Nowa odsłona bloga Profesorskie Gadanie. Pisanie i czytanie pomaga w myśleniu. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie opowiadam. Dr hab. Stanisław Czachorowski, prof UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii, Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie
11.06.2018
Medytacja z lekturą
„Medytacja w naturalny sposób związana jest z lekturą. Nie zawsze mamy umysł tak twórczy, by medytować bez pomocy tekstu. Myśl trzeba zapładniać nowymi treściami.”
Michał Heller „Jak być uczonym” Wyd. Znak, Kraków 2009 r.
Medytacja z tekstem jest jak rozmowa z drugim człowiekiem. Przenikanie się własnymi myślami. W przypadku zapisanego tekstu myślowy przekaz przenika tylko do czytelnika. Sam autor nie wie o naszych wrażeniach, pytaniach, odpowiedziach. Ale my korzystamy. Cudze, zapisane myśli są katalizatorem i inspiracją dla naszych. A odczytujemy przez pryzmat tego, co już wiemy i znamy. Przez pryzmat naszego paradygmatu.
Tekst zapisany jest bardzo cierpliwym rozmówcą. Nie przerywa naszego wątku, cierpliwie powtarza to samo (gdy kilkakrotnie odczytujemy jeden fragment lub po latach do tej samej lektury wracamy). A my wybiórczo i czasem kreatywnie przetwarzamy wyczytywane treści i wbudowujemy we własny system wiedzy. Z czasem zapominamy co i od kogo zaczerpnęliśmy i w jaki sposób zmodyfikowaliśmy. Wiedza – ta ogólnoludzka jak i indywidualna – jest systemem całościowym, spójnym. Także ta indywidualna musi być bardzo spójna. Nawet jak ta spójność dla osoby postronnej wygląda karkołomnie i nieprawdopodobnie.
"(...) myślenie, które zawdzięczamy pismu: analityczne, linearne, polegające na obracaniu w głowie idei. Zastępuje je myślenie emocjonalne, polegające na utożsamianiu się z człowiekiem - twarzą, głosem; na oddziaływaniu przez kumulację anegdotycznych danych zamiast logicznego wnioskowania. Przechodzimy do kultury postpiśmiennej."
Jacek Dukaj, "Lustro coraz mniej czarne", Tygodnik Powszechny nr 23 (3595) 3 czerwca 2018.
Tu może nie ze wszystkim się zgodzę. Wcześniej, w epoce przedpiśmiennej, ludzie myśleli w dialogu i samotnych rozmyślaniach w przyrodzie. Myślenie osadzone było w kulturze słowa mówionego. Słowo pisane w stosunku do rozmowy z człowiekiem (a więc z gestami, mimiką, mowąa ciała) jest w jakiś sposób ograniczone i upośledzone. Właśnie odarte w części z kontekstu i emocji. I ten z pozoru mankament umożliwił nieco inny sposób myślenia. Być może stymulując analizę i wielokrotne, spokojne "obracanie" cudzych słów. Słowo pisane jest cierpliwym rozmówcą... ułatwia medytację.
Wartością słowa pisanego jest to, że ułatwia "rozmowę" z wieloma ludźmi, odległymi w czasie i przestrzeni. Szybciej docieramy do swojej "bańki informacyjnej", odnajdując się w sieci powiązań i interakcji międzyludzkich. Teraz patrzymy na kulturę internetu z jego multimedialna treścią z pewnym przerażeniem, z obawami. Ale przecież i słowo pisane wiele w cywilizacji, i naszym sposobie rozmyślać, zmieniło. Sokrates uważał, że pismo niszczy pamięć. W dużym stopniu miał rację. Ale przecież ta "ułomność" zaowocowała wieloma pozytywnymi aspektami. Być może i z internetowymi i smarfonowymi mediami tak będzie. Mimo, że na razie narzekamy na nie , jakie one szkodliwe.
Tymczasem uwolnij książkę i pozwól innym pomedytować intelektualnie. Podziel się wiedzą przez rozmowę, tekst, komentarz i... bookcrosssing.
9.06.2018
Łąka w mieście i pszczoła samotk(n)a
Łąka kwietna w mieście może wydawać się jakąś fanaberią „nawiedzonych ekologów”. Po co to komu? Zatem wspólnie odkryjmy relacje i powiązania między kwietnymi łąkami, owadami, kleptopasożytnictwem i jakością życia w mieście. W opowieść przyrodniczą wplotę kilka bardzo społecznych aluzji.
