Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekologia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ekologia. Pokaż wszystkie posty

15.09.2026

Grzyb jest jak siano - ekologom i ogrodnikom pachnie inaczej

Koniec sierpnia 2026, Kortowo.

Pokazywanie przyrody w terenie nie jest łatwe. Uczenie w terenie, a nie tylko w klasie ma sens przede wszystkim w takich dziedzinach jak biologia. Dla ekologa to codzienność, bowiem jego obiektem badawczym są także poziomy ponadorganizmalne i nawet całe biomy. A tego w próbówce się nie zmieści. Wróćmy do pokazywania zjawisk przyrody w terenie. Nigdy nie wiemy dokładnie co spotkamy danego dnia. Ale spotkany gatunek może być rekwizytem do opowieści o świecie przyrody. Za pomocą jednego szczegółu, po umieszczeniu go w szerszym kontekście, można wiele opowiedzieć o wielu prawach przyrody i wielu zjawiskach. Te są niezmienne, więc nie ma większego znaczenia za pomocą jakich gatunków opowiemy o ekosystemie, sukcesji czy ewolucji. O wartości edukacji nie przesądzają owe szczegóły lecz właśnie kontekst i opowieść. Zatem istotą edukacji nie są wcale szczegółowo opracowane programy i podstawy programowe, z wyliczonymi szczegółami do "przerobienia" lecz prawa przyrody i ogólne zasady. To właśnie umiejętności nauczyciela w osadzaniu tych szczegółów we właściwym kontekście maja pierwszorzędne znaczenie oraz umiejętność terenowej improwizacji. Czy żeby opowiedzieć o ekologicznej roli grzybów w lesie i miejskim parku konieczny jest żagwiak? A może żółciak siarkowy? A może jeszcze zupełnie innych gatunek. Idąc w teren nie wiemy co dokładnie spotkamy, ale możemy wiedzieć jaką wiedzę chcemy przekazać.

Grzyb umieszczony na zdjęciu był spotkany w Kortowie, pod koniec sierpnia, na mojej drodze do pracy. Pojawił się i zniknie. Nie da się zaplanować wyjścia terenowego dla uczniów w ramach upowszechniania wiedzy, ani dla studentów. Szczegóły w przyrodzie są efemeryczne. Jest duże prawdopodobieństwo spotkania w konkretnym siedlisku konkretnych gatunków. Ale pewności nigdy nie ma. Bo grzyb, w postaci strzępek grzybni jest, ale owocnik pojawia się niespodziewanie i efemerycznie. Czyli jest, ale nie zawsze go zobaczymy w takiej postaci, jaka byłaby najwygodniejsza. Podobnie z owadami, o różnych porach roku są w postaci jaja, larwy, poczwarki czy stadium imago.

Znacie pewnie to powiedzenie, że siano koniom i zakochanym pachnie inaczej. Bo koniom kojarzy się z pokarmem do zjedzenia, a zakochanym ludziom - z intymnym miejscem miłości. Niby to samo siano, ten sam obiektywnie zapach (substancje chemiczne), lecz różnie odbierany kontekst. To samo możemy powiedzieć o grzybie, np. żawgwiaku łuskowatym - ekologom, grzybiarzom czy leśnikom i ogrodnikom "pachnie" inaczej. Jedni widzą w nim obiekt do zjedzenia, inni pasożytniczego szkodnika, a jeszcze inni pożytecznego destruenta materii organicznej. 

Późnym latem, gdy większość grzybiarzy czeka jeszcze na pierwsze borowiki, na pniach i konarach starych drzew pojawiają się ogromne, wachlarzowate owocniki przypominające siodła lub damskie asymetryczne kapelusze. W tym konkretnym przypadku skojarzyło mi się z daszkiem nad wejściem do ptasiej dziupli. To żagwiak łuskowaty znany także jako żagiew łuskowata (Polyporus squamosus syn. Cerioporus squamosus), jeden z najbardziej charakterystycznych grzybów nadrzewnych strefy umiarkowanej. Gatunek pospolity i często spotykany. Choć dla arborystów jest przede wszystkim sygnałem postępującego rozkładu drewna, dla ekologów stanowi ważny element funkcjonowania ekosystemów leśnych, a dla niektórych grzybiarzy jest również interesującym grzybem kulinarnym. Owocniki spotkać można od maja (z nawet od marca) do października. Mogą utrzymać się aż do pierwszych mrozów. Dla jednych saprotrof, dla innych pasożyt ranowy (rany na drzewie ułatwiają wnikanie grzyba), powodujący zgniliznę białą..

Koniec sierpnia, Kortowo.
Żagwiak łuskowaty należy do podstawczaków i rodziny żagwiowatych. Występuje powszechnie w Europie, Azji i Ameryce Północnej, zasiedlając głównie drzewa liściaste. Jego owocniki są duże, często osiągają wielkość do 60 centymetrów średnicy, a ich powierzchnię pokrywają brunatne łuski,  kontrastujące z jasnym tłem kapelusza. Mogą być i mniejsze owocniki o średnicy 5 cm. Spodnia strona owocnika jest porowata, ponieważ to właśnie w rurkach znajdujących się pod kapeluszem powstają zarodniki rozsiewane przez wiatr. Dzięki nim grzyb może kolonizować kolejne drzewa i martwe pnie. Wnikanie do zdrowych drzew ułatwiają złamane lub odpiłowane gałęzie. To ostatnie wykonywane jest w ramach czynności sanitarnych i pielęgnacyjnych. No cóż, czasem nieumiejętna pielęgnacja przynosi więcej szkody niż pożytku...

Biologia tego gatunku jest szczególnie interesująca, ponieważ łączy on dwa sposoby życia (lub dwa ludzkie podejścia do opisywania komponentów ekosystemu). Z jednej strony jest saprotrofem, czyli organizmem odżywiającym się martwą materią organiczną (martwym drewnem). Z drugiej strony może funkcjonować jako pasożyt drzew żywych. Nie należy jednak do agresywnych zabójców lasu. Najczęściej wykorzystuje drzewa już osłabione lub uszkodzone, wnikając do ich wnętrza poprzez rany powstałe po złamanych gałęziach, cięciach pielęgnacyjnych czy innych uszkodzeniach mechanicznych. Z tego powodu określany jest mianem pasożyta przyrannego. Po przedostaniu się do wnętrza pnia grzybnia stopniowo rozrasta się w drewnie, gdzie może funkcjonować przez wiele lat, często zanim na powierzchni pojawią się pierwsze owocniki. Jako pasożyt wywołuje białą zgniliznę drzew. Dlatego zaliczany jest przed leśników i sadowników do bardzo szkodliwych grzybów.

Żagwiak łuskowaty wywołuje tak zwaną białą zgniliznę drewna rdzeniowego. Oznacza to, że rozkłada ligninę oraz część innych składników ścian komórkowych drewna. W efekcie drewno staje się coraz jaśniejsze, bardziej włókniste i mniej odporne na uszkodzenia mechaniczne. Z biegiem czasu mogą powstawać puste przestrzenie i rozległe ubytki wewnątrz pnia lub grubych konarów. Dla człowieka oznacza to zwiększone ryzyko wyłamania gałęzi lub złamania drzewa, szczególnie w parkach i przy drogach. Dla przyrody jest to jednak początek nowego etapu życia drzewa, który prowadzi do powstawania cennych mikrosiedlisk. Tworzy dogodne siedlisko dla wielu gatunków owadów saproksylofagów.

Ekologiczne znaczenie żagwiaka łuskowatego wykracza daleko poza sam proces chorobowy (przypomnijmy że ta choroba to jedynie punkt widzenia człowieka). W naturalnych ekosystemach leśnych grzyby rozkładające drewno pełnią funkcję domykana cyklu obiegu materii. Bez nich martwe pnie i konary mogłyby zalegać w środowisku przez dziesiątki, a nawet setki lat. Żagwiak uczestniczy w uwalnianiu do obiegu składników mineralnych związanych w drewnie, przyczyniając się do krążenia węgla, azotu i innych pierwiastków. Dzięki jego działalności substancje odżywcze mogą ponownie zostać wykorzystane przez rośliny i inne organizmy. I jak już wspomniałem, tworzy ważne siedlisko życia wielu mikroorganizmów i bezkręgowców. Dla nich to żaden szkodnik. To dobroczyńca. Rozkład drewna prowadzi do powstawania siedlisk dla wielu organizmów. W zbutwiałych pniach rozwijają się owady saproksyliczne, takie jak liczne chrząszcze, muchówki czy błonkówki. Powstające dziuple stają się schronieniem dla ptaków, nietoperzy i drobnych ssaków. W ten sposób grzyb, który z pozoru wydaje się jedynie sprawcą choroby drzewa, przyczynia się do wzrostu różnorodności biologicznej całego ekosystemu. W lasach naturalnych obecność takich grzybów uznawana jest za jeden z przejawów wysokiej wartości przyrodniczej siedliska.

Mimo, że żagwiak łuskowaty jest przede wszystkim znany jako grzyb nadrzewny, ma również znaczenie kulinarne. Jadalne są wyłącznie młode owocniki, zanim ich tkanki staną się twarde i korkowate. Młode egzemplarze wyróżniają się przyjemnym zapachem przypominającym skórkę arbuza, ogórka lub melona. Ich smak określany jest jako delikatny, lekko orzechowy. Wierzę na słowo, sam nigdy nie jadłem. W kuchni wykorzystuje się je do smażenia, duszenia i zup. W miarę starzenia się owocnika tkanki stają się jednak coraz bardziej włókniste, przez co grzyb szybko traci wartość kulinarną. 

W ostatnich latach rośnie zainteresowanie żagwiakiem łuskowatym jako źródłem substancji biologicznie aktywnych. Badania wykazały obecność polisacharydów, w tym glukanów, które mogą wykazywać działanie przeciwutleniające, przeciwbakteryjne, przeciwgrzybicze oraz przeciwzapalne. Szczególnie interesujące wyniki przyniosły badania nad ekstraktami polisacharydowymi tego gatunku, które wykazały zdolność wspomagania procesów gojenia ran i ograniczania wzrostu niektórych mikroorganizmów chorobotwórczych. Należy jednak podkreślić, że żagwiak łuskowaty nie należy obecnie do grupy uznanych grzybów leczniczych wykorzystywanych rutynowo w medycynie. Chociaż wyniki badań laboratoryjnych są obiecujące, brakuje jeszcze szeroko zakrojonych badań klinicznych, potwierdzających skuteczność preparatów opartych na tym gatunku u ludzi. Można więc mówić raczej o potencjale medycznym niż o potwierdzonych zastosowaniach terapeutycznych.

Żagwiak łuskowaty jest zatem znacznie więcej niż tylko pasożytem drzew. To organizm łączący cechy patogena, saprotrofa i inżyniera ekosystemów. Osłabia drzewa, ale równocześnie umożliwia odnowę obiegu materii, tworzy siedliska dla innych organizmów i zwiększa różnorodność biologiczną lasów. A przy okazji dostarcza młodych owocników, które mogą znaleźć miejsce na talerzu oraz substancji stanowiących przedmiot badań medycznych. W jego biologii spotykają się więc trzy światy: zdrowie drzew, funkcjonowanie ekosystemów i potencjalne korzyści dla człowieka.

I o tym wszystkim można opowiedzieć uczniom lub studentom na wycieczce terenowej. O ile się go spotka. A jeśli nie spotka, to też można opowiedzieć. Tyle, że nieco inną opowieść z nieco innymi bohaterami. Ale za to z tym samym morałem. 

źródła informacji, m.in.:
  • Atlas grzybów, 2013, Wydawnictwo SBM
  • Atlas grzybów. Jak bezbłędnie oznaczać 340 gatunków grzybów Europy Środkowej, 2011, Weltbild Media
  • Fluck M., Atlas grzybów, oznaczanie, zbiór, użytkowanie, wyd. Oficyna Wydawnicza Delta W-Z
  • Gumińska B., Wojewoda W., Grzyby i ich oznaczanie, 1983 wyd. II zmienione, PWRiL.
  • Łakomy P., Kwaśna H., Atlas hub. Multico, 2008.
  • Żągwiak łuskowaty. https://pl.wikipedia.org/wiki/%C5%BBagwiak_%C5%82uskowaty

3.09.2026

Wewnętrzne życie łopianu

Wewnętrzne życie łopianu w pierwszym skojarzeniu kieruje nas ku życiu duchowemu, intelektualnemu. Ale rośliny nie mają układu nerwowego ani tym bardziej mózgu. Biolodzy często żartują, porównując wewnętrzne życie człowieka do życia różnych pasożytów i symbiontów, znajdujących się wewnątrz naszego organizmu. Są wewnątrz a więc jakieś życie „wewnętrzne” jest. Czasami pojęcie życia wewnętrznego wykorzystywane jest do opisu hologenomu czy holobionta. Ale rośliny nie mają przewodu pokarmowego! Jakie więc życie wewnętrzne mógłby mieć łopian, bylina? Wystarczy odwołać się do pojęcia holobionta czy botanicznego konsorcjum. Z każdą rośliną związane są jakieś wirusy, bakterie czy grzyby. Tych zazwyczaj nie widzimy. Liczne małe roślinożerne pasożyty, takie jak choćby mszyce, już swoim okiem dostrzeżemy. Także tajemnicze wzroki na liściach, jak te na zamieszczonych zdjęciach. To są miny czyli takie mini górnicze korytarzyki, drążone przez owady. Wewnątrz liścia a więc jakaś wewnętrzność już jest. I o tym jest niniejszy artykulik.

Co jeszcze zobaczymy na liściach roślin, np. łopianu? Galasy czyli wyrośla. Oraz ślady żerowania innych foliofagów czyli małych roślinożerców. To oczywiście zupełnie inna opowieść, na inny raz.

Zacznę swą łopianą opowieść od wiejskiego lub wakacyjnego podwórka. Kwiatostany a potem owocostany to rzepy. Posiadają zagięte i liczne haczyki. Dzięki nim łatwo przyczepiają się do ubrań czy włosów. I myśmy rzucali w siebie takimi rzepami. Jakaś mała podwórkowa zabawa. Najgorzej, jak taki rzep przyczepił się do włosów, zwłaszcza dziewczynek. Dlatego niejednokrotnie dostawaliśmy zakaz by nie rzucać we włosy. Ale wydłubywanie rzepów z ubrań, też było męczące. Rzepy, czepiające się nie tylko psiego ogona, to biologiczne przystosowanie łopianu do dyspersji nasion. Dojrzałe owoce, zasuszone, łatwo przyczepiają się do sierści zwierząt i wędrują daleko od miejsca swojego „urodzenia”. Biolodzy nazywają to zoochorią.

