11.03.2019

Oświadczenie członków grupy Superbelfrzy RP w sprawie poparcia strajku nauczycieli


My, Superbelfrzy RP – nauczyciele-innowatorzy, laureaci konkursów krajowych i zagranicznych oraz eksperci edukacyjni o różnych przekonaniach politycznych, społecznych i religijnych, wyrażamy poparcie dla ogólnopolskiego strajku nauczycieli, zaplanowanego na 8 kwietnia 2019 r.

Bezład i dezorganizacja polskiej oświaty, z jaką dziś mamy do czynienia, są potęgowane politycznymi decyzjami. Aktualna reforma edukacji została podjęta w pośpiechu i bez realnego dialogu. Nauczyciele zarabiają poniżej godności. Prestiż zawodu nauczyciela jest systematycznie deprecjonowany przez poniżające wypowiedzi Minister Edukacji Narodowej oraz innych polityków i powtarzane przez nich kłamstwa o realiach naszej pracy. Sytuacja stała się tak poważna, że wymusza podjęcie zdecydowanych działań.

Jaskrawym dowodem na zapaść oświaty jest prawdziwy poziom wynagrodzeń nauczycieli ukrywany w zmanipulowanych przekazach medialnych MEN. Realne pensje daleko niższe od średniej krajowej powodują odpływ dobrych pedagogów z państwowej oświaty oraz negatywną selekcję do zawodu na poziomie uczelni wyższych. Rażąco niskie zarobki wpływają również na konieczność podejmowania dodatkowych prac przez nauczycieli w celu zapewnienia środków do godnego życia.

Nie możemy pozostać obojętni wobec chaosu i dezorganizacji polskich szkół. Żądamy doinwestowania oraz odpolitycznienia edukacji. Oczekujemy zwołania edukacyjnego „okrągłego stołu”, który doprowadzi do ogólnonarodowej debaty o kierunku i poziomie nauczania! Najwyższy czas, aby sprawy oświaty, uczniów, rodziców i nauczycieli stały się priorytetem Państwa i zaczęły być traktowane poważnie przez uczestników procesu edukacyjnego oraz wszystkie strony sceny politycznej.

Wzywamy Rząd RP i MEN do podjęcia realnych działań mających na celu natychmiastowe powstrzymanie degradacji polskiej edukacji, która prowadzi do niszczenia potencjału dzieci i młodzieży. Edukacja jest kluczową inwestycją w kapitał ludzki, a dobra edukacja leży u podstaw rozwoju gospodarczego i społecznego, jest ważna w szybko zmieniającym się świecie i wobec zachodzących głębokich rewolucji technologicznych.

Nie zgadzamy się na kłamstwa i manipulacje medialne wobec nauczycieli. Apelujemy do wszystkich, którym zależy na rzetelnym kształceniu młodzieży w XXI wieku – do środowisk edukacyjnych, naukowych i kulturalnych, a także do rodziców naszych uczniów – poprzyjcie z nami ogólnopolski strajk, stańcie po stronie nauczycieli!

Członkowie grupy Superbelfrzy RP

http://www.superbelfrzy.edu.pl/glowna/wspierajmy-nauczycieli/

Najbardziej palące - wg członków grupy Superbelfrzy RP - problemy dzisiejszej oświaty:
  • podstawa programowa jest przeładowana, co uniemożliwia efektywne i twórcze działania nauczycieli oraz przeciąża uczniów, odbierając im prawo do wypoczynku i rozwoju własnych pasji; 
  • skondensowanie treści z trzech lat gimnazjum w dwóch klasach końcowych SP i egzaminy w 8 klasie doprowadzają do sygnalizowanych przez rodziców i nauczycieli problemów emocjonalnych i psychicznych uczniów; 
  • w szkołach panuje dezorganizacja - są przeładowane dlatego prowadzą i będą prowadziły zajęcia do późnych godzin popołudniowych; 
  • pieniądze - zamiast na realne zmiany i unowocześnienie procesu nauczania - zostały przeznaczone na dostosowanie szkół do warunków reformy (braki wyposażenia pracowni przedmiotowych chemicznych, fizycznych i biologicznych); 
  • nauczyciele, obciążeni biurokracją, nie mają czasu i możliwości na budowanie głębokich relacji z uczniami i konieczną indywidualizację nauczania; 
  • nauczycielom przedmiotów przyrodniczych odebrano możliwość skupienia się na pracy w jednej placówce i zmuszono do łączenia pracy w wielu szkołach, co nie sprzyja ani uczniom ani nauczycielom; 
  • brakuje spójnego programu wspierania nauczycieli w ich rozwoju zgodnie z najnowszymi badaniami i osiągnięciami naukowymi; 
  • krytycznie niski prestiż nauczyciela oraz zarobki poniżej średniej krajowej powodują negatywną selekcję do zawodu; 
  • system kształcenia przyszłych nauczycieli jest niedostateczny, zaniedbano kształcenie nauczycielskie na uczelniach wyższych i system profesjonalnego doskonalenia nauczycieli w ramach kształcenia ustawicznego; 
  • brakuje jasnej, spójnej i rozwojowej koncepcji edukacji w Polsce, która pozwoli na stworzenie przyjaznego, twórczego i nowoczesnego środowiska uczenia się na wszystkich poziomach edukacji; 
  • wdrożone zmiany doprowadziły do zniszczenia tworzonej ogromnym wysiłkiem edukacji w klasach dwujęzycznych, mających przygotowywać uczniów do efektywniejszego uczestnictwa w strukturach europejskich oraz rywalizacji na światowym rynku pracy; 
  • obecny system edukacji nie nadąża za cywilizacyjnymi zmianami i współczesnymi realiami zmieniającego się środowiska kulturowo-społeczno-politycznego, nie uwzględnia najnowszej wiedzy z zakresu psychologii rozwojowej, neurodydaktyki oraz pedagogiki.
*  *  *  *  *

Na edukacji bardzo mi zależy, dlatego upowszechniam. Chodzi o coś znacznie więcej niż tylko doraźne zmiany i rozwiązywanie obecnych problemów. Edukacja nie jest sprawą jednej partii, jednego rządu, jednej kadencji - to sprawa nas wszystkich i na wiele dekad. Potrzebna jest rzetelna i szeroko zakrojona debata społeczna. 

St. Czachorowski

10.03.2019

W starej puszczy możesz spotkać... palce umarlaka!


Na zdjęciu wyżej grzyby z Puszczy Białowieskiej. 10 lat temu, gdy wędrowałem po tej wspaniałej Puszczy, przewodnik nazwał je - "palce umarlaka". Długo szukałem nazwy naukowej by dowiedzieć się więcej o tym grzybie (w największym stopniu pomógł konektywny internet). W polskich źródłach etnograficznych nie znalazłem wskazówki, ale możliwe, że jest to kalka z języka angielskiego - palce umarlaka (dead man's fingers), zwyczajowa polska nazwa to próchnilec maczugowaty, nazwa naukowa: Xylaria polymorpha. Próchnilec - bo rośnie na próchnie, a maczugowaty - bo taki ma kształt.

Nazwy zwyczajowe roślin, zwierząt i grzybów bywają przedziwne. I niosą ogromne bogactwo historii. Te dawne wymyślane były, gdy nasi przodkowie funkcjonowali w innym paradygmacie myślowym, w innym świecie wyobrażeń. Stąd inne skojarzenia, czasem sporo magii, mitycznych stworów. Podobnie z palcami umarlaka. Te dawne i współczesne nazwy organizmów żywych są wielkim naszym dziedzictwem przyrodniczym i kulturowym oraz pretekstem do ciekawych opowieści. Opowieści o przyrodzie i o ludziach.

Mazury – cud natury, to nie jest gołosłowne hasło, wywieszone na szpetnym bilbordzie czy ulicznym banerze. Warmia - rebelia kultury, dla odmiany nawiązuje do działań społecznych i kulturalnych. Razem Warmia i Mazury to dziedzictwo przyrodnicze i kulturowe. Naszym prawdziwym cudem są na przykład… palce umarlaka, wystające z martwego drewna. Tylko czy u nas zachowały się siedliska pierwotnej puszczy? I zaraz wyjaśnię dokładniej.

Bogactwo grzybów jest ogromne. Wiele z nich to gatunki saproksyliczne, żyjące na martwym drewnie. W naturalnym lesie martwego drewna jest dużo – stanowi ono ok. 30 % żywego drzewostanu (czasem nawet do 50%). W naszych lasach gospodarczych, gdzie martwe drewno jest usuwane a próchniejące drzewa wycinane, tych gatunków jest znacznie mniej. Bo znacząco zmniejszyliśmy zasobność siedliska dla tych organizmów (nie tylko grzybów ale i owadów). Rzadkie gatunki roślin, grzybów i zwierząt są atrakcją turystyczną. Nad rozlewiska Biebrzy i Narwi corocznie przyjeżdżają rzesze turystów oglądać dziką przyrodę. I to w miesiącach tradycyjnie „nieturystycznych”. Podobnie jest z Puszczą Białowieską i innymi parkami narodowymi. A my ciągle nie mamy swojego Mazurskiego Parku Narodowego...

