27.07.2021

Jak powstaje wiedza czyli konferencja Pokazać-Przekazać 27-28.08.2021 w Centrum Nauki Kopernik



Jakie postawy wobec nauki i wiedzy naukowej kształtuje szkoła? Jak rozmawiać o aktualnych badaniach i ich zastosowaniach? Jak budować zaufanie do wyników badań naukowych? Jak odróżniać wiedzę potoczną od wiedzy naukowej i wiedzę naukową od wiedzy fałszywej? To tylko niektóre z zagadnień, wokół których będzie toczyła się dyskusja podczas tegorocznej konferencji Pokazać – Przekazać.

27 i 28 sierpnia br. spotkamy się w budynku Centrum Nauki Kopernik, w gronie nauczycieli, edukatorów i naukowców, by porozmawiać o tym, jakie wyobrażenie o wiedzy naukowej kształtuje szkoła, jaka jest jej rola w budowaniu zrozumienia tego, czym jest nauka. Zaplanowaliśmy: wykład otwarcia, panele dyskusyjne, seminarium, giełdę pomysłów i sesje warsztatowe.

Badania naukowe i ich wyniki pozwalają nam lepiej poznać i rozumieć zachodzące w świecie procesy i zjawiska. Sposób pracy naukowców – formułowanie problemu, przeprowadzenie badań, analiza wyników, weryfikacja – to najrzetelniejszy sposób pozyskiwania informacji. W efekcie wieloletniej pracy badaczy dochodzi do odkryć naukowych, które zmieniają świat. Zależy nam na tym, by ludzie – a zwłaszcza ci, którzy zawodowo zajmują się kształceniem dzieci i młodzieży – rozumieli odkrycia naukowe, dostrzegali ich znaczenie i potencjał.

Konferencja jest okazją do bezpośredniego spotkania różnych środowisk – związanych z nauczaniem zarówno formalnym, jak i nieformalnym – które odważnie podejmują dialog na temat wyzwań stojących przed współczesną edukacją. A różnorodność proponowanych w jej programie formatów tworzy przestrzeń do inspirujących dyskusji między uczestnikami.

Partnerami Medialnymi konferencji są: Warszawa.wyborcza.pl, Głos Nauczycielski, EDUNews.pl, Dyrektor Szkoły.

Aby wziąć udział w konferencji, należy wypełnić formularz rejestracyjny, a następnie dokonać wpłaty w wysokości 150 zł.

Termin przesyłania zgłoszeń do 31 lipca.

Link do formularza rejestracyjnego: https://forms.office.com/r/gezkmVJsL2

Szczegóły konferencji: https://www.kopernik.org.pl/wydarzenia/pokazac-przekazac

Wydarzenie na FB: https://fb.me/e/2n1XY1J4T


25.07.2021

Jak stać się współczesnym mieszczuchem czyli malowanie na orneckiej ulicy

 

Większość z nas żyje w miastach. Ale jeszcze nie odkryliśmy istoty miejskości. Żyjemy samotni, jak w klatkach. Dawna wspólnotowość społeczeństwa agrarnego przestała istnieć. Nie mamy możliwości być ze sobą razem, społecznie i kulturowo we wspólnych pracach. Nie śpiewamy i nie rozmawiamy przy żniwnych pracach, nie rozmawiamy przy darciu pierza, siekaniu kapusty, łuskaniu fasoli. Siedzimy co najwyżej przed telewizorem i żyjemy życiem wykreowanych światów seriali i serialików. 

Przestrzeń miejską mamy zastawianą samochodami. A dla nas już nie ma miejsca. To nie jest miasto, to jest parking. W miastach z pokaleczonymi drzewami, zalanym "betonem" z trudem sadzimy ponownie drzewa, tworzymy ukwiecone skwery i podwórce (woonerfy) z ławkami. Tam można usiąść i porozmawiać. Patrzyć na życie w mieście. Można być ze sobą (nieuchwytne ale jakże ważne relacje). Potrzeba jeszcze tylko poczucia sprawstwa. Jedną z możliwości jest... sztuka. Ta amatorska. Liczy się proces a nie produkt. 

24 lipca po raz kolejny spotkaliśmy się w Ornecie, w formie plenerowej kawiarni naukowej i z malowaniem kamieni, dachówek i drewnianych talarków. Ucieleśnienie uniwersytetu otwartego i trzeciej, społecznej jego misji. Gdy coraz więcej miejscowości (a w konsekwencji mieszkających tam ludzi) wykluczona jest komunikacyjnie, wtedy ważne są wizyty właśnie tam, na dalekiej prowincji, gdzie diabeł lub wiedźmucha mówi dobranoc a smoki snują niezwykłe opowieści. 

Kolejny wakacyjny plener w Ornecie udało się zorganizować dzięki życzliwości, współpracy i wsparciu Urzędu Miejskiego w Ornecie oraz Galerii Art-Nova. Wsparli nas także lokalni przedsiębiorcy: Krzysztof i Bożena Chmiel (Agro-Auto Orneta) i lodziarnia "Słodka Italia". Dziękujemy! Razem możemy więcej i piękniej.

Duża frekwencja zaskoczyła mnie. Spotkanie toczyło się swoi, spontanicznym i radosnym życiem. Lepiej było się poddać nieprzewidywalnej atmosferze cittaslow niż rygorystycznie trzymać się wymyślonego wcześniej programu (daleko, za biurkiem). Było ponad 70 osób, z różnych części regionu i Polski (przyjechali tu na wakacje i skorzystali z okazji). Nie udało mi się zrobić pełnej listy obecności ani skrupulatnie spisać tytułów powstałych prac i przypisać je do konkretnych osób. Będziemy odkrywali i rozwiązywali te zagadki. Część prac autorzy zabrali ze sobą, reszta pozostała. Wzbogaci skwer i wystawę plenerową na ulicy Rycerskiej przed Galerią Art Nova. Jesienią wrócimy by z miejscową młodzieżą opracować grę terenową. Powstałe prace będą elementami tej gry. Drewniane krążki pojawią się zimą w Olsztynie w formie wystawy. A potem wrócą do Ornety. Niby jedno spotkanie a przecież to długotrwały proces współtworzenia i odkrywania.

A co z tym odkrywaniem własnej miejskości? Wystarczy chodzić pieszo. Prawdziwe miasto jest tam, gdzie możemy dojść pieszo. Aktywność artystyczna i społeczna tworzą nam klimat do kreowania naszego dobrostanu. By poczuć szczęście i radość bycia z innymi. W każdym mieście i miasteczku.




Zobacz więcej zdjęć z pleneru (aby przejść do albumu trzeba kliknąć w ikonkę Facebooka):

   
I jeszcze więcej zdjęć: 
  

20.07.2021

Krótka opowieść o wakacyjnym malowaniu w Ornecie, ze smokami w tle

Plener w Ornecie, 2019 rok.


Ideą kawiarni naukowej jest wyjście poza mury uniwersytetu i tworzenie okazji do bliskiego kontaktu uczonych i bezpośredniego odbiorcy, beż zbędnego pośrednictwa. Najpierw wiec spotykaliśmy się w kawiarniach Olsztyna. Potem były wyjazdy do małych miasteczek. A teraz poszerzyliśmy i formy terenowe. Są to poszukiwanie nowego modelu transmisji wiedzy w ramach trzeciej, społecznej misji uniwersytetu. W przestrzeni publicznej i przy różnorodnych aktywnościach artystycznych tworzymy okazje by być ze sobą razem i by dyskontować. I tak będzie 24 lipca w Ornecie.

Homo sapiens jest istota społeczną. Nie jesteśmy już społeczeństwem agrarnym poszukujemy więc nowych form współuczestnictwa, Już nie przy darciu pierza czy łuskaniu fasoli ale przy aktywności artystycznej. Nie chodzi o tworzenie arcydzieł tylko o tworzenie więzi, rozmowy i radosne bycie ze sobą. 

Wakacje to dobry czas by okrywać tajemnice świata. Przez pandemię mieliśmy mało spotkań w kontakcie bezpośrednim, dlatego webinaria, organizowane w ramach projektu Spotkania z nauką,  uzupełniamy nowymi inicjatywami. Na przykład spotkaniami w formule wyjazdowej kawiarni naukowej. 

W ramach projektu Spotkania z Nauką wraz z Urzędem Miejskim w Ornecie oraz Galerią Art-Nova zapraszamy 24 lipca w godzinach 11.00-17.00 do Ornety na skwer przez Galerią Art-Nova. Zapewniamy farby akrylowe i kamienie do malowania. Jeśli ktoś chciałby malować akwarele czy uprawiać malarstwo sztalugowe to prosimy zebrać ze sobą odpowiednie materiały i farby. Będziemy malowali na powietrzu ale zachęcamy do rozsądnego zachowania dystansu i stosowania maseczek by zmniejszyć ryzyko transmisji wirusów. Zachowajmy niezbędne środki sanitarne. 

Dawniej ludzie spotykali się przy międleniu lnu, łuskaniu fasoli, wspólnym wyplataniu koszyków czy darciu pierza. I rozmawiali o rzeczach ważnych i całkiem banalnych. Ponieważ nie jesteśmy już społeczeństwem agrarnym, dlatego spotkamy się przy malowaniu polnych kamieniu, starych dachówek czy poremontowych płytek ceramicznych (to takie dyskretne nawiązanie do recyklingu, reusingu i problemów współczesnego świata).  chcemy rozmawiać o różnorodności biologicznej, edukacji w terenie (na łące i w lesie), o sztuce, o zwykłych sprawach. Będą naukowcy różnych specjalności - będzie kogo zapytać o najróżniejsze rzeczy i zjawiska.

Spotkanie pod roboczym tytułem Ornecki traktat o łuskaniu fasoli na miejskiej łące to jednodniowa, eksperymentalna podróż od sztuki i prostej, wspólnej aktywności, do wykładu naukowego z refleksjami o ewolucji komunikacji i tworzeniu wspólnoty, o przechodzeniu od epoki pisma do epoki szybkiego transferu przeżyć

W przestrzeni publicznej małego miasteczka cittaslow będzie można podróżować od przeżywania emocji do objaśniania świata (wyjaśnianie). Znajdą się treści dla najmłodszych i dla starszych, dla zwykłych ludzi i dla szukających pogłębionych refleksji o świecie współczesnym.

