3.07.2026

Niecodzienne spotkanie z koziorogiem dęboszem

Park w Kamieńcu Wrocławskim, 24 czerwca 2026 , kozioróg dębosz fot Monika Walkowiak.


Kozioróg dębosz (Cerambyx cerdo) to największy w Polsce przedstawiciel kózkowatych, związany wyłącznie ze starymi dębami. Jest rzadki i objęty ochroną gatunkową. Przez wiele lat marzyłem by spotkać ten gatunek w środowisku. A widywałem tylko ilustracje na kartach książek i okazy zasuszone w muzeach oraz gablotach entomologicznych. Larwy kozioroga rozwijają się w żywych, ponad 100‑letnich dębach, a głównym zagrożeniem dla gatunku jest zanik starych drzewostanów.

Gdy jak tak bezowocnie marzyłem, nauczycielka, pani Monika Walkowiak, 24 czerwca br, przysłała mi zdjęcia chrząszcza, którego spotkała w miejskim parku w Kamieńcu Wrocławskim. Wyszła z klasą do parku. A tam taka niespodzianka: „Chłopak siedzi sobie na stole pod drewnianą wiatą. Dzieciaki nadały mu imię Mieczysław Sztefan”. A ja od razu rozpoznałem w nim kozioroga dębosza, rzadkość i wielką gratkę dla entomologa. Nie wiem tylko czy to samiec czy samiczka i czy w związku z tym imię rzeczywiście do niego pasuje. Dzięki mediom społecznościowym uczniowie od razu dowiedzieli się co to za gatunek i jaka to rzadkość. Podkreśliło to przygodę edukacyjną i entomologiczną. Sama wielkość i niezwykłość żywego chrząszcza wywarła na uczniach duże wrażenie. A jak szybko mogli dowiedzieć się kto zacz, to jeszcze zwiększyło emocje z tej przyrodniczej przygody. Ja im tego spotkania po prostu zazdroszczę!

Niektórzy mają szczęście, ale żeby spotkała nas przyrodnicza przygoda, trzeba wyjść z klasy. W Kamieńcu Wrocławskim, podczas zwykłego wyjścia z uczniami do parku, to właśnie szczęście i gotowość do obserwacji sprawiły, że natrafili na coś niezwykłego: kozioroga dębosza, rzadkiego chrząszcza z rodziny kózkowatych. Park, który na pierwszy rzut oka wydawał się miejscem do zabaw i krótkich lekcji o liściach i ptakach, okazał się sceną spotkania z gatunkiem, którego obecność wiąże się z wiekowymi dębami i długim cyklem życia. Dzieci, które być może przyszły z przekonaniem, że przyroda to głównie trawa i wiewiórki, nagle znalazły się twarzą w twarz z żywą historią lasu.

Mnie tam nie było, więc mogę sobie tylko wyobrażać i po cichu żałować. Być może narracja tego dnia zaczęła się od prostych czynności: liczenia kroków między ławkami, rysowania kory drzew i zbierania liści. A może były i lody? Bo cudnie zjeść lody w parku na koniec roku szkolnego. Nauczycielka pozwoliła, by ciekawość prowadziła grupę. Nie wiem kto pierwszy zauważył tego niezwykłego chrząszcza, spacerującego po stole pod wiatą. Początkowe zdziwienie szybko zapewne przerodziło się w skupioną obserwację. Czego wyrazem było nadanie imienia. Kozioróg dębosz, z charakterystycznymi długimi czułkami i masywną sylwetką, nie jest tylko ciekawostką. Jest także punktem wyjścia do rozmowy o zależnościach między gatunkami, o tym, jak ważne są stare drzewa i dlaczego nie wolno niszczyć dziupli ani wycinać samotnych dębów. Nawet jak stoją przy drodze. Nawet jak liście spadają na trawnik lub łąkę.

Larwy kozioroga rozwijają się w drewnie od 3 do 5 lat. Osobniki dorosłe pojawiają się latem. Spotkanie z koziorogiem jest też lekcją odpowiedzialności. I okazją do nauki obywatelskiej. Bo można zaznaczyć stanowisko spotkania np. na iNaturalist. I można porozmawiać dlaczego warto chronić pomnikowe drzewa w parkach, przy drogach i na polach. Ochrona przyrody to nie tylko zakazy, ale też codzienne decyzje: zostawienie starego pnia, niepozbywanie się pozornie martwego i dziuplastego drzewa, szacunek dla siedlisk. Ta praktyczna wiedza, zdobyta poza murami szkoły, zapadła głębiej niż wykład w klasie. I pokazywanie ilustracji kozioroga na lekcji przyrody czy biologii.

Kozioróg dębosz to duży (długości ponad 5 cm), związany z wiekowymi dębami chrząszcz, którego larwy rozwijają się w drewnie przez kilka lat. W Polsce występuje wyspowo i jest objęty ochroną, a jego stanowiska są nieliczne i rozproszone. Kozioróg dębosz jest jednym z największych przedstawicieli kózkowatych w Europie, o masywnej, wydłużonej sylwetce i bardzo długich czułkach, szczególnie u samców. Dorosłe osobniki pojawiają się latem i są aktywne w słoneczne dni, kiedy samce i samice poszukują miejsc do składania jaj na korze i w pęknięciach kory starych dębów. Najważniejszym elementem jego biologii jest związanie z żywymi, starymi dębami. Larwy żerują wewnątrz drewna, drążąc długie chodniki i rozwijając się przez kilka lat, co sprawia, że cykl życiowy gatunku jest powolny i wrażliwy na zaburzenia siedliska. Te cechy powodują, że populacje reagują na zmiany środowiska i odbudowa liczebności po spadkach jest trudna. Na Warmii i Mazurach znajdziemy stare dęby. Ale czy są u nas koziorogi?

Kozioróg preferuje dobrze nasłonecznione, pojedyncze lub luźne skupiska dębów oraz parki i dąbrowy, gdzie drzewa mają rozległe, często uszkodzone pnie i dostępne miejsca do składania jaj. Gatunek nie atakuje drewna przetworzonego ani konstrukcyjnego. Jego ekologia jest ściśle związana z naturalnymi procesami starzenia drzew i obecnością martwego drewna w korze i pniu. W Polsce kozioróg dębosz ma rozproszony, wyspowy zasięg a jego obecność pokrywa się z rozmieszczeniem dębu szypułkowego i bezszypułkowego. Historyczne i współczesne inwentaryzacje wskazują na kilkadziesiąt potwierdzonych stanowisk, choć liczba ta zmienia się w zależności od badań terenowych i intensywności poszukiwań. Na terenie kraju odnotowano ponad 70 stanowisk w różnych opracowaniach, przy czym wiele dawnych stanowisk zanikło, a obecne skupiska koncentrują się głównie w południowo‑zachodniej części Polski.

Główne zagrożenia dla kozioroga w Polsce to utrata i fragmentacja siedlisk starych dębów, intensywna gospodarka leśna, usuwanie drzew pomnikowych oraz brak naturalnych procesów starzenia drzewostanów. Z tego powodu gatunek jest objęty ochroną prawną i wymieniany w dokumentach ochrony przyrody oraz programach konserwatorskich. Działania ochronne koncentrują się na zachowaniu pomnikowych dębów, pozostawianiu martwego drewna i monitoringu stanowisk. Ochrona kozioroga dębosza wymaga długoterminowego myślenia o krajobrazie i drzewostanach. Wymaga zachowania starych dębów, tolerancji dla martwego drewna i prowadzenia systematycznego monitoringu. 

Stare dęby są cenne i rzadkie i trzeba je chronić. A skoro larwy kozioroga drążą korytarze w drzewie to można je uznać za szkodniki. Co zatem chronić? Koziorogi czy dęby? Odpowiedź będzie pozornie dziwna: chronić proces, nie tylko obiekt. Zachowanie naturalnych procesów starzenia drzew i struktury siedliska daje największą szansę przetrwania zarówno kozioroga dębosza jak i starych dębów.

Dylemat „chronić koziorogi czy dęby” pojawia się często w praktyce ochrony przyrody, zwłaszcza gdy właściciele terenów postrzegają owady związane z drewnem jako szkodniki. Z jednej strony stoi argument ochrony pojedynczych drzew, pomnikowych dębów, które mają wartość kulturową i krajobrazową. Z drugiej strony jest potrzeba ochrony gatunku, którego cykl życiowy i wymagania siedliskowe są ściśle powiązane z wiekowymi drzewami. Jednak podejście skoncentrowane na procesach ekologicznych rozwiązuje ten konflikt. Zamiast traktować kozioroga jako problem, traktujemy go jako wskaźnik zdrowia procesu starzenia drzew i obecności martwego drewna.

Ochrona procesów oznacza, że priorytetem staje się utrzymanie naturalnych mechanizmów czyli pozostawianie fragmentów martwego drewna, tolerowanie dziupli, planowanie krajobrazu tak, by istniały korytarze dla gatunków związanych z dębem. To podejście jest zgodne z nowoczesnymi strategiami ochrony siedlisk i gatunków, które podkreślają znaczenie struktur i funkcji ekosystemu, a nie jedynie ochronę pojedynczych obiektów prawnych. Dzięki temu chronimy nie tylko kozioroga, ale też cały zespół organizmów zależnych od starych dębów. Można powiedzieć, że kozioróg jest gatunkiem parasolowym.

W praktyce oznacza to kompromisy i komunikację z lokalnymi społecznościami: zabezpieczenie drzew przy ścieżkach dla bezpieczeństwa ludzi, jednoczesne pozostawienie fragmentów martwego drewna w mniej uczęszczanych częściach parku, edukacja o roli „szkodników” jako elementów naturalnego procesu. Proces jest ważniejszy niż obiekt, bo chroniąc procesy chronimy obiekty. A to daje trwały, skalowalny efekt ochronny.

A ja pozostaję ze swoimi marzeniami by zobaczyć kozioroga debosza. Może kiedyś mi się uda.

2.07.2026

Nauczyciel wpływa na świat przez swoich uczniów i studentów



Gdyby zapytać przypadkowego przechodnia, kto najbardziej wpływa na losy świata, zapewne usłyszelibyśmy długą listę polityków, przedsiębiorców, wynalazców, może kilku celebrytów i jednego czy dwóch influencerów. Rzadko ktoś wymieni nauczyciela. A jeśli już, to raczej własnego nauczyciela matematyki, który skutecznie zniechęcił go do ułamków, niż jako osobę kształtującą historię ludzkości. Tymczasem istnieje pewien paradoks. Nauczyciele należą do grupy ludzi, którzy wywierają ogromny wpływ na świat, ale niemal nigdy nie mogą go obserwować bezpośrednio. Ich praca przypomina sadzenie lasu, w którym sami nigdy nie będą spacerować w cieniu dorodnych, kilkusetletnich drzew.

