29.05.2018

Malowanie pod parasolem bociana białego

W Mazurskim Parku Krajobrazowym, w dniu 1. czerwca 2018 roku, z podwójnej okazji Dnia Dziecka i Dnia Bociana Białego odbędzie się malowanie starych dachówek. A wszystko pod parasolem. To symboliczne podkreślenie, że bocian biały jest gatunkiem parasolowym.

Gatunek parasolowy, inaczej zwany osłonowym (ang. umbrella species) to taki, którego ochrona pociąga za sobą ochronę wielu innych, współwystępujących gatunków, a także ochronę ich siedliska. Określenie stosowane jest w ochronie przyrody. W Krutyniu, pod parasolem malować będziemy stare dachówki, a motywem będzie bocian biały i jego siedlisko. Czyli wszystkie gatunki roślin, grzybów i zwierząt, które żyją w siedlisku bociana białego. I dzięki ochronie samego bociana i one mają szansę na przetrwanie. Jak pod parasolem (czytaj więcej o malowaniu dachówek w Parku).

Gatunki parasolowe są zazwyczaj ściśle związane z konkretnym siedliskiem i mogą służyć jako gatunki charakterystyczne dla ekosystemów wymagających ochrony. W przypadku bociana białego są to m.in. podmokłe łąki. Szczególne znaczenie, jako gatunki parasolowe, mają te organizmy, które mają znaczenie kulturowe i zagrożone są wyginięciem. Ich  ochrona wymaga zabezpieczenia dużego obszaru. Innym przykładem gatunku osłonowego, do którego mocno przyłożyłem swoją rękę,  jest chruścik krynicznia wilgotka Crunoecia irrorata, który został umieszczony na liście gatunków chronionych jako gatunek osłonowy dla źródlisk helokrenowych. Ale niedawno z tej listy zniknął. Niestety. Małe źródła zostały pozbawione ochronnego, usyawowego parasola.

Rozmowy pod parasolem w trakcie malowania. Zapraszam do Krutynia w pierwszy, czerwcowy piątek 2018 r. Stare dachówki czekają. Po pomalowaniu znajdą się na wystawie, której wernisaż odbędzie się w czasie wrześniowych Olsztyńskich Dni Nauki i Sztuki 2018.

Więcej: https://www.facebook.com/events/2024720797769986/

(Dachówki już czekają. Fot. Krzysztof Wittbrodt)

28.05.2018

Trybula leśna z Płocidugi Dużej


Wielokrotnie przechodziłem obok tej rośliny, i nawet nie wiedziałem, że jest jadalna. Jest trochę podobna do cykuty, więc trzeba być ostrożnym. Przynajmniej w pozyskiwaniu z siedlisk naturalnych. Mowa o trybuli leśnej (Anthriscus sylvestris) z rodziny selerowatych, (Apiaceae), dawniej baldaszkowatych (Umbelliferae).  Dopiero wiosenna wycieczka na dawne jezioro Płociduga Duża skłoniła mnie do tego, by przyjrzeć się i rozpoznać co to za gatunek. Przecież białokwitnących selerowatych jest wiele różnych gatunków. A skoro przygotowywałem zajęcia terenowe dla licealistów, to wypadało sprawdzić, co będziemy mijali (poza czarcim żebrem i innymi roślinami dawniej uważanymi za magiczne). Najefektywniej jest się uczyć… ucząc innych.

Czy była w diecie dawnym mieszkańców wyspy na Płocidudze Dużej (czytaj o wyspie więcej)? Bo okazuje się, że trybula leśna to roślina jadalna, która teraz wraca do konsumenckich łask. A jak było wieki temu, nad rzeką Łyną? Jej smak przypomina anyż lub pietruszkę. Niektórzy zaznaczają, że jej smak i zapach przypomina mirrę. Jako aromatyczną przyprawę ceniono ją już w starożytności. W średniowieczni uważano za roślinę leczniczą. Obecnie stosowana jest w kuchni francuskiej i holenderskiej (najczęściej do przyrządzania zup i sosów rybnych). Tylko czy nie dotyczy to czasem trybuli ogrodowej (Anthriscus cerefolium)? Obie trybule są podobne w wyglądzie i właściwościach także. Jedna udomowiona, druga dzika. Obecnie znacznie chętniej korzystamy z roślin kupowanych w sklepie aniżeli samodzielnie pozyskiwanych w naturze. A jak było 2,5 tysiąca lat temu? Chyba więcej  nasi przodkowie przynosili z lasu i łąki niż z ogródka (bo sklepów z zieleniną na pewno nie było). Trybula ogrodowa pochodzi z Azji Zachodniej i Środkowej oraz z południowo-wschodniej i środkowej Europy. Znana już od czasów średniowiecza. Natomiast trybula leśna występuje w Europie, Azji, Afryce, w Polsce pospolita na całym obszarze, rzadziej spotykana jedynie w górach, w reglu górnym.

Trybula leśna jest byliną (roślina dwu lub wieloletnią), wysokości 30-150 cm, o wrzecionowatym, grubym korzeniu i zimującymi liśćmi odziomkowymi (ułożonymi w „różyczkę”). Można zatem zielone jej listki spotkać w zimie pod śniegiem jak i wczesną wiosną. Być może mogła być wykorzystywana jako warzywo „na przednówku”? Łodyga  bruzdkowana, na dole owłosiona, pusta w środku, w górnej części rozgałęziona. Liście żywozielone, pierzaste, 2-3-krotnie złożone, naprzeciwległe, tylko dolne mają łodygi. Kwiatostan typu baldach złożony, z 6-12 baldaszkami, osadzonymi na 5-8 szypułach. Kwiaty drobne, biała, czasem zielonkawe. Linneusz, zapewne opisał kwiat następująco: „pięciu mężczyzn łączy się w łożu z jedną żoną”. Dlaczego napisałem zapewne? Bo nie widziałem oryginalnego zapisu. Wiem tylko, że opisy roślin w swojej klasyfikacji, opartej na podstawie liczby i rozmieszczenia organów płciowych (pręciki, słupki), przedstawiał w stylu właściwym dla luźnych związków między ludźmi. Pręciki porównywał do mężczyzn a słupki do kobiet. Ten styl nie spodobał się w wielu kręgach ówczesnych uczonych. Szokował co bardziej przyzwoitych obywateli epoki wiktoriańskiej, ale był barwnym (i łatwym do zapamiętania) sposobem opisu kwiatów, grodzonych w ówczesnych zielnikach i albumach.

Trybula leśna kwitnienia od maja do lipca a nawet sierpnia (w niektórych częściach Europy kwitnie już od kwietnia). Trybula leśna jest gatunkiem umiarkowanie światłolubnym. Rośnie na glebach świeżych, eutroficznych, bardzo zasobnych, o odczynie obojętnym. Na dawnym Jeziorze Płociduda Mała znajduje bardzo dogodne warunki glebowe. Występuje w zaroślach, na brzegu leśnych dróg, na łąkach i prześwietleniach lasów łęgowych, lipowo-jaworowych oraz wilgotnych fragmentów lasów grądowych i bukowych. Jest związana zadrzewionymi siedliskami antropogenicznymi.

Jak już wspomniałem, trybula leśna jest rośliną jadalną. Jadalne są liście, kwiaty, korzenie a nawet nasiona (mają pikantny smak, używane podobnie jak nasiona kminku jako przyprawa). Zawiera glikozydy flawonoidowe – apiinę, gorycze, olejek eteryczny, kumarynę. Ma właściwości moczopędne i napotne oraz wspomaga trawienie i „oczyszcza krew”. Nie wiem co znaczy „oczyszczać krew” – często ten zwrot jest używany w różnych poradnikach zielarskich (wywodzi się chyba jeszcze z dawnej terminologii medycznej). Może należałoby interpretować jako pobudzanie działania nerek a więc w taki sposób działa „oczyszczająco”?  Gorycze pobudzają pracę żołądka i woreczka żółciowego. Trybula ma także działanie przeciwutleniające. W medycynie ludowej bywa stosowana do kuracji wiosennych. Liście były stosowane wewnętrznie przy gruźlicy płuc.
W „Słowniku nazwisk zoologicznych i botanicznych” Erazma Majewskiego z 1894 r. występuje pod nazwami: czechrzyca, marchewnik, paświściornik, szczwół, trzebula leśna.

Przy słonecznej pogodzie białe kwiatostany zwabiają liczne owady. Wystarczy przystanąć i obserwować.

P.S. Wyszperane w starych zielnikach, dzięki pracowitości w odczytywaniu starego kroju czcionki przez Jakuba Brodackiego.

Marcin Siennik "Herbarz to jest ziół tutecznych, postronnych i zamorskich opisanie… Teraz nowo wedle herbarzów dzisiejszego wieku i innych zacnych medyków poprawiony. Przydano Alexego Pedemontana księgi ośmiory o tajemnych a skrytych lekarstwiech", Kraków, Drukarnia Mikołaja Szarffenberga 1568"

Trzebula, Cerifolium, Kerselkraut.  Jest ziele zagrzewające i wysuszające zbytnie, a roście to ziele pospolicie na miejscach wyprawnych, jako przy rolach. Księżyca kwietnia roście. Izaak mówi o tym zielu w księgach Dietarum. To ziele w wodzie uwarzone, a potym miodem osłodzone a ciepło pite pędzi urynę, kto jej nie może puszczać. I też boleści, kłócie w bokoch i w męcherzu uspokaja. Też wiatry i nadymanie żołądkowe z grubych wiatrów pospędza i trawi. I zamulenie, to jest opilacje z żył wyczyścia. Też woda z trzebule po ranu pita flegmę w piersiach i w żołądku trawi. A gdy k’niej octu przyczynisz, tedy glisty w żywocie u dzieci zabija i wypędza. I też mole, którzy włosy sieką, spędza i każdę opuchlinę rozpędza. Macer tejże w swoim herbarzu wypisuję tego ziela włosności na przerzeczone niemocy bar[d]zo użyteczne[j].

Źródło: http://herbarz.alchymista.pl/trzebula/

27.05.2018

Płuciduga Duża czy Płocidupa Duża? W każdym razie z demonami i bioróżnorodnością.

(Jesień 2014 r, w oddali wzgórze, dawna wyspa na Jeziorze Płuciduga Duża)
W sobotni, deszczowy poranek wybrałem się na rekonesans terenowy by przygotować zajęcia dla licealistów. Tematem będzie różnorodność biologiczna. Przy okazji chcę przygotować edukacyjną grę terenową (zawierającą elementy etnologii, etymologii i entomologii). Musiałem więc sprawdzić czy uda się zrealizować wstępnie zaplanowane pomysły. To będzie mój pierwszy raz. I nie mam na myśli pokazywania bezkręgowców w siedliskach wodnych i lądowych. Zajęcia muszą być ciekawe… także dla prowadzącego. Żeby zapalać innych, trzeba samemu płonąć.

Dziki teren na skraju miasta i bardzo blisko uniwersyteckiego kampusu. W sam raz na poligon doświadczalny. Jest to dawne jezioro Płociduga, z samotną wyspą i jednocześnie stanowiskiem archeologicznym.

A cóż znaczy Płociduga? Nazwa stosunkowo nowa, bo pojawiła się dopiero w drugiej połowie XX wieku. Pierwotnie była to… Płocudupa. I być może właśnie dla tej nieprzystojnej nazwy w książce powojennej przybrała formę „Płuciduga”. Jedna literka zmieniona a jakże inaczej brzmi. Przynajmniej współcześnie. Tak jak w DNA, wystarczy zmienić jeden czy dwa znaki, by zmienił się sens. Podobieństwo duże ale znaczenie różne. Małe zmiany mogą doprowadzić do dużych różnic. Tak jak w przypadku Płocidugi. A może Płocidupy? Podobnie jest ze słowami: etnologia, etymologia, entomologia. Bardzo podobne a znaczenie jakże odmienne. Zawsze można jednak znaleźć coś wspólnego i łączącego.

