Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą edukacja. Pokaż wszystkie posty

28.07.2026

Ławka, która pamięta więcej niż my

 

Ławeczki w miastach ze sławnymi postaciami są coraz liczniejsze. Nic tylko usiąść i zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. Takie pomniki z funkcjami użytkowymi. I dostosowane do instagramowego stylu życia z częstymi selfie, rozsiewanymi w mediach społecznościowych (a w zasadzie mediach prosumpcyjnych). Ale ta ławeczka w Warszawie jest nieco inna. Tam nie ma żadnej postaci. Tam jest tylko historia edukacji. Ja takie drewniane ławki jeszcze pamiętam ze swojej młodości. I taki kałamarz i liczydła. Nic tylko siąść i cofnąć się w czasie i jeszcze raz być w dawnej szkole. Co prawda lat mi nie ubyło ale na duszy zrobiło się bardzo błogo. Świat, którego już nie ma. I można go zobaczyć jedynie w skansenach, muzeach. I czasem w przestrzeni miejskiej, w formie niecodziennych pomników.

Jako ludzie lubimy opowieści. I to od setek tysięcy lat. Czasem są to opowieści tworzone obrazem. Czasem tańcem, czasem słowami wypowiadanymi, czasem słowami zapisanymi. A czasem ławeczką z brązu. We współczesnej kulturze obrazkowej mniej już używamy słów. Więcej obrazów i to tych "podrasowanych" technologiami. Obraz może bardzo fantazjować i zniekształcać rzeczywistość. Powoli uczymy się filtrować wartość dodaną i upiększoną by doskrobać się do rzeczywistości prawdziwej i realnej. Słowa mogą oszukiwać, obrazy także. A na pewno mogą opowiadać. 
 
Czasem wystarczy tylko usiąść na chwilę, żeby miasto zaczęło opowiadać swoje historie. Tak było i tego dnia, gdy zwykła ławka okazała się niezwykła, bo odlano ją z pamięci dawnych szkolnych czasów: kałamarz, liczydło, książki, wszystko ciężkie jak wiedza, którą kiedyś trzeba było wkuwać na pamięć. To był świat mojego dzieciństwa. Świat, którego już nie ma. Stąd ten pomnik dla utrwalenia dawnej historii. 

Usiadłem, aby na moment wrócić do szkolnej ławy i szczęśliwego dzieciństwa. Pamięć na szczęście jest wybiórcza. Więcej pamiętamy dobrego niż przykrego. Teraz patrzę na edukację z drugiej strony, tej nauczycielskiej. I dlatego ta metalowa rzeźba wydała mi się czymś więcej niż miejską dekoracją. To symbol ciągłości: od szkolnej ławki do uniwersyteckiej sali, od pierwszych liter do rozmów o ekologii, jeziorach i świecie, który trzeba rozumieć, żeby go chronić.

Miasto ma swoje pomniki, ale ma też takie drobne znaki. czasem pomniki są patetyczne, wojenne, pełne dawnej chwały. Czasem to pomniki życia codziennego. I nie mniej ważnej chwały codziennego trudu. Ciche, niepozorne, które przypominają, że nauka nie zaczyna się w laboratorium, tylko w ciekawości. A ciekawość często rodzi się właśnie na takiej ławce. A czasem na wakacjach, gdy biegamy po łące lub brodzimy w płytkiej rzeczce. Nie wszystkie pomniki dotyczą wojny i walki. Bo przecież życie składa się nie tylko z bohaterskich czynów od czasu do czasu. Życie w większej części składa się z ciekawości. Z nasłuchiwania co piszczy w trawie i szumi w lesie. 

Są w przestrzeni miejskiej takie miejsca, które nie krzyczą, nie błyszczą, nie próbują niczego udowadniać. Po prostu stoją. Ciche, metalowe, trochę zapomniane. Przy ruchliwej uliczce. A w pobliżu wielkie Centrum Nauki Kopernik nieustannie kipiące aktywnością odkrywania świata. A jednak, kiedy się zatrzymać przy tych niepozornych pomnikach z ławeczkami, to otwierają nam drzwi do historii, której nie ma w żadnym podręczniku. Kto przeżył choć rok w takiej ławce, to wyczyta więcej niż widać. Kto nie doświadczył, ten nie zrozumie. Zobaczy jedynie w kształtach jakąś dziwną sztukę abstrakcyjną z nieznanego obcego świata. 

Wróćmy jednak do Warszawy, gdy pewnego letniego dnia usiadłem na dawnej szkolnej ławce. Oczywiście nie tej prawdziwej, drewnianej, skrzypiącej, pachnącej kredą i atramentem, ale jej rzeźbiarskim wspomnieniu. Kałamarz odlany z metalu, liczydło, książki, wszystko ciężkie, jakby chciało powiedzieć: „Tak wyglądała nauka, zanim stała się cyfrowa”. I nieruchome. Zeszytu nie można otworzyć, w kałamarzu nie ma atramentu a na liczydłach nie da się przesuwać koralików by wykonywać działania arytmetyczne.

Tamtego dnia, gdy przyjechałem do Centrum Nauki Kopernik na wartościową konferencję o edukacji, przechodząc obok tej ławki-pomnika, poczułem, że siedzę na granicy dwóch światów. Za plecami miałem przeszłość, w której edukacja była bardziej o posłuszeństwie niż o ciekawości. Przed sobą miałem współczesność z interaktywnym muzeum nauki i konferencjami edukacyjnymi. Przed sobą miałem rzeczywistość, w której studenci przychodzą na zajęcia z telefonami, które mają większą moc obliczeniową niż komputery z czasów moich studiów. A ja sam jestem gdzieś pomiędzy, próbując łączyć jedno z drugim. Ciągle próbuję i ciągle niewystarczająco.

Ławka przypomina, że edukacja kiedyś była liniowa. Najpierw litery, potem zdania, potem reguły. Jak koraliki w liczydle. Najpierw posłuchaj, potem powtórz, na końcu zdaj. Wiedza była czymś, co się „przekazywało”. Nauczyciel był źródłem, uczeń naczyniem. Dziś jest inaczej. Sam przynajmniej chciałbym żeby tak było. By studenci przychodzili z własnymi pytaniami, własnymi doświadczeniami, własnymi ścieżkami. Czasem wiedzą więcej o narzędziach, czasem szybciej znajdują informacje, czasem zaskakują mnie interpretacją, której sam bym nie wymyślił. I bardzo dobrze, bo edukacja przestała być linią, a stała się siecią. 

Wakacje to czas rozmyślań edukacyjnych. To skojarzenia i inspiracje, drzemiące gdzieś w głębi, niespodziewanie wydobywane różnymi impulsami z otoczenia. Wakacje to czas suszenia sieci. Bez tego "suszenia" nie byłoby późniejszego połowu. Niezbędny czas regeneracji. A może niezbędny jest i czas refleksji oraz inspiracji?

Ławka przypomina też, że kiedyś uczono się „na pamięć”, a dziś uczymy się „z pamięcią” (zewnętrzną pamięcią cyfrową). Z pamięcią o tym, że świat jest złożony. Z pamięcią o tym, że wiedza nie jest celem, ale narzędziem. Z pamięcią o tym, że edukacja nie kończy się na egzaminie, tylko zaczyna się w momencie, kiedy człowiek zaczyna zadawać własne pytania. Nie byłoby pytań bez ciekawości. 

Siedząc na tej pomnikowej ławeczce pomyślałem, że edukacja zmienia się tak samo jak miasta. Stare elementy zostają, jak ta ławka, ale ich znaczenie ewoluuje. Szkoła i uniwersytet dawniej były miejscem dyscypliny. Dziś są symbolem refleksji i pamiątką historii. Dawniej szkoła była początkiem drogi. Dziś jest przypomnieniem, że droga trwa całe życie. I może właśnie dlatego tak lubię takie miejskie znaki. Bo pozwalają na chwilę zatrzymać się między „kiedyś” a „teraz”. A w tym zatrzymaniu rodzi się coś, co w edukacji jest najważniejsze czyli uważność.

A co Copilot (jako narzędzie AI) może powiedzieć o zdjęciu, bez moich osobistych doświadczeń? Na zdjęciach pozujemy, chcemy ładnie wyglądać, więc taka analiza jest nieco przez pozującego nieco ukierunkowana i zmanipulowana. Ale niech tam, zobaczmy co AI wyczyta.

"Na zdjęciu widać mężczyznę siedzącego przy rzeźbie przedstawiającej szkolną ławkę z dawnych czasów — z kałamarzem, liczydłem i książkami odlanymi z metalu. Na jego koszulce widnieje napis „Wydział Biologii i Biotechnologii UWM w Olsztynie”, co sugeruje, że jest związany z Uniwersytetem Warmińsko‑Mazurskim, prawdopodobnie jako wykładowca lub absolwent tego wydziału.

Co można o nim powiedzieć na podstawie zdjęcia:

  • Sprawia wrażenie osoby spokojnej, refleksyjnej i zainteresowanej nauką.
  • Ubrany jest praktycznie i wygodnie — kurtka turystyczna, okulary, neutralne kolory — co może wskazywać na kogoś, kto często przebywa w terenie lub ceni prostotę.
  • Siedzi przy rzeźbie edukacyjnej, co może symbolicznie podkreślać jego związek z nauczaniem, historią edukacji lub popularyzacją wiedzy.
  • Wyraz twarzy jest życzliwy, z lekkim uśmiechem — wygląda na osobę otwartą i przyjazną, być może nauczyciela lub popularyzatora nauki.

Całość tworzy wrażenie człowieka, który łączy naukę z kulturą i sztuką — kogoś, kto potrafi dostrzec wartość w symbolach i lubi miejsca, które opowiadają historię."

Mam wrażenie, że oprócz analizy zdjęcia AI wykorzystało jeszcze inne informacje. Może coś z moich wcześniejszych zapytań? Bo to chyba niemożliwe, aby z jednego zdjęcia wyczytać tyle informacji !.A jak jednak można? To pracodawca szybko wyczytać może dużo o potencjalnym pracowniku. Więcej niż ten zawrze w swoim CV i liście motywacyjnym.  Znowu żyjemy w małej wiosce, gdzie wszyscy o wszystkich dużo wiedzą i pamiętają do trzeciego pokolenia wstecz. 

4.07.2026

Kompas Edukacji 2026 czyli konferencja, która pozornie była po nic a jednak dla wielu jest ważna

W wydarzeniu znalazły się także rozmowy w formule Akademickiego Zacisza, czyli próba przeniesienie spotkań wypracowanych online do spotkania bezpośredniego. 
 

Nawet nie wiadomo jak to wydarzenie nazwać. Wymyka się prostym klasyfikacjom i utrwalonym schematom. Czy to była konferencja naukowa, pedagogiczna, popularyzująca edukację? A może spotkanie artystyczno-dyskusyjne? Lub warsztatowe spotkanie na temat współczesnej edukacji? Nie znajduję właściwych słów. Pod koniec czerwca spotkali się naukowcy pedagodzy, edukatorzy praktycy i nauczyciele już po raz trzeci w gościnnych progach Centrum Nauki Młyny Rothera.

W kategoriach standardowego myślenia o konferencjach naukowych wydarzenie było po nic. Ale to nic dla wielu bardzo dużo znaczy. Po nic, bo nie było wpisowego, identyfikatorów, tomików streszczeń z referatami, nie było zaświadczeń i dyplomikowych potwierdzeń udziału. Czyli tak jak klasówka bez ocen. W kategoriach awansu zawodowego na uczelniach wyższych (punktoza) czy w szkołach wydarzenie było po nic. Żadnych z tego punktów do dorobku naukowego czy awansu zawodowego nauczyciela. To „po nic” przewijało się w wielu miejscach dyskusji o szkole czy nawet uniwersytecie. Spotkanie było bardzo ważne dla uczestników, czyli jednak po coś przyjechali z czymś wartościowym wyjechali. Z czymś niemierzalnym prostą ocenozą czy punktozą. Ja wróciłem z wieloma inspiracjami i teraz powoli je intelektualnie i edukacyjnie trawię. Pisanie na blogu ułatwia mi to wspomniane trawienie.

Konferencja w niecodziennej formie ale z głęboką treścią. Nie było typowych referatów z Power Pointem, nie było sesji posterowej. Były za to znakomite stand-upy, w tym naukowca i pedagoga z rekwizytem. Konferencja, której się nie zapomina i która głęboko zapada w pamięć.

Tegoroczny Kompas Edukacji zatytułowany był: Czy człowiek ma trzecią rękę? Wyobraźnia jako moc sprawcza. A honorowym gościem wydarzenia był profesor Ryszard Łukaszewicz. Przekaz był różnorodny, nie tylko tradycyjnie słowem z referatami czy dyskusją. Było w pewnym sensie poznawanie różnych przedsięwzięć i pomysłów edukacyjnych przez doświadczanie i uczestnictwo. Było praktykowanie różnych form prezentacji dokonań pedagogicznych. I zaistniał przekaz nie tylko werbalny. A może to warto częściej naśladować także w murach uniwersyteckich?

Mogło niektórych zdziwić, gdy prowadzący konferencję profesor Roman Leppert na otwarciu pojawił się w krótkich spodenkach. Gospodarz poważnej konferencji w krótkich spodenkach, jak chłopczyk? Wygląda niepoważnie? Bo upały? Nie, to podkreślenie głównego tematu konferencji - wyobraźni jako trzeciej ręki. Mieć wyobraźnię jak mały chłopiec. Może jak Mały Książę? To wiarygodność przekazu. Dziękuję za tak inspirującą spójność niewerbalnego przekazu. Czasem jeden obraz wart tysiąca słów. I podobnych, niewerbalnych przekazów w czasie Kompasu było więcej.