Palce umarlaka – to regionalna nazwa grzyba, którego w lipcu blisko 10 lat temu, spotykałem w Puszczy Białowieskiej. Jeśli spojrzeć na owocniki wyrastające na butwiejących pniach drzew, to rzeczywiście wyglądają, jak sine palce nieboszczyka, wystające spod ziemi. Początkowo myślałem że to maczugowiec czarno-czerwonawy (Thuemenidium atropurpureum). Ale potem podpowiedziano mi, że jest to próchnilec maczugowaty. Dyskusja za pośrednictwem internetu jest możliwa i zbliża ludzi, zwłaszcza o niszowych zainteresowaniach.

Przyroda wokół nas jest jak muzeum lub galeria sztuki. Potrzebny tylko dobry przewodnik, który nam o tym opowie lub aktualny „katalog wystawowy”. Puszcza Białowieska jest unikatem na skalę międzynarodową, a na pewno europejską. Jest ostatnim fragmentem w miarę pierwotnej puszczy na nizinach. Jest europejskim laboratorium, w którym uczymy się jak rozsądnie gospodarować w lasach, także gospodarczych. Jest swoistym, ekologicznym „wzorcem z Sevres” a jednocześnie „magazynem gatunków”. Żyje tu wiele unikanych gatunków zwierząt, roślin i grzybów, niektóre gatunki spotkać można tylko tu. Te gatunki mogą nam „się przydać”, zarówno w przemyśle farmaceutycznym, medycynie jak i szeroko pojętej gospodarce XXI w., w tym w biogospodarce. Z tych właśnie powodów w wielu miejscach świata chroni się bioróżnorodność (różnorodność na poziomie genetycznym, gatunkowych oraz ekosystemowym). Już niebawem, w 2020 zakończy się Dekada Bioróżnorodności, ogłoszona przez ONZ. Czy w ciągu tych dziesięciu lat udało się zwrócić uwagę szerokich kręgów społeczeństwa na ważność różnorodności biologicznej? Czy udało się ochronić siedliska i gatunki?

W Polsce żyje około 35 tys. gatunków bezkręgowców, z których około 26 tys. to owady. W Puszczy Białowieskiej wykazano obecność 11 700 gatunków bezkręgowców, ale żyje tu najprawdopodobniej ich 22 tys. Sam,  w czasie badań zbiorników wodnych Puszczy, spotkałem dwa nowe dla Parku Narodowego gatunki chruścików. A wydawało się, że chruściki (Trichoptera) należą do dość dobrze poznanej grupy na obszarze Puszczy. Puszcza w obecnych granicach to niewielki stosunkowo obszar. Dla zachowania tej unikalnej przyrody konieczne jest rozszerzenie granic obecnego parku narodowego. Nie kłóci się to z rozwojem gospodarczym. Z naszej wielkiej niegdyś Puszczy Pruskiej niewiele, jeśli cokolwiek, zostało. Tym bardziej potrzebne są różnorodne działania, zmierzające do ochrony i odtwarzania puszczańskich siedlisk.

Przyrodnicza sława Puszczy Białowieskiej przyciąga nie tylko naukowców z całego świata, ale także i turystów. Rocznie sam park narodowy odwiedza ponad 100 tys. turystów z całego świata. Miejscowości i gminy, które wykorzystują turystykę przyrodniczą, wyraźnie się rozwijają. Te, które stawiają na przemysł drzewny, wyraźnie są w stagnacji gospodarczej. Tak więc rozszerzenie granic parku narodowego to nie tylko wartość naukowa i przyrodniczym ale to także wartość gospodarcza. W Puszczy Białowieskiej jest dużo martwego drewna. A jest to unikalne siedlisko dla wielu gatunków grzybów, bezkręgowców i ptaków. Ale taka sytuacja jest tylko w parku narodowym. Pozostała część puszczy przypomina las gospodarczy. Chodzi więc o to, aby sensowną ochroną objąć większe obszary Puszczy Białowieskiej. Rozszerzenie granic parku narodowego jest mądrą i długofalową inwestycją, która z pewnością nam Polakom się opłaci.

Jakkolwiek piszę o puszczy to jest to opowieść o grzybie, próchnilcu maczugowatym (Xylaria polymorpha – ale są też inne synonimy). Próchnilec maczugowaty to oficjalna nazwa polska (zwyczajowa). Próchnilec, bo jak wiele grzybów jest saprotrofem czyli żyje na martwej materii organicznej a konkretnie na martwym drewnie (na próchniejącym drewnie, do czego sam też się przyczynia).

Grzybnia rozwija się na martwym drewnie drzew liściastych, na pniakach i korzeniach, zwłaszcza buka i dębu. Czasami wyrasta na drewnie zagrzebanym w ziemi, przez co może wydawać się, że rośnie na ziemi. A maczugowaty – bo owocniki kształtem przypominają malutkie maczugi… wyrastające z leżących pni drzew. Tak jakby "umarlak" (czyli martwy człowiek, pochowany w ziemi) wystawiał dłonie spod ziemi. W świecie zaludnionym demonami i strachami, takie skojarzenia wydają się czymś oczywistym. Umarlak, który chce pochwycić przechodzącego człowieka... Nasi przodkowie inaczej patrzyli na świat i co innego dostrzegali. Żeby wczuć się w ten klimat, wystarczy iść wieczorem lub nocą do lasu, bez latarki, bez telefonu komórkowego. Nieznane dźwięki, niewyraźne kształty a nasza wyobraźnia pracuje... i tworzy. Wróćmy tymczasem do grzybów.

Próchnilec maczugowaty występuje w Europie i Ameryce Północnej. W Polsce podobno jest gatunkiem pospolitym. Piszę podobno, bo sam rzadko spotykam. Ciekaw jestem czy można go spotkać gdzieś na Warmii i Mazurach. Może po prostu nie chodzę w odpowiednie miejsca, wystarczająco mroczne (o tym za chwilę). Owocniki tego grzyba przyjmują różne kształty ale najczęściej przypominają martwy ludzki palec. Wysokość owocnika wynosi przeciętnie 3-10 cm, a grubości jest ok. 2,5 cm. W języku angielskim gatunek ten ma nazwę w wolnym tłumaczeniu palce nieboszczyka (dead man's fingers). Powierzchnia owocnika jest ziarenkowata, na wiosnę u młodych okazów powierzchnia jest blada z białym szczytem, czasami szarawa od zarodników. Później (latem i jesienią) staje się coraz bardziej ciemna, na koniec czarna i pomarszczona. Zatem wiosną jest mniej umarlakowaty ten maczugowiec niż późnym latem.

Po raz pierwszy tego grzyba spotkałem w Puszczy Białowieskiej. Występował tam licznie i pięknie się prezentował na tle pierwotnej puszczy. Bogactwo grzybów jest ogromne. Wiele z nich to gatunki saproksyliczne, żyjące na martwym drewnie. W cienistej puszczy ze starymi drzewami. A wiadomo, że w takiej puszczy bywa ciemno.I wtedy nasza wyobraźnia podsuwa nam najprzeróżniejsze interpretacje. Wycieczka do takiego lasy, wraz z etnograficznymi i przyrodniczymi opowieściami może być dużym przeżyciem. Wyjątkowe doznanie. W przemyśle turystycznym oferuje się produkty, usługi i... doznania. Nawet mogą być certyfikowane. To jeszcze jeden aspekt gospodarczej wartości dzikiej przyrody.


7.03.2019

O GMO, bajce, ślimaku winniczku i poszukiwaniu drugiej połówki (wbrew przeciwnościom losu)


Człowiek to stworzenie społeczne, lubi towarzystwo. Na dodatek łączy się w pary, trwale lub okresowo, z myślą o miłości, reprodukcji i rekombinacji. To znaczy umysł ma zaprzątnięty miłością… lub seksualną pożądliwością. O reprodukcji i bioróżnorodności myśli rzadziej a o rekombinacji wcale. No, chyba, że akurat naukowiec się trafi co o genach lub symbiogenezie rozprawia.

Jeśli się głębiej zastanowić, to wszyscy jesteśmy GMO (genetycznie modyfikowanymi organizmami). Mimowolnie i nieświadomie ale GMO. Modyfikują się nawet obojnaki, tak jak ślimak winniczek (zamieszczony na ilustracji wyżej, z lewej strony widoczne także dwa ślimaki bursztynki). Dlaczego ciągnie nas do ludzi i dlaczego szukamy swojej drugiej połówki? Sami sobie nie wystarczamy. I zaraz wyjaśnię dlaczego.