Płocidupa obecnie brzmi niezbyt ładnie, ze względu na drugą część słowa. Ale nie zawsze słowo „dupa” oznaczało wulgarne określenie części ciała na cztery litery, na których zasiadamy (dłoń ma też cztery litery i zaczyna się na „d”). Jak wyczytałem, dawniej dupa oznaczało na przykład dolną część barci. Być może z biegiem czasu słowo nabrało wulgarnego charakteru, gdy za jego pomocą nazywać zaczęliśmy miejsce, gdzie kończą się plecy? A czyż obecnie takie słowa jak mrożony deser czy część roweru nie oznaczają określeń wulgarnych, jeśli wypowiedziane zostaną w określonym kontekście? Ale, żeby nie było, że słowa z czasem tylko się wulgaryzują, to przytoczmy „kobietę”, kiedyś określenie brzydkie, a teraz jak najbardziej przyzwoite. W przyrodzie i w języku nie ma nic stałego.

A co mogła znaczyć „płocidupa” i skąd się to słowo wzięło? Drugą część słowa już mniej więcej znamy – coś na dole. A „płoci”? Coś od ryby płoci (Rutilus rutilus)? Raczej to ryba nazwę wzięła od pierwotnego znaczenia rdzenia płoć-pło (jeszcze w XIX w. w „Słowniku nazwisk zoologicznych i botanicznych” wymieniana jest pod nazwą „rumienica” a nie płoć). Współcześnie w języku hydrobiologicznym pło oznacza swobodnie pływającą wyspę, powstałą w rezultacie odrywania się mszarów torfowcowych, porastających brzegi jeziora, czasem nasuwający się i pływający kożuch torfowiskowego brzegu. Pło to także „spleja”.

W słowniku etymologicznym języka polskiego Aleksandra Brücknera takie znajduje się wyjaśnienie etymologii słowa pło: „tylko u Cygańskiego r. 1584: »(na czółnie) masz stać przy jakim ple albo przy trzcinie«, »dostaniesz trzcionków (ptak błotny) i na plech«; odmieniało się niegdyś: pło-, *plosa (jak słowo-, *słowiosa), jeszcze dawniej *plesie (jak *słowiesie), i stąd ploso lub pleso zastąpiły pierwotny mianownik pło, który i dalej odmieniano: pło, pła (jak słowo, słowa). Pło, pleso, ploso, nazwa 'wolnej przestrzeni wodnej' (jeziora i t. p.), zachowały się niemal wyłącznie w odwiecznych nazwach miejscowych, więc na Rusi Psków z Plsków, (łac. Plescovia, niem. Pleskau); na Śląsku Pszczyna z Plszcza (niem. Pless); u Słowieńców Pleso (po niem. Teuchen, t. j. 'Teiche', 'Stawy'); Neusiedlersee na Węgrzech za czasów rzymskich lacus Pelsonis. Dziś: tylko na Rusi i u Czechów pleso, 'staw, kałuża'.” Współczeniie mianem plosa określa się płyciznę na jeziorze lub w rzece. Podana etymologia wskazuje na miejsce podmokłe, z wodą. Dobrze określałoby miejsce rzecznego jeziora. Nazwa płocidupa mogła pojawić się dopiero w XV wieku, wraz z napływem polskich kolonizatorów na te ziemie. Czy w języku Prusów rdzeń słowny „pło” miał podobne znaczenie (wywodzące się z języków indoeuropejskich)? I czy Płocidupa w pełni lub częściowo zostało przejęte od dawnych mieszkańców, tak jak i nazwa rzeki Łyna (od Alne, Alina)? I co oznaczało owo w dole się znajdujące rozlewisko, jeziorna płycizna? W stosunku do czego było dolne? W każdym razie „płoci” najpewniej pochodzi od płycizny lub od płotu, zagrodzenia jakiegoś (cześć naturalnych umocnień osady jakiejś?).

Wróćmy zatem do Płocidugi. Było tu kiedyś jezioro rzeczne, pozostałość po krajobrazie polodowcowym. I na tym jeziorze była wyspa, obecnie jest to porośnięte drzewami wzniesienie. Dawniej była tu osada Bałtów, w okresie VI-II wieku przed naszą erą. Ludzie w tym obronnym miejscu, oblanym wodą, mieszkali przynajmniej 4-5 pokoleń (zobacz film). Miejsce było obronne, otoczone wodą lub/i trzcinowymi bagnami. Z racji żyznego siedliska nie było to pło mszarowe a najwyżej torfowisko niskie, turzycowe. Do osady najpewniej prowadził jakiś drewniany pomost. Rzeka płynęła najpewniej nie jednym korytem lecz rozlewała się szeroko, w postaci jeziora.

(Fragment mapy, Schroetter-KvOWP_017_XVII_Allenstein,
_Ortelsburg_1796-1802)
Kiedy jezioro zniknęło? Na mapie Schroetter’a z lat 1792-1802 nie widać już Dużej Płocidiugi, jest tylko Płociduga Mała. Być może kiedyś było tu jedno jezioro lub „od samego początku” dwa: Mała i Duża Płociduga. W każdym razie pod koniec XVIII wieku Płocidugi (która z pewnością była wtedy Płocidupą) Dużej nie było. Rzeka Kortówka płynęła prosto do rzeki Łyny (współcześnie okrąża dawne rozlewisko od strony południowej). Informacje o osuszeniu Płocidugi w 1882 roku odnoszą się więc do Płocidugi Małej. Być może w tym czasie wykonano jakieś prace melioracyjne na dawnym Jeziorze Płociduga Duża, wykopując liczne rowy i zmieniając bieg rzeki Kortówki (aby lepiej przysposobić tereny do gospodarki łąkarskiej). Zatem albo Płocidugę Dużą osuszono wcześniej (zamieniając na łąki), albo w naturalny sposób wypłyciło się i na mapie Schroetter’a nie zaznaczono jako zbiornika wodnego. Poziom rzeki Łyny w tym miejscu w dużym stopniu uzależniony jest od niedalekiego, dawnego młynu zamkowego w Olsztynie. Istniejące tam kiedyś, a teraz odtworzone, spiętrzenie mogło mieć wpływ na samą Płocidugę Duża i Małą.

Jeszcze pod koniec XX wieku tereny te wykorzystywane były jako łąki kośne. Widać w terenie dawne drogi dojazdowe, mostki, przydrożne aleje drzew. Zarzucone uprawy poddają się powoli sukcesji ekologicznej. Odwiedzane sporadycznie przez spacerowiczów są miejscem coraz bardziej dzikiej przyrody. I zachodzących procesów ekologicznych. Spotkać tu można gatunki roślin, które w nazwie i dawnych wierzeniach miały moc magiczną (czarcie żebro, pokrzywa, bylica, czarny bez itd.). Spotkać można także owady, których nazwy są takie same jak słowiańskich demonów (świtezianka, rusałka, topielica). Etnologia przenika się z entomologią oraz z etymologią. Miejsce jak najbardziej odpowiednie do zajęć z uczniami i studentami (jesienią odbędą się tu kolejne zajęcia ze studentami z Japonii). By szerzej spojrzeć na świat, ekologicznie jak i interdyscyplinarnie.

(Fragment średniowiecznej ceramiki, znaleziony na wyspie)

26.05.2018

Bo może studenci nie chcą już Kortowiady?

(Jedna z prób przed bojem wydziałów, Kortowiada 2010.
Krótki występ na scenie, ale przygotowań i prób dużo.)
W czasie ostatniej Kortowiady (2018) co najmniej dwa wydziały nie wystartowały w boju wydziałów. Zabrakło chętnych studentów do organizowania tego elementu olsztyńskich juwenaliów. Być może stało się tak po raz pierwszy, ale sytuacja nie pojawiła się nagle, dojrzewała od jakiegoś czasu.

Można postawić pytanie "dlaczego", o czym to świadczy? Może w obecnej formule, wymyślonej z górą kilkanaście lat temu, Kortowiada już się zużyła, zdezaktualizowała? Może studenci (choćby znacząca część) nie chcą już Kortowiady, przynajmniej w takim kształcie jak obecnie? Pytanie wydawałoby się absurdalne, skoro uczestniczyło ok. 20 tysięcy osób (w tegorocznej, w ubiegłych bywało i po 50 tys. uczestników). Może to po prostu efekt demografii i mniej licznych studentów? Można jednak zadać pytanie ile z tych osób bawiących się na Kortowiadzie to studenci UWM a ile to przyjezdni, nawet nie będący jeszcze lub już studentami. Kortowiada jest imprezą-wizytówką... dla miasta? Regionu? Ale czy jest emanacją współczesnej kultury studenckiej?

Kortowiada to tylko pretekst i punkt wyjścia do rozważań - i mam nadzieję że dyskusji także - o identyfikacji studentów z uniwersytetem wydziałem społecznością akademicką szeroko rozumianą oraz pytanie o integrację społeczności studenckiej. Społeczność akademicka to jakaś całość czy tylko zatomizowane indywidualności? Ile i co zostało z uniwersyteckiej wspólnoty uczących i nauczanych? A może nigdy jej nie było w Olsztynie? A może jest cały czas tylko inaczej wygląda, bo zmienił się świat wokół nas? Pytań wiele. Wszak żyjemy w samym czasach trzeciej rewolucji technologicznej, w samym oku cyklonu tych globalnych i lokalnych zmian.

Wielu studentów na czas Kortowiady.... wyjeżdża z Olsztyna. Zawsze tak było, ale kwestią jest skala. Jeśli jednak studenci tracą zainteresowanie obecną formułą juwenaliów, to może trzeba coś zmienić. Może nie chcą Kortowiady jako takiej albo nie chcą w takim kształcie? A więc jakie miałby by być olsztyńskie juwenalia by aktywnie zaangażowały liczniejszą grupę studentów? Albo może trzeba zastanowić się nad szerszym zjawiskiem identyfikacji i integracji społeczności akademickiej. I do tego drugiego zmierzam.

Świat i społeczeństwo szybko się zmieniają. Dawne rozwiązanie przestają być atrakcyjne nie dlatego, że były złe, ale dlatego, że świat się wokół nas zmienił. To tak, jakby dziwić się, że spada zainteresowania dorożkami.... Trudno jest odnaleźć się w czasach zmiany. Stare już nie działa a nowego jeszcze nie znamy.

Jednym z elementów Kortowiady jest na przykład konkurs na wystrój akademika. To bardzo dawna tradycja. Kiedyś większość studentów mieszkała w akademikach. Konkurs był więc czymś naturalnym. Juwenalia odbywały się w kortowskim kampusie. Na dawnej WSP były tylko dwa akademiki, więc tam nie było takiego konkursu. Obecnie w uniwersyteckich akademikach mieszka góra 10% studentów. Zatem ta konkurencja jest już dla znacznej mniejszości. A co dla reszty? Nie mają szansy na identyfikację i współudział. Kiedyś wymyślona konkurencja ciągle trwa. A jak zaangażować większość żaków, którzy mieszkają rozproszeni na stancjach w całym Olsztynie?

Studenci z samorządu narzekają, że brakuje chętnych do pracy, nawet w przygotowaniu Kortowiady. Często słyszą pytanie "a co ja z tego będę miał"? Może to długofalowy efekt uczenia się dla ocen, już w szkole? Wyścig szczurów i zdobywanie punktów. Może akademicka punktoza z tego samego źródła się bierze? Być może trzeba rozpocząć dyskusję o edukacji i jej celach na wszystkich poziomach?

Kilka lat temu na Wydziale Humanistycznym przeprowadzono badania. Zapamiętałem z nich to, że studenci traktują samorząd studencki jako swoistą "młodzieżówkę władzy" i dlatego nie identyfikują się z nimi, izolują od inicjatyw? Jeśli tak rzeczywiście jest to dlaczego? Może samorząd studencki traktujemy instrumentalnie, do załatwiania spraw wydziałowych? Może za mało mają samodzielności i samorządności, bo są od "obstawiania" imprez promocyjnych, rekrutacyjnych itd.? A może jest to zwykła studencka wymówka aby uzasadnić swoją bierność (jestem bierny bo samorząd jest niedobry)?

Pytanie o aktywność w przygotowanie Kortowiady to w zasadzie szersze pytanie i integrację studentów w środowisku akademickim, integrację studencką i integrację z kadrą akademicką. Tak jak usłyszałem, teraz pracownicy dbają bardziej o własny rozwój i własną karierę niż o dydaktykę i tutorowanie studentom (punktoza zbiera swoje żniwo). Dlaczego wymagać więcej od studentów niż od siebie? Oczywiście, także i obecnie zarówno wśród studentów jak i kadry jest sporo osób angażujących się bezinteresownie w różnorodne działania bez pytania "a co ja z tego będę miał", pytanie dotyczy jedynie skali zjawiska i postaw. Możliwe, że tekst ten przeczytają jedynie (głównie) osoby aktywne (studenci i pracownicy), zatem pytanie "dlaczego nie jesteście aktywni" może stracić sens. Bo nie dotrze do adresatów i oni swojego zdania nie wyartykułują w komentarzach...

