24.05.2021

Zapraszam na pierwszy Dzień Biologii i Biotechnologii na UWM w Olsztynie

 


Transmisja z uroczystego otwarcia:

13.05.2021

10 lat Superbelfrów czyli rozważania o crowdlearningu i rewolucji w edukacji

 

10 lat temu powstała grupa SuperBelfrzy RP, skupiająca innowacyjnych i aktywnych nauczycieli oraz edukatorów. Sami się zawiązali, sami działają. Kilka lat temu zostałem zaproszony do tego limitowanego grona. Limitowanego, bo grupa liczy 150 osób. I nie więcej. Z założenia. Bo to liczba Dunbara, wskazująca na możliwość społecznego utrzymania więzi. Jest wiec jakieś nawiązanie do wiedzy naukowej i społecznej ewolucji Homo sapiens. Nie można się zapisać, trzeba być rekomendowanym. I trzeba być aktywnym w sensie dzielenia się doświadczeniem i wiedzą z innymi. To taka nietypowa składka członkowska. Nowi członkowie mogą być przyjęci jak zwolni się miejsce - albo ktoś sam zrezygnuje lub na skutek braku aktywności w bezinteresownym dzieleniu się wiedzą i umiejętnościami, zostanie wykreślony. Trzeba być cały czas aktywnym. Tak jak procesy społeczne albo życie biologiczne - żeby trwać trzeba ciągle się rodzić, powstawać, wypływać na powierzchnię. 

Superbelfrzy są dobrym przykładem crowdlearningu, społecznego uczenia się od siebie nawzajem. Praktyczna realizacja konektywizmu. W sumie to bardziej jest środowisko uczenia się niż przekazywanie treści. Dzielenie się ubogaca.

Poznałem ich w czasie jakiejś konferencji, czy to w Centrum Nauki Kopernik, czy to w czasie Inspiracji. Nie pamiętam. Potem brałem udział w konferencjach online, na długo przez pandemią. Wśród Superbelfrów stawiałem swoje pierwsze śmielsze kroki w komunikacji online. Bezpieczna i życzliwa przestrzeń do uczenia się. Poznawałem programy, ćwiczyłem webinaria. Część z nabytej wiedzy od razu przenosiłem na grunt uniwersytecki, w czasie realizacji projektów takich jak Uniwersytet Młodego Odkrywcy A potem te umiejętności i oswojenie internetowej przestrzeni bardzo się przydały w czasie pandemii Covid-19 i zdalnego nauczania. 

Przede wszystkim poznałem wielu wspaniałych nauczycieli, z niezwykłymi pomysłami i chęcią zmieniania szkoły na lepsze od zaraz. Nauczycieli, wybiegających przemyśleniami i codzienną praktyką w przyszłość. Najbardziej sobie cenię możliwość dyskusji. Dzięki Superbelfrom wiem, co rzeczywiście dzieje się w szkołach i w edukacji, jakie są problemy i jakie są pomysły na szkołę XXI wieku. I jakie są realne, oddolne pomysły na zmianę.

Przekazywanie treści czy projektowanie środowiska społeczności uczącej się? Zdecydowanie to drugie. Nie nauczyciel i edukator w roli taśmy transmisyjnej, przekazującej wiedzę ale nauczyciel w roli projektanta i designera środowiska edukacyjnego. Taki mały przewrót kopernikański w edukacji: wstrzymywanie nauczyciela i ruszanie ucznia. I nie oznacza to bierności nauczyciele tylko jego inną rolę, w nawiązaniu do najnowszych koncepcji rozwoju społecznego i tworzenia wiedzy. Mam na myśli konstruktywizm i konektywizm.

Co prawka kilku pracowników szkół wyższych i PAN jest wśród Superpelfrów, ale są to nieliczne rodzynki. W jakimś sensie jest to część międzyśrodowiskowego dialogu o edukacji na każdym poziomie. Niemniej zazdroszczę nauczycielom Superbelfrów (i podobnych grup). Chciałbym takiej grupy w środowisku akademickim, jako przestrzeni do dyskusji o edukacji i dydaktyce uniwersyteckiej, przestrzeni do bezpiecznego eksperymentowania w życzliwym gronie, dzielenia się pomysłami, wzajemnego motywowania i zmieniania współczesnej szkoły wyższej w Polsce. 

Dlaczego nie mamy w środowisku akademickim podobnej grupy? Bo jest nas mniej a w związku z tym zbyt mała masa krytyczna? Bo dydaktyka na uniwersytetach jest deprecjonowana i marginalizowana? A może brakuje nam ogólnopolskich konferencji w kontakcie, dotyczących dydaktyki i edukacji, w czasie której mogłoby dojść do intelektualnego i organizacyjnego zapłonu od "iskry". Nie wiem. Ciągle szukam odpowiedzi na to pytanie. 

11.05.2021

Czy woonerfy i parki kieszonkowe w mieście są ważne i potrzebne?

Tak było....

Tak było. Przy Starej Warszawskiej, dziura po wyburzonej kamienicy. Dzięki aktywności społeczników zamieniła się w mały park kieszonkowy, powstały dzięki aktywności i finansom zwykłych ludzi. Uprzątnęli teren, nawieźli ziemi ogrodniczej, posiali trawę, zasadzili kwiaty. Działania te trwały ponad dwa lata. I pojawiło się miejsce do spotkań. Jedno z nich uwiecznione jest na powyższym zdjęciu, ze śniadaniem na trawie (połączone z sadzenie kwiatów), zabawami dla dzięki i bajką kamishibai o motylu cytrynku latolistku. Dziki parking zamieniony został w przyjazny dla mieszkańców park kieszonkowy. Najwyraźniej kłuło kogoś w oczy bo właściciel terenu zniszczył to miejsce....