Rolnik widzi plony po kilku miesiącach. Budowniczy ogląda gotowy dom po kilku miesiącach. Programista uruchamia aplikację i może sprawdzić, czy działa. Nauczyciel znajduje się w znacznie trudniejszej sytuacji. Sieje pomysły, wartości, sposoby myślenia, ciekawość świata i umiejętność zadawania pytań, ale efekty swojej pracy zobaczy dopiero po wielu latach. O ile w ogóle je zobaczy. Uczeń siedzący dziś w ostatniej ławce za dwadzieścia lat może projektować mosty, leczyć ludzi, prowadzić firmę, pisać książki albo wychowywać kolejne pokolenie dzieci. Student, który dzisiaj z trudem zdaje egzamin, za kilkanaście lat może podejmować decyzje wpływające na życie tysięcy ludzi. I choć wtedy nikt nie będzie wspominał nazwiska nauczyciela biologii, polonisty czy profesora ekologii, ich ślad pozostanie obecny. Obecny choć rozproszony, bo tych nauczycieli w życiu każdego z nas było wielu. 

W lesie łatwo zauważyć wielkie drzewa. Trudniej dostrzec grzybnię ukrytą pod ziemią, która łączy korzenie i umożliwia wymianę substancji między roślinami. A jednak bez niej cały ekosystem funkcjonowałby znacznie gorzej. Nauczyciele są właśnie taką społeczną grzybnią. Niewidoczną siecią połączeń, przez którą przepływają wiedza, wartości, doświadczenia i kultura. Nieprzypadkowo wiele osób po latach pamięta pojedyncze zdania wypowiedziane przez nauczyciela. Czasem są to słowa zachęty. Czasem jedno pytanie zadane we właściwym momencie. Czasem zwykła uwaga: „Spróbuj, bo możesz to zrobić”. Z perspektywy nauczyciela jest to kilka sekund rozmowy. Z perspektywy ucznia może to być punkt zwrotny całego życia.

Nauki o rozwoju człowieka od dawna pokazują, że na nasze decyzje wpływają nie tylko geny i środowisko rodzinne. Ogromne znaczenie mają także osoby znaczące, spotykane na różnych etapach życia. Nauczyciel należy do tej szczególnej kategorii ludzi, którzy mogą uruchamiać procesy trwające przez dekady. Ale może i blokować. Nie tyle przekazuje wiedzę, ile zmienia trajektorie życiowe.

Problem polega na tym, że nauczyciel niemal nigdy nie otrzymuje pełnego raportu końcowego. Dlatego jest to zawód tak bardzo wypalający. Nie istnieje aplikacja, która po trzydziestu latach wysłałaby powiadomienie: „Pamiętasz ucznia z trzeciej ławki pod oknem? Właśnie skonstruował urządzenie ratujące życie pacjentów”. Albo: „Ta studentka, która zawsze siadała z tyłu sali, właśnie stworzyła organizację pomagającą ludziom”. Nauczyciel funkcjonuje więc w warunkach niezwykłej niepewności. Musi wierzyć, że jego działania mają sens, mimo że skutki pozostają często niewidoczne.

Jest w tym coś głęboko filozoficznego. Żyjemy w kulturze natychmiastowych rezultatów. Kliknięcie daje reakcję. Publikacja daje polubienie. Film daje liczbę wyświetleń. Edukacja działa inaczej. Jest sztuką cierpliwości. To inwestycja o najdłuższym możliwym terminie zwrotu. Czasem trzeba czekać dwadzieścia lub trzydzieści lat, aby dostrzec efekty jednego dobrze przeprowadzonego spotkania z uczniami.

Można więc powiedzieć, że nauczyciel jest producentem przyszłości. Nie produkuje jednak gotowych towarów. Produkuje możliwości. Wyposaża młodych ludzi w narzędzia do samodzielnego kształtowania świata. A potem oddaje ich społeczeństwu niczym pracownik placówki rehabilitacji zwierząt lub ekolog namnażający w hodowli zagrożone wyginięciem gatunki i wypuszczający młode zwierzęta na wolność. Od tej chwili zaczynają żyć własnym życiem, podejmować własne decyzje i wpływać na innych ludzi. Ostatnio spotkaliśmy się na uroczystości 120-lecia naszego liceum. Z klasy było nas kilkanaście osób, po ponad 40 latach od matury. Zaczęliśmy wspominać nauczycieli. Każdy z nas zapamiętał co innego, każdemu z nas pomógł w czymś innym inny nauczyciel. W ten sposób nauczyciel staje się obecny wszędzie tam, gdzie znajdują się jego dawni uczniowie. Nawet po wielu latach.

Nauczyciel jest trochę w lekarzu, który rozmawia z pacjentem z empatią. Trochę w inżynierze budującym bezpieczny most. Trochę w nauczycielce uczącej kolejne pokolenie uczniów lub studentów. Trochę w urzędniku podejmującym rozsądne decyzje. Trochę nawet w rodzicu tłumaczącym dziecku, dlaczego warto być uczciwym. To właśnie dlatego wpływ nauczyciela jest tak ogromny. Nie działa bezpośrednio. Działa przez ludzi. A jego praca jest trudna do natychmiastowej ewaluacji. Dlatego ten zawód tam mocno wypala...

A jednak istnieje jeszcze jedna forma oddziaływania na świat. Jest nią popularyzacja nauki. Przez wiele lat uważałem, że nauczyciel wpływa na świat przede wszystkim za pośrednictwem swoich studentów i uczniów. Nadal tak uważam. Ale wraz z rozwojem internetu pojawiła się dodatkowa ścieżka. Blogi, podcasty, kanały popularnonaukowe i media społecznościowe stworzyły nową przestrzeń edukacji. W pewnym sensie blog jest także salą wykładową czy szkolną klasą. Tyle że bez ścian, bez dzwonków i bez listy obecności. Czytelnik staje się uczniem, choć często nawet o tym nie myśli. Przychodzi po informację, ciekawostkę lub inspirację, a wychodzi z nowym pomysłem, nowym pytaniem albo nowym sposobem patrzenia na rzeczywistość. Albo tylko mile spędzona chwilą. 

Co więcej, efekt pojawia się znacznie szybciej. W tradycyjnej edukacji uczeń spędza osiem lat w szkole podstawowej, kilka kolejnych w szkole średniej, a potem być może pięć lat na studiach. Proces jest długi i rozłożony w czasie. Tymczasem czytelnik bloga może przeczytać tekst podczas porannej kawy i już po godzinie zmienić swoje działanie. Może zacząć obserwować przyrodę, inaczej segregować odpady, zainteresować się nauką, zweryfikować własne przekonania albo po prostu spojrzeć na świat z większą ciekawością. To niezwykła sytuacja.

Nauczyciel akademicki przyzwyczajony do wieloletniego oczekiwania na efekty nagle otrzymuje możliwość oddziaływania niemal natychmiastowego. Oczywiście jest to wpływ innego rodzaju. Płytszy, mniej systematyczny, bardziej rozproszony. Ale jednocześnie może obejmować tysiące ludzi. Każdy wpis na blogu jest jak wysłanie w świat niewielkiej paczki z ideami. Nie wiadomo, gdzie dokładnie dotrze. Nie wiadomo, kto ją otworzy. Nie wiadomo, która myśl okaże się dla kogoś ważna. Ale wiadomo, że część z tych idei zacznie żyć własnym życiem. A właśnie na tym polega edukacja. Nie na przekazywaniu gotowych odpowiedzi, lecz na uruchamianiu procesów myślowych. Nie na wypełnianiu głów informacjami, lecz na rozbudzaniu ciekawości. Nie na tworzeniu kopii samego siebie, lecz na wyposażaniu innych ludzi w zdolność samodzielnego myślenia. Dlatego nauczyciel zmienia świat. Czasem robi to powoli, przez całe pokolenia swoich uczniów. Czasem szybciej, przez czytelników bloga. W obu przypadkach działa jednak ten sam mechanizm. Zmienia ludzi, a ludzie zmieniają świat.

I być może właśnie dlatego zawód nauczyciela należy do najbardziej niezwykłych profesji. To jedyna praca, w której codziennie spotyka się przyszłość, siada z nią przy stoliku lub w sali wykładowej, a następnie próbuje ją przygotować do życia. Nawet jeśli pełne skutki tej pracy zobaczą dopiero następne pokolenia.

Im dłużej pracuję jako nauczyciel akademicki, tym częściej dochodzę do wniosku, że edukacja nie kończy się wraz z rozdaniem dyplomów. Właściwie to ona wtedy dopiero się zaczyna. Studia nie są przecież magazynem wiedzy na całe życie, podobnie jak szkoła nie jest zbiornikiem, który napełnia się raz i wystarcza na zawsze. Wiedza starzeje się szybciej niż niejedna technologia, a świat zmienia się szybciej niż programy nauczania. Dlatego współczesny człowiek musi uczyć się przez całe życie. Być może właśnie dlatego tak bardzo polubiłem popularyzację nauki.

Coraz częściej postrzegam popularyzację nauki jako szczególną odmianę nauczania. To także jest szkoła, choć bardzo nietypowa. Nie ma klas, dzienników, planu lekcji ani obowiązkowej obecności. Nie ma egzaminów końcowych i ocen wpisywanych do systemu. Są za to ludzie ciekawi świata, którzy zaglądają na blog, czytają tekst, oglądają zdjęcie, słuchają opowieści o przyrodzie lub nauce i zabierają ze sobą mały fragment wiedzy.

Tak właśnie wyobrażam sobie edukację XXI wieku. Nie jako jednorazowy etap życia, lecz jako proces ciągły. Uczenie się małymi porcjami, ale regularnie. Trochę jak z jedzeniem. Nikt rozsądny nie próbuje zjeść zapasu żywności na całe życie podczas jednego obiadu. Podobnie nie da się zdobyć całej potrzebnej wiedzy podczas kilku lat szkoły czy studiów. Trzeba ją uzupełniać przez całe życie. Patrząc z tej perspektywy, czytelnicy mojego bloga są także moimi studentami. Nietypowymi, bo rozproszonymi po całym kraju, a czasem i świecie. Nietypowymi, bo nie spotykamy się w sali wykładowej. Nietypowymi, bo sami wybierają temat kolejnych zajęć, klikając w tekst, który ich zainteresuje. Ale jednak studentami. Łączy nas przecież to samo: ciekawość świata i chęć zrozumienia otaczającej rzeczywistości.

Kiedyś wiedza akademicka krążyła głównie pomiędzy uczelniami. Naukowcy publikowali artykuły, które czytali przede wszystkim inni naukowcy. Dzisiaj ten obieg wiedzy jest znacznie bardziej złożony. Oczywiście nadal publikujemy wyniki badań. Nadal piszemy artykuły naukowe, raporty, monografie i ekspertyzy. Ale coraz częściej nasze ustalenia trafiają również do społeczeństwa innymi drogami. Sam wielokrotnie obserwowałem, jak wyniki badań nad przyrodą zaczynają żyć własnym życiem poza murami uczelni. Raz stają się częścią planu ochrony cennego obszaru. Innym razem trafiają do raportu przygotowywanego dla parku krajobrazowego lub parku narodowego. Kiedy indziej są wykorzystywane w ekspertyzie dotyczącej ochrony gatunków albo siedlisk przyrodniczych. Czasem pomagają samorządom podejmować decyzje dotyczące zagospodarowania przestrzeni. Niekiedy stają się argumentem w dyskusji o ochronie środowiska. W takich chwilach szczególnie wyraźnie widać, że nauka nie kończy się na publikacji.

