczerpnąłem w ciągu kilkudziesięciu lat życie, wielu lat badań terenowych, z wyszukanych źródeł tuz przed pisaniem. Oryginalna jest zapewne kompozycja słowna? Oryginalny układ argumentów okraszony własną refleksją. Mam nadzieje, że to coś więcej niż statystyczna papuga AI? Ale jak bardzo? Analizując AI w działaniu nabieram mocniejszego przekonania, że AI jest do nas bardzo podobna. Albo odwrotnie. 

23.09.2025

Warmia i magia czyli krwiopijne demony z przeszłości i etyczne wykorzystanie AI


Poproszony zostałem o prelekcję popularnonaukową, poświęconą owadom groźnym i mitycznym, na spotkaniu miłośników literatury fantasy. Postanowiłem połączyć wiedzę biologiczną z etnograficzną. A że samo słuchanie wielu wystąpień, jedno po drugim, może być nużące dla odbiorców, to zaplanowałem aktywność słuchaczy. Czyli nie tylko sama prelekcja lecz i warsztaty. Co można zrobić w ciągu 50-60 minut? W przekazie ukrytym (w dalszym planie) jest wiedza z zakresu neurobiologii, z uwzględnieniem tego jak funkcjonuje ludzki mózg i jak funkcjonuje kultura (przekazywanie wiedzy, przekazywanie mitów i opowieści). Posłuchaj, ale swoją aktywnością tworzenia postaci bohatera przetwórz nową wiedzę i połącz z tym co już wiesz. Zatem słuchanie i przetwarzanie. Kolejnym krokiem jest poszukiwanie dodatkowych informacji. A na koniec "opowiedz to innym". Dlatego prelekcja połączona jest w warsztatami pisania (od karty postaci do krótkiej opowieści) i rysowaniem (analogowym, kredkami lub tworzeniem ilustracji z prostymi narzędziami AI).

Ponieważ wśród niektórych potencjalnych uczestników pojawiły się kontrowersje wobec wykorzystania sztucznej inteligencji, uzupełniłem swoje wystąpienie o krótką dygresję, dotyczącą etycznego wykorzystania AI. To nie narzędzie czyni plagiat lecz sposób wykorzystania tego narzędzia. A skoro AI jest już wokół nas, to warto ją lepiej poznać wraz z szerszym kontekstem etycznym. Bo na przykład czy warto tworzyć proste i banalne ilustracje z AI z jednoczesnym zużyciem dużej ilości energii i wody do chłodzenia serwerów? Cokolwiek czynisz patrz końca.

W pewnym sensie dobrze się ta wyartykułowana gdzieś w mediach społecznościowych kontrowersja komponuje z moją prelekcją. Boimy się tego, czego nie znamy. Kiedyś to były świtezianki, kłobuki, wodniki itp. Teraz za takiego groźnego demona w naszej kulturze robi AI. Ale przyniosę na prelekcję odpowiednie artefakty, które ochronią przez rzuceniem uroku na słuchaczy (magia i zaklęcia ochronne) przez niecną AI. Będzie całkowicie bezpiecznie. Będzie popularnonaukowo (biologia, etnografia, neurobiologia, AI w kulturze) i z humorem. Liczę, że uczestnicy właściwie odczytają dowcip i odróżnią wiedzę popularnonaukową od fantazji a literaturę faktu od literatury fikcji. Będzie także maść czarownic do latania, chętni będą mogli wypróbować na sobie. Tak, tak maść czarownic do latania całkiem na poważnie z rzetelną, naukową podbudową (a magia tylko w kontekście etnografii). Pisanie promptów jest jak rzucanie zaklęć, coś pomylisz w formule i wychodzi zupełnie inny efekt końcowy... Zatem dokładnie, starannie i z głęboką wiedzą jak to działa.

Prelekcja połączona z warsztatami pisania krótkich opowieści fantasy. Demony słowiańskie zaklęte w nazwach owadów: świtezianki, rusałki, topielice, bagniki, wieszczyce, ćmy, żyrytwy, krwiopijne owady dokuczające nam na co dzień. Dlaczego dawni entomolodzy nadawali takie nazwy zwyczajowe owadom? Po wysłuchaniu prelekcji odbędą się krótkie warsztaty z pisania opowieści z wykorzystaniem narzędzi sztucznej inteligencji. Oraz generowanie grafiki jako ilustracji do tej opowieści. Wszystko w sposób etyczny. Będą także kredki i papier. Kto chce, wykona swoją ilustrację w pełni analogowo i kredkowo. 

Wykorzystanie AI bardziej nadaje się do fantasy i literatury fikcji niż literatury faktu. Bo konfabuluje i halucynuje (ludzie też tak robią), dlatego trzeba sprawdzać, weryfikować podawane przez AI "fakty". Gdy tworzymy opowieść w pełni fantastyczną, pilnujemy jedynie spójności a nie poprawności wszystkich faktów, detali z opowieści. Bo sami ustalamy co jest z czym i jak powiązane. Dlaczego fantasy tak pociąga? Bo daje poczucie sprawstwa, nie wymaga dużej erudycji, tworzy się własny świat, tak jak rysowanie dowolne w porównaniu do  kopiowania obrazów dawnych mistrzów. Nie trzeba więc długo stać w kolejce by móc tworzyć.

Organizatorzy Warmii i Magii (i ja również) dbają o to, by sztuczna inteligencja była wykorzystywana wyłącznie w sposób etyczny. Wszystkie narzędzia stosowane podczas wydarzenia są weryfikowane pod kątem zgodności z prawami autorskimi i zasadami odpowiedzialnego użycia. Naszym celem jest pokazanie, że nowe technologie mogą wspierać, a nie naruszać ogólnoludzki dorobek intelektualny. Podobnie z literaturą pisaną przez ludzi z krwi i kości. To nie narzędzie decyduje o etycznym lub nieuczciwym produkcie tylko sposób wykorzystania tegoż narzędzia. Zwykłym piórem i w pełni odręcznie można popełniać plagiaty lub głębokie i nieoznaczone zapożyczenia od innych autorów.

Zapraszam na spotkanie o magii i popularyzacji nauki pt. Krwiopijne demony z przeszłości i etyczne wykorzystanie AI. Więcej o wydarzeniu https://warmia-i-magia.olsztyn.pl/

Zdjęcie wyżej z warsztatów streetartowych, malowania na poremontowych płytkach. Tworzyć można na różne sposoby. W 2025 roku poza malowaniem kamieni pisaliśmy bajki edukacyjne z AI. Można zobaczyć rezultaty tu https://wakelet.com/wake/sYNmLD3a683mvo9xQGZPA