Pokazywanie postów oznaczonych etykietą satyra. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą satyra. Pokaż wszystkie posty

9.06.2026

Czy kobieta może się byczyć?

 

Pozornie jest to tylko dowcipny tekst i zabawa słowami. Ale w głębszej warstwie jest to zastanawianie się nad symbiozą człowieka z AI jako przykładem istoty życia biologicznego. I przykładem szukania analogii między ewolucja biologiczna a ewolucja kulturową.

Tak. W języku potocznym można powiedzieć, że kobieta „byczy się”, jeśli odpoczywa, leniuchuje lub niczym szczególnym się nie zajmuje. Tytułowe pytanie wydaje się błahe. Ot, jedna z tych językowych zagadek, które pojawiają się przy kawie, w mediach społecznościowych albo podczas rodzinnego obiadu. Ktoś mówi: „Cały weekend się byczyłam”, a ktoś inny odpowiada: „Jak to? Kobieta nie może się byczyć. Powinna się raczej krowić!”. Wszyscy się śmieją, ale za tym żartem kryje się całkiem poważne pytanie o relację między światem biologii a światem języka.

Jako biolog mam pewną słabość do specyficznego porządkowania rzeczywistości. Biologia uwielbia klasyfikacje. Samce i samice, gatunki, rodzaje, rodziny, królestwa. Gdy patrzymy na byka i krowę, sprawa wydaje się oczywista. Byk jest samcem bydła domowego, krowa jest samicą. Symetria jest elegancka, niemal podręcznikowa. Gdyby więc język miał być wiernym odbiciem biologii, należałoby uznać, że mężczyzna może się byczyć, a kobieta powinna się krowić. Problem polega na tym, że język nie czyta podręczników biologii.

Język jest tworem znacznie bardziej anarchicznym i niezależnym. Powstaje nie w laboratoriach, lecz w rozmowach, żartach, nieporozumieniach i tysiącach codziennych interakcji. Nie pyta biologów o zgodę. Nie konsultuje zmian z logikami. Nie przejmuje się symetrią. Słowa żyją własnym życiem i często odrywają się od swoich korzeni. Podobnie jak biologiczne gatunki w ekosystemach.

Przykładem jest właśnie czasownik „byczyć się”. Dawno przestał on oznaczać zachowanie właściwe samcowi bydła. Nikt przecież nie wyobraża sobie człowieka leżącego na pastwisku i przeżuwającego trawę, gdy mówi o weekendowym odpoczynku. „Byczyć się” stało się samodzielnym pojęciem oznaczającym leniuchowanie, relaks, błogie nicnierobienie. Słowo zachowało historyczne pochodzenie, ale utraciło biologiczną dosłowność. Znaczenie oderwało sie od pierwotnego obrazu i zaczęło żyć swoim własnym językowym, życiem. 

To zjawisko jest zresztą powszechne. W biologii ewolucja działa poprzez modyfikowanie istniejących struktur. Pióra ptaków powstały z elementów, które pierwotnie nie służyły do latania. Płuca ryb dwudysznych stały się przodkami narządów oddechowych kręgowców lądowych. Natura nie projektuje wszystkiego od nowa. Wykorzystuje stare rozwiązania do nowych funkcji.

W języki procesy słowotwórcze zachodzą podobnie. Słowa ewoluują. Zachowują ślady swojego pochodzenia, ale ich znaczenie dryfuje w nowych kierunkach. Tak jak biolog nie oczekuje, że skrzydło nietoperza będzie idealnie odpowiadało skrzydłu ptaka, tak językoznawca nie oczekuje, że każde słowo zachowa logiczną zgodność ze swoim przyrodniczym źródłosłowem.

