30.08.2018

Smoki z morskich głębin żyją współcześnie i to od niedawna, czyli jak literatura fikcji staje się literaturą faktu

 Echinoderes drogoni Grzelak et Sorensen, 2018
Smoki znamy z bajek jako zwierzęta fantastyczne. Ale za sprawą naukowców smoki się materializują i wkraczają do naszego świata. Znakomitym przykładem jest Smok wawelski (czytaj więcej), jako nazwa naukowa dla wymarłego dinozaura. Bo każdy gatunek musi mieć swoją unikalną nazwę naukowa. Najpierw były to słowa z języka łacińskiego. Gatunków jest jednak bardzo dużo a zasób słów w tym wymarłym języku ograniczony. Dlatego używa się słów łacińskich lub takich, które przypominają łacińskie (są w odpowiedniej konwencji). Jest więc i Dziwneono jako nazwa rodzajowa australijskich pluskwiaków.

Ostatnio badaczka dr Katarzyna Grzelak z Katedry Zoologii Bezkręgowców i Hydrobiologii Uniwersytetu Łódzkiego opisała trzy nowe dla nauki gatunki morskich bezkręgowców – ryjkogłowych (Kinorhyncha). Te małe „robaki" żyją w morzach i oceanach. Dr Katarzyny Grzelak gatunkom złowione w rejonie Spitsbergenu i nadała im nazwy, zaczerpnięte z „Gry o Tron".

Dwa nowe smoki (Smok wawelski dawno wymarł a one żyją obecnie) to:
  • Echinoderes drogoni Grzelak et Sorensen, 2018 - gatunek opisany na cześć smoka Drogona, 
  • Echinoderes rhaegali Grzelak et Sorensen, 2018 - gatunek opisany na cześć smoka Rhaegala, 
  • Trzeci gatunek odnosi się do postaci fikcynej: Echinoderes daenerysae Grzelak et Sorensen, 2018 - gatunek opisany na cześć królowej Daenerys Targaryen z powieści "Gra o Tron”, nazywaną w książce matką smoków. 
Pisarze w swojej fantazji kreują byty fikcyjne. Ale za sprawa naukowców literatura fikcji staje się literaturą faktów. Według niektórych szacunków nawet 90 procent gatunków morskich na świecie wciąż pozostaje nieodkryta i czeka na naukowy opis. Dzięki fantazji naukowców może przybędzie więcej mitologicznych zwierząt, a w zasadzie wykorzystania ich nazw do opisu nowych gatunków zwierząt.

Ryjkogłowy (Kinorhyncha) zwane także ryjokrętkamii lub szczotkoryjcami a po angielsku mud dragons to typ małych (0,2–1 mm), wyłącznie morskich, drapieżnych bezkręgowców. Do tej pory opisano ponad 250 gatunków. Ciało ryjkogłowych składa się z 11 segmentów. Mają ruchomą głowę, uzbrojoną w pierścień haczyków oraz zakrzywione na grzbiecie kolce. Nic dziwnego, że mogą się kojarzyć ze smokami, gdy je oglądać pod mikroskopem. Poruszając się w osadzie ryjkogłowe wysuwają głowę z cylindrycznego korpusu, wbijają haczyki w ziarenka osadu i po takim zakotwiczeniu (pomocne kolce na ciele) przeciągają swoje ciało do przodu. Następnie głowa wsuwa się w ciało, a proces się powtarza. Ten sposób poruszania się wyjaśnia etymologię słowa kinorhyncha, co z języka greckiego oznacza - ruchomy pysk. Tu trzeba dodać, że język grecki dawniej także był źródłem nazw jednostek taksonomicznych i terminów biologicznych.

źródła: 

 Echinoderes daenerysae Grzelak et Sorensen, 2018

29.08.2018

Modliszka a sprawa ocieplenia klimatu

Źródło: Zieliński, D., Schwarz, C. J., Ehrmann, R., 2018. 
Evaluation of the expansion of Mantis religiosa (L.) 
in Poland based on a questionnaire survey. 
Animal Biodiversity and Conservation, 41.2: 275280.
Skoro organizmy są przystosowane do środowiska (a w zasadzie nieustannie się przystosowują), to czy i jak przyroda reaguje na zmiany klimatu? Podwyższenie średniej globalnej temperatury o 0,75 stopnia Celsjusza wydaje się niewielką różnicą. Czy uwidacznia się to w przyrodzie? I jak odróżnić inne przyczyny, np. antropogenicznego przekształcenia środowiska, od zmian klimatycznych? Klimatolodzy jednoznacznie wskazują, że aktualne ocieplenie klimatu ma antropogeniczny charakter. Zatem wszystkie te zmiany wywołuje działalność człowieka (wszystkie są antropogeniczne w szerokim sensie). Ale jedne zmiany mają charakter lokalny (np. melioracja, wycinka lasów, zmiana sposobu uprawy roli, wypalanie traw), inne sumują się w skalę globalną. I taki właśnie globalny efekt mają zmiany klimatyczne. Trudniejsze są do uchwycenia bo zazwyczaj skupiamy się na pogodzie, czyli codzienne dostrzeganych zjawiskach lokalnych. Zmiany klimatu są trudniejsze do "zobaczenia", gdyż trzeba statystyki, wieloletniego porównywania i analizy wielu danych. Jedną z dodatkowych możliwości jest analizowanie tego, co dzieje się w przyrodzie. Jeśli gatunki uznać za bioindykatory to za ich pomocą można zobaczyć zjawiska globalne. Oczywiście nie wystarczy jeden gatunek. Przytoczę przykład z modliszką ale wyciąganie szerszych wniosków na podstawie jednostkowego przypadku byłoby niewłaściwe (łatwo o pomyłkę).

Współczesna nauka staje przed dużym wyzwaniem. Mam na myśli badania ekologiczne i faunistyczne z udziałem osób niezatrudnionych na uczelniach czy instytucjach naukowych, czyli tak zwanych wolontariuszach-przyrodnikach. W ostatnich kilku dziesięcioleciach znacząco przybyło osób wykształconych, w tym przyrodniczo. To bardzo wartościowy kapitał ludzki. Mają swoje źródło utrzymają a przyrodę obserwują w wolnym czasie i z zamiłowania. Fotografują, piszą, czytają. Pojawiło się sporo dobrych wydawnictw i już nie tylko ornitolodzy obserwują hobbystycznie naszą przyrodę.

Pisząc o badaniach ekologicznych (przyrodniczych) z udziałem wolontariuszy nie mam na myśli  popularyzacji wiedzy ale szeroko zakrojone badania, dotyczące regionalnych i globalnych zmian w biosferze, w szczególności poznawania przyrodniczych skutków zmian klimatu. Albo monitorowanie liczebności populacji (tak jak to dzieje się wśród ornitologów, teriologów czy herpetologów). Wielu obserwatorów w bardzo wielu punktach to duży zasób danych. Nawet jeśli nie zawsze są w pełni wiarygodne czy wystandaryzowane to przy odpowiedniej analizie statystycznej dają bardzo wartościową wiedzę. Trudno byłoby zdobyć ją inaczej. Badania ekologiczne wymagają czasu. Badanie sukcesji ekologicznej zajmuje co najmniej kilka, kilkanaście lat. Zazwyczaj jeszcze więcej, niektóre stałe powierzchnie badawcze obserwowane są od kilkudziesięcioleci a w zamiarach są jeszcze dłuższe badania. I jak prowadzić takie długoterminowe badania, gdy co roku trzeba wykazać się publikacją i to jakąś wysokopunktową? Trudno co roku publikować bardzo podobne, fragmentaryczne dane bez wyciągania wniosków (na wnioski trzeba poczekać). A przecież dane te muszą być zbierane przez wiele lat. Także i z tego względu badaniami makoekosystemowe nie cieszą się zbytnim zainteresowaniem. Coraz trudniej o nie na uniwersytetach. Chyba że we współpracy z lokalnymi towarzystwami przyrodniczymi i przyrodnikami-wolontariuszami.

Koniec sierpnia 2018, niektóre gatunki ponownie zakwitają.
Anomalia przyrodnicza czy jakaś kierunkowa zmiana?
Wnioski można będzie wyciągną po co najmniej kilku latach obserwacji
i to nie w jednym miejscu.
Gwałtownie zachodzące zmiany w ekosystemach, także w związku z globalnym ociepleniem, oraz nasilający się problem gatunków, obcych, stwarzają dogodną sytuacje do badań ekosystemowych. Duży i obfity potencjalny materiał badawczy, który umożliwia weryfikowanie hipotez i teorii. Dobry czas dla ekologów, ewolucjonistów, zoogeografów itd.   Ale oprócz czystej wiedzy jest także pilna potrzeba utylitarna – gospodarka potrzebuje szybkich informacji na temat skutków zmian zasięgu wielu gatunków oraz metod jeśli nie przeciwdziałania to przynajmniej łagodzenia negatywnych skutków. Działania w terenie potrzebne są od zaraz, podobnie z wydawaniem zezwoleń na równe inwestycje (wcześniejsze ekspertyzy przyrodnicze są niezbędne).

Dokładnie cztery lata temu, w 2014 roku, zamieściłem na blogu informację o obecności modliszki w Olsztynie. W komentarzach pojawiły się informacje o innych stwierdzeniach w różnych częściach Polski. W tym roku ukazała się praca naukowa, podsumowująca zmiany rozmieszczenia tego gatunku w Polsce. Dwa oderwane z pozoru fakty – jakaś prosta informacja, umieszczona na blogu (portal społecznościowy) i publikacja naukowa. Mają jednak wiele wspólnego. Są przykładem współpracy wolontariuszy i naukowców.

Modliszka zwyczajna (Mantis religiosa) to owad o bardzo charakterystycznym wyglądzie. Nazwę swą wzięła od specyficznego ułożenia odnóży pierwszej pary – siedząca modliszka na roślinach wygląda jakby się modliła. Zwłaszcza, że jako owad drapieżny często zastyga w bezruchu, czekając na swą ofiarę. Niczym zagłębiona w głębokiej modlitwie i kontemplacji. W dawnych książkach spotkać można także nazwy: liściec modliszka, markaczka, modliszka bigotnik. Nie wiem co znaczy markaczka i skąd się to słowo wzięło. Charakterystyczny wygląd i niezwykłe zwyczaje drapieżcy, znane niemalże każdemu, powodują że jest łatwym obiektem do badań z udziałem wolontariuszy-przyrodników. Na każdym zrobi wrażenie spotkanie z modliszką, dlatego łatwo o zdjęcia i informacje o występowaniu tego gatunku, zwłaszcza w miejscach gdzie do tej pory nie był spotykany.

W Polsce modliszka uważana jest za gatunek rzadki i spotykana jest na stanowiskach o szczególnie sprzyjającym mikroklimacie, w Kotlinie Sandomierskiej. W regionie śródziemnomorskim występuje licznie na wielu stanowiskach. W Polsce modliszka umieszczona jest w Czerwonej Księdze z kategorią EN (czyli gatunek bardzo wysokiego ryzyka) i jest objęty ścisłą ochroną gatunkową. Szybkie zmiany w środowisku powodują dezaktualizację wiedzy podręcznikowej. Być może trzeba ponownie zrewidować status zagrożenia. To tylko przykład jak bardzo szybko zmienia się przyroda i jak często trzeba aktualizować wiedzę podręcznikową.

Zmieniają się nie tylko zasięgi występowania różnych gatunków (jedne lokalnie wymierają, inne jako gatunki obce się pojawiają), obserwujemy także zmiany w cyklach życiowych (długości rozwoju, liczby generacji w roku). Zamieszczone niżej zdjęcie kowala bezskrzydłego przedstawia agregację, typowa dla okresu wiosennego. Zdjęcie zostało zrobione w końcu sierpnia, u progu jesieni.