Łopian ma duże liście, więc często robiliśmy sobie z nich czapki lub parasolki (oczywiście to tylko podwórkowa, dziecięca zabawa). Lub wykorzystywaliśmy do budowy szałasów. I w tamtych, wakacyjnych czasach, nie myślałem nigdy o wewnętrznym życiu łopianu. Dopiero studia biologiczne i wieloletnia praktyka ekologa terenowego zmieniła mój sposób patrzenia na świat.

Wróćmy do tytułowego łopianu, który wygląda jak roślinny olbrzym z kapeluszem liściowym i fioletowymi kulkami kwiatów. Olbrzymem wydawł się wyrośnięty łopian zwłaszcza dla małego dziecka. Pod tą pozorną surowością rzepiej byliny kryje się miniaturowe miasto z własnymi ulicami, mieszkańcami i infrastrukturą. Te „ulice” to miny liściowe — cienkie korytarzyki i plamy wyżarte wewnątrz blaszki liścia przez larwy owadów. Opowieść o wewnętrznym życiu łopianu to opowieść o tych, którzy kopią (a w zasadzie wygryzają) tunele w łopianie, o ich ekologicznych powiązaniach i o tym, jak pojęcie holobiont pomaga zrozumieć, że łopian to nie tylko samotna roślina, lecz złożony system współzależności.


Najczęstszymi lokatorami liści są larwy muchówek z rodziny miniarkowatych (Agromyzidae). To drobne, niemal przezroczyste „robaczki” (muchy), które wgryzają się między warstwy liścia i zostawiają kręte, jasne korytarze. Zjadają liście ale są schowane wewnątrz blaszki liściowej a przez to ukryte przed drapieżnikami. Obok nich bywają minówki motyli z rodziny kibitnikowatych (Gracillariidae), które zaczynają od cienkich korytarzy, a potem rozszerzają je w plamy lub kieszonki i czasem zwijają liść. Rzadziej sprawcami bywają niektóre chrząszcze, roztocza czy nicienie, ale to agromyzydy i gracillariidy są najczęściej notowanymi „kopaczami” łopianu. Z samego zdjęcia nie da się chyba wywnioskować kto tak na pewno jest sprawcą tych wzorów. Potrzebne byłoby bliższe przyjrzenie się, a najlepiej zobaczenie larw pod powiększeniem.

Dlaczego wybierają łopian? Liść to jednocześnie spiżarnia i schronienie: miękka tkanka do żerowania, osłona przed drapieżnikami i stabilne mikrośrodowisko. Dla larwy to jak wynajęcie mieszkania z ochroną i zapasem jedzenia.

Miny to nie przypadkowe dziury — to kronika życia larwy. Kształt miny, szerokość korytarza, rozmieszczenie odchodów owada i sposób, w jaki mina się rozszerza, powiedzą specjaliście-entomologowi, kto był lokatorem. Ja jestem hydrobiologiem i takie światy liściowe są dla mnie czymś nowym, niemalże egzotycznym. Wąskie, kręte korytarze z drobnymi grudkami odchodów zwykle wskazują na miniarkowate (muchówki). Miny zaczynające się jako korytarz, a potem przechodzące w plamę, sugerowałyby motyle z rodziny kibitnikowatych. Dla rośliny to nie tylko defekt estetyczny bo takie wygryzione miny zmniejszają powierzchnię fotosyntetyczną, zaburzają gospodarkę wodną liścia i mogą ułatwiać wtórne infekcje. Wszak taki owad nie sprząta po sobie…

Minowanie chroni przed drapieżnikami i pasożytami, ale nie wszystkimi. Miny są sygnałem: przyciągają pasożyty i drapieżniki, które regulują populacje owadów minujących. Liść z minami to więc nie tylko strata, lecz też informacja i element sieci troficznej. Pojęcie holobiont zmienia perspektywę: roślina nie jest pojedynczym organizmem, lecz złożonym systemem składającym się z rośliny i jej stałych współtowarzyszy — mikrobiomu, grzybów, owadów i innych organizmów. Łopian jako holobiont obejmuje nie tylko jego tkanki, lecz także mikroorganizmy w korzeniach i na liściach, owady minujące, pasożyty oraz drapieżniki tych owadów. Owady minujące wpływają na skład gatunkowy pasożytów i drapieżników, które z kolei kontrolują populacje minerów. Mikrobiom rośliny może modyfikować reakcje na uszkodzenia, zmieniając atrakcyjność liścia dla kolejnych jajoskładaczy (czyli jeden pasożyt odstręcza kolejnych). Sieć zależności obejmuje interakcje chemiczne, behawioralne i troficzne, w których każdy aktor wpływa na innych. Pojęcie holobiontu pokazuje, że uszkodzenie liścia to nie izolowany problem, lecz sygnał o stanie całego systemu.

A teraz pozwólmy sobie na małe, humorystyczne porównanie. Wyobraźmy sobie łopian jako kamienicę: liście to mieszkania, a larwy minerów to lokatorzy, którzy wprowadzili się bez zgody właściciela, nie płacą czynszu ale zostawiają swoje odchody. Agromyzydy (miniarkowate) to studenci wynajmujący pokój na miesiąc; gracillariidy (kibitnikowate) to rodziny, które najpierw wynajmują, potem robią remont i zostawiają większe ślady. Właściciel (łopian) czasem wzywa ochronę — pasożytnicze błonkówki — które robią porządek. Sąsiedzi (inne rośliny) podsłuchują i uczą się, czy warto inwestować w broń chemiczną. Cała kamienica tętni życiem, a administracja ekosystemu pilnuje porządku.

Zrozumienie, kto kopie w liściu, ma praktyczne znaczenie dla ochrony roślin, ale jeszcze ważniejsze jest ekologiczne spojrzenie: liść z minami to fragment opowieści o holobioncie, o współzależnościach i o tym, jak drobne organizmy kształtują większe systemy.

Następnym razem, gdy zobaczysz korytarzyk w liściu łopianu (albo innej roślinie zielnej czy w liściach drzew), pamiętaj, że czytasz właśnie rozdział z mikroekologicznej powieści, gdzie każde miniaturowe owadzie odchody mają swoją historię, a każdy tunel łączy losy wielu gatunków.

1.09.2026

Czasznica workowata z wiejskiego pastwiska

(Sząbruk, Warmia, 10 kseronia, kserotermiczna łąka)
 

Na purchawki zazwyczaj nie zwracamy uwagi. Jako dziecko lubiłem nadeptywać na dojrzałą purchawkę i patrzeć jak „wybucha”,  jak przez otwór na szczycie, pęknięcie, wydobywa się „dym” zarodników. Ciekawy sposób na rozziewanie zarodników. Nie wiedziałem, że jest grzybem jadalnym i wykorzystywanym w medycynie. Spotykałem zazwyczaj purchawki w lesie, w czasie grzybobrania lub spacerów. Oraz na wiejskich pastwiskach. I ostatnio, będąc w Sząbruku w muzeum konnych kieratów, na kserotermicznej łące znowu zobaczyłem ten piękny grzyb, już otwarty i rozsiewający zarodniki. Kserotermiczne pastwisko raczej nie kojarzy się z grzybami, bo te zazwyczaj preferują siedliska wilgotne. Jako saprofity nawet i na suchej łące, na pastwisku znajdą, dla siebie dobre warunki do życia. To, co widzimy, czyli owocniki to tylko fragment grzybiego życia. Większość czasu spędzają w formie podziemnej, strzępkowatej grzybki, ukrytej dla naszych oczu.

Czasznica oczkowata, zwana także purchawką oczkowatą występuje zazwyczaj na suchych pastwiskach. A to przecież siedlisko antropogeniczne. Wcześniej musiała przecież żyć w naturalnych siedliskach. Zapewne były to polany leśne lub naturalne zbiorowiska zielne kserotermiczne, występujące na lekkich glebach.

Czasznica oczkowata , purchawka oczkowata, ma wiele naukowych synonimów: Calvatia utriformis syn. Calvatia caelata, Handkea utriformis Lycoperdon utriforme, Lycoperdon caelatum. Zaliczona jest do rodziny purchawkowatych (Lycoperdaceae), rzędu pieczarkowców (Agaricales). Mykolodzy najpewniej stosunkowo często poddają rewizji i zmianom klasyfikacji swoje obiekty badań, stąd w książkach i na stronach internetowych można spotkać tyle różnych synonimów. Może i dlatego, że w przeszłości gatunek został podzielony na trzy odmiany (ranga taksonomiczna wykorzystywana w botanice i mykologii, niższa od gatunku, zoolodzy używają terminu podgatunek): Calvatia. Utriformis var. utriformis, C. utriformis var. hungarica i C. utriformis var. gruberi. Te odmiany wyróżniono na  podstawie różnic w zdobieniu egzoperidium (zewnętrznej warstwy tkanki ściany, czyli perydium) i zarodników. Późnienie prace wskazały, że te trzy odmiany nie są wyraźnie rozgraniczone miedzy sobą. Co sugeruje, że zmiany w warunkach środowiskowych, w których hodowane są okazy, mogą wpływać na rozwój cech, na podstawie których wyróżniono wspomniane odmiany. W nauce nigdy nie ma nic raz na zawsze ustalone. Bo nauka to dyskusja i ciągłe odkrywanie nowych argumentów, dowodów. W pewnym sensie nauka zawsze podaje wyniki tymczasowe.

Podobno owocniki czasznicy oczkowatej mogą osiągać rozmiary aż do 25 cm szerokości i 20 cm wysokości. Jak tak dużych nigdy nie widziałem. A w książce z mojej domowej biblioteczki („Grzyby i ich oznaczanie” B. Gumińskiej i W. Wojewody) podany jest maksymalny rozmiar 15 cm. Może i wielkość zależy od lokalnych warunków siedliskowych?

Czasznica oczkowata należy do najbardziej charakterystycznych grzybów spotykanych na łąkach i pastwiskach Europy. Ten przedstawiciel purchawkowatych przyciąga uwagę nie tylko rozmiarami, ale także niezwykłą powierzchnią owocnika przypominającą mozaikę lub spękaną korę. Choć dla wielu osób jest jedynie ciekawostką przyrodniczą, odgrywa ważną rolę w funkcjonowaniu ekosystemów trawiastych, a młode owocniki są cenionym grzybem jadalnym. Sam nigdy ich nie jadłem. I bez asysty doświadczonego mykologa nie odważyłbym się spróbować.

Owocnik czasznicy oczkowatej osiąga zazwyczaj od 5 do 15 cm średnicy, niekiedy nawet do 20-25 cm. Ma kształt spłaszczonej kuli, dużej gruszki lub maczugi z nieco zwężoną podstawą. Młode owocniki są białe, jędrne i ciężkie. Najbardziej charakterystyczną cechą gatunku jest zewnętrzna warstwa okrywy. W miarę dojrzewania rozpada się ona na wielokątne, płaskie fragmenty tworzące wzór przypominający mozaikę lub oczka, od czego pochodzi polska nazwa „czasznica oczkowata”. Powierzchnia staje się kremowa, szarawa lub jasnobrązowa. Wnętrze owocnika, zwane glebą, początkowo jest śnieżnobiałe. Z czasem zmienia barwę na oliwkową, a następnie ciemnobrązową. Taką właśnie widać na załączonym wyżej zdjęciu. Dojrzała „gleba” rozpada się na pył zarodnikowy. Gdy osłona pęka od góry, wiatr i krople deszczu uwalniają miliony zarodników do otoczenia. Albo przechodzące zwierzęta lub psotne dzieciaki nadeptują by zobaczyć jak taka purchawka „wybucha” i „dymi”. Zabawa wiejskich pastuszków i wakacyjnych letników spacerujących po pastwiskach. Często po rozsianiu zarodników pozostaje charakterystyczna miseczkowata podstawa utrzymująca się jeszcze przez wiele miesięcy. Może nawet przezimować.

Czasznica oczkowata jest gatunkiem saprotroficznym, czyli odżywia się martwą materią organiczną, zgromadzoną w glebie. Najczęściej występuje poza lasami: na suchych łąkach, murawach, pastwiskach, przydrożach, ugorach oraz na śródleśnych polanach. Szczególnie chętnie zasiedla gleby lekkie, piaszczyste, dobrze nasłonecznione i stosunkowo zasobne w składniki pokarmowe. Można powiedzieć, że niektóre siedliska antropogeniczne dobrze służą czasznicy. Owocniki pojawiają się od późnej wiosny do jesieni, najobficiej latem i wczesną jesienią. Niekiedy tworzą tak zwane czarcie kręgi, czyli mniej lub bardziej regularne okręgi owocników powstające w wyniku promienistego wzrostu grzybni w glebie. Wyznaczając środek takiego kręgu można ustalić, gdzie wykiełkował zarodnik i jak rozwijała się grzybnia w glebie. Czyli zobaczyć to, co jest niewidoczne dla ludzkich oczu z powierzchni gruntu.

Czasznica oczkowata jest gatunkiem stosunkowo pospolitym i szeroko rozpowszechnionym w strefie umiarkowanej półkuli północnej. Występuje w większości krajów Europy, a także w wielu rejonach Azji i Ameryki Północnej. Szczególnie często spotykana bywa na otwartych terenach trawiastych Europy Północnej i Środkowej. Gatunek ten jest szeroko rozpowszechniony w północnych strefach umiarkowanych , często spotykany na pastwiskach i piaszczystych wrzosowiskach. W Polsce uznawana jest za gatunek dość częsty. Można ją znaleźć niemal w całym kraju, zwłaszcza w krajobrazie rolniczym, na ekstensywnie użytkowanych pastwiskach oraz ciepłych murawach.

