30.10.2019

Kisielec, trzęsak czy masło wiedźm?


W ostatnich dniach marca 2017 roku (a potem w lutym 2019), na brzegu osuszonego jeziora Płuciduga Mała, spotkałem w Olsztynie grzyba o nazwie masło wiedźm. Tyle, że jest to tłumaczenie z języka angielskiego - witches’ butter. Zatem nazwa z wiedźmą powstała na Wyspach Brytyjskich a nie u nas. Niemniej chodzi o grzyba u nas występującego - trzęsaka pomarańczowożółtego (Tremella mesenterica Retz). W polskim piśmiennictwie gatunek ten występuje także pod nazwami: kisielec pomarańczowy, galaretowiec kruszkowy, galaretowiec pospolity, móżdżak kruszkowy, trzęsidło pomarańczowe, trzęsak pomarańczowy i trzęsak złotożółty. Nie jest trujący ale uważany za niejadalny. Nie odznacza się żadnym smakiem ani zapachem, jest galaretowatej konsystencji. Mało apetyczny. W naszej tradycji nie został powiązany z wiedźmami czy mocami nieczystymi. Nie został jeszcze dołączony do tradycji kulinarnej. Być może to dopiero nastąpi..

Jakiś czas temu, zainspirowany ludowymi nazwami roślin, grzybów i owadów, zająłem się na serio tropieniem czarownic i wiedźm. Jak się okazało, dość powszechnie występują w przyrodzie, chociaż o jakieś czarodziejskie właściwości trudno je posądzać. Jak podaje Moszyński w „Kulturze ludowej Słowian” ćma zmierzchnica (Sphinx, a więc jakiś zawisak) jest uważana z jednej strony za bardzo częste wcielenie duszy ludzkiej (lub po prostu za tę osobę), z drugiej zaś za wcieloną duszę wiedźmy lub zmory.

Mamy więc jakiś entomologiczny i przyrodniczy aspekt poszukiwania genezy wiedźm. Nie wiem, czy chodziło Moszyńskiemu o zmierzchnicę trupią główkę, czy dowolną ćmę z grupy zawisaków (albo jakąkolwiek dużą ćmę). Sama zmierzchnica trupia główka u nas rzadko się pojawiała. To motyl śródziemnomorski. Więc może w wierzeniach ludowych chodziło o ćmę w ogóle lub ćmę z rodziny zawisakowatych. Ewentualnie jest to kulturowe zapożyczenie, które do tradycji ludowej trafiło z książek poprzez kościół lub pański dwór.

Z kolei u Erazma Majeckiego (Słownik nazwisk zoologicznych i botanicznych z 1889 roku) pod polską nazwą „wiedźma” kryje się motyl Nymphalis velleda. Niestety nie mogę odszukać współczesnej, naukowej nazwy tego owada. Majecki użył chyba jakiegoś starszego synonimu. Natomiast pod nazwą „czarownica” kryła się u niego Circaea - roślina, zwana także czarnokwit, czarownik, czartawa, czartownik, czyrnidło, niewieście psiny.

Czartawa pospolita (Circaea lutetiana L.) to gatunek rośliny wieloletniej z rodziny wiesiołkowatych. Występuje w całej Europie, na znacznym obszarze Azji oraz w Afryce Północnej. W Polsce gatunek ten jest stosunkowo częsty i pospolity. U Majeckiego zapisana także pod nazwami: czarownica paryzka, czarownik, psiny niewieście (te psiny niewieście mocno mnie zastanawiają, co to znaczy i skąd się wzięło). W rusińskim - czarnocvit, w chorwackim - vilenicka trawa, bahornica, carownik. Nie mogłem doszukać się wykorzystanie tejże rośliny w medycynie ludowej. Natomiast jako czarownik, czarnokwit, niewieście psiny wymieniana jest w „Zielniku czarodziejskim to jest zbiór przesądów o roślinach” Józefa Rostafińskiego z dopiskiem „Circe zamieniała nim ludzi w bestye rozmaite, w kamienie, drzewa i cokolwiek chciała”. Wskazywałoby to na zapożyczenie z kultury śródziemnomorskiej.

Więcej doszukałem się w „Medycynie dawnej i współczesnej” Henryka Różańskiego: „W zielu czartawy występują flawonoidy (witeksyna, izowiteksyna, wicenina, orientyna w formie glikozydowej), leukoantocyjany, kwas synapinowy, cynamonowy, galusowy, kawowy i ferulowy. Surowcem jest ziele zbierane do jesieni, najlepiej w czasie kwitnienia i owocowania. Ziele z owocami zawiera więcej fitosteroli niż przed kwitnieniem. Herbatka z ziela czartawy działa odtruwająco i moczopędnie, nieznacznie wpływ na układ krążenia. W większych dawkach może mieć ochronny wpływ na wątrobę i rozkurczowy na drogi żółciowe, wreszcie żółciopędny. Prawdopodobnie poprawia też krążenie oczne i stabilizuje strukturę ścian naczyń krwionośnych. Napar nadaje się do codziennego picia zamiast herbaty, jest smaczny i zawiera antyoksydanty oraz wymiatacze wolnych rodników, substancje hamujące generalnie stany zapalne i rozkurczowe na mięśnie gładkie.(…) Dawki naparu z czartawy: zioło całkowicie bezpieczne, napar można pić szklankami. Wykazuje synergizm z głogiem, nawłocią, kaliną (kwiat i owoc), liściem i owocem borówki, diosminą, fiołkiem trójbarwnym, pokrzywą, wiesiołkiem, miłorzębem i glistnikiem.” Nie wiem czy te właściwości są potwierdzone medycznie i czy są to współczesne ustalenia czy też może pochodzą z przeszłości (utrwalone w tradycji ludowej). Bo przecież w każdym zielu coś się znajdzie, jeśli tylko poddać naukowej analizie. Mam na myśli różnorodne substancje biologicznie czynne. Można sądzić, że „magiczne” właściwości czartawy zawędrowały do nas wraz z literaturą starożytną (przez piśmienny kościół lub dwór). Mało prawdopodobne, by była umocowana w dawnej tradycji prasłowiańskiej. 


Znalazłem jeszcze grzyb o nazwie masło wiedźm, o którym już było wyżej. W polskim piśmiennictwie gatunek ten występuje także pod nazwami: kisielec pomarańczowy, galaretowiec kruszkowy, galaretowiec pospolity, móżdżak kruszkowy, trzęsidło pomarańczowe, trzęsak pomarańczowy i trzęsak złotożółty. Nie jest trujący, ale uważany za niejadalny. Nie odznacza się żadnym smakiem ani zapachem, jest galaretowatej konsystencji. Mało apetyczny. W naszej tradycji nie został powiązany z wiedźmami czy mocami nieczystymi. W tradycji anglosaskiej, a co za tym idzie i w języku angielskim, więcej grzybów nosi nazwy diabelskie i czarownicze: witch’s hat - kapelusz czarownicy (wilgotnica czerniejąca Hygrocybe conica, grzyb lekko trujący, powoduje zaburzenia trawienne), destroying angel - niszczycielski anioł (muchomor jadowity - ten na pewno jest trujący), devil’s urn - urna diabła. W jakimś stopniu można zaliczyć także dead man’s fingers (palce trupa, palce umarlaka). W polskie tradycji mamy tylko trującego „szatana” - borowika szatańskiego Rubroboletus satanas.

Dużo więcej demonów słowiańskich i prasłowiańskich kryje się w nazwach owadów takich jak wieszczki, wieszczyce, rusałki, świtezianki, topielice, żyrytwy itd. Dużo jest także w nazwach roślin (np. czarcie żebro itd.).

Tymczasem jesienną czy zimową porą można porozglądać się za masłem wiedźm lub uchem Judasza (też grzyb).

29.10.2019

Czy i jak można policzyć i zmierzyć ulotne piękno przyrody?

Romantyczna duchowość przeciwstawiana jest pozytywistycznemu pragmatyzmowi, duchowość - matematyce. A przecież matematyka tez jest piękna. Przez matematykę i liczby poszukujemy piękna i sensu. Nawet artyści.

A czy można i czy warto mierzyć pozytywistycznym szkiełkiem i okiem przyrodę wokół nas? I czy 10 lat wystarczy by zważyć, policzyć, pomierzyć różnorodność biologiczną biosfery? A może wystarczy się zachwycać przyrodą nas otaczająca, jakże rożną o każdej porze roku? Czy szkiełko i oko nie zakrywa nam piękna i nie utrudnia cieszenia się ulotnym światem wokół nas? Czy uczucia (emocje) czasem nie bardziej przemawiają do nas, ludzi zamieszkujących globalną wioskę początków XX wieku? Emocje przeciw liczbom, wrażenia przeciw obiektywnym faktom....

Nauki przyrodnicze, w tym biologia, której jestem szeregowym pracownikiem i pasjonatem za razem, posługują się liczbami, wagami, miernikami najróżniejszego rodzaju. Zobaczyć, dotknąć, eksperymentować, pomierzyć okiem uzbrojonym w najnowocześniejszą aparaturę.

Język matematyki staje się niezbędny w opisywaniu olbrzymiej różnorodności biologicznej. Za dużo na nasz społeczny umysł, nawet jeśli zbiorowo z innymi umysłami współpracuje. Co więcej, matematyka pomaga zrozumieć przyrodniczą złożoność. Szkiełko, suwmiarka i komputery pomagają zrozumieć przyrodę? Tak. Bo matematyka jest specyficznym językiem. Dzięki liczbom, wykresom, złożonym statystycznym analizom, dostrzegamy to, co gołym okiem nie widać. Nie zobaczymy tego ani intuicją, ani emocjami. Ani nawet przez mikroskop, chromatograf, cytometr przepływowy, spektrofotometr, amplifikator etc. Duża ilość danych wymyka się ludzkiemu mózgowi. Dodatkowe wsparcie mocy obliczeniowej sztucznej inteligencji (Big Data) pozwala zobaczyć niewidoczne. I pozwala zrozumieć. Bo przecież o zrozumienie i sens chodzi. Na dodatek piękno ma często wymiar matematyczny.

Bez wątpienia żyjemy w świecie liczb. Tyle tylko, że nie wszystko liczymy - choć moglibyśmy. Nasza uwaga znacznie bardziej skupia się na ekonomii, na PKB, zysku, procentach, odsetkach niż na… bioróżnorodności. Pt jakieś tak roślinki i żabki.... Choć nie wszystko da się (jeszcze) zmierzyć i policzyć, to matematyczny obraz piękna przyrody pozwola nam zrozumieć świat. Także ten ludzki, społeczny. Ale niektórych nawet liczby nie przekonają, nawet nagie, wymierne fakty. Dalej pozostają przy płaskiej Ziemi, przy negowaniu antropogenicznego ocieplenia klimatu, przy przemilczaniu masowego wymierania gatunków. Liczby nie do każdego przemawiają. Emocje są jak zabrudzone szkło w okularach – patrzysz a i tak nic nie dostrzegasz. Albo dostrzegasz zupełnie inaczej.

Po cichu lecz nieubłaganie zbliża się do końca ONZ-etowska Dekada Ochrony Bioróżnorodności (2011-2020). A wcześniej był rok bioróżnorodności (2010). Czyli w sumie nawet 11 lat. Ponad 7 miliardów ludzi na Ziemi, około 10 lat aktywności. Ogromny potencjał i wystarczająco dużo czasu. A nawet nie zdążyliśmy policzyć i opisać współcześnie żyjących bakterii, archeonów, jednokomórkowców, grzybów, roślin i zwierząt.

Trwa wielkie, antropogeniczne wymieranie. W ciągu tych zaledwie 10-ciu lat wiele gatunków bezpowrotnie wymarło, zanim zdążyliśmy je zobaczyć, policzyć i opisać naukowo. Zanim zdążyliśmy się dowiedzieć, że były. Niepoliczalne i niemierzalne piękno przyrody. Nie ma nawet najmniejszych śladów. To tak jakby na makulaturę oddano wiele zupełnie przez nikogo nie przeczytanych książek, nie wysłuchanych przez nikogo nagranych piosenek, nigdy nie obejrzanych spektakli teatralnych. Żal utraconego i nieprzeżytego? Pewnie, że żal.