Modliszka zwyczajna jest gatunkiem wybitnie ciepłolubnym - preferuje suche i ciepłe stanowiska. W Polsce osiągała północną granicę swojego występowania (do niedawna stwierdzana jedynie w Kotlinie Sandomierskiej). Piszę w czasie przeszłym, bo skoro obserwowano ją koło Białegostoku, Ełku i Olsztyna, to być może jest i w krajach ościennych, na północ od nas. W Europie Środkowej modliszka występuje na silnie nasłonecznionych polanach i obrzeżach lasów z wrzosowiskami i murawami napiaskowymi.

Obserwacje z ostatnich lat wskazują, że modliszka zwiększa obszar swojego występowania. Grzegorz Łazarski, w notatce opublikowanej w 2016 roku na łamach czasopisma „Chrońmy Przyrodę Ojczystą”, wspomina o nowych stanowiskach tego gatunku na Wyżynie Małopolskiej. Ale podaje także informacje o obecności modliszki na Wyżynie Lubelskiej, w Karpatach, Wzniesieniach Południowomazowieckich, Niziny Śląskiej, Górach Świętokrzyskich, i dalej na północ: z okolic Warszawy, Puszczy Białowieskiej, Olsztyna, Białegostoku. Modliszka jest jednym z wielu gatunków owadów, które rozszerzają zasięgi swojego występowania na północ. Jednym z powodów jest ocieplenie klimatu (ciepłe zimy sprzyjają przetrwaniu jaj modliszki). Specjaliści wskazują także na zwiększoną dostępność dogodnych siedlisk: zbiorowisk ekotonowych i otwartych, jak i wzrost powierzchni odłogów. Ocieplenie klimatu jest zagrożeniem dla jednych gatunków (wycofują się na północ) ale dla innym sprzyja. Badania Zielińskiego i zespołu, opublikowane w 2018 r. na łamach Animal Biodiversity and Conservation, oparte były na badaniach ankietowych. Ogółem zebrano informacje od 283 respondentów ze 159 stanowisk (lata 2013-2016). Pozwoliło to na oszacowanie obecnego rozmieszczenia tego gatunku i wykazanie ewidentnego poszerzania zasięgu na północ i na zachód. Autorzy wskazali, że rozprzestrzenianie się Mantis religiosa w Europie jest naturalną konsekwencją globalnego ocieplenia. Dane uzyskane z ankiet wymagają potwierdzenie standardowymi metodami entomologicznymi a uwzględnienie badań genetycznych pozwoli dokładnie prześledzić źródła migrantów i kierunki dyspersji.

Zmiany zachodzące w ekosystemach i różnorodności biologicznej, dotyczące migracji, dyspersji, zmiany zasięgów występowania, inwazyjności gatunków obcych itd., należy prowadzić na wielu różnych grupach roślin, grzybów i zwierząt. Tylko niektóre – ze względu na stosunkowo łatwą identyfikacją – mogą być monitorowane z udziałem wolontariuszy-przyrodników. Ale i tak jest to znacząca możliwość poszerzenia skali badań z dużą ilością danych. Wymaga tylko wypracowania efektywnego sposobu współpracy środowisk akademickich z wolontariuszami jak i wykorzystania nowych technologii z internetowymi metodami komunikacji włącznie. Oprócz publikacji muszą powstawać dedykowane, otwarte bazy danych. Na końcu tego procesu zawsze musi być rzetelna analiza naukowa (ośrodek naukowy). Zatem wracamy do współpracy, wiedzy eksperckiej i nowych technologii

(zmieniona wersja artykułu, wysłanego do Biuletynu PANorama). 

Czytaj także (o modliszce):
Olsztyn, koniec sierpnia, kowal bezskrzydły.

28.08.2018

Atlas płazów i gadów Polski. Status – rozmieszczenie – ochrona. Z kluczami do oznaczania.

Na skutek zmian klimatu jak i antropogenicznego przekształcenia środowiska przyroda nieustannie zmienia się, niemalże na naszych oczach. Jedne gatunki stają się coraz rzadsze i grozi im wymarcie, inne się pojawiają (gatunki obce), jeszcze inne zmieniają zasięgi występowania. Jest co obserwować. Płazy i gady są na tyle duże, że każdy miłośnik przyrody może je obserwować i uzupełniać informacje o rozmieszczeniu tych kręgowców w Polsce. Do przeżywania tych przyrodniczych przygód bardzo będzie przydatny "Atlas płazów i gadów Polski. Status – rozmieszczenie – ochrona z kluczami do oznaczania" z aktualnym stanem wiedzy. Na skutek zmian środowiska i zasięgów występowania stare podręczniki mogą okazać się nieaktualne. Warto być na bieżąco.

Zbigniew Głowaciński, Piotr Sura (red. naukowy), 2018. Atlas płazów i gadów Polski. Status – rozmieszczenie – ochrona, z kluczami do oznaczania. PWN, 350 stron,  ISBN 978-83-01-19963-0.

Atlas płazów i gadów Polski opracowany został przez 12 autorów, herpetologów i zoologów z dużym doświadczeniem badawczym, reprezentujących PAN i wyższe uczelnie. Całość zredagował prof. Zbigniew Głowaciński (IOP PAN) i prof. Piotr Sura, UJCM).  Zespól autorski gwarantuje to wysoką jakość merytoryczną. Główną zawartością jest barwny atlas wraz z kluczem do oznaczania, statusem gatunków i ich rozmieszczeniem. Na podkreślenie zasługuje zawarte w opracowaniu tło paleozoologiczne, krytyczny przegląd systematyki oraz uwzględnienie najnowszymi osiągnięć w zakresie herpetologii europejskiej. W polskiej literaturze naukowej Atlas nie ma odpowiednika.

Dla każdego gatunku zamieszczone są dwie mapy rozmieszczenia: w Europie i w Polsce. W mapce krajowej uwzględnione są stanowiska dla danych zebranych do 1970 roku, w latach 1971-2000 oraz w latach 2001-2017. Zaznaczone są także stanowiska ewidentnej, udokumentowanej introdukcji gatunków. Wykaz gatunków obejmuje 19 gatunków płazów, 10 gadów oraz trzech gatunków nowych i nieprodukowanych: żółwia ozdobnego, murówki pospolitej i zaskrońca rybołowa.

Klucze do oznaczania płazów i gadów Polski obejmują stadium jaja, larw (u płazów) oraz osobników dorosłych. W przypadku płazów dołączone są praktyczne uwagi, m.in. okresy migracji oraz preferencje siedliskowe.

Ale Atlas płazów i gadów Polski nie jest typowym podręcznikiem akademickim, ani typową książką popularnonaukową. Sięgnąć mogą po niego zarówno studenci, pracownicy naukowi jak i przyrodnicy amatorzy. Będzie pomocny w zajęciach terenowych (dla studentów kierunków biologicznych, środowiskowych i leśnych), jak i w obserwowaniu przyrody przez przyrodników amatorów. Oprócz walorów poznawczych książka ta zawiera wnioski praktyczne, cenne dla ochrony przyrody, płazów i gadów. Będzie więc pomocą dla praktyków, działających w zakresie ochrony batrachofauny i herpetofauny.

W skali globalnej obserwowane jest katastrofalne wymieranie płazów, a także zmiany klimatyczne, wpływające zarówno na płazy jak i gady. Proces ten uwidacznia się także w Polsce. Ostatnie 15 lat przyniosło w naszym kraju znaczące rozszerzenie wiedzy na temat rozmieszczenia gatunków płazów i gadów. Dlatego warto sięgnąć do Atlasu.

A że książka dedykowana jest profesorowi Leszkowi Bergerowi (1925-2012) i sporo jest niespodzianek w świecie płazów, zaświadcza o tym nietypowa żółta żaba, która możemy spotkać w naturze:


27.08.2018

W warmińskiej głuszy powstają książki fantazy


Warmia i Mazury to region obfitujący w pisarzy płci obojga. Kilkoro znam osobiście, innych tylko z ich książek. Zastanawiam się, czy pisarek i pisarzy na kilometr kwadratowy nie jest aby więcej niż średnia krajowa? Różnorodność tworzonej literatury ogromna! Bogactwo wielkie. Zderzenie kultur i przyroda być może przywabiają piszących lub też nastrajają do pisania. W każdym razie sporo opowieści powstaje nad Łyną, Pasłęką i Wielkimi Jeziorami Mazurskimi. Najczęściej nie zdajemy sobie sprawy z miejsca powstania czytanych książek.

Kaszuny. Zagubiona wieś w warmińskim lesie. Zabudowa kolonijna (wybudowania), drogi tylko gruntowe. Cisza, odludzie. I tam powstają książki z gatunku fantazy. Dawno do takiej literatury nie zaglądałem. Miałem okazję poznać autorów i przeczytać ich - jak się domyślam - debiutanckie książki:

Forest Blackwood, Wojna Światła i Ciemności, Wydawnictwo AlterNatywne, Poznań 2017

Robert P., Zakon Achawy. Tom I, Wydawnictwo Psychoskok, Konin, 2018.

Piszą dalej, kontrakty podpisane mają z wydawnictwem za oceanem. Zatem czytać będą miłośnicy fantazy na całym świecie. A zapowiada się dłuższą na kontynuację.

Jak już wspomniałem, dawno nie czytałem tego typu literatury. W młodości przepadałem za science-fiction a obecnie gustuję w literaturze faktu. Dlatego sięgnąłem z zaciekawieniem. Książki podobne w tematyce ale styl pisanie inny u obu braci. Bogactwo fantastycznych postaci, wartka akcja. Trochę przypomina mi to gry komputerowe i wykonywane misje. Ale widać to znak czasu i styl myślenia nowego pokolenia. Nie wszystko także dobrze odczytuję z bogactwa fantastycznych postaci. Domyślam się, że mocno są one osadzone w stylu i schematach współczesnej literatury fantastyczno-magicznej, z odniesieniem do wampirów, magii, czarodziejów itd. Jako że nie jestem zanurzony w tej aktualnej kulturze to i rozumienie, czy odczytywanie schematów, trudniej mi przychodzi. W Zakonie Achawy uderzyło mnie bogactwo porównania do świata motyli, nie tylko postaci ale i nazwy są zakorzenione w nazwach gatunkowych motyli krajowych i zagranicznych. Trzeba jednak albo trochę wiedzy entomologicznej albo detektyfistycznych poszukiwań by ten sekretny kod w pełni odkryć. W obu książkach sporo jest odniesień do przyrody, ptaków i zwierząt. Można więc powiedzieć, że przynajmniej w części inspiracją jest warmińska przyroda. Uważne oko wychwyci te elementy.


Fantazy wydaje się baśnią czystej wody. Ogromna kreatywność w powoływaniu dożycia światów alternatywnych. Ale przecież jest tam sporo z etnografii i dawnych wierzeń jak najbardziej realnych. Zapewne autorzy korzystają nie wprost z opracowań etnograficznych (choć i to możliwe), raczej to kultura popularna (w tym fantazy) korzysta z dawnych wzorców odpowiednio je przetwarzając i rozwijając. Tak powstaje wspólny kod kulturowy pokolenia. W jakimś sensie Nowe Średniowiecze rodzi się już od połowy XX wieku, z mimowolnym odniesieniem do feudalizmu. Być może wielkim zdziwieniem będzie sięgniecie do prac archeologicznych, historycznych i etnograficznych i odnalezienie tam pierwowzorów zarówno duchowych jak i materialnych.

Obie książki są fantastycznymi opowieściami ale jeśli się trochę zastanowić to można dostrzec podobieństwa do życia współczesnego i naszych problemów dnia codziennego.

