23.08.2019

Historia dwóch nietypowych butelek

Dwie butelki, znalezione w lesie, w różnych regionach Polski. Coś je łączy. Tylko co i jak? W kształcie nietypowe. Kolor szkła wskazuje na okres przedwojenny albo tuż po wojnie czyli najpóźniej połowa XX wieku. Pierwsza z lewej została znaleziona w Kudypach, w czasie sadzenia lasu. Tak o tej akcji pisała Anna Wojszel, która wspomnianą butelkę znalazła 5 listopada 2017 roku: Kobiety sadzą las? Tak! I co w tym takiego dziwnego? Ja posadziłam 7 wspaniałych drzewek! To świetna akcja łącząca kobiety i nie tylko z przyrodą, a dokładnie z drzewami. Siódmą edycję Festiwalu BABA FEST zwieńczono w niezwykle magiczny życiotwórczy akt – wspólne sadzenie lasu. Każdy miał możliwość posadzić sadzonki buku i cieszyć się tym niezwykłym wydarzeniem. Tak! bo to jest wydarzenie, że naszymi rękami wsadziłyśmy życie! Raz zasadzone drzewo będzie nam towarzyszyło wiele lat, abyśmy powracały w to magiczne miejsce, gdzie zostawiłyśmy swój ślad – niezwykle cenny, bo żywy.  (zobacz album ze zdjęciami z akcji).

Po umyciu butelka trafiła do mnie i ją pomalowałem. Ozdobiona wróciła do znalazczyni. Wydawało mi się, że to koniec historii.

(Butelka z Kudyp, w momencie znalezienia, 2017 r.)
W czasie wyjazdu urlopowego do Zielonej Góry w sierpniu 2019 r., wybraliśmy się na wycieczkę do skansenu w Ochli. Idąc ścieżką spacerowo-rowerową przez las, spotykaliśmy różne śmieci. Nawet muszlę szczeżui (zdziwiła mnie odległość od najbliższego zbiornika wodnego - zwierzę raczej nie przyniosło, może jakiś plażwicz zabrał małża ze sobs i w lesie wyrzucił?) Uwagę moją w pewnym momencie zwróciła mała butelka o niebieskawym zabarwieniu szkła. Takiego szła, jakie mają stare, przedwojenne butelki. Sięgnąłem po nią i przypomniała mi się butelka z Kudyp (okolice Olsztyna). Kształt wydał mi się ten sam, nietypowy. Wielkość też charakterystyczna. Oczywiście zabrałem ze sobą jako pamiątka z wycieczki.

Dwie podobne butelki to już swoista masa krytyczna, wywołująca refleksje i wiele pytań. Kształty podobne. Co je łączy? Znalezione niby daleko od siebie, ale w dawnych Niemczech, na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych. Podobieństwo architektury wiejskiej z czerwonymi cegłami i ceramicznymi dachami Ziemi Lubuskiej i Prus Wschodnich wydaje się oczywiste ze względu na powstanie w takich samych warunkach kulturowych, przemysłowych i państwowych. A czy te butelki też coś łączy? Zacząłem szukać przy wsparciu życzliwych osób na Facebooku (Tomasz Czajczyc, Bożena Kraczkowska - serdecznie dziękuję za pomoc).

(Butelka przy ścieżce z Zielonej Góry do Ochli)
Butelka z lewej, ta pomalowana, z Kudyp, jest ciut wyższa o jakieś ok. 3 milimetry. Ponadto widać ślady "szwu", czyli była wyrabiana maszynowo. Na spodzie znak wytłoczony: Z P S 15. Ta z prawej najwyraźniej była produkowana ręcznie, bo nie widać tego sklejania fabrycznego ani znaków na spodzie butelki. Najwyraźniej jest starsza. Ale obie wykonane według takiego samego wzoru, dość nietypowego. Na terenie Polski zazwyczaj znajdowane są bardziej obłe, o wysmukłej szyjce (zdjęcie na dole).

W poszukiwaniach internetowych udało się odnaleźć dwa ślady z podobnymi butelkami (nietypowa pojemność ok. 0,275 l). Litery ZPS udało się rozszyfrować jako Zakłady Przemysłu Spirytusowego. A więc przynajmniej ta druga pochodzi z terenu Polski. Jak i kiedy znalazła się w Kudypach? I co w niej było? W podobnej butelce, sadząc po zachowanej etykiecie, była Elektorska - likier korzenny (znalazłem na fanpage i blogu blog.czajkus.com), wyrabiana przez B. Kasprowicza od ok. 1914 roku. Zakłady te znacjonalizowano w 1947 roku. Wspomniana Elektorska była produkowana przez Poznańskie Zakłady Przemysłu Spirytusowego w Gnieźnie w latach 1955-1965. Butelka 0,5 litra z Poznania kosztowała 69,50, miała moc 40 procent. Na zdjęciu na FB autor bloga pokazał nietypową o pojemności 0,26 l, taką jak ta, znaleziona w Kudypach.

Drugi ślad pochodzi z Muzeum Wódki Polskiej. Butelka znaleziona została z przedwojennym budynku (brak podanej miejscowości) z etykietką Pomarańczówka słodka, poj. 0,25 l. Alkohol ten produkowano w Poznańskich Zakładach Przemysły Spirytusowego w Poznaniu, cena 22,40, moc 40%.

Zatem obie butelki i dwa rodzaje alkoholu łączy kształt (raczej nietypowy), pojemność i... Wielkopolska. Jedna produkowana w Gnieźnie, druga w Poznaniu. Pytań jest kilka. Czy tylko te gatunkowe alkohole były rozlewane do tych butelek? Dwa znalezione ślady to mało. Zaledwie mała poszlaka. I z jakiej huty szkła pochodzą, skoro wykorzystywano w Poznaniu i w Gnieźnie? Może to właśnie tradycja owej huty zadecydowała o nietypowym kształcie?

Butelka z Zielonej Góry wydaje się starsza. Chyba była wyrabiana jeszcze ręcznie. Co w niej było? Elektorska czy Pomarańczówka? A może zupełnie coś innego? Gdzie została wyprodukowana? W jakiej hucie? I kiedy? Przed czy po 1945 roku? I skąd się wziął taki kształt?

Dwie butelki znalezione w lesie. I początek historii. Gdzie i kiedy zostały wyprodukowane? Co w nich było? I kiedy oraz w jakich okolicznościach zostały opróżnione? I dlaczego zostały wyrzucone lub zgubione w lesie? Przez kogo? Być może niewiele więcej uda się ustalić. Ale na pewno można wymyślić dla nich opowieść.

A gdyby ktoś cokolwiek więcej wiedział o takich nietypowych butelkach, to proszę o dopisanie w komentarzach. może to nie koniec tej historii?

(Dla porównania z innymi butelkami z podobnego okresu, z lewej półlitrowa, z prawej najmniejsza, pok. 0,1 litra)

22.08.2019

W małym miasteczku, po dwóch stronach tej samej rzeki



W pewnym miasteczku, po dwóch stronach rzeki funkcjonują dwa światy, co widać na zamieszczonych wyżej zdjęciach. Śmietnik  z pojemnikami. Niby nic wielkiego a jak wiele mówi o ludziach, kulturze, zorganizowaniu i funkcjonowaniu społeczeństwa, estetyce i wartościach.

Dlaczego te dwa światy, w tym samym mieście, w tym samym czasie tak bardzo się różnią? Skąd przyczyna? I dlaczego jeden (zgadnijcie który) chce "rechrystianizować" ten drugi, na drugim brzegu. Słowo "rechrystianizować" wziąłem w  cudzysłów, bo przecież nie o chrześcijaństwo chodzi, tylko o jakieś poczucie wyższości moralnej (dlaczego?) i wojowniczą misyjność (zaprowadzić u innych jakiś swój porządek, narzucić swoje wartości w poczuciu wyższości duchowej). Czy ktoś może mi to wyjaśnić? Ja nie rozumiem...

Nie rozumiem dlaczego się różnią te dwa brzegi tej same rzeki (odległość mniejsza niż jeden kilometr) i dlaczego na jednym brzegu rodzi się ta dziwna agresja wobec drugiego.

Tak, to są zdjęcia przypadkowe, wykonane pod wpływem chwili, na jednej wycieczce wakacyjnej. To nie są szerokie i zobiektywizowane badania. Ale nie użyłem ani nazwy rzeki, ani miejscowości, ani nie nazwałem tych dwóch światów (krajów). Jeśli nie są to obserwacje jednostkowe to czytelnik sam wskaże i nazwie te dwa światy. Jak również tę agresywna misyjność.... I może odpowie mi na pytanie skąd to się bierze: zarówno te różnice jak i to poczucie wyższości moralnej...

21.08.2019

Bawarka - mleko z herbatą czy herbata z mlekiem? (cz. 4)

W "Kuchni Polskiej" WNE z 2005 roku znalazłem informację o bawarce. Jest dopisana w uwagach, pod opisem herbaty (pijanej z dodatkiem cytryny itd. czy odrobiny mleczka), z zaznaczeniem, że jest to raczej słaba herbata pół na pół zmieszana z mlekiem. A więc dodanie odrobiny mleczka czy śmietany nie czyni z herbaty bawarki! We wcześniejszych przepisach Disslowej (zobacz tu i tu), bawarka (z synonimem ważniejszym "ukropek"), to rozbawiona (rozcieńczona) gorącą wodą śmietanka. Może więc kluczem do zagadki bawarki jest picie mleka? Pod różna postacią.

Przypomniała mi się historia zupy barszczu. Znamy pod postacią barszczu czerwonego, gotowaną z buraków czerwonych, czasem jako biały barszcz gotowany na zakwasie w szczególności na Wielkanoc. I zazwyczaj nie pamiętamy, skąd się barszcz wziął. Rośnie przy drogach roślina o nazwie barszczy zwyczajny (Heracleum sphondylium L.). Dawniej kiszono tę roślinę i na tej bazie przygotowywano zupę (w przypadku barszczu białego kisi się chyba mąkę). Potem zamiast barszczu wykorzystywano zakiszone buraki ćwikłowe, a ostatnio nawet bez zakiszania. Nazwa przetrwała a sam produkt bardzo się zmienił. Może podobnie było z bawarką-ukropkiem? Może gdzieś na początku w zamierzchłej przeszłości było warzone mleko lub jego pochodne (serwatka, śmietana, maślanka)?

Osobiście mleko mi szkodzi, spożywam je jedynie w przetworach: jogurtach, kefirach, budyniach, serach i twarogach. I nic w tym dziwnego, dorosłym ludziom mleko szkodzi (niemowlęta i dzieci mają specjalne enzymy do trawienia mleka). Ludy pasterskie Eurazji, przez stulecia przystosowały się do spożywania mleka w okresie dorosłym. Jakież było nasze - Europejczyków - zdziwienie, gdy wysłaliśmy głodującej Afryce mleko! Dla nich było niemalże "trucizną". Przy trawieniu mleka wydzielają się m.in. związki opioidowe. Zatem picie mleka "w dorosłości", to nabytek ewolucyjno-biochemiczny ludów pasterskich (bioróżnorodność na poziomie genetycznym). Z całą pewnością nie od razu się pojawił ten nasz "ewolucyjnych nabytek". Być może stąd różne eksperymentowanie z przetworami, fermentowaniem mleka (jogurty, kefiry, kumys) czy różnymi dodatkami do mleka. Masajowie np. pijają mleko z... dodatkiem krwi, świeżo upuszczonej z krowich żył .

Być może dodatek herbaty do mleka ułatwia przyswajanie i trawienie mleka? Jeśli takie miałaby mieć kulturowe pochodzenie bawarka, to musiałyby być ślady eksperymentowania kulturowego z dodatkami do mleka. Zatem, dla pełniejszego zrozumienia bawarki trzeba będzie mi sięgnąć w poszukiwaniach do... kultury spożywania mleka. Rozcieńczanie śmietanki czy mleka gorąca wodą wcale nie musiałoby wynikać z biedy, ale z dawniejszego, mlecznego doświadczenia kulturowego.

