26.02.2020

Naukowcy z całego świata ogłaszają klimatyczny stan wyjątkowy

Też się pod tym podpisałem, więc upowszechniam. Niżej fragmenty z tłumaczenia na język polski,  zrealizowanego na zlecenie Wydziału Nauk Przyrodniczych Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach (całość tłumaczenia wraz z wykresami dostępna jest pod tym linkiem, plik pdf).


Moralnym obowiązkiem świata nauki jest ostrzeganie ludzkości przed zbliżającymi się zagrożeniami, a także przedstawienie faktycznego stanu rzeczy. Dlatego wraz z grupą ponad 11000 naukowców z całego świata, sygnatariuszy niniejszego dokumentu, chcielibyśmy jasno i wyraźnie oświadczyć, że planeta Ziemia stoi w obliczu katastrofy klimatycznej. Jednoznacznie wskazują na to opublikowane poniżej dane i wskaźniki.

Dokładnie 40 lat temu, podczas pierwszej Światowej Konferencji Klimatycznej w Genewie w 1979 r., badacze z 50 krajów wspólnie uznali, że alarmujące zjawiska klimatyczne wymagają podjęcia pilnych działań. Od tego czasu podobne ostrzeżenia zostały ogłoszone na szczycie w Rio w 1992 r., w protokole z Kioto z 1997 r. i w Porozumieniu Paryskim z 2015 r., a także na wielu innych międzynarodowych konferencjach i w otwartych apelach badaczy, podkreślających niedostateczny postęp w tej kwestii (Ripple et al. 2017). Pomimo to, wciąż obserwujemy wzrost emisji gazów cieplarnianych, wywierający coraz bardziej szkodliwy wpływ na klimat naszej planety. Ludzkość musi podjąć zdecydowane działania, i to na nieporównywalnie większą skalę niż dotychczas, jeśli chcemy ocalić naszą biosferę i uniknąć nieopisanych cierpień z powodu kryzysu klimatycznego (IPCC 2018).

Publiczną debatę na temat zmian klimatu zdominowały dane dotyczące globalnej temperatury powierzchni Ziemi, które jednak nie są adekwatnym miernikiem działalności człowieka i nie odzwierciedlają w pełni realnych zagrożeń związanych z globalnym ociepleniem (Briggs et al. 2015). Decydenci polityczni i szeroka opinia publiczna muszą również poznać inne dane, dające lepsze wyobrażenie o wpływie działalności człowieka na poziom gazów cieplarnianych w atmosferze i jak zmieniają one nasz klimat, środowisko naturalne i społeczeństwo. Opierając się na wcześniejszych badaniach (...), chcielibyśmy przedstawić wskaźniki obrazujące istotne zmiany klimatyczne jakie dokonały się w ciągu ostatnich 40 lat w wyniku ludzkiej działalności (....), a także skutki owych zmian (...). Przytaczamy jedynie te dane, które są jasne i zrozumiałe, i które były systematycznie gromadzone przez co najmniej 5 ostatnich lat i aktualizowane przynajmniej raz w roku.

Kryzys klimatyczny jest ściśle związany z nadmierną konsumpcją towarzyszącą kosztownemu stylowi życia. To właśnie najzamożniejsze kraje są głównie odpowiedzialne za rekordowe emisje gazów cieplarnianych (GHG) i na ogół odnotowują również największą emisję na osobę (...). W niniejszym artykule przedstawiamy ogólne prawidłowości, głównie na skalę światową, zdając sobie sprawę, że w sprawę ratowania klimatu angażują się również poszczególne regiony i kraje. Wskaźniki zostały opracowane w taki sposób, aby mogły z nich korzystać różne grupy społeczne, decydenci, świat biznesu, i wszyscy, którzy pracują nad wdrożeniem postanowień Porozumienia Paryskiego, Celów Zrównoważonego Rozwoju ONZ i Celów Aichi.

Do najbardziej niepokojących przejawów działań człowieka można zaliczyć stały wzrost liczby ludzi i pogłowia hodowanych przez ludzi przeżuwaczy, wzrost produkcji mięsa na osobę, wzrost światowego produktu krajowego brutto, rosnącą utratę pokrywy leśnej na świecie, a także wzrost zużycia paliw kopalnych, liczby pasażerów linii lotniczych, ogólnej emisji dwutlenku węgla (CO2) oraz emisji CO2 na osobę od 2000 r. (...). Do pozytywnych sygnałów można zaliczyć spadek dzietności na świecie (...), spowolnienie utraty lasów w brazylijskiej Amazonii (...), wzrost wykorzystania energii słonecznej i wiatrowej (...), instytucjonalna dezinwestycja w sektorze paliw kopalnych o wartości ponad 7 bilionów USD (...) oraz rosnący udział emisji gazów cieplarnianych objętej opłatami węglowymi (...). Jednakże w ciągu ostatnich 20 lat można zaobserwować znaczne spowolnienie spadku dzietności na świecie (...), a tempo spadku powierzchni lasów w brazylijskiej Amazonii zaczęło ponownie rosnąć (...). Zużycie energii słonecznej i wiatrowej wzrastało o 373% na dekadę, ale w 2018 r. nadal było 28 razy mniejsze niż zużycie paliw kopalnych (łączne zużycie gazu, węgla, i ropy naftowej; ...). W 2018 r. około 14% światowej emisji gazów cieplarnianych objęte było opłatami (...), ale średnia cena za tonę dwutlenku węgla (ważona globalną emisją) wynosiła tylko około 15,25 USD (Wykres 1n). Uważamy zatem, że opłata za emisję dwutlenku węgla powinna znacznie wzrosnąć (IPCC 2018, sekcja 2.5.2.1). Oprócz tego roczne dopłaty do paliw kopalnych udzielane przedsiębiorstwom energetycznym ulegały wahaniom, ale w 2018 r. gwałtownie wzrosły i przekroczyły 400 mld USD (...).
(...)
Szczególnie niepokojące są pojawiające się równolegle trendy w kluczowych przejawach ludzkiego wpływu na klimat (Wykres 2, plik uzupełniający S2). Wciąż rosną poziomy trzech najistotniejszych gazów cieplarnianych atmosferze (CO2, metan i podtlenek azotu) (patrz Wykres S1, ze szczególnym uwzględnieniem bardzo niepokojącego skoku poziomu CO2 w 2019 r.), podobnie jak temperatura powierzchni Ziemi (Wykres 2a-2d). W skali globalnej obserwujemy gwałtowne zanikanie pokrywy lodowej, o czym świadczy malejąca powierzchnia arktycznego lodu morskiego w czasie wrześniowego minimum, zmniejszająca się masy pokrywy lodowej Grenlandii i Antarktydy, oraz grubość lodowców na całym świecie (Wykres 2e-2h). Temperatura oceanów, odczyn oceanów, poziom morza, obszar objęty pożarami w Stanach Zjednoczonych oraz ekstremalne warunki pogodowe i wartość związanych z nimi szkód wykazują tendencję wzrostową (Wykres 2i-2n). Przewiduje się, że zmiany klimatu będą miały ogromny wpływ na życie morskie, słodkowodne i lądowe, począwszy od planktonu i koralowców, na rybach i lasach kończąc (IPCC 2018, 2019). Zjawiska te jasno wskazują na potrzebę podjęcia niezwłocznych działań.
(...)
Pomimo trwających 40 lat międzynarodowych rozmów w sprawie klimatu, z nielicznymi wyjątkami działaliśmy dotąd na dotychczasowych zasadach (business-as-usual) i w dużej mierze nie udało nam się rozwiązać problemu (Wykres 1). Kryzys klimatyczny już nastąpił i postępuje szybciej niż spodziewała się tego większość naukowców (Wykres 2, IPCC 2018). Jest on poważniejszy niż przewidywano, i zagraża istnieniu całych ekosystemów i ludzkości (IPCC 2019). Szczególnie niepokojące są potencjalne nieodwracalne punkty krytyczne dla klimatu i sprzężenia zwrotne zachodzące w przyrodzie (atmosferyczne, morskie i lądowe), które mogą doprowadzić do katastroficznego stanu "Ziemi w fazie szklarni" już bez względu na podejmowane przez nas działania (Steffen et al. 2018). Owe klimatyczne reakcje łańcuchowe mogą doprowadzić do wielkich zniszczeń w ekosystemach, w ludzkim społeczeństwie i gospodarce, a także sprawić, że duże obszary Ziemią staną się niezdatne do zamieszkania.

Aby zapewnić ludzkości zrównoważoną przyszłość na Ziemi, musimy zmienić nasze życie w taki sposób, by poprawić kluczowe wskaźniki przedstawione na wykresach poniżej. Wzrost gospodarczy i wzrost liczby ludności są jednymi z najważniejszych czynników powodujących wzrost emisji CO2 pochodzących ze spalania paliw kopalnych (Pachauri et al. 2014, Bongaarts i O'Neill 2018), dlatego też potrzebujemy odważnych i radykalnych zmian w polityce gospodarczej i ludnościowej. Proponujemy przeprowadzenie sześciu kluczowych i wzajemnie powiązanych zmian (w dowolnej kolejności), które rządy, przedsiębiorstwa i cała ludzkość mogłyby wprowadzić, aby złagodzić najgorsze skutki zmian klimatu. Co istotne, nie są to jedyne działania, które można lub należy podjąć (Pachauri et al. 2014, IPCC 2018, 2019).

Energia
Świat musi szybko wdrożyć zakrojone na szeroką skalę rozwiązania w zakresie efektywności energetycznej i ochrony środowiska oraz zastąpić paliwa kopalne niskoemisyjnymi źródłami odnawialnymi (Wykres 1h) i innymi czystszymi źródłami energii, jeśli są one bezpieczne dla ludzi i środowiska (Wykres S2). Powinniśmy pozostawić pozostałe zapasy paliw kopalnych w ziemi (zob. ramy czasowe w IPCC 2018) i ostrożnie dążyć do skutecznej negatywnej emisji przy użyciu technologii takich jak wychwytywanie węgla ze źródła emisji i z powietrza, a zwłaszcza poprzez wzmacnianie systemów naturalnych (zob. "Przyroda"). Bogatsze kraje muszą wspierać biedniejsze kraje w procesie odchodzenia od paliw kopalnych. Musimy szybko zrezygnować z dotacji do paliw kopalnych (Wykres 1o), a także zastosować skuteczną i sprawiedliwą politykę rosnących cen paliw opartych na węglu, aby ograniczyć ich wykorzystanie.

Zanieczyszczenia krótkotrwałe 
Musimy niezwłocznie ograniczyć emisję krótkotrwałych zanieczyszczeń, które najbardziej wpływają na klimat, w tym metanu (Wykres 2b), czarnego węgla (sadzy) i fluorowęglowodorów (HFC). Może to spowolnić sprzężenia zwrotne i w ciągu kilku następnych dziesięcioleci zmniejszyć bieżący trend ocieplenia o ponad 50%, ratując w ten sposób życie milionów ludzi i zwiększyć plony dzięki zmniejszonemu zanieczyszczeniu powietrza (Shindell et al. 2017). Pewną nadzieję daje tu Poprawka z Kigali z 2016 r. dotycząca stopniowego zmniejszania emisji HFC.

Przyroda 
Musimy chronić i odbudowywać ekosystemy na Ziemi. Fitoplankton, rafy koralowe, lasy, sawanny, użytki zielone, mokradła, torfowiska, gleby, namorzyny i trawy morskie w znacznym stopniu przyczyniają się do sekwestracji atmosferycznego CO2. Rośliny, zwierzęta i mikroorganizmy morskie i lądowe odgrywają istotną rolę w obiegu i magazynowaniu węgla i składników odżywczych. Musimy szybko ograniczyć utratę siedlisk i bioróżnorodności (...), chroniąc pierwotne i nienaruszone lasy, zwłaszcza te magazynujące znaczne ilości węgla, oraz inne lasy o zdolności do szybkiej sekwestracji dwutlenku węgla, przy jednoczesnej masowej intensyfikacji zalesiania i odbudowywania lasów. Chociaż tę strategię ogranicza do pewnego stopnia kwestia dostępności gruntów, to dzięki tym naturalnym rozwiązaniom (Griscom et al. 2017) można by uzyskać aż jedną trzecią redukcji emisji postulowanej na rok 2030 w Porozumieniu Paryskim (tzn. prowadzącego do wzrostu temperatury poniżej 2°C).

Żywność
Dieta oparta głównie na produktach pochodzenia roślinnego i jednoczesne ograniczenie globalnego spożycia produktów zwierzęcych (...), zwłaszcza pochodzących od przeżuwaczy (Ripple et al. 2014), może poprawić zdrowie ludzi i znacząco obniżyć emisję gazów cieplarnianych (w tym metanu zob. "Zanieczyszczenia krótkotrwałe "). Tym sposobem, zwiększy się obszar gruntów pod uprawę bardzo potrzebnej żywności roślinnej dla ludzi (zamiast paszy dla zwierząt gospodarskich), a jednocześnie część ziemi pod pastwiska będzie mogła zostać wykorzystana do wprowadzenia naturalnych rozwiązań klimatycznych (zob. "Przyroda"). Niezwykle ważne są rozwiązania takie jak uprawa zminimalizowana (minimum tillage, o ograniczonej intensywności oddziaływania na glebę – przyp. tłum.), dzięki której zostaje zwiększona zawartość węgla w glebie. Musimy również drastycznie ograniczyć ogromną ilość niepotrzebnie marnotrawionej i wyrzucanej żywności na całym świecie.