A może studenci już się "wyszaleli" w szkołach średnich i na studiach nie pociągają juwenalia tak jak kiedyś? Może pracują (dorabiają) i nie mają zwyczajnie czasu?

Parada wydziałów, organizowana jest od niedawna (w skali tradycji), chyba od kilku-kilkanatu lat. To gest w stosunku do miasta (atrakcja dla mieszkańców i turystów) - skoro miasto dofinansowuje juwenalia, to chciała "mieć coś dla siebie". W tym roku oglądałem paradę na filmowej relacji w internecie. Dużo fajnych strojów. Ale było też słychać wulgarne, kibolskie piosenki. Może to nie podoba się i samym studentom, dlatego mniej się angażują, nie czują identyfikacji z Kortowiadą w stylu disco-polo i stadionowych krzyków? A może nie czują identyfikacji  z całym uniwersytetem? Być może na te liczne pytanie potrafiliby odpowiedzieć socjolodzy i badacze kultury współczesnej?

Inne spostrzeżenia, co to hipotetycznych przyczyn, to rosnące zainteresowanie samym sobą i płytką interesownością, widoczne w całym społeczeństwie. Może przewagę uzyskuje pokolenie egoistów, zapatrzonych w siebie i swoją przyjemność? A jeśli tak, to skąd te postawy się biorą i na jakim etapie edukacji potrzebne byłyby działania. I jakie powinny być?

Wracając na podwórko akademickie, można postawić pytanie zasadnicze: czy i jakie tworzymy środowisko edukacyjne na uniwersytecie by studenci mogli się rozwijać, łącznie z kompetencjami społecznymi? Kortowiada jak i wiele innych poza-zajęciowych aktywności służy dojrzewaniu i nabywaniu kompetencji miękkich (np. praca w zespole, kreatywność itd.). Może obecni studenci mają za dużo obowiązkowych zajęć a i za mało czasu na własne, nieskrępowane poszukiwania, w tym różnych aktywności w studenckim radiu, klubach turystycznych, zespołach artystycznych, teatrach, kabaretach, samorządzie? Czy jest a jeśli tak to jaka jest współczesna kultura studencka? Czy czymś się wyróżnia i czy ma jakąś specyfikę?

Jaka jest identyfikacja studentów z wydziałem (na różnych bywa inaczej, może warto to przeanalizować dlaczego na jednych identyfikacja jest większa, a innych mniejsza)? I jaka jest integracja społeczności akademickiej i postrzeganie idei wolontariatu? Mamy kryzys społeczeństwa obywatelskiego czy tylko potrzeba innej formuły integracji i innej formy juwenaliów? Bo ta jest już nieadekwatna? Koncerty i picie piwa - to może nie wystarcza? Może studenci są bardziej ambitni niż się wydaje?

Czy będzie debata, pogłębiona i niespieszna, prawdziwa i otwarta na poznanie? Bez szukania winnych a z szukaniem zrozumienia. Osobiście zależy mi na takiej dyskusji bo sam chcę poznać i zrozumieć. By lepiej odnaleźć się we współczesnym uniwersytecie i codziennych wyzwaniach dydaktycznych. Co i jak robić by to miało głębszy sen.

(Ulica po paradzie wydziałów. Zaraz służby porządkowe to uprzątną.)

25.05.2018

Toruń, Wilno, Olsztyn, owady i spotkanie absolwenckie, czyli o kapitale ludzkim, który procentuje po latach


Kapitał ludzki (społeczny) jest jak glebowy bank nasion – na wierzchu nie widać, a ciągle kiełkuje nowymi roślinami, czasem zaskakującymi swą różnorodnością biologiczną. Kapitału ludzkiego także w zasadzie nie widać „na pierwszy rzut oka” – to nie mosty, drogi czy wielkie pomniki. Ale jest i procentuje, przez lata. Co roku kiełkuje nowymi inicjatywami.

Wykształcenie to długofalowa inwestycja. Dobra inwestycja. To dla tych, którzy pytają po co tak dużo studentów na polskich uczelniach (że niby lepsza jest zawodówka), niniejszą dedykuję opowieść. Wykształceni ludzie to jak glebowy bank nasion, po jakimś czasie nieoczekiwanie „kiełkują”. Jeśli ich nie ma (tych nasion, diaspor, propagul), to nic nie urośnie samo, trzeba zasiać – przywieźć, zakupić, włożyć wysiłek (a i tak pewności nie ma czy nie wydziobią ptaki, zniszczą szkodniki, wypali susza…). Kapitał ludzki (społeczny) to wielki skarb. Trudno go zmierzyć. Efekt ludzi wykształconych, nie tylko w kontekście wiedzy ale i kompetencji społecznych – chęci działania, dzielenia się, obowiązkowości - jest odczuwalny i namacalny. Trzeba tylko się analitycznie przypatrzeć.

Chcę opowiedzieć o dwóch stowarzyszeniach absolwentów uczelni wyższych i o dwóch paniach naukowcach-entomologach. W ostatnich latach powstało dużo różnych uniwersytetów trzeciego wieku. To ludzie wykształceni kilkadziesiąt lat temu. A teraz w nieoczekiwany sposób ujawniają swoją pozazawodową aktywność. Są jeszcze stowarzyszenia absolwentów, skupione wokół swoich macierzystych uczelni i w oddziałach regionalnych. O tych ostatnich chcę teraz napisać. Spotykają się, ale to nie jest tylko towarzystwo wspominkowej, wzajemnej adoracji. Są aktywni społecznie nie tylko dla siebie. Na przykład zbierają i wydają wspomnienia. To ważny dokument epoki. Historie tworzą ludzie, ale jeśli tej historii nie spiszą, to ulegnie zapomnieniu. Organizują także różne spotkania dla otoczenia, np. Stowarzyszenie Absolwentów UMK realizuje spotkania edukacyjne dla seniorów. To jeszcze jedna forma edukacji dla społeczeństwa i to na zasadzie wolontariatu. Zysk społeczny ewidentny. Działalność takich stowarzyszeń to efekt… integracji i poczucia tożsamości, powstały w latach studenckich kilkadziesiąt lat temu. To taka mała dygresja, którą rozwinę w osobnym artykuliku – dotyczyć będzie udziału studentów w Kortowiadzie i współczesnych warunkach do kiełkowania integracji i tożsamości. Tymczasem wróćmy do wspomnień by były tłem do późniejszych rozważań o teraźniejszości i przyszłości.

W dniu 24 maja 2018 r. Zarząd Warmińsko-Mazurskiego Klubu Stowarzyszenia Absolwentów UMK zorganizował spotkanie klubowe przy kawie, które odbyło się w sali rady Wydziału Biologii i Biotechnologii UWM w Olsztynie (Kortowo). Zaproszeni zostali także przedstawiciele Stowarzyszenia Absolwentów UWM w Olsztynie. To próba nawiązania współpracy i wzajemnego inspirowania się.

Spotkanie poświęcone było profesor Janinie Wengris (1907-1978) – postaci wielce zasłużonej dla nauki polskiej, WSR/ART i miasta Olsztyna. Jej sylwetkę i dorobek przedstawiła pani prof. dr hab. Alicja Boroń - kierownik Katedry Zoologii. Pani Profesor oprowadziła także po Muzeum Zoologicznym, noszącym imię prof. Janiny Wengris. Sekretarz Zarządu Głównego naszego Stowarzyszenia Absolwentów UMK - Izabela Walczyk, przekazała na rzecz Muzeum, egzemplarz pracy doktorskiej Janiny Wengris wydanej drukiem w 1948 roku, w Toruniu. Były oczywiście wspomnienia.

Janina Wengris urodziła się w 1907 w Omsku (daleko na Syberii, to był czas zaborów przecież). Zaczęła studia na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem przeniosła się do Wilna (z Wilnem związana jest druga osoba, o której niżej napiszę). Pracę magisterską obroniła w 1933 na Uniwersytecie im. Stefana Batorego w Wilnie. Pracę doktorską napisała już w 1939 roku, ale wojna uniemożliwiła finalizację. Doktorat obroniła w 1946 na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Pracowała najpierw w Cieszynie, a w roku 1950 zaczęła pracę w Wyższej Szkole Rolniczej (potem przemianowanej na ART. A obecnie UWM), kierowała Katedrą Zoologii. Pełniła wiele różnych funkcji ale to co najważniejsze nie znajduje się w encyklopedycznych biografiach. W pamięci studentów zachowały się dobre wspomnienia o życzliwości, cierpliwości, solidności i odpowiedzialności. Jej wykłady cieszyły się dużą popularnością. Była opiekunem dwóch kół naukowych. Była kochaną ciocią, „pani profesor ciocia”. Wypromowała około 140 magistrów. Prowadziła badania faunistyczno-ekologiczne głównie nad mrówkami ale także w zakresie entomologii stosowanej (występowanie szkodników roślin uprawnych, w szczególności mszyc, i magazynów), nad entomofauną zadrzewień śródpolnych i jej wpływem na uprawy rolne. Opublikowała 18 rozpraw naukowych, wiele artykułów popularnonaukowych, opracowała dwa filmy. Na emeryturę odeszła w 1977 roku, zmarła w 1978 w Katowicach. Osobiście nie zetknąłem się z Panią Profesor Wengris. W czasie studiów korzystałem z jej skryptu do zoologii. I z upływem lat co raz więcej o niej słyszałem. Co w Olsztynie pozostało po Pani Profesor? Sala i Muzeum z jej imieniem. Ulica na Brzezinach oraz niedawno ustanowiona nagroda ustanowiona przez sejmik samorządowy województwa warmińsko-mazurskiego. W sali ćwiczeń wisi jej sentencja "Ludziom dzisiaj potrzeba życzliwości". Ciągle aktualna.

W dyskusji ktoś powiedział, że obecnie pracownicy akademiccy głównie dbają o własną karierę i rozwój a mniej o dydaktykę i studentów. Może to kwestia systemu i czasów, może to zmiana wartości i coraz widoczniejsze nastawienie na siebie? Być może kiedyś mniej i nie tak często pytano „a co ja z tego będę miał”. Niech to pozostanie w pamięci, gdy napiszę niebawem o współczesnym zaangażowaniu studentów, ich identyfikacji i integracji. Nie po to, by szukać winnych lecz by szukać przyczyn i uwarunkowań. Seniorzy ze stowarzyszeń absolwenckich swoje lata studenckie wspominają jako najpiękniejsze w życiu. Dlatego teraz do nich pamięcią i aktywnością wracają.

O działalności olsztyńskiego Klubu Stowarzyszenie Absolwentów UMK opowiedział pan Janusz Cygański. Podkreślił, że spotkania odbywają się z Mikołajem Kopernikiem w tle. Było więc spotkanie w olsztyńskim planetarium, w szpitalu, na olsztyńskim zamku, u prawników. Zupełnie przypadkiem ostatnie spotkanie też wpisało się w Kopernika, mimo że poświęcone było prof. Wengris. Ktoś z sali przypomniał, że 24 maja zmarł Mikołaj Kopernik, więc jest rocznica. Natomiast profesor Andrzej Faruga, prezes Stowarzyszenia Absolwentów UWM w Olsztynie (i uczeń prof. Wengris) opowiedział o działalności olsztyńskiego stowarzyszenia absolwentów.

I na koniec przejdę do jeszcze jednej historycznej postaci – Marii Racięckiej. Także entomologu i co ważne – trichopterologu. To jej prace, jako jedne z pierwszych, trafiły do moich rąk, gdy szukałem informacji o chruścikach Polski. Stare przedwojenne nadbitki. I ku mojemu zdziwieniu chruściki pisane były przez ó (chróścki). I w ten sposób uświadomiłem sobie upływ czasu i zmienność języka. Pracowała w Wilnie, najpewniej znała się z Janiną Wengris. Po wojnie osiadła w Toruniu, ale już nie prowadziła badań nad chruścikami.