Tak jest (tak, tak, kolejność jest prawidłowa. Niestety).

Tak jest teraz (jak na zdjęciu), już od kilku lat. Teren ogrodzono niby, że rozpocznie się inwestycja. Zwykły kamuflaż dla dzikiego, nieoficjalnego parkingu. Cała praca społeczników została zmarnowana a miejsce patologicznie zdewastowane. Bolesna prawda o Olsztynie.

To był smutny wstęp do zasadniczego tematu. Od jakiegoś czasu w olsztyńskiej redakcji Gazety Wyborczej prowadzona jest akcja pt. „Supermiasta i Superregiony 2040”. Pojawiają się artykuły, był plebiscyt. Przez tę akcję Gazeta Wyborcza - a za jej pośrednictwem mieszkańcy miasta i regionu - chcą podpowiedzieć władzom Olsztyna oraz województwa warmińsko-mazurskiego, jakie są istotne, z punktu widzenia lokalnych społeczności, cele do realizacji na najbliższe 20 lat. Powyższa dokumentacja zdjęciowa dobrze ilustruje potrzeby mieszkańców. Ci w plebiscycie wyłonili kilka wyzwań, które uznali za najważniejsze dla miasta i regionu. 

Wyzwania dla Olsztyna (za Gazetą Wyborczą - czytaj więcej na ten temat):
  • Walka ze smogiem;
  • Aleje i parki kieszonkowe;
  • Nowoczesna sala koncertowa;
  • Spójna sieć rowerowa;
  • Zrównoważony transport miejski;
  • Dalsze urządzanie brzegów jeziora Skanda;
  • Woonerf, nowy rodzaj ulic .
Pani Redaktor Martyna Siudak zapytała mnie, które z przedstawionych wyzwań uważam za najbardziej istotne i dlaczego. Wywiad z odpowiedziami niebawem się ukaże. Skorzystam z okazji i w wersji rozszerzonej temat ten poruszę na swoim blogu. Niech głos będzie zwielokrotniony i wybrzmiewa jak echo. 

Nie jest przypadkiem, że większość wyzwań ma związek z „ekologią” (ekologia to nauka, a my tu raczej mówimy o ekorozwoju, o ruchu społecznych i filozofii życia, czyli o ekozofii i sozologii). Problemy środowiska i jakości życia ludzkiego stają się coraz ważniejsze, w skali lokalnej i globalnej. Na co dzień doświadczamy tego, co uwidocznione jest na zamieszczonych wyżej fotografiach. I jeszcze jeden przykład z dnia dzisiejszego. Wracałem z pracy, z Kortowa, przejście dla pieszych przy starej pętli. Mimo wciśniętego przycisku czekaliśmy na przejście dwa cykle. Bo nawet zapaliło się światło czerwone dla samochodów ale zabrakło zielonego świata dla pieszych. W czasie pandemii, gdy wyłączono żółte przyciski, przechodzenie przez jezdnię było o wiele prostsze i wygodniejsze. Dla kogo są więc te żółte przyciski? Oficjalnie mają usprawniać ruch, w działu dyskryminują pieszych. Samochody i komfort wyjeżdzających z miasta okazuje się ważniejszy... Olsztyniacy w swoim mieście są użytkownikami drugiej kategorii... Jakość życia ma znaczenia, a składa się na nią wiele z pozoru drobnych szczegółów.

Problemy stanu środowiska, zdrowia człowieka i komfortu życia stają się prawdziwym wyzwaniem XXI wieku. Wielu to dostrzega, ale wielu żyje w zupełnie innym świecie. Konflikty narastają. I dobrze, że w końcu to powszechnie dostrzegamy. Że o tym otwarcie dyskutujemy. To nie jest już kwestia gustu lecz kwestia naszego przetrwania. Globalne zmiany klimatu i zarządzanie przestrzenią miejską dotykają nas na każdym kroku. To się nie rozejdzie samo po kościach....

Trudno wybrać, które z wybranych w plebiscycie (a wymienione wyżej) wyzwania są najbardziej istotne. Skupię się na działania małych i rozproszonych. Małych w skali jednostkowej ale ogromnych w skali sumarycznej, w ujęciu globalnym. Potrzebne są nam działania małe, rozproszone ale powszechne. Jedna kropla nie czyni nawet kałuży, ale wiele kropli sumuje się w ocean. Wszystkie sprowadzają się do podnoszenia jakość życia mieszkańców: zdrowia, samopoczucia, dobrostanu, wygody życia, poczucia szczęścia. Jest jeszcze szacunek dla różnorodności biologiczne na Ziemi. Za nią też jestesmy odpowiedzialni.

Przykład - szczycimy się dużym Lasem Miejskim, ale dla większości mieszkańców Olsztyna jest on praktycznie dostępny tylko od święta (daleki dojazd a więc ludzie z Jarot nawet w weekendy bliżej mają do Lasu Warmińskiego niż do Lasu Miejskiego). Na codzienny spacer z Nagórek, Jarot czy Śródmieścia się tam nie wybierzemy (kłopotliwy dojazd czy to komunikacją publiczną czy to własnym samochodem. Albo rowerem). Niezwykle ważne jest to co tu i teraz, obok mnie, i to codziennie a nie od święta. A na większości osiedli… dominują parkingi i przeróżne inwestycje, czasem nowe domy budowane są okno-w-okno. Brak miejsc na odpoczynek od hałasu i zgiełku, mało miejsc jest do spacerów, zabaw i spotkań z ludźmi, pogrania w warcaby, szachy, bule czy nawet w kapsle. Jest wiele płotów i odgradzania się. 