Gospodarka 
Aby osiągnąć długoterminowy zrównoważony rozwój biosfery, musimy jak najszybciej ograniczyć nadmierne wydobycie surowców i eksploatację ekosystemów, które towarzyszą nieustannemu wzrostowi gospodarczemu. Potrzebujemy gospodarki bezwęglowej, opartej na zrozumieniu naszej zależności od biosfery, oraz rozwiązań politycznych, które odpowiednio ukierunkują decyzje gospodarcze. Naszym celem nie powinno być utrzymanie nieustannego wzrostu PKB i dążenie do coraz większego bogactwa, ale zachowanie ekosystemów i poprawa jakości życia poprzez przyznanie priorytetu podstawowym ludzkim potrzebom i zmniejszenie nierówności społecznych.

Populacja
Należy zahamować wzrost populacji ludzkiej, a następnie stopniowo zredukować jej liczebność, bez uszczerbku dla spójności społecznej. W tym momencie liczba ludzi na ziemi wzrasta o około 80 milionów rocznie, czyli ponad 200 000 dziennie (Wykresy 1a-b). Sytuację można zmienić przy pomocy sprawdzonych i skutecznych rozwiązań politycznych, które wzmacniają prawa człowieka, a jednocześnie obniżają dzietność i zmniejszają wpływ wzrostu liczby ludności na emisje gazów cieplarnianych (GHG) i utratę różnorodności biologicznej. Strategia ta zakłada powszechną dostępność usług w zakresie planowania rodziny i pełne równouprawnienia płci, w tym wykształcenie podstawowe i średnie jako globalną normę dla wszystkich, szczególnie wśród dziewcząt i młodych kobiet (Bongaarts i O'Neill 2018).

Wnioski 
Złagodzenie zmian klimatycznych i dostosowywanie się do nich, przy jednoczesnym poszanowaniu różnorodności poszczególnych społeczeństw, wymaga znacznych zmian w sposobie funkcjonowania naszego globalnego społeczeństwa i stosunku do ekosystemów. Duże nadzieje budzi w nas niedawny widoczny wzrost obaw przed katastrofą. Instytucje rządowe składają deklaracje w sprawie sytuacji kryzysowej dotyczącej klimatu. Strajkuje młodzież szkolna. Przed sądami toczą się procesy o niszczenie środowiska. Ruchy obywatelskie domagają się zmian, a wiele państw, regionów, miast i przedsiębiorstw stara się reagować.

Jako Sojusz Naukowców Świata (Alliance of World Scientists) jesteśmy gotowi służyć pomocą w przejściu do zrównoważonej i sprawiedliwej przyszłości. Chcielibyśmy, aby przedstawione poniżej wskaźniki pozwoliły politykom, sektorowi prywatnemu i społeczeństwu lepiej zrozumieć skalę kryzysu, śledzić postępy w trakcie wdrażania koniecznych zmian, a także na nowo określić priorytety w polityce łagodzenia zmian klimatu. Co ważne, zmiana uwzględniająca sprawiedliwość społeczną i ekonomiczną gwarantuje o wiele lepsze warunki życia, niż jeśli nie będziemy niczego zmieniać. Mamy największe szanse na sukces, jeśli decydenci i cała ludzkość odpowiednio szybko zareagują na zagrożenie katastrofą klimatyczną oraz podejmą odpowiednie działania na rzecz podtrzymania życia na planecie Ziemia – naszym jedynym domu. (...)

Całość dokumentu: https://scientistswarning.forestry.oregonstate.edu/

20.02.2020

W obronie pracy magisterskiej

Czy wprowadzać zakaz szycia butów, gdy się okaże, że kilku szewców to partacze? Byłoby to wylewanie dziecka z kąpielą. Zamiast likwidować lepiej usunąć usterki i dbać o jakość. To porównanie jest wprowadzeniem do dyskusji o tym, czym jest, a czym powinna być praca magisterska i dyplomowa w szerszym sensie.

Czy praca magisterska (a szerzej pisemna praca dyplomowa) jest zbędnym archaizmem, nieprzystającym do masowego kształcenia na poziomie wyższym? Czy też raczej niezbędnym potwierdzeniem umiejętności pracownika gospodarki opartej na wiedzy? I w końcu, czy jest jedynie formą egzaminu, czy też także tworzeniem sytuacji edukacyjnej?

Wśród głosów za zlikwidowaniem pracy magisterskiej, które silniej pojawiły się ładnych kilka lat temu, podawane są przykłady różnych nieprawidłowości: niesamodzielność, możliwość pisania na zamówienie, niski poziom. Jednak w wydrukowanej pracy dyplomowej pozostaje pewien trwały ślad, który można zweryfikować nawet po latach. Komisje akredytacyjne zwracają uwagę m.in. na prace magisterskie. A po egzaminie nie pozostaje żaden ślad, poza oceną w protokole. Czy komisja 3−4−osobowa nie jest bardziej narażona na „nieprawidłowości” i posądzanie o „przymykanie oka”, zaniżanie poziomu, nieobiektywne ocenianie, korupcję itd.? Czy w ślad za likwidacją prac magisterskich nie pojawią się głosy, żeby nagrywać i archiwizować przebieg egzaminów magisterskich (komputerowe dyski są pojemne)? Na fali teczek, nagrywania, podsłuchiwania, podglądania i takie głosy są bardzo prawdopodobne. Jeszcze tylko agenci specjalni z Centralnego Biura Antykorupcyjnego i jesteśmy w Orwellowskiej krainie absurdu. Przyczyną jest wzrost nieufności w całym społeczeństwie a nie w jakości prac dyplomowych. Oczywiście są jeszcze i inne powody.

W niniejszej wypowiedzi przedstawiam subiektywny punkt widzenia, na podstawie niereprezentatywnego własnego doświadczenia z nauk biologicznych i ponad 30-letniego doświadczenia pracy akademickiej. Mimo tego osobistego kontekstu niniejszy artykuł aspiruje do uniwersalności. Jest głosem w dyskusji, mam nadzieję, że ważnej i potrzebnej.

Własne doświadczanie i poszukiwanie

Po raz pierwszy zastanawiałem się nad pracą magisterską, gdy w czasie studiów przyszło mi napisać własną. Nie było dostępnych książek i poradników, w większości trzeba było zdać się na promotora oraz na naśladownictwo: zobaczyć, jak wyglądają inne prace magisterskie (naśladowanie formy, nie treści). Kolejna refleksja nad strukturą pracy naukowej pojawiła się przy pisaniu doktoratu. Czym on ma się różnić od pracy magisterskiej? Objętością? A może długością badań terenowych? A może większa samodzielnością w stawianiu problemu, doboru metod, sposobom analizy danych i przedstawiania wyników? Następnym krokiem była rola promotora – trzeba było opowiedzieć innym, jak ma wyglądać praca magisterska. Doświadczenie własne było zbyt skąpe, dlatego intensywniej poszukiwałem opracowań dotyczących zakresu i konstrukcji pracy dyplomowej. Na szczęście po roku 1989 na rynku wydawniczym pojawiało się coraz więcej książek oraz czasopism, w których drukowane były mniej lub bardziej kompletne przemyślenia na ten temat. Gdy uzyskałem habilitację i włączyłem się do prac macierzystej rady wydziału, pojawiła się kolejna konieczność pogłębionych rozmyślań nad tym, co wydawało się już rozstrzygnięte. Na mojej półce znacznie przybyło książek odnoszących się do sensu i technologii prowadzenia badań i pisania prac dyplomowych czy publikacji naukowych jako takich.

W ramach akredytacji niezbędne stało się ponowne określenie standardu pracy magisterskiej. Tym razem nie był to problem indywidualny, ale konieczność przedyskutowania rozwiązań w różnych dyscyplinach biologicznych oraz pojawiających się możliwości technicznych. Bo przecież w ciągu ostatnich 30-40 lat prace dyplomowe znacznie się zmieniły. Na dodatek pojawiła się konieczność sformułowania standardów pracy licencjackiej. Skoro student biologii ma najpierw napisać pracę licencjacką, a potem magisterską, to czym one się różnią i czego oczekiwać w zakresie edukacyjnym?

Powtarzające się cyklicznie dyskusje nad sensem i strukturą pracy magisterskiej, w ostatnich latach nabrały zupełnie nowego wymiaru. Jakiś czas temu pojawił się projekt… zlikwidowania prac magisterskich i zastąpienia ich egzaminem (pomysł ten co jakiś czas odzywa). Jak dotąd, nie spotkałem się z sensowną i przekonującą argumentacją za zlikwidowaniem pracy magisterskiej. Nie wiem, jak to jest w innych dyscyplinach, ale brak takiej pracy na kierunku biologia (czy innych dyscyplinach nauk przyrodniczych) wydaje mi się szkodliwym krokiem wstecz. Być może nie szukałem zbyt gorliwie. Niektórzy złośliwie mówią, że likwidacja pracy magisterskiej to „prostowanie ścieżek” dla tych brakami w wykształceniu, a więc obniżanie poziomu kształcenia. Myślę, że wszelkie wątpliwości i niepokoje zniknąć mogą w toku szerokiej i poważnej dyskusji. Tę dyskusję prowadzą nieustannie od kilkunastu lat.

Wśród głosów za zastąpieniem pracy magisterskiej jedynie egzaminem, pojawiają się uwagi, że wiele (część? zbyt dużo?) prac magisterskich jest wykonywanych niesamodzielnie, że inne są miernej wartości itd. Ale czyż wyrzuca się skrzynkę jabłek, gdy znajdzie się kilka zgniłków? Czyż nie właściwsza byłaby staranniejsza kontrola jakości? Są komisje akredytacyjne, są różnorodne rankingi kierunków, wydziałów i uczelni. Możliwe, że to pracownicy na uczelniach nie nadążali w czasach wyżu demograficznego z wymyślaniem sensownych tematów badawczych. A może są przepracowani i obarczeniu nadmiarem innych papierkowych obowiązków? Jednocześnie za prowadzenie magistranta na uczelniach dostajemy znacznie zmniejszona liczbę godzin (np. 5 godzin na 2 lata pracy). Zmniejszenie pensum spowodowane było nadgodzinami w czasach wyżu demograficznego. On już minął i można wrócić do normalności i rzeczywistego czasu pracy promotora. Po co mamy wprowadzać tutoring gdy rezygnujemy z pracy mistrz-uczeń w czasie prowadzenia badań i przygotowywania pracy magisterskiej?

Kiedyś także byłem studentem, w mniejszym lub większym stopniu widziałem, jak bywają czasem pisane prace magisterskie. Potem, w czasie wizyt u znajomych w różnych uczelniach w kraju i za granicą, siłą rzeczy oglądałem wiele prac dyplomowych. Dzieci znajomych też były na studiach. Dlatego ośmielam się subiektywnie pisać: wątpię, aby współczesne prace magisterskie były mniej samodzielne i mniej rzetelne od tych pisanych przed 30-40 laty. Dawniej też zdarzały się przypadki pisania prac na zlecenie (za kogoś). Tyle tylko, że nie było Internetu i wyspecjalizowanych „firm”. Teraz, na szczęście, dzięki zdobyczom techniki, wszystkie te oszustwa i niedociągnięcia są łatwiejsze do wykrycia. I bardzo dobrze. Większa wykrywalność nie świadczy o większym odsetku nieprawidłowości.

Ważniejsza jest inna kwestia, poruszona przez red. Filipa w 2007 roku na łamach Forum Akademickiego: jaki jest sens pracy magisterskiej? Po co i do czego ona nam w kształceniu wyższym służy? Na to pytanie ciągle musimy sobie odpowiadać. W tym kontekście to nawet i dobrze, że pojawiła się groźba likwidacji i zmiany formuły egzaminu magisterskiego. Mobilizuje do zaangażowanej dyskusji.

Zakuć, zaliczyć, zapomnieć

I chyba należy zacząć od rozważań ogólnych na temat kształcenia. Z tego powinna wynikać potrzeba (lub jej brak) oraz forma pracy dyplomowej, zarówno licencjackiej, jak i magisterskiej.

Cywilizacyjnie wydłuża się okres nauki i czasu, jaki młode pokolenie spędza w szkole. Najpierw przedszkole, potem 6 lat podstawówki, 3 lata gimnazjum, 3 lata liceum (teraz 8 lat podstawówki i 4 liceum ponownie). Po 12 latach nauki kolejne 5 na studiach i ewentualnie 4 na studiach doktoranckich. W sumie ponad 20 lat w ławie szkolnej. Czas trwania dorastania jednego pokolenia. Takie są koszty gospodarki opartej na wiedzy. I raczej należy się spodziewać wydłużenia czasu edukacji. Bo będziemy uczyli się przez całe życie, ustawicznie.

Szkoła to nie jest życie i praca zawodowa. To dopiero etap przygotowawczy. Nauka zorganizowana z dominującym systemem klasowo−lekcyjnym (na studiach podobnie) ma swoje wady: zbyt dużo czasu nad książką, zbyt mało na rozwiązywaniu rzeczywistych problemów. Już dawno zauważono, że część wiedzy zdobyta w szkole… przydatna jest tylko do nauki szkolnej, później staje się zupełnie zbędna. Przysłowiowe „zakuć, zaliczyć, zapomnieć” nie wzięło się znikąd. Czasem niektórzy proponują jeszcze „zapić”, aby łatwiej było zapomnieć to, co i tak jest zbędnym balastem. Nauka dla ocen, egzaminów i stypendiów to nie to samo, co nauka rozwiązywania rzeczywistych problemów. W ostatnim czasie coraz głośniej i częściej podkreślana jest konieczność zbliżenia kształcenia uniwersyteckiego do potrzeb i problemów gospodarki. Temu służą m.in. nowe programy, praktyki zawodowe, nowe formy zajęć dydaktycznych, nowe standardy.

Jeszcze jeden egzamin zamiast działania?