Co będzie poza malowaniem kamieni? Kto będzie? I o czym będzie opowiadał? Między innymi:

  • dr hab. Stanisław Czachorowski, prof. UWM opowiadał będzie o chwastach polnych i niezwykłych owadach, a nawet o smokach, które do życia powołali polscy naukowcy. Opowie także o orneckim smoku - i o tym czy to prawda, że smoki ziały ogniem i pożerały piękne dziewice (całkiem poważnie i z przymrużeniem oka),
  • dr hab. Anna Biedunkiewicz opowiadać będzie o etnomykologii i o niezwykłych grzybach oraz o nowych, polskich nazwach grzybów - dlaczego naukowcy pozmieniali te nazwy i co z tego wyniknie,
  • dr hab. Beata Kurowicka, opowie o tym, jak przeżyć w czasie upałów? lub o zwierzęcych mistrzach skoków (a jak będziemy gorąco namawiać, to opowie o jednym i drugim).
  • dr hab. Urszula Bartnikowska, prof. UWM opowiadać będzie o edukacji leśnej i domowej i o Rozkwitalni (co to jest Rozkwitalnia? Dowiecie się na miejscu),
  • Beata Solińska (nauczyciel edukacji wczesnoszkolnej, języka polskiego, logopeda, Fundacja Uwolniona Edukacja Rozkwitalnia), opowie dzieciom o skałach, skamieniałościach i minerałach („Co mówią kamienie”). Opowie nam o kamieniach, na których będziemy malowali. Być może przyjedzie z mini wystawą, przygotowaną wspólnie ze swoimi dziećmi. Do kamiennych tematów przygotuje krótkie przedstawienie teatralne do współuczestniczenia z dziećmi „Historia małego belemnita” (w nurcie teatru inicjacyjnego, więc mogą być bardzo małe dzieci). W plenerze na plandece.
  • pedagog i pisarka Anna Mikita, olsztyńska przeczyta jedną swoją bajkę lub nawet opowie w formie kamishibai (będzie okazja zdobyć autografy na jej książkach), poprowadzi także warsztaty robienia maskotek. Może będą owady, może kwiaty a może... smoki!,
Będą z nami artyści z Ornety i innych miejsc, m.in.:
  • Katarzyna i Mariusz Kaldowscy, artyści malarze Ornety
  • Iwona Dombek-Rybczyńska,
  • Michał Wiśniewski,
  • Monika Stęplewska,
  • Anna Wojszel (artystka z Wipsowa).
Zapowiedzieli się także państwo Elżbieta i Andrzej Mierzyńscy. Przyjadą by porozmawiać o możliwej współpracy artystycznej w oprawie takich spotkań w kolejnych, podobnych wydarzeniach artystyczno-naukowych.

Wszyscy będziemy malowali (kamienie, płytki ceramiczne, drewniane krążki), mali i duzi. Przykleimy do nich QR Kody, linkujące do opowieści biologicznych, 

Przybędą fotograficy z Olsztyna utrwalać piękno chwili i miejsca. Można więc spodziewać się kolejnej ich wystawy.

Co jeszcze będzie?
  • Wystawa (12 plansz 70 na 100 cm), prezentująca koła naukowe Wydziału Biologii i Biotechnologii.
  • Wystawa fotograficzna (z pleneru w 2019 roku w Ornecie)
Co będzie potem?
Na pewno wystawa w plenerze. A jesienią, wspólnie z ornecką młodzieżą zrobimy tajemniczą grę terenową, z wykorzystaniem prac, wytworzonych w trakcie pleneru. Dodamy odpowiednie QR Kody i można będzie poszukiwać tajemnic, niczym skarbu Templariuszy, złotego pociągu czy bursztynowej komnaty. Albo tajemnic orneckiego smoka. Natomiast w styczniu 2022 roku poplenerową wystawę zorganizujemy na Uniwersytecie Warmińsko-Mazurskim w Olsztynie w ramach Nocy Biologów 2022 (styczeń).

Co jeszcze? Wszystko to, co wymyślimy i zaplanujemy w czasie letniego pleneru artystyczno-naukowego w Ornecie. Dorzuć się i Ty, ze swoimi pomysłami.

Relacje i dodatkowe szczegóły na Facebooku

Niżej kilka zdjęć z roku 2019 (zobacz szczegóły tamtego spotkania). Tym razem też będzie równie pięknie i niezwykle.

15.07.2021

Co w wodzie i trawie piszczy?


27 lipca o 17.00 na webinarium (link do spotkania niżej, organizatorem jest Park Krajobrazowy Pojezierze Iławskiego) opowiem o niezwykłych owadach i różnych kulturowych pomyłkach. Na przykład uwieczniony na fotografii "chrząszcz", który brzmi w trzcinie w Szczebrzeszynie. Na pozbawionym drzew placu, w słoneczne dni tam wytrzymać się nie da. Można jajecznicę usmażyć. W tej rozgrzanej scenerii za chrząszcza robi pasikonik. Jak widać jako takie pojęcie o przyrodzie powinni mieć zarówno artyści (projektujący pomniki chrząszcza) jak i włodarze miast i miasteczek, projektujący i urządzające główne place podległych im miejscowości. W celu uzupełnienia wiedzy o otaczającej nas przyrodzie i funkcjonowaniu ekosystemów (a także o dających cień i ochłodę drzewach w mieście) opowiem na lipcowym spotkaniu online. 

To, że w trawie coś piszczy, to wszyscy wiedzą i słyszą, ale czy w wodzie coś piszczy? Okazuje się że tak. Są bezkręgowce wodne, które wydają dźwięki. Na przykład larwy chruścików, grają niczym na tarce jazz tradycyjny. Jak one to robią i dlaczego? Są i pluskwiaki wodne ćwierkające pod wodą. A i chrząszcz zabrzmi nie tylko w trzcinie i nie tylko w Szczebrzeszynie.

Zapraszam na wakacyjną opowieść o różnorodności biologicznej na łące i w wodzie, Zapraszam na rozmowy o wielu niezwykłych gatunkach grzybów, roślin i zwierząt. O ćmach, które piszczą i motylach, które podstępem dostają się do mrowiska i tam zjadają mrówki. 

Chcecie się dowiedzieć czy istnieje kwiat paproci? A może co to jest czarcie jajo? A może co to jest maść czarownic do latania i jaki ma związek z bioróżnorodnością? Zapraszam na opowieść o bioróżnorodności z odniesieniami do etnografii i błędów artystów. 


Szczegóły:

link do wydarzenia na FB: https://www.facebook.com/events/203786128366415?ref=newsfeed (w wydarzeniu jest link do pokoju spotkania dla uczestników)

link do pokoju dla uczestników bezpośrednio: https://zpk.clickmeeting.com/co-w-wodzie-i-trawie-piszczy-

14.07.2021

Nie śmier(r)ć - letnia akcja nauczycieli (i nie tylko)

Jedna z wielu butelek, znalezionych w lesie. Długo leżała w leśnym runie. W połowie wypełniona martwymi owadami. Śmiercionośna pułapka. 
 

Śmieć i śmierć różni się tylko jedną literą. Ale te właśnie śmieci, zostawiane przez bezmyślnych ludzi w każdym zakątku Ziemi (i Polski), ranią nie tylko estetykę i szpecą krajobraz. One zabijają. I duże i małe zwierzęta, zarówno lądowe jak i te morskie. Z racji specjalności zawodowej (hydrobiolog, entomolog) wyraźniej dostrzegam zabijane bezkręgowce. W ciągu już kilkudziesięciu lat różnorodnych akcji sprzątania dzikich zakątków przyrody widziałem mnóstwo butelek, puszek, plastikowych opakowań, które zabiły ogromne ilości owadów, skorupiaków, traszek, kijanek i wielu innych zwierząt. Zbierając butelki i puszki w przydrożnych rowach, w lesie, nad brzegami wód, widziałem ogromne liczby zabitych małych bezkręgowców. Śmierć bezsensowna, niszczenie przyrody. Niesłychanie przykry widok dla osób wrażliwych i świadomych zarówno przyczyn jak i skutków. Piątek przykazanie: nie zbijaj, także swoich braci mniejszych. 

Każda butelka czy puszka po napoju, po opróżnieniu, jest lżejsza niż była. Lżej więc odnieść z lasu puste opakowanie niż przynieść pełne. Dlaczego więc zostawiamy tak dużo śmieci? Z braku empatii dla innych ludzi i przyrody? To w sumie zachowanie agresywne: niszczymy innym ludziom (współobywatelom) piękny widok, brukamy ich poczucie estetyki i szczęścia. Dewastujemy przestrzeń publiczną, wspólną. Niczym najeźdźcy, okupanci, po których zostają tylko zgliszcza. Niszczymy i sobie samym - bo czy na drugi raz przyjemnie będzie poleżeć wśród śmieci na plaży i na łące? Ile osób kaleczy nogi i ręce na tych pozostawionych śmieciach? 

Butelka czy puszka ma mały, wąski otwór wejściowy. Jest jak pułapka lejkowa - łatwo wejść małemu zwierzęciu, zwabionemu zapachem żywności. Najpierw piwo, soki a potem zapach rozkładanego ciała zwierząt wabią kolejne owady. W wodzie wpływają traszki. I giną. Śmiecisz i zabijasz. 

A przecież tak łatwo po prostu sprzątnąć po sobie. Nie szpecić, nie zanieczyszczać, nie zabijać. Bezpieczne wakacje to szerokie pojęcie. Przyłącz się i Ty. Daj dobry przykład innym, choćby tylko swoim krewnym. 

Cóż warte wzniosłe słowa o patriotyzmie, gdy zostawiasz po sobie szpecące i śmiercionośne śmieci? Cóż warte są koszulki z symbolami narodowymi, orłami, kotwicami i wzniosłymi hasłami, gdy zostawiasz po sobie śmieciowe oznaki lekceważenia innych? To tylko nadęte pustosłowie na pokaz. 