Całość to więcej niż suma części, to także relacje między tymi częściami. Ważny jest więc nie tylko skład (prosta suma) ale i organizacja czyli jak te elementy składowe są „poukładane” i jakie między nimi zachodzą relacje. Na gruncie biologii wydaje się to bardzo oczywiste. Ale w ramach ogólnej teorii systemów można poszukiwać takich prawidłowości i w innych obszarach życia. Na przykład na gruncie społecznym. Ważne jest nie tylko z jakich ludzi składa się dana społeczność ale ważne są także relacje między nimi. Nawet – a może przede wszystkim – wobec tych najsłabszych, niepełnosprawnych, innych. Całość składa się z bardzo różnorodnych elementów, które wyjęte z tej całości mogą się wydawać znakomite lub wręcz przeciwnie. Może dla przykładu takie przytoczę porównanie: kiedy kupujemy mięso kurczaka na obiad to pewne części są bardziej atrakcyjne dla konsumenta (np. pierś, udka), inne mniej. Jeszcze inne od razu odrzucamy (pióra, wnętrzności). Ale czy kurczak mógłby żyć i być „całością” bez tych mniej pożądanych konsumencko elementów? Oczywiście, że nie. Zmierzam do tego, aby uwypuklić prosty fakt: to, co czasem wydaje się mniej atrakcyjne lub ważne, jest niezbędne dla całości.
Wspólnota to także relacje a więc i umiejętność nawiązywania współpracy z innymi. Uważam, że to kluczowa kompetencja społeczna w wieku XXI. Ten długi wstęp potrzebny mi był, aby wprowadzić w przygotowywaną, drugą edycję Malality. Cóż to takiego? Dość niekonwencjonalny plener malarski z mocnym wątkiem charytatywnym i z myśleniem o tych słabszych.
Inny przykład. Samotna matka. Zwłaszcza z dzieckiem autystycznym czy niepełnosprawnym. Dlaczego samotna? Bo mężczyźni szybciej „wymiękają” i odchodzą…. Nie radzą sobie z trudnościami i codziennym znojem. Ważna jest cała społeczność, jako sobie wszyscy radzimy i czy się wspieramy. Pora na kilka przykładów przyrodniczych, nawiązujących przy okazji do tego, co się dzieje na miejskiej łące.
Czy lepiej żyć samotnie czy jednak w społecznej gromadzie? Życie samotnej matki nie jest łatwe. Nie dość, że sama dba o potomstwo, to jeszcze jedzenia brakuje, miejsc do zamieszkania ubywa a na dodatek jej pracę niweczą liczne kleptomańskie pasożyty (wykradają z trudem zgromadzone zasoby, przeznaczone dla potomstwa). A może królowej jest lepiej? Też nie jest łatwo. Niby królowa a jednak bardziej samica rozpłodowa. Ma patriotycznie (raczej matriotycznie) zadbać o jak najliczniejsze potomstwo. Owłosiona, zapracowana, samotna matka… pszczoła. Znamy w zasadzie tylko te społeczne czyli pszczoły miodne i trzmiele. Jednak te samotne pszczołowate znacznie liczniejsze są gatunkowo i równie ważne w przyrodzie, ze względu na zapylanie roślin. Bez zapylaczy nie tylko rośliny by sobie nie poradziły ale i ludzkość.
Pszczoły to takie osy, które przeszły na wegetarianizm (oczywiście w długim procesie ewolucyjnym). Zrezygnowały z pokarmu mięsnego dla swoich larw. Znoszą pyłek kwiatowy (źródło białka) i nektar. A że w przyrodzie różnorodność wielka, to są takie, które żywią się padliną. Tak zwane pszczoły sępie to społeczne, bezżądłowe, żyjące w Ameryce. Miodu pewnie od nich byśmy nie zechcieli. Innym przykładem swoistego „ogniwa przejściowego” są lepiarki – skąpo owłosione pszczołowate.
W słoneczny kwietniowych dzień, pod blokiem zauważyłem krzątającego się owada. Mocno owłosiony, ciemny. Pomyślałem, że może samica trzmiela zakłada gniazdo. Była to jednak pszczoła samotna, pszczolinka nieparka. Nie dlatego, że pary nie chce tworzyć ale dlatego, że samiec różni się od samicy (taki trochę nie do pary). Trzmiele pojawiły się później, przynajmniej dwa gatunki udało mi się zidentyfikować.
Pszczolinka nieparka buduje gniazdo w ziemi. Są to kanaliki o długości 10-30 cm. Po wykopaniu norki-gniazda, samica znosi tam pyłek kwiatowy, który służy za pokarm dla larw. Do każdej porcji pyłkowego pokarmu znosi swoje jajo. Rozwój larwy i przepoczwarczenie trwa aż do kolejnej wiosny. Ich aktywny lot trwa w marcu i kwietniu. Więcej więc czasu swojego życia pszczolinki spędzają pod ziemią. Samce pojawiają się tuż przed samicami. Następnie szukają odpowiednich miejsc, siadają na nasłonecznionych pniach drzew i biegają zygzakiem od dołu do góry (taniec godowy) w poszukiwaniu samic. Hormony robią swoje. Po okresie godowym samce znikają (giną). A pszczolinkowa matka… zostaje sama z potomstwem „na głowie”. Matka Polka współczesnego świata, chciałoby się powiedzieć, jednak 500 + nie dostanie. W poszukiwaniu pokarmu pszczolinki lecą do 300 m od gniazda, zajmuje im to około 95 minut. Długo potomstwo pozostaje bez opieki, ale prokurator żaden nie interweniuje. Pojawiają się za to pszczele kukułki (pszczoła nomada) i inne kleptopasożyty (muchówka bujanka). Pod nieobecność gospodarza wkradają się do gniazda i składają swoje jajeczka. Pszczoła nomada, zamiast pracować i znosić pyłek, korzysta z cudzej pracy.
