2.04.2022

Czy można uczyć bez podręcznika?

Wizualna notatka uczniowskiej pracy z tekstem.

Szkoła nieodmiennie kojarzy się z podręcznikiem i zeszytem. No i oczywiście z ławkami i ocenami. Jest szkoła i nauczanie to musi być i podręcznik. Bo jak inaczej? Najważniejszy jest jednak nauczyciel oraz jego wiedza i kompetencje pedagogiczne. 

Czy może być inaczej z tymi podręcznikami, zwłaszcza w świecie, który tak szybko się zmienia? I to dużo szybciej niż podręczniki. Może, ale wymaga to ambitnych, pracowitych i odważnych nauczycieli. A przede wszystkim naszego zaufania do nauczycieli. I chyba łatwiej wyprodukować nowy podręcznik niż obdarzyć zaufaniem do nauczycieli i ich pracę....

Zacznijmy od lektur szkolnych, jako przykładu. Wiele lektur obowiązkowych jest mocno przestarzała zarówno w odniesieniu do języka jak i do problemów. Powstały w dawnym świecie, w świecie naszych dziadków, pradziadków, czasem naszym. Przyzwyczailiśmy się do ich istnienia. Kiedyś książek było mało, więc łatwiej było wybrać tylko kilka, kilkanaście pozycji, które wszyscy powinni przeczytać i na ich bazie prowadzić dyskusję. Sporo lat minęło. Napisano dużo innych książek. Wybór jest znacznie większy a przez to trudniejszy. Czy one nie wprowadzają do zrozumienia naszej kultury? Czy nie są wspólnym kanonem naszej kultury? Czy nie poruszają naszych emocji? Owszem trochę nowości w zestawie lektur jest. Ale w szybko zmieniającym się świecie to za mało i za wolno. A po co są w ogóle lektury szkolne? Czy tych samych celów edukacyjnych i cywilizacyjnych nie można osiągnąć z wykorzystaniem innych tekstów? Przecież tekst jest tylko narzędziem a nie celem samym w sobie. Lektury są wstępem do dyskusji. Jednakowe teksty dla wszystkich czyli bez uwzględnienia indywidualności miejsc i sytuacji. Cykl wprowadzania książki do zestawu lektur trwa długo. I już z tej przyczyny zestawy lektur słabo reagują na zmiany i aktualne potrzeby. Kiedyś nie było to ważne, bo świat zmieniał się bardzo wolno. Teraz jest inaczej. Czy zaufać nauczycielowi, że jest kompetentny i sam jest w stanie dobrać tekst do potrzeb edukacyjnych? Wymagałoby to sporej samodzielności i oczytania nauczyciela. Taki nauczyciel sam na bieżąco musi poznawać kulturę, być jej uczestnikiem.

Odgórne i całościowe zmienianie kanonu lektur jest wolne i trudne. Bo w każdej miejscowości i szkole może być nieco inne zapotrzebowanie edukacyjne. Mogą pojawiać się inne problemy czy aktualne potrzeby. Jest oczywiście zestaw lektur do wyboru, w pełnej gestii samego nauczyciela. A czy można chcieć więcej? czy może sam nauczyciel wybierać nie z ministerialnej listy ale ciągle zmieniającego się rynku wydawniczego?

Podobnie z podręcznikami przedmiotowymi. Dawno temu w bibliotekach jak i w domach książek było niewiele. To szkolny podręcznik do biologii, geografii czy chemii był jedynym oknem na świat przyrody. Zwłaszcza w rodzinach analfabetów, gdzie książek jako takich w ogóle nie było lub były nieliczne. Obecnie na ryku jest bardzo dużo dobrych książek, pokazujących przyrodę i aktualne ważne zjawiska. Wybór i różnorodność bardzo duża. Nie trzeba nad nimi sprawować nadzoru. Jedynie nauczyciel musi mieć szerokie horyzonty by wybrać to, co wartościowe i to co najbardziej pasuje mu do konkretnej sytuacji w szkole i uczniów w jego klasie. I w domu taka książka może zostać na długo, nie musi być wyrzucana na makulaturę, gdy uczeń przejdzie do kolejnej klasy. Bo co robimy ze szkolnymi podręcznikami? Wydają się nam po roku nieaktualne i kojarzą się tylko z sytuacjami szkolnymi. W sytuacji, gdy podręczniki są darmowe i na wyposażeniu szkoły, to wracają one do szkoły i nie są na domowej półce. Nie ma do nich jak sięgnąć. I tak trzeba kupić sobie własną, inną książkę przyrodniczą. Tak czy siak podręcznik był i jest przelotnym źródłem wiedzy. W jakieś tam opozycji do świata pozaszkolnego.

Skoro tyle jest dostępnej wiedzy na wyciagnięcie ręki, to czy można uczyć bez podręczników? Można. Pozwala na to podstawa programowa. Bo to ona obowiązuje nauczyciela a nie „przerabianie podręcznika”. Podręcznik jest tylko pomocnym narzędziem, opracowanym na bazie podstawy programowej. Lepiej lub gorzej. Ma pasować do wszystkich sytuacji, musi być uniwersalny. Dlatego dla jednego nauczyciela (i jego klasy) będzie w nim za mało, dla innego za dużo. 

Już wiele lat temu mój kolega, nauczyciel w liceum, marzył, żeby był taki podręcznik, z którego każdy nauczyciel wybiera tylko te treści, których potrzebuje i drukuje dla każdego ucznia na dany rok "indywidualny" podręcznik, np. powielany na ksero. To były czasy, gdy komputery i Internet dopiero raczkowały. To był jego pomysł na odchudzenie podręczników i ich zindywidualizowanie, łatwe i szybkie dostosowywanie przez nauczycieli. Podręcznik własnej kompozycji.

Można nauczać bez podręczników ale jest trudniej. Trzeba zaufać nauczycielowi i nie chcieć nadmiernie go kontrolować. Bo jak nie "przerabia" podręcznika to pewnie nic nie robi? Obija się? I czego on tam naucza? Jak to skontrolować? Zaufać i dać mu samodzielność. Podręcznikiem uczymy posłuszeństwa a nie samodzielności. Wady takiego nauczania i wychowania, typowego dla systemów autorytarnych, zhierarchizowanych, widać na wojnie w Ukrainie. Liczna i zaopatrzona w ciężki sprzęt wojskowy armia rosyjska ponosi duże straty i doznaje upokarzającym niepowodzeń. Ginie tam wielu rosyjskich generałów. Dlaczego? Bo potrzeba palcem pokazać co każdy żołnierz ma zrobić. To teoretycznie powinni robić dowódcy najniższego szczebla, z sierżantami i plutonowymi na czele. Ale jeśli nie uczono ich nigdy samodzielności i odpowiedzialności, bo preferowany był model "mierny, bierny ale wierny"? Wszystko ustalane jest odgórnie. Brak zaufania jak i szacunku do swoich podwładnych kończy się klęska i dużymi stratami. W przemyśle też ten model się nie sprawdza. Chyba w szkole także, ale nie mamy za bardzo odwagi od niego odejść. Zmiany pojawiają się bardzo powoli i z dużymi kłopotami.

Moje refleksje o uczeniu bez podręcznika wywołał tekst na Facebooku, napisany przez nauczycielkę, panią Wiesławę Mitulską. Okazało się, że tekst na moim blogu może być wykorzystany do pracy bez podręcznika (tak jak wiele innych materiałów źródłowych). Czy da się uczyć bez podręcznika w szkole? Pani Wiesława Mitulska napisała "Da się! Bez ocen, podręczników i ćwiczeń, za to z własnym programem. Pracujemy metodą projektu, która pozwala na realizację podstawy programowej i na dużo, dużo więcej"

Materiał z Facebooka (Wiesława Mitulska:

"Świat widziany przez szkło jest inny niż myślisz (widzisz) Prof. Stanisław Czachorowski opublikował na swoim blogu "Profesorskie Gadanie" artykuł pod tym właśnie tytułem. Uznałam, że to świetny tekst, który pobudzi wyobraźnię moich trzecioklasistów i uświadomi im, jak ważne jest myślenie o całym ziemskim ekosystemie. Każdy, nawet najmniejszy element ekosystemu jest ważny, by mógł przetrwać (a my wraz z nim) w równowadze.

Dzieci mają już świadomość wpływu człowieka na środowisko, bo od miesiąca pracujemy w projekcie Mistrzowie Klimatu. Dziś również uruchomiliśmy kampanię informacyjną w naszej szkole - rozwiesiliśmy plakaty, które powstały w oparciu o ankietowe badanie potrzeb i testowanie wymyślonych przez dzieci haseł pod względem ich atrakcyjności.

