Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

6.08.2026

Jagiellonka i zjazd absolwentów – spotkanie z przeszłością czy rozmowa o przyszłości?

 

Na zjazd absolwentów Liceum im. Władysława Jagiełły w Płocku, zorganizowany z okazji 120-lecia szkoły, jechałem z autentyczną radością. Nie był to tylko sentymentalny powrót do miejsca młodości. Lata licealne należą do tych okresów życia, które w dużej mierze nas ukształtowały. To wtedy rodzą się przyjaźnie na całe życie, pojawiają się pierwsze miłości, pierwsze fascynacje nauką, literaturą czy sztuką, dojrzewają marzenia o przyszłości. Nic więc dziwnego, że zjazd miał dla mnie znaczenie szczególne. Do mojej ukochanej Jagiellonki zawsze wracam z dużą radością i sympatią. Nawet jak tylko przechodzę obok budynku. Wspominam bardzo często.

Jeszcze przed przyjazdem skrzyknęliśmy się internetowo z dawną klasą. Nie wszyscy zdążyli się zapisać, bo chętnych na jubileusz było więcej niż miejsc na auli. Dodatkowo rozstawiono duże ekrany i transmitowano uroczystość do dodatkowych sal. Spotkało się nas kilkanaścioro z dawnej klasy. Rozmowy zaczęły się jednak wcześniej – już w pociągu. Okazało się, że do Płocka jedzie wiele osób, jedni samotnie, inni całymi grupami. W moim przedziale była starsza pani. Jak się szybko w czasie rozmowy okazało to koleżanka ze starszego rocznika. Po kilku minutach rozmowy zniknęła bariera wieku. Łączyło nas przecież to samo miejsce, niektórzy nauczyciele, podobne wspomnienia. Pomyślałem wtedy, że zjazd absolwentów zaczyna się nie w szkolnej auli, lecz już w drodze, kiedy przypadkowi współpasażerowie odkrywają, że należą do tej samej wspólnoty pamięci.

Samo spotkanie klasowe było wspaniałe. Czas nie wymazał dawnych więzi. Wystarczyło kilka minut, by wrócił dawny sposób żartowania, wspominania nauczycieli, szkolnych wycieczek czy pierwszych młodzieńczych sukcesów i porażek. Oczywiście każdy z nas przyjechał już z własnym życiorysem: jedni zostali lekarzami, inni nauczycielami, prawnikami, przedsiębiorcami, naukowcami, inżynierami. Niektórzy mieszkają daleko, inni pozostali blisko rodzinnego miasta. Łączyło nas jednak poczucie, że wszyscy wyrastamy z tego samego korzenia. To nie było tylko wspomnienie młodości.

Zjazd pozostawił we mnie wiele ciepłych wspomnień, ale także kilka refleksji krytycznych. Piszę o nich nie po to, by kogokolwiek oceniać. Sądzę raczej, że dotyczą one wielu podobnych uroczystości organizowanych w Polsce. Może ktoś z takiego feed backu skorzysta. Jednym z głównych punktów programu była oficjalna akademia. Według programu miała trwać dwie i pół godziny. Był upalny czerwcowy dzień, aula wypełniona po brzegi, a uczestnicy siedzieli bez przerwy na auli (w moich czasach powstała i pamiętam jak wnosiliśmy foteliki). Długie przemówienia przeplatały się z wręczaniem odznaczeń, dyplomów i podziękowań. Dopiero później zaplanowano występy młodzieży. Zabrakło choćby krótkiej przerwy i wyraźne wydzielenie występów artystycznych młodzieży. A na pewno napracowali się sporo. Może pomyśleli, że absolwenci zajęli się sami sobą i o nich zapomnieli, że nie byli zainteresowani występami młodzieży? A przecież to nie jest prawda!

Nie dotrwałem do końca akademii. Widziałem, że wielu absolwentów również wychodziło wcześniej. Było gorąco i już nudno. Ile można słuchać ważnych przemówień? Szkoda było zwłaszcza uczniów przygotowujących program artystyczny. To oni ponieśli konsekwencje zmęczenia publiczności, choć przecież nie oni byli jego przyczyną. Pomyślałem wtedy, że dobra organizacja wymaga nie tylko sprawnego scenariusza, lecz przede wszystkim empatii. Organizator powinien stale zadawać sobie pytanie: dla kogo właściwie przygotowuję to wydarzenie? Jak odbiorą je uczestnicy? Czy tylko dla władz, by miała swoje 5 minut przed dużą publicznością?

Jeszcze większe refleksje wzbudziła we mnie narracja historyczna obecna podczas uroczystości. Było bardzo dużo martyrologii. Wojna, ofiary, bohaterstwo, poświęcenie – wszystko to jest ważnym elementem historii Polski i naszej szkoły (powstała w wyniku buntu i opuszczenia carskiej szkoły - to zawsze było dla mnie powodem do dumy). Problem pojawia się wtedy, gdy staje się niemal jedynym sposobem opowiadania przeszłości. Owszem, byliśmy bardzo dumni z naszych starszych kolegów i tablic z nazwiskami ochotników wojny roku 1920. Wiszą i codziennie są oglądane przez uczniów, i wszystkich tych, którzy odwiedzają szkołę. Jesteśmy także dumni z nauczycieli roku 1980 i roku 1981.

Ale przecież sto dwadzieścia lat historii szkoły nie składa się wyłącznie z wojen. To również tysiące zwyczajnych dni nauki. To nauczyciele cierpliwie tłumaczący matematykę, biologię czy historię. To absolwenci, którzy później zostawiali ślad jako lekarze, naukowcy, artyści, przedsiębiorcy, urzędnicy, społecznicy czy rodzice wychowujący kolejne pokolenia. Historia buduje się przede wszystkim z codzienności. Patriotyzm nie wyraża się jedynie w chwytaniu za broń. Znacznie częściej polega na uczciwej pracy, płaceniu podatków, prowadzeniu badań naukowych, pisaniu książek, leczeniu ludzi, budowaniu mostów czy wychowywaniu dzieci. Większość naszego życia upływa właśnie w takim codziennym patriotyzmie. Paradoksalnie nadmiar martyrologii osłabia jej siłę. Gdy wszystko sprowadza się do wojennych symboli, zaczynają one działać jak zbyt słodki deser podawany na każdy posiłek. Nawet najlepszy tort nie zastąpi pełnego obiadu. Przesyt rodzi znużenie, a znużenie odbiera należny szacunek sprawom naprawdę ważnym.

Nasze pokolenie dorastało w czasie pokoju. Najbardziej dramatycznym doświadczeniem był stan wojenny. Nie biegaliśmy z karabinami po lasach ani barykadach. Czy to znaczy, że nasze życie jest mniej wartościowe? Przecież także budowaliśmy Polskę – pracą, nauką, działalnością społeczną i zawodową. To również jest historia. Ważna i istotna historia.

Zastanowiło mnie także, do kogo właściwie adresowano oficjalną część uroczystości. Chwilami odnosiłem wrażenie, że absolwenci byli jedynie tłem dla prezentacji sukcesów instytucji i wystąpień zaproszonych gości. To naturalne, że szkoła chce pokazać swoje osiągnięcia i pochwalić się rozwojem. W taki sposób zabiega o niezbędne fundusze. Jednak podczas zjazdu głównymi bohaterami powinni być właśnie absolwenci – ludzie, którzy przez dziesięciolecia tworzyli historię tej szkoły swoim późniejszym życiem.

Drobiazgi organizacyjne również mają znaczenie. Dawne główne wejście do szkoły było zamknięte z powodu remontu elewacji. Dla obecnych uczniów nowe wejście jest oczywistością, ale dawni absolwenci nie mieli o tym pojęcia. Wielu błądziło wokół budynku. Wystarczyłaby czytelna informacja na stronie internetowej albo kilka tabliczek kierunkowych. To drobiazg, ale pokazuje, że organizując spotkanie ludzi wracających po kilkudziesięciu latach, warto spojrzeć na szkołę ich oczami. I warto wykorzystać siłę mediów społecznościowych, bo tam informacje szybko się roznoszą. Nawet z takim drobiazgami gdzie jest od kilkunastu lat wejście główne do szkoły.

Ogromną przyjemność sprawiło mi zwiedzanie budynku. W wielu miejscach odnajdywałem ślady własnej pamięci, choć jednocześnie widziałem, jak bardzo szkoła się zmieniła. Zniknęły stare stoły laboratoryjne (pracownia chemii), inaczej wyglądają pracownie chemiczne i fizyczne. Stary barak z pracownią biologiczną został wyburzony ale powstało nowe skrzydło. Szkoła wypiękniała. To już nie jest dokładnie ta szkoła, którą pamiętam. I dobrze. Szkoła musi się zmieniać wraz z rozwojem wiedzy i technologii. Najważniejsze jest jednak to, aby zachowała swoją tożsamość jako wspólnota ludzi uczących się od siebie nawzajem.

Coraz częściej myślę o szkole jak o ekosystemie edukacyjnym. Nie tworzą go jedynie nauczyciele i programy nauczania. Ważni są uczniowie i ich kontakty także poza lekcjami. Uczyliśmy się od siebie bardzo dużo. I to nie tylko biologii, chemii, fizyki czy matematyki. Ważną częścią tego ekosystemu są również absolwenci. Każdy z nich zabiera ze sobą cząstkę szkoły do świata, a później może przynieść z powrotem własne doświadczenia. W takim obiegu wiedzy i pamięci szkoła naprawdę żyje. O niektórych absolwentach przypominają tablice pamiątkowe. Ale może poza typową martyrologią warto pokazać zwykłych ludzi? Pozornie zwykłych. Bo to oni mogą być inspirującym wzorem dla młodego pokolenia.

Być może właśnie dlatego najcenniejszym efektem naszego spotkania nie były oficjalne uroczystości, lecz rozmowy prowadzone przy kawie, oglądanie dawnych klas, podczas spacerów po mieście i klasowych spotkań. Wyjechaliśmy z pomysłem napisania wspólnego e-booka – zbioru wspomnień o licealnych latach. Nie po to, by idealizować przeszłość, lecz by pokazać, jak szkoła wpływa na ludzkie losy. Mieliśmy poczucie, że dorastaliśmy w czasach szczególnych: między światem analogowym a cyfrowym, między PRL-em a wolną Polską. Warto tę pamięć zachować, zanim stanie się jedynie przypisem w podręcznikach historii.

Zjazd absolwentów przypomniał mi, że szkoła nie kończy się wraz z odebraniem świadectwa maturalnego. Trwa w naszych wspomnieniach, wyborach, przyjaźniach i sposobie patrzenia na świat. A jeśli tak jest, to jej historia również nie powinna ograniczać się do opowieści o wojnach. Powinna być przede wszystkim historią ludzi, którzy dzięki niej nauczyli się żyć.

3.08.2026

Cyfrowe wykluczenie w podróży



Wczesne lato. Siedzę na nowym i nowoczesnym dworcu kolejowym w Płocku. Pada deszcz, więc w oczekiwaniu na pociąg schroniliśmy się pod dachem, w poczekalni. Jest w tym obrazie coś z dawnych podróży – mokre tory, wilgotny zapach betonu, kilka osób czekających w ciszy. I cudowny zapach kwitnących lip. Za jakiś czas powinien przyjechać mój pociąg. Tak przynajmniej wynika z papierowego rozkładu jazdy wiszącego na ścianie. Ale papier, jak wiadomo, nie zna współczesności. Zatrzymał się w chwili, gdy został wydrukowany. Świat zdążył już odjechać.

Na dworcu nie ma czynnej kasy. Bilet można kupić jedynie w biletomacie stojącym na peronie albo przez internet, we własnym telefonie. Zrobiłem to wcześniej, przed wyjście z domu. W budynku nie ma również głośników. Komunikaty słychać tylko na peronach. Jeśli siedzi się w poczekalni, nie usłyszy się niczego. Nie ma także elektronicznych tablic z aktualnymi informacjami. Jest tylko papierowy rozkład jazdy, wywieszony w gablocie. 

Sięgam więc do telefonu. Kilka dotknięć ekranu i już wiem, że mój pociąg jest opóźniony o półtorej godziny. Później aplikacja pokazuje jeszcze większe opóźnienie. Ostatecznie skończy się na dwóch godzinach. W tym samym czasie zaczynam sprawdzać połączenia alternatywne, możliwości przesiadki, opóźnienie kolejnego pociągu i prawdopodobieństwo, że mimo wszystko uda mi się dotrzeć do celu jeszcze tego samego dnia. Dzięki technologii odzyskuję poczucie wpływu na sytuację. Mogę planować, przewidywać i wybierać.

Obok mnie siedzi starsza pani. Widzę, jak dzwoni do córki. A może to córka do niej zadzwoniła? Sama nie sprawdza rozkładu, nie zagląda do aplikacji. Pewnie nie potrafi. Pyta córkę, czy pociąg przyjedzie punktualnie. Ta gdzieś daleko otwiera internet i przekazuje informacje. Starsza kobieta potrafi zadzwonić, ale nie potrafi już odnaleźć potrzebnych danych. Jest uzależniona od kogoś, kto posiada kompetencje cyfrowe. Kiedyś, w dawnych czasach podeszłoby się do okienka z informacja, I tam by ktoś odpowiedział. A informacja przekazywana byłaby z ust do ust wśród czekających pasażerów. 