Od jakiegoś czasu coraz częściej w dydaktyce wykorzystuję metodę projektu. Okazuje się, że studenci zaoczni (starsi i z doświadczeniem) lepiej sobie radzą w pracach organizacyjnych. W gruncie rzeczy nie jest to dziwne. Po prostu naszym studentom brakuje doświadczenia praktycznego i wszechstronnej wiedzy, w tym skutecznego działania i rozwiązywania rzeczywistych problemów w grupie różnowiekowej. Bo zbyt często zdają egzaminy „z pieczenia chleba” zamiast upiec choć jeden bochenek. Pora więc na pytanie: czy praca magisterska zbliża do realnego życia, czy jest bardziej sztuką dla sztuki?

Studenci w toku nauki mają wiele egzaminów, w większości pisemnych. Są to w zasadzie wypowiedzi krótkie w formie, bardziej dotyczące wiadomości niż sposobu myślenia i umiejętności. Bo znacznie trudniej jest sprawdzić te ostatnie. Także różnego rodzaju prace pisemne – zaliczeniowe, semestralne, seminaryjne – są zazwyczaj stosunkowo krótkie. W zasadzie student biologii (czy biotechnologii lub mikrobiologii, bo takich tez kształcimy na naszym wydziale) pisze obecnie dwie dłuższe prace dyplomowe: licencjacką i magisterską. Jeśli zastąpić pracę magisterską egzaminem, to przybędzie jeszcze jeden egzamin (pośród całej ich wielości), a nie zostanie nic, co wymagałoby napisania dłuższej i starannej pracy. Jest to więc zawężenie umiejętności i obniżenie poziomu kształcenia.

Moim zdaniem, kształcenie uniwersyteckie jest uczeniem myślenia i naukowego rozwiązywania problemów. Te umiejętności bardzo przydatne są w nowoczesnej gospodarce opartej na wiedzy. Umiejętność logicznego myślenia, stawiania sobie celów, dobierania metod, krytycznej analizy uzyskanych rezultatów może być kształcona na różnych kierunkach.

Praca dyplomowa, zarówno licencjacka, jak i magisterska, jest (lub przynajmniej powinna być) formą zajęć indywidualnych, gdy uczeń terminuje u mistrza. Praca magisterska to nie tylko maszynopis finalny. W ciągu dwóch lat trzeba postawić problem badawczy, dobrać metody, wykonać obserwacje lub eksperyment, właściwie opisać uzyskane wyniki, skonfrontować je z istniejącym stanem wiedzy. To uczy logicznego myślenia i zaplanowanego, wielomiesięcznego, wytrwałego wysiłku. Ale praca magisterska to coś więcej. Trzeba nauczyć się kompozycji tekstu naukowego, czyli opracowania raportu. Taka umiejętność przyda się w każdej firmie na większości stanowisk kierowniczych i pomocniczych. Ponadto trzeba nauczyć się poprawnego wykorzystywania pracy innych autorów (cytowanie, prawa autorskie). Ale magistrant musi jeszcze samodzielnie pracę napisać na komputerze, zapoznać się z edycją tekstów. W końcu wydrukować, oprawić i… przygotować kilkuminutową prezentację. Ale przygotowując swoją pracę magisterską, student musi nauczyć się wyszukiwać źródła (w bibliotece i Internecie), robić notatki, współpracować z „redakcją”. Współpraca z promotorem i nanoszenie kolejnych poprawek jest wstępem do ewentualnej, przyszłej współpracy z redakcją czasopism naukowych i branżowych. Jest więc ważnym elementem uczenia się współpracy w grupie różnowiekowej (a nie tylko jednowiekowej kohorcie klasy−roku).

W trakcie egzaminu magisterskiego (przynajmniej na moim wydziale), poza oceną samej pracy magisterskiej, student musi przedstawić ją w formie prezentacji multimedialnej oraz odpowiedzieć na trzy pytania z różnego zakresu, w tym jedno dotyczące tematu pracy. Tak więc praca magisterska jest elementem egzaminu końcowego. Cóż proponowane jest w zamian? Więcej pytań na egzaminie? Więcej czasu na odpowiedź? Większy zakres materiału?

Prace egzaminacyjne studenci piszą ręcznie, czasem w formie bardzo lakonicznej (np. testy). Jak więc sprawdzić ich umiejętności pracy z komputerem, edycją tekstów, formatowaniem dokumentów? Osobny egzamin teoretyczny? Ile okazji studenci mają do przygotowania i wygłoszenia referatu w warunkach dużego stresu i z wykorzystaniem nowoczesnych środków audiowizualnych? Oczywiście, już nowa matura przewiduje prezentację (ale liczne głosy chcą likwidacji takiej matury). Potem na niektórych zajęciach można podobne umiejętności rozwijać i doskonalić. Ale czy to wystarczy?

Nauka różnych form wypowiedzi

W moim rozumieniu, przynajmniej dla studenta biologii, praca magisterska jest ukoronowaniem nauki i udowodnieniem swoich wszechstronnych umiejętności, nie tylko z zakresu samej wiedzy „świadomościowej”. Jest swoistą wizytówką i listem polecającym, który można pokazać potencjalnemu pracodawcy (nie tylko dyplom z ocenami).

Uczę swoich studentów realizować projekty, pisać krótkie teksty do mediów, występować przed mikrofonem i kamerą (w trakcie realizacji projektów). Uczę wykonywania krótkich eksperymentów i badań terenowych, uczę – w trakcie zajęć kursowych oraz prac koła naukowego – jak przygotowywać prezentację na konferencje, pisać krótkie prace naukowe. Żadne z tych działań nie są w stanie zastąpić pisania pracy licencjackiej i magisterskiej. I uważam, że należy zwiększać liczbę takich szans: praca licencjacka, praca magisterska, metoda projektu, prace badawcze w kołach naukowych itd., a nie ograniczać się jedynie do „wyższej szkoły podstawowej” z egzaminami i pracami klasowymi.

Etapy poznania naukowego

Kształcenie uniwersyteckie na wielu kierunkach (mam na myśli przynajmniej kierunki przyrodnicze) jest przygotowaniem do samodzielnego rozwiązywania problemów, planowania i realizowania badań naukowych w szerokim sensie. Praca magisterska jest poświadczeniem tych umiejętności, jak również znakomitą sytuacją edukacyjną. To drugie, moim zdaniem, jest nawet ważniejsze.

Najogólniej nauką nazywamy to, co uprawiają naukowcy. Jest to uporządkowany sposób obserwowania rzeczywistości (świata) z wypracowaną metodologią, jak i sposób opisywania świata. Można powiedzieć, że jest to profesjonalna obserwacja i proces poznawania, właściwe każdemu człowiekowi. W dużym stopniu obserwacje („nagie fakty”) powiązane są z teorią. Wiedza ma postać struktury. W zasadzie nie można oddzielić obserwowanych faktów od teorii. Metodologia poznania naukowego dość dobrze opisuje te zależności.

W historii nauki przypisywano kluczowe znaczenie różnym elementom procesu poznawczego. Zwracano uwagę na obserwacje i uogólnienia z nich wynikające (indukcjonizm), na logiczne zależności między elementami wiedzy (redukcjonizm), zaplanowane eksperymenty i testowanie hipotez (falsyfikacjonizm Poppera), w końcu dostrzeżono wagę teorii (paradygmat Kuhna, twardy rdzeń Lakatosa). W nauce coraz silniej zauważa się aspekt historyczny oraz powolne rozbudowywanie i przebudowywanie „gmachu” wiedzy.

Proces poznawczy możemy podzielić na dwa elementy: kontekst odkrycia i kontekst uzasadnienia. Metodologia naukowa opisuje i poddaje rygorom ten drugi aspekt – uzasadnienie. Odkrycie, jako proces twórczy, jest bardziej ulotne. W przypadku prac dyplomowych (licencjackiej i magisterskiej) student uczy się w zasadzie warsztatu uzasadniania. Ale jeśli dobrze zorganizować środowisko edukacyjne, to uczy się także kontekstu odkrycia.

Ze względu na różnorodne elementy procesu poznania naukowego prace naukowe – a więc także prace licencjackie i magisterskie – podzielić możemy na: 1) przeglądowe, 2) opisowe, 3) badawcze (eksperymentalne) i 4) teoretyczne. W pracach inżynierskich wyróżnić można prace aplikacyjne i prace projektowe. W wyróżnionych typach prac silniejszy akcent położono na jeden element. Wszystkie mają charakter naukowy (oraz projektowy w przypadku studiów inżynierskich), choć mogą mieć różną strukturę, podporządkowaną głównemu celowi i charakterowi pracy.

Każda praca naukowa (pełen proces poznania naukowego) składa się z czterech etapów, choć nie wszystkie muszą być wyraźnie wyartykułowane.

1. Zapoznanie się ze stanem wiedzy (prace przeglądowe), czyli to, co wiadomo z badań innych i to, czego jeszcze nie wiadomo. W pracy magisterskiej znajduje się to we wstępie. Niektóre publikacje naukowe składają się tylko z tej części – są to prace przeglądowe. Zarówno rozdział w pracy magisterskiej (czy publikacji naukowej), jak i praca przeglądowa, zawierają elementy twórczej analizy dorobku i stanu wiedzy. To nie jest prosta wyliczanka jedynie tego, co zrobili inni. To także próba usystematyzowania, uporządkowania wiedzy w danym zakresie. A przede wszystkim wskazanie luk i białych plam, nasuwających się problemów itd.

2. Opis (prace opisowe). To „nudne” prace opisujące nowe obiekty: gatunki, elementy struktury organizmów (od anatomii, przez fizjologię aż do genów) oraz układy ekologiczne: zgrupowania, biocenozy, ekosystemy. Prace magisterskie wykonywane pod moim kierunkiem dotyczą właśnie opisu biocenozy – fauny chruścików w różnych układach: poszczególnych jeziorach, rzekach (ogólnie: typach zbiorników), typach krajobrazu, obszarach chronionych. Różny jest cel tego opisu. Najczęściej pojedyncza praca magisterska jest elementem szerszych badań. Z jednego opisu niewiele wynika, natomiast z opisu wielu obiektów wynika już bardzo dużo. Nauka jest przedsięwzięciem zespołowym. W wyniku dokonanego opisu nasuwają się wnioski natury ogólnej i niezaplanowane hipotezy, interpretacje itd. Celem takich badań jest wykonanie opisu, nie można więc stawiać hipotez zerowych. Czasem tego typu prace wydają się nudne czy „nienaukowe”. Są jednak niezbędne. Ale żeby były przydatne, opis musi być standardowy, umożliwiający łatwe porównywanie. Na podstawie opisów i dokładniejszych analiz statystycznych pojawiają się zależności i przypuszczenia. Należy pamiętać, że są to zależności statystyczne, a nie przyczynowo−skutkowe, sugerują związek, lecz go nie dowodzą.

3. Eksperyment (prace eksperymentalne: testowanie hipotez dotyczących wyjaśnienia struktury i funkcjonowania). W wyniku zebrania opisów wielu obiektów rodzą się pytania: dlaczego opisywany obiekt jest taki, a nie inny, jak wytłumaczyć jego strukturę, jak funkcjonuje, jak się zmienia itd. Na podstawie prac opisowych rodzą się hipotezy robocze. Po postawieniu takiej hipotezy można zaplanować eksperyment, pozwalający ją odrzucić lub utrzymać. Jako cel badawczy tego typu prac stawia się sfalsyfikowanie jakiejś hipotezy. Tego typu prace są najciekawsze. Podkreślić jednak trzeba, że nie są one możliwe bez wcześniejszych badań opisowych (trzeba kreować hipotezy i mieć co testować). Eksperymenty pomagają odkryć rzeczywiste związki przyczynowo−skutkowe. W badaniach eksperymentalnych także stosuje się metody statystyczne, lecz zupełnie inne i służące innemu celowi.

4. Teoria, uogólnienie (prace teoretyczne) – wiedza ma postać ustrukturyzowaną w formie teorii, uogólnień, paradygmatów, wraz z odpowiednią terminologią (językiem). Porządkowanie warstwy teoretycznej wymaga dużej wiedzy i rozeznania. Ze względu na te cechy raczej nie poleca się pisania takich prac dyplomowych (licencjat, magisterium). W największym stopniu dyplomant przygotowując swoją pracę zapoznaje się jedynie z obowiązującymi teoriami, paradygmatami, mniej lub bardziej świadomie ucząc się i rozpoznając relacje między elementami teorii. Prace teoretyczne należą do najwartościowszych z naukowego punktu widzenia.

5. Można wyróżnić i kolejny element - zastosowanie w praktyce wiedzy. To dotyczy przede wszystkim prac inżynierskich.

W pracy magisterskiej zawsze występuje element 1) – przegląd piśmiennictwa oraz element 2) – opis, obserwacja lub 3) – eksperyment, falsyfikowanie. Czasem praca może mieć charakter mieszany, a prace licencjackie – mogą się składać wyłącznie z przeglądu piśmiennictwa (element 1). W części dyskusyjnej pojawiać się może także element 4) – teoria.

Sytuacja edukacyjna

Praca magisterska to tylko jeden typ publikacji naukowych (komunikacji międzyludzkiej). Krótsze formy wypowiedzi: recenzje, eseje, artykuły popularnonaukowe, komunikaty itd., mogą i powinny być ćwiczone w ciągu całego toku studiów. Ale żaden przedmiot nie trwa tak długo, aby można było przygotować raport naukowy, porównywalny z pracą magisterską. Dla mnie praca magisterska jest dobrą sytuacją edukacyjną, umożliwiającą kształcenie poprzez działanie. Ucieszyłem się, że obok pracy magisterskiej pojawiła się i licencjacka. Bo to kolejna dobra sytuacja dydaktyczna. Zmartwiła mnie zapowiedź likwidacji pracy magisterskiej. Mam nadzieję, że nie będzie to dotyczyło kształcenia na kierunkach biologicznych.