To może lepiej mają pszczoły-królowe w gniazdach owadów społecznych? Na przykład trzmiele, które są stosunkowo dużymi pszczołami (ściślej pszczołowatymi), z mocno owłosionym tułowiem i odwłokiem. To swoiste futerko pomaga utrzymać wysoką temperaturę, niezbędną do aktywności mięśni skrzydłowych. Na przykład taki trzmiel parkowy ma krótką trąbkę, która powoduje, że języczkiem nie sięga do nektaru we wszystkich kwiatach. Ale trzmiele krótkojęzyczkowe i w takich sytuacjach sobie radzą – po prostu przegryzają kwiat i dostają się „z boku” do pożywnej słodkości. Trzmiel parkowy preferuje środowiska antropogeniczne. Zagrożenie dla tego gatunku wynika ze zmniejszenia różnorodności roślinności pokarmowej na terenach wiejskich w wyniki intensyfikacji rolnictwa. Być może w miastach udałoby się stworzyć korzystne warunki dla tego pożytecznego owada? Musiałyby być tylko łąki kwietne.
Trzmiel parkowy woli budować swoje gniazdo nad ziemią i często z braku drzew dziuplastych zamieszkuje budki dla ptaków (innymi owadami często zasiedlającymi ptasie budki są szerszenie). To jeszcze jeden powód, dla którego powinniśmy zadbać o obecność drzew dziuplastych w mieście. Bo z braku dziupli i budek osiedlają się także w domach (jakąś szparę w ścianie zawsze się znajdzie).
Gniazdo trzmiela parkowego jest dość duże, mieści 150-400 robotnic. Żeby wykarmić tak dużą liczbę „żołądków” robotnice odwiedzają ogromną gamę roślin kwitnących, w tym i drzew. Żeby więc trzmiele utrzymały się w mieście musi być dużo kwitnących roślin, na trawnikach (raczej łąkach kwietnych) jak i kwitnących drzew. I to przez cały sezon wegetacyjny.
Trzmiel parkowy zakłada gniazda w marcu (zakładane przez samice-królowe, które przezimowały). Królowa składa jaja i najpierw sama dba o pokarm dla rozwijających się larw. Ale gdy pojawią się dzieci czyli robotnice (córki), to one przejmują ciężar zdobywania pokarmu dla całej kolonii. Królowa matka odpoczywa? Z niezapłodnionych jaj wylęgają się samce. Można powiedzieć, że swoiste darmozjady, bo o zaopatrzenie gniazda się nie troszczą. Tylko do jednego „służą” (nawiązując do Seksmisji – do rozrywki). Czasem robotnice próbują składać własne jaja (są niezapłodnione i z nich także wylęgają się samce), ale najczęściej królowa zjada takie jaja a robotnicę-córkę brutalnie karci. Mimo to badania genetyczne wykazały, że nawet kilka procent samców w gnieździe pochodzi od robotnic i to czasem z zupełnie innego gniazda (rodziny). Królowe trzmieli parkowych mogą być poliandryczne, to znaczy nasienie może pochodzić od kilku samców. W rezultacie robotnice (siostry) mogą mieć różnych ojców. Istna rodzina patchworkowa. Na dodatek samica trzmiela parkowego może parzyć się dwa-trzy razy w ciągu swojego życia (nawet do sześciu razy), co nie jest typowe dla trzmieli innych gatunków.
Ale pszczołowate z rodzaju Bombus są różne. Bardzo podobnie wyglądają trzmielce. To takie pasożytnicze trzmiele-kukułki. Samica trzmielca wkrada się do gniazda trzmiela, zabija lub przepędza królową i znosi własne jaja (czasem dawna królowa staje się robotnicą). A robotnice przejętego gniazda pracują dalej i karmią nie swoje siostry, nie swojego gatunku.
Podtekst społeczny? Jak najbardziej zamierzony. Patrząc na przyrodę dostrzegamy samych siebie i nasze problemy. Tak jak w bajkach, pod różnymi zwierzęcymi postaciami skrywają się zalety lub przywary ludzkie.