Praca nad artykułem prof. Czachorowskiego została podzielona na etapy. Tekst jest dość długi, a trzecioklasiści dopiero trenują umiejętność czytania ze zrozumieniem, dlatego zastosowaliśmy technikę "śnieżnej kuli". Najpierw w małych grupkach dzieci czytały i wyjaśniały sobie przydzielony im fragment tekstu, później robiły to samo już w dużych grupach, tak by każdy poznał jego całość.

Na zakończenie trzeba było samodzielnie zrobić kartę pracy na podstawie tekstu. Wspólnie ustaliliśmy tylko, jakie kategorie informacji powinny znaleźć się w notatce. Resztę dzieci wykonały już według własnego pomysłu.

Bardzo ciekawe refleksje dzieci miały po zajęciach. Podrzuciły mi kilka pomysłów na jeszcze inne wykorzystanie zużytego szkła. Przy okazji dowiedziałam się, że wiedzą, co to jest łańcuch pokarmowy, a jedno z dzieci ma nawet taką grę, czyli wkrótce będziemy mogli sprawdzić, jak głęboka jest ta wiedza. (...) Wykorzystam jeszcze fragment o wypalaniu traw. Pracujemy bez podręczników, więc dzieci przyzwyczajone są do języka tekstów popularnonaukowych.
"

Nie przypuszczałem, że moje teksty mogą być w taki sposób wykorzystywane. Cieszę się przydatnością. I czuję się zobowiązany do większej staranności w pisaniu na blogu. By pisać krótko, jasno i zrozumiale, tak aby każdy tekst był zrozumiały dla zróżnicowanego odbiorcy. 

Dziennik refleksji jako metoda edukacyjna (cz. 2)




Od dłuższego czasu zastanawiam się czy i jak wykorzystać dziennik refleksji w edukacji. Ćwiczyłem na sobie przez wiele lat, zarówno w wersji papierowej jak i w formie bloga. Pytałem się nauczycieli jak oni wykorzystują i jak się to sprawdza. Przejrzałem także różne porady edukacyjne. A w kontekście pisania życiorysu w nowej formie i prowadzenia zajęć bez ocen, zastanawiam się jak wprowadzić dziennik refleksji jako metodę w edukacji na poziomie wyższym. Czy się uda? Czy jest sens? I jak to zrobić koncepcyjnie oraz technicznie?

Zasadniczym pytaniem nurtującym mnie od dłuższego czasu jest to, jak aktywizować studentów i zwiększyć liczbę sytuacji przetwarzania przez nich informacji, wiedzy, wbudowywania jej w już istniejącą strukturę. Uczenie się to nie zapamiętywanie podawanych informacji a budowanie w swoim mózgu mniej lub bardziej zwartego systemu powiązanych ze sobą faktów, relacji, skojarzeń itp. Neurodydaktyka podkreśla, że dla efektywniejszego zapamiętywania (uczenia się) potrzebne są liczne powtórki i różnorodne przetwarzanie materiału do nauczenia się, do zrozumienia. I nie chodzi o proste powtarzanie lecz różnorodne przetwarzania. Czyli przypominanie sobie, wykorzystywanie w nowych kontekstach itp. W tym właśnie znaczeniu myślę o dzienniku refleksji jako jeszcze jednej aktywności z przetwarzaniem nabywanej wiedzy.

Zapisywanie to przypominanie sobie (utrwalanie), przetwarzanie, uogólnianie, refleksje, szukanie związku i szerszego kontekstu. Pisaniu towarzyszą emocje, aktywizowanie dłoni i rąk i to niezależnie od tego czy dziennik refleksji pisany jest komputerowo lub ręcznie, z rysowaniem i pismem odręcznym. To także malowanie i kolory czyli poszerzanie kanałów percepcji i analizy, kanałów przetwarzania i skojarzeń. Dziennik refleksji może być ustnym opowiadaniem (utrwalanym lub nie). Lepsze jest jednak utrwalanie, np. w formie pisma (choć może to być także nagrywanie audio lub wideo). Zapis pozwala wracać do różnych kwestii i przypominać je sobie w szerszym kontekście. Dziennik refleksji jest osobisty więc włączają się emocje.

Sam przez wiele lat odkrywałem na nowo notatnik czy zeszyt szkolny ale w innym stylu. Może być prywatny lub publiczny. W tym drugim mniej jest emocji i nie wszystko ujawniamy ale bardziej dopracowujemy treść. Staranniej budujemy zdania tak, by nie tylko autor zrozumiał o co mu chodzi i jakie ma skojarzenia. Upubliczniany dziennik refleksji zmusza to troski o odbiorcę i jej zrozumienie a więc zmusza do staranniejszego budowania myśli.

Mój blog jest dla mnie dziennikiem refleksji, notatnikiem i aktywnym uczeniem się. Robię to już od kilkunastu lat. Sporo doświadczeń i refleksji, sporo błędów, potknięć i dostrzeżonych wartości. Dziennik refleksji nie musi być tak długi czasowo. I może dotyczyć jednego kursu lub własnego rozwoju zawodowego w krótszym okresie. W formie e-potrfolio może pełnić funkcję nowoczesnego życiorysu (CV) lub być podstawą do oceny w awansie zawodowym. W warunkach szkolnych może być inną formą sprawdzania wiedzy i rozwoju ucznia/studenta, bez kartkówek czy egzaminów. Wymaga jednak więcej wysiłku zarówno od piszącego jak i sprawdzającego.

Dzienniki refleksji piszą uczniowie ale i nauczyciele, jako formę dokumentowania rozwoju, wykorzystywaną do oceny pracownika i awansu zawodowego. Zbierać potwierdzenia odbytych szkoleń i kursów czy zbierać refleksje o swoim rozwoju? W dzienniku refleksji znajduję się nie tylko wyliczenie w jakich kursach i szkoleniach pracownik brał udział ale co z tego wynika. I nie trzeba pisemnego potwierdzenia udziału. Ważniejsze jest to, jakie obserwacje pedagogiczne prowadził, jakie eksperymenty wykonał, jakie wnioski z tego wyciągnął. Tak jak kiedyś dzienniki naukowców, podróżników, pisarzy. Tylko w nieco zmienianej i dostosowanej formie.

Jaką formę może mieć dziennik refleksji? Może w formie zeszytu z wydrukowanymi we fragmencie informacjami pomocniczymi? Albo w formie elektronicznej jako blog z refleksjami z zajęć. A może można dodać qr kody? Może jakiś dedykowany blog jako instrukcja? Z podcastami, wideo nagraniami, Tik Tokiem itd. Próbuję i takich form lecz ciągle jestem na początku i w fazie eksperymentu a nie przemysłowego wdrożenia. Uczę się i na swoich studentach oraz słuchaczach, biorących udział w wykładach, warsztatach itp. Bo nie można nauczyć się uczenia bez rzeczywistych interakcji i prób na żywym organizmie.

Dziennik refleksji to coś więcej niż dziennik (pamiętnik). Oba są formą pamięci zewnętrznej ale dziennik refleksji jest tematycznie ukierunkowany. Wymusza większą aktywność umysłowa, w tym refleksyjność. 

A po co prowadzić dziennik (pamiętnik), jako mniej zaawansowana formę dziennika refleksji? Po pierwsze dlatego, że to taki wyjątkowy przyjaciel, dostępny 24 godziny na dobę, który nie przerywa, nie ocenia, nie komentuje, tylko słucha. Nie wytyka nam niekonsekwencji, uchybień, niedoskonałości. Jest to jednocześnie wadą bo nie ma interakcji tak jak w mediach społecznościowych. Nie jest przyjacielem, który wskaże nam nasze błędy i wady. Jesteś sam ze sobą i swoimi, subiektywnymi myślami, do których możesz wrócić i jeszcze raz je przeżyć, „zobaczyć” już z perspektywy czasu.

Po drugie samo przenoszenie myśli czy negatywnych emocji na papier pomaga rozładować stres. pomaga przeciwdziałać wypaleniu zawodowemu. W tym sensie pisanie jest ważne. Wyrzucamy z siebie emocje, staranniej formułujemy myśli bo musimy ubrać je w zdania.

Po trzecie pisanie dziennika (czy dziennika refleksji) pozwala spojrzeć na własne emocje i rozwój z dystansu, niejako z boku. Dzieje się tak już w czasie pisania a potem powtórnego odczytywania swoich zapisanych relacji i myśli. Nasza pamięć jest selektywna i zmienna a zapisane słowo wiernie oddaje aktualne myśli. Dziennik pozwala nazywać emocje po imieniu i oswoić się z nimi. Pozwala nazywać refleksje, obserwacje, nawet mgliste pomysły. Linearność pisanych myśli niejako „formatuje” nasz mózg. Świat bezpośrednich emocji i świat języka mówionego jest nieco inny. Przelewając myśli na papier, można zyskać świadomość tego, w czym tkwi sedno sprawy i świadomość swoich własnych emocji. O ile nauczymy się je dostrzegać. Samo pisanie nie wystarczy. 