Opakowanie po ciastkach, po deszczu stało się grobem dla kilu żuków gnojarzy. Zwabił je automat, utopiły się w wodzie, zgromadzonej w plastikowym opakowaniu. Takich śmiercionośnych pułapek pozostawiamy dużo w lesie, nad jeziorem, nad rzeką. 

Nauczyciel nawet w wakacje nie odpoczywa. Nieustannie edukuje. A przykładem jest akcja Nie śmie(r)ć, zainicjowana przez Joannę Gadomską (prowadzi stronę Biologia z Blondynką). Dołączyło wielu edukatorów indywidualnie i instytucjonalnie, z całymi szkołami. 

Ginące i cierpiące zwierzęta to efekt naszej konsumpcyjnej kultury jednorazowości. I ciągłego niedostatku kompetencji społecznych. Szkoła wszystkiego nie nauczy. W edukacji społecznej i ekologicznej dzieci i młodzież biorą przykład z dorosłych w swojej rodzinie. 

Tak, całemu społeczeństwo brakuje cnót obywatelskich, niezależnych od płci, wieku czy zawodu. Sami nauczyciele sobie z tym nie poradzą. Nawet poświęcając swój wolny czas na wakacjach....



Biologia z Blondynką tak pisze o tej akcji:

To tylko jedna plastikowa butelka, to tylko jeden pojemnik po ciastkach, to tylko jeden .... powiedziało sto, tysiąc osób... To tylko mała plastikowa reklamówka, to tylko mały pojemnik po lodach, to tylko mały śmieć... mały, ale o dużym znaczeniu... Na każdym kroku widzimy bezmyślnie wyrzucone śmieci... Na pozór mały odpad może stać się wielką pułapką i śmiertelnym niebezpieczeństwem dla życia wielu zwierząt...

Pamiętaj, każdy odpad ma swoje miejsce kosz na śmieci, a jeżeli go nie ma w pobliżu to zabierz go ze sobą, nie wyrzucaj bezmyślnie powstałych śmieci, nie wyrzucaj ich gdzie popadnie...
Udostępnijcie na swoich tablicach grafikę akcji, może ktoś zobaczy, przeczyta, pomyśli... i zrozumie, że jego działanie ma wpływ na dziko żyjące zwierzęta.

Cieszę się bardzo, że kolejne osoby, szkoły i organizacje dołączają do akcji, bo im nas więcej tym większe szanse na zmiany.

Działamy razem: Profesorskie Gadanie, Biologus designans, Mistrz Biologii - Olivia Dycewicz, Biologia - Lubię to, Eko-Szkoła, Nieprzeciętna polonistka, EDU_dzielnia, Akademia Dobrej Edukacji - Jabłonna oraz szkoły.

A jeżeli i Ty chcesz dołączyć do akcji i promować ją dalej, to prześlij swoje logo, zamieszczę je również na naszym plakacie.
https://www.facebook.com/598354220360266/posts/1647379285457749/


10.07.2021

Kilka liczb jako kamień milowy bloga

W połowie roboty, porozkładane farby, niektóre butelki już pomalowane, inne w trakcie, jeszcze inne czekają. Kamień milowy pleneru Malality. Coś już widać ale to jeszcze nie finał. 

Kamienie milowe na gościńcu (czyli drodze, bo młodsi mogą już nie rozumieć tego archaizmu), wizualnie informują o przebytej drodze. Motywują przez pokazywanie przebytego odcinka. A jeśli wyznaczamy sobie cel, to jednocześnie wiemy ile jeszcze mamy do przebycia do zaplanowanego celu etapowego. Dają ukojenie zmęczonym nogom i mobilizują do dalszego wysiłku. Są jakimś rodzajem patrzenia w tył. Dla blogera takimi kamieniami milowymi są liczby, odczytywane ze statystyk. 

  • 300 000 odsłon
  • 1 000 (z małym haczykiem) komentarzy
  • 500 wpisów opublikowanych
  • 15 obserwatorów
  • 3,5 roku pisania (funkcjonowania bloga)

Liczby w zaokrągleniu. Zapis "trzysta tysięcy" jest poprawniejszy niż "300 000". Dlaczego? Bo słowny zapis daje mniejszą dokładność (a więc większy błąd pomiaru), natomiast cyfrowy zapis sugeruje informację z dokładnością do jedności. Wskaźnik odsłon bloga zapisany w formie 300 000 to mgnienie, bo zaraz pojawi się kolejne: 300 001 i kolejne. A trzysta tysięcy utrzyma swą aktualność co najmniej przez kilka dni. 

Czy wszystkie okrągłe liczby, pokazane wyżej, zejdą się razem? Mniej więcej tak ale nie całkiem dokładnie. Bo w momencie uzyskania trzystu tysięcy odsłon liczba komentarzy wyniesie mniej więcej tysiąc (ale już nie 1000 - bo tu również zapis wskazywałby dokładność do jedności). Wpisów będzie około pół tysiąca w tym wyznaczonym przez okrągłą liczbę odsłon momencie. Najmniej ulotne czasowo są dwie ostatnie liczby: 15 obserwatorów i 3,5 roku.

Okrągłe liczby dają swoistą estetykę, symetrię, ładne proporcje. Dają poczucie piękna. Kamienie milowe ustawiane były również z dokładnością do jednej mili, czy też z dokładnością do jednego kilometra (ale przecież nie centymetra czy milimetra). Jeśli mamy symetrię zachowaną w milach to znika ona przy przeliczeniu na kilometry. I odwrotnie. Ale czy dla pieszego wędrowcy i jego stóp istotna jest różnica między 1 milą, 0,9 mili czy 1,1 mili? Nasz umysł najwyraźniej preferuje symetrię i piękno okrągłych liczb.

Piszę, bo chcę. To podróż dla samego wędrowania, by podziwiać i delektować się tym, co mijam w danym momencie. 

  • trzysta tysięcy odsłon
  • tysiąc komentarzy
  • pięćset  (lub pół tysiąca) opublikowanych tekstów z ilustracjami
  • piętnastu obserwatorów
  • trzy i pół roku pisania-czytania-obecności w sieci i przestrzeni publicznej

Przysiądź, odpocznij, poczytaj. A potem powędruj po tym blogu tak jak chcesz, dowolnie klikając i poruszając się między zamieszczonymi wpisami. Jest wiele możliwych i różnych "tras" i sposobów przemieszczania się. Można chronologicznie, można przez słowa kluczowe (tagi), można przez archiwum wybierać losowo i wyrywkowo. Być może można jeszcze inaczej. 

08.07.2021

Co się stało z ulicą Mleczną?

Działo się to w czasach, gdy istniała jeszcze ulica Mleczna. Wiła się między łąkami niczym pobliska rzeka Łyna. Pachniała mlekiem po wieczornym udoju, przecedzanym do wiadra przez białą gazę, na której zatrzymywały się utopione w mleku muchy.  

Pewnego dnia pojawił się On, wielki i groźny smok. Na nic się zdała odwaga i dzielność Małego Rycerza. Smok wypił całe mleko i zjadł wszystkie krowy. Nic nie zostało. Ulica też zniknęła.

Niektórzy mówią, że to nie był smok tylko duża koparka, ale kto był wierzył takim plotkom. Pewne jest jedno: nie ma ulicy Mlecznej i nikt nie pamięta gdzie ona była.

Powyższa opowieść powstała na podwórku w czasie warsztatów storytellingu, poprowadzonych przez Agnieszkę Kacprzyk w ramach wakacyjnego projektu Inna Mapa, realizowanego prze MOK. Tego popołudnia powstało 6 krótkich, treningowych opowieści. A działo się do na osiedlowym placu zabaw. Efektem było zupełnie inne spojrzenie na moje osiedle. Wydawało się nieciekawe, zwykłe, nudne. Zaznaczaliśmy na mapie miejsca, które znamy i mamy jakiekolwiek wspomnienia. Nie tylko sam spojrzałem inaczej, przypominając sobie różne miejsca: tajemnicze, w których można wypocząć, związane z przyrodą, takie, które cieszą oko, miejsca obskurne i takie, gdzie się dużo zazwyczaj dzieje. Znacznie ciekawsze było spojrzenie innych osób. Ich oczami i wspomnieniami zobaczyłem nowy dla mnie świat. Muszę w te miejsca pójść i odkryć osiedle jeszcze raz. 

Administracyjnie Osiedle Podgrodzie, ale moja część ma swoją nazwę Osiedle Mleczna. Nazwa wydaje się, błędna dlatego niektóry poprawiają na Osiedle Mleczne. Nie maja racji. Nazwa wzięła się od ulicy Mlecznej. Ulicy już dawno nie ma. Gdzie ta ulica była i dlaczego miała taką nazwę, tego nie wiem (na razie). Była i jest  Polna, to może analogicznie i ulica Mleczna. A może coś tu było zanim wybudowano osiedla mieszkaniowe? Może jakaś mleczarnia lub przynajmniej obora? A może łąki, na których pasły się krowy? Tajemnic i niezwykłych historii jest więcej. Może dzięki letniemu projektowi Inna Mapa lepiej poznamy najbliższe otoczenie miejskie? 

A gdy już powstaną opowieści to postaram się by wygenerować do nich QR Kody. Pomalujemy kamienie i stare poremontowe płytki ceramiczne i poukrywamy te opowieści po cały osiedlu. Będzie można wędrować i czytać, oglądać, słuchać. Take inna mapa miasta, mówiąca i rozproszona, złożona z wielu odrębnych puzzli, układających się w spójną opowieść. Można powiedzieć podwórkowa antologia, połączona ze streetartem. Są chętni do współpracy i współtworzenia?

Karty Dixit, użyte do tworzenia opowieści, w czasie podwórkowych warsztatów. Jest i ta ze smokiem, która pobudziła wyobraźnię by szybko stworzyć mini opowieść osiedlową. 

07.07.2021

Edukacja w terenie i letnie obozy naukowe (nie tylko studentów)

Co zrobić gdy mostu nie ma, choć na mapie był zaznaczony?
 

Przeczytane ostatnio artykuły na temat edukacji w terenie (outdoor learning) przypomniały mi studenckie letnie obozy naukowe oraz wakacyjne praktyki biologiczne, w terenie, realizowane na kierunku biologia w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Olsztynie (kształcenie nauczycieli). Był cel merytoryczny ale "przy okazji" działo się coś równie ważnego z edukacyjnego punktu widzenia.