Okres izolacji w czasie pandemii pokazał nam jak ważne jest bycie w kontakcie, w relacjach z innymi ludźmi. "Usychamy" z braku kontaktów (wzrost depresji, spadek jakości i długości życia, większa zapadalność na choroby, zwiększona liczba samookaleczeń i samobójstw). Wiele małych skwerów, terenów zielonych jest tragicznie zaniedbanych i zaśmieconych. Traktowane są jako chwilowy nieużytek, czekający na inwestycję budowlaną (a w oczekiwaniu to miejsce na składowanie gruzu). Przykład na fotografiach wyżej. To miejsca na nieformalne spotkania alkoholowe. Dlaczego? Bo brakuje przestrzeni wspólnej, tej kulturalnej. I takiej bez biletów wstępu. Tylko motyw alkoholowy pozostaje, gdy chcemy się z kimś na osiedlu spotkać i porozmawiać, tworzyć relacje. Marny substytut. Jedna z przyczyn zdewastowanych elementów małej i dużej architektury i masy zalegających śmieci.

Dlatego chciałbym mocno podkreślić znaczenie alei i parków kieszonkowych oraz woonerfów. Nieliczne takie przykłady już są w Olsztynie To one tworzą przyjazną przestrzeń do życia w mieście, podnoszą jakość życia i poczucie zadowolenia. Szczęśliwsi ludzie lepiej i wydajniej pracują. Te małe zielone przestrzenie są dostępne na co dzień i na wyciagnięcie ręki. Małe i rozproszone ale w swojej masie to duża inwestycja. Wiele małych rozproszonych daje większą wartość niż 1-2 duże inwestycje. I są bardzo potrzebne mieszkańcom. To one decydują o jakości życia. I o zdrowiu. 

Chcemy, żeby dzieci i młodzież nie siedziała ciągle przed monitorami tabletów i komputerów? To oddajmy im podwórka, zamienione na parkingi! A gdzie seniorzy mogą wyjść na spacer? Brak ławek przed blokami (były kiedyś, ale w większości polikwidowano). Te małe skwery, parki kieszonkowe to osiedlowa przestrzeń wspólna, gdzie może się toczyć życie towarzyskie i społeczne. Tam właśnie może realizować się idea cittaslow. Gdzie wylęgać się mogą inicjatywy, takie jak półki bookcrossingowe, give boxy, śniadania na trawie, lodówki społeczne i wiele innych. Czy na parkingu można grać w piłkę, w berka, jeździć na rolkach, rysować kredą, spotkać się by porozmawiać z sąsiadami lub nieznajomymi? Nie. Bo piłka może uszkodzić samochód itd..... A park kieszonkowy czy woonerf powoduje, że ludzie wychodzą i są obecni. Może pojawiać się mała gastronomia, z kawą, herbatą, cukiernią. Możemy miło i tanio spędzać czas bez alkoholu i bez zaśmiecania. To wszystko podnosi jakość naszego życia. Te małe tereny zielone generują nowe inicjatywy i pozwalają rozwijać się małym biznesom. Przekłada się to na pieniądze, jeżeli mielibyśmy koniecznie przedstawiać to w kategoriach ekonomicznych.

I w końcu spójna sieć rowerowa oraz z równoważony transport miejski. Zapewniają sprawne przemieszczanie się, zmniejszają smog, zmniejszają hałas. Jedno z drugim jest ścisłe powiązane. Skoro mogę sprawnie się poruszać po mieście, to po co mi własny samochód, stojący pod blokiem? W hałasie i na parkingu nie chcemy mieszkać, dlatego wielu olsztyniaków wyprowadza się na wieś, czasem 20-30 km od miasta. To znak, że Olsztyn zmienia się jedynie w miejsce czasowej pracy i dojazdu (przejazdu). Ale już nie miejsce do życia i mieszkania (dla miasta to zmniejszenie przychodów z podatków). Miasto staje się przydrożną stacją paliw - zatrzymać się na trochę i jak najszybciej odjechać. Bo przecież głównym celem nie jest mieć samochód pod oknem tylko wygodnie i sprawnie się przemieszczać. A ta funkcja może być realizowana na różne sposoby. Nie trzeba kupować na własność Słońca by cieszyć się jego promieniami.

Na moim osiedlu Mleczna park nie może powstać od ponad 15 lat (Park im. Korczaka), systematycznie był pomniejszany na kolejne parkingi, salon samochodowy, myjnię, był traktowany jako wysypisko gruzu budowlanego. Dawne jezioro Płociduga Mała to zaśmiecony i zdewastowany teren, który potencjalnie mógłby być atrakcyjnym miejscem rekreacyjno-spacerowym. I małym rezerwatem przyrody. Oszem, jest doraźnie wykorzystywany przez mieszkańców. Ale jest dewastacyjnie osuszany (melioracje pod wygodę dewelopera), brak jakiejkolwiek troski. Sami mieszkańcy skrzykują się czasem na sprzątanie by można było wyjść na spacer z psem. A na samym osiedlu co roku pomniejszane są tereny podwórkowe i zamieniane na kolejne parkingi. Zgroza i obniżanie jakości życia, zagrożenie dla zdrowia (hałas komunikacyjny, spaliny). A jednocześnie na osiedlu nie ma żadnej kawiarni, żadnej małej gastronomii, miejsca do wspólnego bycia ze sobą. Co i rusz ktoś próbuje i szybko plajtuje, bo to miejsce przy parkingu. Kto pójdzie na kawę i na spotkanie towarzyskie na parking? Na drugie śniadanie lub obiad? Obok samochody i ruch uliczny. Nie ma nawet jednej sali na animacje osiedlowe, o kulturze nie wspominając. Sypialnia na hałaśliwym parkingu? Niezbyt to atrakcyjne.