Po czwarte pisanie porządkuje myśli. Linearność pisma wymusza inne uorganizowanie naszej wiedzy, wspomnień i relacji między faktami, pojęciami, procesami. Pisanie zmienia nas w istoty bardziej twórcze. Stajesz się nie tylko biernym odbiorcą świata lecz także jego kreatorem. Edukacyjną wartością pisanie jest samo pisanie a nie to, że ktoś czyta i komentuje. 

Pisanie dziennika niejako wymusza (a przynajmniej mobilizuje) do regularności. Bo skoro już coś jest to nie chce się porzucać procesu. I jeśli nie było zapisu to trzeba coś dodać nowego. W ten sposób można ćwiczyć samodyscyplinę. Zagrożeniem jest oczywiście „grafomania”, pisanie o niczym lub o byle czym, tylko by zapełnić pustkę literami. Pisanie lub opowiadanie zawsze wiąże się z wysiłkiem. Na przykład wysiłkiem refleksji i zadawania sobie pytań czego się nauczyłem, co dało mi jakieś spotkanie, lektura artykułu lub książki, rozmowa lub jakaś własna praca. Lecz nie ma efektywnej nauki bez wysiłku. Dziennik refleksji jest właśnie metodą na systematyczny wysiłek innego przetwarzania zdobytych informacji, wiedzy, umiejętności czy kompetencji. Czy wiesz czego się nauczyłeś? Czy umiesz stawiać sobie pytania o mierniki sukcesu? To są oczywiście pytania dziennika refleksji. Zwykły dziennik stawia przed nami mniejsze wymagania. Więcej może być w nim przemijającego plotkowania.

A jak wykorzystują dziennik refleksji nauczyciele w praktyce szkolnej? Kila wynotowanych spostrzeżeń z dyskusji na Facebooku (m.in. Dorota Kujawa-Weinke, Ewa Przybysz-Gardyza)

„U mnie po lekcji były zapisywane refleksje w zeszytach uczniów. Zaczynałam od pytań:
- czego się nauczyłeś?
- co sprawiło Ci trudność?
- co cię zaciekawiło?

Później większość wiedziała, co chce napisać, gdy prosiłam o refleksję. Myślę, że to bardzo porządkowało moich uczniów. Musieli sięgnąć do początku lekcji, aby po kawałku złożyć całość. Czasami też pisali odpowiedź na pytanie kluczowe do lekcji.”
Metodę takich pytań refleksyjnych zacząłem stosować na wykładach. Brakuje jeszcze tylko usystematyzowania i złożenia w jakiś notatnik zajęciowy czy dziennik refleksji. Do tego się przymierzam.

Nauczyciele próbują więc stosować w szkole w formie papierowej ale „Elektronicznie też pisali. Bardziej wtedy skupiłam się na czynnikach, które pomagają i przeszkadzają uczniom w uczeniu, w lekcji, sondowaniu nastroju, ale też były ankiety monitorujące proces uczenia.”

„U moim uczniów pytaniem wow było: po co się tego uczymy lub do czego nam się to w życiu przyda?”

„Ja mam maluchy, więc nieco inna forma, ale często przeprowadzamy refleksje ustnie, razem, w czasie rozmowy; czego was ta aktywność nauczyła, co was zaskoczyło, co wam się podobało, a co byście zmienili itp. Często robimy to metodą kapeluszy de Bono. Może zacząć od rozmowy, a potem poprosić ich o spisanie swoich refleksji, albo nagranie na dyktafon/flipgrid, bo domyślam się, że niektórych forma pisemna może zniechęcić.”

Czasami dziennik refleksji nazywany jest dziennikiem refleksyjnej nauki. Ta dłuższa nazwa lepiej oddaje edukacyjny kontekst. Pisać każdy umie. Obecnie Polacy piszą tak dużo jak nigdy w historii, bo mają do dyspozycji media społecznościowe (esemesy, Instagram, FB i wiele innych). Są to jednak głównie krótkie wypowiedzi, czasem pojedyncze reakcje. Pisania dziennika refleksji trzeba się nauczyć. Tak jak trzeba się nauczyć refleksyjności. Wiadomości można sprawdzać testami, szybko i sprawnie. A jak sprawdzać umiejętność refleksji? Potrzebne inne narzędzia i więcej czasu ze strony nauczyciela/tutora.

Refleksyjne dzienniki uczenia się - czasami nazywane „dziennikami uczenia się” są osobistymi zapisami doświadczeń związanych z nauką. W dzienniku uczenia się można po prostu wymienić rzeczy, których uczniowie/studenci nauczyli się w ciągu jednego dnia lub w dłuższym okresie, z komentarzem, dlaczego są one ważne. Wymienianie jest łatwe. Trudniejsze jest wskazanie, dlaczego dana porcja wiedzy czy umiejętności jest ważna. Bo wymaga osadzenia w szerszym kontekście. Dzienniki refleksji mogą być przesycone emocjami i mogą obejmować osobiste odczucia związane z uczeniem się czegoś nowego, pokonywaniem barier lub momentami osobistych odkryć, nagłych olśnieni i „załapania”. Tak jak zrozumienie dowcipu.

Powtórzę, dziennik refleksji to przetwarzanie informacji, wiedzy, aranżacja i powtarzanie. Sprzyja efektywniejszemu uczeniu się. Samodzielne, bez organizowania przez nauczyciela. Sam weź odpowiedzialność za swoje uczenie się i pisz. A w trakcie pisania analizuj, snuj refleksje, szukaj głębszego kontekstu. Dla ułatwienia nauczyciel wymyśla różne aktywizujące metody, zadaje pytania, poszukuje szerszego kontekstu, zachęca do notowania wizualnego, stawiania pytań, tworzenia podsumowań. Zapewne przydatna byłaby instrukcja do pisania dziennika refleksji, czyli jak się uczę, jak poznaję, jak podróżuję po wiedzy jak buduję swoją wiedze? Wprawką dla mnie jest stawianie aktywizujących pytań w trakcie wykładu, np. takich:
  • 3, 2, 1, - 3 najważniejsze rzeczy, jakich się nauczyłem, 2 nowe rzeczy, które chcę wypróbować, 1 pytanie, które wciąż mam w głowie.
  • Webquest – po zapowiedzi nowego zagadnienia studenci indywidulanie wyszukują informacje w sieci a następnie w małych grupach formułują najważniejsze tezy i prezentują je wszystkim.
  • podsumowanie, np. w formie one minute paper – na postawione pytanie studenci piszą krótką odpowiedź, próbując uchwycić główną myśl.
  • szukanie kontekstu , nasuwające się pytania itd. 
Takich ukierunkowujących pytań jest więcej. Szukam takich narzędzi i próbuję je stosować na wykładach.

To, że ja wiem po co i jak pisać dziennik refleksji, jak i  to, że mam praktykę i przećwiczyłem na sobie samym, to jeszcze za mało by wiedzieć jak nauczyć, jak wdrożyć tę metodę do praktyki dydaktycznej na uniwersytecie. Krok po kroku próbuję wdrażać i szukam dobrych narzędzi, dobrych praktyk. Przygotowuję także tutorial dla studentów. Wdrożenie wymagać będzie także innego systemu oceniania. Cechą eksperymentu i wdrożenia w nowym środowisku jest to, że może się nie udać, że mogą był błędy i potknięcia. Poszukiwanie zawsze wiąże się z ryzykiem porażki i z gotowością modyfikacji i ponownych prób. tak jak w badaniach naukowych. Nie ma sprawdzonych i gotowych wzorców, trzeba odkrywać i ryzykować. 

c.d.n.

1.04.2022

Czy CV (życiorys) jest jeszcze potrzebne w poszukiwaniu pracy?

 

Życiorysy pisałem kilka razy. Należę do pokolenia archaicznego. Sam nie zmieniałem pracy więc bardziej opieram się na lekturze i zdaniu innych ekspertów, odnośnie tego jak pisać CV. Ale w programie swoich zajęć mam także pisanie życiorysu (autoprezentacja, prezentacje publiczne). Co zrobić, by nie było to sztuką dla sztuki? Jak nauczyć umiejętności, którą się w zasadzie rzadko wykorzystuje? Chyba, żeby uwzględnić także drugą stronę – czytanie życiorysów, składanych z dokumentacją aplikacyjną. Tych czytałem dużo więcej. Dlatego swoje skąpe doświadczenie uzupełniam lekturą i poznawaniem opinii ekspertów od rekrutacji.