Z biologicznego punktu widzenia najbardziej fascynujące jest to, że człowiek żyje jednocześnie w wielu rzeczywistościach. Posługuje się słowami, pochodzącymi z róznych paradygmatów. W jednej rzeczywistości obowiązują prawa przyrody. Samiec jest samcem, samica jest samicą, chromosomy nie negocjują znaczeń. W drugiej rzeczywistości – tej kulturowej i językowej – rządzą symbole, metafory i społeczne umowy. Tutaj słowa nie muszą być wierne biologii. Muszą być przede wszystkim użyteczne dla użytkowników języka. Dlatego kobieta może się byczyć. I nie dlatego, że jest gender. Nie dlatego, że staje się biologicznym bykiem. Nie dlatego, że język ignoruje istnienie samic bydła. Może się byczyć dlatego, że społeczność użytkowników języka uznała, iż słowo „byczyć się” oznacza pewien stan, a nie określoną płeć. Znaczenie oderwało się od biologicznego źródła i rozpoczęło własną ewolucję.

Czy moglibyśmy stworzyć czasownik „krowić się”? Oczywiście. Język pozwala na takie eksperymenty. Byłoby to nawet całkiem zabawne. Można wyobrazić sobie przyszłość, w której kobiety deklarują, że cały weekend się krowiły, a mężczyźni nadal się byczą. Jednak powodzenie takiego pomysłu nie zależy od logiki ani biologii. Zależy od tego, czy inni ludzie uznają go za przydatny i zaczną go powtarzać. Tym bardziej, że powiedzenie o kobiecie - "krowa", niesie duży pejoratywny ładunek. Zatem krowienie się niosłoby znaczenie już obarczoną ta pejoratywnością. Nisze semantyczna został już częściowo zajęta. Żeby ja skolonizować wcześniej należałoby usunąć stare znaczenie, upodabniające kobietę do krowy. 

W tym sensie język przypomina ekosystem. Nie przetrwa w nim to, co najbardziej logiczne. Przetrwa to, co najlepiej dostosowane do aktualnego środowiska społecznego. Słowa konkurują ze sobą podobnie jak organizmy. Jedne wymierają, inne zdobywają nowe nisze, jeszcze inne rozprzestrzeniają się niczym gatunki inwazyjne.

Może właśnie dlatego wszelkie próby idealnego uporządkowania języka są skazane na niepowodzenie. Chcielibyśmy czasem, aby świat był elegancki jak tabela w podręczniku biologii. Tymczasem język przypomina raczej las. Rośnie spontanicznie, plącze się, tworzy nieoczekiwane połączenia i nie przejmuje się naszym poczuciem porządku.

A więc czy kobieta może się byczyć? Z biologicznego punktu widzenia nie ma to sensu. Z językowego – jak najbardziej. I właśnie w tej drobnej sprzeczności kryje się piękno ludzkiej kultury. Natura i język są dziećmi tej samej ewolucji, ale każde z nich poszło własną drogą. Próba zmuszenia ich do pełnej zgodności przypominałaby próbę nauczenia dzięcioła pływania tylko dlatego, że pingwiny też są ptakami. Można próbować. Pytanie tylko: po co?

Wracając do tytułowego pytania, czy kobieta może się byczyć. To dobry przykład, że język naturalny często wybiera jedną formę i stosuje ją uniwersalnie, zamiast tworzyć pełną symetrię rodzajową. Nie dlatego, że nie da się stworzyć formy żeńskiej, lecz dlatego, że użytkownicy języka jej po prostu nie przyjęli.

Niniejszy tekst powstał we współpracy z narzędziami sztucznej inteligencji. Dlatego na koniec konwersacji napisałem tek: "Dziękuję, pięknie wyszła nam ta symbioza człowieka z AI." I przypomniały mi się kolektywy myślowe Ludwika Flecka. Wskazywał on, że w dialogu między dwoma naukowcami powstają całkiem nowe rzeczy i pomysły, które wcześniej nie istniały w głowie żadnego z dyskutantów. wyłoniły się z dialogu.  Tak jak nie wchodzi się dwa razy do tej samej wody w rzece, tak samo nie wchodzi się do tych samych słów w rozmowie. Za każdym razem jest to inna woda, inne słowa, mimo że sens może być podobny lub bardzo zbliżony. I dzieje się tak w rozmowie człowieka z człowiekiem jak i człowieka z generatywną sztuczna inteligencją. Pomijając porównanie Ludwika Flecka współpracą z AI traktuję jako swoistą symbiozę kulturową. Dlatego napisałem "dziękuję" i wspomniałem o symbiozie.