Był i jest potencjał kilku miliardów oczu patrzących na świat, setek milionów ludzi wykształconych, potrafiących pisać i stosować metodologię naukową. Było komu, było jak… Mimo to nie policzyliśmy. Zajęci byliśmy czymś innym. I nawet nie wiemy ile gatunków żyło na Ziemi w czasie trwania Dekady Ochrony Bioróżnorodności. W rezultacie nie bardzo wiemy co i jak się zmienia. Z ostatnio opublikowanych dany wynika, że w Europie Zachodniej w krajobrazach rolniczych ubyło do 70% biomasy owadów. To bardzo niepokojące dane. Wypadałoby je dokładniej sprawdzić. Ale do tego trzeba wielu szkiełek i oczu... A jak jest u nas z owadami i całą bioróżnorodnością? Gospodarka zapatrzona w liczby nie bardzo dostrzega mierzalnych zmian w bioróżnorodności oraz nie chce zauważyć katastrofalnego w skutkach ocieplenia klimatu. Nie lubimy analizować wykresów? Nie ufamy ekspertom? Efekt Krugera-Dunninga...

Liczymy i wydajemy (policzone) pieniądze na coraz większą produkcję, zakupy, konsumpcję i produkcję odpadów. Towary sztucznie postarzamy by szybciej się zużywały i by było można jeszcze więcej produkować, jeszcze więcej konsumować. Rosną liczby w PKB. Ale rosną i góry śmieci a jednocześnie kurczą się nieodnawialne zasoby środowiska. Tylko niektórzy dostrzegają negatywne zmiany i opisują je liczbami. Wśród nich są ekolodzy wołający na puszczy i młodzi ludzie organizujący strajki klimatyczne. I poeci piszący niechciane wiersze. Bez liczb nie widzielibyśmy zmian w otaczającej nas przyrodzie, w tym tych niepokojąco negatywnych i zagrażających naszemu dalszemu życiu na Ziemi. Liczby zbyt mocno uwierają naszą duszę?

Kultura może być także policzalna (mierzalna). Różnorodność w kulturze jest tak samo ważna jak różnorodność biologiczna. Nieustannie wymierają języki, bezpowrotnie zanikają opowieści oraz doświadczenia różnych grup etnicznych i kulturowych. Ginie nasze dziedzictwo. Już niepotrzebne? Dzięki liczbom możemy dostrzec ten rosnący brak. Wiele kultur zniknie, zanim je opiszemy, dostrzeżemy, policzymy, co umożliwiłoby teraźniejsze i późniejsze analizy. By szukać sensu i piękna otaczającego nas świata przyrodniczego i kulturowego. Chyba, że policzą za nas komputery i roboty. Bo być może nastanie czas sztucznej inteligencji. Z coraz mniejszym udziałem człowieka….

Przyrodę można kontemplować. Albo liczyć i mierzyć. Jedno drugiemu nie przeszkadza a nawet wzajemnie się wzmacnia i komplementarnie dopełnia. Poznaj więc liczby by zrozumieć świat i odnaleźć w nim sens.

(rozszerzona wersja felietonu"kij w mrowisko", wysłana do pisma VariArt)

(Landart gdzieś we Francji, w arboretum)

27.10.2019

Czy to prawda, że studenci wolą milczeć na zajęciach bo boją się hejtu swoich kolegów i koleżanek ?


W różnych dyskusjach na temat przyczyn bierności oraz sposobów aktywizowania studentów na wykładach i na ćwiczeniach koleżanka powiedziała mi, że studenci obawiają się koleżeńskich komentarzy. Boją się wypowiadać na głos w czasie zajęć w obawie przed reakcjami swoich koleżanek i kolegów, boją się wypowiadanych złośliwości i obśmiewania w analogowych plotkach-komentarzach jak i hejtujących komentarzach internetowych.

Do tej pory uważałem, że ewentualnie boją się krytyki i oceniania ze strony prowadzących zajęcia (a wcześniej nauczycieli), dlatego tak niechętnie i ostrożnie zabierają głos na zajęciach (boją się popełnić błędu, który byłby złośliwie skomentowany). Czy takie zjawisko wewnątrzgrupowego krytykowania rzeczywiście istnieje na tyle wyraźnie, że zniechęca do częstego zabierania głosu i analizowania się w dyskusje na zajęciach? I jak ewentualnie przeciwdziałać tym negatywnym procesom, jak tworzyć przyjazne środowisko edukacyjne?

Zwracam się z prośbą o opinie i wypowiedzi (w komentarzach pod wpisem), także anonimowe. Jestem po prostu ciekawy i chciałbym mieć realistyczny obraz rzeczywistości akademickiej.

20.10.2019

Jaja czarownicy (wiedźmy) czyli dlaczego świat widzimy podwójnie

(Jajo wiedźmy, które w lesie spotkać można,
zdjęcie: https://vk.com/public57599674)
Etnograficzne spojrzenie w przeszłość jest dla mnie okazją do refleksji nad tym jak dawniej ludzie rozumieli świat. Ot choćby takie jaja czarownicy (wiedźmy). Rosną w ziemi. Czasem zwane są czarcimi jajami lub okiem smoka. Skąd takie połączenie bytów magicznych z przyrodniczą rzeczywistością? I dlaczego teraz, patrząc na to samo, inaczej postrzegamy rzeczywistość? Fakt - rzadziej bywamy w lesie, stąd i jaja czarownicy znamy raczej z obrazków w internecie niż osobistego doświadczenia.

Rozumienie przyrody i interpretacja otaczającego nas świata dokonuje się przez to, co widzimy, z czym się stykamy oraz przez pryzmat tego, co już wiemy, co sobie wyobrażamy. Świat widzimy podwójnie: z zewnątrz (obserwowane fakty) jak i z wewnątrz – poprzez nasz już istniejący system wiedzy, model świata. Dlatego ludzie patrzą na to samo… a co innego widzą (w sensie dostrzegają, interpretują). Wiedza jest systemem – ma postać rozwijającego się organizmu (organizmalne, systemowe podejście do wiedzy): rośnie, powiększa się przez nowe fakty, ale i stale się przebudowuje, restrukturyzuje. Jak rozwijający się owad: najpierw jajo, potem larwa, poczwarka i w końcu imagines. Rośnie na wielkość ale i zmienia się. Wiedza nie jest murem z cegieł, który rośnie przez proste sumowanie, dodawanie kolejnych cegiełek.

Jeśli tak spojrzeć na edukację, to inaczej zorganizujemy środowisko edukacyjne – bardziej jako inkubator, a nie jako taśmę produkcyjną. Jeśli więc znajdziemy czarcie jako lub jajo czarownicy… to przydałby się jakiś inkubator. Wtedy zobaczymy co z niego się wykluje.

Kilka lat temu umieściłem obrazek, z czarcimi jajami w słoikach, z zadaniem dla studentów (element dydaktycznej grywalizacji): „Zadanie dla dociekliwych Niziołków o zacięciu przyrodniczym. Co to jest w tych słoikach i czy daje się zjeść. Ewentualnie do czego służy. Za rozwiązanie nagroda czeka. Bo w słoikach jakieś magiczne rzeczy się znajdują. To i nagroda będzie należyta.” I znowu studenci mnie zaskoczyli szybkością znalezienia odpowiedzi. „Czyżby to był niejadalny sromotnik smrodliwy?” „Sromotnik smrodliwy. (…) strona w języku rosyjskim i choć tego języka nie znam to przy pomocy różnych narzędzi stwierdzam, że możliwym jest to, że jest to zjadliwe w takowej formie. Nawet wypisane są potencjalne skutki pozytywne takie jak np. zapobieganie nowotworom.” „i jest nawet coś w języku polskim czyli w słoiku jest sromotnik zalany wódką/spirytusem”, „Czy są to młode owocniki sromotnika smrodliwego w kształcie jaja-nazywane czarcimi jajami? Wbrew pozorom młode owocniki są jadalne i całkiem smaczne. Owoce po przekrojeniu przypominają oko smoka. No i można przygotować nalewkę. Mają one właściwości prozdrowotne.

Teraz już wiadomo co to za obiekt i że kiedyś nazywano młode owocniki czarcimi jajami. O oku smoka nie słyszałem. Ani o wyskoczce ani o jajach wiedźmy. Mówią też o tym „śmierdząca morel”, ale to chyba nie bardzo magiczne…. „Kobiety stosowały rozdrobnione świeże grzyby wymieszane ze śmietaną, jako maseczkę odmładzającą. Zmarszczki się wygładzały, a kobiety były odmłodzone. Mówi się, że sromotnik ma właściwości pobudzające popęd płciowy i miłość zarówno u kobiet, jak i u mężczyzn”.

Wydawało mi się, że o sromotniku bezwstydnym sporo już wiedziałem, także w kontekście etnograficznym. Ale w dialogu ze studentami dotarłem do zupełnie nowych określeń – np. jaja czarownicy (wiedźmy). Nic tylko posadzić kwokę i wysiedzi… jakiegoś czarta lub czarownicę (wiedźmę).

Etnograficzne spojrzenie na przyrodę jest podróżą w przeszłość. Można zobaczyć dawne patrzenie na rzeczywistość, gdzie rzeczywistość magiczna miesza się i przenika z rzeczywistością materialną. Wpływać na losy świata można więc nie tylko realnymi działaniami ale i poprzez siły magiczne.

Można byłoby więc pomyśleć, że dawniej ludzie byli ciemni i niewykształceni bo widzieli wszędzie jakieś siły magiczne, czarcie jaja, uroki, zaklęcia, najróżniejsze dziwaczne i oderwane od życia interpretacje. My, w XXI wieku to co innego, wszechstronnie wykształceni i oświeceni. Hmmm. A mi się wydaje że całkiem tacy sami. Bo i teraz szukamy wróżb w internecie lub telewizji, mówimy o płaskiej Ziemi, dewolucji, zamachu w oponie (pisał o tym inżynier), rozpylaniu helu, sztucznej mgle, czarnej wołdze i setce innych legend miejskich czy teorii spiskowych, ruchów antyszczepionkowych, piewcach broni elektromagnetycznej itd. Czym się one różnią od wyśmiewanych przez nas dawnych wierzeniach? Tylko słownictwem.

Ale wróćmy do jaj czarownicy. Przypomina mi się wiosna na wsi, u babci. Wtedy jaja wysiadywała kwoka, nie tylko kurze. Bo jeśli podłożyć jej jajko kacze czy gęsie – to także wysiedzi. A jeśli w lesie zobaczyć coś, co jajo przypomina? Jakieś takie nietypowe, inne. To co z niego może się wylęgnąć? Tylko coś magicznego, demonicznego. Bo wiadomo, że z jaja zawsze się coś wylęgnie. Z czarciego jaja w lesie wyrasta cuchnący owocnik sromotnika, wyglądem przypominającym prącie – sromota w zapachu i wyglądzie! Znowu jakieś odniesienie do płodności. Samo jajko jest symbolem rodzącego się życia, witalności. Nic tylko takie czarcie jajo przynieść do domu i wsadzić pod kwokę. Tak czy siak, musi mieć jakieś cechy magiczne. Być może stąd się bierze ludowe przekonanie o leczniczych właściwościach.

Sromotnik bezwstydny, zwany także sromotnikiem cuchnącym (Phallus impudicus), wydziela zapach dla człowieka nieprzyjemny (padlina z miodem) ale miły dla owadów padlinożernych. Dlatego zwabia muchy. A te roznoszą jego zarodniki. Podobno sromotnik bezwstydny znajduje się w Księdze Rekordów Guinnessa, jako najszybciej rosnący grzyb na świecie (prędkość jego wzrostu osiąga 5 mm na minutę – dosłownie rośnie w oczach). Spotkać go można w lasach liściastych i mieszanych. Częściej go wyczuwamy niż widzimy.