Maria Racięcka urodziła się w 1886 w Ciechanowie. W 1906 ukończyła Szkołę Handlową w Pabianicach, a po zdaniu egzaminu nauczycielskiego w 1907 pracowała w Warszawie jako prywatna nauczycielka. Kilka lat później, już w wolnej Polsce, w 1919 podjęła studia biologiczne na Uniwersytecie Poznańskim ale w 1922 przeniosła się na Uniwersytet Stefana Batorego do Wilna. Tam ostatni rok nauki połączyła z pracą w Zakładzie Zoologii pod kierunkiem Jana Prüffera (po wojnie znalazł się w Toruniu). Doktorat uzyskała w 1929 na podstawie rozprawy pt. „O unerwieniu skrzydeł u Rhopalocera”. Po wojnie krótko pracowała w Państwowym Muzeum Zoologicznym a jesienią 1945 przeniosła się do Torunia, gdzie została adiunktem w Katedrze Zoologii, kierowanej przez prof. Jana Prüffera. W 1950 obroniła rozprawę habilitacyjną pt. „Z badań nad unerwieniem kończyn u larw Molanna angustata Curt." (do tej pracy nie dotarłem może dlatego, że bardziej interesowałem się biologią środowiskową). Prowadziła badania na Wileńszczyźnie w okolicach Trok i Nowogródka. Po latach odwiedziłem te miejsca, przy okazji wakacyjnych podróży oraz zajęć ze studentami biologii. Prace Marii Racięckiej dotyczyły głównie systematyki i rozmieszczenia chruścików Wileńszczyzny. Opisała m.in. nowy gatunek Allotrichia vilnensis. Zmarła w 1954 w Warszawie. 

Żadnej z opisywanych pań osobiście nie spotkałem. A jednak w jakimś stopniu wpłynęły i na mój, zoologiczno-entomologiczny życiorys.

Czasem spotykam się z głosami, że za dużo jest studentów, że studia powinny być elitarne itd. Ale czy wiedza i społeczne kompetencje, które powstają (przynajmniej potencjalnie) w czasie studiowania we wspólnocie uczących i nauczanych, nie są bardzo wartościowym kapitałem ludzkim, który niczym jak glebowy bank nasion ciągle owocuje i kiełkuje nowymi roślinami na łące? We współczesnym świecie i gospodarce opartej na wiedzy, innowacyjności, kreatywności i współpracy jest to szczególnie ważne.

23.05.2018

Malality 2 czyli sztuka i wspólnota w ogrodzie ponownie


Całość to więcej niż suma części, to także relacje między tymi częściami. Ważny jest więc nie tylko skład (prosta suma) ale i organizacja czyli jak te elementy składowe są „poukładane” i jakie między nimi zachodzą relacje. Na gruncie biologii wydaje się to bardzo oczywiste. Ale w ramach ogólnej teorii systemów można poszukiwać takich prawidłowości i w innych obszarach życia. Na przykład na gruncie społecznym. Ważne jest nie tylko z jakich ludzi składa się dana społeczność ale ważne są także relacje między nimi. Nawet – a może przede wszystkim – wobec tych najsłabszych, niepełnosprawnych, innych. Całość składa się z bardzo różnorodnych elementów, które wyjęte z tej całości mogą się wydawać znakomite lub wręcz przeciwnie. Może dla przykładu takie podam porównanie: kiedy kupujemy mięso kurczaka na obiad to pewne części są bardziej atrakcyjne dla konsumenta (pierś, udka), inne mniej. Jeszcze inne od razu odrzucamy (pióra, wnętrzności). Ale czy kurczak mógłby żyć i być „całością” bez tych mniej pożądanych konsumencko elementów?

Zmierzam do tego, aby uwypuklić prosty fakt: to, co czasem wydaje się mniej atrakcyjne lub ważne, jest niezbędne dla całości. Wspólnota to także relacje a więc i umiejętność nawiązywania współpracy z innymi. Uważam, że to kluczowa kompetencja społeczna w wieku XXI. Ten długi wstęp potrzebny mi był, aby wprowadzić w przygotowywaną, drugą edycję Malality. Cóż to takiego?

Pierwsze spotkanie plenerowe Malality odbyło się 5 lat temu. Teraz będzie druga edycja. Już 16 czerwca 2018 roku w godzinach od 10:00 do 16:00, w ogrodach Pałacu Młodzieży w Olsztynie artyści plastycy, studenci, młodzież, inspirowani muzyką graną na żywo przez olsztyńskich muzyków, tworzyć będą dzieła sztuki. Malarski plener w ogrodzie i do tego przy muzyce. Po co to wszytko?

Namalowane obrazy zostaną zlicytowane jesienią 2018 r. podczas obchodów Światowego Dnia Hospicjów i Opieki Paliatywnej. Dochód z licytacji zostanie przeznaczony na budowę nowej siedziby Hospicjum im. Jana Pawła II w Olsztynie. Zatem to nie tylko spotkanie towarzyskie w artystycznym gronie. To coś więcej. Jeszcze jedna próba budowania szeroko rozumianej wspólnoty i budowania współodpowiedzialności. Za całość w szerokim i społecznym rozumieniu.

W czasie malalitowego pleneru 16 czerwca przez cały czas dyskretnie i w tle popularyzowana będzie idea wolontariatu. Będzie można spotkać się i porozmawiać z wolontariuszami oraz pracownikami Hospicjum. Nie trzeba być artystą malarzem by przyjść, popatrzeć, zapytać, uczestniczyć. Chodzi o coś więcej niż pomalowanie iluś tam arkuszy kartonu. Więcej niż prosta suma części. Ważne są także relacje, te mniej widoczne, mniej dostrzegane i uświadamiane. Ale jakże istotne. Gdy idziesz przez kolorową łąkę to widzisz kwitnące kwiaty, liście, łodygi. Niewidoczne są korzenie... A przecież bez nich nie byłoby tej barwnej kwiatami łąki. I bez owadów zapylających.

Malality 2, poza swym charytatywnym charakterem, mającym na celu szerzenie idei opieki paliatywnej, służy integracji olsztyńskiego środowiska artystycznego oraz popularyzacji sztuk plastycznych i muzycznych. Czuję się ogromnie zaszczycony zaproszeniem do udziału. Będę malował bioróżnorodność kwietnej łąki. Na starej dachówce i na poremontowych płytkach ceramicznych (glazura łazienkowa). Dlaczego taki surowiec? By podkreślić, że nie ma rzeczy i nie ma ludzi niepotrzebnych (wyrzucanych na śmietnik lub spychanych na margines, "byle z oczu"...). Dlaczego bioróżnorodność łąki kwietnej w mieście? Bo chcę popularyzować przy okazji rolę terenów zielonych w mieście i ich znaczenie dla całości, ich rolę dla człowieka i poczucia szczęścia. Przyroda i sztuka i jeszcze wspólnota ludzka. Dobra kompozycja.

Tegoroczny plenerowy happening artystyczny Malality 2 organizowany przez Olsztyńskie Stowarzyszenie Hospicyjne „Palium” oraz olsztyński Pałac Młodzieży, a realizowany przy współudziale finansowym Gminy Olsztyn, jest wspaniałym przykładem tego, że pomagać można na różne sposoby. I można być ze sobą w przestrzeni publicznej, zielonej, ogrodowej.

Plenerowy happening malarski jest znakomitą okazją do spotykania się w przestrzeni publicznej, okazją do tworzenia nie tylko sztuki ale i przyjaznej mieszkańcom przestrzeni społecznej. Ogrody są to tego znakomitym miejscem. I łąki kwietne w mieście także. Przyjazne dla ludzi, przyjazne dla niechcianych polnych „chwastów” i przyjazne dla owadów zapylających.

5 lat temu także byłem i malowałem (stare butelki) w przestrzeń z ogrodami i sztuką (zobacz zdjęcia z pleneru i przeczytaj moją relację). Potem zorganizowana została „Licytacja - Malality pod młotek” , 14 lutego 2014 r. w Pałacu Młodzieży. Cały dochód z licytacji został przekazany na potrzeby olsztyńskiego Hospicjum (zobacz zdjęcia z aukcji).

(Anais Fleur z bajką o poziomkach,
w tle praca Zbigniewa Urbalewicza)
Udział w Malality w 2013 r. był dla mnie dużą inspiracją (teraz też na to liczę). W czasie licytacji po raz pierwszy zobaczyłem kamishibai (zobacz wideo). Jeszcze nie wiedziałem jak to się nazywa i skąd pochodzi. Ale chciałem spróbować jako formę edukacyjną, w tym dla studentów. Kiedy za jakiś czas dotarła do mnie propozycja opracowania trzech bajek w tej technice, to z przyjemnością i entuzjazmem skorzystałem. I tak zaczęła się moja edukacyjna przygoda z teatrem ilustracji. A wszystko dzięki Malality i spotkaniu niezwykle wartościowych ludzi. Ot, po prostu relacje międzyludzkie, inspiracja i współpraca.

W czasie licytacji zobaczyłem także pracę Zbigniewa Urbalewicza. Przedstawiała "żywe" kamienie z rzeki Krutyni. To zainspirowało mnie do napisania o słodkowodnym krasnoroście Hildebrandtia rivularis, porastającym rzeczne i jeziorna kamienie. Są nie tylko w Krutyni ale i w rzece Łynie, nawet w samym Olsztynie. Ten niewielki i słodkowodny krasnorost zasiedla wody bieżące i porasta kamienie, nadając im charakterystyczny czerwono-fioletowawe (czerwonobrunatne) zabarwienie. Hildebrandtia należy do glonów epifitycznych. Swoją charakterystyczną barwę zawdzięcza barwnikom: fikoerytrynie i fykocyjaninie. Ten ostatni barwnik ma właściwości fluorescencyjne.

Hildebrandtia to glon występujący w czystych wodach i mało przekształconych przez człowieka małych i średniej wielkości rzekach. Możemy więc uznać go za wskaźnik dobrej jakości ekosystemów wodnych. Dawniej spotkać można go było także w zacienionym litoralu czystych jezior. Najwyraźniej jeziora zbyt mocno zniszczyliśmy i teraz trudno tam znaleźć tego słodkowodnego krasnorosta o niezwykle ciekawej biologii rozmnażania.

Krasnorost Hildebrandtia rivularis stanowi główną atrakcję rzeki Krutyni w Mazurskim Parku Krajobrazowym. Dawniej wielu turystów zabierało niezwykłe kamienia na pamiątkę, przy okazji niszcząc ten gatunek. Zakazy kierowane do krutyńskich flisaków nie skutkowały. Licząc na przypodobanie się niemieckim klientom z chęcią rozdawali turystom, nadmiernie eksploatując zasoby przyrodnicze. Niezbyt chlubny proceder udało się powstrzymać przez wydrukowanie ulotek w języku niemieckim i adresując je do zdyscyplinowanych i praworządnych Niemców. Nie wolno to nie wolno. Pomogło. Znacznie liczniej tego krasnorosta spotykałem w środkowej Łynie, na obszarze rezerwatu Las Warmiński. Ale tam turystów jest niewielu. Sporadycznie glon ten spotykałem w Łynie na wysokości Rusi, Bartąga a nawet w samym Olsztynie. Spotykałem także w rzece Kirsnie (dopływ Łyny) w obszarze Natura 2000 Swajnie oraz w rzece Ełk. Można więc sądzić, że ten niezwykły krasnorost występuje w wielu innych rzeczkach Warmii i Mazurach. A może nawet jeszcze w jakimś jeziorze. I wypadałoby może wymyślić dla tych słodkowodnych krasnorostów polską nazwę. Może hildebrancja rzeczna?

W każdym razie w czasie letnich podróży zwróćcie uwagę na czerwo-fioletowe kamienie.

Więcej o hildebrancji: 1, 2,


(moje prace, powstałe w czasie Malality w 2013 r.)


22.05.2018

Co sądzę o tym, co żyje w polskich kranach, czyli o wodzie wodociągowej

Różne do mnie kierowane są pytania i prośby o wyjaśnienie tego czy owego, przyrodniczego. Czasem uda mi się szybko odpowiedzieć, czasem potrzebuję czasu by poszukać, słowa jakoś w głowie ułożyć a potem skrzętnie spisać. Niniejszym nadrabiam zaległości w tej internetowej korespondencji.

