Nowa odsłona bloga Profesorskie Gadanie. Pisanie i czytanie pomaga w myśleniu. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie opowiadam. Dr hab. Stanisław Czachorowski, prof UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii, Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie
5.06.2019
Nie ma jednej, poprawnej odpowiedzi - rozważania o szkole
Każda odpowiedź jest dobra o ile zostanie sensownie uzasadniona. Zdanie i zdarzenie wyrwane z całościowego kontekstu trudne jest do jednoznacznej interpretacji. Poprawnych odpowiedzi może być wiele. Uzasadnienie tworzy kontekst, czasem zupełnie nowy (potrzebna więc kreatywność). Ot na przykład taki wycinek ze szkolnego podręcznika. Widzimy tylko fragment, ukazany na ilustracji wyżej.
W szkole (i na uniwersytetach?) uczymy odpowiadać by trafić w klucz? Bo ustalamy jedną, właściwą odpowiedź, a wszystkie inne automatycznie są złe? Czy raczej uczymy myśleć i uzasadniać? Wolę to drugie, mimo że przy sprawdzaniu wymaga znacznie większego wysiłku i czasu. Wymaga czasu na wysłuchanie, wysiłku podążania za argumentacją, myślenia. Nie da się sprawdzić "poprawności", przyrównując szybko do klucza testowych odpowiedzi. Szybko i dużo (sprawdzonych testów, zadań) nie oznacza dobrej edukacji. I postaram sie to uzasadnić, korzystając z kreatywności dyskutantów na Facebooku. Niniejszy tekst jest tylko uporządkowaną i rozszerzoną wersją dyskusji, która się odbyła w przestrzeni wirtualnej na Facebooku.
Zamieszczony fragment pochodzi z ćwiczenia lub podręcznika szkolnego. Umieszczony został w mediach społecznych, już nie pamiętam dokładnie gdzie (w której grupie). Może przez jakiegoś rodzica? Dostrzegając bzdurę słusznie publicznie się zastanawia nad poprawną odpowiedzią (bo jak pomóc dziecku w odrabianiu lekcji?). Ale czy znamy zamiar i kontekst?
1. Wymienione w zadaniu części roślin: marchewka, ziemniaki, pietruszka, seler to z botanicznego punktu widzenia (wiedza naukowa, poprawna): korzeń, bulwa, liście. Jak zatem można w dalszej części zadania pytać "ile owoców znalazło się w zupie?" Błąd z układaniem zadania (autor jest niedouczony)? Ale może jest to błąd zamierzony? Może nie chodzi tylko o proste zadanie matematyczne ale o sprawdzenie czytania ze zrozumieniem i sprawdzenie wiedzy przyrodniczej? Uczniowie czasem (lub często) wpadają w schemat rozwiązywania zadań, według klucza. Jeśli ktoś przeczyta bezrefleksyjnie, szybko, to ... źle rozwiąże zadanie. W tym kontekście poprawną odpowiedzią byłoby zero. Zero owoców znalazło się w zupie.
2. Drugą poprawną odpowiedzią będzie liczba 3. Bo ziemniaki możemy potraktować jako owoce. Przecież jak każda roślina ma owoce. Nie, nie o bulwy mi chodzi, które również są sposobem na rozmnażanie. Mam na myśli owoce sensu stricte, takie pomidorki. Że nie jemy? Ale kiedyś, gdy sprowadzono ziemniaki do Europy, próbowano je jeść. Uzasadnienie sprowadza się do interpretacji słowa "ziemniak" - możemy w domyśle uważać, że chodzi o bulwy ziemniaczane (bo je na co dzień jemy) albo o gatunek rośliny. A skoro gatunek, to przecież do zupy można wziąć każdą część rośliny. Może to taka specjalna zupa z dodatkiem solaniny (zdrowotna, lecznicza, dietetyczna). Może tych ziemniaczanych pomidorków dodajemy tylko trochę? A czy jedliście zielone pomidory? Też byłyby trujące. Ale po ukiszeniu są smaczne i jadalne. W niniejszym uzasadnieniu uzupełniamy treść, uzupełniamy kontekst o nową ale możliwą rzeczywistość.
3. Trzecią poprawną odpowiedzią będzie liczba 4. Bo do zupy włożono cztery marchewki. Czy marchewka (korzeń) to owoc? W sensie dżemu marchewkowego i norm Unii Europejskie - tak. W nawiązaniu do tradycyjnej marmolady marchewkowej Portugalczyków w normach unijnych marchew uznano za owoc... w dżemie marchewkowym. Taki wyjątek dla poszanowania lokalnej tradycji. W tym uzasadnieniu "marchewka = owoc" opieramy się na normach konsumpcyjnych, na zaistniałym przypadku, a nie na owocu w sensie biologicznym. Można?
4. Czwartą poprawną odpowiedzią może być liczba 7. Wystarczy połączyć oba powyższe uzasadnienia: 3 + 4 = 7. Ewentualnie 0 + 3 + 4 = 7.
5. Można jeszcze inaczej. Ewolucyjnie, w nawiązaniu do diety Homo sapiens. Owoce to takie części roślin, które jemy na surowo. Tak odżywiali się nasi przodkowie (hominidy i szerzej - małpy), jeszcze "na drzewie". Warzywa muszą być uwarzone (ugotowane a nie zważone w sensie wagi, ciężaru). Termiczna obróbka żywności była wielkim wynalazkiem ludzkości i umożliwiła niewątpliwy sukces. A jeśli jeść marchewkę czy natkę pietruszki na surowo? Słabe to uzasadnienie, bo zupa jest daniem gotowanym (warzonym). Trzeba byłoby dalej uzasadniać, szukać "niegotowanych" zup itd. W tej chwili wydaje mi się karkołomne... ale może ktoś potrafi i taką odpowiedź wiarygodnie uzasadnić?
6. Przypuszczam, że nie wyczerpałem wszystkich, możliwych i poprawnych odpowiedzi (było 0, 3, 4, 7). Pozostawiam pole, do tej intelektualnej zabawy, otwarte (np. w komentarzach).
Dlaczego o tym piszę i się rozwodzę? Bo kilka dni temu usłyszałem trafne zdanie o edukacji. Przytaczam je z (niedoskonałej) pamięci i lekko (świadomie) zmodyfikowane: Szkoła jak i Uniwersytet, jest przestrzenią rozmowy, dialogu, dyskusji i uzasadniania a nie miejscem egzaminów. Egzaminy, sprawdziany też są, ale stanowią mały dodatek. A przynajmniej powinny. Za dużo wagi przywiązujemy do testów, rankingów ocen, za mało do dialogu, rozmowy i uzasadnienia. Zatem nie ma głupich (błędnych) pytań - są tylko niewystarczająco (lub wcale) uzasadnione odpowiedzi.
Tymczasem wracam do codziennego trudu tworzenia uniwersytetu jako przestrzeni rozmowy i dialogu. I to nie tylko w czterech ścianach sal seminaryjnych czy wykładowych. Ten blog (i dyskusja w komentarzach) też jest fragmentem takiej przestrzeni edukacyjnej.
PS. Możliwe, że uczeń poda liczbę 10. Bo uzna, że takiej odpowiedzi od niego się oczekuje... Skoro są liczby, to trzeba je dodać (bo takiego schematu nauczył się w kilkunastu lub więcej poprzednich zadaniach), a ewentualne wątpliwości co do sensu po prostu pominie. Bo przyzwyczajany jest do poszukiwania odpowiedzi, jakiej się od niego oczekuje. Oczywiście, przy odrobinie wysiłku intelektualnego tę wartość (10) też można sensownie uzasadnić. Np. zakładając że zaszła pomyłka w podręczniku. Mózg ma te właściwośc, że automatycznie koryguje domniemane pomyłki. Dlatego przecztyamy zdania ze słowmi, które zawierają będy literowy lub inne. Odczytujemy całość i sens. Nieprawdarz?