Przyjechali licznie pracownicy uniwersyteccy, w tym ci utytułowani. Ale to uczniowie byli w centrum i z możliwością pokazania się, z imienia i nazwiska, a nie jako ktoś anonimowy i jako dekoracja dla kogoś innego, hierarchicznie ważniejszego. Nie jako dekoracja do błyszczenia innych. Szansa na rozwój a nie tylko jako „chłop pańszczyźniany” do pomocy. W takiej pełnoprawnej roli pojawili się na tej konferencji studenci i uczniowie. Było to praktykowanie przykładem i możliwością zobaczenia różnych efektów pedagogicznego działania. Niedawno byłem na spotkaniu absolwenckim swojego liceum z okazji 120-lecia. Wspominaliśmy czasy szkolne, ale dopiero na Kompasie Edukacji głębiej zrozumiałem sens niektórych działań szkolnych. Zrozumiałem sens i znaczenie tego, co się w moim liceum wydarzyło ponad 40 lat temu.

Zobaczyłem pedagogikę praktykowaną przykładem a nie tylko pięknie brzmiącymi teoriami spisanymi lub uczenie zreferowanymi. Przemawianie nie tylko słowem ale i obrazem, działaniem i rekwizytem z niedopowiedzeniami. To widz i słuchacz musi sobie dopowiedzieć i zintegrować z własną wiedzą. Przeżywanie treści, doświadczeń, przykładów edukacyjnych z różnych miejsc. W Bydgoszczy spotkali się pedagodzy, którzy tworzą. Było także Centrum Nowoczesnej Edukacji z Gdańska. Jakiś znak, że nowe wiatry wieją nie tylko w edukacji szkolnej lecz i tej uniwersyteckiej.

Dialog, rozmowa, opowieść, obraz, taniec, śpiew zamiast typowego referatu. Duży powiew świeżości dla akademików. Ja wyjechałem mocno zainspirowany, także z pomysłami na małe modyfikacje moich zajęć dydaktycznych.

Prof. Leppert witał gości przy wejściu, było to autentyczne i dobre otwarcie. To nie przypadek, to sposób patrzenia na świat i na ludzi. Otwarty i życzliwy. W czasie konferencji profesor R. Leppert wszystkich wymienia z imienia i nazwiska, nawet w podziękowaniach dla personelu technicznego. Stwarzał przestrzeń dla wszystkich. Ludzie nie są dla niego tłem lecz podmiotem, który pokazuje światu, nawet jeśli są to „tylko” uczniowie czy studenci.

Na Kompas edukacji do Bydgoszczy przyjeżdżają ciepło witający się ludzie. Znają się z działań, z internetu i z kontaktów bezpośrednich. Nie da się wszystkiego streścić. Ta relacja jest mocno chaotyczna. Sporo jeszcze w mojej głowie intelektualnie buzuje i długo będzie wydawało owoce. Czy te opowieści zaprezentowane przez Łowców Słów nie mogłyby pojawiać się na wykładach? Jako element tradycyjnych wykładów. Była na początku opowieść z morałem: „co byś osiągnął, gdybyś umiał pisać – byłbym portierem w burdelu” (wiem, motto bez pełnej opowieści jest niezrozumiałe). Czasem niektóre nasze braki mogą być szansą na rozwój i osiągniecie sukcesu. Opowieść nie jest przejrzystym, linearnym i logicznym wywodem akademickim. Jest obrazem z niedopowiedzenia i koniecznością samodzielnej interpretacji.

Moją uwagę zwróciły także „Naukowe place zabaw”. Jeden taki jest już w Olsztynie. Kolejny raz doświadczyłem, że Młyny Rothera są miejscem spotkań i ćwiczenia wyobraźni. Podoba mi się tak działające centrum nauki. A skoro młyny, to pojawiła się także mąka. Torebka z mąką w prezencie dla artystów i występujących prelegentów. Mąka, z której można coś upiec realnie i symbolicznie. Może za rok będą patyki z lasu? Dlaczego patyki? Bo te także pojawiły się w relacjach z eksperymentów edukacyjnych. Takie, zwykłe podwórkowe a jednak z bogatą treścią.

Miałem okazję pełniej zapoznać się z Wrocławską Szkołą Przyszłości. Zaistniała jako eksperyment już wiele lat temu. I jest ciągle aktualna w sowich dokonaniach. Ważne jest nie tylko to, co jest napisane. Nawiązuję jeszcze do formuły Kompasu Edukacji. Przekaz artystyczny w postaci tańca i prezentacji wokalnych studentów oraz uczniów jako efekty pracy pedagogicznej to opowieść konkretem oraz przykładem bez wzniosłych teorii.

Metoda zmyślnych okazji to projektowanie okazji do zadań zamkniętych, zadań otwartych i wielości rozważań. Szkoła ma generować odpowiedzi ale i pytania. W szkole najważniejsze są pytania. Szkoła ma: 1. Prowokować, 2. Oferować, 3. Wybierać. A narracja to sposób rozumienia świata. „Świat jest moja walizką” – jeden z rekwizytów i porównań, które głębiej mi utkwił w pamięci. Wiedza jest stawianiem pytań w podróży a nie tylko odpowiedzi. Bo odpowiedzi nie są najważniejsze. A zapytałeś dlaczego? Dlaczego na przykład wśród potraw z ziemniaków znalazł się kisiel?

A skoro z Kompasu Edukacji nie ma zaświadczeń o udziale, to może wzorem niektórych rozwiązań szkolnych samemu sobie narysuję świadectwo ukończenia spotkania? Albo napiszę? Świadectwo zakończenia zajęć - narysuj swój portret, opisz co lubisz, scharakteryzuj to, co lubisz. Powstanie w ten sposób świadectwo alternatywne. A dlaczego nie zaadaptować takich rozwiązań na studiach? Oczywiście po odpowiednim przetworzeniu by zachować sens lecz by pasowało do nowej sytuacji edukacyjnej na uniwersytecie. Świadectwa szkolne tak na prawdę też są po nic. Są tylko wystandaryzowanym „po nic” z promocją do kolejnej klasy.

Najbardziej korzystam z wydarzeń (konferencji), gdy na nich coś robię. To może być wygłaszany referat, przewodniczenie sesji, kręcenie filmu z relacją, pisemna notatka lub sprawozdanie (tak to czynię na niniejszym blogu). Dokumentuję by potem opowiedzieć komuś innemu. Robię zdjęcia, dyskutuję, referuję, komentuję, opisuję. To aktywne przetwarzanie wiedzy a więc lepsze i głębsze zapamiętywanie. Notowanie przez dyskutowanie lub opowiadanie może na pierwszym rzut oka wydać się paradoksalne.

Świat jest moją walizką. Włożę do niej nowe rzeczy. A studentom pokaże, co w niej schowałem. Na przykład patyki znalezione w lesie. Nie da się streścić dwudniowego wydarzenia w jednym krótkim tekście. Zbyt wiele treści, zbyt wiele pomysłów. Każdy z nich zasługuje na staranne i oddzielne opowiedzenie. I tak się zapewne stanie. Na razie relację zakończę tym, że przestrzeń jest trzecim nauczycielem. Pierwszym są szkolni czy uniwersyteccy pedagodzy, drugim są uczniowie z klasy (i studenci z kampusu). A trzecim jest właśnie przestrzeń i okazja do niezaplanowanych spotkań i relacji.

„Nie to jest ładne co jest ładne, lecz to, na co zagłosujemy”. Wiedza z przypowieści Łowców Słów. A Ty Czytelniku, dopowiedz sobie resztę.

PS. A może Kompas Edukacji jest postpiśmienną forma konferencji, formule nowej mówioności?


2.07.2026

Nauczyciel wpływa na świat przez swoich uczniów i studentów



Gdyby zapytać przypadkowego przechodnia, kto najbardziej wpływa na losy świata, zapewne usłyszelibyśmy długą listę polityków, przedsiębiorców, wynalazców, może kilku celebrytów i jednego czy dwóch influencerów. Rzadko ktoś wymieni nauczyciela. A jeśli już, to raczej własnego nauczyciela matematyki, który skutecznie zniechęcił go do ułamków, niż jako osobę kształtującą historię ludzkości. Tymczasem istnieje pewien paradoks. Nauczyciele należą do grupy ludzi, którzy wywierają ogromny wpływ na świat, ale niemal nigdy nie mogą go obserwować bezpośrednio. Ich praca przypomina sadzenie lasu, w którym sami nigdy nie będą spacerować w cieniu dorodnych, kilkusetletnich drzew.

Rolnik widzi plony po kilku miesiącach. Budowniczy ogląda gotowy dom po kilku miesiącach. Programista uruchamia aplikację i może sprawdzić, czy działa. Nauczyciel znajduje się w znacznie trudniejszej sytuacji. Sieje pomysły, wartości, sposoby myślenia, ciekawość świata i umiejętność zadawania pytań, ale efekty swojej pracy zobaczy dopiero po wielu latach. O ile w ogóle je zobaczy. Uczeń siedzący dziś w ostatniej ławce za dwadzieścia lat może projektować mosty, leczyć ludzi, prowadzić firmę, pisać książki albo wychowywać kolejne pokolenie dzieci. Student, który dzisiaj z trudem zdaje egzamin, za kilkanaście lat może podejmować decyzje wpływające na życie tysięcy ludzi. I choć wtedy nikt nie będzie wspominał nazwiska nauczyciela biologii, polonisty czy profesora ekologii, ich ślad pozostanie obecny. Obecny choć rozproszony, bo tych nauczycieli w życiu każdego z nas było wielu. 

W lesie łatwo zauważyć wielkie drzewa. Trudniej dostrzec grzybnię ukrytą pod ziemią, która łączy korzenie i umożliwia wymianę substancji między roślinami. A jednak bez niej cały ekosystem funkcjonowałby znacznie gorzej. Nauczyciele są właśnie taką społeczną grzybnią. Niewidoczną siecią połączeń, przez którą przepływają wiedza, wartości, doświadczenia i kultura. Nieprzypadkowo wiele osób po latach pamięta pojedyncze zdania wypowiedziane przez nauczyciela. Czasem są to słowa zachęty. Czasem jedno pytanie zadane we właściwym momencie. Czasem zwykła uwaga: „Spróbuj, bo możesz to zrobić”. Z perspektywy nauczyciela jest to kilka sekund rozmowy. Z perspektywy ucznia może to być punkt zwrotny całego życia.

Nauki o rozwoju człowieka od dawna pokazują, że na nasze decyzje wpływają nie tylko geny i środowisko rodzinne. Ogromne znaczenie mają także osoby znaczące, spotykane na różnych etapach życia. Nauczyciel należy do tej szczególnej kategorii ludzi, którzy mogą uruchamiać procesy trwające przez dekady. Ale może i blokować. Nie tyle przekazuje wiedzę, ile zmienia trajektorie życiowe.

Problem polega na tym, że nauczyciel niemal nigdy nie otrzymuje pełnego raportu końcowego. Dlatego jest to zawód tak bardzo wypalający. Nie istnieje aplikacja, która po trzydziestu latach wysłałaby powiadomienie: „Pamiętasz ucznia z trzeciej ławki pod oknem? Właśnie skonstruował urządzenie ratujące życie pacjentów”. Albo: „Ta studentka, która zawsze siadała z tyłu sali, właśnie stworzyła organizację pomagającą ludziom”. Nauczyciel funkcjonuje więc w warunkach niezwykłej niepewności. Musi wierzyć, że jego działania mają sens, mimo że skutki pozostają często niewidoczne.

Jest w tym coś głęboko filozoficznego. Żyjemy w kulturze natychmiastowych rezultatów. Kliknięcie daje reakcję. Publikacja daje polubienie. Film daje liczbę wyświetleń. Edukacja działa inaczej. Jest sztuką cierpliwości. To inwestycja o najdłuższym możliwym terminie zwrotu. Czasem trzeba czekać dwadzieścia lub trzydzieści lat, aby dostrzec efekty jednego dobrze przeprowadzonego spotkania z uczniami.

Można więc powiedzieć, że nauczyciel jest producentem przyszłości. Nie produkuje jednak gotowych towarów. Produkuje możliwości. Wyposaża młodych ludzi w narzędzia do samodzielnego kształtowania świata. A potem oddaje ich społeczeństwu niczym pracownik placówki rehabilitacji zwierząt lub ekolog namnażający w hodowli zagrożone wyginięciem gatunki i wypuszczający młode zwierzęta na wolność. Od tej chwili zaczynają żyć własnym życiem, podejmować własne decyzje i wpływać na innych ludzi. Ostatnio spotkaliśmy się na uroczystości 120-lecia naszego liceum. Z klasy było nas kilkanaście osób, po ponad 40 latach od matury. Zaczęliśmy wspominać nauczycieli. Każdy z nas zapamiętał co innego, każdemu z nas pomógł w czymś innym inny nauczyciel. W ten sposób nauczyciel staje się obecny wszędzie tam, gdzie znajdują się jego dawni uczniowie. Nawet po wielu latach.

Nauczyciel jest trochę w lekarzu, który rozmawia z pacjentem z empatią. Trochę w inżynierze budującym bezpieczny most. Trochę w nauczycielce uczącej kolejne pokolenie uczniów lub studentów. Trochę w urzędniku podejmującym rozsądne decyzje. Trochę nawet w rodzicu tłumaczącym dziecku, dlaczego warto być uczciwym. To właśnie dlatego wpływ nauczyciela jest tak ogromny. Nie działa bezpośrednio. Działa przez ludzi. A jego praca jest trudna do natychmiastowej ewaluacji. Dlatego ten zawód tam mocno wypala...

A jednak istnieje jeszcze jedna forma oddziaływania na świat. Jest nią popularyzacja nauki. Przez wiele lat uważałem, że nauczyciel wpływa na świat przede wszystkim za pośrednictwem swoich studentów i uczniów. Nadal tak uważam. Ale wraz z rozwojem internetu pojawiła się dodatkowa ścieżka. Blogi, podcasty, kanały popularnonaukowe i media społecznościowe stworzyły nową przestrzeń edukacji. W pewnym sensie blog jest także salą wykładową czy szkolną klasą. Tyle że bez ścian, bez dzwonków i bez listy obecności. Czytelnik staje się uczniem, choć często nawet o tym nie myśli. Przychodzi po informację, ciekawostkę lub inspirację, a wychodzi z nowym pomysłem, nowym pytaniem albo nowym sposobem patrzenia na rzeczywistość. Albo tylko mile spędzona chwilą. 

