28.04.2019

Torby bumerangi, mobilny givebox i majówkowy piknik edukacyjny w Lidzbarku Warmińskim

Długa majówka sprzyja wycieczkom pieszym, rowerowym, pociągiem czy autobusem. A ja zapraszam trzeciego maja do Lidzbarka Warmińskiego na warsztaty ekologiczne dla mieszkańców. Na deptaku przy Wysokiej Bramie na kilku stoiskach pod szyldem Fundacji Veolia Polska, podczas Tygodnia Sportu, w godzinach 10.00 - 15.00 odbędą się warsztaty ekologiczne, w których głównym tematem będzie gospodarka obiegu zamkniętego (w tym zero waste).

Aktywna forma warsztatów, angażująca zarówno dzieci, młodzież jak i rodziców (dla każdego coś miłego i interesującego), ma nieść przesłanie z wartością edukacyjną (połączenie street artu oraz arteterapii z kształceniem pozafromalnym). Będzie okazja by poprzez zabawę, refleksję i działania artystyczne dowiedzieć się jak żyć, aby produkować jak najmniejszą ilość odpadów (zero waste), jak rozwijać naszą wspólną odpowiedzialność za środowisko (w tym unikając produkcji zbędnych odpadów), jak możemy przyczynić się do poprawy stanu naszego środowiska, do lepszego wykorzystywania zasobów (w tym recykling i reusing). Mottem będzie hasło „naprawiaj nie wyrzucaj”. Zobaczysz przykłady rzeczy i działań prostych, praktycznych rozwiązań do zastosowania przez każdego w domu. Poczynając od Lidzbarka Warmińskiego. 

Organizatorzy gorąco proszą by zebrać ze sobą stare firanki, umyty i pozbawiony etykiet słoik lub butelkę, polny kamień lub starą dachówkę, kilka książek lub innych przydatnych rzeczy, którymi zechcesz podzielić się z innymi. 

W czasie edukacyjnego pilniku zbudujemy mobilny givebox. Co to takiego? Givebox (inna nazwa: freebox) to szafa z różnościami, rodzaj mebla miejskiego, najczęściej regału lub szafy ustawionej w licznie odwiedzanych miejscach, w której można anonimowo, bezpłatnie pozostawiać i zabierać używane i niepotrzebne oddającym przedmioty użytkowe, np. AGD, odzież, zabawki, naczynia, czy książki. Idea półek bookcrossingowych od lat znakomicie się rozwija (przykładem jest chociażby Warmiobook). W czasie warsztatów przygotujemy mobilny givebox w starej walizce. Ale może uda się coś trwałego i większego stworzyć dla Lidzbarka Warmińskiego. Ideą giveboxów jest hasło sharing is caring czyli dzielenie się jest dbałością o innych i środowisko: zabezpieczaniem potrzeb ludzi słabiej uposażonych, przedłużaniem żywotności urządzeń, a tym samym wpływaniem na polepszanie stanu środowiska naturalnego (idea zero waste). W zamierzeniu giveboxy mają też tworzyć wokół siebie lokalną społeczność, grupę spotykających się przy nich ludzi. Sztuka dodatkowo łączy ludzi. Givebox jest miejscem, w którym możesz coś anonimowo zostawić, ale też równie anonimowo zabrać. I nikt nie będzie od Ciebie żądał zapłaty czy jakiejkolwiek formy zadośćuczynienia. Po prostu uczestniczysz w wielkim projekcie zmieniania świata na miejsce przyjazne do życia. Włącz się aktywnie.

Dla niektórych wspólna szafa będzie miejscem, w którym będą głównie zostawiać dla innych, skarbnicą różności, z której będą czerpać i cieszyć się ze znalezionych przedmiotów. Jednocześnie tego typu upcycling to świadome korzystanie z wytworzonych dóbr, dbanie o pracę rąk ludzkich i nie zanieczyszczanie środowiska, generowaniem nowych odpadów. Podróżując po Europie już widziałem takie szafy z różnościami. Pora, by idea zagościła na Warmii i Mazurach. Zaczniemy od Lidzbarka Warmińskiego. 
A po co stare dachówki lub polne kamienie? Bo będzie malowanie starych dachówek lub kamieni (na nich zostaną nalepione QR Kody, linkujące do wybranych miejsc w internecie - artykułów przyrodniczych, ekologicznych i specjalnie przygotowanych na tę okazję i odnoszące się do przekazów edukacyjnego, dotyczącego gospodarki obiegu zamkniętego). Pomalowane kamienie i dachówki uczestnicy mogą zabrać ze sobą. Te które zostaną, rozmieścimy na ternie miasta i zachęcimy do poszukiwań, z telefonem komórkowym, by odnalazłszy taki tajny kamień, poprzez qr kod przeczytać coś o naszej, niezwykłej przyrodzie (więcej o malowaniu dachówek i kamieni). 

Malowanie słoików i butelek. Wyciągnięte ze śmietnika lub ocalone przed wyrzuceniem na śmieci. Nie wyrzucaj, wykorzystaj (reusing, upcycling). Z niepotrzebnych już szklanych opakowań można zrobi rzeczy użytkowe, pojemniczki kuchenne i dekoracyjne, wazoniki itd. Nie ma rzeczy niepotrzebnych, trzeba tylko odrobiny wyobraźni. A przy malowaniu można sobie porozmawiać, tak jak kiedyś przy łuskaniu fasoli, darciu pierza czy międleniu lnu. 

Zabawki z byle czego też da się zrobić. W czasie edukacyjnego pilniku w Lidzbarku Warmiński można będzie pod okiem fachowców wykonać maskotkę larwy chruścika. Prawda, że oryginalne? A zdziwisz się z czego zrobisz domek chruścikowy. 

Szycie woreczków z firanek - na zakupy, do produktów luzem, np. ziemniaki, pomidory, marchewka itd. – rezygnujemy z jednorazowych, foliowych opakowań, by śmieci było mniej. Będą też torby-bumerangi. Zwykłe, płócienne torby na zakupy, które można wziąć lub przynieść. Niech leżą w sklepach. Jak ktoś zapomni, to weźmie i nie będzie przysparzać plastikowych śmieci. 

Jak segregować – zabawa z recyklingiem. Będą pojemniki do recyklingu i quiz, co gdzie wrzucić. Przyda się trochę umytych rekwizytów-śmieci. Możesz przynieść ze sobą. To nie koniec atrakcji. Najmłodsi będą budowali Smoga – takiego recyklingowego smoka. (budowanie instalacji z odpadów, śmieci). Po zbudowaniu całość będzie rozebrana w ramach recyklingu. To nie będzie Smok Wawelski, to będzie Smog Warmiński. Straszny i groźny, ale wiemy jak go pokonać. Kolejną propozycją z nawiązaniem do kulturowego dziedzictwa regionu będą Kłobuczki z włóczki (budowanie zabawek z włóczki) oraz Maty ze szmaty

Edukacyjna zasada 3 razu U: Unikaj kupowania rzeczy zbędnych (szycie torebek by nie brać foliówek, torby bumerangi, givebox), Użyj tego jeszcze raz (reusing itd.: malowanie dachówek i kamieni, butelek i słoików, zabawki z niczego, maty ze szmaty) i Utylizuj (czyli recykling, smog, ”jak segregować”).  

A zatem do zobaczenia 3. maja w Lidzbarku Warmińskim, w godzinach 10.00-15.00, koło Wysokiej Bramy.
Zobacz także:  wydarzenie na Facebooku.


24.04.2019

Dlaczego studenci są tak mało aktywni cyfrowo i internetowo?


Jako cyfrowy imigrant uczę się cyfrowego świata i próbuję nawiązać kontakt z pokoleniem cyfrowych tubylców. Czytam książki, poradniki "językowe", powoli uczę się tego świata, jakże obcego od świata mojego dzieciństwa i młodości. Bo chcę kontaktu (wszak komunikacja jest kwintesencja uniwersytetu). Zamiast czekać, aż "tubylcy" nauczą się mojego, "obcego" języka, uczę się ich świata. I ciągle mi nie wychodzi.... Może tylko wydaje mi się - jak Kolumbowi, że dopłynąłem do Indii. Ląd, który widzę, nie jest tym, za który go biorę?