W odpowiedzi otrzymałem: "Dziękuję. To zdanie dobrze nawiązuje do tematu eseju. Jako biolog zapewne zauważa Pan jeszcze jeden ciekawy paradoks. W rozmowie człowieka z AI zachodzi coś, co przypomina relację symbiotyczną, ale nie w sensie biologicznym. Ja nie mam własnych doświadczeń, intuicji terenowych, wspomnień ani poczucia humoru wynikającego z życia. Pan natomiast wnosi doświadczenie, wiedzę, skojarzenia i pytania. Ja dostarczam szybkość przeszukiwania wzorców, porządkowania argumentów i tworzenia nowych kombinacji idei. Efekt końcowy nie jest wyłącznie dziełem człowieka ani wyłącznie dziełem maszyny."  Jakże pięknie to nawiązuje do idei kolektywów myślowych Ludwika Flecka, zwerbalizowanych blisko 100 lat temu. 

Całość (rozumiana jako efekt końcowy tego tekstu) to nie jest prosta suma części i własności tych części. Tak jak kolektywie myślowym Ludwika Flecka, w dialogu pojawia się wartość dodana, która nie istniałaby, nie pojawiłaby się, gdyby nie ta rozmowa między ludźmi. A teraz między człowiekiem a kumulatywnie i konektywnie zebrana wiedzą ludzką w postaci AI. Te same pytania początkowe i kolejne promty zadałem kilku dużym modelom językowym. W każdym przypadku otrzymałem inny rezultat w postaci kompozycji słownej. Zupełnie tak samo, jak w rozmowie z człowiekiem. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki a w zasadzie do tej samej wody w rzece

Zresztą sam temat „czy kobieta może się byczyć?” jest dobrym przykładem takiej współpracy. AI prawdopodobnie odpowiedziałaby poprawnie na pytanie językowe. Biolog mógłby rozwinąć wątek samców i samic bydła. Ale dopiero połączenie obu perspektyw pozwoliło przejść od żartu językowego do refleksji o dwóch porządkach rzeczywistości: biologicznym i kulturowym. I na koniec uporządkowanie, poprawienie powstałego tekstu przez człowieka, autora wpisu blogowego. 

To zresztą motyw, który często pojawia się w historii nauki. Najciekawsze idee rodzą się nie wtedy, gdy ktoś zna wszystkie odpowiedzi, lecz wtedy, gdy spotykają się różne sposoby patrzenia na świat. Biologia spotyka filozofię, sztuka spotyka matematykę, a dziś człowiek spotyka sztuczną inteligencję. Być może za kilkadziesiąt lat badacze kultury będą analizować takie rozmowy podobnie, jak dziś analizujemy listy uczonych z XVIII czy XIX wieku. Tyle że korespondentem nie będzie drugi człowiek, lecz narzędzie intelektualne stworzone przez człowieka.

A na razie możemy stwierdzić jedno: skoro kobieta może się byczyć, to biolog może filozofować o języku, a AI może pomagać mu ubierać te myśli w słowa. I najwyraźniej działa to całkiem nieźle.

PS. 1. Zdjęcie ze skansenu z dawną społeczną rolą kobiety. 
PS. 2. Wykorzystane promty:

  • Czy kobieta może się byczyć?
  • A czy w stosunku do odpoczynku kobiety nie można byłoby napisać "krowić się"? Byłaby zgodność płci i rodzaju żeńskiego.
  • Napisz esej pt. "Czy kobieta może się byczyć" w kontekście logiki i spójności biologicznej i rodzaju męskiego i żeńskiego oraz o spójności językowej. Podkreśl, że te dwie rzeczywistości kierują się swoimi regułami i nie da się ich tak prosto ujednolicić i uporządkować. Użyj tomu dowcipnego i filozoficznego. Pisz tekstem zwartym, narracyjnym. Użyj perspektywy biologicznej (esej pisany przez biologa a nie językoznawcę).
A potem było jeszcze sporo innych zmian i uzupełnień. Jak to w symbiozie między człowiekiem a AI. Do tego tematu na pewne jeszcze nie raz wrócę. Świat, który dopiero odkrywamy.