Bawarka jako polski specjał ?

W książce Dawida Campbella "The tea book" z 1995 roku możemy przeczytać o bawarce jako herbacie z mlekiem. Nasza bawarka doczekała się międzynarodowego uznania, łącznie z zaleceniami dla karmiących matek. Mimo, że herbata z obcych stron pochodzi, to i polska kuchnia coś do międzynarodowej gastronomii wniosła. Pewnie za sprawą naszym emigrantów. Tak jak włoskie mascarpone w czasie drugiej wojny światowej Włosi spopularyzowali w Europie.... w obozach jenieckich! Nawet będąc przegranym (osadzonym w obozie jenieckim) można być zwycięzcą !

W końcu się chyba odważę i bawarki się napiję. Ku chwale ojczyzny i rodzimej gastronomii. Kawę czarną też pijam zazwyczaj bez mleka. Jedynie sporadycznie, tak jak ostatnio kawę żołędziową, zabielam kawę mlekiem.

c.d.n.

20.08.2019

Bawarka, Włosy Wenery i ... wspomaganie laktacji? (bawarka cz. 3)

Ponoć każdy wie, że bawarka czyli herbata z mlekiem zalecana jest na laktację jako środek mlekopędny dla młodych i karmiących matek. Ale jak to z mądrością ludową jest to równie dużo opinii funkcjonuje wskazujących, że wcale nie pomaga. Ilu Polaków, tylu lekarzy, co już Stańczyk dawno temu udowodnił. Bo różni domowi eksperci polecają w tej sprawie laktacyjnej pić mleko sojowe i bezalkoholowe piwo Karmi.

Współcześnie bark pokarmu u młodej matki nie jest nieszczęściem - spokojnie można wykorzystać specjalne odżywki dla niemowląt i karmić butelką. Dawniej był to jednakże problem - jeśli nie było mamki to niemowlęciu groziła śmierć. Stąd znaczenie większa uwaga o laktację i sprawdzone sposoby by zaradzić ewentualnemu brakowi. Teraz o tym już nie pamiętamy.

Metoda naukowa wywodzi się z myślenia potocznego, jednak na skutek wielu dziesięcioleci rozwoju dopracowała się swojej metodologii (skodyfikowanego postępowania). Głównym celem jest obiektywizm i możliwość zweryfikowania. W naukach przyrodniczych najważniejszą formą weryfikacji jest eksperyment. Można byłoby więc przeprowadzić eksperyment kliniczny z ochotniczkami – karmiącymi matkami i dokładnie przebadać czy i w jakim stopniu herbata z mlekiem sprzyja laktacji. Można także weryfikować przez badania statystyczne, nawet z wykorzystaniem opinii publicznej. Czyli można oprzeć się na tym, co ludzie sądzą ale należałoby zastosować odpowiednią procedurę statystyczną a nie dowolne i niestandaryzowane opieranie się na tym, "co ludzie mówią". Tymi narzędziami nie dysponuję, pozostaje mi więc analizowanie źródeł i rozważania wstępne (w pracach i badaniach naukowych poprzedzają one wybór materiału i metod badawczych). Można się także zastanawiać skąd wzięło się przekonanie, że herbata z mlekiem sprzyja kobiecej laktacji w trakcie karmienia. Może ma to swoje jakieś źródła etnograficzne i jest śladem dawnego sposobu myślenia o świecie? Badania etnograficzne mają swoje specyficzne narzędzia i wykrystalizowaną metodologię. Można również odnosić się do ogólnej teorii funkcjonowania ludzkiego organizmu i próbować określić jakie związki i jakie procesy fizjologiczne byłyby związane z piciem bawarki i laktacją. Eksperymenty powinny być oparte na wiedzy a nie ślepym próbowaniu i dowolnym eksperymentowaniu (bo szkoda czasu i pieniędzy).

A dlaczego bawarka miałaby wspomagać laktację? Że jest z mlekiem: im więcej mleka pijesz, tym więcej masz dla dziecka w piersiach? A może jest smaczniejsza od samego mleka? Anglicy "zapijają" się herbatą z mlekiem, ale wcale nie z powodu karmienia piersią. Po prostu tak im smakuje (ciekawe czy wiedzą, że to bawarka, do Francji mają bliżej, więc gdyby to stamtąd bawarka do nas przyszła, toby i w Anglii na nią bavaroise mówili - tam też należy szukać ewentualnych śladów). Mocne napary z czarnej herbaty same może byłyby zbyt "siekierowate" (w mojej młodości na silny napar herbaciany mówiliśmy „siekiera”), stąd rozbawianie (rozcieńczanie) mlekiem?

Bawarska herbata naprowadziła mnie na syrop kapillorowy. W końcu chyba rozgryzłem ów tajemniczy syrop, co to z Francji książęta bawarscy na sejm do Rzeczypospolitej ponoć przywieźli. To syrop z paproci niekropień właściwy - Adiantum capillus-veneri, zwany także kiedyś "Włosami Wenery". Bardzo kobiece. A może to jest źródłem przekonania, że bawarka (jeśliby pochodziła od bawarskiej herbaty choćby tylko nazwą) na laktację pomaga?

(Fragment ze starej książki)

Syrop na piersi pomagający! Chwila radości (bo przez moment wydawało się, że znaleziony został ważny ślad)... i dalej niepewność. "Na piersi" wcale nie musi oznaczać, że na "kobiece piersi w czasie karmienia", może tylko na choroby płucne i przeziębienia?

Przejrzałem kilka książek zielarskich z mojej biblioteczki (łącznie z "Przewodnikiem ziołolecznictwa ludowego" i "Dziejami upraw i roślin leczniczych"). Nie znalazłem tej paproci. Albo nie o to książętom bawarskim chodziło (może dla smaku lub jakowegoś "narkotycznego kopa"?), albo jako środek nieskuteczny dawno nawet z medycyny ludowej został wyparty. Za to wśród ziół na laktację znalazłem: kminek, melisę, koper włoski, owoc anyżu, a w zestawach herbatek ziołowych-mlekopędnych także i ziele rutwicy lekarskiej i liść maliny. Kapilaru francuskiego ani śladu... Być może było to jakieś eksperymentowanie ludzkości z tym syropem i brało się jeszcze z myślenia magicznego (nazwa włosy Wenery) ale nie było pozytywnych efektów i ziele to zostało zapomniane. Tak jak z syropem z leśnych tulipanów (o tym niebawem napiszę).

Popijając w jesienne wieczory herbatę z mlekiem, bawarką u nas zwaną, można się pozastanawiać nad genezą, i nazwy, i sposobu przyrządzania. A od rozwiązywania zagadek intelektualnych endorfiny w mózgu wydzielać się będą, co dodatkowo dostarczy przyjemności z picia herbaty. Najlepiej w pięknej filiżance, żeby i doznania oczno-estetyczne były. Na zdrowie! Panowie bawarkę także pić mogą, bez obawy o laktację :).

Niekropień właściwy - Adiantum capillus-veneri

19.08.2019

O ukropku i o tym, co to jest bawarska herbata (bawarka cz. 2.)


Niniejsza opowieść, podawana w odcinkach, kompletowana jest już blisko 10 lat. Przy okazji znajdowane okruchy informacji, czasem podsycane dyskusją na Wikipedii. Gdyby zająć się tym zawodowo, z pełnym zaangażowaniem i z wykorzystaniem profesjonalnego aparatu badawczego historyków, zagadka bawarki rozwiązana byłaby szybciej. Ale kogo interesują takie błahe historie? Z drugiej strony na Ziemi jest już około 7 miliardów ludzkich mózgów. To ogromny potencjał, by zająć się nawet wszystkimi błahymi rzeczami. Bo może one takie błahe nie są?

Opowieść na blogu nie jest publikacja naukową. Na ostatnia ma specyficzną konstrukcję która dojrzewała przez stulecia. Opowieści wśród Homo sapiens funkcjonują od dziesiątków tysięcy lat, rozwijając się w kulturze oralnej. Ich struktura wynika z funkcji integracyjnej, budowania napięcia i ciekawości. Potem doskonalona i zmodyfikowana nieco w kulturze piśmiennej. Internetowe blogowanie to kolejne środowisko opowieści. Na blogu opowiadam historie o nauce, o przyrodzie. Historie prawdziwe ale nie są to publikacje naukowe. Te ostatnie podporządkowane sa dojrzewającej i doskonalownej metodologii nauki. Najpierw w formie ustnych dyskusji, potem listów aż w końcu publikacji naukowych w czasopismach oraz w formie książek. Zasadniczym celem publikacji naukowej jest precyzja i przedstawienie wyników eksperymentów, dociekań, analiz. Najważniejsza jest precyzja (i możliwość powtórzenia, zweryfikowania) a nie piękno języka czy budowanie więzi społecznych. W publikacji naukowej jest wstęp z celem, jest materiał i metody, potem wyniki oraz dyskusja czyli omówienie wyników. I jest zestawienie bibliograficzne źródeł, cytowanych w pracy. Tak więc w swej formie opowieść literacka (nawet literatury faktu) różni się od publikacji naukowej. W literaturze liczy się piękno i emocje, w publikacji naukowej język powinien być precyzyjny - bez dbałości o piękno a z naciskiem na precyzję, jednoznaczność i wskazanie źródeł (albo jako materiał albo źródła bibliograficzne, by łatwo można było zweryfikować i samodzielnie sprawdzić, czy to poprzez powtórzenie eksperymenty czy samodzielne zajrzenie do wskazanych źródeł. W tym ocenie ich wiarygodności, adekwatności itd.). Zatem wróćmy do bawarkowej opowieści.

Chłodne wieczory skłaniają do picia gorących napojów. Powszechna stała się herbata i kawa. Ale przecież dla narodów południa czymś dziwnym i niecodziennym jest picie ciepłego i gorącego napoju - oni wolą soki, wodę, wino, a gorąca herbata przeznaczona jest tylko dla chorych. Pamiętam zdziwienie młodego Hiszpana, który przyjechał późną jesienią do mnie na półroczny staż. Dziwił się, dlaczego gdzie nie przyjdzie częstują go od razu herbatą lub kawą. Ale po kilku miesiącach pobytu sam o te gorące napitki prosił… Herbata i kawa uratowały Europę od plagi pijaństwa. Teraz na szczęście mamy czystą wodę i najprzeróżniejsze soki, o gazowanych napojach nie wspominając.

Ale jak było kiedyś z tymi gorącymi napojami? Zupa - też w naszej tradycji kulinarnej jest głęboko zakorzeniona. Kiedyś myślałem, że tylko z biedy, ale może jej popularność tkwi w "ciepłocie" ? Gotowanie wody to po pierwsze pozbywanie się pasożytów i chorobotwórczych bakterii, po drugie być może wynika z chłodnego klimatu, dając ciepło zziębniętemu człowiekowi.

Najpierw zaintrygowała mnie bawarka (czytaj więcej, cz. 1), a teraz intryguje mnie tytułowy ukropek (skan z książki kucharskiej Marii Disslowej). Pod tą nazwą w starej książce kucharskiej znalazłem bawarkę i zalewanie wrzątkiem mleka lub śmietanki (ta druga pożywniejsza bo więcej tłuszczu). W dawnych czasach studenckich i licealnych poza herbatą (kawa była droga, a zbożowa nie tak smaczna) do dyspozycji było zalewanie wrzątkiem kostki rosołowej. Teraz znacznie większe bogactwo gorących kubków, rosołków, zupek w kubeczku : wystarczy nalać wrzącej wody z czajnika (samowary tylko elektryczne, ale i te wyszły z użycia).