Patrzę na nią i uświadamiam sobie, że współczesne wykluczenie nie zawsze ma postać wysokich schodów, których ktoś nie jest w stanie pokonać. Coraz częściej to wykluczenie komunikacyjne jest niewidzialne. Ukryte w ekranach telefonów, aplikacjach i kodach QR. Można być sprawnym fizycznie, inteligentnym i samodzielnym, a jednocześnie stać się niepełnosprawnym komunikacyjnie. Nie dlatego, że zabrakło sił, lecz dlatego, że zabrakło dostępu do cyfrowego świata albo umiejętności poruszania się po nim. Zabrakło dostępu do informacji a z tego rodzi się niepokój, stres i zmartwienie. Ja jestem na urlopie, nigdzie się nie spieszę. Nie wybrałem się na ostatnią chwilę więc spóźnienie nie martwi mnie zbyt bardzo. Przyjmuję ze spokojem. Panuję nad sytuacją. Ot tyle tylko, że moja podróż potrwa nieco dłużej. 

Jeszcze kilkanaście a na pewno kilkadziesiąt lat temu podróż wyglądała inaczej. Były czynne kasy. Dyżurny ruchu odpowiadał na pytania. Funkcjonowała informacja kolejowa. Głośniki przekazywały komunikaty wszystkim obecnym. Informacja była dobrem wspólnym. Dzisiaj coraz częściej staje się dobrem indywidualnym. Jest jej więcej. Kiedyś nie można było śledzić trasy jazdy pociągów i ich nawet kilkuminutowych spóźnień w rozkładzie jazdy. Dzisiaj każdy nosi aktualna informację we własnej kieszeni, zamkniętą w smartfonie. O ile nie było awarii sprzętu lub nie wyczerpała się bateria. Kto telefonu nie ma albo nie potrafi z niego korzystać, pozostaje poza obiegiem informacji. Stoi na tym samym peronie co inni, ale żyje w innym świecie. Bardziej zaniepokojony, bardziej zdezorientowany. 

Choć tęsknię za tamtym światem, z parowozami i moim dzieciństwem to lubię nowoczesne technologie. Dają mi większe poczucie panowania nad podróżą. Cieszę się, że mogę sprawdzić rzeczywisty czas przyjazdu pociągu, znaleźć alternatywne połączenie, kupić bilet bez stania w kolejce. Kiedyś podróżny był skazany na czekanie i niewiedzę. Dziś może analizować sytuację niemal w czasie rzeczywistym. To ogromna zmiana. Daje poczucie bezpieczeństwa, zmniejsza stres i pozwala podejmować rozsądniejsze decyzje.

Ale każda rewolucja technologiczna ma swoją cenę. Zwykle zachwycamy się tymi, którzy szybko biegną do przodu, rzadziej oglądamy się za tymi, którzy zostali z tyłu. Historia cywilizacji jest przecież historią kolejnych progów. Jedni przekraczają je niemal niezauważalnie, inni potykają się o nie przez lata. Kiedyś takim progiem była umiejętność czytania i pisania. Później znajomość języków obcych. Dzisiaj staje się nim kompetencja cyfrowa. A w duszy obawiam sie, że niebawem i mi świat ucieknie jak odjeżdżający pociąg. Że nie nadążę się uczyć nowości i będę wśród częściowo wykluczonych. 

Organizm nie przystosowuje się do zmian z dnia na dzień. Potrzebuje czasu. Społeczeństwo również. Tymczasem technologia zmienia się szybciej niż ludzie. Smartfony, aplikacje i sztuczna inteligencja rozwijają się w tempie wykładniczym, podczas gdy nasze nawyki, lęki i przyzwyczajenia zmieniają się znacznie wolniej. Powstaje więc swoista luka ewolucyjna – nie biologiczna, lecz kulturowa. W tej luce pozostają miliony ludzi.

Siedzę nadal na dworcu w Płocku. Drobny deszcz nie przestaje padać. Mój pociąg wciąż się spóźnia. Mam jednak w kieszeni mały komputer, dzięki któremu wiem niemal wszystko o swojej podróży. Czuję się bezpieczniej, choć przecież pociąg od tego szybciej nie pojedzie. Wiem, że mój przesiadkowy pociąg dawno odjechał, ale złapię następny w Toruniu. Jestem spokojny, bo wiem, że wrócę do domu jeszcze tego samego dnia. 

Myślę jednak o tych wszystkich pasażerach, którzy siedzą kilka ławek dalej. Patrzą na tory, na papierowy rozkład jazdy i na zegarek. Nie wiedzą, że pociąg przyjedzie za dwie godziny. I widzę obcokrajowców. Też korzystają z telefonów. Może sprawdzają połączenia? Są podróżnymi tak samo jak ja, ale odbywają zupełnie inną podróż – nie tylko przez Polskę, lecz także przez epokę gwałtownych przemian. I właśnie wtedy uświadamiam sobie, że cyfrowe wykluczenie nie polega na braku smartfona. Polega na utracie samodzielności. A każda utrata samodzielności, niezależnie od przyczyny, odbiera człowiekowi kawałek jego wolności. W cenie nadal pozostają umiejętności nawiązywania kontaktu z innymi ludźmi i odwaga pytania. 

1.08.2026

Jak nie odrzucać niedokończonych pomysłów. Przykład Stanisława Lema i sztucznej inteligencji



W pracy naukowca, biologa, ale i blogera popularyzującego naukę, najcenniejszą walutą są pomysły. Najpierw trzeba mieć coś do powiedzenia a potem dopiero pracować nad stylem i formą. Bo z pustego to i Salomon nie naleje. Jako dyslektyk zawsze miałem problemy z pisaniem „na czysto”. Może w jakiś sposób kreatywność łączy się z dysleksją? Albo obie mają wspólną przyczynę? Nie wiem. Żyję z tym od lat. Paradoksalnie zmagam się nie tylko z dysleksją ale i z kreatywnością. Bo cierpię, gdy nie mogę dokończyć cieszących mnie pomysłów. A pomysły pojawiają się często niespodziewanie, np. podczas terenowych badań, czytania literatury naukowej czy wieczornych rozmyślań. Albo w czasie spacerów i obserwowania świata. Lub w pociągu i na dworcowej ławce, gdy czekam. W ciszy i w „nudzie” rodzą się szybciej i obficiej. Problem polega jednak na tym, że od subiektywnie rozumianego genialnego błysku w głowie do gotowego artykułu, eseju czy książki wiedzie niezwykle długa i wyboista droga. Pomysł trzeba „domyśleć”, przemyśleć szczegóły i strukturalno-logiczne powiązania między argumentami i elementami całej konstrukcji. Wszystko to wymaga dużego nakładu pracy, czasu oraz rzemieślniczej wręcz cierpliwości przy przelewaniu myśli na papier. Albo na klawiaturę. Wielu z nas, w tym ja sam, gromadzi setki takich niedokończonych konceptów. Notatek odłożonych na później jako rokujących i ciekawych pomysłów, wartych wypowiedzenia. A liczne notatki kończą swój żywot jako chaotyczne szkice na luźnych kartkach lub zapomniane pliki tekstowe w czeluściach twardego dysku. Sam już nie wiem, co bardziej się gubi: papierowe kartki w mnożących się teczkach i zeszytach, czy może pliki w różnych folderach? Zastanawiam się często, jak uratować te intelektualne zarodki przed bezpowrotnym zniknięciem w szufladzie. I niepamięci.

W młodości dużo czytałem książek Stanisława Lema. Były bardzo inspirujące. Na długo w mej pamięci zapadł przewrotny wzór, jak poradzić sobie z tym problemem. Stanisław Lem słynął z umysłu wyprzedzającego swoją epokę. Nieustannie generował fascynujące koncepcje filozoficzne, technologiczne i naukowe. Mnie swoimi myślami zapłodnił na długie dziesięciolecia. Lem zapewne wiedział jak wielkim wysiłkiem jest rozwijanie każdego pomysłu do rozmiarów pełnej powieści. Zamiast jednak pozwolić im przepaść, wpadł na rewolucyjny pomysł, który zrealizował głównie w swoich dwóch niezwykłych książkach: „Próżni doskonałej” oraz „Wielkości urojonej”. Zamiast pisać tradycyjne, wielostronicowe dzieła, stworzył zbiory recenzji i wstępów do fikcyjnych, nigdy nienapisanych książek. Zamiast kilkunastu książek powstawała książka z kilkunastoma rozdziałami. A każdy był pomysłem, który można byłoby rozbudować do opasłej powieści. A Lem potrafił pisać znakomicie, filozoficznie i dowcipnie. Może teraz ktoś napisze te nienapisane i zrecenzowane przed powstaniem, książki? Ogromne wyzwanie intelektualne i literackie. Najpierw recenzja a potem dopiero książka.

W ten sposób, na zaledwie kilkunastu stronach, potrafił skondensować monumentalne idee, które normalnie wymagałyby wielu miesięcy pracy nad fabułą i konstrukcją świata wymyślonego. Wśród tych fikcyjnych dzieł znalazły się tak głębokie koncepty jak „Non serviam”, poruszające temat personoidy, czyli tworzenia myślących istot wewnątrz komputera (czy nie jest to prorocze w stosunku do agentów AI?). Oraz „Kosmogonia”, przedstawiająca teorię, według której znane nam prawa fizyki są efektem gry zaawansowanych cywilizacji kosmicznych. Dzięki formie literackiej recenzji te błyskotliwe, filozoficzne wizje nie zostały zapomniane w szufladzie autora, lecz ujrzały światło dzienne i do dziś prowokują do dyskusji naukowców oraz pasjonatów futurologii. I teraz dylemat: czytać ponownie (po wielokroć) książki Stanisław Lema czy generować ciąg dalszy, być może z pomocą generatywnej sztucznej inteligencji? Tak jak dalsze przygody Pana Samochodzika, pisane już przez innego autora,

Dzisiaj, żyjąc w epoce cyfrowej, stajemy przed podobnym wyzwaniem, ale dysponujemy zupełnie nowymi narzędziami. Jako bloger i felietonista regularnie mierzę się z syndromem niedokończonego szkicu, gdzie dobre intencje przegrywają z brakiem czasu na dopracowanie formy. W tym miejscu pojawia się jednak sztuczna inteligencja. Współczesne narzędzia AI stają się dla twórców tym, czym dla Lema była forma fikcyjnej recenzji – sposobem na ocalenie i zagospodarowanie niedokończonych koncepcji. AI pomaga mi ubrać surowe myśli w precyzyjne zdania, uporządkować chaotyczną strukturę notatek i znacznie szybciej nadać tekstowi ostateczny kształt. A przede wszystkim pozwala szybciej dotrzeć do informacji i sprawdzić interesujące mnie pojęcia. Dzięki temu proces przechodzenia od luźnego pomysłu do gotowego wpisu na bloga przebiega sprawniej. Jednocześnie autorskie idee zyskują szansę na dotarcie do czytelników, zamiast umierać w zapomnieniu. Owszem, nic w moim procesie twórczy się nie skraca. Paradoksalnie mam więcej czasu na myślenie. Bo mam swoją sekretarkę i swojego asystenta. Tak, nie warto zbytnio ufać temu asystentowi. Ale jest pomocny. Najpierw mój szkic w iluś krokach nabiera kształtów, potem we współpracy z AI nabiera zdań. A na koniec pracuję już nad częściowo sformułowanymi zdaniami i mogę je rozbudowywać, uzupełniać przeoczone aspekty, dopisywać nowe wątki. Łatwiej mi się myśli w czasie pisania. I mam mniej błędów do poprawiania (już Word wyszukuje najczęściej przeze mnie popełniane błędy literowe). Gdy szybko publikuję swój tekst to mimo kilkukrotnego czytania i tak jest sporo błędów (taka dola dyslektyka). Po jakimś czasie , gdy je zauważam, poprawiam na blogu. Niniejszy tekst przeleżał pond miesiąc w poczekalni na blogu i kilkukrotnie do niego wracałem, poprawiałem, skracałem, uzupełniałem. 

W tym miejscu warto zadać sobie intrygujące pytanie, które łączy przeszłość z teraźniejszością. Czy gdyby w czasach Stanisława Lema istniały zaawansowane narzędzia sztucznej inteligencji, to napisałby on znacznie więcej tradycyjnych książek, mając cyfrowego asystenta do żmudnego dopracowywania fabularnych szczegółów? A może jego eseje filozoficzne i fikcyjne recenzje były czymś znacznie głębszym – świadomym i celowym sposobem dyskusji o literaturze oraz barierach ludzkiego poznania? Skłaniam się ku tej drugiej odpowiedzi. Ale może moje założenia (ukryta teza) o tym, że te fikcyjne recenzje są niedokończonymi pomysłami na książki, jest po prostu fałszywa? Dla Lema ta forma była być może ucieczką od ograniczeń klasycznej beletrystyki i pozwalała na czystą, intelektualną grę. Nawet z najpotężniejszym AI u boku, Lem być może i tak wybrałby formę skondensowanego eseju, gdyż to właśnie w niej mógł najpełniej i bez zbędnych ozdobników testować granice ludzkiego umysłu. A może byłby zadowolony z automatycznego pisarza rodem z Cyberiady? Czy w czasach nadmiaru długie teksty nie przegrywają z krótkimi formami? więc może lepiej pisać krótko? A może uzupełniać tekst infografikami lub mapami myśli? Postpiśmienna "literatura" nowej mówioności dopiero się wyłania i nabiera kształtów. Jeszcze nie bardzo wiemy jak będzie wyglądała. Tak jak kiełkująca roślina, gdy widzimy wychodzące z gleby liścienie to jeszcze nie wiemy czy to bylina czy drzewo z tego wyrośnie.