Edukacja w plenerze uświadomiła mi, że o czymś ważnym zapomnieliśmy. Coś niezwykle ważnego zginęło w pogoni za tabelkami, coraz obszerniejszą wiedzą teoretyczną i szukaniem oszczędności. Laboratorium wygrało z wiedzą terenową (dodam, że dla ekologia laboratorium jest rozległy ekosystem). Założenia metodyczne edukacji w plenerze zwróciły moją uwagę na ważne treści kształcenia, których teraz nam ewidentnie brakuje. Wymyślane są specjalne projekty by to nadrobić. A ja myślami wracam do moich czasów studenckich.

Nie wszystko musi być w programie studiów, z przydzielonymi godzinami dydaktycznymi, ocenami i wpisami do USOS (czy dawniej do papierowego indeksu). Wartością szkoły wyższej jest tworzone środowiska nauczania a nie tylko program, ujęty w siatce godzin. Teraz dopiero uświadamiam sobie jak ważne dla mojego rozwoju i kształcenia był na przykład studencki klub turystyczny Bajo-Bongo. Nie było żadnych ocen, zaliczeń, sprawdzania obecności. Zapisywał się kto chciał. Nie było wykładów ani wykładowcy. Byli starsi koledzy i koleżanki, którzy nas uczyli (nauka w działaniu, z przygodą w tle). Najpierw zwykły udział w letnich i zimowych wyprawach pieszych czy kajakowych, potem przyjmowanie roli kierownika wyprawy a więc nieświadome uczenie się kompetencji zarządzania. Nie było sprawdzianów, egzaminów - było weryfikowanie się w praktycznym działaniu. Wszystkie błędy i niedociągnięcia odczuwaliśmy na własnej skórze. Nauczyłem się także korzystania z mapy. Przydało się to później w badaniach terenowych. 

Także i na uczelniach wyższych mamy przeładowany program transmisji wiedzy. I tendencję do wystawiania ocen za wszystko, w tym za kompetencje miękkie np. za współpracę w grupie lub przekazywanie informacji zwrotnej. Za dużo czasu i wysiłku poświęcam zaplanowaniu i dokumentowaniu tych wszystkich ocen, rozkładających na czynniki pierwsze wszystkie umiejętności i kompetencje. W części to tylko iluzja i pozory bo przecież nie da się łatwo i szybko zweryfikować różnorodne elementy kształcenia, umieszczone w ambitnych tabelkach sprawozdawczych. Wiedzę przekazaną w transmisji stosunkowo łatwo sprawdzić, a co z kompetencjami i umiejętnościami? I czy zależą one od moich działań i przekazywanej treści czy od warunków (środowisko edukacyjne), w jakich znaleźli się studenci? A może więcej wysiłku wkładać w świadome tworzenie dobrego środowiska edukacyjnego niż planowanie transmisji wiedzy i sprawdzianów, weryfikujących coraz szczegółowiej formułowane cele dydaktyczne (z kompetencjami włącznie)?

Przypominam sobie te wszystkie moje obozy naukowe, w których uczestniczyłem jako student a potem jako opiekun. To była edukacja w plenerze w czystym wydaniu (teraz dopiero sobie to uświadamiam). Spędzaliśmy ze sobą 24 godziny na dobę, budowały się prawdziwe relacje w grupie jak i miedzy pracownikami akademickimi a studentami. Obcowaliśmy z przyrodą i uczyliśmy się w otoczeniu przyrody, w deszczu, pośród komarów, w trudnościach aprowizacyjnych. Kilka-kilkanaście dni w bliskim kontakcie z przyrodą wzmacnia umiejętności komunikacji i umiejętności przywódcze (lidera). Wtedy mamy czas dla siebie, w zasadzie nic nie jest narzucane i nie ma gotowych rozwiązań.

Celem naukowym było zbieranie materiału do badań. Zajmowaliśmy się głównie bezkręgowcami wodnymi (ale interesowaliśmy się wszystkim). Wędrowaliśmy od stanowiska do stanowiska, od rzeki do rzeki, od jeziora do jeziora, od źródła do źródła. A w tak zwanym międzyczasie działo się coś ważnego i nieuchwytnego. Tak, była to wędrówka w przyrodzie ale i wędrówka w głąb siebie (jakby powiedzieli psycholodzy).

Zamieszczone zdjęcia pochodzą z obozu naukowego w okolicach Górowa Iławeckiego. Uczestnikami byli nie tylko moi studenci ale także z innych ośrodków akademickich. Przemieszczaliśmy się pieszo i środkami komunikacji publicznej. Na górnym zdjęciu przeprawa przez rzekę. Na mapie był zaznaczony most. Ale najwyraźniej dane na mapie były już nieaktualne. Najbliższy most znajdował się kilka kilometrów dalej. Co robić? Cofnąć się i wracać pieszo te kilka kilometrów? A może zdjąć buty i spodnie i po prostu przejść?  Nie było głęboko. Proste, niestandardowe, tak zwane życiowe zdarzenie i rozwiązywania problemu. Jak zmusić lub jak zachęcić do przejścia rzeki? Bo przecież muszą wszyscy a nie tylko ci, który się odważą? Rozkazać czy zachęcić? I nie można wystawiać ocen, które by mobilizowały (nagroda i kara). Takich sytuacji na każdym wyjeździe terenowych jest wiele. Każdy uczestnik przed tymi małymi i dużymi wyzwaniami (lub problemami - to zależy jak na trudności spojrzeć) staje. Ma okazję poznać siebie i rozwijać różne kompetencje miękkie. 

Wspominając czasy studenckie, uczestnictwo w różnych studenckich klubach turystycznych, pracę w studenckim radiu czy kole naukowych, umacniam się w przekonaniu, że niezwykle ważne jest środowisko edukacyjne. Czyli to, jacy ludzie znajdą się obok, jakie warunki do rozwoju własnych zainteresować i wielu innych działań bez ocen i zaliczeń stworzymy uczniom/studentom. Mniej oceniania, więcej działania. I stwarzania okazji do własnego rozwoju.

Kampus uniwersytecki to nie tylko nowoczesne sale dydaktyczne i dobrze wyposażone laboratoria. Ważne są relacje. A żeby one mogły zaistnieć to potrzebne jest dobre środowisko edukacyjne, wyrażające się organizacją przestrzeni jak i stwarzaniem różnorodnych możliwości do działania. Nie tylko na oceny i zaliczenia...

Trudy wędrówki.... Chwila odpoczynku gdzieś na bezdrożach.

Obóz naukowy studenckiego koła naukowego, Górowo Iławeckie. Od stanowiska do stanowiska by zbadać różnorodność biologiczną wód tego regionu. W szczególności chruściki i ważki. 

04.07.2021

Klecanka z kroniki kryminalnej

Cebrzyk ze Szczebrzeszyna, w środku którego gniazdo zrobiły osy klecanki.

Zbliżenie na gniazdo, w środku cebrzyka


Wakacyjne podróże dostarczają wielu niezapomnianych przeżyć. Kilka lat temu, w czasie wizyty na Lubelszczyźnie, natknąłem się na niezwykłą wzmiankę w lokalnej gazecie oraz spotkałem osy klecanki, które zbudowały gniazdo w starym cebrzyku, w obejściu artysty-malarza (zdjęcia wyżej).
 

Stałą rubryką w wielu gazetach (zwłaszcza lokalnych) jest kronika kryminalna. Będąc latem w Zamościu, popijając stosowne napoje na przepięknym zamojskim ryneczku, sięgnąłem po lokalną prasę. Oczy moje zatrzymały się na kronice kryminalnej. Nie dlatego, że gustuję w takich tematach. Ale osy w rubryce kryminalnej? Co tym razem przeskrobały te pasiaste owady, że aż policja czy inne siły porządkowe interweniować musiały? Na kogo napadły lub kogo obrabowały rzeczone osy? Także i tym razem strach miał wielkie oczy. Niemniej dzięki owadom prasa lokalna jest bardziej interesująca. Jest czym postraszyć w sezonie ogórkowym.

A ja zamieszczam zdjęcia osy klecanki, najpewniej to klecanka rdzaworożna (Polistes gallicus) zwana także klecanką pospolitą (Polistes dominulus). Spotkałem je w Szczebrzeszynie, najpierw pijące wodę u źródełka, później w drewnianym, starym cebrze (całe gniazdo) przy domu artysty.

Klecanka pospolita wbrew swej nazwie wcale nie jest pospolita. To gatunek ginący i coraz rzadszy. Klecanek ubywa, bo podobno zbyt mocno strzyżemy trawniki i niszczymy siedlisko tych przecudnych os. Na szczęście są jeszcze artyści, którzy ratują piękno starych konwi, gratów i innego "niepotrzebnego badziewia". Jak widać to nie tylko ocalanie historii ale i owadów. Klecanka potrafi użądlić najbardziej boleśnie ze wszystkich występujących w Europie owadów.

Gniazdo klecanki w naturze.

Klecanka to społeczna osa z podrodziny Polistinae, budująca charakterystyczne, otwarte gniazda. Tak jakby mniej dokładnie od innych gniazd os społecznych - są po prostu sklecone. W Polsce występuje około  10 gatunków z tego rodzaju, ponad 200 gatunków na świecie. W gnieździe rozwija się zaledwie kilkanaście os, rzadziej do 40, aktywne latem  i aż do września. Cechą charakterystyczną tych os społecznych są półotwarte gniazda, złożone z jednego plastra, otwierającego się lekko ku dołowi, bez otoczki-kopułki tak jak u innych os czy u szerszenia (oczywiście szerszeń to też osa).

Gniazdo klecanki wykonane jest z masy papierowej. U klecanek determinacja przynależności do określonej kasty (królowej, robotnic) nie jest tak wyraźna. Każda klecanka wykluwa się jako potencjalna królowa, a dopiero później następuje zdeterminowanie i przyjęcie określonej funkcji w społeczności. Swoją pozycję na szczycie hierarchii musi sobie wywalczyć. Zauważono, że pozycja królowej częściej uzyskują osobniki ubarwione w charakterystyczny sposób. 