Razu pewnego (z początkiem maja) na facebookowej tablicy zastałem taki wpis: „No, teraz to zwątpiłam... Prof. Stanisław Czachorowski, cóż Pan na to powie?” A do tego link do notatki na facebookowym fanpejdżu, pt. CO ŻYJE W POLSKICH KRANACH.   Zatem zajrzałem i przeczytałem. Na zdjęciu profilowym uśmiecha się młoda pani w białym fartuchu, ze stetoskopem na szyi. Do tego podpis „Lek. med.”. Wskazuje to na eksperta z wykształceniem medycznym i na aktywnego lekarza. Wygląda wiarygodnie. I sentencja: „Mity medyczne, które mogą zabić kontra fakty mogące uratować życie...”. Trochę niezrozumiałe. Czy to walka z mitami czy z medycyną, której przeciwstawiane są "fakty" (bo przecież medycyna współczesna opiera się na faktach z definicji)? W przyrodzie znana jest mimikra. Aby zmylić ofiarę lub drapieżnika. Trudno mi się oprzeć przyrodniczym dygresjom…

Tekst przeczytałem. Niby dobry i profesjonalny, ale są istotne wątpliwości i spory znak zapytania. Mimo naukowej stylistyki i naukowej formuły (licznie cytowane publikacje naukowe) coś tam jednak zgrzyta i wzbudza niepokój. Po pierwsze użyty został zbyt duży kwantyfikator (odbiorca myśli, że wywód dotyczy wszystkich kranów i wody wodociągowej, co jest znacznym nadużyciem). Moim zdaniem wygląda to na artykuł sponsorowany: przestraszyć tym, co w wodzie się znajduje (cytując publikacje), by zachęcić do kupna filtra. Ale może się mylę? Gdyby to było wyliczanie tego, co w wodzie można znaleźć, wyglądałoby na rzetelny przegląd. Ale między wierszami znajduje się wartościowanie i nieuzasadnione wnioskowanie. Co więcej, gdzieniegdzie manipulacja jest bardzo widoczna (ale tylko wtedy, gdy starannie sprawdzić źródła).

Jaki ten tekst wywołuje efekt? Dociera do bardzo wielu osób, a to wybrane komentarze (czyli tak jest to odczytywane): "Tytus Presiński Dlatego nie pijam kranówy, jeno jeżdże po żywą wode ze źrodła (...)  Adalbert King Gotowanie kranówki, przelanie do karawki, dorzucenie limonki, albo cytryny i najtańszy napój bogów gotowy" (pisownia oryginalna).

Zaczyna się tak, ten tekst z odpowiedzią, co żyje w „polskich kranach” „Armia ciekawych żyjątek. Mało sympatycznych, niestety. Istnieje wielki rozdźwięk pomiędzy tym co mówią naukowcy zajmujący się rzeczywistym badaniem wody wodociągowej i „eksperci” zapewniający w gazetach, telewizji o tym, jakim dobrodziejstwem jest to, co płynie w naszych kranach. Z pewnością, słyszeliście jak zdrową mamy w Polsce „kranówkę”… Wskazany kontrast między ekspertami a jakimiś pismakami w mediach. Przecież uwierzymy naukowcom! To są eksperci. A pisząca jest lekarzem, więc przedstawia punkt widzenia naukowy, ekspercki. I na samym początku „armia żyjątek”. Strach pić?

„Ciągle zachęcam: nie wierzcie we wszystko co Wam mówią. Lepiej to weryfikować.” I ja zweryfikowałem. Nie tylko dlatego, że autorka zachęca. Krytyczne myślenie jest kompetencją XXI wieku.

„Często pojawiają się komunikaty, że woda wodociągowa zawiera bakterie coli. Czy zastanawialiście się co to znaczy? Escherichii coli szukamy w wodzie wodociągowej oceniając czy nadaje się do spożycia, bo obecność tych bakterii wskazuje na ŚWIEŻE zanieczyszczenie wody tym, co jeszcze niedawno przebywało w jelitach innych ludzi i/lub zwierząt. Czyli- mówiąc brutalnie- kałem. Jak badana jest polska kranówka? Podczas analizy wody niemożliwe jest śledzenie wszystkich organizmów chorobotwórczych, które mogły w niej zamieszkać. Analizuje się tylko „bakterie wskaźnikowe” (należą do nich: 1-bakterie grupy coli, 2-bakterie E.coli, 3-paciorkowce kałowe, 4-Clostridium). Co, jeśli nasza woda ich nie ma?”

I tu jest pierwsza manipulacja lub niezrozumienie metodologii badań wody. Po takich fragmentach nabrałem wątpliwości czy blog prowadzi lekarz medycyny. Zacząłem szukać w Internecie i nie znalazłem takiej lekarki (jedynie jako prelegenta na dość dziwnej konferencji). Może niewystarczająco starannie szukałem (brak potwierdzenie nie oznacza jednak negacji), a może to tylko „ksywka” jakiegoś blogera, który dla dodania sobie wiarygodności pisze jako lekarz… Taka zmyłka, czyli biologicznie rzecz ujmując – mimikra. Przy okazji mała dygresja, nazw naukowych (łacińskich) się nie odmienia. Zatem „Escherichii coli” to niepoprawna odmiana. Bakteria ta ma swoją polską nazwę: pałeczka okrężnicy. Chyba, żeby uznać, że to takie spolszczenie, ale i wtedy nazw gatunkowych nie piszemy w języku polskim dużą literą. Jeśli już to escherichia coli (ale chyba lepiej byłoby spolszczyć na eszerichia koli – ale najlepiej zostawić oryginalną nazwę naukową lub używać ustalonej, polskiej nazwy i nie odmieniać niepoprawnie). Fakt że Escherichia wygląda dużo "profesjonalniej" i "naukowo" niż pałeczka okrężnicy...

Czytam dalej: „Dlaczego bada się tylko obecność Escherichii coli? To jest mniejsze PRAWDOPODOBIEŃSTWO (ale to wcale nie wyklucza) obecności innych chorobotwórczych „stworków”. Mamy przecież jeszcze grzyby, wirusy i pierwotniaki, no i całe mnóstwo zupełnie innych bakterii.”

I tu jest głównie nieporozumienie lub świadome przekłamanie. Badania monitoringowe (sprawdzające) muszą być łatwe, szybkie i w miarę tanie, ale mają dawać wiarygodny wynik. Wszystkiego nie da się sprawdzić (zbadać, bo trwałoby to zbyt długo i byłoby bardzo kosztowne). Dlaczego Escherichia coli została wybrana (dodam, że nie jest jedynym wskaźnikiem mikrobiologicznym, na co zresztą wskazuje blogerka)? Bo jest mieszkańcem naszego jelita, i to dość licznym, powszechnym. Sama w sobie nie jest szkodliwa. Wręcz przeciwnie jest bakterią symbiotyczną - uczestniczy w rozkładzie pokarmu, a także przyczynia się do produkcji witamin z grupy B i K. Jednakże nawet symbiotyczna pałeczka okrężnicy w określonych warunkach wykazuje chorobotwórczość dla człowieka, wywołując schorzenia układu pokarmowego i moczowego. Parafrazując: nawet na równej drodze można się potknąć i złamać rękę. Dlaczego więc szuka się w wodzie w celach diagnostycznych w sumie nieszkodliwej bakterii? Bo wskazuje, że do wody mógł dostać się kał. A jeśli tak, to możliwe są drobnoustroje chorobotwórcze (i inne pasożyty, bo kał mógł pochodzić od osoby zarażonej). To nie test "na pewno" ale tylko duże prawdopodobieństwo. Dlatego jeśli jest (powyżej normy), to uznaje się że woda nie nadaje się do celów spożywczych. To nie jest wskaźnik chorobotwórczych organizmów ale wskaźnik, że do wody mogły dostać się mikroorganizmy z kału. Zatem zwrot „to wcale nie wyklucza) obecności innych chorobotwórczych stworków” jest znaczącym przekłamaniem. Sugeruje, że nawet jeśli w wodzie nie wykryto pałeczki okrężnicy (i innych wskaźników) to w wodzie i tak mogą być „stworki”, oczywiście chorobotwórcze. Celem jest chyba przestraszenie czytelnika. A jak się mocno przestraszy, to sam poszuka reklamowanych filtrów do wody. Typowy zabieg marketingowy, który często spotykamy.

Wróćmy jeszcze do tekstu „Styczeń 2017r (1) Najwyższa Izba Kontroli ocenia, że jakość wód, które są uzdatniane jest bardzo kiepska. W 40% kontrolowanych przypadków nikt nie przejmował się tym, że w pobliżu ujęcia wody, bezkarnie można odprowadzać ścieki, składować odpady promieniotwórcze, rolnicy mogą do woli sypać nawozy sztuczne i środki ochrony roślin, hodowcy budować fermy i wielkie obory, w których zwierzęta produkują mnóstwo … no wiadomo czego, dopuszczalne jest grzebanie zwłok zwierzęcych, mogą powstawać cmentarze (1). Wnioski po kontroli: „Przedsiębiorstwa wodociągowe i gminy nie gwarantują należytej jakości wody pitnej (wodociągowej). Ponad 40 proc. właścicieli ujęć wód nie wystąpiło o ustanowienie strefy ochronnej wokół ujęcia wody pitnej. Ponad 40 proc. wójtów, czy burmistrzów nie raczyło informować o jakości wody, w sposób wymagany przepisami prawa (2).” [wytłuszczenia S.Cz.]

Tu akurat są mało znaczące błędy w cytowaniu. Te cyferki w nawiasach odnoszą się do publikacji naukowych. Sprawdziłem. Jako (1) przytoczone opracowanie: Prawo wodne, Dz.U.2017.0.1121 t.j. - Ustawa z dnia 18 lipca 2001 r. Zatem cytowanie całkowicie nieuzasadnione w tym miejscu i nie odnoszące się do treści. Dopiero druga cytowana pozycja jest adekwatna: (2) NIK o ochronie jakości wód przeznaczonych do spożycia, 11 stycznia 2017. Zajrzałem i dowiedziałem się, że badania NIKu dotyczyły tego, że  „Skontrolowano 30 jednostek, w tym 12 przedsiębiorstw wodociągowych, 12 urzędów gmin i sześć powiatowych stacji sanitarno-epidemiologicznych.”

W odniesieniu do strefy ochronnej ujęć wody „ponad 40 proc. kontrolowanych właścicieli ujęć wód nie wystąpiło o ustanowienie strefy ochronnej obejmującej teren ochrony pośredniej, pomimo przesłanek wskazujących na potrzebę ustanowienia takiego obszaru. W ten sposób nie eliminowano wysokiego ryzyka niekorzystnego wpływu zanieczyszczeń na warstwy wodonośne i pogorszenia się jakości ujmowanych wód. Także ponad 50 proc. właścicieli ujęć wód nie wystąpiło o ustanowienie strefy ochronnej obejmującej wyłącznie teren ochrony bezpośredniej. Tłumaczyli się oni brakiem obowiązku prawnego w tym zakresie.” (...) „Istotnym źródłem możliwego zanieczyszczenia poziomów wodonośnych, wykorzystywanych do pobierania wody przeznaczonej do spożycia przez ludzi, jest zanieczyszczenie gruntu i wód w wyniku nieprawidłowego zbierania i usuwania nieczystości ciekłych przez właścicieli nieruchomości, którzy nie posiadając kanalizacji korzystają ze zbiorników bezodpływowych, tzw. szamb. W kontrolowanych gminach stopień ich skanalizowania wynosił od ponad 26 proc. do blisko 93 proc. Pozostali mieszkańcy gmin korzystali głównie z szamb.” (...) „W ocenie NIK, taka sytuacja zwiększa ryzyko zanieczyszczenia środowiska, a na obszarach o niekorzystnych warunkach geologicznych, także zanieczyszczenia wód podziemnych oraz wód powierzchniowych, stanowiących źródła zaopatrzenia ludności w wodę przeznaczoną do spożycia.” [wyróżnienie kolorem S.Cz.]. Dotyczy więc dbałości o zabezpieczenie a nie jakość wody jako takiej, tej która płynie w kranach. Moim zdaniem w wywodach blogerki jest nieporozumienie lub nadużycie. Oczywiście na zimne trzeba dmuchać i po to wymyślane są normy aby przeciwdziałać zanieczyszczeniom.