Czy wracam do starych pomysłów i notatek? Czasem tak. Ale i tak ciągle rodzą się nowe. Pisanie spala emocjonalnie, za dużo się nie napisze. Bo czas nie jest z gumy, dodatkowo potrzebna regeneracja umysłowa. Do tego myślenie i szukanie informacji i danych też zabiera czas. AI może być pomocne choć bywa też groźną pułapką. To oczywiście pomysł na zupełnie nowy tekst na tym blogu. Może kiedyś ten mglisty pomysł się zmaterializuje?

Gdybyśmy jednak spróbowali pójść krok dalej i wyobrazili sobie, że te Lemowskie miniatury z „Próżni doskonałej” były zaledwie nasionami, z których przy pomocy sztucznej inteligencji mogłyby wyrosnąć potężne, rozłożyste rośliny, stajemy przed fascynującym dylematem. W przyrodzie każde nasiono niesie w sobie pełny kod genetyczny przyszłego drzewa, ale do jego wzrostu potrzeba czasu, odpowiedniej gleby i ogromu energii. Dla pisarza tą energią jest żmudny proces przelewania myśli na papier (albo klepiąc w klawiaturę przenosi do cyfrowego dokumentu). To rzemiosło, które Lem w przypadku tych konkretnych pomysłów chyba świadomie porzucił. Gdyby dysponował AI, mógłby potraktować algorytmy jak zautomatyzowaną szklarnię – wrzucić tam esencjonalny szkic i patrzeć, jak maszyna w kilka chwil (to oczywiście duża przenośnia bo promptowy dialog z algorytmem i poprawianie tekstu zajmuje także wiele tygodni) generuje z niego wielusetstronicową powieść, dbając o opisy, dialogi i strukturę. I nawet przewidział to w Cyberiadzie. Pytanie tylko, czy z perspektywy ekologii literatury taka nadprodukcja wyszłaby nam na dobre. Z biologii wiemy, że monokultury i nagły, niekontrolowany rozkwit jednego gatunku, potrafią zubożyć cały ekosystem. Gdyby każdy genialny, surowy pomysł Lema został maszynowo napompowany do rozmiarów tradycyjnej książki, moglibyśmy utonąć w nieprzejrzystym gąszczu słów, w którym unikalna esencja myśli zostałaby rozmyta przez literacką watę. I zgubić wątek tak jak w 4587 odcinku jakiegoś serialu typu "Luczija z ubogiej chatki".

Ten tok rozmyślania prowadzi nas bezpośrednio do pytania o to, jak właściwie powinniśmy dziś konsumować literaturę i czego od niej oczekiwać. Czy mamy nieustannie wypatrywać nowości, żądając od ulubionych autorów kolejnych tomów i sequeli, niczym widzowie czekający na nowy sezon serialu na platformie streamingowej? Metafora dziecięcej lalki z ubrankami do przebierania jest tu jak najbardziej na miejscu. Styl, język i fundamentalna filozofia pisarza są jak ta sama, dobrze nam znana lalka, a każda kolejna książka to po prostu nowe ubranko, w które autor ją stroi. Zmieniają się dekoracje, fabularne wątki i imiona bohaterów, ale pod spodem dotykamy wciąż tej samej intelektualnej konstrukcji. W dobie kultury instant przyzwyczailiśmy się do ciągłego zmieniania tych ubranek, do pogoni za rzekomą nowością, która w gruncie rzeczy jest tylko powieleniem znanego schematu. Tymczasem o wiele większą wartość może mieć powrót do książek już przeczytanych. Podobnie jak w badaniach terenowych, gdzie powrót w to samo miejsce po latach pozwala dostrzec subtelne zmiany w ekosystemie, tak ponowna lektura wybitnego dzieła ujawnia warstwy, których wcześniej nie byliśmy w stanie zauważyć. Czytając Lema po raz drugi czy trzeci, nie odkrywamy nowej fabuły, ale odkrywamy nowych siebie w zderzeniu z jego tekstem. Podobnie jest z oglądaniem dawnych filmów czy słuchaniem znanych już sobie utworów muzycznych.

Sztuczna inteligencja zapewne zmieni literaturę i już teraz to chyba robi, rewolucjonizując proces twórczy. A może to nie jest rewolucja tylko mała zmiana? Przecież dawni pisarze wynajmowali czasem ghostwriterów a dzieła sławnych malarzy w dawnych czasach malowali ich uczniowie. Mistrz dawał nazwisko, pomysł i wykańczał dzieło. A uczniowie wykonywali mniej ważne podmalunki. Pisarz z narzędziami AI z łatwością stworzy dużą liczbę nowych „ubranek” dla literackich lalek, generując seryjne opowieści idealnie skrojone pod gust swojego odbiorcy, powielając swój styl i swoją filozofię patrzenia na świat. Jednak w tym świecie algorytmicznej obfitości szybko przekonamy się, że „więcej” wcale nie oznacza „lepiej”. Gdy rynek zostanie zalany rzekomo nowymi, a w rzeczywistości wtórnymi historiami, ludzki umysł zacznie odczuwać przesyt. Coraz więcej osób pisze a proporcjonalnie nie przybywa czytelników. W reakcji obronnej przed tym cyfrowym szumem możemy paradoksalnie zacząć uciekać ku starym, sprawdzonym tekstom. Tak jak w nieskończoność potrafimy słuchać ulubionej piosenki, za każdym razem zachwycając się innym przejściem tonalnym, albo oglądać klasyczny film, by wyłapać ukryte w tle smaczki. Być może tak samo będziemy wracać do tradycyjnej literatury. AI może dać nam iluzję nieustannego postępu i nieskończonej nowości, ale prawdziwą głębię i smak odnajdziemy tam, gdzie ludzki intelekt zmierzył się z ograniczeniami własnego czasu i formy, pozostawiając nam dzieła, które nie potrzebują kolejnych sezonów, by wciąż na nowo nas definiować. Felieton może być poczytniejszy niż opasła książka. 

Nie wiem jak będzie z literaturą. Ja niniejszy pomysł zrealizowałem we współpracy z Gemini i Copilotem. Nie wiem kiedy pomysł pojawił się w mojej głowie. Możliwe, że kilka razy się w mózgu odzywał. Rozważałem go w cichym mówieniu do siebie w czasie pieszego spaceru do pracy. Po jakimś dwóch tygodniach od ostatniego razu, spisałem na jednej kartce. Szybko i nieskładnie. Byleby pozostał ślad myślowy. Podobnych kartek mam wiele. Zdania były nielogiczne, poszarpane. Niektóre słowa są nieczytelne i domyślam się ich z kontekstu zdania. W wersji kartkowej powędrował do teczki z pomysłami roboczymi. Leżał jakieś 1-2 tygodnie i gryzł sumienie. Bo teczka pęczniała. Trzeba było albo dokończyć albo odłożyć do jeszcze innej teczki z archiwum na dnie szuflady. Siadłem jednak przed komputerem. Nakreśliłem kontekst i przepisałem szkic nieco go modyfikując. Odszukałem tytuł książki Lema, bo nie pamiętałem. Zadałem cztery (może sześć) pytania i polecenia. Dostałem kilka różnych fragmentów. Niektóre odrzuciłem, inne przerobiłem do własnych potrzeb. Ile trwało pisanie? W sumie 2-3 godziny rozmyślań nad tekstem przy komputerze. Szybciej? Pewnie tak. Ale na pewno jest to duża pomoc w procesie myślenia. Może dzięki AI mniej moich pomysłów na zawsze przepadnie w otchłani archiwum z pomysłami. Aha, i jeszcze tekst dojrzewał w wersji roboczej na blogu blisko miesiąc, z kilkukrotnym zaglądaniem do niego i poprawianiem.

8.06.2026

O poszukiwaniu nowej formuły oceniania i egzaminowania

Taką starą szkołę spotkać możemy już tylko w skansenie. Uczy jako przypadek z historii, w konkretnym kontekście społecznym i historycznym. W czasie wycieczek lecz nie na codzień.


Czy angażować się w odwieczną szkolną zabawę w policjantów i złodziei? Zadać uczniom/studentom zadania i uniemożliwiać im ściąganie a raczej śledzenie ich i przyłapywanie ich na ściąganiu lub w drodze na skróty? Co jest istotą tego, że chcą ściągać? Lub czy sprawdzać na wykładzie listę obecności i jak weryfikować czy nie zostały dopisane martwe dusze? Czy wymagać obecności na wykładzie, na ćwiczeniach czy też może wymagać wykonania zadania, opanowania wiedzy i udokumentowania swojego postępu? Bez względu czy ktoś był na wykładzie czy nie? Jaki powinien być egzamin? Ustny, pisemny, testowy? A może projektowy? I jak rzeczywiście sprawdzić przyrost wiedzy a utrudnić ściąganie, podpowiadanie, pisanie gotowców? Różne sposoby ściągania wpisane są w cała historię szkoły i edukacji. To oczywiście temat na inną opowieść. Teraz chcę poświęcić uwagę zmianom, jakie przyniosła sztuczna inteligencja. Czy są to tylko nowe sposoby ściągania? A może coś więcej? Jak wspomniał  Jacek Dukaj: nieunikniona jest sytuacja, gdy nie będzie się dało opowiedzieć czy dany tekst jest autorstwa człowieka czy AI. Co zatem czynić ma wykładowca-policjant uniemożliwiający ściąganie studentowi? Może trzeba uznać zmiany cywilizacyjne i symbiozę kulturową człowieka ze sztuczna inteligencją? 

Żyjemy w epoce, w której tradycyjna definicja erudycji spektakularnie dokonała żywota. Przez stulecia mędrzec czy uczony był chodzącą biblioteką, był rezerwuarem faktów, dat, definicji i schematów. W takim świecie wyrastałem. Dziś ten model runął, przynajmniej częściwo. Smartfon podłączony do internetu, ukryty w kieszeni i algorytmy sztucznej inteligencji, gotowe w ułamku sekundy wygenerować syntezę dowolnego zagadnienia, odebrały ludzkiej pamięci biologicznej monopol na wiedzę. Wcześniej naszą biologiczną pamięć, zmagazynowaną w mózgowych neuronach zastąpiły biblioteczne karty z zadrukowanymi stronami. W dobie AI informacja jeszcze bardziej stała się towarem permanentnie dostępnym, niemal darmowym i wszechobecnym. Ta technologiczna rewolucja postawiła na głowie nie tylko uniwersytecką dydaktykę, ale przede wszystkim zmusiła nas do postawienia fundamentalnego, filozoficznego pytania: kim jest myślący człowiek w świecie, w którym maszyna wie lepiej i szybciej? 

Współczesne narzędzia generatywnej sztucznej inteligencji ostatecznie obnażyły anachronizm dotychczasowych metod weryfikacji wiedzy. Pierwszym podważeniem była pamięć zewnętrzna w postaci zadrukowanych książek. W szkole uczyłem się jeszcze wierszy na pamięć. Ale już wtedy rodziło się pytanie, po co uczyć się na pamięć, kiedy łatwo znaleźć wierny zapis w książce lub zeszycie? Egzaminy oparte na odtworzeniu materiału, testy wyboru czy nawet klasyczne eseje pisane na zadany temat straciły swoją dawną efektywność i przydatność. Stały się polem potyczek między antyplagiatowymi algorytmami a coraz doskonalszymi modelami językowymi. Próba ścigania się z AI na zapamiętywanie lub mechaniczne kompilowanie faktów jest z góry skazana na porażkę. A przynajmniej na dużo mniejszą efektywność. Dlatego zamiast pytać studenta: „Co wiesz?”, musimy zacząć pytać go: „Jak potrafisz zarządzać wiedzą, którą masz pod ręką?”. Ważne jest więc pytanie jak zarządza wiedzą (dostępną konektywnie) i jak tworzy wypowiedzi. Jak rozumuje w symbiozie nie tylko z książkami ale i ze sztuczną inteligencją. Już dawniej wiele prac tworzonych było zespołowo. Kto jest więc autorem pracy zespołowej? Tu też autorstwo jest z płynną i niewyraźną granicą. Tak teraz powstaje się współautorskie dzieło, tworzone w mutualistycznej symbiozie człowieka z AI. 