Świat baśniowych postaci można w jakiś sensie odnaleźć w dawnej historii. Oto przykład z Żagania - świat realny, kilka wieków wcześniej. Jakby z książek fantazy. "Był seryjnym mordercą, który wierzył w magiczną moc serc nienarodzonych dzieci. Sam pożarł ich sześcioro. Zanim go ujęto, zdołał zabić co najmniej 30 osób." (czytaj cały tekst Rozpruwał brzuchy ciężarnych, pożerał serca dzieci. Bo chciał być nieuchwytny ). Szaleniec, który mordował i pożerał serca niemowląt? "To raczej sprawka wierzeń z XVI i XVII wieku. Wierzeń, które brzmią dziś makabrycznie i niedorzecznie. (...)  Dużym zainteresowaniem cieszyły się też szczątki skazańców. (...)Uważano np. że ręka skazańca położona przy beczce z piwem sprawi, że będzie ono lepsze w smaku. Wierzono też, że sznur albo łańcuch straceńca przyniesie szczęście (...) Palce skazańców pozyskane w nocy o pełnej godzinie miały otwierać wszystkie zamki i skrzynie. A ręce złodzieja miały chronić przed kradzieżą. (...)  Na szubienicę przywożono też zwłoki samobójców. Często odcinano im głowy i składano je przy nogach. - Tak na wszelki wypadek, żeby zmarły nie mógł już wrócić do żywych (...). Szczególnie traktowano też dzieciobójczynie. Takim kobietom przebijano serca kołkiem. W końcu tylko "opętana przez diabła" mogłaby zabić swoje dziecko i to zaraz po narodzinach."

Ponownie przeczytałem książkę o szamanizmie (czyta literatura faktu) - Jerzy Sławomir Wasilewski, "Podróże do piekieł. Rzecz o szamańskich misteriach", Warszawa 1985. Pierwszy raz czytałem ją wiele lat temu. Ale po kilkuletnich zainteresowaniach etnografią, kulturą Słowian, w tym Hucułów i ich wierzeń magicznych a teraz po przeczytaniu w/w książek fantazy, inaczej i pełniej odebrałem treść "Podróży do piekieł". Tak jak biolodzy odtwarzają ewolucję biosfery i gatunków, tak w kulturze można chyba odtwarzać dziedziczenie i przetwarzanie mitów i opowieści. Ciągłość i rozwój.

Być może literatura fantazy może być jakimś świadectwem głębokich przekształceń we współczesnym społeczeństwie. Dlaczego sięgamy do magicznych mitów i odwołujemy się do autorytarnego feudalizmu? Być może wprawni socjolodzy i literaturoznawcy mogą o nas współczesnych sporo powiedzieć, śledząc bogactwo literatury fantazy.

Zbliżająca się jesień to dobry czas na lekturę, także wspomnianych książek z literatury fantazy. Fascynujące będzie poszukiwanie świata realnego (przyroda i etnografia) w nierealnych światach wyjętych jak z baśni. Baśni fantastycznej, powstającej w warmińskiej wiosce, ukrytej wśród lasów, z daleka od dróg bitych. Nie łatwo tam trafić. Łatwiej książkę zdobyć.

26.08.2018

Gdzie mieszkają zwierzęta? I jak powstają otwarte scenariusze lekcji?


Z Uniwersytetem Dzieci współpracuję już od wielu lat. Rozwijanie różnorodnych form edukacji pozaformalnej uważam za ważny element misji uniwersytetu. A jednocześnie za aktywną formę poszukiwań i dyskusji nad współczesną edukacją. Wyjście poza mury akademickie i kierowanie przekazu nie tylko do studentów to duże wyzwanie. Wymaga nauczenia się nowych umiejętności. Jedno jest wspólne - trzeba mówić do słuchacza i na niego być otwartym. Przeczytanie mądrych książek nie wystarczy, trzeba samemu wielokrotnie spróbować.

Trening czyni mistrza. Więc trzeba nieustannie próbować i uczyć się na błędach, zdobywać doświadczenie. Do kamery mówi się trudno, bo nie widać słuchacza. Nie widać kim jet, jak reaguje, czy słucha, czy zadaje pytania. Trzeba go sobie wyobrażać. Bez osobistego doświadczenia to bardzo trudne. Trzeba więc i jedno i drugie (oprócz lektury bezpośrednie spotkania są niezbędne). Powyższy filmik jest tylko małym elementem scenariusza zajęć. W ramach projektu Scenariusze Lekcji, Uniwersytet Dzieci przygotowuje różnorodne scenariusze zajęć lekcyjnych i udostępnia je na wolnej licencji. Jeszcze jedna forma wsparcia szkoły i nauczyciela. By nie pozostawali sami, bez wsparcia.

Współpraca z uniwersytetem dzieci jest jedną z form moich poszukiwań w zakresie edukacji pozaformalnej oraz wspierania edukacji formalnej na różnych poziomach (oczywiście w zakresie przyrody i biologii). Dużo pomysłów i zajęć realizuję w ramach działalności Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego, także w ramach różnorodnych grantów.

Z kimś łatwiej uczyć się niż samemu. Od jakiegoś czasu nagrywam i montuję krótkie filmiki, , jako element dydaktyczny i forma przekazu. Moje umiejętności są jednak minimalne. Z kimś, zwłaszcza doświadczonym w nagrywaniu i montowaniu, wychodzi znacznie lepiej. Współpraca przynosi dobre efekty.

W tle widać hotel dla pszczół. Dwa takie Greenpeace kilka lat temu ustawił na terenie Kortowa a ja podjąłem się opieki (powstała nawet jedna praca licencjacka). Kolejny wymiar współpracy z organizacja pozarządowa i podmiotem pozauniwersyteckim. Tym razem "hotel" posłużył także jako scenografia i konkretny przykład.

I jeszcze słowo o koszulce, w której wystąpiłem. Powstała w czasie Warsztatów Bentologicznych. Poza referatami, wspólnymi pracami terenowymi było i spotkanie integracyjne z samodzielnym malowaniem koszulek (łączenie nauki ze sztuką). Wzory przygotowała dr Małgorzata Gorzel, a uczestnicy sami komponowali wzory. Tak i ja zrobiłem, wybierając sylwetki chruścików. 



Film opowiada o tym, jak wyglądają schronienia niektórych zwierząt i jest częścią scenariusza lekcji dla klas I-III pt. "Gdzie mieszkają jeże?". Projekt Scenariusze Lekcji realizowany jest przez Fundację Uniwersytet Dzieci, organizację non-profit.

25.08.2018

Chruściki (Trichoptera) Gostynińsko-Włocławskiego Parku Krajobrazowego

(Warsztaty Entomologiczne, nocne odłowy do światła, Soczewka, fot. Joanna Wiśniewska)
W sierpniu 2018 r. miałem przyjemność uczestniczyć w międzyuczelnianych, studenckich warsztatach entomologicznych (na zaproszenie Koła Naukowego Entomologów Pasikonik). I to w pobliżu miejsca, gdzie się dawno temu wychowywałem, niedaleko Płocka. Mimo że Soczewka znana mi była jako miejscowość letniskowo-wypoczynkowa, to nigdy tam nie byłem. Jako licealiści wybieraliśmy się zazwyczaj nad jezioro do Grabiny. A wcześniej odwiedzałem Łąck. Przyrodniczo teren dla mnie bardzo słabo znany, mimo że przez lata był w zasięgu ręki.

Gostynińsko-Włocławski Park Krajobrazowy do tej pory nie doczekał się jakiegokolwiek opracowania pod kątem fauny chruścików (i entomofauny jako takiej). Obszar duży, z ponad czterdziestoma jeziorami, kilkoma małymi rzekami i strumieniami ale poza zainteresowaniem naukowców. Daleko do ośrodków akademickich a jednocześnie w środku Polski i jest to niezbyt atrakcyjny do badań przyrodniczych teren (tak się przynajmniej wydaje). Jedynie ośrodek toruński bywał w pobliżu, koncertując się jednak na Zbiorniku Włocławskim. Swojego entomologicznego opracowania doczekał się Brudzeński Park Krajobrazowy, położony po drugiej stronie Wisły, w dolinie rzeki Skrwy (Prawej). Czyli po sąsiedzku. Ale siedliskowo są to nieco odmienne obszary chronione.

Przyroda Gostynińsko-Włocławskiego Parku Krajobrazowego poznana jest głównie pod względem flory i kręgowców, w szczególności ptaków. Liczę, że wraz ze wzrostem liczby przyrodników-amatorów i osób wykształconych, poznany zostanie i świat owadów tego Parku. W tym chociażby chruściki. Z mojego punktu widzenia atrakcyjne byłoby poznanie chruścików tutejszych jezior. Byłoby to dobre uzupełnienie do wiedzy o chruścikach jezior Polski. Bo są na położone południe od Pojezierza Mazurskiego i w strefie silnie przekształconego krajobrazu wiejskiego.

W czasie warsztatów były wystąpienia z referatami, wycieczki terenowe, liczne fotografowanie i odłowy owadów. Drugiego dnia, a raczej wony, odbyło się łowienie owadów, zwabionych światłem. Skorzystałem z okazji i także wypatrywałem chruścików. A niżej rezultaty.

Chruściki (imagines) złowione do światła, w Soczewce, 17 sierpnia 2018, w otulinie Gostynińsko-Włocławskiego Parku Krajobrazowego. Uwzględnione zostały także chruściki odłowione przez Magdę Gorczycę oraz Annę Sobieraj-Betlińską.
  • Hydropsyche contubernalis (samce) - 4
  • Hydropsyche angustipennis (samce) - 5
  • Hydropsycje spp. (samice) - 22
  • Limnephilus flavicornis - 4
  • Limnephilus lunatus - 3
  • Glyphotaelius pellucidus - 1
  • Triaenodes bicolor - 1
  • Mystacides longicornis - 1
  • Oecetis ochracea - 8
Osiem gatunków, to niezbyt dużo. Hydropsyche contubernalis to chruścik typowy dla dużych i średnich rzek. Najpewniej imagines przyleciały znad pobliskiej Wisły, ok. 1 km w linii prostej. Z kolei Hydropsyche angustipennis to filtrator (w stadium larwalnym), licznie występujący w małych strumieniach i rzeczkach, zwłaszcza poniżej wypływu z jezior. Takie siedliska są w Skrwie Lewej poniżej Jeziora Soczewka i okolicznych strumieniach. Pobieraliśmy próby bentosowe w wypływie z Jeziora Soczewka na terenie ośrodka wypoczynkowego, ale tu nic nie było. Dominowały Chironomidae. Na tym odcinku woda była chyba zbyt zanieczyszczona i odtleniona, by mogły utrzymać się chruściki. Zapewne szukać trzema dalej lub w innych wypływach. Limnephilus flavicornis - jest chruścikiem wiosennym - larwy zasiedlają małe zbiorniki i zabagnienia, wody stojące, zarośnięte. Takich w najbliższym sąsiedztwie jest sporo. Larw należałoby szukać w kwietniu i maju. Limnephilus lunatus zasiedla wolno płynące małe strumienie i rzeczki z dużą ilością roślin wodnych, także rowy. Natomiast Glyphotaelius pellucidus preferuje śródleśne zbiorniki okresowe i litoral śródleśnych strumieni. Larwy także obecne wiosną. Kolejne gatunki można uznać za jeziorne. Z pewnością występują w Jeziorze Soczewka i odnodze Wisły (duży stagnujący fragment), w pobliżu miejscowości Soczewka. A także we wszystkich jeziorach Parku Krajobrazowego: Triaenodes bicolor, Mystacides longicornis, Oecetis ochracea. Jednym słowem nic nadzwyczajnego, same pospolite i oczywiste gatunki. Ale to tylko początek badań.