Jest jeszcze jeden ważny fragment z raportu NIK „W kontrolowanym okresie w pięciu przedsiębiorstwach występowały przekroczenia dopuszczalnych parametrów jakości wody w miejscach wprowadzania jej do sieci wodociągowej. Badania jakości wody objętej nadzorem inspektorów sanitarnych wykazały corocznie, w latach 2013 - 2015, od 113 do 175 przypadków przekroczenia dopuszczalnych parametrów jakości wody. Liczba miejsc, w których stwierdzono te przekroczenia wynosiła od 38 do 56, co stanowiło od ponad 17 proc. do blisko 26 proc. liczby tego rodzaju punktów objętych nadzorem. W I kwartale 2016 r. stwierdzono 32 takie przypadki w 20 miejscach wprowadzania wody do sieci wodociągowej. Najczęściej przekraczane były parametry fizykochemiczne - mętność, żelazo i mangan, a w następnej kolejności parametry mikrobiologiczne - bakterie grupy coli.”  [wyróżnienie kolorem S.Cz.].

Przytoczony fragment dotyczy już wody wodociągowej, ale uwzględnia także parametry fizyczno-chemiczne wody. Nie można więc wprost i w całości odnosić do „stworków” w wodzie. „W celu poprawy efektywności i skuteczności realizacji zadań w zakresie ochrony jakości wód ujmowanych do zaopatrzenia ludności w wodę przeznaczoną do spożycia, NIK zaproponowała podjęcie działań m.in. przez:” I po to jest sprawdzane, także przez NIK, aby zagwarantować dobrą jakość wody.

Wróćmy jednak do tekstu z bloga. Fragment z raportu NIK tak autorka przedstawiła: „Właściciele wielu domostw w naszym kraju korzystają z przydomowych szamb. Czy myślicie, że ich treść pozostaje tylko w nich? Otóż, nie. Oficjalnie w raporcie sprzed roku (2) stwierdzono: „Istotnym źródłem możliwego zanieczyszczenia poziomów wodonośnych, zawierających wodę przeznaczoną do spożycia przez ludzi, jest zanieczyszczenie zawartością powszechnych w Polsce szamb”. ([wyróżnienie S.Cz.]. A w cytowanym dokumencie NIK jest tak: „Istotnym źródłem możliwego zanieczyszczenia poziomów wodonośnych, wykorzystywanych do pobierania wody przeznaczonej do spożycia przez ludzi, jest zanieczyszczenie gruntu i wód w wyniku nieprawidłowego zbierania i usuwania nieczystości ciekłych przez właścicieli nieruchomości, którzy nie posiadając kanalizacji korzystają ze zbiorników bezodpływowych, tzw. szamb”.  Ewidentna, drobna zmiana sensu cytowanego fragmentu. Albo jest nieuzasadnionym uproszczeniem albo jest świadomą manipulacją.  Drobna zmiana stylistyczna a przy pobieżnym czytaniu może być inaczej zrozumiana. Czym innym jest woda pobrana do uzdatnienia (np. z poziomów wodonośnych) a czym innym woda już uzdatniona (woda w kranach, przeznaczona do spożycia przez ludzi). Oczywiście NIK ma rację, że zwraca uwagę na potencjalne zagrożenia. Im lepsza (czystsza) woda, tym mniejsze koszty uzdatnienia. Dbałość o zasoby wody jest nam niezwykle potrzebna. I każdy alarm jest wskazany. Tym  bardziej, że jak wskazuje raport NIK wielu z nas, podchodzi do ochrony wód bardzo lekkomyślnie (szamba nieuszczelnione, wylewanie nieczystości "do lasu:) itd.

A tu interpretacja autorska blogerki: „Cóż, woda krąży w przyrodzie. To, co jest w szambie jest skutecznie przenoszone w strumieniu wód gruntowych na odległość kilkudziesięciu metrów. Mamy pecha, jeśli woda, którą mamy w kranie jest pobierana z okolicy, gdzie takich szamb jest sporo.... a prawdopodobieństwo tego, jak stwierdził NIK jest spore. Smacznego.” Najpierw więc mimowolna lub celowa zmiana sensu cytowanego fragmentu, potem w miarę wiarygodnie wyglądająca opowieść. Tak by było, gdyby woda nie była uzdatniana. Po to się bada, np. obecność E. coli by sprawdzić czy potencjalnie mogły się znajdować jakieś przecieki z szamb. I wtedy ujęcia są zamykane. Czasem w prasie o tym czytamy. Dotyczy to zwłaszcza gminnych ujęć. Popieram większą troskę o ochronę ujęć wody i kontrolę usuwania nieczystości. Ale to nie znaczy, że woda wodociągowa jest zanieczyszczona. Zanim dotrze do kranu jest systematycznie badana (a przynajmniej tak powinno być). Oczywiście statystyka i prawo wielkich liczb robią swoje: mimo kontroli zawsze kiedyś coś się zdarzyć może. I się zdarza. Im więcej dbałości o spełniania norm ochrony zasobów wody pitnej, tym mniejsze ryzyko.

Dalej jest tylko coraz straszniej. Tak jak z podręcznika parazytologii, wszystkie możliwe przypadki (do pierwotniaków o wrotków włącznie). Woda jest w ujęciu badana i uzdatniana. Potem wędruje rurami. I tu także może coś się przytrafić. Autorka bloga cytuje kilka prac, w których badano osady w rurach. Wykryto tam różne mikroorganizmy. Nie pisze tylko kiedy, gdzie i przy jakiej okazji badano. Rolą naukowców jest poznawać rzeczywistość. Jeśli gdzieś wykryje się inne zagrożenie to należy modyfikować system monitoringu. Informacje na temat uzdatniania wody, np., przez chlorowanie, są mocno nieaktualne. Każdy sam może sprawdzić, jak w jego miejscowości (ujęciu wody) woda jest uzdatniana. I kiedy się chloruje, jeśli w ogóle.

Jak sobie z tym wszystkim poradzić? Autorka pisze „Ja, osobiście, używam porządnego (tak uważam, bo dokładnie sprawdziłam publikacje i badania jego dotyczące) filtra domowego użytku. I, oczywiście, nie powiem jakiej firmy, bowiem tutaj nie reklamujemy żadnych produktów” [wyróżnienie S.Cz.]. Kiedyś też miałem filtr w domu, w latach 90. XX wieku. Potem doczytałem, że na filtrach, zwłaszcza rzadko wymienianych, może dochodzić do namnażania drobnoustrojów. Wspomniana autorka całkowicie ten fakt przemilcza. Jak i badania dotyczące mikroorganizmów, stwierdzanych w domowych filtrach.

Wnioski moje. Artykuł jest trochę nierzetelny i nieobiektywny. Uważam, że jest to materiał marketingowy, sprytnie spreparowany, bardzo upodabnia się do tekstu eksperckiego, naukowego. Mimikra prawie doskonała. Oczywiście, mogę się mylić. Dla pewności należałoby dokładniej sprawdzić wszystkie cytowane publikacje i kilka innych tekstów wspomnianej autorki. Może jest rzetelna, a tylko ten jeden tekst wypadł słabiej?

A teraz nawiążę do zamieszczonego zdjęcia. Piję wodę z kranu. Bo jest dobra i nie obciąża środowiska nadmiernymi odpadami. W Olsztynie mamy ujęcie głębinowe. Co prawda za dużo jest żelaza i manganu i musi być pod tym względem uzdatniona. Jest smaczna. W innych miejscowościach także zazwyczaj piję wodę z kranu. Bo jest badana i monitorowana. Zatem jest bezpieczna. O ile życie jako takie jest bezpieczne. W razie wątpliwości wodę można przegotować (jeśli jesteśmy w nowym miejscu).

PS. Dostęp do czystej wody pitnej jest coraz większym problemem światowym. Nie wszędzie ludzie mają możliwość korzystania z czystej i należycie uzdatnionej wody pitnej. W Polsce na szczęście jeszcze (chyba) nie mamy z tym problemu. Ale może się to zmienić. Nie wszystkie miasta korzystają z wody głębinowej (ta też jest wyczerpywana!), niektóre korzystają z wody rzecznej, np z Wisły. Koszty uzdatnienia są więc dużo wyższe. Dlatego nie podlewajmy trawników ani nie myjmy samochodów wodą wodociągową. To duże marnotrawstwo. Czystej wody może nam zabraknąć, na początek lokalnie, potem w szerszej skali.

20.05.2018

Skąd się wzięły seminaria na trawie?

(9 maja 2011, zajęcia w ramach przedmiotu autoprezentacja, studenci biologii)
A było to tak. Studentka z Olsztyna pojechała do Hiszpanii studiować, w ramach programu Erasmus-Socrates, na jeden semestr. Rozkochała w sobie Hiszpana (całkiem niezamierzenie, tak jakoś wyszło) ... i wróciła. Bo to był wyjazd tylko na jeden semestr. A Hiszpan tęsknił. Polska-Hiszpania - daleka droga. I ów Hiszpan młody złożył dokumenty i przyjechał do mnie na staż w ramach programu Leonardo da Vinci. Pół roku stażu naukowego. Był biologiem z wykształcenia, pochodził z Toledo. Rozmawialiśmy o wielu przyrodniczych i kulturowych rzeczach. Zjawił się późną jesienią, zimno było. Ale przyszła wiosna. W Olsztynie zobaczył zwierzęta (nie tylko chruściki), które mu rodzice w książkach pokazywali: żaby, jeże, żurawie i wiele innych.

A kiedy się zazieleniły trawniki w Kortowie, ów Hiszpan powiedział "Stanisław, taka piękna zieleń trawników, dlaczego nikt na nich nie siedzi, nie wychodzi z budynku na łono tak pięknej przyrody?" Fakt, dlaczego studenci nie wychodzą posiedzieć na trawie, gdy ona taka piękna? Byłem w Hiszpanii w ramach wyjazdu studyjnego, widziałem słońcem spalone krajobrazy i brak zieleni. Hiszpańska wiosna jest krótka. A my mamy takie urokliwe bogactwo całkiem niewykorzystane. A przecież ludzie w miastach odpoczywają na trawnikach i łąkach kwietnych. Często przecież w mediach i filmach pojawiają się obrazy z Parku Centralnego w Nowym Yorku. A czy w Polsce nie mogłoby tak być? Na przykład w Olsztynie. Samego mnie kusiło, ale w pojedynkę to jakoś tak nieswojo, mocno krępujące.

I stało się. Jakieś 10 lat temu, namówiłem studentów na pierwsze wyjście na trawnik. Wszystko w ramach przedmiotu autoprezentacja. Normalne zajęcia seminaryjne poza murami sali. Bo dyskutować można i na trawniku, w nieco innych warunkach. Niech znają studenci wiele możliwości i sami doświadczają. bo czym innym jest wiedzieć a czym innym samemu uczestniczyć i doświadczyć. Potem były kolejne seminaria na trawie z biologami, biotechnologiami oraz studentami dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego. Były i śniadania na trawie w mieście oraz różne pikniki. Myślę, że coraz śmielej wykorzystujemy zieloną przestrzeń publiczną by się ze sobą spotykać, rozmawiać i cieszyć się pięknem przyrody w zasięgu ręki.

A Hiszpan? Wrócił do siebie... i ożenił się ze wspomnianą polską studentką. Mieszkają w Hiszpanii, czasem wracają na święta i wakacje do Polski. Podróże kształcą, wymiana studentów także przynosi różne dobre owoce. Nam w Kortowie zostały seminaria na trawie. W tym roku byłby już trzy.

Młodość i miłość może dużo dobrego na tym świecie zrobić.

(9 maja 2011, zajęcia w ramach przedmiotu autoprezentacja, studenci biologii)

(Maj 2018, dyskusja o łąkach miejskich)


18.05.2018

Dlaczego mucha plujka nazwana została plujką?

(Muchy - być może plujki - na owocniku sromotnika bezwstydnego.
Grzyb pachnie jak padlina i w ten sposób zwabia owady)
Niektóre myśli są jak muchy – przyczepią się do człowieka i spokoju nie dają. Niepokoją, odgonić się nie dają, bo zaraz znowu się pojawiają. Tak się do mnie przyczepiła mucha plujka. W zasadzie to nie sama mucha co kwestia jej nazwy.