Panu Redaktor Martyka Siudak spytała mnie także jak moim zdaniem jako mieszkańcy możemy się przysłużyć do tego, by Olsztyn był bardziej eko? Czy to ważne dla stolicy województwa, by stawiać na takie rozwiązania? Czy zachowanie jednostek w tym względzie może coś zmienić?

Powiem tak: lepiej zapalić nawet małą świeczkę nadziei by rozjaśnić ciemność niż czekać w bezczynności i przeklinać mrok. Nawet małe działania mogą przynosić duży skutek. Od założenia łąki kwietnej, posadzenia drzewa, wspólnego sprzątania, spotykania się na śniadania na trawie po organizowanie półki bookcrossingowej, give boxa czy utworzenie Parku. Przydatne byłyby akcje animacyjne. MOK już to robi. Bo bez zinstytucjonalizowanych, zorganizowanych akcji się nie obejdzie. One pozwolą nam ponownie być wspólnie w przestrzeni miejskiej. 

Proszę zwrócić uwagę jak wspaniale rozwija się akcja Olsztyńskie Kamyki! Inicjatywa oddolna, komunikacja przez Facebooka. Pokazuje jak bardzo chcemy być ze sobą w przestrzeni publicznej, bawić się w poszukiwania skarbów, dzielić się swoim czasem, talentem. Im więcej parków kieszonkowych, woonerfów, tym więcej przestrzeni do takich oddolnych inicjatyw i bardzo wartościowych akcji. Olsztyński street art istnieje ale jest ciągle niszczony i dewastowany. Bez wątpienia potrzebna nam jest swoista, społeczna resocjalizacja. Nie jest to łatwe i pojedyncze osoby, bez instytucjonalnego wsparcia profesjonalistów, niewiele zdziałają. Wierzę, że coraz liczniejsze różnorodne inicjatywy w końcu osiągną masę krytyczną, pozwalającą na pozytywny przełom. 

Stołeczność zobowiązuje. Na dodatek jesteśmy miastem uniwersyteckim. To z Olsztyna mogą rozchodzić się po regionie dobre rozwiązania i nowy styl życia. Styl przyjazny planecie i ludziom. Możemy promieniować kapitałem ludzkim. Dajmy mu tylko warunki do zaistnienia i rozwoju. Tu i teraz, w Olsztynie. Tak jak z łąkami kwietnymi – trzeba strwożyć miejsce i pozwolić rosnąć. Efekty będą widoczne za jakiś czas. Miasto może być dobrym ogrodnikiem. Miasto w sensie mieszkańców i wybranych władz.

Przejście od zaniedbanego blokowiska do parku kieszonkowego jest jak detoks. Wymaga czasu i ciągłego działania. Musimy liczyć się z czasowymi, negatywnymi zachowaniami. Potrzeba wytrwałości.

I jeszcze jeden przykład: wystawa w przestrzeni publicznej. To nic, że wszystkie prace w ciągu 2-3 tygodni rozkradziono (detoks społeczny musi trochę potrwać). Ale gdyby nie podwórko z zielenią, to nie można byłoby tego zorganizować.


Wywiad w Gazecie Wyborczej wersja internetowa.

07.05.2021

Czy przez rok zdalnej edukacji inaczej patrzysz na siebie i swoją przyszłość?

Autor grafiki - Mateusz Łysek
 

Pytanie zawarte w grafice skierowane jest do uczniów. Takie mniej więcej pytania zaproponowali nauczyciele (skupieni w grupie Superbelfrów) by zadać uczniom na powitanie w szkole, po długiej przerwie w kontaktach bezpośrednich. Nie sprawdziany i nadrabianie zaległości lecz kilka ważnych pytań. Bo może wcale żadnych zaległości po prostu nie ma. W edukacji nie chodzi o realizację podręczników czy przygotowanie do egzaminów. Kryzysowa sytuacja pozwoliła nam wiele przemyśleć. Jest czas podzielić się refleksjami nad sobą i nad edukacją.

Tak jak uczeń, spróbuję i ja odpowiedzieć na postawione w grafice pytanie. Tak, stało się. Inaczej patrzę na siebie i na moją przyszłość. Na przyszłość edukacji i tego, jak powinien wyglądać uniwersytet i szkoła w ogóle. Myśli te dojrzewały od dawna ale długa, zdalna edukacja przyspieszyła dojrzewanie refleksji. Ten kryzys jest zbyt cenny by go zmarnować. Po roku zdalnej edukacji wyraźniej dostrzegam to, co i tak już wcześniej się pojawiało.

Przyszłość nie będzie łatwa i bezproblemowa. Mam na myśli nie tylko globalne zmiany klimatu i nasilające się zmiany społeczne. Rok zdalnej edukacji pokazał mi jak wiele muszę się jeszcze nauczyć. I to tuż przed emeryturą. Nie da się dotrwać ze starymi nawykami. Zmieniło się dużo. Zbyt dużo.

