10.06.2025

Ideatorium 2025 - sytuacja do generowania edukacyjnych idei, małych i dużych

 

Wróciłem z X Ogólnopolskiej Konferencji Dydaktyki Akademickiej "Ideatorium", która odbyła się w dniach 6-7 czerwca 2025 na Politechnice Gdańskiej. Materialnie przywiozłem niewiele, ołówek, identyfikator i smocze jajo... ale w głowie zostaje dużo, dużo inspiracji i idei. Bo Ideatorium jak sama nazwa sugeruje to sytuacja (niczym urządzenie) do generowania idei edukacyjnych. Na przykład tego, jak może i jak powinna wyglądać konferencja naukowa.

Miałem przyjemność uczestniczyć w tegorocznej konferencji Ideatorium na Politechnice Gdańskiej. To wydarzenie, poświęcone dydaktyce akademickiej, okazało się nie tylko cennym źródłem wiedzy, ale także wzorem do naśladowania w kontekście organizacji i promowania zrównoważonego rozwoju w środowisku akademickim. Konferencja Ideatorium pokazała, że możliwe jest połączenie wysokiego poziomu merytorycznego z dbałością o środowisko i innowacyjnym podejściem do formy. Zobaczyłem zrównoważony rozwój w praktyce, np. koniec ze zbędnymi gadżetami. Nie przywiozłem ze sobą pełnej torby gadżetów i reklamówek, z których i tak wiele wylądowałoby w koszu. Przywiozłem to, co niewidoczne i co będzie długo kiełkowało. Tymi edukacyjnymi refleksjami będę sie dzielił na niniejszym blogu. Cierpliwości.

Pierwsze, co rzuciło się w oczy, to świadome podejście organizatorów do ekorozwoju. Na Ideatorium próżno było szukać zbędnych, jednorazowych gadżetów konferencyjnych. Zamiast plastikowych długopisów, można było wziąć ołówek – trwałe, niezawodne i zgodne z zasadami zrównoważonego rozwoju. To drobiazg, ale świadczy o głębszej filozofii. Widać wartości, jakimi kierują się organizatorzy. Po co nam kolejny tani długopis, który szybko trafi do kosza, skoro większość z nas i tak ma swoje ulubione narzędzia do pisania? Porządne pióra wieczne lub ulubione długopisy. 

Organizatorzy zrezygnowali również z drukowanych, papierowych programów konferencji (czy książek z abstraktami). Zamiast tego, wszystkie informacje były dostępne online – poprzez maile, na ekranach monitorów, znajdujących się w holu i na stronie wydarzenia. To nie tylko oszczędne rozwiązanie, ale i wygodne dla uczestników, którzy mieli dostęp do aktualnego programu na swoich smartfonach. Dodatkowo był łatwy dostęp do bezpłatnego wi-fi oraz liczne punkty do ładowania urządzeń mobilnych i laptopów, co świadczyły o zrozumieniu potrzeb współczesnego uczestnika konferencji. U mnie zadziałało konto uczelniane eduroam. Ale było także i specjalne wi-fi dla uczestników konferencji. Miałem co prawda power bank ale wygodne i liczne punkty ładowania były wygodniejsze.

Kolejnym przykładem proekologicznego myślenia były smycze z identyfikatorami. Po zakończeniu konferencji można było te smycze zostawić, aby zostały wykorzystane ponownie. Na kolejnej konferencji. Kto chciał oczywiście mógł zabrać. Ja zostawiłem, bo po co mi nadmiar smyczy? Zabrałem ze sobą jedynie sam wydrukowany identyfikator. Na pamiątkę. To proste, ale skuteczne rozwiązanie, które pokazuje, że wartości, jakimi kierują się organizatorzy, są widoczne w każdym detalu i świadczą o zmieniających się trendach. Po raz pierwszy z takim rozwiązaniem spotkałem się rok temu na konferencji w Centrum Nauki Kopernik w Warszawie. Cieszę sie, że dobre wzorce szybko się upowszechniają.

Zwrócę też uwagę na kwestię materiałów konferencyjnych. Zamiast drukowanych teczek i specjalnie przygotowanych zestawów, uczestnicy mogli sami zdecydować, czy i jakie materiały chcą zabrać (np. przypinkę, naklejki, ołówek, notes). Dla mnie jest to inspirująca  analogia do edukacji – nie wszystko dla wszystkich takie samo, ale możliwość wyboru i dostosowania do indywidualnych potrzeb. Ile chcesz i kiedy chcesz. Brak obowiązkowych zestawów oznacza mniej marnotrawstwa i większą świadomość idei zrównoważonego rozwoju. Ja miałem swój notes, więc nie potrzebowałem dodatkowego. Ale jeśli ktoś nie miał, to mógł wziąć, także ołówek. By mieć czym i gdzie notować. 

Aspekt zrównoważonego rozwoju objął także kulinaria. Oprócz tradycyjnych dań mięsnych, dostępne były opcje wegetariańskie i wegańskie, co również jest wyrazem myślenia o świecie i różnorodności potrzeb uczestników.

Konferencja Ideatorium, poza sferą merytoryczną, stworzyła też doskonałą przestrzeń do networkingu. Przecież po to jeździmy na konferencje by się spotykać z ludźmi i budować relacje. Spotkania, rozmowy i budowanie kontaktów to przecież jeden z głównych celów uczestnictwa w takich wydarzeniach. Organizatorzy doskonale to zrozumieli, zapewniając odpowiednie warunki do swobodnych interakcji. Był na to wyznaczony czas nie tylko w czasie przerwy kawowej czy sesji posterowej.

To, co szczególnie mnie zachwyciło, to hybrydowa forma konferencji. Transmisje online i archiwizacja wystąpień i debat umożliwiły udział osobom, które nie mogły przyjechać osobiście. Co więcej, nagrania są dostępne asynchronicznie, co pozwala wrócić do nich w dowolnym momencie – nie tylko uczestnikom konferencji w celu uzupełnienia notatek, ale także tym, którzy nie mogli przyjechać ani słuchać transmisji w czasie rzeczywistym. Co ważne, to wcale nie zmniejszyło liczby uczestników w trybie kontaktu bezpośredniego. A znacząco poszerzyło krąg odbiorców. I wydłuża czas oddziaływania. Może te formy także warto zastosować w tradycyjnej dydaktyce akademickiej? Dla studentów, którzy z różnych przyczyn nie mogą uczestniczyć w danym wykładzie. Ta forma, łącząca kontakt bezpośredni z online, oraz udział synchroniczny z asynchronicznym, natychmiast nasuwała pytanie: czy właśnie tak nie mogłaby wyglądać edukacja na uniwersytetach? To otwiera drogę do bardziej elastycznych i dostępnych modeli nauczania, które odpowiadają na potrzeby współczesnego świata.

Warto również wspomnieć o scenie typu TEDx – otwarta, bez stołu prezydialnego i barier między prelegentem a publicznością. Monitor z podglądem i zegarem dla prelegenta zapewniał płynność wystąpień i pilnował czasu. To forma, która sprzyja dynamice i autentyczności. Warto naśladować! Także na typowych salach wykładowych. 

Wspomniałem jeszcze o smoczym jaju. To gadżet z kodem dostępu do aplikacji AI, generującej pytania testowe. Jest symbolem inspiracji. Jajo jest małe, ale jeśli się je "wysiedzi", to pojawi się mały smok, który potem bardzo urośnie. Podobnie z inspiracjami i ideami w głowie - na zewnątrz nie widać, ale jak wykiełkuje, to potem pojawia się konkretne i namacalne rozwiązania dydaktyczne w dużej skali. Trzeba tylko czasu i cierpliwości. Jak przy wysiadywaniu ptasiego jaja.

Identyfikator powiesiłem na szafce, ołówek sprezentuję znajomej naukowczyni, by ją zachęcić do udziału w kolejnych edycjach Ideatorium. A jajo smoka wykorzystam jako rekwizyt do opowiadania o ideach edukacji i nowych trendach w organizowaniu konferencji naukowych. I jest jeszcze w mojej głowie oraz analogowych notatkach kilka pomysłów dydaktycznych, które będę chciał wypróbować w najbliższym roku akademickim. 

Konferencja Ideatorium to wzór do naśladowania. Organizatorzy udowodnili, że dbałość o zrównoważony rozwój, innowacyjna forma, elastyczność i otwartość na potrzeby uczestników mogą iść w parze z wysoką jakością merytoryczną. Wierzę, że doświadczenia z Ideatorium mogą stać się inspiracją dla wielu z nas w środowisku akademickim do wdrażania podobnych rozwiązań w organizacji wydarzeń i w samej edukacji.

Co sądzicie o takich rozwiązaniach? Czy Waszym zdaniem hybrydowa forma to przyszłość konferencji i edukacji akademickiej?

9.06.2025

Stołówka jako ważne miejsce na uniwersytecie

Dawna zastawa stołowa z salonu mieszczańskiego, muzeum porcelany.
 

Po raz pierwszy z ważną rolą uniwersyteckiego baru czy stołówki zetknąłem się w czasie lektury biografii znanego fizyka Richarda Feynmana. Cenił sobie spotkania „kulinarne”, bo były nieplanowane i miał okazję spotykać pracowników innych wydziałów czy specjalności i z nimi rozmawiać. Jak bardzo ważne dla niego były te przestrzenie do dyskusji świadczy fakt, że gdy już był znany i sławny to odrzucił ofertę pracy dużego i renomowanego uniwersytetu. Odrzucił nawet mimo tego, że oferowano mu kilkakrotnie wyższe pobory. Uznał bowiem, że na mniejszej uczelni znajdzie więcej okazji do interdyscyplinarnych rozmów z pracownikami i studentami, właśnie w przestrzeniach takich jak stołówki akademickie. To był jeden z motywów, dla którego przez lata próbowałem organizować spotkania w ramach kawiarni naukowej. Wybieraliśmy kawiarnie i puby na olsztyńskiej starówce. Liczyliśmy na spotkania także z osobami spoza uniwersytetu. Marzeniem byłyby takie przestrzenie na uniwersytecie. Do tego trzeba właściwej infrastruktury, dotacji do posiłków i wypracowanej przez lata tradycji. 

