17.11.2018

Siurek z podwórka


Część wiedzy zdobywamy na podwórku, w grupie rówieśniczej. To świat równoległy, we fragmentach zupełnie odrębny niż świat dorosłych. Dzieci wyrastają ale ich słownictwo, zabawy pozostają w użyciu kolejnych pokoleń. Jak jakaś inna kultura, żyjąca obok nas. Czy jest ciągłość? Ewolucja biologiczna i kulturowa mają wiele wspólnego. Są systemami i dotyczą dziedziczenia oraz rozwoju. Poszukiwanie znaczenie słów jest jak poszukiwanie genów wymarłych gatunków. Gdzieś są, w innych genotypach, pełnią różną funkcję lub są nieaktywne. Czasami pełnią taką samą funkcję lecz w kontekście całości genomu efekty ich działania są zupełnie inne. Etnografia jest jak archeologia i genetyka zarazem.

W moim podwórkowym wieku dziecięcym siurek oznaczał siusiaka. Określenie intymnej części ciała ale nie tak wulgarne jak inne słowa. Było to słowo oczywiste. Ale skąd się wzięło? Czy rodzice tak mówili, czy tylko na podwórku między sobą używaliśmy tego określenia? I czy pochodzi od autochtonów, zaczerpnięte na wsi w Silginach, może na podwórku w Lidzbarku Warmińskim czy w Morągu? A może na wsi na Mazowszu, w Łukoszynie lub w Płocku? Świat dziecięcy jest jak za mgłą, ledwie rozpoznawalny.

Siurkiem nigdy bym się w rozważaniach nie zajmował, gdyby nie pewien drobny fakt. W wieku młodzieńczym przeczytałem książkę. Losy bohaterów toczyły się na tak zwanych Ziemiach Odzyskany. I w tej książce pojawiało się często słowo szurek lub siurek w znaczeniu małego chłopca, chłopaka. Jako słowo neutralne, publiczne i dozwolone. Moim zdziwieniem było odkrycie innego znaczenia, może pierwotnego. I z tym zadziwieniem żyłem kilkadziesiąt lat. Dopiero teraz z tym się ujawniam. Bo przecież na tę część męskiego ciała jakże często mówimy po prosty – mały. Więc może siurek i mały to synonimy? Ale dlaczego w kulturze podwórkowej nabrało nieco nieoficjalnego i brzydkiego znaczenia?

Późniejsze lata przyniosły mi więcej przykładów zmiany znaczenia słów. Gdy czytaliśmy Pana Tadeusza ze zdziwieniem i młodzieńczą radością spostrzegliśmy słowo kutas – na podwórku oznaczające wulgarne określenie na prącie. Tego słowa nie używało się wśród dorosłych, w miejscu publicznym. To dopuszczalny żargon tylko we własnym, chłopackim gronie. A tu masz, lektura szkolna, poważna książka i takie słowo! Można na głos czytać przy nauczycielu! Oznaczające oczywiście zupełnie coś innego, bo wisior. Nazwa dawniej odnosiła się do frędzli noszonych przy pasach szlacheckich kontuszy, dopiero później nabrała znaczenia pejoratywnego. I takie znaczenie  z kontekstu wynikało. Podobnie z nazwą jeziora Płocidupa (teraz brzmi brzydko, ale kiedyś nie miała takiego wydźwięku - czytaj więcej). Znaczniej wulgarniejsze i zakazane znaczenie miało słowo chuj (w moich dziecięcych latach najczęściej pisane przez h, bo i ortografia była słabiej znana). Jeszcze do niedawna myślałem, że słowo pochodzi z łaciny. Moja żona chodziła do klasy humanistycznej z łaciną. Jej koledzy z wielką ochotą odmieniali słowo chuj – on, na lekcjach łaciny. To łacińskie słowo jeszcze w niektórych językach funkcjonuje, np. who, choć już w nieco zmienionym brzmieniu i pisowni. Byłem więc przekonany, że trafiło do ulicznej „łaciny” od warstw wykształconych. Bo gdzieżby chłop znał łacinę?! Ale niedawno w wikisłowniku znalazłem zupełnie inne, i jak najbardziej „chłopskie”, kmieciowo-słowiańskie wytłumaczenie etymologii: "staropolska nazwa osobowa „chuj” wywodzona jest od prasł. *xujь → cierń, kolec (w korelacji z prasł. *xvoja, *xvojь → choina, chojna, gałęzie szpilkowe), od praindoeur. *skhujā → kolec (stąd np. litew. skujà → choinka). ogsłow., por. ros. хуй → chuj • białor. хуй → chuj • ukr. хуй → chuj • bułg. хуй → chuj • czes. chuj → chuj • kasz. chùj → chuj • słc. chuj → chuj (https://pl.wiktionary.org/wiki/chuj).