Podobnie jak wiele innych purchawek, czasznica oczkowata jest jadalna wyłącznie w młodym stadium rozwoju owocnika. Warunkiem spożycia jest idealnie białe wnętrze owocnika. Gdy tak zwana gleba zaczyna żółknąć, oliwkowieć lub brązowieć, grzyb traci wartość kulinarną i nie powinien być zbierany do spożycia. Wykazuje działanie antybiotyczne wobec wielu bakterii i może bioakumulować miedź i cynk.

Badanie aktywności przeciwdrobnoustrojowej kilku gatunków z rodziny Lycoperdaceae przeprowadzone w 2005 roku wykazało, że czasznica oczkowata wykazuje „znaczną aktywność” przeciwko wielu bakteriom, w tym Bacillus subtilis, Escherichia coli, Klebsiella pneumoniae, Pseudomonas aeruginosa, Salmonella typhimurium, Staphylococcus aureus, Streptococcus pyogenes i Mycobacterium smegmatis. Z drugiej strony wykazuje niską aktywność przeciwgrzybiczą przeciwko gatunkom Candida albicans, Rhodotorula rubra i Kluyveromyces fragilis. Badanie stężeń miedzi i cynku w 28 różnych gatunkach grzybów jadalnych wykazało, że czasznica oczkowata selektywnie bioakumulowała zarówno miedź (251,9 mg miedzi na kilogram grzyba), jak i cynk (282,1 mg Zn/kg grzyba) w wyższych stężeniach niż wszystkie inne testowane grzyby. Autorzy tych badań zauważyli, że chociaż te pierwiastki śladowe stanowią ważne wymagania żywieniowe dla ludzi i że czasznicę można uznać za dobre źródło tych pierwiastków, to wchłanianie tych pierwiastków z grzybów jest „niskie ze względu na ograniczone wchłanianie z jelita cienkiego”. Zatem sami, bez konsultacji z lekarzem, nie aplikujmy sobie takich leczniczych czy dietetycznych kuracji. Nie polecam internetowego znachorstwa, bazującego na wyrwanych z szerszego kontekstu wiedzy informacjach podanych przez Chat GPT czy odszukanych na różnych stronach internetowych.

Czy czasznica oczkowata ma właściwości lecznicze? Tak, ale trzeba zachować ostrożność w ocenie. Czasznica oczkowata wykazuje obiecujące właściwości biologiczne w badaniach laboratoryjnych, jednak nie jest uznawana za grzyb leczniczy o potwierdzonej skuteczności klinicznej u ludzi. O pojedynczych badań laboratoryjnych do działności klinicznej jeszcze daleka droga. Najlepiej udokumentowane są właściwości przeciwbakteryjne. Wyciągi z czasznicy oczkowatej wykazywały aktywność wobec różnych bakterii Gram-dodatnich i Gram-ujemnych w badaniach laboratoryjnych. Oznacza to, że grzyb wytwarza związki mogące hamować rozwój drobnoustrojów, ale nie oznacza jeszcze, że spożywanie owocników działa jak antybiotyk u człowieka. Najnowsze badania nad gatunkiem określanym obecnie jako Bovistella utriformis (jeden z akceptowanych synonimów tego taksonu) wykazały, że wyizolowane z niego polisacharydy mogą przyspieszać gojenie ran poprzez wspomaganie regeneracji tkanek i procesów przeciwzapalnych. Wyniki uzyskano na modelach zwierzęcych oraz w analizach molekularnych. To bardzo interesujący kierunek badań, ale wymaga jeszcze potwierdzenia w badaniach klinicznych u ludzi. Badania nad purchawkami i czasznicami wskazują również na obecność związków o aktywności antyoksydacyjnej, które mogą neutralizować wolne rodniki. Dotyczy to jednak głównie analiz ekstraktów grzybowych prowadzonych w warunkach laboratoryjnych. W wielu kulturach purchawki były wykorzystywane do tamowania krwawień i opatrywania ran. Dotyczyło to zwłaszcza dojrzałej masy zarodnikowej, którą przykładano do skaleczeń. Współczesna medycyna nie stosuje jednak takich metod rutynowo.

Młode owocniki są jadalne i zawierają białko, błonnik, składniki mineralne oraz związki bioaktywne charakterystyczne dla grzybów wielkoowocnikowych. Nie są jednak uznawane za „superżywność” ani lek. Czasznica oczkowata posiada potencjał leczniczy, zwłaszcza w zakresie: działania przeciwbakteryjnego, właściwości przeciwutleniających, wspomagania gojenia ran, dostarczania biologicznie aktywnych polisacharydów. Jednak obecnie brak wystarczających badań klinicznych, aby traktować ją jako sprawdzony środek leczniczy. Jej główne znaczenie pozostaje kulinarne i ekologiczne.

Młode owocniki mają łagodny smak i miękką konsystencję. Można je smażyć w panierce, dusić, grillować lub dodawać do zup. Grube plastry młodych owocników bywają porównywane do kotletów grzybowych. Dzięki dużym rozmiarom pojedynczy okaz może dostarczyć surowca do przygotowania posiłku dla kilku osób.

Rola czasznicy oczkowatej w ekosystemach łąkowych wykracza daleko poza jej znaczenie kulinarne. Jako saprotrof uczestniczy w rozkładzie obumarłych szczątków roślinnych, przyspieszając obieg materii i uwalnianie składników pokarmowych do gleby. Dzięki temu zwiększa żyzność siedlisk trawiastych. Grzybnia czasznicy współtworzy bogatą sieć organizmów glebowych, stanowiąc źródło pokarmu dla licznych bezkręgowców. Jednocześnie wpływa na strukturę gleby i procesy humifikacji, które kształtują właściwości fizyczne oraz chemiczne środowiska łąkowego. Obecność czasznicy oczkowatej jest również wskaźnikiem zachowanych, mało przekształconych siedlisk trawiastych. Gatunek ten szczególnie dobrze rozwija się na tradycyjnie użytkowanych pastwiskach i murawach, których różnorodność biologiczna należy do najwyższych w Europie. Zanik takich siedlisk prowadzi często do ograniczenia liczebności wielu gatunków grzybów saprotroficznych, w tym także czasznicy oczkowatej.

Czasznica oczkowata (Calvatia utriformis, syn. Handkea utriformis) jest okazałym grzybem łąk i pastwisk, łatwo rozpoznawalnym dzięki mozaikowato spękanej powierzchni owocnika. Młode egzemplarze są jadalne i cenione przez smakoszy, natomiast w przyrodzie gatunek pełni ważną funkcję saprotrofa odpowiedzialnego za rozkład materii organicznej i utrzymanie obiegu składników odżywczych. Stanowi zarazem interesujący element bioróżnorodności tradycyjnych krajobrazów łąkowych, przypominając o znaczeniu grzybów w funkcjonowaniu ekosystemów. I jest wdzięcznym obiektem fotograficznym. Zwłaszcza te dojrzałe i popękane owocniki.

18.08.2026

Kto uratuje nas przed niewiedzą? Dlaczego świat potrzebuje ekologów?



Zmiany klimatu przestały być abstrakcyjnym tematem naukowych konferencji. Coraz częściej stają się codziennym doświadczeniem. Długotrwałe susze przeplatają się z gwałtownymi ulewami, poziom wód gruntowych spada, z krajobrazu znikają owady zapylające, a wraz z nimi kolejne gatunki roślin i zwierząt. W takich chwilach społeczeństwo zadaje bardzo konkretne pytania: jak gospodarować wodą? Jak chronić bioróżnorodność? Czy wycinać drzewa, czy i gdzie sadzić nowe? Jak urządzać miasta, aby były odporne na upały? Jak prowadzić rolnictwo, by nie niszczyć środowiska? Odpowiedzi na te pytania nie biorą się z opinii ani z internetowych dyskusji. Powstają dzięki wieloletnim badaniom terenowym, obserwacjom i analizie danych. Właśnie dlatego świat potrzebuje ekologów. A warto przypomnieć, że ekologia to nauka zajmująca się poznawanie praw zachodzących na styku organizm-środowisko i organizm-inny organizm. A ekolodzy to naukowcy.

Za pośrednictwem dziennikarzy naukowcy coraz częściej odpowiadają na pytania społeczeństwa. Sam regularnie udzielam wywiadów dotyczących jakości wód, zmian klimatycznych, owadów, jezior czy ochrony przyrody. W każdej takiej rozmowie staram się oddzielać fakty od domysłów. Nie wystarczy bowiem wiedzieć, co się dzieje. Trzeba jeszcze rozumieć dlaczego tak się dzieje i jakie będą konsekwencje podejmowanych decyzji.

Ekologia jest nauką o zależnościach. Pokazuje, że usunięcie jednego elementu ekosystemu może wywołać lawinę nieoczekiwanych skutków. Uczy patrzenia na przyrodę jak na skomplikowaną sieć powiązań, a nie zbiór przypadkowych gatunków. Bez tej wiedzy łatwo podejmować kosztowne błędy – zarówno w gospodarce wodnej, leśnictwie, rolnictwie, jak i planowaniu miast.

Paradoks polega na tym, że właśnie teraz, gdy wiedza ekologiczna jest potrzebna bardziej niż kiedykolwiek, na uczelniach kurczy się liczba etatów w podstawowych naukach terenowych. Ubywa botaników, zoologów i ekologów prowadzących systematyczne badania w lasach, na łąkach, rzekach i jeziorach. A nawet w miastach (ekologia miasta). A przecież przyrody nie da się poznać wyłącznie zza biurka i mikroskopu.

Sztuczna inteligencja jest znakomitym narzędziem do analizowania informacji, wyszukiwania zależności i wspomagania interpretacji wyników. Jednak nie zastąpi człowieka brodzącego po bagnach, liczącego ptaki o świcie, pobierającego próbki wody, rozpoznającego rośliny na torfowisku czy przez wiele lat obserwującego zmiany zachodzące w jednym jeziorze. AI analizuje dane, ale najpierw ktoś musi je zdobyć.

Dlatego inwestowanie w ekologów nie jest luksusem ani fanaberią. Jest inwestycją w bezpieczeństwo społeczeństwa. Im lepiej rozumiemy funkcjonowanie ekosystemów, tym mądrzej potrafimy gospodarować wodą, chronić bioróżnorodność i przygotowywać się na zmieniający się klimat. Świat nie potrzebuje mniej ekologów. Potrzebuje ich dziś bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.

Kompetencją XXI wieku jest umiejętność zapominania i oduczania się. Świat zmienia się tak szybko, że nie wystarczy uczyć się nowych faktów i nowoodkrytych zależności w przyrodzie. Trzeba również umieć oduczać się nieadekwatnych zachowań i nawyków. Kiedyś się ich uczyliśmy bo w tamtym czasie miały sens. Ale jeśli się dużo wokół nas zmieniło, to trzeba zmieniać także codzienne nawyki. Przyroda to bardzo złożony system a na dodatek teraz zachodzą głębokie i znaczące zmiany.

Współpracy z mediami muszą uczyć się sami naukowcy ale i media muszą umieć prowadzić sensowny dialog z naukowcami. By poznać i zrozumieć a nie tylko by mieć klikalnego newsa. Czasem w dwóch zdaniach nie da się wyjaśnić złożonego problemu. Trzeba więcej czasu i wysiłku.

11.08.2026

Przestęp biały czyli spotkanie dwóch obcych w parku

 

Obserwowanie sukcesji ekologicznej wymaga czasu. Ale można ją obserwować na spacerze w ulubionych miejscach. Wystarczy tylko systematyczność, cierpliwość i notatki robione telefonem. Park Centralny w Olsztynie odwiedzam od samego jego założenia. Parku a nie Olsztyna. A nawet wcześniej, gdy były tam tylko dzikie nieużytki i ogródki działkowe oraz sporo śmieci, jak to na obrzeżach miejskich ulic. Schronienie dla bezdomnych i pokątnych pijaczków. Obserwowałem jak powstaje park, jak dosadzają kolejne rośliny, jak koszą w ramach prac pielęgnacyjnych i jak zakładają łąki kwietne. Tu niestety brak systematyczności i wiedzy, więc te łąki dość słabo się prezentują zarówno pod względem estetycznym jak i funkcjonalnym. Natomiast rzeka Łyna pięknie na tym odcinku wygląda, bo tu nie docierają kosiarki wodne Wód Polskich. Można więc podziwiać niemalże naturalne, wodne zbiorowiska. Gorzej z tymi nadwodnymi, szuwarowymi.

Prace pielęgnacyjne to w dużej części koszenie trawników. Koszą roślinność rodzimą, bo jest niska. Ale systematycznie omijają obcego i inwazyjnego rdestowca. Więc ten ma się dobrze i systematycznie poszerza swoje płaty nad brzegiem rzeki i powoli wypiera roślinność rodzimą. Dlaczego nie wykaszają? Bo on taki wysoki, dorodny, wygląda jak celowo zasadzone rośliny ogrodowe. Więc kosiarze omijają. A władze miasta i gospodarze terenu z mocy przepisów prawa powinni przede wszystkim usuwać ekspansywny gatunek obcy. To jednak wymaga sporej wiedzy i systematyczności. Nie wystarczy raz skosić czy polać herbicydem. I w konsekwencji rdestowiec ma się całkiem dobrze. Jednego roku wybrałem się z sekatorem i w jednym miejscu trochę powycinałem. Ale to za mało. Może trzeba w Olsztynie zielonego wolontariatu i zespołowego usuwania gatunków obcych i inwazyjnych? Bo kosić trzeba selektywnie.

Rdestowiec, gatunek obcy, obecny jest nad Łyną od dawna. Omijają go kosiarki. Ale tym razem zobaczyłem coś nowego, jakieś pnącze na rdestowcu. Pierwsze skojarzenie z daleka, że to może chmiel lub kolczurka (ten drugi to także gatunek obcy). Podszedłem bliżej i zobaczyłem coś całkiem nowego dla mnie. Może już widywałem wcześniej w różnych miejscach lecz nigdy nie zwróciłem uwagi? Zrobiłem zdjęcia i w domu poszukałem. Najpierw z wykorzystaniem rozpoznawania obrazu przez AI. A potem zajrzałem dla weryfikacji do książki „Rośliny synantropijne”. Bo zawsze trzeba sprawdzić w niezalenym źródle. I wiarygodnym. Mimo tej weryfikacji pozostaję w niepewności.