Czy mogę bazować na tradycji, na tym, czego się dawno temu nauczyłem i przećwiczyłem na sobie? Na ile CV ma być funkcjonalnym narzędziem a na ile pustym rytuałem, bo tak się kiedyś robiło? Co się zmieniło od moich czasów szkolnych i początków pracy zawodowej? W niektórych aspektach niezwykle dużo, w innych niewiele. Ludzie teraz częściej zmieniają pracę, a nawet jak nie zmieniają to muszą uczyć się ciągle nowych umiejętności. Nie wystarczy raz się nauczyć by na całe życie wystarczyło. Cechą współczesności jest nieustająca zmiana i wynikająca z tego konieczność uczenia się. Sam to odczuwam na sobie.

Poza zmiennością warunków drugą istotną cechą jest wzrost automatyzacji i robotyzacji, pojawiają się więc potrzeby na zupełnie inne umiejętności i kompetencje. Powinna za tym nadążać zmiana w systemie edukacji. Wiele dawnych rozwiązań staje się archaiczna i bezużyteczna. To oczywiście opowieść na inną okazję. W każdym razie powinniśmy nastawić się na kształcenie ustawiczne, przez całe życie. I do takiego systemu nasze szkoły i uniwersytety są bardzo słabo przygotowane. Jeszcze. Liczę, że to się zmieni. podążanie za zmiana jest trudne. Ale coraz bardziej potrzebne. Stale a nie tylko jednorazowo.

Rynek pracy zmienia się coraz bardziej. Jedni sobie to chwalą inni narzekają. A jak się zmienia życiorys, składany z dokumentami aplikacyjnymi? Eksperci wskazują, że dewaluuje się CV oraz maleje znaczenie wykształcenia (w tym wykształcenia akademickiego), przynajmniej wykształcenia formalnego. Samo wykształcenie, rozumiane jako nabywanie wiedzy, umiejętności i kompetencji jest niezwykle ważne i potrzebne. Problem jest tylko w dokumentacji i opisie tegoż wykształcenia. W CV uwzględnić szkoły i kursy, jakie się ukończyło czy raczej umiejętności i kompetencje jakie się nabyło?

Pierwsze życiorysy pisałem jeszcze w liceum. Były skromne w treści. Pisałem oczywiście odręcznie. A gdyby trzeba było napisać taki życiorys do kilku miejsc pracy? Ręka by rozbolała. Potem przepisywałem na maszynie do pisania (można od razu w 3-4 kopiach), dodając nowe elementy, czasem skracając starsze. Stawało się za długie, na szczęście weszły komputery i pojawiła się możliwość modyfikowania pliku bez konieczności pisania wszystkiego od początku. Jeszcze lepszym i nowszym sposobem jest e-portfolio. Zawsze pod ręką, gdziekolwiek jest zasięg sieci internetowej. Korzystam z tego od lat. Ale może trzeba zmienić jego strukturę?

CV musi być ale czy ma duże znaczenie w rekrutacji? I jak je napisać by było przydatne ale nie zabierało zbyt dużo czasu i trudu? Może stałe e-portfofio, aktualizowane i uzupełniane przy okazji?

Specjaliści od zasobów ludzkich (HR) wskazują, że CV przestaje być istotne. Dlaczego? Bo napisane przez zainteresowanego jest czasem niekompletne lub przekoloryzowane (a przecież samemu można dużo znaleźć na temat potencjalnego pracownika w internecie). A tylko niektórzy mogą liczyć na biogramy napisane przez innych autorów. I to zazwyczaj po śmierci lub, gry zainteresowany czegoś ważnego dokonał.  Dlaczego jeszcze spisany auto-życiorys przestaje być istotny? Bo trudno w CV znaleźć to, czego się szuka (jeśli nie liczyć standardowych informacji). Bo informacje zawarte w życiorysie są nieweryfikowalne. Oszem widać czasem sporo przechwałek pisanych na wyrost i można oczywiście dopytać na rozmowie kwalifikacyjnej. W każdym razie zawarte w CV informacje mają charakter subiektywny, a wiele różnych poradników podpowiada jak ładnie napisać i upudrować wszystko. I może najważniejsze CV przestaje być tak istotne bo trudno pokazać swoje kompetencje w formacie typowego CV. Przecież tylko w niewielkim stopniu te kompetencje wynikają z formalnego wykształcenia i ukończonych kursów lub odbytych praktyk czy poprzednich miejsc pracy.

W życiorysie najczęściej umieszczamy wykształcenie. Jaką szkołę i jaki kierunek studiów ukończyliśmy, jakie i gdzie odbyliśmy staże itd. Okazuje się jednak, że na współczesnym rynku pracy wykształcenie coraz częściej przestaje być kluczowym czynnikiem zatrudnienia. Czy dlatego, że większość ma jakieś dyplomy uniwersyteckie? Więc trzeba wybierać na podstawie innych informacji Inaczej różnicować kandydatów)? A może dlatego, że dyplom przestał być jedyną i najważniejszą gwarancją posiadania wiedzy, umiejętności i kompetencji? A może dlatego, że nieadekwatnie szkoły i uczelnie opisują wiedzę, umiejętności i kompetencje swoich absolwentów?

Owszem, jest wiele zawodów, gdzie wymaga się wykształcenia akademickiego. Tu się przydadzą ładnie wyszczególnione w CV kolejne kroki zdobywania wykształcenia. Jednak robotyzacja i algorytmy zautomatyzują wiele obszarów rynku pracy jeszcze bardziej niż obecnie. Wiedza się szybko dezaktualizuje. Co z prawa jazdy, które zrobiło się 10 lat temu i nie używało się samochodu w roli kierowcy? Trzeba uczyć się ponownie, a przynajmniej przypomnieć i poćwiczyć. Oczywiście, istnieją również branże i zawody, które się nie zautomatyzują. Ale czy do nich potrzebne jest wykształcenie akademickie? Czasem, tak jak teraz, gdy wielu ukraińskich uczniów trafiło do polskich szkół, bardzo przydatny stał się język rosyjski. I nagle starsze pokolenie lepiej sobie radzi (ale o radzeniu nie przesądza dyplom czy odbyte formalnie kiedyś lekcje języka rosyjskiego) niż młodsi nauczyciele, którzy nie radzą sobie z cyrylicą a tłumacz w telefonie nie wystarczy do porozumiewania się. Wydawało się że znajomość języka rosyjskiego jest już zupełnie niepotrzebnym balastem. Archaizm stał się przydatny. Niemniej szybko można uzupełnić brakujące umiejętności i kompetencje. Wystarczy tylko chcieć. I to poza edukacją formalną. 

Już w czasie pracy akademickiej musiałem kilka razy pisać nowe CV, do zupełnie innych celów. I musiałem zupełnie inaczej pomyśleć o swoich umiejętnościach i kompetencjach. Liczba publikacji i stopnie naukowe były zupełnie nieprzydatne w opisie własnych kompetencji. Znam osoby, które starając się o pracę ukrywały swoje wykształcenie. Bo bardziej zawadzało niż pomagało.

Na nowym rynku pracy pisze się o agile – zręczności. I takie powinno być CV. Chodzi o bardziej elastyczne podejście do tego, co z pracą jest związane. Są inne formy zatrudnienia, na umowę zlecenie, umowę o dzieło, zlecenie zewnętrzne itd. Sam się nie orientuję w różnorodności tych nowych form, niemniej coraz więcej jest  freelancerów, osób samozatrudniających się itp. Współczesny pracownik nie jest już przywiązany do miejsca pracy jak chłop pańszczyźniany do ziemi. Dwa lata zdalnej pracy z powodu pandemii koronawirusa pokazała, że pracownicy nie muszą siedzieć w biurze, że mogą pracować zdalnie i bardziej mobilnie. Dlatego obserwuje się mniejsze zainteresowanie wynajmem powierzchni biurowych jak i oczekuje się innych kompetencji od pracowników. Nie trzeba ich pilnować w pracy tak jak do tej pory bywało. Inna forma zatrudnienia, inna forma wynagradzania za pracę, inne oczekiwania wobec zawodowych kompetencji. Wśród najważniejszych charakterystyk pracy agile eksperci wymieniając: orientację na cel (pracuję projektowo, koncentruję się na zadaniu, wykonuję pracę i otrzymuję za nią wynagrodzenie – w edukacji formalnej powinniśmy takich kompetencji pracy projektowej nauczyć), elastyczne podejście do zadań (pracuję we własnym tempie, planuję pracę w taki sposób, żeby się nie wypalić zawodowo ale sam muszę się motywować do pracy i nie liczyć na „poganianie” karbowego*). Kolejną cechą jest proaktywność (nie działam reaktywnie, na rozkaz i zgodnie ze wskazaniem palca lub kija), która wymaga aktywnego zaangażowania w poszukiwanie zleceń (czyli poszukiwania sobie zadań do wykonania) i samodzielności w wykonywaniu zadań, odpowiedzialności za porażki (nie szukam winnego i nie zwalam odpowiedzialności na innych). Następną cechą jest zaufanie, bowiem pracując poza etatem trzeba ciągle uczyć się (na etacie też, ale można się "zakamuflować" i ukryć za biurokratycznymi papierami). Zaufanie to jedna z ważniejszych wartości organizujących pracę ludzi, w szczególności w zakresie i utrzymywanie wysokiej jakości. Na koniec eksperci wymieniają także kreatywność. W pracy na etacie, zwłaszcza tej zhierarchizowanej, kreatywność nie jest w cenie a czasami wręcz przeszkadza, ponieważ zmusza do twórczej aktywności tych, którzy aktywni twórczo być nie chcą (nie wychylaj się, cisze budziesz - dalsze jedziesz). I to zarówno inni współpracownicy jak i zwierzchnicy. A nawet podwładni.