O znaczeniu stołówek przypomniałem sobie w czasie niedawnej konferencji Ideatorium na Politechnice Gdańskiej. Konferencja dotyczyła dydaktyki akademickiej. W panelu dyskusyjnym, z udziałem studentów, to właśnie oni wskazali na potrzebę utrzymania tanich stołówek akademickich, gdzie mogą spotykać się  z wykładowcami i nawiązywać ważne dla procesu uczenia się relacje. Tak, stołówka uniwersytecka to nie tylko gastronomia, to także przestrzeń do uczenia się.

Wypowiedzi studentów w czasie wspomnianej konferencji przypomniały mi, że na uniwersytecie liczy się nie tylko transfer wiedzy. Ważne jest również tworzenie warunków do uczenia się i budowanie relacji. Uniwersytet to coś więcej niż prosta suma jego części – to nie tylko zbiór zasobów wiedzy w bibliotekach, niezależnie od tego, czy są to tradycyjne tomy, czy nowoczesne bazy danych online. Uniwersytet to nie tylko biblioteka z zasobami wiedzy wydrukowanej na papierze (dawniej uważanych za serce uniwersytetu) czy ostatnio także online z zasobami cyfrowymi (książki, publikacje). To nie tylko wykłady, gdzie wiedza jest przekazywana od profesora do studenta. To nie tylko ćwiczenia, gdzie studenci doświadczają i zbierają swoje doświadczenie. Ani ćwiczenia, podczas których zdobywa się praktyczne doświadczenie. To nie tylko seminaria, gdzie studenci ze sobą i z wykładowcą dyskutują i  które sprzyjają dyskusji i wymianie myśli.

Uniwersytet to także spotkania nieplanowane, poza programem studiów. Na przykład na stołówce studenckiej. Uniwersytet to także to budowanie relacji. One ułatwiają wszystkie powyższe, a więc bibliotekę, wykłady i ćwiczenia. Prawdziwa istota uniwersyteckiego życia tkwi w budowaniu relacji i tworzeniu dynamicznego środowiska uczenia się, a w tym kontekście stołówka uniwersytecka odgrywa rolę często niedocenianą, a jednak kluczową.

Nieplanowane spotkania i spontaniczne dyskusje są ważne, mimo że nie da się ich wpisać w sylabusach czy programach kształcenia na poszczególnych kierunkach studiów. Uniwersytet to nie tylko transfer wiedzy lecz także środowisko uczenia się. I takim miejscem jest również stołówka uniwersytecka z jakimi (dotowanymi) posiłkami, gdzie spotykają się studenci z pracownikami, oraz pracownicy akademiccy z personelem technicznym i administracyjnym. W tych nieplanowanych, spontanicznych interakcjach w czasie posiłku, zaistnieć mogą dyskusje, studenci mogę rozmawiać z profesorami poza zajęciami a sami pracownicy z różnych wydziałów i działów mogą w czasie rozmowy improwizowanej budować relacje, wzajemnie się inspirować i inicjować szerszą współpracę.

Uniwersytet, w swojej istocie, powinien sprzyjać nieplanowanym, spontanicznym interakcjom, które wykraczają poza sztywny program studiów. Stołówka, z jej dotowanymi posiłkami i swobodną atmosferą, jest idealnym miejscem dla takich spotkań. To tutaj studenci, pracownicy naukowi, a także personel techniczny i administracyjny krzyżują ścieżki. Przy wspólnych stołach, podczas posiłku, często rodzą się dyskusje, które nie miałyby miejsca w salach wykładowych czy gabinetach. Studenci mogą swobodnie porozmawiać z profesorami poza formalnymi zajęciami, zadawać pytania, rozwijać wątpliwości czy po prostu poznać swoich mentorów z innej, bardziej ludzkiej strony. Te nieformalne rozmowy są nieocenione w budowaniu relacji, które ułatwiają wszystkie formalne procesy edukacyjne – od korzystania z zasobów bibliotecznych po efektywne uczestnictwo w wykładach i ćwiczeniach.

Równie ważne są interakcje między samymi pracownikami akademickimi z różnych wydziałów i działów. W atmosferze swobodnej rozmowy przy stole, często improwizowana wymiana myśli może prowadzić do nieoczekiwanych odkryć. To właśnie w takich momentach mogą narodzić się nowe pomysły na badania, inicjatywy naukowe czy projekty interdyscyplinarne. Wzajemna inspiracja, płynąca z zetknięcia się różnych perspektyw i specjalności, jest paliwem dla innowacji i szerszej współpracy. Stołówka staje się wówczas inkubatorem idei, miejscem, gdzie zderzają się światy fizyki z humanistyką, biologii z informatyką, a z tego zderzenia wyłaniają się nowe, fascynujące ścieżki rozwoju.

Dobrym przykładem znaczenia takich nieformalnych interakcji jest postać Richarda Feynmana, laureata Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki. Feynman, znany ze swojego niekonwencjonalnego podejścia do nauki i życia, często podkreślał wartość ciekawości i swobodnego eksplorowania zjawisk. Jedna z najbardziej znanych anegdot opowiada o tym, jak siedząc w stołówce na Uniwersytecie Cornell, zauważył studenta podrzucającego talerz. Zaintrygowało go, w jaki sposób talerz wirował i chwiał się, a także to, że herb uniwersytetu na środku talerza obracał się szybciej niż samo chwianie się obiektu. To z pozoru banalne zjawisko skłoniło go do głębokich matematycznych analiz ruchu obrotowego. Ta "poważna zabawa", rozpoczęta w uniwersyteckiej stołówce, stała się punktem wyjścia dla jego późniejszych, przełomowych badań nad elektrodynamiką kwantową, które ostatecznie przyniosły mu Nobla. Przykład Feynmana dobitnie pokazuje, że momenty odprężenia i swobodnej obserwacji, często mające miejsce w tak prozaicznych miejscach jak stołówka, mogą być katalizatorem dla największych naukowych odkryć.

Inna anegdota dotyczy tzw. "problemu restauracyjnego" Feynmana, który omawiał z Ralphem Leightonem podczas lunchu. Dotyczył on matematycznego problemu optymalnego wyboru, gdy musisz zdecydować, czy spróbować nowej potrawy w restauracji, czy wrócić do sprawdzonej, dobrej opcji. Ta rozmowa również pokazywała jego skłonność do formalizowania codziennych problemów w kategoriach matematycznych.

Feynman często przebywał w stołówkach i kawiarniach, co wpisywało się w jego ogólne podejście do nauki: ciekawość, interdyscyplinarność i prostota rozumowania. Był uczonym niezwykle ciekawym świata i lubił obserwować otoczenie, a także rozmawiać z ludźmi, by zrozumieć różne perspektywy. Chociaż był fizykiem, jego umysł był otwarty na wiele dziedzin, a interakcje z osobami spoza fizyki pozwalały mu na czerpanie inspiracji z nieoczekiwanych źródeł. Feynman wierzył, że jeśli nie potrafi czegoś prosto wyjaśnić, to sam tego nie rozumie. Prawdopodobnie jego rozmowy w mniej formalnych środowiskach pomagały mu w formułowaniu i testowaniu swoich pomysłów w przystępny sposób.

Te anegdoty pokazują, że stołówki i bary były dla Feynmana nie tylko miejscami posiłków, ale także przestrzeniami do swobodnej wymiany myśli, obserwacji i poszukiwania inspiracji, co było kluczowe dla jego kreatywnego procesu naukowego.

Powtarzanie jest matką uczenia się więc i ja powtórzę główne myśli z niniejszego tekstu. Uniwersytet to nie tylko transfer wiedzy, ale przede wszystkim środowisko uczenia się, które buduje się na relacjach, wzajemnej inspiracji i swobodnej wymianie myśli. Stołówka uniwersytecka, daleka od bycia jedynie miejscem spożywania posiłków, jest ważnym elementem tego ekosystemu edukacyjnego. To przestrzeń, w której nieformalne interakcje, spontaniczne dyskusje i przypadkowe spotkania mogą zapoczątkować procesy twórcze, budować silne więzi w społeczności akademickiej i w ostatecznym rozrachunku, prowadzić do innowacji i odkryć, które zmieniają świat. 

Dbajmy o to, by te miejsca tętniły życiem i sprzyjały swobodnej wymianie myśli, bo właśnie w nich często rodzi się przyszłość. Potrzebne są tylko dwie rzeczy: infrastruktura i praktykowana tradycja.

Jest to poszerzona wersja felietonu dla Wiadomości Uniwersyteckich. Ukazuje się wcześniej by można było wygenerować qr kod oraz by było miejsce do komentowania i dyskutowania zaplanowanego felietonu. Przestrzeń w komentarzach jest dla Was. Zapraszxam.

3.06.2025

Czy kolorowanka na wykładzie to zaniżanie poziomu studiów?



Dlaczego próbuję nowych form prezentacji publicznych i komunikacji nie tylko w nauce? To jest mój pierwszy raz z wideoposterem. Najlepiej uczyć się przez działanie i próbowanie. Wideoposter to nowa forma prezentowania wyników na konferencji, dopiero się rozwija i upowszechnia. Gdy zaczynałem swoją pracę badawczą, blisko 40 lat temu, na konferencjach naukowych pojawiać zaczęły się postery naukowe. Wtedy też to była nowość. Mój pierwszy poster wykonany był na brystolu przez grafika: pismo techniczne wykonane patyczkiem i rysunki tuszem kreślarskim. Potem pojawiły się możliwości grafiki, wykonanej na komputerze a jeszcze później upowszechnił się druk wielkoformatowy. Cała moja aktywność zawodowa to ewolucja posterów - narodziny, rozwój, metamorfoza. Teraz przyszła pora na wideoposter. Może to jakiś znak nadmiaru treści, braki czasu i pośpiechu oraz rozkwitu kultury postpismiennej? 

Człowiek uczy się całe życie i popełnia sporo błędów, ale te błędy to nie porażka tylko etapy uczenia się. To filozofia uczenia się z nastawieniem na rozwój.

Podobnie eksperymentuję i poszukuję w dydaktyce. Dlatego w bieżącym roku akademickim zaproponowałem studentom malowanie kolorowanek na wykładzie. Sam pomysł wydawałby się absurdalny, ale nie osądzaj książki po okładce, zajrzyj do środka, zapoznaj się z kontekstem i uzasadnieniem merytorycznym.