W Rosji grzyby te uznaje się za posiadające właściwości lecznicze (stąd te słoje z młodymi owocnikami) i tam są nawet uprawiane w ogrodach i sadach. Grzyb użytkowy, tak jak pieczarki czy boczniaki. Ale przecież nie na codzienne i zwykłe spożycie. Jako lekarstwo. Lub jakbyśmy modnie powiedzieli – żywność funkcjonalna. Nie mam pojęcia czy przypisywane mu właściwości lecznicze zostały przez kogokolwiek zbadane i potwierdzone, czy też raczej jest to współczesna legenda (mocno zakorzeniona etnograficznie), ubrana w nowe słownictwo i słowa kluczowe. Znajdujemy więc wszystko to, co dla współczesnego człowieka jest ważne: usuwanie z organizmu cholesterolu, normalizacji ciśnienia krwi (znachorzy leczą nadciśnienie za pomocą nalewki ze sromotnika!). Nalewka na wódce zalecana jest na bóle brzucha (w sumie wypić alkohol etylowy nie zaszkodzi, nie wiadomo więc co pomaga), stosowana jest do przemywa ran (i tu również może wystarczyłby sam alkohol?). W internecie można znaleźć informacje, że nalewką z czarcich jaj (lub jak kto woli jajami wiedźmy) leczy się dnę moczanową, choroby nerek, bóle stawów i reumatyzm (tu stosowane zewnętrznie). Jeśli komuś mało to sromotnik jest skuteczny w przypadku raka (choroby nowotworowe), odleżyn, różycy i ukąszeń (nie wiem czego, ale kąsają nas różne zwierzaki małe i duże), bólach zębów, rozwolnieniu, opryszczce. Stymuluje wzrost włosów i leczy łysienie, zwiększa potencję mężczyzn. Czyli dla każdego coś dobrego. Uniwersalne panaceum.

Zebrane czarcie jaja, w przygotowaniu do dalszej obróbki kulinarno-leczniczej. Źródło ilustracji:
http://www.medycynaludowa.com/pl/ksiazka/index.php?id=ks62

Czytaj więcej: Czarcie jajo lub jajo wiedźmy, czyli dlaczego cuchnie w lesie

I jeszcze na koniec ilustracje tego, co z takiego jaja wiedźmy wyrasta - owocnik stomotnika bezwstydnego.



17.10.2019

Opowieść o biedronce oczatce, seksmisji i chorobach wenerycznych u owadów


Oczatka to największa nasza krajowa biedronka. I chyba najpiękniejsza. Z młodości pamiętam, że dużo ich widywałem nad Morzem Bałtyckim, w czasie wakacyjnych wypadów. Co biedronki robią na nadmorskiej plaży? Poleciały na wakacje? Niezupełnie. Oczatka jest związana z lasami iglastymi (o tym dalej), a takowych nie brakuje na nadbałtyckich wydmach. Zniesione przez wiatr nad morze, tam wpadają i wraz z falami pojawiają się na brzegu. Tak jak wiele innych owadów.

Biedronki (biedronkowate, Coccinellidae) to rodzina i chrząszczy (Coleoptera). Należą do najlepiej znanych owadów i dobrze są zakorzenione w kulturze (boże krówki, czytaj Czy biedronka ma biodro, czy biedrzeniec jest plamisty i skąd pochodzi biedrzyga?). Są lubiane, przede wszystkim dlatego, że są ładnie ubarwione i są pożyteczne.

Biedronkowate mają owalny kształt ciała z wyraźnie wypukłymi pokrywami. Między sobą różnią się kolorami. Występuje ponad 2 tys. gatunków na świecie, w Polsce około 80 gatunków. Dlaczego około? Bo znamy co prawda 76 gatunków z Polski, ale nie mamy pewności czy lista jest pełna. Ponadto niektóre gatunki wymierają lokalnie, inny pojawiają się jako gatunki obce, czasem jako inwazyjne. Przecież zupełnie niedawno pojawiała się biedronka azjatycka. Często u biedronek występuje polimorfizm – osobniki tego samego gatunku są różne, jedne z dominacją koloru czerwonego, inne prawie całe czarne. Ewolucjoniści lubią zajmować się tym polimorfizmem, szukając prawidłowości.

Najłatwiej biedronki spotkać w miejscach nasłonecznionych, w parkach, sadach, na łąkach, w ogrodach. Larwy i dorosłe są zazwyczaj drapieżne, odżywiają się mszycami. Jeden z pospolitszych gatunków to biedronka siedmiokropka (Coccinella septempunctata). Często spotykane to także: biedronka dwukropka (Adalia bipunctata), tytułowa oczatka (Anatis ocellata). Żółto-czarno ubarwione są: biedronka mączniakówka (zwana także koszelą, biedronką dwudziestokropką), czy wrzeciążka (Propylea quatuordecimpunctata). Z kolei żółto-pomarańczowe są: gielas dziesięcioplamek (Calvia decemguttata) czy gielas czternastoplamek (Calvia quatuordecimguttata). Czyż polskie nazwy tych owadów nie są sympatyczne?

Dawno oczatki nie widziałem. Teraz najczęściej w Olsztynie widuję biedronki azjatyckie o bardzie różnorodnym i zmiennym ubarwieniu. Dlaczego na zimę biedronki skupiają się w duże „stada”? Częściowo wiąże się to z ich jaskrawym kolorem. Czerwone ubarwienie – zwłaszcza z czarnymi kropkami – odstrasza drapieżniki: ptaki i owady. Kolorowe barwy informują „jestem niesmaczny”. Wszystko dzięki trującym alkaloidom (pyrazyna), obecnym w hemolimfie biedronek. Gdy boża krówka poczuje zagrożenie, wraz z krwią wydziela się zapach, związany z pochodną pyrazyny. Ma bardzo intensywną woń. Ale pyrazyna pozwala biedronkom nie tylko odstraszać drapieżniki lecz także na gromadzenie się jesienią – jest sygnałem informującym o obecności innych biedronek. Zwołują się zapachem. Nasze biedronki siedmiokropki też się zbijają „w stada”. Azjatka jest liczniejsza, dlatego jej skupiska są dla nas tak charakterystyczne i zwracamy na nie uwagę.

Pyrazyna jest wyczuwana przez błonkówki z rodziny męczelnikowatych (typowe parazytoidy). Na przykład taki Dinocampus coccinellae składa jajo w biedronce, a rozwijająca się larwa pożera biedronkę od środka. Wyjada gonady i ciało tłuszczowe a potem uszkadza układ nerwowy i paraliżuje biedronkę. Jeszcze żyje ale się nie może poruszyć. Nazwa męczelnikowatych jest jak najbardziej adekwatna.

U biedronek dwukropek zauważono swoistą „seksmisję”, to znaczy embriony samców zamierają w jajach. Biedronki (larwy) mają zwyczaj zjadać jaja. A że wylęgają się głównie samice to one zjadają owe nierozwinięte embriony męskie, zarażone chorobotwórczymi mikroorganizmami (bakterie zwane zabójcami samców). I zaraża się kolejne pokolenie, w rezultacie eksterminacja samców trwa w najlepsze. W antysamcowy spisek u owadów zamieszane jest niejaka Wolbachia.

Owady także mają swoje choroby weneryczne. Jakiż ten mikro świat podobny do naszego! U biedronek są to ektopasożytnicze grzyby z rodzaju Hesperomyces, przenoszone drogą płciową. I z samcem źle i bez samca jeszcze gorzej. Nawet biedronkowe życie jest ciężkie. Więc nie narzekajmy zbytnio na swoje.

Przejdźmy do oczatki. Gdy w pod koniec kwietnia 2012 roku dyskutowałem ze studentami o ekologii człowieka i ekosystemie miasta, w czasie wykładu na trawniku przyleciała do nas biedronka oczatka. Być może swoją obecnością chciała się włączyć do dyskusji? A skoro biedronki głosu nie mają, warto za nią powiedzieć to, co być może mimochodem chciała przekazać.

Biedronka oczatka (Anatis ocellata L.) jest największą europejską biedronką. Dorosły owad dochodzi do długości 9 mm, larwy są dwukrotnie dłuższe. Jest charakterystycznie ubarwiona – czarne plamy na czerwono-ceglastym tle są otoczone żółtym obramowaniem. Bardzo charakterystyczny jest także czarno-biały rysunek na przedpleczu. Czasem zdarzają się osobniki inaczej ubarwione – bez czarnych plam na pokrywach skrzydłowych (polimorfizm ubarwienia).

Oczatka jest gatunkiem leśnym (preferuje bory sosnowe), związanym z drzewami iglastymi. Jednak od jakiegoś czasu w miastach, w wyniku ogrodniczych nasadzeń, zwiększyła się liczba drzew iglastych. Na skutek tego do miasta zaczęły wnikać ptaki związane z drzewami iglastymi i oczywiście owady, czego oczatka jest przykładem. Obecność tej biedronki jest więc przykładem globalnych zmian synurbizacyjnych i uzależnionym od estetycznych gustów człowieka (pomińmy w tym uogólnieniu przykład biedronek z seksmisją). Jak by nie było człowiek jest w ekosystemie miasta gatunkiem zwornikowym.

Oczatka jest gatunkiem kosmopolitycznym, bytuje w lasach iglastych (głównie świerkowych) na całym świecie. Oczatka jest jak wiele biedronek drapieżnikiem, zjada głównie mszyce (żywi się także czerwcami – chodzi o owady a nie miesiące). Drapieżne są postacie dorosłe (imago) jak i larwy. Ze względu na mszycożerność uważana jest za gatunek pożyteczny i z tego względu została introdukowana za oceanem, w Ameryce Północnej (tam jest gatunkiem obcym). Można powiedzieć, że przez aktywność człowieka stała się gatunkiem kosmopolitycznym. Pierwotnie występowała w Europie, na Kaukazie, Syberii i Japonii. Dzisiaj… nic nie jest już jak dawniej. U siebie widzimy inwazyjną i obcą biedronkę azjatycką, a nasze… porozwoziliśmy po świecie i inni mają też ewentualne kłopoty. Motywem była biologiczna walka z mszycami.

Oczatka zimuje gromadnie w ściółce iglastej. A jeśli w mieście wszystkie liście grabimy i nie zostawiamy niczego w spokoju, to gdzie mają zimować oczatki? Jeszcze raz więc apeluję o pozostawianie liści przynajmniej na części trawników (u mnie pod oknem kosiarze z grabiącymi od lat z trawnika robią klepisko… makabra dla dżdżownic i sześcionogów, szukających pożywienia i schronienia na zimę).

Wczesną wiosną samice składają jaja na igłach lub gałązkach drzew iglastych. Biedronki te spotkać można na świerkach, sosnach i modrzewiach. Mszyce bywają wykorzystywane przez mrówki, które zjadają spadź. A mrówki w obronie swojego „dojnego stadka” odpędzają inne małe drapieżniki. Oczatki jakoś sobie z tym problemem radzą. Bo i biedronki i mrówki wykorzystują mszyce, ale są to przykłady zupełnie różnych zależności międzygatunkowych. Konflikt interesów mrówek i oczatek jest ewidentny. Jak się więc bronią oczatki przed mrówkami? Po pierwsze biedronki wydzielają cuchnącą substancje (o których pisałem wyżej), co skutkuje nie tylko w stosunku do agresywnych mrówek ale i ptaków. Po drugie w obronie przez mrówkami oczatka po prostu chowa pod siebie odnóża, a ciało przylega do podłoża, tworząc prawdziwą twierdzę obronną. Opływowe kształty powodują, że taką przylegającą do podłoża biedronkę nie ma za co złapać, a żuwaczki mrówek nie są w stanie przegryźć chitynowego pancerza chrząszcza (bo biedronka jest przy okazji chrząszczem). Gdy wszystkie słabe punkty są ukryte i z zewnątrz pozostaje jedynie twardy chitynowy pancerzyk, mrówki nie mają żadnych szans.