Artykuł naukowy jest dopiero początkiem podróży. Potem wiedza zaczyna krążyć pomiędzy ludźmi. Trafia do urzędników, nauczycieli, przyrodników, społeczników, dziennikarzy i zwykłych mieszkańców. Każdy z nich wykorzystuje ją na swój sposób. Tak powstaje sieć powiązań, której często nawet nie dostrzegamy. Pod tym względem naukowiec przypomina nauczyciela. W obu przypadkach najważniejsze nie jest to, co sam zrobił, lecz to, co zrobią inni ludzie dzięki zdobytej wiedzy.

Dlatego coraz mniej wierzę w obraz naukowca zamkniętego w laboratorium czy gabinecie. Współczesny naukowiec powinien być także tłumaczem. Powinien przekładać język specjalistycznych publikacji na język zrozumiały dla społeczeństwa. Powinien budować mosty pomiędzy światem badań a światem codziennych doświadczeń. Blog internetowy jest dla mnie właśnie takim mostem. To miejsce, gdzie wyniki badań spotykają się z codzienną ciekawością ludzi. Gdzie naukowe fakty mogą zamienić się w inspirację do działania. Gdzie wiedza przestaje być zamknięta w czasopiśmie naukowym i zaczyna funkcjonować w życiu codziennym. Być może dlatego tak bardzo cenię każdy komentarz od czytelnika, który napisał, że po przeczytaniu tekstu zaczął obserwować owady, zainteresował się ochroną przyrody, poszedł na spacer do lasu albo spojrzał inaczej na otaczający go świat. To są właśnie te małe efekty edukacji rozproszonej. Niewielkie zmiany, które pojawiają się natychmiast, bez wieloletniego procesu kształcenia.

Ostatecznie zarówno nauczyciel szkolny, nauczyciel akademicki, jak i popularyzator nauki wykonują podobną pracę. Wszyscy próbują poszerzać horyzonty innych ludzi. Wszyscy zasiewają pytania, które będą kiełkować przez lata. Wszyscy dokładają swoją cegiełkę do budowania społeczeństwa bardziej świadomego, bardziej ciekawskiego i bardziej rozumiejącego świat. A świat zmienia się właśnie w taki sposób. Nie tylko przez wielkie wynalazki, przełomowe odkrycia czy spektakularne decyzje polityczne. Zmienia się także przez miliony drobnych aktów uczenia się. Przez pojedyncze rozmowy, przeczytane książki, wysłuchane wykłady i przeczytane wpisy na blogu.

Jeśli więc ktoś pyta mnie, po co piszę o przyrodzie, nauce i edukacji, odpowiadam najczęściej, że robię to z tego samego powodu, dla którego prowadzę zajęcia ze studentami. W obu przypadkach chodzi o to samo. O przekazywanie pałeczki dalej. O dzielenie się wiedzą. O uczestniczenie w wielkim międzypokoleniowym łańcuchu uczenia się, który trwa od tysięcy lat i który, mam nadzieję, będzie trwał jeszcze bardzo długo.

Czas wakacji. Ani nauczyciel, ani popularyzator nie ma pełnego odcięcia od szkoły czy pisania. Z jednej strony wypoczywa, a z drugiej szuka pomysłów i kolejnych inspiracji. Każda praca twórcza wymaga wypoczynku i inspiracji. I oczywiście wakacyjne nudy.

1.07.2026

O tym jak to z pasorzytem i pasożytem było

 

Wiele lat temu spotkałem w starej książce dawną formę „pasorzyt”. Wtedy się jeszcze dziwiłem, bo jako młody człowiek tuż po edukacji szkolnej sądziłem, że język jest niezmienny a reguły ortograficzne stałe. Gdy wiele lat później gdzieś w internecie spotkałem wyjaśnienie etymologii to sobie zapisałem: „Jeszcze w „Słowniku języka polskiego" M. Arcta z 1916 r. podawano formę przez„rz",pasożyt na przenośne określenie 'człowieka żyjącego kosztem innych, darmozjada'. Słowo to było bardzo podobne do popularnego w tamtych czasach pasobrzucha, czyli tego, 'kto wypasał brzuch'. Etymologicznie więc rzecz biorąc, pasorzyt oznaczał kogoś, 'kto wypasał niższą część ciała ludzkiego'. Wyrazu rzyć (= tyłek) używano do końca XVIII wieku jednak głównie w gwarach, później uznano go w polszczyźnie ogólnopolskiej za wręcz nieprzyzwoity, więc to samo spotkało pasorzyta. Zaczęto go kojarzyć z życiem. O kimś, 'kto żył, pasąc się cudzym kosztem', mówiono, że to pasożyt. Nic więc dziwnego, że szybko upowszechniła się pisownia przez „ż".”

Po latach odlazłem tę notatkę i postanowiłem dokładniej sprawdzić. Zajrzałem do kilku  domowych słowników języka polskiego, także tych etymologicznych. Nie znalazłem wyjaśnienia. Kiedyś bym pozostał z niewiedzą lub być może przy okazji w jakieś zasobniejszej bibliotece spróbowałbym ponownie szukać w różnych słownikach. Przecież po to robiłem notatki. Były "na później", że może kiedyś będzie więcej czasu czy okazji by dokładniej zgłębić. Ale w wieku XXI mamy przecież internet i sztuczną inteligencję. Wiedza jest w zasięgu ręki. Wystarczy tylko po nią sięgnąć. 

Najpierw sięgnąłem do polskiego do Bielika (bielik.ai), bo polski Bielik, karmiony polskimi tekstami powinien to zrobić najlepiej. I taką zaskakującą informacje dostałem:

(Bielik v3.0 Bot), „Słowo 'pasożyt' ma interesującą etymologię, która odzwierciedla jego historyczne użycie w języku polskim. Pochodzi od staropolskiego słowa 'pasorzyt', które było zapożyczeniem z języka rosyjskiego ('паразит' - parasit). W języku polskim pierwotnie pisano je jako 'pasorzyt', co było bezpośrednim zapożyczeniem z rosyjskiego. Z czasem, pod wpływem zmian ortograficznych i fonetycznych w języku polskim, pisownia ewoluowała do obecnej formy 'pasożyt'. Zmiana ta była wynikiem uproszczenia i standaryzacji ortografii polskiej, która miała miejsce w XIX i XX wieku. Obecna pisownia 'pasożyt' jest bardziej zgodna z fonetyką języka polskiego i została ustalona w wyniku ewolucji językowej.” Widząc sprzeczność zadałem kolejne pytanie wskazując na pochodzenie od rzyci. Bielik tak mi odpowiedział: „Interpretacja, że pisownia 'pasorzyt' wzięła się od słowa 'rzyć' (oznaczającego dolną część ciała), nie jest poparta etymologią historyczną. Słowo 'pasorzyt' pochodzi bezpośrednio od rosyjskiego 'паразит' (parasit), które z kolei wywodzi się z greckiego 'parasitos' (parasitos). Greckie słowo oznaczało osobę, która jadła przy stole innej osoby, ale nie wnosiła nic w zamian, co odnosi się do metaforycznego znaczenia pasożyta. W języku polskim pierwotna pisownia 'pasorzyt' była wynikiem zapożyczenia z rosyjskiego, a nie związku z polskim słowem 'rzyć'. Zmiana na 'pasożyt' była wynikiem ewolucji ortografii polskiej.”

Wygenerowana odpowiedź wyglądała wiarygodnie a wyjaśnienie wydało się rozsądne i uzasadnione. Niemniej było sprzeczne z wcześniejszą internetową notatką. A skoro dwa źródła dają inne wyjaśnienie, trzeba szukać w kolejnych. Może to dwa oblicza tego samego zjawiska i uda się je jakoś zsyntetyzować?  Tym razem postanowiłem skorzystać z innych narzędzi AI ale w wersji z poszerzonym szukaniem i wnioskowanie. Pierwszy był Copilot GPT 5.5 Think (wersja służbowa przy Teamsach).

„Dawna forma: pasirzyt → pasorzyt → pasożyt. Według objaśnienia Poradni Językowej PWN pierwotnie był to wyraz złożony z czasownika paść oraz rzeczownika rzyć — dawnego, dziś rubasznego/gwarowego określenia tylnej części ciała. Pasirzyt oznaczał więc kogoś, kto „pasie na kimś swoją rzyć”, czyli żyje cudzym kosztem. [sjp.pwn.pl], [wsjp.pl]

Stąd dawna pisownia**„pasorzyt”** była etymologicznie bardziej przejrzysta: zawierała człon rzyć, więc naturalne było rz, a nie ż. Współczesna pisownia**„pasożyt”** przez ż jest późniejsza i etymologicznie mniej uzasadniona; Dobry słownik określa ją wręcz jako innowację niezgodną z pierwotną budową słowa. [dobryslownik.pl]

Nie jest to natomiast bezpośrednie zapożyczenie z łacińskiego parasitus ani greckiego parásitos. Łacińsko-grecki wyraz oznaczał pierwotnie „współbiesiadnika”, potem osobę żyjącą cudzym kosztem, a dopiero w językach nowożytnych także organizm biologiczny. Polski pasożyt/pasorzyt ma inną genezę formalną, choć rozwój znaczeniowy był podobny. [sjp.pwn.pl]

Czyli najkrócej: pasożyt = dawniej pasorzyt/pasirzyt = „ten, kto pasie swoją rzyć na cudzy koszt”.

A znaczenie biologiczne — „organizm żyjący kosztem innego organizmu” — jest późniejszym, terminologicznym rozszerzeniem tego ogólnego sensu „życia cudzym kosztem”. [sjp.pwn.pl], [wsjp.pl]”.

Były podane linki, sprawdziłem. W Słowniki Języka Polskiej PWN było takie właśnie wyjaśnienie. To chyba powinno przesądzić sprawę. Ale sięgnąłem jeszcze do Gemini. Gemini Flash, poziom myślenia rozszerzony

„Tak, to fascynujący przypadek, w którym historia języka zderzyła się z pruderią kodyfikatorów pisowni. Dawna forma „pasorzyt” (a także jeszcze starsza: pasirzyt) była w pełni uzasadniona historycznie, a dzisiejsza pisownia przez „ż” jest sztuczną innowacją.

Oto jak do tego doszło i skąd to słowo naprawdę się wzięło: (…) Staropolski pasorzyt (notowany w zapiskach już od XV wieku) to klasyczny wyraz złożony, który składał się z dwóch bardzo konkretnych członów: paso- – od czasownika paść (w znaczeniu: karmić się, żerować). -rzyt – od staropolskiego (i zachowanego do dziś w gwarach) rzeczownika rzyć, oznaczającego po prostu... tyłek lub tylną część ciała.