Wideoposter na konferencję Ideatorium 2025, streszczenie:



Zapewne każdy widział prześmiewczy mem z kolorowanką „pomaluj drwala” jako przykład spadającego poziomu wymagań edukacyjnych. A mimo to zdecydowałem się dać studentom kolorowankę do pomalowania w czasie wykładu (by nie tylko słuchali). Aktywność pojawiła się na wykładzie dla studentek edukacji przedszkolnej i wczesnoszkolnej, a więc z nawiązaniem do ich przyszłego środowiska pracy. W nawiązaniu do cyklu Kolba było doświadczanie. Potem była refleksja i wiązanie z teorią. A w przyszłości będzie zastosowanie w praktyce.

Kolorowanka została wygenerowana przez narzędzia AI, z nawiązaniem do treści wykładu. Był też przykład kolorowanki, która „ożywa” (animacja wideo) w telefonie komórkowym. Ta prosta aktywność była pretekstem do dyskusji na temat sensu kolorowania obrazków na wykładzie i notowania wizualnego. Studenci nawiązywali m.in. odpoczynku i relaksowania się, wypalenia zawodowego nauczycieli. Co zrobić z kolorowankami? Zorganizować wystawę na uczelni (wraz z zajawkami i uzasadnieniem w mediach), dodając qr kody do studenckich artykułów i dzienników refleksji. Wystawa to mini projekt i praca zespołowa dla studentów. Przecież w szkole będą liderami dla uczniów i będą organizowali różne projekty, z wystawami prac uczniów włącznie.

Nie wszystko się udało. Lecz porażka wykorzystana została do nauki na błędach i do zaplanowania tego, co warto i trzeba się jeszcze nauczyć w kontekście umiejętności przydatnych nauczycielowi. Kolorowanka na wykładzie to jedna z wielu prób aktywizowania studentów na wykładzie i poszukiwania metod skutecznych w kulturze postpiśmiennej.

*   *    *
Dlaczego ten post? Czy nie wystarczy streszczenie w materiałach konferencyjnych? Niniejszy post to przedłużenie wideoposteru.  To treść z dodatkowymi materiałami, do której linkuje qr kod z wideoposteru. Sprawdzam i taką możliwość. 

Zacznij tu gdzie jesteś, z tym co masz i zrób to jak najlepiej. Wziąłem sobie to do serca i nie czekam na lepszą sytuację techniczną, finansową, środowiskowa. Próbuję od zaraz. To element mojego procesu uczenia się, taki zeszyt szkolny z pracą domową.

Od qr kodu po nitce do kłębka, jak w labiryncie.



Czytaj także: 



2.06.2025

Bądź zarodnikiem i przetrwaj, a potem wykiełkuj

 

Życie, w swojej najbardziej fundamentalnej formie, jest nieustannym zmaganiem z przeciwnościami. Od mikroorganizmów po złożone ekosystemy, wszystko, co żyje, stoi przed wyzwaniem przetrwania w obliczu zmiennych i często niekorzystnych warunków. Po po dniu przychodzi noc, po lecie zima a w dłuższej perspektywie czasowej nawet epoka lodowcowa. Bo przychodzi susza. A potem pada deszcz, nawet jeśli na niego długo sie czeka. Ta pierwotna walka o byt, choć często brutalna, odsłania głębokie prawdy o naturze i istocie istnienia. Właśnie w tych trudnych momentach, gdy świat wydaje się nieprzychylny, ujawnia się filozofia przetrwania – zasada, która łączy w sobie biologię, filozofię przyrody i pozytywistyczną wiarę w możliwości człowieka.

Natura, w swej niewyczerpanej mądrości, wykształciła niezliczone mechanizmy pozwalające na radzenie sobie z trudnościami. Jednymi z najbardziej fascynujących i symbolicznych są zarodniki, cysty i nasiona. Te biologiczne „repozytoria życia” stanowią esencję pozytywizmu w ujęciu przyrodniczym. Nie są one przejawem kapitulacji, lecz sprytną strategią. W obliczu suszy, mrozu, braku światła czy pokarmu, życie nie zanika bezpowrotnie. Wręcz przeciwnie, wycofuje się, zapada w stan spoczynku, niczym uśpiony potencjał, czekający na sprzyjającą chwilę. W tej pozornie biernej formie, zarodnik czy nasiono przechowuje w sobie całą złożoność genetyczną, obietnicę przyszłego wzrostu, kwitnienia i owocowania. To świadectwo niezłomnej woli życia, która potrafi odnaleźć drogę do przetrwania nawet w najbardziej nieprzyjaznym otoczeniu.

Można by rzec, że zarodnik to biologiczny pozytywizm w czystej postaci. Jest on ucieleśnieniem pracy u podstaw, idei tak bliskiej pozytywistom dziewiętnastowiecznym. Odrzucając romantyczne porywy i skupiając się na pragmatyzmie i organicznym rozwoju, pozytywizm wzywał do cierpliwej, wytrwałej pracy na rzecz poprawy bytu, często w warunkach politycznego czy społecznego marazmu. Zarodnik działa analogicznie – nie stawia czoła burzy, ale przeczekuje ją, skupiając się na ochronie tego, co najważniejsze: potencjału do życia. W tym kontekście, ocalenie w sobie potencjału staje się kluczowym przesłaniem. To nie tylko przetrwanie fizyczne, ale także ocalenie wartości, wiedzy, doświadczenia – wszystkiego, co stanowi o naszej istocie i może być katalizatorem przyszłego rozwoju. To przechowywanie "życia i wartości" niczym w bezpiecznym repozytorium, aż do momentu, gdy "przyjdzie dobry czas".

Filozofia przyrody uczy nas, że kryzys nie jest końcem, lecz często preludium do nowego początku. Pozytywistyczna optyka pozwala nam dostrzec w trudnych sytuacjach nie tylko zagrożenie, ale i szansę na wewnętrzny rozwój, na wzmocnienie odporności, na zdefiniowanie na nowo priorytetów. Kiedy stajemy w obliczu niekorzystnych warunków, podobnie jak zarodnik czy nasiono, powinniśmy skoncentrować się na ochronie tego, co fundamentalne, na pielęgnowaniu wewnętrznej siły i niezłomności. To czas na rekonfigurację, na zdobywanie nowej wiedzy, na budowanie fundamentów pod przyszłe działania.

Gdy nadejdzie odpowiednia pora, gdy warunki środowiskowe staną się sprzyjające, zarodnik (nasiono, cysta, hibernujący niesporczak) "kiełkuje". Ta metafora doskonale oddaje istotę radzenia sobie z trudnościami – jest to proces dynamiczny, wymagający aktywnego działania w odpowiednim momencie. Nie wystarczy przetrwać; trzeba umieć wykorzystać szansę, gdy się pojawi. To nie tylko pasywne czekanie, ale aktywna gotowość do transformacji, do wyjścia z cienia i rozwinięcia pełni swojego potencjału.

Współczesny świat, pełen dynamicznych zmian i nieprzewidywalnych wyzwań, coraz częściej zmusza nas do refleksji nad sztuką przetrwania. Zarodniki, cysty i nasiona czy nawet niesporczaki stają się wówczas potężnymi symbolami. Przypominają nam, że nawet w najtrudniejszych chwilach możemy ocalić w sobie iskrę życia, wartości i potencjału. Uczą nas cierpliwości, mądrości w wycofywaniu się, ale i niezłomnej wiary w odrodzenie. Ta filozofia, zakorzeniona głęboko w biologii i pozytywistycznej wierze w postęp, oferuje nam mapę drogową do radzenia sobie z przeciwnościami, przypominając, że po każdej zimie nadchodzi wiosna, a po każdym trudnym czasie – szansa na nowe, silniejsze kiełkowanie.

Bądź jak zarodnik, przetrwaj i wykiełkuj, gdy przyjdzie pora.

1.06.2025

Tajemniczy ogniczek z rezerwatu "U źródeł rzeki Łyny"

Ogniczek większy Pyrochroa coccinea z rezerwatu "U źródeł rzeki Łyny", maj 2025
 

Ogniczek to piękny chrząszcz, którego często widywałem w książkach popularnonaukowych i czasem w przyrodzie. Zachwyt wynikający ze spotkania niezwykłego gatunku i na dodatek pięknego. Coś tam poczytałem w źródłach papierowych i internetowych. Ale prawdziwa przygoda zaczęła się dopiero wtedy, gdy postanowiłem o nim napisać na blogu. Pisanie jest aktywnym sposobem uczenia się, o wiele bardziej efektywnym niż samo czytanie. Bo trzeba podejmować różne decyzje i wyjaśnić różnice między sprzecznymi informacjami. I jak ocenić wiarygodność by samemu nie przepisywać i nie powielać stereotypów, pomyłek lub halucynacji? To ostatnie odnosi się do sztucznej inteligencji.

Ale od początku. Po wycieczce ze studentami do źródeł rzeki Łyny, w czasie której spotkałem ogniczka i zrobiłem mu zdjęcie, zacząłem szukać bardziej szczegółowych informacji. Najpierw zajrzałem do kilku stron internetowych o tematyce entomologicznej, korzystając z tradycyjnej wyszukiwarki internetowej. Użyłem nazwy gatunkowej chrząszcza, zarówno polskiej jak i naukowej (łacińskiej). Potem sięgnąłem do mojej podręcznej półki bibliotecznej. W sześciu książkach znalazłem informacje, krótsze lub obszerniejsze, o interesującym mnie ogniczku. I już na tym etapie pojawiły się drobne lecz istotne rozbieżności, np. dotyczące sposobu odżywania się larw. W jednych źródłach wyraźnie wskazywano na to, że są drapieżnikami, w innych, że zjadają głównie grzyby i detrytus a martwe owady i drapieżnictwo, w tym kanibalizm, to tylko zachowania incydentalne. I była jeszcze zagadka o pochodzenie kantarydyny w ciele ogniczka. Jak autorzy tych popularnonaukowych opracowań ustalili, że larwy są drapieżne? Z całą pewnością na samym początku są obserwacje zawodowych entomologów. A jak oni ustalili? Po wyglądzie larw, budowie żuwaczek czy przez hodowlę i analizę treści z przewodu pokarmowego? Czy to były jedynie przypuszczenia czy konkretne ustalenia? Nie jestem specjalistą od tej grypy chrząszczy i nie mam dostępu do źródłowych publikacji by przeanalizować wykorzystany materiał, zastosowane metody i na tej podstawie zweryfikować uzyskane wyniki i końcowe ustalenia. Czy to tylko powielanie informacji z publikacji? Dlaczego są rozbieżności? A może w trakcie uogólniania nastąpiły jakieś błędy, uproszczenia? Może wzięto informacje typowe dla całej grupy chrząszczy a nie konkretnego gatunku? Nie jestem w stanie sam tego rozstrzygnąć bez co najmniej kilkunastu miesięcy szperania w bibliotekach i przedzierania się przez wiele publikacji entomologicznych, napisanych w róznych językach. Dlatego właśnie w nauce są specjaliści, którzy zajmują się np. wąska grupą owadów. Zdobywają swoją specjalistyczną wiedze przez wiele lat i tylko czasem ja konkretnie wykorzystują. Są jak mini biblioteki wiedzy eksperckiej. 