Larwy oczatek żywią się głównie mszycami ochojnikowatymi z rodzaju Dreyfusia. Larwy mają brodawkowate wyrostki, pokryte włoskami. Żarłoczna oczatka w ciągu swojego larwalnego i dorosłego życia zjada do 2500 mszyc. Właśnie dzięki temu znalazła uznanie jako biologiczny środek do walki ze szkodnikami. Co prawda biedronki te zjadają także gąsienice motyli oraz larwy rośliniarek (owady z rzędu błonkówek), czasem są nawet kanibalami. Wiele oczatek ginie w lesie w tak zwanych opaskach łownych, służących do kontrolowania populacji brudnicy mniszki (Lymantria monacha) i barczatki sosnówki (Dendrolimus pini) – szkodników leśnych. Ale w miastach leśników nie ma, więc oczatki przynajmniej pod tym względem mają lżejsze życie.

Zwalnianie życia i odzyskiwanie przestrzeni publicznej, także w miasteczku akademickim, możliwe jest od zaraz. Wystarczy o tym nie tylko mówić, ale i podejmować, zwykłe, proste czynności. Jesienią nie namawiam do spotkań na trawniki, sugeruję kawiarnie. A przy okazji na butelkach możemy namalować kilka oczatek i biedronek siedmiokropek.

16.10.2019

O biedronce azjatyckiej oraz o lekarstwie na gruźlicę i malarię

(Biedronka azjatycka na ścianie domu)
Tradycyjnie już od kilku lat jesienią w mediach pojawia się temat biedronek azjatyckich. Krzykliwe tytuły straszą na różne sposoby. I żeby zaoszczędzić sobie kolejnych wywiadów i wyjaśnień przypominam kilka informacji o tejże biedronce.

Dlaczego temat pojawia się jesienią? Bo wtedy biedronki azjatyckie szukają schronienia na zimę i pojawiają się w oknach i na ścianach naszych domów. Czasem zjawiają się dość licznie. Na wsi do domu ciągną myszy z pola. Prawidłowość znana od dawna. W mieście nie ma tego problemu bo otoczenie domów jest inne. Kontekst zmienia wiele. Nie wskakujemy na stołki ze strachu przed małymi gryzoniami ale boimy się biedronek. Każdy ma swojego zająca (nawiązując do klasyki bajek z morałem).

Współczesne nasze mieszkania są bardzo sterylne i mało w ich niestety zwierząt i innych organizmów (panikę wywołuje nawet rybik cukrowy). Badania medyczne ostatnich lat przekonują, że zbytnia sterylność bardziej szkodzi niż pomaga. System odpornościowy naszego organizmu musi się nauczyć poprawnie działać, w innym przypadku „wariuje” alergiami. Wspólnotowość widoczna jest także w teorii. W biologii coraz głośniej mówi się o hologenomie. A w praktyce codzienne sięgamy po probiotyki. Mamy w sobie co najmniej 1,5 kg bakterii… i bardzo dobrze, bo bez nich życie byłoby nie tylko smutne ale i niemożliwe. Tu mała dygresja skierowana do pań, walczących z nadwagą – spokojnie ze 2 kg można ująć z wagi, bo to przecież bakterie i jak ubrania nie musimy liczyć…

Ale i zwierzęta w domu mogą być pożyteczne. Ja pająków nie wyganiam. Dłużej przeżyją jedynie te synantropijne i semisynantropijne. Krzywdy mi nie robią, a komara czasem zjedzą (ku mojej radości i spokojnego snu). Niech więc sobie mieszkają. W naszych domach nie ma już za bardzo szpar i niezaimpregnowanego drewna, gdzie mogłyby żyć różne chrząszcze, a owady chronić się na zimę. Biedronki i złotooki kryją się w szpary okien. Moje osy, co za oknem mieszkały przed kilku laty, po przymrozkach zniknęły. Zapewne tylko zapłodnione samice gdzieś poszukały schronienia na zimę. Nikomu krzywdy nie zrobiły a przy śniadaniu było co oglądać.

Nie ma w mieście miejsc, gdzie mogłyby chronić się na zimę drobne zwierzęta. Tak jak budek lęgowych dla ptaków, tak i dla bezkręgowców potrzeba schronień w nowych miejskich blokowiskach. W części tę funkcję pełnią hotele dla owadów. Ale to za mało. Grabimy liście z trawników, wycinamy spróchniałe i stare drzewa, to gdzie mają się chronić owady i inne bezkręgowce? Zmuszone sytuacją przychodzą do naszych domów.

Człowiek lubi kontakt z przyrodą i potrzebuje do życia kontaktu z roślinami i zwierzętami. Dlatego mamy w domach tyle kotów i psów (czasem trochę świnek morskich, rybek w akwarium i świerszczy w terrarium, a w zasadzie insektarium). Ale jest ich w mieście zbyt dużo – znaczy się kotów i psów. Stanowią obciążenie i dla nas i dla dzikiej przyrody. Taka biedronka, co schroni się w szparze okna, też jest zwierzątkiem sympatycznym. Można poobserwować, poznać cykl życiowy itd. A nie trzeba wyprowadzać na spacer i nie trzeba sprzątać biedronkowych kup z chodnika. Same korzyści. Dla komfortu mieszkańców warto stawiać na osiedlach estetyczne i trwałe karmniki dla ptaków, by ludzie mogli dokarmiać. Teraz i tak to robią, rzucając nieestetycznie chleb na prawnik. Przydałoby się więcej hoteli dla owadów i domków dla biedronek. I karmników dla dżdżownic. A to tego kompostowników na jesienne liście. Raz że przyjazne środowisku, dwa obniżają koszty utrzymania czystości, a po trzecie mają walory edukacyjne (przydomowy, mini ogród zoologiczny). Można siąść z dzieckiem (albo i bez) na ławeczce i poobserwować. A potem wymienić się obserwacjami na Facebooku.

Wróćmy do biedronki azjatyckiej, co wzbudza przerażenie. Są rzeczywiście gatunkiem obcym i nowym w faunie Polski. W Olsztynie pojawiły się w 2010 roku, teraz jest ich bardzo dużo. Sam późnym latem ubiegłego roku obserwowałem masowe występowanie w pobliżu mojego domu (w tym roku akurat u mnie było ich niewiele). Zajadały sobie mszyce, licznie i masowo występujące na trzcinach i innych roślinach. Groźne dla człowieka nie są (i mszyce i biedronki). Więcej w tym nieuzasadnionego strachu, wynikającego z niewiedzy niż jakiegokolwiek zagrożenia.

Tak, biedronka azjatycka jest gatunkiem obcym i inwazyjnym. Dużo wcześniej występowała we wschodniej Ukrainie, ale do nas dotarła… z zachodu Europy. Tam z kolei dostała się z USA. Dlaczego dotarła do nas z zachodu mimo, że występowała na wschodzie? Bo po drodze „załapała” pasożyta – mikrosporidia. Teraz stanowią ich swoistą broń biologiczną. Biedronki azjatyckie przystosowały się do współżycia z własnym pasożytem. Ale gdy inna biedronka, np. nasza poczciwa siedmiokropka, zje jaja lub larwy biedronki azjatyckiej, do zdycha zatruta właśnie tymi mikrosporidiami. Przeciwnie, gdy biedronka azjatycka zje jaja lub larwy biedronki dwukropki czy siedmiokropki to ma się dobrze. Czyli sukces wynika ze wspólnotowości, z obecności innego gatunku, z cudzych genów. Biolodzy podadzą to jako przykład hologenomu. My możemy wyciągnąć inny dla siebie morał: że warto coś/kogoś mieć w sobie lub swoim sąsiedztwie. To daje przewagę ewolucyjną. Tak jak te pająki, co komary wyjadają. Albo małe gryzki co pleśń zjadają. Same korzyści.

Zatem … „biedronkę przytul zamiast psa”. Psów i kotów i tak jest zatrzęsienie. A biedronkami, motylami czy złotookami prawie nikt się nie opiekuje.

Sensacyjność biedronki azjatyckiej związana jest z ekologią i miastami. Opowieść jednak warta jest dalszej uwagi, bo w tle pojawi się potencjalne lekarstwo ma groźne, ludzkie choroby. Nie jest przypadkiem, że jesienią masowo pojawiają się w naszych domach – niczym najazd azjatyckich koczowników (Hunów czy Mongołów). W sterylnych warunkach miejskich większa liczba biedronek na ścianie i na oknie wzbudza panikę. A same biedronki mogą dać nam lekarstwo na malarię i gruźlicę.

W ostatnich latach sporo było można usłyszeć o biedronce azjatyckiej. Skalę zainteresowania wskazywały pytania dziennikarza: czy są krwiożerczymi czy napadają ludzi, skąd się wzięły itd. Strach ma wielkie oczy. W każdym razie masowe pojawy biedronki azjatyckiej są dla nas nietypowe i są zjawiskiem nowym. Ekolodzy podsycają emocje pisząc o gatunku obcym i zagrażającym naszej bioróżnorodności. Czy jest jakieś zagrożenie? Same biedronki, jako drapieżniki, są w jakimś sensie krwiożercze, ale na ludzi nie napadają i nie atakują. Może tylko ewentualnie mogą u niektórych osób wywoływać alergie – ale co teraz nie jest alergenem?

Niniejsza opowieść jest o biedronce Harmonia axyridis, zwanej biedronką azjatycką, arlekinem czy ninja. Pochodzi ona z rejonu wschodniej i środkowej Azji, ale do Polski dotarła nie ze wschodu, ale przez Europę Zachodnią. Takie to są kręte drogi inwazji gatunków obcych. W zasadzie bardzo podobna jest do biedronki siedmiokropki, naszej rodzimej, więc w panice przed biedronkami wschodnimi możemy wyrządzić krzywdę naszej tutejszej bożej krówce (zobacz też czy biedronka ma biodro).

Wszystko zaczęło się wiele lat temu, gdy poszukiwaliśmy biologicznych metod zwalczania szkodników. Dość szybko ludzie odkryli, że biedronki jako drapieżniki, odżywiające się małymi mszycami, mogą pomagać w zwalczaniu szkodników roślin. Nie środki chemiczne ale właśnie naturalni sprzymierzeńcy w walce ze szkodnikami upraw. Naszą rodzimą biedronkę siedmiokropkę zawieziono w inne miejsca, także do Ameryki czy na Nową Zelandię (tam jest gatunkiem obcym). Ale biedronek łatwych w hodowli i wygodnych do stosowania w ochronie roślin jest więcej. Pośród wielu innych eksperymentowano także z biedronką azjatycką.

Już w 1916 roku biedronkę azjatycka przewieziono do USA i tam wykorzystywano do walki z mszycami. Trzeba było wielu lat, aby „uciekła” z hodowli i upraw do środowiska naturalnego. Po kilku dziesięcioleciach biedronka azjatycka okazała się gatunkiem inwazyjnym, szybko rozprzestrzeniającym się po świecie – pojawiła się w Ameryce Południowej. W Europie Zachodniej pojawiła się około 1982, sprzedawana komercyjnie jako biologiczny środek ochrony roślin przed mszycami. Ale do Europy została sprowadzona dużo wcześniej, bo w 1964 r. na Ukrainę oraz w 1968 r. na Białoruś. Ekspansja w Polsce zaczęła się jednak od zachodu.

W 1982 introdukowano ją we Francji, a w warunkach naturalnych zaobserwowano ją dopiero w 1991 roku we Francji. Potem w kolejnych latach pojawiała się w Kolejnych krajach: Belgii, Niemczech, Grecji, ostatnio pojawiła się w Afryce. W zachodniej Europie biedronki ninja zostały zauważone w 1999 r. W Polsce po raz pierwszy zaobserwowano w warunkach naturalnych w 2006 w Poznaniu. W Olsztynie po raz pierwszy informacje o obecności tego gatunku pojawiły się w 2010 roku. Teraz i u nas występuje masowo. 