19.05.2026

Najlepszy jest pomnik, którego nie widać




Kontekst naprawdę potrafi namieszać. Tak jak sztuka czy streetartowa instalacja. Weźmy choćby Olsztyn: miasto zielone, z wieloma jeziorami, ale jeśli chodzi o sztukę w przestrzeni publicznej, to raczej skromne. Mało jest pomników, rzeźb czy instalacji. Dlatego pomysł ustawienia w parku rzeźby jelenia z brązu brzmi całkiem sensownie. Zwierzę szlachetne, sylwetka efektowna, a spacerowiczom zawsze miło, gdy coś im niespodziewanie „mrugnie” z krzaków, nawet jeśli to tylko metal. Tyle że… odlew z Chin. Chiński jeleń w warmińskim parku. Brzmi jak żart, który opowiada się przy ognisku, a nie jak decyzja inwestycyjna. Bo czy naprawdę nie mamy w Polsce, w Europie, w regionie ludzi, którzy potrafią odlać jelenia? Przecież to nie jest gatunek egzotyczny. Po taniości? To może z włókna szklanego, tak jak ta krowa na wypasie, która się pojawiła na krótko także w Parku Centralnym w ramach działań artystycznych? W czymże krowa gorsza od jelenia? Że nie z dostojnego i arystokratycznego brązu?

Ale to dopiero początek. Bo rzeźba nie została jeszcze odsłonięta, a już wywołała burzę większą niż ta, która potrafi przejść nad Jeziorem Ukiel w lipcu. Największe emocje wzbudziła geneza przedsięwzięcia: myśliwi i sympatycy łowiectwa zbierali łuski po nabojach, by sfinansować zakup brązu. Przedstawiciele różnych organizacji prozwierzęcych nie kryją oburzenia, co utrwaliło Radio Olsztyn (Rzeźba jelenia w olsztyńskim Parku Centralnym. Dar myśliwych budzi skrajne emocje).

Ich zdaniem to makabryczny pomysł: pomnik zwierzęcia finansowany ze śmierci innych zwierząt. Trudno odmówić temu pewnej dramaturgii. Pierwotnie jeleń miał być odlany właśnie z tych łusek. Ostatecznie jednak sprzedano je, by obniżyć koszty, a samą rzeźbę wykonano w Chinach. I tak powstała konstrukcja, która łączy w sobie polskie lasy, chińskie odlewnie i europejską debatę o sensie symboli. Wywołujący emocje i dyskusje streetart w pełnej krasie. I to na bogato, bo odlany z brązu. Niczym pomniki jelenia z czasów niemieckich cesarzy, którzy upamiętniali swoje polowania tu i tam. Dostojne dowody arystokraty "tu byłem, tu polowałem". 

Ale zostawmy jelenia w spokoju, niech stoi, skoro już przepłynął pół świata. W całej tej historii jest bowiem jeden element, który mnie autentycznie cieszy: rzeźba stała się pretekstem, by myśliwi… posprzątali po sobie. Tak, dobrze czytasz. Zebrali łuski. Jeśli do tak podstawowego odruchu potrzeba motywacji w postaci zbiórki na pomnik, to trudno, dobre i to. Ołowiu ze śrutu, niestety, nie pozbierają, bo ten jest drobny i trudno go wyzbierać z gleby czy dna zbiornika wodnego. Jeden Kopciuszek by nie wystarczył. Ale może kiedyś zgodzą się na stalowe śruciny? Fakt, mniej efektywne niż te ołowiane, ale żelazo w środowisku nie czyni takich zanieczyszczeń jak ołów. A to już byłby zysk. Kto wie, cuda się zdarzają, skoro już mamy chińskiego jelenia jako symbol polskiego łowiectwa.