W internecie znalazłem informacje o beskidzkim ukropku czyli omaszczonym wrzątku z chlebem. Według przepisu p. Teresy Pietrzyckiej z gminy Brzostek ukropek przygotowuje się następująco: Zagotować 2 litry wody, wrzucić 3 ząbki czosnku – zagotować, zagęścić mąką i śmietaną, posolić do smaku, usmażyć kawałek słoniny i omaścić ukropek. Podawać z pieczywem. Biedny za bardzo nie ma czym tego wrzątku "okrasić", pozostaje mu mąka lub/i śmietana. Nazwa ta sama co u Disslowej ale nieco inaczej przyrządzane. I na dodatek nazywa się zupą. Czy podobieństwo nazw jest przypadkowe czy wynika z tradycji i pochodzenia od tego samego kulinarnego wytworu? Pytanie, na które na razie nie potrafię odpowiedzieć (może ktoś wie?).

Ale dalej nurtuje mnie prekursor czajnika i imbryka. Może dzban, dzbanek lub po prostu garnek? Dziubek od czajnika czy imbryka zapewne po to, żeby wygodnie nalewać do wykwintnych filiżanek i kubków. A może "przodkiem" gorącej herbaty czy kawy była zwykła gorąca zupa, gotowana w garnku? Czy nasi średniowieczni (i dawniejsi) przodkowie gotowali jakieś ziołowe herbatki (bo herbaty sensu stricte jeszcze nie znali) ? Z dzieciństwa pamiętam kompoty u babci. Ale to był XX wiek. A jak było wcześniej? Czy można coś znaleźć w źródłach? A może potrzebna archeologia eksperymentalna, czyli próby odtworzenia domniemanych przepisów? Jak w paleobiologii -odtwarzanie wyglądu zwierzęcia po jego skamieniałych śladach, wnioskowanie pośrednie i ciągłe domysły. Kuchnia dawnych Słowian nie była tak uboga jak kiedyś sądziliśmy. Z uwagą przeczytałem książkę pt. Kuchnia Słowian czyli o poszukiwaniu dawnych smaków Hanny i Pawła Lisów, wydaną przez Naszą Księgarnię w 2015 r., ale obiecujących śladów nie znalazłem.

(Skan z książki "Domy i dwory", Łukasza Gołębiowskiego z 1830 r.)

Co to jest bawarska herbata ?

Poszukiwania intelektualne i odkrywanie najprzeróżniejszych tajemnic może być przyjemne, a to za sprawą wydzielających się endorfin. Moje poszukiwanie odpowiedzi na pytanie czym była/jest bawarka, doprowadziły mnie najpierw ukropka a następnie do bavaroise czyli herbaty bawarskiej. Tym razem dotarłem do umieszczonego przez Google skanu/reprodukcji dzieła Łukasza Gołębiowskiego z 1830 r. ("Domy i dwory", na skanie wyżej fragmenty strony 124 i 125). Przy okazji doświadczyłem dobrodziejstw cyfryzacji zasobów bibliotecznych. To znakomite projekty, umożliwiające powszechny i łatwy dostęp do dorobku całej ludzkości. Warto przyklasnąć takim wolnym zasobom.

Ale do rzeczy. Wydawało się przez moment, że już znalazłem wreszcie swoją bawarkę czyli herbatę z mlekiem (lub raczej mleko z herbatą). Nazwa ta sama, i francuska i polska. Co prawda nie pada słowo "bawarka", ale to był rok 1830, więc może później słowo francuskie zostało przetłumaczone lub nazwa "herbata bawarska" została skrócona? Jednakże lektura Gołębiowskiego nie przynosi łatwej odpowiedzi. Najpierw bavaroise wymieniona jest obok herbaty, kawy, czekolady, grogu i innych napitków czy nawet lodów. Nie jest więc synonimem herbaty z mlekiem ani jej odmianą. Dalej jest o herbacie pijanej z mlekiem (ale ani razu nie pada stwierdzenie, że jest to bawarka - bawarska herbata wymieniana jest osobno jako napój bez mleka). A jeszcze dalej jest jednoznacznie wyjaśnione, że bavaroise czyli bawarska herbata, pijana była w Paryżu przez bawarskich książąt. I to na dodatek z sokiem kapiłłarowym (najwyraźniej bawarska herbata to herbata z owym sokiem kapiłłarowym). Nie jest więc to herbata z mlekiem. A co to ten sok kapiłłarowy? I co to jest bawarska herbata - może ma tyle wspólnego z herbatą co herbatka ziołowa? Sok kapilarowy doprowadził mnie do paproci niekropień, a jeszcze później do soku z leśnych tulipanów, ale to już inna historia.

We francuskiej Wikipedii i na włoskich stronach (bo "wynalazł" to Sycylijczyk) można znaleźć bavaroise jako napój (o konsystencji budyniu) i jako krem (deser). A napój-drink, przygotowywany z herbaty, mleka i alkoholu (np. likieru, rumu), w kuchni francuskiej dodawany jest do kawy i włoskich lodów. Zdjęcia ze stron francuskich - do jakich dotarłem - wskazują, że jest to jakiś deser. W żaden sposób nie wygląda jak nasza bawarka czyli herbata z mlekiem (na sposób angielski).

Czy nazwa naszej bawarki ma coś wspólnego z bawarską herbatą? Czy też więcej wspólnego z dobawianiem (rozcieńczaniem) i warem-warzeniem? A może kluczem do sprawy jest mleko i picie mleka? W każdym razie przytoczony dokument z połowy XIX wieku wskazuje na istnienie herbaty bawarskiej ale nie można jej utożsamiać z mleczną bawarką bo, po pierwsze wymieniana jest obok herbaty w mlekiem, po drugie to herbata z syropem ziołowym z paproci niekropień. W każdym razie przytoczony fragment z książki z połowy XIX wieku wskazuje, że mleczna bawarka nie wywodzi się od książąt bawarskich, pijących herbatę w Paryżu. Być może bawarka (jako herbata z mlekiem) wywodzi się etymologicznie od Bawarii ale musiałoby to zajść zupełnie niezależnie i inaczej. Na razie nie ma na to najmniejszego śladu (przynajmniej ja jeszcze nie dotarłem). Nie ma też na razie potwierdzenia hipotez alternatywnych w postaci bawarki-ukropka (od warzyć) czy od słowa rozbawiać (rozcieńczać). Czekają mnie więc kolejne poszukiwania i kolejna porcja endorfin. Może najpierw trzeba doświadczyć i napić się bawarki?

A może ktoś zna już tajemnicę bawarki - herbaty z mlekiem (lub mleka z herbatą)?

16.08.2019

Bawarka, imbryk i czaj czyli metoda naukowa rozwiązywania zagadek cz. 1.

Czym jest metoda naukowa i jak dojrzewała, wywodząc się z myślenia potocznego? Jest to temat, który próbuję zrelacjonować już po raz kolejny. Tym razem opowiem na przykładzie bawarki – herbaty z mlekiem.

Co w metodzie naukowej jest ważne? Po pierwsze ciekawość, właściwa Homo sapiens od samego początku jego dziejów. Przeglądając jakąś książkę kucharską natknąłem się na pozornie banalny przepis na bawarkę-ukropek. Dlaczego zaintrygował mnie ten przepis? Bo nasunął zupełnie nową hipotezę powstania nazwy „bawarka”. Zaciekawił czymś nowym, zaintrygował.

Przez lata spotykałem się ze słowem bawarka, jako określenie herbaty z mlekiem. Nigdy mnie nie zaciekawiała etymologia tego słowa. Nie zwracałem uwagi, geneza nazwy wydawała się oczywista, póki nie trafiłem na krótki zapis w książce kucharskiej, który wygenerował hipotezę alternatywną. Pierwsze i pozornie oczywista hipoteza – od Bawarii. Oczywiste i proste wyjaśnienie. Po co to zgłębiać? Aż trafiłem na ukropek. I skojarzyłem ze słowem warzyć – warka. To co dla piwa możliwe czy mogło być związane z herbatą zabielaną mlekiem? Biała warka? Ale czy możliwy był proces językowy skracania białej warki do ba-warki? Zacząłem poszukiwać przy okazji a te poszukiwania nieco przypadkowo zawiodły mnie to niekropienia i soku z leśnych tulipanów.

Wróćmy jednak do myślenia potocznego. Często stosujemy strategię żołnierza – bronić „ojczyzny”, w tym przypadku jakieś tezy, własnej, autorskiej lub zasłyszanej, do której czujemy się w jakiś sposób przywiązani. Traktujemy jako oczywistość a gdy pojawiają się wątpliwości to szukamy potwierdzenia. To postępowanie jest złudne, bo psychologicznie pomijamy fakty przeczące lub niepasujące (czasem nawet ich nie dostrzegamy, czasem świadomie odrzucamy). W toku dyskusji i wieloletniego rozwoju metodologia naukowa dostrzegła tę niedogodność i wypracowała inne procedury dowodzenia. Na przykład w dyskusji wyznaczano adwokata diabla, czyli osoby-strony, która ma za zadanie dowodzenie tezy przeciwnej. Co dwie pary głowy to nie jedna i na dodatek dwa przeciwstawne punkty widzenia. Niech dyskusja na argumenty rozstrzygnie. Każda strona z zapałem "żołnierza-obrońcy" będzie wyszukiwać stosownych argumentów.

Po wielu latach procedura naukowa wzbogaciła się o nową metodologię – testowanie (falsyfikowanie) hipotezy. Wymyślamy doświadczenie lub tylko proces myślowy, by wykazać błędność hipotezy, by ją obalić. Jeśli nie uda się jej obalić, znaleźć słabych stron, to hipoteza tymczasowo zostaje. Aż do następnej próby. Ale po popperyzmie zwrócono uwagą i na paradygmat i konieczność generowania hipotez alternatywnych. Zatem nie tylko falsyfikowanie ale i poszukiwanie alternatywnych hipotez (które także się falsyfikuje). A paradygmat? Na ile hipoteza (i wyjaśnienie) pasuje do szerszej wiedzy – przyjętego paradygmatu.

Można było oczywiście sprawdzać czy bawarka pochodzi od Bawarii i jak to się stało, czyli poszukiwać potwierdzenia. W znanym mi przypadku potocznego dowodzenia etymologii bawarki takie postępowanie ze strategią żołnierza doprowadziło do karkołomnego wywodzenia herbaty z mlekiem od napoju ziołowego z niekropieniem. Zabrakło chłodnego falsyfikowania. Ale łatwiej może dociec prawdy z dwoma, alternatywnymi hipotezami? Które konkurują ze sobą jak gatunki w ekosystemie lub w procesach ewolucji?

Ukropek wygenerował hipotezę alternatywną, nie od Bawarii lecz od warki, warzenia. Hipoteza to dopiero początek przygody i detektywistycznego poszukiwania. Temat dla mnie bardzo poboczny ale przy nadarzającej się okazji poszukiwałem śladów na jedną bądź druga hipotezę (bawarska kontra warecka). I o tym właśnie będzie ta opowieść o bawarce. Niby rzecz błaha, ale można nauczyć się metody i zrozumieć metodologię (filozofię nauki). I tego, dlaczego w nauce ważne jest podawanie źródeł (by można było weryfikować, sprawdzać). Jeśli jedna, nawet drobną rzeczą zajmować się długo i dociekliwie, to można zrozumieć znacznie więcej. Tak jak z analizy ziarna piasku można dowiedzieć się o całej pustyni. Jeśli nie wszystkiego to na pewno wielu rzeczy.

Kuszą łatwe i proste rozwiązania: bawarka – znamy Bawarię i jej mieszkańców Bawarczyków. Słowo bardzo podobne, to na pewno od Bawarii wywodzi się herbata z mlekiem. Tyle tylko że język się zmienia a słowa zmieniają swoje znaczenie. Na przykład nazwa wsi (teraz dzielnicy Olsztyna) – Kortowo. Pierwsze skojarzenie z kortami tenisowymi. Pewnie nazwa wzięła się od tego, że są tu korty tenisowe. Owszem, są. Ale nazwa powstała znacznie wcześniej, dawniej, przed 1945 rokiem brzmiała Kortau i pochodzi prawdopodobnie od pruskiego słowa korto, oznaczającego las, zarośla.