(Skrwa Lewa, powyżej Jeziora Soczewka, fot. S. Czachorowski)
Chruściki (larwy) złowione w rzece Skrwie Lewej, powyżej Jeziora Soczewka:
  • Oxyethira flavicornis (larwy, domki i poczwarki) - 11
  • Polycentropus flavomaculatus - 2
  • Lype reducta - 2
  • Anabolia sp. (laevis/furcata) - 1
  • Potamophylax rotundipennis - 6
  • Molanna angustata - 1
Wszystkie można uznać, za typowe dla małej rzeki - a Molanna angustata także dla jezior. Miałem nadzieję, że Skrwa Lewa ma bardziej bystry nurt. Ale odwiedziłem tylko mały fragment tego cieku. Wypadałoby się wybrać wzdłuż całej rzeki i sprawdzić wszystkie siedliska. Rzeka wydaje się czystą, są nawet gąbki, dużo wazek, pluskwiaków wodnych i chrząszczy wodnych.

W pobliskim Brudzeńskim Parku Krajobrazowym wykazano występowanie 50 gatunków chruścików. Ale dwa gatunki: Oxyethira flavicornis i Molanna angustata są nowymi dla tego regionu. Niech więc to będzie dodatkową zachętą do entomologicznych i ekologicznych badań tego mało atrakcyjnego (jak się wydaje) terenu Polski. Nie wiem czy uda mi się tu jeszcze wrócić z bardziej intensywnymi badaniami terenowymi, dlatego zamieszczam i upubliczniam te wyrywkowe dane w takiej postaci. Niech nie zginą w szufladzie i niech zachęcą innych do poszukiwań.

(Skrwa Lewa, powyżej Jeziora Soczewka, fot. S. Czachorowski) 
Warsztaty Entomologiczne:” Niesamowity świat owadów” Soczewka, 16-19 sierpnia 2018 r., zorganizowane zostały przez trzy koła naukowe z Lublina, Olsztyna i Wrocławia. Uczestniczyło w nich ponad 20 osób, nie tylko z wymienionych wyżej ośrodków akademickich.
(Warsztaty Entomologiczne, część dotycząca owadów wodnych, fot. Joanna Wiśniewska)

24.08.2018

Zaskakujące miejsca, gdzie promują faszyzm i nacjonalizm ?

Przybywa miejsc, które warto odwiedzić w czasie wakacyjnych czy weekendowych wycieczek. Odnowione stare dworki, zabytkowe budynki z różnych epok, a w nich udostępnione zwiedzającym historyczne zbiory i inne pamiątki przeszłości. Regionalne odkrywanie przeszłości i poszukiwanie tożsamości, lokalnej i wyjątkowej. Także dzięki aktywności różnych grup poszukiwaczy przybywa śladów z Wielkiej Wojny, która przecież toczyła się także na naszych ziemiach i pozostawiła wiele mogił. Mogił, które powinny przestrzegać...

W czasie wakacyjnych podróży trafiłem do małej miejscowości z lokalnym muzeum. Budynek odnowiony najwyraźniej ze środków unijnych. A w nim bogate zbiory, chyba prywatnego kolekcjonera i lokalnych miłośników historii. W pobliżu znajdowały się pola bitewne Pierwszej Wojny Światowej. Główną częścią ekspozycji były militarne pamiątki z tego właśnie okresu. Militaria armii pruskiej i rosyjskiej. Do tego trochę pamiątek z dawnej wsi i innych okresów militarnych.

Wizyta byłaby miła, gdyby nie drobny zgrzyt pod koniec zwiedzania. Opiekun-przewodnik zaproponował przedmiot, by z nim sobie zrobić zdjęcie. Może dostrzegł to, że robiliśmy sobie zdjęcia np. z pielęgniarką (manekin ucharakteryzowany zgodnie z epoką) czy z przygotowanym stanowiskiem w okopie i karabinem maszynowym? Z ochotą się zgodziłem. Pomyślałem, że to może będzie jakiś hełm z czasów Wielkiej Wojny, lub inny gadżet podobnego charakteru. Przewodnik tymczasem wyjął z niewidocznego dla zwiedzających miejsca replikę hitlerowskiego krzyża żelaznego (ze swastyką). To nie był zabytek z kolekcji, pokazywanej na wystawie. Zdziwił  i zniesmaczył mnie ten gest. Nie miałem ochoty robić sobie zdjęcia z faszystowskimi symbolami (i w ten sposób trywializować i upowszechniać zbrodniczy totalitaryzm). Zapewne nie byłem pierwszym zwiedzającym, dla którego udostępniono (z głupoty czy z premedytacji?) symbol hitlerowskiego faszyzmu. Jak to interpretować?

Czy zgromadzone kolekcje militarne przyciągają miłośników wojny i kultu siły? Jak to na wojence fajnie jest (było)? Z perspektywy lat zapewne nie widać tamtego cierpienia, brutalności i śmierci. Nie można jednak spłycać pamięci o wojnie. Nawet, jeśli ktoś interesuje się militariami czy wojennymi rekonstrukcjami. Słusznie, że rekonstrukcja (czyli współczesny wytwór) hitlerowskiego odznaczenia nie jest pokazywana na wystawie. Ale dlaczego i kto te repliki współcześnie wykonuje i rozprowadza? Dlaczego są ludzie, którzy chcą sobie z takimi znakami robić pamiątkowe zdjęcia? Dodam, że we wspomnianym małym muzeum była także wystawa fotograficzna poświęcona NSZ. Samo w sobie niby nic, ale w połączeniu z tymi znakami faszystowskimi, oferowanymi do okolicznościowych zdjęć, budzić musi niepokój. Na okolicznych przystankach wulgarne, nacjonalistyczne napisy, gdzieniegdzie symbole polskich faszystów i nacjonalistów. Wszystko razem budzi strach. Bo zanika pamięć o grozie wojen i złych skutkach wszelkich nacjonalizmów. Na żadnej wojnie nie jest "fajnie" i przygodowo. Są cierpienia, kalectwa, śmierć, przemoc i nieszczęścia. Jest wypaczanie charakterów, trauma i zgliszcza. Wojna to nieszczęście a nie przygoda. Pamiątkowe zdjęcia z gestami i artefaktami faszystowskimi? Sygnał czegoś niedobrego. Tym bardziej, że nie jest to jednostkowy przypadek, ten mój wakacyjny i muzealny.

Polska parafialno-powiatowa bywa czasem przerażająca. Oby te demony nie wyszły z zakurzonej szafy... Brzydsza strona prowincji.

Czytaj także:

22.08.2018

Niecierpek himalajski nad naszymi wodami - a może go po prostu zjeść?

(Trzmiel leśny na niecierpku himalajskim, Soczewka, dolina Wisły, sierpień 2018)
W ostatnich latach, prowadząc badania terenowe głównie nad wodami, jak i w czasie turystycznych wycieczek, widzę ten gatunek coraz częściej i liczniej. Mowa o zamieszczonym wyżej niecierpku gruczołowatym, zwanym także niecierpkiem himalajskim. W jakiekolwiek miejsce Polski bym nie pojechał, tam go widzę. Kiedyś go nie było (przynajmniej w północnej i środkowej Polsce). Nie pierwszy i nie ostatni to gatunek obcy. Czy to dobrze czy źle, że się rozprzestrzeniają gatunki obce (czasem stając się inwazyjnymi)? Za chwilę do tego pytania wrócę.

Nasi dziadkowie i rodzice widzieli inną przyrodę niż my, choć mieszkali w tych samych miejscach.
Przyroda się zmienia i pojawiają się coraz to nowe gatunki, inne zanikają (są rzadsze lub całkiem lokalnie wymierają). Dlaczego? Po pierwsze za sprawą przekształceń krajobrazu (środowiska) na skutek działalności człowieka. Zmiany w krajobrazie wiejskim, zmiany w sposobie użytkowania i znaczące przekształcenia środowiska (w tym zanieczyszczenia) nawet i w lasach. Człowiek jest gatunkiem zwornikowym, w największym stopniu wpływającym na ekosystemy. Każdy gatunek biologiczny wpływa na swoje otoczenie, ale Homo sapiens czyni to w skali do tej pory nienotowanej. Od początku epoki przemysłowej tempo zmian znacznie się zwiększyło. Dlatego zmiany w faunie i florze widoczne są już wciągu jednego pokolenia. Czasem niektóre gatunki - na skutek świadomych działań ochronnych - zwiększają swoją liczebność. Tak jak przywrócone rodzimej przyrodzie bobry, łosie, żubry, żurawie itd. Znacznie więcej jednak zmniejsza swoją liczebność, czasem wymierając. W ich miejsce od dawna wnikały gatunki obce, w tym synantropijne. Bo człowiek stworzył im dogodne środowisko.

Drugą znaczącą przyczyną, która ujawniła się niedawno, jest antropogeniczne ocieplenie się klimatu. Wyraźne zmiany w naszej przyrodzie, spowodowane ociepleniem się klimatu, uwidoczniają się od początku lat dziewięćdziesiątych XX wieku. W wielu grupach roślin i zwierząt widać przesuwanie się zasięgów występowania. Napływają i zadamawiają się gatunki południowe, czasem z dalekich regionów, wycofują się na północ gatunki preferujące chłodniejszy klimat. Dyspersja i kolonizacja jest co prawda procesem naturalnym. Po ostatnim zlodowaceniu przez tysiące lat gatunki "powracają" na dawne tereny, jedne szybciej inne wolniej. Także i w przeszłości były zmiany klimatu, które wywoływały zmiany zasięgu wielu gatunków, wymieranie i ekspansję. Dlaczego teraz mielibyśmy się martwić? Bo tempo zmian jest niezwykle szybkie a skala ogromna. Nie chcielibyśmy utracić bioróżnorodności ze względów gospodarczych. Przyroda zawsze sobie jakoś poradzi ale gospodarka poniesie ogromne straty. Już ponosi.

Dla naukowca zmiany klimatu, także te wywołane emisją gazów cieplarnianych (znamy przyczyny i sposoby przeciwdziałania ale brakuje woli politycznej do skutecznych działań), są znakomitym eksperymentem naukowym do obserwowania. Także napływ gatunków obcych. Bo można badać przebudowę i powstawanie nowych ekosystemów, powstawanie i "dostrajanie się" relacji między gatunkami, które po raz pierwszy mają okazję współistnieć obok siebie. Można obserwować procesy konkurencji, drapieżnictwa, pasożytnictwa, symbiozy, sukcesji, cenofilogenezy itd. Raj dla ekologia, biologa i ewolucjonisty.

Niecierpek gruczołowaty produkuje dużo nektaru. To nowa i dobra baza pokarmowa dla owadów zapylających. Na zamieszczonym wyżej zdjęciu widać trzmiela leśnego (Bombus pratorum) na kwiatach niecierpka hmalajskiego. To może dobrze dla owadów zapylających, że pojawił się nowy, obficie nektaryzujący gatunek rośliny, zasiedlającej tereny wilgotne? Ale z drugiej strony zacienia i utrudnia rozwój innych roślin, w tym naszych rodzimych. Czy gatunki obce wnikają w wolne, opustoszałe siedliska (powstałe na skutek działalności człowieka), czy też aktywnie wypierają inne gatunki? Niecierpek himalajski nie jest jedynym gatunkiem obcym. Jest ich więcej. Niepokoi tempo zmian jak i skala. Za dużo i za szybko. Dla ekosystemów i gospodarki zmiany te są zbyt rozległe by spokojnie patrzeć na zachodzące procesy. Tym bardziej, że możemy przeciwdziałać w skali lokalnej jak i globalnej.Tylko nie chcemy, zasłaniając się różnorakimi "teoriami spiskowymi".