To przestęp biały lub przestęp dwupienny. Oba to gatunki obce i potencjalnie inwazyjne. Na dodatek roślina lecznicza i trująca. Żeby mieć pewność co do gatunku, to muszę wybrać się jeszcze raz lub poczekać na owoce. Czy będą czarne czy czerwone. Może coś jeszcze innego uda się wtedy zaobserwować? Najlepiej oznaczać w terenie lub zebrać roślinę do swojego zielnika. Wtedy można wracać do okazu i sprawdzać ważne cechy diagnostyczne. A jak się robi zdjęcie to często nie wiadomo na jakie cechy rośliny zwrócić szczególną uwagę. I nie ma jak sprawdzić tego, czego na zdjęciu akurat nie ma (nie jest widoczne). Najłatwiej będzie poznać po owocach (czy są czarne czy czerwone). A na to będę musiał poczekać.

Wystarczy czasem przejść się brzegiem rzeki, żeby zobaczyć coś, czego nie znajdziemy w podręczniku. Nie dlatego, że podręcznik nie opisuje takich zjawisk. Przeciwnie. Problem w tym, że przyroda jest znacznie ciekawsza wtedy, gdy oglądamy ją na żywo. Gdy ją doświadczamy i porównujemy z wiedzą podręcznikową (czyli coś już w naszej głowie musi być). Albo zbieramy doświadczania by je potem zweryfikować w podręcznikach. Obrazy i wrażenia pozostają w naszej głowie, by wypłynąć w nieoczekiwanym momencie w trakcie lektury treści podręcznikowych.

W pierwszej dekadzie sierpnia 2026 r., nad Łyną w Olsztynie zwróciłem uwagę na niepozorną roślinę wspinającą się po rdestowcu. Bylina czyli wieloletnia roślina zielna. Drobne, zielonkawobiałe kwiaty, delikatne pędy, spiralnie skręcone wąsy czepne i charakterystyczne, głęboko powcinane liście. To najprawdopodobniej przestęp biały (Bryonia alba). A jego podporą był potężny rdestowiec.

I wtedy zobaczyłem coś więcej niż tylko dwie rośliny rosnące obok siebie. Przestęp biały nie jest bowiem rodzimym elementem polskiej flory. Według bazy Instytutu Ochrony Przyrody PAN jest w Polsce gatunkiem obcym, zadomowionym i zwiększającym swój zasięg, klasyfikowanym jako potencjalnie inwazyjny. Możemy go nazwać epekofitem. Do Polski został sprowadzony przez człowieka już około XVII wieku, między innymi jako roślina ozdobna.

Rdestowiec, choć na pierwszy rzut oka wygląda jak zwyczajny składnik nadrzecznej zieleni, również ma historię napisaną poza Europą. Rdestowiec japoński (Reynoutria japonica) pochodzi z Azji Wschodniej. Do Europy sprowadzano go jako roślinę ozdobną i użytkową. Dzisiaj w Polsce jest szeroko rozpowszechnionym, bardzo inwazyjnym gatunkiem obcym. Nie mam jednak pewności, który z rdestowców rośnie w tym konkretnym miejscu. W Polsce spotykamy bowiem także rdestowca sachalińskiego oraz mieszańca – rdestowca czeskiego. Wszystkie trzy rdestowce są obcymi, azjatyckimi taksonami o dużych możliwościach ekspansji. Nie mając pewności, który to gatunek pozostanę przy bezpiecznej nazwie – rdestowiec.

Ale dla tej opowieści dokładna identyfikacja rdestowca nie jest nawet najważniejsza. Najciekawsza jest relacja czy to co się dzieje w zbiorowisku roślinnym. Rdestowiec tworzy wysokie, gęste łany. Przestęp jest pnączem, które potrzebuje podpory. Wąsami czepnymi wykorzystuje więc to, co znajduje w swoim otoczeniu. W tym przypadku znalazł roślinę, która sama jest świetnym przykładem biologicznego sukcesu gatunku obcego. Można na to patrzeć jak na przypadkowe spotkanie dwóch przybyszów. Ale można też zobaczyć w nim coś znacznie ważniejszego: nową przyrodę tworzącą się na naszych oczach. Dlatego można mówić także o procesach czyli o sukcesji ekologicznej a nawet o cenofilogenezie. W tym drugim przypadku możemy zakładać, że w wyniku relacji biocenotycznych ewoluują same gatunki i zmieniają się ich cechy.

Ekologia coraz częściej nie jest już opowieścią o przyrodzie „takiej, jaka była kiedyś”. Jest opowieścią o przyrodzie, która się zmienia. O przyrodzie, która się staje na naszych oczach. Człowiek przenosi rośliny, zwierzęta i mikroorganizmy z kontynentu na kontynent. Buduje drogi, kanały, miasta, nasypy kolejowe. Prostuje rzeki, zmienia ich brzegi, porzuca pola albo pozostawia miejsca po budowie. A potem organizmy zaczynają korzystać z tych nowych warunków. Nie wszystkie gatunki obce stają się inwazyjne. To ważne rozróżnienie. Obcy nie oznacza automatycznie szkodliwy. Dopiero część gatunków po przeniesieniu do nowego środowiska osiąga dużą liczebność i powoduje istotne zmiany w funkcjonowaniu ekosystemów. Na przykład wypiera inne, wcześniej tam obecne gatunki. Rdestowiec jest jednym z najbardziej spektakularnych przykładów. Tworząc zwarte łany, ogranicza dostęp światła i utrudnia rozwój wielu rodzimych roślin. Jego obecność może prowadzić do zmniejszenia różnorodności biologicznej. Można to sprawdzić na najbliższej wycieczce terenowej. Podejdźcie bliżej i sprawdźcie czy i co rośnie w łanach rdestowca.

Przestęp biały jest znacznie mniej efektowny. Nie tworzy takich monstrualnych łanów. Nie rzuca się w oczy. Właściwie łatwo go przeoczyć. A jednak właśnie dlatego warto go zauważyć. Bo przyroda nie zawsze zmienia się wielkimi krokami. Czasami zmiana zaczyna się od jednego nasiona, jednego kłącza, jednej rośliny, jednego wąsa czepnego.

Patrzę więc na zdjęcia znad Łyny i myślę, że to nie jest po prostu fotografia dwóch roślin. To mały obraz współczesnej ekologii. Dawne granice biogeograficzne coraz częściej przestają być granicami dla organizmów. Gatunki podróżują razem z człowiekiem, a potem spotykają się w miejscach, których ich przodkowie nigdy nie znali. Rdestowiec z Azji i przestęp, którego naturalny zasięg obejmuje południową Europę i zachodnią Azję, spotkały się nad olsztyńską Łyną. Co z tego spotkania wyniknie? Trzeba czasu i systematyczności w obserwacjach. Dwa gatunki obce. Jedna rzeka. Jeden krajobraz. I historia globalnych zmian przyrody opowiedziana w kilku metrach nadrzecznej roślinności. Owszem, nad rzeką w Olsztynie jest więcej gatunków obcych, np. nawłoć kanadyjska czy niecierpek gruczołowaty. To właśnie dlatego warto czasem zatrzymać się przy brzegu rzeki. Nie po to, żeby tylko zobaczyć roślinę. Po to, żeby zobaczyć zmianę.

Ale wróćmy jeszcze do przestępu białego (Bryonia alba). Ma pojedyncze, nierozgałęzione wąsy czepne, głęboko klapowane liście, drobne, zielonkawobiałe kwiaty, sposób wspinania się po wysokiej roślinie. Jest byliną, należąca do rodziny dyniowatych (Cucurbitaceae). Oficjalna baza Instytutu Ochrony Przyrody PAN podaje B. alba jako gatunek obcy w Polsce, zadomowiony i potencjalnie inwazyjny. Występuje także w siedliskach częściowo lub silnie przekształconych przez człowieka. Co ciekawe, rdestowiec jest dla przestępu znakomitą podporą. To właśnie dzięki wąsom czepnym przestęp może wspinać się na wysokie rośliny i osiągać nawet około 4 m długości.

Podsumujmy, przestęp biały jest byliną, pnączem (jak na rośliny dyniowate przystało), hemikryptofitem (hemikryptofity to rośliny, których pąki, umożliwiające roślinie odnawianie się, znajdują się tuż przy powierzchni ziemi, albo na niej, albo tuż pod nią, to sposób przystosowania do przetrwania zimy), jest epekofitem (określnie wskazujące na czas przybycia i stopień zadomowienia w rodzimej florze). Jest także rośliną owadopylną, która kwitnie od czerwca do lipca. Ja ją spotkałem kwitnącą na początku sierpnia. Czyli albo w granicach błędu albo nieco przedłużającą okres kwitnienia. Ciekawe dlaczego?

Przestęp biały rośnie w zaroślach, na przydrożach i siedliskach ruderalnych, co jest typowe dla gatunków synantropijnych. Podobne siedliska wybiera przestęp dwupienny (Bryonia dioica). Jest gatunkiem rzadszym w Polsce i jak sama nazwa wskazuje jest rośliną dwupienna czyli na jednej roślinie występują kwiaty żeńskie a na inne – męskie. Tym się różni od przestępu białego, który jest jednopienny, a więc na jednej roślinie występują kwiaty żeńskie i męskie. Przestęp biały ma czarne owoce, a dwupienny – czerwone. Po tej cesze najłatwiej jest je odróżnić. Oba gatunki siedliska dobrze naświetlone i średnio wilgotne.

Oba przestępy są roślinami trującymi. Liście, owoce i korzenie są dość silnie trujące. Zawierają trujące glikozydy i saponiny, wywołujące ciężkie zapalenie układu pokarmowego objawiające się wymiotami i biegunką, wywołują też silne podrażnienia skóry. Przy dużych ilościach może spowodować nawet zatrzymanie oddechu. Ale były i są wykorzystywane w medycynie. Wykorzystywana jest także w homeopatii. Ze względu na burakowato zgrubiały korzeń dawniej była wykorzystywana do fałszowania mandragory. Czyli zamiast magicznej mandragory sprzedawano korzenie przestępu. Magiczności pewnie to nie przeszkadzało.

Przestęp biały zaciekawił mnie na tyle, że będę go odwiedzał. Zobaczę jakie ma owoce. Wtedy upewnię się co do gatunku. I sprawdzę jak się te dwa gatunki obce ze sobą mają. Wspierają czy konkurują? I jakie owady na nich się pojawiają.

Ciekawe jest także to, dlaczego blisko spokrewnione gatunki tak się różnią: jeden jest dwupienny a inny jednopienny? Która cecha i dlaczego ułatwia inwazję na nowych terenach? Warto szukać także wśród innych gatunków, np. dlaczego nasza dwupienna roślina, po przedostaniu się na kontynent amerykański w części stała się gatunkiem jednopiennym? 

2.08.2026

Epekofit i hemiagriofit czyli przegorzan kulisty na Śląsku widziany z okien pociągu

Tarnowskie Góry, koniec sierpnia 2026 roku.
 

Jest wiele gatunków przegorzanów, głównie uprawianych w ogrodach, bo to roślina dekoracyjna. Wiele razy widywałem je w ogródkach przydomowych w Polsce Północno-Wschodniej, czasem gdzieś w terenie, pojedyncze. Zwracały uwagę swoją niezwykłością. Gdy spotkałem ostatnio licznie rosnące na Górny Śląsku to zrobiłem zdjęcie i zacząłem szukać dodatkowych informacji. Najpierw zajrzałem do atlasu roślin łąkowych, potem kserofilnych ale dopiero w tomie Flory Polski - Rośliny synantropijne, autorstwa Barbary Sudnik-Wójcikowskiej, wydanym przez Muttico w 2011 roku, znalazłem poszukiwany gatunek. To przegorzan kulisty. Choć mogą pojawiać się poza ogrodami także i inne gatunki.

Jeśli potrafimy nazwać gatunek grzyba, rośliny czy zwierzęcia, to więcej zapamiętujemy i więcej dostrzegamy. A rozpoznajemy bo już go sami znamy lub szukamy nazwy w atlasie, kluczu, pytamy innych lub sprawdzamy w telefonie za pomocą odpowiedniej aplikacji. A jak rozpoznamy, to możemy dowiedzieć się więcej o biologii, ekologii danego gatunku i o szerszych procesach zachodzących w przyrodzie.

Są rośliny, obok których przechodzimy obojętnie. Rosną przy drogach, torach kolejowych, na nasypach i nieużytkach. Wydają się zwyczajne, choć wystarczy zatrzymać się na chwilę, by odkryć, że są świadkami historii, zarówno tej przyrodniczej, jak i cywilizacyjnej. Do takich gatunków należy przegorzan kulisty (Echinops sphaerocephalus), roślina o charakterystycznych, niebieskawych, kulistych kwiatostanach, przypominających małe kolczaste planety. Należy do rodziny astrowatych

Przegorzan zwrócił moją uwagę w czasie wakacyjne podróży po Górnym Śląsku. Widziałem go tam wyjątkowo licznie, zwłaszcza wzdłuż torów kolejowych oraz przy drogach. Wydawał mi się po prostu ciekawą, efektowną byliną. Ale jednocześnie, gdy co nieco poczytałem to zrozumiałem, że jest dobrym przykładem tego, jak rośliny potrafią świadczyć o przemianach środowiska. Niczym dobrze dobrany rekwizyt do opowieści.

Przegorzan kulisty pochodzi z obszarów Azji Zachodniej oraz południowej i wschodniej Europy. W Polsce jest uznawany za kenofita, czyli gatunek obcego pochodzenia, który zadomowił się stosunkowo niedawno, po końcu XV wieku (uznajemy za czas wymiany kolumbijskiej z obiema Amerykami) . Dziś spotykany jest w wielu regionach kraju, szczególnie na nizinach, natomiast rzadziej występuje na północy i w górach. Na Warmii i Mazurach już chyba widywałem przegorzana, ale nigdy w takiej ilości jak na Śląsku.

Roślina ta osiąga nawet 180 centymetrów wysokości. Jej srebrzysto owłosione liście zakończone są ostrymi kolcami, a latem pojawiają się charakterystyczne niebieskawe kwiatostany w postaci niemal idealnych kul. To właśnie one sprawiają, że trudno pomylić przegorzan z innymi gatunkami. Kwitnie w lipcu i sierpniu, przyciągając liczne owady, odżywiające się nektarem, w tym pszczoły. Przegorzan  jest uznawany za rośliną miododajną o dużej wydajności. Szacuje się ,że jednego hektara można uzyskać nawet około 450 kilogramów miodu.

Rodzaj przegorzan skupia wiele gatunków, z których część uprawiana jest w ogrodach. Zatem nie każdy przegorzan, którego zobaczycie to przegorzan kulisty. Nawet poza ogrodami. W rejonie Europy Środkowej aklimatyzuje się także przegorzan węgierski (Echinops exaltatus). Różni się od przegorzana kulistego białymi kwiatami i szczecinkowato owłosioną górną stroną blaszki. Te cechy trudno dostrzec na zdjęciu. Uprawiany jest także przegorzan pospolity Echinops ritro. Jego liście są na wierzchu nagie i są podwójnie pierzastodzielne. I ja nie mam pewności, że na zamieszczonym zdjęciu jest przegorzan kulisty. Wnioskuje z budowy i częstości występowania. Dla pewności należałoby w terenie przyjrzeć się uważniej cechom diagnostycznym. Lub zebrać okaz i zasuszyć w zielniku by mieć możliwość porównania cech w dowolnym momencie. Ewentualnie należało w terenie zrobić zbliżenie do cech diagnostycznych. Ale ich w momencie spotkania tej rośliny, nie znałem. Nie wiedziałem więc, na co zwrócić uwagę.

W tekście pojawiło się już jedno specjalistyczne określenie – kenofit. Niżej będzie ich więcej. Naukowcy lubią sobie ułatwiać życie i skracać zapis. Zatem jeden dobrze zdefiniowany termin zastępuje dłuższe opisy.  Wróćmy do przegrzana kulistego. Znacznie ciekawsza od jego wyglądu jest historia ekologiczna tego gatunku. Botanicy określają przegorzan jako metafita. To termin oznaczający roślinę obcego pochodzenia, która zdołała trwale zadomowić się na nowym obszarze. Nie jest już chwilowym gościem ani przypadkowym przybyszem – stała się trwałym elementem naszej flory. W skład metafitów wchodzą: 1. epekofity czyli zadomowione na siedliskach silnie przekształconych przez człowieka (siedliska ruderalne i segetalne czyli polne), 2. hemiagriofity czyli metafity zadomowione w siedliskach półnaturalnych, oraz 3. holoagriofity czyli metafity zadomowione na siedliskach naturalnych. Przegorzan kulisty uznawany jest za epekofita oraz lokalnie za hemiagriofita. Zatem możemy się go spodziewać w siedliskach przekształconych przez człowieka a lokalnie także w siedliskach półnaturalnych.

To co mnie zaciekawiło w przegorzanie to fakt, że najczęściej spotykamy go w siedliskach silnie przekształconych przez człowieka. A więc przy drogach, torach kolejowych, na nasypach, rumowiskach czy nieużytkach. Nic więc dziwnego, że tak licznie widziałem go a okien pociągu w czasie podróży przez Górny Śląsk. Ale także przy drodze polnej w Tarnowskich Górach. To właśnie dlatego tak często widzimy go tam, gdzie krajobraz został przebudowany przez transport, przemysł czy urbanizację.

Ale historia przegorzana na tym się nie kończy. Zdarza się bowiem, że opuszcza środowiska typowo antropogeniczne i zaczyna zasiedlać półnaturalne murawy, zarośla czy suche łąki. Wówczas uznawany jest za hemiagriofita czyli gatunek obcego pochodzenia, który zadomowił się już poza typowo ludzkimi siedliskami. To ważny etap ekspansji. Pokazuje, że roślina przestaje być związana wyłącznie z działalnością człowieka i zaczyna funkcjonować jako element półnaturalnych ekosystemów. W jakimś sensie możemy uznać za kolejny etapem aklimatyzacji i wrastania w lokalny krajobraz.

Jak się rozprzestrzenia? Przez epizoochorię i myrmekochorię. Jego owocki (niełupki) roznoszone są przez wiatr oraz przez zwierzęta, przyczepiając się do sierści czy piór. Roznoszone są także przez mrówki, dlatego pojawił się termin myrmekochoria.

Przegorzan kulisty może być traktowany jako biologiczny kronikarz zmian zachodzących w krajobrazie. Jego obecność świadczy o rozwoju infrastruktury komunikacyjnej, przekształceniach siedlisk i intensywnym przemieszczaniu się ludzi oraz towarów. Tory kolejowe i drogi są nie tylko szlakami transportowymi dla człowieka, ale również korytarzami migracji dla wielu gatunków roślin. Nasiona przewożone są przez pojazdy, wiatr, zwierzęta lub wraz z transportowanymi materiałami. To właśnie dlatego wiele gatunków rozpoczyna swoją ekspansję wzdłuż linii kolejowych.

Jest jeszcze jeden powód, dla którego warto zwrócić uwagę na przegorzan. Zmiany klimatyczne powodują, że gatunki związane z cieplejszym i bardziej suchym klimatem coraz łatwiej znajdują dogodne warunki do życia również w Polsce. Przegorzan pochodzi ze stepu. Dłuższe okresy suszy, łagodniejsze zimy oraz wzrost średnich temperatur sprzyjają roślinom stepowym i ciepłolubnym. Przegorzan kulisty należy właśnie do tej grupy. Jego coraz częstsza obecność może być jednym z wielu subtelnych sygnałów ocieplającego się klimatu. I efektem antropogenicznego przekształcania sie biocenoz. Nie oznacza to oczywiście, że pojedyncze stanowisko przegorzanu dowodzi zmian klimatycznych. Nauka nie opiera się na pojedynczych obserwacjach. Kiedy jednak podobnych obserwacji przybywa w różnych częściach kraju i potwierdzają je wieloletnie badania, rośliny stają się cennymi wskaźnikami przemian środowiska. Botanicy potrafią czytać krajobraz podobnie jak historyk czyta kroniki.

Dlatego następnym razem, gdy zobaczymy niebieskie, kolczaste kule kołyszące się przy torach kolejowych, na rumowiskach lub na poboczu drogi, warto spojrzeć na nie inaczej. Przegorzan kulisty nie jest jedynie efektowną byliną ani tylko pożytkiem dla pszczół. Jest świadkiem ludzkiej działalności, uczestnikiem wielkiej wędrówki gatunków i jednym z biologicznych znaków czasów, w których krajobraz oraz klimat zmieniają się szybciej niż kiedykolwiek wcześniej.

Naukowców jest zbyt mało by śledzić wszystkie zmiany w zasięgach występowania roślin, grzybów i zwierząt. Każdy z nas, w czasie wycieczek nie tylko wakacyjnych, może robić zdjęcia i dokumentować obecność różnych gatunków. Pojedyncza informacja niewiele daje ale setki takich udokumentowanych obecności nabiera już wartości naukowe. Róbcie więc zdjęcia i umieszczajcie w specjalistycznych serwisach lub nawet na Facebooku. Przy okazji poznacie i zapamiętacie nowe dla was gatunki. A w konsekwencji będziecie widzieć więcej wokół siebie.

18.05.2026

W obronie płazów





W ostatnich dziesięcioleciach drastycznie spada liczebność płazów w Polsce. Jedną z przyczyn jest śmiertelność na drogach w czasie ich wiosennej wędrówki do zbiorników wodnych w celach rozrodczych. Ostatnie 10 lat to czas narastającej suszy hydrologicznej i zanikania wielu małych i okresowych zbiorników wodnych, czyli tradycyjnych siedlisk rozrodczych płazów. Przekłada się to na wzrost zagrożenie wyginięcia wielu gatunków. Po prostu coraz mniej siedlisk i coraz niebezpieczniejsza jest wędrówka do miejsc rozrodu.

Przepust dla płazów – czyli specjalny tunel pod drogą połączony z odpowiednio poprowadzonymi płotkami naprowadzającymi – to jedno z najskuteczniejszych rozwiązań ochronnych, jakie współczesna nauka zaleca do stosowania w miastach i krajobrazach przekształconych przez człowieka. Jego znaczenie dla bioróżnorodności jest dużo większe, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.

Przepust dla płazów na ulicy Leśnej w Olsztynie, o który dopominają się przyrodniczy i społecznicy, nie jest fanaberią ani działaniem symbolicznym, lecz konieczną inwestycją wynikającą zarówno z obowiązku prawnego, jak i z realnych potrzeb ochrony lokalnych ekosystemów. W Olsztynie, mieście położonym wśród lasów i jezior, płazy stanowią jeden z najbardziej wrażliwych elementów biocenozy. Ich cykl życiowy wymaga corocznych migracji między miejscami zimowania a zbiornikami wodnymi, w których się rozmnażają. Gdy na tej drodze staje asfaltowa jezdnia, zwierzęta nie mają żadnej możliwości bezpiecznego przejścia. Skutki są widoczne gołym okiem: masowa śmiertelność, która w ciągu kilku tygodni migracji potrafi zdziesiątkować lokalną populację. Dane zebrane przez mieszkańców – 141 martwych płazów na zaledwie 1,5‑kilometrowym odcinku drogi w ciągu dwóch dni – pokazują skalę problemu, który nie rozwiąże się sam i którego nie da się zignorować.

Płazy są gatunkami chronionymi, a ich ochrona nie jest kwestią dobrej woli, lecz obowiązkiem wynikającym z Ustawy o ochronie przyrody. Jednak poza aspektem prawnym istnieje argument jeszcze ważniejszy: płazy są kluczowym elementem lokalnej bioróżnorodności. Regulują liczebność owadów, stanowią pokarm dla wielu gatunków ptaków i ssaków, a ich obecność świadczy o dobrej kondycji środowiska. Gdy populacje płazów załamują się, ekosystem traci równowagę. W mieście takim jak Olsztyn, które buduje swoją tożsamość na bliskości natury, utrata płazów byłaby nie tylko porażką ekologiczną, ale także symboliczną. Tak więc czynna ochrona płazów w Olsztynie to także dbanie o dobry wizerunek miasta turystycznego. Dobra promocja miasta.

Dotychczas stosowane płotki herpetologiczne nie spełniają swojej funkcji. Bez przepustu są jedynie barierą, która zatrzymuje zwierzęta, ale nie daje im możliwości przejścia (wymagana jest stała praca wolontariuszy przenoszących płazy). W efekcie płazy giną tuż obok ogrodzeń, a mieszkańcy – w tym dzieci – widzą makabryczny obrazek, który stoi w sprzeczności z wizerunkiem „zielonego miasta”. Przepust to rozwiązanie trwałe, sprawdzone i stosowane w wielu miejscach w Polsce i Europie. Łączy ono prostotę z wysoką skutecznością: płotki kierują zwierzęta do tunelu, a tunel pozwala im bezpiecznie przekroczyć drogę. Raz wykonana inwestycja działa przez dziesięciolecia, bez konieczności corocznych akcji ratunkowych. Ponadto umożliwia późniejsza wędrówkę młodych płazów ze zbiorników wodnych do siedlisk lądowych. Nie odbywa się to w jednym, skoncentrowanym terminie i dlatego ta śmiertelność na drogach jest mniej widoczna.

Warto podkreślić, że przepust na ulicy Leśnej miałby charakter pilotażowy. Pozwoliłby zebrać doświadczenia i dane, które można wykorzystać przy planowaniu podobnych rozwiązań w innych miejscach rozwijającego się ciągle Olsztyna. To inwestycja, która nie tylko chroni przyrodę, ale także buduje kompetencje miasta w zakresie nowoczesnej, zielonej infrastruktury. Może stać się elementem edukacji ekologicznej, przykładem odpowiedzialnego zarządzania środowiskiem i dowodem, że Olsztyn traktuje swoją przyrodniczą wyjątkowość poważnie.

Wiosenny wieczór nad jeziorem bez rechotu żab byłby nie tylko uboższy, ale i niepokojący. Płazy znikają po cichu, ale ich brak odczuwamy wszyscy. Przepust na ulicy Leśnej to inwestycja niewielka w skali budżetu miasta, a ogromna w skali ochrony lokalnej przyrody. To decyzja, która pokazuje, że Olsztyn nie tylko deklaruje troskę o środowisko, lecz realnie je chroni.

Dlaczego przepusty dla płazów są kluczowe dla bioróżnorodności? Po pierwsze przepusty to rozwiązanie, które chroni całe populacje, nie tylko pojedyncze osobniki. Płazy, co zapewne pamiętamy ze szkoły, mają bardzo specyficzny cykl życiowy. Żyją na lądzie, np. zimują w lasach, a rozmnażają się w zbiornikach wodnych. Dlatego corocznie migrują masowo w krótkim czasie. Jeśli droga przecina ich szlak migracyjny, śmiertelność może sięgać 70–90% populacji w danym miejscu. To nie jest „kilka żab mniej” – to załamanie populacji, które może doprowadzić do jej lokalnego wyginięcia. Przepusty redukują śmiertelność do kilku procent, co w praktyce oznacza uratowanie całej populacji.

Po drugie płazy są gatunkami wskaźnikowymi. Ich zniknięcie oznacza degradację ekosystemu, Płazy reagują na: zanieczyszczenia w środowisku, zmiany wilgotności, fragmentację siedlisk, presję urbanizacyjną. Jeśli płazy giną na drogach, to nie tylko problem etyczny – to sygnał, że ekosystem traci spójność. Przepusty przywracają ciągłość siedlisk, co jest jednym z fundamentów ochrony bioróżnorodności.

Po trzecie płazy pełnią ważne funkcje ekologiczne. Zjadają ogromne ilości owadów (w tym komarów). Są pokarmem dla ptaków, ssaków, gadów i ryb. Utrzymują równowagę w ekosystemach wodnych i lądowych. Utrata płazów uruchamia efekt domina – zaburza cały łańcuch troficzny.

Przepusty zapobiegają izolacji genetycznej. Drogi działają jak bariery. Jeśli populacja zostanie podzielona na kilka izolowanych części, które nie mogą się mieszać, dochodzi do: spadku różnorodności genetycznej, większej podatności na choroby, ryzyka lokalnego wymarcia. Tunel pod drogą to „korytarz ekologiczny”, który przywraca przepływ genów. Działa tak jak duże przejścia nad drogami dla dużych ssaków. Przepusty To rozwiązanie trwałe i skuteczne – w przeciwieństwie do płotków tymczasowych. Płotki herpetologiczne: działają tylko wtedy, gdy są codziennie kontrolowane przez wolontariuszy, łatwo ulegają zniszczeniu, nie rozwiązują problemu, tylko go łagodzą. Przepusty natomiast działają przez dekady, nie wymagają stałej obsługi, są standardem w krajach dbających o bioróżnorodność.