A jak z tym zadaniem poradzi sobie sztuczna inteligencja? Wykorzystałem Gemini i je bardziej zaawansowany algorytm, który przeszukał dostępne strony internetowe. Otrzymałem tekst zaskakująco dobry i szczegółowy. Trwało to kilka minut (a nie sekund!), może nawet kilkanaście. Na koniec otrzymałem nawet infografikę w kodzie HTML. Ta infografika była bardzo przejrzysta i przydatna. Kolejne zaskoczenie, że zamiast kilkunastu miesięcy samodzielnej pracy dostaję coś w kilkanaście minut. Powinienem być zadowolony a jestem nieco skonfundowany. Bo nie wiem jak ocenić wiarygodność uzyskanych informacji. Na przykład dlaczego w typowym siedlisku pojawiają się pastwiska? Analizując wykorzystane przez Gemini strony, mogę dojść do wniosku, że to sytuacja z Wielkiej Brytanii. Czy były właściwie dobrane źródła czy właściwie przeprowadzona została ich analiza i czy nie ma tu żadnych halucynacji albo błędnych uproszczeń? Ale co najdziwniejsze, nie są to gorsze informacje niż te, które znalazłem w kilkunastu książkach i stronach (łącznie z angielskojęzyczną Wikipedią). Tak jak w opracowaniach popularnonaukowych nie byłem w stanie sprawdzić źródeł, tak i w przypadku AI nie jestem w stanie dotrzeć do źródeł. Są oczywiście podane linki, ale Gemini korzystało tylko ze stron internetowych a przecież nie wszystko jeszcze zostało zdigtalizowane. Szczegółowe sprawdzanie wszystkich źródeł i ich wersyfikowanie zajęłoby co najmniej kilkanaście dni. 

Pierwszy wniosek jest taki, że jeśli dobrze zadać pytanie/zadanie to uzyskujemy wiarygodnie i kompetentnie wyglądające wyniki. Zupełnie nowy i bardzo szybki sposób wykonywania kwerendy po danych naukowych. Narzędzie, które ułatwia pracę popularnonaukową a być może i naukową. Ale trzeba być ostrożnym i umieć weryfikować, co nie jest takie łatwe. Dla przykładu, w czasie zgłębiania biologii ogniczka trafiłem na kilka trudnych i specjalistycznych terminów. Dwa z nich sprawdziłem w Copilocie. Jedna odpowiedź była poprawna: "aposematyzm to strategia obronna stosowana przez niektóre organizmy, polegająca na przybieraniu jaskrawych, kontrastowych barw ostrzegawczych. Dzięki temu sygnalizują one swoją toksyczność, niejadalność lub zdolność do obrony przed drapieżnikami" . Aposematyzm występuje u ogniczka. Drugim terminem była była kantarofilia (krąg kantarydynowy, niżej o nim będzie więcej). Odpowiedź był fałszywa i brzmiała "Kantarofilia, znana również jako kantarogamia, to szczególny typ entomogamii (owadopylności), w którym kwiaty są zapylane przez chrząszcze. Jest to najstarszy ewolucyjnie typ owadopylności, który obecnie występuje głównie w klimacie równikowym, choć można go spotkać także w klimacie umiarkowanym, np. u grzybieni i grążeli." Nie pasowało do tego, co już wiedziałem i wywnioskowałem z kontekstu czytanych informacji, dlatego poprawiłem Copilota i naprowadziłem go na poprawną odpowiedź. Ale przecież, gdybym nie wiedział, to mógłbym przyjąć pierwszą wyhalucynowaną odpowiedź za poprawną i jej używać. Roznosiłbym (niczym wirusy) fałszywe informacje zakażając nimi wiedzę ogólnoludzką.

Z tego rodzą się dwa wnioski: po pierwsze, żeby korzystać z pomocy AI trzeba mieć już swoją własną wiedzę (podobnie jak w życiu analogowym, bo nie dać się nabrać). Po drugie trzeba umieć dobrze zadać pytanie czy napisać polecenie. Czyli trzeba już coś wiedzieć i umieć pytać. Na to ostatnie filozofowie zwracali już uwagę od wieków, że do wiedzy dochodzi się przez dobrze zadane pytania. Tu sztuczna inteligencja w zasadnie nic nie zmieniła. Może tylko uwypukliła, bo szybciej dostajemy odpowiedzi. 

Tak, AI jest coraz lepsza. Staje się wygodnym i szybkim narzędziem. Tak jak kiedyś ogromnym postępem było powstanie publicznych bibliotek, tak teraz jest powszechny dostęp do interentu i algorytmów AI. Umiejętność korzystania z tych narzędzi jest teraz kluczowa, tak jak kiedyś umiejętność i korzystania z katalogów bibliotecznych. Tyle refleksyjnego i uniwersalnego wstępu. Teraz kolej na opowieść o ogniczku większym. Powstała z wykorzystaniem pogłębionego algorytmu Gemini, po zweryfikowaniu i przeredagowaniu, z wykorzystaniem kilku papierowych źródeł.  

Streszczenie najważniejszych informacji o ogniczku

Ogniczek większy (Pyrochroa coccinea) to chrząszcz, który preferuje obszary zalesione i pastwiska (w zasadzie skraje lasów i polan, pastwiska to pewnie szczególna sytuacja z Wielkiej Brytanii jako miejsca z zadrzewieniami), szczególnie miejsca z rozkładającym się pniami drzew liściastych np. takimi jak dąb i buk. Dorosłe osobniki są aktywne w ciągu dnia, od kwietnia do początku czerwca. Larwy rozwijają się w drewnie, pod korą, żywiąc się rozkładającą się materią organiczną, martwymi owadami i mikroorganizmami. Dlaczego niektóre źródła podają, że larwy są głównie drapieżne? Celuloza, zawarta w drewnie nie jest trawiona przez bezkręgowe, dlatego odżywiają się grzybami i mikroorganizmami, żyjącymi i rozkładającymi drewno. W takiej diecie znaleźć mogą się inne martwe owady czy może nawet żywe, a więc element drapieżnictwa. A nawet kanibalizmu. Dorosłe chrząszcze są drapieżnikami (to może odżywianie się dorosłych rozciągnięte zostało także na postacie larwalne?), polującymi na inne owady, w tym chrząszcze z rodziny oleicowatych (Meloidae). W dalszej części wyjaśni się dlaczego oleice mają tu kluczowe znaczenie (kantarydofilność). Samice składają jaja w szczelinach kory lub pod nią. Ogniczek ma szerokie rozmieszczenie geograficzne, w Europie Środkowej, w tym w Wielkiej Brytanii, na południe do Pirenejów, Włoch i Grecji, na północ do Skandynawii i na wschód do Ukrainy i Kazachstanu. Dorosłe osobniki wykazują ubarwienie aposematyczne (są wyraziści czerwone i łatwe do zauważenia w terenie), co wskazuje na ich toksyczność dla drapieżników. Czyli są widoczne by zasygnalizować "nie jedz mnie, bo jestem niesmaczny a nawet trujący").

Szczegółowe informacje o biologii ogniczka większego

Pyrochroa coccinea, powszechnie znany jako ogniczek większy (dawniej także ogniszcz), to charakterystyczny owad należący do rodziny ogniczkowatych (Pyrochroidae), często określanych mianem „ognistych chrząszczy” (kalka z języka angielskiego) ze względu na ich jaskrawe, szkarłatne ubarwienie (ognistość wynika z barwy ciała a nie preferencji ognia jako takiego). W języku angielskim gatunek ten jest powszechnie nazywany "Black-headed Cardinal Beetle" (czarnogłowy ogniczek kardynalski). Barwa najwyraźniej skojarzyła się z kolorem szat kardynałów kościoła katolickiego.

Dorosłe osobniki P. coccinea to stosunkowo duże chrząszcze, zazwyczaj osiągające długość od 14 do 20 mm. Polskie źródła podają zakres 14-15 mm, a więc tylko część zmienności w zakresie wielkości ciała. Ich najbardziej charakterystyczne cechy to jaskrawo czerwone lub szkarłatne, gładkie przedplecze i pokrywy skrzydłowe. Natomiast głowa i tułów są wyraźnie czarne.  Po czym można odróżnić od pokrewnego gatunku - ogniczka piłkoczułkiego, zwanego też ogniczkiem szkarłatnym (Pyrochroa serraticornis). Czułki samców są grzebykowate (pierzaście rozgałęzione), natomiast u samic są ząbkowane. Dorosłe osobniki wykazują ubarwienie aposematyczne – ich jaskrawo czerwony kolor służy jako mechanizm ochronny, sygnalizując drapieżnikom, że są toksyczne. Nie są one trujące dla ludzi (ni polecam jednak zjadania!), ale mogą wydzielać łagodny zapach w przypadku zagrożenia. To ubarwienie stanowi kluczową adaptację ewolucyjną. Jego intensywność i kontrast z czarną głową działają jak wyraźny sygnał ostrzegawczy dla potencjalnych drapieżników. Prowadzą dzienny i eksponowany tryb życia na roślinności zielnej, typowo w środowiskach leśnych z dostępem do rozkładających się kłód i powalonych drzew. Często można je znaleźć wśród liści w niewielkiej odległości od ich rodzimych kłód, w których rozwijały się jako larwy. Samice składają jaja w korze martwych drzew liściastych.   