Ślimak winniczek (po łacinie Helix pomatia) przez zarobkowych zbieraczy bywa mylony z ginącym ślimakiem żółtawym (Helix lutescens). Na Warmii i Mazurach winniczek jest gatunkiem obcym, zawleczonym przez człowieka. Dawniej gatunkiem hodowlanym. To nasze dziedzictwo kulturowe (i kulinarne), w zasadzie w czasach dobrobytu całkiem zapomniane. A szkoda. Bieda i niedostatek bardzo przyczyniły się w dawnych czasach do kreatywności i poszukiwania nowych możliwości. W części warto wrócić do tego zapomnianego dziedzictwa. Umiarkowanie w konsumpcji nie tylko pomaga rozwiązać problem ze śmieciami ale i kultywuje nasze historyczne korzenie. Co prawda zbieramy winniczki, ale z myślą o eksporcie do Francji.

Jak już wspomniałem na naszym terenie to gatunek obcy (wcześniej nie występujący naturalnie). Do rozpowszechnienia winniczka w największym stopniu przyczynili się zakonnicy (głównie cystersi), którzy w średniowieczu hodowali te ślimaki w przyklasztornych ogrodach. W czasie biedy i długich postów ślimaki były konsumowane, bo zaliczano ich mięso jako potrawę postną. Teraz mamy dużo taniego mięsa produkowanego w warunkach przemysłowych i bez myśli o dobrostanie zwierząt... dużo i tanio najczęściej nie znaczy dobrze...). Średniowieczne posty przyczyniły się do dyspersji tego gatunku. Swoista symbioza i wzajemne uzależnienie gatunków (mam na myśli Homo sapiens i Helix pomatia). Teraz zapomniane.. dziedzictwo przyrodnicze i kulturowe regionu.

Ślimaki winniczki są obojnakami, to znaczy każdy osobnik ma gonady męskie i żeńskie (narządy płciowe męskie i żeńskie). W zakresie rozmnażania jest więc winniczek samowystarczalny. A mimo to łączy się w pary (co uwidocznione jest na zdjęciu). Dlaczego? Bo wymienia się materiałem genetycznym z innym osobnikiem, przez co zwiększa się różnorodność genetyczna – a co za tym idzie i fenotypowa – wspólnego potomstwa. Dzięki rozmnażaniu płciowemu zwiększa się różnorodność biologiczna na poziomie genetycznym. I to znacznie szybciej i w większym zakresie niż pojedyncze mutacje. Współcześnie człowiek jest również ekonomicznie samowystarczalny. Stąd może taka popularność singli? A mimo to szukamy dla siebie drugiej połówki. Miłość tkwi w nas gdzieś bardzo głęboko. Biolog może opisać dokładniej sens biologiczny i ewolucyjny, ale tym razem pozostańmy przy człowieku jako istocie społecznej, która bez innych ludzi żyć nie może. I nie chce. Tak jak dyspersja ślimaka winniczka bez średniowiecznych mnichów.

Wspólnota i praca zespołowa buduje świat, nawet jeśli w ukryciu pozostaje sens biologiczny i reprodukcyjny. Świat się zmienia, także za naszą sprawą. Sami wywołujemy te zmiany w środowisku, tak jak ostatnio dokuczliwe pogodowe skutki antropogenicznego ocieplenia klimatu w skali globalnej. Potem się musimy do nich przystosowywać. Nadążyć za zmieniającymi się warunkami… więc gatunki muszą się zmieniać, ewoluować już od momentu powstania życia na Ziemi.

Jak rekombinować (się)? Mutacje i przypadkowe zmiany pojedynczych organizmów to proces powolny i długotrwały. Nie tylko za sprawą samej selekcji „najlepiej dostosowanych” i pojedynczych mutacji zmieniana się świat. Wspólnotowość wpisana jest od początku w nasze istnienie i kreatywną ewolucję. Rozmnażanie płciowe jest kosztowne, wymaga wysiłku i jest rozrzutne. Mam na myśli koszty biologiczne, ale jeśli kojarzy się komuś z tym, czym się kojarzy w aspekcie społecznym… to bardzo dobrze. Doskonała ilustracja i trafna przenośnia.

Dlaczego trwa rozmnażanie płciowe, skoro takie kosztowne? Bo umożliwia rekombinację i swoistą kreatywność genetyczną potomków. Zwiększa i znacznie przyspiesza różnorodność biologiczną. A to daje szybsze przystosowanie do środowiska, zwłaszcza zmiennego środowiska. Tak rozumiane genetyczne modyfikowanie pojawiło się więc bardzo dawno, na setki milionów lat przed człowiekiem. Nasze manipulacje z GMO są w jakimś sensie konsekwencją i rozwinięciem procesów naturalnych. Oczywiście jeśli uznamy ewolucję kulturową jako kontynuację ewolucji biologicznej. Rozmnażanie bezpłciowe, które poprawniej byłoby nazywać pomnażaniem, jest tylko elementem, dobrym i efektywnym w warunkach stabilnych, niezmiennych.

Nawet obojnaki się krzyżują, co widać na załączonym wyżej obrazku. Są teoretycznie samowystarczalne, a szukają swojej drugiej połówki. Niech więc zachętą i inspiracją do pracy zespołowej jak i do poszukiwań swojej, życiowej drugiej połówki, będą ślimaki winniczki w uściskach. Nie muszą - chcą !

PS. 1. Ochrona różnorodności biologicznej mocno powiązana jest z ochroną dziedzictwa kulturowego regionu (z ekorozwojem i dziedzictwem kulinarnym oraz slow food w szczególności, ale to już na inna opowieść).

PS. 2. Zwyczaje miłosne ślimaków są dziwne, jest trochę romantycznie - bo są strzałki miłosne - ale jest i trochę brutalnie. Tak, tak, ślimaki mogą być brutalne. Przynajmniej w miłości. Może kiedyś i o tym napiszę...

PS. 3. Kuratorium oświaty w pewnym mieście (mam powody, by pominąć nazwę)  nakazało wycofać ze szkolnej biblioteki bajkę o ślimaku. Bo jest hermafrodytą (https://kobieta.onet.pl/wiadomosci/kuratorium-oswiaty-nakazalo-wycofac-ze-szkolnej-biblioteki-bajke-o-slimaku-bo-jest/weezzyc). Jak widać analogie ze światem przyrody są nadzwyczaj ważne dla człowieka. Mam nadzieję, że z lekcji biologii ślimaki nie znikną. Nie są jedynymi obojnakami, zoologia musiałaby być mocno okrojona. A nawiązując do analogii przyrodniczych - nawet najgorsze warunki środowiskowe mijają. Życie wtedy odżywa w swojej różnorodności i aktywności. Byle do wiosny, a ona już blisko. Potem poszukajcie ślimaków-obojnaków i zadumajcie się nad złożonością życia.

6.03.2019

Edukacyjny apartheid czy cywilizacyjna neotenia? Refleksje edukacyjne z biologią w tle.


Wstępem do dyskusji o stanie edukacji będą dygresje wiosenno-biologiczne. Wiele roślin wczesną wiosną zaczyna swoją aktywność od zakwitu… czyli od rozmnażania. Podbiał najpierw widzimy w postaci żółtych kwiatów, a dopiero później pojawiają się liście (i czysto biologiczna produkcja napędzana fotosyntezą). Wiele drzew – tak jak dostojne dęby (na zdjęciu wyżej) – również najpierw zakwita, a dopiero później rozwijają się liście. Czyli najpierw rozmnażanie, a dopiero potem wzrost i inwestowanie w rosnące żołędzie (potomstwo). Ale to nie jedyna strategia. Inne rośliny zaczynają od fotosyntezy i rozwoju liści, by zakwitnąć dopiero późnym latem czy jesienią. Która strategia jest lepsza? Do zależy od warunków środowiskowych.

Jeśli dyskutujemy o stanie edukacji i stwierdzamy, że coś nie jest tak, to wcale nie znaczy, że kiedyś szkoły i uniwersytety źle wymyślono. Albo że studenci są teraz głupsi a wykładowcy bardziej leniwi. Być może jest to tylko rozdźwięk między starą strukturą (strategią) a zupełnie nowymi warunkami. Pokazuję analogie biologiczne, żeby uzmysłowić, że są możliwe różne, alternatywne strategie życia. Jedne są lepsze i efektywniejsze w jednych warunkach, inne w innych okolicznościach środowiska zewnętrznego. Zmieniają się warunki i sytuacja zewnętrzna oraz to, że i my jako społeczeństwo jesteśmy na innym etapie rozwoju społecznego. Jeszcze powracając do analogii biologicznej i cyklu życiowego: to co dobre jest dla larwy nie musi być właściwe i odpowiednie dla postaci dorosłej (imago). Bo na przykład larwa chruścika żyje w wodzie i jest drapieżna, a dorosły owad prowadzi życie lądowe i odżywia się nektarem.

Kiedyś osoby umiejące pisać były nieliczne, dominowali analfabeci. Dziś w Polsce ponad 80% młodzieży kończy licea a 50% idzie na studia. Być może poprzez upowszechnienie edukacji na poziomie wyższym sami doprowadziliśmy do zmian ilościowych i jakościowych. Musi więc nastąpić transformacja, swoista metamorfoza, a my na nowo musimy ułożyć pewne wzorce kulturowe. W tym sensie musimy uniwersytety wymyślić zupełnie na nowo: jakie mają być, do czego i jak funkcjonować.