Mam wrażenie, że ginie dawna wspólnota uczących i nauczanych w środowisku akademickim. Zmienił się świat, niczym klimat na Ziemi. Czuję się niczym na wyprawie badawczej do obcego świata. Coraz bardziej obcego. Nawet architektura nie sprzyja kontaktom i dialogowi. Imigruję więc do wirtualnego świata nowych urządzeń. Poszukuję dialogu i relacji przez media internetowe. Wyobrażam sobie, że będzie to wydłużony i pełniejszy kontakt. Bo nie ma przestrzeni analogowej tak jak dawniej. Kiedyś były koła naukowe, praktyki, praca w terenie. Wielodniowe trudy przebywania pod namiotem lub w warunkach terenowych. Praca dydaktyczna i badawcza a potem normalne relacje międzyludzkie i rozwiązywanie problemów dnia codziennego, z aprowizacją, komarami, rozrywką. I okazja do lepszego poznania się, do rozmowy, do niezbędnego skracania dystansu i wzajemnego zrozumienia. A skoro tego nie ma, to może odnajdę w przestrzeni cyfrowej? W tym nowym świecie, który teoretycznie jest dla młodego pokolenia ich społeczną ojczyzną.

Próbuję od kilku lat, a ciągle ten świat jest dla mnie zbyt obcy. Piszę, by uporządkować myśli. Może ktoś wie i mi odpowie, może ktoś już rozumie i mi wyjaśni...

Zarówno uczniowie ze szkół podstawowych jak i średnich, z którymi mam okazjonalny kontakt, jak i studenci, z którymi mam częste spotkania... są bardzo mało aktywni w grupach na Facebooku, w komentarzach na blogu. Nie za bardzo dyskutują, nie zamieszczają komentarzy. USOS nie daje możliwości technicznych więc szukam studentów tam, gdzie wydaje mi się, ze "są". Ale może moje wyobrażenie o cyfrowym świecie młodego pokolenia jest nieadekwatne? Może szukam nietoperzy w latających w południe? Poczta grupowa (zbiorowy adres dla grupy) jest zupełnie nieprzydatna. Mogę wysłać notatki z wykładu, komunikat, ale prawie nigdy nie otrzymuję żadnej odpowiedzi, potwierdzenia. Jakbym mówił do ściany. Znacznie lepszy jest kontakt przez Facebooka, tu przynajmniej więcej widać. Ale zbyt wielkiej dyskusji i tam nie ma (słabo także dyskutują analogowo, w czasie zajęć). Zastanawiam się więc jakie mogą być tego powody? Niżej wymieniam kilka różnych, domniemanych, możliwych przyczyn. Może ktoś wie więcej i mi to rozjaśni?

1. Niskie umiejętności cyfrowe młodego pokolenia (możliwe, że ich przeceniamy). Nie wiedzą jak korzystać z mediów społecznościowych do komunikacji (nagminne oferowanie do kontaktu poczty grupowej). Albo też ich umiejętności cyfrowe są wąskie i bierne, skanalizowanie na rozrywkę? Czyli cyfrowi tubylcy tylko fragmentarycznie wykorzystują możliwości interetowe i cyfrowe?

2. Niskie umiejętności komunikacji - wstydzą się, obawiają się zabierać głos, obawiają się hejtu, krytyki, złego odbioru. Ze strony innych studentów czy ze strony prowadzących? Czy to nawyk wyniesiony ze szkoły czy już ukształtowany na studiach? Może więc nie jest to sprawa narzędzi cyfrowych tylko ogólnych umiejętności (chęci, potrzeby) dyskutowania?

3. Nie chcą dyskusji i interakcji z prowadzącym. Może między sobą dyskutują a tylko w relacjach z wykładowcą są cisi i nieaktywni? A jeśli tak, to dlaczego? I skąd to się bierze? Czy ma przyczynę ogólnospołeczną czy uniwersytecką?

4. Komunikują się na FB tylko prywatnie i rozrywkowo, towarzystwo, a nie publicznie czy zawodowo. Nie odkryli tego narzędzia jako formy publicznej i zawodowej.

5. Nie chcą być w pracy cały czas, nie chcą być na smyczy dyspozycyjności i programowo odcinają się od wydłużania relacji poza przysłowiowe 45 minut lekcji. Dlaczego?

6. A może nie chcą realizować nie-swoich celów. Może moje propozycje są zbyt obce, niechciane, może cele wykładowcy są dla nich niczym z innego, niechcianego świata? Po co więc są na uniwersytecie? I dlaczego tak jest? Kolejnym pytaniem byłoby "jak to zmienić?"

W różnych grupach jest różnie, są i bardziej zaangażowani i mniej. Średnio statystycznie wychodzi, że są bierni i mało aktywni, nie wychodzą z inicjatywą (na przykład nawet studenci z samorządu nie odpisują na maile, cisza, udawanie, że "mnie nie ma", jakiś unik).

Podsumowując i parafrazując: nie mówią bo nie potrafią czy raczej nie chcą?

Może nasze światy są zbyt niekompatybilne? Może różnice międzypokoleniowe są większe niż myślimy? A może zupełnie inne przyczyny? Nie wiem. I się od dłuższego czasu zastanawiam, widząc nieskuteczność moich różnorodnych prób i eksperymentów. A przynajmniej skuteczność moich prób jest poniżej moich oczekiwań.  Może to ja jest już za stary i zbyt wypalony lub zbytnio idealizuję przeszłość?

Czuję się jak stare buty, zostawione na przystanku.... Nieadekwatnie do rzeczywistości w tym szybko zmieniającym się świecie trzeciej rewolucji technologicznej a czwartej rewolucji przemysłowej. A może jestem tylko Kolumbem, który dopłynąwszy do Ameryki dziwi się, że inaczej wyobrażał sobie Indie...

23.04.2019

Nie musisz robić wszystkiego...


Nie musisz (z)robić wszystkiego naraz, zrób cokolwiek, a potem (jutro) postaraj się zrobić więcej. Zrób pierwszy krok. W dobrym kierunku.

Na przykład dla zahamowania wzrostu globalnej temperatury na Ziemi, ograniczenia odpadów, poprawy estetyki krajobrazu, pisania pracy dyplomowej. Lub budowania wspólnoty i zasypywania rowów nienawiści. Zacznij. Wszystkiego w pojedynkę nie zrobisz, ale zacznij. Wielki ocean składa się z małych kropli deszczu. Deszczu, który długo pada.

22.04.2019

O tym jak maść do latania wynalazłem - opowieść dla studentów o pracy aplikacyjnej


Współpraca daje dużo satysfakcji i tworzy rzeczy nowe. Współpraca ze studentami jak i z otoczeniem uniwersytetu. Wspólnota uczących i nauczany i konektywizm - przenikanie się myśli, wzajemne inspirowanie się. Dobra przestrzeń dla kreatywności.

Inspiracją do wynalezienia maści czarownic były zajęcia ze studentami, dyskusje na seminarium i ich pasje. Najpierw byli to studenci biotechnologii, którzy tworzyli domowe kosmetyki z roślinami lokalnymi. Potem popularyzatorskie zabawy "w czarownice" i odszukiwanie starych przepisów na maść czarownic. Do tego prace nad tworzeniem i uruchamianiem międzywydziałowego kierunku dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze. To wszystko ukierunkowało moje myślenie. A kropką nad i była współpraca z lokalnymi, małymi przedsiębiorcami z Wimlandii. Ale po kolei.

Słowo wynaleźć ma dwa znaczenia. Po pierwsze wynaleźć czyli odkryć coś nowego, skonstruować wynalazek itd. Niewątpliwie oznacza kreatywność. Po drugie w języku potocznym wynaleźć to wyszukać, wyszperać spośród tego co już jest, tylko gdzieś się zapodziało. Czyli przywrócić na nowo do życia.

Maść czarownic do latania wynalazłem na dwa sposoby. Po pierwsze wyszperałem z zapomnianego dziedzictwa ale i mocno zmodyfikowałem, a więc jest coś na nowo opracowane (nie udałoby się bez współpracy). Maść do latania pojawia się w zupełnie nowym kontekście i znaczeniu. Maść do latania naprawdę kiedyś istniała. A czarownice? Też były ale jedno i drugie miało inne znaczenie niż teraz im przypisujemy. Inaczej te słowa rozumieliśmy.

Odtwarzanie maści czarownic jest formą edukacji przyrodniczej i działaniem na rzecz ochrony bioróżnorodności i atrakcyjności turystycznej prowincji. W ten sposób wspieram kreatywnością gospodarkę lokalną i współpracuję z lokalną przedsiębiorczością. Kontekst kulturowy z nutą dowcipu jest pomocny w promowaniu lokalnej żywności i dziedzictwa kulinarnego. Nasi przodkowie świat poznawali organoleptycznie i obserwując skutki. Świadomie i nieświadomie eksperymentowali na sobie, gdzie głód i choroby motywowały do kolejnych prób i poszukiwań. Teraz korzystamy z ogromnego bogactwa roślin i zwierząt jako pokarmu, kosmetyków, leków. Ale poprzedzały to niezliczone próby wielu pokoleń, w tym otruć, śmierci i różnych porażek.