(rozszerzona wersja tekstu wysłanego do VariArtu)
8.06.2018
Fruczak gołąbek czy dłużniec gwiaździk - nomadyczny gość z południa, przypominający kolibra
![]() |
| (7.06.2018, Władysławowo, fot. Wojciech Szweda |
I jeszcze słowo ważna w kontekście gatunku, o którym teraz piszę (ćma fruczak gołąbek) - nomadyzm. W odniesieniu do ludzi oznacza tryb życia, polegający na ciągłym przenoszeniu się z miejsca na miejsce, charakterystyczny jest dla ludów pasterskich i łowieckich. Inaczej nazywany jest koczownictwem, koczowniczym trybem życia. Nawet u ludzi skłonność do nomadyzmu zróżnicowana jest populacyjnie (jedne osobniki bardziej skłonne są do nomadyzmu, inne mniej – w części uwarunkowane jest to zapewne kulturowo, w części na podłoże biologiczne – genetyczne). Ale nawet różnice są w płciach – we wszystkich kulturach chłopcy wcześniej i dalej oddalają się od domu. Skłonność do migracji zmienna jest także w różnym wieku naszego życia. Młodzi bez porównania chętniej i dalej wędrują. Ale wróćmy do nomadyzmu u zwierząt. To skłonność do przemieszczania się na inne tereny w dużej grupie zwierząt. Na przykład wiele osobników danego gatunku owadów przelatuje setki lub tysiące kilometrów dalej i tam składa jaja. Rozwija się jedno lub kilka pokoleń i nagle „znikają” – podejmują wędrówkę dalej. Nomadyzm stwierdzono u niektórych gatunków ważek i u motyli. Nie wiem, czy jakieś gatunki chruścików są nomadyczne. Dorosłe prowadza nocny tryb życia, więc trudniej je obserwować. A wnioskowanie po samej obecności larw może być mylące. Nomadyzm jest dobrą strategią w zmiennym, heterogennym środowisku. Lokalne wyczerpywanie się zasobów może być czynnikiem stymulującym do pojęcia masowej wędrówki. Możliwe, że nomadyzm jest w jakimś stopniu swoistą „ucieczką” przez patogenami, pasożytami i drapieżnikami.
7 czerwca 2018 otrzymałem kilka zdjęć owada w sumie niezwykłego w swoim zachowaniu (zdjęcie zrobione po godz. 10-tej rano).
„Dzisiejszego poranka podlewając ogródek zauważyłem owada którego wcześniej nie spotkałem. (…) Zrobiłem szybkie zdjęcie w trakcie jak spijał jak nektar z jednego z kwiatów. Zdjęcie wykonałem we Władysławowie nad morzem, dzielnica Cetniewo stara część (…).” Wojciech Szweda.
Na zdjęciach – o ile dobrze rozpoznaję – jest moty nocny (ćma) z grupy zawisaków – fruczak gołąbek. Latają za dnia, co jest nietypowe dla nocnego motyla. I jest gatunkiem, którego można posądzać o nomadyzm, przynajmniej okresowy. Ostatnio można go spotkać nawet w Ameryce Północnej. Ten wędrowny gatunek odbywa przeloty na tak duże odległości, że trudno określić granice jego stałego zasięgu występowania. W latach, w których migruje, może pojawić się nawet w obszarach podbiegunowych lub wysoko w górach. W danym miejscu gatunek może utrzymywać się przez kilka lat by następnie wycofać się do krajów południowych. W Europie Środkowej obserwowano poczwarki, które skutecznie przezimowały. Ale po kilku latach gatunek znikał z niewiadomych przyczyn. Jak na nomadę przystało.
Zawisaki (Sphingidae) to motyle nocne. Nazwę są biorą od zachowanie niektórych przedstawicieli – zawisania w locie niczym koliby. Zawisają nad kwiatem a w tym czasie swoją trąbką (rurką-ssawką) spijają nektar z kwiatów. Znakomitym przykładem jest fruczak gołąbek Macroglossum stellatarum L. (syn. Macroglossa stellatarum). W starszych opracowaniach lot fruczaka porównuje się do lotu trzmiela, obecnie do kolibra. To chyba efekt upowszechniania wiedzy z dalekich krajów najpierw przez telewizję a teraz internet. Po prostu porównujemy do tego, co znamy (co widzieliśmy) - a świat przyrodniczy chyba bardziej znamy z książek, telewizji i internetu niż obserwacji we własnym otoczeniu. Nie tylko ja czasem pytany jestem „czy to możliwe, że w Olsztynie widziano kolibra”. Kolibra na wolności to raczej na pewno się u nas nie zobaczy (chyba, że akurat uciekł komuś z hodowli) ale zawisaki to jak najbardziej. A że fruczak gołąbek aktywny jest za dnia, to jego najczęściej widujemy.
Fruczak gołąbek ma rozpiętość skrzydeł od 4,3 do 4,5 mm, jest więc stosunkowo duży. Jest gatunkiem palearktycznym, występującym (lub pojawiającym się) w całej Europie. W Polsce w niektórych latach jest często spotykany. Ale nie co roku. Co jest chyba typowe dla gatunku nomadycznego. Pojawia się u nas w maju i czerwcu (niektórzy autorzy wskazują, że już nawet w kwietniu, pewnie do zależy od roku i pogody). Przylatuje z Południowej Europy. Dorosłe motyle lubią wygrzewać się na ziemi lub na ciepłym kamieniu. Odwłok pokryty jest włoskami i łuskami, spłaszczony – motyl posługuje się nim jak ptak ogonem – ułatwia sterowanie w locie.
Drugie pokolenie, już nasze, pojawia się w lipcu (lub później) i oglądać imagines można do października. Gąsienice – zielonkawe lub brązowe, z charakterystycznym rogiem na końcu odwłoka, obserwować można od czerwca do sierpnia lub nawet września i paździenika. Gatunek zimuje częściowo w stadium motyla, częściowo poczwarki. Jednak niektórzy autorzy podkreślają, że większość osobników u nas nie przeżywa zimy ze względu na niską temperaturę i mrozy. Masowe przeloty można obserwować we wrześniu. Odlatują na zimę do ciepłych krajów, ale ponownie w maju czy czerwcu wracają nie osobiście, tylko ich dzieci (potomstwo). Zachwycamy się migracjami sezonowymi ptaków, a przecież u bezkręgowców to zjawisko także zachodzi (choć trudniej je zaobserwować).