3.06.2019
Wspólne czytanie - Jacek Dukaj "Po piśmie"
Czytanie w przestrzeni publicznej to jakaś forma manifestacji oraz happeningu. W tym dniu uczniowie i studenci z całej Polski będą czytać – bez przymusu, każdy to, na co ma ochotę (ciekawe co teraz młodzi ludzie czytają?). Osoby dorosłe, w tym pracownicy UWM, mogą również dołączyć. Ja dołączam.
Pomysł wspólnego czytania zjednoczył ponownie placówki biblioteczne w Olsztynie. Miło patrzeć na współpracę. Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Olsztynie, Miejska Biblioteka Publiczna w Olsztynie, Biblioteka Uniwersytecka UWM i Warmińsko-Mazurska Biblioteka Pedagogiczna razem organizują rekord czytania książek przez uczniów (bicie rekordu to element grywalizacji). Kiedyś biblioteka była sercem każdego uniwersytetu, skarbnicą wiedzy. A teraz? Gdy książką jest tania a wiedzę łatwo można zaczerpnąć z telefonu komórkowego, audiobooka, internetu? Jak jest teraz z czytaniem i pisaniem w przestrzeni akademickiej?
Głównym celem akcji wspólnego czytania w przestrzeni publicznej jest budowanie pozytywnego wizerunku książki, tak by czytanie kojarzyło się z czymś przyjemnym, z wolnym czasem i rozrywką (ważne dla uczniów, którzy zmagają się z obowiązkowymi lekturami w szkole). Symbolem wspólnej akcji jest rekord w liczbie osób czytających w jednym momencie. Co roku wspólnie czyta ponad 400 tys. osób w całej Polsce. Pomysłodawcą i głównym organizatorem jest redakcja miesięcznika „Biblioteka w Szkole", od 29 lat jednego z najpopularniejszych czasopism dla nauczycieli, natomiast organizatorami przedsięwzięć w poszczególnych miastach – biblioteki szkolne i publiczne (co roku ponad 2 tys. placówek). Jest jeszcze trochę czasu, można dołączyć z inicjatywą nawet z najmniejszej miejscowości. Czytanie przy półkach bookcrossingowych też byłoby ciekawym przeżyciem, integrującym społeczność lokalną.
Warto na nowo przemyśleć sens pisma, sens czytania i pisania, sens bibliotek (a nawet półek bookcrossingowych). To wszystko w kontekście sztucznej inteligencji. Student może zapytać się, jaki jest sens pisania pracy dyplomowej, skoro przeczyta ją on, promotor i recenzent. Tylko trzy osoby? Przy kilkumiesięcznym wysiłku? Może ktoś jeszcze? Obecnie znacznie częściej jego praca czytana będzie przez... sztuczną inteligencję. Pierwszy raz, gdy umieści w systemie i sprawdzi ją program antyplagiatowy. A potem wielokrotnie, gdy program ten będzie sprawdzał inne prace dyplomowe. Czyli wychodzi na to, że częściej prace naukowe czyta nie inny człowiek tylko sztuczna inteligencja w szerokim sensie. Dla kogo piszemy? I jaki to ma sens? Żyjemy w ciekawych czasach a na naszych oczach powstają rzeczy niezwykłe. Zupełnie nowy świat....
Może więc, przed drogą w nieznane jutro, siądźmy wschodnim zwyczajem. I poczytajmy. I koniecznie piszmy. Na pewno jakieś maszyny przejrzą nasz tekst. A my, w procesie pisania, uporządkujemy swoje myśli. I w jakimś sensie sformatujemy swój mózg.
27.05.2019
Lot na Marsa (ekolog na Marsie)
![]() |
| Mam już bilet na Marsa. Wiele lat o tym marzyłem. Praca dla ekologa na Marsie się chyba znajdzie. Odbudowywanie ekosystemu po katastrofie planetarnej. Przyda się takie doświadczenie na ... Ziemi. |
Ekolog na Marsie (zobacz tekst źródłowy)
Nigdy nie lubiłem latać samolotem. To jest jakieś irracjonalne. Dane statystyczne wskazują, że latanie jest bezpieczniejsze niż jazda samochodem czy autobusem. Jako naukowiec, powinienem przecież zaufać rzetelnym i naukowo udowodnionym faktom. A jednak po prostu się boję. Jeśli tylko mogę to wybierałem inny środek transportu lub korzystałem z komunikacji internetowej i telekonferencji. Przecież, żeby uczestniczyć w seminarium naukowym, współpracować w dużym, międzynarodowym zespole, nie trzeba siedzieć w jednym pokoju. Wspólnym biurkiem jest internet i zasoby dostępne on-line. Web 2.0 to dzieciństwo, w którym wyrastałem.
A teraz stoję w kolejce do odprawy. I czeka mnie lot dalszy niż na drugi kontynent. Po prostu lecę na Marsa, na kilkumiesięczne badania naukowe w międzynarodowej stacji badawczej. Wszystkiego przez internet i telekonferencje nie da się zrobić. Konieczne są badania in situ czyli na miejscu. A że badania dotyczą ekologii stosowanej i to na Marsie, trzeba lecieć. Ciekawość i ekscytacja fascynującym eksperymentem przeważa nad irracjonalnym strachem.
Zdobyłem grant na badania w dużym międzynarodowym konsorcjum. Zadziwiające, że tyle miesięcy przygotowań, pisania wniosku, kompletowanie zespołu, dopracowywanie eksperymentu i projektowanie badań, wszystkie te procedury recenzowania i zatwierdzania, nie wlokły się tak jak teraz oczekiwanie na odprawę. Przeszedłem wcześniejsze badania medyczne. No cóż, nie jestem okazem zdrowia. Ale drobne niedomagania da się łatwo i szybko wyeliminować. Wszystko po to, żeby bez problemu przebyć dość długą podróż z przesiadką na stacji orbitalnej, a potem wielomiesięczny pobyt na marsjańskiej stacji badawczej. Pobyt w tych ekstremalnych warunkach nawet dla czterdziestoparolatka nie jest już problemem.
Lecę na Marsa, aby jako ekolog współpracować z biotechnologami, biologami molekularnymi oraz specjalistami od modelowania i biologii syntetycznej. Okazuje się, że GMO (organizmy modyfikowane genetycznie) znalazło swoje powszechne zastosowanie poza Ziemią. Wszystkie te wcześniejsze próby modyfikowania roślin, zwierząt i bakterii, tylko w części udało się sensownie zastosować w rolnictwie i medycynie. To nie tylko sprawa protestów przeciw żywności pochodzącej z organizmów modyfikowanych genetycznie. Przeważyły w wielu przypadkach także względy ekonomiczne. Ale bez tych prób nie osiągnęlibyśmy współczesnej wiedzy o funkcjonowaniu organizmów i zaawansowanej biotechnologii. Tak jak pozornie bezsensowne i „bezużyteczne” są zabawy w dzieciństwie. Bo zabawy nie są marnowaniem czasu i energii. One służą zdobywaniu wiedzy i dojrzewaniu całej osobowości. Bez tego nie da się w życiu dorosłym być dobrym pracownikiem. Podobnie jest w nauce. Pozornie bezużyteczne badania po jakimś czasie dają możliwość zupełnie nieoczekiwanego zastosowania w praktyce.