Zapotrzebowanie na niezależnych profesjonalistów będzie rosło, a przyczyni się do tego prawdopodobnie odpływ pracowników spowodowany czynnikami demograficznymi i cywilizacyjnymi. A jak w tradycyjnym życiorysie pokazać swoją kreatywność, kompetencję zaufania, proaktywność, orientację na cel i pracę projektową? Trzeba kamienie milowe swojego życia w jakiś sposób na nowo opisać i inaczej scharakteryzować. Gotowych rubryczek w tradycyjnych CV nie ma. Jest co prawda rubryczka z kompetencjami i tam można napisać, że jest się kreatywnym itp. Ale to gołe słowo bez dobrze osadzonego konkretu, potwierdzającego daną kompetencję. Jest tylko nic nie wnoszącym słowem. I może ważniejsze będzie to, co się robiło na studiach w wolontariacie (poza zajęciami kursowymi) niż uzyskany dyplom i ocena z kursowych przedmiotów. 

I jak nauczyć studentów nowego sposobu pokazywania swoich kompetencji? Najpierw trzeba samemu odkryć, poznać ten nowy sposób.... Więc poznaję. Zapisać się na kurs czy może uczestniczyć w procesie?

A może zamiast CV dziennik refleksji? Ale dziennik refleksji zazwyczaj jest długi, nie da się z nim zapoznać w 10-30 sekund czy 1-2 minut. To może wideo prezentacja z opowieścią o sobie w maksymalnie 3-5 minut. Coś na kształt prezentacji błyskawicznej? Czyli wideo CV. Podobno są już automaty do nagrywania takich życiorysów przed rekrutacją. Tak jak kiedyś budki do zdjęć. Na wszelki wypadek w programie moich zajęć umieściłem także wideo CV i prezentację błyskawiczną. Liczę, że się przyda nie tylko do zmodyfikowanego CV.


*karbowy - pracownik dworski, nadzorujący prace chłopów pańszczyźnianych, nacinający na kiju karby, dla zaznaczenia wykonanej pracy. Nadzorował chłopów pańszczyźnianych, czyli w zasadzie niewolników. Poganiał słowem i batem, zaznaczał wykonaną prace. Dawny sposób motywowania do pracy.

28.03.2022

Źródliskowa i wiosenna roślina - śledziennica skrętolistna

Kwitnąca śledziennica i mrówki

Niepozorna roślina, kwitnąca już od przedwiośnia. Niepozorne kwiaty i podmokłe siedlisko. Dobry wskaźnik źródlisk helokrenowych. Choć nie tylko przy źródliskach występuje.  Na dodatek nietypowa biologia - u tej rośliny obserwuje się malakogamię, czyli zapylanie przez ślimaki. Naukowa nazwa śledziennicy odnosi się do złotego koloru (chrysos - oznacza złoto) oraz do leczniczych właściwości (splenos – śledziona). Chrysosplenium alternifolium  natomiast nazwa gatunkowa (drugi człon nazwy) odnosi się do ułożenia liści. 

Śledziennica skrętolistna (Chrysosplenium alternifolium L.) to niezwykła, mała roślina z rodziny skalnicowatych (Saxifragaceae). W tym przypadku nazwa rodziny jest myląca, bo nie występuje na skałach ani w górach, tylko na terenach podmokłych, przy nizinnych źródliskach, w olsach, nad podmokłymi rzeczkami, przy rowach na podmokłych łąkach. Dla mnie nieodmiennie kojarzy się ze źródłami rzeki Łyny, gdzie jako student po raz pierwszy poznałem tę roślinkę.

Śledziennica należy do jednych z pierwszych, wiosennie kwitnących roślin. Zakwita już od marca. I nic nie jest takie, jak nam się wydaje na pierwszy rzut oka. Bo to, co uważamy za kwiaty śledziennicy, w sensie botanicznym kwiatem nie jest! Rolę okwiatu pełnią wyłącznie działki kielicha, a płatków korony nie ma. Te prawdziwe kwiaty są żółte, kielich jest 4-działkowy a pręcików jest osiem. Kwiaty otoczone są złocistożółtymi liśćmi przykwiatowymi, pełniącymi rolę powabni. Kwiatostan śledziennicy to baldachogrono - żółtozielone kwiaty otoczone złocistożółtymi liśćmi przykwiatowymi. Barwy te przykuwają uwagę. I naszą i owadów, które zapylają śledziennicę. Płaskie kwiatostany tej rośliny chętnie odwiedzają niektóre ślimaki i mimowolnie przenoszą pyłek. Co zwabia ślimaki? Kolor, jakiś zapach? Czy tylko znajdują się przypadkiem, szukając czegoś do zjedzenia? Owocem śledziennicy jest jednokomorowa torebka. Po otwarciu wygląda ona jak miseczka wypełniona nasionami. Krople deszczu powodują rozpryskiwanie i wypływanie nasion z wodą. Lubi miejsca zacienione i wilgotne. Spotkamy ją w lasach łęgowych, mokradłach, wilgotnych zaroślach, nad strumieniami i jeziorami. I w sąsiedztwie źródlisk. 

Śledziennica bywa samopylna – jakby zawczasu chciała sobie poradzić z brakiem owadów zapylających. Ale ta cecha to efekt wczesnego zakwitania, gdy z racji chłodu zazwyczaj brakuje aktywnych owadów. Niezwykłą cechą tej rośliny jest to, że jest zapylana przez ślimaki (także i przez owady, ale to wcale nie jest zaskakujące). Kilka lat temu widziałem na śledziennicy uwijające się mrówki (czy mrówki występowały w roli mimowolnych zapylaczy?). Byłem ciut zaskoczony, a mrówki chyba też, co było widać po ich bojowej postawie, gdy zbliżyłem aparat fotograficzny. Na przednówku nie ma co jeść. Więc zapewne chciałby mrówki bronić swojego pożywnego znaleziska. W tym czasie kwitnie niewiele roślin. Ciekaw jestem co zjadają rzeczone mrówki. Czy wykorzystują pyłek śledziennicy czy może polują na inne bezkręgowce?.

Dlaczego śledziennica? Bo dawniej używano jej do leczenia chorej śledziony, tudzież wątroby (też chorej). Czyli jest to ziele od śledziony (ale nie od śledzia czy śledzenia). Ale także od ran i wyprysków i jak się można dowiedzieć, związkami czynnymi (leczniczo) są: fitosterole, kwas kawowy, kwercetyna, chryzosplenole (glikozydy), penduletyna, olejek eteryczny, kwas elagowy, glikozydy fenolowe arbutynowe. Nie wiem czy o tym wszystkim mrówki lub ślimaki wiedzą. No i czy biegają po kwitnących śledziennicach w celach konsumpcyjnych czy leczniczych. Śledziony mrówki nie mają co prawda, ale może mrówki inne zastosowanie znalazły?

Wiosną kwitną leszczyny, wierzby, podbiały, zawilce, przylaszczki czy przebiśniegi. Ale o tym wszyscy wiedzą, więc po co pisać. Znacznie ciekawsza jest mrówka na śledziennicy. Do tej pory nie udało mi się sfotografować ślimaka na śledziennicy. Może moi czytelnicy mają więcej szczęścia?