Tajemnica pochodzenia słowa bawarka na określenie herbaty z mlekiem nurtuje mnie od 10 lat. Zacząłem szukać w 2010 roku. I do tej pory szukam. Przy okazji, czasem przeszukując internet, bo cyfrowe wersje starych książek są już dostępne. To przygodne poszukiwania bez specjalnego nastawienia i systematycznego przeszukiwania źródeł. Kultura niematerialna zostawia swoje materialne ślady. Tak jak ślady zwierząt odciśnięte na piasku, śniegu lub błocie (nawet skamieniałe) informują mniej lub bardziej precyzyjnie o zwierzęciu. Wnioskowanie jest jednak zawsze tylko pośrednie.

Bawarka, czyli herbata z mlekiem, sprowokowała mnie do sięgnięcia po stare książki i poszukiwania nie tylko lingwistyczne. Rzecz z pozoru prosta okazała się skomplikowana. Po pierwsze skąd nazwa bawarki, po drugie czy to herbata z mlekiem, czy mleko z herbatą? Wgłębianie się w te zawiłości przypomniały, że kultura niematerialna zmienia się ale i zachowuje swoją ciągłość. Podobnie jak gatunki i ekosystemy. Ale do rzeczy.

Maria Disslowa, w książce kucharskiej z 1935 r., opisuje ukropek (bawarka) jako napój sporządzony z połowy szklanki śmietanki i połowy szklanki wrzącej wody oraz kawałka cukru (wtedy powszechny w użyciu był cukier w głowach, więc się go najczęściej w kawałku brało do ust i popijało – zbyt długo trzeba byłoby czekać na rozpuszczenie w filiżance z herbatą). Ale sam przepis wskazuje na fakt, iż pierwotnie bawarka (ukropek) nie była sporządzana na bazie herbaty. No cóż, herbata w naszej środkowoeuropejskiej kulturze pojawiła się stosunkowo niedawno. Jeśli przyjąć taką hipotezę to najprawdopodobniej nazwanie herbaty z mlekiem jako bawarki wywodzi się z gorącego napoju zwanego ukropek. Potwierdzałby to Słownik poprawnej polszczyzny PWN z 1980 r., w którym bawarka to regionalne określenie na „osłodzony napój z wody lub herbaty i mleka”. Podobnie definiuje bawarkę (pomijając Bawarkę jako mieszkankę Bawarii) Mały słownik języka polskiego PWN z 1989 (wyd. I z 1969).

Sądząc po synonimie z ukropkiem oraz definicjach słownikowych, słowo bawarka mogłoby pochodzić od war, warzyć (gotować, wrzątek) a nie od Bawarii. Według innych opinii znalezionych w Internecie, bawarka to określenie utworzone od słowa "rozbawiać" (pomieszać, rozcieńczyć) innym płynem, w niektórych regionach mówi się np. zupę rozbawić śmietaną. To byłaby trzecia etymologiczna hipoteza. Żadnego związku mlecznej herbaty z Bawarią nie udało mi się znaleźć, jest więc on być może pozorny i wynika z podobieństwa słownego a nie związku kulturowego. Ale to, że nie znalazłem, nie znaczy że takiego związku nie ma. Może za słabo szukałem? Teoretycznie da się to sfalsyfikować.

Maria Disslowa (M. Disslowa, Jak gotować. Wyd. Epoka, Warszawa 1989 , na podstawie wydania pierwszego z 1935 r.), zaleca podawanie ukropka (bawarki) na śniadanie, zwłaszcza osobom chorym i dzieciom (jako napój smaczny i pożywny). Rozbawianie, rozcieńczanie śmietanki wodą wydaje się współcześnie dziwaczne. Ale co pili nasi przodkowie, gdy nie było jeszcze u nas ani kawy, ani herbaty? Może tak samo pożywne jak mleko z masłem i miodem? A gorący napój już swoją temperaturą rozgrzewał. Bawarka byłaby więc gorącą (uwarzoną), rozbawioną (w sensie rozcieńczona, zmieszania) śmietaną lub mlekiem (dolanie gorącej wody zamiast gotowania mleka czy tym bardziej śmietany byłoby mniej pracochłonne). W sam raz dla osłabionych i chorych. Czy dlatego pojawił się powszechny współcześnie mit, że bawarka wzmaga laktację u karmiących matek? Może po prostu jest tylko pożywna i rozgrzewająca?

Współcześnie w Polsce bawarka to określenie na herbatę z mlekiem, parzoną na sposób angielski. W opracowaniu z końca XX w (M. Pempel, S. Pempel, Napoje na różne okazje. Poradnik barmana. Wyd. Spółdzielcze, Warszawa 1985) przepis na bawarkę wskazuje, że do gorącego mleka dolewa się napar herbaciany (na 1 szklankę mleka pół szklanki zaparzonej herbaty). W Internecie znaleźć można jednak i inne przepisy, informujące o dodawaniu mleka do herbaty. Anglicy obruszyliby się na takie „barbarzyństwo”. Co więcej, znaleźć można uzasadnienia naukowe, wskazujące, że dolewanie mleka do herbaty jest szkodliwe i powinno się jedynie dolewać herbatę do mleka.

Sama zaś herbata to słowo łacińskie, określające trawę, ziele. Angielska tea wzięła się z południowo-chińskiego . Czy taki „obrót słowny” (w nawiązaniu do „obrót sprawy”) wynikał ze szlaków handlowych czy przywiązania Polaków do łaciny? A może niechęci do rosyjskiego? Bowiem w rosyjskim czaj to herbata. Ale słowo to pochodzi z tureckiego czaj, a to z chińskiego cza (za Aleksandrem Brüknerem ze Słownika etymologicznego języka polskiego, Wiedza Powszechna 1974). Wychodzi więc, że nazwa czaju też z Chin do nas doszła, ale poprzez innych pośredników kulturowych niż do Anglików, stąd inaczej się nazywa. Podobno czaj to bardziej północna wersja natomiast te to wersja kantońska. Statki holenderskie raczej dopływały do Kantonu, bo tam bliżej z Indii Holenderskich, więc i słowa zapożyczali raczej od kantończyków niż pekińczyków.

Mamy więc herbatę i… czajnik (do parzenia czaju). Maria Disslowa proponuje nazwę „herbatnica”. Bardzo to logiczne, ale czy wtedy (początek XX. w., budowanie niepodległej Polski po półtorawiekowych zaborach) było to słowo rzeczywiście powszechniej używane? Czy była to tylko maniera spolszczania (tak jak wszechnica zamiast uniwersytetu)? Dziś czajnikiem jest każde naczynie do gotowania wody na herbatę, kawę, rosołek z kostki, zupkę chińską itd. Nie ma już samowarów, kawiarek i herbatnic…

No dobrze, a jak się nazywało wcześniej naczynie do gotowania wody, kiedy nie znaliśmy jeszcze „czaju” czyli herbaty? Garnek? Kocioł?

Według Słownika poprawnej polszczyzny PWN pod red. Doroszewskiego, czajnik - „naczynie zakryte z dziobkiem służące do gotowania wody i zaparzania herbaty; reg. takie naczynie, służące tylko do zaparzania herbaty”. Logiczniej byłoby mówić o czajniku jako naczyniu, w którym zaparza się herbatę, np. stawiając dodatkowo na samowarze lub gorącej płycie kuchennej. W naszym języku zarezerwowaliśmy na to słowo „czajniczek” vel „imbryczek”. W tym samym słowniku czajnik to inaczej imbryk. Ale Słownik wyrazów obcych PIW, z 1958 r. imbryk wywodzi z języka osmańsko-tureckiego oraz z arabskiego, gdzie oznacza dzban na wodę, naczynie na kawę, a współcześnie oznacza (u nas) naczynie do gotowania wody, zaparzania herbaty lub kawy. Byłby więc czajnik do herbaty a imbryk do kawy.

Z tych przydługich (jak na blog) rozważań wynika, że albo pierwotna nazwa na naczynie do gotowania samej wody nie istniała w ogóle (pojawiło się z kawą i herbatą), albo ta pierwotna nazwa została wyparta. Co i jak pili nasi przodkowie? Czy tylko wodę ze strumienia, studni i napoje fermentowane (piwo jak sama nazwa wskazuje, to coś podstawowego do picia)? Co się z tego dawnego dziedzictwa niematerialnej kultury zachowało?

Dlaczego w języku polskim słowo czajnik wyparło słowo imbryk z powszechnego użycia (elektryczny czajnik a nie elektryczny imbryk)? Czy dlatego, że herbata (czaj) przez wiele dziesięcioleci była tańsza i powszechniejsza od drogiej i luksusowej kawy? Nie licząc oczywiście kawy zbożowej (np. uprażonej domowym sposobem na patelni). Tak oto ekonomia i granice polityczne w pośredni sposób wpływałyby na język.

c.d.n.

15.08.2019

Kopułka - smukła osa z dzbanuszkami

(fot. Agnieszka Kubrak)
Internet zbliża ludzi, tworzy znacznie liczniejszą wspólnotę ludzi komunikujących się, opowiadających i dyskutujących. Sam z tego korzystam, gdy czegoś poszukuję. Znacznie łatwiej o kontakt ze specjalistą, osobą akurat wiedzącą to, czego potrzebujemy. I można widzieć i wiedzieć więcej. Dzięki publikowaniu różnych informacji o owadach i przyrodzie na rożne sposoby dostaję zapytania (sms-em, mailem, przez komunikator). Ot na przykład dostałem takie zapytanie wraz z kilkoma zdjęciami:

"Dzień dobry. Szukając w internecie informacji na temat dziwnych gniazd wybudowanych przez owada w jednym z okien mojego domu, natrafiłam na Pana artykuł o gliniarzu naściennym. Pozwoliłam więc sobie napisać do Pana z prośbą o rozwikłanie zagadki. Odkryłam te gniazda po otworzeniu okna, które jest bardzo rzadko otwierane i używane. Są one okrągłe [chodzi o gliniane konstrukcje, wykonane przez owada - S.Cz.] - podobne kształtem i wielkością do orzecha laskowego i zrobione z twardej, szarej, jakby gliniastej masy. Obok leżał martwy pająk. Zdjęcia przesyłam w załączniku. Kto jest "autorem" tych gniazd? Czyżby gliniarz? Mieszkam w woj. dolnośląskim, dawnym jeleniogórskim, w małej wsi położonej między Bolesławcem a Lwówkiem Śląskim. Z góry serdecznie dziękuję za rozwiązanie zagadki. Bardzo ciekawa jestem co to za owad. Z serdecznymi pozdrowieniami- Agnieszka Kubrak (...)"

Jak na gliniarza naściennego to komory lęgowe są zbyt kuliste. Bardziej przypominają mi komory lęgowe osy kopułki. Co prawda kopułki w tych glinianych dzbanuszkach składają gąsienice motyli a nie pająki (na pająki polują nastecznikowate, w tym gliniarz naścienny), ale na zdjęciu widać wyraźne otwory - najprawdopodobniej ślady po wyjściu dojrzałej już osy (tak więc złożone zapasy zostały już zjedzone przez larwy). Zatem znaleziony pająk najprawdopodobniej nie pochodzi z wnętrza komory lęgowej, raczej jego obecność jest przypadkowa.

Kopułki jako podrodzina Eumeninae należą do rodziny osowatych (Vespidae) (ta ostatnia liczy w Polsce 62 gatunki). W Europie stwierdzono około 80 gatunków z tej podrodziny a w Polsce prawie 50. Banieczkowane, dzbanuszkowate komory lęgowe robią kopułki z rodzaju Eumenes - w Polsce stwierdzono 7 gatunków (Eumenes coarctatus, E. coronatus, E. papillarius, E. pedunculatus, E. pomiformis, E. sapertanus, E. subpomiformis). Kopułki są w Polsce bardzo słabo poznane, w tym także w aspekcie ich rozmieszczenia jak i wykazu gatunków (być może jest ich więcej niż 7).