Fruczaka gołąbka spotkać można na śródleśnych łąkach, ugorach, przydrożach, parka i ogrodach. Latają za dnia, najczęściej w godzinach popołudniowych. Ale jak widać i późnym rankiem można spotkać tego niezwykłego motyla. Osobiście fruczaka widziałem kilka lat temu, w centralnej Francji, w słoneczny dzień, na kwiatach ogrodowych. Fascynujący widok.
Nazwa współcześnie nietypowa. Automatycznie chce się poprawić na furczak (od furczenia). Dlaczego fruczak? Nie wiem. Nazwa łacińska wskazuje na długi język. Na zdjęciach widać tę cienką, długą ssawkę (trąbkę). W XIX wieku na fruczaka gołąbka mówiono także dłużniec gwiaździk. Natomiast na motyle z rodzaju Macroglossa: długoryjec, dłużniec, gołębi ogon, gołębiec, fruczak. Można się domyśleć, że te nazwy dotyczyły w większości fruczaka gołąbka. W Polsce występuje także fruczak trutniowec (Hemaris tityus) i fruczak bujankowiec (H. fusciformis) ale jak łatwo zauważyć mają inne nazwy rodzajowe (a skrzydła przezroczyste niczym o błonkoskrzydłych, co można traktować jako mimikrę, upodabniające je do trzmieli). U Majewskiego fruczak trutniowiec występuje pod nazwą rodzajowa Macroglossa.
Fruczak gołąbek nie jest rodzimym gatunkiem w Polsce, ale coraz częściej można go spotkać na terenie całego kraju. Przylatuje wiosną z południa Europy. Długodystansowy lot migracyjny może odbywać się na kilka tysięcy kilometrów. Często składa jaja, a jego gąsienice żerują na liściach wiciokrzewu i przytulii. Gąsienica ma barwę zieloną lub brązową, zakończoną niebieskim rogiem-kolcem (tak jak na gąsienice zawisaków przystało). Przepoczwarczenie następuje w luźnym oprzędzie na ziemi lub płytko w ziemi.
Dorosłe osobniki, pokolenia, które rozwinęło się u nas, można zaobserwować pod koniec sierpnia (czasem już w lipcu). Prawdopodobnie nie zimują w naszym klimacie, ale zdania specjalistów na ten temat są na razie podzielone. Przydałoby się więcej zaplanowanych i systematycznych obserwacji (badań). Jest gatunkiem wędrownym, nomadycznym.Fruczak gołąbek ma krępą budowę ciała, skrzydła szarobrązowe, pokryte czarnymi liniami, tylne zaś - pomarańczowe. W spoczynku, skrzydła przednie przykrywają drugą parę wiec motyl doskonale się maskuje. Dopiero w locie uwidacznia się pomarańczowa, druga para skrzydeł. Być może kolor ma znaczenie odstraszające (mimikra do żądlących błonkówek). Porusza skrzydłami bardzo szybko (80 uderzeń na sekundę), że stają się prawie niewidoczne. Widać to na zamieszczonych zdjęciach. Lata także szybko – może osiągać prędkość do 50 km/h.
Motyle dorosłe chętnie odwiedzają kwiaty floksów, bodziszków, petunii, chabrów czy żmijowca. Samice składają jaja pojedynczo na liściach roślin pokarmowych gąsienic: przytulii pospolitej, przytulii leśnej, przytulii właściwej, rzadziej na innych roślinach (chabry, gwiazdnica)
Źródła:
- Buszko Jarosław, Atlas motyli Polski. Część II. Prządki, zawisaki, niedźwiedziówki. Grupa Image, Warszawa 1997.
- Heintze Jerzy, Motyle Polskie. Atlas. WSiP, Warszawa 1990.
- Kozłowski Marek, Owady Polski. Multico, Warszawa 2008.
- Majewski Erazm , Słownik nazwisk zoologicznych i botanicznych polskich, zawierający ludowe oraz naukowe nazwy i synonimy polskie, używane dla zwierząt i roślin od XV-go wieku aż do chwili obecnej, źródłowo zebrane i zestawione z synonimami naukowemi łacińskiemi, Tom II, Warszawa 1894.
- Motyle Europy https://lepidoptera.eu/species/168 [dostęp czerwiec 2018].
- Novak Ivo, Severa Frantisek, Motyle. Delta, Warszawa.
- Reichholf Josef, Obserwujemy motyke (tłum. Jarosław Buszko), PWRiL, Warszawa 1993.