Urodziłem się w czasie, gdy Polska wstępowała do Unii Europejskiej oraz rozpracowano genom człowieka. Potem coraz szybciej udawało się poznać kompletny zestaw genów kolejnych organizmów. Poznawanie genomów stało się coraz łatwiejsze i szybsze. Większym problemem okazało się poznanie proteomu, czyli wszystkich białek funkcjonujących w komórce, jak i metobolomu – czyli wszystkich produktów metabolicznych, pojawiających się w określonym czasie cyklu życiowego. Biologia molekularna musiała zmierzyć się z problemem, który na długo zastopował rozwój ekologii: prawem wielkich liczb. W ekosystemie występuje bardzo dużo gatunków oraz relacji między tymi gatunkami. Gdy biolodzy molekularni głębiej poznali mikroświat, trudno było dobrze analizować współdziałanie wielu genów, enzymów i innych związków. Biologia molekularna upodobniła się do ekologii. Jednak z pomocą przyszła duża moc obliczeniowa komputerów.
Biologia syntetyczna i modelowanie komputerowe pozwoliły opanować zdawałoby się niemożliwe. Udało się stworzyć wirtualne modele najpierw organizmów a potem całych ekosystemów. W czasie szybszym od rzeczywistego – w przypadku ekosystemów – można było wykonywać różnorodne eksperymenty i sprawdzać warianty oddziaływań, dodawać lub eliminować określone gatunki. Na rezultaty eksperymentów w przyrodzie trzeba czekać nierzadko dziesiątki a nawet setki lat. Bo tak długo trwa sukcesja ekologiczna. Teraz można znacznie szybciej. Takie właśnie badania symulacyjne wykonałem na Ziemi, ale teraz muszę sprawdzić jak przebiegają eksperymenty na Marsie, już na prawdę a nie wirtualnie.
Ostatnie kilka dziesięcioleci to było zmaganie się z efektem cieplarnianym i próby globalnego sterowania atmosferą. Nie ze wszystkich prób jako ludzkość wyszliśmy zwycięsko, ale zdobyliśmy niebagatelną wiedzę o atmosferze i jej uwarunkowaniach. To właśnie na bazie tej wiedzy poważyliśmy się zaprojektować i rozpocząć tworzenie atmosfery na Marsie. Wcześniej udało się znaleźć zasoby wody na tej planecie. Wtedy zapadła decyzja o kolonizacji Marsa i eksploatacji jego surowców. Ale jak żyć na tej niegościnnej „ziemi”? Schować się w zamkniętych stacjach pod gruntem czerwonej planety? Tak, ale tylko na krótko, bo lepszym i wykonalnym rozwiązaniem okazało się stworzenie ochronnej atmosfery.
Biolodzy molekularni zaprojektowali mikroorganizmy o określonych cechach i zdatne do przeżycia w nietypowych warunkach. Ich zadaniem jest nieprzerwana produkcja tlenu, dwutlenku węgla, metanu itd. Żaden gatunek z Ziemi do tego się nie nadawał. To nie było modyfikowanie istniejących gatunków lecz projektowanie, niczym w biurze projektowych nowych maszyn. Organizmy żywe są znakomitymi maszynami: samonaprawiającymi i samopowielającymi się. Na Marsie nie było atmosfery. Trzeba było ją stworzyć. Przygotować odpowiednie organizmy, wysłać i rozmnożyć na Marsie i „uwolnić”, aby zaczęły emitować gazy, tworzące zalążek atmosfery. To powolny proces. Na dodatek, w tych ciągle zmieniających się warunkach, trzeba nadzorować powstawianie (ściślej projektowanie przez biotechnologów) nowych gatunków i ich sukcesyjną wymianę. O ile biotechnolodzy ekscytowali się tworzeniem nowych organizmów, tak nas ekologów, niezwykle podnieca fakt zaprogramowania nowego ekosystemu zupełnie od zera. To tak, jak przygotować program instalacyjny, przenieść go do innego komputera i jednym kliknięciem uruchomić rozpakowanie oraz samoinstalację.
Tworzenie nowej biosfery to coś więcej niż prosta biologia syntetyczna, która nie tak dawno odnosiła swoje pierwsze i spektakularne sukcesy, gdy udało się zaprojektować i zupełnie od zera zbudować żywą komórkę. Biorę udział w dużym eksperymencie tworzenia nowego ekosystemu: biosfery na Marsie. Zupełnie od zera. To wielkie przeżycie i wielkie emocje. W ciągu kilku miesięcy mojego pobytu na marsjańskiej stacji badawczej będę badał tworzące się biocenozy. Będę współpracował z biotechnologami i biologami syntetycznymi w opracowaniu kolejnych gatunków mikroorganizmów, sterujących przebiegiem tej marsjańskiej sukcesji ekologicznej. W pewnym sensie będą asystował narodzinom drugiej Gai. Gaja to dawna hipoteza, traktująca biosferę Ziemi jako swoisty „organizm”, z homeostazą i czynnikami regulującymi.
Niebawem zapakują mnie do promu kosmicznego. Wcześniejsze badania medyczne pozwoliły zindywidualizować i dostosować do mnie uniwersalny komputerowy model organizmu człowieka. Symulacje pobytu w przestrzeni kosmicznej i na Marsie pozwoliły przetestować mój organizm – zupełnie wirtualnie – czy i jak sobie poradzi w tych nowych warunkach oraz czy zaplanowana kuracja zapobiegawcza będzie skuteczna. Teraz stan mojego organizmu jest monitorowany a podawanie kolejnych leków jest kontrolowane (o ile te aktywne biologicznie substancje można nazwać lekami – przecież nie jestem chory).
I zadziwiające, nie boję się strzykawek, wenflonów i tego, co mi aplikują. Ale lotu się trochę boję. Nikomu tego nie mówię. Bo jak tu się przyznać, że naukowiec, obsługujący wyrafinowaną aparaturę, ma jakieś irracjonalne lęki?
26.05.2019
Przybyli migranci z południa i będą się u nas rozmnażać (tylko spokojnie to opowieść o rusałce osetnik)
![]() |
| (Olsztyn, 24 maja, kolekcja kosaćców w szklarni Wydziału Biologii i Biotechnologii UWM wOlsztynie) |
Wraz ze zmianami klimatu nasilą się migracje, zarówno zwierząt jak i ludzi. To drugie ma aspekt społeczny, ja zajmę się tym pierwszym. Co prawda tytuł można odczytywać ze społecznym podtekstem, ale rzecz dotyczy zjawisk przyrodniczych i migracji motyli. I jeszcze jedna myśl, która mi od lat przyświeca: jeśli świat jest całościowym systemem, to przyglądając się jednej rzeczy dostatecznie długo, zrozumieć można całość (cały świat). Aluzje i dygresje społeczne też nie są przypadkowe, bo wytrwale poszukuję systemowej homologii między ewolucją biologiczną a kulturową. Zatem na przykładzie opowieści o jednym gatunku i aktualnie obserwowanym zjawisku, będę próbował opowiedzieć o całym świecie, w poszukiwaniu praw uniwersalnych.
Tej wiosny (2019), w maju, nie tylko w Olsztynie pojawiło się sporo motyli rusałek osetnik (Vanessa cardui). Wyrosły jakby spod ziemi. Nie co roku się je widuje tak licznie. Inwazja migrantów z południa, będzie pretekstem do opowieści o motylu, migracjach i zmianach klimatu. Oraz o tym, że warto prowadzić obserwacje przyrodnicze. Naukowcem może być każdy, wystarczy ciekawość i wytrwałość w zbieramy obserwacji. Może zespołowo, z innymi, wtedy ciekawsze i bardziej wiarygodnie obserwacje powstają. Wiedza powstaje wspólnotowo, z sumowania zespołowych obserwacji. Możesz i ty dołączyć. Na przykład obserwując motyle. A w tym roku rusałkę osetnik.