Larwy są kremowo-szare lub żółte, wydłużone i spłaszczone o długości ciała około 3,5 cm i szerokość 5,1 mm,. Każdy segment tułowia i odwłoka jest wyraźnie zaokrąglony. Posiadają trzy pary krótkich odnóży, wyrastających z każdego segmentu tułowia.  Ostatni segment odwłoka jest wyposażony w parę twardych, prostych urogomfów, które są kluczowe dla ich zdolności do poruszania się w wąskich szczelinach drewna i kory, gdzie zakładają swoje siedliska. Głowa jest prognatyczna (skierowana do przodu), żuwaczki są silnie sklerotyzowane i asymetryczne.  Larwy żyją na kłodach drewna w początkowych stadiach rozkładu. Rozwijają się pod korą rozkładającego się drewna. 

Gatunki o tak wysoce wyspecjalizowanych wymaganiach siedliskowych są zazwyczaj bardziej wrażliwe na zmiany lub utratę siedlisk niż gatunki bardziej eurytopowe. Oznacza to, że praktyki gospodarki leśnej, które priorytetowo traktują usuwanie martwego drewna lub "porządkowanie" lasów (np. ze względów estetycznych, przeciwpożarowych lub dla pozyskania drewna), mogą negatywnie wpływać na populacje P. coccinea poprzez redukcję niezbędnych miejsc rozrodu i rozwoju larw. Długi okres rozwoju larwalnego (do trzech lat) dodatkowo zwiększa tę wrażliwość, ponieważ ciągła obecność martwego drewna (przez wiele lat) jest niezbędna. W związku z tym, gatunek ten może służyć jako wskaźnik zdrowia lasu (ekosystemu), szczególnie pod kątem obecności wystarczającej ilości grubego drewna martwego, które jest niezbędne dla szerokiej gamy bezkręgowców saproksylicznych (zależnych od drewna). Działania ochronne powinny zatem koncentrować się na utrzymaniu lub zwiększeniu ilości martwego drewna w odpowiednich środowiskach leśnych, uznając jego wartość ekologiczną wykraczającą poza produkcję drewna.  

Dzienny i eksponowany tryb życia P. coccinea sugeruje kompromis między efektywnością żerowania a ryzykiem drapieżnictwa. Aktywność w ciągu dnia i brak ukrycia sprawiają, że dorosłe osobniki są łatwo wykrywalne przez drapieżniki wyszukujące swoje ofiary za pomocą wzroku (np. ptaki). Ta zwiększona ekspozycja na drapieżniki jest bezpośrednio łagodzona przez ich ubarwienie aposematyczne i toksyczność, wynikająca z obecności kantarydyny.  

Pyrochroa coccinea jak na chrząszcza przystało przechodzi całkowitą metamorfozę, obejmującą stadia jaja, larwy, poczwarki i osobnika dorosłego. Cykl życiowy trwa 2-3 lata. Kopulacja odbywa się wczesnym okresie fenologicznej aktywności dorosłych osobników. Samice składają jaja w skupiskach wśród lub pod obszarami martwej kory na drewnie liściastym, w szczególności dębu i buka, zazwyczaj na powalonych drzewach. Składają również jaja w szczelinach kory lub pniakach. Stadium jaja trwa około 2-4 tygodni.

Stadium larwalne trwa 1 do 3 lat. Larwy rozwijają się w małych grupach. Ich dieta obejmuje rozkładające się drewno, martwe owady znajdujące się pod korą, własne odchody oraz mikroorganizmy zamieszkujące leśne szczątki. Silne żuwaczki przystosowane do rozkładania włókien drzewnych. Ze względu na przedłużony rozwój larwalny i często wiele nakładających się pokoleń jednocześnie zamieszkuje jedno terytorium drzewne, może dochodzić do kanibalizmu. Dane z róznych źródeł sugerują sugerują drapieżnictwo larw na innych larwach owadów w odniesieniu do P. serraticornis, natomiast w odniesieniu do ogniczka większego wskazują na detrytusożerność z okazjonalną padlinożernością (na małych owadach). Larwy są obecne przez cały rok, a przepoczwarczają się wiosną. Wtedy dorosłe maja szanse wykorzystać pojawiające się wiosną chrząszcze z rodziny oleicowaty. Stadium poczwarki trwa około 2-4 tygodni. 

Dorosłe osobniki, po wyjściu z poczwarki, uzyskują pełne ubarwienie po 36 godzinach. Zazwyczaj pojawiają się w kwietniu, stają się najliczniejsze w maju i na początku czerwca, zmniejszają liczebność w lipcu i bardzo rzadko są spotykane w pozostałych miesiącach. Ich obecność pokrywa się z obecnością dorosłych oleic. 

Rozkładające się drewno, choć bogate w składniki odżywcze, jest zasobem stosunkowo stabilnym, ale powoli ulegającym degradacji, a nie szybko zużywanym lub efemerycznym, jak świeże liście. Długi okres życia w stadium larwalnym pozwala w pełni wykorzystać dostępne składniki odżywcze w pojedynczej kłodzie, maksymalizując wzrost i akumulację energii przed przepoczwarczeniem. Obecność nakładających się pokoleń dodatkowo optymalizuje wykorzystanie zasobów w czasie, zapewniając ciągłe przetwarzanie martwego drewna. Ta strategia cyklu życiowego sugeruje, że dostępność stabilnego, rozkładającego się drewna w dużym kawałku (cały pień a nie popiłowane klocki drewna) jest nie tylko wymogiem siedliskowym, ale fundamentalnym ograniczeniem ekologicznym, kształtującym cykl życiowy gatunku. Zakłócenia, które fragmentują lub usuwają takie zasoby, nieproporcjonalnie wpłynęłyby na przeżywalność larw i stabilność populacji, ponieważ baza zasobów byłaby niewystarczająca dla ich długiego rozwoju.

Rozkład drewna jest procesem dynamicznym, a jego właściwości fizyczne i chemiczne (np. integralność kory, zawartość wilgoci, kolonizacja grzybów) zmieniają się w czasie. Specyficzne właściwości fizyczne rozkładającego się drewna (zmiana twardości kory na luźną) są kluczowe dla różnych stadiów rozwoju larwalnego. Oznacza to, że nie tylko jakiekolwiek martwe drewno, ale martwe drewno w różnych stadiach rozkładu, jest niezbędne do utrzymania ciągłej populacji przez całą fazę larwalną. To zjawisko, znane jako sukcesja martwego drewna, jest kluczowe dla ochrony owadów saproksylicznych (w tym ogniczka większego), ponieważ różne gatunki lub stadia życiowe często specjalizują się w różnych etapach rozkładu (etapach sukcesji ekologicznej w kłodzie drzewa).

Dorosłe osobniki P. coccinea są znane z tego, że w kręgu kandarydynowym chrząszczy z rodziny oleicowatych. Obserwowano, że żerują na gatunkach takich jak Meloe brevicollis, Meloe proscarabaeus i Meloe violaceus. To zachowanie pokarmowe jest powiązane z "mechanizmem kantharofilicznym" obejmującym przekształcanie właściwości kantarydyny, toksycznej substancji chemicznej wytwarzanej przez chrząszcze oleicowate. Kantarydyna działa jako feromon dla samców i samic znajdujących i jest ważnym czynnikiem w selekcji płciowej w rodzinie Pyrochroidae. Ogniczki pozyskują kantarydynę ze zjadanych olei. Same nie produkują tej trucizny i zdobywają ją w środowisku. Dzięki kantarydynie same są trujące, jak i jaja, składane przez samice. P. coccinea prawdopodobnie pozyskuje kantarydynę z konsumowanych chrząszczy oleicowatych, a następnie metabolizuje ją lub modyfikuje, aby wytworzyć feromon niezbędny do kopulacji. Sugeruje to adaptacyjną strategię, w której chemiczna substancja obronna jednego gatunku jest wykorzystywana do komunikacji rozrodczej u innego. Ta pozyskana substancja chemiczna może również przyczyniać się do własnej toksyczności P. coccinea (aposematyzmu), wzmacniając jego obronę. Jest to wyrafinowany przykład ekologii chemicznej, gdzie chrząszcz wykorzystuje chemiczną obronę innego gatunku dla własnego sukcesu reprodukcyjnego i prawdopodobnie wzmocnionej obrony. Podkreśla to złożone relacje troficzne i chemiczne, które wykraczają poza proste łańcuchy pokarmowe, demonstrując głębokie powiązania ewolucyjne między drapieżnikiem a wyspecjalizowaną ofiarą.

Wyraźne nawyki żywieniowe larw i dorosłych osobników P. coccinea (larwy detrytusożerne/padlinożerne, dorosłe osobniki wyspecjalizowane w drapieżnictwie) wskazują na podwójną rolę troficzną w ekosystemie. Różne stadia życiowe często zajmują odmienne nisze ekologiczne w obrębie tego samego gatunku, co zmniejsza konkurencję wewnątrzgatunkową o zasoby i maksymalizuje ich wykorzystanie w danym środowisku. Larwy znacząco przyczyniają się do dekompozycji i obiegu składników odżywczych poprzez rozkład martwego drewna, działając jako pierwotni destruenci. Dorosłe osobniki, poprzez swoje wyspecjalizowane drapieżnictwo na chrząszczach oleicowatych, pełnią rolę kontroli biologicznej na swoim specyficznym poziomie troficznym. Ta podwójna rola sprawia, że P. coccinea jest wieloaspektowym czynnikiem, przyczyniającym się do zdrowia ekosystemu leśnego, uczestnicząc zarówno w procesach dekompozycji, jak i w drapieżnym łańcuchu pokarmowym. Ogniczki są czynnikiem regulującym liczebność pasożytujących na pszczołach oleic. 

Rola larw jako pierwotnych destruentów martwego drewna pozycjonuje P. coccinea jako "inżyniera ekosystemu" w środowiskach leśnych. Rola larw w dekompozycji wykracza poza proste odżywianie; aktywnie modyfikują one środowisko leśne, tworząc mikrosiedliska (np. tunele, galerie) i ułatwiając przepływ składników odżywczych. Organizmy, które znacząco zmieniają fizyczny, chemiczny lub biologiczny stan ekosystemu, są uważane za inżynierów ekosystemu. Detrytusożercy są kluczowi dla obiegu składników odżywczych, rozkładając złożoną materię organiczną na prostsze formy. Poprzez rozkład grubego drewna martwego, larwy P. coccinea ułatwiają uwalnianie składników odżywczych z powrotem do gleby, co przyczynia się do ogólnego zdrowia i struktury dna lasu. To podkreśla ich znaczenie dla ogólnego zdrowia lasu. Spadek liczebności takich gatunków saproksylicznych może sygnalizować zakłócenie fundamentalnych procesów ekologicznych, takich jak obieg składników odżywczych i zapewnianie siedlisk dla innych organizmów.