Jest to rozszerzona wersja artykułu z 2007, który ukazał się w Forum Akademickim  https://prenumeruj.forumakademickie.pl/fa/2007/07-08/w-obronie-pracy-magisterskiej/

Czytaj też: Praca licencjacka - nie czy ale jaka

19.02.2020

Dzień Nauki Polskiej - po raz pierwszy obchodzone święto państwowe

(źródło  Nauka w Polsce)
Niedawno celebrowaliśmy Dzień Darwina - międzynarodowe święto nauki, obchodzone w dniu urodzin Karola Darwina. W Rosji obchodzony jest od dawna Dzień Nauki Rosyjskiej. Innych świąt celebrujących naukę jest dużo. Na przykład Dzień Liczby Pi, Jedne są dowcipne i nieformalne, bazujące na wybranych przestrzeniach naukowych, inne oficjalne, bombastyczne. W każdym razie powodów do celebrowania nauki jako takiej jest wiele. Jest na przykład Dzień Chruścika, Dni Owada, Europejska Noc Naukowców, Olsztyńskie Dni Nauki i Sztuki i wiele, wiele innych.

Wcześniej już obchodziliśmy rocznice urodzin Mikołaja Kopernika. Raczej nieformalnie i spontanicznie. Niedawno jednak sejm RP uchwalił święto państwo i od 2020 roku 19 lutego po raz pierwszy jest obchodzone nowe święto: Dzień Nauki Polskiej. Jaki to święto przyjmie charakter? Na razie przebijają pojedyncze informacje i inicjatywy. Z pewnością nauka polska wymaga celebracji i promocji. Może ten dzień stanie się dobrym pretekstem? Czas pokaże.

"W Polsce mamy 81,5 tys. badaczy, którzy pracują w 645 placówkach - wynika z danych resortu nauki przekazanych PAP. Poza tym w naszym kraju uczy się ok. 1,2 mln studentów i 39 tys. doktorantów. (...)  Dzień Nauki Polskiej ma być wyrazem uznania dla dokonań polskich naukowców. Jako datę corocznych obchodów wyznaczono 19 lutego - dzień urodzin Mikołaja Kopernika, w uznaniu jego wybitnych zasług na polu astronomii. Święto ma stanowić inspirację do pójścia w ślady wybitnych polskich badaczy i wzmocnić zainteresowanie nauką." (źródło danych Nauka w Polsce)

Osobiście wolałbym wzmacnianie zainteresowania nauką przez zwiększenie nakładów na badania i edukację. W gospodarce partej na wiedzy zarówno same badania jak i wykształcone kadry są niezbędnymi podstawami rozwoju i dobrobytu.

Czy ponad 80 tysięcy pracowników nauki to silna grupa? Ważna dla rządzących lub społeczeństwa jako takiego? A ponad milionowa liczba studentów? Lata świetności mamy za sobą, gdy studiowało blisko 2 miliony młodych Polaków. A co przed nami?

17.02.2020

Studencie - Twoje zdanie się liczy (ewaluacja zajęć)

(Przykład, jedno z pytań ankiety ewaluacyjnej przedmiotu)


Ewaluacja czyli informacja zwrotna jest dla mnie bardzo ważna. Jakkolwiek trochę informacji zwrotnych otrzymujemy w czasie zajęć, w czasie dyskusji, to zawsze warto wzbogacić je o anonimowe ankiety. Kiedyś takie ewaluacje rozbiłem z wykorzystaniem ankiet papierowych, teraz znacznie częściej korzystam z tych elektronicznych. Co prawda przeprowadzane są ankiety uczelniane na zakończenie każdego semestru, ale pytania tam stawiane dla mnie są niewystarczające. Są zbyt ogólne. A ja chciałbym wiedzieć konkretnie jakie efekty uzyskuję, jak odbierają niektóre elementy zajęć studenci.

Dlaczego ewaluacja i opinia studentów jest ważna? To proste, chcemy wiedzieć jak odbierane są różne elementy procesu dydaktycznego. Zajęcia są dla studentów, oni są podmiotem a nie przedmiotem. Potem w mniejszym lub większym gronie dyskutujemy (przykładem jest zamieszczony niżej zapis z webinarium). Zatem drodzy studenci - wypełniajcie takie ankiety bo wasz głos jest słyszany i analizowany. To nie jest czas stracony.

Dlaczego publicznie o tym piszę? Bo być może studenci nie wiedzą, że ich zdanie ma znaczenie i wpływa na dydaktyczną rzeczywistość uczelni wyższej, ich opinie, oceny, informacje zwrotne są czytane i analizowane. Tak, czytamy, analizujemy. Staramy się na tej podstawie coś zmienić, udoskonalić, poprawić. By osiągnąć zakładany efekt. Bo czasem obserwowane rezultaty są inne od zamierzonych. A informacja zwrotna służy pogłębianiu wiedzy o skutkach, o odbiorze. Tak jak w rozmowie między ludźmi.

Piszę dlatego bo stosunkowo mało otrzymujemy informacji zwrotnych (także tych w anonimowych ankietach). Jeśli dociera kilka procent odpowiedzi, to trudno wyciągnąć sensowne wnioski. Niemniej i tak każda odpowiedź, czy to ta zdawkowa czy znacznie obszerniejsza, jest czytana i analizowana.

Nie jest łatwo przygotować dobrą ankietę ewaluacyjną. Bo nie chodzi, żeby coś tam było lecz chodzi o uzyskiwanie wiarygodnych i możliwych do interpretacji odpowiedzi.

Ankiety przeprowadzam zwłaszcza wtedy, gdy do zajęć wprowadzam nowe elementy, drobne eksperymenty co do formy lub treści. Ostatnio próbuję wykorzystać takie ankiety by skłonić studentów do samodzielnych refleksji nad procesem edukacyjnym. Dopiero się uczę. Wszelkie podpowiedzi mile widziane.

Bez wątpienia uniwersytet potrzebuje dyskusji także w zakresie kształcenia. Wymyślamy uniwersytety na nowo a bez szerokiej dyskusji nie uda się stworzyć niczego sensownego. Zachęcam do takiej dyskusji także w formie komentarzy pod wpisami na blogu. To też jest jakaś informacja zwrotna. To dyskusja tworzy wspólnotę uczących i nauczanych. A do takiej wspólnoty aspiruje uniwersytet.





15.02.2020

Praca licencjacka – nie czy ale jaka!


Co jakiś czas wraca pytanie o sens pracy dyplomowej, np. licencjackiej. Takie pytanie stawiają studenci (i to jak najbardziej rozumiem) ale i sami pracownicy. Nawet osoby spoza uczelnia (dawni absolwenci innych uczelni lub osoby bez studiów). Nigdy za wiele pytań i dyskusji nad sensem dowolnego działania, w tym nad sensem pracy dyplomowej. Część osób uważa, że jest zbędna, że niczego nie daje. Woleliby np. więcej egzaminów i "twardej" wiedzy.

Po raz kolejny wracam więc do rozważań nad sensem pracy licencjackiej. Przypomnę (z drobnymi zmianami) moją wypowiedź z 2009 roku pt. "Praca licencjacka – nie czy ale jaka!"

W ostatnich latach w edukacji na poziomie wyższym w Polsce zaszły poważne i zasadnicze zmiany. Teraz obserwujemy coś, co można nazwać wstrząsami wtórnymi. W 2009 roku toczyła się kolejna, ożywiona ogólnopolska dyskusja nad zniesieniem dyplomowej pracy licencjackiej i zastąpienie jej egzaminem końcowym. Dyskusja ta w pewnym sensie jest konsekwencją dwu wcześniejszych zmian: masowością kształcenia wyższego w połączeniu z niżem demograficznym oraz z dwustopniowością kształcenia (proces boloński) i pojawianiem się studiów licencjackich. Wraz z niżem demograficznym, który dotarł już w mury uniwersyteckie, rodzi się unikalna szansa na podniesienie jakości kształcenia wyższego. Ale tę szansę możemy zmarnować. I nie będzie to już pierwsza taka zmarnowana szansa. W roku 2020 jesteśmy w samym szczycie tego niżu demograficznego ale jednocześnie wyczuwa się kontestowanie samego wykształcenia wyższego jako takiego.

Przez wiele dziesięcioleci podnoszony był argument zbyt licznych klas w szkołach podstawowych i średnich, w znacznym stopniu przyczyniający się do słabszych niż oczekiwane efekty kształcenia. Kiedy do polskich szkół zawitał niż demograficzny, pojawiła się unikalna szansa na zmniejszenie liczebności klas w naszych szkołach. I to bez zwiększania nakładów na oświatę! Wystarczyło nie zwalniać nauczycieli, a niż demograficzny „konsumować” poprzez rozgęszczanie klas. Wybrano jednak wariant ekonomiczny – wraz z niżem likwidowano etaty i zamykano małe szkoły. Liczebność klas pozostała, tak jak dawniej, zbyt duża. Na dodatek wymagania wzrosły. Bo żeby większy odsetek młodzieży mógł trafić na studia, nauczyciele muszą osiągnąć niezbędne efekty także w odniesieniu do uczniów przeciętych oraz z różnymi deficytami (np. dysleksja, niepełnosprawność, zaniedbania emocjonalne itd.).

Zbyt liczne grupy na zajęciach w murach uniwersyteckich to już po części przeszłość. Mamy mniej studentów a więc mamy możliwość, przynajmniej teoretyczna, zwiększonej indywidualizacji zajęć. W tym moglibyśmy przeznaczyć więcej godzin (oficjalnych, licznych w pensum dydaktycznym) na opieką nad pracami dyplomowymi. W zasadzie byłby to tylko powrót do przeszłości i oddanie rzeczywistego zaangażowania promotora w pracy ze swoim licencjantem, magistrantem itd.

Wraz z odzyskaniem pełnej wolności w 1989 r. społeczeństwo polskie wybrało mądrą strategię inwestycji. Tym wyborem było znaczące zwiększenie odsetka studiującej młodzieży i w konsekwencji inwestycja w kapitał ludzki. Odbyło się to w dużym stopniu dzięki skierowaniu pozabudżetowych środków finansowych. Dzięki czesnemu rozwinęło się nie tylko wiele uczelni prywatnych ale także kilka uniwersytetów. Na dodatek trafny algorytm rozdziału pieniędzy budżetowych wymusił konkurencyjne zabieganie o coraz większą liczbę studentów. Gdyby na początku lat 90. uczelnie państwowe „umówiły” się, że solidarnie nie zwiększają swoich limitów naboru, to i tak z kasy państwowej otrzymałyby tyle samo pieniędzy. Na szczęście taka antykonkurencyjna „zmowa” nie zaistniała. Ale przy nie zwiększających się znacząco nakładach na szkolnictwo wyższe, uniwersytety musiały większy nabór zrealizować przy coraz większej efektywności oraz oszczędzaniu. Bowiem na wykształcenie jednego studenta otrzymywały relatywnie coraz mniej pieniędzy.

Masowość kształcenia wyższego i napływ coraz większej liczby przeciętnych studentów oraz tych z deficytami, znacznie utrudnia efektywną pracę i osiąganie takich samych jak wcześniej rezultatów. Powszechne staje się narzekanie na obniżający się poziom kształcenia. Bardzo łatwo pracować ze studentem zdolnym i zmotywowanym. Praktycznie wystarczy go tylko odpytywać i stawiać wymagania. Taka strategia edukacyjna nie sprawdza się w odniesieniu do przeciętniaków. Pracownicy uczelni wyższych z jednej strony pracują z coraz liczniejszymi grupami ćwiczeniowymi, nawet na kierunkach przyrodniczych i eksperymentalnych, z drugiej strony pracują z coraz słabszymi studentami. Jest to jedna z przyczyn poszukiwania nowych rozwiązań dydaktycznych, w tym dyskutowania sensu i kształtu egzaminu licencjackiego.

Drugą wielką zmianą było wprowadzenie dwustopniowości kształcenia (system boloński), wynikającą z procesu bolońskiego. W polskich uczelniach pojawiło nowe zjawisko w postaci pracy dyplomowej po trzech latach studiów – pracy licencjackiej. Licencjat w swej istocie umożliwia większą mobilność studentów i wielościeżkowość w kształceniu. Ale jaka ma być ta praca licencjacka, skoro za dwa lata student musi pod okiem promotora napisać pracę magisterską? Praca licencjacka to taka trochę „mniejsza” praca magisterska? Jaki jest sens dublowania pracy dyplomowej? A w trzecim stopniu kształcenia jeszcze pojawia się na dodatek kolejna praca w formie raportu z badań – tym razem doktorska. Czy nie jest za mało czasu na przygotowanie pracy licencjackiej? Na dodatek promotor najczęściej na wypromowanie jednego studenta i nadzorowanie jego pracy licencjackiej otrzymuje w rozliczeniu rocznym 3-5 godzin dydaktycznych do swojego pensum? Nasuwa się pytanie czy wymagać mamy czynu społeczny przy licencjacie? Bo przecież 3-5 h to jest znacznie zaniżony czas pracy promotora. Ma pracować w czynie społecznym? W wolontariacie? Przy słabych studentach wysiłek jest niewspółmiernie duży do otrzymywanej gratyfikacji. Nie dziwią więc głosy wskazujące na bezsens pracy licencjackiej i propozycje wprowadzenia egzaminu (to punkt widzenia pracowników).

Istotą kształcenia uniwersyteckiego jest bliski kontakt studenta i „profesora” (mistrza) oraz współuczestnictwo w badaniach i rozwiązywaniu naukowych zagadek. Nie jest to szkolny, jednokierunkowy przekaz informacji, tak jak zapisywanie danych na płycie CD z jednego wzorca „mądrości i wiedzy”. Richard Feynman obrazowo i trafnie nazwał to osmozą (przenikanie wiedzy w trakcie wspólnego eksperymentowania i dyskutowania). Uniwersytecka osmoza? Wystarczy nie zmniejszać zatrudnienia na uniwersytetach i wykorzystać niż demograficzny do uzdrowienia gratyfikacji za opiekę merytoryczną nad praca dyplomowa. Promotor będzie miał wtedy czas na wspomaganie studenta w jego badaniach, tutoring, dyskutowanie.