Co więcej, efekt pojawia się znacznie szybciej. W tradycyjnej edukacji uczeń spędza osiem lat w szkole podstawowej, kilka kolejnych w szkole średniej, a potem być może pięć lat na studiach. Proces jest długi i rozłożony w czasie. Tymczasem czytelnik bloga może przeczytać tekst podczas porannej kawy i już po godzinie zmienić swoje działanie. Może zacząć obserwować przyrodę, inaczej segregować odpady, zainteresować się nauką, zweryfikować własne przekonania albo po prostu spojrzeć na świat z większą ciekawością. To niezwykła sytuacja.

Nauczyciel akademicki przyzwyczajony do wieloletniego oczekiwania na efekty nagle otrzymuje możliwość oddziaływania niemal natychmiastowego. Oczywiście jest to wpływ innego rodzaju. Płytszy, mniej systematyczny, bardziej rozproszony. Ale jednocześnie może obejmować tysiące ludzi. Każdy wpis na blogu jest jak wysłanie w świat niewielkiej paczki z ideami. Nie wiadomo, gdzie dokładnie dotrze. Nie wiadomo, kto ją otworzy. Nie wiadomo, która myśl okaże się dla kogoś ważna. Ale wiadomo, że część z tych idei zacznie żyć własnym życiem. A właśnie na tym polega edukacja. Nie na przekazywaniu gotowych odpowiedzi, lecz na uruchamianiu procesów myślowych. Nie na wypełnianiu głów informacjami, lecz na rozbudzaniu ciekawości. Nie na tworzeniu kopii samego siebie, lecz na wyposażaniu innych ludzi w zdolność samodzielnego myślenia. Dlatego nauczyciel zmienia świat. Czasem robi to powoli, przez całe pokolenia swoich uczniów. Czasem szybciej, przez czytelników bloga. W obu przypadkach działa jednak ten sam mechanizm. Zmienia ludzi, a ludzie zmieniają świat.

I być może właśnie dlatego zawód nauczyciela należy do najbardziej niezwykłych profesji. To jedyna praca, w której codziennie spotyka się przyszłość, siada z nią przy stoliku lub w sali wykładowej, a następnie próbuje ją przygotować do życia. Nawet jeśli pełne skutki tej pracy zobaczą dopiero następne pokolenia.

Im dłużej pracuję jako nauczyciel akademicki, tym częściej dochodzę do wniosku, że edukacja nie kończy się wraz z rozdaniem dyplomów. Właściwie to ona wtedy dopiero się zaczyna. Studia nie są przecież magazynem wiedzy na całe życie, podobnie jak szkoła nie jest zbiornikiem, który napełnia się raz i wystarcza na zawsze. Wiedza starzeje się szybciej niż niejedna technologia, a świat zmienia się szybciej niż programy nauczania. Dlatego współczesny człowiek musi uczyć się przez całe życie. Być może właśnie dlatego tak bardzo polubiłem popularyzację nauki.

Coraz częściej postrzegam popularyzację nauki jako szczególną odmianę nauczania. To także jest szkoła, choć bardzo nietypowa. Nie ma klas, dzienników, planu lekcji ani obowiązkowej obecności. Nie ma egzaminów końcowych i ocen wpisywanych do systemu. Są za to ludzie ciekawi świata, którzy zaglądają na blog, czytają tekst, oglądają zdjęcie, słuchają opowieści o przyrodzie lub nauce i zabierają ze sobą mały fragment wiedzy.

Tak właśnie wyobrażam sobie edukację XXI wieku. Nie jako jednorazowy etap życia, lecz jako proces ciągły. Uczenie się małymi porcjami, ale regularnie. Trochę jak z jedzeniem. Nikt rozsądny nie próbuje zjeść zapasu żywności na całe życie podczas jednego obiadu. Podobnie nie da się zdobyć całej potrzebnej wiedzy podczas kilku lat szkoły czy studiów. Trzeba ją uzupełniać przez całe życie. Patrząc z tej perspektywy, czytelnicy mojego bloga są także moimi studentami. Nietypowymi, bo rozproszonymi po całym kraju, a czasem i świecie. Nietypowymi, bo nie spotykamy się w sali wykładowej. Nietypowymi, bo sami wybierają temat kolejnych zajęć, klikając w tekst, który ich zainteresuje. Ale jednak studentami. Łączy nas przecież to samo: ciekawość świata i chęć zrozumienia otaczającej rzeczywistości.

Kiedyś wiedza akademicka krążyła głównie pomiędzy uczelniami. Naukowcy publikowali artykuły, które czytali przede wszystkim inni naukowcy. Dzisiaj ten obieg wiedzy jest znacznie bardziej złożony. Oczywiście nadal publikujemy wyniki badań. Nadal piszemy artykuły naukowe, raporty, monografie i ekspertyzy. Ale coraz częściej nasze ustalenia trafiają również do społeczeństwa innymi drogami. Sam wielokrotnie obserwowałem, jak wyniki badań nad przyrodą zaczynają żyć własnym życiem poza murami uczelni. Raz stają się częścią planu ochrony cennego obszaru. Innym razem trafiają do raportu przygotowywanego dla parku krajobrazowego lub parku narodowego. Kiedy indziej są wykorzystywane w ekspertyzie dotyczącej ochrony gatunków albo siedlisk przyrodniczych. Czasem pomagają samorządom podejmować decyzje dotyczące zagospodarowania przestrzeni. Niekiedy stają się argumentem w dyskusji o ochronie środowiska. W takich chwilach szczególnie wyraźnie widać, że nauka nie kończy się na publikacji.

Artykuł naukowy jest dopiero początkiem podróży. Potem wiedza zaczyna krążyć pomiędzy ludźmi. Trafia do urzędników, nauczycieli, przyrodników, społeczników, dziennikarzy i zwykłych mieszkańców. Każdy z nich wykorzystuje ją na swój sposób. Tak powstaje sieć powiązań, której często nawet nie dostrzegamy. Pod tym względem naukowiec przypomina nauczyciela. W obu przypadkach najważniejsze nie jest to, co sam zrobił, lecz to, co zrobią inni ludzie dzięki zdobytej wiedzy.

Dlatego coraz mniej wierzę w obraz naukowca zamkniętego w laboratorium czy gabinecie. Współczesny naukowiec powinien być także tłumaczem. Powinien przekładać język specjalistycznych publikacji na język zrozumiały dla społeczeństwa. Powinien budować mosty pomiędzy światem badań a światem codziennych doświadczeń. Blog internetowy jest dla mnie właśnie takim mostem. To miejsce, gdzie wyniki badań spotykają się z codzienną ciekawością ludzi. Gdzie naukowe fakty mogą zamienić się w inspirację do działania. Gdzie wiedza przestaje być zamknięta w czasopiśmie naukowym i zaczyna funkcjonować w życiu codziennym. Być może dlatego tak bardzo cenię każdy komentarz od czytelnika, który napisał, że po przeczytaniu tekstu zaczął obserwować owady, zainteresował się ochroną przyrody, poszedł na spacer do lasu albo spojrzał inaczej na otaczający go świat. To są właśnie te małe efekty edukacji rozproszonej. Niewielkie zmiany, które pojawiają się natychmiast, bez wieloletniego procesu kształcenia.

Ostatecznie zarówno nauczyciel szkolny, nauczyciel akademicki, jak i popularyzator nauki wykonują podobną pracę. Wszyscy próbują poszerzać horyzonty innych ludzi. Wszyscy zasiewają pytania, które będą kiełkować przez lata. Wszyscy dokładają swoją cegiełkę do budowania społeczeństwa bardziej świadomego, bardziej ciekawskiego i bardziej rozumiejącego świat. A świat zmienia się właśnie w taki sposób. Nie tylko przez wielkie wynalazki, przełomowe odkrycia czy spektakularne decyzje polityczne. Zmienia się także przez miliony drobnych aktów uczenia się. Przez pojedyncze rozmowy, przeczytane książki, wysłuchane wykłady i przeczytane wpisy na blogu.

Jeśli więc ktoś pyta mnie, po co piszę o przyrodzie, nauce i edukacji, odpowiadam najczęściej, że robię to z tego samego powodu, dla którego prowadzę zajęcia ze studentami. W obu przypadkach chodzi o to samo. O przekazywanie pałeczki dalej. O dzielenie się wiedzą. O uczestniczenie w wielkim międzypokoleniowym łańcuchu uczenia się, który trwa od tysięcy lat i który, mam nadzieję, będzie trwał jeszcze bardzo długo.

Czas wakacji. Ani nauczyciel, ani popularyzator nie ma pełnego odcięcia od szkoły czy pisania. Z jednej strony wypoczywa, a z drugiej szuka pomysłów i kolejnych inspiracji. Każda praca twórcza wymaga wypoczynku i inspiracji. I oczywiście wakacyjne nudy.

22.06.2026

A wiecie, że nauczyciel to najpopularniejszy zawód w Polsce?



Anegdotę o Stańczyku usłyszałem dawno temu. I to zapewne kilka razy przy różnych okazjach. Pamiętałem sens, ale nie szczegóły. Zamiast szukać oryginału wymyśliłem sam potrzebne szczegóły, by oddawały sens opowieści. Jest więc to twórcza halucynacja niczym AI. Tak, ludzie też od wieków to potrafili. Niczym regeneracja utraconego ogona u jaszczurki. Dobudowanie brakujących słów i zdań by "ogon" opowieści urósł do właściwych rozmiarów.

Stańczyk, jak wiadomo, błaznem był tylko z urzędu, bo z rozumu przypominał raczej socjologa, filozofa i felietonistę w jednej osobie. Pewnego razu miał stwierdzić, że najpopularniejszym zawodem w Krakowie jest medyk. Nie wszyscy dali temu wiarę, więc postanowił przeprowadzić doświadczenie terenowe, można by rzec: badanie uczestniczące, choć bez formularza zgody komisji bioetycznej. Udał się na rynek, przewiązał policzek chustą, jęczał i trzymał się za twarz, udając straszliwy ból zęba. Efekt przeszedł oczekiwania. Jeden przechodzień radził płukać usta gorzałką, drugi przykładać rozgrzaną cegłę, trzeci polecał zioła, czwarty modlitwę, piąty wyrwanie zęba sznurkiem, a szósty zapewne dorzuciłby jeszcze, że zna szwagra, któremu pomogło żucie końskiego włosia. Stańczyk wrócił więc z triumfem, skoro tylu ludzi zna się na leczeniu, medyk musi być w Krakowie zawodem najpopularniejszym.

Gdyby dziś Stańczyk przechadzał się po rynku (niekoniecznie krakowskim, może być olsztyński, warszawski albo cyfrowy rynek mediów społecznościowych),  prawdopodobnie doszedłby do podobnego wniosku, tyle że zamiast medyków odkryłby nauczycieli. Bo dziś najpopularniejszym zawodem wydaje się nauczyciel. Wszyscy uczą. Wszyscy objaśniają. Wszyscy pouczają. Wszyscy wiedzą, jak należy wychowywać dzieci, jak uczyć matematyki, jak prowadzić lekcje biologii, jak oceniać wypracowania, jak motywować młodzież, jak reformować szkołę i jak naprawić system edukacji, najlepiej od poniedziałku rano, bez kosztów, bez konfliktów i bez zmęczenia. I oczywiście jak korzystać z internetu czy narzędzi generatywnej sztucznej inteligencji do wszystkich życiowych i zawodowych działań.

Wystarczy wejść do internetu, żeby zobaczyć ten wielki, nieformalny uniwersytet powszechny online. Komentarze pod artykułami, wpisy na Facebooku, krótkie filmiki, rozmowy przy sklepowej kasie, dyskusje rodzinne przy świątecznym stole - wszędzie odbywa się nauczanie. Jedni uczą, jak powinien wyglądać program szkolny, drudzy, jak powinien zachowywać się nauczyciel, trzeci, co uczeń powinien umieć po ósmej klasie, a czwarty z przekonaniem wyjaśnia, że dawniej to szkoła była szkołą, nauczyciel był nauczycielem, a uczeń uczniem, choć jego własne wspomnienia z tamtych czasów bywają lekko podkolorowane nostalgią, jak fotografia z wakacji w sepii. A kolejny, że należy zabrać smartfony ze szkoły. A jeszcze inny, że na odwrót, że trzeba korzystać z tabletów i smartfonów w szkole i przedszkolu. Nie mówiąc już o tym czy dawać lody za świadectwo z czerwonym paskiem czy też nie dawać.

I nie ma w tym nic dziwnego. Szkołę zna każdy. Prawie każdy był uczniem, wielu jest rodzicami uczniów, część ma wnuki, część wspomina własnych nauczycieli, a część do dziś nosi w sobie traumę po czerwonym długopisie. Szkoła jest jednym z tych doświadczeń wspólnych, które tworzą nasze społeczne imaginarium. O elektrowni atomowej, neurochirurgii albo budowie mostów większość ludzi wypowiada się ostrożniej, choć i tu nie zawsze. Ale o szkole? O szkole każdy coś wie, bo każdy tam był. A skoro był, to znaczy, że się zna. No i jeszcze czytał coś tam w internecie, w social mediach. I że spytał Czata GPT. 

To trochę tak, jak z teatrem. Widz, który obejrzał wiele przedstawień, może mieć świetne wyczucie sceny i trafne opinie. Nie znaczy to jednak, że automatycznie potrafi wyreżyserować spektakl, poprowadzić próbę, ustawić światło, zbudować rolę i pogodzić temperamenty aktorów. Podobnie bycie uczniem nie czyni jeszcze człowieka nauczycielem, choć daje mu pewne doświadczenie edukacji. Problem zaczyna się wtedy, gdy osobiste wspomnienie mylimy z wiedzą zawodową, a własne przekonanie z kompetencją pedagogiczną.