Często podawaną ciekawostką biologiczną, w odniesieniu do śledziennicy jest malakogamia czyli zapylanie kwiatów przez ślimaki. Ślimaki prawdopodobnie odgrywają dużą rolę w mimowolnym przenoszeniu pyłku śledziennicy. W szczególności tę rolę pełni bursztynka pospolita, która preferujące siedliska wilgotne, nadwodne. W wilgotnym środowisku, zwłaszcza po opadach deszczu, owady są mniej aktywnie i pełnią mniejszą rolę w zapylaniu roślin nadwodnych. Zapylanie przez ślimaki wiąże się także z kosztem dla roślin, bowiem podczas odwiedzin ślimaki dokonują uszkodzeń pręcików i słupków. Ale przecież ewolucyjnie rzecz biorąc owady także zjadały pyłek roślinny a zapylenie było skutkiem ubocznym. Dopiero w czasie długiej ewolucji powstały wyspecjalizowane owadopylne kwiaty i silniejsze powiazanie niektórych owadów z roślinnymi kwiatami. Malakogamię obserwuje się także u rzęsy wodnej (rzadko kwitnie) oraz czermieni błotnej (Calla palustris) - roślin wodnych i wodnobłotnych. 

Zaskakujące jest zastosowanie śledziennicy w kuchni. Można ją jeść na surowo lub pić w postaci soku czy naparu. Młode liście smakują jak rukiew wodna i zawierają dużo witamin, w szczególności witaminy C. Liście i pędy można suszyć i w tej postaci używać jako przyprawę do potraw mięsnych, rybnych i warzywnych. Sam nigdy nie próbowałem kulinarnie śledziennicy. Ktoś próbował?

W Polsce występują  dwa gatunki: śledziennica skrętolistna (Chrysosplenium alternifolium), śledziennica naprzeciwlistna (Chrysosplenium oppositifolium). Ta druga  rośnie tylko na Dolnym Śląsku i Pomorzu Zachodnim. Śledziennica skrętolistna jest pospolitsza i spotkać można ją w wielu miejscach (podmokłych). 


Małe chrząszcze na śledziennicy.

27.03.2022

Referat i pozory własnej ważności


Chciałbym zachęcić do spojrzenia na referat z nieco innej perspektywy. Z perspektywy hierarchii i poczucia ważności prelegenta. Przemawianie publiczne czasem daje pozory własnej ważności i wartości wypowiedzi. Mówca chce się czuć ważny i słuchany, bo słuchamy liderów, przywódców i kogoś ważnego. Mówca z liczby słuchaczy obecnych na sali, z frekwencji na wykładzie czerpie dobre samopoczucie i odnosi wrażenie ważności przekazu. Jego poczucie satysfakcji odbija się w publiczności jak w zwierciadle. Jednak nie każde wystąpienie da tyle samo satysfakcji. Bo są takie na pierwszym planie i takie z dalszego planu, w odczuciu prelegenta (i słuchaczy) uważane za podrzędne.

Duża sala z dużą liczbą słuchaczy i referat plenarny daje poczucie ważności osoby prelegenta lub ważności przekazu, ważkości wypowiadanych słów. Ta sama zasada sprawdza się w odniesieniu do kontaktów zdalnych i  innych mediów, w tym słowa pisanego i przekazu internetowego. A jak zobaczyć publiczność, gdy są nimi czytelnicy? A więc mamy komunikację zdalną i fizycznie nadawca nie widzi swojej odbiorcy. Wnioskuje po nakładzie lub ważności wydawnictwa lub tytułu prasowego albo po liczbie odwiedzić witryny internetowej. 

Zarówno liczba słuchających jak i uprzywilejowane, wyróżnione miejsce w programie takie jak referat plenarny (czyli z podkreśloną ważnością) czy duża frekwencja na wykładzie akademickim daje poczucie ważności. Mogą to być jednak tylko pozory bo nie jest ważne do ilu mówi, ważne do ilu treść wypowiedzi rzeczywiście dociera. Ważne ilu rzeczywiście słucha i na ilu mówca wywiera wpływ. 

Publikacje i książki to nieco inna forma przemawiania - zdalna. Druk nobilituje bo kiedyś książki było drogie i nie warto było drukować czegokolwiek. Jak wydrukowane, to znaczy, że jest ważne, doniosłem cenne. Napisanie własnej książki czy podręcznika dawało i być może daje poczucie satysfakcji, że jest duża publiczność a przekaz jest ważny i wartościowy.  Teraz się to trochę zmieniło bowiem druk jest znacznie tańszy, namnożyło się wydawnictw a nawet można w prosty sposób wydać książę samemu. Ważniejszy byłby nakład i prestiż wydawnictwa, czyli jak ono dociera do czytelników. 

Publikacje nobilitują, zwłaszcza te o dużym zasięgu (tak jak liczna publiczność na sali). Ważniejsza jest jednak poczytność. Cytowalność jest efektem czytania prac naukowych i wywieranego wpływu (doniosłości wypowiedzianych słowem treści). Poza tradycyjnymi "zliczarkami" cytowań są całkiem nowe, np. Google Scholar. A w przypadku stron internetowych i blogów można zwracać uwagę na liczbę odsłon (kliknięć). To, że ktoś był na sali wykładowej/konferencyjnej to nie znaczy , że słuchał i wypowiedziane słowa wywarły na niego wpływ> To , że jest wydrukowane w książce lub czasopiśmie, to nie znaczy, że jest czytane. To, że ktoś wszedł na daną stronę internetową, to nie znaczy jeszcze że przeczytał i że opublikowana treść wywarła wpływ na odbiorcę.

A gdy wygłaszamy referat lub piszemy artykuł to szukamy splendoru i własnej satysfakcji czy empatycznie szukamy satysfakcji i zadowolenia słuchaczy? Idziemy przekazać treść czy własny splendor obwieścić wśród publiczności i ogłosić światu? W odpowiedzi na te pytania znajdziemy własny stosunek do świata, i to czego oczekujemy. Przeżycia czegoś w dialogu, adrenaliny ze spotkania z zaciekawionymi słuchaczami czy może oklasków i dobrego samopoczucia, wynikającego z wrażenia wywierania wpływu?

Referaty wygłaszamy czasem z obowiązku... wypełniania (zapełniania) czasu u odczyniania rytuału społecznego.

Jako ilustrację do niniejszego tekstu zamieściłem zdjęcie z plenerowego spotkania i opowieści w formie kamishibai. To było w czasie Olsztyńskiej wystawy Dalii, roku nie pamiętam. Publiczności jeszcze nie widać (bo przed i wynika z ujęcia). Odpowiednia ilustracja by zadać sobie ważne pytanie: po co i dlaczego?

26.03.2022

Wiosenne wypalanie traw

 


Jak co roku ten temat powraca wczesną wiosną. I to co coraz wcześniej. Najpierw zadzwoniła pani redaktor z Radia Olsztyn, potem redaktor z Gazety Olsztyńskiej. Pytali o to samo. jakie są skutki wypalania traw. Co roku odpowiadam podobnie ale problem chyba się pogłębia ze względu na widoczne skutki globalnego ocieplenia klimatu Ziemi.

Dla zobrazowania skali problemu redaktor z Gazety Olsztyńskiej przesłał mi dane o liczbie pożarów traw i "nieużytków" rolnych dla powiatu olsztyńskiego:  2022. 28.02-06.03 - 9 pożarów, w dniach 07-13.03 - 22 pożary,   14-20.03 - 64 pożary,   21-24.03 - 36 pożarów. Najliczniej w drugiej połowie marca - ponad 60 pożarów. Ile jest w skali całego kraju? I całej Europy?

"Dlaczego ludzie decydują się na wypalanie traw?"
Najprościej można by napisać - z głupoty. Ale ta zdawkowa odpowiedź niewiele wyjaśnia. W większości podpalamy z niewiedzy co do skutków. Podpalanie jest także efektem wątpliwej zabawy, że coś się dzieje i przyjedzie straż pożarna, będzie jakaś „zabawa”. Drugim powodem są dawne stereotypy. Bo wypalanie to pozostałość po archaicznej formie użytkowania terenu: wypalenie trawy powoduje „sprzątniecie" zeschniętych traw i stwarza wrażenie „porządku”, odsłania i użyźnia glebę. Można nawet sochą zaorać i posiać zboże. Przed wiekami ludzie wykorzystywali gospodarkę żarową. Ale wtedy było nas zdecydowanie mniej, więc i skutki dla przyrody były mniejsze. Nasi przodkowie wypalali fragment lasu, a na powstałej polanie zakładali swoje pola uprawne. Po kilkunastu latach, gdy ziemia się wyjałowiła, porzucali to miejsce i przenosili się gdzie indzie. A na dawnym polu powoli, w wyniku sukcesji ekologicznej, odrastał las. Teraz jest zbyt dużo ludzi na Ziemi, nie ma wolnych miejsc, gdzie moglibyśmy się przenosić. A na Saharę i tak się nie przeniesiemy, bo tam nie ma warunków dla rolnictwa. Po drugie ludzi jest tak dużo, że potrzebujemy dużo żywności i dawne, ekstensywne sposoby uprawy są dalece niewystarczające. W wyniku wojny na Ukrainie wiele żyznych czarnoziemów nie zostanie w tym roku obsianych, w skali ludzkości wyprodukujemy mniej zboża i to już  spowoduje głód w wielu regionach, do których eksportowano zboże z Ukrainy. 