Zwracając uwagę na pewne cechy biologiczne mówi się, że człowiek jest neoteniczną małpą. O neotenii mówimy wtedy, gdy dojrzałość rozrodczą uzyskują formy larwalne (młodzieńcze), tak jakby dojrzałość płciowa przyszła wcześniej od dojrzałości biologicznej (wykształcenia cech widocznych u osobników dorosłych). Podobnym przykładem jest pedogeneza, gdy larwy produkują jaja oraz poliembrionia, gdy w ciele larwy rozwijają się kolejne pokolenia owadów. W pewnych warunkach takie strategie są korzystne. Za chwilę będzie jasne do jakich analogii z edukacją zmierzam, a więc cierpliwości.

Jeszcze tylko jeden przykład i porównanie ptaków gniazdowników i zagniazdowników. U tych drugich z jaja wylęga się już pisklę podobne do dorosłego i zdolne do samodzielnego życia (odżywiania) poza gniazdem. U gniazdowników pisklę jest niesamodzielne i musi być karmione. W tym drugim przypadku energia potrzebna na „odchowanie” dostarczana jest na raty. Wśród głosów narzekających na edukację liczne są i takie, które wskazują na nadmiar magistrów i licencjatów. Po co nam tak dużo ludzi na studiach, gdy nie ma dla nich odpowiednio dobrej pracy? Jako remedium proponuje się ograniczenie liczby miejsc na studiach i ścisłą selekcję. Bo ponoć kiedyś było dobrze - bo było mniej studentów. Reglamentacja studiów to jak dowartościowana sklepowa – strażnik dóbr trudno dostępnych. Rozdając dobra unikalne i pożądane można zyskać na autorytecie i ważności społecznej.

Za dużo studentów i zbyt liczna klasa ludzi wykształconych (merytokracja)? Tak jak ze szlachectwem: szaraki, gołota itd. obniżali prestiż magnaterii. Elita musi być nieliczna, bo tylko wtedy uzyska prestiż i ponadstandardową, uprzywilejowaną pozycją. Od kilkudziesięciu lat wykształcenie dawało wyższą pozycję społeczną (i wyższe zarobki). Nic dziwnego, że Polacy mocno inwestowali w naukę na uniwersytetach. Po studiach było się "kimś". Według proponowanej koncepcji ograniczenia liczby studentów (a więc limitowanie merytokracji) społeczeństwo ma się dzielić na merytokrację (arystokrację wiedzy) i ciemny lud-roboli? Dane statystyczne są jednak nieubłagane. Nawet obecnie bezrobocie jest wyższe po zawodówkach niż u absolwentów uczelni wyższych. Tak więc preferowanie na siłę szkół zawodowych wcale nie jest lekarstwem na bezrobocie wśród młodych Polaków (i Europejczyków). Społeczny apartheid, rozdzielający arystokrację wiedzy i plebs nie jest do zaakceptowania. Obraz takiego społeczeństwa odnaleźć można w „Pianoli” Vonneguta – rozdzielenie ludzi z wysokim IQ i „roboli”.

Wiedza jako dobro wspólne, dobro publiczne nie powinna być licencjonowana. Bunt przeciw ACTA jest chyba elementem tego dużego protestu i przewartościowań społecznych. Współczesne rewolucje społeczne robią ludzie wykształceni, ci „nadmiernie” wykształceni. Na te zmiany patrzę z dużą nadzieją. Bo jest to obrona wolności i swoistej niekomercyjnej przestrzeni publicznej.

Dyskusja tak na prawdę sprowadza się do koncepcji edukacji. Uniwersytet to nie jest szkoła zawodowa w dawnym stylu. Uniwersytet pozwala – a przynajmniej powinien! – zrozumieć świat. A z taką wiedzą można poradzić sobie w życiu. Na kasie w supermarkecie też może pracować magister i nie będzie to deprecjonowanie jego wykształcenia. Dyplom bowiem nie jest nowym „szlachectwem”  (dyplom szlachectwa, ograniczanie dopływu do klasy uprzywilejowanej, jak w starożytnych Atenach, Rzymie czy stan szlachecki w I Rzeczypospolitej). Wiedza nie jest tylko narzędziem zawodowym lecz także elementem człowieczeństwa. Nawet hydraulik może zastanawiać się nad sensem istnienia. Na przykład Darwin nie był zawodowym naukowcem, nie pracował na uniwersytecie. A przecież tak wiele wniósł do nauki jako takiej. O filozofii nie wspominając.

Wykształcenie – jako dobro publiczne – powinno być dostępne dla wszystkich, bo nie jest to reglamentowanie „szlachectwa” czy inaczej rozumianej elitarności. A kształcenie uniwersyteckie nie jest kształceniem zawodowym w wąskim rozumieniu. Studia powinny uczyć myślenia. Bowiem w wieku XXI to mózg i myślenie jest najważniejszym narzędziem pracy. Wobec bardzo szybko zmieniających się warunków i oszałamiającego postępu wiedza szybko się dezaktualizuje i trzeba się nieustannie uczyć. Czyli nieustannie używać narzędzia-rozumu. Apelowanie o ograniczenie wykształcenia to obrona swoich przywilejów i pozycji społecznych. Na szczęście jest to zawracanie Wisły kijem.

Ograniczenie liczy studentów wiązałoby się z silniejszą selekcją, tak jak w swoistym surwiwalu. Dać tak męczące zajęcia (podnieść poprzeczkę), że część odpadnie. Tak jak w marszach śmierci. Bo celem w takiej koncepcji nie jest zwiększenie wiedzy a jedynie ograniczająca eliminacja – do mety dotrzeć mają tylko nieliczni... Wspominając swoje lata studiów (biologia a więc stosunkowo ciężkie) przypominam sobie osoby, które odpadły. Niektórzy byli mało wydolni intelektualnie (ciekawe z jakich względów - może zaniedbań edukacyjnych?), inni bardzo wartościowi i inteligentni. Po prostu odpadali najbardziej wrażliwi i ci, którzy tracili z oczu sens takiej nauki. Wytrwali najbardziej uparci. Wynikało to także z motywacji. Nie była więc to selekcja względem możliwości intelektualnych, ale względem posłuszeństwa, pokory czasem wytrwałości. Wysiłek bezsensowny (np. wkuwania na pamięć) uczy pokory, posłuszeństwa, jest jak inicjacja w wojsku. Nie rozum a „twarda dupa”, odporność na poniżenie, zmęczenie, wydolność biologiczną. Odpadali słabsi psychicznie oraz ludzie, którzy potrzebują sensu w życiu i codziennym działaniu (poczucie sensu motywuje ich do wysiłku i wytrwałości). Czy zakuwanie na pamięć zbędnych informacji ma sens? Także i współcześnie niejednokrotnie obserwuję studentów, którzy wydają się leniwymi, niezbyt lotnymi. Ale w momencie, gdy dostrzegają sens, to zupełnie się przemieniają w o wiele inteligentniejszych, lotniejszych, sprawniejszych w działaniu i efektach. Jeśli więc narzekamy na ponoć słabych studentów, to być może nie chcemy zauważyć własnej mizerii, niskich lotów i mało ambitnych programów zajęć czy wykładów. Być może nie dostrzegamy, że nie jest winą grabi ani ogrodnika, że mu kopanie grządek nie idzie. Po prostu trzeba zmienić narzędzie (zamienić grabie na szpadel)!

Pora powrócić do analogii biologicznych. Poprzez wydłużoną edukację obserwujemy powiększający się dysonans między dojrzałością biologiczną a dojrzałością społeczną. Kiedyś do szkoły chodziło się maksymalnie kilka lat. A więc wszystkie niezbędne nauki młody człowiek zdobywał w dzieciństwie. Wraz z dojrzałością płciową w wieku 15-18 lat wchodził w dorosłość społeczną i kończył edukację. Teraz 6 lat szkoły podstawowej, 3 gimnazjum, 3 liceum (lub w nowej-starej koncepcji 8 lat podstawówki i 4 lata liceum). A więc matura przypada w wieku 18-19 lat. W tym sensie matura rzeczywiście oznaczała „dojrzałość”. Ale obecnie ponad 50% młodzieży idzie na studia, czyli kolejne 5 lat, a część także na studia doktoranckie (trzeciego stopnia). Matura nie jest maturą ale jednym z kilku egzaminów kompetencyjnych (śród-edukacyjnych, a nie kończących). Z "końcowym" dyplomem wchodzi się w dorosłość obecnie około trzydziestki. Trzeba zacząć pracę i dopiero myśleć o założeniu rodziny. Jednakże dla kobiety najbardziej optymalny okres pierwszego porodu mieści się między 20 a 25 rokiem życia. Potem „wartość biologiczna” spada, trudniej począć dziecko i wzrasta ryzyko urodzenia dziecka z wadami. Obecnie rozdźwięk między dojrzałością biologiczną a społeczną coraz bardziej się powiększa. Nic dziwnego, że coraz większym zainteresowaniem cieszy się metoda in vitro. Najlepiej dla kobiety by było, aby pobrać komórki jajowe w biologicznie optymalnym wieku (20-25 lat), zamrozić w ciekłym azocie, a jak koło 40tki zrobi dyplomy i karierę, to będzie mogła pomyśleć o swoim zdrowym dziecku. Wiąże się to jednak z uśmiercaniem zarodków, bo dla zapewnienia skuteczności „produkujemy” ich więcej, a „niewykorzystane” leżą w ciekłym azocie i nie wiemy co z tymi nienarodzonymi zrobić… Poprawianie biologii nie jest ani tanim ani dobrym rozwiązaniem. Alternatywą jest edukacyjna pedogeneza, swoista cywilizacyjna neotenia.