Sporo z tego dawnego dziedzictwa zapomnieliśmy. Teraz na nowe je odkrywamy. Przykładem jest pokrzywa, która niedawno wróciła do kulinarnych łask a pomogła konsekwentna promocja i pokazywanie pokrzywy w różnorodnych, kulturowych kontekstach. Liczy się nie tylko smak ale i opowieść. Jest więc zupa z pokrzywy, pierogi z pokrzywą czy nawet lemoniada pokrzywowa. Lokalna i unikalna specjalność, w sam raz do pogłębionej turystyki. Dla ludzi poszukujących intelektualnej przygody. To co jedli nasi przodkowie czasem leczyło, czasem przynosiło skutki nieoczekiwane. Czasem można było się otruć a czasem pojawiały się wizje, omamy, halucynacje. Dzisiaj wiemy, że to na skutek różnych substancji działających na nasze zmysły i układ nerwowy. W niewielkich ilościach mogą być lecznicze, w większych mogą okazać się trucizną. Tak jak każde lekarstwo.

Dawniej inaczej rozumiano otaczający nas świat, większym stopniu interpretowano świat jako połączenie sił duchowych i realnych. Wszystko było ze sobą pomieszane. Jeśli jakieś ziele leczyło… to dlatego, że miało moc magiczną czy przy współudziale demonów i sił tajemnych. Dzisiaj identyfikujemy konkretne związki biologicznie czynne i potrafimy opisać ich reakcję w organizmie. Ba, nawet syntetyzować podobne (np. antybiotyki), bo rozumiemy ich działanie na poziomie molekularnym i fizjologicznym. Nasi przodkowie odkrywali, że po zjedzeniu niektórych roślin (lub zwierząt) czują się lepiej, czują się pobudzeni, a czasem mają wizje. Tak odkryliśmy używki takie jak kawa czy herbata, ale i narkotyki. Wiele roślin i grzybów psychotropowych używana była w przeszłości. Niektóre używane były do praktyk szamańskich, bo świat naszych przodków przesycony demonami i siłami duchowymi, które można było umiejętnie wykorzystać do własnych celów (unikać niebezpieczeństwa, pozyskać wiedzę lub bogactwo). Tak powstała maść czarownic, z wykorzystaniem różnych roślin trujących a działających na układ nerwowy. A że dostępność roślin i grzybów psychotropowych była różna w różnych regionach, to i skład owych specyfików był różny. 

Dlaczego czarownice? Bo czarownice, wajdeloci, zamawiacze, szeptuchy to były określenia na ludzi niebezpiecznych, czasem pomagających, czasem szkodzących (rzucających uroki). We współczesnej kulturze filmów i kreskówek, gdy mniej boimy się świata, dawne upiory, zmory, wampiry, czarownice „ucywilizowaliśmy” i sprowadziliśmy do postaci sympatycznych. Tak jak krasnoludki – kiedyś uważane za demony najczęściej szkodzące, przynoszące choroby. Dzisiaj w kulturze krasnoludek to sympatyczny karzełek, pomagający człowiekowi.

Maść czarownic nie służyła do smarowania miotły, ale do „odlotów” duchowych, wizji narkotycznych. Po zażyciu miało się wrażenie lotu… i docierania do innego, duchowego świata. Nie wiem kiedy pojawiała się w popkulturze miotła, ale najstarsze opowieści informowały o wchodzeniu do kotła, po posmarowaniu się maścią. Tłuszcz był elementem konserwującym i rozpuszczającym substancje roślinne. Teraz o tym wiemy. Jednym z wykorzystywanych tłuszczów był smalec gęsi. To na jego bazie przygotowywano maść czarownic, jadło się albo smarowano (w miejscach ciała o cienkiej skórze, by łatwiej wnikały substancje do krwi).

Po przestudiowaniu wielu opracowań historycznych i etnobotanicznych, po odfiltrowaniu treści fantastycznych od przyrodniczych zaproponowałem nowy skład dla maści do latania. We współpracy z kucharzem i restauratorem z Cudnych Manowców powstała manowcowa maść czarownic do latania. Ale w wersji bezpiecznej, bez użycia bielunia czy innych roślin trujących. Odgrzebany stary przepis, nawiązujący do historii oraz dziedzictwa niematerialnego ale przetworzony i na nowo opracowany. Maść czarownic wynaleziona na dwa sposoby: wygrzebana z niepamięci i o składzie na nowo opracowanym.

Dlaczego pozostawiam nazwę na poły fantastyczną – maść do latania? Nie żeby oszukiwać i dawać złudną nadzieję na latanie wbrew prawom fizyki, ani by promować dopalacze i inne narkotyki. Po to, by nawiązywać do bogatego dziedzictwa niematerialnego i przywracać zapomniane dziedzictwo kulinarne z wykorzystaniem takich „chwastów” jak bylica pospolita czy bluszczyk kurdybanek. Na nowo eksperymentować w kuchni i korzystając z lokalnej bioróżnorodności wynajdować nowe przepisy… albo odtwarzać stare. Ma to posmak archeologii eksperymentalnej i współczesnej innowacyjności.

Nie samym jedzeniem człowiek żyje ale i kulturą. Bylicę pospolitą, dawniej uważaną za roślinę magiczną, wykorzystywano także w noc świętojańską. Dlatego debiut manowcowej maści do latania odbył się w Noc Świętojańską. Degustacji towarzyszyły opowieści etnobotaniczne i historyczne oraz przecudna muzyka Ani Brody. Sama nazywa swoje granie jako muzyka elficka. Na starym instrumencie i w nawiązaniu do archaicznych stylów śpiewu (tzw. biały śpiew). Stara tradycja w zupełnie nowej aranżacji. Pełen folkloryzm, czerpanie z dziedzictwa ale i tworzenie czegoś zupełnie nowego, oryginalnego.

Smalec z gęsi… jest zdrowy ze względu na zwartość tłuszczów nienasyconych. W dobie „walki” ze „złym cholesterolem” warto przywrócić gęsinę tradycji kulinarnej. Poza hodowlą fermową polskiej wsi warto przywrócić małe, domowe hodowle i to najlepiej stare rasy zwierząt. Nie tylko polską gęś kołudzką białą ale wiele innych, starych i zapominanych ras. Przy okazji mogą .. gęsi robić za kosiarki do trawy. Mamy więc dwa motywy odtwarzania maści do latania: ochronę bioróżnorodności w postaci przywrócenia bylicy pospolitej na polskie i restauracyjne stoły oraz ochronę starych ras gęsi (a przy okazji bioróżnorodności łąki spasanej przez gęsi a nie wykaszanej kosiarką). Trzecim motywem jest dziedzictwo kulturowe. I jest jeszcze czwarty motyw: wsparcie lokalnej turystyki i lokalnych producentów żywności. Żywność wysokiej jakości potrzebuje wsparcia i ułatwienia współpracy małym przedsiębiorcom produkującym żywność, pensjonatom i restauracjom, rękodzielnikom. Maść do latania ma wspierać powstająca sieć współpracy, nazwanej Wimlandią. Jest to jedno z wielu zaplanowanych działań.

W tym roku też coś wynajdę. Mam przynajmniej takie postanowienie...

17.04.2019

Przegrany i wypalony nauczyciel - czyli co dalej z edukacją w Polsce?

(Gdzieś w Polsce, zabudowania gospodarskie. Rozpadają się bo brakuje ludzi otwartych, kreatywnych, umiejących krytycznie myśleć i wchodzić z innymi w dialog. Taka nasza będzie przyszłość?)
Zapewne znane jest większości (przynajmniej tej czytającej i to nie tylko esemesowe przekazy dnia) powiedzenie: żeby zapalać innych, samemu trzeba płonąć. Entuzjazmem, energią, ciekawością, dociekliwością, wytrwałością, zaangażowaniem.