A ta rusałka osetnik to gatunek nasz czy obcy? W zasadzie jedno i drugie, bo w wyniku polodowcowej rekolonizacji i kolonizacji, wszystkie gatunki, zamieszkujące obszar Polski (łącznie z Homo sapiens), są migrantami. Dyspersja jest immanentną cechą życia. Wobec nieustannie (od milionów lat) zmian środowiska bez dyspersji gatunki by nie przetrwały. W zasadzie są możliwe dwie strategie – albo ewolucyjnie dostosowywać do zmieniającego się środowiska, albo migrować (rozprzestrzeniać się) w poszukiwaniu, innych ale „takich samych” środowisk.
Szybkie zmiany środowiska i nieprzewidywalność (niepowtarzalność) tych zmian sprzyja ekologicznym oportunistom. A takimi oportunistami są gatunki nomadyczne, do których zaliczyć można nasza rusałkę osetnik. Jest to gatunek ubikwistyczny (o dużej tolerancji ekologicznej, eurybiont, może żyć w różnych środowiskach i warunkach, do ubikwistów należą gatunki kosmopolityczne synantropijne). Oczywiście ten ekologiczny oportunizm i kosmopolityzm dotyczy jedynie części parametrów środowiska.
Że ptaki migrują (odlatują na zimę), to wszyscy wiemy. Ale, że małe motyle? Albo inne małe owady (ważki, chruściki)? I dlaczego zwierzęta migrują? Oraz jak do tego przyczyniają się zmiany klimatu. To kilka pytań, wartych poszukiwania odpowiedzi.
Dla niektórych zaskakujące może być to, że nie tylko ptaki odlatują z Polski na zimę do „ciepłych krajów”. Rusałka osetnik to niezwykły, wędrowny motyl, zasiedlający niemalże wszystkie kontynenty. Do Polski przylatują motyle na wiosnę z krajów obszaru Morza Śródziemnego, z południowej Europy i północnej Afryki. W takich wędrówkach ten motyl nie jest osamotniony. Podobne wędrówki odbywa rusałka admirał – przepiękny motyl. A w ubiegłym roku mieliśmy nalot innego nomady – fruczaka gołąbka, z grupy zawisaków (naszego „kolibra” - czytaj więcej).
Gdy motyle przylecą do nas, na przykład w maju, tu składają jaja i rozwija się kolejne pokolenie, które jesienią odlatuje na południe. W sprzyjających okolicznościach mogą być nawet dwa pokolenia. A wraz ze zmianami klimatu, łagodniejszymi zimami, możliwe, że te które „eksperymentalnie” zostaną, to przeżyją i wydadzą rodzime pokolenie, "tutejsze". Podobne zjawiska obserwuje się już u ptaków – niektóre gatunki czy populacje nie odlatują już na zimę. Można powiedzieć, że trwale skolonizowały nasz obszar.
Rusałka osetnik - Vanessa cardui (L.) - to wędrowny nomada. Nomadzi przelatują gromadą (bo w migrujący w pojedynkę ma mniejsze szanse znaleźć partnera do rozrodu i przetrwać wobec drapieżców i przeciwności losu), składają jaja i w dużej liczbie się rozmnażają. Posiedzą rok albo dłużej (lub krócej) i dalej lecą w poszukiwaniu dogodnego środowiska. Migrują w poszukiwaniu „lądów nieodkrytych”, tam gdzie są obfite zasoby pokarmowe, gdzie mniejsza konkurencja (bo konkurenci wyginęli a jeszcze tam nowi nie dotarli), gdzie mniej pasożytów i chorób (jak zdążyć za takim wędrownym nomada?). Stąd obecność takich gatunków jest widoczna raz jakiś czas. Pojawiają się a potem bez wyraźnych przyczyn znikają. Ale zawsze jakieś pojedyncze zostają, mogą dać początek trwałej, lokalnej populacji. Dodam tylko, że wędrówki odbywają albo w małych grupkach albo większych. W zasadzie to przydałyby się badania, żeby poznać to dokładniej. Niestety nie ma tylu entomologów-lepidopterologów co ornitologów, stąd i nasz wiedza niewielka.
Rusałka osetnik jest pięknym, dużym i charakterystycznym motylem. Skrzydła z wierzchniej strony mają kolor pomarańczowo-różowy z charakterystycznym czarno-brązowym rysunkiem i białymi plamami. Rozpiętość skrzydeł waha się w przedziale 5,5-6 cm. Dorosłe motyle pojawiają się od początku maja do początku czerwca, drugie pokolenie pojawia się zazwyczaj od początku lipca do początku września. Latem latające można spotkać pokolenie rodzicielskich imigrantów (mają bardziej "zlatane" skrzydła) i nowe pokolenie. Spotkać je można na polach, miedzach, ugorach, w ogrodach, terenach ruderalnych, przy drogach (raczej unikają lasów). Imago żywi się nektarem kwiatów tak jak na motyle przystało. Stożkowe jaja są składane przez samice na liściach roślin żywicielskich.
Gatunek polifagiczny, gąsienice żerują od czerwca do września na różnych gatunkach roślin, np.: ostrożeń, oset, popłoch, chmiel i pokrzywa zwyczajna uzupełniającymi łopian, podbiał. Młode gąsienice budują kryjówki ze zwiniętych liści lub ukrywają się w oprzędach u nasady łodyg, starsze poruszają się pojedynczo. Przepoczwarczenie następuje w pobliżu rośliny żywicielskiej. Poczwarka jest koloru szarozielonego. Dorosłe motyle spotkać można na kwiatach ostu, ostrożnia oraz innych kwitnących roślinach zielnych, żywią się nektarem. Latoś "majowe" osetniki widziałem na kwiatach ogrodowych kosaćców i na kosmaczku.
Rusałka osetnik występuje w całej Polsce (spotkać można do wysokości 3 tys. m n.p.m.). Gatunek zasiedla niemalże wszystkie kontynenty – poza Ameryką Południową. Pierwotnym siedliskiem były jednak kraje równikowe i podzwrotnikowe, gdzie gąsienice żerują na plantacjach pomarańczy. Z południa Europy, wiosną dorosłe motyle lecą na północ, aż do Wysp Brytyjskich i Skandynawii a nawet Islandii. Są to doskonali lotnicy, których można spotkać nad pełnym morzem.
Skąd się wzięły cykliczne wędrówki?
Najprościej można odpowiedzieć – to skutek zmian klimatu. Przede wszystkim ocieplenia w czasie interglacjału w epoce (epokach) lodowych. Podobne zjawisko dotyczy ptaków i owadów. Wraz z wycofywaniem się lądolodu z obszaru obecnej Polski, wraz z ocieplaniem i sukcesją ekologiczną, zaczęły pojawiać się dogodne warunki do czasowego bytowania. Obfity (latem) pokarm, brak drapieżników itd. Ale zimy za ciężkie i trzeba wracać, po okresie lęgowym (tak jak w przypadku ptaków). Ptaki żyją kilka-kilkadziesiąt lat, zatem te same osobniki podejmują wielokrotnie wędrówki. U owadów jest inaczej, jedno pokolenie wędruje na północ, kolejne na południe. Owady są małe, więc ich przelotów nie widzimy, zwłaszcza gdy lecą na wysokości np. 500 m, wykorzystując sprzyjające wiatry. Owadów ponadto się nie obrączkuje. Jak więc śledzić ich migracje? Trasy i odległość? Znacznie trudniejsze.