Matura nie oznacza już dojrzałości w sensie zakończenia nauki. Skoro dodatkowo we współczesnym świecie szybko zmieniających się technologii i tak skazani jesteśmy na kształcenie ustawiczne przez całe życie, to może nie ma co na siłę starać się całą swoją edukację „odwalić” jednym ciągiem? Może trzeba założyć, że i tak będziemy uczyli się całe życie. Może więc najpierw założyć rodzinę, pójść do pracy, a potem kontynuować małymi porcjami swoją edukację i kolekcjonowanie dyplomów? Przecież już tak było kiedyś, ludzie pracowali a potem szli na studia zaoczne, studia podyplomowe. Teraz rozwiązaniem jest kształcenie ustawiczne: małe porcje wiedzy przez całe życie. Nie wystarczy raz skończyć uniwersytet i iść z dyplomem w świat. Ciągle trzeba do uniwersytetu powracać po kolejne dyplomy i walidację nabytej nieformalnie wiedzy.

Przy tak zarysowanej perspektywie współczesny uniwersytet musi być inny. Musimy kształcenie w szkołach wyższych wymyślić od nowa. Skoro nie nauka w jednej, długiej formie z „internatem”, to raczej małe porcje przez całe życie i walidacja wiedzy. Do tego zmierzały Krajowe Ramy Kwalifikacji ale mało kto na to zwracał uwagę. A więc cywilizacyjna neotenia: „rozród” przed dyplomem. Najpierw prokreacja, a potem długie inwestowanie w wiedzę… jak ptaki gniazdowniki czy wiosną kwitnące rośliny: dozowanie statusu społecznego na raty. Dalsza edukacja to ułatwianie startu życiowego własnemu dziecku przez ciągłe inwestowanie w siebie. Wtedy młodzi ludzie zaczynać będą dorosłość biologiczną bez samodzielności ekonomicznej. Już dzisiaj dziadkowie wspierają dziecko z wnukiem. Taka swoista poliembrionia i pedogeneza cywilizacyjna.
Inna strategia życia i inna rola uniwersytetu: po pierwsze więcej e-learningu, po drugie krótsze formy (system boloński już to otworzył: 3+ 2+ 4 oraz studia podyplomowe) a potem uniwersytety trzeciego wieku. Uniwersytet powinien uczyć myślenia. I nie ważne czy ktoś skończy biologię, farmację, historię, prawo czy pedagogikę. Ważne czy nabędzie niezbędne na rynku pracy kompetencje: kreatywność, uczciwość, otwartość na innych i na zmiany, odwaga poznawcza, samoafirmacja jako poczucie własnej wartości, poczucie sensu, ciekawość, dzielność (wytrwałość), umiejętność pracy zespołowej, pokonanie indywidualnego i krótkowzrocznego egoizmu na rzecz solidaryzmu. Bo sukces odnoszą społeczeństwa jako sprawne i całościowe systemy a nie luźne zbiory indywidualistów i „sprytnych” egoistów.

(Poprawiony tekst, który się ukazał na starym blogu kilka lat temu)

4.03.2019

Jedzenie zamiast seksu. I można długo żyć. Biologia nieustannie fascynuje!

Wrotek z gromady Bdelloidea, Habrotrocha rosa, 
fot. Rkitko, Wikimedia Commons.
Poznawanie tajemnic przyrody jest ekscytujące. Ogromne bogactwo różnorodnych strategii i cyklów życia dostarcza wielu refleksji, także nad człowiekiem jako takim. Biologia systematycznie zmienia nasz sposób myślenia i postrzegania świata. Wywraca także ugruntowane już pojęcia, np. "gatunek". Ciągle przesuwa granice tego, co uznajemy za normalne i typowe. W zasadzie wiele teorii należałoby sformułować na nowo. Badania podstawowe, prowadzone przez coraz liczniejszych naukowców, ciągle przynoszą nowe fakty. Czasem znajdują zastosowanie w naukach stosowanych i są elementem postępu naukowo-technologicznego. Przełomowe odkrycia mogą rodzic się w niespodziewanych miejscach. Potrzebne są każde badania, nawet jak w danym momencie nie widzimy ich praktycznego zastosowania.  Pragnienie zrozumienia przyrody w szerokim sensie (w tym i samego człowieka) wyznacza kierunek badań i wielu indywidualnych poszukiwań.

W ostatnim stuleciu najważniejszym inspiracyjnym źródłem dla filozofii jest właśnie biologia. Dzięki postępom wiedzy biologicznej zastanawiamy się nad sprawami, które nigdy wcześniej nie przyszłyby nam do głowy. Na przykład, że dziecko może mieć dwie matki i jednego ojca. Albo, że dzięki edycji genów oraz transgenezie możemy kierować ewolucją: tworzyć nowe gatunki oraz przywracać biosferze te dawno temu wymarłe.

Życie biologiczne na Ziemi przez wiele milionów lat (dużo ponad miliard), obywało się bez rozmnażania płciowego. Pojęcie "gatunek" w zasadzie wymyślono dla zwierząt rozmnażających się płciowo (takich jak człowiek i wszystkie kręgowce). Od tej pory poznano wiele innych organizmów, a używanie pojęcia gatunek stało się coraz bardziej wątpliwe.... ale na razie nic mądrzejszego biolodzy nie wymyślili. A czas i odkrycia ponaglają. Konieczne są kolejne próby formułowania nowych koncepcji i nowych teorii, układających nieco inaczej znane nam fakty. Jak zabaw klockami Lego: z tych samych budujemy zupełnie nową konstrukcję.

Rozmnażanie płciowe - poprzez znaczącą i szybką rekombinację genetyczną - oszałamiająco przyspieszyło ewolucję i dostosowywanie się biosfery do ciągle zmieniających się warunków środowiska. Rozmnażanie płciowe - mimo że uciążliwe i kosztowne - trwa (uciążliwe, bo wymaga energii oraz niejednokrotnie stwarza ryzyko śmierci). Kiedy odkryto u prokariotycznych bakterii plazmidy i inne sposoby horyzontalnego wymieniania materiału genetycznego, legły w gruzach kolejne "dogmaty" biologiczne. Ale teraz sporo zamieszania narobiły wrotki z gromady Bdelloida. U tych wrotków od dawna znany był fakt rozmnażania partenogenetycznego. Samców nie obserwowano nigdy. Grupa istnieje na Ziemi ponad 80 milionów lat i ma się doskonale. Jak może ewoluować bez rozmnażania płciowego? To było zagadką dla biologów przez wiele lat. Owszem, spotyka się gatunki dzieworodne, ale ten sposób rozmnażania jest okresowy. Ale tak kilkadziesiąt milionów lat bez "seksu"? Same mutacje nie wystarczyłyby dla zachowania procesów ewolucji i szybkiego dostosowywania się do środowiska.

Najnowsze badania naukowców z Uniwersytetu w Cambridge wykazały, że wrotki z gromady Bdelloida .... "zjadają" DNA innych gatunków: bakterii, grzybów i glonów. W ten sposób wzbogacają własną pulę genetyczną. Nawet do 10 procent ich aktywnych genów jest obcego pochodzenia (a więc nie dotyczy to tak zwanego "śmieciowego" DNA). Nie wiadomo jeszcze, w jaki sposób dokładnie zachodzi proces transferu genów. Ale naukowcy są niemal pewni, że DNA zjadane przez wrotki jest włączane do ich własnego genomu. Brak samców i rekombinacji materiału genetycznego w procesie rozmnażania płciowego, rozwiązany jest przez horyzontalny transfer genów z organizmów, którymi żywią się te wrotki. Kolejny cios dla definicji gatunku (może trzeba wykorzystać i dopracować pojęcie holobiontu i holoegenomu?). I jeden z wielu elementów, wymuszających napisanie podręczników do biologii zupełnie od nowa. I to jest właśnie tak fascynujące w naukach biologicznych.

Te niezwykłości działy i dzieją się pod naszymi nogami (i na naszych oczach). Bowiem wrotki z gromady Bdelloida żyją na dnie zbiorników wodnych, pełzają lub pływają. Mają podłużne ciało z pseudosegmentami i teleskopowo składaną nogę. Jajnik jest parzysty a rozmnażają się przez partenogenetyczne jaja. 