7.06.2018
Nowe dla nauki wirujące bruzdnice, z polskimi i greckimi słowami, zapisanymi jako łacińskie
![]() |
| Bruzdnice. Encyclopædia Britannica, 1911Volume 8, Slice 5., available freely at Project Gutenberg |
Swojego kolegę hydrobiologa czasem widzę na zdjęciach dość nietypowych. Ubrany w strój płetwonurka… na tle gór. Konkretnie Tatr. Zdjęcia robione tak dla żartu? Zamiast nart czy sprzętu wspinaczkowego pokazuje się w stroju, kojarzonym raczej z morzem czy jeziorami? Ale i w górach są zbiorniki wodne. Wspomniany hydrobiolog - dr Paweł Owsianny - zajmuje się tak zwanymi glonami (pierwotniakami). Nazwy grup biologicznych nieustannie się zmieniają, a w obiegu są także te starsze. Na przykład glony. Dr Owsianny z Piły bada bruzdnice (Dinoflagellata). Ale, żeby je obejrzeć pod mikroskopem, najpierw trzeba je wyłowić. A jezioro jest w górach to nadźwigać się trzeba.
Niby Polska już dawno jest przebadana wzdłuż i w szerz. A jednak ciągle z terenu naszego kraju opisywane są gatunki nowe dla nauki. I trzeba je nazwać. Nazwy muszą być niepowtarzalne i w języku naukowym czyli łacińskim. Czasem są dowcipne, np. Dziwneono – to nazwa rodzajowa owada. Albo Smok wawelski. Czasem wplatane są nazwiska. Dla upamiętnienia czy uhonorowania konkretnych osób.
Dr Paweł Owsianny z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu razem z naukowcami z uniwersytetów w Monachium i Osnabrück odkryli i opisali nowe dla nauki gatunki bruzdnic z Tatrzańskiego Parku Narodowego. Zostały nazwane na cześć mieszkańców Piły (bo tam w Nadnoteckim Instytucie UAM pracuje dr Owsianny) - Grzegorza Marciniaka i Krzysztofa Trawińskiego: Parvodinium marciniakii i Parvodinium trawinskii. Informacja o tych nowych dla nauki gatunkach ukazała w publikacji pt. „The Hot Spot in a Cold Environment: Puzzling Parvodinium (Peridiniopsidaceae, Peridiniales) from the Polish Tatra Mountains" w czasopiśmie Protist, w roku 2018.
Bruzdnice (Dinoflagellata) to glony jednokomórkowe, aczkolwiek spotykane są także kolonijne, mają charakterystyczne komórki wzmocnione celulozowymi płytkami. Dwie wici umieszczone są w pionowej bruździe (stad polska nazwa), i umożliwiają poruszanie się ruchem wirowym (stąd nazwa łacińska od greckiego dinos – wirowanie). Zagmatwana historia – język łaciński z greckimi słowami. Wynika z historii rozwoju wiedzy i naszej cywilizacji.
Pora na szczegółowe wyjaśnienie tytułu. Polskie słowa w nazwie gatunkowej dwóch wspomnianych bruzdnic pochodzą od nazwisk. Słowa greckie - dinos (znaczenie wyjaśnione wyżej) oraz flagella czyli wić - zawarte jest w naukowej (łacińskiej) nazwie bruzdnic Dinoflagellata.
![]() |
| (Nurkowanie w... górach. Morskie oko, fot. z archiwum dr Pawła Owsiannego. Od nazwisk osób widocznych na zdjęciu powstały nazwy gatunkowe nowo odkrytych bruzdnic) |
![]() |
| (W drodze na Długi Staw e Dolinie Gąsienicowej, tam żyje Parvodinium trawinskii) |
![]() |
| (Dr P. Owsianny w czasie pracy badawczej, fot. z archiwum dr Owsiannego) |
6.06.2018
Różnorodność biologiczna Płocidugi Dużej
Myśl globalnie, patrz lokalnie. Tak sparafrazować można znane, ekologiczne motto, w kontekście bioróżnorodności czyli różnorodności biologicznej. To pierwsze słowo jest krótsze i bardziej popularne (kalka z języka angielskiego biodiversity), ten drugi zwrot jest bardziej poprawny z punktu widzenia języka polskiego. Ale oznaczają to samo.
Jeśli dowolnej, jednej rzeczy przyglądać się dostatecznie długo i analizować ją pod różnymi aspektami, to można zobaczyć i zrozumieć cały świat. Na krótkiej wycieczce, np., na dawne jezioro Płociduga Duża, zapoznać się można z wieloma aspektami różnorodności biologicznej. Można na małej przestrzeni zrozumieć globalne prawidłowości. Trzeba tylko patrzeć i dostrzegać oraz wnioskować o zachodzących relacjach i procesach. Potrzeba wiedzy i wyobraźni. I dialogu z innymi ludźmi.
Różnorodność biologiczną można rozpatrywać na trzech poziomach: genetycznym, gatunkowym i ekosystemowym. Różnorodność genetyczna czyli wewnątrzgatunkowa oznacza zmienność osobników jednego gatunku, wynikającą z obecności w populacji wielu alleli tych samych genów. Czy można tę zmienność zobaczyć w terenie, gołym okiem lub tylko z pomocą lupy? Różnice między osobnikami nie muszą wynikać z różnic genetycznych a tylko z ekspresji genów w różnych warunkach siedliskowych. Czy różnice w ubarwieniu pokolenia wiosennego i letniego i pospolitego motyla, rusałki kratnika, mają podłoże genetyczne? Ale czasem polimorfizm o podłożu genetycznym można zaobserwować w terenie, na spacerze.
