12.04.2023

Dzikie tulipany w Elblągu

Stanowisko leśnych tulipanów w Elblągu

Niedługo zakwitną dzikie, leśne tulipany. Nie jestem botanikiem lecz mimochodem stałem się kolekcjonerem stanowisk tej rośliny. Trudno odróżnić niedawne nasadzenia od tych dawnych i utrzymujących się naturalnie. Dlatego warto zbierać wszystkie stanowiska. Może kiedyś jakiś botanik zajmie się tym kompleksowo, uzupełniając o badania genetyczne? Interesujący jest także przepis na sok z leśnych tulipanów. Jakie miał właściwości? Czy tylko smakowo-zapachowe czy może też jakieś lecznicze? Same rośliny zawierają trującą tulipinę. Ale w kwiatach jej nie ma. Może uda się wykorzystać stary przepis do wykreowania unikalnego, regionalnego deseru? Potrzebna byłaby współpraca z cukiernikami i kucharzami. A jeśli potrzebujesz pomysłu na ukierunkowane przyrodniczo poszukiwania turystyczne, to może skusi cię tajemnica leśnych tulipanów?

Do wcześniej udokumentowanych stanowisk dołączy i to z Elbląga: 

"Dowiedziałam się od koleżanki, że zbierał Pan informacje o stanowiskach dzikich tulipanów. Mamy takie na naszej działce w Elblągu na skraju wysoczyzny. Stanowisko ma około 9m długości i 4,5 m szerokości. Znajduje się na skarpie pod starymi klonami. Działka jest naszą własnością od 25 lat , wcześniej na tym terenie były hodowane owce. Przez lata teren sąsiedni, kiedyś pól uprawnych, zamienił się w osiedle domów jednorodzinnych. Tulipany tu są od dziesięcioleci i mają się nadal bardzo dobrze. Właśnie przygotowują się do kwitnienia :) W załączeniu zdjęcia, które dziś zrobiliśmy i dwa z zeszłego roku.Oznaczyliśmy na mapie, w pobliżu 54°13'03.4"N 19°23'34.2"E http://maps.google.com/maps?q=Miejsce+zaparkowania@54.217597,19.392833
Pozdrawiamy serdecznie. Ewa i Jacek Pietrzak"



6.04.2023

Czy i dlaczego nie zdałbym teraz matury z biologii

Początek tak zwanej "wiązki" pytań z materiałów CKE. Jedno przykładowe pytanie niżej opisane.

Sprawdzanie wiedzy nie jest łatwe. Zwłaszcza jeśli chcemy sprawdzić rozumowanie a nie zwykłą, encyklopedyczną znajomość informacji/faktów. Jeśli co roku sprawdza się taką samą wiedzę w kolejnych rocznikach uczniów, to trzeba za każdym razem układać inne pytania lub inaczej je formułować. By sprawdzać wiedzę a nie wykucie na pamięć odpowiedzi z pytań z poprzednich sezonów egzaminacyjnych. Odpowiedzi ustne czy pisemne otwarte lepiej sprawdzałyby wiedzę i rozumienie lecz trudniej się je sprawdza i jeszcze trudniej standaryzuje. Żeby wszystkich ocenić tak samo a sprawdzających i wysłuchujących jest tak bardzo wielu. I każdy inny. Pytania testowe są łatwiejsze do szybkiego sprawdzania i do standaryzacji. Klucz odpowiedzi jest jasny i łatwy do zastosowania. Tyle, że przy układaniu coraz to nowych pytań testowych mogą pojawiać się ewidentne buble. Zwłaszcza jeśli szuka się oszczędności. 

Dlaczego o tym piszę. Bo czasem spotykam się z różnymi pytaniami, które nie sprawdzają tego, co by chciały deklaratywnie sprawdzać. Kilka dni temu w grupie nauczycielskiej na Facebooku jedna z nauczycielek zamieściła pytanie z prośbą o poradę jak je interpretować. Moim zdaniem pytanie było błędnie sformułowane bo możliwe były różne poprawne odpowiedzi. A klucz odpowiedzi wskazywał tylko na jedną. Dlaczego nauczyciele na takich pytaniach trenują-przygotowują uczniów do matury? Uczą tylko szukania klucza odpowiedzi a nie myślenia. W toku dyskusji otrzymałem więcej tego typu przykładów z wydrukowanego i rozpowszechnianego zbioru pytań testowych. Łatwiej kupić i wykorzystywać gotowe niż samemu godzinami wymyślać przykładowe pytania. Stąd te nieżyciowe i nieprecyzyjne przykłady? Potem odesłano mnie do pytań opracowywanych przez Centralną Komisję Egzaminacyjną (biologia). Bo nauczyciele czy edukatorzy wzorują się na tych z CKE (i poprzednich matur). Wybrałem losowe pytanie... i zbaraniałem. Nie zdałbym z marszu takiej matury. Co więcej sposób sformułowania pytania jest wadliwy i błędny metodycznie. Dlatego postanowiłem jeden przykład przedstawić dokładniej.

Bo jeśli profesor uczelniany, biolog z ponad 30 letnim stażem pracy badawczej i wykładowej nie potrafi poprawnie odpowiedzieć, to co to znaczy? Że pewne fragmenty wiedzy ogólnej ulegają zapomnieniu, na skutek specjalizacji? A może z tą maturą coś jest nie tak i ze sprawdzaniem wiedzy? Może zbyt dużo tam wiedzy na 3 Z: zakuć, zaliczyć, zapomnieć.

Ale do rzeczy. Pytanie jest wyżej, a w zasadzie wstęp do kilku pytań. Taki opis wraz z rysunkiem sugeruje, że pytanie jest analityczne. Że po zapoznaniu się z tekstem i rysunkiem uczeń będzie rozwiązywał jakiś problem a pytania sprawdzą jego sposób analizy i rozumowania. O, takie pytania powinny być na maturze. Jak postaram się wykazać to tylko atrapa. Uczeń, który będzie czytał, straci tylko czas. Lepiej zrobi ten, kto nie będzie czytał tylko przejdzie do odpowiedzi. Zyska na czasie i nie będzie próbował wykorzystywać zawartych tam informacji, bo w zasadzie nie wiążą się z pytaniami. Tylko rysunek. Nazwa barwników (safranina i zieleń świetlista) jest w gruncie rzeczy nieistotna. To nadmiarowa informacja ale nie traktuję jej jako wadliwej. Ta nadmiarowość jest w stylu "dlaczego sułtan nosi zielone szelki? By mu spodnie nie opadły". Kolor szelek nie ma znaczenia. Zazwyczaj w życiu codziennym dostajemy nadmiar informacji i musimy się nauczyć selekcjonować docierające informacje. Odróżniać te istotne od tych nieistotnych. To w jakimś stopniu sprawdzanie umiejętności myślenia. I byłoby warte pochwalenia. 

Po drugie rzeczywisty preparat. Wydaje się atutem. Tyle, że należałoby wybrać taki charakterystyczny. Rzeczywiste preparaty zawierają mniej informacji od schematów, zwłaszcza tych podręcznikowych. Ich analiza wymaga dużej umiejętności, tak jak ze zdjęciami rentgenowskimi. Naukowiec by wyciągnąć wniosek analizuje co najmniej kilka różnych preparatów, kilka różnych ujęć. Jeden to za mało. W tym zadaniu testowym (egzaminacyjnym) akurat nie jest to dobrze wybrany preparat. Jak widać wzięty z Wikipedii. Chyba państwową instytucję stać na wyszukanie i ewentualne zakupienie praw do dobrego dydaktycznie preparatu? Tak, by wybrać preparat z odpowiednią ilością informacji tam zawartych. 