Są płodne a więc spełniają cechy gatunku, który może łatwo stać się inwazyjnym. Samica w ciągu jednego dnia składa około 25 jaj. Niby niewiele, ale w ciągu swojego życia składa już od 1,5 tys. do 4 tys. jaj. Biedronki azjatyckie żyją przeciętnie od 5 tygodni do trzech miesięcy, ale mogą dożyć nawet 3 lat (w sprzyjających warunkach). W sprzyjających warunkach może być do 5 pokoleń w ciągu roku. Szybko więc mogą zwiększyć swoją liczebność. Larwa rozwija się ponad 10 dni, w tym czasie zjada od 90 do 370 mszyc. Dorosłe owady są równie mszycożerne – zjadają od 15 do 65 mszyc dziennie. A jeśli mszyc zabraknie odżywiają się innym, małymi bezkręgowcami, w tym jajami i larwami innych biedronek. Stąd obawa o nasze rodzime gatunki. Ale takie troficzne relacje zachodzą i w drugą stronę. Poza bezkręgowcami biedronki azjatyckie mogą odżywiać się także pyłkiem kwiatowy i nektar, oraz mogą nadgryzać dojrzałe owoce, np. winogrona. Żerują na owocach uszkodzonych przez ptaki i inne owady, trudno więc uznać ją za szkodnika sadów. Bo i inne gatunki biedronek, nasze rodzime, podobnie się zachowują. Być może panikę przed ninja w dużym stopniu wywołały media, szukające sensacji.

Biedronki ninja (nawiązanie do Azji i cichych zabójców) mają ponad 5 mm długości (są różnej wielkości 5-8 mm, zazwyczaj ciut większe od naszej siedmiokropki, ale mniejsze od oczatki), rude głaszczki oraz charakterystyczną plamkę w kształcie litery "M" na przedpleczu. Ta m-kształtna plamka nie zawsze jest widoczna u wszystkich odmian barwnych. Koloru głaszczek raczej nie dostrzeżemy – wymaga to powiększenia. Pozostaje przypatrzeć się ubarwieniu (od żółtego i pomarańczowego, przez czerwone aż do czarnego) i kropkom - tych jest od zera do 23, w zależności od odmiany barwnej (duża zmienność jest cecha typowa dla gatunków inwazyjnych). Larwy mają charakterystyczne pomarańczowe pasy na bokach odwłoka i 4 brodawki grzbietowe larwy czwartego stadium.

Jesienna inwazja biedronek nie jest przypadkiem. W październiku migrują do miejsc zimowania. Sygnałem do podjęcia wędrówek jest skracający się dzień. W swojej dawnej ojczyźnie migrowały w góry, by przezimować w szczelinach skalnych lub pod kamieniami. Miasto, z betonowymi „skałami” bardzo przypomina takie siedlisko, a szczeliny w oknach – szczeliny skalne. Lecą do mieszkań, gdy jest słonecznie i ciepło – bo to najlepszy czas na migrację dla owadów (są zmiennocieplne). Nie jest przepadkiem, że pojawiają się na moim bloku, w piękną słoneczną, złotojesienną pogodę. Na dodatek jasne elewacje wabią te biedronki. Lubią zimować w naszym pobliżu, przy domach – bo tu jest ciepło. Wybierają szczeliny pod parapetami, szczeliny między oknami, zakamarki pod sufitem czy za meblami. Inne biedronki szukają podobnego schronienia, ale jest ich znacznie mniej i dlatego może nie zwracamy na nie uwagi.

Ekolodzy i entomolodzy podkreślają, że biedronki azjatyckie są zagrożeniem dla naszych rodzimych gatunków - mogą przyczynić się do zmniejszenia lokalnej bioróżnorodności. Może jednak bardziej biedronka azjatycka wchodzi w pustkę ekologiczną i bardziej widoczna jest na terenach przekształconych, antropogenicznych, zurbanizowanych. Byłaby więc raczej skutkiem spadku różnorodności gatunkowej i swoistego „osłabienia” ekosystemów niż przyczyną tych zjawisk. Objawem choroby a nie jej przyczyną.

Dlaczego ninja tak dobrze sobie radzi i jest ekspansywna? Być może dzięki swojej hemolimfie (zawarty jest w niej związek harmonina) o silnych właściwościach antybakteryjnych. Być może dlatego znacznie sobie lepiej radzi od innych biedronek w środowisku zmienionym przez człowieka. Bardziej więc wchodzi w pustkę ekologiczna niż agresywnie wypiera inne gatunki. Tak więc masowe pojawy traktujmy jako objaw osłabienia ekosystemów. Warto się nad tym zadumać. Czyli jest zagrożenie, ale nie takie o jakim myślimy. Harmonina jest silnym antybiotykiem i jest w stanie zablokować rozwój nawet ludzkich patogenów, np. zarodźca malarii czy prątka gruźlicy. Zatem może warto po pierwsze przyjąć pod swój dach na zimę arlekiny i zainteresować się nimi naukowo i medycznie pod kątem produkcji lekarstw przeciw malarii i gruźlicy. Biedronka azjatycka więc nie tyle może przysporzyć nam kłopotów co wspomóc medycynę. Nie ma tego złego, co na dobre nie można byłoby obrócić – ale do tego trzeba po prostu wiedzy.

Naukowcy z Niemiec odkryli, że hemolimfa biedronki azjatyckiej jest toksyczna dla innych biedronek. A sprawcą jest swoista broń biologiczna, bowiem w hemolimfie stwierdzono pasożytnicze mikrosporydia (występują w jajach i larwach biedronek azjatyckich, ale dla swoich gospodarzy są niegroźne). Inne biedronki nie są jednak na te mikrosporidia uodpornione i zjadając jaja biedronek ninja po prostu giną. Tak oto sami korzystaliśmy z biedronek jako broni biologicznej przeciwko mszycom a okazuje się, że i biedronki stosują swoją broń biologiczną. Ciekawe jest tylko czy biedronki azjatyckie swoją broń biologiczna przywiozły ze swojej azjatyckiej ojczyzny czy też zdobyły gdzież w trakcie przemieszczeń po całym świecie. To drugie tłumaczyłoby fakt przybycia ninja z zachodu a nie z Ukrainy czy Białorusi, gdzie miałyby krótsza drogę (ale może były bez broni biologicznej). To co nowe wzbudza w nas emocje i zainteresowanie.

Czy biedronki azjatyckie stwarzają problemy dla człowieka? Pojawiają się informacje, że czynią szkody w sadach. Być może, że przy dużej liczebności, gdy już zjedzą mszyce, wtedy odżywiają się dojrzałymi owocami. Ale ile może zjeść taka mała biedronka, nawet jeśli jest w większej liczbie? Może to tylko na siłę szukane „haków” na gatunek obcy nazywany inwazyjnym. Tak jak panikujemy z nawłocią kanadyjską (roślina uznana za gatunek obcy i inwazyjny), a wydaje mi się, że jej ekspansja bardziej wiąże się z brakiem wypasu i wykaszania a nie przez wypieranie rodzimych gatunków.

Ale wróćmy do naszej ninja, uciążliwość wynika z faktu pojawiania się w naszych mieszkaniach w okresie jesiennym i przebywania w okresie zimy. Ugryźć raczej nie ugryzie, chyba, że w obronie własnej. Ale tak mały owad raczej nie przegryzie skóry dorosłego człowieka. Bardziej realne są alergie, które stwierdzono u dzieci jak i dorosłych. Ale co teraz nie jest alergenem? Biedronki w obronie własnej wydzielają żółtawą ciecz – jest to hemolimfa. To ona może wywoływać alergie. Może też zostawiać plamy na ubraniach czy ścianach. Czy dla kilku plam na ścianie mamy się pozbywać sympatycznego owada oraz potencjalnego leku na gruźlicę?

Czytaj także: 
Jesienny sezon na biedronkę azjatycką - bać się czy nie, oto jest pytanie !

15.10.2019

Czy biedronka ma biodro, czy biedrzeniec jest plamisty i skąd pochodzi biedrzyga?

Biedronka siedmiokropka, Delta Wisły (Żuławy)
Czy biedronka ma biodro? To pytanie zadano na facebookowej stronie „ojczysty – dodaj do ulubionych". Pytanie wcale nie jest głupie i należy do tych lingwistycznych, dociekających historii naszego języka. Bo rzeczywiście wydawać by się mogło, że nazwa biedronki od biodra pochodzi. „W gwarach i dialektach biedronka nazywana jest też: biedrunka, biedruszka, biedrawka, biedrzanka, biedrzonka, biedrzynka, biedrzeniec, biedrzonek, wiedrunka, jedronka.” Etymologię połączę jeszcze bardziej z entomologią (owadologią), niech będzie jeszcze bardziej interdyscyplinarnie.

Zachęcony takim wywodem, sięgnąłem do „Słownika nazwisk zoologicznych i botanicznych polskich” Erazma Majewskiego, z 1889 roku. Tam na określenie biedronki (owada, z rodzaju Coccinella, czyli biedronka) takie znalazły się nazwy: babka, biedronek, biodronka, biedrzonka, boża krówka, katonka, kregulaszek, kukułka, letewniczka (kaszubskie), makowiczka (kaszubskie), patroneczka, patronka, stonka, stonka biedronka, zazula, zazulka, zyzula. Brakuje więc wyniemionego przez „Ojczysty –dodaj do ulubionych”: biedrzeniec, ale jednocześnie zagubione zostały liczne inne określenia, m.in. te odnoszące się do kukułki czyli zazuli (kukuła jak wiadomo magicznie przynosi szczęście i z kukania wróżyć można o pieniądzach jak i zamążpójściu). Na biedronkę siedmiokropkę u Erazma Majewskiego takie znalazły się „nazwiska”: sedmówka, siedmiokropek, siedmioktopka.

Do tych nazw zaraz powrócimy, ale najpierw zacytujmy dalsze wywody ze strony „Ojczysty – dodaj do ulubionych”: „W gwarach zachowały się również dawne określenia bydła, czyli krów i wołów, o charakterystycznym ubarwieniu: jednolitej maści z łatami, plamami lub cętkami w okolicy bioder. O wołu takiej maści mówi się ‘bierawy’ albo określa się go rzeczownikiem ‘biedrun’ bądź ‘biedroń’, o krowie mówi się ‘bierawa’, ‘biedrzysta’, ‘biedrula’ albo ‘biedrona’ czy ‘biedruna’. Czasem też – przez rozszerzenie znaczenia – używa się tych określeń również w odniesieniu do wszelkiego łaciatego bydła, bez względu na to, gdzie zwierzęta mają umiejscowione plamy, łaty czy cętki. Podstawę tych określeń stanowił dawny przymiotnik *bedrъ o zn. ‘mający plamy na biodrach’, a później także ‘plamisty, cętkowany, łaciaty, pstrokaty’, pochodzący właśnie od prasłowiańskiego rzeczownika *bedro ‘biodro’. A co z tym wszystkim ma wspólnego biedronka? Biedronka też jest cętkowana – ma kropki i to stanowi jej znak rozpoznawczy. Jest też bożą krówką – pochodzenie tego frazeologizmu nie jest całkiem jasne, możliwe jednak, że słowo ‘krówka’ weszło do tego wyrażenia właśnie przez skojarzenie z łaciatą krową, z którą biedronka ma niemal wspólną nazwę, a przymiotnik ‘boży’ ma pewien związek z istniejącą od niepamiętnych czasów dziecięcą wyliczanką „Biedroneczko, leć do nieba, przynieś mi kawałek chleba”, będącą zapewne pozostałością po dawnych zaklęciach. Odpowiedź na tytułowe pytanie brzmi: nie, biedronka nie ma bioder, ale ma nazwę pochodzącą od wyrazu ‘biodro’. [D. Kopczyńska, Centrum Kultury Słowa, na podst. SEJP Bor, KwW Kop]”
I co do biedronkowego biodra się mocno nie zgodzę (reszty wywodów nie podważam, czytałem z zaciekawieniem)! Biedronka jak każdy owad ma biodro, i to nawet sześć. Biodro po łacinie zwane u entomologów coxa, to część odnóża owadów. No cóż, nikt nie zna się na wszystkim, nawet lingwiści i etymolodzy.