Wypalanie traw daje iluzję "porządku" bo znikają suche trawy (za to uwidaczniają się liczne śmieci). Ale ten porządek to bardzo krótkotrwały efekt. Trudniej nam dostrzec długofalowe, negatywne stuki pożarowej aktywności. 

"Jakie skutki dla ekosystemu przynosi wypalanie traw i nieużytków rolnych?"
Po pierwsze węgiel, zdeponowany w biomasie (roślinach), trafia do atmosfery w postaci dwutlenku węgla. Powiększa się jego ilość w atmosferze. Jest więc jedną z przyczyn zwiększającej efekt globalnego ocieplenia klimatu. Cieplejsze zimy i brak trwałej pokrywy śnieżnej, powoduje, że wiosną szybko następują okresy suszy (już przez miesiąc u nas nie padało), co znacząco sprzyja pożarom. Zatem nawet jeśli kiedyś wypalanie traw nie przynosiło tak wielkich strat, to teraz przynosi. Obserwujemy sprzężenie zwrotne dodatnie. Przy zmianach klimatu wypalania są groźniejsze w skali globalnej jak i lokalnej.

Po drugie w ogniu giną nasiona roślin, uszkadzane są krzewy i drzewa oraz ginie wiele małych i średnich zwierząt. To są bardzo wymierne straty w różnorodności biologicznej i tak już przetrzebionej działalnością człowieka.. Giną małe zwierzęta, takie jak jeże, drobne ssaki (nie mają szansy uciec przed ogniem), płazy, gady, ptaki, ginie bardzo dużo małych bezkręgowców: owadów, pajęczaków, ślimaków itd. Te, które zimują w stadium jaja, larwy, poczwarki lub te które obudziły się ze snu zimowego i są aktywne. Bezsensowna śmierć i osłabianie homeostazy ekosystemów. Po glebie z wypaloną trawą woda szybciej będzie spływać a nam powinno zależeć na zatrzymaniu w krajobrazie jak najwięcej wody. Żeby w jakiś sposób rekompensować zanikającą, zimową retencję w postaci śniegu. Dodatkowo biogeny szybciej spłukiwane są do rzek a potem do morza. W jednym miejscu gleby jałowieją, a w jeziorach i w Bałtyku borykamy się ze szkodliwą eutrofizacją.

Pojęcie nieużytku rolnego jest bardzo mylące. Lepiej nazywać je użytkami ekologicznymi. Bo nie są wykorzystywane rolniczo w danym momencie lecz spełniają funkcje przyrodnicze. Nie są to niepotrzebne „nieużytki”, lecz bardzo potrzebne i użyteczne ekologicznie tereny. Spełniają różnorodne usługi ekosystemowe.

Niedostrzeganie wymienionych wyżej zjawisk wskazuje na dużą niewiedzę szerokich kręgów społecznych. Wskazuje na braki edukacyjne. Można skrótowo nazwać to głupotą.

Edukacja jest niezwykle ważna nie tylko dla naszego, ludzkiego dobrostanu ale także dla naszego przetrwania. W procesie szeroko rozumianej edukacji udział muszą brać także media. Bo to ważny, potencjalny sektor edukacji nieformalnej. Teoretycznie media publiczne mają taką misję. Jednak obecne władze zdemolowały także media, co najbardziej widać po TVP - zamiast misji edukacyjnej jest destrukcyjna, polityczna, tandetna propaganda. Żywię nadzieję, ze szybko się to zmieni.

PS. Innym efektem pożarów łąk są spalone domy i inne budynki czy maszyny. To są wymierne straty gospodarcze. Nie mówiąc o pracy strażaków i zużytym na dojazdy paliwie (surowce nieodnawialne, w dużej części sprowadzane z Rosji).



25.03.2022

Jak, komu i dlaczego pokazywać przyrodę?

Chmura słów, kojarzących się z pokazywaniem przyrody, jeden z efektów spotkania ze Stowarzyszeniem Edukatorów Leśnych w dniu 17 marca 2022 r.


Tytułowe pytanie zadaję sobie już co najmniej od 35 lat. A nawet trochę wcześniej, gdy przygotowywałem się do zawodu nauczyciela biologii. Potem były zajęcia ze studentami biologii, w tym zajęcia terenowe. A potem okazjonalne zajęcia z uczniami i osobami dorosłymi. Od kilkunastu lat poszerzam swoje doświadczenie przez udział i organizację różnorodnych projektów edukacyjnych i festiwali naukowych. Wiele lat doświadczania, próbowania, refleksji i słuchania innych specjalistów oraz czytania książek i artykułów. Powinienem być już "kuty na cztery nogi" a jednak ciągle czuję luki w wiedzy i umiejętnościach. Między innymi dlatego, że świat się zmienia i nie da się wejść ponownie do tej samej wody w rzece. Z dostrzegania tych zmian rodzi się pytanie "dlaczego" a nie tylko "jak" i "komu" przyrodę pokazywać.

Dlaczego pokazywać przyrodę? A nie może każdy sam sobie poobserwować, tak jak przez tysiąclecia? Ja przyrodę poznawałem na wakacjach, spędzanych na wsi. Pokazywał mi dziadek i wujek. I sam obserwowałem, czytałem książki oraz były lekcje biologii w szkole. Można było konfrontować swoją wiedzę z tą szkolną, podręcznikową, i książkową. Czy coś się zmieniło? Tak. Współcześni ludzie w coraz większym stopniu poznają przyrodę z telewizji, komputera i szkolnego podręcznika. Większość z nas żyje w mieście i tylko rzadko wybiera się na wycieczki do lasu czy nad jezioro. Częściej obserwujemy przyrodę przez szkło monitora niż szkło lornetki czy szkło mikroskopu. A przecież dostęp do sprzętu badawczego jest bez porównania łatwiejszy niż w czasach mojej młodszości. Na co dzień przebywamy z urządzeniami i sztuczną, medialną rzeczywistością: kupując bilety w automacie, kontaktując się ze znajomymi przez portale społecznościowe, przeglądając filmiki na Facebooku, You Tube czy Tik Toku. Przebywamy coraz więcej w świecie techniki i świecie cyfrowym a coraz mniej w kontakcie z przyrodą, nawet tą miejską. 

Przez tysiąclecia żyliśmy w bezpośrednim kontakcie z przyrodą. Filozofowie piszą, że człowiek odznacza się biofilią - potrzebą kontaktu z przyrodą. Wypoczywamy na łonie natury, potrzebujemy częstego kontaktu z roślinami i zwierzętami. Jest to nasza głęboka i pierwotna potrzeba. Czy jedynie szkoła ma tę potrzebę zaspokajać i przy okazji rozwijać wiedzę przyrodniczą, wiedzę o świecie? A co z reszta życia? 8 lat podstawówki, 4 liceum i 3-5 lat studiów, w sumie maksymalnie 15-17 lat nauki a przecież żyjemy kilka razy dłużej. Edukacja formalna nie wystarczy. Odpowiadając na pytanie jak i komu warto wskazać, że potrzebującemu tego społeczeństwu trzeba pokazywać przyrodę ustawicznie, nie tylko w szkole i nie tylko uczniom lecz i dorosłym. Stąd ogromne znaczenie różnorodnych form edukacji pozaformalnej i nieformalnej w pokazywaniu przyrody i edukowaniu biologicznym. 

Jak pokazywać i opowiadać? Kto i gdzie ma to robić? Czy tylko pokazywać? A może również objaśniać? Czy skupić się na programie i treści czy również na tworzeniu środowiska edukacyjnego? 

Opowiadanie o przyrodzie w terenie jest trudne. Także i z tego powodu nauczyciele niezbyt chętnie wychodzą z klasy. Obawiają się, że nie będą znali nazw spotkanych roślin i zwierząt. Zbudowanie opowieści z rzutnikiem multimedialnym, podręcznikiem, eksponatami w klasie wydaje się bezpieczniejsze. Wszystko można przygotować, zapamiętać, nauczyć się i przekazać. W terenie jest trudniej bo warunki są bardzo zmienne. O ile rośliny są w tym samy miejscu to ze zwierzętami znacznie trudniej. A i pogoda bywa zmienna. Do tego dochodzi zmienność fenologiczna - niektóre zjawiska można pokazać tylko w określonym czasie - nie są dostępne cały czas. I jak sobie poradzić z tak dużą liczbą gatunków roślin, grzybów i zwierząt? Nie wiesz dokładnie co spotkasz danego dnia i o co zapytają uczniowie/słuchacze. Za każdym razem trzeba mniej lub bardziej improwizować. Dlatego właśnie zwłaszcza młodsi nauczyciele boją się wychodzić na zajęcia terenowe.  Rozwiązaniem jest zaakceptować swoją niewiedze i odkrywać wspólnie z uczniami. Przy okazji można ich nauczyć jak posługiwać się kluczami do oznaczania gatunków czy prostymi aplikacjami na telefon komórkowy. I pokazać na czym polega proces naukowy z weryfikacją własnej wiedzy.