Rusałka osetnik najpewniej ewolucyjnie pochodzi z krajów ciepłych. Teraz „nasze” rusałki zasiedlają północna Afrykę i południową Europę. Wiosna jest tam wcześniej a latem robi się gorąco i sucho, czyli niezbyt sprzyjające warunki do życia, rozrodu i przetrwania. Migracja na północ (Europa Środkowa, Europa Północna) umożliwia dotarcie do znakomitych warunków pokarmowych i środowiskowych. Migracji sprzyjają wiatry, wiejące na północ. Ale jeśli na skutek antropogenicznego przegrzania klimatu zmienią się także cykliczne warunki pogodowe, to tradycyjne migracje mogą być utrudnione. Z kolei u nas były (i jeszcze są?) mroźne zimy, które uniemożliwiają przetrwanie takim południowym nomadom. Część osobników zapewne zostaje, ale do tej pory nie przetrwały zimy. Pokolenie „polskie” na zimę odlatuje do ciepłych krajów, wykorzystując korzystne w tej porze roku wiatry. W krajach śródziemnorskich rusałki osetnik (i im podobne gatunki) mają wilgotną zimę i upalne, suche lato, z kolei u nas mają wilgotne lato i mroźną zimę. Na stałe i tu źle i tam niedobrze. Ale gdy podejmowane są sezonowe wędrówki to można być zawsze tam, gdzie lepiej.
U gatunków nomadycznych nie ma regularnych, sezonowych wędrówek. Życie jest u owada krótkie, kilka miesięcy. Co jest sygnałem do rozpoczęcia migracji, i to zazwyczaj grupowej? U owadów te wędrówki są jeszcze bardziej intrygujące niż u ptaków. Informacja o dwóch oddzielnych obszarach życiowych i dwóch różnych kierunkach migracji musi zostać przekazana na kolejne pokolenie. Musi być więc gdzieś zapisana w DNA. Ale jak przełącza się ten mechanizm, że jedno pokolenie wędruje na północ, a drugie na południe? I czy te wędrówki są stałe czy też zmienne? Ostatnio naukowcy wykryli, że rusałki osetnik jak i admirały wędrują podobnymi szlakami co bociany (przynajmniej w zakresie przelotu przez Morze Śródziemne). Jeszcze ciekawsza jest kwestia gatunków wędrujących nieregularnie (typowi nomadzi). Jak to jest w genach zapisane i jakie są środowiskowe sygnały do „przełączania” strategii życia?
A co będzie, gdy klimat dalej się będzie ocieplał? Mamy zmiany zasięgu występowania roślin i zwierząt (w tym roku zachwycamy się powrotem do fauny krajowej „czarnej pszczoły” – zadrzechni, Xylocopa violacea). Czy przy łagodniejszych zimach gatunki takie jak rusałka osetnik, zostaną u nas na stałe? I będą jedynie sezonowo wędrować… ale na północ?
Globalne zmiany klimatu przynoszą ogromne zmiany w przyrodzie. Warto prowadzić obserwacje, zarówno roślin jak i zwierząt. Te luźne obserwacje sumować się mogą w wartościowe dane naukowe. By lepiej zrozumieć co i jak teraz w przyrodzie zachodzi i jakie to niesie skutki dla ekosystemów. Mamy żywe laboratorium z procesami sukcesji ekologicznej i ewolucji. Strategia nomady.
Więcej o rusałce osetnik:
- Buszko J., Masłowski J., 1993. Atlas motyki Polski. Część I. Motyle dzienne (Rhopalocera). Warszawa.
- Lafranchis T., 2007. Motyle dzienne, ponad 400 gatunków motyli dziennych polskich i europejskich. Wyd. Multico, Warszawa
- Novak I., Severa F., Motyle. Wyd. Delta, Warszawa, ISBN 83-85817-76-X
- Reichholf J., 1993. Obserwujemy motyle. Jak –gdzie –kiedy? PWRiL, Warszawa.
- Sielezniew M., I. Dzikańska. Fauna Polski – motyle dzienne. Multico, 2010, Wraszawa
23.05.2019
Przeklęta panna, nietubyć i nieweście psiny - zielnik Jerzego Andrzeja Helwinga
![]() |
| Cykoria podróżnik czyli przeklęta panna. |
Warto przypomnieć niezwykłą postać z naszego regionu Jerzego Andrzeja Helwinga, pastora, lekarza i botanika z Węgorzewa. Opisywał rośliny i tworzył unikalny zielnik. Przypomnijmy, to był wiek XVII ! Helwing to taki nasz Linneusz, zajmował się badaniem szaty roślinnej Prus. Opisał wiele gatunków roślin i zanotował ich lokalne, mazurskie nazwy. To ogromne bogactwo etnograficzne. Zielnik Helwinga zachował się i można do niego jeszcze i dziś sięgać. W Sulicach założył ogród botaniczny, gromadził w swoich zbiorach przyrodniczych, uważanych za największe w Prusach, bogate kolekcje skamielin, ryb, owadów, ślimaków, jaj ptasich, minerałów, bursztynów,
W dawnych, lokalnych nazwach zapisana jest historia postrzegania świata przez człowieka. Nazwy roślin i zwierząt powiązane są różnymi historiami i interpretowaniem przyrody. Bo na przykład dlaczego na cykorię podróżnik (na zdjęciu wyżej) dawniej na Prusach (co zanotował Helwing) mówiono Przeklęta panna? Roślina rośnie przy drogach polnych. Dlatego nazywana jest podróżnikiem. Roślina jadalna o pięknych niebieskawych kwiatach. Z korzeni robiło się kiedyś kawę lub dodawało do kawy zbożowej. Ktoś jeszcze pamięta kawę zbożową z cykorią? Ale dlaczego przeklęta panna? Może wiąże się to z jakąś historią lub zwyczajami? Panny wygnanej ze wsi, przeklętej bo może „zbrzuchaconej” lub inaczej zhańbionej, wygnanej na poniewierkę, obnoszącej się ze wstydem?
Albo dlaczego na kąkol polny mówiono szalonka? To łatwiej odszyfrować. Kąkol to chwast, roślina trująca. Gdy nasiona dostają się do mąki, to chleb bywał gorzki i trujący. Zawarte substancje mogły mieć właściwości odurzające, stąd szalejące osoby po jej zjedzeniu (rośliny lub chleba z mąki zanieczyszczonej kąkolem). Roślina szkodliwa także dla zwierząt domowych – to one mogły szaleć (dostawać szalonki).
Albo roślina o nazwie nietubyć (Anthyllis vulneraria - przelot pospolity), mająca chronić od uroku, bronić przeciw czarom. Dla entomologa ta roślina kojarzy się z czymś innym niż magią – jest rośliną żywicielską dla dwóch gatunków modraszków (takie niebieskie, małe motylki). Albo niewieście psiny. Nazwa urokliwa, tylko czy ktoś potrafi odtworzyć genezę tej nazwy i związane z tym historie (tak jak w przypadku ryżych zygmuntów)? Lokalne nazwy szybko przemijają. Być może zostały gdzieś zapisane. Trzeba jednak wytrwałych i uważnych przeglądaczy archiwów by z miejsc nieoczekiwanych wydobyć słowa i historie, zdawałoby się dawno i nieodwracalnie utracone. Skarby wykopać można nie tylko na polu ale i w bibliotece.
A teraz, gdy coraz więcej starych gazet i ksiąg dostępnych jest w wersji cyfrowej, to każdy może przeglądać przepastne zasoby biblioteczne całej ludzkości. Byle by dostęp do internetu i ciekawość poznawcza były. Szukajmy więc starych historii. Można też notować to, co jeszcze funkcjonuje w języku mówionym. Ocalić od zapomnienia dziedzictwo lokalności.