A było to tak. Kilka dni temu przeczytałem informację, że w lubelskim hipermarkecie znaleziono w pudełku z kurzymi jajkami larwy muchy plujki. Ale nie samo znalezisko mnie zaintrygowało co wyjaśnienie pochodzenia nazwy „Specjaliści podkreślają, że mucha plujka jest bardzo popularnym gatunkiem w Polsce. Nazwa ta wiąże się z nietypowym sposobem składania przez nią jaj. Odbywa się to w locie i przypomina plucie."  [źródło]

Składanie jaj w locie przypominające plucie? Znam oczywiście owady, które składają jaja w locie, zrzucając niczym bombowiec je do wody. Ale, żeby w formie plucia? Czy jakiegoś „strzelania”?

Zacząłem szukać w książkach z domowej biblioteczki, szukać w internecie. I niewiele się udało. Tylko na jednej stronie znalazłem potwierdzenie „Nazwa ta wiąże się z nietypowym sposobem składania przez nią jaj. Odbywa się to w locie i przypomina plucie. Mucha umieszcza w ten sposób jaja na mięsie - świeżym lub padlinie, gdyż larwy tylko w tym środowisku znajdują odpowiednie warunki do rozwoju.” [źródło]  Szukałem w różnych książkach do zoologii, także tych starych. I nic. Taki ciekawy, niezwykły sposób składania jaj i brak o tym wzmianki? W kilku były informacje o składaniu jaj w pakietach. Trudno „wypluć” jaja, by ułożyły się w pakiet. Zapytałem nawet znajomego i oczytanego entomologa. Potwierdził, że gdzieś czytał dawno temu i utkwiło mu w pamięci to składanie plujące jaj u plujki i stąd jej nazwa.

Ale w innym miejscu znalazłem zupełnie inne wyjaśnienie nazwy: „Plujka nosi swoją nazwę oczywiście dla tego, że przed skonsumowaniem pokarmu, "wypluwa" na niego enzymy trawienne i dopiero gdy ten zmienia się w formę płynną, może ją wyssać, za pomocą swojego aparatu gębowego." [źródło]  Taki sposób odżywiania typowy jest dla wielu much (także i naszej domowej). A jeden tylko rodzaj (i rodzina) przyjął nazwę od tego sposobu odżywiania się owadów dorosłych. Muchy plujki bo plują na jedzenie. Coraz bardziej intrygujące.

W starszych książkach, jeszcze z XIX wieku lub początków XX, spotkać można inne nazwy dla sławnej muchy plujki: gromadnica, burczało, guczak, mucha plująca, plujka, wielka mucha niebieska. Burczało to zapewne od burczenia w czasie lotu. Gromadnica? Może od larw, które licznie mogą się znaleźć na padlinie. Niebieska? To pewnie od jej wyglądu. No i plujka. Jednoznacznie kojarzy się z pluciem. Tylko którą stroną ciała? Z przodu w celu jedzenia, czy z tyłu w celu składania jaj?

Gromadnica, czyli mucha plująca - „Mucha ta leci z wielkim brzękiem i często wpada w okna, gdzie po szybach się tłucze. Samica składa małe gromadki jajek na mięso, padlinę, a często i w zajątrzone rany u człowieka.” Mamy więc wyjaśnienie „burczało’ i „gromadnica” (cytat z wcześniej wspomnianej przeze mnie książki "Dra. A. Pokornego Historyja Naturalna Trzech Królestw dla użytku polskiej młodzieży niższych klas gimnazjalnych i realnych, ułożona przez Dra. Ludwika Rzepeckiego. Część 1. Zoologija z 503 drzeworytami. Wydanie drugie". z 1872 r.)

Ten krótki przegląd nazw wskazuje, że dawniej były one różne i dopiero teraz ustaliła się polska nazwa – mucha plujka. A że z rodzaju Calliphora w Polsce występuje 6 gatunków, to plujek mamy więcej. Dwa są pospolite: Calliphora vomitoria - mucha plujka, plujka burczało oraz Calliphora vicina – plujka pospolita, mucha niebieska. Cztery znacznie rzadsze nie mają chyba jeszcze polskich nazw (Calliphora loevi, C. stelviana, C. subalpina, C. uralensis).

Czasem nazwa "plujki" odnosi się do całej rodziny Calliphoridae. Na świecie jest ich około 1100 gatunków z 150 rodzajami. W Europie występuje 112 gatunków plujek a w Polsce – 66 (Fauna Polski. Charakterystyka i wykaz gatunków., tom II, Muzeum i Instytut Zoologii PAN 2007). Wśród plujek są gatunki koprofagiczne, nekrofagiczne jak i pasożytnicze. Wspomina się o nich przy omawianiu leczenia ran, kryminalistyce, roznoszeniu chorób. Sporo ciekawostek. Ale nie znalazłem w książkach zoologicznych informacji o jakimś „plującym” sposobie składania jaj.

Muszę szukać dalej w źródłach entomologicznych i pytać specjalistów dipterologów. Bo myśl o pochodzeniu nazwy „plujka” przyczepiła się do mnie … jak mucha. I spokoju nie daje. Ktokolwiek coś wie, proszony jest o informację. Dla mego spokoju od natrętnej myśli etymologicznej i entomologicznej.


P.S. Może ma coś na rzeczy nazwa łacińska - C. vomitoria czyli wymiotująca. Pluć, wymiotować odnosiłoby się do sposobu pobierania pokarmu.
(Owad doskonały, mucha, prawdopodobnie z rodzaju Lucilia z rodziny plujkowatych, pożywia się nektarem)

17.05.2018

Wyjaśniam, dlaczego ograniczam liczbę znajomych na FB i nie wszystkich przyjmuję


Pisałem to już kilkakrotnie na Facebooku. Ale pomyślałem, że może lepiej napisać na blogu raz a dobrze, a potem w razie potrzeby linkować. Jak pomyślałem tak robię. I to drugi raz, bo w nowym miejscu.

Kochani znajomi i nieznajomi z Facebooka. Wyjaśniam, dlaczego ograniczam liczbę znajomych na FB i nie wszystkich przyjmuję. Facebook to dla mnie sposób komunikacji. Liczbę znajomych na FB staram się ograniczać, bo inaczej bym się pogubił i nie opanował tegoż bałaganu. Za sprawą ewolucji i tego, że Homo sapiens kształtował się w niewielkich grupach (bez książek, gazet, telewizji i Internetu), to ma ograniczoną możliwość dobrego ogarnięcia dużej liczby znajomych. Też jestem Homo sapiens (i się tego nie wstydzę). Jeszcze kilka wieków temu przeciętny człowiek spotykał w swoim życiu 150-200 osób. Mógł je zapamiętać i nawiązać jakieś relacje. A potem zapamiętać te relacje. Teraz to praktycznie niemożliwe, bo w globalnej wiosce spotykamy setki a raczej tysiące i dziesiątki tysięcy ludzi. Ja już niestety czasem nie poznaję swoich dawnych studentów. I trochę mi niezręcznie, gdy czasem nieznajome mi osoby płci piękniejszej mówią mi pierwsze "dzień dobry".

"Znajomych" na Facebooku traktuję jako tymczasową, roboczą książkę kontaktów. To nie jest dla mnie katalog przyjaciół i znajomych, nie jest to ranking lubię/nie lubię. Profil mam otwarty, każdy może obserwować (bez wysyłania zaproszenia do znajomych). Czasem przyjmuję nowych bo jest potrzeba dołączenia do grupy, administrowania itd. Potem, przy okazji porządków usuwam z mojej Facebookowej książki adresowej (staram się nie przekraczać 400 znajomych – obserwujących liczba jest nieograniczona – tu nie ingeruję). Co nie znaczy, że na kogoś się obrażam, gniewam itd. Po prostu, moja głowa nie ogarnia zbyt dużej liczby aktywnych kontaktów. Czasem więc usunę kogoś, o kim zapomnę (nie rozszyfruję ikonki, pomylę nazwiska itp.), lub kogoś od dawna korespondencyjnie nieaktywnego. Potem znowu dołączę itd. Do końca nad tym nie panuję.

Zatem proszę o wybaczenie jeśli kogoś nie dołączę do "znajomych" lub niechcący usunę. Dla mnie Facebook to tylko robocza książka adresowa do korespondencji a nie plebiscyt popularności czy wyrażania uznania lub nie. Jeszcze raz więc proszę o wybaczenie, jeśli w swej nieporadności poruszam się jak słoń w składzie porcelany. Guziczki na Facebooku czasem zmieniają miejsce. Ot na przykład kilka dni temu zagubiła mi się funkcja auto poprawiania w języku polskim. Najwidoczniej w swojej nieporadności nacisnąłem jakiś klawisz skrótu i wskoczył jakiś egzotyczny język. Trochę to trwało zanim odkryłem przyczynę i potrafiłem naprawić.

Miejcie wyrozumiałość dla cyfrowego imigranta.

A wszyscy razem uczymy się komunikacji w nowym, cyfrowym świecie. Na pewno pomaga w przegęszczonym świecie dla naszego ewolucyjnie archaicznego mózgu. Ewolucja trwa lecz technologia jest szybsza. Ewolucja kulturowa znakomicie może wspierać i uzupełniać ewolucję biologiczną.

16.05.2018

Kiedy przewrócisz się, ja będę....



Kiedy przewrócisz się, ja będę na ciebie czekała. 

 - Łąka.

Znalezione na Facebooku. Piękne nawiązanie do łąk kwietnych. Nie będę rozwijał...


15.05.2018

Macadełka, puzderko i chróściki

Mój przyjaciel, biegły mocno w piórze i języku polskim, ostatnio utyskiwał, że ludzie piszą "na prawdę" zamiast "naprawdę". Zawiły jest nasz język a zasady pisania łącznie i rozłącznie wymykają się często zasadom i konsekwencji, tworząc zawikłaną tradycję. Dyskutanci szybko zauważyli, że język polski i jego poprawna pisownia ulega nieustannym zmianom. Nie nadążają nie tylko komputerowe "podpowiadacze" ale i my sami. Sięgając do starszych książek owe zmiany wyraźniej widać. I mam nieodparte wrażenie, że Polak z Polakiem (z przeszłości) miałby trudności w dogadaniu się. Tym bardziej, im większa różnica czasowa (choć i współcześni ze sobą nie mogą się dogadać, ale to inna opowieść). Język podobny jest w tym do organizmów żywych - nieustannie ewoluuje. A o poprawności (lub błędzie) decyduje kontekst miejsca i czasu, co mnie jako ekologa mocno raduje, bo brzmi bardzo znajomo.

Ja się rozpisałem a tu macadełko czeka... Szukałem ci ja muchy plujki. Bo gdzieś w gazecie napisali, że mucha plujka składa jaja niczym plując (wypluwając). Ciekawostka intrygująca i postanowiłem ją zweryfikować. Owszem, dość szybko znalazłem na jakimś blogu taką informację (tę być może powtórzył ów dziennikarz prasowy), ale czy to jest fakt czy jakaś podwórkowa opowieść? Bo że owady niektóre mogą składać jaja w locie (zrzucając je niczym bomby do wody), to wiedziałem. Ale wypluwanie-plucie? I kolejne pytanie dlaczego plujka nazywa się plujka? Skąd pochodzi nazwa?

Zajrzałem do kilku książek entomologicznych i nie znalazłem., Było sporo o składaniu jaj na mięsie, na padlinie ale bez podania tego intrygującego, plującego zwyczaju. Trzeba zapytać specjalistów dipterologów. Przy okazji poszukiwań plującej muchy dotarłem do starych książek. I urzekł mnie dawny język i dawny sposób opisywania przyrody. Nie tylko inne określenia na gatunki roślin i zwierząt ale zupełnie inny, archaicznie piękny sposób opisywania przyrody. I tam znalazłem macadełka. Urzekło mnie słowa swa poetyckością.

Dawniej nawet tytuły były kwieciście długie. Zamieszczony fragment  pochodzi z książki pt. "Dra. A. Pokornego Historyja Naturalna Trzech Królestw dla użytku polskiej młodzieży niższych klas gimnazjalnych i realnych, ułożona przez Dra. Ludwika Rzepeckiego. Część 1. Zoologija z 503 drzeworytami. Wydanie drugie".  Historia naturalna trzech królestw... jakże to uroczo brzmi. Została wydana "w Pradze czeskiej 1872. Nakładem Fryderyka Tempskiego w Poznaniu u M. Leitgebra, we Lwowie i Stanisławowie u J. Milikowskiego."


Zaczyna się tak: "Mniemam, że wydaniem niniejszej książeczki czyni się zadość długo już uczuwanej potrzebie.". Jakby bajkę się czytało, a przecież to język naukowy. Tyle, że z XIX wieku.