Zimują zapłodnione samice. Dorosłe odwiedzają różne kwiaty, larwy karmione są małymi owadami, głównie błonkoskrzydłymi lub motylami. Nie są to osy zbyt agresywne, przez co łatwo je można obserwować. Mogą jednak boleśnie użądlić w obronie swojego gniazda. Ich użądlenie jest boleśniejsze od użądlenia os właściwych. 

W Polsce dobrze znana jest klecanka pospolita (Polistes gallicus, synonim P. dominulus). Jest to osa długości ok. 12-18 mm, czarna z żółtym deseniem. Ciało jest wyraźnie smuklejsze od innych gatunków z rodziny osowatych (Vespidae). Półotwarte gniazda wśród gałęzi zakłada zazwyczaj kilka samic, ale później tylko jedna utrzymuje się jako królowa, a pozostałe przyjmują funkcję robotnic. Często gniazda można spotkać pod dachówkami i innych osłoniętych miejscach, czy tak jak na górnym zdjęciu, w różnych naczyniach. Gatunek liczniej występuje w południowej i środkowej Europie, rzadszy w północnej części tego kontynentu.

Klecanka pospolita jako gatunek obcy została zawleczona przez człowieka do Ameryki i Australii, gdzie uważana jest za szkodnika. W naszym kraju występuje także klecanka łodygowa (Polistes dischofii), niegdyś rzadka środkowej Europie, a w ostatnich latach liczniejsza. Zasiedla skraje lasów i łąki, spotykana także na terenach wilgotnych.

Na zdjęciu niżej gniazdu klecanki polnej - Polistes nimpha (Christ, 1791), założone na ziemi, wśród roślin zielnych. Gniazdo jest zawieszone na charakterystycznej stopce i zawiera jeden plaster, złożony z kilku komórek. Gatunek ten, na południe od Alp, zakłada gniazda w ludzkich domach. Zasiedla Europę (bez jej części północnej), palearktyczna część Azji i północnej Afrykę. 

Bibliografia 
  • Bellmann Heiko Owady. Dodatkowo: najważniejsze pajęczaki. Wyd. Multico, Warszawa 1999. 
  • Kozłowski Marek W., 2008. Owady Polski, Multico, Warszawa. 
  • McGavin G.G., 2008. Kieszonkowy atlas owadów i pajęczaków. Warszawa, Solis.
  • Sandner Henryk, 1989. Owady. PWN, Warszawa. 
  • Zahradnik Jiri, 1996. Przewodnik  owady. Multico, Warszawa. 


01.07.2021

O tym, jak wieszczka północna trafiła na okładkę notesu

Wieszczka północna znalazła się na teczce, magnesach i notesie (tu akurat notes z orszołem)

Czasem dzieje się tak, że niezwykłe ale mało rzucające się w oczy gatunki, przedostają się do kultury użytkowej i popularnej. Tak się stało z najpiękniejszym polskim chruścikiem - wieszczką północną (Semblis phalaenoides). Ten największy w Europie chruścik powinien się znaleźć w Polskiej Czerwonej Księdze, ale w czasie gdy przygotowywałem listę gatunków owadów wodnych do tego ważnego opracowania, to nie wiedziałem, że wspomniany gatunek chruścika jeszcze w Polsce występuje. Na chruściki znalazło się miejsce zaledwie na trzy gatunki. Każde miejsce cenne, więc o Semblis zapomniałem. Ale potem okazało się, że występuje. Duża, ładnie (jak na chruścika) ubarwiona kłódka, klajduk, obszywka. Dorosłe (imagines) fruwające w maju i w ciągu dnia. Gdy siadają na pniach brzozy to stają się niewidoczne. Wielokrotnie wykorzystywałem wieszczkę północna jako motyw na malowanych butelkach czy starych dachówkach. A akwarelka został wykorzystana jako motyw na okładce notesu, teczki i magnesów, przygotowanych przez poligrafię UWM w Olsztynie.

Chruścik ten nie miał polskiej nazwy, więc w nawiązaniu do dwóch innych gatunków z tej samej rodziny: Oligostomis reticulata i Hagenella clathrata,  nazwałem - wieszczką północną. Starałem się utrzymać w tendencji wykorzystywania starosłowiańskich demonów przyrody. 

Semblis w gablocie entomologicznej,
między innymi owadami
Jak wygląda upiorna wieszczyca torfowiskowa? (a tu więcej)  Nie taka ona straszna jak ją w legendach malują.  
Rodzi sie kolejne pytanie, co wspólnego mają chruściki z demonami starosłowiańskimi?

Według etnografa Sebastiana Flizaka, publikującego jeszcze przed II wojną światową, wieszczyca była w ludowych wierzeniach ludności Małopolski istotą wyjątkowo chudą „może być nią kobieta, krowa lub co bądź. Dawniej to słowo oznaczało upiorzycę (…) Jest to demon dzieci. Budzi je w nocy i ssie im piersi (…) jest ona niewidzialna, u ludu w okolicy Gdowa ślepa". Jest więc wieszczyca demonem o słowiańskim pochodzeniu, odznaczającym się wampirycznymi skłonnościami i odpowiedzialnym za inne akty pozbawiania ludzi duszy i sił żywotnych.

Wieszczyca-chruścik tylko w stadium larwalnym jest drapieżna – zatem straszyć może tylko inne małe wodne bezkręgowce, którymi się żywi. Dorosłe odżywiają się sokami roślinnymi - ale o tym nasi przodkowie najpewniej nie wiedzieli. Wszystkie chruściki traktowane były zapewne jako "robaki-chrobaki", a owady uskrzydlone, w szczególności ćmy (chruściki są zazwyczaj aktywne w nocy i do światła przylatują, jak ich kuzyni - motyle nocne), utożsamiane były z ludzka duszą.

Zamieszczone na zdjęciach chruściki nie pozbawiają człowieka duszy i sił żywotnych, wręcz przeciwnie, inspirują do wycieczek po zabagnionych i "zakomarzonych" dzikich zakątkach przyrody. Trochę romantycznie i przyrodniczo.

Oligostomis reticulata, zdjęcie zrobione
w Puszczy Białowieskiej.
W XIX i początkach XX w. wielu przyrodników nadawało nazwy owadom, czerpiąc inspiracje z ludowych demonologii. Stąd różne rusałki, świtezianki, topielice, żyrytwy. Nie ominęło to i chruścików. W „Słowniku nazwisk zoologicznych i botanicznych” Erazma Majewskiego z XIX w., jest zarówno wieszczka jak i wieszczyca, a obie nazwy odnoszą się do chruścików z rodzaju Neuronia. Nazwa Neuronia występuje wśród starszych synonimów u trzech gatunków chruścików z rodziny Phryganeidae: Semblis phalaenoides, Oligostomis reticulata i Hagenella clathrata. Trudno byłoby jedną, polską nazwę używać do trzech różnych gatunków. Trzeba jakoś "sprawiedliwie" rozsądzić i udokładnić nazwy dla tych gatunków. I tak też zrobiłem.

Wieszczka z kolei to w baśniach ludowych, czarodziejka, wróżka, kobieta umiejąca przepowiadać przyszłość. Na tym etapie trudno mi ustalić, która Neuronia odnosiła się do wieszczki a która do wieszczycy. Nie jest to chyba aż tak istotne. Ponieważ Semblis wyraźnie się w ubarwieniu różni od dwóch wymienionych gatunków, to skłonny jestem "wieszczkę" dla nie zarezerwować, a "wieszczycę" dla dwóch pozostałych.

Wspomniane chruściki z rodziny Phryganeidae (polska nazwa – chruścikowate) są drapieżne, ale do skłonności wampiryczch im daleko. Także i do wróżek przepowiadających przyszłość im daleko (chyba, że uznać bioindykatory za sposób "przepowiadania" przyszłości ekosystemów). Zatem niech nazwy polskie takie będą:
  • Semblis phalaenoideswieszczka północna lub wieszczyca biebrzańsk (a może coś z Tykocina w nazwie ująć?)
  • Oligostomis reticulatawieszczyca rzeczna lub wieszczyca siateczkowa
  • Hagenella clathratawieszczyca torfowiskowa lub wieszczyca kratkowa (kratkowana, a może więzienna bo za kratami?).
Nazwa wieszczycy zachowała się także w polskiej nazwie motyla Clostera anastomosis z rodziny
(Notodontidae) – wzjeżka wieszczyca. Ale ponieważ dwuczłonowe nazwy są różne, więc pomyłki nie będzie.

Zatem do wieszczki północnej udać się trzeba będzie nad Biebrzę lub nad Narew do Tykocina (Semblisk widywano tuż przy tykocińskiej restauracji Alumnat). Bo tam ją ostatnio widywano. Natomiast wieszczycy torfowiskowej szukać trzeba będzie na różnych bagnach w całej Polsce. Z kolei wieszczyca rzeczna częściej spotykana jest w małych, śródleśnych rzeczkach. Znacznie bardziej pospolita od dwóch pozostałych gatunków wieszczek i wieszczyc. 

Czego od entomologicznej wieszczki i wieszczyc można się dowiedzieć? Dużo o stanie zachowania przyrody, o zdrowiu ekosystemów wodnych, o renaturyzacji torfowisk, o metodach monitoringu wód w Europie i o strefowości w rzekach. Tyle tylko, że trzeba umieć zadać właściwe pytania i umieć zinterpretować niejednoznaczną odpowiedź. Bo jak na wieszczkę przystało, a tym bardziej wieszczycę, odpowiedź może być zagmatwana i wieloznaczna.

Będę więc od czasu do czasu mógł napisać, że szukam wieszczki na bagnach i wieszczyc w śródleśnych rzeczkach… Czyli tam gdzie ich spokoju strzegą przeróżne krwiopijne bestie, groźne w swej liczebności: komary, kuczmany, ślepaki, jusznice deszczowe, meszki a i liczne kleszcze.