Niecierpek himalajski, niecierpek gruczołowaty (Impatiens glandulifera) w naszym kraju uznawany jest za gatunek inwazyjny, groźny dla rodzimej przyrody. Jego świadome wprowadzanie do środowiska jest zabronione przez Ustawę o ochronie przyrody. Od 2012 roku także jego import, posiadanie, prowadzenie hodowli, rozmnażanie i sprzedaż wymagają specjalnego pozwolenia Generalnego Dyrektora Ochrony Środowiska. Ale te prawne i urzędowe działania okazały się nieskuteczne. Nawet mimo kosztownych programów aktywnego usuwania tego gatunku. Jeszcze raz można przypomnieć stare przysłowie, że taniej jest zapobiegać chorobom niż je leczyć (kto nie wyda na kucharza, wyda na lekarza). Politycy (zwłaszcza ci nastawieni populistycznie) nie chcą podejmować kosztownych programów ograniczenia emisji gazów cieplarnianych. W rezultacie znacznie więcej tracimy i wydajemy w wyniku rosnącego efektu cieplarnianego i zmian klimatu. A to jest dopiero początek złego scenariusza, przed którym ostrzegali i ostrzegają naukowcy.

Niecierpek himalajski występuje naturalnie w zachodniej części Himalajów (stąd jego nazwa). Introdukowany został do innych krajów Azji, do Europy i Ameryki Północnej, gdzie stał się uciążliwym gatunkiem inwazyjnym, także w Polsce. Rosnąc masowo, zwłaszcza na terenach aluwialnych, w dolinach rzek, przyczynia się do ograniczenia rodzimej różnorodności biologicznej. Wprowadzony został jako roślina ozdobna i miododajna. Była więc na początku to introdukcja świadoma. Ale gdy "uciekł" do środowiska "naturalnego" sam już się rozprzestrzenia, poza kontrolą człowieka. Podobno jest najwyższą w Europie rośliną jednoroczną. Nie sposób go więc nie zauważyć. Wyższe są oczywiście byliny (ale te nie są roślinami jednorocznymi).

Do Europy niecierpek gruczołowaty został sprowadzony po raz pierwszy w 1839 do Anglii jako roślina ozdobna. Jako roślina zdziczała po raz pierwszy został zaobserwowany w Anglii już w latach 50. XIX wieku. A więc niedługo po sprowadzeniu. Przedostanie się na kontynent również nie zajęło mu wiele czasu, bo zaobserwowano go już ok. 1900 roku. W XX wieku powoli i sukcesywnie rozprzestrzenił się, stając się w wielu krajach europejskich gatunkiem szeroko rozpowszechnionym. Na terenie współczesnej Polski rejestrowany był od 1890 roku, najpierw na obszarze Sudetów, później rozprzestrzeniał się wzdłuż dolin rzecznych na cały kraj. Kwitnie od czerwca do sierpnia, zatem łatwo go zauważyć w czasie wakacyjnych wędrówek. Zapylany jest przez bzygowate (muchówki), trzmiele i pszczoły. A że nektaru sporo to i odwiedzających owadów jest dużo.

Niecierpek himalajski, tak jak nasz rodzimy niecierpek pospolity (Impatiens noli-tangere), ma ciekawy mechanizm rozsiewania się zwany autochorią – dojrzałe owoce, w postaci podłużnych torebek, pękają przy dotknięciu lub potrąceniu, wyrzucając nasiona nawet na odległość 7 m. Nazwa łacińska i polska podkreśla, że "nie cierpi" jak się go dotyka. Niecierpek himalajski jest wyższy od naszego niecierpka pospolitego, zatem dalej wystrzeliwuje swoje nasiona. A jest ich dużo – jedna roślina produkuje ich do 4 tys., i na dodatek zachowują długo zdolność kiełkowania. Są to cechy typowego gatunku inwazyjnego. Tu mała dygresja naukowa - ekolodzy mają doskonałą możliwość zweryfikowania swoich teorii, dotyczących sukcesji ekologicznej, alternatywnych strategii życia czy cech gatunków dyspersyjnych i inwazyjnych.

W Europie niecierpek himalajski (gruczołowaty) występuje w wielu miejscach masowo, zwłaszcza nad rzekami, jeziorami, kanałami i rowami, na terenach zalewowych, na skrajach lasów łęgowych, w zbiorowiskach nadrzecznych, na wilgotnych łąkach. Można go spotkać w miejscach silnie przekształconych przez człowieka (wilgotne siedliska ruderalnych, przy drogach i przy torach, na wysypiskach). Negatywne oddziaływanie (z punktu widzenia gospodarki człowieka) niecierpka himalajskiego dotyczy w szczególności roślin wieloletnich i kwitnących latem, które w wyniku konkurencji z niecierpkiem gruczołowatym powoli ustępują. W dalszej kolejności może to powodować silniejszą erozję brzegów rzek (mniej roślin stabilizujących grunt), co w czasie silniejszych i gwałtowniejszych opadów (jeden ze skutków ocieplenia klimatu), przyczyniać się może do poważnych szkód związanych z powodziami i podmywaniem brzegów (niszczenie budynków i dróg). Wszystkie te zjawiska należałoby wszechstronnie sprawdzić w terenie i należycie zbadać. jednak ze względu na skalę i tempo zmian, nie ma na to szans (także i dlatego, że naukowcy zajęci są pisaniem publikacji punktowanych a nie obserwowaniem wieloletnich zmian). Stąd duża niepewność co do skutków napływu różnych gatunków obcych, w tym niecierpka himalajskiego. Zbadać należałoby także oddziaływania allelopatyczne. W ekosystemie jest wiele gatunków i wiele potencjalnych oddziaływań. Nie da się tego poznać w ciągu jednego roku.

Wnikające gatunki obce ułatwiają osiedlanie się kolejnym, innym gatunkom obcym i inwazyjnym. Pisałem już wcześniej o kiełżach i rybach ze zlewni Morza Czarnego. To samo odnosi się do roślin. Niecierpka himalajskiego spotkać można w zbiorowiska z takimi roślinami jak: kolczurka klapowana (Echinocystis lobata), słonecznik bulwiasty (topinambur, Helianthus tuberosus), nawłoć późna (Solidago gigantea), barszcz Sosnowskiego (Heracleum sosnowskyi), rdestowce (Reynoutria sachalinensis, Reynoutria japonica). Nasze doliny rzeczne i brzegi jezior znacząco się zmieniają. Wraz z innymi roślinami spodziewać się można innych zwierząt (dla jednych bezkręgowców obecność tych roślin jest korzystna, dla innych bardzo niekorzystna). Nadwodny krajobraz mojego dzieciństwa jest już innych niż obserwowany obecnie. Dlatego pisałem, że przyroda widziana przez naszych rodziców i dziadków była inna.

Jak wspomniałem, niecierpek himalajski wytwarza dożo nektaru, dlatego skutecznie wabi zapylacze. Konkuruje więc z innymi roślinami kwiatowymi, które mogą być rzadziej odwiedzane a w rezultacie pogarszają się ich warunki dla tworzenia nasion i ich możliwości rozmnażania i rozprzestrzeniania się. Kaskadowo może to wiązać się z pogarszaniem się warunków pokarmowych rodzimym owadów monofagicznych. Ekosystem jest jak konstrukcja z kart czy klocków domina - przewrócisz jeden element a w efekcie domina przewracają się kolejne. Z braku dostatecznej wiedzy podstawowej bardzo utrudnione jest przewidywanie skutków i przeciwdziałanie im. Z niektórych badań wynika, że w miejscach opanowanych przez niecierpka nastąpiło zubożenie zgrupowań epigeicznych chrząszczy i pluskwiaków różnoskrzydłych, choć nie zarejestrowano zubożenia entomofauny glebowej.

Skoro nie da się zwalczyć to może trzeba zaakceptować i wykorzystać? Kwiaty niecierpka są jadalne, mają słodki smak i w małej ilości można ich używać do jadalnej dekoracji potraw. Kwiaty, liście i miękkie wierzchołki pędów można gotować jak inne warzywa… ale jak piszą w książkach gastronomicznych, za bardzo smaczne nie są. Najwyższa pora na eksperymenty kulinarne, bo jeśli coś nie smakuje to tylko wina kucharza (tworzenie dziedzictwa kulinarnego trwa długo i wymaga wielu różnorodnych eksperymentów). Ważne, żeby rośliny nie były spożywane na surowo, gdyż mają właściwości przeczyszczające i moczopędne. Nasiona są także jadalne (mają przyjemny, orzechowy aromat, można je zjadać nawet na surowo). Na przykład w Nepalu zbierane są w celu tłoczenia oleju, używanego w celach kulinarnych. Co prawda niecierpek himalajski zjadany jest przez bydło, ale nie jest znana ich wartość pastewna. Tu też potrzebne są szczegółowe badania.

Powróćmy na zakończenie do ogólnego zagadnienia. Na czym polega problem z tymi gatunkami inwazyjnymi? Przecież od zawsze wszystkie gatunki rozprzestrzeniały się po Ziemi. Gdyby nie dyspersja, żaden by nie przetrwał bo środowisko nieustannie się zmienia. A po ustąpieniu lądolodu w całości nasza fauna i flora jest „obca”, bo powróciła z refugiów. Lub przybyła w postaci naturalnej dyspersji. Jak odróżnić procesy naturalne od tych generowanych przez człowieka? Czy wszystko, co związane z wpływem człowieka to złe? Na pewno nie. Ale trzeba mieć to pod jako-taką kontrolą. Ocenia się, że oddziaływanie inwazyjnych gatunków obcych jest obecnie jednym z największych – obok utraty siedlisk – zagrożeń dla różnorodności biologicznej na całym świecie (wypieranie gatunków rodzimych oraz przeobrażanie siedlisk a więc utrata bioróżnorodności sumaryczne w skali globalnej).

Botanicy wśród roślin obcego pochodzenia, zawleczonych za sprawą człowieka, wyróżniają archeofity (zawleczone do roku 1500 – taka umowna granica) oraz kenofity zawleczone po 1500 roku. Wiele archeofitów próbujemy przywrócić środowisku. A to dowód, że nie wszystko co obce i za sprawą człowiek to jest złe. W każdym razie na niecierpka himalajskiego patrzymy krzywym okiem. A skoro wroga i intruza trudno się pozbyć, to może go po prostu zjeść?

Czytaj także:

20.08.2018

Wykwit zmienny z Gostynińsko-Włocławskiego Parku Krajobrazowego


Zobaczyłem to coś na złamanym pniu drzewa, jakieś dwa metry nad powierzchnią gruntu, gdy rozglądałem się za chruścikami i innymi owadami wodnymi w rzece Skrwie Lewej. Bo jest i Skrwa Prawa. Skoro są dwie Skrwy w bliskim sąsiedztwie to trzeba je jakoś rozróżniać - w tym przypadku względem rzeki Wisły, do której obie wpadają. Słoneczny dzień ale w lesie przyjemny cień. Na początku pomyślałem, że to taka niezwykle piękna gra światła. Ale byłaby za intensywnie żółta ta plama świetlna. W następnej sekundzie pomyślałem, że to może porost. Ale kształt i położenie nie za bardzo pasowały do żółtych porostów. Grzyb? Też nie. Tak wyglądać może tylko śluzowiec. Niezwykły organizm, który przekracza wszelkie granice i trudno go jednoznacznie zaklasyfikować w systemie życia. Może dlatego, że śluzowce są organizmami archaicznymi, pochodzącymi z czasów, gdy dopiero powstawały wielokomórkowce i rodziło się rozmnażanie płciowe?