Kopułki z rodzaju Eumenes budują komory lęgowe z gliny, piasku, wody i śliny w kształcie kulistym wielkości ok. 1 cm, z charakterystycznym otworem średnicy ok. 1 mm i wywiniętym brzegiem. Umieszczają je na płaskim podłożu: na kamieniu lub kawałku drewna. Jak widać parapet okna też okazuje się przydatny.  Do środka samica składa jedno jajo osadzone na trzonku. Następnie znosi sparaliżowane gąsienice motyli, zwłaszcza z rodziny miernikowcowatych (Geometridae). Na koniec, wykorzystując materiał na wywiniętym brzegu, zakleja otwór wejściowy. Nie ma już więc tego charakterystycznego kształtu kulistego dzbanuszka. Jest niepozorne i trudno je odnaleźć.

Dorosłe kopułki z rodzaju Eumenes można spotkać od maja do września - większość gatunków ma dwa pokolenia w roku. Zasiedlają nasłonecznione, suche, otwarte miejsca, zwłaszcza nieużytki, przydroża, piaskownie i żwirownie. Niektóre gatunki są pospolite ale nieliczne dlatego trudno je spotkać w terenie.

Eumenes pedunculatus buduje komory lęgowe wielkości orzecha, które rozmieszczone są czasem w większej liczbie obok siebie. Spotkać je można w zaroślach. Ponieważ kopułki atakowane są przez parazytoidy, to z komory lęgowej czasem wychodzi inna błonkówka (np. złotolitka Chrysis).

Kopułka przewężona (Eumenes pomiformis) - owady dorosłe występują od wiosny do września w kilku pokoleniach. Dzbanuszkowate komory lęgowe przyczepia do kamieni, pod korą, na murach i krzewinkach.

Podobną, kulistą komorę lęgową buduje bolica budowniczka (Ancistrocerus oviventris syn. Odynerus oviventris). W płytkich zagłębieniach w kamieniach lub skałach buduje z gliny lub piaszczystej ziemi, wydłużone, początkowo otwarte od góry komory lęgowe. Składa jajo i znosi sparaliżowane larwy chrząszczy z rodziny stonkowatych (Chrysomelidae) i ryjkowcowatych (Curculionidae). Następnie pokrywa kilka komór dodatkową warstwą gleby. Jej gniazda znajdowane były także na poręczach mostów i metalowych dźwigarach

źródła:
  • Bellmann Heiko, Owady, Multico, Warszawa 2007
  • Bellmann Heiko, Błonkówki. Pszczoły, osy i mrówki środkowej Europy, Multico, Warszawa 2011.
  • Skibińska Ewa, Osy Vespoidea, W: Fauna Polski. Charakterystyka i wykaz gatunków, Tom I, Muzeum i Instytut Zoologii PAN, 2004.
  • Strojny Henryk, Owady, PWN, Warszawa 1989.
  • Zahradnik Jiri, Przewodnik - Owady, Multico, Warszawa 1996.

05.08.2019

Betonoza na prowincji


Ekolodzy mówią o zasadzie (prawie) Czerwonej Królowej - trzeba biec by zostać w tym samym miejscu. To obrazowe porównanie do ewolucji w nieustannie zmieniającym się środowisku. Czyli nieustanna ewolucja by dostosowywać się do zmieniającego się środowiska i warunków egzystencji. Specyfiką Homo sapiens jest kultura czyli "rozszerzony behawior" - dostosowujemy się do środowiska nie tylko biologiczne i genetyczne ale przede wszystkim kulturowo. Bo zmiany kulturowe są znacznie szybsze niż zmiany biologiczne. Możliwe są w trakcie trwania jednego pokolenia. A za sprawą aktywności człowieka zmiany są niezwykle szybkie i głębokie, wręcz globalne czego przykładem jest przegrzanie klimatu. Rozum pozwala nam zrozumieć procesy zachodzące w przyrodzie i dostosować kulturę do tych zmian. Przyzwyczajenie są jednak silne...

O sukcesie a nawet przetrwaniu cywilizacji (w skali regionalnej czy lokalnej) zadecyduje kultura i zdolność do myślenia czyli rozumienia zachodzących procesów. Mamy rozum ale czy z niego korzystamy? Czy zdajemy sobie sprawę z gwałtownie zachodzących zmian i pilnej potrzebie szybkich zmian?

Rozwój zrównoważony to ten element kultury, który wskazuje nam jak żyć i dostosować kulturę do zmieniającego się środowiska. Najkrócej opisać można rozwój zrównoważony (ekorozwój) jako kompromis pomiędzy naszymi potrzebami a potrzebami przyszłych pokoleń. Inaczej to ujmując: środowisko to coś, co pożyczyliśmy od przyszłych pokoleń. I trzeba oddać z stanie nie gorszym niż otrzymaliśmy. A jakie środowisko i możliwości życia przekażemy naszym dzieciom i wnukom? Czy chcemy się podzielić? W skali globalnej czy chcemy się podzielić zasobami, wodą, czystym powietrzem z ludźmi z innych krajów i kontynentów? Po nas choćby potop?

Jeszcze inaczej można określić rozwój zrównoważony jako kompromis między potrzebami społecznymi, potrzebami gospodarki oraz potrzebami przyrody. Żaden z tych komponentów nie może być pominięty. Bo jest to jak stół o trzech nogach - jeśli którakolwiek będzie krótsze, to wszystko ze stołu pospada.

Najłatwiej zobaczyć realizację idei ekorozwoju w miastach. Wymaga dialogu i komunikacji społecznej pomiędzy różnymi specjalistami w zarządzaniu i planowaniu. Zbyt wąskie widzenie grozi katastrofą. Przykładem jest powszechna w polskich miasteczkach "betonoza". Archaiczna estetyka zamieniania placów w betonowe (czasem z kostki granitowej) pustynie. Dawno temu, taki plac przed ratuszem wyłożony brukiem miał sens. Bo odbywały się targi i liczni rolnicy przywozili swoje dobra na furmankach. Bruk zapewniał dobre warunki - nie było błota i grzęzawiska, łatwiej  było uprzątnąć końskie odchody. Teraz przyroda jest znacznie bardziej zmieniona, miasta się rozrosły, powierzchnie zadrzewione znacząco zmniejszyły a... sprzedaż produktów nie odbywa się z furmanek. Chodzimy do sklepów. Place w mieście pełnią więc zupełnie inną rolę. Wobec wyznań ocieplenia klimatu konieczne staje się jak najliczniejsze zacienienie przestrzeni i jak najliczniejsze nasadzenia drzew. Po drugie trzeba tworzyć przyjazną przestrzeń publiczną dla mieszkańców i turystów (do wypoczynku i rekreacji a także dla turystów czyli dla gospodarki).  Betonowe place może dobre są do zamiatania i organizowania raz czy dwa razy do roku jakiegoś capstrzyku czy defilady. Ale do codziennego życie to zmarnowana i niewykorzystana przestrzeń.

Jak Polska długa i szeroka w małych miasteczka - na skutek dostępu różnych środków unijnych i krajowych, modernizuje się centralne place. Znika zieleń, pojawia się wybetonowana, "ładna" przestrzeń. Zupełnie niefunkcjonalna i nieadekwatna do współczesnych potrzeb. Rewitalizacja pozorna bo nie wraca ożywienie społeczne. Przestrzeń nie jest zachęcająca do relaksu, spotkań i aktywności.

Na zdjęciu wyżej przykład niekompetencji i braku wiedzy, zarówno ze strony zlecającego jak i wykonawcy. Ostróda, fragment historyczny miasta średniowiecznego, odbudowany ratusz, pewno za duże pieniądze (na szybach napisy "lokale do wynajęcia"). W zamierzeniach miała być chyba rewitalizacja, a wyszła betonoza i drogi, ekscentryczny parking dla samochodów. Podobno wcześniej rosły tam wiekowe lipy. W czasie upałów ratusz i otoczenie nie nadaje się dla turystów. Kosztowny parking i zmarnowana przestrzeń miasta, blisko zamku. Ostróda jako miasto turystyczne potrzebuje miejsc atrakcyjnych dla turystów. W małych miasteczkach taką przestrzenią mogą być dawne średniowieczne rynki. Wojna z Ostródą obeszła się srogo. Zniszczona stara zabudowa... źle została zabudowana blokami. Przez długie lata nic tu się nie działo, bo przestrzeń jest niedogodna dla kawiarni, sklepików itd. Ale po rewitalizacji i odbudowie zabytkowego ratusza sytuacja się nie poprawiła. Zabytek nie wystarczy, lokale stoją puste. Jest tylko rozległy parking. Ani przestrzeń rekreacyjna dla mieszkańców ani atrakcja dla turystów. Zobaczyć ratusz i pójść dalej, Raptem 5-10 minut wizyty.

I dla kontrastu niżej zdjęcie, też z Ostródy, już lepsze podejście, są drzewa dające cień i dlatego pewnie utrzymuje się tam lokal gastronomiczny. Gdzie będą ludzie przychodzić i prowadzić niezbędne życie towarzyskie czy rekreacyjne? Gdzie będą przychodzić turyści? Na betonowych parkingach w zabytkowym centrum życie wcale nie kwitnie...

Ewidentny bubel z ratuszem będzie straszył przez lata jako nieudana inwestycja. A przecież mogło być dużo lepiej. Wiedza ma kapitalne znaczenie! Błędy lekarzy widzimy na cmentarzach, błędy architektów - na ulicy. Niestety przykłady szkodliwej betonozy widoczne w wielu polskich miasteczkach.



01.08.2019

Susza, mała retencja i szkodliwe wykaszanie rzeki Łyny


Spacerując nad rzeką Łyną, po niedawno oddanej do użytku Łynostradzie, oczom (przyrodnika) ukazał się przykry widok (uwidoczniony na zdjęciach). Wraz z nurtem rzeki płyną wykoszone kępy roślinności wodnej. Najwyraźniej i w tym roku przystąpiono to rytualnego wykaszania-czyszczenia koryta rzeki. Dlaczego nazwałem to rytualnym? Bo wynikającym z dawnych przyzwyczajeń a obecnie nieuzasadnionych.

Mój smutek wynika z kilku powodów, po pierwsze niszczenie różnorodności biologicznej, po drugie negatywne skutki dla bilansu wodnego (w tym pogłębianie efektów suszy) i po trzecie nieestetyczne i nieprzyjemne skutki dla turystów oraz tutejszych spacerowiczów. Szczegółowo to uzasadnię wraz ze wskazaniem na archaiczności i nieadekwatność takich zabiegów.

Rośliny wodne to nie tylko fotosynteza i konkretne gatunki ale także miejsce przyczepu i siedlisko wielu organizmów wodnych. Od małych pierwotniaków, jamochłonów, wrotków i wielu innych grup, składających się na peryfiton, po wiele makrobezkręgowców (owady wodne, mięczaki, skorupiaki itd.). Ogromne bogactwo życia. Jedne znajdują schronienie, inne mocno się przyczepiają do roślin, jeszcze inne składają jaja. Wraz z wykaszaniem wszystkie praktycznie giną. Bo nie tylko niszczone jest ich siedlisko ale cała ta roślinność wyjmowana jest na brzeg i tam na lądzie umierają setki gatunków, dziesiątki tysięcy osobników hydrobiontów. Także i chruścik niprzyrówka rzeczna (Leptocerus inetrruptus), który uznany jako prawdopodobniej wymarły, kilka lat temu został znaleziony m.in. w rzece Łynie na odcinku powyżej Olsztyna. Ale to tylko jeden z wielu przykładów. Jako hydrobiologowi żal mi na to patrzeć…

Może jest jakiś cel nadrzędny, dla którego taką stratę przyrodniczą w bioróżnorodności warto (trzeba) ponieść? Wykaszanie roślin wodnych w korycie rzeki Łyny w obecnych warunkach środowiskowych (wieloletniej suszy) nie jest adekwatnych działaniem. Wręcz szkodliwym. Roślinność w nurcie rzeki spowalnia odpływ wody, jest więc elementem naturalnej, małej retencji. Na problem małej retencji zwróciło już uwagę nawet Państwowe Gospodarstwo Wodne Wody Polskie: „Pamiętajmy, że aby zapobiec suszy, konieczne są różnego typu działania. Wszystkie koncentrują się na zatrzymywaniu wody, przede wszystkim w miejscu, którym ona spadła jako deszcz. To powoduje, że spowalniany jest jej odpływ do potoków i rzek. Zatrzymana woda dłużej pozostaje w lokalnym środowisku, stopniowo zasila grunt, przeciwdziała suszy. Warto też pamiętać, że z założenia mała i duża retencja chroni nie tylko przed skutkami suszy, ale zapobiega również podtopieniom oraz powodziom.” (źródło:  „Niskie stany wód w rzekach. Retencja odpowiedzią na suszę")

Województwo wamińskio-mazurskie stosunkowo mało – w porównaniu do innych części kraju – odczuwa katastrofalne skutki suszy i braku wody. Prawdopodobnie w dużej części wynika to z wieloletnich działań Lasów Państwowych, które na swoich terenach wprowadzają od dłuższego czasu liczne działania, związane z małą retencją. Nie są one widowiskowe, nie buduje się wielkich zapór czy dużych inwestycji ale przynoszą dobre skutki – woda zatrzymywana jest w krajobrazie, w małych zbiornikach, torfowiskach, spowalniany jest odpływ na małych ciekach wodnych. W znacznym stopniu w tym działaniu wspomagają nas bobry.