Aby zapewnić ochronę ogniczka większego i innych bezkręgowców saproksylicznych, działania ochronne powinny obejmować sadzenie rodzimych drzew i pozwalanie na dziki wzrost części ogrodów lub terenów leśnych, w szczególności poprzez utrzymywanie martwego drewna i powalonych drzew.

Podsumowanie biologii ogniczka większego

Pyrochroa coccinea, czyli ogniczek większy, to fascynujący gatunek chrząszcza, którego biologia i ekologia są ściśle powiązane z obecnością martwego drewna w ekosystemach leśnych. Jego cykl życiowy, charakteryzujący się długim stadium larwalnym trwającym do 3 lat i obecnością nakładających się pokoleń w jednej kłodzie, świadczy o głębokiej adaptacji do stabilnych, choć powoli rozkładających się zasobów. Larwy, jako kluczowi destruenci, odgrywają istotną rolę w obiegu składników odżywczych, przekształcając martwe drewno w użyteczne formy.

Dorosłe osobniki wykazują unikalne zachowanie drapieżne, specjalizując się w żerowaniu na chrząszczach oleicowatych. Ta interakcja troficzna jest jeszcze bardziej złożona przez mechanizm kantarofiliczny, w którym kantarydyna, toksyna pozyskiwana z ofiar, jest wykorzystywana jako feromon w procesie selekcji płciowej. To zjawisko podkreśla wyrafinowaną sieć chemicznych powiązań w ekosystemie, gdzie obrona i rozmnażanie są ze sobą nierozerwalnie związane.

Na koniec infografika z podsumowaniem. Skryptu nie potrafię ręcznie zmodyfikować by usunąć niepewne informacje i zmienić wygląd graficzny, wklejam więc link: https://g.co/gemini/share/88f5f035ac7b

30.05.2025

Ciekawostki ewolucyjne z zapuszczonego lasu – rulik czy wampirze mleko?

Rulik nadrzewny czy mleko wampirów? Widzisz te niby małe purchaweczki?

Zapuszczony las to taki, który przypomina puszczę. Ale i coś „zaniedbanego”, zapuszczonego, z licznymi pozornie zabałaganionymi, leżącymi próchniejącymi kłodami drzewa. Niektórzy zapewne chcieliby posprzątać, wygrabić, wykosić, by było jak na polu golfowym. Przyroda jednak woli być zapuszczona z siedliskiem martwego drzewna tętniącego życiem.

Nie wszystko co jest w lecie i przypomina grzyba jest grzybem. Przykładem mogą być śluzowce. Kiedyś zaliczano je do grzybów, ale po poznaniu niezwykłej ich biologii stworzono dla nich osobny takson. Zasłużyły na taksonomiczną niepodległość i indywidualność. Śluzowce są ewolucyjnym reliktem, gdy powstawały organizmy wielokomórkowe. Łączą w sobie fazę życia jednokomórkowego by czasem w swoim cyklu życiowym łączyć się i jeden wielokomórkowy organizm. Najczęściej w stresie środowiskowym, w jakimś tam zagrożeniu. Bo rozmnażanie płciowe daje większą różnorodność i ułatwia przetrwanie. Można oczywiście szukać jakichś analogii do życia społecznego ludzi, dylematu między samotnym indywidualizmem a zbiorową współpracą. To oczywiście coś dla filozofów. Łatwiej się filozofuje, gdy dogłębniej zna się przyrodę, w tym filozofię przyrody.

Ostatnio rulika nadrzewnego spotkałem w rezerwacie U źródeł rzeki Łyny, na pniu próchniejącego drzewa (zapewne widywałem go i wcześniej ale nigdy nie "dostrzegłem"). Dodatkowo okazało się, że w starym lesie spotkać można... wampirze mleko. Zatem rulik czy wampirze mleko? Dawniej przenikało nas myślenia magiczne i spersonifikowane. Wszędzie były ślady demonów i potworów. Do spotkanych obiektów tworzyliśmy opowieści pełne sił różnorakich, by objaśnić i wyjaśnić świat. Stąd wampirze mleko jako nazwa dla rulika. Ale ja zajmę się opowieścią przyrodniczą w oparciu o wiedzę przyrodniczą, Zapewniam, że też jest niezwykle intrygująca i wciągająca.

Rulik nadrzewny (Lycogala epidendrum) to prawdziwy mistrz kamuflażu i ewolucyjna osobliwość. Jest śluzowcem, który jest znacznie bardziej fascynujący, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Małe jest piękne i niezwykle ciekawe, trzeba tylko uważności w patrzeniu na świat, by go zobaczyć. I dociekliwości by dowiedzieć się więcej. Co to jest, co widzimy jako małe purchawki? Jest to tak zwana zrosłozarodnia, która okryta jest dwuwarstwową okrywą. Zarodniki są bezbarwne, o powierzchni siateczkowanej i pokrytej brodawkami. Mają średnicę zarodniki 4–7 μm. Niedojrzała masa zarodników ma barwę różowo-fioletową. W większości przypadków śluźnia śluzowców jest niewielka. Czasami bywa tak mała, że trudno ją zaobserwować. Ale największa odnaleziona śluźnia miała powierzchnię około jednego metra kwadratowego, grubość jednego centymetra i ważyła 20 kilogramów. Czyli małe może być czasem wielkie.

A teraz wyobraźcie sobie leśną scenerię po deszczu. Na butwiejącym pniu, wśród mchów i paproci, dostrzegacie nagle małe, pomarańczowe i szare kuleczki. To właśnie on – rulik nadrzewny. Młode owocniki mają zazwyczaj intensywny, różowo-pomarańczowy kolor, przypominający koraliki z jakiejś leśnej biżuterii. Ich powierzchnia jest gładka i lśniąca, a w dotyku przypominają nieco galaretkę. W miarę dojrzewania, te urocze kulki zmieniają barwę na bardziej stonowaną – od szaroróżowej po brązową, a ich skórka staje się bardziej chropowata, niczym miniaturowa, spękana ziemia. Osiągają zazwyczaj od 3 do 15 milimetrów średnicy, ale potrafią rosnąć w imponujących skupiskach, tworząc prawdziwe "łańcuchy pereł" na drewnie. Niczym maluteńkie purchawki.

Gdzie szukać tych niezwykłych stworzeń? Rulik nadrzewny to prawdziwy kosmopolita, co oznacza, że spotkacie go niemal na każdym kontynencie. Jego ulubione miejsca to martwe drewno: pnie, kłody, gałęzie, a nawet sterczące kikuty drzew. Szczególnie upodobał sobie wilgotne i butwiejące podłoże, gdzie znajduje obfitość materii organicznej. Las to jego dom, a rozkładające się drewno – spiżarnia i kołyska jednocześnie. Możecie go znaleźć zarówno w lasach liściastych, jak i iglastych, w parkach, a nawet w przydomowych zaroślach, o ile znajdzie odpowiednie warunki. I o ile będziecie uważni i spostrzegawczy.

Rulik nadrzewny skrywa kilka fascynujących tajemnic. Po pierwsze, czerwonawa ciecz. Jeśli delikatnie naruszycie młodego rulika, często wypłynie z niego substancja o intensywnym, rdzawym kolorze, przypominająca krew. Stąd też potoczna nazwa "wampirze mleko". Nie ma się jednak czego obawiać – to nie krew, lecz płyn pełen barwników i innych związków, które prawdopodobnie odgrywają rolę w ochronie rozwijających się zarodników.

Po drugie, to, co widzimy jako kuliste owocniki, to tylko jeden z etapów życia rulika. Prawdziwym "bohaterem" jest tu plazmodium – ameboidalna komórka, która pełza po podłożu. Żyje swoim indywidualnym, jednokomórkowym życiem. Niczym miniaturowy łowca-zbieracz lub sprytny detektyw, poszukuje i pochłania bakterie, drożdże i inne mikroorganizmy, będące jej pożywieniem. Plazmodium potrafi powoli się przemieszczać, choć niewidoczne jest to dla ludzkiego oka, co jest świadectwem niesamowitych zdolności adaptacyjnych tych organizmów. To właśnie ten ruch sprawia, że śluzowce fascynują naukowców badających logikę i inteligencję w przyrodzie.

W jaki sposób śluzowce, mimo braku mózgu czy układu nerwowego, potrafią znaleźć najkrótszą drogę w labiryncie, jest jednym z najbardziej fascynujących zagadnień w biologii i informatyce. Tak, prowadzono i nadal prowadzi się bardzo intensywne badania nad tym zjawiskiem, głównie na gatunku strzępek wielogłowy (Physarum polycephalum). Najbardziej znane i spektakularne eksperymenty, które zapoczątkowały szerokie zainteresowanie "inteligencją" śluzowców, przeprowadził japoński naukowiec Toshiyuki Nakagaki i jego zespół na początku XXI wieku. Oto, jak to wyglądało. Na płytce agarowej tworzono labirynt (np. w kształcie litery "U" lub bardziej złożonych ścieżek). W jednym punkcie labiryntu umieszczano plazmodium Physarum polycephalum, a w drugim (na "wyjściu" z labiryntu) źródło pożywienia, np. płatki owsiane. Śluzowiec zaczynał się rozprzestrzeniać, tworząc sieć przypominającą rurki. Początkowo eksplorował wiele możliwych ścieżek w labiryncie. Po pewnym czasie, zwykle w ciągu kilku godzin, śluzowiec stopniowo wycofywał się z dłuższych i ślepych zaułków, pozostawiając zagęszczone i zoptymalizowane "rurki" cytoplazmatyczne tylko na najkrótszej ścieżce łączącej źródło pokarmu z punktem startowym.