Wykwit zmienny, zwany także wykwitem piankowatym (Fuligo septica) - bo to ten gatunek spotkałem i uwieczniłem na zdjęciu - niby niepozorny organizm ale jakże interesujący. Jako przedstawiciel śluzowców jest znakomitym obiektem do opowieści o historii nauki, historii życia i ewolucji a także procesów ekologicznych, obecnie zachodzących na Ziemi. W nazwie ma coś z rośliny - wykwita jak jakiś kwiat (inna nazwa - śluzorośla, także w jakimś stopniu nawiązuje do roślin, ponadto tworzy zarodniki). Ale z roślinami nie ma nic wspólnego. A przynajmniej nie więcej niż ze zwierzętami czy grzybami. Zastanawiam się dlaczego wykwit piankowaty jest tak pięknie, jaskrawo żółty? Jaki jest sens biologiczny takiego ubarwienia? Kogo i dlaczego zwabia lub może odstrasza (ostrzega)? Wiele śluzowców jest kolorowych. Ale dlaczego? Muszę poszukać odpowiedzi na to intrygujące pytanie. Bo przecież w przyrodzie wszystko ma jakiś sens.

Śluzowce przez swoją archaiczność długo sprawiały (i sprawiają nadal) naukowcom kłopot z klasyfikacją (ułożeniem w taksonomicznych przegródkach). Powstały na ziemi jakieś 600 milionów lat temu, choć niektórzy twierdzą, że są dwa razy starsze. Być może są pierwszymi organizmami lądowymi Ziemi. Kiedy rodziła się nowożytna nauka przyrodnicza, śluzowce zaliczono do grzybów. I teraz przeciętny spacerowicz leśny uzna je za grzyby. Tak więc, uznając podobieństwo w formie i wyglądzie do grzybów, na początku śluzowce nazwano Myxomycetes („śluzo-grzyby”). Klasyfikacja śluzowców zmieniała się nie tylko dlatego, że o tych organizmach wiedzieliśmy coraz więcej. Nauka jest systemem całościowym. Wraz z poszerzaniem wiedzy o organizmach żywych inaczej umieszczano śluzowce bo całość naszej wiedzy inaczej była porządkowana. Systematyka jest tylko odzwierciedla zmiany całego systemu naszej wiedzy o organizmach żywych. Tak więc zmiany w klasyfikacji oddają historię nauki. Dostępne książki i artykuły pisane były w różnym czasie, dlatego każdy z łatwością znajdzie różne podejścia i różne klasyfikacje: starsze i nowsze. Ta różnorodność podejść i klasyfikacji może początkującego miłośnika przyrody nieco zdezorientować.

Dawno temu ludzie dzieli organizmy jedynie na rośliny i zwierzęta. Ruchliwe były zwierzęta a nieruchome były rośliny. Wtedy śluzowce (śluzorośla), wraz z grzybami, uważane były za rośliny (ślad tego jest w nazwie z końcówką -rośla - język jak geny, zostawia różne ślady). Z przyczyn historycznych w podręcznikach śluzowce umieszczane były jako klasa roślin zarodnikowych, a w szczególności grzybów. Postępy w poznawaniu świata ożywionego spowodowały wydzielenie trzeciego królestwa - grzybów. I wtedy śluzowce były grzybami (bo najbardziej je przypominały a do dzisiaj śluzowce znajdziemy w książkach dla grzybiarzy). Dzięki kolejnym obserwacjom cyklu życiowego i budowy tych organizmów, naukowcy stwierdzili, że śluzowce z grzybami nie mają wiele wspólnego. Więcej podobieństw dopatrzono się ze zwierzętami (w czasach, gdy do zwierząt zaliczano także pierwotniaki czyli "pierwotne" zwierzęta) i umieszczono śluzowce wśród prymitywnych organizmów nibyzwierzęcych, nadając im nazwę Mycetozoa („śluzozwierz”). Wraz z rozwojem wiedzy przyrodniczej i lepszym poznaniu pierwotniaków (organizmów jednokomórkowych), zaczęto wskazywać na podobieństwo do pierwotniaków, dlatego włączane były do grupy Amoebozoa. Gdy wiedza naukowa wyróżniła jednokomórkowe pierwotniaki (Protista) to i tam znalazły się śluzowce. Przemawiało za tym występowanie form ruchomych (myksoameb i myksopełzaków) oraz odżywianie się poprzez fagocytozę. Jeszcze w końcu XX wieku śluzowce wydzielane były w obrębie królestwa Protista w randze typu Myxomycota i umieszczane wraz z lęgniowcami (Oomycota) w umownej grupie "protistów grzybopodobnych" (protisty to pierwotniaki). W kolejnych latach, wraz z poszerzaniem ludzkiej wiedzy o organizmach żywych,  śluzowce razem z amebami umieszczane były w typie pełzakowców (Amebozoa). Ale gdzie naukowców wielu to i opinii wiele: śluzowce umiejscawiane były w królestwie Protista w różnych jego miejscach. Wyróżnienie bakterii i dostrzeżenie różnic w budowie jądra komórkowego (lub jego braku), pozwoliło podzielić organizmy na Prokariota i Eukartota. Śluzowce niewątpliwie należą do eukariontów. Współcześnie uważa się, że śluzowce stanowią  odrębną i wyjątkową grupę organizmów żywych, dlatego nie można jej połączyć jej z innymi grupami, takimi jak zwierzęta, rośliny, grzyby czy pierwotniakami.

Śluzowce, zwane także śluzoroślami, noszą nazwę taksonomiczną Eumycetozoa, włączaną do grupy Amoebozoa i są eukariontami (to jedno jest pewne i bezdyskusyjne). A że wiedza stale się rozwija i w dyskusji naukowej pojawiają się nowe propozycje, zatem i taka klasyfikacja może ulec zmianie. Bo pozycja systematyczna śluzowców uzależniona jest od wiedzy jako całości (w tym i nowych teorii).  Niezwykła i nieszablonowa biologia śluzowców powoduje, że niektórzy naukowcy optują za wydzieleniem śluzowców w osobne królestwo. Chciałoby się zakrzyknąć "niepodległość dla śluzowców! Chyba nie są grupą jednolitą, bo wydziela się osobno akrazje (łańcuszkorośla). Możliwe, że zostaną uznane za grupę polifiletyczną, czyli śluzowcowy stan organizacji mogły osiągnąć organizmy żywe więcej niż raz i różnymi drogami.  Są jednokomórkowcami, przynajmniej w części swojego cyklu życiowego. Ale łączą się i tworzą duży organizm, prawie jak wielokomórkowiec. Można powiedzieć, że zamarły w dawnej ewolucji powstawania organizmów wielokomórkowych. Jak to się stało, że na Ziemi przetrwały tak pierwotne (w dawnym języku powiedzielibyśmy prymitywne) organizmy? Kiedy wokół tyle zaawansowanych ewolucyjnie i morfologicznie gatunków?

Obecnie żyje na Ziemi kilkaset gatunków śluzowców, są to gatunki kosmopolityczne. Nie mają części twardych (kości, muszli itd.) - trudno zatem spodziewać się skamieniałości. Być może są pierwszymi organizmami, które wyszły na ląd. Ale nie zostawiły śladów w postaci skamieniałości. Możliwe, że w dawnych erach było wśród śluzowców wiele gatunków wyspecjalizowanych. Ale kolejne zmiany środowiska i liczne katastrofy zbierały żniwo w postaci wymierania przede wszystkim gatunków wyspecjalizowanych. W czasach katastrof i wielkich zmian oportuniści ekologiczni radzą sobie lepiej niż specjaliści.

Śluzowce żywią się bakteriami, grzybami (nieraz pochłaniają całe owocniki grzybów), pierwotniakami. A więc małymi organizmami. W pierwszym etapie kolonizowania nieprzyjaznego lądu najpewniej prowadziły glebowy tryb życia. Tylko tu było wilgotno i tylko tu znajdował się pokarm. Jednokomórkowa faza życia wydaje się więc dobrym  przystosowaniem do takiego środowiska (przeciskania się między ziarnami piasku i materii organicznej w glebie).  "Zbieranie się razem" w większy organizm to kolejna faza życia. Jej efektem jest tworzenie zarodników. W jakimś sensie krótkotrwały epizod życia na nieprzyjaznym lądzie. Okres ewolucyjny gdy powstawało rozmnażanie i przemiana pokoleń: diploidalnego i haploidalnego. Głównym sensem biologicznym takiego rozmnażania jest przede wszystkim rekombinacja materiału genetycznego. A dodatkowo zarodniki to stadia przetrwalnikowe.

Stadium wegetatywne śluzowców stanowi wielojądrowa śluźnia, która pełza za pomocą nibynóżek. Porusza się w sposób skoordynowany, reaguje na bodźce (chemotaksja, fototaksja i termotaksja). Można powiedzieć, że najbardziej pierwotne sposoby komunikacji w terenie. Żywią się bakteriami, grzybami (nieraz pochłaniają całe owocniki grzybów), pierwotniakami.

Śluzowce są bez wątpienia archaiczną grupą, sięgającą początków powstania życia na Ziemi (przypuszcza się, że powstały nawet 1,5 miliarda lat temu) i czasu ewolucyjnego powstawiania wielokomórkowców. Są swoistą żywą skamieniałością, pozwalającą ciągle zastanawiać się nad istotą życia i krętymi ścieżkami ewolucji, w tym powstania wielokomórkowców.

Ich archaiczność widoczna jest w cyklu życiowym, który złożony. Wytwarzając zarodniki. Z kiełkujących haploidalnych (posiadających pojedynczy garnitur chromosomów) zarodników powstają przypominające ameby pełzaki lub opatrzone wiciami pływki, przypominające wiciowce (jest to jeden z argumentów, sugerujących polifiletyczność śluzowców). Pływki z czasem mogą odrzucać wici i przekształcać się w pełzaki. Następnie twory te zlewają się parami i powstaje diploidalny (o podwójnym garniturze chromosomów) pełzak, stanowiący początek śluźni. Na tym etapie śluzowce są organizmami zbyt małymi, by dostrzec je bez mikroskopu. Żyją gdzieś w glebie lub innym podłożu, chodzimy obok nich i nie dostrzegamy. W dalszym okresie życia śluźnia zaczyna się powiększać na dwa sposoby. Z jednej strony odżywia się i rośnie, z drugiej zaś, jeśli różne śluźnie tego samego gatunku spotkają się, zlewają się, tworząc jeden, większy organizm. Rozrost przez integrację. Śluźnia w zasadzie jest pojedynczą komórką, zawierającą jednak wiele jąder komórkowych. Taki twór nazywany jest komórczakiem. Komórczakami, oprócz śluzowców jest również większość grzybów. Śluźnia nie wytwarza żadnych zewnętrznych osłon – jest to nagi protoplast, obdarzony zdolnością ruchu. Może tworzyć formy przetrwalnikowe (sklerota) lub formuje zarodnie. Ich sporangia mogą przypominać owocniki grzybów. Są jednak niewielkie, od kilku milimetrów do 1-2 cm.

W okresie rozrastania śluźnia rozwija się w miejscach wilgotnych i wykazuje chemotaksję dodatnią w kierunku wody. Zwykle występuje w miejscach zacienionych, unika światła (fototaksja ujemna). Gdy przygotowuje się do wytworzenia zarodni, przemieszcza się w miejsca suche na powierzchni podłoża (fototaksja dodatnia), unikając jednak miejsc silnie nasłonecznionych. Wyjątek stanowi opisywany wykwit zmienny (Fuligo septica), który wpełza się na gałązki, powierzchnie liści czy tak jak ten na zamieszczonym zdjęciu wyżej, na pnie drzew. Tworzenie zarodni następuje pod wpływem czynników stresujących: wyczerpanie składników pokarmowych, spadek temperatury, zmiany w nasłonecznieniu. Z jednej strony powstają przetrwalnikowe zarodniki (haploidalne, w wyniku mejozy), z drugiej zamykany jest cykl rekombinacji materiału genetycznego, jakże ważny dla procesów ewolucyjnych.