Przeglądając tę starą książkę zachwycałem się dawnymi nazwami zwierząt i ówczesną systematyką. Na przykład autor wyróżnił motyle dzienne, wieczorne i nocne. Zmienił się nie tylko język ale i sposób patrzenia na świat, w tym uporządkowanie w systemie klasyfikacji.

Wracając do języka. Wtedy poprawnym zapisem chruścików były chróściki (przez ó). Zmiana zapisu dokonała się gdzieś po II wojnie światowej wraz z reformą ortograficzną. Chróścik... został tylko w nazwie porostu. Organizm mniej znany, więc jak gdzieś na zapomnianej wyspie zachował reliktową formę zapisu, żywa skamieniałość językowa. I obecnie chróścik i chruścik znaczą coś innego, pierwszy to porost Stereocaulon, drugi owad z rzędu włoskoskrzydłych (Trichoptera).

Opis chruścika jest tak uroczy, z tymi macadełkami i puzderkiem, że przytoczę nieco szerszy fragment "Chróścik żółtorogi (...) podobna jest na pierwszy rzut oka do nocnego motyla." Dlaczego rodzaj żeński? Czyżby chróścik była wtedy rodzaju żeńskiego? A może to tylko taka konwencja opisu. Może odnosiło się to do podanej w nawiasie nazwy łacińskiej - Phryganea? W owym czasie chruściki zaliczane były do owadów siatkoskrzydłych, razem z ważkami, co znajduje odzwierciedlenie w opisie skrzydeł: "ma 4 brunatne, siatkowato żyłkowane skrzydła, a długie bardzo i cienkie macadełka." Z opisu i znajomości tych owadów, mimo odmiennego słowa, nie trudno było zgadnąć, że chodzi o czułki. Ale sięgnąłem do internetowego Słownika Języka Polskiego. I tam oto takie wyjaśnienie znalazłem.

"macadełko 1. żartobliwie: touchpad; głaskadełko; 2. rzadko: ruchomy wyrostek ciała bezkręgowców, służący jako narząd chwytny lub dotykowy; macek, macka, czułek".

Na pierwszym miejscu współczesne, bardziej popularne, użycie słowa, dotyczące urządzenia w laptopie - touchpad. Stare słowo nieoczekiwanie znalazło zupełnie nowe zastosowanie (może dlatego, że było mało używane, taki reusing językowy?). A dawny wyrostek bezkręgowców, określający narząd chwytny, mackę lub czułek, jest już coraz rzadziej jest używany. Bo w zoologii innej ożywamy terminologii. Jeszcze trochę a to dawne, zoologiczne znaczenie całkiem zniknie ze słowników.... Może to jest tak, że chróściki mają macadełka, a chruściki czułki? Tę regułę można byłoby nazwać prawem naturalnym Trzech Królestw...

Wrócimy do opisu z dawnej książki. "W spoczynku skrzydła jego są strzechowato na odwłoku złożone." Sam w różnych opisach Trichoptera używam określenia "skrzydła dachowato ułożone". Strzecha to też dach, znaczy to samo. I wygląda tak samo. Ale kto teraz by wiedział co to jest strzecha i jak wygląda? Niczym ten świerzop i dzięcielina... "Owad wykształcony [jakże urocze określenie na postać dorosłą, imago, owada doskonałego - wykształcony! - S.Cz.] składa jajka na kamyczki podwodne, otoczywszy je poprzednio rodzajem przezroczystej galarety. Gąsienice z nich wylęgłe mają silne szczęki [chodzi o żuwaczki - S.Cz.], u piersi trzy pary długich nóg." Teraz mówimy o tułowiu a nie o piersiach owada. Ale opis jest komunikatywny i poprawny. Tylko słowa są inne. "i tkwią całe aż po pierś w pewnym gatunku puzderka, które sobie same ulepiły ze ziarenek piasku, małych kawałeczków drzewa, drobnych ślimaczych skorupek i t. p., a do którego w chwili niebezpieczeństwa się chowają. Puzderko to noszą one ustawicznie ze sobą, jak ślimak swój domek." Puzderko do domek, ale jakże pięknie brzmi.  Słowo "gatunek" w znaczeniu rodzaju, typu.

Język naprawdę się zmienia! A słowa zapisane w księgach są jak DNA, pozwalają śledzić zmiany i ewolucję kultury w szerokim słowa tego znaczeniu. Może ktoś w odniesieniu do języka również wymyśli coś na kształt zegara molekularnego?

PS. mój podpowiadacz z edytora tekstu wiele słów podkreślił na czerwonow powyższym tekście. Jak widać komputerowa sztuczna inteligencja jeszcze bardziej nie radzi sobie z ewolucją języka. I to jest pocieszające. Dla człowieka.

14.05.2018

Gazony na polbruku czyli jak dbać o zieleń w mieście ?


Centrum miasta, tuż przy szkole. Dlatego ta barierka. Ale ja chcę zwrócić uwagę na malutki i potrzebny skrawek zieleni i odkrytej gleby. Te krzewy urosną i będą bardziej zbierały kurz i hałas z jezdni. Odrobina miejsca, gdzie woda po deszczu może wsiąkać. Niby niewiele, ale w skali miasta może być tego bardzo dużo. To przykład dobrego podejścia i dlatego zwracam na to uwagę. Ale dużo zostało jeszcze do zrobienia. Trzeba tylko konsekwencji i wytrwałości w "odbetonowianiu" miasta.

Śródmieście Olsztyna, ulica Grunwaldzka (zdjęcie obok). Kilkadziesiąt metrów kwadratowych zmarnowanej (niewykorzystanej) przestrzeni, teraz szkodliwej. Zakryta polbrukiem przestrzeń z dwoma gazonani z uschniętymi roślinami nie służy niczemu. Ani komunikacji, ani parkowaniu, ani rekreacji. Tuż przy ulicy. Gazony ustawiono najpewniej by uniemożliwić nielegalne parkowanie. Niektórych kierowców nic nie zatrzyma. Chyba że betonowe słupki (lub ciężkie gazony).

 Teraz "betom" zakrywający glebę powoduje, że deszczowa woda nie wsiąka i spływa do odpływów burzowych. Przy silniejszych opadach dołoży się do podtopień. W mieście niewsiąkliwa powierzchnia powoduje, że szybko zbierają się strumienie wody, a przy intensywnych opadach odpływy nie są w stanie przyjąć takiej ilości w krótkim czasie. Ocieplenie klimatu powoduje, że są częstsze intensywne opady. A więc będzie się nasilać. Dlatego w wielu miastach europejskich już od kilku lat sporo się zmienia. Wprowadza się więcej zieleni, w tym nawet na dachy budynków. Ta "szorstka" powierzchnia spowalnia spływ wody. Ponadto jest większa powierzchnia do wsiąkania. Oczywiście, przy intensywnych opadach to nie wystarczy. Dlatego projektuje się różnorodne "zbiorniki", takie "beczki pod rynnę", tyle że w większej skali.

Im więcej w mieście powierzchni asfaltowych, kamiennych i betonowych, tym wyższa temperatura latem. Kolejny niedobry dla miasta i ludzi wpływ. Im więcej zieleni, tym niższa. To zarówno transpiracja jak i ocienianie. Zieleń w mieście to nie jest fanaberia nawiedzonych ekologów tylko zaawansowane "urządzenia" podnoszące jakoś życia ludzi.

Co można? Zdjąć polbruk i przeznaczyć go w innym miejscu na naprawę chodników. Czyli nic się nie zmarnuje. Odkryć ziemię i niech będzie chociaż trawnik - jeszcze lepsza byłaby łąka kwietna. Co to da? Większe wsiąkanie wody deszczowej, lepszy mikroklimat, niższą temperaturę, ładniejszy zapach i ładniejszy widok. Że działanie w skali kilkudziesięciu metrów kwadratowych nie zbawi? To tak, jak mówić, że nie warto jechać do Krakowa, bo po 15 minutach jesteśmy jeszcze daleko. Ale bez tych kilkunastu-kilkudziesięciu kilometrów podróży byśmy do Krakowa nigdy nie dotarli. Tu nie potrzeba wielkich inwestycji, wystarczą drobne działania, byle konsekwentnie.

A wracając do tego brzydkiego, szarego fragmentu ulicy. Być może udałoby się tam umieścić nawet ławkę. Powstałby miniaturowy skwerek. Te działania wymagają jednak współpracy z mieszkańcami. By nie zrobić im pod oknem "ławki z wieczornym pijaństwem". Nie powinna być to jedyna ławka w okolicy.

Inny przykład, tym razem ul. Limanowskiego. Duży fragment ulicy. Kiedyś rosły tu drzewa. Potem była jakaś zapewne modernizacja i w rozpędzie duży fragment wyłożono polbrukiem. A żeby uniemożliwić parkowanie w tym miejscu, postawiono gazony.

A czy nie lepiej byłoby zerwać fragmentami polbruk i zasadzić drzewa w ziemi? I najlepiej liściaste, bardziej wytrzymałe i lepiej pasujące do krajobrazu. Te rosnące w gazonach/donicach nie mają kontaktu z glebą, korzeniami nie sięgną głębiej. Trzeba je podlewać. A jeśli rosną w gruncie, to same sobie poradzą - tańsze są w utrzymaniu.

Drzewa można znowu posadzić (bo kiedyś już tu były). Najwyraźniej widać, że są potrzebne. I odsłonić więcej ziemi by woda miała gdzie wsiąkać (to także zabezpieczenie przed podtopieniami jak i zapewnienie wody dla drzew). Przydałoby się więcej drzew kwitnących, z nektarem dla pszczół. Ale "w sklepach tylko iglaki mają"? Nie wiem czy długo wytrzymają te iglaki w gazonach - w zimie może wymrozić korzenie, latem w upale mogą wyschnąć. Gazony to działanie na krótko, tymczasowe rozwiązanie.

Więcej drzew to mniej smogu i hałasu. Latem więcej cienia. No i poprawa bilansu wodnego. W skali miasta ma to znaczenie. Zatem polbruk w wielu miejscach można zdjąć. Trzeba wytrwałości i argumentów. Sensownych, wiarygodnych. I pokazywanie dobrych praktyk. Że można. I że daje to dobre rezultaty. Miasto może być piękniejsze i bardziej funkcjonalne.  W Olsztynie też można, bo się już udaje (przykładem jest górne zdjęcie).  Przybywa zieleni. Oby szybciej i więcej.

A wracając do zdjęcia: zastąpienie gazonów z iglakami przez posadzone drzewa w tym przypadku w niczym nie zmniejszy przepustowości komunikacyjnej. Sadzenie drzew w przypadku ukazanym na powyższym zdjęciu być może jest utrudnione ze względu na  infrastrukturę podziemną, ona być może tam jest choć jej nie widać. Jeśli byłaby tam infrastruktura, to nie powinno się sadzić drzew, które gdy urosną, mogą korzeniami uszkadzać instalacje (oczywiście nowe technologie zabezpieczają przed tym procesem) lub utrudniać naprawę w razie awarii. Ale można zasadzić krzewy. Pod gazonami i wokół gazonów przestrzeń jest niewykorzystana ani na ruch samochodowy, ani na parking ani na chodnik dla pieszych. Ani na teren zieleni miejskiej. To jakieś 1,5-2 m szerokości. Niczego nie trzeba skuwać, polbruk można zdjąć i położyć w innym miejscu. Dużo u nas chodników w fatalnym stanie. Tam by się ten polbruk przydał.

W mieście każda możliwa przestrzeń powinna być odkryta. Raz, żeby woda miała gdzie wsiąkać (ważne z powodów przeciwpowodziowych), dwa żeby obniżyć temperaturę powietrza na ulicy. Ważne dla mieszkańców jest to zwłaszcza latem. A od bakterii glebowych - serotonina, czyli lepsze w konsekwencji samopoczucie ludzi. Każda zieleń to wychwytywanie kurzu i smogu. Czyli dla zdrowia. Niech aleje powrócą w miejsca, gdzie były a je bezmyślnie usunięto. Iglaki w gazonach i tak nie przetrwają. Kosztowne męczenie roślin.

Na szczęście coraz częściej o tym dyskutujemy a lokalne gazety chętnie temat podejmują: Dyskusja o miejskiej zieleni w Olsztynie: po co nam donice?