Wyniki były zdumiewające: organizm bez mózgu rozwiązywał problem, który dla człowieka wymaga logicznego myślenia. Mechanizm tego "rozwiązywania labiryntu" opiera się na prostych, lokalnych zasadach i dynamicznej optymalizacji sieci, a nie na centralnym "myśleniu". Plazmodium rozszerza się i tworzy sieć rurek cytoplazmatycznych, które eksplorują wszystkie dostępne ścieżki. To trochę jak burza mózgów, gdzie generowane są wszystkie możliwe rozwiązania. W rurkach plazmodium występuje rytmiczny przepływ cytoplazmy (tzw. strumień protoplazmatyczny), który zmienia kierunek co kilkadziesiąt sekund. Gdy plazmodium napotka źródło pożywienia, sygnały (np. cząsteczki chemiczne) rozprzestrzeniają się w sieci, wpływając na lokalne właściwości rurek. Rurki, przez które płynie więcej cytoplazmy (bo prowadzą do źródła pożywienia lub są częścią krótszej drogi, a więc mają mniejszy opór), stają się grubsze i bardziej przepustowe. Dzieje się tak dzięki mechanizmom regulacji skurczów białek w ścianach rurek oraz osadzaniu się dodatkowych materiałów. Z kolei rurki, które nie prowadzą do pokarmu, lub te, które są częścią dłuższych dróg (a więc przepływ przez nie jest mniejszy i napotykają większy opór), stopniowo się zwężają i zanikają. To swego rodzaju "zapominanie" nieefektywnych rozwiązań. Kluczem jest tu system pozytywnego sprzężenia zwrotnego. Efektywne rurki stają się szersze, co zmniejsza opór i zwiększa przepływ, co z kolei jeszcze bardziej je wzmacnia. Nieefektywne rurki zanikają, co eliminuje niepotrzebne połączenia. Ostatecznie, sieć stabilizuje się na najbardziej efektywnej, czyli najkrótszej, ścieżce.

Niektóre badania sugerują również, że śluzowce wydzielają na swojej drodze śluz, który może działać jako forma zewnętrznej pamięci przestrzennej, sygnalizując miejsca, które zostały już zbadane. To pozwala im unikać ponownego wchodzenia w te same obszary. Badania nad Physarum polycephalum mają ogromne znaczenie, nie tylko dla biologii, ale także dla dziedzin takich jak informatyka i inżynieria. Zdolność śluzowców do znajdowania optymalnych rozwiązań zainspirowała rozwój algorytmów komputerowych, które naśladują ich zachowanie. Algorytmy "Physarum-like" są używane do rozwiązywania złożonych problemów, takich jak projektowanie sieci transportowych, logistyka, a nawet rozwój sztucznych sieci neuronowych. Modele matematyczne oparte na dynamice przepływu cytoplazmy w plazmodium pomagają zrozumieć, jak tworzą się i optymalizują złożone sieci (np. internet, sieci energetyczne). Badania te rzucają światło na to, jak złożone zachowania i zdolność do rozwiązywania problemów mogą wyłaniać się z prostych, zdecentralizowanych interakcji na poziomie komórkowym, bez potrzeby istnienia mózgu.

To niesamowite, jak prosty organizm, będący w pewnym sensie żywym reliktem ewolucji, może pokazać nam tak zaawansowane "strategie" rozwiązywania problemów. I to wszystko dzieje się pod naszym okiem, w zapuszczonych lasach i laskach.

Śluzowce, w tym nasz rulik nadrzewny, nie są ani grzybami, ani roślinami, ani zwierzętami, choć przez długi czas klasyfikowano je razem z grzybami. Stanowią one osobną linię ewolucyjną protistów, która jest niezwykle zróżnicowana i obejmuje organizmy jednokomórkowe i proste wielokomórkowe.

Co czyni śluzowce tak intrygującymi w kontekście ewolucji? Ich cykl życiowy, z dominującym stadium plazmodium – jednokomórkowej, aczkolwiek wielojądrowej masy bez sztywnych ścian komórkowych – jest w pewnym sensie ewolucyjnym reliktem. Przypomina on hipotetyczne stadia przejściowe, gdy życie na Ziemi ewoluowało od prostych form jednokomórkowych do złożonych organizmów wielokomórkowych. Plazmodium, z jego ameboidalnym ruchem i zdolnością do tworzenia owocników w odpowiedzi na zmiany środowiskowe, to jakby żywe laboratorium ewolucji, pokazujące, jak organizmy mogły eksperymentować z formami i funkcjami, zanim utrwaliły się bardziej złożone struktury. Śluzowce, z ich niezwykłą prostotą i jednocześnie zaskakującą złożonością behawioralną (na przykład w znajdowaniu najkrótszych dróg w labiryncie), dają nam unikalne spojrzenie na wczesne etapy rozwoju życia na Ziemi. Są żywym świadectwem ewolucyjnych prób i błędów, które doprowadziły do powstania ogromnej różnorodności form życia, które znamy dzisiaj.

Następnym razem, gdy spacerując po lesie, natkniecie się na te niepozorne, perłowe kuleczki, pamiętajcie, że macie przed sobą nie tylko uroczy element leśnego krajobrazu, ale także kawałek historii ewolucji. Prawda, że to fascynujące?

Śluzowce, naukowo określane jako Mycetozoa (czasem także Myxomycetes), to grupa organizmów, która przez wieki sprawiała naukowcom mnóstwo kłopotów z klasyfikacją. Dawniej wrzucano je do worka z grzybami, potem do zwierząt, a nawet roślin! Dziś wiemy, że stanowią one odrębną, choć niejednorodną, linię ewolucyjną w obrębie protistów (obecnie często klasyfikowanych w supergrupie Amoebozoa, w podtypie Conosa), czyli eukariotów, które nie pasują ani do zwierząt, ani do roślin, ani do grzybów. Jest to prawdziwa "szuflada" dla ewolucyjnych dziwadeł, a śluzowce są jednymi z jej najjaśniejszych klejnotów.

Biologia śluzowców jest równie nietypowa, co ich pozycja systematyczna. Ich cykl życiowy jest dwufazowy i obejmuje dwa główne stadia: plazmodium (śluźnia) i sporangia (zarodnie). Plazmodium (śluźnia) to najbardziej charakterystyczna faza śluzowców właściwych. Jest to wielojądrowa masa protoplazmy, która nie jest podzielona na pojedyncze komórki. Wyobraź sobie gigantyczną amebę, która może rozrastać się do zaskakujących rozmiarów – od kilku milimetrów do nawet metra kwadratowego! Plazmodium pełza po podłożu za pomocą nibynóżek, wydzielając śluzowatą warstwę. Ruch ten jest bardzo powolny (rzędu milimetrów na godzinę), ale niezwykle precyzyjny. Plazmodium to prawie drapieżnik. Odżywia się w procesie fagocytozy, otaczając i pochłaniając bakterie, drożdże, a nawet inne małe organizmy (np. pierwotniaki czy zarodniki grzybów). Potrafi też wydzielać enzymy trawienne na zewnątrz, rozkładając martwą materię organiczną.

Mimo braku układu nerwowego, plazmodium wykazuje zdumiewającą "inteligencję". Reaguje na bodźce takie jak: chemotaksja (ruch w kierunku lub od substancji chemicznych, np. pokarmu lub toksyn), fototaksja (ruch w kierunku lub od światła, większość gatunków unika światła podczas fazy wzrostu, ale szuka go do rozsiewania zarodników), termotaksja (reakcja na zmiany temperatury) i thigmotaksja (reakcja na dotyk). 

W obliczu niesprzyjających warunków (susza, brak pożywienia), plazmodium może przekształcić się w formy przetrwalnikowe, takie jak sklerocjum – twardą, spoczynkową masę, która może przetrwać długie okresy i "ożyć" po powrocie sprzyjających warunków. Gdy warunki środowiskowe stają się trudne (np. wyczerpuje się pokarm, następuje wysuszenie), plazmodium przestaje się odżywiać i migruje w miejsca, gdzie może efektywnie rozsiewać zarodniki (często są to miejsca wyżej położone i jaśniejsze). Wtedy formuje struktury rozrodcze, zwane owocnikami (lub zarodniami/sporangiami). Są one bardzo zróżnicowane morfologicznie, co ma kluczowe znaczenie w identyfikacji gatunków:
  • Sporangia właściwe: pojedyncze zarodnie, często osadzone na trzonkach (jak np. u rulika nadrzewnego).
  • Aetalium (zrosłozarodnia): zlane ze sobą zarodnie, tworzące jednolitą masę (jak np. u wykwitu piankowatego, Fuligo septica).
  • Plazmodiokarpium: plazmodium przekształca się w siatkowate lub rozgałęzione struktury, w których powstają zarodniki.
Wewnątrz owocników dochodzi do mejozy, w wyniku której powstają haploidalne zarodniki. Zarodniki są lekkie i posiadają odporne ściany komórkowe, dzięki czemu mogą być przenoszone przez wiatr, wodę, a nawet zwierzęta na duże odległości, co zapewnia szeroką dyspersję gatunku. Gdy zarodniki znajdą się w sprzyjających warunkach (wilgoć), kiełkują, uwalniając haploidalne komórki ameboidalne (pełzaki) lub wiciowce (pływki), zdolne do ruchu. Te ruchliwe komórki mogą się odżywiać i rozmnażać przez podział.

W pewnym momencie dwie haploidalne komórki (pełzaki lub pływki) tego samego gatunku, ale różniące się genetycznie (co jest ważne dla różnorodności genetycznej), łączą się (plazmogamia i kariogamia), tworząc diploidalną zygotę. Zygota ta następnie rozwija się, przekształcając w nowe plazmodium, zamykając cykl życiowy.

Filogeneza, czyli badanie historii ewolucyjnej organizmów, śluzowców jest polem intensywnych badań i dyskusji. Długo były one klasyfikowane z grzybami, ze względu na podobieństwo w produkcji zarodników. Jednak badania molekularne i mikroskopowe wykazały, że jest to zbieżność ewolucyjna, a nie pokrewieństwo. Ich sposób odżywiania (fagocytoza) i ruch (pełzanie) są typowe dla pierwotniaków. Obecnie śluzowce właściwe (Myxomycetes/Myxomycota) są umieszczane w supergrupie Amoebozoa, razem z innymi amebami. Uważa się, że Amoebozoa rozeszły się bardzo wcześnie na drzewie życia eukariotów.