O wiele łatwiej dostrzec różnorodność gatunkową (ściślej międzygatunkową) czyli bogactwo różnych gatunków w jednym ekosystemie czy siedlisku. Nawet, jeśli nie znamy nazw gatunkowych roślin i zwierząt, to można po ich morfologii rozróżnić konkretne gatunki. Taką różnorodność można policzyć, oszacować. Dobra dokumentacja terenowa (czasem wystarczy tylko zwykły aparat fotograficzny w telefonie komórkowym i notes z ołówkiem) ułatwi identyfikację gatunków po powrocie do domu. A jeśli poznamy nazwę gatunkową, to już łatwo możemy poznać biologię i ekologię tych organizmów, korzystając z ogromnego dorobku ludzkości (nauki).
Z kolei bioróżnorodność ekosystemowa oznacza zróżnicowanie siedlisk i zamieszkujących je organizmów. W dolinie rzeki Łyny, na obszarze dawnego jeziora Płociduga Duża, bez problemu dostrzeżemy ekosystemy rzeki (rzeka Łyna, rzeka Kortówka) oraz rowów melioracyjnych. Zauważymy wilgotną łąkę jak i kserotermiczną łąkę na piaszczystej wydmie. Dostrzeżemy także mniejsze i większe zadrzewienia, w tym jedno z typowymi gatunkami leśnymi.
Płociduga Duża ma długą historię (czytaj więcej na ten temat) z bardzo wyraźnym wpływem człowieka, polegającym na znaczących przekształceniach siedliska i samych ekosystemów. Wraz z tymi zmianami można dopatrzyć się zmian bioróżnorodności na wszystkich trzech poziomach: genetycznym, gatunkowym i ekosystemowym. Poza zmianami antropogenicznymi widoczne są procesy naturalne – sukcesja ekologiczna. Mimo, że przebiega długo, to można zobaczyć jej efekty. Trzeba mieć tylko wiedzą i oczy szeroko otwarte.
Jakich organizmów (grup systematycznych) będzie najwięcej można zobaczyć w czasie jednej, kilkugodzinnej wycieczki? Na przykład w królestwie zwierząt. Czy uda się – na podstawie wiedzy o tych grupach – rozpoznać ich rolę w ekosystemie? A może oddziaływania międzygatunkowe?
I kilka kolejnych pytań, na które uważne ucho usłyszy odpowiedź w czasie zajęć terenowych – jakie czynniki wpływają na mniejszą czy większą różnorodność biologiczną, na każdym poziomie: genetycznym, gatunkowym i ekosystemowym? Czy uda się rozpoznać gatunki obce i inwazyjne? A może gatunki zwornikowe?
Czytaj też:
Informacja tylko dla wtajemniczonych: Zadania do wykonania jak i informację gdzie i jak w terenie znajdziesz tajne podpowiedzi, otrzymasz na kartce, przed zajęciami terenowymi.W terenie słuchaj, notuj, pytaj oraz rozglądaj się za gatunkami i... tajnymi podpowiedziami. Przyda się telefon komórkowy z mobilnym internetem i zainstalowanym (bezpłatnym) programem do odczytywania kodów QR. Zabierz ze sobą notatnik (ołówek jest lepszy niż długopis), jeśli masz to aparat fotograficzny i terenowe klucze (atlasy) do rozpoznawania roślin i zwierząt. Ubierz się terenowo - najlepiej długie spodnie, wygodne buty i koszule z długim rękawem. Przydatny będzie także repelent anty-komarowy.
![]() |
| (Tu będziemy. Mapka terenu, zdjęcie satelitarne, Google) |
5.06.2018
Teatrzyk ilustracji - kilka pomysłów na zajęcia przyrodnicze
![]() |
| (W przedszkolu nr 23 w Olsztynie, bajka kamishibai o żabie moczarowej, czerwiec 2018 r. Fot. Anna Mikita) |
Przyroda to wspólne odkrywanie. Gotowość do wyjścia ze strefy komfortu by spotkać nieprzewidywalne i nieznane, przynajmniej w części. Przygoda. I ryzyko. Potrzeba odwagi i ciekawości. Co w zamian? Własne emocje i wyjście z nudy i rutyny, zapobieganie wypaleniu zawodowemu. Ile razy można prowadzić te same lekcje/wykłady/zajęcia? Ile razy zachwycać się dawno na sto sposobów „przerobioną” lekturą (aktualną społecznie 100 lat temu, a czy teraz?). Litwo ojczyzno moja… A cóż to znaczy ? Gdzie ci zaborcy? Gdzie i jaka Litwa, i czy ona moja? I co to jest ten świerzop biały i dzięcielina, która pała? Zmienił się kontekst społeczny, zmienił się język. Czy do mieszczuchów w cyfrowym świecie przemawiać może wspomnienie życia agrarnego? A ile razy zachwycać może fotosynteza czy równia pochyła?