Jeśli więc nauczyciel jest dziś zawodem najpopularniejszym, to natychmiast pojawia się pytanie w stylu Stańczyka: skoro nauczycieli jest tak wielu, dlaczego brakuje ich w szkołach? Skoro tak wielu zna się na edukacji, to dlaczego brakuje nauczycieli w szkołach? Dlaczego dyrektorzy poszukują polonistów, matematyków, fizyków, nauczycieli edukacji wczesnoszkolnej, pedagogów specjalnych? Dlaczego pojawiają się wakaty? Dlaczego w wielu miejscach coraz trudniej obsadzić lekcje specjalistami? Czyżby ten najpopularniejszy zawód istniał głównie w wersji towarzyskiej, internetowej i komentatorskiej?

Odpowiedź jest dość prosta, choć mało przyjemna. Czym innym jest uczyć bez odpowiedzialności, a czym innym być nauczycielem zawodowo. Pouczanie jest łatwe, bo zwykle nie wymaga sprawdzenia skutków. Można powiedzieć: „Ja bym ich krótko trzymał”, „Wystarczy zainteresować ucznia”, „Dzieci trzeba nauczyć dyscypliny”, „Szkoła powinna rozwijać kreatywność”, „Niech uczą praktycznych rzeczy”. Wszystko to brzmi dobrze, zwłaszcza jeśli wypowiada się zdania ogólne, z bezpiecznej odległości od klasy pełnej trzydziestu żywych, zmęczonych, głodnych, zakochanych, przestraszonych, zbuntowanych, zdolnych, zagubionych i rozgadanych nastolatków. Albo kilkulatków zamęczonych przez rodziców dodatkowymi zajęciami typu hippika, gra na skrzypcach, szachy, taniec, język japoński.

Nauczyciel zawodowy nie pracuje z pojęciem „uczeń” w liczbie pojedynczej i abstrakcyjnej. Pracuje z Kasią, która świetnie pisze, ale boi się odezwać. Z Michałem, który przeszkadza, bo nie rozumie, z Zosią, która wszystko rozumie szybciej niż inni i zaczyna się nudzić. Z Kubą, który w domu ma problemy i przynosi je do szkoły w plecaku razem z zeszytem. Z klasą, która w poniedziałek rano przypomina bardziej organizm meteorologiczny niż grupę edukacyjną. W tej rzeczywistości nie wystarczy mieć rację. Trzeba jeszcze umieć z tą racją dotrzeć do ludzi.

To jest zasadnicza różnica między pouczaniem a nauczaniem. Pouczanie bywa jednostronne: wiem lepiej, więc mówię. Nauczanie jest relacyjne: wiem coś, ale muszę sprawić, by drugi człowiek mógł to odkryć, zrozumieć, przetworzyć i zastosować. Pouczający często kończy na komunikacie. Nauczyciel zaczyna od komunikatu, a potem obserwuje, koryguje, wraca, tłumaczy inaczej, podaje przykład, zadaje pytanie, milczy, czeka, znów próbuje, czasem ponosi porażkę, czasem odnosi małe zwycięstwo, które z zewnątrz wygląda jak nic szczególnego. Ot, uczeń wreszcie zrozumiał ułamki. Ale kto widział radość dziecka, które nagle mówi „aha!”, ten wie, że to małe święto poznania.

Popularnonaukowo można powiedzieć, że nauczanie nie polega na przelewaniu wiedzy z głowy do głowy, jak z dzbanka do szklanki. Mózg ucznia nie jest pustym naczyniem lecz aktywnym systemem interpretującym świat. Uczenie się wymaga uwagi, emocji, wcześniejszej wiedzy, motywacji, powtórzeń, błędów i informacji zwrotnej. Nauczyciel nie jest więc jedynie dostawcą treści lecz organizatorem warunków, w których uczenie się może się wydarzyć. Jest projektantem środowiska edukacyjnego. Jest projekczycielem. Może, ale nie musi. Bo człowiek nie jest maszyną, a szkoła nie jest fabryką śrubek, choć czasem administracyjnie próbuje się ją do tej fabryki upodobnić.

I tu wraca kwestia odpowiedzialności. Nauczyciel odpowiada nie tylko za to, co powiedział, ale także za to, jak zostało to zrozumiane. Odpowiada za atmosferę pracy, za bezpieczeństwo, za ocenianie, za dokumentację, za rozmowę z rodzicami, za dostosowania, za wymagania, za własne emocje i cudze emocje. Odpowiada nawet wtedy, gdy nie ma wpływu na wiele czynników. Za liczbę uczniów w klasie, podstawę programową, społeczne nierówności, domowe kłopoty uczniów, zmieniające się przepisy, oczekiwania rodziców i polityczne pomysły na reformy. To trochę tak, jakby od ogrodnika oczekiwano pięknego ogrodu, ale dawano mu różne nasiona, różną glebę, zmienną pogodę, za mało narzędzi, a potem rozliczano go z tego, że wszystkie rośliny nie zakwitły tego samego dnia.

Dlatego wielu ludzi chętnie by nauczało, ale mniej chętnie zostałoby nauczycielami. Chętnie wygłosimy opinię o edukacji, ale niekoniecznie weźmiemy odpowiedzialność za dwadzieścia pięć osób w klasie przez dziesięć miesięcy roku szkolnego. Chętnie powiemy, że trzeba wymagać, ale trudniej spokojnie wyjaśnić uczniowi po raz siódmy to samo zagadnienie. Chętnie uznamy, że młodzież trzeba motywować, ale mniej chętnie zmierzymy się z faktem, że motywacja nie jest guzikiem, który nauczyciel naciska przed lekcją. Chętnie chcemy, by szkoła była nowoczesna, ale nie zawsze jesteśmy gotowi uznać, że nowoczesność kosztuje: czas, pieniądze, szkolenia, zaufanie i cierpliwość.

Jest w tym wszystkim pewna ironia. Nauczyciel należy do zawodów najbardziej komentowanych i jednocześnie często najmniej rozumianych. Każdy widzi lekcję jako czterdzieści pięć minut przy tablicy, ale nie każdy widzi przygotowanie, sprawdzanie, planowanie, rozmowy, narady, poprawianie sprawdzianów, myślenie o tym, co nie wyszło, i nieustanne dostosowywanie się do zmieniającego się świata. I nie widzi dokształcania się nauczycieli. A świat zmienia się szybciej niż szkolne rozkłady materiału. Uczniowie żyją w kulturze natychmiastowego dostępu do informacji, ale informacja nie jest jeszcze wiedzą. Wiedza nie jest jeszcze mądrością. A mądrość nie rodzi się z samego kliknięcia.

Może więc warto odwrócić żart Stańczyka i powiedzieć: tak, nauczyciel jest dziś najpopularniejszym zawodem, ale głównie w wersji amatorskiej. Mamy wielu nauczycieli od cudzych dzieci, od cudzych lekcji, od cudzych metod i cudzych błędów. Mamy mnóstwo korektorów rzeczywistości edukacyjnej, którzy wiedzą, jak powinno być. I dobrze, że edukacja budzi emocje, bo to znaczy, że jest ważna. Źle jednak, gdy z troski o szkołę zostaje tylko łatwe pouczanie tych, którzy codziennie wykonują trudną pracę.

Nie chodzi mi o to, by odebrać ludziom prawo do wypowiadania się o szkole. Przeciwnie, szkoła jest dobrem wspólnym i rozmowa o niej powinna być powszechna. Rodzice, uczniowie, nauczyciele, naukowcy, samorządowcy i obywatele mają prawo pytać, krytykować, proponować. Ale dobrze byłoby, aby tej rozmowie towarzyszyła odrobina pokory. I rzetelnej wiedzy popartej badaniami. Takiej stańczykowej mądrości, która pod uśmiechem ukrywa poważną diagnozę. Bo między „wiem, jak nie  powinno być” a „potrafię to zrobić” rozciąga się cała przestrzeń profesjonalizmu.

Nauczyciel jako zawód najpopularniejszy to zatem piękny paradoks naszych czasów. Wszyscy chcemy uczyć, bo wszyscy chcemy mieć wpływ na świat. Uczenie jest formą uczestnictwa w kulturze, przekazywania wartości, porządkowania doświadczenia. Gdy tłumaczymy dziecku, dlaczego jesienią liście zmieniają kolor, gdy pokazujemy komuś, jak rozpoznać ptaka po śpiewie, gdy wyjaśniamy sąsiadowi, jak działa aplikacja w telefonie, to wtedy stajemy się na chwilę nauczycielami. I to jest dobre, ludzkie, potrzebne. Społeczeństwo, w którym ludzie dzielą się wiedzą, jest bogatsze niż społeczeństwo obojętne i wyizolowane.

Ale nauczyciel zawodowy robi coś więcej. On nie tylko dzieli się wiedzą lecz buduje warunki, w których inni mogą rosnąć. A wzrost, jak wiadomo biologom i ogrodnikom, wymaga czasu. Nie da się przyspieszyć kiełkowania przez krzyczenie na nasiona. Lub przez sprawdzanie listy obecności. Można poprawić glebę, zadbać o światło, podlewać, chronić przed przymrozkiem. Można stworzyć szanse. A i tak nie wszystkie nasiona wykiełkują na czas. W edukacji jest podobnie. Uczeń nie rośnie od samego nakazu: „rośnij!”. Rośnie w relacji, w bezpieczeństwie, w wymaganiu połączonym z życzliwością. Trawa nie rośnie dlatego, że ją się ciągnie za źdźbła do góry.

Na koniec wyobraźmy sobie Stańczyka współczesnego. Siada na ławce, może już nie na krakowskim rynku, lecz w internecie. Pisze krótko: „Boli mnie szkoła”. I natychmiast dostaje tysiące porad. Jedni każą wrócić do dawnych metod, drudzy wszystko zcyfryzować, trzeci zlikwidować oceny, czwarci zaostrzyć wymagania, piąci zmienić lektury, szóści zmienić nauczycieli, siódmi zmienić uczniów, a ósmi najlepiej cały naród. Kolejny radzi wykorzystać w szkole narzędzia AI, a następny żeby zakazać smartfonów i AI. Stańczyk uśmiecha się pod wąsem i mówi: „A nie mówiłem? Najwięcej jest nauczycieli”.

Tyle że potem wstaje, idzie do prawdziwej szkoły i widzi pusty etat z matematyki, zmęczoną polonistkę, młodego nauczyciela zastanawiającego się, czy da radę wytrwać oraz klasę dzieci, które potrzebują nie tylko komentarzy, ale obecności dorosłego człowieka. I jeszcze emerytowanego biologa, który uczy przyrody, fizyki i śpiewu. Wtedy dowcip przestaje być tylko dowcipem. Staje się pytaniem o odpowiedzialność. Bo nauczać chce wielu. Nauczycielem być, tak  naprawdę, codziennie, z konsekwencjami, to już zupełnie inna profesja. Bardziej deficytowa. I może właśnie dlatego warto ją bardziej szanować.

14.06.2026

Jak sprawdzać wiedzę w czasach AI?

Eksponat z muzeum, dawny magnetofon szpulowy. Nagrywało się na taśmę.

Żyjemy w epoce, w której wiedza przestała być skarbem ukrytym w bibliotekach, a stała się strumieniem nieustannie płynącym, dostępnym na wyciągnięcie ręki, gotowym do użycia w każdej chwili. To zmiana rewolucyjna, dokonywała się w czasie ostatnich kilku dziesięcioleci. Wystarczy telefon, szybkie zapytanie, a teraz także narzędzia sztucznej inteligencji, które nie tylko podpowiadają odpowiedzi, lecz także syntetyzują, porządkują i interpretują. W takim świecie nawet moje własne poszukiwania i narzędzia dydaktyczne musiały ulec przemianie. Dawne pytanie „Co wiesz?” straciło sens, bo wiedza przestała być czymś, co się posiada. Stała się czymś, czym się zarządza. Ta diametralna zmiana jest dla mnie o tyle trudna, że wyrastałem jeszcze w kulturze opowiadania, a przede wszystkim pisma. Zapamiętywanie oraz gromadzenie książek, jako podręcznej, przenośnej biblioteczki zewnętrznego mózgu było celem rozwojowym i wieloletnią inwestycją. W późnej mojej dorosłości ten świat odchodzi. Trudno to zaakceptować, trudno się do tego przyzwyczaić. Ale jednak próbuję!

Dlatego dziś pytam studenta inaczej: „Jak potrafisz zarządzać wiedzą, którą masz pod ręką?”. To pytanie jest znacznie bardziej wymagające, bo dotyczy nie pamięci, lecz umiejętności. Nie prostej reprodukcji, lecz sprawczości. I to sprawczości kreatywnej. Nie tego, co ktoś zdołał zapamiętać, lecz tego, jak potrafi poruszać się w gęstej i przepełnionej sieci informacji, jak potrafi je łączyć, filtrować, przetwarzać i nadawać im sens. To właśnie konektywizm - przekonanie, że wiedza nie jest już zamknięta w głowie jednostki, lecz rozproszona w sieciach, relacjach, narzędziach i interakcjach. Umiejętność dotarcia do wiedzy staje się równie ważna jak jej interpretacja, a może nawet ważniejsza. Konektywna wiedza była od samego początku. Tylko skala była inna i można było ten aspekt pomijać. 

Sztuczna inteligencja tylko przyspieszyła tę zmianę. Sprawiła, że tradycyjne formy sprawdzania wiedzy, takie jak prezentacje, eseje, testy, kolokwia, odpytywanie, zaczęły przypominać rytuały z innej epoki. W świecie, w którym algorytm potrafi w kilka sekund wygenerować poprawną odpowiedź, pytanie o fakty przestaje być miarą kompetencji. Zamiast tego pojawia się pytanie o użycie wiedzy: co potrafisz z nią zrobić? Jaką formę jej nadasz? Jaką opowieść zbudujesz? Jaką wartość dodasz do tego, co już istnieje? Wiem, że to trudne. Wymaga budowania dydaktyki od nowa. A w zasadzie wzmacniania niektórych elementów, które zawsze w dydaktyce i edukacji były. Ale były w tle, mniej dostrzegane, mniej cenione. Teraz stają sie kluczowe i trudno będzie je pomijać.