Z rozmowy z profesorem Bogusławem Śliwerskim (dodatek Gazety Wyborczej pt. "Czarna księga PiS. Katastrofa w edukacji" z dnia 4 kwietnia 2019) dowiedziałem się o stopniu wypalenia zawodowego wśród nauczycieli: "Co kilka lat wykonujemy badania wśród nauczycieli. Ok. 30 proc. z nich ma najwyższy poziom wypalenia zawodowego. Dla samych siebie są toksyczni, co dopiero dla najsłabszych, czyli uczniów. Kolejne 20 proc. to nauczyciele wypaleni, ale gotowi zaakceptować swoją sytuację z różnych powodów: mają duże wsparcie społeczne albo "męża, który dobrze zarabia". Im w szkole łatwiej. Zaledwie 32 proc. badanych nauczycieli to osoby w pełni zdrowe psychicznie." Czy te dane nie są zatrważające? Jakie w szkołach są warunki pracy, że tak szybko i w takiej skali ludzie się wypalają? Ogromna odpowiedzialność, ogromne oczekiwania a wsparcie instytucjonalne niewielkie (jeśli w ogóle). Albo trzeba poprawić znacząco warunki pracy albo wyraźnie skrócić wiek emerytalny. Skoro tak szybko się wypalają, to niech szybciej idą na emeryturę. A kolejna grupa przyjdzie... spalać się i wypalać? Oczywiście jeśli myślimy o przyszłości naszych dzieci. Bo może jest to nieważne....

Obecne protesty nauczycielskie są okazją do okazywania wsparcia społecznego (i wielu tak robi). Ale są także okazją do poniżania, hejtowania, dyskredytowania. Najgorzej, że jest to czynione instytucjonalnie przez władze państwowe.  W zderzeniu z wprawnym aparatem partyjnym i sowicie opłacaną propagandą, jakiż los czeka nauczycieli? Krok desperacki zakończy się klęską i jeszcze głębszą frustracją?

"Przegrany nauczyciel, wypalony jest gorszy od przeładowanej podstawy programowej. Przegrany nauczyciel nie jest w stanie prowadzić naszych dzieci do wygranej." (to głos nauczyciela) W zapale walki ideologicznej w obronie jedynie słusznej władzy i partii o tym chyba zapominamy. Czyjeż to będzie zwycięstwo?

Przegrywa klasa średnia, przegrywają Polacy i nasza przyszłość. Czy niebawem zastąpi nas sztuczna inteligencja i roboty? Taniej siły roboczej nikt już nie będzie potrzebował. A ludzie kreatywni, innowacyjni, umiejący się uczyć, pracować zespołowo i wytrwale pokonywać trudności... wymagają zupełnie innej szkoły. I płonących zapałem nauczycieli. Ile zyskamy gasząc tę zapałkę?

15.04.2019

Marzę o dobrej szkole i społeczeństwie obywatelskim


Marzę o patriotyzmie dnia codziennego, solidności, wytrwałej pracy. Marzę o dobrej szkole, odpowiedniej do wyzwań współczesności. Skostniała szkoła uwierała mnie jako ucznia, uwiera i teraz. Współpracuję z nauczycielami, na uniwersytecie realizujemy kolejne projekty, których celem jest wspomaganie rozwoju uczniów i codziennej pracy polskiej szkoły. Bywały chwile, gdy czuło się postęp, że już sprawy idą w dobrym kierunku. Wolno ale się posuwają. Nie cofają się, nie więdną a właśnie idą we właściwym kierunku (choć jeszcze daleko do celu). Teraz jestem coraz bardziej przygnębiony i zrezygnowany. Może to kwestia wieku, może czasu wyjątkowo złego. Niczym patrzenie na kruchą szklankę, która strącona ze stołu spada na ceglana podłogę. Jeszcze jest cała. Ale wyobraźnia podpowiada co będzie za chwilę. Liczyć na cud? Rzucać się na ratunek?

Czytanie ubogaca. Cudze myśli, dopracowane i doszlifowane pomagają nam wyrazić to, co sami czujemy. Dlatego przytaczam niżej słowa Wojciecha Malajkata (z wywiadu w Gazecie Wyborczej). Z jego żoną razem studiowaliśmy. Piękne chwile młodzieńczych ideałów i zaangażowania a także pracy "u podstaw". Wtedy też nie było lekko i nie raz zderzaliśmy się z głupotą, np. w czasie działalności w studenckim klubie Docent. Było jednak chyba więcej nadziei a może więcej sił?

"Marzę o tym, byśmy byli społeczeństwem obywatelskim. Nie solidaryzującym się w momencie, kiedy jest nagły poryw wiatru, ale interesującym się sobą nawzajem na co dzień." Też mam takie marzenia... Patriotyzm dnia codziennego, bez fajerwerków, napuszonych słów i defilad. Lecz za to z wytrwałą pracą, mądrą dyskusją i solidarnością codzienną. Ze sprzątaniem dzikich zakątków przyrody, z odpowiedzialnością za klimat i biosferę... Czyli z myślą o dobrym życiu także i przyszłych pokoleń. Bez krótkowzrocznego, pazernego egoizmu....

„O co jest dzisiejszy strajk? – Wszyscy wiemy, że nie chodzi tylko o to, by nauczyciele lepiej zarabiali. Czytam, że strajk krzywdzi dzieci. Te dzieci są skrzywdzone już od bardzo dawna. Na studia aktorskie przychodzi do nas młodzi ludzie, u których szkoła nie rozwinęła wyobraźni. Oni nie czytają, niczego w kinie czy muzeum tak naprawdę nie widzieli." Tak, ci uczniowie już są skrzywdzeni, przeładowaną podstawą programową, ciągłym odrabianiem lekcji, by nadrobić nawet to, co niemożliwe. Zakuwanie na pamięć, archaiczne i bezużyteczne lektury, bez czasu na dyskusję i uczenia się jak się uczyć.

"Szkoła nic z nimi nie robi. Uczy rozwiązywać testy, nie inspiruje. I nauczyciele, i uczniowie bębnią to, co mają odbębnić."  Bo musi... realizować złą podstawę programową, znacznie zepsutą przez ostatnią reformę (w zasadzie deformę) edukacji. Lojalność elektoratu nie pozwala ani na chwilę z refleksją przyjrzeć się skutkom, bo ciągle musza zwalczać i wykluczać. Rewolucyjny zapał wykluczania. Nie po raz pierwszy w historii. Kiedyś najpewniej refleksja przyjdzie. I wsyd też przyjdzie. Lecz od słowa przepraszam rozbita szklanka się nie scali.... A sprzątając szkła z podłogi można się przy okazji pokaleczyć.

"Nauczyciele i uczniowie są nieludzko zmęczeni. Ze wszystkich znanych nam powodów: przeładowania programu, XIX-wiecznych metod nauczania, niskich zarobków, opresyjnego systemu ocen i testów, braku czasu rodziców dla dzieci i ich oczekiwań, że szkoła ich wyręczy i je wychowa." - zapisuję, bym nie zapomniał. A przynajmniej długo pamiętał. Tylko co z tego pamiętania? Czy komuś się jeszcze przyda?

Czy pokonani, upokorzeni i zniesławieni nauczyciele spokojnie wrócą do pracy? Jeszcze bardziej wypaleni i w poczuciu beznadziei? Może i to złamane drzewo wypuści jeszcze kiedyś zielone pędy. Na koślawym pniu z poczuciem straconego czasu i straconych pokoleń skrzywdzonych uczniów, którym nie byli w stanie pomóc, naprawić szkoły i dać lepszą przyszłość w gospodarce opartej na wiedzy...

Przygnębienie. Czas na kolejną emigrację wewnętrzną? I ja tak się czuję.

12.04.2019

O synergii w turystyce i konektywnym tworzeniu marki regionu


Powyższa grafika jest przykładem jak powstaje wiedza. Oddolnie, w rozproszeniu i konektywnie. Nie jest zwykłą sumą myśli poszczególnych osób, powstaje także w relacjach między tymi ludźmi. System to coś więcej niż suma elementów, to także relacje miedzy tymi elementami i organizacja.

A było to tak, w czasie konferencji pn. „Kształtowanie oferty turystycznej regionu Warmii i Mazur” (11.04.2019 r.), przedstawiłem referat pt. "Tworzenie marki regionu – wspólny wysiłek i wspólne korzyści". Po kilku słowach wprowadzenia i kilku slajdach, przełączyłem widok na program Mentimeter i poprosiłem zebranych o wpisanie trzech słów, kojarzących się z naszym regionem. Miała to być praktyczna ilustracja konektywizmu. Efekt był dynamiczny i ciągle się zmieniający. Na sali obecne były osoby dorosłe z różnych instytucji i przedsiębiorstw, z samorządów, urzędów państwowych, organizacji turystycznych, przedsiębiorcy, związani z turystyką itp. Każdy wpisywał sam, indywidualnie na swoim telefonie, a efekt wspólnej pracy pojawiał się na ekranie. Chmura słów ciągle się zmieniała, w miarę jak "dopływały" głosy kolejnych osób. Wyjaśniłem skąd to się bierze i że wielkość słowa wynika z częstości użycia przez uczestników. Na początku dominowały "jeziora". Włączona była opcja wielokrotnego wyboru. Zatem ciągle zmieniający się efekt wynikał także z interakcji - tego co i jak komentowałem oraz z już widocznych rezultatów. Po 2-3 minutach ponownie przełączyłem widok na prezentację, ale aplikacja działała w tle i uczestnicy mogli w trakcie wykładu jeszcze uzupełniać wpisy (choć finalny efekt nie był widoczny dla wszystkich).