Skoro od lat wiemy już o dobrych skutkach małej retencji, to dlaczego w dalszym ciągu  wykasza się rzeki? Chyba tylko dlatego, że kiedyś się tak robiło – siłą przyzwyczajenia. Bez uwzględnienia obecnej sytuacji i obecnych potrzeb. To tak, jakby ktoś zimą zaczął sypać piasek na chodnik by na ubitym i zamarzniętym śniegu nie było ślisko dla pieszych. Działania uzasadnione. Ale jeśli ktoś kontynuuje je również latem… to jest to czynność zupełnie nieadekwatna i „archaiczna”.

Po co wykaszać roślinność z nurtu rzeki? By przyspieszyć odpływ wody i udrożnić kanał do żeglugi? Tyle tylko, że Łyna już od bardzo wielu dziesięcioleci nie jest wykorzystywana jako tor wodny dla tratw ze spławianym drewnem. Dawniej może miała znaczenie dla transportu, teraz już kompletnie nie ma takiego znaczenia. Wykorzystywana jest jedynie turystycznie i rekreacyjnie, a kajakarzom roślinność wodna nie przeszkadza w pływaniu. A przyspieszanie odpływu wody – jak wspomniałem wyżej – wobec długoterminowych deficytów wody jest zupełnie niewskazane.

Dlaczego obecnie brakuje nam wody dla celów przemysłowych, rolniczych i nawet komunalnych (w kilkudziesięciu miejscowościach Polski w tym roku zarządzono oszczędne i ograniczone korzystanie z wody wodociągowej bo jej brakuje w ujęciach). Zmienił nam się klimat. W czasie cieplejszych zim, nawet jeśli spadnie śnieg, to szybko topnienie i spływa rzekami do morza. Nie mamy wiosną zimowego zapasu wody w krajobrazie. Po drugie, przy dłuższym sezonie wegetacyjnym rośliny wykorzystują więcej wody na transpirację. Dawne działania, polegające na odwodnieniach – jeszcze w XIX wieku Niemcy na dużą skalę osuszali jeziora i torfowiska – w obecnej sytuacji są zupełnie nieadekwatne i niepożądane. We własnym gospodarczym interesie powinniśmy przywracać do życia torfowiska, zabagnienia i małe zbiorniki wodne.

Za spore pieniądze u nas dalej wykaszają roślinność wodną w mniemaniu, że są to działania korzystne i pożądane… Wycięte rośliny zbierane są na linowych przegrodach, np. w Olsztynie przy moście na ul. Niepodległości, vis-a-vis szpitala miejskiego. Po pierwsze uniemożliwiony jest ruch dla kajaków. Nie da się przepłynąć. Konieczna jest przenoska i to w miejscu na to nieprzygotowanym. Przez co najmniej kilkanaście dni lub kilka tygodni traci rekreacja kajakowa w samym mieście. Po drugie zbierająca się martwa materia po prostu gnije z towarzyszącymi temu procesowi zapachami. Wybierana jest na pryzmy na brzegu. Gnijąca materia organiczna po prostu bardzo nieprzyjemnie śmierdzi. Nie sprzyja to spacerom po Łynostradzie a i zlokalizowanie miejsca wyjmowania roślinności wykoszonej tuż przy szpitalu nie jest rozwiązaniem trafionym.
(Małe zatory przy brzegu i na gałęziach z gnijącą,
wykoszoną roślinnością wodną)

Płynące kępy wykoszonej roślinności zatrzymują się na nadbrzeżnych gałęziach itd. Nie wygląda to ładnie. Ślady pozostaną na bardzo długo.

Może więc wykaszanie roślin ma znaczenie przeciwpowodziowe? Też nie. Wieloletnia praktyka wykazała, że przyspieszanie spływu wody, np. przez prostowanie koryt cieków, regulację i betonowanie brzegów zwiększa tylko zagrożenie powodziowe, bo poniżej fala powodziowa tworzy się bardzo szybko. Na całym świecie odchodzi się od tych nietrafionych działań, na powrót renaturyzuje się rzeki i wykorzystuje doliny rzeczne jako naturalne zbiorniki retencyjne. W przypadku Olsztyna zagrożeniem jest zasypywanie samej doliny jak i koryta rzeki ziemią pobudowlaną i gruzem – na odcinku poniżej Rusi i Bartąga. Ale nie rosnąca w nurcie roślinność wodna.

Może po wykoszeniu jest ładniej? Bo jak rosną rośliny w nurcie to na nich często zatrzymują się śmieci, takiej jak butelki, styropian, torby foliowe itd.? Tak, jesteśmy brudasami i wszystko wyrzucamy do rzeki. To także archaiczne zachowanie. Przez wieki rzeki były kanałami sanitarnymi, wyrzucaliśmy wszelkie nieczystości, czy to padlinę, czy śmieci, czy zawartość ustępów. I problem odpływał. Przy małym zaludnieniu i rozproszonym osadnictwie tak można było funkcjonować w średniowieczu. Ale już od dziesięcioleci widzimy zmiany w postrzeganiu rzeki - miasta odwracają się twarzą (frontem) do rzek i traktujemy je jako miejsca rekreacyjne (a nie sanitariat). Wyraźnie widać to w sposobie zabudowy. Niestety, wielu z nas wyrzuca małe i duże śmieci gdziekolwiek, także i do jezior czy rzek. I potem płyną. Ale mądrzej byłoby usuwać śmieci z wody, nawet w formie akcji wolontariatu, niż wykaszać roślinność „by śmieci się nie zatrzymywały”. Bo nie jest to rozwiązanie problemu a jedynie przysłowiowe zamiatanie pod dywan.

Piszę ze smutkiem, licząc, że to wołanie na puszczy przyniesie jednak jakiś dobry skutek. Może już w przyszłym roku nie będzie takiego bezsensownego wykaszania rzeki Łyny w Olsztynie ?

Miejsce wyławiania wykoszonej roślinności, przegroda na rzece, uniemożliwiająca przepłynięcie i pryzmy gnijącej materii organicznej. Bardzo intensywny i nieprzyjemny odór. 

27.07.2019

Gliniarz naścienny

Fot. Joan Carles Hinojosa Galisteo,
Wikimedia Commons
Nauka składa się z wielu jednostkowych obserwacji. Wiele z nich jest prosta do wykonania i przez to dostępna dla każdego. Każdy z nas może być współuczestnikiem zbierania materiałów naukowych.

Obecnie w przyrodzie zachodzą bardzo głębokie i szybkie zmiany, m.in. za sprawą globalnego ocieplenia (ale nie tylko z tego powodu). Widać szybkie procesy sukcesji ekologicznej, przebudowy całych ekosystemów, zmiany zasięgu występowania wielu gatunków grzybów, roślin i zwierząt, wymieranie gatunków i ewolucja innych. Potrzebne są liczne i różnorodne obserwacje, by potem przeprowadzać analizy na dużej liczbie danych. Parafrazując można napisać: żniwo wielkie tylko mało jest żniwiarzy. Także i Ty możesz dołączyć. Nauka jest kolektywna i konektywna.

Na przełomie XIX i XX w. na terenie Prus Wschodnich w wielu szkołach prowadzono obserwacje terminu zakwitu różnych roślin zielnych i drzew. Gdyby te obserwacje powtórzyć w tych samych miejscach, byłby wspaniały materiał do porównań i analiz długoterminowych. Podobnie z obserwowaniem owadów - wolontariusze-przyrodnicy mogą zbierać w wielu miejscach proste dane o obecności tych czy innych gatunków, a naukowcy w ośrodkach akademickich mogą te dane profesjonalnie i obiektywnie analizować oraz wyciągać wnioski nie z jednostkowych obserwacji ale z dużego materiału porównawczego.

Jednym z wielu przykładów jest gliniarz naścienny. Warto jednak zaznaczyć, że jest więcej podobnych gatunków, a zatem nie każda gliniana baryłka z pająkami to jego dzieło. Sceliphron destillatorium  czyli gliniarz naścienny należy do rodziny nękowatych (Sphecidae – ta rodzina błonkoskrzydłych jest zdolna do budowy gniazd i opieki nad potomstwem). Znany też pod nazwą formierz oraz szczerklin pająkówek. Jest to bardzo duża i smukła żądłówka o cienkim, żółtym styliku; pozostałe tergity odwłoka są zabarwione na czarno. Tułów także jest czarny. Odnóża są żółtoczarne. Nasadowy człon czułków żółty. te cechy powinny ułatwić identyfikację owadów dorosłych. Ale warto zrobić zdjęcie do dokumentacji, w różnych ujęciach. Wtedy łatwiej o konsultacje ze specjalistą i weryfikację swojej obserwacji.

W Polsce dawniej gliniarz naścienny obserwowany był rzadko, obecnie lokalnie jest pospolity i liczny, zwłaszcza na południu kraju. Sprzyja temu także jego medialna sława, czasem opisywany jako czarny szerszeń (prawda, że nazwa groźna i zwracająca uwagę?). Na czerwonej liście zwierząt wymarłych i zagrożonych znalazł się w kategorii NT. Wobec licznych, nowych stwierdzeń należałoby chyba status zmienić.

W Polsce gatunek tej "osy" niemal wyłącznie występuje w warunkach synantropijnych. Spotkać go można w pobliżu budynków mieszkalnych, lub gospodarczych. Także w miastach. Może dlatego jego obecność tak szybko została odnotowana i utrwalona w mediach? To, co z dala od naszych domów, mniej jest zauważalne. Gliniarz naścienny osiąga wielkość 16-25 mm. Owady dorosłe zobaczyć można od końca  maja do połowy września.

Prawdopodobnie występuje już w całym kraju, ale chyba sprzyjają mu warunki, stworzone przez człowieka. Być może mniejsza jest tu konkurencja i więcej jest luk ekologicznych. A może warunki klimatyczne i pokarmowe są bardziej odpowiednie? Być może jego ekspansja związana jest z ociepleniem klimatu i/lub antropogenicznymi przekształceniami środowiska. Tam gdzie jedne gatunki giną, tam inne znajdują dla siebie dogodną przestrzeń do życia. Dlatego własnie potrzebne sa liczne obserwacje i to na wielu różnych gatunkach, by uogólnienia były bardziej wiarygodne.