Wracam do nauczania stacjonarnego by przygotować się... do nauczania hybrydowego z elementami nauczania zdalnego. Dostrzegłem swoje braki i zapóźnienie. I wiem, że czeka mnie i nas długa, gorąca dyskusja o edukacji. Nie możemy przespać kolejnych lat. 

Inaczej patrzę na relacje w edukacji. Kiedyś w dużo większym stopniu nawiązywały się one w czasie pracy w kole naukowym i na długich wyjazdach terenowych w trakcie praktyk wakacyjnych. Zniknęły te możliwości a nic innego się nie pojawiało. Ponad 20 lat temu, gdy powstawał Uniwersytet Warmińsko-Mazurski w Olsztynie, dużo pisałem i mówiłem o wybieralności zajęć, o modułach i wielu ścieżkach edukacji, o tutoringu i o tym, żeby zmienić studiowaniu by przypominało pracę w kole naukowych (bez ocen ale z zainteresowania i tworzenia relacji). Można powiedzieć, przegrałem te wszystkie dyskusje. Teraz dobitniej widzę, że miałem rację i należało jeszcze intensywniej o takie zmiany zabiegać. Może teraz, po wielu doświadczeniach, łatwiej będzie przekonywać innych do takich zmian w studiowaniu? Może tym razem nie będą to pojedyncze głosy wołających na puszczy?

Co spowodowało, że inaczej patrzę na siebie i na przyszłość? Znalezienie się w nowych i stresowych sytuacjach, doświadczenie braku bezpośrednich relacji i bezpośrednich spotkań. I w końcu braków w swoich umiejętnościach cyfrowych. Owszem, moje umiejętności są powyżej średniej przeciętnej w środowisku akademickim. A skoro tak, to skala problemów jest ogromna. Skoro ja się obawiam i nie daję rady, to inni może w jeszcze większym stopniu? 

Były też zmiany pozytywne. Tylu szkoleń dydaktycznych, skierowanych do kadry akademickiej, nigdy wcześniej nie było u nas. Może będzie to trwały trend inwestowania w kapitał ludzki? Może zderzamy się z silniejszą konkurencją i to nas wyrwie z letargu? Bo skoro zdalnie można studiować to potencjalni kandydaci nie są przywiązani do ziemi jak chłop pańszczyźniany. A skoro tak, to może będą bardziej wybierać a mniej musieć (bo blisko domu). 

Mijający rok bardziej uświadomił mi jak bardzo moje środowisko i moje miejsce pracy jest "na zakręcie". Można będzie spodziewać się różnorodnych postaw, wynikających z syndromu tonącej tratwy i chaotycznego wypychania innych za burtę. Ale może ta trudna sytuacja wykreuje nowych, prospołecznych liderów i postawy diametralnie inne, nastawione nie na siebie ale na dobro całego uniwersytetu?

A dla Ciebie co i dlaczego się zmieniło w patrzeniu na siebie i Twoją przyszłość? Niezależnie od tego ile masz lat i czy uczysz się czy też nauczasz. Podzielisz się swoimi refleksjami?

06.05.2021

Niektórzy uczniowie obawiają się powrotu do szkół bo się czegoś nauczyli

Autor grafiki: Mateusz Łysek
 

Ponad rok nauki zdalnej sporo zmienił. Niektórzy uczniowie obawiają się powrotu do "normalnej", stacjonarnej szkoły. I nie chodzi tu o ich lenistwo. W czasie zdalnej nauki nauczyli się w kilkadziesiąt sekund wyszukiwać w Internecie potrzebne informacje. Umiejętność bardzo przydatna i nie taka banalna jakby się mogło wydawać. Bo trzeba umieć wybrać właściwe słowa kluczowe a potem wybrać wiarygodną stronę. A jak wrócą do szkoły, to obawiają się, że znowu dostępne będą jedynie wiadomości z książki. A ich nowe umiejętności będą niewykorzystane. Ciężka nauka pójdzie w las?

Przez lata w wielu szkołach zakazane było używanie smartfonów. Tu i tam lamentowano jak niezdrowo jest patrzeć w ekran. A potem przez ponad rok posadzono uczniów przed monitorami i to na znacznie dłużej każdego dnia. Czy po zakończeniu zdalnej nauki znowu do tego wrócimy? Tego się między innymi obawiają uczniowie. Tradycyjna szkoła ponownie zabroni im korzystania z już nabytych kompetencji?

Uczniowie boją się powrotu bo nie wiedzą co zastaną. Oni się zmienili a czy szkoła się przez czas pandemii zmieniła? Może ich obawy są niepotrzebne? Może nauczyciele też przez ten rok się zmienili, czegoś nowego się nauczyli i odkryli nowy świat? Może też chcą inne, lepszej, sensowniejszej edukacji?

Jedno co pewne, to to, że nie zmieniły się "papiery" i przepisy. I w nich równie źle czują się zarówno uczniowie jak i nauczyciele. Nie widać zmian w poczynaniach ani ministerstwa ani kuratoriów. A są bardzo potrzebne. Umocniło się szkodliwe centralne zarządzanie, dyrektorzy szkół mają ograniczone możliwości działania a przecież szkoły są różne i ich możliwości także. Nie da się sensownie wszystkimi szkołami zarządzać z Warszawy. 