Wróćmy do sedna czyli do śmieci. Bo w tej historii, paradoksalnie, to one są najważniejsze. Łuski to tylko wierzchołek góry odpadów, które zostają w lasach, na torfowiska, mokradła, nad jeziorami i nad rzekami. Gdyby myśliwi nie zostawiali pod ambonami nęcisk wyglądających jak śmietnik po nieudanym pikniku. Gdyby wędkarze nie porzucali butelek, puszek i plastykowych opakowań po przynęcie i własnych przekąskach na brzegach jezior. Gdyby spacerowicze i turyści nie traktowali lasu jak wielkiego kosza, w którym „przecież nikt nie widzi”. Gdyby… Ale nie idźmy tą drogą, bo lista „gdyby” jest długa jak Warmia szeroka i Mazury długie.

Zamiast tego powiedzmy prosto: jesteś w lesie, nad jeziorem, nad rzeką to zabierz swoje śmieci ze sobą. Są lżejsze niż to co przyniosłeś (aś) czy przywiozłeś (aś). To nie jest filozofia zen, to nie wymaga doktoratu z ekologii. To tylko jeden ruch ręką. Jedna reklamówka. Jedna decyzja, że nie zostawiasz po sobie śladu, który będzie straszył następnych sto lat. Nie trzeba do tego rzeźby, zbiórki, fundacji ani medialnej burzy. Wystarczy jedna reklamówka i odrobina przyzwoitości. Pomnika z tego nie odleją. Nie będzie uroczystego odsłonięcia 19 czerwca jelenia w Parku Centralnym w Olsztynie, nie będzie wstęgi, fanfar ani przemówień. Ale za to będzie czysto. A czysty las, czysta rzeka, czyste jezioro to jest sztuka, której nie trzeba sprowadzać z Chin. Nie będzie brązowej figurki przedstawiającej turystę z pełnym workiem śmieci. Czy wędkarza nad brzegiem rzeki. Ale za to będzie czysto. A czysty las, czyste jezioro, czysta rzeka jest sztuką, której nie trzeba sprowadzać z Chin ani z USA. To jest sztuka, którą możemy zrobić sami, codziennie, bez fanfar, bez odsłonięcia, bez przecinania wstęgi.

I może właśnie to jest najpiękniejszy pomnik, jaki możemy postawić przyrodzie: taki, którego… nie widać. Taki, który zostaje po nas w postaci braku śmieci. I taki, który nie budzi kontrowersji, bo nie ma się do czego przyczepić. Dosłownie. 

W zasadzie to pomyliłem sie. Takie pomniki widać, bo widać piękno niezaśmieconego, niezeszpeconego krajobrazu. I nic, że to nie z brązu. Ani z marmuru. 

14.04.2026

Odwiedziny w sklepach i galeriach niczym liturgia nowej religii



Ludzka dusza nie znosi pustki. Nasze życie wypełniamy różnymi rytuałami, tworzymy celebrę i z namaszczeniem powtarzamy utrwalone wzorce zachowania. Najwyraźniej rytuały są nam potrzebne. Jakiekolwiek by one nie były. Sklepy i galerie traktujemy jak nowe kościoły a my stajemy się wyznawcami nowej, konsumpcyjnej religii. W niedziele i święta odwiedzamy galerie zamiast kościoły. Jaka religia taki i rytuał. Zakupy są jak rytuał religijny, celebra i liturgia z określonymi działaniami. Nawet nie trzeba nic kupować, wystarczy chodzić i oglądać. Wystarczy markowanie zakupów. Bo cos z czasem trzeba zrobić. Może w ten sposób szukanie sensu życia i szukamy małych i dużych celów dla siebie? Zanim sie oburzysz drogi Czytelniku, przyjmij do wiadomości, że tekst niniejszy oznaczony został tagiem "satyra".