Z czym kojarzy się Warmia i Mazury? Efekt wynikał z chwili, takiego a nie innego składu osób, jak i dyskusji na sali. Nieco inaczej wyglądałaby ta chmura słów, gdyby inne osoby uczestniczyły, gdyby inaczej przebiegała dyskusja itd. Efekt indywidualnych skojarzeń i relacji (interakcji). Wiedza powstaje w rozproszeniu, w wielu miejscach a nie jednym "centrum", z którego rozsyłana jest do wszystkich "podwładnych". Podobnie jest z marką regionu.

Ciekawa jest analiza tych słów. Pojawiają się miejscowości, elementy przyrody, rodzajów aktywności (zachęcam do samodzielnego przeanalizowania). Tak siebie widzimy. W trakcie wykładu nie analizowałem szczegółowo tej chmury. Gdy ostatni raz w czasie spotkania spoglądałem na rezultat, to w aktywności wzięło udział jakieś ok. 70 osób. Na końcowy rezultat wpłynęła jeszcze aktywność kolejnych 30-40 osób. Gdy pojawiały się słowa, wspomniałem że nie pojawiły się jeszcze żadne wulgarne słowa, tak jak to dzieje się w przypadku młodzież, która chce sprawdzić co się stanie gdy napiszą.... Gdy patrzę na rezultat końcowy, to znajduję dwa słowa na "d". Może niechcący sprowokowałem? A może dorośli są jak dzieci - też chcą eksperymentować na różne sposoby? Tak czy siak, w chmurze odbiły się bardzo zróżnicowane nastroje wszystkich uczestników. Wszak miały to być skojarzenia. Jakie myśli kryją się za tymi słowami? Dlaczego ich użyto? Dlaczego mieli takie skojarzenia? To już zupełnie inna historia i inna potrzebna do tego analiza.

Opowiadałem i pokazywałem różne przykłady, poczynając od sieci Cittaslow, poprzez Dziedzictwo Kulinarne Warmii, Mazur i Powiśla, po Lokalne Grupy Działania, koła gospodyń wiejskich (a także prowincjonalnych), grupy takie jak Wimlandia, W Szuwarach itd. Wspomniałem także o znakach i nietypowych trasach turystycznych, podając przykłady z m.in. z Francji.

Nie zdążyłem wspomnieć szerzej o łąkach kwietnych i o tym, jak zostałem seedbomberem. Już nadrabiam te zaległości. Bomber? Toż to jakiś terrorysta, a dokładniej ekoterrorysta! Bo przecież ostatnio ekologów z definicji nazywa się terrorystami, siejącymi zagrożenie. A więc było to tak. W czasie służbowej podróży do Francji dowiedziałem się, że jestem landartowcem i seedbomberem. Podróże kształcą. Pozwalają na dystans do lokalnej sytuacji oraz sprzyjają refleksjom, wynikającym z porównań i ze spotkania tego „innego”. Prowokują także do rozmów.

W czasie odwiedzin, najpierw Limognes (liczny i urokliwy street art z przyrodniczym i artystycznym przesłaniem) a potem w arboretum koło Cruzant, zachwycaliśmy się sztuką uliczną, wykorzystaną m.in. do zorganizowanych i uporządkowanych tras spacerowych. O streetarcie już wiedziałem, dlatego łatwo wyławiałem w przestrzeni publicznej nawet niewielkie formy (widzimy to, o czym wiemy). Sztuka uliczna jest blisko ludzi, ulice są niejako galeriami wystawowymi. Działania artystów codziennie oglądają setki ludzi. A kto jest kustoszem takich wystaw o bezpłatnym i nieograniczonym wstępie? Czasem powstaje spontanicznie i chaotycznie, czasem jest bardzo przemyślana, inspirowana i planowo wkomponowana w krajobraz (w Limognes duża część inspirowana i tworzona przez władze miasta).

Dyskretnie umieszczone tabliczki z qr kodami lub dobrze zabezpieczone przed wandalizmem instalacje z historycznymi zdjęciami lub reprodukcjami dzieł malarskich, ustawionymi w miejscach, gdzie powstawały. Można zobaczyć współczesną przestrzeń, np. most czy uliczkę, i stan sprzed kilkudziesięciu lat, utrwalony fotograficznie. Lub wizję artysty, utrwaloną na jego płótnie. To samo miejsce ale widziane zupełnie inaczej. Nie tylko zachwyca (bo piękne) ale i skłania do refleksji.

Spacerując po prywatnym arboretum de la Sedelle dopiero po chwili dostrzegłem i zrozumiałem czym jest land art. Sztuka ziemi w małej formie. I właśnie w czasie takich spacerów, w rozmowie z doktorantką, dowiedziałem się, że jest coś takiego jak land art. Do tej pory uświadamiałem sobie jedynie street art. I dowiedziałem się także o seedbombingu, czyli rozsiewaniu nasion (od ang. seed – nasiono), a więc zwiększaniu i odtwarzaniu bioróżnorodności. Tak jak mieszczanin w sztuce Moliera uświadomiłem sobie, że „mówi prozą”.

Maluję kamienie, układam je w przestrzeni publicznej, wytrwale dosiewam „chwasty” na miejskich trawnikach… zatem jestem także landartowcem i seedbomberem. Może jeszcze nieporadnym, ale jednak. I w taki sposób współtworzy markę regionu, miejsce gdzie dobrze się żyje.

Będąc już świadomym istnienia land artu, doczytałem, lepiej poznałem i zrozumiałem czym on jest. I miałem okazję podziwiać w naturze, w środkowej Francji (w pobliżu znajduje się szlak turystyczny śladami impresjonistów - ale to już inna opowieść). Dokształcony podróżami będę bardziej skutecznie, efektywnie i intensywnie uprawiał ulotny land art w mikroskali jak i uczestniczył w seedbombingu. Może nawet zrealizuję coś ze studentami, niech i oni doświadczą (a nie tylko dowiedzą się). Tak, marka regionu kształtuje się także w czasie naszych podróży i zwiedzania innych zakątków świata. W relacji z działaniami innych narodów, innych ludzi.

Podróże kształcą. Lepiej zrozumiałem czym jest architektura krajobrazu i czym jest land art. Im więcej wiemy tym więcej dostrzegamy nawet w czasie spacerów. Dostrzeganie sensu i porządku zaaranżowanego przez artystę lub… Stwórcę. Podróż to stan umysłu. Nie trzeba jechać daleko. Wystarczy wyjść na spacer i mieć oczy szeroko otwarte. A w zasadzie umysł.


10.04.2019

Dlaczego nauczyciele strajkują? Wszystko przez te firanki w oknie.

Ten strajk to głos rozpaczy wołających o naprawę systemu edukacji. Najkrócej można odpowiedzieć na pytanie "dlaczego nauczyciele strajkują" - przez firanki w oknie, których nie było. A są.

A było to tak. Kiedy moja żona tuż po studiach rozpoczęła pracę w szkole w małym miasteczku na Mazowszu, był rok 1985 (późny Jaruzelski, szara bieda wszędzie). Z pierwszej wizyty w szkole (tu zaznaczę, że przed rozpoczęciem roku szkolnego już w sierpniu nauczyciele przychodzą do szkoły, by posprzątać i przygotować szkołę i klasy dla uczniów) przyszła zmartwiona. Swojej mamie powiedziała "tam nawet firanek w oknie nie ma". Usłyszała radę "to kup, przecież to nie jest majątek". Kupiła za swoje jak typowy nauczyciel, by było przynajmniej bardziej estetycznie, by uczniom było przyjemniej, i jej samej także. A ja w pierwszych latach jej pracy pomagałem wycinać jabłuszka, rysować pomoce dydaktyczne (oczywiście materiały kupowane za prywatne pieniądze, młodej nauczycielki i studenta, potem asystenta na uczelni). I tak już zostało.... Firanki są tylko symbolem.