Gdyby tak spróbować uogólnić.... jedzenie zamiast seksu? Czy taki świat jest możliwy? Może, wbrew medialnej popkulturze, seks nawet w życiu człowieka nie jest tak ważny i dominujący? Na razie Seksmisja nam nie grozi... ale naukowcy robią różne dziwne rzeczy :). To co dzisiaj wydaje się filmową fantazją, jutro może się stać rzeczywistością i naszym wyborem.

Trudno na blogu dokładnie opisać nadmienione wyżej zjawiska i procesy. Na to trzeba znacznie więcej czasu i miejsca. To tylko zasygnalizowanie i zachęta do dokładniejszego studiowania życia. Poprzez własne obserwacje, refleksje, czytanie i dyskusję. Dlaczego przez dyskusję? Bo jest to jedna z ważniejszych metod badawczych. Wiedza tworzy się w dialogu i konektywnie. Czy jakby to nazwał Ludwik Fleck - w kolektywach myślowych.

2.03.2019

Człowiek ma już władzę nad ewolucją - "Edycja genów" Jennifer Doudny i Samuela Sternberga

Książka, którą powinien przeczytać każdy, bo dotyczy najbardziej aktualnych i niezwykle ważnych spraw, odnoszących się do naszej przyszłości. I to bardzo bliskiej. Ludzkość ma narzędzie ale musi się zastanowić jak z niego korzystać. Być może potrzebne jest embargo na stosowanie tej wiedzy, tak samo jak w przypadku energii jądrowej. Przejęliśmy kontrolę nad ewolucją.... I nie jest to literatura fantazy.

Popularnonaukowa książka z wiedzą prosto z laboratorium. Wiedza najnowsza, z ostatnich lat.  Dobrze napisana, będzie zrozumiała dla każdego, nie tylko dla biologów czy biotechnologów. Jest zarówno niezwykle frapującą opowieścią o pracach naukowca, jak i przejrzyście napisanym podręcznikiem genetyki. Pierwsza część jest w jakimś sensie napisana "po kobiecemu" - znajdziemy dużo relacji międzyludzkich, opowieści o spotkaniach, decyzjach itd. Ale znakomicie ukazuje prawdziwe życie naukowców. Jest i wątek polski i udziałem doktoranta. Można poczuć dumę. W drugiej części jest więcej rozważań nad przyszłością i pokazywanie perspektyw. Dużo przykładów medycznych ale i znakomite pytania etyczne i filozoficzne. Książka biologiczna i biotechnologiczna, którą powinien szybko przeczytać każdy humanista.

Jennifer A. Doudna, Samuel H. Stenberg, "Edycja genów. Władza nad ewolucją.", tłumaczenie Adam Tuz, Wydana przez Prószyński i S-ka w 2018 roku, w ramach serii "Na ścieżkach nauki". Wiedza najnowsza i z górnej półki podana w sposób przystępny, w zasadzie powinna być lekturą szkolną. Dlaczego? Bo w sprawie edycji genów, metody CRISPR i możliwości sterowania ewolucją, nawet u Homo sapiens, każdy z nas będzie musiał się wypowiedzieć. Książka ta zainteresuje także tych, którzy śledzą GMO. "Ewolucja genów" pozwala zrozumieć współczesny świat. 

Edycję genów zobaczyłem przypadkiem na księgarskiej półce. Sięgnąłem, bo już trochę słyszałem w kręgach naukowych o edycji genów i chciałem dowiedzieć się czegoś więcej. Po przekartkowaniu, zapoznaniu się z tytułami rozdziałów i zamieszczonymi poglądowymi schematami - kupiłem. Kończę czytać. Znakomita i bardzo ważna, nie tylko naukowo ale i społecznie. Dlatego tę książkę (lub inne podobne, z tematyką edycji genów) powinien przeczytać każdy student, licealista, dorosły człowiek. Wcale nie przesadzam.

W części pierwszej pt. "Narzędzie" czytelnik znajdzie barwny i prawdziwy obraz współczesnej nauki. Jak się ze sobą komunikują naukowcy z całego świata, po co jeżdżą na konferencje, jak pracują w laboratorium. Już tylko z tego powodu warto po Edycję genów sięgnąć. W tę zajmującą opowieść, niczym przygodową i detektywistyczną zarazem, wpleciona jest solidna wiedza biochemiczna, biotechnologiczna i genetyczna.

Przez niemal sto tysięcy lat istnienia Homo sapiens, nasz genom kształtowały przypadkowe mutacje i procesy selekcji. Teraz stanęliśmy po raz pierwszy w historii świata przed możliwością edycji DNA nie tylko każdego gatunku na Ziemi ale i człowieka. Co więcej, opisywane narzędzie CRISPR jest w zasięgu każdego licealisty bo technika jest prosta i na jego kieszeń. I teraz kwestia zasadnicza: czy i co my zrobimy z tak dużą władzą? Ogromna moc zmieniania świata, na lepsze i na gorsze. Sterowanie ewolucją naszego gatunku wydaje się trochę przerażające. Wykracza to poza nasze granice pojmowania. Dyskusji i decyzji, także etycznych, nie unikniemy. A do dyskusji potrzebna jest wiedza. Zatem zachęcam do lektury. Szybkiej i pełnej, uzupełnianej innymi pozycjami.

Technologia edycji genów dojrzewała przez lata, to typowy, powolny postęp naukowy. W końcu podpatrując przyrodę, m.in to jak sobie radzą bakterie z wirusami (bakteriofagami), jak działa ich system immunologiczny, naukowcy odkryli prostą i bardzo precyzyjną metodę biotechnologiczną i medyczną. Autorzy Edycji genów zajmująco piszą o dochodzeniu do odkrycia. Być może czasem czytelnik będzie musiał odłożyć książkę i sięgnąć do uzupełniających źródeł. Autorzy dobrze wyjaśniają pojawiające się terminy naukowe i przejrzyście objaśniają zawiłe kwestie, wspomagając się schematycznymi rysunkami. Znakomita popularyzacja wiedzy - dlatego polecam licealistom i studentom jako dobre wykłady z genetyki, biochemii czy biotechnologii.

Czym jest edycja genów? Techniką manipulowania genami, dawniej określaną "celowaniem genowym", zupełnie inną niż techniki transgeniczne (przenoszenie genów z jednego organizmu na inny), tworzące GMO. Autorzy przypominają przy okazji, że człowiek modyfikuje gatunki już od tysięcy lat, np. w formie hodowli i uprawy (selekcja ras i odmian). Teraz ma nowe, lepsze narzędzie o niebywałych wręcz możliwościach. Możemy wreszcie znaleźć remedium na choroby genetyczne, nowotwory, możemy uodpornić komary na zarodźce malarii i inne chorobotwórcze mikroorganizmy i w ten sposób wyeliminować groźne choroby takie jak malaria. Możemy wyeliminować same komary. Albo wskrzesić dawno wymarłe gatunki, takie jak mamuty, gołębie wędrowne. Możemy tworzyć nowe zupełnie gatunki istot mitologicznych, poprawiać wydajność roślin i zwierząt i w ten sposób wyeliminować głód. Zdając sobie sprawę z szans i zagrożeń oraz  etycznych dylematów autorzy nawołują do dyskusji i międzynarodowej kontroli nad edycją genów. Żeby decydować, trzeba znać i rozumieć problem. A że jest zupełnie nowy, to trzeba szybko swoją wiedzę uzupełnić.

"System CRISPR sprawił, że edycja genów stała się dostępna na masową skalę, i szykuje się do przeistoczenia tej niegdyś tajemnej praktyki w hobby albo rodzaj rzemiosła na podobieństwo domowego warzenia piwa." Za 130 dolarów można kupić "wszystko, czego potrzeba do precyzyjnej edycji genomów bakteryjnych w warunkach domowych." Dalej autorka pisze "Demokratyzacja CRISPR przyspieszy (...) proces badawczo-rozwojowy, lecz także doprowadzi do takich zastosowań tej technologii, na które ludzie nie są jeszcze gotowi - a ich efektów nie da się zamknąć w czterech ścianach laboratorium." 

Fascynująca książka, zbliżam się do końca. Zainspirowała mnie także do rozważań nad wirusami i wczesnymi etapami ewolucji życia na Ziemi. A ponadto literatura science-fiction stała się dla mnie realna i możliwa do zobaczenia na własne oczy.

1.03.2019

Wiosna kwitnącymi dyskretnie leszczynami się zaczyna

(Kwiatostany leszczyny - żeńskie zaznaczone
białym kołem)
Zachwycamy się pierwszymi oznakami wiosny. Pod moim blokiem już kwitną krokusy (już pod koniec lutego). Zwracamy uwagę na przebiśniegi i wracające ptaki. Ale chyba najbardziej wczesnymi i urokliwymi oznakami wiosny (ścisłej - przedwiośnia) są kwitnące leszczyny i budzące się ze snu cytrynki latolistki. Leszczyny kwitnące widzę w drodze do pracy, a cytrynka obudzonego widział znajomy, przebywający kilka dni temu w terenie.