Śluzowce, w tym nasz bohater czyli wykwit zmienny, są zjadane przez owady (zwłaszcza chrząszcze) oraz  grzyby. Ale i człowiek kulinarnie odnosi się do śluzowców. W niektórych krajach spożywa się smażone śluzowce, tworzące duże śluźnie, np. w Meksyku smażona śluźnia Fuligo septica (nasz wykwit zmienny) uważana jest za przysmak. Człowiek zjeść może wszystko.

Ale powróćmy do naszego bohatera, uwiecznionego na zdjęciu. Wykwit zmienny, wykwit piankowaty (Fuligo septica) to jeden z najpospolitszych u nas śluzowców. Pojawia się w lasach i parkach przez cały sezon wegetacyjny, na próchniejącym drewnie i korze różnych drzew, na ściółce, mchach porastających kłody itd. Jako że nie jest jadalny przez człowieka (w europejskim mniemaniu), to grzybiarze nie zwracają zazwyczaj na nie go uwagi. Gołym okiem dostrzegamy jego żółtawe zrosłozarodnie czyli fazę życia „grupowego”.  W stadium życia jednokomórkowego spędzają życie samotnicze, zajmują się tylko funkcjami troficznymi (odżywianie, chociaż nie do końca, o czym za chwilę). Ale gdy poczują „wolę Bożą”, to ciągnie je do wspólnoty, „by wespół zespół by żądz móc wzmóc”.

W życiu śluzowca najpierw jest haploidalny zarodnik (dla przypomnienia u człowieka haploidalna jest komórka jajowa i plemnik). Do wykiełkowania (a więc podobieństwo do roślin i kiełkowania nasion) zarodnik potrzebuje wilgoci i ciepła. U części gatunków, wydostający się z zarodnika, protoplast przyjmuje postać amebopodobnego pełzaka, u innych powstaje opatrzona wicią pływka (można więc powiedzieć, że pływa a nie chodzi), która dopiero po pewnym czasie przekształca się w pełzaka (sporo tych dziwnych terminów biologicznych ale bez tego się nie da opowiedzieć niezwykłego życia śluzowców). To właśnie faza pełzaka powodowała zaliczanie śluzowców do pierwotniaków, w szczególności do ameb.

Pełzaki nie zajmują się tylko jedzeniem, ale im i zapłodnienie „w głowie” (pomijając fakt, że głowy nie mają): łączą się po dwie (ciekawe czy można wyróżnić u nich płcie, skoro komórki są wielkościowo niezróżnicowane?) a ich jądra zlewają się, tworząc diploidalnego pełzaka. Też pełzak ale z podwójną ilością materiału genetycznego. Niby taki sam ale całkiem inny. W stanie odmiennym? Może więc to od tego momentu należałoby rozpoczynać opowieść o cyklu życiowym śluzowców? W każdym razie rozpoczyna się nowy etap życia śluzowca – faza śluźni (plasmodium). Początkowo śluźnia niewiele różni się od pełzaka, jest tylko trochę większa (bo jak tu nie być większym kiedy dwie komórki się połączyły?), śluźnia jest bardziej ruchliwa i ma nibynóżki. Za ich pomocą potrafi poruszać się po podłożu. I taka śluźnia „chodzi sobie” i się dalej odżywia (zjada bakterie, glony, pierwotniaki, mikroskopijne grzyby), rośnie, a jądra komórkowe ulegają podziałom. Gdy śluźnie tego samego gatunku spotykają się, to zlewają się tworząc coraz większy organizm. Coraz większa integracja (bo w kupie siła?). Funkcjonalnie jest to cały czas jedna komórka lecz zawierająca wiele jąder komórkowych (biolodzy nazywają to komórczakiem, znane także u niektórych glonów i pierwotniaków).

Tempo przemieszczania się śluźni nie jest może nadzwyczajne – maksymalnie pół centymetra na godzinę. Chodzi tak sobie po lesie, unikając światła i wybierając wilgoć, kilka dni albo kilka tygodni. Jak już tak się „nachodzi”, porozmyśla o sensie życia (mózgu nie ma, ale my chodząc po lesie rozmyślamy, więc niech będzie jakaś analogia), to następuje czas rozmnażania-zarodnikowania. W zasadzie chodzi o pomnażanie bo nie ma rekombinacji materiału genetycznego (prof. Bohr trafnie rozróżniał pomnażanie od rozmnażania). Bodźcem do formowania zarodni często jest brak pokarmu w środowisku. Ale stymulatorem może być także temperatura czy odczyn pH podłoża. Najczęściej do tworzenia zarodni wymagane jest światło, dotyczy to zwłaszcza śluźni o kolorach żółtych – tak jak u wykwitu zmiennego (ilustracja na fotografii wyżej). Po okresie życia w ciemności lub przynajmniej cienia, dla odmiany szuka sobie światła. Wtedy śluzowce szukają miejsca suchszego i widnego. Wpełzają na różne podwyższenia, pną się do góry. Można jeszcze powiedzieć, że z wyższego miejsca lepiej rozsiewają się zarodniki, ma więc to znaczenie przy dyspersji. Śluźnia przestaje się wtedy odżywiać (a czy i my w okresie amorów nie zapominamy o jedzeniu?) i rozpoczyna się proces formowania zarodni. A w zarodniach powstają zarodniki i cykl życiowy się zamyka.

Dopiero po zarodni można rozpoznać gatunek śluzowca (a my dostrzegamy "grzyba"). Najczęściej zarodnie oddzielone są od podłoża cienką warstwą resztek śluźni i substancji odrzuconych przez organizm, zwaną leżnią.

Dlaczego wykwit zmienny w tym stadium jest intensywnie żółty i widoczny? Czy ma być widoczny np. dla owadów, żeby go znalazły, odżywiały się nim i przy okazji roznosiły zarodniki? Byłoby to jakieś funkcjonalne podobieństwo to kwiatów roślin naczyniowych. A może jaskrawy kolor ma ostrzegać, że jest niejadalny (trujący)? Jeśli uznać, że śluzowce należały do pierwszych organizmów lądowych, to przecież wtedy nie było ani owadów, mogących roznosić zarodniki, ani konsumentów, których należało odstraszać ostrzegawczym kolorem. Jakie więc były najdawniejsze śluzowce? Czy były kolorowe? A może jaskrawe barwy to efekt wielomilionowej koewolucji np. z owadami?

Mały, niepozorny śluzowiec a tyle pytań i ogromnie dużo kwestii do przemyślenia. Polecam poszukać ich na najbliższym spacerze w lesie lub parku. Rozglądajcie się za śluzowcami i włączcie się do dyskusji na jakże zawiłymi kwestiami, dotyczącymi filogenezy, ewolucji życia, sukcesji ekologicznej oraz historii nauki.

Czytaj także: Chodzące grzyby (z dygresjami walentynkowymi)

13.08.2018

Muzeum Romantyzmu w Opinogórze i zębniczek północny

Gdziekolwiek się będzie, tam zawsze można obserwować przyrodę. Nawet w Muzeum Romantyzmu w Opinogórze. Wakacyjna wycieczka rodzinna, nastawiona kulturalnie i historycznie. Ale dziedzictwo przyrodnicze zawsze łączy się z dziedzictwem kulturowym, więc można coś przyrodniczego "w bonusie" zaobserwować.

Muzeum Romantyzmu w Opinogórze po raz pierwszy odwiedziłem prawie 40 lat temu, gdy udaliśmy się na wycieczkę szkolną. W tamtym czasie „przerabialiśmy” romantyzm. Później byłem już rodzinnie, jakieś 18 lat temu. No i w te wakacje kolejny raz. Zmiany ogromne. Na lepsze. Dzięki projektom unijnym i funduszom, odzyskujemy zapomniane (nawet i częściowo) dziedzictwo. Różnorodność regionów ma swój praktyczny wymiar.

Moja uwaga jest jednak ukierunkowana: rozglądam się za starymi parkami podworskimi, przelatującymi owadami, drzewami dziuplastymi i tym co pod nogami pełza. Spacerując w dworskim, romantycznym parku w Opinogórze (ostatnio przebudowany w stylu angielskim a teraz częściowo zrewitalizowany), przyglądałem się starym kasztanowcom. Liście nieco pożółkłe od minujących larw motyla szrotówka kasztanowiaczka (Cameraria ohridella). Ale nie on zwrócił moją uwagę lecz duży grzyb rosnący na starym kasztanowcu. W pierwszej chwili pomyślałem, że to nietypowy źółciak siarkowy (Laetiporus sulphureus). Kształt owocnika wydał mi się znajomy, już gdzieś coś takiego w jakichś opracowaniach widziałem. Zdjęcie zrobiłem trochę niewprawnie – należało jeszcze w zbliżeniu udokumentować kilka szczegółów. Dysponowałem tylko aparatem komórkowym. Okazuje się jednak, że wystarczy (szybko latających ważek nie udało się uchwycić w kadrze).

(Wprawne oko dostrzeże pozostawiony w gałęziach
plastykowy kieliszek. Śmiecacych niestety nigdy
nie zabraknie... Niezbyt chlubne dziedzictwo.)
Wróciłem do domu i zacząłem szukać w moim podręcznym księgozbiorze. Najbardziej podobny był wachlarzowiec olbrzymi zwany także flagowcem olbrzymim (Meripilus giganteus). Jednak opis nie bardzo się zgadzał. Skorzystałem więc z internetu: umieściłem zdjęcie w grupie przyrodników na Facebooku oraz skorzystałem ze sztucznej inteligencji – szukanie obrazu. Pierwsza próba była pudłem, bo sztuczna inteligencja skupiła się na korze i odesłała mnie do jakiegoś dębu. Druga próba była lepsza – znalazłem bardzo podobne zdjęcia i tak trafiłem na kilka stron z opisem zębniczka północnego (Climacodon septentrionalis). Dodatkowe potwierdzenie przyszło także z grupy na Facebooku. Kilkanaście minut i jest już rozwiązanie. Tego gatunku w moich książkach po prostu nie było. Ale nic dziwnego, to gatunek rzadki.

Zębniczek północny (Climacodon septentrionalis) po raz pierwszy dla nauki opisany został w 1821 r. przez Eliasa Friesa, który nadał mu nazwę Hydnum septentrionale. Obecną nazwę, uznaną przez Index Fungorum,  nadał mu w 1881 r. Karsten, przenosząc równczesnie ten gatunek do rodzaju Climacodon (informacje z polskiej Wikipedii). Owocniki zębniczka są jednoroczne, masywne, osiągają szerokość do 50 cm. Składają się z wielu dachówkowato, jeden nad drugim, ułożonych kapeluszy. W stanie świeżym ma przyjemny zapach, ale podczas suszenia nieprzyjemnie pachnie zjełczałym tłuszczem. Smak ma przyjemny. Ani nie wąchałem ani nie kosztowałem, wierzę na słowo (pisane).

Zębniczek północny występuje w Ameryce Północnej, Europie i Japonii. Jest gatunkiem rzadkim w Polsce i wpisanym na czerwoną listę gatunków zagrożonych wyginięciem (Czerwona lista roślin i grzybów Polski). Ma status R (rzadki) – gatunek potencjalnie zagrożony z powodu ograniczonego zasięgu geograficznego i małych obszarów siedliskowych. Znajduje się na listach gatunków zagrożonych także w Niemczech i Danii (za polską Wikipedią). W Polsce podawanych jest wiele stanowisk lecz spotykany jest rzadko. Nie wiem czy z okolic Opinogóry był już wykazywany, niemniej rzadkie gatunki warto odnotowywać.