I przez te ponad 30 lat nic w szkołach w Polsce niewiele się zmieniło. Ciągle nauczyciele dokładają ze swoich pieniędzy (pensji). Jak w anegdocie - nauczyciel to jedyny zawód, który okrada swój dom i wynosi do pracy. Jest cicha akceptacja całego społeczeństwa, i władz, i rodziców, że nauczyciele dokładają do oświaty ze swoich zarobków. Zgadzamy się na to i uważamy za oczywistą oczywistość. Judymowanie i Siłaczkowanie w czasach biedy było do zaakceptowania (za Jaruzelskiego pensja nauczyciela wynosiła 16 USD - w przeliczeniu). Ale przecież żyjemy już w innym świecie, z dużo wyższymi dochodami i ludzi i państwa. Czas głośno powiedzieć, że nie jest to normalne i nie powinniśmy tego akceptować jako społeczeństwo. To jest właśnie ten krzyk rozpaczy strajkujących nauczycieli.

Policzyłem ile moja żona w ciągu tych ponad 30 lat (i z racji wspólnego gospodarstwa domowego także i ja oraz pośrednio nasze dziecko) dołożyła z własnej kieszeni do systemu oświaty. Wyszło jakieś 50-100 tysięcy złotych (przeliczeniowo, na obecne ceny). I raczej ta druga kwota jest bardziej realna. Komputer do pracy kupiony prywatnie w 50 % wykorzystywany do celów służbowych. Drukarka ze skanerem kupiona prywatnie. To urządzenie jest wykorzystywane w 90% do pracy w szkole.  Oba trzeba kupować raz na kilka lat. Bo sprzęt się zużywa, starzeje i psuje. Tusz do drukarki 75 zł miesięcznie. Żona jest nauczycielką klas 1-3, więc sporo materiałów kseruje w domu, dużo drukuje kart pracy itd. Kolejne urządzenie to telefon. Ile wynosi miesięczny abonament? Przynajmniej 50 % czasu to rozmowy służbowe, z innymi nauczycielami, z rodzicami (do 22.00 albo i później) zwłaszcza w czasie wycieczek. Internet. Bo przecież nie tylko korespondencja z rodzicami ale i wypełnianie dziennika elektronicznego. Wiadomo, w domu. Przecież zdecydowana większość szkół nie zapewnia takich "drobiazgów" (w przepełnionych szkołach nie ma miejsca na pokoje pracy dla nauczycieli). Zatem internet potrzebny jest w domu do dziennika elektronicznego (uzupełnianie popołudniami a nie w czasie lekcji w szkole) oraz do wyszukiwania np. ofert wycieczkowych dla uczniów, wyszukiwania materiałów itd. Książek metodycznych nie liczę, wszak służą tylko rozwojowi samego nauczyciela.

Na co jeszcze wydaje nauczyciel? Na papier od kilku lat składają się rodzice, na różne pomoce, na cukierki dla dzieci. Są jeszcze poszczególne, indywidualne przypadki. Tam gdzie rodzic nie chce lub nie może zapłacić za wycieczkę, lody czy kanapkę, kino czy teatrzyk lub muzeum. Wielu nauczycieli płaci za obiady, za wycieczki pojedynczych dzieci (bo alternatywą jest, że dane dziecko nie pojedzie). Czasem bogatsi rodzice płacą za takie wycieczki innych dzieci (i zazwyczaj chcą być anonimowi). Poza nauczycielami do szkoły dopłacają sami rodzice.

Albo jest akcja zbiórki książek dla dziecka w szpitalu, chorego na raka. Wszyscy zbierają, wspaniała akcja. A nauczyciel wysyła. Kto płaci porto lub inne opłaty? Najczęściej nauczyciel. Ze swoich prywatnych pieniędzy. I tak już jest od kilkudziesięciu lat. Teraz, przy okazji strajku starają się nauczyciele powiedzieć dość! Dość wolontariatu, dość wspierania finansowego oświaty z własnych pieniędzy. Czy usłyszymy ten głos wołających na puszczy?

To jeszcze przypomnę, że w zdecydowanej większości szkół (jeśli gdziekolwiek) nie ma miejsca, ze stanowiskiem pracy dla nauczyciela, gdzie mógłby przygotować się do lekcji na sprzęcie służbowym. Nauczyciele strajkują przede wszystkim by uleczyć polską oświatę.

A najbardziej by nauczyciele chcieli (przynajmniej zdecydowana większość) poprawy warunków edukacji, poczynając od odchudzenie przeładowanych programów, zmniejszenia liczebności klas, zatrudnienia na etatach szkolnych psychologów, pedagogów itd.

Niżej grafika, którą opracowali nauczyciele (skupieni w grupie Superbelfrzy RP) w ostatnich dniach, by przebić się przez negatywną propagandę. Przyjrzyjmy się tej górę lodowej, zaglądając pod wodę.

07.04.2019

Biblioteczny konektywizm


To jest "tajne" miejsce kontaktowe dla uczestników spotkania w Bibliotece Uniwersyteckiej. Taka skrzynka kontaktowa. Niby dla wszystkich widoczna i dostępna a jednak trochę tajemnicza. Jak szpiegowski punkt kontaktowy w publicznym parku. To, co tu jest niewidoczne, było na spotkaniu. Albo dopiero się narodzi.

Wiedza powstaje konektywnie i w rozproszeniu. Tak jest przechowywana i upowszechniania. Nie ma fabryki powstawania wiedzy, nie ma centrum. Kiedyś to były ludzkie mózgi. I nieustanne rozmowy, relacje, przekazywanie informacji, opowiadanie historii. Gdy pojawiło się pismo, wtedy do wspólnej pamięci włączone zostały biblioteki i zewnętrzne, pozaludzkie nośniki pamięci i opowieści. Przychodząc do biblioteki... przychodzimy spotkać się z ludźmi, z ich opowieściami. Komunikujemy się za pośrednictwem zewnętrznych nośników wiedzy. Ale ona cały czas była i jest rozproszona i tworząca się w nieustannych relacjach.  Nowoczesne techniki, z internetem, smartfonami, komputerami itd., nic w tworzeniu i przekazywaniu wiedzy nie zmieniają... poza szybkością i znaczącym rozszerzeniem ludzi, którzy są w kontakcie. Nasze plemię urosło.

Biblioteka była i jest miejscem spotkania z ludźmi... czasem za pośrednictwem pozamózgowych nośników pamięci. Jeśli się chcesz czego nauczyć - czytaj (i słuchaj). Jeśli chcesz coś zrozumieć - pisz o tym. Pisanie wymusza większą aktywność. Bo trzeba doczytać, ułożyć zdania, poprawić. A im większa aktywność tym głębsze poznanie i lepsze zapamiętanie.

Cóż ustaliliśmy na "tajnym" spotkaniu w Bibliotece Uniwersyteckiej? Że spróbujemy namówić czytelników bibliotek do pisania. Wspólnego pisania. Na przykład poszerzania zawartości Wikipedii. Nowa jakość współpracy - zaufać procedurom a nie osobom. Bo tych osób-wolontariuszy nie znamy osobiście. Współpraca w znacznie poszerzonym plemieniu. Ze znaczącym wykorzystaniem pozaludzkich aktorów życia społecznego.

To jeszcze jedna próba wykorzystania bloga jako miejsca do dyskusji w komentarzach. Potem może znajdziemy dla rodzącego się projektu inne miejsce. Ale na początek niech będzie tu. Czy się uda?

Być może już niebawem w niektórych bibliotekach Warmii i Mazur czytelnicy częściej będą przychodzili by... pisać. Nie tylko czytać ale i pisać, tworzyć i upowszechniać wiedzę w relacjach z innymi ludźmi. Biblioteka cały czas pozostanie miejscem spotkań. A nowoczesne technologie ułatwią tylko realizację odwiecznych i niezmiennych potrzeb. Dla filozofów to zupełnie nowe zjawisko, włączania w ewolucję biologiczną pozabiologicznych elementów. W działaniu systemu nic się nie zmienia, ta sama funkcja. Może nieco zmienia się tylko struktura. Patrząc na to aktualnie zachodzące zjawisko być może łatwiej będzie nam zrozumieć powstanie życia biologicznego jako takiego.

Chcesz dołączyć? Sprawdź w swojej bibliotece. Tam nie tylko książki są.


06.04.2019

W odpowiedzi na pytania uczniów z Pasłęka


Będzie to opowieść o komunikacji i wyzwaniach współczesności, moja relacja z kolejnego, małego eksperymentu pedagogicznego. To, co wyczytam, staram się sprawdzić w działaniu.