28.06.2021

Jak kultura zmieniła przewód i układ pokarmowy człowieka

 

Czy widzieliście może jak rak je? Albo może krab (zobacz film)? W moim dzieciństwie widywałem raki szlachetne, teraz już tylko raki pręgowane (amerykańskie). A że społeczeństwo bardziej monitorowe niż zaglądające w różne przyrodnicze miejsca, to w linku podrzuciłem filmik. Gdzie u takiego raka czy kraba zaczyna się układ pokarmowy? Czy nie macie skojarzeń z człowiekiem, wykorzystującym sztućce w czasie posiłku? Jeśli macie, to dobrze, bo to będzie opowieść o tym, że w zasadzie należało by już dawno zmienić podręczniki szkolne, tam gdzie opisują na przykład układ pokarmowy człowieka.

Zacznijmy od kilku uściśleń. Przewód pokarmowy u człowieka i wielu zwierząt to w uproszczeniu rura, przechodząca przez ciało, od głowy do odbytu. Kto ma jako takie pojęcie o zoologii, ten wie, że to nie jest jedyna możliwość, bo na przykład u takich jamochłonów ta "rura" ma tylko jeden otwór. Wejście i wyjście jednocześnie. U tych zwierząt z rurą, po obu stronach otwartą, też wygląda różnie, w ujęciu filogenetycznym, bo u pierwoustnych otwór gębowy jest tam, gdzie kiedyś u przodków była pragęba, a u wtóroustych... całkiem na odwrót. Człowiek należy do wtóroustych.... resztę sami sobie dopowiedzcie.

Mniejsza o te niuanse ewolucyjne, przewód pokarmowy zaczyna się z przodu ciała, a kończy na końcu (jeśli nie liczyć ogona). W toku wielu milionów lat ewolucji ta prosta rura mocno się zmieniła aby zwiększyć efektywność trawienia pokarmu (lepsze jest wrogiem dobrego). Po pierwsze, poszczególne fragmenty uległy specjalizacji funkcjonalnej a co za tym idzie i anatomicznej. Jest więc otwór gębowy, żołądek, jelito itd. Po drugie przewód pokarmowy znacznie się wydłużył a w konsekwencji, żeby ta rura znacznie dłuższa niż całe ciało zwierzęcia zmieściła się w ciele, uległ licznym pozakręcaniom, zygzakom i innym zmianom, ułatwiającym upakowanie w jamie ciała. To tak jakbyś drogi czytelniku i czytelniczko chciał(a) schować w kieszeni metrowy sznurek. W żadnym razie prosty nie będzie. 

Co się w tej rurze - zwanej przewodem pokarmowym - dzieje? W przewodzie elektrycznym płynie prąd, a w rurze przewodu pokarmowego przesuwa się pokarm. Może to trudno zrozumieć, ale to, co w przewodzie pokarmowym się znajduje, to jednak jest ciągle poza światłem ciała. W środku a jednak na zewnątrz (a gdy w zamkniętej dłoni schowasz kamyk, to on będzie w środku Twojego ciała czy jednak na zewnątrz?). Otóż z przewodu pokarmowego organizm pobiera substancje odżywcze. Te dopiero, przez ścianę jelita (tak w uproszczeniu) dostają się do wnętrza ciała. A to, co nie zostanie pobrane do organizmu, przesuwa się dalej i końcem (odbyt lub kloaka) usuwane jest na zewnątrz. Są to niestrawione resztki pokarmu. One nigdy w naszym organizmie nie były  - tak jak kamyk w zaciśniętej dłoni. Defekacja, wypróżnianie się nie jest wydalaniem w biologicznym sensie, bo ten termin zarezerwowany jest dla innego procesu, którym zajmują się nerki (u człowieka i ssaków, u innych zwierząt mogą to być inne organy/struktury). Tak więc wydalanie związane jest z układem wydalniczym, nerkami i skórą (tak tak, przez skórę także wydalamy coś z organizmu), natomiast wypróżnianie z układem pokarmowym.

Biologia jest pełna zawiłości i paradoksów - kał to coś, co w dosłownym znaczeniu w organizmie nigdy nie było, To niewykorzystane resztki - tak jak to, co zostawiasz na talerzu, niedojedzony obiad, kości, jakaś dekoracja, wykałaczki, sznurek ze zrazów itd. Było na talerzu, ale nie trafiło do Twojego przewodu pokarmowego, pozostało jako niewykorzystane, w pełni na zewnątrz. 

Układ pokarmowy to pojęcie szersze niż przewód pokarmowy. Zawiera w sobie różnorodne dodatki do prostej rury (przewodu pokarmowego). To wszystkie gruczoły, wydzielające enzymy trawienne, wspomagające trawienie w przewodzie pokarmowy (tacy pomocnicy rozkładający domek z klocków lego, na czynniki pierwsze). 

Na czym polega trawienie? Wyobraź sobie, że masz przed sobą domek zbudowany z klocków Lego. A chcesz zbudować samolot. Co robisz? Rozbierasz poprzednią budowlę na pojedyncze klocki. W przypadku organizmów żywych są to cukry, aminokwasy, tłuszcze itd., czyli substancje budulcowe, z których organizm konstruuje swoje komórki i tkanki. Zjadamy inne organizmy by z tych "elementarnych klocków" nieustannie budować swój organizm (pomijając to, co w tak zwanym międzyczasie ukradną nam pasożyty). To właśnie te substancje pokarmowe wchłaniane są z przewodu pokarmowego do prawdziwego wnętrza organizmu, przenikają przez ścianki jelita i trafiają do krwioobiegu (tak w uproszczeniu, bo są i zwierzęta z inaczej zbudowanym wnętrzem). Warto tu także dodać, że trawionego pokarmu nasz organizm pozyskuje nie tylko elementy budulcowe ale i energię (zmagazynowaną w wiązaniach chemicznych)

Skoro już wyjaśniliśmy sobie proces trawienia, to wróćmy do układu trawiennego. Czyli przewodu pokarmowego i różnych gruczołów z enzymami trawiennymi. Im bardziej zaawansowane ewolucyjnie (a tym samym i efektywniejsze w trawieniu) zwierzęta, tym większa specjalizacja - tak jak w fabryce. Na przykład u człowieka w jamie ustnej panują nieco inne warunki chemiczne i inne enzymy są aktywne, inne w żołądku, jeszcze inne w jelicie. A jak nie zdąży zwierzę wybrać z pokarmu potrzebnych substancji? To zjada swoje odchody (np. cekotrofia). Tu jeszcze jedna mała dygresja, dzięki mikroorganizmom, mieszkającym w naszym przewodzie pokarmowych, do trawienia wykorzystujemy nie swoje enzymy. Można mówić o hologenomie, wspólnej ewolucji układów różnych organizmów (wspólnych, zintegrowanych genomach). Mistrzami są na przykład przeżuwacze z całą fabryką mikroorganizmów i odpowiednio zbudowanym żołądkiem. Także i dla ludzkiego trawienia, jak i zdrowia układu pokarmowego, znaczenie mają mikroorganizmy, zamieszkujące rurę przewodu pokarmowego. Albo pomagają albo przeszkadzają i wywołują choroby,. Taki masz małym wewnątrzjelitowy ekosystem z niezliczonymi relacjami.

Czy trawimy tylko w przewodzie pokarmowym? Są liczne zwierzęta, które wydzielają soki trawienne za zewnątrz ciała a po odczekaniu wysysają mocno nadtrawioną zawartość. Tak robią na przykład pająki. 

Żeby dobrze strawić trzeba pokarm rozdrobnić. My mamy zęby i to mocno wyspecjalizowane oraz o różnej budowie: siekacze, kły, zęby trzonowe (rozcierające). Część stawonogów do rozdrabniania wykorzystuje swoje ... odnóża. Tak jak na załączanym wyżej filmiku czyni to krab. Notabene ewolucyjnie narządy gębowe wielu bezkręgowców to przekształcone odnóża. 

Dosyć wstępu, czas na konkrety. W podręcznikach szkolnych układ pokarmowy człowieka, zaczyna się w jamie ustnej, a kończy na odbycie (wliczając w to gruczoły trawienne). Czegoś tu brakuje. Mimo, że nie jesteśmy ani krabami ani pająkami.... to nasze dłonie, sztućce i cały złożone procesy kulinarne, uczestniczą w procesie trawienia pokarmu. A skoro biorą udział w trawieniu to należałoby zaliczyć je do układu pokarmowego. Moglibyśmy powiedzieć, że na antropogeniczny przewód (układ) pokarmowy składają się także garnki, sztućce, pieczenie, smażenie, gotowanie i nawet przetwarzanie żywności. I tego w podręcznikach szkolnych ewidentnie brakuje. Kultura jest ważniejsza niż myślimy. Także w kontekście antropogenezy i przykładowego układu pokarmowego.

Czy zastanawiałaś(eś) się kiedyś jak narzędzia i gotowanie zmieniło proces trawienia u człowieka? Rozdrabnianie, termiczne i chemiczne przetwarzanie żywności to swoisty rodzaj wstępnego trawienia zewnętrznego. Nożem (najpierw kamiennym, potem stalowym), łyżką, widelcem i innymi wyrafinowanymi sztućcami (np. szczypce do homara), szarpiemy, kroimy, rozdrabniamy kęsy pokarmu, niczym krab swoimi szczypcami. To nasze dodatkowe zęby. Ewolucyjnie przyniosło to już swoje skutki. Mamy usta węższe niż małpy naczelne i nasi przodkowie - bo nie musimy tak długo przeżuwać pokarmu ("przeżuliśmy" go rękoma, sztućcami i w różnorodnych procesach kulinarnych). Nawet nie wszystkie zęby trzonowe są nam już potrzebne, dlatego tak późno (lub wcale) wyrzynają się nam zęby mądrości. 

A gdy gotujemy, smażymy, pieczemy, dodajemy octu, smarujemy przyprawami "by mięso skruszało", wędzimy, suszymy, fermentujemy (wykorzystujemy geny i enzymy innych organizmów, tyle, że nie w jelicie czy żołądku) to czy nie przypomina to działania naszych enzymów trawiennych? Dzięki obróbce termicznej - niczym pająki - w części nadtrawiamy pokarm zanim trafi do naszego otworu gębowego. I to także rodzi skutki zdrowotne dla nas jak i ewolucyjne. W dużym stopniu trawimy (przetwarzamy) poza przewodem pokarmowym i z wykorzystaniem elementów, które nie należą do podręcznikowego układu pokarmowego. W konsekwencji tych kulturowych zmian w ludzkim układzie pokarmowym nasz organizm otrzymuje inny pokarm niż nasi przodkowie. Jako konsekwencje pojawiły się choroby cywilizacyjne np. otyłość, cukrzyca, nadciśnienie. Ewolucja wciąż trwa, zmiany jednej części organizmu (lub procesu) wywołują powolne zmiany innych układów i innych narządów. 

Dzięki gotowaniu (termiczna obróbka pokarmu) już od zamierzchłych czasów ludzie mogli zjadać trujące lub niejadalne bulwy i inne części roślin. Poddany wysokiej temperaturze pokarm jest łatwiejszy do strawienia i dostarcza więcej energii. Można więc powiedzieć, że gotowanie zmieniło ewolucję człowieka i znacząco wpłynęło na funkcjonowanie naszego układu pokarmowego człowieka. Na nasze zdrowie i na cywilizację większy wpływ miały rewolucyjne zmiany, dokonane w kuchni (przy ognisku czy palenisku) niż wojny sławnych mężów. Ale niestety w szkolnej historii dominują wielkie bitwy, królowie, carowie, magnaci, wojownicy, dowódcy itd. Jednym słowem historia mężczyzn. Tymczasem coś znacznie ważniejszego ewolucyjnie i fizjologicznie dokonało się za sprawą kobiet. Nie tylko podręczniki do biologii trzeba poprawić, ale przede wszystkim szkolne podręczniki do historii. 

Obecnie spożywamy dużo pokarmów, które są w znacznym stopniu przetworzone, z licznymi dodatkami do żywności i różnymi sposobami konserwowania. Odżywiamy się inaczej niż nasi antenaci. Ma to swoje dobre i złe strony. Oprócz bardziej kalorycznego pożywienia pojawiły się różnorodne choroby cywilizacyjne, związane z odżywianiem. Czy potrafisz je wymienić i wskazać na przyczynę, wynikającą z kulturowych nawyków żywieniowych? Czy potrafisz powiązać z antropogenicznie zmodyfikowanym układem pokarmowym?
 
A jeśli chcesz sprawdzić czy i jak to działa to zapraszam do przeprowadzenia kulinarnego eksperymentu. Możesz wykonać go samodzielnie (potrzeba ciut więcej czasu) lub w grupie. Przygotuj po 1-2 marchewki (tyle samo do każdej z czterech prób porównawczych): 1. surowe, obrane (oskrobane), 2. surowe marchewki tarkowane (rozdrobnione), 3. marchewki ugotowane. 4. marchewki ugotowane i zmiksowane. Jeśli wykonujesz samodzielnie, to zjedz po kolei, może być  w kolejnych dniach, tylko wszystko zanotuj by nic nie zostało zapomniane. Zmierz czas ile zajmuje jedzenie marchewek w każdej postaci (jeśli w eksperyment wykonujesz grupach, to wszyscy zaczynają konsumpcję w tym samym momencie). Czy wysiłek w zjedzenie tych różnych postaci takich samych (na początku) marchewek zajmuje tyle samo wysiłku? Przy jedzeniu których marchewek odczuwa się zmęczenie mięśni twarzy? Czy rozdrobnienie lub ugotowanie pozwoliło na zjedzenie w krótszym czasie, a jeśli tak to dlaczego? Zastanów się w jaki sposób przygotowanie żywności (rozdrabnianie, gotowanie, pieczenie itp.) zmieniło procesy trawienia pokarmu u człowieka. I jak zmieniło wygląd naszej twarzy. A może i innych części ciała?

W 2008 r. ukazała się znakomita książka K. Fiałkowskiego i T. Bielickiego "Homo przypadkiem sapiens", wskazująca, że powiększający się mózg nie był wynikiem selekcji na inteligencję, ale reakcją na przegrzanie (skutek uporczywego wysiłku w czasie polowania). Nieco później pojawiła się kolejna "wywrotowa" książka: Richarda Wranghama "Walka o ogień - jak gotowanie stworzyło człowieka", Wyd. CiS, Stare Grodzisko 2009.

Do tej pory dominowały poglądy, że seks był głównym spoiwem i twórcą rodziny, mniej lub bardziej monogamicznego związku, interpretowanego w koncepcji teorii egoistycznego genu. Wrangham w swojej książce wykazuje coś zupełnie innego. Znacznie większy wpływ miało... gotowanie. Czyli antropogeniczne rozszerzenie i zmodyfikowanie naszego układu pokarmowego. "Gotowanie głęboko zmieniło nasz gatunek [pisze Matt Ridley, autor "Genomu"], pozwoliło nam zamieszkać na ziemi, doprowadziło do powstania dużego mózgu, kompletnie zmieniło relacje między płciami. To kontrowersyjne tezy, ale dowody Wranghama są bardzo przekonujące. Nieczęsto dziś w naukach ewolucyjnych pojawiają się naprawdę oryginalne idee, ale to jest jedna z nich."

Na ilustracyjnym zdjęciu znajduje się danie z turystycznego baru. Ryby usmażone, ziemniaki upieczone na oleju, warzywa pokrojone i doprawione. Do tego plastikowe, jednorazowe sztućce i papierowe tacki. Żywność przetworzona, doprawiona cukrem, bo takie teraz mamy zmodyfikowane gusty smakowe.  

Powróćmy do przykładu z klockami Lego - teraz dostajesz już nie gotowe domki, które trzeba rozebrać i dopiero z nich zbudować upragniony samolot, teraz dostajesz popakowane, posegregowane klocki. Bez wątpienia szybciej pójdzie budowanie nowego samolotu. Ale jednoczesnej będzie mniej frajdy i mniej wysiłku.

25.06.2021

Dzięki współpracy ze Stowarzyszeniem Francja-Polska odkryłem nieznany świat



A było to tak. Jakieś 10 lat temu leśnicy zaprosili pracowników naszego wydziału do współpracy i wyjazdu studyjnego do Francji. I tam poznałem państwa Lucienne i Bernarda Moreau oraz Stowarzyszenie Francja-Polska. A potem wielu wspaniałych Francuzów i Polonię francuską. Tak rozpoczęła się nasza uniwersytecka współpraca ze Stowarzyszeniem oraz siłą rzeczy z samorządami naszego regionu. Wspomniane Stowarzyszanie działało już od wielu lat. Niezwykle dużo zrobili dla zbliżenia obu narodów. Ich głównym celem było zbliżanie ludzi, instytucji i samorządów i inspirowanie do współpracy. Dla nas były to także kontakty z naukowcami z Centralnej Francji, dwie wspólne konferencję i studenci, którzy pojechali na staż (praktyka wakacyjna). I wiele innych, drobnych działań.

Odbyło się kilka wyjazdów do Centralnej Francji oraz kilka przygotowanych rewizyt w Polsce.  Kilkuletnia współpraca z Stowarzyszeniem Francja-Polska zaowocowała wieloma pomysłami. A przede wszystkim pozwoliła nam odkryć piękno francuskiej prowincji. Poznałem świat, o którym nie wiedziałem, że istnie. Małe miasteczka i i wsie i ogromna historia, widoczna na każdym kroku. I oczywiście poznałem wiele praktycznych działań w zakresie ochrony lokalnego dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego. Zakochałem się we francuskiej lokalności. A poprzez Francję jeszcze mocniej pokochałem naszą warmińsko-mazurską prowincję z jej lokalnością. We Francji poznałem bogaty świat serów, w tym kozich. I teraz poszukuję serzej różnorodności w każdym sklepie. Z radością dostrzegam rozwój lokalności w naszym regionie. Francuzi nie tylko mnie nieustannie inspirują. 

We Francji czułem się jak u siebie w domu. Głębiej pouczyłem sens Unii Europejskiej. Jednego, wielkiego, choć bardzo różnorodnego, domu. Kilka wyjazdów studyjnych do Francji jak i przyjmowanie gości z Francji było bardzo dla mnie bardzo ożywcze. Niezwykła przygoda. Poznawałem kulturę europejską i wspólne korzenie historyczne. Teraz, gdy gdziekolwiek widzę ślady francuskie w Polsce, myślę bardzo ciepło o Przyjaciołach z Francji. Poznałem historię obozu jenieckiego z okresy drugiej wojny światowej pod Olsztynkiem. Znamienne - tyle lat mieszkałem obok a tak niewiele wiedziałem. Nauczyłem się dostrzegać więcej, w tym co pojawia się przed oczami.

Bo w tej współpracy moim zdaniem najważniejsze były relacji międzyludzkie i poczucie solidarności. Dla mnie osobiście ta wieloletnia współpraca pozwoliła pełniej poczuć się Europejczykiem. Było wiele rozmów i spotkań z tamtejszą Polonią, wizyty w domach. Emigranci, sprzed wielu lat, kolejne pokolenie wyrastające we Francji. Nie wszyscy potrafiący już mówić językiem przodków. Odzyskiwali swoją polskość wraz z rodzącą się dumą, począwszy od Lecha Wałęsy i Solidarności po przemiany roku 1989. Wtedy przestali wstydzić się swojej polskości. Rozwój gospodarczy, demokratyczne przemiany i odzyskiwana wolność okazały się najlepszym programem utrzymywania więzi z Polonią. 

Bardzo inspirujące były wizyty studyjne i poznawanie różnych przykładów lokalnych przedsięwzięć gospodarczych i edukacyjnych, mocno nawiązujących do rozwoju zrównoważonego i ochrony lokalnego dziedzictwa kulturowego. Zainspirowany francuskimi rozwiązaniami podejmowałem próby wdrażania podobnych na gruncie Warmii i Mazur. Zdobyta wiedzę oraz inspiracje ciągle wykorzystuję  na wykładach dla studentów Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, m.in. wykorzystaliśmy w opracowaniu koncepcji zajęć na międzywydziałowym kierunku Dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze a także na różnego rodzaju piknikach naukowych i otwartych wykładach dla szerokiego kręgu społeczeństwa (trzecia misja uniwersytetu – upowszechnianie wiedzy). Pandemia przerwała wizyty ale więź pozostała. W nawiązaniu do Mistrza i Małgorzaty - rękopisy nie płoną... a przyjaźń i zdobyte wrażenia zaowocują jeszcze wieloma wypowiedzianymi lub spisanymi refleksjami. 

Współpraca to nie tylko miłe wspomnienia i zbudowane prawdziwe przyjaźnie polsko-francuskiej. To nieustające źródło inspiracji i uczenie się od siebie nawzajem. Przykład, jak ludzie mogą zmieniać świat na lepsze i budować autentyczną współpracę międzynarodową i dobre relacje między narodami. Dzięki współpracy ze Stowarzyszeniem Francja Polska powstało coś trwałego i bardzo ważnego, coś to trudno w kilku słowach opisać. 


To temat na dłuższą opowieść i głębokie przemyślenia. Bo wspomniane Stowarzyszenie kierowane jest przez.... emerytów. Tak, nie tylko młodzi zmieniają świat na lepsze, ale i seniorzy. To jest zaskakujące i bardzo budujące. Nigdy nie jest za późno. 

Dzięki inicjatywom Stowarzyszenia Francja-Polska poznałem nie znany lub mało znany świat - ten daleko jak i te zupełnie blisko. Dla wzruszających, osobistych odkryć czasem nie potrzeba jechać na drugi koniec świata. 

Zamieszczone zdjęcia pochodzą z francuskiej rewizyty, min. poznawanie uniwersyteckich laboratoriów i szkoły w Lamkowie. A filmik jest relacją z jednej wizyty do Francji.

Wiem co będę robił na mojej emeryturze - m.in. nauczę się języka francuskiego. 

24.06.2021

Wolna licencja ułatwia rozchodzenie się treści

 
Wiele lat temu zaangażowałem się w trwożenie treści na Wikipedii. To właśnie wtedy poznałem i zrozumiałem licencję Creative Commons. I na takiej licencji publikuję treści także i na tym blogu. świadomie i z premedytacja ułatwiam wykorzystywanie publikowanych przeze mnie treści. W tradycyjnym pojęciu można byłoby napisać, że ułatwiam przedruki... ale nic przecież nie jest drukowane bo przecież nie na papierze farbę drukarską się rozprowadza tylko znali e mediach elektronicznych. W każdym razie skutek jest ten sam. 

Efektem licencji CC jest to, że napisane przeze mnie artykuliki znajdują się także na innych stronach (nie tylko z wykorzystaniem prawa cytatu). O części wiem bo wydawcy mimo, że nie muszą to czasem zwracają się z prośba o zezwolenie na przedruki. W taki sposób wybrane teksy pojawiają się np. na portali Edunews, Były także na Lumen, ale jak się skończył grant, to i zamieszczone treści zniknęły. 

Dwa dni temu, szukając czegoś w przepastnych zasobach internetowych, trafiłem na miesięcznik społeczno-kulturalny KREATYWNI. Najpierw miłe zdziwienie. Potem zerknąłem na redakcje i autorów i przypomniałem sobie korespondencję sprzed jakiegoś czasu. Tak, tu również redakcja zwracała się z zapytaniem o pozwolenie (choć biorąc pod uwagę licencję CC wcale nie musieli). Co ciekawe, krótką prezentację zaczerpnięto jeszcze z dawnej lokalizacji mojego bloga na platformie blox (już nie istnieje). 

Cieszę się, bo w ten sposób upowszechnia się wiedzę i zwiększa zasięg tworzonych treści. Rzeczywiste zasięgi są znacznie większe niż tylko to, co wyczytam ze statystyk mojego bloga. 

Dlaczego o tym pisze? Bo to przykład zmieniającego się świata komunikacji i upowszechniania treści. Wyrosłem w epoce druku, gdzie za ważne liczyło się tylko to, co zostało wydrukowane na papierze w jakimś czasopiśmie. A jeszcze lepiej w książce. W wieku XXI trzeba mocno zweryfikować takie podejście. Przecież nie chodzi o to, by było wydrukowane lecz o to, by było czytane. Czyli, żeby treści docierały do odbiorcy. Jaki zysk z książki, które nikt nie przeczyta? Postawić na półce? Dla iluzorycznej satysfakcji? 

W w środowisku akademickim w ocenie dorobku nie bierze się pod uwagę jeszcze treści internetowych. Za krótko jeszcze te treści istnieją by przeniknęły na stałe do tradycji akademickiej. Ja niestety tak mam, że bardzo często "nie mieszczę się w  tabelkach". Nie piszę dla punktów i wskaźników, piszę by być czytanym. Zatem nie "dla ocen" ale dla komunikatywności. 

A może i w edukacji szkolnej warto w większym stopniu odejść o oceniania i stawiania cyferek? Nie wszystko co ważne i wartościowe da się zmierzyć i policzyć starymi algorytmami. 


Linki: 

I fragment z opisu we wspomnianym Miesięczniku. 

Biolog, ekolog, nauczyciel i miłośnik filozofii przyrody wędrujący po świecie Na swoim blogu: PROFESORSKIE GADANIE tak uzasadnia swoje dzielenie się blogiem:

Pisanie i czytanie ułatwia myślenie. Pogawędki prowincjonalnego naukowca, biologa, entomologa i hydrobiologa. Wirtualny spacer z różnorodnymi przemyśleniami, w pogoni za nowoczesną technologią i nadążając za blaknącym kontaktem mistrz-uczeń. I o tym właśnie chciałbym opowiadać.
(cyt za: http://czachorowski.blox.pl )


We wspomnianym Miesięczniku do tej pory przedrukowano następuję teksty z bloga (stan z czerwca 2021).

Publikacje prof. Stanisława Czachorowskiego w naszym miesięczniku:

22.06.2021

Czy zadawać pracę domową uczniom/studentom na Tik Toku?

Pytanie tylko na pozór jest dziwne i niepoważne. Pojawiło się w mojej głowie kilka tygodni temu. A może niech uczniowie pracę domową czasem odrabiają w Tik Toku? Na znak zmiany kultury? Dlatego tylko praca pisemna w zeszycie? 

Wspominając o Tik Toku miałem na myśli nowy sposób komunikacji. W kulturze pisma głównym zadaniem szkoły było nauczyć czytać i pisać. Najpierw pismem odręcznym, stalówką, potem długopisem. Ostatnio uczymy pisać na komputerze (już nie pismo ręczne tylko ale i maszynowe). W kulturze słowa uczymy także formatowania i edycji tekstu. A teraz .... komunikujemy się szybkim transferem emocji z wykorzystaniem nie tylko obrazu (memy) ale i obrobionego wideo. Jeszcze nie tak dawno jakieś 30-40 lat temu zupełnie nie do wyobrażanie. Film to tylko w telewizji lub kinie a amatorsko kręcony tylko przez bardzo nielicznych. Elitarna sztuka bo sprzęt niedostępny. Cos się jednak zmieniło. Ta forma wyraz nie tylko jest już dostępna niemalże dla każdego ale jest powszechnie wykorzystywana. To dlaczego nie uczyć tego w szkole? Skoro jest potrzebne i używane? 

Narzędzia uczniowie mają - telefony (a w zasadzie wielofunkcyjne smartfony). Zadaniem szkoły staje się konieczność nauczenia uczniów wypowiadania się krótkimi filmikami. To przecież nie tylko obsługa urządzenia (tak jak w kulturze pisma ortografia i posługiwanie się piórem). To także bardzo specyficzny sposób komunikowania się: scenariusz, reżyseria, plenery, kadrowanie a potem edycja i montaż. Tak jak w kulturze pisma interpunkcja i kompozycja tekstu. Tak jak uczyliśmy wypracowań, pisania listów, rozprawek, esejów tak teraz powinniśmy uczyć komunikacji z wykorzystaniem filmu (wideo).

Tik Tok to tylko jaskrawy przykład rodzącej się kultury postpisma (za Dukajem). Tak jak uczyliśmy trzymania obsadki i trzymania się w liniach, pisania bez błędów ortograficznych, z poprawnym stylem, czytelnie, tak teraz powinniśmy uczyć wypowiadania się obrazem ruchomym. Krótkie wideo można tworzyć, edytować i udostępniać w wielu przestrzeniach. Raczej będą się te formy upowszechniały. Pisząc o zadaniach domowych na Tik Toku miałem na myśli komunikację w nowym świecie i w czasie trzeciej rewolucji technologicznej.

Ja dopiero dorastam do tego świata. Odkrywam go z dużym zdziwieniem. To algorytm sztucznej inteligencji i moje wybory porządkują i personalizują mi moją "tablicę tiktokową". 

"A ja myślę, że trzeba uczniom zostawić trochę świata bez nauczycieli. Nie możemy wpychać się wszędzie, gdzie są dzieci:-) Jak wiemy "dobry" nauczyciel nawet z KAHOOT zrobi gilotynę:-)" Słuszna uwaga, nawet najlepsze narzędzie można w zły sposób wykorzystać. 

Od jakiegoś czasu, niejako przy okazji zajęć w pełni merytorycznych, staram się uczyć studentów okrywania tego, że portale społecznościowe, które wykorzystują do kontaktów społecznych, można również wykorzystać do celów edukacyjnych, biznesowych i publicznych. I pokazuję im, że już dużo umieją, wystarczy że tę wiedzę zastosują kreatywnie do nowych (dla nich) funkcji. Czyli nie tyle wchodzenie do ich świata na stałe ale pokazania, że już dużo potrafią i jest to wiedza techniczna przydatna nie tylko do ich kontaktów na "wirtualnym podwórku".

Staram się zachować równowagę. Widzę jednak potrzebę kształcenia uważności, odróżniania form różnorodnych wypowiedzi. I tu się w pełni zgodzę. W zaganianym, szybkim świecie potrzebne jest uczenie uważności. Czasy mamy zbyt zabiegane, szybkie, za długo siedzimy w pracy, za dużo dociera do nas informacji, za dużo bodźców, brak czasu i warunków do refleksji....

I już mi się raz udało zadać pracę domową studentom na Tik Toku. Nieśmiały i niepewny krok. Sam muszę wejść trochę w ten świat by poznać co i jak. A w przyszłym roku akademickim znowu spróbuję, bardziej odważnie i w przemyślany dydaktycznie sposób.