Co ten preparat ma sprawdzać? Czy uczeń w szkole oglądał preparaty mikroskopowe? Ambitne. Ale jeśli oglądał akurat innej rośliny niż kukurydzy? To będzie w jego pamięci inny obraz, inne ułożenie tkanek roślinnych. Może nawet jego doświadczanie z mikroskopowaniem będzie kulą u nogi, utrudniającą poprawne rozwiązanie. Bo trudniej będzie wstrzelić się w klucz odpowiedzi.

Co widać na grafice? Przekrój poprzeczny a więc widać tylko bardzo mały fragment istotnych cech, o które potem pytają zdającego. Co widać? Kolorowy obraz, jedne komórki (w przekroju) są większe inne mniejsze. Gdzieniegdzie wydaje się że ściana komórkowa jest grubsza, gdzieniegdzie cieńsza. Nie wszystkie chyba komórki się wybarwiły. W sumie przydałoby się większe powiększenie by wyraźniej zobaczyć niektóre istotne szczegóły. Ilustracji się nie powiększy. To nie mikroskop. Niestety. Więc tak na prawdę nie sprawdza umiejętności techniki mikroskopowania. Może przypomina kolory zaznaczane w podręcznikach i na tej podstawie uczeń zgadnie?

Pytanie w opracowaniu CKE z podaniem wymagań z podstawy programowej, zasad oceniania i kluczem odpowiedzi.

Pytanie pierwsze (7-1), nawiązujące do wyżej zamieszczonego opisu tkanki. Teoretycznie ma sprawdzać czy zdający egzamin uczeń rozpoznaje tkanki roślinne i co ważne sprawdza "myślenie naukowe, w tym wnioskowania w oparciu o wyniki badań". Ambitnie i godne wsparcia. Tylko czy to pytanie rzeczywiście to sprawdza? Mam poważne wątpliwości. Użyte w pytaniu nazwy "człon naczynia, człon rurki sitowej" są używane różnych podręcznikach akademickich lecz pojawiają się w szerszym kontekście. Proszę sprawdzić np. na  Wikipedii hasło rurki sitowe "Rurka sitowa to pojedynczy ciąg członów - ma postać wydłużonych komórek ułożonych jedna na drugiej". Niby to samo pojęcie "człony", tyle tylko, że tam jest w zdaniu z komórkami i wspominany jest ich kształt, a tu w pytaniu tylko wyrwane z kontekstu słowo. I nie ma związku ani z grafiką ani z zamieszczonym we wstępie tekstem. Uczeń ma rozpoznać mało charakterystyczny rysunek tkanki roślinnej, wybarwionej.  Jeśli jest tylko przekrój poprzeczny to jak rozpoznać włókno sklerenchynatyczne? Po grubości ściany komórkowej? Po wielkości przekroju? Ale jak odróżnić wtedy komórkę miękiszu od innych komórek, gdy nie widać innych istotnych cech? Sprawdza się pamięć ucznia do różnych ilustracji z podręcznika oraz źródeł poza podręcznikowych? Gdzie tu jest sprawdzanie myślenia analitycznego czy rozumowania naukowego? Może pamięta kolory użyte na ilustracjach? Kolory, np. czerwony wynika z użytych barwników i potem powielania takich obrazów w większości podręczników. 

Co jest zadaniem zdającego? Rozpoznać na rysunku odpowiednie tkanki roślinne. Niestety nie da się tego wywnioskować z zamieszczonego rysunku (zdjęcia). Nie dość, że nie widać bardzo istotnych cech komórek z tych tkanek (a więc jeśli odpowie to z tego, co wie a nie z wnioskowania z rysunku i analizowania różnych informacji). Dlaczego? Bo naukowiec używa barwnika, żeby odszukać (zaznaczyć na preparacie) konkretne elementy. Czyli wie z czym łączy się konkretny barwnik i wtedy tych elementów szuka na preparacie. Jeśli wie, że sklerenchyma zabarwia się na taki a taki kolor lub lignina, to na preparacie będzie mógł wskazać gdzie to jest. I na tej podstawie wnioskować, gdzie są ściany komórkowe naczyń a gdzie ściany komórkowe rurek sitowych a gdzie komórki miękiszowe. Tu zadanie postawione  jest na głowie: ma z kształtu preparatu zgadnąć co zabarwione jest kolorem czerwonym a co niebieskim i na tej podstawie odgadnąć jak wybarwia się lignina. Na dodatek na preparacie nie widać gdzie są żywe komórki a gdzie tylko ściany komórkowe, bo nie widać wnętrza komórek i cytoplazmy. Niby jest jakieś zadanie na wnioskowanie. Ale jest to zadanie na kombinowanie a nie myślenie analityczne. Atrapa, która na pierwszy rzut oka wygląda dobrze, ale po bliższym przyjrzeniu okazuje się czymś wadliwym.


Pytanie drugie (7.2) ma sprawdzać czy uczeń wie o grubości ściany komórkowej (notabene na rysunku różnice w grubości są trudne do zauważenia, bardziej kolor niż grubość jest widoczna przy takim powiększeniu preparatu - do takich pytań wybrano zły preparat). Niżej prawidłowa odpowiedź. Oczywiście o ile porównuje się komórki sitowe z komórkami sklerenchymy. Bo jeśli zaznaczy "grubsze" i "miękiszu" to też zdanie będzie poprawnie. Chyba, że uznamy, że mają to być tylko komórki wiązki przewodzącej i jeśli uczeń porównuje z komórką miękiszową to należy uznać za błąd, bo nie wie z czego składa się wiązka przewodząca. Coś na zasadzie "a mamy cię, popełniłeś błąd i wpadłeś w zastawianą pułapkę". Tego pytania nie uznaję za błędne. Tyle, że nie wiąże się z opisem i ilustracją, zamieszczoną na początku tej "wiązki pytaniowej". Lepiej poradzi sobie uczeń, który nie będzie czytał tekstu obok ilustracji, bo nie zmarnuje niepotrzebnie czasu. Zatem opis przy ilustracja ma służyć do analizy przy odpowiedzi kolejnych pytań czy tylko jest taką pułapką na zmarnowanie czasu?


Nielogiczne jest natomiast to pytanie (7.3):


Odwrócony jest tok myślenia. To na podstawie koloru (bo powinniśmy wiedzieć jakie struktury zabarwia dany barwnik, pisałem o tym wyżej) identyfikujemy rodzaj tkanki. W zadaniu jest na odwrót - z rysunku (w którym brakuje sporo istotnych informacji) ma uczeń odgadnąć rodzaj tkanki i na tej podstawie zidentyfikować kolor. Pozornie wygląda to dobrze, jest jakaś zagadka, coś trzeba z czymś skojarzyć. Tyle tylko, że nie sprawdza to myślenia a zwłaszcza myślenia naukowego. Atrapa, choć na pierwszy rzut oka wygląda poważnie i dobrze. 

Wskazówki z opracowanie CKE: "W wiązce zadań wykorzystano kolor jako informację o składzie ściany komórkowej. Wykonując zadanie 7.1., zdający jedynie rozpoznaje przedstawione na zdjęciu tkanki roślinne. Co ważne, dokonuje tego na podstawie fotografii rzeczywistego preparatu, a nie – uproszczonego schematu. Aby rozwiązać zadanie 7.2., zdający powinien określić cechy budowy rurek sitowych, które pozwalają na ich identyfikację na tym zdjęciu. W zadaniu 7.3., odwołując się do swej wiedzy o składzie ścian drewna i sklerenchymy, zdający powinien wskazać barwę, którą przyjmuje lignina." Wytłuszczenie moje.