Wiosną świat wokół nas bierze się za sprawy ważne dla trwania gatunku, czyli za rozmnażanie. Wbrew pozorom to skomplikowana sprawa. I zróżnicowana w bogactwie form i różnorodności języka, opisującego te biologiczne zjawiska. Wiosną wypatrujemy pierwszych kwiatów. Najczęściej wspominamy przebiśniegi – duże, ładne, białe i delikatne w swej urodzie kwiaty. Ewentualnie przylaszczki i zawilce, czasem krokusy. Ale równie wcześnie kwitną leszczyny, tyle że kwiaty – przynajmniej te żeńskie – są niepozorne i ich nie dostrzegamy (na zdjęciu obok, kwiat żeński zaznaczony białym kołem). Nie widzimy więc, kiedy wiosna przychodzi w swej najsubtelniejszej postaci. 

Kwitnąca leszczyna to niepozorne piękno, niewidoczne dla zagonionych i pędzących przez życie w pośpiechu. Mam na myśli oczywiście żeńskie kwiaty. Dostrzeżemy tylko wtedy, gdy się zatrzymamy. Dawniej interesowaliśmy się przyrodą znacznie bardziej niż teraz. Może dlatego, że była bliżej nas. To znaczy tak samo blisko jak teraz lecz patrzyliśmy na świat wokół a nie w ekrany smartfonów czy tablice rozdzielcze w samochodzie. Kiedyś aktywnie ją poznawaliśmy i opisywaliśmy. W wieku XIX i na początku XX w Prusach Wschodnich (ale i nie tylko tu) wiele osób prowadziło obserwacje fenologiczne i notowało daty zakwitu różnych roślin. Warto byłoby do tego wrócić. Zwłaszcza w kontekście zmian klimatu, można przecież sprawdzić i porównać terminy zakwitu różnych gatunków roślin. Rośliny są łatwe do obserwacji, bo nie uciekają, są cały czas w tym samym miejscu. Zadanie dla szkolnych młodych odkrywców oraz pozaszkolnych miłośników przyrody.

Pojedyncze obserwacje wydają się bezwartościowe – bo cóż mogą wnieść nowego? Ale powtarzanie tych obserwacji przez wiele lat i w różnych miejscach pozwala już na wyciąganie ciekawych wniosków. Na przykład takich, dotyczących zmian klimatu. Jedną z obserwowanych w tych fenologicznych badaniach obywatelskich była leszczyna. Warto byłoby odszukać dawne zapiski i porównać z dniem dzisiejszym. Przy okazji byłby to znakomity pretekst do aktywnej edukacji przyrodniczej i aktywnego poznawania dziedzictwa przyrodniczego. A przy okazji także kulturowego… i rozważań na wskroś filozoficznych. Mądry dostrzega więcej w otaczającej nas przyrodzie.

Bo cóż my wiemy o lokalnej przyrodzie? Nawet nie potrafimy rozpoznać pospolitych gatunków roślin, grzybów i zwierząt. Obserwacje fenologiczne to w sam raz coś na szkolny monitoring środowiska i obywatelskie, amatorskie obserwowanie przyrody. Pierwsze kwitnące rośliny pojawiają się jeszcze niemalże w zimie (męskie kwiatostany - kotki brzozy, leszczy czy olszy uwidaczniają się już w zimie). A na pewno na przedwiośniu, gdy poranne przymrozki jeszcze często się zdarzają.

Czemu tak wcześnie zakwitają, gdy jeszcze zimno? Korzystają z ich nektaru i pyłku pierwsze wiosenne owady. Ale przecież nie dla owadów kwitną! A co z wiatropylnymi roślinami? Zwykłe niby wiosenne spacery a ile okazji do filozoficznych refleksji, dyskusji i analiz!

Seksualność kwiatu – razem czy osobno? Leszczyna jest jednopienna, czyli na jednym „pniu” spotkamy kwiaty obu płci: żeńskie i męskie. Dlaczego więc nie mówimy obojnak? Bo obojnak to termin, odnoszący się do zwierząt. U roślin to bardziej złożone zjawisko – potrzeba wielu doprecyzowujących określeń. Jednopienna, czyli wszystko co trzeba na jednym pniu, i samiec i samica. Tak w uproszczeniu, bo przecież roślina jednopienna to nie obojnak. U roślin dwupiennych (dwie płcie na dwóch pniach, osobno) też nie mówimy samiec czy samica. Bo to pojęcia ze świata zwierzęcego, mimo, że z biologicznego punktu widzenia to samo. Zatem u dwupiennych będziemy mówili o osobniku żeńskim i osobniku męskim. Dwupienność (fachowo i naukowo - dioecja) to występowanie żeńskich i męskich organów rozrodczych na różnych osobnikach. Termin odnosi się do roślin. U zwierząt po prostu mówimy samiec i samica. Rośliny jednak nazywamy dwupiennymi. Nie tylko rośliny nasienne (czyli te z kwiatami) są dwupienne, bywają i mszaki czy paprotniki.

W sensie ewolucyjnym dwupienność jest cechą starą, archaiczną i odziedziczoną po przodkach, którzy żyli jeszcze w środowisku wodnym. Dla nieruchomych roślin w środowisku lądowym nie zawsze taka opcja bywa skuteczna. Jednopienność (monoecja) to występowanie u roślin rozdzielnych męskich i żeńskich (jednopłciowych) narządów rozrodczych na jednym osobniku (prawie jak u zwierzęcego obojnaka). Natomiast rośliny, na których obok kwiatów rozdzielnopłciowych występują także kwiaty obupłciowe (o tych za chwilę), określane są mianem poligamicznych. Jak widać poligamia u roślin znaczy coś zupełnie innego.

Skoro się w tekście pojawiło, to wyjaśnijmy co znaczy obupłciowość (androginia, androgynia). Obupłciowość to występowanie u roślin żeńskich i męskich organów rozrodczych (gonad) w tym samym kwiecie, tuż obok siebie. Obupłciowość występuje u większości roślin wyższych (naczyniowych, nasiennych). W kwiatach roślin nasiennych organem męskim jest pręcik, organem żeńskim słupek. I po co były setki milionów lat ewolucji, „wymyślanie” płci, by na koniec wrócić do początków? Ale obupłciowe kwiaty wcale nie oznaczają samozapylenia czyli samozapłodnienia. To tylko ostateczność.

Najkorzystniejsza jest wymiana gamet z innym osobnikiem. Ale jak to zrobić, gdy rośliny są nieruchome a kwiat od kwiatu daleko? U jednopiennych kwiaty żeńskie blisko są męskich. Te ostatnie u leszczyny zwane są kotkami, (koćkami). A jak jest z kwiatami, tymi najbardziej dla nas znanymi: tam w jednym miejscu i elementy żeńskie (słupek) i męskie (pręciki z pyłkiem). Logicznie rzecz ujmując to też „jednopienne”, ale nazywane są obupłciowymi. Tak jest dokładniej i precyzyjniej. Kwiat – dwie płcie, prawie jak obojnak. Wiele terminów biologicznych niemalże dotyczy tego samego. Ale odmienność terminów zawęża interpretacje i precyzuje zjawiska. 

Wiosenny spacer po lesie w poszukiwaniu kwitnącej leszczyny (czy brzozy, gdyby ktoś wolał), to także intelektualny spacer z ewolucją w tle. Zastanawianie się nad proces ewolucyjnym, od dwupienność i rozdzielnych płci każdego osobnika (rośliny), poprzez jednopienność (dwie płcie na jednej roślinie, osobno kwiaty żeńskie i męskie), aż do typowego kwiatu (wszystko w jednym). Dlaczego tak? Dlaczego miliony lat ewolucji na wytworzenie dwu różnych płci tu jakby zostało cofnięte? Po co jest płeć? Przecież płciowość wśród organizmów żywych powstała bardzo późno. Większa część czasu istnienia organizmów żywych w biosferze (od momentu powstania życia na Ziemi) to pomnażanie, czyli rozmnażanie bezpłciowe (zwane także wegetatywnym, przez podział, pączkowanie itd.). Wydawałoby się, że to sposób bardzo efektywny i ekonomiczny: wszystkie osobniki zaangażowane w rozmnażanie. Dwie płcie to kosztowny sposób, rozrzutny i marnotrawny. A jednak mimo tych kosztów trwa. Bo zyskiem jest rekombinacja materiału genetycznego a w konsekwencji szybka zmienność i łatwość dostosowywania się do zmian środowiska.

Płciowość jest ceną za szybsze dostosowanie się do środowiska, jest jednym ze skuteczniejszych sposobów rekombinacji genetycznej. Ale przecież nie jedynym.