Masowość kształcenia wyższego zachwiała dawne proporcje współuczestnictwa uniwersyteckiego, a laboratoria i sale seminaryjne w większym stopniu przekształciły się w przepełnione klasy lekcyjne. W tłumie znacznie trudniej o rzeczywistą dyskusję. Mimo większej liczby uczelni wyższych, większej liczby etatów naukowo-dydaktycznych, student ma mniejsze szanse na współuczestnictwo i relacje mistrz-uczeń. Z partnera w badaniach i poszukiwaniu, odkrywaniu tajemnic świata, staje się coraz bardziej uczniem w klasie. Wkuwanie z podręczników, a nie feynmanowska osmoza. Próba likwidacji pracy licencjackiej byłaby zaakceptowaniem tego negatywnego trendu.

Strategia lizbońska próbuje mobilizować nas do większej innowacyjności, aby absolwenci uczelni wyższych byli wartościowymi uczestnikami gospodarki opartej na wiedzy. Nie da się tego osiągnąć w modelu „szkolno-lekcyjnym”. Richard Feynman, noblista, swój pobyt w Brazylii i nauczania tamtejszych studentów, na wykładzie kończącym odważnie i szczerze podsumował niewydolny jego zdaniem system edukacji nauk przyrodniczych uniwersytetów brazylijskich. Zauważył, że studenci w zasadzie recytują słowa ale nie wiedzą co one znaczą. Wystarczyło zadać pytanie nieco inaczej, aby student był bezradny (musiał zacząć „od pieca”). W przejrzanych podręcznika akademickich Feynman znalazł dużo informacji, ale nie wyników konkretnych doświadczeń. Nie było więc miejsca na myślenie i rozumienie. Nie było w tym podręcznikach pokazywania jak ta wiedza powstaje.

Wkuwanie na pamięć wg Feynmana nie jest nauczaniem wiedzy przyrodniczej. Wskazał dwóch studentów, którzy się wyróżniali rozumieniem fizyki. Ale w trakcie dyskusji po wykładzie okazało się, że jeden dopiero co przyjechał z Niemiec, a drugi sam uczył się z podręczników w czasie wojny. Czy do takiego systemu edukacyjnego zmierzamy?

Niby mamy komisje akredytacyjne i wolny rynek usług edukacyjnych, ale „nie wystarczy przeglądnąć katalogu kursów, żeby się dowiedzieć, czy dany uniwersytet jest dobry”. Nie łatwo jest skonstruować dobre wskaźniki procesu dydaktycznego dla swoistej uniwersyteckiej „osmozy”. Ale powierzchowne wskaźniki standardów nauczania uniwersyteckiego jak i formalne podporządkowanie im „katalogu kursów” mogą wyprowadzić nas na manowce, daleko od celu wyznaczonego przez strategię lizbońską.

Jest jeszcze jeden problem ważny w dyskusji nad sensem pracy licencjackiej. W obawie przed „niesprawiedliwymi” egzaminami coraz mniej jest egzaminów ustnych (bo trudniej je kontrolować i standaryzować). Ostatnio w komisji podczas egzaminu dyplomowego ktoś stwierdził, że egzamin dyplomowy jest dla naszego studenta pierwszą okazją do ustnej, dłuższej wypowiedzi. Ale przecież tyle egzaminów jest! Tak, wszystkie są w formie pisemnej...  Na uczelniach jest coraz więcej egzaminów pisemnych i testów, aby „dowód” jakości odpowiedzi mógł być w razie potrzeby zweryfikowany nawet po trzech latach. W rezultacie studenci mają mniej okazji do szerszych wypowiedzi. Częściej piszą zdawkowe kolokwia i testy, w których wyliczają tylko informacje, a wykładowca sprawdza głównie tylko czy student wie i czy zna materiał. Dmuchanie na zimne to być może niezamierzone widmo standaryzacji - trzeba mieć "pokrycie w papierach", że był egzamin i jak student odpowiedział. Czy alternatywa ma  być nagrywanie wykładów na wideo? Aż tak bardzo sobie i pracownikom uniwersyteckim nie ufamy? Mniejsza liczba studentów jest dobrą okazja do powrotu egzaminów ustnych. Umiejętność wypowiedzi w mowie jest przecież ważną kompetencją społeczną i zawodową.

Brak jest czasu i technicznych możliwości na sprawdzanie czy student rozumie i czy jest zaciekawiony, czy dostrzega problemy i chce je rozwiązywać. Co prawda na ćwiczeniach (zwłaszcza na kierunkach przyrodniczych) realizuje różne eksperymenty… ale najczęściej student nie czuje się odkrywcą, bo wynik jest już dawno znany i nie ma możliwości na dogłębne przedyskutowanie z prowadzącym w ponad dwudziestoosobowej grupie zajęciowej. Musi tylko zaliczyć.

Często słyszę pytanie, stawiane w środowiska pozaakademickich "Po co tylu „wykształciuchów”?" Czy potrzeba nam aż tak dużo osób z wyższym wykształceniem? Przecież nie ma w gospodarce tylu stanowisk kierowniczych i „umysłowych”, a jednocześnie brakuje hydraulików, pielęgniarek, inżynierów. Co daje trzyletni licencjat z matematyki, biologii, historii, geografii, chemii, poza możliwością dalszego kształcenia na studiach magisterskich? Czy taki absolwent przydatny jest dla gospodarki? Co on umie? Bo jeśli są coraz większe kłopoty z utrzymaniem jakości kształcenia oraz nie ma potrzeb na rynku pracy, to po co nam egalitarne i powszechne uniwersytety?

Być może nie zauważyliśmy, że przeszliśmy od uniwersytetu kształcącego elity do uniwersytetu kształcącego obywatela, umiejącego uczestniczyć w życiu społecznym demokratycznego społeczeństwa, umiejącego się uczyć i przekwalifikowywać, umiejącego dostosowywać się do licznych i częstych zmian. Poza kierunkami stricte zawodowymi, sensem kształcenia na kierunkach ogólnonaukowych i humanistycznych jest przede wszystkim przygotowanie młodych ludzi do uczestnictwa w społeczeństwie demokratycznym i gospodarce opartej na wiedzy. W takim społeczeństwie kluczową umiejętnością jest praktyczna i rzeczywista zdolność do wypowiedzi publicznych we wszelkich formach, także z wykorzystaniem mowy, pisma, i multimediów. W tym kontekście prace dyplomowe, licencjackie i magisterskie są niezwykle ważnym elementem kształcenia, sprawdzającym rzeczywiste umiejętności wyżej wymienione.

Po co praca licencjacka? Pytanie o celowość pracy licencjackiej wynika z dwóch faktów. Po pierwsze jest praca magisterska, po drugie na studiach zawodowych są różnego typu prace praktyczne, typu inżynierskiego lub artystycznego. W pierwszym przypadku kontrargumentem może być to, że na licencjacie edukację na poziomie wyższym można zakończyć. Wtedy będziemy mieli absolwentów uniwersytetów bez pisania pracy dyplomowej? W drugim przypadku, pisanie pracy dyplomowej jest w jakimś sensie praktycznym pokazaniem swoich umiejętności w wypowiedzi pisemnej z logiczną argumentacją oraz wykazaniem się umiejętnościami edycji i składu tekstu, czyli czynności niezbędnej do dalszego kształcenia oraz w wielu miejscach pracy.

Pisemna praca licencjacka w połączeniu z ustną prezentacją multimedialną w trakcie egzaminu licencjackiego w pewnym sensie jest czymś w rodzaju pracy inżynierskiej czy artystycznej – praktycznym pokazaniem swoich umiejętności: myślenia, rozwiązywania zadanych problemów naukowych, napisania raportu końcowego, przygotowaniem dłuższej wypowiedzi pisemnej, edycją dokumentu (czyli także wykorzystaniem narzędzi informatycznych), przygotowania prezentacji i przedstawienie jej publicznie.

Skoro sama praca jest ważna, to być może koniecznym jest głębsze zastanowienie się nad standardami tak aby była wykonalna w ciągu jednego roku (dotyczy pracy licencjackiej). Ponadto powinniśmy sobie uświadomić, że nie wszystkie prace muszą być na piątkę. To studentowi powinno zależeć na ocenie. Skala ocen przewiduje także ocenę niedostateczną. Dlaczego z niej nie korzystać, tak jak przypadku egzaminów, zaliczeń, kolokwiów itd.? Przecież to nie promotor ma pisać za studenta, aby praca była na czas i na piątkę!

Chęć zamiany pracy na egzamin wynika także z trudności pracy ze studentami przeciętnymi i mało zdyscyplinowanymi, kiedy to promotor wielokrotnie poprawia tekst, tłumaczy, że treść powinna wynikać z toku logicznego i rozumienia, w końcu sprawdzaniu czy zawarte w studenckiej pracy fragmenty nie są plagiatami z innych prac lub przepastnego Internetu. Nie powinniśmy jednak zmieniać zwyczajów celem dostosowania ich do możliwości przeciętniaków i studentów kompletnie niezmotywowanych. Nie równajmy w dół. Ponadto także i studentów przeciętnych warto nauczyć (choc zajmie to więcej czasu i wysiłku) ważnych kompetencji w zakresie komunikacji. To na pewno będzie przydatne na rynku pracy!

Pisanie to strukturyzacja wiedzy. Zatem sama praca dyplomowa jest bardzo wartościowym elementem kształcenia jako takiego. Proces pisania pracy dyplomowej jest szansą na pogłębienie oraz strukturalizowanie wiedzy studenta. Ale zyski są także dla promotorów, którzy w tym procesie współtworzenia mają dodatkową okazję głębiej przemyśleć różnorodne zagadnienia oraz zastanowić się nad różnymi zagadnieniami. Praca licencjacka do dobra okazja na pogłębiony dialog.

Z pracą dyplomową wiąże się nierozerwalnie wartościowy w kształceniu uniwersyteckim proces „pisania”: czytania literatury przedmiotowej, krytycznego doboru źródeł, planowania pracy długotrwałej (wielomiesięcznej) i w końcu sprawności w komputerowej edycji dłuższego, ilustrowanego dokumentu. To także okazja praktycznego pokazania i przećwiczenia czym jest prawo autorskie i jak należy poprawnie przytaczać (cytować) dorobek innych osób. Bez tych umiejętności absolwent nie ma czego szukać w gospodarce opartej na wiedzy.

Rzeczywistym problemem jest niedobór – w stosunku do zwiększonej liczby dyplomantów - pracowników dydaktycznych, posiadających umiejętność prowadzenia seminariów magisterskich i kierowania pracą dyplomową. Likwidowaniem obowiązku pisania prac dyplomowych (magisterskich i licencjackich) nie rozwiążemy problemu a jedynie go ukryjemy.

Praca licencjacka wraz z egzaminem ("obroną") jest swoistym egzaminem praktycznym. Wiedzę w wystarczającym stopniu sprawdzamy na licznych egzaminach, kolokwiach itd. Napisanie pracy dyplomowej (np. licencjackiej) to sprawdzenie umiejętności zarówno pisemnej, dłuższej wypowiedzi w formie raportu (przydatne na niemalże każdym stanowisku współczesnej gospodarki), jak i przygotowanie multimedialnej prezentacji z badań – są najwartościowszymi elementami egzaminu licencjackiego. Dodatkowe pytania i dyskusja z komisją to pełna możliwość całościowego i wszechstronnego oceniania absolwenta. Proporcje oceny na dyplomie, na którą składa się 0,7 ocen z egzaminów w toku studiów, 0,2 oceny z pracy licencjackiej i 0,1 z egzaminu także są chyba właściwe (te proporcje bywają zmieniane w latach oraz na różnych uczelniach). A licencjat ubiegając się o pracę czy miejsce na uczelni celem dalszego kształcenia, pokazać może nie tylko indeks z ocenami (teraz indeksów już nie ma, ale są wykazy przedmiotów z ocenami) ale namacalny wytwór swojej pracy – pisemną pracę dyplomową. Tak jak inżynier lub artysta może pokazać swoją praktyczną pracę dyplomową. To taki dodatkowy „suplement”, ale tylko dla studentów ambitnych i wartościowych. Przecież kiepską pracą dyplomową nikt nie będzie się chwalił.

W zasadzie są dwa główne powody zamiany pracy licencjackiej na egzamin z całości toku studiów. Pierwszy wynika z ambitnych prób zastąpienia mało przydatnej wiedzy teoretycznej, sensownym i przydatnym egzaminem praktycznym. Ale co miałoby być egzaminem praktycznym dla studentów biologii, chemii, geografii, historii czy matematyki? Umiejętność obsługi urządzeń laboratoryjnych, urządzeń do obserwacji takich jak mikroskop? Trudno będzie znaleźć standard takich wymagań. Drugi powód jest bardziej przyziemny: skoro za zwiększoną pracę nie otrzymuje się gratyfikacji, to po co ten wysiłek? Pozbyć się zbędnego obciążenia i uciążliwej pracy społecznej?

W 2007 r. w różnych miejscach dyskutowano nad zastąpieniem pracy magisterskiej egzaminem. Prace magisterską chyba udało się wtedy obronić. Nieco później dyskusja powróciła na nowo za sprawą planowanego zastąpienia pracy licencjackiej egzaminem. Na niektórych uczelniach tak zrobiono. Dyskusja powraca po dekadzie. I chyba znacznie liczniejsze są głosy za zniesieniem pracy licencjackiej niż w jej obronie.