Pierwotnie słowo to miało charakter dosadny i obrazowy. Odnosiło się do kogoś lub czegoś (na przykład wszy, pcheł czy innych insektów), co „wypasało się” na ciele żywiciela – często właśnie w miejscach mniej dostępnych, „od rzyci strony”. Konstrukcja ta była bliźniaczo podobna do dobrze nam znanego pasibrzucha (kogoś, kto „pasie brzuch”, czyli obżartucha). Pasorzyt był więc kimś, kto „pasił rzyć” cudzym kosztem.

Słowo to w niezmienionej formie przetrwało stulecia, aż do lat 30. XX wieku. Podczas prac nad wielką reformą ortograficzną w 1936 roku językoznawcy uznali, że biologiczny i medyczny termin nie powinien kojarzyć się z tak mało elegancką częścią anatomii. Postanowiono dokonać świadomej manipulacji i tzw. etymologii ludowej: Zmieniono pisownię z rz na ż. Odcięto słowo od kłopotliwej rzyci i na siłę powiązano je ze słowem życie lub żyć. Od tamtego momentu zaczęto uczyć, że nowo powstały pasożyt to po prostu stworzenie, które żyje, pasąc się na kimś innym. Z punktu widzenia historii języka ta pisownia jest błędem, ale stała się oficjalną normą.

(…) Co ciekawe, reformatorzy nie zdołali usunąć tego rdzenia ze wszystkich polskich słów. Najlepszym przykładem, który przetrwał próbę czasu i do dziś kpi z międzywojennej pruderii, jest mały ptak wędrowny: białorzytka. Nazwa białorzytka do dzisiaj zapisywana jest przez rz, ponieważ ptak ten charakteryzuje się jasnym, białym kuperkiem. W przypadku ornitologii uznano widocznie, że ptasia anatomia nie gorszy tak bardzo jak ludzka, dzięki czemu oryginalna, staropolska etymologia przetrwała tam w nienaruszonym stanie.”

I jeszcze przytoczę eksperta z internetowego Słownika Języka Polskiego (prof. ucz. dr hab. Katarzyna Kłosińska, Uniwersytet Warszawski): „Polski pasożyt miał kiedyś formę pasorzyt, a jeszcze wcześniej – pasirz i rzeczywiście powstał jako złożenie czasownika paść i rzeczownika rzyć. Pasirzytem nazywano osobę, która „pasie na kimś swoją rzyć”, czyli żyje na cudzy koszt. Łaciński parasitus ma swe źródła w grece, w której παρα ́σιτος oznaczał współbiesiadnika. W antycznym Rzymie i w starożytnych Atenach parazytami nazywano (początkowo neutralnie) osoby, które niejako z racji swej funkcji wspólnie z kimś innym zasiadały do posiłku (był to np. asystent kapłana bądź towarzysz greckiego prytana, któremu wynagradzał ten zaszczyt pochlebstwami). Z czasem słowo to nabrało nacechowania negatywnego, a później – gdy zostało zapożyczone przez języki nowożytne (np. francuski) – stało się także terminem biologicznym. Polski pasożyt ma inną genezę formalną (jak wiemy, powstał z połączenia słów paśćrzyć), jednak zaszły w nim zmiany znaczeniowe podobne do tych (jednak nie identyczne jak te), które były udziałem łacińskiego rzeczownika parasitus.”

Zawiłe losy słów i języka niczym filogeneza biologiczna. Ważne są źródła i ich interpretacja. Choć interpretacja pochodzenia z języka rosyjskiego wydaje się wiarygodnie prawdopodobna. Tylko czas powstania słów, a więc fakty, burzą tę interpretację (wszak Bielik musiał gdzieś to znaleźć, wątpliwe by w całości wyhalucynował). Skoro pasirzyt był już odnotowany w XV czy XVI wieku to nie był to jeszcze czas wpływów języka rosyjskiego na naszą mowę. Zabory i rusyfikacyjne wpływy zaczęły się dużo później.

Zajrzałem także do Słownika nazwisk zoologicznych i botanicznych polskich Erazma Majewskiego z 1899 roku (reprint). I tam znalazłem dwie formy „Pasorzytne – Aptera, pasorzytne – parasitica oraz pasożyt cholery Microspira comma (Bacillus cholerae asiatica), pasożytne – parasitae. A więc już pod koniec XIX w. obie formy w języku polskim funkcjonowały. Zatem reforma z 1936 roku tylko ugruntowała lub mocniej uzasadniła zmiany, które już w języku zachodziły i opowiedziała się za jedną formą z "ż". Tak więc i biolog może coś wnieść nowego do językowych dyskusji etymologicznych, jeśli dotrze do nowego źródła. Zmiany najwyraźniej dokonywały się powoli a nie tylko za jedną decyzją komisji ortograficznej. A jeśli dopatrywać się wpływu języka rosyjskiego to wynikał z pisma i obecności tylko jednego ż w języku rosyjskim. Jeśli więc z polskiego zapisać pasorzyta cyrylica a potem ponownie na polski, to łatwo zmienić rz w ż, tak jak to było w przypadku wsi Borzewo, które stało się Bożewem. Pierwotnie nazwa wywodząca się od Borka, teraz może być powiązana etymologicznie od Boga. 

W biologii pojęcie pasożyta także zmieniało nieco swoje znaczenie. Na początku oznaczało silne uzależnienie, jedną z form symbiozy. Potem, gdy definicje oddziaływań międzygatunkowych ustalono według kryterium zysku i straty, symbioza stała się synonimem mutualizmu. Ale to już opowieść na inną okazję. Zostańmy na razie z przeświadczeniem, że język też jest żywy i ewoluuje w powiązaniu ze swoim środowiskiem kulturowy, 

28.06.2026

Propozycja dla społeczności lokalnej - jak ratować Jezioro Zdworskie

Infografika wygenerowana do tekstu przez Chta GPT.

Główną przyczyną wysychania Jeziora Zdworskiego jest ocieplanie się klimatu Ziemi. A Europa ociepla się szybciej niż reszta świata.  Każdy z nas ma możliwość działania w tym zakresie. Owszem, pojedyncze działania to kropla w morzu aktywności ośmiu miliardów ludzi. I na dodatek efekty będą dopiero za wiele lat. Niemniej warto coś zrobić każdego dnia i od zaraz. Mamy wpływ i warto z tej sprawczości skorzystać.  Pogłębiająca się susza i obniżanie sie poziomu wód gruntowych, przy niekorzystnych warunkach geologicznych, powodują wysychanie Jeziora Zdworskiego, Ponadto problemem jest także eutrofizacja wód jeziornych. To drugie nie pływa co prawna na poziom wody w jeziorze lecz wpływa na ich jakość (pogarszanie)..

W nawiązaniu do wcześniejszych stwierdzeń można zaproponować działania w dwóch skalach: natychmiastowe, obywatelskie i organizacyjne oraz systemowe, wymagające współpracy z gminą, Wodami Polskimi, powiatem i ekspertami. Kluczowe jest, aby nie traktować jeziora jako odizolowanego zbiornika, lecz jako część całego układu: jezioro – Wielka Struga – rowy melioracyjne – wody gruntowe – zabudowa rekreacyjna – mokradła i zlewnia.

Najważniejsza zasada

Trzeba dążyć do tego, aby więcej wody zostawało w krajobrazie, a mniej odpływało rowami, ciekami, kanalizacją deszczową lub przez nadmierny pobór wód podziemnych. W przypadku Jeziora Zdworskiego badania wskazywały, że część wody może infiltrować z jeziora do osadów przyjeziornych, a straty do gruntu w latach 2008–2012 mogły wynosić od ok. 761 tys. do ponad 2 mln m³ rocznie.

1. Powołanie lokalnego zespołu społeczno-eksperckiego

Pierwszym krokiem powinno być powołanie Społecznego Zespołu ds. Ochrony Jeziora Zdworskiego, z udziałem mieszkańców, właścicieli działek, sołectw, gminy Łąck, powiatu płockiego, Wód Polskich, naukowców, wędkarzy, przedsiębiorców turystycznych i organizacji przyrodniczych. Taki zespół powinien:

  • zbierać dane o poziomie wody,
  • dokumentować miejsca odpływu i przesuszenia,
  • zgłaszać nielegalne pobory wody,
  • opiniować inwestycje w strefie brzegowej,
  • naciskać na długofalowy program ratunkowy dla jeziora.

W 2026 r. lokalne media informowały już o postulacie powołania zespołu roboczego ds. ochrony jezior Zdworskiego, Górskiego i Ciechomickiego, więc społeczność może oprzeć się na istniejącej inicjatywie i domagać się jej realnego wdrożenia.

2. Obywatelski monitoring poziomu wody

Społeczność lokalna może uruchomić prosty, ale bardzo cenny monitoring społeczny. W praktyce oznacza to:

  • ustawienie kilku stałych łat wodowskazowych,
  • wykonywanie zdjęć z tych samych punktów raz w tygodniu,
  • zapisywanie dat, poziomu wody, opadów i temperatury,
  • dokumentowanie miejsc zarastania i odsłaniania dna,
  • tworzenie publicznego archiwum zdjęć i pomiarów.

To ważne, ponieważ Wody Polskie deklarują regularny monitoring jeziora, ale społeczny monitoring może uzupełnić dane instytucjonalne i pokazać, jak sytuacja zmienia się lokalnie, np. przy pomostach, kąpieliskach i ujściu Wielkiej Strugi.

3. Inwentaryzacja rowów, drenów i odpływów

Jednym z najważniejszych działań lokalnych powinna być mapa rowów melioracyjnych, przepustów, drenów i miejsc szybkiego odpływu wody. Rowy odwadniające mogą obniżać poziom wód gruntowych i przyspieszać odpływ wody ze zlewni, co jest szczególnie groźne przy jeziorze podatnym na straty infiltracyjne.

Społeczność może zgłosić do gminy i Wód Polskich potrzebę przeglądu:

  • które rowy rzeczywiście muszą odprowadzać wodę,
  • które można okresowo piętrzyć,
  • gdzie można założyć zastawki,
  • gdzie rowy wymagają renaturyzacji,
  • gdzie woda jest odprowadzana zbyt szybko poza zlewnię jeziora.

Celem nie powinno być zalewanie posesji, ale spowolnienie odpływu i zatrzymanie wody tam, gdzie jest to bezpieczne.

4. Mała retencja na posesjach i działkach rekreacyjnych

Właściciele domków, pensjonatów i działek wokół jeziora mogą zrobić bardzo dużo, jeśli przestaną traktować deszczówkę jako problem do szybkiego odprowadzenia. Każda działka powinna możliwie dużo wody zatrzymać lokalnie.