Na początku wykładu (Bioróżnorodność i biotechnologia czyli o maści czarownic do latania i leśnych tulipanach) wspomniałem o dwóch ważnych zmianach, jakie zachodzą i ogromnie wpłyną na życie kolejnego pokolenia: sztuczna inteligencja i biotechnologia. Wspomniałem także o tym, co może wnieść biologia w zrozumienie otaczającego nas świata.  Na sali cztery klasy, coś koło 80-100 osób, licealiści i klasa z technikum. Bardzo krótki wstęp, próba zainteresowania tematem i nawiązania kontaktu. Włączyłem program Mentimeter i poprosiłem uczniów o wpisanie na swoich telefonach słów, które kojarzą się z bioróżnorodnością (a chwilę później - z biotechnologią). Taka prosta forma interakcji z wykorzystaniem nowych technologii (internet i smarfony).

Powstała szybko chmura słów, im częściej dane słowo się pojawia, tym większe ukazuje się na ekranie. Forma szybkiej analizy z wykorzystaniem sztucznej inteligencji (programu). Algorytm sprawdza słowa z literami. To samo pojecie zapisane z błędem literowym lub w nieco innej formie powoduje, że pojawia się kilka wariantów. Proste sumowanie a nie głębsza analiza pojęciowa i znaczeniowa. Człowiek zrobiłby to lepiej... ale potrzebowałby znacznie więcej czasu. Nie byłaby możliwa tak szybka interakcja z wieloma uczestnikami. Szacunkowo licząc, aktywny udział wzięło około 40-50% uczniów obecnych na sali. Inni albo nie mieli ze sobą telefonów z internetem albo nie chcieli się włączyć.

Pierwsza refleksja. Sztuczna inteligencja niebawem będzie sprawniejsza i takie analizy będą wykonywane bardziej perfekcyjne. Nie zmienia to faktu, że taka forma prowadzenia wykładu umożliwia uczniom szybszą interakcję, zadawanie pytań (o tym za chwilę) i wyrażanie swoich opinii a nawet emocji. Oczywiście niesie inne ryzyko, że mając telefony w dłoni zamiast słuchać wykładu będą zajmowali się zupełnie czymś innym. Ja jednak nie zauważyłem tego, by siedzieli z nosami w telefonach. Ta liczna grupa słuchała.

Po dwóch skojarzeniach (bioróżnorodność, biotechnologia) przyszła pora na kolejną małą aktywność - uczniowie mieli możliwość zadawania pytań i pisania komentarzy (za chwilę do nich przejdę). Poinformowałem także, że swoje opinie i pytania będą mogli wpisać w komentarzach na blogu, pod tekstem dla nich specjalnie dedykowanych. Przełączyłem na widok prezentacji (nie było widać już ekranu z Mentimenter, a wiec i wpisywanych pytań i komentarzy) a uczniowie mogli jeszcze wpisywać. Dlaczego tak? Bo darmowa wersja programu Mentimeter pozwala na użycie zaledwie trzech slajdów. Zatem zasadniczą prezentację wykładową pokazywałem z wykorzystaniem innego programu (na laptopie nie było Power Pointa więc pokazywałem slajdy bez animacji, zapisane w formacie pdf). Czy do zadań służbowych uczelnia powinna zapewnić mi oprogramowanie, takie jakie chciał, czy też powinienem kupować za własne pieniądze? Z tym dylematem jeszcze bardziej stykają się nauczyciele, którzy w znacznie większym stopniu dokładają z własnej kieszeni, jeśli chcą coś zrobić, ale to już inna opowieść.

Poza sensownymi słowami pojawiły się także wygłupy (słowa niecenzuralne zamazałem już po).  O czym świadczą? Z tych skojarzeń i wypisanych słów można to i owo wywnioskować. Wygłupy (nawet te wulgarne) były formą sprawdzenia czy to działa (co się stanie jak wpiszę takie słowo). Raczej na pewno spotkali się po raz pierwszy z taką formą wykładowych interakcji. Wpisanie (anonimowo) nawet głupiego słowa daje poczucie sprawstwa. Działam i są efekty. Publicznie takich słów by raczej nie powiedzieli. Wulgaryzmy i niektóre wygłupy spotkały się z dezaprobatą samych uczniów jak i obecnych nauczycieli. Była to także okazja to podkreślenia, że nie wszystko co da się zrobić, warto zrobić. Wcześniej mówiłem na przykładzie biotechnologii o możliwości zmieniania człowieka oraz sztucznej inteligencji. A pojawiające się anonimowo słowa były wykorzystaną przeze mnie ilustracją.

Mentimeter ma możliwość włączenia filtru dla wulgarnych słów. Na pewno w języku angielskim. Ale i bez tego spokojnie można z niego korzystać. Umożliwia dużą skalę interaktywności na wykładzie. Moim zdaniem taka forma jest obiecująca i warto się jej nauczyć, zarówno programu jak i scenariusza budowania wykładu. Można oczywiście czekać na pytania z sali, w trakcie lub na zakończenie wykładu. Z doświadczenia wiem, że taka forma jest ryzykowna. Bo tu również trafiają się wygłupy, nawet pod surowym okiem nauczyciela. Ale bywa też cisza. Nie każdy ma odwagę zadać pytanie, bo najpewniej boi się reakcji - że inni wyśmieją. A gdy jest cisza? I jak zaplanować wykład? Wypełnić w całości czas czy też zostawić 5-10 minut na pytania? A jak nie będzie pytań, to co? Kłopotliwa cisza. A w szkole przed dzwonkiem nie wypada zakończyć i 'wypuścić z sali".

Wydłużona interakcja, np. poprzez komentarze na blogu, także się nie sprawdza. Wymaga znacznie więcej wysiłku od pytającego i jest odroczona w czasie. Potem może się już nie chce.

Niżej wybrałem kilka pytań, jakie uczniowie wypisali za pomocą smartfonów. Tu także pojawiły się wygłupy. Bo chce się zabrać głos, coś napisać, a nie bardzo wiadomo co. To normalne. Nie warto wylewać dziecka z kąpielą, bo obok tych wygłupów są i bardzo wartościowe wypowiedzi.

Być może na niektóre pytania odpowiedziałem już w trakcie wykładu. Niemniej spełniając obietnicę pisemnie odpowiadam.

Co to jest biotechnologia?
Biotechnologia to - najprościej rzecz ujmując -  praktyczne wykorzystanie wiedzy biologicznej, zwłaszcza biologii molekularnej, do zadań przemysłowych. Jest to więc biologia stosowana. Jednocześnie jest to nauka interdyscyplinarna, wykorzystująca procesy biologiczne na skalę przemysłową. Konwencja o różnorodności biologicznej ONZ podaje jedną z najszerszych definicji: Biotechnologia to używanie układów biologicznych, organizmów żywych lub ich składników w celu wytwarzania lub modyfikowania produktów lub procesów w określonym zastosowaniu. Szeroko rozumianą biotechnologię ludzkość wykorzystuje już od... tysięcy lat (hodowla, uprawy, selekcja, wykorzystanie procesów do produkcji żywności). Tyle, że teraz bardzo świadomie i na bazie coraz większej wiedzy. Możemy dużo, ale nie wszystko warto wcielać w życie. Czysta ciekawość naukowa chce sprawdzić czy da się. Ale potem pojawiają się pytania natury etycznej i moralnej. Czy warto to robić? Biotechnologia systematycznie poszerza nasze możliwości, także w zakresie zmieniania człowieka, nawet genetycznie. Teoretycznie możemy poprzez edycję genów likwidować niektóre rzadkie choroby genetyczne. Ale także ... poprawiać naszą biologiczną naturę. Czy można na to zezwolić? Z tymi problemami będzie się borykać kolejne pokolenie. 

Co było pierwsze jajko czy kura?
Pytanie stanowi logiczną łamigłówkę. Bo jajko znosi kura. A skąd się wzięła kutra? Oczywiście wykluła się z jajka. Wydaje się to nierozwiązywalnym problemem. Ale nauki biologiczne wprowadzają zupełnie nowe możliwości. Na przykład ewolucję. I wtedy bardzo łatwo odpowiedzieć na tak postawione, trudne pytanie. Pierwsze było jajko, z jajka wyległa się kura. A skąd jajko? Zniesione zostało przez dinozaura. 