Kto odpowiadał na pytania w czasie spotkania
ze Stowarzyszeniem Edukatorów Leśnych?
Kto więc edukacja przyrodnicza powinien się zajmować? Na pewno nie tylko nauczyciele. I jak wspierać czy współpracować z nauczycielami? 

Edukatorów przyrodniczych jest wielu. I często goszczą oni na szkolnych lekcjach lub prowadzą zajęcia wyjazdowe na swoim terenie. Coraz liczniejsze są zespoły edukacyjne w parkach krajobrazowych i narodowych, w Lasach Państwowych, w różnego rodzaju centrach nauki, co raz więcej jest naukowców, edukujących na otwartych zajęciach w uczelniach wyższych w ramach różnego rodzaju festiwali i pikników naukowych oraz jest wielu "wolnych strzelców". Oferta kierowana jest nie tylko do uczniów w ramach zajęć, wycieczek czy zielonych szkół. Oferta edukacyjna kierowana jest do każdego, niezależnie od wieku. Zatem jest to dostarczanie doświadczenia i kontaktu z przyrodą w ramach edukacji pozaformalnej i ustawicznej, w małych, niezależnych porcjach wiedzy. 

Edukacja staje się coraz bardziej procesem ustawicznym i realizowanym poza szkołą. Dotyczy to także wiedzy przyrodniczej. W pewnym sensie szkoła staje się coraz bardziej rozproszona. 

Jak? Po pierwsze przygotować adekwatną (dla danej publiczności, miejsca i czasu) opowieść, po drugie przygotować teren, po trzecie wykorzystać nauczanie zdalne i po czwarte zaangażować poznawczo słuchaczy i wdrożyć ich w odkrywanie (dać wędkę a nie tylko rybę). W teren można zabrać różne lupy, lornetki, pojemniki, tacki i inne przyrządy, ułatwiające obserwowanie istot dużych i małych. Po drugie można mniej lub bardziej przygotować teren, budując wiaty, ławeczki, przygotowując różne obiekty do obserwacji. Tak od dawna dzieje się w ogrodach zoologicznych, ogrodach botanicznych, arboretach, leśnych szkołach czy ścieżkach dydaktycznych. Drzewa i rośliny można opatrzyć etykietami z nazwami a w ogrodach zoologicznych także zwierzęta na wybiegu czy w klatce. Zawsze tam będą, nie uciekną. Oglądający będzie wiedział co obserwuje, poczyta być może więcej o danym gatunku. Duże tablice czasem szpecą i zasłaniają. Ale od czego jest przenośny czytnik treści w postaci smartfonu. Wystarczy więc umieścić qr kod, który przeniesie do tekstu, obrazu, audio przewodnika czy filmu. Widz zobaczy to, czego nie widać. A rzeczywistość cyfrowa zastąpi żywego przewodnika. Te treści trzeba jednak wcześniej nagrać, przygotować. To element nauczania na odległość. Indywidualnie można w dowolnym terenie rozmieścić czasowo np. kamienie lub karteczki z nawami i qr kodami. 

Tablice z grafiką i tekstem to stara i powszechna metoda opowiadania o przyrodzie. Łatwo je rozmieścić w terenie a turysta czy uczestnik wycieczki sam się z tę treścią zapozna. Nie tylko ułatwi rozpoznawanie gatunków ale zaznajomi się w procesami, które czasem długo trwają np. sukcesja ekologiczna. W czasach taniego relatywnie druku wielkoformatowego pojawiło się sporo ładnych i ciekawych merytorycznie tablic na różnych ścieżkach edukacyjnych. Znacząco można je wzbogacić przez zamieszczanie qr kodów, linkujących do krótkich filmów. Dlaczego krótkich? Bo zwiedzający nie skupi się na czymś dłuższym.

Poza prostymi tablicami są już różnego rodzaju ścieżki edukacyjne, w tym sensoryczne i z prostymi zgadywankami (nie tylko ogląda i czyta ale musi coś zrobić). Umiejętności pokazywania przyrody sprowadzają się więc także do zdalnego nauczania (autor nie widzi swoich odbiorców i nie może zmodyfikować swojego przekazu, dostosowując do bardzo zróżnicowanego odbiorcy). Tworzymy więc środowiska edukacyjne, zarówno jako pomoc dla edukatorów, oprowadzających słuchaczy jak i do samodzielnego zapoznawania się z treścią. Edukacja bez kontaktu ze słuchaczem. 

W różnych ośrodkach edukacyjnych, w tym w muzeach przyrodniczych, pojawiają się nie tylko wypchane zwierzęta, zasuszone rośliny, diaporamy, przedstawiające różne siedliska i florą i fauną lecz także specjalne wystawy, pokazujące świat w koronach drzewa, w glebie czy powiększony model mrowiska, do którego można wejść. Coraz częściej pojawiają się krótkie audioprzewodniki czy filmy, tak aby zwiedzający mógł we własnym tempie i własną ścieżką zapoznać się z wcześniej przygotowanymi tekstami, nagraniami audio czy wideo. Czasem wystarczy telefon użytkownika, czasem oferowane są przenośne zestawy ze słuchawkami. Z takiej przestrzeni edukacyjnej korzystają także szkoły w czasie wycieczek. Ale częściej wykorzystywane sa w ramach wycieczek rodzinnych czy turystycznych. Dwa w jednym: wspieranie edukacji szkolnej i zapewnianie edukacji ustawicznej, pozaformalnej i nieformalnej. Zastępują dziadka czy wujka, który w czasie wakacji pokazywał i opowiadał o przyrodzie. 

Jeszcze lepszym rozwiązaniem są przygotowane miejsca do aktywności, różnego rodzaju czatownie, punkty obserwacyjne, wiaty i urządzenia, oferujące proste quizy czy zadania badawcze. Im bardziej zaangażujemy ucznia/słuchacza tym pełniejsza będzie jego wiedza przyrodnicza i jego zaangażowanie. Tu już nie wystarczy przygotowanie ścieżki czy tablicy ani nawet jedno spotkanie z edukatorem, potrzebne jest długie, stałe wsparcie 9może być także zdalne). Zapewniają to m.in. uczelnie wyższe lub zespoły naukowo-edukacyjne w różnych placówkach. Ornitolodzy organizują liczenie ptaków na przelotach lub przylatujące zimą do karmników. Entomolodzy proponuję np. letnie liczenie motyli na krótkich transektach. Uczestnik - przyrodnik wolontariusz (uczeń lub dorosły) najpierw musi się nauczyć rozpoznawać zwierzęta lub rośliny (ma jednak silną motywację i nie jest  oceniany na stopnie), potem zbiera informacje, notuje, przesyła do jednostki koordynującej. Ktoś innych zbiera liczne dane i opracowuje wyniki. Uczestnik ma satysfakcję uczestnictwa w potrzebnych badaniach naukowych, dokumentujących różnorodne zjawiska, np. zmiany zasięgu występowania gatunków w procesie globalnego ocieplania klimatu, obserwowania sukcesji, rozprzestrzeniania się gatunków obcych i inwazyjnych itd. W takim procesie jest się nie tylko "uczniem" ale i naukowcem, prowadzącym ważne obserwacje. 

Edukacja systematycznie się zmienia. Nie ogranicza się tylko do szkoły i podręczników szkolnych. Edukacja jest naszą wspólną sprawą (a nie tylko nauczycieli w szkole). Ośrodki akademickie coraz szerzej włączają się w ten proces. I w coraz większym stopniu wykorzystywane są metody edukacji zdalnej. Dla edukatorów oznacza to, że muszą uczyć się zupełnie nowych umiejętności: nie tylko przygotowania opowieści, jakieś historii ale jeszcze przygotować ją w zupełnie nowej formie: tekstu, infografiki, filmu, gry terenowej czy zaprojektowania interaktywnej przestrzeni do edukacji z lub bez edukatorem. 

Bez rozumienia zjawisk przyrody trudno jest funkcjonować nawet we współczesnych, stechnicyzowanym świecie. Potrzebujemy licznych edukatorów przyrodniczych i przygotowanych przez nich miejsc.


Opowiadanie i pokazywanie tego, co żyje w rzece w trakcie pozaszkolnego pikniku Święto Łyny w Olsztynie.