Dlaczego powstały organizmy wielokomórkowe, np. przez pośrednie stadium kolonii? Pisałem już wcześniej na blogu  o obronie przed zjadaniem (dużego nikt nie połknie), a śluzowce wskazują jeszcze na jeden mechanizm – rozmnażanie w reakcji na trudne warunki środowiska. Niczym ptaki zbierające się w kolonie lęgowe lub jelenie zbierające się na rykowiskach.

Unikalny cykl życiowy śluzowców z plazmodium – wielojądrową, nagą protoplazmą – jest uważany za pierwotną formę organizacji eukariotycznej, która pojawiła się bardzo wcześnie w historii życia. Kiedy na Ziemi zaczęły powstawać organizmy wielokomórkowe, ewolucja "testowała" różne strategie. Śluzowce, z ich plazmodium, oferują nam wgląd w jedną z tych "prób". Zamiast dzielić się na oddzielne, wyspecjalizowane komórki, które tworzą tkanki i organy (jak u zwierząt i roślin), śluzowce rozwinęły komórczakowatość (nie one jedne w świecie organizmów żywych) – stan, w którym wiele jąder funkcjonuje w jednej, ogromnej masie cytoplazmy. To strategia efektywna w poszukiwaniu pokarmu i rozrastaniu się, ale z ograniczonym potencjałem do złożoności i specjalizacji. Komórczakowatość to jakaś forma przezwyciężenie bariery wielkości, bo jeśli komórka z jądrem rośnie, to jak efektywnie do cytoplazmy (coraz większej) docierać ma mRNA? Jak ma zachodzić ekspresja genów w łączności z tym co w cytoplazmie zachodzi? Zbyt długie ścieżki dostaw. Komórczakowatość to rodzaj kompartymentacji, dzielenie się na mniejsze elementy bez podziału komórkowego, bez zakładania błon komórkowych czy ścian komórkowych.

Choć śluzowce nie ewoluowały w kierunku złożonych organizmów tkankowych, ich sukces w postaci około 1000 opisanych gatunków i kosmopolitycznego występowania świadczy o ich doskonałym przystosowaniu do niszy ekologicznej, którą zajmują. Są żywym przykładem alternatywnych dróg ewolucji i przypominają nam, jak różnorodne i pomysłowe potrafi być życie na Ziemi. Ich istnienie to świadectwo, że ewolucja nie zawsze zmierza do tworzenia coraz bardziej skomplikowanych struktur, ale także optymalizuje proste, ale skuteczne rozwiązania, które przetrwały miliony lat. A jednocześnie pokazują, że życie biologiczne wiele razy na różne sposoby dążyło do wytworzenia organizmów wielokomórkowych. czy to bardziej proces niż przypadek. 

Idź na spacer do zapuszczonego las a spotkasz tam wiele tajemnic i niesamowitości. I wcale nie musi być to mleko wampirów, czyli istot demonicznych.


28.05.2025

Ścierwiec na leśnej ścieżce w rezerwacie

 

Entomolodzy już tak mają, że w czasie spacerów i wędrówek uważniej patrzą pod nogi. Wypatrują małych istot, które innym ludziom nie wpadają raczej w oko. Najwięcej widać na pozbawionych roślinności ścieżkach. Przeczesywanie siatką entomologiczną roślinności tego dnia owocowało dużą ilością kleszczy. Czekały tam nie tylko na nas. 

Po co są ćwiczenia terenowe dla studentów biologii? To czas doświadczania, obserwowania i poznawania przyrody w miejscu jest występowania. W laboratorium są już tylko wyizolowane próbki, z możliwością dokładnego obserwowania pod binokularem czy mikroskopem. A na ćwiczeniach terenowych chcemy zobaczyć organizmy (grzyby, rośliny, zwierzęta) w ich środowisku, by łączyć budowę, cykl życiowy z kontekstem środowiskowych. Nigdy nie wiemy co spotkamy, stad trudniej zaplanować takie zajęcia. Trzeba otworzyć się na improwizację i na nieznane. 

Ścierwce ze zdjęcia wyżej spotkaliśmy w czasie ćwiczeń terenowych na leśnej ścieżce w Rezerwacie geomorfologicznych U źródeł Rzeki Łyny. Coś pewnie zginłęó pod kołami pojazdu. Bo wiele zwierząt w taki sposób ginie. I pojawiły się one, ścierwce, widać sześć dorosłych chrząszczy, w tym dwie pary w trakcie kopulacji i dwie larwy, jedna w środku, druga z prawej strony, niezbyt wyraźna. Na ćwiczeniach terenowych trzeba patrzeć pod nogi. Jeden ze studentów rozglądał się za polujących pieszo na drodze gąsienicznikach. Te owady wola pieszo patrolować i szukać swoich ofiar niż latać w powietrzu.

Wśród niezliczonych mieszkańców lasów wszelakich, często niedoceniane, a wręcz budzące niechęć ze względu na swoje upodobania, są chrząszcze (owady z rodziny omarlicowatych (Silphidae). Jednym z ciekawszych przedstawicieli jest ścierwiec (Oiceoptoma thoracicum syn. Silpha thoracica), mały, lecz niezwykle ważny chrząszcz, który w naturalny sposób dba o czystość i równowagę w lesie. Nie robi tego celowo, po prostu zjada to, co lubi. Jest nekrofagiem i koprofagiem. Ale skutek dla nas i dla ekosystemu jest jak najbardziej pozytywny.

Ścierwiec to gatunek pospolity w całej Europie, w tym oczywiście w Polsce. Inne jego nazwy zwyczajowe to liszkojad czerwonotarcz, omarlica tarczowata. Ścierwiec - bo można go spotkać na padlinie czyli ścierwie. Liszkojad - bo zjada także i inne owady, znajdujące się na padlinie. Na przykład larwy much, które stanowią konkurencję pokarmową dla dorosłych i larw ścierwca. A czerwonotarcz - bo tarczka sklerytowa na pierwszym segmencie tułowi jest krwiście czerwona, niczym kawałek świeżego  lub gnijącego mięsa. Z kolei nazwa "omarlica" nawiązuje do całej rodziny i wskazuje na padlinę tylko w bardziej poetycki sposób, coś umarłego, obumarłego. Ścierwca można  spotkać w różnorodnych siedliskach leśnych – zarówno w borach iglastych, jak i lasach liściastych czy mieszanych. Preferuje miejsca wilgotne, zacienione, gdzie łatwiej o jego główne źródło pożywienia. Nie ogranicza się jednak wyłącznie do lasów, ścierwca można spotkać także w parkach, na polach, a nawet w ogrodach, wszędzie tam, gdzie znajdzie się odpowiednia materia organiczna do rozkładu. Jego obecność często sygnalizuje, że w pobliżu znajduje się padlina, którą chrząszcz wyczuwa z dużej odległości dzięki bardzo rozwiniętemu węchowi.

Dieta ścierwca, zarówno dorosłych osobników, jak i larw, jest dość specyficzna i skupiona wokół padliny. Oiceoptoma thoracicum jest nekrofagiem, co oznacza, że żywi się martwymi zwierzętami – od drobnych owadów, przez ptaki, po niewielkie ssaki. Dzięki temu odgrywa kluczową rolę w procesach dekompozycji materii organicznej (recyklingu) w przyrodzie. Poza padliną, ścierwiec może również wzbogacać swoją dietę o odchody innych zwierząt oraz rozkładające się szczątki roślinne, choć w mniejszym stopniu niż padlinę. Szczególnym upodobaniem cieszą stare, rozkładające się grzyby a zwłaszcza jeden gatunek, zapachem bardzo przypominający padlinę. Mam na mysli sromotnika cuchnącego dawniej zwanego sromotnikiem bezwstydnym. Ten niezwykle wyglądający grzyb (dojrzały owocnik kształtem przypomina prącie ludzkie) wydziela słodkawy zapach podobny do padliny. W lesie wyczuwamy go z daleka ale najczęściej nie widzimy, Zwabione zapachem ścierwce pojawiają się na owocnika sromotnika cuchnącego i w ten sposób  przyczyniają  się do rozsiewania zarodników tych grzybów.

Rola ścierwca w ekosystemie leśnym jest absolutnie nieoceniona i zasługuje na miano prawdziwego sanitariusza lasu. Jego działania można podsumować w kilku punktach. Po pierwsze usuwanie padliny. Szybkie usunięcie i rozłożenie martwych zwierząt zapobiega rozprzestrzenianiu się chorób i nieprzyjemnych zapachów w lesie. Bez takich organizmów, jak ścierwce, lasy byłyby zaśmiecone rozkładającą się materią. Po drugie obieg materii organiczne czyli popularnie rzecz ujmując recykling składników odżywczych: Ścierwiec, konsumując padlinę, przyspiesza rozkład białek, tłuszczów i innych związków organicznych. Dzięki temu cenne składniki odżywcze wracają do gleby i są ponownie dostępne dla roślin. To kluczowy element obiegu materii w przyrodzie. Po trzecie ścierwce maja wpływ na populacje much, konkurując z larwami much o padlinę i polując na nie, ścierwce w pewnym stopniu regulują ich populacje. W ten sposób wpływa na dynamikę troficzną w ekosystemie. I w końcu można je uznać za wskaźnik zdrowia ekosystemu: Obecność ścierwców jest często dobrym wskaźnikiem zdrowego, funkcjonującego ekosystemu leśnego, w którym zachodzą naturalne procesy rozkładu.

Ścierwiec (Oiceoptoma thoracicum) to dobry przykład na to, jak nawet pozornie nieatrakcyjne czy "odpychające" stworzenia pełnią niezastąpione funkcje w przyrodzie, dbając o jej równowagę i czystość. Następnym razem, gdy spacerując po lesie, natkniesz się na tego chrząszcza, pamiętaj o jego niezmiernie ważnej roli! zatrzymaj się, poobserwuj i nie wyrządzaj mu krzywdy.


Studenci biologii na ćwiczeniach terenowych. Coraz częściej, zamiast zbierać do fiolek z płynem konserwującym owady, stosuje się metody dokumentacji nieinwazyjnej, czyli robienie zdjęć. Zwierzę zostaje całe w swoim środowisku. Uważny obserwator zauważy położaną małą latareczkę, która podświetla fotografowane ścierwce.