Ale wróćmy do „bożej krówki” i pozostałości jakichś dawnych wierzeń. Tu również najpierw sięgniemy do Erazma Majewskiego i… różnojęzycznych Wikipedii, aby sprawdzić jak biedronki nazywane są w innych językach.

Czeskie: slunečko (czyżby słoneczko, wysoko na niebie? Może ta boża krówka do słońca leciała w prasłowiańszczyźnie po kawałek chleba, a może nawet u Indoeuropejczyków), chorwackie: božja ovčica (jak widać czasem może być boża owieczka a nie krówka), janjašce, mara (to słowo również kojarzy mi się z jakimiś demonami słowiańskimi), božja krava pavenka, šarka baka, po rusińsku: babriska (бабриська), babruńka, boabrunica (бабрпнъ, бабрунька, бобруниця), serdeńko (серденько), soneczko (сонечко) (i tu słoneczko się pojawia?), po bułgarsku: bożata kravica, kalinka, po litewsku: barbuške, barbutke, putpalake, dievo buke, dievo maryte, dievo karvute. W litewskich również pojawia się określenie sugerujące bóstwo. Zatem jakiś związek z bogiem/bóstwem ta łaciata „krówka” dawniej rzeczywiście miała, co w jakiś sposób pozostało etnograficznie w dziecięcym wierszyku o locie do nieba i przyniesieniu chleba.

Z wikipedii dowiedzieć się można, że po angielsku biedronki to ladybirds, ladybird beetles lub lady beetles – czyli jakaś panienka, pani, ptasia panienka. I tylko w USA to ladybugs. Wcześniejsze określenia angielskie to: god’s cow, ladycock, lady cow, lady fly. Widzimy, że i tu zachowała się jakaś dawna forma bożej krówki. Zatem związek z wierzeniami musiał być wspólny dla Germanów, Słowian i Prusów (łącznie z Litwinami, a więc Bałtów). Po niemiecku biedronka to Marienkäfer. I jeszcze dla porównania z innych wikipediowych języków: litewskie: Mārīšu dzimta, Divpunktu mārīte, rosyjskie: Божьи коровки, serbsko-horvackie: Бубамаре, Bubamare czyli božje ovčice, ukraińskie: Со́нечка або Кокцінелі́ди, białoruskie: Багоўкі, зязюлькі (powtarza się motyw kukułki-zazuli), bułgarskie: Калинките , kalinka, słoweńskie i słowackie: polonica, lienkovité.

Jak widać nie tylko nasz język się zmienia i nie tylko u nas lokalne, gwarowe określenia (często relikty etnograficzne) ulegają zapomnieniu. Wspólny jest wniosek, aby chronić i owady (przyrodę) i język z jego bogactwem archaizmów i regionalizmów.

Na moment wróćmy jeszcze do E. Majewskiego, który wymienił: biedrzeniec, biedrzyniec jako nazwę rośliny z rodzaju Pimpinella oraz biedrzycznik – Cnidium. Obie rośliny w sumie do siebie podobne, bo z rodziny baldaszkowatych. A jakiż one mają związek z biodrem? Może coś od plamistości? Bo i szczwół plamisty jest w nazwie plamisty (roślina trująca). Może szamańsko-lecznicze ziela też coś z krowami lub łaciatością i demonicznością mają (leczą lub trują)?

W końcu u E. Majewskiego jest i biedrzyga jako nazwa rośliny Podophyllum – czyli stepowiec tarczowany z rodziny berberysowatych, pochodzący z Ameryki Północnej. Jak widać musiał dotrzeć do Europy i Polski jeszcze przed wiekiem XVIII, skoro był znany i miał polską nazwę biedrzyga. Roślina hodowana w parkach i na rabatach, o właściwościach przeczyszczających. Ale skąd nazwa? Od biedra również?

Jak starałem się wykazać, pomocne w odkrywaniu i zachowaniu zrozumienia bogactwa i różnorodności języka ojczystego pomocna może być entomologia i botanika. W taki oto sposób bioróżnorodność idzie w parze z historycznym bogactwem języka ojczystego a entomologia z etymologią.

13.10.2019

Jak komunikować się ze studentami w czasach czwartej rewolucji przemysłowej?

(Czego oczekują studenci od wykładów? Przykład nr 1.)
Doskwiera mi niewystarczający poziom dyskusji ze studentami. I powszechne narzekanie, że są słabi, źli i że kiedyś było lepiej. Nie podzielam tego poglądu. Przyczyny dyskomfortu (bo coś rzeczywiście jest nie tak z edukacją, w tym na poziomie wyższym) upatruję w zmianach środowiska  społecznego i niedostosowaniu dawnego motelu instytucji do obecnej sytuacji i potrzeb cywilizacyjnych. A bez wątpienia znajdujemy się w trakcie trzeciej rewolucji technologicznej i czwartej rewolucji przemysłowej. Wiele instytucji, w tym edukacja, nie nadąża za zmianami. Zbyt szybkimi zmianami. Zachowujemy się tak jak uliczny zapalacz lamp gazowych, który próbuje dalej pracować swoimi ugruntowanymi metodami na ulicy z oświetleniem elektrycznym... I złości się, że kompletnie nic nie wychodzi... Nie przeklinam rzeczywistości, staram się ją zrozumieć: słucham i czytam ekspertów i sam eksperymentuję, sprawdzam. Uniwersytet to dobre miejsce do eksperymentów.... wspólnie ze studentami. Eksperymentów, w których są partnerami a nie tylko obiektem badań. 

Trzecia rewolucja technologiczna (po rewolucji neolitycznej, związanej z powstaniem rolnictwa i po rewolucji przemysłowej, związanej z powstaniem przemysłu opartego na węglu, benzynie i elektryczności) przynosi nam nie tylko nowe technologie ale i nowy sposób komunikacji międzyludzkiej. Młode pokolenie zastało świat z internetem, moje pokolenie ten świat odkrywa. Bo w naszej młodości i w czasie naszej edukacji tego świata nie było. On się pojawił i dopiero teraz go odkrywamy. Można go odkrywać wspólnie ze studentami. Odkrywać, opisywać i próbować zrozumieć. 

Czwarta rewolucja przemysłowa związana jest z internetem rzeczy, Big Data i "chmurą". To nie tylko prosta automatyzacja ale i coraz szersze przenikanie sztucznej inteligencji do kultury oraz edukacji. Rewolucje przemysłowe zaczynają się od wieku XVIII i XIX, od czasów powstania maszyn parowych i produkcji. Drugą rewolucją przemysłową był silnik spalinowy i taśma czyli powstanie masowej produkcji przemysłowej. Potem była elektryczność, komputery i znacząca automatyzacja. A teraz są roboty, sztuczna inteligencja i internet rzeczy. Zatem czwarta rewolucja przemysłowa jest jednocześnie częścią trzecią rewolucją technologicznej.

Jak zrozumieć obecna sytuacje społeczno-cywilizacyjną  i jak dyskutować z cyfrowymi tubylcami? Na początku roku akademickiego na pierwszym wykładzie w czterech różnych grupach (różne kierunki, różne wydziały) zadałem pytanie o to, czego oczekują od zajęć. Zdecydowanie chcą wiedzy, czegoś ciekawego i sensu. Marginalnie pojawiają się sformułowania typu "łatwego zaliczenia" (ale może to być także efekt doświadczenia z innymi zajęciami i nabyta strategią 3 razy Z). Wbrew więc pozorom są ambitni (odpowiedzi były anonimowe - jest więc mało prawdopodobne by nie pisali szczerze). Pojawiały się także oczekiwania bardzo konkretnie nawiązujące do tematyki danego wykładu. Oczekują także przyjaznej atmosfery, życzliwości. I najwyraźniej mają przesyt pokazywanie długich tekstów na ekranie.



Drugie pytanie dotyczyło formy kontaktów i komunikacji między zajęciami. Mieli możliwość wybierania między grupowym e-mailem, grupą na Facebooku, USOSem, Google Clasrooom, Padletem i możliwością bez żadnego kontaktu między wykładami. W dwóch grupach studenci preferowali kontakt przez pocztę elektroniczną,w dwóch przez grupę na Facebooku. Te ostatnie wynikały z doświadczenia. W jednej grupie studenckiej z częścią miałem seminarium i już korzystaliśmy z kontaktów w grupie Facebookowej. A w ostatniej... zapytałem. Oni już mieli doświadczenie z taką komunikacją. Zatem preferencje wynikają z własnego doświadczenia. Na ogół studenci nie wiedzą, że Facebook można wykorzystywać do celów innych niż prywatne i towarzyskie. Wnioskiem dla mnie jest to, że zanim zapytam, powinienem wyjaśnić jak to się odbywa. I dlaczego jest wygodne.

Z czterech grup ostatecznie trzy wybrały grupę na Facebooku a jedna e-mail (wcześniej dla nich stworzyłem Padlet, gdzie znajdują się materiały pomocnicze). Wielu innych aplikacji nie znają. Nie słyszeli, nie używali. Kolejnym wnioskiem dla mnie jest to, żeby ich z nimi zapoznawać aktywnie. Nawet cyfrowy imigrant może czegoś nauczyć cyfrowych tubylców. Zwłaszcza w zakresie wykorzystywania zawodowego.







Do komunikacji z wykładowcą trzeba założyć nową, osobną grupę na Facebooku. Przecież nie ma sensu dołączać do już istniejącej grupy studenckiej (a taka najczęściej już istnieje). Bo ma już swoją  historię i różne poruszane sprawy. I teraz pokazywać to jakiemuś wykładowcy? To byłaby zmiana reguł w trakcie gry. Oczywiście, że nie. Trzeba założyć nową i zaprosić wykładowcę (nauczyciela). Więc albo trzeba przesłać link albo czasowo zaprosić do grona znajomych by w ten sposób można było dodać do grupy. Mogłem oczywiście sam założyć grupę i wysłać im link. Ale wolę dawać studentom więcej pola do inicjatywy i... możliwości rozwiązywania różnych problemów technicznych.

W tym roku wszystkie grupy uporały się z tym w ciągu tygodnia (założenie grupy). Wcześniej bywało i tak, że grupa powstawała w czasie zajęć, zanim... zdążyłem dokończyć wyjaśnianie po co i dlaczego. Po co taka grupa? By przesyłać studentom notatki z wykładów (pliki pdf), linki z materiałami pomocniczymi, polecanymi tekstami itd. I by dyskutować. Z tym oczywiście jest największy problem. Odnoszę wrażenie, że nasz system edukacji od samego początku oducza dyskusji i inicjatywy. Że jest zbyt oceniający i podający. Że za mało daje wolności studentom (a wcześniej uczniom). Rozdyskutowanych i śmiałych studentów jest bardzo mało. Chciałbym by było ich więcej. I myślę, że można do tego wykorzystać rzeczywistość wirtualna i kontakt on-line. Po prostu stworzyć nowe środowisko edukacyjne, w którym kontakt of line będzie przeplatał się z kontaktem on line.

Od kilku miesięcy na różnych wykładach wykorzystuje program Mentimeter. By szybko zbierać opinie i aktywizować słuchaczy z ich telefonami komórkowymi. Na ogół mają zakaz używania telefonów w szkole czy na wykładach na uczelniach wyższych. Na dużej sali trudno się prowadzi dyskusję, bo najczęściej nie słychać wypowiedzi z dalszych rzędów. Jako uzupełnienie do pytań i komentarzy na sali proponuję zadawanie pytań i pisanie komentarzy w programie Mentimeter. Ostatni slajd "Pytania i komentarze" pokazuję na ekranie i minimalizuję widok, przechodząc do tradycyjnej prezentacji. Ale program działa w tle i słuchacze cały czas mogą pisać. Odkryłem to przypadkiem kilka miesięcy temu na wykładzie dla uczniów.