Gdy zapytałem znajomych z różnych części Polski, to nie wszędzie o siurku (szurku) słyszeli. Znali po prostu siusiaka. Więc może siurek ma jakiś regionalnych, geograficzny i kulturowy kontekst? Czy odnosi się do dawnych Prus Wschodnich i wywodzi się może z języka niemieckiego? A może ze staropruskiego? I cóż to słowo pierwotnie oznaczało i jaka ma etymologię? Tego na razie nie wiem.

Ciekawy efekt dało szukanie siurka w internecie – istnieje w postaci imienia i nazwiska! Skoro tak, to kiedyś nie mogło mieć znaczenia, w jakim używaliśmy je na podwórku. Imię Siurek zostało odnalezione 5 razy (z obszaru USA), a jako nazwisko co najmniej 122 razy, w co najmniej 4 krajach. W Polsce najczęściej w Łódzkiem, a więc w Centralnej Polsce.

Gdy sięgnąłem do słowników, to odkryłem ogromne bogactwo współczesnych synonimów słowa siurek - jako synonim słowa gówniarz (czyli mały chłopiec, pogardliwie). Pełna lista synonimów siurka jest znacznie dłuższa: chłopaczyna, chłopaczysko, chłopczyna, chłopczysko, chłopek, chłopiątko, chłopiec, chłopię, chłoptaś, chłoptyś, chmyz, gnojek, gnój, gołowąs, kawaler, kilkulatek, kilkunastolatek, malec, malizna, małolat, małolatek, młodziak, młodzian, młodzieniaszek, młodzieniec, młodzik, młokos, nastolatek, niedorostek, pacholę, podrostek, przedszkolak, smark, smarkacz, smarkaty, smarkul, smrodek, smród, szczawik, szkrab, usmarkaniec, wyrostek, zasmarkaniec, bachor, bęben, bękart, chłopczyk, chłystek, czort, dziecko, gówniarz, kajtek, knot, maluch, pędrak, pętak, przedszkolaczek, psisko, smyk, srajdek, sraluch, szczeniak, szczyl, zafajdaniec, chłopak, żółtodziób, bąk, berbeć, bobas, bobo, brzdąc, dzidzia, dzidziuś, dzieciak, fąfel, grzdyl, łobuz, nieletni, skrzat, neptek, pętaczyna, bączek, córka, członek rodu, czmych, drobina, dzieciątko, dziecina, dziecior, dzieciuch, infant, istotka, jedynaczka, jedynak, kruszyna, kruszynka, latorośl, maleństwo, maluszek, małe dziecko, mały, mały chłopiec, milusiński, niemowlę, noworodek, odrobina, osesek, pociecha, podopieczny, potomek, smyczek, stworzonko, syn, synek, synuś, szczaw, bobasek, człowieczek, dziatki, dziecię, dzieciszczko, karzełek, neonatus, niemowlak, niewiniątko, nowonarodzony, wcześniak, członek, fallus, interes, penis, prącie, przyrodzenie, ptaszek, siusiak, kuraś, pision, pisiorek, siusiek, susiak.