Praktyczne działania:

  • zbiorniki na deszczówkę przy rynnach,
  • ogrody deszczowe,
  • niecki chłonne,
  • rozszczelnienie podjazdów,
  • nawierzchnie przepuszczalne zamiast betonu,
  • małe oczka retencyjne bez połączenia odpływowego z rowami,
  • sadzenie drzew i krzewów,
  • rezygnacja z drenowania działek tam, gdzie nie jest to konieczne.

To ważne, bo urbanizacja i uszczelnianie powierzchni ograniczają infiltrację wód opadowych, a szybki odpływ deszczu zmniejsza odnawianie płytkich wód gruntowych.  

5. Ograniczenie poboru wód podziemnych

Wokół jeziora należy bardzo ostrożnie podchodzić do studni i poborów wody. Intensywne pompowanie z płytkich wód podziemnych może tworzyć lokalne leje depresji i zwiększać gradient odpływu wody z jeziora do gruntu. W artykule o Jeziorze Zdworskim wskazano, że wykopy studzienne w strefie zabudowy rekreacyjnej mogły być jednym z czynników sprzyjających odpływowi wody z jeziora w kierunku osadów przyjeziornych.

Społeczność może postulować:

  • kontrolę legalności studni,
  • rejestr poborów wód,
  • ograniczenie podlewania trawników wodą ze studni w czasie suszy,
  • zakaz napełniania basenów wodą podziemną w okresach niskiego stanu jeziora,
  • promowanie zbiorników na deszczówkę zamiast studni do celów ogrodowych.

6. Ochrona mokradeł, trzcinowisk i terenów podmokłych

Mokradła, torfowiska i podmokłe obniżenia są naturalnymi magazynami wody. Ich odwadnianie, zasypywanie lub zabudowa osłabia retencję całej zlewni. Renaturyzacja mokradeł i poprawa retencji dolinowej są wskazywane jako działania ograniczające skutki suszy i zwiększające naturalną retencję. Pierwszym krokiem może być inwentaryzacja wszystkich torfowisk, małych zbiorników wodnych, olsów i innych terenów podmokłych. Dla społeczności lokalnej oznacza to:

  • nie zasypywać podmokłych obniżeń,
  • nie pogłębiać rowów bez analizy hydrologicznej,
  • chronić trzcinowiska poza miejscami rekreacyjnymi,
  • odtwarzać oczka wodne i małe mokradła,
  • zgłaszać nielegalne prace ziemne w strefie brzegowej.

Ważne: kontrolowane wykaszanie trzciny może być elementem rekultywacji, ale nie powinno oznaczać całkowitej likwidacji roślinności przybrzeżnej, bo strefa roślinna stabilizuje brzegi i wspiera retencję. 

7. Poprawa stanu Wielkiej Strugi

Wielka Struga jest kluczowym ciekiem zasilającym Jezioro Zdworskie. W przeszłości jej przepływ latem zanikał, a wody uciekały do głębszego poziomu wodonośnego, dlatego wykonano m.in. uszczelnienie odcinka ujściowego matą bentonitową. Społeczność powinna domagać się:

  • regularnej kontroli drożności Wielkiej Strugi,
  • sprawdzenia skuteczności dawnych uszczelnień,
  • identyfikacji miejsc ucieczki wody do gruntu,
  • ograniczenia nielegalnych poborów,
  • poprawy jakości wód dopływających do jeziora,
  • ograniczenia spływu nawozów i ścieków do cieku.

To ważne, bo w badaniach stwierdzono wysokie ładunki azotu i fosforu w wodach zasilających jezioro, a w 2010 r. ładunek azotu przekraczał poziom niebezpieczny 23-krotnie, a fosforu około 4,2–4,3-krotnie.

8. Kontrola szamb, ścieków i nawożenia

Choć zanieczyszczenia nie zawsze bezpośrednio obniżają poziom wody, przyspieszają degradację jeziora: zarastanie, zakwity sinic, zamulanie i utratę funkcji rekreacyjnych. W załączonym artykule wskazano, że Wielka Struga wnosiła do jeziora znaczne ilości biogenów i materii organicznej, co pogarszało jakość wód i osadów.

Działania lokalne:

  • kontrola szczelności szamb,
  • przyspieszenie kanalizacji terenów wokół jeziora,
  • zakaz odprowadzania ścieków do rowów,
  • ograniczenie nawożenia pól i trawników przy jeziorze,
  • pasy buforowe z roślinności między polami a ciekami,
  • edukacja właścicieli działek o wpływie nawozów na zakwity sinic.

9. Wspólna presja na program odbudowy retencji całej zlewni

Najważniejsze działanie polityczne i organizacyjne to doprowadzenie do opracowania kompleksowego programu odbudowy retencji zlewni Jeziora Zdworskiego i jezior sąsiednich. Nie wystarczy pompować wodę do jeziora, jeśli zlewnia nadal ją szybko traci. Program powinien obejmować:

  • bilans wodny jeziora i zlewni,
  • pomiary wód gruntowych,
  • lokalizację miejsc infiltracji,
  • audyt rowów i melioracji,
  • analizę poborów wód,
  • odtworzenie mokradeł,
  • piętrzenia na rowach,
  • ochronę Wielkiej Strugi,
  • program ograniczenia biogenów,
  • plan awaryjnego zasilania wodą.

Wody Polskie podawały, że w latach 2023–2025 pompowano do jeziora odpowiednio ok. 210 tys., 120 tys. i 132 tys. m³ wody rocznie, podczas gdy wcześniejsze badania bilansu wodnego wskazywały potencjalne roczne straty do gruntu rzędu 761 tys.–2,078 mln m³. To pokazuje, że samo ograniczone pompowanie może być niewystarczające.

10. Edukacja lokalna: „każda działka jest częścią zlewni”

Społeczność lokalna powinna prowadzić prostą kampanię edukacyjną: „Nie odprowadzaj lecz zatrzymaj wodę”Można przygotować:

  • ulotkę dla właścicieli działek (a także inforgafiki upowszechniane na Facebooku),
  • tablice edukacyjne przy plażach,
  • spotkania z hydrologiem,
  • warsztaty budowy ogrodów deszczowych,
  • akcje sadzenia drzew,
  • mapę dobrych praktyk,
  • lokalny regulamin odpowiedzialnego korzystania z wody.

To szczególnie ważne w kontekście zmian klimatu, ponieważ IMGW wskazuje, że Polska ociepla się, rośnie częstość susz i fal upałów, a jednocześnie opady są coraz bardziej zróżnicowane przestrzennie i czasowo.

Propozycja prostego programu lokalnego: „10 kroków dla Jeziora Zdworskiego”

  1. Powołać społeczny zespół ds. jeziora.
  2. Założyć obywatelski monitoring poziomu wody.
  3. Zmapować rowy, dreny, przepusty i odpływy.
  4. Zatrzymywać deszczówkę na każdej działce.
  5. Ograniczyć pobór wody ze studni w czasie suszy.
  6. Chronić mokradła, trzcinowiska i oczka wodne.
  7. Kontrolować Wielką Strugę i jej dopływy.
  8. Uszczelnić gospodarkę ściekową i ograniczyć nawożenie.
  9. Domagać się programu retencji całej zlewni.
  10. Prowadzić edukację: jezioro zaczyna się na każdej posesji.

Najważniejszy wniosek:

Społeczność lokalna nie zatrzyma wysychania jeziora samą akcją sprzątania plaży czy koszeniem roślinności. Nie zatrzyma także programami w telewizji. Potrzebne jest przejście od myślenia „ratujemy taflę wody” do myślenia „odbudowujemy retencję całej zlewni”. Największy sens mają działania, które podnoszą poziom wód gruntowych, spowalniają odpływ, ograniczają pobory wody i poprawiają zasilanie Wielkiej Strugi. To właśnie one mogą zmniejszyć drenaż jeziora i zwiększyć jego odporność na suszę.

27.06.2026

Najważniejsze procesy antropogeniczne, które mogą obniżać poziom wód gruntowych i pośrednio drenować wodę z Jeziora Zdworskiego

Infografika wygenerowana do tekstu przez Chta GPT.

W uzupełnieniu do tekstu Dlaczego Jezioro Zdworskie wysycha i jak je ratować? przedstawiam kolejny fragment opinii  w sprawie przyczyn obniżania się poziomu lustra wody w Jeziorze Zdworskim i możliwych działań zapobiegających temu procesowi.

1. Melioracje odwadniające i rowy odprowadzające wodę

Najbardziej klasyczny mechanizm to sieć rowów melioracyjnych, drenarskich i odwadniających, która przyspiesza odpływ wody ze zlewni. Melioracje mogą obniżać zwierciadło wód gruntowych, skracać czas retencji w krajobrazie i powodować, że woda zamiast powoli zasilać jezioro oraz mokradła (oraz wody podziemne), szybko odpływa ciekami lub rowami. Rola melioracji w przekształcaniu obiegu wody i wpływ odwodnień na stosunki wodne są wskazywane jako istotny czynnik antropogenicznych przemian jezior i krajobrazu wodnego.

W rejonie Jeziora Zdworskiego szczególnie istotne mogą być rowy i urządzenia odwadniające w zlewni Wielkiej Strugi oraz w strefie zabudowy rekreacyjnej, ponieważ zmniejszają one lokalne podpiętrzenie wód gruntowych. Jeśli wody gruntowe opadają, jezioro może zacząć „oddawać” wodę do otaczających piasków.

2. Pobór wód podziemnych ze studni

Drugim ważnym czynnikiem jest pobór wód podziemnych z ujęć komunalnych, studni indywidualnych, studni na działkach rekreacyjnych, gospodarstwach i obiektach turystycznych. Intensywne pompowanie wody tworzy lokalny lej depresji, czyli obniżenie zwierciadła wód podziemnych wokół studni. Jeżeli taki lej znajduje się w pobliżu jeziora, może zwiększać gradient odpływu wody z jeziora do gruntu. Wieloletnia eksploatacja ujęć wody jest w literaturze hydrologicznej traktowana jako czynnik zmieniający warunki wód gruntowych.

W artykule o Jeziorze Zdworskim wprost wskazano, że w rejonie wsi Zofiówka, gdzie występuje gęsta zabudowa rekreacyjna, jednym z potencjalnych czynników odpływu wody w kierunku osadów przyjeziornych mogą być wykopy studzienne.

3. Zabudowa rekreacyjna i osuszanie działek

Zabudowa rekreacyjna wokół jeziora może wpływać na bilans wodny na kilka sposobów: przez osuszanie działek, podnoszenie i utwardzanie terenu, wykonywanie drenaży opaskowych wokół budynków, zasypywanie zagłębień bezodpływowych oraz likwidację lokalnych mokradeł. Autorzy artykułu o Jeziorze Zdworskim wskazywali, że w rejonie Zofiówki przyczyną odprowadzania wody z jeziora w kierunku osadów przyjeziornych może być m.in. osuszanie gruntów wokół budynków.

Taki proces jest szczególnie groźny przy jeziorach płytkich, bo nawet niewielkie obniżenie lokalnego poziomu wód gruntowych może zmienić kierunek wymiany: zamiast zasilania jeziora przez wody podziemne pojawia się drenaż jeziora do gruntu.