Fałszywe jest zdanie  "kolor jako informację o składzie ściany komórkowej”. Są zaznaczone kolory ale nie ma informacji o składzie, to uczeń musi wywnioskować, ale nie z koloru. „W zadaniu 7.3., odwołując się do swej wiedzy o składzie ścian drewna i sklerenchymy, zdający powinien wskazać barwę, którą przyjmuje lignina.” Czyli musi rozpoznać, gdzie są włókna sklerenchymy i taki kolor uznać za wskazujący na ligninę. Czyli odwrotnie niż jest w wyjaśnieniu. 

Rozpoznanie tkanki na podstawie rzeczywistej fotografii kukurydzy. W rzeczywistych zdjęcia problemem jest to, że widać mniej niż na schematach w podręcznikach, bo mniej jest informacji. Dla naukowca ważną informacją byłoby to, co barwią barwniki, a więc informacja co zabarwiło się na czerwono, co na niebiesko. I po kolorach rozpoznaje tkanki. Lecz nie odwrotnie! A w zadaniu mamy na odwrót – rozpoznać z kształtu tkankę i na tej podstawie skojarzyć barwę z ligniną. Była próba przybliżenia procesu naukowego, badawczego i wnioskowania, ale wyszło karykaturalnie i nieprawdziwie. Jest zagadka ale nie sprawdza procesu myślenia. Po to używamy barwienia by wiedząc co zabarwia, odszukać te struktury w preparacie. I tak mógłby wyglądać opis przy ilustracji. Wtedy nawet przy braku dodatkowych informacji, np. z przekroju podłużnego, ukazującego długość komórek, można byłoby wnioskować o położeniu tkanek, wielkości światła komórki w przekroju itp.

Z wyjaśnienia: „zdający powinien określić cechy budowy rurek sitowych, które pozwalają na ich identyfikację na tym zdjęciu.” Jakie są cechy komórek sitowych i czy je widać na preparacie w przekroju poprzecznym? Nie widać, ani kształtu ani inny istotnych cech. Opis z Wikipedii "Rurki sitowe– żywe komórki przewodzące, szybko transportujące składniki pokarmowe, stanowiące jeden z elementów łyka okrytonasiennych. Rurka sitowa to pojedynczy ciąg członów - ma postać wydłużonych komórek ułożonych jedna na drugiej, rozdzielonych polami (płytkami) sitowymi znajdującymi się na poprzecznych ścianach. Przechodzą przez nie grube pasma cytoplazmy (grubsze niż plazmodesmy). Pory sit wyścielone są kalozą, której warstwa w rurkach funkcjonujących jest cienka, natomiast w rurkach, które przestają funkcjonować kaloza całkowicie zamyka pory pól sitowych. U okrytonasiennych występują dwa rodzaje pól sitowych - z większymi porami w sitach łączących dwa człony tej samej rurki i z mniejszymi porami w ścianach kontaktujących się z innymi komórkami, np. członami innej rurki sitowej lub z komórkami miękiszowymi." Wytłuściłem te cechy, których nie można zobaczyć na preparacie. Trzeba je pamiętać. A wtedy pytanie sprawdza li tylko wyłącznie wiedzę pamięciową. A udaje, że niby jest analityczne. Taka dydaktyczna mimikra.

Cele zadania sprawdzającego, opisane w wyjaśnieniach CKE, sformułowane są sensowne, właściwe. Cele są dobrze postawione ale sformułowane pytania nie sprawdzają ani naukowego myślenia i wnioskowania, ani rozumienia struktury i funkcji tkanek roślinnych. Są metodycznie źle przygotowane, pozorują tylko "wysoki poziom", sprawdzają losowość (trafianie na chybił trafił), sprawdzają zapamiętanie nieistotnych szczegółów. Jeśli pojawia się tak mało danych (informacji), to uczeń powinien mieć możliwość poszukania brakujących mu a potrzebnych danych. Albo w tekście, znajdującym się na arkuszu egzaminacyjnym, albo.... w dostępnych na sali książkach lub w... internecie. Jeśli nie ma wiedzy podstawowej lub nie potrafi analizować i myśleć naukowo, to i tak nie znajdzie. Żeby szukać, trzeba wiedzieć czego się szuka. 

Taki rodzaj przygotowywania testów jak przykładowe pytanie maturalne z biologii, opracowane przez CKE (a nauczyciele trenują uczniów masowo na podobnych), nazwałbym naukową faryzejskością. Skupienie się na szczegółach a nie na sensie, nie na rozumieniu. O szczegóły łatwo pytać, tak jak o brakującego puzzla w układance. Trudniej pytać o sens i trudniej sprawdzać takie zadanie, bo trzeba się zapoznać z argumentacją. To wymaga czasu i wysiłku. Często nie ma jednego uzasadnienia, jednego wyjaśnienia więc poprawne mogą być różne odpowiedzi. I jak przygotować nauczycieli do sprawdzania takich zadań egzaminacyjnych?

Matura sprawdzająca wiedzę pamięciową nie jest nikomu potrzeba. Niczego istotnego nie sprawdza. Dobra może była kiedyś, wiele lat temu. Sprawdzanie zapamiętywania wiadomości? Gdy są dostępne na wyciągniecie ręki z telefonem? Trzeba stanowczo i szybko coś zmienić. I to sensownie a nie jedynie dla pozorowania działań. Teraz, taka matura i masowe przygotowywanie uczniów do egzaminów by trafiali w klucze odpowiedzi, skutkować będzie zabijaniem ciekawości i chęci studiowania kierunków z biologią w programie. W czasach internetu i ChatGPT potrzeba ludzi kreatywnych i myślących a nie pamięciowo odtwórczych. 

źródła:

5.04.2023

Kto stoi w miejscu ten się cofa - intelektualnie

Bardzo stara gra z dołkami i kamyczkami. W pełni analogowa. Jak każda gra wymaga wysiłku umysłowego. A mimo to daje przyjemność. Także dlatego, że ułatwia kontakt z innymi ludźmi. Lubimy się wysilać i męczyć z innymi.


Kto stoi w miejscu ten się cofa. Dlatego potrzebny jest ruch, dosłownie i w przenośni. Sensem biologicznym ruchu jest nieustanne przemieszczanie się, bo pozostawanie w tym samym miejscu dla organizmów żywych (np. gatunków) oznacza śmierć. A rośliny tkwią w jednym miejscu. Zakorzenione i zakotwiczone. Fakt, ale za to nasiona starają się rozrzucać możliwie daleko, wykorzystując do tego siły przyrody (wiatr, wodę, grawitację) oraz zwierzęta. Przyczepiają się do ciała bez zgody zainteresowanych lub wytwarzają specjalne nagrody-atraktanty, np. owoce. Zjedz mnie, a przy okazji zanieś nasiono gdzieś daleko, w nieznane. Dyspersja jest potrzebna gatunkom by przetrwać w dłuższej perspektywie bo środowisko się zmienia. Prędzej czy później ale się zmieni. Na lepsze lub na gorsze. Z kolei zwierzęta ruszają się by zdobyć pokarm lub uciec przed zjedzeniem przez większego drapieżnika. Lub przed pasożytami. Ruszą się z ciekawości i ze strachu. To pierwsze jest poszukiwaniem to drugie ucieczką. Niemniej ciągle ruchem, bez pozostawania w rym samym miejscu.

Człowiek od swego zarania należy do nomadów, nieustannych wędrowców. Czy to w poszukiwaniu pokarmu czy lepszych warunków do życia. Ruch i wysiłek wpisany jest w naszą naturę. A gdy zmieniamy styl życia na mniej ruchliwy, to odbija się to na naszym zdrowiu. Dlatego wymyśliliśmy sport – ruch dla samego ruchu i dla rywalizacji czyli celów społecznych, grupowych. Ruch jest dla nas zdrowiem ale i szansą na przemieszczanie się ciągle do nowych krain i ziem obiecanych.