Jak zmieniła nas pandemia i zdalna edukacja? Jakie mamy przemyślenia i jakiej szkoły chcemy? Zapraszam do dzielenia się własnymi refleksjami. Jednostkowe obserwacje i spostrzeżenia nie są tak nośne jak głos zbiorowy i refleksja z wielu różnych punktów widzenia. Edukacja bez wątpienia potrzebuje szerokiej debaty. Najpierw by zrozumieć co się stało i jaka jest rzeczywistość. A potem by zaplanować niezbędne zmiany. 


czytaj cz. 1. Edukacja: czego nauczył mnie czas pandemii?

05.05.2021

Edukacja: czego nauczył mnie czas pandemii?

Autor grafiki: Mateusz Łysek
 
W maju 2021 roku dziesiątą rocznicę powstania świętuje grupa Superbelfrów RP.  Na powrót do nauki stacjonarnej i hybrydowej, zamiast "nadrabiania zaległości", proponują refleksję nad ponad rocznym okresem nauczania zdalnego. Potrzebne jest to młodzieży, potrzebne jest to nam. Refleksje jako sposób świętowania to dobry pomysł. Bo zostanie coś trwałego i przydatnego. Przed wyruszeniem  w morze na połów dobrze jest na spokojnie wysuszyć sieci. Bo inaczej te z surowców naturalnych zbutwieją i będą pełne dziur. A próżny to wysiłek łowić dziurawymi sieciami.

Czego nauczył mnie czas pandemii? Sporo się nauczyłem w zakresie nowych technik komunikacji i przekazywania wiedzy z wykorzystaniem programów online. Poszerzyłem swoją wiedzę o narzędziach. Edukacja zdalna nie była dla mnie czymś nowym ale do tej pory wykorzystywałem ją jako element dodatkowy, jako przyszłościową ciekawostkę (okazało się, że przyszłość już jest, tylko nierównomiernie rozłożona). Uczyłem się powoli z komfortem czasowym, że nic mnie nie pogania. Pandemia to zmieniała. Potrzeby okazały się ogromne a mi brakowało wiedzy z zakresu dydaktyki nauczania zdalnego. Uczyłem się więc przez ostatni rok w pośpiechu i nieustającym stresie. By zdążyć. A i tak nie zdążyłem. Zamiast spokojnego profesjonalizmu, opartego na dopracowanych narzędziach i sprawdzonych metodach była improwizacja i poszukiwanie.  

Uczyłem się na kursach, w tym tych prywatnie zakupionych (oczywiście online), uczyłem się w działaniu jako słuchacz różnych form zdalnej komunikacji i edukacji, uczyłem się jako eksperymentujący wykładowcaNajwięcej nauczyłem się w crowdlearningu, w grupach takich jak Superbelfrzy. Najefektywniejsza nauka jest wtedy, gdy wiedza usłyszana/wyczytana/obejrzana od razu jest wdrażana. Samo słuchanie nie wystarczy jeśli samemu nie spróbuje się zrobić, zastosować, zaksperymentować. Nauka przez działanie jest skuteczniejsza.

Czułem i czuję dyskomfort bo dużo umiejętności mi brakuje a te dawne kompetencje okazują się coraz mniej efektywne. Przede wszystkim brakuje mi czasu na przygotowanie przestrzeni edukacyjnej i odpowiednich materiałów. Nawet jeśli już wiem czego trzeba do dobrej edukacji online, to brakuje mi czasu na przygotowanie właściwego środowiska edukacyjnego i dopracowanych narzędzi. Zdalna edukacja to nie jest proste przeniesienie wzorców ze stacjonarnych zajęć. Ten rok był jak nauczanie w budującej się szkole. Mamy plany jak będzie wspaniale wyglądała, ale póki co trzeba uczyć między rusztowaniami, betoniarkami i stosami cegieł. Tymczasowość i prowizorka. 

Co chciałbym dopracować? Stworzyć kursy w Moodle i Genial.ly, napisać sporo treści do tych kursów, przygotować tutoriale, zrobić wiele zdjęć, opracować infografiki, przygotować dużo krótkich filmików, nagrać w formie krótkich wideo i podcastów wykłady itd. Ale jestem w niedoczasie, w prowizorce poskręcanej sznurkami. 

Powoli wracamy do tradycyjnej nauki w kontakcie. Pozostaje mocne przekonanie, że szkoła i uniwersytet mogą być inne niż były do tej pory. I ten proces przemiany już od dłuższego czasu następuje. Pandemia nieco tylko przyspieszyła tę cywilizacyjną ewolucję. Jestem głęboko przekonany, że teraz nadszedł czas na spokojną naukę i przygotowywanie nowego środowiska edukacyjnego z wykorzystaniem narzędzi online. Bo na pewno będzie go więcej nawet po pandemii. Edukacja hybrydowa ma swoje plusy. I pozwoliła nam lepiej zobaczyć zachodzące zmiany w społeczeństwie. Pozwoliła nam lekko podskoczyć by zobaczyć to, co przed nami. A skoro już mniej więcej wiemy, to warto się przygotować do tego, co za zakrętem i pagórkiem. 

A jakie są Twoje refleksje po ponad rocznej zdalnej edukacji? Jako ucznia, studenta, jako nauczyciela, wykładowcy oraz jako rodzica, obywatela? Ważne by je mieć. Ale można jeszcze podzielić się nimi publicznie by skonfrontować z refleksjami innych osób - czy są podobne czy inne?  I po drugie by uczyć się wypowiedzi publicznych, dyskutowania, dopracowywania własnych myśli, ubierania ich w odpowiednie formy przekazu. Te umiejętności i kompetencje miękkie na pewno się przydadzą. 