4. Uszczelnianie powierzchni i przyspieszony spływ opadowy

Drogi, parkingi, dachy, place, utwardzone podjazdy i infrastruktura turystyczna zmniejszają infiltrację wód opadowych. Woda, która dawniej wsiąkała w grunt i zasilała pierwszy poziom wodonośny, szybciej spływa powierzchniowo do rowów, kanalizacji deszczowej lub cieków. Urbanizacja i uprzemysłowienie są wskazywane w literaturze hydrologicznej jako czynniki transformujące składowe obiegu wody oraz zmieniające sieć wodną.

W praktyce oznacza to, że nawet gdy spada deszcz, zlewnia może gorzej odnawiać zasoby wód gruntowych. Dla Jeziora Zdworskiego jest to ważne, bo przy deficycie infiltracji i dużym parowaniu jezioro staje się bardziej zależne od dopływu Wielkiej Strugi oraz sztucznego zasilania.

5. Regulacja i utrzymywanie cieków w formie „kanałów odpływowych”

Cieki pogłębione, wyprostowane, odmulane i utrzymywane głównie pod kątem szybkiego odprowadzania wody działają jak drenaż zlewni. Zamiast spowalniać odpływ, zasilać mokradła i podnosić poziom wód gruntowych, odprowadzają wodę z krajobrazu. Renaturyzacja cieków nie polega na ich odmulaniu (czyszczeniu), wykaszaniu roślinności czy regulacji brzegów. Dotychczasowa praktyka Wód Polskich powinna być polnie zmieniona!  W przypadku Jeziora Zdworskiego szczególnie ważna jest Wielka Struga, ponieważ jest głównym ciekiem zasilającym jezioro.

6. Likwidacja mokradeł, torfowisk i stref podmokłych

Mokradła i torfowiska działają jak naturalne „gąbki”:  magazynują wodę, stabilizują poziom wód gruntowych i powoli zasilają cieki oraz jeziora. Ich odwadnianie, przekształcanie w grunty użytkowe, zalesianie odwodnionych torfowisk lub zabudowa powodują trwałą utratę retencji. Renaturyzacja mokradeł i torfowisk jest wskazywana jako jedno z działań poprawiających retencję naturalną i łagodzących skutki suszy.

Dla Pojezierza Gostynińsko-Włocławskiego ma to szczególne znaczenie, bo krajobraz ten obejmuje jeziora polodowcowe, mokradła, torfowiska i małe systemy rzeczno-jeziorne. Osuszanie takich terenów może obniżać regionalne zwierciadło wód gruntowych i pogarszać zasilanie jezior.

7. Rolnictwo intensywne i odwodnienia pól

Rolnictwo może wpływać na wody gruntowe przez systemy drenarskie, rowy, pobór wody do nawodnień (w tym deszczownie) oraz zmniejszenie retencji glebowej wskutek uproszczenia struktury krajobrazu, likwidacji miedz, oczek wodnych, zadrzewień i mokradeł. W opracowaniach dotyczących melioracji i gospodarki wodnej w rolnictwie podkreśla się znaczenie retencji glebowo-gruntowej, melioracyjnej i krajobrazowej dla zasobów wodnych.

Jeśli pola w zlewni są skutecznie odwadniane, poziom pierwszego poziomu wodonośnego może być niższy, a jezioro traci bufor wodny w otoczeniu. Dodatkowo szybki spływ z pól może przynosić biogeny, które nasilają eutrofizację i zarastanie jeziora. W przypadku Jeziora Zdworskiego duże ładunki azotu i fosforu dopływające Wielką Strugą były wskazywane jako problem jakościowy i przyczyna rosnącej eutrofizacji.

8. Eksploatacja piasku, roboty ziemne i zmiany przepuszczalności gruntu

Wszelkie prace ziemne, wykopy, pogłębianie rowów, budowa stawów, wyrobisk lub ingerencja w warstwy izolujące mogą zmieniać lokalne kierunki przepływu wód podziemnych. W rejonie Jeziora Zdworskiego ma to duże znaczenie, bo dokumentacja geologiczna wykazała obecność przepuszczalnych piasków i cienkich, nieciągłych warstw glin oraz namułów, które tylko częściowo izolują głębszy poziom wodonośny.

Jeżeli roboty ziemne przerwą lokalne warstwy słabiej przepuszczalne albo połączą płytki poziom wodonośny z głębszym, mogą zwiększyć pionowy odpływ wody. Taki mechanizm jest szczególnie niebezpieczny tam, gdzie jezioro ma wyższy poziom niż wody w sąsiednich piaskach.

9. Kanalizacja deszczowa i odprowadzanie wód opadowych poza zlewnię

Jeżeli wody opadowe z dachów, dróg i działek są kierowane rurami lub rowami poza lokalny obszar infiltracji, zlewnia traci część zasilania wód gruntowych. To zjawisko jest typowe dla terenów zurbanizowanych i zabudowanych rekreacyjnie, gdzie wzrasta udział powierzchni uszczelnionych. Urbanizacja jest wskazywana jako proces zmieniający składowe obiegu wody, w tym infiltrację i odpływ.

Wokół jezior lepszym rozwiązaniem jest zatrzymywanie deszczówki lokalnie: ogrody deszczowe, niecki chłonne, stawy retencyjne, odtwarzanie mokradeł i ograniczanie odpływu rowami. Takie działania wzmacniają retencję krajobrazową, która jest jednym z filarów adaptacji do suszy.

10. Nadmierne koszenie, usuwanie roślinności i uproszczenie krajobrazu

Roślinność przybrzeżna, zadrzewienia, mokradła i szuwary stabilizują wilgotność gleby, spowalniają odpływ i sprzyjają infiltracji. Nadmierne przekształcenie brzegów w plaże, trawniki i zabudowane działki ogranicza zdolność strefy przyjeziornej do retencji. W literaturze dotyczącej antropogenicznych przemian jezior wskazuje się gospodarkę rolną, leśną, urbanizację i przekształcanie obiegu wody jako ważne czynniki zmian hydrologicznych.

Trzeba jednak odróżnić to od kontrolowanego wykaszania trzciny w ramach rekultywacji, które w Jeziorze Zdworskim miało na celu usuwanie biomasy i biogenów z ekosystemu. Takie działanie może poprawiać jakość wody, ale nie zastępuje retencji w całej zlewni.

Najważniejsze procesy – podsumowanie

Najbardziej prawdopodobne antropogeniczne mechanizmy drenowania wody z Jeziora Zdworskiego to:

  1. Rowy melioracyjne i odwadniające — obniżają poziom wód gruntowych i przyspieszają odpływ ze zlewni.
  2. Studnie i pobory wód podziemnych — tworzą lokalne leje depresji, które mogą zasysać wodę z jeziora przez przepuszczalne osady.
  3. Osuszanie działek rekreacyjnych — szczególnie ważne w rejonie zwartej zabudowy przyjeziornej, np. Zofiówki.
  4. Uszczelnianie powierzchni — ogranicza infiltrację i odnawianie wód gruntowych.
  5. Regulacja cieków i szybkie odprowadzanie wody — zmniejsza retencję korytową i dolinową.
  6. Likwidacja mokradeł i torfowisk — usuwa naturalne magazyny wody.
  7. Roboty ziemne naruszające warstwy izolujące — mogą zwiększać pionową ucieczkę wody do głębszych poziomów wodonośnych.

Podsumowując tę część: w przypadku Jeziora Zdworskiego najgroźniejszy jest splot antropopresji z niekorzystną budową geologiczną. Sama zabudowa czy melioracje nie musiałyby być katastrofalne, gdyby jezioro miało silne naturalne zasilanie i szczelne podłoże. Ale przy przepuszczalnych piaskach, okresowym zaniku dopływu Wielkiej Strugi i niższym poziomie wód gruntowych każdy drenaż, studnia, rów czy osuszana działka może zwiększać „ssanie” wody z jeziora do gruntu.

25.06.2026

Dlaczego Jezioro Zdworskie wysycha i jak je ratować?

Sierpień 2018 r., Pojezierze Gostynińsko-Włocławskie, dno wyschniętego jeziora. 

Coraz częściej dostaję zapytania o przyczyny i sposoby zaradzenia wysychaniu jezior. Nie tylko z Pojezierza Mazurskiego. Skutki suszy i globalnego ocieplenia klimatu Ziemi są coraz bardziej dotkliwe i dotyczą coraz większej liczby osób. I żadne populistyczne zaklęcia typu "oze-sroze" nie zagłuszą coraz mocniej wybrzmiewających pytań. Bo kolejne społeczności lokalne dostrzegają nie tylko negatywne skutki przyrodnicze lecz i problemy gospodarcze oraz społeczne. To nie tylko straty dla rekreacji i wypoczynku ale i spadek dochodów z turystyki. Ostatnio dostałem prośbę o opinię i wsparcie w ratowaniu Jeziora Zdworskiego. To moje rodzinne strony, okolice Łącka. W czasach licealnych nad jednym z tych jezior często przebywaliśmy. A problemy tego regionu w całej rozciągłości zobaczyłem w 2018 roku, czego ilustracją jest powyższe zdjęcie z prawie całkowicie wyschniętego jeziora. Widok dla mnie, hydrobiologa, bardzo przygnębiający. Jakkolwiek pewnych procesów nie da się szybko i łatwo zatrzymać, to warto podejmować działania. Optymistyczne jest to, że społeczności lokalne alarmują i starają się czynnie włączyć w ochronę środowiska przyrodniczego i dochodów z turystyki oraz rekreacji. Tak, potrzebne są wspólne i skoordynowane działania w skali lokalne i globalnej. To się nie rozejdzie "po kościach".

Krajobraz Polski ulega dramatycznym przeobrażeniom pod wpływem globalnego ocieplenia, a jednym z najbardziej namacalnych i niepokojących objawów tego procesu jest wysychanie małych i dużych akwenów. Na niniejszym blogu pisałem już o tym kilkukrotnie. Według danych Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej nasz kraj ociepla się w gwałtownym tempie, tak jak i cała Europa. Od 1951 roku średnia roczna temperatura wzrosła o ponad 2°C, co przynosi ze sobą dotkliwe fale upałów, susze oraz gwałtowne zmiany w strukturze opadów. Zamiast miarowych, zasilających glebę deszczów, coraz częściej mamy do czynienia z długimi okresami bezopadowymi, przerywanymi przez nawalne ulewy, z których woda szybko spływa po przesuszonej ziemi i wyczyszczone rowy melioracyjne, nie odbudowując skutecznie głębszych zasobów gruntowych. W tym klimatycznym klinczu znalazło się Jezioro Zdworskie – największy naturalny zbiornik województwa mazowieckiego, zlokalizowany na malowniczym Pojezierzu Gostynińsko-Włocławskim. To właśnie tutaj, jak w soczewce, skupiają się globalne trendy klimatyczne, lokalna specyfika hydrogeologiczna oraz rosnąca antropopresja, stawiając ten unikalny ekosystem na skraju ekologicznej katastrofy.