Dlatego coraz częściej proszę studentów nie o eseje w klasycznym sensie (napisany w domu, samodzielnie), lecz o projekty, narracje, eksperymenty komunikacyjne. O formy postpiśmienne: nagrania, opowieści mówione, hybrydy tekstu i obrazu, materiały, które nie mieszczą się w tradycyjnych kategoriach akademickich. Nie chodzi o efektowność, lecz o sprawdzanie, czy potrafią przetworzyć wiedzę w coś własnego, czy potrafią zbudować most między informacją a jej znaczeniem.

W tym sensie dziennik refleksji (forma, z którą od kilku lat eksperymentuję i którą rozwijam) staje się jednym z najważniejszych narzędzi dydaktycznych. To nie jest już tylko zapis myśli, lecz mapa rozwoju: ścieżka, po której student uczy się obserwować własne procesy poznawcze, własne błędy, własne intuicje. Dziennik pozwala zobaczyć, jak wiedza przepływa przez człowieka, jak zmienia jego sposób patrzenia na świat, jak splata się z doświadczeniem. Podobnie e‑booki, projekty terenowe, cyfrowe portfolio - wszystkie te formy stają się laboratoriami konektywnego myślenia. A przede wszystkim staram się zachęcić studentów by swoje prace zaliczeniowe prezentowali publicznie i mierzyli się z rzeczywistością a nie tylko moją ocena. By nie pisali do mojej szuflady lecz by konfrontowali się ze światem w bezpiecznych warunkach i z liną asekuracyjną.

Moje własne poszukiwania w tej nowej rzeczywistości polegają więc na redefinicji roli nauczyciela. Nie jestem już strażnikiem wiedzy, lecz przewodnikiem po jej krajobrazach. Nie oceniam pamięci, lecz zdolność zarządzania wiedzą (w tym wyszukiwanie, krytyczne ocenianie i przetwarzanie a potem udostępnianie). Nie pytam o to, co student wie, lecz o to, jak potrafi działać w świecie, w którym wiedza jest wszędzie, a jej nadmiar bywa większym wyzwaniem niż jej brak. Sam ponoszę ryzyko eksperymentowania i prototypowania i zachęcam do tego studentów. Wiedząc, że nie ma  jednej poprawnej odpowiedzi, jednego dobrego rozwiązania, 

W epoce sztucznej inteligencji edukacja nie polega już na przekazywaniu treści, lecz na kształtowaniu kompetencji poznawczych: umiejętności zadawania pytań, krytycznego filtrowania informacji, tworzenia sensu, budowania narracji, projektowania rozwiązań, ryzyku eksperymentowania i uczenia się na własnych błędach. To właśnie te umiejętności stają się nową walutą kultury poznawczej. W czasie mojej szkolnej edukacji te elementy były gdzieś na marginesie. A teraz muszę się uczyć wdrażać je w typowe zajęcia. Z nowościami zawsze jest kłopot, bo prototypy mają liczne usterki, które ciągle trzeba poprawiać i kolejny raz sprawdzać. To trwa. 

A więc zamiast pytać: „Co wiesz?”, pytam: „Jak potrafisz żyć w świecie wiedzy, która jest zawsze pod ręką?”. I w tym pytaniu kryje się cała filozofia współczesnego kształcenia - filozofia, która nie boi się sztucznej inteligencji, lecz traktuje ją jako partnera w procesie myślenia. Bo ostatecznie nie chodzi o to, by wiedzieć więcej, lecz by myśleć mądrzej. Efektywniej. I by umieć posługiwać się narzędziami, które już w świecie poza szkołą, poza uniwersytetem funkcjonują. 

8.06.2026

O poszukiwaniu nowej formuły oceniania i egzaminowania

Taką starą szkołę spotkać możemy już tylko w skansenie. Uczy jako przypadek z historii, w konkretnym kontekście społecznym i historycznym. W czasie wycieczek lecz nie na codzień.


Czy angażować się w odwieczną szkolną zabawę w policjantów i złodziei? Zadać uczniom/studentom zadania i uniemożliwiać im ściąganie a raczej śledzenie ich i przyłapywanie ich na ściąganiu lub w drodze na skróty? Co jest istotą tego, że chcą ściągać? Lub czy sprawdzać na wykładzie listę obecności i jak weryfikować czy nie zostały dopisane martwe dusze? Czy wymagać obecności na wykładzie, na ćwiczeniach czy też może wymagać wykonania zadania, opanowania wiedzy i udokumentowania swojego postępu? Bez względu czy ktoś był na wykładzie czy nie? Jaki powinien być egzamin? Ustny, pisemny, testowy? A może projektowy? I jak rzeczywiście sprawdzić przyrost wiedzy a utrudnić ściąganie, podpowiadanie, pisanie gotowców? Różne sposoby ściągania wpisane są w cała historię szkoły i edukacji. To oczywiście temat na inną opowieść. Teraz chcę poświęcić uwagę zmianom, jakie przyniosła sztuczna inteligencja. Czy są to tylko nowe sposoby ściągania? A może coś więcej? Jak wspomniał  Jacek Dukaj: nieunikniona jest sytuacja, gdy nie będzie się dało opowiedzieć czy dany tekst jest autorstwa człowieka czy AI. Co zatem czynić ma wykładowca-policjant uniemożliwiający ściąganie studentowi? Może trzeba uznać zmiany cywilizacyjne i symbiozę kulturową człowieka ze sztuczna inteligencją? 

Żyjemy w epoce, w której tradycyjna definicja erudycji spektakularnie dokonała żywota. Przez stulecia mędrzec czy uczony był chodzącą biblioteką, był rezerwuarem faktów, dat, definicji i schematów. W takim świecie wyrastałem. Dziś ten model runął, przynajmniej częściwo. Smartfon podłączony do internetu, ukryty w kieszeni i algorytmy sztucznej inteligencji, gotowe w ułamku sekundy wygenerować syntezę dowolnego zagadnienia, odebrały ludzkiej pamięci biologicznej monopol na wiedzę. Wcześniej naszą biologiczną pamięć, zmagazynowaną w mózgowych neuronach zastąpiły biblioteczne karty z zadrukowanymi stronami. W dobie AI informacja jeszcze bardziej stała się towarem permanentnie dostępnym, niemal darmowym i wszechobecnym. Ta technologiczna rewolucja postawiła na głowie nie tylko uniwersytecką dydaktykę, ale przede wszystkim zmusiła nas do postawienia fundamentalnego, filozoficznego pytania: kim jest myślący człowiek w świecie, w którym maszyna wie lepiej i szybciej? 

Współczesne narzędzia generatywnej sztucznej inteligencji ostatecznie obnażyły anachronizm dotychczasowych metod weryfikacji wiedzy. Pierwszym podważeniem była pamięć zewnętrzna w postaci zadrukowanych książek. W szkole uczyłem się jeszcze wierszy na pamięć. Ale już wtedy rodziło się pytanie, po co uczyć się na pamięć, kiedy łatwo znaleźć wierny zapis w książce lub zeszycie? Egzaminy oparte na odtworzeniu materiału, testy wyboru czy nawet klasyczne eseje pisane na zadany temat straciły swoją dawną efektywność i przydatność. Stały się polem potyczek między antyplagiatowymi algorytmami a coraz doskonalszymi modelami językowymi. Próba ścigania się z AI na zapamiętywanie lub mechaniczne kompilowanie faktów jest z góry skazana na porażkę. A przynajmniej na dużo mniejszą efektywność. Dlatego zamiast pytać studenta: „Co wiesz?”, musimy zacząć pytać go: „Jak potrafisz zarządzać wiedzą, którą masz pod ręką?”. Ważne jest więc pytanie jak zarządza wiedzą (dostępną konektywnie) i jak tworzy wypowiedzi. Jak rozumuje w symbiozie nie tylko z książkami ale i ze sztuczną inteligencją. Już dawniej wiele prac tworzonych było zespołowo. Kto jest więc autorem pracy zespołowej? Tu też autorstwo jest z płynną i niewyraźną granicą. Tak teraz powstaje się współautorskie dzieło, tworzone w mutualistycznej symbiozie człowieka z AI. 

Ta zmiana optyki głęboko osadza się w koncepcji konektywizmu – teorii uczenia się na miarę ery cyfrowej. Choć konektywni byliśmy od samego początku życia społecznego, na długo przed epoką pisma. W tym ujęciu wiedza nie jest już monolitem zamkniętym w ludzkim, pojedynczym mózgu, lecz dynamiczną siecią połączeń między ludźmi, papierowymi i cyfrowymi bazami danych i technologiami. Kluczową kompetencją nie jest posiadanie informacji, ale umiejętność jej odszukania, zweryfikowania, przesiania przez sito krytycznego myślenia i zsyntetyzowania. Przecież nie tylko gorliwe AI halucynuje, ale i ludzie od samego swojego zarania. Prawdziwym wyzwaniem dydaktycznym i egzystencjalnym staje się odpowiedź na pytanie: "czy potrafisz dotrzeć do właściwych węzłów tej globalnej sieci i czy potrafisz zrobić z nich realny użytek?" A jeśli tak, to jaki sens i wartość potrafisz z tego wydobyć? I jak to sprawdzić na egzaminie? Testem wielokrotnego wyboru? Pracą pisemną, esejem? Rozmową czy może raczej projektem? Od jakiegoś czasu zadaję sobie takie pytania i próbuję odpowiedzi wcielać w życie. Wiedząc, że są to próby czynione po omacku i że są narażone na różnorodne porażki. Powolne uczenie się na błędach i sukcesach z rozmyślaniem o sensie i celu. Bo przecież dopiero odkrywamy ten nowy świat.

W moich poszukiwaniach nowej formy akademickiego spotkania odrzucam zatem schemat odpytywania z gotowych odpowiedzi. Przenoszę ciężar z rezultatu na proces. I jest to poruszanie się na nieznanym lub mało znanym lądzie. Skoro wiedza jest łatwo dostępna, student musi stać się jej architektem, a nie tylko konsumentem. Sprawdzanie umiejętności konektywnego korzystania z zasobów świata najlepiej realizuje się w formach, które wymagają osobistego zaangażowania i śladu autentycznej obecności. Może to być systematycznie prowadzony dziennik refleksji – zapis intelektualnego dojrzewania i potyczek z chaosem informacyjnym, gdzie widać nie tylko to, co znaleziono, ale jak ewoluował sposób myślenia autora. Mogą to być autorskie e-booki czy interdyscyplinarne projekty, w których luźne fakty zostają spięte w nową, użyteczną całość. Egzamin w formie dziennika refleksji trwa cały semestr a nie tylko w ciągu jednej godziny w czasie sesji egzaminacyjnej. Jest zachęceniem do poszukiwań a nie jedynie sprawdzeniem, co się znalazło.

Co więcej, wkraczamy śmiało w erę nowej mówioności i form postpiśmiennych. Tekst drukowany przestaje być jedynym prawomocnym nośnikiem akademickiego dyskursu. Zdaję sobie z tego sprawę, choć trudno mi otworzyć się na nowe formy komunikacji i społecznego przekazu. Współczesny student może syntetyzować wiedzę w formie wideo opowieści, podcastu, cyfrowego eseju wizualnego czy dynamicznej narracji, która angażuje zmysły i intelekt odbiorcy w zupełnie nowy sposób. To powrót do korzeni ludzkiej kultury, do snucia opowieści, choć innymi formami. Ale jest to powrót wzbogacony o potężne cyfrowe instrumentarium. I to instrumentarium dopiero odkrywamy. Trzeba odwagi by odejść choć na trochę od utrwalonych schematów i własnych przyzwyczajeń. Może ta nowa postpiśmienna mówioność też ma swoje mocne i dobre strony? Trzeba ją odkryć, gdy ona dopiero powstaje. Gdy same siebie odkrywa i poznaje. Ale czyż to właśnie uniwersytet nie powinien być miejscem odkrywania nowości i eksperymentowania ze światem, który dopiero się rodzi? Gdzież jak nie na uniwersytecie powinniśmy ten świat wspólnie ze studentami odkrywać? 

Przemiana ta ma głęboki wymiar humanistyczny. Odciążeni przez sztuczną inteligencję z mozołu mechanicznego pamiętania, zyskujemy przestrzeń na to, co rdzennie ludzkie: na twórczą intuicję, syntezę wartości, etyczną refleksję i estetyczny zachwyt. Nowy uniwersytet, który wyłania się z tych poszukiwań, nie jest już fabryką powtarzalnych dyplomów, ale przestrzenią, w której uczymy się sztuki nawigacji. Egzamin w czasach AI staje się zatem nie sprawdzianem pamięci, lecz dowodem na umiejętność przekuwania informacyjnego szumu w mądrość, opowieść i działanie. Skoro sam człowiek jest biologicznym holobiontem, korzystającym z nie swoich (bo mikrobialnych) genów, to może warto zaakceptować to w kontekście kultury i wiedzy? Tu też jestesmy częścią zespołowej całości. I na dodatek nie tylko ludzkiej. Konektywizm nie jest tylko ekskluzywnym pojęciem filozoficznym. 