Nauczyciel musi być w dobrym nastroju (wiem, że to niełatwe) i musi sam być zaciekawiony. Trudno ciągle grać i udawać. Autentyzm trudno symulować. Zatem trzeba próbować nowych treści lub przynajmniej nowym metod dydaktycznych. Tę samą historię opowiedzieć…, ale zupełnie inaczej. Sprawdziłem to na sobie.
Dlatego polubiłem kamishbai. Na razie ją odkrywam. A w wakacje namaluję ilustracje do kolejnej opowieści. I opowiem o odkrywaniu teatru ilustracji w szeroko rozumianej edukacji przyrodniczej. Tym razem w formie… webinarium. Cyfrowa metoda by opowiedzieć o metodzie w pełni analogowej… Zestawienie pełne sprzeczności?
Webinarium odbywa się w ramach programu „Nauczyciel/ka I klasa”, realizowanego przez Centrum Edukacji Obywatelskiej.
Mowa była jedną z ważniejszych innowacji ewolucyjnych człowieka, spajającą grupę i budującą poczucie wspólnoty. Człowiek od samego swojego początku bycia człowiekiem lubi opowieści. Lubi słuchać i opowiadać. Nawet w epoce cyfrowej. Nie zmieniła tego ani telewizja ani Internet ani smartfony.
Kamishibai to teatrzyk ilustracji, metoda opowiadania wywodząca się ze średniowiecznej Japonii, a obecnie przeżywa renesans w edukacji w Europie. W nauczaniu ważne jest to, aby nauczyciel sam był zainteresowany odkrywaniem świata przyrody. Ale ile lat można fascynować się wprowadzaniem literki O? Aby utrzymać emocjonalny zapał i przeciwdziałać wypaleniu zawodowemu, warto od czasu do czasu zrobić coś nowego. Emocje nauczyciela są bardzo ważne. Tą odświeżającą nowością może być wykorzystanie kamishibai w edukacji nie tylko wczesnoszkolnej. Jak wykorzystać kamishibai w szkole? Jak samodzielnie przygotować opowieść przyrodniczą i wykonać ilustracje? Jak wykorzystać kamishibai do zajęć terenowych? I jak wykorzystać przyrodę za oknem szkoły? O tym opowiem w czasie webinarium, które odbędzie się 7 czerwca 2018 r. o godz. 18:00. Uczestnicy dowiedzą się jak ważne jest to, aby nauczyciel sam był zafascynowany odkrywaniem świata przyrody, dostępnego w każdym miejscu, nawet w mieście i na trawniku. Na podwórku. Poznają nowe zastosowania bajki kamishibai w edukacji przyrodniczej. Wysłuchają bajki o motylku cytrynku latolistku, dowiedzą się jak wykorzystać gotowe zestawy lub samodzielnie narysować lub namalować ilustracje.
I opowiem o podwórku jako poligonie edukacyjnym. Tym dawny, starym podwórku. Tam, gdzie koniec świata i gdzie są poukrywane skarby oraz sekrety. Warto odzyskać podwórko zarówno dla edukacji szkolnej jak i pozaformalnej w przestrzeni miejskiej i wiejskiej.
A jeśli w trakcie webinarium umknęły linki, to je tu przypominam.
- Jak zrobić chruścika z domkiem https://youtu.be/5cjExBmfGuw
- Bajka o mówieniu (dla studentów) https://youtu.be/LPkEmSlP_9Q
- Wstęp do zajęć w terenie https://youtu.be/z_s56WRAnBo
- O chruścikach i wiedzy https://youtu.be/dfPO0Scqqjs
4.06.2018
Podwórko... i miasto szczęśliwe !
W centrum miasta, nieopodal starówki, wśród zaniedbanych kamienic było zapyziałe podwórko z klepiskiem. Aż kilka lat temu ktoś zaczął dbać. Na klepisku ułożył kamienie, zasadził kwiaty. Znacząco kontrastowało z okolica. Mijałem wielokrotnie, widząc tylko fragment (od ulicy, w prześwicie bramy). A dzisiaj zaszedłem i zajrzałem. Jest piękniej niż mogłoby się wydawać. A wszystko w nieciekawym sąsiedztwie. Nawet wysłuzony trzepak nabrał niespodziewanego uroku. Wystarczy jednak ktoś, kto chce i działa. By było pięknie. Oby więcej takich ludzi i takich podwórek. A może trzeba samemu zrobić ten pierwszy krok, na swoim, nawet najbardziej beznadziejnym podwórku?
Własnie przeczytałem "Miasto szczęśliwe" Charlesa Montgomerego. Podtytuł tej książki brzmi "jak zmienić nasze życie, zmieniając nasze miasta." Piękno i przyroda (np. kwiaty latem) zmieniają człowieka, przydają szczęścia. Być może przeczytana książka bardziej otwiera mi oczy i pozwala dokłądniej zobaczyć, to co wokół nas? Najwyraźniej na tym podwórku mieszka choć jeden człowiek, który zmieniając maleńki fragmencik miasta., zmienia życie ludzi. Może nawet wielu ludzi? Na pewno inspiruje. Skoro jemu się udało (a na pewno nie wszystko szło gładko i po maśle), to dlaczego samemu nie spróbować?
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