Historia współczesnego kryzysu Jeziora Zdworskiego sięga początku XXI wieku, kiedy to gwałtowna susza z 2003 roku doprowadziła do obniżenia lustra wody aż o 41 centymetrów. W przypadku tego rozległego ale płytkiego jeziora oznaczało to ubytek blisko 18% całkowitej objętości akwenu! Prawie jedna piąta! Skutki były opłakane: od odsłoniętych brzegów i zamykania lokalnych kąpielisk, przez drastyczną eutrofizację i masowe zakwity sinic, aż po śnięcie ryb. Jak wykazały analizy naukowe, jezioro to ze względu na swoją niewielką średnią głębokość wynoszącą zaledwie 2,13 metra jest niezwykle podatne na nagrzewanie, mieszanie wód i przyspieszoną degradację. Jednak globalne ocieplenie, choć działa jako potężny wzmacniacz parowania, przewyższającego w sezonie letnim opady, nie jest jedynym winowajcą. Kluczowym elementem tej układanki jest lokalna hydrogeologia doliny Wielkiej Strugi – głównego dopływu jeziora. Przez obecność wysoce przepuszczalnych piasków i brak ciągłych warstw izolacyjnych, wody rzeki zamiast zasilać zbiornik, dosłownie „uciekały” do głębszego poziomu wodonośnego. Oczywiście odnawianie wód głębinowych to też ważny i potrzebny proces. Co gorsza, badania bilansu wodnego z lat 2008–2012 ujawniły przerażającą skalę infiltracji: samo jezioro corocznie traciło od 761 tysięcy do ponad 2 milionów metrów sześciennych wody, która przesiąka przez dno i brzegi w głąb podłoża. Zazwyczaj tego co pod ziemią niw widzimy, ale jest to też niezwykle ważne. Próby ratowania sytuacji poprzez sztuczne pompowanie wody z Kanału Dobrzykowskiego (a w konsekwencji z rzeki Wisły) okazały się z czasem niewystarczające. W latach 2023–2025 ilości te spadły do zaledwie 120–210 tysięcy metrów sześciennych rocznie, a do maja 2026 roku wtłoczono jedynie 36 tysięcy metrów sześciennych, co dobitnie udowadnia, że mechaniczne zasilanie z Wisły nie uratuje akwenu w dobie nasilających się niżówek hydrologicznych. Warto przy okazji wspomnieć, że stany wód niskich w rzece są coraz częstsze i dłuższe. A chętnych po wodę wiślana, łącznie z wodą pitna dla miasta Płocka, będzie coraz więcej. Tę wodę wykorzystujemy także do kurtyn wodnych w opalne dni letnie. 

Do trudnej sytuacji przyrodniczej dochodzi destrukcyjna działalność człowieka w bezpośrednim otoczeniu zbiornika. Gęsta zabudowa rekreacyjna, chociażby w rejonie wsi Zofiówka, pociąga za sobą osuszanie gruntów wokół budynków, instalację drenaży oraz masowe kopanie indywidualnych studni. Intensywny pobór wód podziemnych tworzy lokalne leje depresji, które dosłownie „wysysają” wodę z i tak już płytkiego jeziora. Równocześnie wraz ze spływem powierzchniowym z pól i nieszczelnych szamb do akwenu trafiają duże ładunki biogenów – azotu i fosforu – wielokrotnie przekraczające normy bezpieczeństwa ekologicznego i napędzające eutrofizację wód i zakwity glonów. W obliczu tak postępującej degradacji, która dotyka również sąsiednie jeziora Górskie i Ciechomickie, w czerwcu 2026 roku społeczność lokalna zaczęła głośno alarmować o problemie. Lokalna społeczność, głęboko zaniepokojona stratami przyrodniczymi oraz gospodarczymi, zrozumiała, że tradycyjne akcje sprzątania plaży czy koszenia roślinności są jedynie maskowaniem objawów, a nie leczeniem przyczyn. Świadomość ta zaowocowała powołaniem społecznego zespołu ds. ochrony jezior oraz podjęciem ścisłej współpracy z ekspertami w celu wypracowania zintegrowanej strategii ratunkowej.

Działania społeczności lokalnej powinny opierać się na założeniu, że walka o jezioro zaczyna się na każdej prywatnej posesji, a kluczem do sukcesu jest zatrzymanie jak największej ilości wody w krajobrazie. Mieszkańcy i właściciele domków letniskowych wdrażają programy małej retencji, rezygnując z betonowania podjazdów na rzecz nawierzchni przepuszczalnych, instalując systemy zbierania deszczówki przy rynnach oraz budując ogrody deszczowe i niecki chłonne, które pozwalają wodzie opadowej infiltrować na miejscu. Równolegle przydatny były również obywatelski monitoring poziomu wody, oparty na systematycznych pomiarach łat wodowskazowych i dokumentacji fotograficznej zmian linii brzegowej, co stanowi bezcenne uzupełnienie oficjalnych danych instytucjonalnych. Ważnym krokiem jest także lokalna inwentaryzacja sieci rowów melioracyjnych, przepustów i drenów w celu zmapowania miejsc, gdzie woda ucieka ze zlewni najszybciej, co w przyszłości pozwoli na montaż zastawek i kontrolowane piętrzenie wody. Społeczność powinna położyć duży nacisk na rygorystyczną kontrolę szczelności szamb, ograniczenie stosowania nawozów na przydomowych trawnikach oraz bezwzględną ochronę naturalnych stref buforowych, takich jak trzcinowiska i nizinne mokradła, które działają niczym naturalna gąbka stabilizująca lokalny bilans hydrologiczny. To oczywiście dotyczy przede wszystkim ograniczania przyczyn eutrofizacji wód jeziornych. 

Inicjatywa mieszkańców chroniąca jezioro przed skutkami zmian klimatycznych wykracza jednak poza granice ich własnych działek. Zorganizowana społeczność powinna wywierać stałą presję na władze samorządowe, Ministerstwo Klimatu i Środowiska oraz Państwowe Gospodarstwo Wodne Wody Polskie, domagając się stworzenia i sfinansowania kompleksowego programu odbudowy retencji dla całej zlewni. Tylko wtedy można liczyć na widoczne i trwalsze efekty. Obejmuje to postulaty audytu poborów wód podziemnych, kontroli drożności i szczelności dawnych uszczelnień koryta Wielkiej Strugi matami bentonitowymi oraz eliminacji nielegalnych poborów wody. Choć lokalni mieszkańcy nie mają bezpośredniego wpływu na globalne emisje gazów cieplarnianych, ich zdeterminowana postawa i zmiana paradygmatu gospodarowania wodą udowadniają, że mądra, skoordynowana aktywność oddolna może realnie opóźnić procesy degradacji unikalnych ekosystemów polodowcowych, dając Jezioru Zdworskiemu szansę na przetrwanie w zmieniającym się świecie.

Jezioro Zdworskie, największe naturalne jezioro Mazowsza, jest dziś dobrym przykładem tego, jak delikatna może być równowaga między wodą, krajobrazem i działalnością człowieka. Na pierwszy rzut oka problem wydaje się prosty: w jeziorze jest coraz mniej wody. To może dolać wody z Wisły? Jednak za tym zjawiskiem kryje się cała sieć powiązań: klimat, geologia, melioracje, zabudowa rekreacyjna, jakość dopływów, rolnictwo i sposób gospodarowania wodą w całej zlewni.

Jezioro Zdworskie jest zbiornikiem płytkim, a więc szczególnie podatnym na wahania poziomu wody. Gdy przychodzi suchy rok, efekt widać szybko: odsłania się dno, pogarszają się warunki tlenowe, rośnie temperatura wody, rozwijają się sinice, a roślinność wodna coraz śmielej zajmuje dawną taflę jeziora. Najbardziej niepokojące jest to, że Jezioro Zdworskie nie tylko traci wodę przez parowanie. Badania wskazywały, że w określonych warunkach woda może odpływać z jeziora do gruntu. Występują tu przepuszczalne piaski oraz nieciągłe warstwy słabiej przepuszczalnych glin i namułów. Jeśli poziom wód gruntowych wokół jeziora obniża się poniżej poziomu lustra jeziora, powstaje swoiste „ssanie”: jezioro zaczyna zasilać podziemie zamiast być przez nie zasilane. To dlatego można powiedzieć, że część wody z jeziora dosłownie ucieka w piasek.

Na ten naturalno-geologiczny problem nakładają się procesy wywołane przez człowieka. Rowy melioracyjne i odwodnienia przyspieszają odpływ wody z krajobrazu. Studnie i pobory wód podziemnych mogą lokalnie obniżać zwierciadło wód gruntowych. Zabudowa rekreacyjna, utwardzone drogi, parkingi i dachy sprawiają, że deszczówka szybciej spływa, zamiast powoli wsiąkać. Osuszanie działek wokół budynków, likwidowanie podmokłych zagłębień i traktowanie każdego rowu jako kanału do odprowadzenia wody pogłębiają deficyt. Każda taka decyzja wydaje się drobna, ale suma setek drobnych interwencji może zmienić funkcjonowanie całej zlewni.

Do tego dochodzi globalne ocieplenie. W cieplejszym klimacie rośnie parowanie, zimą rzadziej zalega śnieg, a wiosenne roztopy nie odbudowują już zasobów wodnych tak skutecznie jak dawniej. Deszcze coraz częściej przychodzą w formie krótkich, gwałtownych ulew. Taka woda nie zasila dobrze gruntu; spływa szybko po powierzchni, powodując czasem podtopienia, ale nie kończąc suszy. Dla płytkiego jeziora oznacza to coraz trudniejszy bilans: więcej wody ubywa, mniej zostaje w krajobrazie.

Nie można jednak ratować Jeziora Zdworskiego wyłącznie przez dolewanie wody. Sztuczne zasilanie z Kanału Dobrzykowskiego może być potrzebne jako działanie awaryjne, ale nie zastąpi odbudowy retencji w całej zlewni. Jeśli krajobraz nadal będzie działał jak system odwadniający, każda dopompowana woda będzie tylko czasowym zastrzykiem. Potrzebne jest myślenie odwrotne: nie jak wodę jak najszybciej odprowadzić, lecz jak ją zatrzymać.

Jezioro Zdworskie nie wysycha z jednej przyczyny i nie da się go uratować jednym zabiegiem. To żywy organizm wpisany w krajobraz. Jeśli lokalna społeczność zrozumie, że każda działka, każdy rów, każda studnia i każdy metr brzegu są częścią większego systemu, wtedy ratowanie jeziora przestanie być abstrakcyjnym zadaniem instytucji, a stanie się wspólną odpowiedzialnością. Najważniejsze hasło powinno brzmieć prosto: zatrzymać wodę tam, gdzie spada, i pozwolić krajobrazowi znowu magazynować życie.