Kluczem do zrozumienia współczesnej edukacji jest koncepcja konektywizmu, zaproponowana przez George’a Siemensa i Stephena Downesa. W konektywizmie wiedza nie jest statycznym zbiorem faktów, ale dynamiczną siecią połączeń między ludźmi, ideami i zasobami. Uczeń czy student nie musi już „wiedzieć wszystkiego”, ale musi umieć nawigować w tej sieci, łączyć informacje i tworzyć nowe znaczenia. Tak jak kucharz, który nie musi zapamiętać wszystkich przepisów z książki kucharskiej (podstawy programowej). Bardziej ważne jest to czy i jak wyszukuje przepisy, czy je rozumie, czy potrafi odróżnić dobre i fałszywe (wyhalucynowane) przepisy, czy potrafi je odczytać i zastosować tu i teraz, w konkretnych warunkach i aktualnej dostępności produktów. Dla przykładu przeczytaj tent krótki tekst: Przepisy grzybowe Olgi Tokarczuk, czyli o tym jak czytać powieści i literaturę fikcji.

Nowe formy sprawdzania wiedzy, które wypróbowuję to dziennik refleksji, projekt oraz e-book.  Najlepiej udostępnione publicznie by mierzyć sie z reakcja świata a nie tylko ocena wykładowcy.Jest to jak chodzenie w półmroku - brak oznakowanych ścieżek, liczne bagna i ślepe zaułki. Podejmuję ryzyko potknięć zamiast tkwić z uporem w nieefektywnych coraz bardziej sposobach egzaminowania. 

Tradycyjne egzaminy, oparte na odtwarzaniu faktów, nie sprawdzają już umiejętności, które są naprawdę ważne w erze AI. Zamiast tego, próbuję egzaminować i sprawdzać nie tyle wiedzę, co umiejętności konektywnego korzystania z dostępnej wiedzy. Jak to robię? Od kilku lat eksperymentuję z refleksyjnymi dziennikami rozwoju. Teraz studenci maja łatwy dostęp do sztucznej inteligencji i zautomatyzowanego sposobu tworzenie treści językowej i graficznej. Nie zakazuję dostępu, nie sprawdzam czy korzystali, nie śledzę. Staram się raczej namówić do tego, by pokazywali jak docierają do informacji i jak je wykorzystują. Trudny proces. Studenci prowadzą systematyczne zapiski, w których analizują, jak wykorzystują wiedzę w praktyce. Jakie mają obserwacje i jakie przemyślenia. To nie tylko notatki, ale głębokie przemyślenia na temat procesu uczenia się. Nowszym pomysłem jest przygotowanie tematycznych e-booków, jako forma projektu. Zamiast tradycyjnych esejów, proszę o tworzenie cyfrowych publikacji lub projektów, które łączą różne źródła wiedzy. To pokazuje, jak student potrafi integrować informacje i prezentować je w sposób zrozumiały. I namawiam ich do tego, by byli autorami swojego myślenia. By odkrywali swoją sprawczość. Nawet w kulturowej symbiozie z AI.

Szukam także form postpiśmiennych. W erze cyfrowej tekst nie jest jedyną formą komunikacji. Filmy, podcasty, infografiki – wszystko to staje się narzędziem do przekazywania wiedzy. Sprawdzam, czy uczeń potrafi wybrać odpowiednią formę do przekazania swoich myśli. A raczej nie sprawdzam, lecz projektuję warunki do tego, by sami próbowali i tworzyli. Na razie rezultaty są bardzo różne. Jedne cieszą, inne martwią nieskutecznością. Jestem dopiero na początku tej drogi odkrywania. I chętnie o tych trudach dyskutuję z innymi. Wszak żyjemy w konektywnym społeczeństwie, w konektywnej i rozproszonej wiedzy. 

27.05.2026

Odszkolnić uniwersytet, czyli o mądrości w czasach sztucznej inteligencji

Jeden obraz wart tysiąca słów: na uniwersytetach ubywa studentów i ubywa studentów na wykładach.
 

Każda zmiana jest trudna. Ostatnie lata to doświadczanie głębokiej zmiany cywilizacyjnej i próby dostosowania dydaktyki akademickiej do tych zmian. Można oczywiście udawać, że nic się nie dzieje, że to tylko studenci źli, że młode pokolenie niedobre itd. Takie zaklęcia dla samousprawiedliwienia. Lepiej jest jednak próbować zrozumieć zmiany cywilizacyjne jakie się dokonują oraz próbować dostosować edukację do tych nowych warunków. I wcale nie chodzi o obniżanie wymagań. Może wyjaśnię to na przykładzie: uczelnia z wykładami dla Polaków. A co będzie, gdy przyjdą np. Francuzi, Niemcy, Somalijczycy? Nie da się wykładać po polsku. Można oczywiście kazać się studentom najpierw nauczyć mówić i pisać po polsku. Ale można także dostosować język przekazu do odbiorcy. I wcale nie oznacza to obniżenia poziomu. Umiędzynaradawianie polskich uniwersytetów już następuje, coraz więcej zajęć jest w języku uniwersalnym czyli w języku angielskim. Taka współczesna łacina. 

Przejdę do metafory. Wiosenne słońce wpadające przez okna uniwersyteckich sal rzuca jaskrawe światło na kryzys, o którym w kuluarach rozmawiamy od lat, a który w dobie kultury ekranowej i sztucznej inteligencji stał się egzystencjalnym pytaniem o sens akademii/uniwersytetu. Kiedy algorytm potrafi w kilka sekund wygenerować poprawną systematykę bezkręgowców, streścić gruby podręcznik do ekologii czy napisać poprawny esej o ekologii krajobrazu, musimy zapytać wprost: po co nam dzisiaj wykłady podające i co właściwie sprawdzamy podczas egzaminów? Bo przecież wykłady i egzaminy to kwintesencja uniwersytetu. Tak przy najmniej było. Może dalej tak będzie? Tylko wtedy te wykłady i te egzaminy będę nieco inaczej wyglądały. Tego nowego staram się nauczyć. A wcześniej zrozumieć sytuację i zachodzące procesy.

Tradycyjny model akademicki, będący kalką dziewiętnastowiecznej szkoły, trzeszczy w szwach już od dawna. Jeśli się nie zmieni, uniwersytet stanie się kosztownym skansenem. Czas na nowo zdefiniować relację między mistrzem a uczniem, przenosząc ciężar z encyklopedycznego „wiem” na relacyjne i ekologiczne „rozumiem i współistnieję”. Tak, wiem, mój język skażony jest porównaniami biologicznymi. To coś więcej niż tylko powierzchowne podobieństwo. W tle poszukuję wspólnego wzorca systemów.

Od kilku lat próbuję mniej mówić na wykładach a więcej rozmawiać i angażować studentów. Idzie mi to opornie i powoli. Trudno wyskoczyć z utartych kolein i wieloletnich przyzwyczajeń. Czasem wychodzę ze studentami na wykład ... do parku. Tak było ostatnio na wykładzie ze studentkami kierunku pedagogika przedszkolna i wczesnoszkolna. Przedmiot - edukacja społeczno-przyrodnicza. W terenie nie da się powiedzieć tylu słów co na sali. Nie ma poglądowych slajdów z tekstem czy ilustracjami. Ale jest możliwość doświadczania przyrody. Przecież niebawem, jako absolwentki i nauczycielki, same będą wychodzić w teren ze swoimi przedszkolakami i uczniami. Z zaskoczeniem patrzyłem na emocje, gdy studentki wyłowiły z jeziora raka amerykańskiego i mogły go dotknąć. Takie same emocje będą u dzieci. 

Wykład w parku to w konwencji przekazywania wiedzy zmarnowany czas. Bo w sali wykładowej można byłoby wypowiedzieć więcej słów i zawrzeć więcej informacji. A ile by zostało w studenckich głowach? Wiedzę mogą samodzielnie czerpać z książek, z internetu, z AI. A emocje i doświadczanie są unikalne. Może więc na współczesnych wykładach nie jest najważniejsze przekazywanie wiedzy? Może relacje, motywacje i rozumienie są ważniejsze i bardziej deficytowe? Zmierzam do tego, że wykłady jako takie nie muszą zniknąć z planu zajęć. Może zmieni się ich forma. Staram się to zrozumieć i praktykować. Idzie mi to wolno. Ale widzę progres. Widzę też, że muszę nauczyć się nowej dydaktyki. Już nie tylko prezentacja w Power Poincie lecz nowy sposób projektowania procesu uczenia się, w którym tablet, smartfon i aplikacje AI nie są przeszkoda a wsparciem. Tak jak w judo - nie przeciwstawiać się przeciwnikowi tylko wykorzystać jego siłę. 

A co z egzaminem? Ten zawsze kojarzy się ze sprawdzaniem wiedzy. Przyjrzyjmy się krytycznie temu, czym przez dekady był egzamin na kierunkach biologicznych. I na wszystkich innych. W swoim najgorszym, choć wciąż powszechnym wydaniu, realizował on trzy ukryte funkcje. Był narzędziem posłuszeństwa, nieświadomym narcyzmem akademickim i podobno sprawdzał wiedzę praktyczną.

Tak więc po pierwsze, egzamin bywał narzędziem instytucjonalnej tresury, dla niektórych był sposobem na zmuszenie studenta do posłuszeństwa. Egzamin jako rytuał przejścia, w którym władza nad losem młodego człowieka koncentruje się w ręku profesora, uczy nie biologii, lecz konformizmu i strategii przetrwania w zhierarchizowanym systemie. Uczy wpisywania sie w oczekiwany klucz odpowiedzi. Ma pokazać swoją podległość i podlizywanie się zwierzchnikowi. To w jakimś sensie dobre, bo przecież żyjemy w społeczeństwie hierarchicznym i zawsze mamy jakiegoś szefa nad sobą. I jesteśmy szefami dla innych. Uczymy się z tym żyć. Od dziecka słyszałem, że pokorne ciele dwie matki ssie. To jakaś wielowiekowa, społeczna mądrość. Ale nawet do wielowiekowej mądrości warto podejść krytycznie i na nowo przemyśleć stare wzorce.

Po drugie, taki egzamin jest często nieświadomym narcyzmem akademickim. Sprawdza nie tyle wiedzę studenta, ile wiedzę samego egzaminatora. Profesor, niczym wzorzec z Sèvres, staje się jedynym punktem odniesienia. Kryterium sukcesu brzmi: „Czy student myśli tak jak ja i czy powtarza moje własne słowa?”. Czy był na wykładach i zapamiętał moje święte słowa? To ślepa uliczka, która zamiast odkrywców produkuje kopie – klony intelektualne, które w dynamicznie zmieniającym się świecie są bezradne. Sam się na tym wielokrotnie przyłapywałem. Bo co uznać za punkt odniesienia? To co ja sam wiem? A to czego nie wiem nie jest już ważne? Przecież najczęściej sam nie wiem czego jeszcze nie wiem. A co być może jest ważne i istotne. 

Po trzecie wreszcie, próbowano bronić egzaminów jako testu wiedzy przydatnej w praktyce. Tyle tylko, że definicja tej „praktyki” uległa całkowitej dezaktualizacji. Dawniej praktyką było pamiętanie klucza do oznaczania owadów (cech diagnostycznych). Dziś praktyką jest umiejętność postawienia właściwego pytania badawczego, zinterpretowania danych w terenie i krytycznej weryfikacji tego, co podpowiada nam ekran smartfona. Albo umiejętność wykorzystania narzędzia w telefonie do rozpoznawania gatunków. Wiedzy jest zbyt dużo, by ją zapamiętać a czasy zbyt dynamiczne by mieć dobry kanon najważniejszej wiedzy. Nie jest tak ważne co wiedzą lecz ważne jest to, co z dostępną wiedzą potrafią zrobić. To wprost odniesienie do konektywizmu. Szukanie i weryfikacja informacji jest współcześnie tak ważne jak kiedyś umiejętność czytania i pisania. 

Od lat mniej więcej wiem, jak nie powinien wyglądać egzamin. Ale to nie znaczy, że wiem jak powinien. Coś tam popróbuję, ale nie mam pewności czy to jest właściwe. I czy ma sens. Na przykład egzamin trwający cały semestr i który ma postać dziennika refleksji. Przecież mogą korzystać z narzędzi AI w pisaniu, wymyślaniu. I korzystają. Sam fakt posiłkowania się AI nie jest niczym złym. Diabeł tkwi w szczegółach, by narzędzia AI były pomocnym narzędziem a nie zastępowały pracy i myślenia. Teraz dla mnie wyzwaniem nie jest sprawdzenie wiedzy studenta lecz sprawdzenie rozumienia procesów i sprawdzenie tego, co student potrafi zrobić z dostępną wiedzą. Elementy tego procesu już od dawna przewijają się w pytaniach nawet maturalnych. W pytaniu są podstawowe dane a zdający egzamin ma wybrać z tych danych to, co istotne i pokazać swój sposób rozumienia. Zatem być może wystarczy konsekwentniej pójść tą droga?

Współczesny świat niesie za sobą niezwykle zróżnicowane i płynne potrzeby. Student biologii, biotechnologii, mikrobiologii  czy pedagogiki wczesnej edukacji nie potrzebuje sztywnego zestawu zamkniętych regułek, które zdezaktualizują się za pięć lat. Potrzebuje elastyczności. Tymczasem sztywne zakresy wymagań i kurczowe trzymanie się sylabusów nakierowanych na reprodukcję wiedzy sprawiają, że edukacja staje się jedynie taśmą produkcyjną powielającą schematy myślowe wykładowcy. W świecie stabilnym i z wolnymi zmianami zdobyta wiedza przez wykładowcę była przez długie lata dobrym punktem odniesienia do weryfikacji wiedzy studenta. Teraz i profesorowie ciągle muszą szybko uzupełniać swoją wiedzę w różnych jej aspektach. 

Do czego więc służą wykłady w dobie AI? Lub do czego mogłyby służyć? W kulturze ekranowej, gdzie uwaga jest towarem deficytowym a student bombardowany jest tysiącami bodźców, tradycyjny wykład ex cathedra umarł. Próba konkurowania z Wikipedią, YouTubem czy ChatGPT na ilość przekazywanych faktów jest z góry skazana na porażkę. AI wie więcej, pamięta lepiej i nigdy się nie męczy. Bo korzysta z kumulatywnej wiedzy całej ludzkości. Bo AI szybciej i pełniej porusza się ogólnoludzkim konektomie wiedzy i doświadczeń. Także w sferze fantazji i halucynacji. 