04.05.2021

Dlaczego naukowcy zajmują się smokami, rusałkami, topielicami i wieszczycami?




Czy to możliwe i pożądane, że świat mitów i bajek, ze smokami włącznie, przenika do laboratoriów badawczych? Czy zaciera się granica między myśleniem magicznym a metodologią naukową? Czasy mamy tak dziwne, że być może i nie zdziwi obecność smoków, rusałek, świtezianek i innych demonów w naukowych publikacjach biologów. Tak, nie o etnografów czy literaturoznawców chodzi a o przyrodników z krwi kości. Nic, tylko załamywać ręce i się użalać nad upadkiem współczesnej cywilizacji? Bez obaw, opowiem o całkiem sympatycznym przenikaniu się świata bajki i fantazji ze światem przyrodniczym. Szkiełko i oko przenika się z romantycznym czuciem i sercem całkiem bezpiecznie.

Dawno, dawno temu ludzki świat wiedzy był przemieszany. Jak komórki macierzyste, wszystko w jednym, niezróżnicowane i o potencjale na specjalizację. Fantazje, mity i baśnie integralnie związane były z ludzką wiedzą, nie było granicy. Potem się rozdzieliły i tak powstała nauka oparta o obiektywne metody poznania. A mity z magicznymi demonami dalej żyły w osobnej części ludzkiej kreatywności. Zdawałoby się ze najróżniejsze smoki i rusałki raz na zawsze oddzielone zostały od obiektywnie istniejącego świata przyrody. Brzytwa Okhama (nie mnożyć bytów ponad potrzebę) raz na zawsze oddzieliła fantastyczne spekulacje od naukowo obserwowanych zjawisk. 

Bogactwo przyrody przekracza nawet ludzką bogatą fantazję. A gatunków do nazwania jest niezmiernie dużo. Tak dużo, że słów i fantazji brakuje. Dlatego czasem mityczne i baśniowe postacie pojawiają się w biologii. Nauka schodzi na psy? Nic z tych rzeczy. Nadaje dawnym słowom inne znaczenie, niejako wprowadza te słowa ponownie do obiegu ale z innym znaczeniem.

Świat przyrody i fantastycznej baśni przenikają się. Pisarze, gawędziarze i poeci zawsze czerpali inspiracje z otaczającego nas świata przyrody. Za pomocą zwierząt czy roślin opowiadali o… człowieku i problemach społecznych. To z jednej strony ucieczka przed cenzurą, z drugiej próba uogólnienia. By nie skupiać się na jakiejś konkretnej osobie ale zjawisku i uogólnionym wzorcu. W tym sensie baśń to pierwsza, mało precyzyjna forma uogólnienia naukowego. Swoisty model.

A czy w drugą stronę też następuje przepływ inspiracji? Tak. Naukowcy czerpią z mitów i baśni. Wiele terminów naukowych swój źródłosłów bierze na przykład z mitologii greckiej czy rzymskiej (np. hipoteza Gai, hipoteza Medei – to w odniesieniu do modeli biosfery). Nowożytna nauka narodziła się w kręgu cywilizacji grecko-łacińskiej ale już dawno rozeszła się po wszystkich kontynentach i kulturach. I czerpie z szerokich zasobów kultury, mitów i baśni wielu narodów, wielu kultur.  

W XIX wieku, gdy biolodzy nazywali odkrywane bogactwo gatunkowe istot żywych, a istniejące nazwy ludowe roślin, grzybów i zwierząt były niewystarczające do nazwania ogromnej różnorodności biologicznej, wtedy poza nazwami naukowymi (łacińskimi) polscy przyrodniczy zaczęli wymyślać nowe nazwy zwyczajowe (polskie). Wykorzystali między innymi słowiańską demonologię i tak pojawiły się w nazwach owadów świtezianki (ważki), rusałki (motyle), topielice (pluskwiak wodny), wieszczyce (chruściki) i wiele, wiele innych. Przemijający świat mitów i dawnej kultury w jakimś stopniu został utrwalony w nazwach gatunkowych. Ocalony od zapomnienia. W tamtym czasie, jeszcze w okresie zaborów, był to jeszcze jeden sposób na budowanie tożsamości narodowej i nobilitowanie polskiej kultury.

Dowcip i czerpanie z rodzimej kultury jest stałym elementem nauki. Na przykład na początku XXI wieku polscy naukowcy powołali do życia Smoka Wawelskiego. I nie chodzi o jaką wersję Parku Jurajskiego a więc eksperymenty genetyczne i przywracanie do życia wymarłych gatunków - bo czyż można w ten sposób ożywić postacie mitologiczne? Po prostu jednemu z odkrytych dinozaurów nadano nawę naukową Smok wawelski. Zgodnie z kodeksem zoologicznym nazwy gatunkowe są dwuczłonowe i zapisywane w języku łacińskim. Do opisu ogromnej różnorodności już dawno zabrakło słów łacińskich (nazwy gatunkowe nie mogą się powtarzać) dlatego od biolodzy tworzą słowa, które przypominają łacinę. Używane są nazwiska (dla uhonorowania naukowców), imiona oraz postacie mityczne. W taki sposób Smok wawelski (nazwy naukowe, łacińskie zapisujemy kursywą, a pierwszy człon odnoszący się do nazwy rodzaju, pisany jest dużą literą) trafił do podręczników zoologii i paleontologii.