Ruch wymaga wysiłku, zamęczania. Ale daje nam przyjemność. Wydzielają się endorfiny. Nie mówiąc o korzyściach społecznych (radości przebywania i działania wraz z innymi).

Myślenie jest też związane z wysiłkiem. Zużywa kalorie i powoduje zmęczenie. A mimo to lubimy myśleć i lubimy wysiłek intelektualny, tak samo jak ten fizyczny. Można śmiało napisać, że kto myślami stoi w miejscu ten się cofa. Bo zmienia się środowisko i stajemy się nieprzystosowani oraz bo inni jednak nas wyprzedzają a my zostajemy daleko w tyle. Relatywnie cofamy się. Tak jak ćwiczymy mięśnie by być sprawnym i wytrenowanym, gdy przyjdzie taka potrzeba, tak ćwiczymy szare komórki by były sprawne, gdy zajdzie potrzeba. A ona szybko przychodzi. Szybciej niż byśmy chcieli.

W naszym środowisku intelektualnym też się sporo i nieustannie zmienia, np. inaczej się komunikujemy. By nie stać w miejscu i nie przepaść, trzeba szukać i uczyć się nowego. Mimo że to wysiłek. Pojawiły się nowe sposoby uczenia się, włącznie z komputerami i Internetem. Adaptacja do nowego i uczenie się nowych narzędzi wymaga wysiłku? Tak, mózg pożera dużo energii (nawet do 20%). Ale żeby nie stać w miejscu i się nie cofać, warto spróbować i zabrać głos w dyskusji, wyrazić swoje zdanie, jako komentarz na blogu pod tym tekstem. Nie tylko biernie czytać lecz od razu aktywnie zabrać głos. Nie tylko mamrotać pod nosem lecz i tak, by inni widzieli, słyszeniu, odbierali. Wyraź się. Rusz się fizycznie i intelektualnie. Sprawdź te nowe możliwości.

Jest to poszerzenia i nieco zmieniona wersja felietonu Z Kłobukowej Dziupli 2.0 pisanego dla Wiadomości Uniwersyteckich. Jest próbą hybrydowego połączenia tradycyjnej prasy papierowej z internetową interaktywnością. By tak pisać na marginesie by i inni widzieli. Jest próbą ruchu by nie stać za długo w jednym miejscu. Z ciekawości i w roli intelektualnego zwiadowcy - zobaczyć co będzie za zakrętem, co się stanie gdy tak zrobię. Bez strachu o błędy i potknięcia bo są one nieodzownym elementem poszukiwania i odkrywania. Chcesz dołączyć?

3.04.2023

Dlaczego wypróbowałem wykład hybrydowy?



Do napisania tego tekstu zachęciło mnie wystąpienie Dawida Łasińskiego na marcowym wystąpieniu TEDxPUT o błędach i ciekawości (link do wystąpienia). Padły tam bardzo ważne dla mnie słowa o błędach. Jeśli coś się nie udaje, to nie jest jeszcze klęska. Bo rodzą się pytania, dlaczego coś się nie udało. Rodzi się ciekawość i kolejne pytania "dlaczego".  I jeszcze takie podejście: "Zrobiłem to z ciekawości, co się stanie gdy to zrobię." Ja również wypróbowałem wykład w wersji hybrydowej, by sprawdzić co się stanie, czy potrafię, czego muszę się nauczyć by się udało i co się stanie, w sensie jak odbiorą to studenci. Czy taka forma jest potrzebna, przydatna i czy warto ją udoskonalać?. Zrobiłem. I teraz patrzę na efekty. Z zaciekawieniem. A wam relacjonuję na blogu, wraz z błędami i potknięciami jakich doświadczyłem.

Impulsem do wykładu hybrydowego (na sali w kontakcie z jednoczesnym transmitowaniem online) było spotkanie z nauczycielami właśnie w takiej formie i kłopoty techniczne, które się wtedy pojawiły (jak podłączyć, jak uruchomić i jak uzyskać informacje zwrotną czy słychać). Nie ja byłem organizatorem lecz byłem prelegentem. Uświadomiłem sobie, że trzeba umieć organizować i przeprowadzać wykłady hybrydowe, bo co raz więcej jest takich sytuacji. Wcześniej uczestniczyłem w hybrydowej obronie pracy doktorskiej, gdzie część recenzentów i członków rady dyscypliny uczestniczyło zdalnie. Dla mnie to była nowa sytuacja i zaskakująca, łącznie z moimi trudnościami w poruszaniu się w takiej rzeczywistości. Ostatnią kroplą, która przelała szalę, byli  studenci zaoczni i przesyłane przed zajęciami zwolnienia lekarskie. Zaoczni mają ten sam program, te same efekty kształcenia do osiągniecia a mniej godzin w kontakcie w planie zajęć. A tu jeszcze nieobecności. Odpuścić czy szukać rozwiązania? Technologia pomaga. Znałem Temasy z prowadzenia zajęć online. Już się nauczyłem. Ale hybrydowo? Tego jeszcze nie ćwiczyłem. 

Próba pierwsza. Znana mi sala, znany komputer. Czyli mogłem i przemyślałem wcześniej jak mógłbym to zrobić. Ale przyszedłem prawie godzinę wcześniej by sprawdzić. Chciałem mieć komfort czasowy przy ewentualnych trudnościach technicznych i scenograficznych. I te niezawodnie się pojawiły.

Było kilka niespodzianek. Myślałem (planowałem), że prezentację puszczę na jednym komputerze (dobrze widoczna prezentacja na ekranie), a na swoim laptopie uruchomię MS Teams i tak włączę onlajnowe spotkanie w zespole. Podłączę zewnętrzną kamerę i skieruję ją na ekran (taki też sprzęt przyniosłem ze sobą), Będzie widać ekran i mnie. Dodatkowo można nagrać całość. Pierwsza przymiarka pokazała, że kamera obejmuje zbyt duży fragment i w rezultacie słabo widać samą prezentację oraz pod złym kątem. Na dodatek kamera sama regulowała wysycenie światła, przez co nie było widać odpowiednio dobrze (prześwietlony obraz z ekranu na ścianie). Napisy na prezentacji były słabo widoczne. Zatem efekt był niezadowalający. To może uruchomię Teamsy na komputerze, znajdującym się na sali? I to pojawił się pierwszy duży problem. Jakieś 2-3 tygodnie wcześniej logowałem się na Temasach na tym urządzeniu i nie było problemu. A teraz wyskoczył dziwny komunikat (jak na ilustracji wyżej) - że nie można się zalogować na koncie uczelnianym. Najpierw panika, że się nie da. A potem szukanie rozwiązania. Na komputerze mogę się zalogować ale jako gość. Czyli powrót do laptopa a tam w ustawieniach wygenerowałem link do spotkania. Jak przesłać? Pocztą elektroniczną? Prostsze wydało mi się skopiowanie linku, zapisanie w pliku tekstowym i przeniesienie na pendrive (następnym razem już wszystko sobie wcześniej przygotuję). Udało się. Na służbowym komputerze udostępniłem okno, ale przez to straciłem widok podglądu w Teamsach. Nic nie szkodzi, bo jednocześnie byłem zalogowany na laptopie (zdziwiło mnie że można być jednocześnie zalogowanym z tego samego konta na dwóch urządzeniach). Czyli na jednym monitorze miałem podgląd tego, co rzutnik wyświetlał na ekranie (i studenci obecni na sali) a na laptopie widok tego, co dociera do studentów online, zachowując jednocześnie widok na czat. Tego oczekiwałem i tego potrzebowałem. Mogłem się więc komunikować z studentami nieobecnymi na sali i mieć cały czas podgląd obrazu docierającego online. Udało się. Całość została nagrana a więc jest możliwość asynchronicznego obejrzenia przez tych, którzy ani na sali ani na teamsowym spotkaniu nie byli. I dla mnie, do obejrzenia po spotkaniu by zobaczyć jak to wypadło w odbiorze uczestników. A dla wszystkich forma notatki, by w razie potrzeby odtworzyć sobie wybrane fragmenty. Potencjalna notatka, ale czy to nagranie będzie tak wykorzystywane?