Logika akademii musi więc ulec odwróceniu. Wykład nie może być już miejscem „transmisji danych”. Jego celem, moim zdaniem, jest zainteresować, zaciekawić i zainspirować do własnych poszukiwań. Profesor nie jest już dystrybutorem wiedzy, lecz kuratorem treści i architektem intelektualnej przygody (projekczycielem). Wykład z biologii czy ekologii ma być jak otwarcie drzwi do lasu – nauczyciel pokazuje bioróżnorodność, fascynujące powiązania troficzne, subtelność ewolucyjnych przystosowań, ale to student musi w ten las wejść i podjąć własną pracę. To tak jak uczyć się gotowania przez zapamiętywanie przepisów z książki kucharskiej versus samodzielne gotowanie z błędami i porażkami. W tym drugim przypadku student zapamięta mniej przepisów, ale lepiej zrozumie sam proces gotowania i samodzielnego poszukiwania. 

Ekologia i edukacja przyrodnicza to nie są dyscypliny czysto teoretyczne, zamknięte w murach laboratoriów. One są potrzebne indywidualnemu człowiekowi do przetrwania i zrozumienia swojego miejsca w biosferze. Wykład ma budować osobistą relację studenta z ekosystemami i biosferą zmieniającej się Ziemi. Ma uświadamiać, że zniszczenie lokalnego ekosystemu rzecznego to nie tylko strata w tabeli bioróżnorodności, ale realne zagrożenie dla naszej wspólnej przyszłości. Ekran smartfona spłaszcza świat do dwóch wymiarów; wykład ma przywrócić mu głębię, zapach, dotyk i moralny niepokój.

Co w tym roku spróbowałem? Od dawna studentom przekazuję prezentacje wykładowe, jako formę notatek. W tym roku nagrywam wykłady i generuję z pomocą AI plik tekstowy (audiodeskrypcja). Też jako formę dodatkowych notatek. Po zakończeniu semestru przyjrzę się rezultatom i spróbuję ulepszyć proces w kolejnym roku. Zapis audiodeskrypcji to surowe dane do dalszej poprawy. Część studentów w informacji zwrotnej pisze, że to się przydaje. Dawniej myślałem o nagrywaniu wykładów i późniejszym ich potem edytowaniu, poprawianiu, uzupełnianiu. Ale nigdy mi się to nie udało. Samemu nie dam rady. Potrzebny ktoś z zewnątrz. I najlepiej nagrywać dwoma kamerami (dwa plany filmowe), a potem miksować ze slajdami z prezentacji w zwarty, zintegrowany przekaz. Taki współczesny skrypt. Nawet próbowałem dzielić wykład na mniejsze porcje, nagrywałem na komputerze a potem umieszczałem a Genially. Jako swoisty skrypt epoki postpiśmiennej. Można byłoby tworzyć wykład hybrydowy. Ale brakuje mi asystenta. Nie jestem człowiekiem orkiestrą. Zbyt wiele jest do ogarnięcia. Wymyśliłem funkcję asystenta zajęć. Na razie słabo to wychodzi, bo studenci rzadko się do tej roli zgłaszają. I ja nie mam wykrystalizowanej wizji takiego podejścia. Pozostaje mi szukać dalej. Krok po kroku. Już wiem, że sam profesor niewiele zdziała. Potrzebny cały ekosystem edukacyjny.

Jak zatem uczyć w tych nowych, wymagających czasach? Moim zdaniem odpowiedzią jest konektywizm czyli teoria uczenia się na miarę ery cyfrowej. Zakłada ona, że wiedza jest rozproszona w sieciach (ludzkich i technologicznych), a najważniejszą umiejętnością jest zdolność do dostrzegania powiązań między polami, ideami i pojęciami. Wiedzy całej ludzkości nie da się jednej osobie ogarnąć. Nasze mózgi są zbyt małe w stosunku do ogólnoludzkiej wiedzy wypracowanej przez stulecia. Można się jednak nauczyć sensownie poszukiwać potrzebnej wiedzy. I można się nauczyć korzystać z tej wiedzy. W nawiązaniu do wykładów i egzaminów - ważniejsze staje się rozumienie procesów i umiejętność poszukiwania w ogromnym konektomie niż samodzielne zapamiętanie wszystkiego, co ważne. 

W takim świecie struktura relacji akademickich musi ulec spłaszczeniu. Przechodzimy od rywalizacji do współpracy. Student i wykładowca stają się partnerami w procesie badawczym. Nauczyciel akademicki musi przestać być sędzią, który z surową miną stawia stopnie i rozlicza z błędów. Powinien stać się mentorem, liderem i dowódcą wyprawy naukowej. Sam się tego uczę. Powoli ale jednak z jakiś progresem. I chcę tą swoją wiedzą dzielić się z innymi. Na przykład przez dyskusje. 

Sędzia stoi z boku, poza grą, i ocenia. Lider idzie na czele, inspiruje swoim zapałem, dzieli się wątpliwościami i pokazuje, jak radzić sobie z porażką, która w naukach przyrodniczych jest przecież codziennością. Mentor w erze AI to ktoś, kto uczy mądrości: jak zadawać algorytmom mądre pytania, jak wątpić w ich odpowiedzi i jak syntetyzować wiedzę biologiczną z etyką i humanizmem.

Jak zatem powinien wyglądać współczesny egzamin na kierunkach biologicznych? Jeśli zmieniamy wykład, musimy zmienić też egzamin. Skoro odrzucamy pamięciówkę, jak sprawdzić kompetencje przyszłego biologa? Jednym z pomysłów, być może nie najlepszych, ale trzymam się każdego, jest to, że nowoczesny egzamin z przedmiotu przyrodniczego powinien opierać się na trzech filarach: zadaniach problemowych, krytycznej analizie źródeł i relacyjności w połączeniu z terenem,

Zadania problemowe i studium przypadków. Zamiast pytać o definicję sukcesji ekologicznej, dajmy studentowi realny problem: „Oto zdegradowany teren po pożarze w naszym regionie. Zaprojektuj proces jego renaturyzacji, uwzględniając zmiany klimatyczne i lokalną florę. Masz dostęp do internetu i AI – użyj ich jako asystentów, ale obroń swój projekt przed komisją”. Trzeba więc przygotować dobre materiały do takiego studium przypadku. Wiele pracy, od razu z marszu się nie da. Próbuję co roku pójść o krok dalej. Zbyt wolno to idzie. Być może jestem zbyt niecierpliwy i zbyt dużo oczekuję?  Potrzeba szerszego zespołu i współpracy, także wsparcia ze strony uczelni. Ale na moim uniwersytecie administracja się rozrasta, powstają kolejne wyspecjalizowane centra z dyrektorami a stosunek liczby profesorów do pracowników technicznych cięgle się zmniejsza. Trzeba większość pomocy do zajęć zrobić samemu. Gdzie te czasy, gry przed wykładem przychodził pracownik techniczny i przygotowywał tablicę, pomoce, a  profesor wchodził na salę jak artysta na przygotowaną scenę i był zapowiedziany przez konferansjera. Teraz to wszystko trzeba zrobić samemu. Dwa w jednym, i profesor i asystent techniczny. Nie ma więc efektu wejścia. Student wchodzi na salę, gdy wykładowca już jest i się krząta, coś włącza, coś sprawdza. Nie ma wyraźnego początku wykładu. Nie oceniam czy to dobrze czy źle. Może w części rolę asystenta spełnią urządzenia i AI lub efektywniej włączymy w to samych studentów? A potem włączymy do procesu wspólnego przygotowania postpiśmiennego skryptu z notatkami z zakresu przedmiotu?

Weryfikacja i krytyka źródeł. Egzamin może polegać na przedstawieniu studentowi tekstu wygenerowanego przez sztuczną inteligencję na temat specyficznego zjawiska biologicznego (np. symbiozy mikoryzowej), w którym ukryto subtelne błędy merytoryczne i tzw. halucynacje AI. A może nie tylko tekstu lecz podcastu, wideo, zestawu fiszek itp.? Zadaniem studenta byłoby te błędy znaleźć, sprostować i podeprzeć się rzetelną literaturą naukową. Teoretycznie to możliwe, ale mi osobiście brakuje wielu umiejętności posługiwania się nowoczesnymi narzędziami. I wiem, że uda się to w pracy zespołowej, nawet online. Czas samotników już minął 

Egzamin relacyjny i terenowy. Biologii nie da się w pełni zrozumieć na ekranie. Egzamin to rozmowa na żywo, najlepiej w terenie, przy wspólnym stole laboratoryjnym lub nad brzegiem rzeki. To tam, w bezpośrednim kontakcie z przyrodą i drugim człowiekiem, sprawdza się umiejętność biologicznego myślenia przyczynowo-skutkowego, pasję oraz etyczną wrażliwość. Na taki egzamin trzeba byłoby więcej czasu. Wymagałby więcej wysiłku w przygotowanie i większego zaufania do oceniania. Bo terenowego egzaminu nie da się archiwizować tak jak pisemnego testu, z możliwością wglądu po 3, 5  czy 10 latach. 

To się musi zmienić w akademickim systemie kształcenia. Musimy porzucić iluzję, że kontrola i standaryzacja dają jakość. W czasach, gdy maszyny stają się coraz bardziej ludzkie w swoich możliwościach poznawczych, to my na uniwersytetach, musimy stać się bardziej ludzcy w swojej mądrości, relacyjności i szacunku dla natury. Odszkolnijmy uniwersytet, by uratować myślenie. Może w ten sposób paradoksalnie wrócimy do korzeni uniwersytetów? 

W dobie sztucznej inteligencji, która w kilka sekund generuje esej, zdaje egzaminy lekarskie czy pisze kod, tradycyjny model studiowania zaczyna trzeszczeć w szwach. Studiowanie musimy wymyśleć na nowo. Albo powrócić do źródeł w nowym wydaniu. Kiedyś to profesor był jedynym źródłem rzadkich informacji. Dzisiaj wiedza jest zdemokratyzowana i dostępna na jedno kliknięcie. Co traci sens? Siedzenie przez 90 minut i przepisywanie slajdów z Power Pointa, które wykładowca czyta monotonnym głosem. AI streści to lepiej i szybciej. Sprawdziłem to w tym roku na audiodeskrypcji. O ile cały spisany wykład wyglądał dość słabo, bo były liczne błędy, o tyle jednostronicowe podsumowanie wyglądało bardzo sensownie i chyba przydatne jest w powtarzaniu materiału.

Co zyskuje sens? Wykład jako przestrzeń do dyskusji, moderowanej debaty i krytycznej analizy. Profesor nie powinien być już "mędrcem na scenie", ale "przewodnikiem idącym obok studenta". Sens mają wykłady inspirowane modelem odwróconej klasy: teorię przyswajasz w domu (np. z pomocą AI), a na uczelni porozmawiasz o jej praktycznym zastosowaniu i o najróżniejszych niuansach.

Tradycyjne egzaminy (zwłaszcza testowe lub pisane w domu eseje) w świecie AI stają się w pewnym sensie fikcją i pustym rytuałem. Skoro AI potrafi je zdać, to znaczy, że sprawdzały one jedynie pamięciówkę lub umiejętność schematycznego pisania – a to za mało na dzisiejsze czasy. Co traci sens? Zakuć, zdać, zapomnieć (3 razy z). Egzaminy sprawdzające suchą wiedzę faktograficzną. Czasem rozumienie, jeśli są to pytania otwarte. Jaki jest nowy sens egzaminowania? Przejście w stronę oceny kompetencji, a nie wiedzy. Zamiast pisać esej, student musi go obronić na żywo, odpowiadając na podchwytliwe pytania. Ale ja mam praktyczne pytanie: jak zorganizować taki egzamin? Tego jeszcze nie wiem. Dopiero próbuję. Zamiast rozwiązywać standardowe zadanie, student musi rozwiązać realny, skomplikowany problem, gdzie AI może być najwyżej asystentem, ale to człowiek musi podjąć decyzję i uzasadnić swój proces myślowy.

Coraz mocniej wybrzmiewa pytanie: "po co nam w ogóle uniwersytet w erze AI? Skoro AI "wie wszystko", po co studiować? Uniwersytet musi przestać być "fabryką dyplomów", a stać się czymś więcej. Jego nowa (a właściwie pierwotna, sokratejska) rola to kształtowanie mądrości, nie tylko wiedzy. Niby więc nowe, ale wracamy do korzeni akademii, do początków uniwersytetów. AI ma dane, ale nie ma mądrości życiowej, empatii ani zrozumienia kontekstu społecznego. Tak się nam przynajmniej na razie wydaje w pysze ludzkiego myślenia (że jesteśmy wyjątkowi i niepowtarzalni). Po Koperniku i Darwinie przezywamy kolejny wstrząs poznawczy.

W świecie fake newsów i halucynacji AI, umiejętność weryfikacji źródeł i wątpienia jest cenniejsza niż kiedykolwiek. Krytyczne myślenie zawsze było ważne. Ale teraz jest ważne jeszcze bardziej. Uniwersytet to przede wszystkim ludzie. Spotkania w kuluarach, wspólne projekty koła naukowego, kłótnie na seminariach. Tego żaden algorytm nie zastąpi. Zatem wykłady i egzaminy mają sens tylko wtedy, gdy uczą nas myśleć, a nie tylko pamiętać. Jeśli uniwersytety szybko się nie dostosują, staną się skansenami. Jeśli jednak podejmą cywilizacyjną rękawicę, mogą stać się kuźnią ludzi, którzy potrafią technologią AI mądrze zarządzać.

A jak Ty to widzisz ze swojej perspektywy? Studiujesz, wykładasz, czy po prostu obserwujesz ten dynamiczny świat z boku?

Ja próbuję odejść od sprawdzania tego, co student wie, na rzecz tego, czy potrafi zarządzać wiedzą, którą ma pod ręką. I nie jest łatwo wypracować nowe standardy. Idzie mi z mozołem i ciągle mam różnorodne wątpliwości. 