W normalnych warunkach nie jest to możliwe. Izolacja genetyczna jest duża, rekiny i bydło żyją w zupełnie innych siedliskach. Narządy płciowe również uniemożliwiają ewentualna kopulację (zbyt duża bariera morfologiczna i gatunkowa). Ale czy byłoby to możliwe w warunkach laboratoryjnych (in vitro), gdzie naukowcy mogą przełamywać różne bariery biologiczne? Transgeneza, czyli przeniesienie części genomy z bydła do ryb, teoretycznie byłaby możliwa. Ale czy taki organizm byłby w stanie przeżyć  lub czy zarodek byłby w stanie się rozwijać? Zbyt duża różnica planów budowy, fizjologii itd, aby to było możliwe. Ponadto w pytaniu padło słowo "zapłodnienie", czyli połączenie gamet. Wydaje mi się niemożliwe takie zapłodnienie, bo nawet przełamanie bariery biochemicznej stwarza problemy powstania zygoty i niekompatybilnymi chromosomami. Być może kiedyś stałoby się to możliwe. Tylko po co podejmować taki trud? Z czystej ciekawości czy jest to możliwe? Inne techniki, np. edycji genów oraz transgenezy (przenoszenie genów z jednego gatunku na drugi) umożliwiają już tworzenie organizmów, które nigdy nie istniały. W jakimś stopniu jest to kreowanie ewolucji. Można byłoby mówić, że człowiek opanowuje narzędzia do autoewolucji i przyspiesza procesy naturalne. Ogromne możliwości. Tylko czy potrafimy już tym narzędziem się posługiwać mądrze i odpowiedzialnie? Trzeba się szybko uczyć, nie tylko samej techniki ale i celowości, zakresu stosowania itd.

W sensie utraty stanowisk pracy? To już się dzieje. Automatyzacja, komputeryzacja i robotyzacja powoduje zastępowanie pracy ludzkiej przez oprogramowanie i roboty. Zawsze jednak pojawiają się zupełnie nowe miejsca pracy, do tej pory nieznane. Być może ważniejsze będą umiejętności komunikacji i interpersonalne? Umiejętności uczenia się i uczenia innych? Być może będziemy mieli więcej czasu na własną twórczość i samorozwój. Na pewno jednak cała ludzkość musi przemyśleć na nowo sposób dystrybucji dóbr. Czekają nas ogromne zmiany społeczne i kulturowe, w ciągu najbliższych 10-30 lat.

Nie wiem. To od ludzi zależy. Wolałbym, żeby nie szły w kierunku militarnym czy manipulacji społecznych. To bardzo trudne pytanie.

Na koniec kilka refleksji odnośnie komunikacji i edukacji. Być może grozi nam cyfrowa demencja. Coraz powszechniejsze technologie informacyjne zmieniają nasze codzienne nawyki. Zmieniają naszą przyszłość. Dostępność komputerów, smartfonów, mobilnego internetu, zmieniają nasz sposób myślenia, pracę mózgu, wpływają na relacje społeczne itd. Możemy próbować zabraniać korzystania z telefonów w szkole.... lub uczyć mądrzejszego ich wykorzystywania. Technologia zmienia nasz sposób komunikacji, czasami spłyca, czasami poszerza. Stwarza nadmiar bodźców i rozprasza. Jedno jest pewne, stanowi wyzwanie zarówno indywidualne jak i dla całego systemu edukacji. Szkoły i uniwersytetu musimy dydaktycznie wymyślić od nowa. Mamy narzędzie zupełnie nowe i pora się go nauczyć. Nauczyć nie tylko używać, ale i mądrze korzystać. Pierwszy kontakt to nawet wygłupy (tak jak z wypisywanymi słowami przez uczniów). Miejmy odwagę nawet na wygłupy, bo po nich przyjdzie pora na znacznie mądrzejsze działania. Potrzebna jest odwaga spotkania z nowymi możliwościami i eksperymentowania. Nauka rozwija się głównie przez... błędy i porażki. Ale wyciąga z nich wnioski i próbuje po raz kolejny.

Z nowymi technologiami eksperymentuję ze studentami ale także z uczniami, w czasie różnych spotkań. Bo jak nauczyć nauczyciela korzystać z nowych technologii, gdy się samemu nie wie w jakich warunkach i w jakim kontekście ów nauczyciel będzie pracował? I jacy są uczniowie, z którymi pracuje nauczyciel? Powinnością Uniwersytetu jest rozpoznawanie świata i eksperymentowanie, a potem dzielenie się swoimi doświadczeniami. Nawet porażkami. I dyskutowanie. Dlatego zapraszam do dyskusji.

A na zakończenie pozostałe efekty interakcji na wykładzie z młodzieżą z liceum i z technikum.





05.04.2019

Bioróżnorodność i biotechnologia czyli o maści czarownic do latania i leśnych tulipanach

Ten wpis to kolejna próba i miejsce  dyskusji, przygotowane dla uczniów z Pasłęka. Dodatkowo i na wszelki wypadek, gdyby zabrakło okazji w czasie wykładu oraz gdyby zostały wyczerpane inne możliwości internetowe (zaprezentowane w czasie spotkania). Zatem jest to kontynuacja i przedłużenie dyskusji, możliwości zadawania pytań. Jeszcze jeden eksperyment. Sam jestem ciekawy rezultatu.

Jadę do szkoły w Pasłęku z wykładem o różnorodności biologicznej i o biotechnologii. W wystąpieniu dla licealistów  pojawią się między innymi dwa przykłady: maść czarownic do latania oraz zapomniane, dzikie leśne tulipany (jako produkty regionalne, bazujące na etnografii, bioróżnorodności i z nawiązaniem do biotechnologii). Wykład jest jednym z wielu w ramach ciągłej oferty Wydziału Biologii i Biotechnologii pn. "Wypożycz sobie naukowca". Realizujemy to w ramach społecznej misji uniwersytetu. Jeden z wielu małych kroków w budowaniu kapitału ludzkiego i naukowego. Wszak jesteśmy Uniwersytetem Warmińsko-Mazurskim - nazwa to także symboliczna powinność dla naszego regionu.

A czy spotkanie bezpośrednie nie wystarczy? Po co jeszcze trudzić się jakimś tak kontaktem internetowym, gdzieś na blogu, nie zapominając o interaktywnym zabieraniu głosu w czasie wykładu za pomocą aplikacji i telefonu komórkowego? Czy nie za dużo tej elektroniki i kontaktów internetowych? Wszak przyczyniają się do cyfrowej demencji... Tak, cyfrowe, nowoczesne technologie mają wpływ na nasze myślenie, na pamięć, umiejętności interakcji, rozwój językowy. Podobno niszczą także więzi społeczne. Bo życie społeczne przenosi się w coraz większym stopniu do sieci... Na pewno zmieniają nasze społeczne życie. Warto te technologie i nowe przestrzenie komunikacji rozpoznać i efektywnie wykorzystywać.

Oprócz biotechnologii, która daje nam niespotykane wcześniej możliwości wpływania na świat wokół nas i na nas samych, to także automatyzacja, robotyzacja i sztuczna inteligencja są elementami trzeciej rewolucji technologicznej. Żyjemy w czasach ogromnej zmiany. Komunikacja odbywa się już między ... urządzeniami (a nie tylko między ludźmi, czasem za pośrednictwem urządzeń). A my wprowadzamy nie-ludzkich aktorów do życia społecznego. Internet i urządzenia przyczyniają się do przygodności interakcji międzyludzkich. Wielka, ewolucyjna zmiana. Wyzwanie indywidualne dla każdego z nas, jak się w tym odnaleźć. Ale i wyzwanie dla systemu edukacji (szkołę i uniwersytet musimy wymyślić i zbudować od nowa, by pasowały do wyzwań współczesności). Nowe pokolenie dostaje narzędzia (sztuczna inteligencja, biotechnologia) o niebywałych możliwościach. Czy będzie jednak potrafiło z nich skorzystać sensownie? A jak ich mają tego nauczyć cyfrowi imigranci, którzy sami jeszcze tego nie potrafią? Trzeba więc nieustannie uczyć się , próbować, eksperymentować, obserwować. Nauczaństwo (tak jak prosumpcja, dwa procesy w jednym: nauczanie i uczenie się) oraz nauczeń (nauczyciel i uczeń w jednym).

Sytuacja niewątpliwie nowa. Uniwersytet jest miejscem, gdzie powinniśmy eksperymentować, poszukiwać i próbować zrozumieć otaczającą nas rzeczywistość. Coraz istotniejsze stają się kompetencje miękkie: komunikacja (nie tylko analogowa, lecz i także za pośrednictwem elektroniki), praca zespołowa, umiejętność prezentacji i dyskusji jak i zdolność do uczenia się przez całe życie. 

Dlatego eksperymentuję, poznaję, uczę się. I niniejszym zachęcam uczniów, obecnych na spotkaniu w Pasłęku, by swoje głosy w dyskusji, pytania, komentarze, wpisywali także i tu, na blogu. 

Czy pojawią się jakieś komentarze? I jak interpretować tę sytuację braku lub obecności komentarzy, głosów w dyskusji? Niebawem podzielę się refleksjami, odnoszącymi się do tego zagadnienia. Ciągle jeszcze zbieram doświadczenia i próbuję nowych form.