Wniosek 1. To był mój pierwszy raz. Nawet na znajomej sali zdarzają się niemiłe niespodzianki. Przydatny byłby asystent, a jednocześnie reżyser czy technik montażu. Jednej osobie trudno jest skupić się na wykładzie, kontrolować prezentację i kontrolować obraz wychodzący, nagrywający się oraz śledzenia dyskusji na czacie. Znacznie łatwiej byłoby pracować w zespole minimum dwuosobowym. Wtedy jakość na pewno byłaby lepsza.

Dzień później druga próba. Na sali, którą miałem pierwszy raz zobaczyć. Czyli nie wiem co tam będzie. Myślałem, że będzie komputer stacjonarny i powtórzę rozwiązanie. Nic z tego. Mogłem posłużyć się tylko swoim laptopem. A podgląd z drugiego urządzenia? Może zaloguję się na smartfonie? Udało się, ale nie miałem podglądu. Pierwszy raz uczestniczyłem na Teamsach na telefonie. Ewidentnie jeszcze nie umiem wykorzystać takiego podglądu. Logowałem się z tego samego profilu, więc nie miałem widoku uczestnika. Muszę to wypróbować kiedyś indziej. Lub może trzeba tworzyć jakieś fikcyjne konto? Kolejne pytanie. I ciekawość jak to rozwiązać technicznie i organizacyjnie. Na dodatek jednoosobowo.

Ale jak pokazać prezentację i obraz online? Nie zabrałem kamery zewnętrznej. Mniejsza o nią, jeśli uruchomię prezentację w oknie w czasie spotkania na Teamsach, to stracę pełen podgląd i  informacje zwrotne (pogląd transmisji i spotkania, w tym czatu). Może w takim razie uruchomić prezentację w aplikacji (czyli tak jak zazwyczaj robię na spotkaniach online) i taki obraz wyświetlać na rzutniku? Dało się, lecz sam widok prezentacji był w małym oknie i byłby słabo widoczny dla studentów siedzących na sali. Dla mnie komfortowo lecz nie dla studentów na sali. Nie można pogarszać jakości odbioru dla studentów uczestniczących w zajęcia by umożliwić uczestnictwo tym w kontakcie online. 

Zdecydowałem się na wyświetlanie prezentacji w oknie (bo wyświetlać tylko wybrane okno prezentacji a nie cały pulpit). Kilka minut przed rozpoczęciem upewniłem się, w komunikacji z pierwszą uczestniczką, czy słychać i czy widać. Ta informacja zwrotna była mi bardzo potrzebna. Na razie szło dobrze. Niemniej przełączanie widoków, uruchamianie nagrywania, czy śledzenie czatu było bardzo utrudnione. Słabo sobie radziłem. Trzeba poćwiczyć.

Wniosek 2: przydałby się asystent, druga osoba, która czuwałaby nad włączaniem i zatrzymywaniem nagrywania. Może poprosić kogoś ze studentów? Tylko wcześniej trzeba chyba nadać jakieś uprawnienia w założonym wydarzeniu. Sporo kolejnych spraw do sprawdzenia i wypróbowania. Krok po kroku zdobywam doświadczanie. A w zasadzie krok po kroku rodzi się ciekawość i kolejne pytania.

Próba trzecia, to kolejny wykład następnego dnia w tym samym miejscu. Powinno być już łatwiej, bo raz już było przećwiczone. Ale i tym razem pojawiła się niemiła niespodzianka. W trakcie przełączania się miedzy oknami widoku mój  laptop stracił kontakt z padem. A tym razem nie wziąłem myszki. W pełni utracona sterowność i ani kroku do przodu. Mała panika. Sytuacja wydawała się bez wyjścia i z kompletną klapą na oczach studentek. Musiałem zrestartować komputer na siłę. I ponownie włączać wszystkie funkcje. Ku mojemu zaskoczeniu nagrywanie wykładu nie zostało przerwane. Niemniej było trochę zamieszania. 

Próba czwarta, z kolejną grupą, dwa dni później. Salę znam, bo mam tu wykłady i znam jej słabości. Stacjonarny komputer nie ma połączenia z Internetem, więc włączenie Teamsów nie będzie możliwe na tym urządzeniu. Ale przyniosę swój laptop, przygotuje odpowiednią przełączkę (w laptopie mam wejście HMDI a końcówka ma starsze rozwiązanie, na pierwszy wykładzie nie udało mi się podłączyć własnego laptopa). Przez kilka minut nie udało mi się podłączyć do uczelnianego wi-fi. Nie wiem dlaczego dopiero po kilku próbach się udało. Teraz wiem, że nie trzeba rezygnować po pierwszym razie, mimo negatywnych komunikatów systemowych. Uruchomiłem spotkanie na Teamsach i upewniłem się czy słychać. Tym razem poszło w miarę sprawnie. Do doskonałości jeszcze daleko, ale już co raz lepiej. 

Wniosek 3. Trzeba przeżyć, samemu doświadczyć kilka razy i to w różnych konfiguracjach by poznać różne sytuacje (możliwości) i mieć wyobrażenie o tym, co trzeba mieć od strony technicznej oraz jak przygotować się od strony organizacyjnej. Spróbowałem, doświadczyłem, już częściowo zobaczyłem efekty. Na inne informacje zwrotne muszę jeszcze poczekać. Popełniłem kilka błędów. Ale dzięki nim czegoś się nauczyłem. Coś mnie zaciekawiło. Na przykład to, jak przygotować się organizacyjnie i technicznie by osiągnąć taki efekt jaki zamierzam.

Nawiążę do wstępu. A co się stanie gdy spróbuję? Ciekawość jak to będzie i z jakimi problemami się spotkam. A po drugie: czy da się zwiększyć efektywność "przekazywania" wiedzy a raczej ulepszyć środowisko edukacyjne dla studentów? Od dawna udostępniam prezentacje z wykładów w formie pliku pdf (kiedyś wysyłałem mailem do studentów, teraz udostępniam w Zespole na Temassch). Ale na większości moich slajdów jest mało tekstu, same zdjęcia i schematy (to było wypracowane dla lepszego odbioru wykładu na sali). Dobre do przypominania sobie tego, co było na wykładzie lecz mało przydatne dla osób, które nie były na spotkaniu. Brakuje "ścieżki dźwiękowej". Student z różnych powodów może nie być na wykładzie. Możliwość uczestniczenia zdalnego jest pewnym rozwiązaniem. Na dodatek nagranie można obejrzeć asynchronicznie. Więcej wysiłku dla mnie, jako wykładowcy. Ale i więcej efektów edukacyjnych. Tak sądzę. Pierwsze próby to prototyp "powiązany sznurkami". Teraz kolej na bardziej profesjonalne rozwiązania. A także na przemyślenie koncepcji kształcenia i przekazywania wiedzy. 