Jak przyjść, kiedy się stoi w miejscu? Rośliny są nieruchome. W zasadzie. Trudno więc znaleźć partnera. Co innego zwierzętom – te się zawsze odnajdą, feromonami wskazując drogę w rozległym świecie. Więc lepiej być obojnakiem-obupłciowcem – zawsze jakiegoś partnera się znajdzie. Przy dwu płciach nie zawsze osobnik, którego się spotka, jest akurat płci przeciwnej. Dla obupłciowców każdy spotkany osobnik to partner do procesu płciowego (rekombinacji). Procesy płciowe bakterii i pierwotniaków skutkują tym, że nie przybywa osobników, następuje tylko rekombinacja materiału genetycznego. To takie rozmnażanie, w którym pozostaje tyle samo osobników. Bo pierwotnym sensem rozmnażania płciowego nie jest zwiększenie liczby osobników tylko ewolucyjna innowacyjność.

Owady można rozpatrywać jako wspomagacze roślinnej seksualności... Skoro samemu się nie może ruszyć (roślina) by znaleźć partnera do rozmnażania, to trzeba znaleźć jakiegoś pośrednika. Przodkowie roślin lądowych żyli w środowisku wodnym i same gamety były zdolne do ruchu (witki, rzęski jako organella ruchowe jednokomórkowców). Ale w środowisku lądowym to się nie sprawdza. Pozostaje wiatr. Wiatropylne rośliny tworzą liczne kwiatostany męskie i produkują dużo pyłku. Bo nie wiadomo jak wiatr zawieje. Dlatego kwiaty męskie leszczyny (kotki), czy brzozy doskonale widzimy – są duże i jest ich dużo. Kwiaty żeńskie są maleńkie. Czekają na pyłek. A w tym wielkim świecie i przy kapryśnych, nieprzewidywalnych wiatrach pyłku potrzeba dużo. Wiatr jest niepewny i nieprzewidywalny. Nieskuteczny, gdy dużo innych gatunków i zwarta, gęsta roślinność. Wiatropylność sprawdza się na otwartych przestrzeniach, a najkorzystniejsze warunki są wczesną wiosną, gdy jeszcze inne drzewa i rośliny nie wypuściły liści i nie „tarasują” sobą możliwości przenoszenia pyłku. Być może dlatego te rośliny kwitną właśnie wczesną wiosną? Pomijając trawy na łące lub krajobrazie otwartym.

Owady są bardzo użyteczne gdy wiatr zawiedzie.  Skoro wiatr bywa w niektórych sytuacjach zawodny, to może trzeba specjalnych posłańców? Skoro gamety nie potrafią samodzielnie się odszukać a wiatr jest niepewny, co może ktoś inny pomoże? Kwiaty wyewoluowały wraz z owadami. To znakomity przykład koewolucji. Nektar jest jak opłata pocztowa w postaci znaczków na kopercie. Pszczoły i inne owady nie będą za darmo przenosić pyłku i wspomagać rozmnażania roślin. W ogóle nie myślą o pomocy za darmo czy za opłatą. Szukają czegoś do zjedzenia, w tym przypadku nektaru i/lub pyłku. Przy dwupienności czy nawet jednopienności kwiaty męskie daleko są od żeńskich. Jak przetransportować pyłek? Innowacyjnym ewolucyjnie okazał się obupłciowy kwiat, gdzie pręciki są blisko słupków – owady odwiedzając roślinę w poszukiwaniu nektaru będą przeciskać się obok pręcików i obok słupków – niechcący mogą być roślinnymi Amorami, posłańcami miłości. A w zasadzie seksu. Przy jednym kwiecie się nie najedzą, muszą latać z kwiatka na kwiatek. I tak mogą przenosić pyłek (męski) z jednego osobnika na słupek (organ żeński).

Rośliny wykorzystują owady do przenoszenia pyłku. Owady są jako wspomagaczami rozmnażania. Niczym gadżety z seks-shopów. Lub lekarze w klinikach położniczych. W jakieś analogii jest kosztowne zapłodnienie in vitro… gdy inaczej nie można począć nowego człowieka.

Obojnactwo to ryzyko niekorzystnego chowu wsobnego. Bo po co wytwarzać kwiatostany jak i tak wyjdzie na to samo (ten sam materiał genetyczny)? Ale czasem lepszy rydz niż nic. Potem może się trafi partner odmienny. Dlatego także u roślin powszechne są krzyżówki międzygatunkowe. Sprzeczne z teorią biologiczną (przynajmniej tą szkolną), gdzie przecież gatunki się nie krzyżują a jeśli już to nie wydają płodnych potomków (tak napisane w wielu podręcznikach szkolnych). Rośliny są jak widać niepiśmienne, książek nie czytają i się międzygatunkowo rozmnażają. Jakoś przecież trzeba sobie radzić… by kreować różnorodność. Bo krzyżówki międzygatunkowe są kolejnym sposobem zwiększania różnorodności genetycznej gatunku. 

Niektóre dzieworodne wrotki (Rotatoria, małe organizmy wodne) brak rozmnażania płciowego zastępują wykorzystywaniem fragmentów DNA organizmów, które zjadają. Jedzenie zamiast seksu (przeczytasz o tym więcej, niebawem podlinkuję). Okazuje się, że jest to bardzo archaiczny sposób. Najnowsze badania wskazują, że pierwsze organizmy „kolekcjonowały” resztkowe fragmenty DNA czy RNA, znajdowane w środowisku (resztki po innych, w tym innych gatunkach). Tacy biologiczni, śmietnikowi kloszardzi... Do tej pory wykorzystują to bakterie w formie plazmidów. Dzięki temu rozpowszechnia się w tym mikroświecie lekooporność – poprzez międzygatunkowy transfer informacji genetycznej.
(Żeński kwiatostan leszczyny, w zbliżeniu widać jego piękno. autor: Velela, Wikimedia Commons)

Tajemnica świata zamkniętego w leszczynie jest urzekająca. Bo o tylu rzeczach można rozważać, poszukując wiosennego kwiatu leszczyny. Leszczyna kojarzy mi się z prowincją, ze świętami u babci i dziadka, gdzie pod choinką czekały orzechy. To były dawne czasy, skromne i bez tego obecnego przepychu. Wtedy orzechy laskowe były rarytasem. I był jeszcze kij leszczynowy, co za wędkę służył. Na końcu uwiązana żyłka, ze spławikiem z gęsiego pióra i haczyk z dżdżownicą lub kłódką (czyli chruścikiem - najczęściej był to Potamophylax rotundipennis). Siedziałem w wakacje nad rzeką Liwną w Silginach, łowiłem kiełbie i płotki (wtedy były jeszcze w rzece raki szlachetne) i rozmyślałem. Teraz powracam myślami, a wszystko przez kwitnąca roślinę – leszczynę.

Spacerowanie sprzyja rozmyślaniom. A biologia w swej złożoności nakręca intelektualnie nie tylko filozofów. Wiosenne poszukiwanie kwiatu leszczyny – w jakiś sposób podobne jest do czerwcowego szukania kwiatu paproci…

Leszczyna pospolita (Corylus avellana L.) to gatunek dużego krzewu, należącego do rodziny brzozowatych (Betulaceae) lub według innej klasyfikacji do rodziny leszczynowatych (Corylaceae). Jak tu się w tym wszystkim połapać, skoro sami naukowcy nie są stali i jednomyślni w swych poglądach systematycznych? Leszczyna jest krzewem bardziej niż drzewem, występuje w stanie dzikim w całej Europie i Azji Mniejszej. W Polsce jest pospolita zarówno na niżu jak i w górach, gdzie rośnie do wysokości ok. 1300 m n.p.m. W lesie zajmuje warstwę podszytu, kryjąc się w cieniu i pod okapem innych, dużych drzew. Podobne do leszczyny w swych jednopiennych kwiatach jest brzoza czy olsza. Też wiatropylne, a nasiona roznoszone przez wiatr, przez to są dobrymi kolonizatorami.

O ile widziałem kwiaty żeńskie leszczyny to nie widziałem jeszcze w przyrodzie tych kwiatów u brzozy czy olszy, mimo, że to drzewa pospolite. Mijam je i widzę tylko kotki męskie lub później owoce i nasiona. Ale wróćmy do leszczyny. To roślina jednopienna o kwiatach męskich, zebranych w kotki, zgrupowane po 2-4, natomiast kwiaty żeńskie rozwijają się na krótkopędach w pąkach. W czasie kwitnienia na zewnątrz widoczne są tylko czerwono-purpurowe znamiona kwiatów żeńskich (zdjęcia wyżej). Kwitnie bardzo wcześnie, bo już od lutego (zazwyczaj do kwietnia). Kwiaty męskie pylą bardzo obficie na żółto. Muszą obficie „pylić”, bo to rośliny wiatropylne i żeby trawić w cel… muszą produkować dużo pyłku. A skoro blogerów wielu (do tego inne źródła papierowe, internetowe i multimedialne), to trzeba dużo i często pisać, by pyłek-słowo-myśl pasło na podatne znamię słupka, wypuściło inspirująca łagiewkę i zapłodnił intelektualnie innego osobnika Homo sapiens. Potem wyda on owoc, równie intelektualny. I trwać będzie myśl, zrekombinowana, dostosowana do swojego środowiska, jak organizmy żywe w biosferze.

Bloger jest raczej jednopienny - raz rozpyla myśli, innym razem przyjmuje i sam się cudzymi myślami inspiruje...