2.05.2026

Dlaczego nauka przez całe życie i małymi porcjami?




Dlaczego? Bo tak naprawdę nie wymyślamy niczego nowego tylko wracamy do tego, co dla Homo sapiens było naturalne od zawsze. Zanim powstały szkoły, zanim ktoś wpadł na pomysł, by usadzić ludzi w ławkach i uczyć ich według jednego programu, człowiek uczył się nieustannie: od starszych, od rówieśników, na własnych błędach, obserwując przyrodę i innych ludzi. Wiedza była jak chleb,  zdobywana codziennie, w małych kawałkach, w rytmie codziennego życia. Dopiero później przyszła epoka wielkich instytucji, które próbowały zamknąć proces uczenia w sztywnych ramach: od września do czerwca, od pierwszej lekcji do ostatniej, od podstawówki do dyplomu. Szkoła średniowieczna i szkoła epoki przemysłowej były niewątpliwym sukcesem i umożliwiały rozwój społeczny. To uporządkowanie w klasach i programach dało dobry efekt. Ale czas spędzony w ławach szkolnych systematycznie się wydłużał. Już nie  trzy klasy, nie 7 klas ale 12 lat nauki dla większości populacji a potem nawet 17 lat dla blisko połowy. Jeśli doliczyć studia doktoranckie to wychodzi 21 lat nieustannej nauki w systemie szkolnym.

Dziś te ramy pękają. Świat przyspieszył tak bardzo, że nie da się już raz nauczyć i mieć „spokój” do emerytury. Kiedyś wystarczyło opanować jeden fach. Wystarczyło nauczyć się  szyć buty, lepić garnki, uczyć jednego przedmiotu. I do końca swego życia i można było z tego żyć. Adaptacje były znikome. Prawie nic się nie zmieniało. Teraz jest tak, jakby ktoś z zapałem opanował sztukę robienia lamp naftowych. Piękna umiejętność, ale praktycznie muzealna. Produkt dla kolekcjonerów. Zawody znikają, technologie się zmieniają, a to, co dziś jest oczywistością, jutro może być anachronizmem. Dlatego kompetencją XXI wieku nie jest już wiedza sama w sobie lecz umiejętność uczenia się. Szybkiego uczenia się i adaptacji do nowych warunków. I to uczenia się poza tradycyjną szkołą.

A skoro uczymy się przez całe życie, to nie możemy robić tego tak, jakbyśmy mieli znowu 15 lat i wolne popołudnia. Całego życia nie da się spędzić w szkole a potem na uniwersytecie. Dlatego potrzebujemy nauki w małych porcjach, tak jak aktualizacji oprogramowania w komputerze czy smartfonie. System działa, ale co jakiś czas wymaga drobnej poprawki, łatki, usprawnienia. Nie resetu, czy formatowania dysku, tylko regularnych i niewielkich uzupełnień. Czasem odinstalowujemy niepotrzebne aplikacje i dodajemy zupełnie nowe. Podobnie działa współczesna edukacja: mikrokursy, mikropoświadczenia, krótkie szkolenia, szybkie certyfikaty, moduły, lektury książek czy tylko krótkie teksty w social mediach. Małe porcje, które daje się wpleść w codzienne życie i codzienne obowiązki. Aż do późnej starości. Bo inaczej nie kupimy biletu ani nie dokonamy operacji bankowej. 

Potrzebujemy kopernikańskiego przewrotu w edukacji. Nie kosmetycznej reformy, nie kolejnej zmiany podstawy programowej lecz zmiany sposobu myślenia i działania. Edukacja nie jest już linią prostą, którą przechodzi się od punktu A do punktu B. Bardziej jest jak wchodzenie po schodach na wysoką wieżę. Jest więc raczej spiralą, do której wracamy wielokrotnie, za każdym razem z innym doświadczeniem i innymi potrzebami. Tak jak w cyklu Kolba. I ta zmiana już się dzieje. Buduje się oddolnie, organicznie, w rytmie życia, a nie ministerialnych rozporządzeń. Bo naturalnego procesu nie da się ani uruchomić lub zatrzymać, ani słowami, ani dekretami.

Sztuka polega na tym, by płynąć z nurtem rzeki, a nie próbować zawracać Wisły kijem, by popłynęła z Warszawy do Krakowa zamiast do Gdańska. W Krakowie ta wiślana woda już była. Teraz płynie dalej, tak jak my, którzy uczymy się nie dlatego, że ktoś każe, ale dlatego, że świat nieustannie nas do tego zaprasza. Czasem uczymy sie z czystej, ludzkiej ciekawości. To szanse i zagrożenia jednocześnie. I jeśli odpowiadamy na to zaproszenie małymi krokami, regularnie, z ciekawością, to właśnie wtedy nauka staje się nie obowiązkiem, lecz naturalną częścią życia. Tak jak u naszych przodków mieszkających w jaskiniach i kamiennymi pięściakami czyszczący skóry zwierząt.

A gdyby tak uniwersytety odpowiedziały na to wyzwanie? Gdyby popłynęły z nurtem współczesnych zmian? Gdyby w pełni odpowiedziały na społeczne zapotrzebowanie? To co by się stało?

8.04.2026

Letnia szkoła dla rodziców, czyli jak pomóc edukacji



Dlaczego we współczesnej szkole nauczyciele czasem mają większy problem z rodzicami niż z uczniami? Jak mądrze włączyć (lub nie wyłączać) rodziców do procesu edukacji szkolnej? Pytanie niezwykle ważne i aktualne, choć komuś mogą się wydać zaskakujące.

Niegdyś proces stawania się człowiekiem nie był samotnym wysiłkiem jednostki, lecz organicznym dziełem wspólnoty. Wychowanie odbywało się w gęstej sieci relacji rodzinnych i sąsiedzkich, w przestrzeni wielopokoleniowej, gdzie granica między dzieciństwem a dorosłością zacierała się w codziennym trudzie. Oddzielał je mniej lub bardziej wyraźny proces inicjacji. Młodzi ludzie chcąc nie chcąc pomagali w opiece nad młodszym rodzeństwem, chłonąc mimowolnie sztukę pedagogiczną nie z podręczników lecz z obserwacji i bezpośredniego uczestnictwa. Prawdziwe było wówczas stare przysłowie, że potrzeba całej wioski, by wychować jedno dziecko. Wiedza o tym, jak prowadzić drugiego człowieka przez meandry dojrzewania, była kapitałem kulturowym przekazywanym z rąk do rąk, długo i cierpliwie, w naturalnym otoczeniu społecznym. Każdy przyszły rodzic wchodził w swoją rolę z bagażem doświadczeń, który gromadził przez lata swojego dzieciństwa i młodości, zanim jeszcze sam wydał na świat potomstwo. Praktykował na cudzych dzieciach, zanim zaczął wychowywać własne. 

Dziś jednak nasza egzystencjalna architektura uległa radykalnemu przeobrażeniu. Żyjemy w mikrostrukturach, w małych, izolowanych rodzinach, często ograniczonych do modelu dwa plus jeden. Współczesny młody człowiek, dorastając jako jedynak lub w odseparowaniu od dalszej rodziny, traci szansę na naturalne nabycie kompetencji opiekuńczych. Coraz mniej interakcji różnowiekowych na podwórku i bez obowiązku opiekowania się młodszymi. Dlatego umiejętności edukacyjne stały się towarem deficytowym, a rodzicielstwo, niegdyś płynna kontynuacja ról społecznych, jawi się dziś jako skok na głęboką wodę bez wcześniejszego kursu pływania. Ta wyrwa w międzypokoleniowym przekazie wiedzy sprawia, że rodzic staje przed dzieckiem wyposażony w miłość, lecz często pozbawiony elementarnego rozumienia mechanizmów rozwoju i nauki. Za mało sam doświadczył, za mało dowiedział się w szkole i na studiach. A tu spotyka go całkiem nowe zadanie. Czuje się bezradny i z chęcią wkłada smartfon w ręce dziecka niczym grzechotkę i niańkę jednocześnie.

Ta luka kompetencyjna rodzi poważne konsekwencje dla systemu edukacji formalnej. Bez fundamentalnego zrozumienia procesu pedagogicznego, rodzic zaczyna postrzegać szkołę nie jako partnera, lecz jako usługodawcę, któremu „podrzuca” dziecko niczym zepsuty samochód do warsztatu, oczekując szybkiej i skutecznej naprawy. Ma być taki i taki: genialny, językowo i muzycznie uzdolniony, wygrywać konkursy itp. Dla kogoś, kto nie rozumie istoty kształtowania umysłu, współudział w edukacji staje się czymś obcym, trudnym i budzącym lęk. Jeśli jednak chcemy, by szkoła przestała być jedynie przechowalnią, a stała się miejscem wzrostu i rozwoju, musimy włączyć rodziców w proces tworzenia i rozumienia wiedzy pedagogicznej. Edukacja rodziców staje się zatem imperatywem naszych czasów – nie po to, by ich wyręczać, ale by przywrócić im podmiotowość i sprawczość w procesie, który bez ich świadomego wsparcia jest skazany na połowiczny sukces. Sama szkoła nie poradzi sobie z edukacją. Nie oczekujmy więc fachowców, na których scedujemy wszystkie obowiązki wychowawcze i edukacyjne niczym polecenie wyremontowania zepsutego samochodu w warsztacie.

W dobie idei uczenia się przez całe życie (lifelong learning), dokształcanie dorosłych w zakresie pedagogiki nie powinno być postrzegane jako przykry obowiązek, lecz jako nobilitacja ich roli. Pojawia się jednak pytanie: kto i w jakiej formie miałby podjąć się tego zadania? Odpowiedź drzemie w potencjale uczelni wyższych, które mogłyby stać się centrami certyfikowania kompetencji rodzicielskich. Wyobraźmy sobie nowoczesny model edukacji hybrydowej: małe, przystępne porcje wiedzy serwowane online, pozwalające na naukę w rytmie domowego życia, przeplatane z rzadka, lecz intensywnie spotkaniami w realnej przestrzeni. Dlaczego certyfikacja? A czyż dziwi nas konieczność zdobycia prawa jazdy zanim włączymy się autem w ruch drogowy?

Uczelnie, wychodząc poza wieżę z kości słoniowej, mogłyby organizować zjazdy weekendowe lub letnie szkoły wakacyjne, gdzie teoria spotykałaby się z praktyką warsztatową. Takie „studia z rodzicielstwa” nie tylko dawałyby formalne potwierdzenie kompetencji, ale przede wszystkim budowałyby nową „wioskę” – tym razem intelektualną i wspierającą się w sposób zaplanowany. Inwestycja w świadomość pedagogiczną rodziców to w istocie najskuteczniejszy sposób na uzdrowienie relacji między domem a szkołą, zamieniający bezradność w świadome towarzyszenie dziecku w jego drodze ku dorosłości.

To dopełnienie współczesnego paradygmatu wymaga jednak uświadomienia sobie, że edukacja przestała być domeną wyłącznie jednej grupy zawodowej. A w zasadzie nigdy się nie stała więc nie może przestać. Postulowany i oczekiwany podział, w którym nauczyciel posiada monopol na wiedzę i metodę, a rodzic ogranicza się do dbałości o byt materialny dziecka, ostatecznie odszedł do lamusa. Dziś sukces formacyjny młodego człowieka zależy od harmonijnego współdziałania trzech filarów: profesjonalnego przygotowania zawodowego nauczycieli, świadomej kompetencji pedagogicznej samych rodziców oraz dynamicznego wsparcia instytucji edukacji pozaformalnej. To nowa triada odpowiedzialności, w której każde ogniwo musi być równie silne, by konstrukcja nie runęła pod ciężarem wyzwań cyfrowej rzeczywistości.

Współczesny nauczyciel, choćby najlepiej wykształcony, pozostaje bezsilny, gdy jego wysiłki trafiają na mur rodzicielskiego niezrozumienia lub bierności. Dlatego przygotowanie rodzica do roli „domowego stratega edukacji” staje się tak samo istotne, jak dydaktyczny warsztat bakałarza. Musimy zacząć postrzegać kompetencje wychowawcze jako niezbędny element kapitału społecznego, którego nie nabywa się przez sam fakt posiadania potomstwa, lecz przez ustawiczny proces samokształcenia. W tym ekosystemie kluczową rolę zaczynają odgrywać także instytucje edukacji pozaformalnej – centra nauki, biblioteki, organizacje pozarządowe czy wspomniane wcześniej ośrodki akademickie. To one stają się współczesnymi agorami (podwórkami), na których rodzic, nauczyciel i dziecko mogą spotkać się poza sztywnym gorsetem ocen i programów.

Wizja ta zakłada, że proces kształcenia jest wspólną podróżą, w której rodzic nie jest pasażerem na gapę, lecz świadomym nawigatorem. Instytucje edukacji pozaformalnej, oferując przestrzeń do eksperymentu i dialogu, zdejmują z rodziców lęk przed szkolnym autorytaryzmem, ucząc ich jednocześnie, jak mądrze stymulować ciekawość poznawczą dziecka. W takim ujęciu edukacja staje się projektem szeroki, przenikającym każdą sferę życia, gdzie certyfikowany kompetencyjnie rodzic staje się naturalnym sojusznikiem systemu. Dopiero gdy wszystkie te strony zaczną posługiwać się wspólnym językiem pedagogicznym, szkoła przestanie być izolowaną wyspą. I stanie się sercem tętniącej życiem, uczącej się wspólnoty, która rozumie, że kształtowanie człowieka to najszlachetniejsza i najbardziej wymagająca ze sztuk.

Sądzę, że rodzicielstwa można i trzeba się nauczyć. I uniwersytety mogą się w ten proces włączyć oferując nowy, w formie i treści, sposób uczenia się rozproszonego, hybrydowego i kończącego się różnymi certyfikatami. Rodzic dyplomowany to nie brzmi jak fantazja.