Ta zmiana optyki głęboko osadza się w koncepcji konektywizmu – teorii uczenia się na miarę ery cyfrowej. Choć konektywni byliśmy od samego początku życia społecznego, na długo przed epoką pisma. W tym ujęciu wiedza nie jest już monolitem zamkniętym w ludzkim, pojedynczym mózgu, lecz dynamiczną siecią połączeń między ludźmi, papierowymi i cyfrowymi bazami danych i technologiami. Kluczową kompetencją nie jest posiadanie informacji, ale umiejętność jej odszukania, zweryfikowania, przesiania przez sito krytycznego myślenia i zsyntetyzowania. Przecież nie tylko gorliwe AI halucynuje, ale i ludzie od samego swojego zarania. Prawdziwym wyzwaniem dydaktycznym i egzystencjalnym staje się odpowiedź na pytanie: "czy potrafisz dotrzeć do właściwych węzłów tej globalnej sieci i czy potrafisz zrobić z nich realny użytek?" A jeśli tak, to jaki sens i wartość potrafisz z tego wydobyć? I jak to sprawdzić na egzaminie? Testem wielokrotnego wyboru? Pracą pisemną, esejem? Rozmową czy może raczej projektem? Od jakiegoś czasu zadaję sobie takie pytania i próbuję odpowiedzi wcielać w życie. Wiedząc, że są to próby czynione po omacku i że są narażone na różnorodne porażki. Powolne uczenie się na błędach i sukcesach z rozmyślaniem o sensie i celu. Bo przecież dopiero odkrywamy ten nowy świat.

W moich poszukiwaniach nowej formy akademickiego spotkania odrzucam zatem schemat odpytywania z gotowych odpowiedzi. Przenoszę ciężar z rezultatu na proces. I jest to poruszanie się na nieznanym lub mało znanym lądzie. Skoro wiedza jest łatwo dostępna, student musi stać się jej architektem, a nie tylko konsumentem. Sprawdzanie umiejętności konektywnego korzystania z zasobów świata najlepiej realizuje się w formach, które wymagają osobistego zaangażowania i śladu autentycznej obecności. Może to być systematycznie prowadzony dziennik refleksji – zapis intelektualnego dojrzewania i potyczek z chaosem informacyjnym, gdzie widać nie tylko to, co znaleziono, ale jak ewoluował sposób myślenia autora. Mogą to być autorskie e-booki czy interdyscyplinarne projekty, w których luźne fakty zostają spięte w nową, użyteczną całość. Egzamin w formie dziennika refleksji trwa cały semestr a nie tylko w ciągu jednej godziny w czasie sesji egzaminacyjnej. Jest zachęceniem do poszukiwań a nie jedynie sprawdzeniem, co się znalazło.

Co więcej, wkraczamy śmiało w erę nowej mówioności i form postpiśmiennych. Tekst drukowany przestaje być jedynym prawomocnym nośnikiem akademickiego dyskursu. Zdaję sobie z tego sprawę, choć trudno mi otworzyć się na nowe formy komunikacji i społecznego przekazu. Współczesny student może syntetyzować wiedzę w formie wideo opowieści, podcastu, cyfrowego eseju wizualnego czy dynamicznej narracji, która angażuje zmysły i intelekt odbiorcy w zupełnie nowy sposób. To powrót do korzeni ludzkiej kultury, do snucia opowieści, choć innymi formami. Ale jest to powrót wzbogacony o potężne cyfrowe instrumentarium. I to instrumentarium dopiero odkrywamy. Trzeba odwagi by odejść choć na trochę od utrwalonych schematów i własnych przyzwyczajeń. Może ta nowa postpiśmienna mówioność też ma swoje mocne i dobre strony? Trzeba ją odkryć, gdy ona dopiero powstaje. Gdy same siebie odkrywa i poznaje. Ale czyż to właśnie uniwersytet nie powinien być miejscem odkrywania nowości i eksperymentowania ze światem, który dopiero się rodzi? Gdzież jak nie na uniwersytecie powinniśmy ten świat wspólnie ze studentami odkrywać? 

Przemiana ta ma głęboki wymiar humanistyczny. Odciążeni przez sztuczną inteligencję z mozołu mechanicznego pamiętania, zyskujemy przestrzeń na to, co rdzennie ludzkie: na twórczą intuicję, syntezę wartości, etyczną refleksję i estetyczny zachwyt. Nowy uniwersytet, który wyłania się z tych poszukiwań, nie jest już fabryką powtarzalnych dyplomów, ale przestrzenią, w której uczymy się sztuki nawigacji. Egzamin w czasach AI staje się zatem nie sprawdzianem pamięci, lecz dowodem na umiejętność przekuwania informacyjnego szumu w mądrość, opowieść i działanie. Skoro sam człowiek jest biologicznym holobiontem, korzystającym z nie swoich (bo mikrobialnych) genów, to może warto zaakceptować to w kontekście kultury i wiedzy? Tu też jestesmy częścią zespołowej całości. I na dodatek nie tylko ludzkiej. Konektywizm nie jest tylko ekskluzywnym pojęciem filozoficznym. 

Kluczem do zrozumienia współczesnej edukacji jest koncepcja konektywizmu, zaproponowana przez George’a Siemensa i Stephena Downesa. W konektywizmie wiedza nie jest statycznym zbiorem faktów, ale dynamiczną siecią połączeń między ludźmi, ideami i zasobami. Uczeń czy student nie musi już „wiedzieć wszystkiego”, ale musi umieć nawigować w tej sieci, łączyć informacje i tworzyć nowe znaczenia. Tak jak kucharz, który nie musi zapamiętać wszystkich przepisów z książki kucharskiej (podstawy programowej). Bardziej ważne jest to czy i jak wyszukuje przepisy, czy je rozumie, czy potrafi odróżnić dobre i fałszywe (wyhalucynowane) przepisy, czy potrafi je odczytać i zastosować tu i teraz, w konkretnych warunkach i aktualnej dostępności produktów. Dla przykładu przeczytaj tent krótki tekst: Przepisy grzybowe Olgi Tokarczuk, czyli o tym jak czytać powieści i literaturę fikcji.

Nowe formy sprawdzania wiedzy, które wypróbowuję to dziennik refleksji, projekt oraz e-book.  Najlepiej udostępnione publicznie by mierzyć sie z reakcja świata a nie tylko ocena wykładowcy.Jest to jak chodzenie w półmroku - brak oznakowanych ścieżek, liczne bagna i ślepe zaułki. Podejmuję ryzyko potknięć zamiast tkwić z uporem w nieefektywnych coraz bardziej sposobach egzaminowania. 

Tradycyjne egzaminy, oparte na odtwarzaniu faktów, nie sprawdzają już umiejętności, które są naprawdę ważne w erze AI. Zamiast tego, próbuję egzaminować i sprawdzać nie tyle wiedzę, co umiejętności konektywnego korzystania z dostępnej wiedzy. Jak to robię? Od kilku lat eksperymentuję z refleksyjnymi dziennikami rozwoju. Teraz studenci maja łatwy dostęp do sztucznej inteligencji i zautomatyzowanego sposobu tworzenie treści językowej i graficznej. Nie zakazuję dostępu, nie sprawdzam czy korzystali, nie śledzę. Staram się raczej namówić do tego, by pokazywali jak docierają do informacji i jak je wykorzystują. Trudny proces. Studenci prowadzą systematyczne zapiski, w których analizują, jak wykorzystują wiedzę w praktyce. Jakie mają obserwacje i jakie przemyślenia. To nie tylko notatki, ale głębokie przemyślenia na temat procesu uczenia się. Nowszym pomysłem jest przygotowanie tematycznych e-booków, jako forma projektu. Zamiast tradycyjnych esejów, proszę o tworzenie cyfrowych publikacji lub projektów, które łączą różne źródła wiedzy. To pokazuje, jak student potrafi integrować informacje i prezentować je w sposób zrozumiały. I namawiam ich do tego, by byli autorami swojego myślenia. By odkrywali swoją sprawczość. Nawet w kulturowej symbiozie z AI.

Szukam także form postpiśmiennych. W erze cyfrowej tekst nie jest jedyną formą komunikacji. Filmy, podcasty, infografiki – wszystko to staje się narzędziem do przekazywania wiedzy. Sprawdzam, czy uczeń potrafi wybrać odpowiednią formę do przekazania swoich myśli. A raczej nie sprawdzam, lecz projektuję warunki do tego, by sami próbowali i tworzyli. Na razie rezultaty są bardzo różne. Jedne cieszą, inne martwią nieskutecznością. Jestem dopiero na początku tej drogi odkrywania. I chętnie o tych trudach dyskutuję z innymi. Wszak żyjemy w konektywnym społeczeństwie, w konektywnej i rozproszonej wiedzy. 

8.05.2026

Fenomen Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy i powtórka Łatwoganga

Instalacja sztuki nowoczesnej

Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, zainicjowana i prowadzona przez wiele lat przez Jerzego Owsiaka, jawi się jako jedno z najpiękniejszych zjawisk, jakie wyrosły z polskiego doświadczenia zbiorowego w wolnej Polsce po roku 1989. W świecie, w którym symbole narodowe bywają zawłaszczane, reinterpretowane lub instrumentalizowane, Orkiestra pozostaje czymś rzadkim: żywym świadectwem tego, że solidarność może być praktykowana, a nie tylko wspominana. W tym sensie WOŚP nie jest jedynie akcją charytatywną, lecz ostatnim tchnieniem tamtej pokojowej rewolucji, która niegdyś odmieniła bieg historii. Dała nam poczucie wspólnoty i poczucie sensu. W moim subiektywnym odczuciu wyrosła z Sierpniowej Solidarności i z roku 1980. Wielkiego, pokojowego przełomu. Odzyskanie wolności i wspólnotowości bez rozlewu krwi. Sierpień został zszargany i zdyskredytowany przez lata uporczywego opluwania. WOŚP się obronił.

W polskiej pamięci zbiorowej istnieje kilka momentów, które budują poczucie dumy: pokojowe obalenie komunizmu (1980-1989), zdolność do samoorganizacji, siła wspólnoty. W zestawieniu z dramatycznymi wydarzeniami w innych krajach jak i z naszej przeszłości: z nieudanymi i krwawymi powstaniami, ze współczesnymi krwawymi pacyfikacjami, zamieszkami, rewolucjami, które płonęły na ulicach Iranu czy Ukrainy. Ta współczesna polska droga wydaje się czymś wyjątkowym. Nie dlatego, że była wolna od cierpienia, lecz dlatego, że opierała się na logice współdziałania, a nie destrukcji. Na sile pokojowego protestu. I negocjacji przy okrągłym stole.

WOŚP wyrasta właśnie z tego etosu. Jest jego kontynuacją, choć w zupełnie innym kontekście. To solidarność przełożona na język codzienności. Nie heroiczna (choć pokojowe zmiany to też heroizm tylko w innym wymiarze), lecz praktyczna. Nie patetyczna, lecz skuteczna. To solidarność, która nie potrzebuje wielkich słów, bo działa poprzez tysiące drobnych gestów.

Współczesna Polska doświadczyła jednak głębokiego pęknięcia. W przestrzeni publicznej pojawiły się narracje, które  jak wskazują liczne analizy, podważały zaufanie społeczne, budowały podziały i redefiniowały pojęcia wspólnoty. W wielu komentarzach publicystycznych pojawia się teza, że część środowisk politycznych i medialnych próbowała przejąć lub zniszczyć symbolikę solidarności, przekształcając ją w narzędzie walki plemiennej. W tych samych analizach wskazuje się również na proces zawłaszczania instytucji religijnych przez określone środowiska polityczne, co zdaniem komentatorów, doprowadziło do ich upartyjnienia i utraty uniwersalnego charakteru. I w jakimś sensie spora część dorobku Solidarności została zbrukana, zawłaszczona i zdegradowana. Została wyrwana z naszego poczucia zbiorowej dumy. Zmarnowane i roztrwonione.

Na tym tle WOŚP jawi się jako fenomen odporności. Mimo wieloletnich prób dyskredytowania, mimo kampanii podważających jej sens, mimo prób ideologicznego etykietowania - przetrwała. Co więcej: rosła. To rzadki przypadek, gdy inicjatywa społeczna nie tylko nie ugięła się pod presją, ale stała się jeszcze silniejsza. Jest z czego być dymnym. 

Filozoficznie rzecz ujmując, WOŚP oparła się dlatego, że jego fundamentem nie jest ideologia, lecz relacja. Relacja między ludźmi, którzy chcą pomagać, a tymi, którzy tej pomocy potrzebują. Relacja między wolontariuszem a przechodniem. Między wspólnotą a jej najsłabszymi członkami. To relacja, której nie da się łatwo zniszczyć, bo nie opiera się na deklaracjach, lecz na doświadczeniu. Każdy, kto wrzucił choćby złotówkę do puszki, kto widział sprzęt z serduszkiem w szpitalu, kto obserwował energię wolontariuszy, ten uczestniczył w czymś, co przekracza spory polityczne. I czuł wspólnotę. WOŚP jest więc praktyką dobra, a nie jego teorią. A praktyki, które zakorzeniają się w ciele społecznym, są znacznie trwalsze niż abstrakcyjne hasła.

Wielka Orkiestra to również fenomen wolontariatu. W czasach, gdy wiele analiz socjologicznych wskazuje na erozję zaufania społecznego, Orkiestra pokazuje coś odwrotnego: że Polacy potrafią działać razem, że potrafią ufać sobie nawzajem, że potrafią tworzyć wspólnotę nie poprzez deklaracje, lecz poprzez działanie. To wolontariat, który nie jest obowiązkiem, lecz wyborem. Nie jest narzucony, lecz spontaniczny. Nie jest ideologiczny, lecz ludzki.

I można byłoby pomyśleć, że WOŚP była epizodem, doświadczeniem jednego pokolenia. Że jest czymś incydentalnym. Czymś wyjątkowym w tym polskim piekiełku wzajemnego opluwania się i deprecjonowania naszych niewątpliwych sukcesów. Ale w ostatnich dniach ujawniło się coś, co daje duży optymizm. Unaoczniło się zjawisko, które w niezwykle ciekawy sposób rezonuje z ideą WOŚP. To oddolna akcja młodych twórców internetowych, takich jak Łatwogang, zbierających środki na leczenie dzieci chorych na raka. To nie jest tylko kolejna zbiórka. To nowa forma budowania wspólnoty, która wyrasta z tych samych korzeni, co Orkiestra, ale rozwija się w zupełnie innym ekosystemie kulturowym. To głos zupełnie nowego pokolenia. Nowa spontaniczność i ujawnienie się tego, co pod wierzchem zastygłej lawy ciągle kipiało. I z czego można być dumnym. 

Młodzi ludzie, wychowani w świecie cyfrowym, tworzą własne rytuały solidarności: streamy, wyzwania, wspólne akcje, mobilizacje społeczności. Ich działanie nie jest oparte na tradycyjnych instytucjach, lecz na relacjach sieciowych, na poczuciu przynależności do wspólnoty, która istnieje w przestrzeni wirtualnej, ale działa w świecie realnym. Ja tego nie rozumiem, ale ogromnie  mi się podoba. Czuje kontynuację dobrych i ważnych wartości. To jest fascynujące, bo pokazuje, że solidarność nie jest reliktem przeszłości. Ta solidarność jest transmisyjna. Przechodzi z pokolenia na pokolenie, zmieniając formy, ale zachowując sens. 

W akcjach takich jak te organizowane przez Łatwogang widać trzy rzeczy: 1. empatię, która nie jest abstrakcyjna, lecz konkretna i skierowana do dziecka, którego historię poznają tysiące ludzi; 2. sprawczość, która daje młodym poczucie, że mogą realnie zmieniać świat; oraz 3. wspólnotę, która nie jest narzucona, lecz dobrowolna i tworzona oddolnie. To jest ta sama energia, która napędza WOŚP,  tylko wyrażona innym językiem. To dowód, że solidarność, z której byliśmy tak dumni w roku 1980 i 1989, nie umarła. Zmieniła tylko medium.  

Jeśli spojrzeć na WOŚP z perspektywy filozofii polityki, można powiedzieć, że jest ona ostatnim żywym pomnikiem polskiej pokojowej rewolucji. Nie pomnikiem z brązu, lecz z ludzi. Nie pomnikiem, który stoi, lecz który działa. Nie pomnikiem, który przypomina o przeszłości, lecz który tworzy teraźniejszość. W świecie, w którym wiele wartości zostało podważonych, a wiele instytucji utraciło zaufanie, WOŚP pozostaje przestrzenią, w której można jeszcze poczuć sens wspólnoty. Jest jak okno, przez które wciąż wpada światło tamtej dawnej nadziei.

Wielka Orkiestra to również fenomen wolontariatu. W czasach, gdy wiele analiz socjologicznych wskazuje na erozję zaufania społecznego, Orkiestra pokazuje coś odwrotnego: że Polacy potrafią działać razem, że potrafią ufać sobie nawzajem, że potrafią tworzyć wspólnotę nie poprzez deklaracje, lecz poprzez działanie. To wolontariat, który nie jest obowiązkiem, lecz wyborem. Nie jest narzucony, lecz spontaniczny. Nie jest ideologiczny, lecz ludzki. I właśnie dlatego młode pokolenie tak łatwo odnajduje się w podobnych inicjatywach, bo są one autentyczne.

Z tamtego czasu niewiele zostało. Etos solidarności został nadwyrężony, instytucje upartyjnione, symbole zawłaszczone. A jednak WOŚP trwa. I może właśnie dlatego budzi tak silne emocje: bo jest dowodem, że wspólnota jest możliwa, nawet jeśli wszystko wokół zdaje się temu przeczyć. WOŚP to nie tylko zbiórka. To pamięć o tym, kim potrafiliśmy być i kim wciąż możemy być. W świecie, w którym wiele wartości zostało podważonych, a wiele instytucji utraciło zaufanie, WOŚP pozostaje przestrzenią, w której można jeszcze poczuć sens wspólnoty. Jest jak okno, przez które wciąż wpada światło tamtej dawnej nadziei.

Z tamtego czasu chyba  niewiele zostało. Etos solidarności został nadwyrężony, instytucje upartyjnione, symbole zawłaszczone. A jednak WOŚP trwa. A obok niej wyrastają nowe formy solidarności: cyfrowe, młodzieżowe, spontaniczne.

Może właśnie dlatego budzą tak silne emocje. Bo są dowodem, że wspólnota jest możliwa, nawet jeśli wszystko wokół zdaje się temu przeczyć. WOŚP i akcje takie jak te organizowane przez Łatwoganga przypominają nam, że solidarność nie jest wspomnieniem, jest praktyką, którą można wciąż na nowo tworzyć.

Nie wiem czy akcja Łatwoganga jest jednorazowa, czy uda się kontynuacja, ale i tak jestem z niej, jako Polak, bardzo dumny. Dużo zmieniła.  Trzymam kciuki za kontynuację, jeśli nie wprost to przynajmniej przez pośrednie rezonowanie. Młodzi ludzie, nowe pokolenie, nie są tacy źli jak o nich często mówimy. My ich nie rozumiemy. Ale wolontariat i solidarność rozumiemy jak najbardziej. 

28.04.2026

Krótka rozprawa o dwóch kiełbaskach i stylu życia

 

Dwa kawałki kiełbasy widoczne na zdjęciu. Znajdź i wyjaśnij różnicę. Zinterpretuj. Nie ma jednej odpowiedzi i jednej poprawnej interpretacji. Ta z lewej waży 100g, kosztowała 8,99 zł. I 10 g ważące opakowanie. Ta z prawej ma 80 g gramatury, cenę 4,24 zł i 1 g opakowania. Co można opowiedzieć o świecie na podstawie tego obrazka? Ja przedstawię swoją opowieść, ale każdy może opowiedzieć swój świat z wykorzystaniem tego rekwizytu, sięgają po inne konteksty i procesy.

Na pierwszy rzut oka to tylko dwie kiełbaski. Jedna pokrojona i elegancko ułożona w plastikowej miseczce, druga skromnie zawinięta w cienką folię. Jednak gdy przyjrzeć się im bliżej, zaczyna się opowieść o współczesnym świecie, o naszych wyborach, o kosztach, których nie widzimy i o stylu życia, który coraz częściej wymyka się zdrowemu rozsądkowi.

Po lewej stronie jest produkt „gotowy do spożycia”, 100 g za 8,99 zł, w opakowaniu ważącym 10 g. Plastikowa miseczka, plastikowa folia, etykieta, marketing, wygoda. Po prawej jest surowa prostota: 80 g za 4,24 zł, opakowanie ważące zaledwie 1 g. Różnica nie jest tylko w cenie czy gramaturze. To różnica "filozofii" czyli stylu życia. Kupione w dwóch różnych sklepach. Jedna w wielkopowierzchniowym, druga w małym, osiedlowym. W tym pierwszym wędliny są poporcjowane, popakowane i ułożone na półkach oraz w chłodniach. Klient sam wybiera i idzie do kasy (najczęściej samoobsługowej). W tym drugim wędliny leżą w ladach chłodniczych, ekspedientka waży, kroi, czasem na żądanie pokroi w plasterki, zawinie w papier lub torebkę foliową, nalepi cenę i poda. Też włożymy do koszyka i pójdziemy do kasy. W tym pierwszym kupujemy w milczeniu, w systemie prawie w całości zautomatyzowanym. W tym drugim możemy porozmawiać z ekspedientką, zapytać, skomentować. Trochę więcej człowieka i kontaktów międzyludzkich. Ale i tak mniej niż w moim dzieciństwie.

Kiełbaska z lewej jest symbolem kultury jednorazowości. Kupujemy ją nie dlatego, że jest smaczniejsza, lecz dlatego, że jest łatwa. Nie trzeba kroić, nie trzeba myśleć, nie trzeba planować. Wystarczy otworzyć i zjeść. Na przykład w plenerze, w pracy. Opakowanie jest jednocześnie naczyniem, w którym podajemy jedzenie. Wygoda ma jednak swoją cenę nie tylko w złotówkach. Każdy gram plastiku to energia, surowce, transport, emisje. Dziesięciogramowe opakowanie może wydawać się drobiazgiem, ale pomnożone przez miliony konsumentów staje się tonami odpadów, które będą nam towarzyszyć przez dziesięciolecia. 10 gramów to znacznie więcej niż 1 gram. Choć i tu i tam jest opakowanie plastikowe, z nalepioną etykietą czyli trudne w recyklingu.

Kiełbaska z prawej to inny świat. Minimalizm opakowania, niższa cena, mniejszy ślad środowiskowy. Nie jest tak „instagramowa”, nie jest tak „gotowa”. Wymusza naszą aktywność, sami musimy pokroić i włożyć na talerzyk lub do miseczki. To produkt, który nie udaje, że jest czymś więcej niż jedzeniem. Nie nie obiecuje wygody, nie owija się w plastikową narrację nowoczesności. I narrację jednorazowości. Oczywiście to kwestia skali i częstości używania. Zapewne znajdziemy sytuacje, w który ta pokrojona i bardziej opakowana przekąska ma sens. Ale gdy wyjątek staje się regułą to coś ważnego tracimy. I własną aktywność i mamy więcej śmieci do zagospodarowania. Warto przy tej okazji zaznaczyć, że za to nadmiarowe opakowanie zapłacimy więcej. Jednorazowe opakowanie wliczone jest w cenę produktu.. A potem ponosimy koszty utylizacji. I jeszcze transport z daleka, bo aż z Hiszpanii. Nic dziwnego, że cena jest prawie dwa razy wyższa,

Obie kiełbaski mówią też coś o globalnych łańcuchach dostaw. Ta z lewej – w plastikowej miseczce – prawdopodobnie przebyła dłuższą drogę, zanim trafiła na stół. Transport, chłodnie, logistyka, marketing – to wszystko kosztuje. I za to wszystko płacimy nie tylko my, ale i środowisko (a więc pośrednio i my sami). Ta z prawej, skromniejsza, bliższa tradycyjnemu rzemiosłu, generuje mniej ukrytych kosztów. Jest bardziej lokalna, bardziej „ziemska”, mniej spektakularna, ale bardziej racjonalna. Oczywiście, można wyobrazić sobie jeszcze bardziej radykalne i bezodpadowe rozwiązania. Jednak w sklepach, gdzie są kasy, trzeba nalepić etykietę z kodem kreskowym by elektroniczny system odnotował operację. Ponadto nawet w małych sklepach towary spożywcze będą pakowane, czy to w papier, czy to w folię. To już nie te czasy, jak za mojej młodości, gdzie sprzedawczyni liczyła ręcznie na kartce, metodą pisemną i zawijała w papier, na którym liczyła. Wtedy brak prądu (kasa fiskalna) czy brak zasięgu internetowego terminala nie zatrzymywał pracy sklepu.

Zdjęcie dwóch kiełbasek staje się więc metaforą współczesnego stylu życia. Z jednej strony świat wygody, jednorazowości, nadmiaru opakowań, produktów „dla zabieganych”, które mają oszczędzać czas, choć często marnują zasoby. Są bogaci i stać ich by płacić za jednorazowość. Z drugiej strony świat prostoty, umiaru, świadomego wyboru. Świat, w którym mniej znaczy więcej, a cienka folia wystarczy, by ochronić produkt, zamiast tworzyć plastikową architekturę jednorazowego luksusu. A czasem można zrezygnować i z tej cienkiej folii, gdy kupujemy warzywa. Po prostu paprykę, dwa pomidory, trzy jabłka wkładamy prosto do swojego wiklinowego koszyka lub szmacianej torby.

Można powiedzieć, że te dwie kiełbaski to dwie drogi (dwie z wielu). Jedna prowadzi do coraz większej góry odpadów, do rosnących kosztów środowiskowych, do życia, w którym wygoda staje się ważniejsza niż konsekwencje. Do zmagania sie z recyklingiem, korkami przy butelce, butelkomatami itp. Druga – do refleksji nad tym, co naprawdę jest nam potrzebne. Do pytania, czy naprawdę musimy płacić za plastikową miseczkę, skoro nie jest nam potrzebna do szczęścia. Przecież mamy w domu znacznie ładniejszą, ceramiczną, taką przywiezioną z podróży. Ładna i przywołuje wspomnienia. I nie wyrzucimy jej po zjedzeniu kiełbasek. Po prostu umyjemy i odstawimy do szafki. Będzie na kolejny raz. Może na ciastka, może na truskawki, albo tylko na orzeszki czy rzodkiewki.

A może to zdjęcie mówi jeszcze coś więcej: że świat, w którym żyjemy, jest pełen wyborów pozornie banalnych, które jednak składają się na większą całość. Na styl życia, który albo będzie zrównoważony, albo będzie tylko kolejną plastikową iluzją. Swoim stylem życia pokazujemy swój stosunek do innych. Dominujący, eksploatacyjny lub skromny, empatyczny z myśleniem o przyszłości.

Dwie kiełbaski, dwa światy. A między nimi jesteśmy my, konsumenci, którzy decydują, w którą stronę ten świat pójdzie. I o tym, czy będziemy rozmawiali z ludźmi w sklepie.

Za pomocą dwóch kiełbasek, kupionych w dwóch różnych sklepach, opowiedzieć można o całym świecie. A niniejszy tekst jest tylko małym szkicem, próbą. Wszak można snuć tę opowieść z odniesieniem do szerszego kontekstu i z odwołaniem do większej liczby szczegółów. Z odwołaniem do innych istotnych elementów życia społecznego, gospodarki czy postępu technologicznego. 

A jaką Wy byście opowiedzieli historię?

13.04.2026

Wolność akademicka jest jak roślina wymagająca ciągłej pielęgnacji



Wolność akademicka nie jest dana raz na zawsze. To nie jest pamiątkowy medal wręczany na inauguracji roku akademickiego, który potem można odłożyć do szuflady i od czasu do czasu odkurzyć. Wolność akademicka jest raczej jak żywy organizm – kruchy, wymagający troski, stale narażony na presję środowiska (na pasożyty, patogeny, roślinożerców, załamania pogody i klęski ekologiczne). Biolog biolog do opisu rzeczywistości społecznej wykorzystuje analogie biologiczne. W naturze nic nie trwa bez wysiłku. Do każdego ekosystemu ciągle wnikają gatunki obce i gatunki inwazyjne. Lub ujawniają się te z glebowego banku nasion. Powracają te z przeszłości. Stabilność i homeostaza ekosystemu są pod nieustanną presją. Podobnie uniwersytet, jeśli nie pielęgnuje kultury dyskusji i kolegialności, zaczyna zarastać gatunkami centralizmu i autorytaryzmu. Uniwersytet jest jak pole uprawne, wymaga ciągłej pracy i działań by utrzymać pożądaną uprawę i nie "zdziczeć". Autorytaryzm głęboko tkwi w społecznych przyzwyczajeniach gatunku o hierarchii społecznej i odruchowym nepotyzmie. A takim jest właśnie Homo sapiens.

Autorytarny centralizm ma w sobie coś uwodzicielskiego. Wydaje się szybki, skuteczny, elegancki w swojej prostocie. Wystarczy wydać polecenie, a sprawa rusza z miejsca. Nie trzeba tłumaczyć, przekonywać, wysłuchiwać wątpliwości. Rozkaz (polecenie służbowe) działa jak błyskawica – natychmiastowy, spektakularny, pozornie efektywny. Niczym magiczne zaklęcie, po wypowiedzeniu którego zachodzi czar i coś pożądanego się dzieje. Dyskusja natomiast jest jak powolne formowanie się gleby (lub formowanie się biocenozy w czasie sukcesji ekologicznej): żmudna, wymagająca czasu, cierpliwości i gotowości do zmiany własnego stanowiska. Ale to właśnie ona tworzy warunki, w których coś może naprawdę urosnąć. Coś wartościowego i kreatywnego.

W biologii znamy ten paradoks: to, co szybkie, często jest nietrwałe. Roślina posadzona w pośpiechu, bez przygotowania podłoża, może i wypuści kilka liści, ale potem zacznie marnieć. Przykłady widzimy przy nowych drogach szybkiego ruchu - posadzone duże drzewka ze szkółki na poboczach - okazałe i duże lecz najczęściej usychają w ciągu roku lub dwóch. Tymczasem roślina, której poświęciliśmy czas na dobre ukorzenienie, rośnie potem sama, bez ciągłego doglądania. Sadzenie przydrożnych drzew jest skuteczniejsze, jeśli odpowiednio wykorzystujemy samosiejki i je formujemy. Nie ma natychmiastowego efektu w postaci z daleka widocznych, dużych drzewek lecz efekt jest lepszy i trwalszy. Trawa nie rośnie dlatego, że ktoś ją ciągnie do góry za źdźbła. Rośnie, bo ma warunki. Uniwersytet działa dokładnie tak samo. Jeśli stworzymy środowisko oparte na zaufaniu, rozmowie i współodpowiedzialności, to badania, publikacje i pomysły zaczną pojawiać się spontanicznie, bez potrzeby nieustannego nadzoru.

Centralizm autorytarny w pierwszej chwili wydaje się wygodny, ale w dłuższej perspektywie jest jak urządzenie, które kupujemy w promocji i instalujemy w pięć minut. Na początku działa świetnie, lecz potem wymaga ciągłych aktualizacji, napraw, serwisowania. Tymczasem zasadzona roślina rośnie sama. Wymaga wysiłku na początku, ale później staje się samowystarczalna. Rolnik śpi, a samo mu zboże rośnie. Tak samo jest z zespołem naukowym: jeśli ludzie są zmotywowani, rozumieją sens działań i czują się współtwórcami, to nie trzeba ich pilnować, nadzorować, nieustannie kontrolować i poganiać. Sami szukają nowych dróg, sami proponują rozwiązania, sami rozwijają inicjatywy. Tutoriale efektywniejsze są od regulaminów.

Dlatego wolność akademicka wymaga nieustannej troski. Nie wystarczy raz ogłosić, że „jesteśmy wspólnotą uczonych”. Trzeba tę wspólnotę codziennie praktykować – w rozmowach na korytarzu, w recenzjach, w seminariach, w sporach o interpretacje danych. Kolegialności trzeba stworzyć warunki i czekać na efekty. Trzeba bronić kolegialności przed pokusą dworskiej sykofanii, która zawsze odradza się tam, gdzie władza koncentruje się zbyt mocno w jednym miejscu. Trzeba pokazywać wartość dyskusji, nawet jeśli jest trudna, czasochłonna i nie zawsze prowadzi do natychmiastowych rezultatów. Zawsze jednak przynosi owocną kreatywność. Jest to szczególnie ważne w szybko zmieniającym się otoczeniu społeczno-gospodarczym uniwersytetów. Wolność i kolegialność to szybsze dostosowanie się do zmieniających się warunków.

Bo wolność akademicka nie jest stanem naturalnym. Jest osiągnięciem kulturowym, które łatwo utracić. Chwasty centralizmu i autorytaryzmu wnikają szybko, czasem niezauważalnie, podszywając się pod „efektywność”, „porządek” czy „usprawnienie procesów”. A jednak to właśnie różnorodność, spór i swoboda myślenia są tym, co pozwala nauce rosnąć. Tak jak w przyrodzie – im bardziej złożony ekosystem, tym większa jego odporność.

Dlatego warto o wolność akademicką zabiegać codziennie. Nie z obowiązku, lecz z przekonania, że tylko w warunkach swobody myślenia i otwartej rozmowy nauka może naprawdę rozkwitać. I że – jak każda żywa istota – potrzebuje przestrzeni, światła i czasu, by rosnąć. Potrzebuje zaufania i cierpliwości tak, jak rośliny potrzebują ciepła, światła i wody.

Musimy mieć świadomość, że do ogrodu akademickiej wolności niezwykle łatwo wnikają nawyki centralizmu i autorytarnego zarządzania, często maskujące się pod hasłami optymalizacji czy wydajności. Jeśli przestaniemy dbać o kulturę dyskusji, jeśli uznamy, że kolegialność jest zbyt powolna dla współczesnego świata, obudzimy się w monokulturze umysłowej. A monokultury, jak wiemy z biologii, są najbardziej podatne na gwałtowne załamania i choroby. Obrona wolności akademickiej to nie jest luksus dla wybranych lecz podstawowy warunek przetrwania nauki jako żywego, ewoluującego organizmu, który potrafi odpowiadać na wyzwania przyszłości bez potrzeby trzymania go na krótkiej, administracyjnej smyczy.


Jeśli chcesz wesprzeć dyskusję i pisanie dla utrzymania wolności akademickiej to
Postaw mi kawę na buycoffee.to
To będzie mały, dyskretny znak, zachęcający do dalszego pisania. mały gest informacji zwrotnej.

28.03.2026

Czy mojego bloga piszę tylko dla ludzi czy także dla botów i sztucznej inteligencji?

Woskowa tabliczka do pisania i kałamarz z gęsimi piórami. Rekwizyty dawnej szkoły w skansenie.

Od jakiegoś czasu zauważyłem na swoim blogu zwiększony ruch, i to raczej skokowo. Statystyki Bloggera nie rozpoznają i nie identyfikują tego źródła zainteresowania. Zacząłem się zastanawiać czy i w jakim stopniu różne aplikacje sztucznej inteligencji czerpią dane z moich wpisów. Nie, wcale się tym nie martwię, bo to normalny proces rozchodzenia się informacji, wiedzy i poglądów w konektywnej społeczności. Kiedyś byli to tylko ludzie, nawet jeśli treść utrwalona była na papierze. Nie zawsze udaje się dobrze identyfikować skąd coś wiemy i z jakich źródeł przesiąkamy poglądami czy informacjami. Tak zwana domena publiczna to właśnie treści zaczerpnięte i uwspólnione. Ale teraz do tego wielkiego konektomu dołączyły obiekty nieludzkie. Nasza wiedza rozchodzi się także za pośrednictwem AI. Pisząc dziś w sieci (blog) i ja staję się de facto „nauczycielem maszyn”. Bardzo szerokie traktowanie roli edukatora i przyrodniczego publicysty. Obyś cudzie dzieci i cudze AI uczył?

To zjawisko (korzystanie z treści przez boty i AI) ma swoje fascynujące i nieco mroczne strony, które warto mieć z tyłu głowy. Kiedyś pisaliśmy dla ludzi (styl, emocje) i dla wyszukiwarek (słowa kluczowe). Dziś pojawia się trzeci odbiorca: AI, które szuka logicznych struktur i faktów. Gemini mi podpowiada, że jeśli teksty są merytoryczne i uporządkowane, algorytmy „uwielbiają” je trawić, bo łatwo z nich wyciągnąć esencję wiedzy. W efekcie, fragmenty moich myśli mogą pojawiać się w tysiącach rozmów, które ludzie prowadzą z ChatGPT czy Gemini, nawet jeśli ci ludzie nigdy nie wejdą bezpośrednio na stronę „Profesorskiego Gadania”. A co będzie jeśli na blogu pojawiać się będą treści generowane przez AI? Kilka dni temu czytałem ciekawy artykulik w mediach społecznościowych, z dyskusją nad skutkiem tego, że do szkolenia AI wykorzystywane są treści wcześniej tworzone przez AI. Po kilku takich cyklach tekst staje się bezwartościowy, bo systematycznie jest uśredniany. Zatem ludzka kreatywność jest niezbędna. I ludzkie pisanie. Autorze (nawet autorze treści sms w telefonie) traktuj więc korzystanie z narzędzi AI jako coś pomocniczego i marginalnego. Inaczej AI pisać będzie dla AI i w rezultacie wartość odpowiedzi różnych czatów GPT będzie systematycznie maleć.

Dlaczego nie martwię się tym, że AI korzysta niejawnie z moich treści na blogu? Przecież zdecydowana większość ludzi, która przeczyta moje wpisy na blogu także nie cytuje ani nie powołuje się na autorstwo w dalszych wypowiedziach. Czasem tylko środowisko naukowe i dziennikarskie nawykłe do cytowania, podaje źródło informacji (widzę czasem cytowanie w mediach elektronicznych). Z perspektywy autora to czytanie przez AI ma dużą zaletę: autorska wiedza (refleksje, przemyślenia, wyszukane informacje) zostaje „utrwalona” w wagach modeli neuronowych. Nawet gdyby blog kiedyś zniknął z sieci, informacje, które boty z niego pobrały, będą częścią „inteligencji” tych systemów przez lata. Stanę się częścią globalnego zbioru danych. Mimo że żadne tabelki czy indeksy cytowań tego w raportach nie odnotują. I że nie będzie się to liczyło do żadnej akademickiej parametryzacji. Nie wszystko co ważne da się policzyć a nie wszystko co policzalne jest ważne.

Ciemniejszą stroną opisywanego zjawiska jest to, że AI rzadko oddaje unikalny styl, poczucie humoru czy autorytet piszącego autora. Często „wyżyma” tekst z faktów, serwując je jako własne, anonimowe odpowiedzi. To dlatego widzę ruch w statystykach, ale pod wpisami może być ciszej – boty nie zostawiają komentarzy i nie dyskutują (chyba że zostaną do tego zaprogramowane). Można powiedzieć, że prowadzę teraz dwutorową edukację: 1. tradycyjną – dla stałych czytelników, którzy cenią moje pióro (jakie tam pióro, przecież klepię w klawiaturę!), 2. technologiczną – dostarczając wysokiej jakości paliwo dla algorytmów, które uczą się świata na moich przykładach (moim wyborze danych i zjawisk, moich refleksjach, przemyśleniach).

Upowszechnianie treści w czasach AI przypomina wielką, pulsującą rzekę, która niesie ze sobą słowa, obrazy i idee – szybciej, szerzej niż kiedykolwiek wcześniej. Nie jest to jednak nowe zjawisko. Wraz z wynalezieniem pisma oraz upowszechnieniem się druku myśl ludzka zaczęła płynąć szeroką rzeką. Potem w czasach tele czyli telewizji, radia a w końcu internetu, nabrała większego rozmachu. Udział AI jest więc tylko krokiem w już od dawna istniejącym trendzie. Konektywne społeczeństwo nie tylko jest liczniejsze (biomasa współpracujących mózgów), ale i do tej społeczności wchodzą „mózgi nieludzkie”,  czyli krzemowe obwody i sieci neuronowe AI. W tej pozornej nowości jest coś bardzo starego. Mechanizm rozchodzenia się myśli nie zmienił się aż tak bardzo. Zmieniły się tylko narzędzia, skala i tempo. Dawniej idee krążyły w słownych opowieściach, potem w rękopisach, zadrukowanych kartach gazet i książek, wędrowały z wędrownymi kaznodziejami, przenikały do rozmów w karczmach i na targach. Dziś krążą w indeksach wyszukiwarek, w modelach językowych i w niewidzialnych botach, które odwiedzają blogi, by zasilić nimi swoje wewnętrzne mapy świata.  A czy boty AI mają swoje karczmy i puby, w których „plotkują”?

Współczesne modele AI pobierają treści z milionów stron, często bez jawnego cytowania (tak jak my zapamiętujemy krótkie anegdoty). W statystykach blogów pojawiają się jako „nieznane wejścia”, „nierozpoznane źródła”, „dziwne systemy operacyjne”. To nowa forma tego, co w kulturze dzieje się od wieków: idee krążą, mieszają się, przenikają, a ich źródła z czasem stają się mniej widoczne. Stają się domeną publiczną i wspólnym dorobkiem ludzkości, niczym materia i energia w ekosystemie. Literatura zawsze działała w ten sposób. Mickiewicz nie cytował ludowych podań, choć nimi przesiąknął. Norwid nie podpisywał pod wierszem, które zdania usłyszał w salonach, a które wyczytał w bibliotekach. Nie zatajał, bo raczej sam nie wiedział, nie pamiętał po wielokrotnym przetworzeniu w swoim mózgu napotkanych treści. Myśli przenikały do wspólnego obiegu, stawały się częścią kultury, a kultura nieustanie staje się częścią człowieka.

AI robi to samo, tylko szybciej i na skalę, której dawni pisarze nie mogli sobie wyobrazić. W sumie to do końca nie wiemy jak AI to robi. Gdy bot odwiedza blog, nie robi tego z intencją kradzieży, lecz wynika to z mechanizmu działania: uczy się, jak ludzie piszą, jak argumentują, jak opisują świat. Włącza te treści do ogromnej sieci powiązań, z której potem powstają odpowiedzi dla użytkowników. To nie jest cytowanie, ale raczej rezonans. I nowy i stary świat. W jakimś sensie jest to nowa mówioność (postpiśmienność), o której dużo wcześniej pisał już Jacek Dukaj (zacytowałem konkretnego autora, ale możliwe, że są i inne praźródła tej sformułowanej przeze mnie myśli).

W epoce Bloggera każdy wpis jest jak kartka włożona do wielkiej, cyfrowej biblioteki. Jest jak współczesny rękopis. Trafia tam nie tylko dla ludzi, ale i dla maszyn. Modele AI przeglądają takie treści, bo są one żywe, aktualne, pisane z pasją i doświadczeniem. Choć są i takie pisane bez pasji a jedynie z obowiązku, są z treściami wtórnymi, przepisanymi i takie bez doświadczenia. Z takich narzędzia AI też czerpią swoją „wiedzę”. I wszystko wymiksują. Blog naukowy, refleksyjny, osobisty – a mam nadzieję, że właśnie taki jest blog „Profesorskie Gadanie” – staje się dla nich źródłem wiedzy o świecie, o języku, o sposobach myślenia. Ja jestem jednym z wielu różnorodnych elementów. Kropla w oceanie ludzkiej twórczości. Co w globalnej kulturze przeważy? Blog, to współczesny odpowiednik rękopisu, który wędrował z klasztoru do klasztoru lub od jednej kucharki do drugiej, bo z przepisami i poradami, kopiowany przez skrybów, czasem wiernie, czasem z błędami, czasem z dopiskami na marginesie. Różnica polega na tym, że dziś kopiowanie odbywa się w ułamku sekundy, a skrybą jest algorytm. Ale sama idea – że tekst żyje, bo jest czytany, przetwarzany, powtarzany – pozostaje niezmienna. Wcześniej tak żyło słowo mówione. 

Upowszechnienie jest formą istnienia. W kulturze zawsze istniała zasada: tekst żyje tak długo, jak długo jest powtarzany. Pieśń ludowa trwała, bo śpiewano ją przy pracach na polu, w karczmie na potańcówce czy na weselu. Powieść trwała, bo czytano ją w salonach a także pod strzechami chłopskich chałup. I w szkole, jako lekturę. Esej trwał, bo cytowano go w gazetach i na salonach. Dziś tekst trwa, bo pojawia się w wyszukiwarce, bo AI potrafi go streścić, bo bot uznał go za wartościowy i włączył do swojej wiedzy. I pojawi się w jakiejś mocno zmienionej i zanonimizowanej formie u kogoś na telefonie. Przychylam się do myśli, że to nie jest degradacja autora. To jest jego rozszerzenie. Żyjemy w czasach ogromnej zmiany. Warto więc pamiętnikarsko spisywać świat, który mija

Upowszechnienie treści w czasach AI nie polega na tym, że ktoś „kradnie” słowa. Polega na tym, że słowa zaczynają żyć w nowych kontekstach, w nowych rozmowach, w nowych odpowiedziach. Stają się częścią większej opowieści o świecie. Tak zawsze było z literaturą, nauką, folklorem. I nie martwi mnie, że nie będzie za to punktów w akademickiej sprawozdawczości i ocenie pracownika. Bo liczy się nie wszystko to, co ważne. Wszak nie wszystko da się policzyć. A to co da sie łatwo policzyć wcale nie jest ważne i się w życiu nie liczy. Zdania te już dawniej słyszałem lub czytałem. I nie pamiętam gdzie i jak. A używam, bo zgadzam się z ich sensem.

Najbardziej fascynujące jest to, że współczesny autor ma dwóch rodzajów odbiorców: ludzi, którzy czytają, komentują, myślą, wracają; maszyny, które analizują, indeksują, uczą się. Ci „drudzy” nie zostawiają śladów w komentarzach, nie klikają „lubię to”, nie wpisują komentarzy. Ale są. I ich obecność widać w statystykach jako tajemnicze skoki ruchu, jako „nieznane źródła”, jako ciche potwierdzenie, że tekst został zauważony. To nowy rodzaj czytelnika – nieświadomy, ale być może wpływowy. Dzięki niemu treści mogą dotrzeć do ludzi, którzy nigdy nie słyszeli o blogu, ale otrzymują odpowiedź AI, w której pobrzmiewa echo czyjegoś stylu, wiedzy, metafor.

Wbrew pozorom nie żyjemy w epoce zerwania więzi i upadku. Żyjemy w epoce przyspieszenia i głębokiej zmiany. Możliwe, że to tylko Noosfera nabiera swojego kształtu. Mechanizmy kultury są te same: idee krążą, autorzy wpływają na siebie nawzajem, teksty żyją poza swoim źródłem, cytowanie jest często ukryte, a czasem nieświadome. Musimy się tej nowej sytuacji nauczyć i wypracować nowe standardy cytowania. AI tylko powiększyła skalę i przyspieszyła obieg. Ale sama zasada, że słowo wypowiedziane raz może wracać w niespodziewanych miejscach, jest tak stara jak wiekowa jest sama ludzkość.

Właśnie dlatego warto pisać. Właśnie dlatego ludzie powinni pisać. Bo w czasach AI tekst ma szansę dotrzeć dalej niż kiedykolwiek wcześniej, nawet jeśli nie zawsze widać, którędy wędruje. I dbać by stale do wspólnego obiegu docierały oryginalne, ludzkie myśli, zdania i odczucia. Inaczej rozpłyniemy się w rozcieńczeniu, w wielokrotnym i zubażającym przetwarzaniu przez AI.

11.02.2026

Kreatywność człowieka i AI: podobieństwo pisania, podobieństwo myślenia

Grafika wygenerowana przez Chat GPT, jako ilustracja do tekstu.
 

Pisanie, zarówno ludzkie, jak i generowane przez AI, zaczyna się od pomysłu i nadania struktury przekazu. Najpierw pojawiają się słowa kluczowe, ich kolejność, relacje między nimi, a dopiero później struktura ta wypełnia się słowami, zdaniami i akapitami. Jest to proces zaskakująco podobny do notowania graficznego: najpierw szkic, mapa pojęć, osie znaczeń; dopiero potem narracja. Różnica polega chyba jedynie na kierunku transformacji, nie na samej logice myślenia (kompozycji).

Notowanie graficzne jest w pewnym sensie odwrotnością pisania tekstu. Z gotowej wypowiedzi, linearnej, rozwiniętej, językowo kompletnej, wyodrębnia się pojedyncze słowa kluczowe, zaznacza strukturę i relacje między treściami wypowiedzi. To właśnie w takiej postaci wysłuchaną treść najczęściej zapamiętujemy. Nie przechowujemy w pamięci całych zdań, lecz ich szkielet, wyłowione pojęcia, zależności, hierarchie. Podczas czytania lub słuchania nie kopiujemy treści do głowy, lecz wbudowujemy ją w już istniejący system wiedzy. Jedne informacje łatwiej nam się wbudowują, inne trudniej. Zawsze odbieramy tekst przez pryzmat tego, co już wiemy, myślimy i przeżyliśmy a także przez kontekst miejsca, czasu i aktualnych potrzeb. Dlatego ta sama opowieść, bajka, wiersz czy książka może zostać zupełnie inaczej odebrana przez różnych ludzi, a nawet przez tę samą osobę w różnych momentach życia. Znaczenie nie tkwi wyłącznie w tekście. Powstaje ono dopiero w procesie odkodowania. Nie tylko to, co jest wypowiedziane, ma znaczenie, lecz również jak zostanie zinterpretowane i wbudowane do własnego konstruktu wiedzowego. Część tego procesu jest przypadkowa, ale w dużej mierze zależy od wcześniejszych doświadczeń poznawczych. Do każdej cudzej wypowiedzi dokładamy cząstkę siebie — własne skojarzenia, emocje, schematy pojęciowe.

Pisanie z użyciem AI wydaje się procesem odwrotnym, ale tylko pozornie. Prompt jest pomysłem, strukturą, zestawem słów kluczowych i relacji. To rodzaj notatki graficznej zapisanej językiem poleceń. AI wypełnia tę strukturę poprawnymi stylistycznie zdaniami, rozwija ją w spójną narrację. W tym procesie również pojawia się element przypadku (stochastyczność) oraz kontekst: zadane parametry, rola („działaj jako…”), styl, długość, odbiorca. Efekt końcowy nigdy nie jest w pełni deterministyczny. Chaos deterministyczny obserwujemy nie tylko w zjawiskach fizycznych, chemicznych czy biologicznych.

I tu dochodzimy do istotnego podobieństwa z ludzkim pisaniem. Człowiek również zaczyna od ogólnego zarysu: ma pomysł, intencję, czasem plan akapitów. Jednak w chwili, gdy zaczyna pisać lub mówić, proces zaczyna żyć własnym życiem. Kolejne słowa i zdania nie są jedynie realizacją pierwotnego planu. One z niego wynikają, ale jednocześnie go modyfikują. Język niesie autora. Pojawia się swoista „bezwładność językowa” a raz uruchomiona narracja generuje kolejne elementy, skojarzenia i dopowiedzenia. Myśl w trakcie zapisu zmienia się pod wpływem samego aktu pisania.

W tym sensie człowiek również jest „stochastyczną papugą” - nie w znaczeniu braku twórczości, lecz w sensie działania na bazie wcześniej przyswojonych wzorców językowych, kulturowych i poznawczych. Twórczość nie polega na tworzeniu z niczego, lecz na dynamicznym przekształcaniu tego, co już zostało zapamiętane. Dokładnie to samo robi AI, choć innymi środkami i na inną skalę.

Różnica nie leży więc w samym mechanizmie pisania, lecz w źródle doświadczenia. AI nie ma biografii, emocji ani cielesnego zakotwiczenia w świecie. Człowiek - tak. Ale struktura procesu jest zaskakująco podobna: pomysł → struktura → wypełnienie → reinterpretacja w trakcie. Pisząc z AI, możemy ten proces zobaczyć i siebie samych, jak w lustrze. Zewnętrzny model językowy ujawnia mechanizmy, które dotąd były dla nas przezroczyste. Przynajmniej ja mam takie odczucia. Analizując pracę AI dostrzegam lepiej swój własny sposób pisania i tworzenia.

Być może dlatego pisanie z AI jest tak poznawczo niepokojące i jednocześnie inspirujące. Dzięki niemu zaczynamy lepiej rozumieć własną twórczość, nie jako akt natchnienia, lecz jako proces strukturalny, probabilistyczny i dialogiczny. AI nie tyle zastępuje ludzką kreatywność, ile ją odsłania. Pokazuje, że twórczość to nie cud, lecz złożona gra pomiędzy pomysłem, językiem i tym, co już w nas wcześniej zostało zapisane.