Smok wawelski narodził się dla świata nauki w 2010 roku… i to od razu jako dawno wymarły gatunek. Tylko biolodzy potrafią wykreować takie paradoksy: narodził się jako wymarły od wielu milionów lat…. Teraz Smok wawelski trafił na międzynarodowe, naukowe salony i będzie o nim rozprawiało całkiem poważnie wielu naukowców aż po wsze czasy. Oczywiście, bez związku z szewczykiem Dratewką. Tu mała dygresja – sposób zapisu ma znaczenie. Co innego znaczy lód a co innego lud. To wiemy. Ale Smok wawerski to gatunek dinozaura a Smok Wawelski to postać bajkowa . Natomiast polska nazwa dla tego gatunku będzie brzmiała: smok wawelski. Niewielka różnica zapisu, nie każdy od razu dostrzeże różnice, a sens zupełnie inny: nazwa gatunkowa, nazwa zwyczajowa (polska) i nazwa postaci mitycznej, baśniowej. Te różnice zapisu są niewielkie a przy nieprecyzyjnym zapisie w internetowym słowniku PWM i słabej wiedzy przyrodniczej w wielu książkach i artykułach pojawiają się błędy w zapisie nazwy gatunkowej człowieka: Homo sapiens to nie to samo co homo sapiens

Nie tak dawno dr Katarzyna Grzelak z Uniwersytetu Łódzkiego opisała trzy nowe dla nauki gatunki morskich bezkręgowców – ryjkogłowych (Kinorhyncha). Te małe „robaki" żyją w morzach i oceanach. Dr Grzelak gatunkom złowionym w rejonie Spitsbergenu nadała nazwy, zaczerpnięte z „Gry o Tron". Tak pojawiły się dwa nowe i żyjące współcześnie: Echinoderes drogoni (na cześć smoka Drogona) i Echinoderes rhaegali (ku pamięci smoka Rhaegala). Jesli więc drogi Czytelniku usłyszysz o żyjących wspołczesnie smokach, dopytaj o szczegóły. 

Nie dziwcie się także, gdy spotkacie w książkach naukowych Dziwneono. Dziwnie brzmi tylko dla Polaków, dla reszty świata naukowego to nazwa rodzajowa australijskich pluskwiaków. Rodzaj został opisany w 1972 przez Irenę Dworakowską. Oto przykład gatunków z tego rodzaju: Dziwneono alfa, Dziwneono olszewskii, Dziwneono etcetera. Dowcipnie wzbogacona różnorodność biologiczna.

Tak, biolodzy tworzą dziwny o jakich się nawet pisarzom nie śniło. Ani filozofom.


Rozszerzona wersja felietonu dla VariArtu. Na zdjęciu prace Marzeny Dadasiewicz, wystawa Grupy A*R*T w Bibliotece Uniwersyteckiej. 

03.05.2021

Malowanie butelek to za mało - trzeba zmienić styl życia jeszcze bardziej

Od kilkunastu lat staram się zmniejszyć zużycie opakowań by w taki sposób zmniejszyć ilość zużywanych surowców i produkowanych śmieci. Noszę torby szmaciane by nie używać foliowych jednorazówek. Na pieczywo i warzywa luzem używam uszytych z firanek torebek. To wszystko za mało. Trzeba zwiększyć reusung, upcykling i recykling jeszcze bardziej. A zwłaszcza mnie wytwarzać odpadów.

Nie jestem w stanie pomalować wszystkich butelek i słoików, które sam wytwarzam. Bo brakuje tych kaucjonowanych. Dzisiaj przy śniadaniu z żoną postanowiliśmy nosić do sklepu słoiki i pudełka plastikowe by nie brać jednorazowych opakowań. Owszem, brakuje rozwiązań systemowych. Codziennym działaniem trzeba te rozwiązania wymuszać. Bo katastrofa jest już bardzo blisko. Nie można czekać, aż stanie się "samo", że inni to zrobią.

Maluję butelki by wskazać na ich wartość. By im tę wartość użytkową przywrócić. Bo może jak umyta, pozbawiona przemijających etykiet i z malowanymi elementami, wskazującymi na rękodzieło, na powrót uzyskają wartość. Wkładam swój czas, swoją troskę. I swoje przemyślenia. Butelka staje się unikalna, niepowtarzalna, wyjątkowa. Przestaje być towarem masowym. Może wtedy inny człowiek dostrzeże w niej wartość i nie wyrzuci. Zacznie używać jako ozdoby lub naczynia użytkowego, wielokrotnego użytku?

Malowanie butelek i słoików to ciągle za mało. Cierpimy na degradujący środowisko i człowieka nadmiar. Jako społeczeństwo potrafimy nawet prawidłowo recyklingować. Nie mówiąc już korzystaniu z opakowań wielokrotnego użytku. Śmieci zalegają w każdym miejscu, szpecą przyrodę, w ludziach wywołują estetyczny dyskomfort i wzmacniają destrukcyjne odruchy. 

Nie przestanę malować i rozdawać swoich prac (by w ten sposób prowokować do dyskusji i przemyśleń). Muszę zrobić coś więcej. 

Nie ma rzeczy i ludzi niepotrzebnych. We wspólnym malowaniu dostrzegam możliwość refleksji nad światem i przyszłością. 

A na powyższej butelce namalowany jest chrząszcz z rodziny biegaczowatych (Carabidae). Butelka była na wystawie i z pozostałymi gdzieś zaginęła. Szkoda. A jeszcze bardziej żal ginącego pod zwałami śmieci i naszej konsumpcji świata wokół nas.