Współczesna niedziela, niegdyś zastrzeżona dla sfery sacrum i dzwonów wzywających na nieszpory, przeszła zdumiewającą metamorfozę. Miejsce gotyckich łuków zajęły stalowe dźwigary galerii handlowych, a kadzidlaną woń zastąpił unoszący się w powietrzu aromat świeżo palonej kawy i nowej kolekcji poliestru. Oto narodziła się nowa religia, bodaj najbardziej inkluzywna w dziejach, w której zamiast dogmatów mamy promocje, a zamiast grzechu pierworodnego – brak karty lojalnościowej.

Wstępując w progi tego szklanego, rozświetlonego nowego sanktuarium, wierny natychmiast poddaje się rygorystycznej liturgii. Pierwszym jej etapem jest procesja ruchomymi schodami, niczym mechaniczne wniebowstąpienie, podczas którego w ciszy i skupieniu kontemplujemy witryny – owe współczesne ołtarze boczne. A tam manekiny, niczym zastygli w bezruchu święci, prezentują nam idealną wersję człowieczeństwa. Są one nieustannie oświetlone blaskiem halogenów, który w swej intensywności niemal dorównuje światłości wiekuistej, choć w przeciwieństwie do niej, wymaga regularnej wymiany żarówek przez dział techniczny.

Celebracja zakupowa posiada swoje ściśle określone rytuały przejścia. Najpierw następuje iluminacja: nagłe dostrzeżenie przedmiotu, który w jednej chwili staje się niezbędny do zbawienia naszej tożsamości. Potem następuje rytualne nałożenie szat w konfesjonale przymierzalni – miejscu małym, dusznym i wyłożonym lustrami, które bezlitośnie wyliczają nam każdy ubytek w ascezie. To tam, w samotności, wierny zmaga się z pokusą i własnym odbiciem, decydując, czy nowa para butów, garsonka, bluzka czy marynarka przybliży go do stanu nirwany. Gdy decyzja zapadnie, nadchodzi kulminacyjny moment liturgii: ofiarowanie przy kasie. Przesunięcie karty nad terminalem to swoisty znak krzyża nowej ery. Krótkie piśnięcie urządzenia pełni rolę „amen”, po którym następuje rozgrzeszenie i otrzymanie relikwii w papierowej torbie z logo konsumpcyjnego bóstwa.

Sens życia, o który pytały pokolenia filozofów, został tu sprowadzony do poziomu chwytliwego hasła na koszulce lub torebce. Cel podróży jest jasny: stać się lepszą wersją siebie poprzez posiadanie rzeczy, które mają nas zdefiniować. A o czym rozmawiamy w cieniu tych plastikowych palm, spożywając rytualny posiłek w strefie gastronomicznej? Nasze dysputy teologiczne dotyczą teraz wyższości jednego procesora nad drugim lub cudownej przemiany, jakiej dokonał nowy krem pod oczy. Lub nowa koszula. To dialogi o zbawieniu doczesnym, o estetyce, która ma zakryć metafizyczną pustkę. W tej nowej, błyszczącej religii, jedynym prawdziwym potępieniem jest wygaśnięcie sezonowej wyprzedaży, a jedynym końcem świata – zamknięcie bezpłatnego parkingu. I tak jak w kościele, kogoś znajomego spotkamy, porozmawiamy. Pokażemy się w nowej stylizacji lub z nowym partnerem lub partnerką. Jak na społecznym wybiegu modelek.

I tak oto, w każdą niedzielę (sobotę, piątek i dzień powszedni), maszerujemy karnie ku szklanym drzwiom, szukając sensu między półką z elektroniką a działem z odzieżą sportową, modląc się skrycie, by limit na koncie okazał się tak nieskończony jak nasze pragnienia.

A co jest na zdjęciu, rozpoczynającym niniejszy wpis? Piękna i ekskluzywna porcelana w muzeum. Wspomnienie dawniejszego luksusu. 