20.05.2019
O nocy świętojańskiej, maści czarownic, lataniu na miotle i kwiecie paproci czyli dawnych i współczesnych gusłach
![]() |
Germany - Saarland - 05/2006,
Autor OrchiWikimedia Commons.
|
Zabobony i gusła to określenia pejoratywne, wskazujące na głupotę, ciemnotę i bezsensowne praktyki, oderwane od rzeczywistości i skuteczności. Wszystko jednak zależy od kontekstu i tego, jaką im przypisujemy wartość (znaczenie). Czy będzie to próba tworzenia surogatu religii czy też etnograficzna próba zrozumienia przeszłości i… współczesności. Odkrywanie dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego może być także elementem budowania ciekawej oferty turystycznej, przygody oraz może być elementem edukacji pozaformalnej. A także przywracaniem utraconego dziedzictwa kulinarnego. O wielu gatunkach roślin jadalnych i przyprawowych już zapomnieliśmy, zachwycając się tymi, sprowadzanymi z daleka. Dostrzeżenie głębszego kontekstu kulturowego w wykorzystaniu chwastów, takich jak bylica czy pokrzywa to nie tylko niezwykła przygoda kulinarna ale i ochrona lokalnej różnorodności biologicznej.
Im mniej wozimy towarów z daleka tym mniejsza jest niepotrzebna emisja gazów cieplarnianych. Pokrzywę udało się w Olsztynie już wprowadzić na wykwintne, gastronomiczne salony. Pora na kolejne zapomniane „chwasty”, np. bylicę pospolitą. „To czego nie rozumiemy głupim nam się wydaje.” Przysłowia, tak jak poezja, są syntetycznym zebraniem doświadczeń różnych społeczeństw. A że zmienia się kontekst przyrodniczy i kulturowy to i niektóre przysłowia wydają się nam głupie, zabobonne. Tak jak i zwyczaje. Ale jeśli rozpocząć podróż etnograficzną, to wtedy w każdym guśle dostrzeżemy jakąś logiczną przeszłość i sposób patrzenia na świat innych ludzi. Inny, przeszły świat. To pogłębiona turystyka – bo dostrzega się nie tylko obce miejsca ale i inne, czasem zaginione kultury.
Aby przeżyć przygodę nie trzeba jechać daleko. Wystarczy się zagłębić w kulturę. Bo na przykład ile jest sensu w odtwarzaniu maści czarownic do latania lub w poszukiwaniu kwiatu paproci? Obie te kwestie w jakimś stopniu wiążą się ze zbliżającą się nocą świętojańską i ziołami, które można spotkać na talerzu. Maść czarownic do latania istniała naprawdę, ale nie chodziło o latanie na miotle, jak to teraz ugruntowało się popkulturze i kreskówkach dla dzieci. O współczesnej maści do latania opowiadałem już kilka lat temu, w restauracji Cudne Manowce, w noc świętojańską. A poetem przy innych okazjach. Manowcowa maść czarownic do latania jest przykładem tworzenia produktów lokalnych w nawiązaniu do dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego regionu. Zabobony wymyślamy ciągle. Zapewne ze strachu, obaw, próbując wpłynąć i podporządkować sobie rzeczywistość. To nie żadna religia, wierzenia, to natura człowieka. Studniówkowe czerwone podwiązki, przydeptywanie indeksu, zaginanie ostatniej kartki w indeksie papierowym (ten zabobon, zwyczaj, zabawowy rytuał znika, bo znikają indeksy papierowe), przydeptywanie książki lub notatek gdy upada na podłogę, przed egzaminem itd. Ciągle wymyślamy nowe. Przetwarzamy i aktualizujemy to, co wymyślili nasi przodkowie i wymyślamy nowe.
Kultura jest jak ekosystem, ciągle się zmienia a jednocześnie zachowuje ciągłość. Pojawiają się gatunki nowe na drodze dyspersji (gatunki obce), czasem wywołują „zamieszanie” i zmiany w ekosystemach, ale i ewoluują gatunki stare. Jest w tej zmienności ekosystemów sukcesja ekologiczna (wymiana gatunków) jak i cenofilogeneza - koewolucyjne zmiany starych gatunków. Podobnie i w kulturze, ciągłe mieszanie się różnych trendów – rodzimych i obcych - zanikanie niektórych elementów kultury, powstawianie nowych, powracanie „żywych skamieniałości” itd.
Dla zabawy ożywiamy stare gusła, przesądy, „magiczne obrzędy”. Bo chcemy się ze sobą spotykać i być ze sobą częściej i nie tylko przed monitorem komputera. To nie jakaś głębsza wiara czy religia, to forma rytualnych elementów kultury, często powierzchownych, zabawowych, oderwanych od szerszej całości. Teraz wykorzystywanych do urozmaicania zabaw ale i pretekst do poznawania dawnych kultur. Zabobony, które mają charakter edukacyjnych.
![]() |
| Ilustracja nasięzrzała Carl Axel Magnus Lindman - C. A. M. Lindman (1917-1926) Bilder ur Nordens Flora, Tavl. 510, Wikimedia Commons. |
Znamy legendy o świętojańskiej nocy i szukaniu kwiatu paproci. Skąd się ona wzięła? Dawniej wiedza biologiczna nie była tak dokładna jak teraz. Być może więc co innego brane było za kwiat. Paprocie są roślinami, a rośliny mają kwiaty. Są paprocie z wyjątkowo pięknymi kłosami zarodnionośnymi – piękne i ozdobne niczym kwiaty.
Przykładem jest nasięźrzał (Ophioglossum vulgatum), przypominający kwitnącą konwalię, lub długosz królewski (Osmunda regalis) – z kłosami zarodnionośnymi niczym kwiatostany różnych gatunków szczawiu.
Na świętojański kwiat paproci najbardziej pasuje nasięźrzał. Skąd taka dziwna nazwa? Aleksander Brückner wyjaśnia, że nazwa jest bardzo stara, odnotowana już w XV wieku. Pierwotnie zapisana jako nasieźrze (podobnie dziwnie brzmi jak nazwa rośliny nietubyć – ale i język się zmienia), później dopiero jako nasięźrzał. Była to roślina „miłośnicza”, sprawiająca, że na się źrzeć (zerkać, spoglądać) będą. Nic dziwnego, że skoro miała w wierzeniach moc miłosną, to była pilnie poszukiwana w noc Kupały (lub raczej kupalnockę), późnej zwaną świętojańską.
Dawniej nasięźrzał nazywany był także językiem żmii – bo rzeczywiście kłos zarodnionośny języczek tego gada przypomina. Taką też ma nazwę w języku łacińskim (naukową), a pochodząca z języka greckiego: ophis – wąż, glossa – język. Max Toeppen także pisze o zielu wężonym, które kwitnie tylko w noc świętojańską i to bardzo krótko. Ale tłumacz i redaktor nowego wydania z 2014 r. (Oficyna Retman, Moja Biblioteka Mazurska) próbuje przypisać tę nazwę do bylicy estragon (bylica głupich, draganek). Dalej Toeppen, zbierający w książce zabobony (wierzenia) ludu mazurskiego z XIX w., pisze wprost o paproci, która zakwita w noc świętojańską o północy.
Nasięźrzał jest małą paprocią (od 5 do 30 cm wysokości), ale z wieloma prymitywnymi cechami, nawiązującymi do całkowicie wymarłej grupy staropaproci. Jak wyczytałem, jest to roślina szczególna, bo posiadająca około 1260 chromosomów, co jest niewątpliwie rekordem, przynajmniej wśród roślin. Z pionowego kłącza wyrasta jeden liść na długim ogonku. Z tego liścia, z jego pochwiastej nasady, wychodzi cienki kłos zarodnionośny (zarodnikowanie od czerwca do sierpnia, więc na noc świętojańską pojawia się i „zakwita”). Wygląda to jakby język węża wychodzący z liścia. Nasuwa się analogia z wężem kuszącym Ewę w raju, oraz z Ewą kuszącą Adama. Być może dlatego nasięźrzał był uosobieniem sceny kuszenia i mającą mieć zdolność jednania miłości. Żeby się chłopaki za dziewczynami oglądały.