Czasami na postawione pytanie (którego nie widzę) zdążę już w czasie wykładu odpowiedzieć. Inne są bardzo konkretne. Niektórych nie rozumiem a czasem zdarzają się jakieś złośliwe (przy temacie z ochroną środowiska i antropogenicznym ociepleniem klimatu). Wprost by ich chyba nigdy nie wypowiedzieli. Pomysł z taką formą moim zdaniem jest dobry. Jest to jakaś informacja zwrotna. Nie da się wiele wyczytać z tradycyjnego języka ciała. 

Krótkie komentarze to jeszcze nie dyskusja. Ale będę poszukiwał jeszcze i innych form komunikacji ze studentami. Będę eksperymentował i zachęcał do wspólnego tworzenia nowego środowiska edukacyjnego. Bo tradycyjny wykład w swej formie traci sens. Transmisja wiedzy? Gdy jest ona dostępna łatwo i w każdym miejscu? Zatem trzeba szukać nowej formy i nowego celu. Bezpośredni kontakt bez wątpienia jest przydatny i potrzebny. 

Nosze się także z zamiarem wykupienia licencji i przygotowania całego wykładu w programie Mentimeter, co umożliwiłoby mi aktywizowanie i cyfrowy dialog przez cały wykład. No tak, muszę wyłożyć prywatne pieniądze, bo jak na razie jest co najmniej bardzo trudne wyegzekwowanie od własnego zakładu pracy takich niestandardowych działań i zakupów. Znak czasu i efekt skostnienia instytucji. 

Umieszczam te surowe dane i refleksje na gorąco, bo mam nadzieję, że komuś się przyda. Liczę, że osób poszukujących jest więcej i że wzajemnie możemy sobie doradzać by nie odkrywać Ameryki po raz dziesiąty.







12.10.2019

Blog Profesorskie Gadanie na mapie Wimlandii


Niebawem ukaże się kolejna edycja mapy Wimlandii. Jest na niej zaznaczony blog Profesorskie Gadanie. Współpraca z lokalnymi producentami żywności, restauratorami, rękodzielnikami artystami z Warmii i Mazur trwa już od kilku lat. Dla mnie to sposób na realizację misji Uniwersytetu i transferu wiedzy. Sam przy okazji poznaję zupełnie nowe wymiary rozwoju zrównoważonego i klimatu cittaslow. Zdobytymi doświadczeniami dzielę się ze studentami. Przepływ wiedzy w dwie strony z i do uniwersytetu. Upowszechnianie wiedzy, zastosowanie wiedzy w praktyce i zdobywanie doświadczenia. Taka współpraca mnie ubogaca. Pojawiają się różnorodne wyzwania, problemy do rozwiązania i próby wdrożeń. Dla mnie, jako ekologa zajmującego się "czystą nauką", pojawia się szansa na naukę stosowaną. I jak już wspomniałem - na realizację społecznej misji Uniwersytetu. Przecież mój uniwersytet jest Warmińsko-Mazurski. Z zobowiązaniami dla regionu, dla Warmii, Mazur i kawałka Powiśla.

Czym jest Wimlandia? To kraina, która swą nazwę bierze od woj. warmińsko-mazurskiego (pierwsze litety W to Warmia, M to Mazury, WiM czyli Warmia i Mazury), to region w którym dobrze się żyje na stałe lub w czasie krótkiego wyjazdu urlopowego czy wakacyjnego. Slow life na urokliwej prowincji. Cittaslow z przyrodą w tle. Dziedzictwo odkrywanej tożsamości. Wędrówka przez smaki, zapachy, doznania, opowieści. Odkrywanie nowej, współczesnej tożsamości regionalnej. Moglibyśmy nazwać się Nowowarmiakami czy NowoMazurami. Szukamy i tworzymy współczesną tożsamość, głęboko zakorzenioną w dziedzictwie przyrodniczym i kulturowym, z zapatrzeniem się na historię, na przybyłych tu dawno i całkiem współcześnie "imigrantów"-osadników, na współczesne problemy rozwoju zrównoważonego i odszukiwanie sensu życia. Smakujemy potrawy, krajobrazy, piękno wytworów rękodzielniczych.

Wimlandia to nazwa grupy małych przedsiębiorców z branży gastronomicznej, agroturystycznej, rękodzieła, usług turystycznych, lokalnych producentów żywności oraz środowiska naukowego i artystycznego. Łączy nas promocja lokalnej, prowincjonalnej kultury, zarówno w wystroju wnętrza jak i stylistyce oraz usługach. Wspieramy lokalnych twórców i lokalne rękodzieło. Poszukujemy współczesnej tożsamości regionalnej oraz zdrowego stylu życia - powolnego (slow life) stylu życia przyjaznego środowisku przyrodniczemu jak i zdrowiu człowieka. Stawiamy na jakość życia a nie pośpiech i niską cenę (niska cena najczęściej wynika ze słabej jakości surowców lub niewolniczej pracy). Preferujemy dobrą jakość i lokalną wytwórczość. Nawiązujemy do idei cittaslow i spokojnej prowincji, w której dobrze się żyje. Dla nas liczy się jakość życia. Dobrostan.

Weź mapę do ręki i odwiedź miejsca, które dla Ciebie na początku wybrali Wimlandczycy. Posmakuj życia niebanalnego. Nie spiesz się w swojej podróży. Posiedź przy zielonym piecu i posłuchaj opowieści. I opowiedz nam o sobie. W pospiesznym życiu warto celebrować bycie ze sobą, ciekawość poznawania i trwałość relacji.

 Bez wątpienia rodzi się nowa tożsamość regionalna, ale jak nazwać region o tak burzliwej historii i ciągłych zmianach? Odwoływanie się do przeszłości: Prusy, Prusy Wschodnie, Warmia, Mazury, itd. jest ułomne i samoograniczające. Niewystarczające. Nic dziwnego, że ciągle pojawiają się nowe propozycje. Naturalnym wydaje się odwoływanie do dawnego dziedzictwa, do tradycji. Bo przecież tożsamość regionalna rodzi się z pamięci tego, co było. I tego co jest. Nasz region na przestrzeni wieków i tysiącleci był w obrębie różnorodnych tworów państwowych i pod wpływem różnorodnych kultur i etnosów. Region wiecznych tułaczy. Pojawiają się ludzie by po jakimś czasie dobrowolnie lub pod przymusem przemieścić się gdzieś indziej.

Teraz przybyłeś i Ty. Odkrywaj z nami tajemniczą Wimlandię. W czasie weekendowego wypadu "na Mazury", w czasie wakacyjnego wypoczynku czy zupełnie na dłużej. Na stałe. Twórz i odkrywaj z nami. Bogactwem jest przyroda i kapitał ludzki.

A ja, na swoim blogu dalej będę zamieszczał m.in. opowieści z Wimlandii.


08.10.2019

Zasada 5 razy R oraz zasada 3 razy U


Przez długie dziesięciolecia żyliśmy w dogmacie nieustannego wzrostu gospodarczego i kulcie PKB. Wzrost gospodarczy był i jeszcze jest (choć w coraz słabszym stopniu) miernikiem rozwoju. Na nim skupia się uwaga społeczna i gospodarcza. Przy rosnącej wydajności trudno ciągle zwiększać PKB. Bo jednocześnie nie chcemy bezrobocia, wiec pozostaje nam... coraz więcej i więcej konsumować. Dla przemysłu najwygodniejsze są towary jednorazowego użytku i bardzo krótkim okresie użytkowania. NIe warto niczego naprawiać tylko wyrzucać i kupować nowe. Stąd bardzo krótkie terminy gwarancji. W rezultacie mimo wzrostu wydajności pracy... pracujemy długo i wytwarzamy ogromne ilości śmieci.

Społeczeństwa już od jakiegoś czasu dostrzegają ten paradoks. Próbując wyrwać się z zaklętego kręgu wprowadza się nowe wskaźniki, akcentujące przede wszystkim dobrostan i jakość życia a nie PKB. Od niedawna w użyciu są takie wskaźniki jak: HPI - Happy Planet Index Wskaźnik Szczęśliwej Planety (Światowy Wskaźnik Szczęścia), HDI - Human Development Index, Wskaźnik rozwoju społecznego, WHR - światowy raporty szczęśliwości.

Zmienia się także nasz styl życia i priorytety. W latach 90. XX wieku powstała zasada 3 razy R, którą w polskiej wersji propagowałem jako Zasada 3 razy U: Unikaj kupowania rzeczy zbędnych, yj jeszcze raz, Utylizuj (czyli poddaj recyklingowi). Jakkolwiek narodził się także minimalizm jako styl życia, to potrzeby zmiany stylu życia są coraz pilniejsze. Stąd powstała zasada 5 x R (a nawet 7 x R). Ostatnio  formułowana jest także w postaci hasła: zero waste - bez odpadów, zero odpadów. 

Głównym celem jest refleksja konsumencka nad śladem węglowym, jaki wytwarzamy w czasie konsumpcji. Mamy wybór. Chcemy ograniczyć ilości odpadów nie rezygnując z postępu technologicznego. I przede wszystkim podnosić jakoś życia (w tym zdrowia). ,

Zasada 5 razy R to mnemotechniczne odniesienie się do zmniejszenia wytwarzania odpadów, w nawiązaniu do słów zaczynających się na R.

Reduce –  redukuj tak jak możesz ilość odpadów. Krytycznie odnieść się do nadmiernej konsumpcji i nadmiernej produkcji jak również zwracaj uwagę na to, z czego są wytwarzane dobra konsumpcyjne. Obecnie najbardziej nam zależy na zredukowaniu odpadów plastikowych (tworzyw sztucznych), gdyż nagromadziło się ich bardzo dużo w naszym środowisku. Jest to więc redukcja konsumpcji i zmiana konsumpcji na mniej odpadową, zero waste. Z preferencją do obiegu zamkniętego. RefuseOdmawiaj – w sklepie woreczków jednorazowych, słomek, patyczków, ulotek itd. To nic, że to "za darmo" wciskane jest w formie promocji. To, czego nie weźmiesz, nie przyjmiesz czy nawet nie kupisz nie stanie się dla ciebie potencjalnym śmieciem, dla którego trzeba będzie  szukać rozwiązania w innym miejscu piramidy. Odmów sobie kolejnego zakupu, sukienki, bluzki, gadżetu. Chcesz mieć nowe? Może lepiej się z kimś wymieć lub artystycznie przetworzyć . Ogranicz – nie wszystkiego można sobie odmówić całkowicie. Ale można zmniejszyć ilość kupowanych towarów. Czy rzeczywiście aż tyle rzeczy potrzebujemy? Ogranicz swoją konsumpcję, w zamian konsumuj więcej kultury i relacji międzyludzkich. W jakimś sensie jest to odmaterializowanie konsumpcji i produkcji.

Reuse – użyj powtórnie, preferuj towary wielokrotnego użytku a nie jednorazowe. Preferuj te, które daja się naprawiac i mają dłuższy termin uzytkowania. Na przykład zwrotna szklana butelka Czyli w sklepie wybieraj towary ze zwrotnymi (kaucjonowane) opakowaniami szklanymi. U góry na fotografii widać malowana butelkę. Poprzez pomalowanie nadałem jej nową, użytkowa wartość (dekoracja i wazon na kwiaty). Taki sposób postępowania można nazwać także upcyklingiem (up-cykling). Użyj ponownie – kreatywnie poszukaj drugiego życia dla przedmiotów. Ja na przykład maluje stare butelki i słoiki. A z innych opakować uczę się wytwarzać opakowania na okolicznościowe prezenty.

Recycle – czyli segregacja i poddawanie odpadów procesowi recyklingu. Najpierw trzeba selektywnej zboki odpadów, potem ich wykorzystanie jako surowców do dalszej produkcji. Dzięki recyklingowi nie rosną wysypiska śmieci i nie wykorzystujemy tak dużo surowców, czerpanych z Ziemi.