Z ekologicznego punktu widzenia uznawany jest za pasożyta (wywołuje białą zgniliznę drewna), występuje w lasach liściastych i mieszanych na starych drzewach liściastych. W Polsce zanotowano występowanie na jaworze, kasztanowcu, brzozie brodawkowatej, grabie i buku. Stare parki dworskie nie jedną ciekawostkę przyrodniczą mogą skrywać. A próchniejące drzewa dziuplaste są wartościowym przyrodniczo siedliskiem nie tylko dla grzybów ale i bezkręgowców. Na północnym Mazowszu starych lasów nie ma, jedynym siedliskiem z martwym, próchniejącym drewnem są stare parki podworskie i cmentarze, czasem aleje przydrożne. Ostatnie relikty pierwotnej puszczy. Warto o nie zadbać i nie wycinać pod pozorem cięć „sanitarnych”.

Mam wrażenie, że północne Mazowsze, szybko zmodernizowane, jest nieodkrytym regionem turystycznym z wieloma tajemnicami i atrakcjami (kulturowymi i przyrodniczymi). Nie trzeba jeździć daleko by zobaczyć niezwykłości i nasze dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze. A pomocne w tym są zarówno programy Unii Europejskiej jak i Internet (na jedno i drugie nie brakuje głupawego i nieuzasadnionego narzekania).

Na koniec coś uroczego z Muzeum Romantyzmu (kawiarnia w oranżerii), bo przecież nie samą przyrodą podróżnik żyje (więcej zdjęć na Facebooku).


10.08.2018

Polska i Białoruś - zaskakujące zbliżenie

Gdzieś na Białorusi...
W latach 90. XX wieku na uczelni mieliśmy współpracę z Białorusią. Wcześniej, w ramach WSP w Olsztynie rozwijaliśmy dydaktyczną współpracę z Uniwersytetem w Kaliningradzie - były wyjazdy na konferencje, dyskusje tematyczne i wymiana studentów. A współpraca  z Białorusią zaczęła się od znalezienia w tomiku konferencyjnym abstraktu, dotyczącego źródeł. I były tam wspomniane chruściki (dlatego si,e zainteresowałem). Ten tomik konferencyjny zdobyłem chyba właśnie w Kaliningradzie. W tym czasie w moich zainteresowaniach badawczych były źródła a w szczególności chruściki (Trichoptera) źródlisk. Napisałem do autora i tak się zaczęła współpracą z Instytutem Zoologii Akademii Nauk Białorusi (współpraca systematycznie poszerzana o kolejne osoby). W ramach NGO, w którym się udzielałem, uzyskałem jakiś mały grant na edukację ekologiczną, ale z możliwością zaproszenia na warsztaty osób z byłych krajów socjalistycznych. I tak zaczęła się współpraca, naukowa i dydaktyczna. Bo w bezpośredniej rozmowie znacznie więcej można zaplanować, uzgodnić i wymienić się doświadczeniem badawczym.

W ramach współpracy, już oficjalne między uczelniami i instytucją naukową, zorganizowaliśmy kilka wyjazdów badawczych (z tych wyjazdów pochodzi materiał chruścikowy z Niemna i jego dopływów), braliśmy udział w kilku konferencjach (w Polsce i na Białorusi) oraz trzykrotnie udało się zorganizować wyjazdy studentów na letnie praktyki biologiczne w ramach wzajemnej wymiany. Były także staże kolegów z Białorusi u mnie w Olsztynie. Wymiernym efektem tej kilkuletniej współpracy było kilka wspólnych publikacji oraz opracowanie pierwszej check-listy chruścików Białorusi. Już po powstaniu UWM została podpisana nowa umowa, ale współpraca powoli wygasła. Przyjaźnie pozostały.

W ciągu tych kilku lat, wielu wizyt i długich rozmów mogłem poznać Białoruś i ludzi tam żyjących. Poznać ich problemy dnia codziennego. Był to okres tuż po rozpadzie ZSRR, odzyskanych nadziei oraz wybór Łukaszenki na prezydenta i powolne ale bardzo konsekwentne umacnianie dyktatury. Wielu Białorusinom nie podobał się łukaszenkizm, ciążyli ku Europie i rzeczywistej demokracji. Z ich słów przebijał pesymizm. I ja wtedy swojego dobrego znajomego pocieszałem, że minie trochę czasu a i na Białorusi będzie tak w Polsce, więcej wolności, więcej swobody, zarówno tej kulturowej jak i naukowej. Że ludzie odwrócą się od dyktatury. Wspominałem, że za jakiś czas Białoruś upodobni się do Polski, trzeba tylko cierpliwości i wytrwałej pracy.

W roku 2018 rzeczywiście nastąpiło upodobnienie sytuacji. Ale zupełnie nie w takim kierunku o jakim marzyłem! To Polska w autorytaryzmie i jednopartyjności upodobnia się do Białorusi Łukaszenki. Niestety. Procesy, które ze smutkiem widziałem na Białorusi, teraz wyraźnie następują u nas. Smutne to... Choć dalej pozostaje optymistą. Przejeżdżając przez wiele różnych granic coraz bardziej doceniam Unię Europejską z jej rozwiązaniami. Różnica jest ogromna.Prawdziwa wartość, o która trzeba nieustannie zabiegać i się starać.

A mój przyjaciel dawno już stracił nadzieję na normalność na Białorusi. Przeniósł się do Polski, sprzedał mieszkanie w Mińsku, sprowadził rodzinę. Ja go pocieszałem, ale to on miał rację co do rozwoju sytuacji za Bugiem.

W czasie wyjazdów na Białoruś w wielu miejscach widzieliśmy pozostałości fizyczne jak i mentalne po autorytarnym państwie komunistycznym. Od symboli na budynkach gorsze są pozostałości w sposobie myślenia. Marzy mi się znowu pojechać na Białoruś i odwiedzić rodzinne strony moich przodków. Może już bardziej turystycznie niż badawczo. Choć i to drugie jest bardzo kuszące. Wiele lat temu przygotowywaliśmy wyprawę nad Prypeć. Może teraz by się udało? I chciałbym naocznie zobaczyć i usłyszeć co teraz myślą Białorusini, zarówno ci z ośrodków naukowych (bądź co bądź elita) jak i zwykli ludzie z małych wsi (kołchozów).

Ciągle wierzę w większe otwarcie wschodniej granicy (tak jak jest w Unii Europejskiej) i wolność dla naszych wschodnich sąsiadów. Wiele nas łączy, zarówno historycznie jak i kulturowo. Tak bliską są a jednocześnie tak daleko...

A na koniec kilka pamiątkowych zdjęć.

(Ze studentami przed Instytutem Zoologii Akademii Nauk Białorusi)

(Pobieranie materiału hydrobiologicznego w zbiorniku powyrobiskowym)

(W trakcie badań terenowych nad rzeką Isłocz, przerwa na posiłek)

(Letni obóz ze studentami, środkowa Białoruś, okolice Mińska)

08.08.2018

O uniwersytecie oraz dziedzictwie kulturowym i przyrodniczym - w trakcie metamorfozy

(Jeden z projektów, realizowany wspólnie ze studentami, w olsztyneckim skansenie)

Są takie momenty, gdy zbiera się na wspomnienia. Niektórzy nazywają to suszeniem sieci. Zatrzymanie i refleksja są jak najbardziej wskazane. Dwa powody skłaniają mnie do wspomnień i przemyśleń uniwersyteckich. Po pierwsze zbliża się rocznica 20. lat Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. Powstanie UWM było kwintesencją zmian, jakie zaczęły się dokonywać w polskiej edukacji, w tym także wyższej, po roku 1989. Dyskusje o budowaniu wolnej Polski i naprawianiu edukacji po komunistycznych zniszczeniach, zaowocowały realnymi działaniami. Był zapał budowania, tworzenia i były wielkie nadzieje. Drugim powodem do refleksji jest ustawa 2.0, która już od października zacznie obowiązywać. Ogromne wyzwanie i duże zagrożenie. Jak z tego wyjdziemy? Na tarczy czy z tarczą, i nie myślę tylko w kategoriach pracowników UWM ale przede wszystkim społeczności Warmii i Mazur.

Ponad 5 lat temu, z inicjatywy filozofów rozpoczęliśmy tworzenie interdyscyplinarnego i międzywydziałowego kierunku dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze. Najpierw trudne negocjacje międzywydziałowe, by przełamać lokalne partykularyzmy i swoiste izolacje. Potem przygotowanie dokumentów, umożliwiających utworzenie kierunku. Nie było łatwo, ale się udało. Najpierw uruchomiliśmy studia licencjackie. Po kilku latach - magisterskie. Na samym początku - aby kształcenie było dobrze osadzone w badaniach - powołaliśmy Centrum Badań nad Dziedzictwem Kulturowym i Przyrodniczym.

Pięć lat temu, gdy kierunek był uruchamiany, pisałem, że wtedy rosło moje (ale i nie tylko moje) rozczarowanie współczesnym uniwersytetem, na którym odbywa się masowe, odczłowieczone kształcenie (stąd w naszych planowanych działaniach nacisk na metodę projektu, interdyscyplinarność i odbudowa relacji mistrz-uczeń). Uniwersytet nie rozwija osobowości a daje surogat wiedzy zawodowej. W rzeczywistości ani to zawodowe kształcenie (pokazuje to np. skala bezrobocia u absolwentów) ani nie rozwija osobowości, nie daje poczucia szczęścia. Szczęścia wynikającego z rozumienia świata. Tamte sformułowania są jak najbardziej aktualne w moim odczuciu także i obecnie.

Dyskusja o uniwersytecie jest częścią dyskusji o Europie. Wspólnota Europejska cierpi na utratę (lub brak) tożsamości. Polityczne dyskusje ograniczają się do kwestii ekonomicznych, a to nie wystarcza do utrzymania jedności. Być może najpierw trzeba stworzyć wspólnotę europejską, jako wspólną tożsamość kulturową i ekonomiczną. Skąd nasze, lokalne przyrodniczo-filozoficzne zainteresowanie dziedzictwem przyrodniczym i kulturowy. Bo kultura i ekonomia ściśle są z dziedzictwem przyrodniczym powiązane, co dobrze werbalizuje idea ekorozwoju (szeroko rozumianego rozwoju zrównoważonego). I myślę, że uniwersytety powinny być kuźnią, zaczynem i miejsce budowania tej wspólnoty. Moim zdaniem uniwersytet powinien być liderem w rozpoznawaniu, ochronie i rozwijaniu wspólnego, regionalnego i prowincjonalnego dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego. Na razie takiej roli nie wypełnia, przynajmniej w stopniu wystarczającym. Trzeba więc o to zabiegać.Obawiam się, że Ustawa 2.0 sytuację te pogorszy i zatrzyma powolny rozwój uniwersytetu i jego zakorzenianie się w Regionie.

Sporo się udało, ale na skutek różnych działań (i wcale rzeczywistą przyczyną nie był brak studentów, przynajmniej nie było mniej chętnych niż na innych kierunkach) najpierw zamknięto nabór na licencjat, a niedawno także na studia drugiego stopnia. Nasz kilkuletni wysiłek dobiega końca. Potrwa jeszcze rok (chyba, jeśli nie wznowiony zostanie nabór). Wygasło też Centrum Badań, pomysły nie zostały rozwinięte i nie zakończyły się wspólnymi grantami (były wspólne działania, konferencja i nawet publikacje). Coś się kończy. Pozostało doświadczenie, wiele różnych kontaktów i... wola, by dziedzictwem przyrodniczym i kulturowym dalej się na uniwersytecie zajmować. Trzeba tylko poszukać nowej, wygodnej przestrzeni (mierząc zamiary na siły). Może to tylko diapauza? Faza spoczynkowa? By po przemyśleniach podjąć temat ponownie, już w innej formule?

Trochę więcej: