
To będzie krótka opowieść o powrocie do bezimiennej rzeki ludzkiej kultury, o prawach autorskich, sztucznej inteligencji i naszej cyfrowej agorze. Ale czy jeszcze rozumiemy sens pojęcia "agora" czy środkowoeuropejskiego rynku? Może to już tylko rytualne zwroty bez osobistych doświadczeń i pełnego rozumienia sensu takich miejsc?
Od zarania ziemskich dziejów, czyli tak około od 4 miliardów lat, natura nie podpisywała swoich dzieł etykieta "copy right". Choć w świecie przyrody było i kopiowanie pomysłów czyli podszywanie się pod uznaną markę (np. mimikra i mimetyzm), to oryginalność zawsze była tworzona. Mechanizmem tej twórczości była i jest ewolucja. Najpierw zmienność genetyczna a potem selekcja w konkretnym środowisku ekologicznym i w interakcjach z innymi organizmami (gatunkami). Lipa czy dąb wypuszczające nowe pąki wiosną nie żąda od nas opłaty licencyjnej, gdy z zachwytem obserwujemy i przezywany te chwila. Ani gdy napawany się zapachem kwiatów lip, bzu lilaka czy wieczornej maciejki. Chruścik, który buduje pod wodą misterny domek z ziarenek piasku i patyczków czy nawet muszli ślimaków, nie zastrzega swojego wzoru w urzędzie patentowym. Po prostu żyje chwilą. Przez setki tysięcy lat my, ludzie, robiliśmy dokładnie to samo z naszą kulturą. Bo koszt zapamiętania i powielanie był wysoki. Niewiele mniejszy od samodzielnego wytworzenia. Potem systematycznie obniżał się koszt i czas powielania oraz kopiowania. Łatwiej przepisać tekst niż nauczyć się go na pamięć. A w przypadku druku jeszcze szybciej i łatwiej można wytworzyć wiele identycznych kopii. Dużo wysiłku wymaga zbudowanie prasy drukarskiej i przygotowanie czcionek a potem ich złożenie w tekst. Ale potem już idzie szybko i taśmowo. Drukowanie w jednym egzemplarzu nie miałoby sensu. Już prościej byłoby ręcznie przepisać. Bo pióro i atrament są znacznie prostsze w wytworzeniu i użytkowaniu niż maszyna drukarska. Jeszcze łatwiej kopiować nagrania na taśmę magnetyczną, płytę CD czy na dysk urządzenia. Skopiować można dużo szybciej niż przeczytać tekst książki czy wysłuchać utworu muzycznego. Nic dziwnego, że narodziły się prawa autorskie, chroniące oryginalny wysiłek twórców. Bo tworzy się znacznie dłużej niż kopiuje i powiela.
Kultura mówiona (oralna) była wolna jak dzik na zakręcie (jak mawiał mój śp. wujek). Ktoś wymyślił opowieść przy ognisku lub w czasie spaceru nad rzeką, ktoś inny dorzucił do niej zabawny szczegół, a jeszcze inny przetworzył i zaśpiewał o tym pieśń. Pieśni ludowe, baśnie, opowiastki i dowcipy krążyły z ust do ust. Nie miały autorów, nie miały licencji. Miały za to żywą społeczność. Potem pojawił się druk i nagle wszystko się zmieniło. Słowo zostało uwięzione na papierze. Nie trzeba zbierać na róznych spotkaniach dowcipów i ich zapamiętywać. Wystarczy kupić książkę ze zbiorem takowych anegdot i je wykorzystywać. Wraz z drukiem narodziły się prawa autorskie, identyfikacje twórców i honoraria. A gdy weszliśmy w erę elektroniki, sprawy przybrały naprawdę osobliwy kształt. Oprogramowanie, muzyka, filmy, to wszystko obrosło skrajnym licencjonowaniem. Niemalże każda nuta i każdy piksel otrzymały swojego cyfrowego strażnika. Twórca i producent mogli łatwiej czerpać korzyści finansowe. Dziś prawo autorskie stało się soczewką skupiającą najbardziej skomplikowane problemy naszej cywilizacji. Mówimy tu przecież o prawach podstawowych: wolności słowa, swobodzie komunikacji i prawie do prywatności. A jednocześnie o prawie twórców do swoich utworów. Od kształtu tych przepisów zależy nie tylko to, jak zarabiają na życie twórcy. Zależy od tego poziom naszej edukacji, sposób funkcjonowania kultury wysokiej, a nawet modele ustrojowe całych państw. Regulacje prawne powiązały się ze światem polityki w ciasny, trudny do rozplątania węzeł.