Olsztyn jest miastem o wyjątkowej mozaice siedlisk: lasy, jeziora, torfowiska, łąki. To idealne środowisko dla płazów, ale też miejsce, gdzie drogi przecinają naturalne trasy migracyjne. Ulica Leśna to klasyczny przykład: las → droga → jezioro czyli dokładnie to, czego płazy nie są w stanie pokonać bezpiecznie. Dane z petycji informują o 141 martwych płazów zaobserwowanych w ciągu 1,5 dnia. Wskazuje na katastrofalną skalę śmiertelności. W skali całej migracji to mogą być setki lub tysiące osobników.

Przepusty dla płazów to nie tylko infrastruktura ochronna. To także świetny przykład „zielonej infrastruktury” w mieście oraz materiał edukacyjny dla szkół, uczelni i mieszkańców. To także element budujący wizerunek miasta dbającego o przyrodę, oraz atrakcja przyrodnicza. W wielu miejscach w Polsce i Europie takie rozwiązania są pokazywane turystom. Dla dzieci to także ważny sygnał, że w naszym mieście życie – nawet najmniejsze – jest chronione.

Przepust dla płazów: ratuje lokalne populacje przed wymarciem, przywraca ciągłość siedlisk, chroni różnorodność genetyczną, stabilizuje ekosystemy, wzmacnia edukację ekologiczną, buduje wizerunek miasta przyjaznego naturze. To jedno z najprostszych, najtańszych i najbardziej efektywnych działań, jakie można podjąć w ochronie przyrody w mieście. Marzy mi się, żeby w Olsztynie takie rozwiązania powstały nie tylko na ulicy Leśnej.


Żabi skrzek w zbiorniku wodnym

19.01.2026

Inwazja czy ekspansja - orzech włoski jako potencjalny gatunek w ekspansji

Grafika Autorstwa Franz Eugen Köhler, Köhler's Medizinal-Pflanzen - List of Koehler Images, Domena publiczna, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=255358

Orzech włoski (Juglans regia) jest jednym z tych gatunków, które wymykają się prostym klasyfikacjom. Z jednej strony to drzewo o długiej historii uprawy, głęboko wpisane w krajobraz kulturowy Europy i Polski. Z drugiej – gatunek obcy, którego obecność w Polsce jest efektem wielowiekowej działalności człowieka. W ostatnich latach, w kontekście zmian klimatycznych i obserwowanych przesunięć zasięgów wielu roślin, pojawia się pytanie: czy orzech włoski może stać się gatunkiem ekspansywnym? A jeśli tak, to czy jego ekspansja może zagrozić rodzimej florze? Obserwacje terenowe z ostatnich lat wskazują, że orzech włoski pojawia się samoistnie w miejscach poza ogrodami i plantacjami. Dwa pytania są ważne, czy ten zwiększający się areał geograficzny i siedliskowy wynika z ocieplenia klimatu? Jeśli uznać za gatunek obcy to zmiany liczebności i zasięgu traktowalibyśmy jako inwazyjność. Ale jeśli uznać za gatunek rodzimy (lub tylko zadomowiony) to należałoby mówić o ekspansji. I nie chodzi tu tylko o terminologię. Trzecim aspektem, poruszonym w niniejszym tekście, jest „ucieczka" do środowiska gatunków wykorzystywanych rolniczo i ogrodniczo.

Naturalny zasięg Juglans regia obejmuje: Azję Mniejszą, Kaukaz, Iran, zachodnie Himalaje. To właśnie tam, w strefie klimatu kontynentalnego i górskiego, gatunek wykształcił swoje cechy ekologiczne: odporność na suszę, wysokie wymagania świetlne i zdolność do przetrwania chłodnych zim. Do Europy Środkowej trafił prawdopodobnie dzięki Rzymianom (dlatego nazwaliśmy - włoski), którzy cenili jego owoce, drewno i właściwości lecznicze. W Polsce obecny jest od średniowiecza, początkowo jako drzewo sadownicze przy klasztorach i dworach, później jako element wiejskich siedlisk i ogrodów. Smaczne orzechy uczyniły z tego drzewa cenną roślinę hodowlaną, konkurującą z rodzimymi orzechami laskowymi.

Orzech włoski pełni w Polsce kilka ról. Jest to drzewo owocowe, cenione za smaczne, wartościowe orzechy. Jest to drzewo użytkowe, bo jego drewno jest wysoko cenione w stolarstwie. W końcu jest to drzewo ozdobne sadzone w ogrodach, parkach i na terenach wiejskich, a także drzewo „domowe” tradycyjnie sadzone przy zagrodach jako symbol dobrobytu i ochrony. Wrosło w krajobraz Polski przez wieki. Sam w młodość dziwiłem się, dlaczego te orzechy nazwane bywają włoskimi, kiedy w polskich ogrodach są zbierane. W ogrodnictwie docenia się jego majestatyczną koronę, szybki wzrost po okresie młodzieńczym oraz odporność na suszę. Jednocześnie ogrodnicy dobrze znają jego „ciemną stronę”: silną allelopatię (o tym niżej).

Orzech włoski ma dość specyficzne wymagania. Potrzebuje dużo światła i nie toleruje zacienienia, wymaga żyznej gleby, przepuszczalnej, najlepiej wapiennej o umiarkowanej wilgotności. Jest wrażliwy na późne przymrozki, które mogą niszczyć młode pędy. To właśnie te cechy sprawiają, że w warunkach naturalnych nie konkuruje skutecznie z rodzimymi gatunkami lasotwórczymi. Do niedawna polskie zimy skutecznie ograniczały ucieczkę z ogrodów i kolonizowanie siedlisk leśnych. W zwarciu leśnym przegrywa, a w siedliskach ruderalnych pojawia się głównie dzięki człowiekowi lub wiewiórkom.

Wróćmy do allelopatii. Allelopatia to zjawisko biologiczne polegające na tym, że jedna roślina wytwarza związki chemiczne wpływające na wzrost, rozwój lub przeżywalność innych organizmów, najczęściej innych roślin, ale także grzybów czy mikroorganizmów. Allelopatia obejmuje wydzielanie substancji chemicznych (np. fenoli, terpenów, alkaloidów, juglonu u orzecha włoskiego). Substancje te mogą działać hamująco (najczęściej) lub stymulująco. Ogrodnicy wiedzą by nie dodawać liści orzecha włoskiego do kompostu, bo utrudni to potem wzrost innych roślin. Łatwo zauważyć, że pod drzewem orzecha włoskiego niewiele innych roślin jest w stanie wyrosnąć. Podobno takich miejsc unikają także komary, co wykorzystywane jest w naturalnych sposobach ograniczania niedogodności tych owadów.
 Oddziaływanie może zachodzić przez: korzenie, liście i ich rozkład, łupiny owoców, lotne związki w powietrzu. Allelopatia jest mechanizmem konkurencji międzygatunkowej, ale nie jest równoznaczna z inwazyjnością. W przypadku orzecha włoskiego juglon ogranicza rośliny rosnące bezpośrednio pod koroną, lecz nie zwiększa zdolności gatunku do ekspansji w skali krajobrazu. Orzech włoski produkuje juglon, związek chemiczny hamujący wzrost wielu roślin, zwłaszcza: pomidorów, jabłoni, niektórych traw, roślin ozdobnych. Juglon działa lokalnie, głównie w obrębie korony i strefy korzeniowej, powoli, uwalniając się z liści, korzeni i łupin. Wiele opinii wskazuje, że allelopatia orzecha włoskiego nie prowadzi jednak do ekspansji populacji. To raczej mechanizm obronny, który ogranicza konkurencję w najbliższym otoczeniu drzewa, ale raczej nie zwiększa jego zdolności do kolonizowania nowych siedlisk.

Czy ocieplenie klimatu może sprzyjać ekspansji orzecha włoskiego? To pytanie jest dziś szczególnie istotne. Zmiany klimatu wpływają na przesuwanie się zasięgów wielu gatunków ku północy. W przypadku orzecha włoskiego można wskazać kilka potencjalnych konsekwencji. Czynnikami sprzyjającymi jego potencjalnej ekspansji są łagodniejsze zimy zwiększą przeżywalność siewek. Dłuższy sezon wegetacyjny poprawi wzrost młodych drzew,  natomiast częstsze susze mogą faworyzować gatunki odporne na niedobór wody, takie jak Juglans regia.

Czynnikami ograniczającymi ekspansję są: wysokie wymagania świetlne, brak zdolności do kolonizacji lasów (tak przynajmniej na razie wskazują dane), ciężkie nasiona ograniczające naturalne rozprzestrzenianie (roznoszone są przez zoochorię, np. przez wiewiórki i ptaki z rodziny krukowatych) oraz konkurencja ze strony rodzimych gatunków pionierskich (brzoza, osika, wierzby). W efekcie ocieplenie klimatu może zwiększyć częstość spontanicznych siewek, zwłaszcza w miastach i na terenach ruderalnych, ale nie musi prowadzić do ekspansji w sensie ekologicznym.

Czy orzech włoski może zagrozić rodzimej florze? Na podstawie obecnych danych wydaje się, że nie stanowi zagrożenia. Nie tworzy masowych populacji, nie wypiera gatunków rodzimych, nie wkracza do siedlisk cennych przyrodniczo. W przyszłości, przy dalszym ocieplaniu klimatu, może częściej pojawiać się w krajobrazie, być bardziej odporny na zimowe uszkodzenia (łagodniejsze zimy), lokalnie dominować w miejscach silnie przekształconych przez człowieka. To ostatnie wydaje się już występować, jak wynika z wstępnych i rozproszonych informacji botaników i dendrologów. Jednak nawet w takim scenariuszu trudno wyobrazić sobie, by stał się gatunkiem inwazyjnym w sensie prawnym czy ekologicznym. Jego biologia nie sprzyja agresywnej ekspansji.

Orzech włoski to gatunek obcy, ale od wieków zadomowiony w Polsce. Jego obecność jest silnie związana z człowiekiem – zarówno historycznie, jak i współcześnie. Choć zmiany klimatu mogą sprzyjać jego częstszemu pojawianiu się, nie ma przesłanek, by uznać go za gatunek ekspansywny lub potencjalnie inwazyjny. Jego wpływ na rodzimą florę jest ograniczony i lokalny, a ewentualne zmiany w przyszłości będą dotyczyć raczej krajobrazu kulturowego niż ekosystemów naturalnych.

Warto jeszcze na chwilę zatrzymać się przy problemie terminologii gatunków obcych. W ekologii inwazji istnieje kilka pojęć, które wydają się klarowne na papierze, ale w praktyce prowadzą do sporów: gatunek obcy, gatunek inwazyjny, gatunek zadomowiony, gatunek powracający czy gatunek reliktowy. Największe napięcia pojawiają się tam, gdzie historia zasięgów jest dynamiczna, a klimat – zmienny. Wtedy proste kategorie przestają działać.

Orzech włoski (Juglans regia) mógł występować w Polsce w poprzednich interglacjałach, ma długą historię kulturową i reaguje na współczesne ocieplenie klimatu. To stawia pytanie: czy ich współczesne pojawianie się należy traktować jako ekspansję gatunków rodzimych, czy jako inwazję gatunków obcych? Rodzimy czy obcy? To problem czasu i pamięci ekologicznej. W klasycznej definicji:
  • gatunek rodzimy to taki, który dotarł na dany obszar bez udziału człowieka,
  • gatunek obcy to taki, którego obecność wynika z działalności człowieka.
Ale ta definicja zakłada, że znamy pełną historię zasięgu. A przecież zasięgi roślin zmieniały się wielokrotnie. W plejstocenie i holocenie wiele gatunków miało populacje reliktowe, które wyginęły, część gatunków mogła naturalnie powrócić, ale aktywność człowieka je „wyprzedziła”. To prowadzi do paradoksów. Przykładem jest jodła, która była w Polsce w poprzednich interglacjałach. W holocenie wróciła naturalnie, ale jej współczesne rozmieszczenie jest częściowo wynikiem nasadzeń. Czy jest rodzima? Tak, mimo że człowiek ją sadził, jej naturalna historia w Polsce jest udokumentowana.

Orzech włoski mógł występować w Europie Środkowej w cieplejszych okresach plejstocenu. Czy to czyni go rodzimym? Nie, bo jego współczesny powrót nie nastąpił naturalnie, lecz dzięki człowiekowi. Być może jest spóźnionym „powracającym gatunkiem”. Widać więc, że rodzimość nie jest kategorią absolutną, lecz historyczną i kontekstową.

Zmiany klimatu powodują przesuwanie się zasięgów wielu roślin ku północy. W efekcie gatunki, które kiedyś tu rosły, mogą wracać, gatunki południowe mogą pojawiać się naturalnie, granice zasięgów stają się płynne. To rodzi pytanie: jeśli gatunek pojawia się naturalnie dzięki zmianom klimatu, to czy jest obcy? W ekologii inwazji odpowiedź brzmi: nie – jeśli jego migracja jest naturalna, nie jest gatunkiem obcym. Ale w praktyce trudno to udowodnić. Czy nasiono przyniosła wrona? Czy przyjechało z transportem drewna? Czy klimat po prostu „otworzył drzwi”? Dlatego współczesna nauka coraz częściej mówi o gatunkach powracających, gatunkach przesuwających zasięg oraz o gatunkach klimatycznych migrantów. To próba wyjścia poza sztywny podział „rodzimy–obcy”.