Efektem masowości kształcenia na poziomie wyższym jest także zwiększenie grup ćwiczeniowych nawet na kierunkach eksperymentalnych takich jak biologia, biotechnologia, chemia itd. Już dawno utracony został kameralny kontakt mistrz-uczeń. Jak pracować w laboratorium z grupą studentów liczącą 24 osoby? Czy mamy szanse każdemu studentowi pokazać przy mikroskopie preparat, pomóc zrozumieć to co widzi? Zdolnemu wystarczą dwa słowa, przeciętniakowi trzeba znacznie więcej czasu i cierpliwości poświęcić. A jeśli ich jest ponad 20., to fizycznie staje się to niemożliwe.

Diagnoza problemu jest chyba prawidłowa: – prace licencjackie w sporej części są słabe i wymagają od nauczycieli akademickich ogromnego wysiłku i coś z tym trzeba zrobić. Wydaje mi się jednak, że proponowana kuracja jest niewłaściwa. To tak, jakby stłuc termometr i uważać, że gorączka chorobowa minie (bo nie będzie widać). Zlikwidowanie obowiązku pisania pracy dyplomowej licencjackiej spowoduje jedynie ukrycie problemu. Umiejętność wypowiadania się jest jedną z głównych umiejętności kształcenia wyższego. Praktycznie praca licencjacka jest pierwszą, większą wypowiedzią pisemną, pierwszym całościowym i dopracowanym raportem z badań. Na dodatek przy egzaminie licencjackim student musi wykazać się umiejętności przygotowani i prezentacji multimedialnej i wygłoszenia króciutkiego referatu. A więc dwie formy raportu: pisemna i ustna (z wykorzystaniem standardowego już rzutnika multimedialnego i komputera). Tych umiejętności i tak musimy nauczyć. Jeśli likwidujemy egzamin, to jak to wyegzekwujemy, jak sprawdzimy jakość naszych absolwentów? Pisanie pracy dyplomowej to także praktyczny egzamin z kompetencji edytorskich: składu i redakcji tekstu, umieszczenia ilustracji, zrobienia spisu treści, a więc praktycznego wykorzystania prostych programów biurowych, nie tylko MS Office. Niby mówimy o komputeryzacji, ale jak sprawdzamy praktyczne opanowanie tych umiejętności? Na egzaminie? To tak jakby uczyć kucharza, ale na koniec zamiast praktycznego przygotowania potrawy dyplomowej, ograniczyć się do egzaminu ze znajomości książki kucharskiej.

Jeśli są problemy z logicznym planowaniem wywodu i argumentacją, jeśli są problemy z pisaniem, to należy więcej ćwiczyć. Zatem należałoby wymagać większej liczby wypowiedzi pisemnych w formie raportu, w formie tekstu naukowego ze wstępem, przeglądem dotychczasowego stanu wiedzy, wykorzystanymi materiałami i zastosowanymi metodami, przedstawieniem wyników i przedyskutowaniem. W cywilizacji i gospodarce opartej na wiedzy podstawową jest umiejętność zarówno realizacji samego procesu naukowego jak i komunikowania się: pisemnie, ustnie czy nawet w formie posteru. Absolwenci z takimi umiejętnościami poszukiwani będą zarówno w gospodarce jak i w dalszym kształceniu ustawicznym. Od dobrze przygotowanego absolwenta oczekuje się, że samodzielnie dostrzeże problem (tego wymaga innowacyjność), zapozna się ze stanem wiedzy, postawi własny problemu i cel badań, zaplanuje eksperymenty lub inne pozyskanie rozstrzygających informacji, dobierze adekwatny materiału i właściwe metody, rzetelnie i obiektywnie przedstawi rezultaty swoich poszukiwań, przedyskutuje i wyciągnie wniosków – umożliwiające podjecie w firmie właściwych decyzji gospodarczych.

Żyjemy w cywilizacji opartej na komunikowaniu się. Propozycja, aby zlikwidować prace licencjackie (a wcześniej także prace magisterskie) i zastąpić je egzaminem końcowym „to zły pomysł, żeby w okresie rozwoju cywilizacji opartej na komunikowaniu się poprzez pisane teksty likwidować jeden z instrumentów uczących tworzenia takich tekstów”. Profesor Andrzej Rychard w swojej wypowiedzi z 2007 r. tak powyższe stwierdzenie uzasadniał „To (…) zły pomysł, aby (…) likwidować jeden ze sposobów, dzięki któremu młodzi ludzie uczą się racjonalnie i logicznie argumentować, dowodzić swoich racji, poznawać racje innych.” Sama szkoła średnia tego nie nauczy. Gdyby było inaczej, przecież nie byłoby problemu z niskim poziomem prac licencjackich! (nie należny oczywiście zbytnio uogólniać, bo ten poziom jest różny na różnych uczelniach i różnych wydziałach).

Do umiejętności racjonalnego i przejrzystego argumentowania nie wystarczą tylko zasady interpunkcyjne, gramatyczne i ortograficzne. Potrzebne jest rozumienie i znajomość praw oraz wyników doświadczeń, znajomość literatury przedmiotu. Tak więc, żeby pisać trzeba i umieć czytać ze zrozumieniem, a wcześniej wyszukać w gąszczu informacyjnym wartościowe informacje. Polscy studenci, jak pisał prof. Rychard, „mają dość często kłopoty z jasnym formułowaniem myśli, a przede wszystkim z jasnym wyłożeniem celu, problemu badawczego. Te trudności są tym większe, im wypowiedź pisemna ma być krótsza. Dlatego nie tylko należy moim zdaniem pozostawić prace magisterskie, ale też i wprowadzać na studiach coraz więcej egzaminów pisemnych, w formie krótkich, dość rygorystycznie ograniczonych w swej długości wypowiedzi”. O wiele łatwiej nauczyć się zdawania testów nawet niewiele wiedząc, nauczyć się ściągać na egzaminach pisemnych, sprawdzających wiedzę informacyjną, niż podrobić pracę dyplomową, wymagającą postawienia celu badań, dobrania metody i logicznego przedstawienie wyników wraz z ich dyskusję. Nawet w przypadku pracy o charakterze przeglądowym. Przy pracy mistrz-uczeń nie jest możliwy plagiat i praca niesamodzielna, bo promotor cały czas obserwuje proces myślowy swojego podopiecznego. Chyba, że wykładowca jest promotorem kilkunastu prac jednocześnie. Nie dostosowujmy jednak naszego systemu i standardów uniwersyteckich do marginalnych patologii.

Zgadzam się także z argumentami prof. Rycharda, podkreślającymi znaczenie sprawności w komunikowaniu się dla społeczeństwa demokratycznego. Jeśli tak często narzekamy na niską jakość naszych polityków i na bardzo niską frekwencje przy urnach wyborczych, to warto poszukiwać przyczyn i prób sposobu przygotowania obywateli a nie tylko „samobieżnych” zasobników informacji. Demokracja, pluralizm, gospodarka rynkowa, odmienności kulturowe są niewątpliwymi cechami dzisiejszego świata. Jak podkreśla prof. Rychard, ich wspólnym elementem jest różnorodność oraz ściśle z nią związana dyskusja i toczone spory, zarówno na gruncie tematyki społecznej, gospodarczej czy nawet naukowej. Tak więc nie możemy pozbawiać młodych ludzi kończących trzyletnie studia licencjackie umiejętności udziału w takich dyskusjach. W szczególności pożądana jest biegłość w dyskusjach merytorycznych o podbudowie naukowej a nie uliczna demagogia. 

W każdej pisemnej pracy dyplomowej kształci się przecież umiejętność argumentacji i obrony swego stanowiska. Praca pisemna musi się bronić przez swą logikę i treść. Każda praca dyplomowa ma przecież dwóch recenzentów (w przypadku licencjatu recenzje pisze promotor i druga, niezależna osoba, czasem nawet z innego wydziału). O jakości toczonych sporów i umiejętności logicznego myślenia jak i udowadniania swoich racji łatwo przekonać się w internetowych forach.

Jeszcze raz podkreślę: niż demograficzny na uczelniach jest szansą na podniesienie jakości prac dyplomowych.  Oczywiście, na kierunkach takich jak medycyna czy kierunki inżynierskie, ważniejsze są inne umiejętności praktyczne, zawodowe (na studiach inżynierskich są tez prace dyplomowe ale głownie o charakterze projektowym i aplikacyjnym).

Na zakończenie warto problem pracy licencjackiej podsumować stwierdzeniem: nie czy ale jaka. Nie dyskutujmy nad likwidacją pisemnej pracy licencjackiej, ale dogłębniej zastanówmy się nad standardem takiej pracy oraz odpowiednim przygotowaniem studentów także na seminariach. Społeczeństwo potrzebuje ludzi myślących, dyskutujących i potrafiących się wypowiadać się w mowie, piśmie oraz multimedialnym obrazie. Zamiast zastępować egzaminem, należałoby usankcjonować rzeczywisty wysiłek promotorów adekwatną liczbą godzin z tytułu opieki nad dyplomantem (a nie jak niejednokrotnie to jest obecnie 2-3 h do pensum dydaktycznego na rok). Po prostu uznać to, co i tak pracownicy wykonują. Oszczędzanie na pracach licencjackich (będzie mniej godzin dydaktycznych do zapłacenia) skutkować będzie systematycznym obniżaniem poziomu nauczania uniwersyteckiego. Zamienimy uniwersytety na „wyższe szkoły podstawowe”. Seminaria dyplomowe powinny być prowadzone w małych grupach, skupionych wokół promotora i wąskiego tematycznie problemu. Nawet gdyby były to grupy 2-6 osobowe. Szansą na takie rozwiązanie jest niż demograficzny, który dotarł już w mury uczelni wyższych.

Więcej:
1. Czachorowski S., 2009. Jaka praca licencjacka? Forum Akademickie, 7-8 (191): 58-60.
2. Czachorowski S., 2007. W obronie pracy magisterskiej. Forum Akademickie, 7-8: 62-65.
3. W obronie pracy magisterskiej

11.02.2020

Jak nie zmarnować życia swojemu dziecku (książka dla rodziców)


Mikołaj Marcela, 2020, Jak nie spieprzyć życia
swojemu dziecku? Wydawnictwo Muza, 272 str.

Bez wątpienia biologia jest dyscypliną, która w ogromnym stopniu wpływa na współczesną kulturę i sposób myślenia. Słownictwo biologiczne, modele czy analogie do zjawisk biologicznych pojawiają się wszędzie. Nawet w dyskusji o szkole.

Szkoła kortyzolu czy dopaminy?  To pytanie stawia Mikołaj Marcela w książce o prowokacyjnym tytule "Jak nie spieprzyć życia swojemu dziecku". Mocne, symboliczne nawiązanie do hormonów i neuroprzekaźników, a w domyśle najnowsza wiedza, dotycząca mózgu i funkcjonowania organizmu. Rzeczywistość jest mocno ubiologizowana. Nawet w dyskusji o szkole.

W podtytule książki zaznaczono: wszystko, co możesz zrobić, żeby edukacja miała sens. Jest to książka o tym jak mądrze kochać dziecko. Swoje i cudze. Bo przecież zwłaszcza dla własnych dzieci chcemy dobrze. Chcemy zadbać o ich przyszłość i lepszy start w dorosłość. A czy wiemy co jest dobre? Zwłaszcza, że rzeczywistość społeczna i cywilizacyjna bardzo się zmienia. Książkę dr. Mikołaja Marcela polecam rodzicom oraz nauczycielom. Także tym akademickim. Uniwersytety to także szkoły.

Autor zaczął pisanie w szkole średniej, w drugiej klasie, gdy nauczycielka poprosiła swoich uczniów o napisanie opowiadania grozy. Spłodził opowiadanie  na 16 storn (czy każdy uczeń tak przykłada się do pracy domowej?). A potem jeszcze dwa dla kolegów z klasy. Nauczyciel skutecznie zainspirował do kreatywności. Ale nie udałoby się to, gdyby nie rodzice, którzy umożliwili swojemu dziecku... posiadanie dużej ilości wolnego czasu. Jak się okazuje dobro niezwykle cenne. Nie poganiali do wyścigu szczurów. Tu dochodzimy do niebanalnej roli rodziców. W dobrej wierze, by ułatwić lepszy start, najpierw do dobrej szkoły, a potem do "dobrej uczeni" wypełniają czas swoim latoroślom licznymi zajęciami dodatkowymi. I tak mogą zmarnować przyszłość własnego dziecka.

Jak nie spieprzyć życia swojemu dziecku? To dobrze zbudowana literacko i wciągająca opowieść o edukacji. Dobrze wyjaśnia dlaczego szkoła wymyślona na początku XIX wieku nie przystaje do rzeczywistości XXI wieku. Z przyzwyczajenia zapędzamy własne i cudzie dzieci do niemalże wirtualnej rekonstrukcji dawnego życia. Ale dlaczego życie w tym Matrixie trwa aż 10 tysięcy godzin? Odwiedziny w skansenie powinny trwać znacznie krócej....

Mikołaj Marcela, nauczyciel i wykładowca akademicki zwraca uwagę na dwie katastrofy, zagrażające obecnie ludzkości: katastrofę klimatyczną i katastrofę edukacyjną. Ta pierwsza wynika w dużej części z tej drugiej. Jego książka jest w dużym stopniu praktycznym poradnikiem. Wskazuje, że to także rodzice są osobami, które mogą być zarzewiem dobrej przemiany polskiej szkoły. A w konsekwencji mogą ocalić świat. Ambitne przesłanie.... więc sięgnij i przeczytaj.