I tu dochodzimy do sztucznej inteligencji. Algorytmy uczą się dzisiaj na wszystkim, co my, jako wielomiliardowa ludzkość, stworzyliśmy i wrzuciliśmy do sieci. Uczą się na naszych tekstach, obrazach i pomysłach, a potem produkują taśmowo nowe dzieła. Twórcy protestują, korporacje liczą zyski, a prawnicy dostają zawrotów głowy. Pełne ręce roboty. Przeciętny użytkownik tez jest mocno zdezorientowany. Czy sztuczna inteligencja to ostateczny pożeracz praw autorskich? A może... niechcący przywraca nam dawną kulturę oralną? Generatywne algorytmy tworzą przecież w sposób płynny, bezimienny i ciągły. Zupełnie tak jak dawni wiejscy opowiadacze w karczmach, na weselach czy wieczorami w chałupie rozświetlonej fanarkiem czy łuczywem.
Jednak jest w tym wszystkim pewien haczyk. Aby kultura i społeczeństwo mogły zdrowo funkcjonować, potrzebujemy niekontrolowanej przestrzeni komunikacyjnej. Przestrzeni publicznej, która nie należy do nikogo i zarazem do wszystkich. Tak samo jak miejski park czy dawna, grecka agora czy średniowieczny europejski rynek. Demokracja i podmiotowość obywatelska nie mogą istnieć w warunkach, gdzie wolność słowa staje się pustym frazesem z powodu braku niezależnego miejsca do rozmowy. Obserwujemy dziś niepokojące zjawisko. Duże, ponadnarodowe firmy takie jak Amazon nieubłaganie zbliżają się do innych gigantów komunikacji prosumpcyjnej, jakich jak Facebook, Instagram czy platforma X. Wielkie giganty technologiczne grodzą cyfrowy świat, nakładają opłaty i kontrolują każdy nasz krok. Im bardziej ci monopoliści dzielą ogrodzeniami licencji i abonamentów przestrzeń komunikacji, tym mniej miejsca zostaje na to, by pomiędzy nimi pasła się trzódka lokalnej wolności (niczym na wspólnym wiejskim pastwisku).
Może więc czas spojrzeć na sztuczną inteligencję i prawa autorskie nie tylko przez pryzmat pieniędzy i patentów? Z biologicznego punktu widzenia kultura to nasz wspólny ekosystem. Jeśli zamkniemy go w szczelnych klatkach licencji i oddamy pod władzę kilku korporacyjnych algorytmów, po prostu uschnie. Potrzebujemy wolnej agory, potrzebujemy płynącej nieustannie rzeki, w której każdy może zanurzyć dłoń i napić się czystej wody. Wtedy, gdy zechce. I gdy potrzebuje. Czy ta wolna agora, ta naturalna rzeka kultury wyparta zostanie z internetowej przestrzeni prosumpcyjnej? Czy też przeciwnie, zadusi kreatywność twórców, których prace sprzedawać będzie ktoś inny z pominięciem interesu twórców?
Żyjemy w ciekawych czasach. I brzmi to jak szansa i przekleństwo jednocześnie. Rzeczywistość wykluwa się na naszych oczach i przy naszym sprawstwie, niczym larwa owada z jaja. Jeszcze nic z jej kształtu nie wywnioskujemy: czy to będzie roślinożerca, drapieżnik, pasożyt czy może parazytoid.