A co z orzechem włoskim? Ekspansja czy inwazja? Załóżmy hipotetycznie, że wraz z ociepleniem klimatu orzech włoski zaczyna pojawiać się w lasach liściastych, odnawiać się w siedliskach naturalnych oraz tworzyć stabilne populacje. Jak to interpretować? Czy byłby to powrót gatunku rodzimego? Raczej nie, bo jego współczesna obecność w Polsce jest wynikiem wielowiekowej uprawy, a nie naturalnej migracji. Czy byłaby to ekspansja gatunku obcego? Tak – ale nie inwazja, dopóki nie spełni kryteriów inwazyjności: szybkie rozprzestrzenianie oraz wypieranie gatunków rodzimych. Orzech włoski nie wykazuje takich cech. Czy moglibyśmy mówić o „ekspansji klimatycznej”? To najbardziej precyzyjne określenie. Gatunek obcy, zadomowiony, reagujący na ocieplenie klimatu, ale raczej nie inwazyjny. Choć w literaturze przedmiotu można spotkać się z określeniem, że orzech włoski w ostatnich latach stał się gatunkiem inwazyjnym w Polsce. Pierwsze oznaki jego intensywnego i samorzutnego rozprzestrzeniania się poza uprawami w Polsce zaobserwowano dopiero w latach 90. XX wieku. W drugiej dekadzie XXI zaczął zajmować nowe stanowiska głównie na gruntach porolnych w pobliżu osad ludzkich, rzadziej natomiast pojawiał sie w żyznych buczynach.

Czy orzech włoski może zagrozić rodzimej florze? Nawet jeśli zacznie częściej pojawiać się w naturze to nie wkracza do lasów o zwartym drzewostanie, nie konkuruje skutecznie z gatunkami pionierskimi, jego allelopatia działa lokalnie, jego nasiona nie rozprzestrzeniają się na duże odległości. Dlatego nawet w scenariuszu ocieplenia klimatu nie przewiduje się, by stał się gatunkiem inwazyjnym. Czy te prognozy sprawdzą się? Być może ujawnią się inne procesy, do tej pory niezauważone?

Dlaczego terminologia jest tak trudna? Po pierwsze historia zasięgów jest dynamiczna, a definicje często sztywne. Po drugie zmiany klimatu rozmywają granice między gatunkami rodzimymi a obcymi. Po trzecie gatunki powracające i gatunki przesuwające zasięg wymykają się klasycznym kategoriom. Po czwarte orzech włoski pozostaje gatunkiem obcym zadomowionym, nawet jeśli zacznie częściej pojawiać się w naturze. I po piąte jego ewentualne rozprzestrzenianie należy traktować jako ekspansję klimatyczną.

Poniższe podsumowanie syntetyzuje wnioski z kilku różnych publikacji. 1. Zasięg historyczny – gdzie orzech włoski występował naturalnie? Naturalny zasięg Juglans regia obejmuje Azję Mniejszą, Kaukaz, Iran i zachodnie Himalaje. W plejstocenie i interglacjałach gatunek mógł okresowo występować szerzej w Europie, ale brak dowodów na trwałe populacje w Polsce. Rozprzestrzenienie kulturowe - do Europy Środkowej trafił dzięki człowiekowi, prawdopodobnie już w czasach rzymskich. W średniowieczu był szeroko sadzony przy klasztorach, dworach i gospodarstwach. Orzech włoski nie jest gatunkiem rodzimym Europy Środkowej, choć jego obecność ma wielowiekową tradycję. 2. Zasięg współczesny – gdzie występuje dziś? W Europie występuje powszechnie jako drzewo sadownicze i ozdobne. Spontaniczne siewki pojawiają się głównie w miastach, na siedliskach ruderalnych, w pobliżu upraw i gospodarstw.

Badania terenowe i fenologiczne (Słowacja, Pakistan, Himalaje) wskazują, że gatunek nie kolonizuje lasów naturalnych, nie tworzy samoodnawiających się populacji w siedliskach półnaturalnych, jego rozprzestrzenianie zależy od człowieka i wiewiórek. Ale ważnym czynnikiem umożliwiającym rozprzestrzenianie orzecha włoskiego są ptaki z rodziny krukowatych, przenoszące jego nasiona na odległości nieraz przekraczające 500 m.  W niektórych regionach Polski uznany został niedawno jako zadomowiony (kenofit). Na początku XXI wieku orzech włoski został klasyfikowany przez niektórych autorów za gatunek inwazyjny w początkowej fazie ekspansji. 

Zmiany klimatu a przyszły zasięg – co mówią modele i dane empiryczne? Najważniejszym źródłem jest modelowanie SDM Paź‑Dyderskiej i współautorów (2021), które pokazuje silny sygnał przesunięcia zasięgu ku północy. Modele przewidują zwiększenie klimatycznej przydatności siedlisk w Europie Środkowej i Północnej. Jednocześnie południe Europy traci odpowiednie warunki (susza, stres cieplny). Polska, Niemcy, kraje bałtyckie i południowa Skandynawia mogą stać się bardziej sprzyjające dla wzrostu i owocowania. orzecha włoskiego. 

Badania dendroklimatologiczne (Bhutan, Pakistan, Słowacja) pokazują: wysoką wrażliwość na temperaturę i opady, dobrą tolerancję na suszę (przy odpowiedniej głębokości gleby) oraz przyspieszenie fenologii w cieplejszych latach. To oznacza, że gatunek dobrze reaguje na cieplejszy klimat, co zwiększa jego potencjał do pojawiania się w nowych regionach.

Czy orzech włoski może zwiększać swój areał w Europie? Tak, klimatycznie może. Modele i dane empiryczne wskazują, że ocieplenie klimatu zwiększa liczbę siedlisk odpowiednich, ponadto gatunek może pojawiać się częściej w krajobrazie a jego potencjalny zasięg klimatyczny przesuwa się na północ. Ale ekologicznie jego ekspansja jest ograniczona. Mimo sprzyjającego klimatu ciężkie nasiona ograniczają naturalne rozprzestrzenianie. Ponadto gatunek wymaga dużo światła i nie wkracza do lasów, allelopatia działa lokalnie, nie wspiera ekspansji oraz brak cech typowych dla gatunków inwazyjnych.

Najbardziej prawdopodobny scenariusz jest taki, że więcej siewek pojawi się w miastach i na siedliskach ruderalnych oraz częstsze będą spontaniczne pojawy w krajobrazie kulturowym. Na razie  brak jest doniesień o masowej ekspansji w ekosystemach naturalnych.

Gatunek pochodzi z Azji, w Europie Środkowej jest obecny dzięki człowiekowi. Obecnie jest szeroko uprawiany, lokalnie dziczejący, ale nie ekspansywny. W przyszłości ocieplenie klimatu może zwiększyć jego potencjalny zasięg klimatyczny, ale nie ma dowodów, że stanie się gatunkiem inwazyjnym lub zagrożeniem dla miejscowej flory. Na koniec dodam jeszcze, że hipotezy naukowe weryfikowane są przez... fakty. I oczywiście eksperymenty. Zatem nowe dane terenowe mogą zmienić nasze opinie o orzechu włoskim. 

8.01.2026

Czy rzeczywiście jemioła jest coraz liczniejsza, a jeśli tak do dlaczego?

Latem, gdy dużo liści na drzewie, jemioła nie rzuca się tak w oczy. Ale i tak widać jak jest liczna. 
 

W czasie jesieni, a zwłaszcza zimy, gdy drzewa liściaste pozbawione są ulistnienia, wyraźnie widać jemiołę na drzewach. I można odnieść wrażenie, że tej jemioły jest więcej a niektóre drzewa są dosłownie oblepione zimozielonymi krzaczkami jemioły. Czy ten roślinny półpasożyt wyrządza jakieś szkody przy takiej liczebności? I czy rzeczywiście mamy ekspansję jemioły w Polsce? A jeśli tak, to z czego to może wynikać?

Jemioła rozprzestrzenia się przez ornitochorię czyli nasiona roznoszą ptaki. A jak jej udaje się uczepić nasionami gałęzi na drzewie? Nasiona są bardzo lepkie. Przekonałem się o tym jakiś czas temu, gdy zostałem zaproszony do jednej z olsztyńskich szkól na zieloną lekcję. Przygotowana była zielona klasa pod dużymi drzewami topoli. Pełnia letnia wegetacja, a w cieniu drzew miły chłód. Ale do butów zaczęło mi się coś przylepiać. Coś, co nie dawało się tak łatwo odczepić. Dość szybko zauważyłem, że na ziemi leży dużo owoców jemioły. Te, które opadły na ziemie nie mają szansy wykiełkować na gałęzi. Skazane są na porażkę i reprodukcyjna klęskę. Ale owoce jemioły są smaczne i pożywne. Zjada je wiele gatunków ptaków a nawet podobno także kuny. Jeśli ptak chce zjeść owoc bez połykania nasionka, to musi pozbyć się jakoś tego klejącego się dodatku. Wtedy będzie ocierał dziób o gałąź i tak zostanie przyklejone nasionko jemioły. W bardzo odpowiednim miejscu do kiełkowania i zapuszczania swoich ssawek. A jeśli w całości połknie, to w czasie defekacji także pozostawi gdzieś na drzewie. Lepkie nasiono nie spadnie z gałęzi. A że ptaki zazwyczaj siadają na drzewach to i bezwiednie rozsiewają tego zimozielonego półpasożyta.

Przecież ptaki nie od dziś ptaki zjadają jemiołę. Dlaczego więc w ostatnich latach możemy obserwować ekspansję tego gatunku? Sięgnąłem do różnym publikacji a efekty tego poszukiwania przedstawiam w niniejszym artykuliku. Jemioła na drzewach liściastych w Polsce wyraźnie znajduje się w ekspansji, rośnie liczba stanowisk i wachlarz gatunków gospodarzy, szczególnie w miastach i w krajobrazie przekształconym. Ekspansję napędzają głównie: ocieplenie klimatu i susze (osłabiające drzewa), struktura nasadzeń (monokultury i topolowe aleje), miejskie wyspy ciepła, ptaki roznoszące nasiona oraz niewielka kontrola w zieleni miejskiej. Przy masowym opanowaniu jemioła może realnie zagrażać topolom, brzozom i innym drzewom liściastym – szczególnie na siedliskach suchych, w miastach i przy powtarzających się suszach. Pojawia się także w lasach na sosnach i jodłach. 

W Europie występuje jemioła pospolita (Viscum album) oraz kilka jej podgatunków, różniących się preferencjami żywicielskimi. Źródła podają, że Viscum album jest szeroko rozpowszechniona na kontynencie a podgatunek rosnący na drzewach iglastych to Viscum album subsp. austriacum. Ten podgatunek specjalizuje się w sosnach, szczególnie w sośnie zwyczajnej (Pinus sylvestris). Można go spotkać także na jodłach. W literaturze naukowej opisuje się jego negatywny wpływ na drewno sosny oraz rosnące zagrożenie dla lasów Europy Środkowej.

Dlaczego ptaki tak chętnie zjadają owoce jemioły? Owoce jemioły są ważne tylko dla niektórych gatunków ptaków, takich jak jemiołuszka. Sama nazwa tego zimowego ptaka wskazuje na związek z jemiołą. Jemiołuszka w Skandynawii i na Syberii, gdzie odbywa lęgi, zjada małe owady, głównie komary i meszki. Ale, gdy zimą przyleci do nas, na południe, to komarów nie znajdzie. Wtedy zjada owoce jarzębiny (jarzębu pospolitego) i jemioły. Gdy zimą przylatuje do nas to radykalnie zmienia dietę na wegeteriańską i najczęściej żeruje na jarzębinie i właśnie na jemiołach. Do tego dochodzi paszkot Turdus viscivorus. Nazwę łacińska można byłoby przetłumaczyć na drozd jemiołojad. Rzadziej owoce jemioły zjadają kosy, drozdy śpiewaki, rudziki a nawet sikory, sroki i wrony.

Smaczniejsza od owoców jemioły jest jarzębina. I na dodatek bardziej kaloryczna. Ta konkurencja owoców jarzębiny i jemioły jest ważna. Bo być może ważnym elementem ograniczania ekspansji jemioły może być zwiększenie dostępności jarzębiny w czasie zimy. Czyli powinniśmy sadzić więcej tych drzew nie tylko w miastach.  

Prof. Piotr Tryjanowski podkreśla, że jemioła może pełnić również rolę schronienia dla małych ptaków. Bowiem wczesną wiosną, na początku sezonu lęgowego, większość drzew, w tym topole, są jeszcze bezlistne, a jedynie ulistnione krzewy jemioły dają ptaka dobra kryjówkę. Tam mogą ukryć swoje gniazda.

To co dla mnie jest ciekawe, to to, że  w ostatnich latach jemioła coraz bardziej rozprzestrzenia się nie tylko na drzewach w miastach, ale także w lasach. W czasach studenckich, na zajęciach z botaniki, podkreślano nam, że jemiołę niezwykle trudno znaleźć na sośnie. Teraz sytuacja się zmieniła. I najpewniej ma to związek z globalnym ociepleniem klimatu. Ptaki coraz częściej i w większej liczbie nie podejmują kosztowej zimowej wędrówki na południe lecz zimują na miejscu. A że zimą niewiele jest do zjedzenia to chętniej korzystają z owoców jemioły i przyczyniają się ro roznoszenia jej na kolejne drzewa. Viscum album można teraz częściej spotkać w lasach, szczególnie na zachodzie i w centralnej Polsce, gdzie w niektórych nadleśnictwach dokonuje prawdziwego spustoszenia. Jemioła dla drzew iglastych, głównie sosen, a na południu także jodeł, jest zdecydowanie groźniejsza, niż dla gatunków liściastych.

Jemioła jak zimozielony półpasożyt pobiera z drzewa, na którym żyje, wodę wraz ze składnikami mineralnymi. Ponadto prowadzi transpirację przez cały rok. W czasie suszy drzewa nie zawsze są w stanie pobrać tyle wody, by odżywić siebie i jeszcze jemiołę. A w dobie ocieplającego się klimatu mamy coraz więcej okresów suszy i braków wody dla drzew.

Analiza danych Lasów Państwowych z lat 2008–2018 wskazuje, że jemioła stała się istotnym czynnikiem uszkodzeń drzew w Polsce i że jej występowanie wyraźnie wzrosło w tym okresie. Dotyczy to nie tylko sosny, ale także drzew liściastych – rośnie powierzchnia drzewostanów uznanych za porażone oraz udział drzew z jemiołą w wielu nadleśnictwach. Na podstawie szerokiej inwentaryzacji w środkowej Polsce naukowcy wskazują, że jemioła pojawia się w miejscach, gdzie wcześniej nie stanowiła zagrożenia, a liczba pęków jemioły na pojedynczych drzewach jest w wielu drzewostanach wysoka. Choć badania naukowe koncentrują się na lasach (z przewagą iglastych), w wynikach uwzględniane są też liściaste – wskazując, że problem nie jest ograniczony do sosny.

W publikacjach naukowych pojawiają się dane wskazujące nowe dla Polski gatunki gospodarzy Viscum album subsp. album, m.in. dęby i inne drzewa w zieleni miejskiej i w podmiejskich lasach. To dowód, że jemioła poszerza spektrum liściastych gospodarzy w warunkach miejskich i podmiejskich (suburbia). Doniesienia o jemiole na złotokapie czy innych rzadkich gospodarzach wskazują, że w miastach jemioła wchodzi na kolejne, wcześniej rzadko notowane gatunki liściaste, jeśli tylko spełnione są warunki mikroklimatyczne i krajobrazowe. Z przejrzanym publikacji jasno klaruje się wniosek, że ekspansja dotyczy nie tylko wzrostu liczby pęków na „tradycyjnych” gospodarzach, ale również pojawiania się jemioły na nowych liściastych gatunkach drzew, zwłaszcza w miastach i ich otoczeniu.

Jakie są główne przyczyny ekspansji na drzewach liściastych? Jako pierwszy czynnik należy wymienić ocieplenie klimatu, w tym susze oraz łagodniejsze zimy. Jemioła staje się ważnym czynnikiem uszkodzeń drzew w Polsce w ostatniej dekadzie i wiążą to z szeregiem czynników środowiskowych, w tym z coraz częstszymi suszami oraz zmianami klimatycznymi. Łagodniejsze zimy sprzyjają przeżywalności jemioły na granicach zasięgu i w rejonach wcześniej chłodniejszych. Ostatnie lata to okres powtarzających się susz, które ewidentnie szkodzą polskim lasom. W takich warunkach obecność jemioły staje się dla drzewa szczególnie niebezpieczna, ponieważ zwiększa deficyt wody i obciążenie koron. Podczas niedoboru wody obecność jemioły może być szczególnie groźna dla gospodarza. Jest to więc efekt synergii. Ocieplenie klimatu nie działa samo – raczej „otwiera okno” na dłuższy sezon wegetacyjny jemioły, większe tempo rozwoju i przeżywalność młodych rozet. Do tego dochodzi kumulatywny efekt suszy. A na osłabionych drzewach łatwiej jest się osiedlać i rozwijać jemiole.

W lasach gospodarczych duże powierzchnie obsadzone jednym gatunkiem (monokultury) ułatwiają rozprzestrzenianie się jemioły, dlatego że  ptaki mogą „obsiewać” całe fragmenty krajobrazu jednorodnego gatunkowo. W zieleni miejskiej podobną rolę odgrywają aleje topolowe, lipowe czy klonowe. Długie ciągi jednorodnych gospodarzy są szczególnie podatne na rozprzestrzeniania się półpasożytów. Badania pokazują, że jemioła częściej występuje na drzewach starszych, dużych i rosnących w warunkach stresowych (zaburzona gospodarka wodna, zasolenie, ciasne stanowiska korzeniowe), co typowe dla miejskich topól czy brzóz rosnących przy drogach. Na dużych drzewach chętniej siadają ptaki, bo to dla nich bezpieczniejsze siedlisko. Ponadto im drzewo starsze tym więcej czasu wystawione jest na porażenie jemiołą. To czysta statystyka.

Badania z Torunia i innych miast pokazują, że jemioła nadzwyczaj dobrze czuje się w zieleni miejskiej. Miasta to swoiste wyspy ciepła. Panuje tu  cieplejszy mikroklimat, są liczne drzewa liściaste i jest stała obecność ptaków roznoszących nasiona. To sprzyjają szybkiemu rozszerzaniu zasięgu i poszerzania wachlarza gospodarzy. Miejska wyspa ciepła oznacza łagodniejsze zimy, mniej ekstremalnych przymrozków i dłuższy okres wegetacji. Wszystko to faworyzuje jemiołę na liściastych gospodarzach w miastach.

W lasach leśnicy częściej prowadzą zabiegi usuwania silnie opanowanych drzew. natomiast w zieleni miejskiej (zwłaszcza na prywatnych posesjach i w alejach przy drogach) jemioła bywa tolerowana lub traktowana jako element „uroku” zimowego krajobrazu, co ułatwia jej akumulację na topolach, brzozach, klonach czy lipach. Wiele publikacji wskazuje na roznoszenie nasion jemioły przez ptaki (głównie jemiołuszki, paszkoty, drozdy). W krajobrazie z dużą liczbą drzew liściastych w miastach i wsiach (parki, cmentarze, aleje) ptaki skutecznie przenoszą nasiona z drzewa na drzewo, szczególnie na najbardziej eksponowanych gałęziach. To typowe dla topoli i brzóz.

Zazwyczaj w umiarkowanym nasileniu jemioła nie stanowi zazwyczaj czynnika bezpośrednio śmiertelnego, natomiast w warunkach powtarzających się susz i przy dużym nasileniu może stać się poważnym zagrożeniem dla drzew.

Jak jemioła szkodzi drzewom? Poprzez zwiększoną transpiracji (jemioła „pije” wodę z ksylemu gospodarza), redukcję aparatu asymilacyjnego drzewa (gałęzie z jemiołą zamierają wcześniej), mechaniczne obciążenie koron (pęki jemioły, śnieg, wiatr) oraz większą podatności na grzyby, szkodniki i inne stresory. Zgodnie z przysłowiem "na pochyłe drzewo kozy skaczą” osłabione drzewa częściej są atakowane przez różnego rodzaju patogeny, pasożyty, grzyby i owady. Słabnie obrona drzew przed tymi agresorami. Także i jemioła z tego korzysta.

Dlaczego tak dużo jemioły widzimy na topolach i brzozach? Topole są łatwym celem dla jemioły. Szybko rosną, często mają kruche drewno i rozległe korony, rosną na siedliskach przekształconych (np. nasypy, brzegi dróg, wały przeciwpowodziowe), często przy deficycie wody w glebie. W takich warunkach intensywne opanowanie przez jemiołę może prowadzić do przyspieszonego zamierania koron, łamania konarów i skrócenia życia drzewa. Czyli do realnego zagrożenia bezpieczeństwa i trwałości takich drzewostanów i alei. W miejskich alejach topolowych i na pojedynczych topolach rosnących w pasach drogowych, jemioła bywa szczególnie obfita. Ptaki chętnie przesiadują na wysokich, eksponowanych konarach. W połączeniu z suszą i solą wysypywaną na drogi w czasie zimowego utrzymania dróg, ryzyko osłabienia, wyłamywania gałęzi i zamierania drzew jest wysokie. Z kolei brzozy są stosunkowo krótkowieczne i wrażliwe na suszę, zasolenie oraz uszkodzenia mechaniczne. Dodanie presji jemioły – czyli utrata części wody i asymilacji oraz dodatkowe obciążenie – może przyspieszyć proces zamierania koron i całych drzew.

W warunkach, gdy tylko pojedyncze pędy jemioły lub nieliczne pęki na dużym, znajdują się na zdrowym drzewie liściastym, gdy panują dobre warunki glebowo-wodne oraz brak jest innych silnych stresorów, wtedy jemioła jest raczej „symptomem dojrzałości ekosystemu” niż zagrożeniem. Ale jeśli są liczne pęki jemioły (kilkadziesiąt i więcej) na jednym drzewie, zajętych jest  większość konarów w górnej i środkowej części korony, a drzewo rośnie na siedlisku suchym, zasolonym lub silnie przekształconym oraz drzewo jest starsze i/lub już osłabione (uboga korona, posusz), to wtedy jemioła może zdecydowanie przyspieszyć obumieranie topól, brzóz, klonów czy lip. I to jest ten poziom, gdzie zaczynamy mówić o realnym zagrożeniu dla trwałości nasadzeń i bezpieczeństwa. Jest to także powód do zmartwień leśników.

Czy areał i liczebność jemioły w Europie rosną? Dane naukowe wskazują, że tak, rośnie areał i liczebność. Możemy więc mówić o ekspansji gatunku rodzimego. Dla wielu regionów Europy Środkowej i Wschodniej mamy mocne przesłanki, że jemioła (zwłaszcza na sośnie i świerku) rozszerza zasięg i zwiększa liczebność populacji. Nie jest to jednak zjawisko całkowicie jednorodne przestrzennie. Obecny zasięg trzech podgatunków V. album jest już dziś szeroki, a roślina określana jest jako znacząco i szybko ekspandująca w Europie, m.in. w drzewostanach iglastych. Wskazuje to na rosnące zagrożenie dla stabilności borów sosnowych, wynikające z intensywnego opanowywania drzew przez jemiołę.

W badaniu kartograficznym naukowcy porównali historyczne występowanie z obecną sytuacją. W XX wieku jemiołę odnotowano w 8 polach siatki, obecnie – w 95 na 378 pól. Jest to ponad 10-krotny wzrost pokrycia. Oznacza to istotne, udokumentowane poszerzenie zasięgu, szczególnie w kierunku północno‑wschodnim. Z kolein analiza rozmieszczenia jemioły w warunkach miejskich wykazała, że gatunek jest w badanych miastach szeroko rozpowszechniony, a jego występowanie silnie związane jest z określonymi cechami krajobrazowymi (układ zieleni, struktura zabudowy). Można więc napisać, że jemioła zajmuje nowe obszary (np. poszerzanie zasięgu regionalnego), zwiększa częstość występowania na drzewach gospodarzy, zwłaszcza w borach sosnowych i w miastach.

 Czy wzrost liczebności jemioły jest związany z globalnym ociepleniem? Na to pytanie również uzyskamy odpowiedź twierdzącą. Istnieje silny, dobrze udokumentowany związek pośredni – ocieplenie klimatu tworzy dla jemioły bardziej sprzyjające warunki termiczne i osłabia gospodarzy, a modele wskazują temperaturę jako główny predyktor zasięgu. Jednocześnie autorzy tych badań podkreślają, że na ekspansję wpływają również inne czynniki takie jak gospodarka leśna, urbanizacja, skład gatunkowy drzew oraz  ptaki jako roznosiciele nasion.

W oparciu o dane występowania i zmienne bioklimatyczne naukowcy modelują obecną i przyszłą niszę klimatyczną V. album. Wprost stwierdzają, że przyszłość jemioły w Europie będzie kształtowana głównie przez temperaturę oraz dostępność żywicieli, a w scenariuszach ocieplenia prognozowany jest dalszy wzrost odpowiednich siedlisk dla podgatunku typowego (subsp. album) i częściowo dla podgatunku V. a. austriacum. Obserwowana w ostatnich latach ekspansja w Europie Środkowej i Wschodniej jest zgodna z kierunkiem zmian klimatu (łagodniejsze zimy, dłuższy sezon wegetacyjny).

Z literatury i interpretacji naukowców można zarysować kilka mechanizmów łączących ocieplenie z ekspansją jemioły:

  • Łagodniejsze zimy: ograniczają uszkodzenia mrozowe jemioły, szczególnie na granicy zasięgu; pozwalają przetrwać młodym osobnikom w regionach wcześniej zbyt chłodnych.
  • Stres cieplny i związany z suszą gospodarzy: drzewa (szczególnie sosny) osłabione suszą i wysokimi temperaturami są bardziej podatne na intensywne opanowanie przez jemiołę i gorzej znoszą jej pasożytowanie. 
  • Zmiany w strukturze drzewostanów: ocieplenie sprzyja przeobrażeniom składu gatunkowego i kondycji drzew, co w połączeniu z gospodarką leśną (monokultury sosnowe, drogi, linie energetyczne) tworzy „korytarze” dla jemioły jako światłolubnego półpasożyta. 

Badania miejskie oraz regionalne sugerują, że ekspansja jemioły jest współkształtowana przez:

  • Urbanizację i wyspy ciepła: miasta są cieplejsze, a jednocześnie obfitują w nasadzenia żywicieli, często w formie drzew osłabionych, nadmiernie przycinanych czy rosnących w stresujących warunkach glebowych.
  • Strukturę krajobrazu: obecność parków, cmentarzy, alej, pojedynczych drzew przydrożnych sprzyja rozprzestrzenianiu się jemioły, szczególnie w miejscach intensywnych przelotów ptaków żywiących się jagodami jemioły.
  • Gospodarkę leśną: monokultury sosnowe i świerkowe stanowią „bank gospodarzy”; ograniczone usuwanie porażonych drzew czy brak systematycznej kontroli w niektórych krajach przyspiesza wzrost liczebności pasożyta.

W podsumowaniu można stwierdzić, że w wielu regionach Europy obserwuje się wyraźny wzrost areału i liczebności jemioły, co dokumentują dane kartograficzne, badania miejskie oraz prace wskazujące na rosnące zagrożenie dla drzewostanów iglastych. Tak, istnieje solidny związek między tym wzrostem a globalnym ociepleniem, choć większość dowodów ma charakter korelacyjno‑modelowy: temperatura jest jednym z głównych predyktorów zasięgu, a scenariusze ocieplenia przewidują dalszą ekspansję, szczególnie ku północy i w wyższe szerokości geograficzne. Jednocześnie trzeba przypomnieć, że ekspansja jemioły jest zjawiskiem wieloczynnikowym i współoddziaływują za nią: urbanizacja, skład gatunkowy nasadzeń, gospodarka leśna i zachowanie ptaków‑roznosicieli. Klimat „otwiera drzwi”, ale to struktura krajobrazu i praktyki człowieka decydują, jak szeroko zostaną one otwarte.

Tak więc nie jest złudzeniem ani przypadkowa, lokalna koincydencja gdy widząc oblepione jemiołą drzewa, mamy wrażenie że jest jej więcej niż kiedyś.

A na koniec coś optymistycznego. Jemiołowy silny klei budzi zainteresowania naukowców. Być może uda się wykorzystać w medycynie do "zszywania" ram po operacjach. A my wykorzystujmy krzaczki jemioły do dekoracji, im więcej będzie gospodarczego pozyskiwania jemioły ze środowiska, tym wolniej będzie przebiegała jej ekspansja.