23.06.2026

O tym, jak SB intrygami i manipulacjami napuszczała nas studentów na Ukraińców

Flaga Ukrainy na budynku uniwersyteckim jako symbol solidarności z napadniętym narodem. 
 

Urodziłem się w Lidzbarku Warmińsku, wczesne dzieciństwo przeżyłem na Warmii i na Mazurach, młodzieńcze wakacje spędzałem w małej, mazurskie wsi, gdzie mieszkali ci „z Galicji”, jak mawiał mój dziadek, nieliczni Mazurzy, przesiedleńcy z Kresów czyli Wileńszczyzny i migranci z Centralnej Polski. Ten różnorodny tygiel był dla mnie zastaną normalnością, czymś oczywistym. Ukraińcy, jako przesiedleńcy w ramach Akcji Wisła z 1947 roku, byli czymś oczywistym. Jako dziecko czy chłopiec nie interesowałem się historią i nie dziwiła mnie ta mieszanka etniczna i kulturowa widoczna z perspektywy jednej wsi czy regionu. Nie wyczuwało się żadnych konfliktów innych niże te sąsiedzkie przez płot. Bo wiadomo, że gdzie są ludzie tam i różne spory sąsiedzkie o kurę się pojawiają. Potem wyjechałem na Mazowsze, w rodzinne strony ojca.

Z „kwestią ukraińską” zetknąłem się na studiach na początku lat 80. XX wieku. Studiowałem w Olsztynie. Na roku miałem koleżanki i kolegów z pochodzenia Ukraińców. Po prostu byli jednym z wielu różnorodnych elementów. Ani nie dziwiło, ani nie zawadzało. Jedni bardziej inni mniej przywiązani byli do swoich korzeni etnicznych i kulturowych. W tamtym okresie nie rozróżniałem Łemków od Ukraińców. Byli też Białorusini. Kresy znałem przez pryzmat wspomnień rodzinnych z szeroko rozumianej Wileńszczyzny.

Na studiach dość szybko spotkałem się z nastrojami antyukraińskimi. I to w cale nie w kontekście historycznym. Byli widoczną grupą i trzymali się razem. Przynajmniej niektórzy. Wtedy nie wiedziałem dlaczego. W czasie różnych działań, a zwłaszcza wyborów do władz ZSP czy samorządu studenckiego, szybko w formie plotek i szeptanej agitacji wypływały głosy antyukraińskie. Bo to jak to w czasie wyborów, różne argumenty kontrkandydaci wysuwali. Niektórzy wyraźnie agitowali przeciw Ukraińcom. To było moje pierwsze zetknięcie się z nacjonalizmem. Nie pamiętam żadnego racjonalnego powodu podsycania antyukraińskości. Ot, dlatego że są Ukraińcami. Tak jakby to była jakaś partia polityczna. W każdym razie konkretne osoby były konkurentami do władzy dla konkretnych ludzi. 

Po latach wyszło szydło z worka. Te nastroje antyukraińskie inspirowali i podsycali ludzie z SB i współpracujący z nimi studenci (jako TW lub użyteczni głupcy). Pod koniec lat 80-tych, gdy wezwano mnie na SB, wypytywano mnie o różne sprawy. Oficer pytał także czy znam organizację Grunwald. Nie słyszałem. A była, jak się potem dowiedziałem, nacjonalistyczną, prokomunistyczną organizacją. Najwyraźniej była także wykorzystywana do siania nastrojów antyukraińskich.

Organizacja Grunwald była jednym z najbardziej osobliwych tworów politycznych schyłkowego PRL. Była hybrydą nacjonalistycznej retoryki i państwowej propagandy, która miała udowodnić, że władza komunistyczna potrafi mówić językiem „patriotyzmu”, choć w istocie wykorzystywała go instrumentalnie. Jej narodziny w 1981 roku nie były spontanicznym wybuchem społecznego entuzjazmu, lecz raczej próbą stworzenia kontrolowanego zaplecza ideologicznego w czasach, gdy „Solidarność” zdobywała masowe poparcie, a system tracił zdolność narzucania własnej narracji.

Grunwald od początku funkcjonował w orbicie aparatu partyjnego i Służby Bezpieczeństwa. Władza potrzebowała środowiska, które mogłoby atakować opozycję z pozycji „narodowych”, a jednocześnie nie kwestionować socjalistycznego porządku. Właśnie dlatego w publicystyce Grunwaldu tak często pojawiały się wątki antyniemieckie, antyukraińskie, antyinteligenckie i antysyjonistyczne. Miały one budować obraz zagrożonej ojczyzny, którą tylko „silne państwo” jest w stanie obronić. W praktyce była to retoryka podszyta teoriami spiskowymi, wymierzona w środowiska akademickie, Kościół, a przede wszystkim w działaczy „Solidarności”, przedstawianych jako narzędzie obcych wpływów. Dostrzegam duże podobieństwa do współczesnych róznych grup prawicowych, typu Konfederacja.

Jednocześnie Grunwald przyciągał ludzi o poglądach nacjonalistycznych, którzy w PRL nie mieli własnej przestrzeni politycznej. Dla części z nich była to okazja, by pod parasolem państwa realizować własne obsesje ideologiczne. Dla władzy byli wygodnyn narzędziem. Nacjonalizm w wersji kontrolowanej, skierowany nie przeciwko systemowi, lecz przeciwko jego przeciwnikom. Ta symbioza była jednak krucha. Gdy po 1989 roku zniknęło polityczne zapotrzebowanie na tego typu organizacje, Grunwald rozpadł się niemal natychmiast, a jego działacze rozproszyli się po różnych środowiskach skrajnej prawicy.

Dziś Grunwald pozostaje świadectwem epoki, w której władza komunistyczna próbowała ratować swoją legitymizację, sięgając po język nacjonalizmu. Paradoksalnie tego samego nacjonalizmu, który przez dekady zwalczała. To przykład, jak łatwo ideologie mogą się splatać, gdy stają się narzędziem politycznej walki, i jak niebezpieczne bywa flirtowanie państwa z radykalizmem, nawet jeśli wydaje się ono taktycznie wygodne.

Pora na małe podsumowanie. W latach 80-tych ubiegłego wieku nastroje antyukraińskie podsycała komunistyczna władza, wykorzystują Służbę Bezpieczeństwa i nacjonalistyczną grupę Grunwald. Dzisiaj byśmy powiedzieli, że była to wojna kognitywna i celowe rozsiewanie fake newsów. Agenci wpływy szukali użytecznych idiotów by skłócać społeczność i uniemożliwiać nam Polakom, uzyskanie pełnej wolności. Jątrzenie i nienawiść, rozbudzanie ksenofobii.

Także i dzisiaj agenci z putinowskiej Rosji inicjują i podsycają nastroje antyukraińskie. Także i dzisiaj znajdują użytecznych idiotów w szerzeniu rosyjskiej, nacjonalistycznej, antyukraińskiej propagandy. Ta nienawiść wyraźnie niszczy społeczna tkankę współczesnej Polski. Dzisiejsza wojna kognitywne jest dużo bardziej intensywna. 

Warto jeszcze przypomnieć skąd się wzięli Ukraińcy na Warmii i mazurach. Akcja „Wisła” z 1947 roku była jednym z najbardziej dramatycznych epizodów powojennej historii Polski. Była operacją, która pod pozorem działań bezpieczeństwa doprowadziła do głębokiej zmiany etnicznej mapy południowo‑wschodniej części kraju. Wysiedlenia objęły przede wszystkim ludność ukraińską i łemkowską zamieszkującą od pokoleń tereny Bieszczadów, Beskidu Niskiego, Pogórza Przemyskiego, Roztocza oraz wschodniej Lubelszczyzny. To właśnie z województw rzeszowskiego, lubelskiego i krakowskiego – z dolin, wsi i miasteczek, które przez stulecia tworzyły mozaikę kulturową – ruszyły transporty na północ i zachód kraju. Ludzi zabierano często o świcie, pozwalając zabrać jedynie najpotrzebniejsze rzeczy. Kierunek był jeden: Ziemie Odzyskane  czyli Pomorze, Dolny Śląsk, Warmia i Mazury, gdzie przesiedleńców rozpraszano celowo, by uniemożliwić odbudowę dawnych wspólnot. łącznie wysiedlono 140-150 tysięcy ludzi. Bieszczady opustoszały...

Oficjalnym powodem akcji była walka z podziemiem ukraińskim, zwłaszcza z oddziałami UPA, które wciąż działały w rejonach przygranicznych. Władze komunistyczne uznały, że jedynym sposobem na „odcięcie band od zaplecza” jest usunięcie całej ludności uznanej za ukraińską – niezależnie od jej faktycznej postawy, lojalności czy tożsamości. W praktyce była to operacja o charakterze polityczno‑narodowościowym, wpisująca się w powojenną logikę państw narodowych, które dążyły do etnicznej jednorodności. Wysiedlenia dotknęły także Łemków, którzy często nie identyfikowali się z ukraińskością, lecz zostali potraktowani jako część tej samej grupy.

Skutki Akcji „Wisła” były długotrwałe i wielowymiarowe. Z krajobrazu południowo‑wschodniej Polski zniknęły całe wsie, cerkwie popadły w ruinę, a tradycyjna kultura łemkowska i ukraińska została brutalnie przerwana. Na Ziemiach Odzyskanych przesiedleńcy musieli zaczynać życie od nowa, często w obcym otoczeniu, wśród ludzi, którzy patrzyli na nich z nieufnością. Rozproszenie utrudniało pielęgnowanie języka, religii i zwyczajów, a pamięć o wysiedleniu przez lata pozostawała tematem tabu. Dopiero po 1989 roku możliwe stało się publiczne mówienie o traumie, którą wielu z nich nosiło w sobie przez dekady.

Akcja „Wisła” pozostaje jednym z tych wydarzeń, które pokazują, jak decyzje polityczne potrafią naruszyć fundamenty ludzkiego życia: dom, wspólnotę, poczucie zakorzenienia. To historia o przymusie i utracie, ale także o przetrwaniu – o tym, jak mimo rozproszenia i trudności społeczności ukraińska i łemkowska zdołały zachować swoją tożsamość i przekazać ją kolejnym pokoleniom. 

W naszym regionie są jeszcze szkoły z ukraińskim językiem nauczania. Szkoły podstawowe i średnie. Z pewnością pomagają w edukacji przynajmniej części Uchodźców z Ukrainy objętej wojną. Znam wielu Ukraińców z Polski i Ukrainy. Różnorodność kulturowa ubogaca samą Polskę jak i Europę. Ogromnie się cieszę, że Ukraina rozpoczęła proces dołączenia do Unii Europejskiej. I cieszę się, że mój uniwersytet, także i w symboliczny sposób przez wywieszenie flagi ukraińskiej okazuje wsparcie napadniętemu narodowi. Niech uciekinierzy czują się jak u siebie w domu. W naszych wspólnym, europejskim domu. Bo łącza nas europejskie i ogólnoludzkie wartości.