Czytam ze sporym zainteresowaniem. Bo uniwersytet to też szkoła, bo moi studenci mogą być nauczycielami (byleby zechcieli podjąć się tego wyzwania). A na pewno będą rodzicami. Nie tylko szkoła ale i uniwersytet uczy rzeczy niepraktycznych, archaicznych, zapominając o ważnych kompetencjach społecznych. Czytam by jak najwięcej wdrożyć do codziennej praktyki akademickiej. Bo też chcę zbawiać świat, a przynajmniej ratować od katastrofy.

Jak zmienić nauczycieli i tradycyjną szkołę? Jaki model edukacji wybrać? Co zrobić, żeby nauka nie nudziła? Czy warto interesować się alternatywnymi modelami edukacji? Jak sprawić, żeby szkoła przygotowywała do życia? Jak uniknąć u dziecka lęku przed porażką? To tylko kilka z wielu pytań, na które odpowiada Mikołaj Marcela. Tak, szkoła ma się zaopiekować naszymi dziećmi, gdy jesteśmy w pracy. I przygotować do uczestnictwa w wyścigu szczurów. Bo my, dorośli już w nim uczestniczymy. I co, dobrze nam z tym? Czujemy się szczęśliwi? Szkoła oduczyła nas pytać, nauczyła czekać na gotowe odpowiedzi. 100-200 lat temu, w rodzącym się społeczeństwie przemysłowym, w społeczności analfabetów, ta szkoła była dobrze przemyślana. Ale świat się zmienił. Posłuszni i pokorni pracownicy, pracujący przy taśmie, łatwo mogą być zastąpieni przez komputery i roboty, bo są tańsze i w przeciwieństwie do ludzi nie męczą się. Jak więc uczyć, jak współtworzyć edukację - to pytanie przede wszystkim do rodziców. Bo mogą dużo zrobić, dużó dobrego i złego.

Co robić? Po wiersze zacząć słuchać młodych ludzi. Po drugie zapewnić wolny wybór, dać poczucie sprawstwa. I bardziej stawiać  na samodzielne konstruowanie wiedzy przez młodych ludzi a nie jej mechaniczne odtwarzanie.

 „Z książki dowiecie się, dlaczego polska szkoła mogłaby spokojnie funkcjonować bez ocen, bez podstawy programowej i bez sprawdzianów. Przede wszystkim jednak spróbujcie sami odpowiedzieć na pytania, które tu zadaję, zapominając o tym, jak przez 12 lat o szkole nauczył was myśleć system edukacji. Dzięki temu możecie ocalić wasze dzieci, a ich edukacja może nareszcie nabrać sensu!” – pisze Mikołaj Marcela.

Jakie najważniejsze tematy znajdziemy w książce? Dobrze ilustrują to tytuły rozdziałów:
  • Jak zmienić szkołę ?
  • Jak być mądrym rodzicem ?
  • Na co zwracać uwagę nauczycielom ?
  • Jak pomóc uczniom ?
  • Jak dobrze się uczyć ?
  • Dlaczego praktyka czyni mistrza ?
  • Czego brakuje w szkole ?
  • Jak motywować (się) do nauki ?
  • Czy potrzebujemy ocen i egzaminów ?
  • Jak mogłaby wyglądać szkoła przyszłości ?
Autor napisał, że nie boi się poniedziałków, a każdy dzień jest dla niego okazją do samorozwoju i realizacji kolejnych wyzwań. Też tego chcę! I aby mój uniwersytet nie był archaizmem z XIX wieku. Motywować do pracy i rozwoju stresem czy przyjemnością (a więc dopaminą)? I nie chodzi o podawanie dożylne czy doustne a o tworzenie sytuacji edukacyjnych, w których wydziela się dopamina.

Dr Mikołaj Marcela jest pisarzem, wykładowcą akademickim, nauczycielem, autorem tekstów piosenek. Pracuje na Uniwersytecie. Od lat zajmuje się tematem edukacji.

08.02.2020

Czy Profesor Bartoszewski był profesorem?

25 listopada 2015 roku do wszedł obiegu  znaczek pocztowy o wartości 1,75 zł, na którym przedstawiono podobiznę Władysława Bartoszewskiego oraz jego sentencją "warto być przyzwoitym". Wielce sympatyczne. Ale już wtedy środowiska prawackie „prawdziwych Polaków” (bo chyba nie prawicowe?) rozpoczęły internetowy hejt, zarzucając, że nie był profesorem. I trwa to nieustannie. Warto więc po raz kolejny wyjaśnić co znaczy słowo profesor. I czym się różni Profesor od profesor (tylko jedna litera na początku zapisana jako wielka a nieco inne znaczenie, tak samo jak w przypadku Homo sapiens i homo sapiens lub Smok wawelski i Smok Wawelski).

Słowa są jak gatunki w ekosystemie, czasami z upływem czasu zmieniają swoje znaczenie (pole semantyczne). Taka „sukcesja ekologiczna” w języku. Dla niektórych może zaskakujące jest to, że swego czasu magister był bardziej nobilitujący niż profesor.

Ale zacznę od lat pacholęcych i filatelistyki. Zbieranie znaczków pocztowych w czasach mojego dzieciństwa było bardzo popularne. Co tam jeszcze zbieraliśmy? Opakowania po czekoladach, pudełka po papierosach, mosy (guziki wojskowe), niektórzy zbierali etykiety zapałczane czy etykiety po alkoholach (wtedy butelki się myło i oddawało do skupu). Ale filatelistyka była najpopularniejsza. Mam więc duży sentyment do znaczków pocztowych (i starą kolekcję, do której dawno nie zaglądałem). Kilkanaście lat temu Poczta Polska wydała pierwszy na świecie znaczek z chruścikiem. Kupiłem dużo i systematycznie naklejałem na listy, zwłaszcza te wysyłane za granicę do innych trichopterologów. Ale teraz bardzo rzadko wysyłam listy do kolegów naukowców. Komunikujemy się głownie droga elektroniczną... W 2015 też kupiłem sobie sporo „Bartoszewskich”, bo na znaczku widnienie zacne motto: „Warto być przyzwoitym”. Niech się upowszechnia, zwłaszcza w trudnych dla przyzwoitości czasach.

No a co z tym profesorem? Otóż słowo pochodzi z języka łacińskiego i oznacza nauczyciela. Jak podaje „Słownik wyrazów obcych”, (PIW, Warszawa) z 1958 roku profesor to „2. Tytuł używany w stosunku do nauczycieli i wykładowców, zwłaszcza szkół średnich”. Dlatego w szkołach jeszcze do niedawna mówiło się na nauczycieli „profesor” (w wielu używa się cały czas). W moich czasach tak było w liceum. Mówiliśmy między sobą także w formie uproszczonej, psor, sor (psorze). W tamtych czasach magister to był ktoś, czasem był jeden lub dwóch w miasteczku (np. aptekarz). Teraz już prawdopodobnie w szkołach średnich nie używa się określenia profesor, funkcjonuje chyba tam jak w szkołach podstawowych – pan, pani (jeśli się mylę, to mnie poprawcie i sprostujcie). No cóż, czasy się zmieniają. Ale w XX wieku nauczyciel w liceum był profesorem, czy to magister czy nauczyciel po studium nauczycielskim.

W miarę wzrostu znaczenia uczelni wyższych i krystalizowania się nomenklatury (terminologii) słowo profesor zaczęło oznaczać głównie nauczyciela akademickiego o pełnych prawach akademickim. A więc profesor to tytuł samodzielnego pracownika akademickiego, przyznawany po docenturze (teraz docenta już nie ma), i po habilitacji. W różnych okresach, tuż po wojnie, profesorami zostawali doktorzy a nawet magistrzy. Można było więc być magistrem profesorem czy częściej doktorem profesorem (w zapisie prof. dr Jan Kowalski). Bo w nauce precyzyjność zapisu jest ważna. Język naukowy stawia na precyzję i jednoznaczność.

Szkół wyższych przybyło, kadry ze stopniami i tytułami także. Tytuły i stopnie naukowe ujęte zostały precyzyjnie w ustawie. A więc jest tytuł naukowy profesora (po habilitacji), przyznawany przez prezydenta, na wniosek odpowiedniej rady naukowej, zwany pospolicie profesorem belwederskim lub zwyczajnym (po przedostatniej ustawie tylko - profesor i dodatkowo profesor uczelniany jako stanowiska przyznawane na uczelniach). Ale jest i stanowisko profesora czyli profesor nadzwyczajny (niższy w hierarchii niż zwyczajny – co niektórych może dziwić, bo nadzwyczajność wydaje się rzadsza i bardziej ekskluzywna). Pospolicie taki profesor nazywany jest uczelnianym (bo to stanowisko na konkretnej uczelni), złośliwie zwany podwórkowy lub zadnim (bo prof. pojawia się za nazwiskiem a nie przed). Tytuł naukowy od stanowiska wyraźnie odróżnia się sposobem zapisu: prof. dr hab. Jan Kowalski (tytuł naukowy) to co innego niż dr. hab. Jan Iksiński, prof. UWM (stanowisko, profesor nadzwyczajny, uczelniany). A tym bardziej prof. mgr Antoni Ygrekowski. Znaczenie słowa "profesor" zmienia się w zależności od kontekstu towarzyszących mu innych określeń i skrótów. Są także dodatki informujące, że to profesor zwyczajny lub honoris causa.

Zatem współcześnie słowo profesor ma kilka znaczeń (za Wikisłownikiem): 1.1) tytuł naukowy nadawany samodzielnym pracownikom naukowym; także osoba której nadano tak tytuł (1.2) nazwa stanowiska pracy na uczelniach wyższych i w instytucjach naukowych; także osoba pracująca na takim stanowisku (1.3) potocznie nauczyciel szkoły średniej, zwłaszcza liceum ogólnokształcącego (1.4) tytuł honorowy zasłużonych nauczycieli szkolnictwa podstawowego, gimnazjalnego oraz ponadgimnazjalnego; (profesor oświaty). I jeszcze grzecznościowe pisanie dużą literą - Profesor. Wskazuje na szacunek i uznanie.

Profesor oznaczać może więc: tytuł naukowy, stanowisko naukowe, tytuł zwyczajowy, tytuł honorowy w oświacie. Czy zatem można poprawnie mówić o Profesorze Władysławie Bartoszewski per pan profesor? Można, mimo różnych perturbacji. Przede wszystkim liczy się wiedza. Ona zawsze jest najważniejsza. I szacunek środowiska akademickiego. Na ten ostatni trzeba sobie mocno zapracować.

Władysław Bartoszewski, po maturze studiował polonistykę na tajnym Wydziale Humanistycznym Uniwersytetu Warszawskiego (1941-1944). „W grudniu 1948 został przyjęty na trzeci rok polonistyki na Wydziale Humanistycznym UW. Studia zostały przerwane aresztowaniem w grudniu 1949 i pięcioletnim pobytem w więzieniu. W listopadzie 1958 został przyjęty na studia polonistyczne na Wydziale Filologicznym UW w trybie eksternistycznym. Złożył na ręce profesora Juliana Krzyżanowskiego pracę magisterską, jednak decyzją rektora UW Stanisława Turskiego został w październiku 1962 skreślony z listy studentów” (za Wikipedią). Czasy były trudne i za swą patriotyczną działalność cierpiał różne prześladowania. Napisał pracę magisterską, ale w wyniku politycznych represji został skreślony z listy studentów. Można więc zarzucać, że nawet nie jest magistrem…

Ale podobnie można powiedzieć o naszym najwybitniejszym matematyku, Stefanie Banachu. Jest najczęściej cytowanym matematykiem, zaraz po Euklidesie. Bez magistra przed wojną obronił doktorat. A i to w wyniku starań i „podstępu” przyjaciół z lwowskiej uczelni. Banach nawet nie był świadomy, że jest na swojej obronie – myślał, że tłumaczy zagadnienia matematyczne przybyłym z Warszawy panom. Niesamowity talent naukowy i wielka sława matematyczna. Możemy być dumni ze szkoły lwowskiej i Stefana Banacha.

Wróćmy jednak do Władysława Bartoszewskiego, którego wiedzę i pisany dorobek (książki naukowe) uznały środowiska akademickie (nie zważając na braki stopni, wynikłe z politycznych prześladowań). „W latach 1973–1982 i 1984–1985 prowadził, jako starszy wykładowca, wykłady historii najnowszej (ze szczególnym uwzględnieniem wojny i okupacji) w Katedrze Historii Nowożytnej Polski na Wydziale Nauk Humanistycznych Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego [za Wikipedią]. W latach 1983–1984 i 1986–1988 był profesorem wizytującym [a więc zatrudnionym na stanowisku profesora – S.Cz.] w Instytucie Nauk Politycznych Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Ludwiga-Maksymiliana w Monachium (na tej uczelni także w Instytucie Nauki o Mediach w latach 1989–1990). Między 1984 a 1986 gościnnie wykładał na Katolickim Uniwersytecie Eichstätt-Ingolstadt. W 1993 był recenzentem pracy doktorskiej Jana Tkaczyńskiego na tej uczelni [recenzje prac doktorskich powierza się pracownikom samodzielnym: doktorom habilitowanym i profesorom – S.Cz.]. W roku akademickim 1985–1986 wykładał na Wydziale Historii i Nauk Społecznych Katolickiego Uniwersytetu Eichstätt w RFN. Od 1988 do 1989 wykładał w Katedrze Nauk Politycznych na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu w Augsburgu.”

Jednoznacznie wynika, że Pan Władysław Bartoszewski był profesorem. Tytuł naukowy profesora (profesor belwederski) jest przyznawany dożywotnio. Stanowisko profesora jest czasowe, w trakcie zatrudnienia. Zatem profesorem nadzwyczajnym (uczelnianym) jest się tylko w momencie zatrudnienia na tym stanowisku. Po odejściu (np. na emeryturę) lub do innej pracy określenia „profesor” się już nie używa. Ale – tak jak w odniesieniu do byłych premierów, prezydentów i innych tytułów – używa się grzecznościowo. W przypadku Profesora Bartoszewskiego to wyraz szacunku i uznania dla wiedzy i postawy życiowej. Dorobek naukowy i pisarski ma ogromny i wartościowy.