Afrodyzjak i tajna, magiczna broń kobieca. Tak jak odnotował Zygmunt Gloger w „Encyklopedii Staropolskiej”:
Nasięźrzale, nasięźrzale,
Rwę cię śmiale,
Pięcią palcy,
szóstą dłonią,
Niech się chłopcy za mną gonią;
Po stodole, po oborze,
Dopomagaj Panie Boże.
Skąd taka moc miłosnego afrodyzjaku? Czy tylko przez skojarzenie kształtu, czy też może dawniej utrwalone było to jakoś w tradycji i praktykach? Od zapachu, smaku czy czegoś jeszcze? Podobno ten kwiat paproci ujawnia swą moc dopiero wtedy, gdy będzie zebrany w szczególny sposób, bądź jeżeli nad rośliną tą wymówi się magiczną formułę. Dziewczyna chcąc zyskać miłość upatrzonego chłopca musi zdobyć tę paproć w szczególniejszy sposób. A więc upatrzywszy za dnia miejsce, gdzie rośnie nasięźrzał (wilgotne łąki, których coraz bardziej współcześnie brakuje!), musi iść tam o północy nago i obróciwszy się tyłem – żeby jej diabeł nie porwał – rwać go, wymawiając pewną formułę, którą wyżej zamieściłem. Tak przynajmniej odnotował Gloger.
Współcześnie do zwyczajów świętojańskich i kupalnocki przypisujemy mocno znaczenie seksualne. Ale czy tak było dawniej? Na świat patrzymy przez pryzmat własnego wnętrza, a na przeszłość i przyszłość przez pryzmat współczesności. To nasza kultura końca XX wieku i początków XXI jest przesycona seksem, golizna wyziera z każdego miejsca, sprawność i atrakcyjność seksualna jest powszechnie pożądana, co widać w kulturze jak i reklamach. I ten swój współczesny obraz tego, co w życiu najważniejsze, przenosimy na przeszłość. Wątpliwe czy poprawnie. Dawniej ludzie w dorosłość wchodzili znacznie wcześniej. Dziewczyny szykowały się do zamążpójścia już w wieku kilkunastu lat. A w tym wieku – tak jak i obecnie – jedną z najważniejszych rzeczy jest potrzeba akceptacji i atrakcyjności. Najważniejszym problemem jest to czy będzie się kochanym i czy samemu potrafi się kochać. Zatem pragnienie by chłopcy się za dziewczyną gonili (zwracali uwagę) „po stodole, po oborze” wcale nie musi nieść pragnień orgiastycznych. Wyjście za mąż dawało przepustkę do dorosłości, samodzielności, wyższej pozycji społecznej. Młode dziewczęta poszukiwały więc prawdopodobnie kwiatu paproci z chęci łatwego zyskania akceptacji i zamążpójścia (kariera, awans) a nie żadnego rozpasania seksualnego.
W przykładach, jakie zebrał Max Toeppen kwiat paproci ziele wężowe, kwitnące w noc świętojańską, także przynosi szczęście. Ale w dawnych czasach za szczęście (rzecz najważniejszą) uważano bogactwo. Seksualność nie była tak eksponowana jak współcześnie (choć była codziennością). Tak więc kto nosi przy sobie kwiaty tego ziela, temu przekazuje ono cudowną moc. Na przykład pozwala odgadnąć gdzie znajduje się skradziony koń lub można dowiedzieć się o ukrytych w ziemi skarbach. No cóż, dla jednych szczęście to miłość i zamążpójście, dla innych (albo w innych okresach życia) to pieniądze i bogactwo. W tym jesteśmy bardzo podobni do naszych przodków.
Wróćmy jednak do wierzeń ludu mazurskiego, zebranych przez Toeppena. Kwiat paproci przynosi szczęście, ale rzadko kto odważy się wyjść w nocy - by je odnaleźć i zerwać – ze strachu przed diabłem i czarownicami. Siły demoniczne pokonać (obłaskawić) można różnymi rytuałami czy wypowiedzianymi zaklęciami. Tak jak i dzisiaj… zrywamy gałązki brzeziny z ołtarzy z procesji Bożego Ciała, nie stawiamy damskiej torebki na podłodze by pieniądze nie uciekły itd.
Wiemy, że kłosy zarodnionośne pojawiają się od czerwca do sierpnia. Czyli wiemy kiedy szukać kwiatu paproci. Ale gdzie go szukać? Nasięźrzał pospolity (Ophioglossum vulgatum L.) to gatunek umiarkowanie światłolubny, rośnie więc w miejscach umiarkowania oświetlonych (nie zupełnie na słońcu, nie zupełnie w głębokim cieniu). Rośnie na glebach wilgotnych, na łąkach, w zaroślach. A więc kwiatu paproci w lesie raczej szukać nie będziemy, raczej na polanach i to wilgotnych, gdzieś na skraju torfowisk lub w pobliżu wód, na łąkach. A jest to gatunek rzadki, więc trudno go obecnie spotkać. Na dodatek to gatunek chroniony, więc jak nawet spotkamy, to zrywać nie wolno i niszczyć w żaden inny sposób.
W Polsce nasięźrzał jest obecnie rzadko spotykany i jest na Czerwonej liście roślin i grzybów Polski w grupie gatunków narażonych na wyginięcie (kategoria zagrożenia V). Objęty jest ścisłą ochroną gatunkową od 2004. Jako ciekawostkę można jeszcze dodać, że nasięźrzał żyje w mikoryzie z grzybami. Rozmnaża się także przez pączki przybyszowe, powstające na korzeniach. Występuje w Europie, północno-zachodniej Afryce, Azji Mniejszej, na Kaukazie i Bliskim Wschodzie, także w zachodniej Azji, w Japonii i Ameryce Północnej. W Polsce spotkać go można na kilu rozproszonych stanowiskach.
W dawnych mitach kwiat paproci, zakwitał raz w roku, w czasie przesilenia letniego (najkrótszej nocy). A jeśli nie zakwitał tylko jednego dnia, to może warto go było zrywać w tę jedną noc, bo wtedy miał moc magiczną, miłość gwarantującą lub znalezienie skarbu ze złotymi monetami. Według niektórych entobotaników legenda o kwiecie paproci wywodzi się ze zwyczaju smarowania się przez kobiety liśćmi nasięźrzału, w trakcie obchodów nocy świętojańskiej, co miało w magiczny sposób podnieść ich atrakcyjność. Smarowania się, a więc jakiś sok-kosmetyk co urody dodawał lub zapach zniewalający mężczyzn wydzielał po roztarciu. Podobnie działać miało ziele bylicy pospolitej, które zawiązywały kobiety na udzie, by doznania seksualne były silniejsze lub wiły wianki lub przepasywały się bylicą. Zważywszy na higienę dawnych czasów każda roślina aromatycznie i miło pachnąca ułatwiała zbliżenie… Nie musiał być to afrodyzjak w naszym rozumieniu. Możliwe, że moc swoją nasięźrzał miał ze względu na skojarzenia z językiem żmij, węża czy innego gada. Działałby więc jak placebo (a czyż my nie stosujemy masowo leków homeopatycznych?). A może miało to ziele jakieś właściwości, o których już nie pamiętamy, a ze względu na rzadkość rośliny badać już nie będziemy (pod kątem zawartości różnych związków biologicznie czynnych).
Jeśli dobrze poszukać to niemożliwe staje się możliwe i nawet paproć „zakwita”. Wystarczy tylko dobrze poszukać w naszych przepastnych zasobach dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego. Skoro istnieje kwiat paproci… to i maść do latania istnieje.
C.d.n.