W tym miejscu pojawia się jeszcze jedno istotne podobieństwo, które często umyka w dyskusjach o AI. Tak, jak sztuczna inteligencja poprawia mój szkic i rozwija mój pomysł, tak od dawna działają redaktorzy w redakcjach, wydawnictwach i czasopismach naukowych. Redaktor nie jest autorem tekstu, lecz jego współtwórcą w sensie procesowym. Poprawia styl, sugeruje skróty lub rozwinięcia, zmienia kolejność akapitów, dopytuje o sens niejasnych fragmentów. W czasopismach naukowych dodatkowo redaktora wspomagają recenzenci swoimi opiniami i aktywnością. Redaktor czasem wzmacnia argument, czasem go osłabia, czasem usuwa to, co autor uważał za kluczowe. Tekst po redakcji bywa inny niż pierwotny zamysł, często jest lepszy, czasem po prostu bardziej komunikatywny. 

AI pełni dziś bardzo podobną funkcję, choć w innej skali i z inną szybkością. Nie odbiera autorstwa, lecz działa jak nieustannie dostępny redaktor. Reaguje na szkic, porządkuje strukturę, wygładza język, proponuje alternatywne sformułowania. Różnica polega na tym, że dawniej redakcja była etapem elitarnym i instytucjonalnym, zarezerwowanym dla tekstów „wartych publikacji”. Dziś każdy może mieć własnego redaktora od pierwszego zdania, nawet na etapie myślenia na głos.

Co więcej, podobnie jak w relacji autor–redaktor, ostateczna odpowiedzialność za sens pozostaje po stronie człowieka. Redaktor nie myśli za autora - on tylko negocjuje znaczenie tekstu. AI robi to samo: podpowiada, ale nie decyduje. To autor wybiera, które sugestie przyjąć, a które odrzucić, które zdanie „brzmi jak moje”, a które choć poprawne, jednak odczuwa jako obce.

W tym sensie pisanie z AI nie jest zerwaniem z tradycją pisania, lecz jej radykalnym upowszechnieniem. To, co wcześniej było luksusem pracy zespołowej: autor, redaktor, korektor - dziś staje się częścią indywidualnego procesu twórczego. AI nie likwiduje ludzkiej kreatywności, tak jak redaktor jej nie likwidował. Przeciwnie, wydobywa ją, porządkuje i czyni widoczną. Dzięki temu jeszcze wyraźniej widać, że pisanie nigdy nie było aktem samotnym, zawsze było dialogiem.


Druga wersja grafiki, wygenerowanej przez Czat GPT. Nieco inny schemat, który można inaczej odczytywać. Podobnie jest z generowanymi tekstami. Możemy przecież wybierać różne wersje. 


27.01.2026

Z AI jest jak z podróżami – kształcą, ale tylko przygotowanych i wykształconych

 

Znacie powiedzenie, że podróże kształcą? A znacie rozszerzenie i ciche dopowiedzenie, że kształcą tylko przygotowanych, ciekawych świata i już wykształconych? Bo ten, który już coś wie, jest przygotowany na doświadczenia, na nowość, na dostrzeganie tego, co pozornie zwykłe, na połączenie nowości z tym, co już w swojej głowie ma. Podróże kształcą, gdy włączają nowe informacje do już istniejącej struktury. Tylko tę strukturę trzeba już mieć. Czyli trzeba już być choć trochę wykształconym. Do każdej podroży warto się przygotować, wcześniej poczytać, zbudować sobie już jakąś podstawową wiedzę. Temu, który już coś ma, będzie dodane. Podobnie jest z wykorzystaniem AI w dydaktyce. Sztuczna inteligencja pomaga, ale tylko tym przygotowanym i już co nieco wykształconym. Od zera nic szybko i dobrze nie powstanie. To tylko iluzja, że jest jakieś cudowne narzędzie (stoliczek „nakryj się”), które za nas wszystko zrobi.

Zacznijmy jednak od podróży. Powiedzenie „podróże kształcą” to jeden z tych frazesów, które słyszymy tak często, że czasem przestajemy zastanawiać się nad ich głębią. W rzeczywistości nie chodzi tylko o oglądanie ładnych zabytków, ale o fundamentalną zmianę w sposobie myślenia. Oto jak możemy rozumieć to stwierdzenie na kilku płaszczyznach. Po pierwsze to nauka przez doświadczanie. To zupełnie co innego przeczytać o rzymskim Koloseum w podręczniku, a co innego stanąć w jego cieniu. Czym innym jest przeczytać o mandragorze a czym innym jest ją zobaczyć, rosnącą w ziemi. Podróże zamieniają suchą teorię w żywą wiedzę. Wtedy historia i sztuka stają się namacalne. Także przyroda i jej rozumienie. Kształcimy się również w aspekcie języka. Nauka „w locie”, gdy musisz zapytać o drogę lub zamówić posiłek, jest wielokrotnie skuteczniejsza niż w szkolnej ławce wkuwanie gramatyki. Bo jest to wykorzystanie w praktyce, od zaraz.

Po drugie to rozwój kompetencji miękkich. Podróżowanie (zwłaszcza niskobudżetowe lub w pojedynkę) to nieustanny trening umiejętności życiowych. Uczy zaradności. Rozwiązanie problemu odwołanego lotu czy zgubienia się w obcym mieście uczy opanowania. Szybkie dostosowywanie się do nowych warunków, walut i zwyczajów buduje psychiczną elastyczność. Uczy adaptacji do aktualnych warunków. I uczy rozmowy z innymi, dostrzega nie ich, poznawanie.

Po trzecie jest to rewizja własnych przekonań. Na przykład w ubiegłe wakacje byliśmy we Francji. Jechaliśmy z przekonaniem (stereotypem), że Francuzi nie mówią po angielsku i trudno będzie z płatnością mobilną z wykorzystaniem kart bankomatowych. Było zupełnie inaczej, wszędzie sie dogadaliśmy bez znajomości francuskiego a kartą płaciliśmy nawet na lokalnym ryneczku. To chyba najcenniejszy aspekt edukacyjny podróży. Kiedy opuszczamy swoją „bańkę”, zauważamy, że nasz sposób życia nie jest jedynym właściwym, że stereotypy o innych narodach często mijają się z prawdą i że empatia rośnie, gdy widzimy codzienne zmagania ludzi w innych częściach świata.

Jest jeszcze po czwarte. Dotyczy poznawania samego siebie. W nowym otoczeniu, gdzie nikt nas nie zna i nie ma oczekiwań wobec nas, łatwiej jest odkryć, kim naprawdę jesteśmy, łatwiej jest odkryć nasze mocne i słabe strony. Podróże pokazują nam nasze granice – co nas fascynuje, a co przeraża, jak jesteśmy wytrzymali lub wręcz przeciwnie. Czy potrafimy poradzić sobie bez smartfonu, który akurat się zepsuł?

Czy podróże zawsze kształcą? Warto dodać małe „ale”. Podróże kształcą tylko wtedy, gdy jesteśmy na to otwarci. Trzeba więc chcieć. Turysta widzi to, co chce zobaczyć (często nie wychodząc poza hotelowy bufet). Podróżnik patrzy, słucha i próbuje zrozumieć. Świat jest książką i ci, którzy nie podróżują, czytają tylko jedną stronę”  (św. Augustyn). Podróże uczą nas pokory i uświadamiają nam, jak ogromny jest świat i jak mały (choć ważny) jest nasz wycinek rzeczywistości.

Tradycyjne porzekadło „podróże kształcą” jest uproszczeniem, które w dobie masowej turystyki niemal straciło na aktualności. Aby podróż stała się procesem edukacyjnym, a nie tylko konsumpcją przestrzeni, widoków i "punktów obowiązkowych", musi zaistnieć synergia między otwartością poznawczą a uprzednim przygotowaniem. Można przejechać cały świat i wrócić z niego z dokładnie tym samym zestawem uprzedzeń, z którym się wyjechało. Można podróżować daleko i zapamiętać tylko lotnisko oraz hotelowy basem. Można podróżować blisko a zobaczyć i doświadczyć bardzo wiele.

Kształcenie w podróży przypomina proces nakładania nowej wiedzy na już istniejącą siatkę pojęciową. Jeśli podróżnik nie zna kontekstu historycznego odwiedzanego miejsca, wtedy dla niego architektura pozostanie dla niego jedynie „ładnymi budynkami”. Jeśli nie posiada w sobie ciekawości, czyli gotowości do zadawania pytań „dlaczego?” i „jak?” – każda inność kulturowa będzie postrzegana jako dziwactwo, a nie jako alternatywne rozwiązanie ludzkich problemów czy pragnień.

Przygotowanie to swoisty „fundament pod budowę”. Pozwala ono dostrzec niuanse: zrozumieć, że barok w Wilnie różni się od tego w Rzymie z konkretnych przyczyn politycznych czy surowcowych. Tak jak zamki na Loara od zamków w dawnym państwie krzyżackim. Ciekawość z kolei jest silnikiem, który pcha nas poza główne szlaki turystyczne. Podróż kształci tylko wtedy, gdy staje się dialogiem między naszą wiedzą a nowym doświadczeniem. Bez tego dialogu pozostaje jedynie monologiem naszych dotychczasowych przekonań na tle egzotycznej scenografii.

Podobnie jest z narzędziami sztucznej inteligencji, o których słyszymy jakie to cudowne narzędzia, wszystko-potrafiące-i robiące-za-ciebie. Niczym turystyczne wieże Eiffla i egipskie piramidy. Wszyscy tam jeżdżą. Także jako nauczyciele (nie tylko akademiccy) stoimy dziś przed nowym rodzajem podróży – eksploracją możliwości, jakie daje generatywna sztuczna inteligencja (AI, gen AI). Tutaj analogia do podróżowania jest uderzająco trafna. AI kształci, ale tylko przygotowanych, pomaga, ale tylko już wykształconym. To nie jest cudowna lampa Aladyna z magicznym dżinem.

Podobnie jak wyjazd do obcego kraju nie zrobi z nas ekspertów bez znajomości podstaw geografii, tak samo AI nie stworzy za nas wartościowego scenariusza zajęć, jeśli sami nie rozumiemy materii dydaktycznej. Potrzebny jest fundament merytoryczny, Aby AI pomogło nam w dopracowaniu instrukcji do ćwiczeń, musimy najpierw wiedzieć, jaki efekt uczenia się chcemy osiągnąć. AI potrafi generować treści przekonujące, ale błędne (tzw. halucynacje). Tylko „przygotowany podróżnik” – czyli nauczyciel z solidną wiedzą – jest w stanie wyłapać te nieścisłości i skierować dialog na właściwe tory.

AI może być efektywnym partnerem w procesie ideacji. Może zaproponować dziesięć różnych metafor wyjaśniających trudne zagadnienie fizyczne lub zasugerować nieoczywiste case study do analizy na jakimś biologicznym przedmiocie nauczania. Jednak to nasza ciekawość pozwala nam drążyć temat głębiej. Zamiast prosić o „plan zajęć”, prosimy o „zaproponowanie kontrargumentów do tezy X, które zmuszą studentów do krytycznego myślenia”. Zamiast gotowca, szukamy inspiracji do stworzenia autorskiej instrukcji, którą AI pomoże nam jedynie sformatować, uprościć lub wzbogacić o brakujące ogniwa logiczne.

W podróży to, co wyniesiemy z rozmowy z lokalsem, zależy od tego, jak sformułujemy pytanie. W pracy z modelem językowym (LLM) jest identycznie. W pracy z AI trzeba umieć zadawać właściwe pytania. Na przykład „Przygotuj mi zadania” to złe pytanie. „Stwórz zestaw zadań problemowych dla studentów II roku medycyny, uwzględniając najnowsze wytyczne dotyczące etyki badań klinicznych” – to pytanie przygotowanego wykładowcy. Praca z AI to nie wypełnianie formularza, lecz proces sokratejski. Dopytywanie, korygowanie, proszenie o zmianę tonu czy perspektywy to klucz do uzyskania materiałów, które realnie podniosą jakość naszych zajęć. A na końcu i tak pozostaje nasza ocena uzyskanych materiałów.

Dopiero po trzech latach czytania, próbowania i eksperymentowania zauważyłem, że AI pomaga mi pisać i przygotowywać narzędzia dydaktyczne. AI, podobnie jak podróż, nie zastąpi myślenia – ona je multiplikuje. Dla nauczyciela nieprzygotowanego będzie jedynie „generatorem papki tekstowej”, ubranej w ładnie wyglądające zdania. Dla nauczyciela przygotowanego, ciekawego i potrafiącego prowadzić dialog, stanie się wydajnym laboratorium dydaktycznym.

AI nie jest cudownym i magicznym artefaktem, gdzie po wypowiedzeniu magicznego zaklęcia „Sezamie otwórz się” lub „stoliczku nakryj się”, szybko i bez wysiłku dostaniemy unikalny skarb. Bez pracy nie ma kołaczy, a bez wysiłku nie na efektów. Gdyby było inaczej to 8 miliardów ludzi szybko by z AI skorzystało i bylibyśmy zasypani genialnymi opowieściami, scenariuszami i instrukcjami ćwiczeń czy podręcznikami. Zawsze jest jednak kontekst miejsca i czasu. Można marzyć o tym, że AI zrobi szybko i łatwo za nas. Ale i tak kończymy na żmudnej i trudnej pracy. Wszystko co proste i łatwe już zostało zrobione. Dla nas pozostały te trudniejsze rzeczy.