Recover –  odnosi się do pozyskiwania energii z odpadów. Może być to biogazownia i biogaz (głownie z materii organicznej) ae także  nowoczesne spalarnie, do których trafiają produkty nie nadające się do recyklingu z różnych powodów a możliwe do spalenia. Energia cieplna jest wykorzystywana przez sam zakład, co istotne, czasem potrafi także zaspokoić częściowe zapotrzebowanie na energię miasta. Biogaz z kolei może być uzupełnieniem dla energetyki ze źródeł odnawialnych takich jak wiatr i energia słoneczna.

Renew – odnosi się do konieczności odnawiania zasobów. Ważny jest więc surowiec, z którego produkowane są towary. Powinien być jak najbardziej odnawialny. To nie tylko wykorzystywanie drewna, papieru, włókien naturalnych ale i opracowywanie nowych  tworzyw, które będą spełniały ten postulat.

Pojawiają się także i inne słowa na R, np. rot - kompostuj odpady organiczne. Kompostuj – w ten sposób można także wpłynąć na zwiększona sekwestrację węgla. Ja spróbuję kompostować pod blokiem, by użyźniać okoliczne trawniki i zwiększać zawartość próchnicy w glebie,

Rethink - przemyśl na nowo swoje przyzwyczajenia i nawyki. Może coś da się zmienić. Każda mała decyzja przekłada się na duży postęp, jeśli jest wielokrotnie powtarzana

  • Odmawiaj (Refuse) tego czego nie potrzebujesz
  • Ograniczaj (Reduce) to co jest ci potrzebne
  • Użyj ponownie (Reuse) to co już masz
  • Oddaj do recyklingu (Recycle) to czego nie możesz już użyć
  • Kompostuj (Rot) to czego nie możesz zjeść

05.10.2019

Zmrocznik oleandrowiec, który nadziei na sensację narobił

(Fot. Andrzej Marcinkiewicz)
Rano zastałem w internetowym komunikatorze zdjęcie motyla (obok) z dopiskiem od znajomego "Przyszła do mnie rano, prawda, że urodziwa?". A jakże, urodziwa ta ćma. Często dostaję zdjęcia owadów z prośbą o identyfikację. Wiele razy były to także motyle z rodziny zawisaków (Sphingidae). Ale takiego jeszcze nie widziałem. Szybko zajrzałem do książek i okazało się, że to zmrocznik oleandrowiec Daphnis nerii (L.). Jeszcze ciekawsza okazała się lektura. Motyle dorosłe pojawiają się od czerwca do września. Zdjęcie zrobione na początku października w zasadzie mieści się w tym przedziale. Widać po skrzydłach tego zawisaka, że jest mocno "zlatany". Nalatał się już w swoim krótkim, owadzim życiu.

Roślinami żywicielskimi gąsienic jest oleander (Nerium oleander) a niekiedy także barwinek pospolity (Vinca minor). Ta ostatnia roślina u nas występuje. Zmrocznik oleandrowiec jest gatunkiem migrującym, zasiedlającym całą Afrykę, południowo-zachodnią część Azji oraz Indie, okresowo pojawia się w Europie na wybrzeżu Morza Śródziemnego. Spotykany był nawet w Finlandii. A w Polsce łowiony był bardzo rzadko, średnio raz na 30 lat! W 2015 gąsienice zaobserwowano na wyspie Uznam. Natomiast we wrześniu 2016 roku zaobserwowano tego motyla w Tarnowie. Być może w dobie ocieplenia klimatu takie południowe, migrujące gatunki częściej się u nas pojawiają?

Ucieszyłem się z niezwykłej obserwacji i poprosiłem znajomego o lokalizację. Okazało się, że akurat jest na wyspie Rodos. Ale i tam przecież zmrocznik oleandrowiec bywa nie często. Co prawda nie ma sensacyjnej informacji z Olsztyna, ale jest okazja do napisania krótkiej opowieści o kolejnym, rzadkim "motylim kolibrze". Bo zawisaki zawisają w locie nad kwiatem i spijają nektar niczym kolibry.

W każdym razie miejsce szeroko oczy otwarte i patrzcie pod nogi. Zawsze coś pięknego może przyjść, przypełznąć lub przyfrunąć. A we współczesnym świecie łatwo o komunikację i szybkie rozpoznanie z pozoru zwykłych "robali", które takie zwykłe wcale nie są. Zatem obserwujcie i... zaglądajcie do książek albo na przyrodnicze blogi. Niezwykła przygoda jest w zasięgu ręki.

PS. Niebawem napiszę o gąsienicy zmierzchnicy trupiej główce - znajoma hoduje i pokazuje jak jej rośnie. Też ćma z rodziny zawisakowatych.

02.10.2019

Wenus z Willendorfu i kurzajki czyli o pasikoniku zielonym, muzyce, seksie i dobrym jedzonku

Fot. böhringer friedrich (Wikimedia commons)
Latem pasikoniki wieczorami i nocami koncerty muzyczne urządzają. Pory roku różnią się nie tylko kolorami i zapachami, różnią się też dźwiękami jakie nas otaczają. Nie tylko widzimy upływający fenologicznie czas, ale go czujemy i słyszymy, nawet jeśli nie uświadamiamy sobie tego na co dzień.

No więc mamy pełnię lata. Do znajomej przez okno wleciał pasikonik zielony (Tettigonia viridissima), samiczka (co można było rozpoznać po długim pokładełku). Jest u nas także pasikonik śpiewający (Tettigonia cantans), ale ma krótsze skrzydła. Też cały zielony. Skoro jest muzyka, to niech i będzie opowieść wakacyjna o seksie, jedzeniu i … kurzajkach oraz o tym, że kochanego ciała nigdy za dużo. Ale po kolei.

Pasikonik zwany niegdyś także rżeń (zapewne od śpiewu samca, a że konik polny to musi jak koń rżeć) lub miecznik (to od długiego pokładełka samicy). Śpiewa oczywiście samiec. W zasadzie stryduluje, więc bardziej poprawne byłoby powiedzieć, że gra. Pasikoniki grają na swoich skrzydłach niczym smyczkiem na skrzypcach. Samce śpiewają od południa poprzez wieczór, noc aż do rana. Tą swoją owadzią muzyką zwabiają samiczki. Samice wchodzą na grzbiet samcowi. Tak trochę nietypowo, na ogół to samca widzimy na wierzchu....

Jak pisze profesor Marek Kozłowski w swojej książce „Owady Polski” samce przekazują nie tylko plemniki w czasie kopulacji, ale i spermatofilaks (spermatophylax, pochodzący ze spermatoforów) – odżywczy dodatek do plemników, który samiec przyczepia do odwłoka samicy, a po kopulacji samica zjada ten odżywczy pakuneczek. Spermatofilas wg słownika entomologicznego Razowskiego to lepka, gęsta substancja ochraniająca spermatofor szarańczaków przed zjedzeniem przez samicę… No to jak w końcu jest z tym zjadaniem?

Spermatofor (po polsku plemniomeszek) to torebka wytworzona z twardniejącej wydzieliny, zawierająca plemniki. Składany do przewodów płciowych częściowo lub całkowicie. Spermatofory wytwarzane są przez owady, posiadające torebkę kopulacyjną (m.in. motyle, prostoskrzydłe). Najpierwotniejsze są chyba u skoczogonków, spermatofory składane na przedmiotach w terenie i czynnie przejmowane przez samice. Spermatofory są więc archaiczną cechą, powstałą w procesie wychodzenia owadów (przodków owadów) z wody na ląd. Na lądzie trudno o zapłodnienie zewnętrzne, stąd najpierw spermatofor pozostawiany, by samiczka sobie znalazła, a później (ewolucyjnie) umieszczany w przewodzie płciowym, tak jak to jest u zwierząt lądowych.

Spermatofilaks pierwotnie służył do ochrony plemników, ale zauważono zjadane ich przez szarańczaki (samice). Niecne marnowanie całego samczego wysiłku! Przecież to ku pozyskaniu potomstwa a nie nakarmieniu wybranki serca (ciekawe czy owady kochają sercem?). Spermofilaks może pierwotnie powstał by chronić przed zjadaniem? Taka danina dla łakomej samicy. W sumie to i tak lepiej niż u modliszek. Najeść się możesz, ale plemników nie ruszaj! Podobnie u modliszek czy pająków, gdy samica zjada samca. Samiec poświęca się dla dobra potomstwa. Takie samcze i bohaterskie poświęcenie obserwuje się nawet u komarów – samce bzycząc latają w koło i odciągają naszą uwagę od tego co robi samiczka. Ona tymczasem cichcem siada na naszym ciele i żłopie krew. Samce najczęściej giną. Ale to bohaterskie poświęcenie. Ciekawe, u ludzi podobnie – faceci u dentysty mdleją ale jeśli chodzi o bójkę w obronie kobiety czy ojczyzny to bólu nie czują. Albo nie zważają.

Ale wróćmy do pasikoników. Koszt energetyczny produkcji takiego spermatofilaksu jest duży. Jak pisze prof. M. Kozłowski u amerykańskiego pasikonika Anabrus simplex samce produkują tylko jeden taki w swoim życiu. Są więc wybredne względem samic. Chętniej wpuszczają na swój grzbiet duże i ciężkie samice – jak twierdzą zwolennicy teorii egoistycznego genu, gwarantuje to sukces genom samca, bo większa i grubsza samiczka złoży więcej jaj. Skoro seks raz w życiu, to niech będzie z pożytkiem. Raz (ale kopulacja trwa długo) a dobrze (zobacz też opowieść o kowalu bezskrzydłym). Wykonywano nawet eksperymenty i bardziej atrakcyjnie seksualnie dla samców były samiczki obciążone mini-ciężarkami. Kochanego ciała nigdy za wiele, samce wolą więc samiczki „puszyste”. Przynajmniej u pasikoników. Jeśli pasikoniki mają uszy na nogach, to co im się dziwić? A jeśli spojrzymy na paleolityczną Wenus z Willendorfu to możemy skonstatować, że i ludziom (znaczy się mężczyznom) bardziej podobają się czasem panie o dużych i obfitych kształtach. Bardzo obfitych.

Dlaczego pasikoniki zielone włażą tak wysoko na drzewa, że i przez oka w bloku na piętrze się pojawiają? W miarę spadku temperatury w nocy, wspinają się na drzewa, śpiewają tam gdzie cieplej. W gorące południe czy popołudnie zaczynają niżej, na trawie, a potem się wdrapują, na co się da.
Z pasikoników warto wspomnieć o takim, co najczęściej na suchych łąkach spotkać można. Ten by najbardziej zasługiwał na miano konika polnego. To łatczyn brodawnik zwany też łatczyn brodownik (Decticus verrucivorus), dawniej zwany także konikiem polnym, skoczkiem, łatczynem (bo zielony w brązowawe łatki). Spotkać go można na ciepłych łąkach, miejscach nasłonecznionych i suchych, prowadzi dzienny tryb życia.

Kiedyś sądzono, że łatczyn umie usuwać kurzajki ze skóry. Tak jak i wiele innych owadów, złapany łatczyn wydziela brunatną ciecz. Przystawiano łatczyna do brodawek, które zgryzał silnymi żuwaczkami, a powstałą ranę smarowano sokiem trawiennym owada. Chirurgia polowa i chemioterapia w jednym.

Pasikonikowate są wszystkożerne, zjadają inne owady (pasikonik zielony nawet aktywnie na nie poluje), martwe owady, owoce i rośliny. Brany w rękę mógł więc wygryzać kurzajkę. Może kiedyś leśne znachorki w dawnych czasach stosowały łatczyny na usuwanie kurzajek? Nie pierwszy to „robal” wykorzystywany w medycynie ludowej, tak jak stosuje się pijawkę lekarską czy larwy niektórych muchówek do czyszczenia trudno gojących się ran. I to we współczesnej medycynie! Nie jest to wyraz zacofania ale kreatywnego korzystania z dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego. Dawną wiedzę można udoskonalać i stosować jako najnowszą technologię.