Sam nagrany wykład to nie jest optymalne rozwiązanie. Dobrze byłoby nagrywać dwoma kamerami a potem jeszcze edytować i zmontować. Być może asystent-scenarzysta w trakcie mógłby montować obraz, tak jak dzieje się to w telewizji. Do tego potrzebny odpowiedni sprzęt i specjaliści. Ale jeśli jest nagranie to można po wykładzie całość zmontować, usunąć gorsze fragmenty, może dodać slajdy, może obrazy z mówiącą osobą itd. Może nawet pociąć na kilka mniejszych fragmentów i je wykorzystywać jako samodzielne całości. Tego sam wykładowca nie jest w stanie zrobić. Przydałby się technik, asystent lub realizator. Druga osoba. I oczywiście dobrany sprzęt techniczny oraz oprogramowanie do realizacji, montażu itp.

Kiedyś nawet wykłady przy tablicy z kredą miały pomoc techniczną, czy to asystenta czy pracownika technicznego. Teraz, w ramach narastającej oszczędności finansowej, tego nie ma. Na wykładowcę spadło znacznie więcej obowiązków. Nie tylko przygotować się merytoryczne ale i technicznie. Pisanie kredą na tablicy nie wymaga zbyt wielu umiejętności technicznych (ale już artystycznych w rysowaniu tak). Rzutnik pisma z foliami też był stosukowo prosty - mogła jedynie przepalić się żarówka. Prezentacja multimedialna z Power Pointem (lub innymi programami) to już większe wyzwanie. Zwłaszcza jak coś nie działa lub prezentujemy w nowym miejscu, użytkowanym przez wielu różnych wykładowców (jeden odepnie kabel, drugi zmieni ustawienia i za każdym razem niespodzianka). Samemu ścierać tablicę (teraz zazwyczaj są te biała z pisakami lub flipcharty), zadbać o część techniczną i wypełniać funkcje realizatora technicznego? Czy brakujące etaty zostaną zastąpione technologią, np. algorytmami sztucznej inteligencji? Przypuszczam, ze z podobnymi problemami borykają się nauczyciele w szkołach. I też sami musza wszystko zrobić.

Wykonałem kolejny krok w udoskonalaniu i zwiększaniu efektywności dydaktycznej oraz poprawianiu jakości środowiska edukacyjnego. Nie obyło się bez błędów, stresów i potknięć. Z pomocą studentów (ich informacje zwrotne) rozpoznaję możliwości i poszukuję nowych rozwiązań. Na etat asystenta-technika nie mam co liczyć. Łatwiej będzie zaplanować i wykorzystać współpracę ze studentami. Czyli scedować na nich część współodpowiedzialności za tworzenie dobrych warunków do uczenia się. A zatem nie nauczanie lecz uczenie się. Niby mała różnica semantyczna. A jaka duża różnica w podejściu do kształcenia na uniwersytecie. 

1.04.2023

Robale. Owady i inne małe stworzenia. Zobacz i rozpoznaj.

Na ogół zwracamy uwagę na ptaki, ssaki, ryby, rośliny, czasem grzyby. Małe bezkręgowce nie wzbudzają tak dużego zainteresowania w obserwowaniu otaczającej nas przyrody. Dlaczego? Bo za mało jest dobrych książek, przybliżających życie tych zwierząt oraz umożliwiających ich rozpoznawanie. Dlatego z dużą przyjemnością zapoznałem się z Robalami i śmiało mogę rekomendować tę książkę zarówno młodym podpatrywaczom przyrody, jak i nauczycielom (dobra pomoc dydaktyczna), rodzicom i osobom dorosłym, które rozpoczynają swoją przygodę w poznawaniu fascynującego świata owadów i innych bezkręgowców. Najważniejszym jej atutem jest trafny dobór gatunków - takich, które możemy w Polsce spotkać.

Catherine Brereton, Robale Owady i inne małe stworzenia. Zobacz i rozpoznaj. Ilustracje Kate McLellamd, tłumaczenie Magnus Wielgus, Wydawnictwo Papilion Publicat S.A, Poznań 2023, 128 stron.

Sam układ treści jest bardzo trafny. Krótki przegląd siedlisk, w których możemy szukać obiektów naszego zainteresowania oraz porady jak obserwować (by nie wyrządzać krzywdy tym zwierzętom). Zamieszczony jest krótki klucz obrazkowy oraz instrukcja jak korzystać z książki. Zasadniczą część wypełniają ilustracje i opisy różnych bezkręgowców, w większości oczywiście owadów. Krótkie opisy są wygodne dla młodych poszukiwaczy robalowych tajemnic oraz dla początkujących dorosłych. By zacząć. Znakomita książka na start dla miłośników przyrody. Zachęcać będzie do przebywania  w przyrodzie oraz wskazuje, że przygoda czeka nas wszędzie. Bo owady i inne bezkręgowce spotkać można w naszym sąsiedztwie. Łatwo je obserwować, nie trzeba lornetki i długich podchodów. Przy okazji poznajemy biologię bezkręgowców, ich budowę, cykle życiowe i siedlisko życia.

Książka jest bardzo kolorowa, co jest zaletą ale i wadą. W kilku miejscach, na ciemnym tle słabiej widoczne są opisy tekstowe. Ilustracje są bardzo wierne, umożliwiają poprawne rozpoznanie gatunków. Przydatne mogą być także porady jak obserwować i jak hodować wybrane bezkręgowce. Niewątpliwie książka adresowana jest do dzieci. Ale skorzystać mogą także dorośli, którzy są zaciekawieni światem owadów. Na pewno może być przydatna rodzicom, którzy razem ze swoimi latoroślami chcą poznawać tajemnice przyrody. Ja będę tę książkę wykorzystywał do zajęć terenowych z uczniami. Od przedszkolaków do młodszych klas szkoły podstawowej.

Wnętrze książki: gdzie szukać bezkręgowców do obserwacji.

Bardzo oryginalny spis treści a w zasadzie indeks opisywanych zwierząt. Zachęca do odhaczania zaobserwowanych bezkręgowców.

Osobiście bardzo ucieszyła mnie obecność chruścika.

A tak wygląda klucz do rozpoznawania bezkręgowców. Jedynym niezrozumiałym elementem jest zamieszczona jętka. Nie wiadomo czy ma się odnosić do owadów jako takich czy do muchówek (a przecież jętki maja dwie pary skrzydeł!).

29.03.2023

Mój pierwszy dydaktyczny raz z dziennikami refleksji



Nowość jest potrzebna by mieć motywację do pracy i przeciwdziałać rutynie oraz wypaleniu zawodowemu. Zaangażowanie i zaciekawienie nowością i nieznanym przydatne jest nie tylko studentom, uczęszczającym na wykłady lecz i wykładowcy. By budziły się dobre emocje i zaangażowanie. A emocje są zaraźliwe. Więc lepiej zarażać tymi dobrymi: ciekawością, fascynacją, odkrywaniem. 

Dlaczego się podjąłem? Przymierzałem się od kilku lat by spróbować. Ale ciągle wiedziałem i umiałem za mało. Aż na webinarium o sztucznej inteligencji i aktywizujących metodach zgadaliśmy się o pomysłach, które chcemy wdrożyć w najbliższym czasie i wtedy zobowiązałem się spróbować z dziennikami refleksji. Zbliżał się nowy semestr, nowy początek z nowymi przedmiotami. Wcześniej próbowałem już odchodzić od tradycyjnego oceniania na rzecz oceny kształtującej. I to miał być kolejny krok. 

Spróbowałem na dwóch przedmiotach, na dwóch różnych kierunkach i nawet wydziałach. Obawiałem się, że studentki (bo akurat same panie, mimo że łącznie ponad poł setki) nie zdecydują się. Zostawiłem możliwość wyboru - dziennik refleksji lub tradycyjny egzamin. A skoro wybór to pewnie nie wszyscy się odważą. Bo to jednak wyjście poza strefę komfortu nie tylko dla mnie. Na początku było to zaledwie 10-20%, ale gdy zbliżał się koniec terminu na dokonania wybory okazało się, że piszą prawie wszyscy. Dla mnie to dużo pracy ze sprawdzaniem, czytaniem, archiwizowanie. Pozytywne emocje, poznawanie i doświadczanie nowego, dostrzeganie swoich słabych stron i potrzeby uzupełnienia umiejętności. I dużo więcej pracy niż się spodziewałem. 

Uczę się oceniania kształtującego i formułowania przydatnych edukacyjnie informacji zwrotnych. Dlaczego eksperymentuję z takimi formami jak dziennik refleksji, mimo że zabiera to sporo czasu na sprawdzanie? Bo chcę od zaraz tworzyć środowisko do nabywania ważnych kompetencji społecznych, takich jak odpowiedzialność, kreatywność, krytyczne myślenie, kooperacja. Poznaję coś nowego dla mnie i uczę się. Za wcześnie na podsumowanie i wyciagnięcie wniosków. Proces dopiero się toczy, nawet nie jest w połowie. 

Są dwa powody, dla których rozpocząłem eksperyment dydaktyczny z dziennikami refleksji jako formą egzaminu pisemnego. Pierwszy to ocenoza, która zbytnio wypełniła przestrzeń edukacyjną od pierwszych klas szkoły podstawowej aż po studia. Testy i egzaminy łatwo robić. Uczniowie i studenci uczą się zdawać. Tylko czy te umiejętności są przydatne w życiu pozaszkolnym? Czy są to umiejętności przydatne w praktykowanym zawodzie? Pisanie do szuflady, gdy jedynym oceniającym jest nauczyciel czy wykładowca. Potrzeba więcej codziennej konfrontacji z życiem realnym. Po drugie, w czasach Internetu i ChatGPT jaki ma sens zadawanie domowych prac pisemnych na ocenę? Ważniejszy staje się egzamin ustny. Lub systematyczność i refleksja nad sobą, w której to student przejmuje odpowiedzialność za swoją edukację a ocenia się sam przez konfrontację z realnymi zadaniami. I pracuje tak, jak w przyszłej pracy. Korzysta z różnych narzędzi i współpracuje z innymi. Zamiast więc pisemnego testu jako egzaminu na koniec semestru, systematyczne pisanie dziennika refleksji. Po pierwsze powtarzanie, po drugie systematyczność, po trzecie przetwarzanie zasłyszanej, spotkanej wiedzy, po czwarte refleksja nad procesem. A po piąte weryfikacja siebie samego z nowymi narzędziami. Będą przydatne w pracy nauczyciela i nie tylko nauczyciela. Coś na próbę z integrowaniem różnorodnych umiejętności. Na przykład z formatowaniem tekstu, dłuższymi wypowiedziami, tworzeniem grafik.

Czy się uda? Nie wiem. Sam jestem ciekawy. Uczę się razem ze studentami. I też popełniam błędy. Lecz nie traktuję ich jako porażki lecz wskazówkę co musze uzupełnić, czego się nauczyć, co utrwalić i zoptymalizować. Może przez pryzmat świadomości własnych błędów będę bardziej wyrozumiały dla studentek?

O dydaktycznych i edukacyjnych walorach dziennika refleksji czytałem już wcześniej. I powoli się przymierzałem, żeby samodzielnie sprawdzić czy i jak to działa. Od kilku tygodni już się w tej rzeczywistości zanurzyłem. Jakie są efekty? Poznaję coś nowego i w dużej skali mierzę się z wyzwaniem. Widzę jak sobie radzą (lub nie radzą) studenci zdolniejsi i ci zupełnie przeciętni. Są bardzo zróżnicowaniu w swoich ambicjach, planach życiowych, umiejętnościach komunikacyjnych i cyfrowych. A przy nich i ja się uczę oraz poznaję nowe obszary mediów społecznościowych.

Po pierwsze część studentek wybrało Instagram. I z tej przyczyny lepiej poznaję to medium. Bo sytuacja mnie zmusiła. Miałem konto kiedyś założone, ale wydawało mi się, że to miejsce do zamieszczania zdjęć. Słyszałem coś, gdzieś w oddali, że młodzi ludzie bardziej preferują Instagram niż Facebook. Teraz mam okazję bliżej poznać ich świat i możliwości komunikacyjne. Czytam, oglądam ich prace i sam próbuję wykorzystać nowe możliwości. Można więc na Instagramie pisać nieco więcej (ale nie za dużo), zamieszczać grafiki, dodawać filmiki. Sprawdzam czy nadaje się do spisywania refleksji. I do pracy zespołowej.

Po drugie systematycznie widzę prace studentek, co z wykładu zapamiętały, jak rozumieją poszczególne treści, co dostrzegły a co nie, gdzie pojawiają się błędy w rozumowaniu itp. Szybka informacja zwrotna. Można oczywiście byłoby robić co tydzień testy lub quizy sprawdzające. W każdym razie są to szybsze (i chyba dla studentów przyjemniejsze, bez stresującej "spiny" - w porównaniu do testów i kolokwiów) informacje zwrotne niż w przypadku egzaminu. Bo po egzaminie to już nic nie można zrobić. Chyba, że jakiś poprawkowy. Ale przecież nie ma zajęć między egzaminem w pierwszym terminie a tym poprawkowym. I już nic nie można skorygować. Z dzienników refleksji wyczytać można więcej niż z kolokwium. Bo nie odpowiadają dla stopni, nie próbują wpisać się w "klucz odpowiedzi".

Po trzecie mam.... więcej pracy. Muszę co tydzień przeczytać sporo nowych wpisów, analizować je, archiwizować i przesyłać uwagi, komentarze, sugestie. Sam sobie tej pracy dołożyłem. Nie uważam za stratę, bo dziennik refleksji jest dla mnie nowością a przez to emocjonalnie angażuje. Przeciwdziała nudzie i wypaleniu zawodowemu. Mózg ludzki lubi nowości i niespodzianki. I różnorodność. Dlatego odmiana jest potrzebna nie tylko studentom lecz i wykładowcom.

Po czwarte widzę różnorodne postawy w zakresie prokrastynacji, pracy zespołowej lub prób "podwózki na cudzych plecach". Lepiej poznaję studentki. I mam możliwość interakcji online. Jeszcze za mało tej dyskusji lecz jest! Poznaję stereotypy myślenia, wyniesione ze szkoły średniej, mam możliwość modyfikowania treści na kolejnych wykładach. Dostrzegam ich trudności techniczne w edycji treści na bloggerze. Można próbować im pomóc. Jeszcze nie wiem jak. Ponawiam próby i patrzę na rezultaty. Dla mnie też jest to przygoda uczenia się. Przygoda z potknięciami.

Zadania na najbliższe tygodnie? Rozwinąć dyskusję, by się odważyły w całej grupie, np. na Teamsach, otwarcie dyskutować. Oraz jak rozwinąć pracę zespołową lub przynajmniej w małych grupach. Czyli będę zmierzał się z dwoma ważnymi kompetencjami: komunikacją i kooperacją. Czy potrafię dobrze zaprojektować przestrzeń by te kompetencje się rozwijały?

I w końcu jeszcze jedna, ważna refleksja: czuję jak zmieniam się z nauczyciela w projektanta. Nauczyciel - naucza, wykładowca - wykłada a projektant projektuje przestrzeń, w której można się uczyć. Projektant edukacji jest jak ogrodnik: przygotowuje grządkę, sieje nasiona, podlewa i czeka. Aż urośnie. Czasem jednak nasiona są słabe i nie kiełkują, czasem przychodzi przymrozek lub susza i osłabia lub niszczy rośliny. I pojawiają się pomysły jak zaprojektować przestrzeń by ni przymrozki, ni susza ni szkodniki nie osłabiły plonu. W każdym razie na owoce trzeba długo czekać. I są niepewne.

25.03.2023

Stenopsyche marmorata - chruściki, które się je. W Japonii. A u nas?

Zazamushi, traditional food in Japan.
Fot. Pongsak Laudee, 
Prince of Songkla University, Surat Thani Campus
 

W Polsce słowo chruściki kojarzy się najczęściej z ciastkami (faworkami). Ale niniejsza opowieść kulinarno-ekologiczna dotyczy larw owadów wodnych z rzędu chruścików czyli Trichoptera. Wędkarze na larwy, wykorzystywane jako przynęta, mówią kłódki. O tym, że w niektórych częściach świata chruściki (owady) bywają jedzone przez ludzi, już kiedyś słyszałem. Było to jednak mocno dla mnie abstrakcyjne. Gdy niedawno zobaczyłem, zdjęcie zamieszczone przez  Pongsak Laudee a przedstawiające chruścika Stenopsyche marmorata w formie kulinarnej, postanowiłem nieco dogłębniej zgłębić temat. Zdjęcie z potrawą zrobione zostało w mieście Matsumoto a potrawa nazywa się zazamushi. Z tym, że zazamushi odnosi się nie tylko do chruścików ale i innych zjadanych w ten sposób owadów i bezkręgowców lądowych. Polecam poszukać zdjęć w Internecie. 

Ostatnio dużo się mówi o entomofagii i zjadaniu owadów, także w Europie. Czy chruściki mogą się u nas znaleźć w takim menu? Przypomniały mi się moje rozważania, nieco humorystyczne, z lat 80. XX wieku, gdy rozpoczynałem badania nad chruścikami w źródłach rzeki Łyny i w obliczu nieustannych trudności aprowizacyjnych i brakiem mięsa, dyskutowaliśmy nad tym, czy chruściki można zjadać. Na dyskusjach czysto akademickich się skończyło. Ale może teraz warto do tego powrócić. Zanim jednak przybliżę to wyzwanie najpierw garść informacji o chruścikach z rodziny Steopsychidae, 

Stenopsychidae ro rodzina chruścików spokrewniona z występującymi u nas Philopotamidae (razem łączone są w nadrodzinę Philopotamoidea). Są uważane za chruściki średniej wielkości. Larwy mają charakterystyczną, długą głowę (zdjęcie niżej). Są filtratorami, odżywiają się detrytusem, glonami i innymi, drobnymi bezkręgowcami. Zasiedlają rzeki, strumienie górskie, rzadziej spotkać je można w wodospadach czy jaskiniach. Spotyka się je na terenach miejskich. W górskich rzekach i potokach Steopsyche marmorata może stanowić aż 77% biomasy wszystkich chruścików i 35% biomasy wszystkich bezkręgowców. Są więc miejscami bardzo liczne. Jak pokrewne im Philopotamidae budują sieci łowne, są filtratorami. Niektóre gatunki australijskie nie mają oczu. Imagines są niepozornie ubarwione, jak to zwykle bywa u chruścików ale niektóre gatunki mają czarne skrzydła ze złotymi plamkami np. Stenopstyche mjobergi. Są niewątpliwie piękne.

W rodzinie Stenopsychidae, liczącej około 70 gatunków, wyróżniono trzy rodzaje: Pseudostenopsyche, Stenopsyche, Stenopsychodes. Ich występowanie stwierdzane było w następujących krainach zoogeograficznych: Etiopskiej, Palearktycznej, Orientalnej i Australijskiej. Najwięcej jednak  gatunków występuje we wschodniej Australii i Wschodniej Azji. Gdzie indziej obecne są pojedynczo. I oczywiście licznie występują na obszarze Japonii,

Pośród wielu różnych badań, prowadzonych na tych chruścikach, wspomnę tylko o badaniach nad stężeniem radioaktywnego cezu w Stenopsyche marmorata po katastrofie nuklearnej w Fukushimie. Być może było to jakoś związane z kulinarnym wykorzystaniem tego gatunku.




Larwa Stenopsychidae, fot. Karol Kjer, Uniwersytet w Rutgers. Karol Kjer. Rok: 2012, 

licencja cc-by-3.0



Stenopsyche marmorata  fot. Cooper - Praca własna, CC BY-SA 4.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=55090418


A czy w Polsce są jakieś chruściki, które nadawały by się do zjadania i wykorzystania komercyjnego? Gdy w latach 80. XX. w o tym myślałem, to miałem na myśli larwy z rodziny Polycetropodidae (głownie obecną w źródłach Pletrocnemia conspersa) oraz Rhyacohilidae. Niewiele chityny, dużo mięsa, miękkie ciało, wydawałoby się, że potencjalny kandydat do hodowli przemysłowej. Odpowiedzi udzieli nam wiedza ekologiczna. Larwy Polycentropodidae są raczej małe, to je wyklucza jako atrakcyjne owady do zjedzenia. Większe są Rhyacophilidae. 

Czy chruściki są hodowane w celach konsumpcyjnych? Także w Japonii są pozyskiwane ze środowiska naturalnego. Ale, jak wskazałem wyżej, tam bywają  w dużych liczebnościach. Hodowla byłaby chyba zbyt trudna, w akwakulturze konieczne byłoby wytwarzanie nieustannego przepływy wody - inaczej filtraforzy nie mogliby się odżywiać. Zatem pierwszy problem to problem techniczny i ekonomiczny takiej hodowli. 

Zarówno Polycetropodidae jak i Rhyacophilidae nie występują w dużych ilościach. Dlaczego? Są drapieżnikami a więc ich liczebność zawsze będzie mniejsza. Stephopsychidae są wszystkożercami, odżywiającymi się martwą materią i glonami, dlatego ich liczebności są większe. Każdy wyższy poziom troficzny, w tym przypadku drapieżcy to spadek biomasy i produktywności. My również zjadamy przede wszystkim zwierzęta roślinożerne a nie drapieżne. Tak więc, mimo tego, że Rhyacohilidae są stosunkowo duże i apetycznie wyglądają, to z racji drapieżnictwa ich liczebności nie będą duże w środowisku a hodowla przemysłowa jest nieopłacalna (pomijając trudności z utrzymaniem takiej akwakultury). To może inne nasze filtratory? Philopotamidae występują prawie wyłącznie w górach i są małe. Ich zbieranie w środowisku naturalnym byłoby nieopłacalne. A hodowla trudna. Na dodatek są stosunkowo małe. Innie, licznie występujący wszystkożerni filtratorzy to wodosówki (Hydropscyhidae) - występują w rzekach i często w dużej liczebności. Ale po pierwsze są małe, po drugie budują swoje sieci łowne na kamieniach i trudno byłoby je zbierać. Są też raczej małe. Zatem pozyskiwanie z środowiska naturalnego byłoby utrudnione i nieopłacalne a hodowla w akwakulturze bardzo trudna.

A czy są u nas duże larwy chruścików? Tak, są z rodziny Phryganeidae. Co prawda są to chruściki, budujące w stadium larwalnym domki, to  łatwo je z nich wyjąć. Są duże, lecz są też drapieżnikami, więc są nieliczne w środowisku naturalnym. Z wymienionych już wyżej powodów ekologicznych (piramida troficzna) jako drapieżniki byłyby trudne w akwakulturowej hodowli i nieopłacalne.

Biorąc pod uwagę biologię samych chruścików jak i powszechnie znane prawa ekologiczne nie będziemy w Polsce jeść chruścików. Pozostaną jedynie faworki, które tylko w nazwie są chrustami - chruścikami. Chruściki jako jadalne owady pozostaną dla nas tylko egzotyczną ciekawostką.