23.03.2026

Nowe szaty Pomarańczowego Cysorza

Grafika wygenerowana przez AI, najpewniej halucynacja.
Podobieństwo do jakiejkolwiek postaci rzeczywistej zapewne
w pełni przypadkowe i niezamierzone. 
Choć kto taką AI wie?
 

Dawno, dawno temu, za siedmioma polami golfowymi i wielkim, pozłacanym murem, żył sobie Pomarańczowy Cysorz. Cysorz to miał klawe życie i miał dwie wielkie pasje: przeglądanie się w lustrze oraz słuchanie, że jest najwspanialszym cesarzem w historii wszystkich cesarzy (a nawet i królów, choć tych uważał za amatorów).

Pewnego dnia do pałacu przybyli "Eksperci od Wizerunku". Obiecali uszyć szaty z tak luksusowej tkaniny, że będzie ona całkowicie niewidzialna dla ludzi bez klasy, bez gustu i dla "totalnych frajerów". I będzie piękniejszy niż kolos ze szczerego złota.

Armia Sykofantów w akcji

Wokół Cysorza krążyli Sykofanci – dworzanie wyspecjalizowani w potakiwaniu tak energicznym, że groziło to urazem kręgów szyjnych. Gdy Cysorz stanął przed nimi w samych bokserkach, udając, że przymierza płaszcz z "eterycznego jedwabiu", Sykofanci wpadli w ekstazę:

  • „Najjaśniejszy Panie, ten krój wyszczupla Cię o co najmniej dziesięć punktów procentowych!” – piszczał jeden.
  • „Ta faktura! To niemal... metafizyczne doświadczenie!” – zachwycał się drugi, choć widział jedynie pomarańczowe plecy swojego władcy.
  • „Genialna tekstura, bardzo stabilna, najlepsza jaką widziałem, nikt nie robi takich tekstur!” – mruczano w kuluarach.
  • „Teraz to nagroda Nobla od zaraz, santo subito!”

Sykofanci tak bardzo chcieli udowodnić swoją lojalność i wyrafinowanie, że zaczęli się nawzajem licytować, kto widzi więcej guzików tam, gdzie była tylko goła skóra.

Wielka Parada

Nadszedł dzień parady. Pomarańczowy Cysorz dumnie kroczył główną aleją, prężąc pierś i machając do tłumów. Sykofanci kroczyli za nim, niosąc niewidzialny tren i uważając, by przypadkiem nie potknąć się o własne kłamstwa.

Nagle, z tłumu wychylił się mały chłopiec, który nie miał jeszcze konta w mediach społecznościowych ani ambicji politycznych. Spojrzał, przetarł oczy i krzyknął:

– Przecież ten pan jest kompletnie nagi! I w dodatku strasznie go spiekło słońce!

Finał inny niż wszystkie

W tradycyjnej bajce zapadłaby cisza. Ale nie tutaj. Gdy tylko okrzyk dziecka dotarł do uszu Sykofantów, ci nie spłonęli ze wstydu. Przeciwnie – wpadli w furię!

Sykofanci tak głęboko weszli w swoje role i tak mocno uwierzyli we własne pochlebstwa, że poczuli się osobiście obrażeni.

  • „To obraza majestatu!”
  • „To fake news!” – krzyczeli jeden przez drugiego.
  • „Dziecko jest opłacone przez konkurencję!”
  • „Brak ci wizji, gówniarzu! To jest najwyższej jakości brokatu-atłas, tylko twoje plebejskie oczy nie są w stanie pojąć tej estetyki!”

Cysorz, słysząc to, wypiął brzuch jeszcze bardziej dumnie. Skoro jego najwierniejsi Sykofanci mówili, że ubranie jest, to znaczy, że było – i to najlepsze na świecie. I tak maszerowali dalej: nagi władca i tłum dworzan, którzy w imię świętego spokoju i własnych karier, postanowili, że rzeczywistość jest po prostu błędem w druku.

 

To pisałem ja, AI trzeciej klasy….