Dotychczasowe dane wskazują że najliczniejszy jest w południowo-wschodniej części Polski. Dorosłe odżywiają się nektarem spadzią. Ale dla swojego potomstwa łowią i paraliżują pająki, które umieszczają po kilka w jednej komorze (podobne do nich błonkówki z rodziny nastecznikowatych chwytają po jednym pająku na larwę). Jest to "osa" samotna, nie tworzy rodzin, dlatego porównanie do "czarnego szerszenia" jest nietrafne. Użądlenie (w obronie własnej) gliniarza naściennego nie jest bolesne.

Podobnie wygląda Sceliphron spirifex (nie wykazany jak na razie z obszaru Polski) różni się  czarnymi tegulami i czarnym pierwszym członem czułków.

Komórki z pokarmem dla larwy buduje z gliny, dlatego gliniarze występują w pobliżu zbiorników wodnych. Sparaliżowane żądłem pająki są żywe - dzięki czemu pokarm dla larwy jest cały czas świeży, ale jednocześnie są unieruchomione (sparaliżowane) - dlatego nie uciekają i nie stanowią zagrożenia dla larwy. Wszak było nie było pająki są owadożernymi drapieżcami. W pojedynczej komórce może być nawet 15, zwykle jednak jest ich 4-6 pająków.

Baryłkowate, gliniane komórki często spotkać można w domach i siedzibach ludzkich, na lampach, czasem na torbach itd. "Gniazdo" składa się z kilku (czasami nawet do 30- 65) komórek o średniej długości 3 cm, szerokości 1,4 cm. W  środowisko naturalnym gniazda są zbudowane w niszach skalnych, pod zwisającymi kamieniami, w dziuplach drzew, na spodniej stronie gałęzi drzew, pod mostami, pod dachami i okapami domów i innych budynków. Od górnej strony gniazdo jest pokryte wspólną grubą warstwą gliny i przypomina dużą bryłę gliny przymocowanej do podłoża. W ludzkich siedzibach  mogą być tylko same baryłki, bez wspólnej okrywy. Być może dlatego, że jest bardziej sucho i nic z góry nie kapie. Prawdopodobnie gliniarz naścienny w swym behawiorze ma preadaptacje ułatwiające przystosowanie się do warunków synantropijnych. I to jest kolejny temat do obserwacji - jak następuje przystosowanie się różnych gatunków do warunków miejskich. Bo w miastach procesy sukcesji, synurbizacji i ewolucji przebiegają obecnie bardzo szybkie. Na naszych oczach.

Można go zobaczyć przelatującego wzdłuż ścian budynków, przy oknach, pod dachem, przy krzewach, na łąkach, a także czasem na wilgotnej ziemi – zbierającego glinę na budowę gniazd. Należy bowiem do rodziny grzebaczowatych.

Niżej zdjęcia, które otrzymałem od czytelników mojego bloga, z zapytaniem co to za stwory i skąd się w ich domach wzięły:



Po pierwszej publikacji na moim blogu, informacja rozeszła się po "świecie" i czasem odnajduję liczne ślady:

"Pani Beata znalazła w żyrandolu w kuchni dziwne kokony. Jeden pękł i wysypały się z niego martwe (pozornie) pająki. Coś okropnego! Okazuje się, że to sprawka gliniarza. Zamiast zadzwonić na policję, pani Beata porobiła zdjęcia i napisała do profesora Stanisława Czachorowskiego, który wywiódł z tego zdarzenia taką oto historię. (...)Kokon w żyrandolu (...)  Właśnie w kuchni w żyrandolu znalazłam dwa kokony. Podczas ich usuwania jeden pękł i wysypały się z niego 24 martwe pająki. Do jednego pająka przytwierdzona była żółta larwa. Widok był tak zaskakujący, że zrobiłam zdjęcia. Drugi kokon w stanie nienaruszonym zostawiłam. Pozdrawiam, Basia. Pani Basia się myli: pająki nie są martwe, tylko sparaliżowane. Jedna samica musi zebrać około 100 pająków, żeby wyżywić swoje potomstwo. Ciekawe, czy gliniarze mogą wywrzeć jakiś zauważalny skutek w liczebności pająków? (...)  Inwazja afrykańskiej osy.  Gliniarz naścienny to gatunek dość egzotycznej osy, entomologom znany jest także pod nazwą szczerklina pająkówka. Jest to gatunek południowy, wywodzący się ze środkowej, zachodniej i południowo-zachodniej Azji. Gliniarz naścienny (Sceliphron destillatorum) to osa z rodziny grzebaczowatych (Sphecidae) od jakiegoś czasu obserwowana w Polsce. Areał występowania tego gatunku sięga po Mongolię, Kazachstan, Iran, aż po Chiny. Obecnie obserwowany jest w Afryce a także w Europie w rejonie śródziemnomorskim. W Polsce po raz pierwszy został zaobserwowany w 1968 r. w Czesławicach k. Lublina. Potem widziano go w Bieszczadach i w Beskidzie Niskim, w Ojcowskim Parku Narodowym i Krakowie. W 2013 roku odnotowano jego obecność w Chęcinach koło Kielc, w Hecznarowicach (woj. śląskie), pod Krakowem. W 2014 wyrywkowe informacje dotyczą obecności gliniarza na Śląsku, w Chorzowie, w Mielcu, w Kielcach, w Lubelskiem i w Brodnicy (to już blisko Warmii i Mazur!). Jeśli obserwacja jest poprawna, to byłoby najdalej wysunięte stanowisko na północ. Przedstawialiśmy już tę osę w naszym serwisie. Najprawdopodobniej jego ekspansja wiąże się z ocieplaniem klimatu. Wszystkie powyższe informacje pochodzą z siedzib ludzkich. Nie należy jednak wyciągać z tego wniosku, że gatunek preferuje nasze domy. Bo zbyt mało jest badań i poszukiwać i terenie. Możliwe, że jest u nas gatunkiem synantropijnym, a w naszych domach ma po prostu cieplej. Na pewno dobrze w naszych domach się czuje. Być może rozwiązaniem byłoby stawianie tak zwanych „hoteli dla pszczół” – tworząc dogodne miejsce do budowy gniazd. I wilk byłby syty (znaczy gliniarz naścienny) i owca byłaby cała (czyli my nie bylibyśmy w strachu)."

Po likwidacji serwisu Blox, przeniosłem wpisy ze starego bloga na nowy adres (https://czachorowski.home.blog/ ) ale komentarze przepadły. Dlatego, korzystając z wcześniejsze archiwizacji komentarzy, część z nich zamieszczam niżej. Przez kilka lat sporo się tego nazbierało.

  • W 2013 r. w lipcu pierwszy raz zauważyłam gliniarza w Chęcinach koło Kielc jak zbierał mokrą glinę. Jest dosyć duży więc trudno go nie zauważyć (Anita) 
  • Od lipca tego roku (2013) nie mogę pozbyć się tego paskudztwa. Każdego dnia, przykleja się do pościeli i pozostawia plamy, kokonów na dzień robi od 4 do 6 szt. Ja odkryłam gliniarza dzisiaj (2013) pod dachem, wciska się w szparę między ścianą domu, a drewnianym belkowanym dachem. Trochę mnie przestraszył, mam tylko nadzieję, że nie jest groźny dla człowieka.(Karolina) 
  • W zeszłym roku przypadkiem odkryłam kokony gliniarza naściennego w kartonie w mieszkaniu. Był wielki szok a potem akcja wyrzucenia świństwa i zakładania moskitier w całym mieszkaniu. Niestety właśnie przy jednym (i tym samym) oknie znalazłam już czwartą osę po nie właściwej stronie moskitiery. Jak się tego pozbyć, jak nawet nie wiem gdzie są gniazda?! Pomóżcie, bo wizja mieszkania z osami jest dla mnie zbyt przerażająca. ...
  • A ja właśnie wczoraj wywaliłam takie gniazdo spod kasety na roletę materiałową, w domu na oknie, osa była zła ...jak osa…. i kilkanaście porażonych pająków...niesamowite.... 
  • No cóż, gliniarze nie maja u nas lekko. Nie znając ich zwyczajów i widząc pierwszy raz, boimy się nieznanego. I tępimy. 
  • Robi regularnie gliniane kokony na podstopniu schodów od strony zachodniej - ciepło i sucho. A w środku larwy, na wpół żywe, około 10 za każdym podejściem. Po zlikwidowaniu - 3-4 godziny i jest nowe gniazdo. Uporczywie wraca. Jak pozbyć się intruza, wszak tu mieszkamy i może przenieść się wszędzie? (Brodnica) 
  • Już myślałam, że tylko ja mam taki problem. Dzisiaj myłam okna i po otworzeniu jednego z okien omal zawału nie dostałam. Usunęliśmy dziś kilka kokonów, byłam przerażona bo nie miałam pojęcia z czym mam do czynienia. A więc i u mnie się te osy osiedliły. ( Ewelina) 
  • Czy może mi ktoś powiedzieć jak się tego pozbyć z domu? od 2 lat w lecie mam to samo... wlatują za meble i w inne miejsca. Mam w domu małe dzieci i trochę się boję, że kiedyś je dziabnie i będzie płacz. (Krystian)
  • Właśnie zasuwa po moim oknie. (Irena) 
  • Od tygodnia obserwuję gliniarza ściennego, naszukałam się w internecie, co za cholera mi się na strychu osiedliła, jest dosyć liczna. Jutro poszukam gniazd a później spryskam środkiem owadobójczym. Wolę nie ryzykować swojego zdrowia i dzieci. 
  • Jak widać gliniarza naściennego spotkać można w pobliżu ludzkich zabudowań, a dorosłe osy często widywane są na kwiatach z rodziny baldaszkowatych. Szukają tam swoich ofiar, czyli pająków. Samica lepi gliniane gniazda w postaci pojedynczych, rurkowato-dzbanuszkowanych komórek z gliny, w kształcie kokonu (dzbanuszek z klapką). Po złożeniu jaja do tak przygotowanej komórki, samica znosi pająki, sparaliżowane jadem (nawet do 15-24 sztuki w jednej komórce). Osa swoje ofiary żądli, ale nie zabija, tylko paraliżuje. Nazwę osa wzięła od komórek wykonanych z gliny i przytwierdzanych w różnych miejscach, w tym na ścianach. Starsza nazwa (szczerklina pająkówka) odnosi się do pokarmu. Sparaliżowane ofiary czekają, póki larwa gliniarza ich nie zje. Zapasu musi starczyć na całą zimę. Po przepoczwarczeniu, latem następnego roku wygryza się z glinianego dzbanka i jako owad dorosły rozpoczyna kolejną fazę cyklu życiowego. Gliniarz naścienny (i jemu podobne) to „osy” samotnice, lepią z gliny baryłeczki – komórki dla jednej larwy. A w środku zapas jedzenia. Gliniarz akurat poluje na pająki (czytaj więcej o gliniarzu: Trąba wodna i gliniarz naścienny czyli rozważania o wyciąganiu wniosków z jednostkowych obserwacji.
  • Gliniarz jest gatunkiem obcym u nas. Podobne baryłeczki gliniane buduje nasza rodzima wolnica czarniawa (Auplopus carbonarius), także z rodziny nastecznikowatych (z tej samej rodziny jest gliniarz naścienny). Gliniane komórki lęgowe buduje ponadto inna osa – oska maczugoroga (Celonites abbreviatus). I oczywiście rodzime kopułki (chyba 7 gatunków w Polsce), w tym kopułka wysmukła. Jej gliniana baryłeczka ma wielkość około 1 cm. 
  • Mama wczoraj znalazła u siebie kokony na zasłonce (w załączniku wysyłam zdjęcie). Czy to są kokony gliniarza naściennego? Mieszkamy w Częstochowie. Pozdrawiam serdecznie i bardzo proszę o odpowiedź, Sandra Plaga
  • Od kilku dni słyszałam ciągłe brzęczenie na szafie. Trochę się bałam zaglądać bo czasem wpada jakiś zbłąkany szerszeń (myślałam, że nie może się wydostać i zdechnie). Wczoraj ściągałam torbę od laptopa i zdziwiło mnie to co ujrzałam. Zrobiłam zdjęcia i pozbyłam się owadów. Nie wiedziałam co to jest, ale znalazłam Pana artykuł. Latającego gliniarza jeszcze nie widziałam być może nie zwróciłam uwagi. Larwy były tylko w 2 kokonach. Trzeci kokon był zamknięty ale po rozłupaniu nie było w nim larwy. W załączeniu przesyłam zdjęcia. Małgorzata Lewczuk.