Jak wykazałam, w pełni poprawnie jest nazywanie Profesora Bartoszewskiego profesorem.

Kilka lat temu, w 2015 roku) pewna lokalna prawacka gadzinówka (używam określenia "prawacki", bo do słowa prawicowy mam sentyment i szacunek), różnymi inwektywami próbowała mnie dyskredytować, pojawił się anonimowy (a jakże, bo anonimowy hejt jest znakiem firmowym tego typu środowisk) wpis, odmawiający prawa używania określenia „profesor” w stosunku do mojej osoby (po jakimś czasie wpisy zostały skasowane). Ogromnie zabawnie wyglądały wyjaśnienia „Redakcji” (też anonimowej):

„Jednego nie rozumiem – dlaczego tytułujecie tego pana „Profesorem” (wzgl. dlaczego on sam to robi). Ten pan nie ma takiego stopnia naukowego. To żaden profesor tylko zwykły doktor habilitowany, co najwyżej zatrudniony na stanowisku profesora uczelnianego. Odkąd uczelnie wymyśliły sobie etaty o nazwie „profesor uczelniany” nikt już nie odróżnia ich od prawdziwych profesorów.” A tu wyjaśnienie „redakcji”: „Na swoim blogu „Profesorskie gadanie” pan Czachorowski przedstawia się tak: „Dr hab. Stanisław Czachorowski prof. UWM, Wydział Biologii i Biotechnologii.” Zarówno tytuł bloga, jak i ten wpis wskazują, że pan Czachorowski określa się mianem „profesor” i tego oczekuje od innych. Natomiast to, co wypisuje na swojej stronie fb, a co przytoczyliśmy tylko we fragmencie, dyskwalifikuje go jako inteligenta i autorytet moralny, bez względu na to, jaki jest jego faktyczny tytuł naukowy. Redakcja”

Czyż nie jest to zabawne? Ignorancja, która z napuszeniem rozprawia o profesorach. Mylone są pojęcia takie jak tytuł, stanowisko itd. Gwoli ścisłości to – jak sama zaznaczyła w swej nieświadomości Redakcja – nie przedstawiam się jako profesor w sensie tytułu naukowego. Ale to już chyba zazwyczaj tak bywa, że hejt idzie w parze z ignorancją. Na dodatek przez blisko rok byłem na stanowisku starszego wykładowcy (czasowo). Od grudnia 2019 ponownie jestem na stanowisku profesora uczelni (ale na stanowisku dydaktycznym). Przez prawie rok na moim blogu był  odpowiedni zapis, zgodnie z aktualnie zajmowanym stanowiskiem. Niezależnie od tego, dzwoniący do mnie dziennikarze zwracali się do mnie per "panie profesorze". I miel do tego pełne prawo, tak samo jak studenci zwracający się "panie doktorze" (bo to skrót od doktor habilitowany).

Słowa mogą mieć różne znaczenia. To kontekst zdania i sytuacji pozwala w pełni poprawnie zrozumieć przekaz. Ale jak się psa chce uderzyć, to kij się zawsze znajdzie. Język nienawiści, by znaleźć sobie ujście, tak pozmienia kontekst i wybiórcze znaczenie, by uzasadnić swoją agresję. Niech to co wychodzi z człowieka, do niego wraca. Inni ujmują to takim powiedzeniem: "karma wraca". Niech wiec hejt wraca do hejtującego a przyzwoitość do przyzwoitych. Zło przemija a mądre i wartościowe słowa Profesora Bartoszewskiego trwają. 

05.02.2020

Po raz trzeci wśród najlepszych kanałów popularnonaukowych w Polsce



Po raz trzeci mój blog Profesorskie Gadanie, znalazł się wśród najlepszych kanałów popularnonaukowych w Polsce, w rankingu organizowanym przez To tylko Teoria.  (czytaj więcej). Bez wątpienia jest to dla mnie miłe. 

Ale równie bardzo cieszę się z lokalnej obecności "pod strzechami". Profesorskie Gadanie znalazło się także w najnowszej Mapie Wimlandii (będzie wiec pomagać odkrywać miejsca niezwykła na Warmii i Mazurach), w znakomitym, lokalnym towarzystwie:

Fot. Anna Wojszel

Fot. Anna Wojszel

02.02.2020

Dzień Darwina 2020 w Olsztynie i palindromiczna data

Dzisiejsza data ma charakter palindromu: 02.02.2020, czytana od lewej do prawej i od prawej do lewej wygląda tak samo. To znaczy prawie, bo kropka rozdzielająca dzień i miesiąc zaburza ten palindromiczny porządek. Taka konstelacja cyfr w dacie zdarza się podobno raz na tysiąc lat. I na dodatek mamy 33 dzień roku a do jego końca pozostało 333 dni. Również niejako symetrycznie. A że umysł ludzki ma naturalną tendencję do szukania wzorów, schematów, planów, to próbujemy doszukać się jakiegoś ukrytego sensu i porządku w tych cyfrach. W myśleniu magicznym (np. numerologicznym) doszukiwalibyśmy się jakiegoś przekazu, sensu i znaczenia.

Rodzi się jednak inne pytanie: dlaczego ewolucyjnie nasz mózg (umysł) doszukuje się wzorca, porządku, jakiegoś znaczenia w otaczającym nas świecie? I jakie dawało to zyski ewolucyjne naszym przodkom?

Organizm może bardzo różnie reagować na otoczenie. Wiele reakcji mamy utrwalone genetycznie. Bardzo dużo schematów takich działań w odpowiedzi na bodźce chemiczne lub inne opisuje np. fizjologia organizmów. Moglibyśmy mówić o zmienności genetycznej i różnorodności - w odpowiedzi na zmiany środowiska organizmy różnie reagują, jedne lepiej, inne mniej adekwatnie. W wyniku selekcji naturalnej ewolucja dokonuje powolnych zmian. Dobór naturalny wybiera tylko z istniejącej różnorodności i przeżywa najlepiej w danym momencie przystosowany (pomijamy oczywiście przypadkową śmiertelność, bo tej też jest w przyrodzie dużo, zatem nie tylko dobór decyduje o przeżyciu ale i przypadek, łut szczęścia).  W toku ewolucji życie na Ziemi  wykreowało niejako "celowe" tworzenie różnorodności poprzez najrozmaitsze rekombinacje, rearanżacje materiału genetycznego, w tym horyzontalny transfer genów lub fragmentów DNA. Możemy śmiało powiedzieć, że dobór naturalny faworyzował takie mechanizmy w obliczu zmieniającego się środowiska i ekspansji na nowe obszary - bo szybciej gatunki dostosowywały się ze swoimi reakcjami do otoczenia.

Dużym przyspieszeniem było powstanie rozmnażania płciowego - znacznie zwiększyło i przyspieszyło powiększanie różnorodności w obrębie populacji i gatunku. A co z myśleniem jako cechą przystosowawczą? Najprostsze reakcje behawioralne mogą mieć swoje uwarunkowania genetyczne. Ale ich zmiana -  w obliczu zmieniającego się środowiska - wymaga czasu. Szybsze są strategie uczenia się, czyli utrwalanie zapisu (zapisywanie) wzorca zachowania się na dany bodziec czy sytuację w układzie nerwowym. Nie są zapisywane w DNA tylko przekazywane w grupie w formie uczenia się lub samodzielnego "uczenia się" najlepszych sposób zachowania, reakcji, działania. Zapisywane są w układzie nerwowym.

Najprostsze są działania typu odruchowego (skrypt, algorytm) - bodziec wywołuje standardową reakcję w sposobie zachowania się.  Organizm korzysta z gotowej biblioteki wyuczonych schematów działania. Taki mechanizm sprawdza się w środowisku stałym, niezmiennym - te same reakcje i schematy postępowania przynoszą sukces. I my ludzie, też tak często postępujemy, niejako odruchowo. Ale jeśli sytuacja się zmieni (środowisko, w tym to społeczne), wtedy reakcja może nie przynosić sukcesu tylko porażkę. Wtedy przydaje się kosztowniejsze energetycznie myślenie analityczne (logiczne). Mózg jest organem bardzo energochłonnym, dlatego praca umysłowa wyczerpuje i męczy. Warto ją uruchamiać tylko w ważnej potrzebie. Bo w nowej sytuacji, poprzez różne zdroworozsądkowe, logiczne, dedukcyjne, analityczne myślenie, można wypracować nowy, bardziej adekwatny sposób zachowania w danej sytuacji środowiskowej lub społecznej. Do takiego myślenia potrzebny jest wzorzec, plan, system odniesienia. Budujemy więc w głowie mapy, schematy, modele myślowe, systemy itd. Jednym słowem poszukujemy ogólnego wzorca zachodzących zjawisk w przyrodzie. Szukamy porządku i sensu. Tak więc ogólnoludzka tendencja do odkrywania porządku (planu budowy, mapy świata) ma głęboki sens ewolucyjny i przystosowawczy.

Czasem, ta nasza ewolucyjnie progresywna cecha umysłu, płata figle. Bo najlepiej zapamiętuje się proste i piękne schematy świata. A czyż palindromiczna data 02.02.2020 nie wygląda pięknie, symetrycznie i prosto? Kusi nas więc do poszukiwania sensu. Na różne sposoby. Teorie spiskowe wywodzą się z tego samego źródła co proste i uniwersalne teorie praw przyrody. Jednakże metoda naukowa wypracowała jeszcze sposób weryfikacji tych różnych, pięknych i prostych teorii tłumaczących świat wokół nas. Z wielkiej różnorodności wybiera te najsensowniejsze i najlepiej (niezawodnie i zawsze) opisujące rzeczywistość wokół nas. To są te najlepsze, zweryfikowane, wyselekcjonowane mapy, dzięki którym nie zbłądzimy i dotrzemy tam, gdzie chcemy. Analogia do doboru naturalnego jest jak najbardziej celowa. Osobiście uważam, że jest ontologiczny związek między ewolucja biologiczna a ewolucja kulturową (łączącym elementem jest ogólna teoria systemów).

Dodam tylko, że oprócz myślenia analitycznego (liniowego) nasz mózg równie dobrze może posługiwać się myśleniem elastycznym (nieliniowe, rozbieżne, kreatywne). Myślenie elastyczne znakomicie sprawdza się w sytuacjach nowych, gdy stare wzorce i sposoby analizy zawodzą. Po prostu myślenie kreatywne jest jeszcze szybsze w dostosowywaniu się do nieustannie zmieniającego się środowiska.

Ten długi wstęp był potrzebny by zaprosić na Dnia Darwina, który jak co roku obchodzimy 12 lutego. I tym razem zapraszamy poza miasteczko akademickie, do restauracji na olsztyńskiej Starówce (Le Marie, ul. Lelewela 4), od godziny 17.00. Spotkanie odbędzie się w formule kawiarni naukowej. Można oczywiście konsumować ale każdy płaci za siebie. Przy stole dyskutowali już starożytni. My także chcemy nawiązać do greckich sympozjów.

Dzień Darwina świętowaliśmy w Olsztynie już kilka razy, zawsze w pozaakademickiej przestrzeni publicznej. Jest to zabieg celowy. Karol Darwin nie był pracownikiem uniwersytetu, tworzył swoją przełomową teorie zupełnie poza życiem akademickim (ale w dyskusji i korespondencji był pełnoprawnym uczestnikiem). Nie trzeba być więc członkiem akademii czy być pracownikiem instytucji naukowej by współtworzyć wiedzę i współuczestniczyć w odkryciach i postępie naukowym. Owszem, w wielu dyscyplinach nie można prowadzić obserwacji bez specjalistycznej aparatury. Ta jest kosztowna. Niemniej chcemy podkreślić, że i obecnie możliwa jest aktywność "amatorów", czyli ludzi mających inne niż akademickie źródło utrzymania a uczestniczących w zbieraniu danych, w dyskusjach, publikujących i upowszechniających wiedzę naukową.

Dyskusja jest jedną z ważniejszych... metod naukowych. Dlatego zapraszam 12 lutego na Dzień Darwina. Będą dwa referaty (krótkie) wstępne. Ja opowiem o niektórych, niepasujących do teorii doboru naturalnego, zjawiskach biologicznych. Nie przeczą one teorii Darwina a jedynie nie mieszczą się w jej interpretacji, niejako "wystają" na zewnątrz. Mam na myśli ewolucję integracyjną. W biologii nagromadziło się już sporo takich niepasujących faktów. Czekamy więc na przełom, na rewolucję w paradygmacie, czekamy na nowego Darwina, Kopernika, Newtona. Może już gdzieś jest i tworzy. Może już opracował rewolucyjną teorię, porządkująca zjawiska biologiczne. Tylko o nim jeszcze nie usłyszeliśmy. Tym bardziej potrzeba jest szeroka dyskusja.

Drugi referat przedstawi psycholog ewolucyjny - Kasper Kalinowski, który zaproponował dość przewrotny tytuł "Owulacja dnia codziennego". Domyślać się można, że będzie mowa o relacjach międzyludzkich.

A potem będzie nieprzewidywalna co kierunku dyskusja o ewolucji, o teoriach ewolucji, o nauce pozaakademickiej, o punktozie trapiącej nie tylko polska naukę.

Dzień Darwina to święto nauki i naukowców. Jedno z kilku takich niszowych świąt międzynarodowych. Każdy może je celebrować na swój, oryginalny sposób. My zapraszamy do dyskusji w przestrzeni publicznej.

A na koniec zagadka: czy jest a jeśli tak, to kiedy przypadnie palindromiczny Dzień Darwina?