Nauka w puszce czyli odkrywamy czym jest nauka jako proces i jako produkt
Nie ma infantylnych metod badawczych, są tylko infantylne interpretacje. Albo powierzchowne. W bogato wyposażonych laboratoriach często zapominamy, że podstawowym przyrządem badawczym jest nasz mózg. A mózg nie lubi nudy i rutyny. Na dodatek nawet najnowocześniejszy sprzęt bez myślenia naukowca staje się ozdobnym meblem.
Metoda naukowa poznawania świata bez wątpienia przyczyniła się do znaczącego postępu technologicznego i rozwoju cywilizacji. Ale na czym polega metoda naukowa? Co to jest nauka? Czynności, które wykonują naukowcy w czasie swojej pracy? Filozofowie i metodolodzy nauki od dawna się na tym zastawiają i próbują dociec istoty poznania naukowego. Na uniwersytetach uczymy metody naukowej, niezależnie od dyscypliny. A przynajmniej powinniśmy. Czasem zapominamy, że najważniejszym przyrządem badawczym… jest mózg człowieka.
Jak pokazać czym jest nauka? Jedną z możliwości jest na przykład prosta, edukacyjna zabawa w "odgadywanie" tego, co jest w puszce. Przy okazji obserwując siebie samego w tym procesie. Oczywiście nie jest to zabawowy konkurs i dlatego nie chodzi o odgadywanie jako takie tylko o poznanie zawartości z wykorzystaniem metodologii naukowej. Bardziej więc chodzi by gonić króliczka niż go złapać.
Kilka lat temu (w 2014 r.), w czasie konferencji w Centrum Nauki Kopernik, uczestniczyłem w zajęciach pt. „Nauka w puszce”. Pomysł mi się spodobał. Zmodyfikowałem, rozbudowałem i przećwiczyłem ze studentami, zarówno na studiach licencjackich i magisterskich (Wydział Biologii i Biotechnologii). Przećwiczyłem także na uczniach w ramach różnych zajęć, w tym w ramach Uniwersytetu Młodego Odkrywcy. Refleksje i spostrzeżenia powoli spisuję.
Czym jest poznanie naukowe i z jakimi problemami spotykają się naukowcy w swojej pracy? Na czym polegają metody naukowe? Jak odkryć to, co jest w puszce bez jej otwierania? W czasie zajęć uczestnicy w pracy zespołowej odkrywają, za pomocą prostych i dostępnych metod, zawartość tajemniczych puszek. A co ważniejsze odkrywają metody, jakimi posługują się naukowcy w codziennej pracy. W tym sensie dla samych siebie są królikami doświadczalnymi i obiektem badawczym. Jaki wpływ na obserwacje i wstępne hipotezy ma dotychczasowe doświadczenie i wiedza o świecie? Czy w nauce potrzebna jest kreatywność, umiejętność dyskusji i pracy zespołowej? Czym jest kontekst odkrycia a czym kontekst uzasadnienia?
Wspólna zabawa ma swoją kontynuację w internecie a uczestnicy warsztatów mogą zamieścić swoje raporty z badań zawartości puszki: pt. "Napisz czym jest nauka i metody naukowe, opierając się na ćwiczeniach z puszkami. Zachowaj typowy układ publikacji naukowej (raportu naukowego): Wstęp z celem, zastosowane metody, wyniki, dyskusja (interpretacja wyników, refleksje), piśmiennictwo czyli cytowana literatura.". Wspólnie możemy tworzyć teorię puszkowatości świata (ogólna teoria puszkowatości). Nauka może być fascynująca i przyjemna. Zapraszam (najbliższe zajęcia w czasie Fascynującego Dnia Roślin, 24 maja).
Seminaria dyplomowe, odbywające się w dużych grupach, skupiających studentów z różnych katedr (zróżnicowana tematyka badawcza), sprowadzają się często do referowania tematyki prac dyplomowych (przez studentów) oraz czasem omawiania zagadnień egzaminacyjnych (egzamin dyplomowy). Jest oczywiście czas na wyjaśnienie jak ma wyglądać praca dyplomowa, jak cytować prace, jak uporządkować bibliografię itd. W tle kształtowane mają być umiejętności związane z metodologią naukową oraz komunikacją (różne formy). Ja próbuje cel ten osiągnąć także z wykorzystaniem "nauki w puszce".
Upraszczanie wiedzy od autentycznej nauki do dydaktyki funkcjonuje jak głuchy telefon, gdzie pierwotna informacja ulega zacieraniu, zniekształceniu, uproszczeniu. Czasem następuje mimowolne odchodzenie od nauki jako proces do nauki jako produktu, już bez emocji odkrywania (sam kontekst uzasadnienia). Im dalej od źródła tym obraz coraz bardziej zniekształcony, uproszczony, bez dyskusji i niuansów, bez emocji poszukiwania i rozumienia sensu. Tak jak cykliczne kalkowanie wzoru.
O jakości dydaktyki decydują także emocje, zarówno studenta jak i wykładowcy. W pracy dydaktycznej powielenie tego samego ćwiczenia przez kilka tak powoduje znużenie wykładowcy jak i zanik entuzjazmu. Na uniwersytecie remedium przed nudą i rutyną jest autentyczne uczestnictwo w nauce i pokazywanie nowych wyników badań. Dotyczy to także nowych form dydaktycznych. Celem wprowadzenia nowej formy „nauka w puszce” było dla mnie przede wszystkim zwiększenie motywacji do pracy (mojej i studentów) oraz ukazanie istoty metody naukowej poprzez krótki eksperyment (zaledwie dwa spotkania).
Drugim celem było wypracowanie uczelnianej oferty edukacji pozaformalnej (współpraca ze szkołami i uniwersytetami trzeciego wieku). Bo przecież uczenie racjonalnego myślenia z wykorzystaniem naukowej metodologii przydatne jest na każdym etapie edukacji. Wielokrotnie ale za każdym razem głębiej i dokładniej. Tak jak wchodzenie na wieże po spiralnych schodach. Ciągle wyżej mimo, że co i raz spoglądamy na te same widoki za oknem. Czy odkrywanie puszkowatości świata umożliwia lepsze zmotywowanie do wysiłku i pracy przy dociekaniu istoty metody badawczej, typowej w naukach przyrodniczych? Mam nadzieję, że tak.
O tym będę chciał opowiedzieć na konferencji (Ideatorium), na która się wybieram. Na razie wspólnie ze studentami eksperymentujemy na sobie. Jak na królikach doświadczalnych :). A jak eksperyment będzie zadowalający to sprawdzimy czy przydatna będzie w edukacji szkolnej. Może na poziomie liceum, może na poziomie gimnazjum. Albo jeszcze wcześniej.
Czasem następuje mimowolne odchodzenie od nauki jako procesu do nauki jako produktu, już bez emocji odkrywania (sam kontekst uzasadnienia). Dzieje się to zwłaszcza w szkołach, na niższych poziomach edukacji. Im dalej od źródła tym obraz coraz bardziej zniekształcony, uproszczony, bez dyskusji i niuansów, bez emocji poszukiwania i rozumienia sensu. Tak jak cykliczne kalkowanie wzoru.
Zebrane przez ostatnie 5 lat doświadczenia staram się upowszechnić także w środowisku nauczycielskim, przygotowując scenariusze zajęć. Mam nadzieję, że będą przydatne. Na pewno dla mnie jest to doskonała okazja by jeszcze raz przemyśleć zarówno czym jest nauka i metoda naukowa jak i przemyśleć proces nauczania. Czy ja sam dobrze rozumiem i czy potrafię to w efektywny sposób pokazać (przekazać) studentom, uczniom i nauczycielom?
Subskrybuj:
Posty (Atom)