24.07.2019

O malowaniu kamieni na ulicy Rycerskiej - po co, dlaczego i co z tego wynika

(Fot. Anna Wojszel, 20 lipca 2019 r., Orneta
Dwa pytania są niezwykle ważne. Po co - czyli pytanie o cel. Dlaczego - czyli pytanie o powody, przyczyny, genezę. I w końcu można zapytać, co z tego wynika, że ileś tam osób pomaluje polne kamienie, stare dachówki, wyrzucone butelki czy słoiki. Czy jakaś wartość z tego się rodzi?

Po co malować polne kamienie na ulicy, gdzieś w małym miasteczku? Powyższe zdjęcie dobrze ilustruje odpowiedź (choć nieprecyzyjnie). Właśnie dla takich widoków. By był pretekst i powód do wielopokoleniowego spotykania się ludzi w przestrzeni publicznej, na podwórku, w parku, skwerze. Tym razem spotkaliśmy się na ulicy Rycerskiej w Ornecie. Malutka uliczka w malutkim mieście cittaslow. A wielkie sprawy. Przypatrz się uważnie, a dostrzeżesz. 

Małe rzeczy też są ważne i potrzebne. Nie tylko imprezy masowe z głośną muzyką, dmuchanymi reklamami i straganami z balonikami. Kilkugodzinny plener, wiele rozmów, wiele doświadczeń. Dlaczego kamienie? Bo są za darmo, leżą i  nic nie znaczą. Dostępne, więc ich nie szanujemy, nie cenimy. Zawadzają. Albo stare dachówki. Kłopotliwy gruz poremontowy. Nawet jak mają po sto lat, nawet gdy są efektem unikalnej pracy rzemieślniczej, to po zmianie dachu traktowane są jako niepotrzebny śmieć. Wyrzucić gdzieś do rowu, zasypać jakąś dziurę w ziemi, pozbyć się bo bezwartościowe i zawadzają. Tak samo ze starymi butelkami czy słoikami - zbędne opakowania po przebrzmiałej konsumpcji (niejednokrotnie szybkiej i jednorazowej). Ale przez wspólne spotkanie w przestrzeni publicznej, przez pomalowanie, nabierają nowego sensu, nowego znaczenia. Stają się przydatne, łączymy je z nimi emocje. Nabierają wartości. I cały czas przemawiają w przestrzeni publicznej. Przemawiają o wartości człowieka, o konsumpcji i stylu życia. Na przykład w małym, warmińskim miasteczku.

Spotkanie było niewielkie. Łącznie przewinęło się przez plener - uczestników i widzów - jakieś 50-60 osób (czytaj więcej). A jaki to spotkanie wywarło wpływ? Pomocne w tych rozważaniach będą statystyki "eventu", założonego na Facebooku. Na początek ważne zastrzeżenie: nie wszyscy uczestnicy są internetowi i korzystają z Facebooka. Zatem statystyki odnoszą się tylko do części uczestników i fragmentu wywieranego wpływu. 

Łącznie facebookowe wydarzenie dotarło do blisko 6. tysięcy użytkowników. Zatem to z pozoru małe przedsięwzięcie wywiera spory wpływ. Ponadto efektem pleneru są liczne zdjęcia, wrażenia czy ustne relacje, które kiełkują jeszcze wiele dni, miesięcy czy lat po samym jednodniowym plenerze. 


(Słupki niebieskie - mężczyźni, słupki zielone - kobiety)

Na początek spojrzenie demograficzne. Po pierwsze wyraźnie przeważają kobiety, zwłaszcza widoczne jest to w starszych grupach wiekowych. Efekt ten zauważyłem już na kilku innych "eventach", związanych z działaniami edukacyjnymi i artystycznymi. Jak to interpretować? Czy kobiety są bardziej nastawione prospołecznie? Chętniej udzielają się w inicjatywach społecznych? Może bardziej aktywne są internetowo? Może są bardzie wykształcone? Lub bardziej otwarte na innych i na nowe doświadczenia? O ile przewaga kobiet w grupie do 24 roku życia jest niewielka i mieszcząca się w granicach błędu statystycznego, to w grupach 35-64 ich udział jest ewidentnie większy. Gdzie są i co robią w tym czasie mężczyźni?


Ten wykres jest dla mnie trochę zaskakujący. Plener był inicjatywą ludzi z Olsztyna (Artystyczna Rezerwa Twórcza). Niemniej zniknęliśmy w "tumie" ludzi z Ornety, okolic i... turystów z daleka. Nie spodziewałem się tak znacznego odzewu osób z Ornety (lub pochodzących z Ornety). Ogromnie mnie to cieszy. I pokazuje sens tych małych, kameralnych niemalże spotkań.
Z kolei ten wykres pokazuje największa aktywność: po pierwsze w momencie utworzenia "eventu" na Facebooku i rozesłaniu zaproszeń, po drugie w dniu pleneru. To uwaga dla organizatorów. Zadaniem facebookowego wydarzenie jest nie tylko "być utworzonym" ale ciągle "karmionym" kolejnymi informacjami, zdjęciami, linkami. Przygotowanie i oddziaływanie rozpoczęło się dwa miesiące przez samym plenerem (pomijając wewnętrzne przygotowania i organizację, bo sam pomysł narodził się rok wcześniej).
Powyższy wykres pokazuje zasięg (tylko na Facebooku) kamykowego pleneru. Na około 5,9 tys. odbiorców (489 wyświetleń strony) w samym dniu pleneru było ich 1770. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się tak dużego odbioru. Nawet nie przypuszczałem, że taki jest duży. Czasem warto zajrzeć do statystyk. A sztuczna inteligencja bardzo nam to ułatwia.

Na dwa sposoby można spojrzeć na sens takich plenerów: 1. przez zamieszczone na górze zdjęcie 2. przez pryzmat statystyk. Emocji uchwyconych na zdjęciu nie uchwyci chyba żadna statystyka. Ale z drugiej strony sam obraz może być bardzo nieprecyzyjny i nie ukazywać skali.

Bardzo bym chciał "zobaczyć" efekty plenerowej wystawy kamieni. Orneta daleko, nie mam możliwości usiąść na ławeczce i przez wiele godzin obserwować. Ale może ktoś z miejscowych lub odwiedzających napisze w komentarzach, co z tej wystawy i z tego pleneru wynika? Nie wszystko da się policzyć, zważyć i zmierzyć.... I nie wszystko da się opowiedzieć. Niemniej próbujmy. Niech poplenerowa dyskusja trwa.

17.07.2019

Weta z Nowej Zelandii czyli opowieść o owadzie z czasów dinozaurów, który przybył do Polski w bucie

 (fot. Łukasz Wirowski
Jak to się stało, że przywędrował do mnie owad z Nowej Zelandii? I to taki niezwykły jak na fotografii wyżej? A było to tak, prawie dziesięć lat temu gościła w Olsztynie i na Wyższej Szkole Ekonomii i Informatyki TWP w Olsztynie (w której w tym czasie miałem gościnne wykłady z edukacji ekologicznej i ekologii ) delegacja z Nowej Zelandii. Miałem wtedy okazję po raz pierwszy zetknąć się z kulturą Maorysów. Ale przedstawiłem także krótki wykład o gatunkach obcy, tych z Nowej Zelandii w Polsce i tych europejskich w Nowej Zelandii (sądząc po późniejszych zdarzeniach zapadł on w pamieć). Przy okazji podarowałem moją malowaną butelkę pani ambasador. Była także wystawa etnograficzna oraz rok później konferencja w Warszawie, na którą zostałem zaproszony, ponownie z tematem o gatunkach obcych.



Co wspólnego ma biolog z Olsztyna z wystawą etnograficzną i kulturą Maorysów? W globalnej wiosce wszystko jest możliwe. Mój głos w czasie sesji naukowej w Warszawie dotyczył bioróżnorodności, gatunków obcych oraz ochrony różnorodności biologicznej i różnorodności kulturowej. Warto dodać, że wystawa miała swoją europejską prapremierę w Olsztynie.

 (fot. Łukasz Wirowski
Owady są małe i łatwo podróżują jako pasażerowie na gapę. Na zdjęciu powyżej to nowozelandzka weta - endemiczny gatunek Orthoptera z Nowej Zelandii. Ten konkretny okaz do Polski przybył w... bucie (w walizce). Nowozelandczycy mają zwyczaj zdejmowania i zostawiania butów przed drzwiami. Tak też zrobiła przed wyjazdem córka pan ambasador. A weta okazała się pasażerem na gapę.  Ten owad nie przeżył podróży. Ale znacznie więcej, mniejszych owadów przywozimy nawet na masce samochodu. Co to oznacza dla entomologa? Że musi znać znacznie więcej niż tylko krajową entomofaunę. Nigdy nie wiadomo co się spotka. Ani kto wypowiedź usłyszy lub przeczyta.


"Bardzo mnie zainteresował Pański wykład na temat migracji polskich owadów do Nowej Zelandii i odwrotnie, z Nowej Zelandii do Polski. Chciałbym podzielić się ciekawostką. Przypadkiem, w spakowanym do walizki bucie, przybył do nas nowozelandzki okaz insekta zwanego "weta". Jest on zamrożony i zamknięty w szczelnym pojemniku."

Weta – to endemiczny rodzaj owada z Nowej Zelandii. Owady – w tym jako gatunki obce – dość łatwo przenoszą się z ludźmi jako pasażerowie na gapę. Ten na szczęście dla lokalnej bioróżnorodności nie skolonizował nowego obszaru.

Weta – w szerokim znaczeniu – to zbiorcza nazwa nadawana ponad 70 gatunkom dużych owadów prostoskrzydłych (szarańczaków) z rodzin Anostostomatidae i Rhaphidophoridae. W węższym znaczeniu jest to rodzaj Weta opisany przez Choparda w 1923. W języku polskim pod tą nazwą opisywane są gatunki z rodzaju Deinacrida. Niestety nie potrafiłem oznaczyć rzeczonego okazu, który przyjechał w bucie, do gatunku. Owady określane nazwą weta są gatunkami reliktowymi (przetrwały w niezmienionej formie od niemal 200 milionów lat) i endemicznymi, występującymi jedynie na Nowej Zelandii. Nazwa pochodzi od maoryskich słów wētā punga, oznaczających "bóstwo brzydoty".

Wety są dużymi owadami – największe gatunki, należące do rodzaju Deinacrida, osiągają długość 10 cm (a wliczając czułki i odnóża, może ona przekraczać 30 cm) i ważą nawet 70 gramów. Wety zajmują w swoich nowozelandzkich ekosystemach nisze zbliżone do niszy gryzoni na innych kontynentach, np. myszy i szczurów, które nie występowały na Nowej Zelandii do momentu pojawienia się tam człowieka. Górskie wety (Hemideina maori) są w stanie przeżyć w temperaturze -10 °C – gdy zamrożeniu uległo ponad 75% płynów w ciele owada, ponieważ ich hemolimfa zawiera specjalne białka, zapobiegające tworzeniu się kryształków lodu w komórkach owadów.

U nas nie brakuje także owadów, które mogę przeżyć w minusowej temperaturze. Natomiast najbardziej zbliżony morfologicznie do wety jest turkuć podjadek, z rzędu prostoskrzydłych (Orthoptera).

Przypadkowe zawleczenia roślin, grzybów i zwierząt ciągle się zdarzają. Tylko nieliczne mają szansę na aklimatyzację. Niemniej warto zwracać uwagę w czasie wakacyjnych podróży by niepotrzebnie nie rozprzestrzeniać gatunków inwazyjnych, które mogą czasem stanowić zagrożenie dla lokalnej bioróżnorodności.