Synonimy słowa „siurek” z podziałem na grupy znaczeniowe:

  • siurek - np. pogardliwie o młodym chłopcu
  • siurek - np. jako obraźliwe określenie małego chłopca
  • siurek - np. w kontekście lekceważącym o dziecku
  • siurek - np. w odniesieniu do młodego chłopaka
  • siurek - np. w sensie potocznym o małoletnim
  • siurek - np. jako potoczne określenie nieznośnego dziecka
  • siurek - np. jako określenie małego dziecka
  • siurek - np. potocznie o nieposłusznym dziecku
  • siurek - np. jako określenie młodego chłopca
  • siurek - np. w odniesieniu do potocznego określenia niemowlaka
  • siurek - np. w odniesieniu do członka męskiego
  • siurek - np. w sensie potocznym o męskim członku
  • siurek - np. wulgarnie o dziecku

I co było pierwsze w języku polskim: szurek czy siurek? Może kiedyś znajdę odpowiedź na te nurtujące pytania z dzieciństwem i podwórkiem w tle. A może ktoś zna odpowiedź i mnie oświeci?

Moje podwórko w Morągu, rok 2017. Zostały wspomnienia, wszystko inne się zmieniło. Wtedy nie było samochodów, było więcej miejsca dla nas, na zabawy. Tam, gdzie widać nowy blok, w głębi, były ogródki. 

14.11.2018

Rozwój biologiczny człowieka - podręcznik akademicki

Podręcznik akademicki, po który mogą sięgnąć wykształceni rodzice. Bo z podręczników akademickim można korzystać nie tylko w czasie studiów. Przyda się nauczycielom i światłym rodzinom. Lub ciekawym wszystkiego pożeraczom literatury faktu. Zasadniczo podręcznik jest adresowany do studentów kierunków studiów z obszaru nauk przyrodniczych, medycznych i nauk o zdrowiu, humanistycznych i społecznych oraz wszystkich zainteresowanych zmianami fizycznymi dokonującymi się w czasie życia osobniczego człowieka. A dodatkową zachętą do lektury niech będą te słowa: "współczesne odkrycia nie są logiczną konsekwencją tego co wiemy, do tego doszły już miliony badaczy i myślicieli przed nami. W odkrywaniu nowych prawd bardziej pomaga ignorancja niż świadomość znanych prawidłowości, bowiem ich uwzględnianie nie pozwala na większą swobodę wyobraźni."

Rozwój biologiczny człowieka od poczęcia do śmierci autorstwa Marii Kaczmarek i Napoleona Wolańskiego. (ISBN 978-83-01-20062-6), opasłe kompendium, liczące 740  stron, dostępne także w formie elektronicznej (IBUK, EPUB/MOBI). Ukazało się dziewiąte wydanie.  Jakie tematy porusza? Sprawność człowieka, biologia człowieka, fizjologia człowieka, zdrowie, antropometria, gerontologia, dymorfizm płciowy, ontogeneza, psychologia człowieka, auksologia, ekologia człowieka, antropologia rozwój człowieka. Osobiście najbardziej zainteresowany jestem ekologia człowieka. Książka zawiera dużo standardowej już wiedzy ale i sporo nowości, np. dotyczących genetyki i epigenetyki. Jest to jak najbardziej aktualny stan wiedzy, dobrze uporządkowany i przejrzyście podany czytelnikowi.

Podręcznik omawia aspekty rozwoju, genetyczne i poza genetyczne czynniki rozwoju osobniczego człowieka (mnie zaciekawił na przykład dobór małżeński), rozwój struktury i funkcji w ontogenezie wraz z mechanizmami rozwoju, etapy rozwoju osobniczego człowieka od zygoty do śmierci, okresy krytyczne i przejściowe w ontogenezie człowieka i ich powiązania ze zdrowiem i jakością życia, dymorfizm płciowy, cykle i biorytmy w rozwoju ontogenetycznym człowieka, międzypokoleniowe przemiany przebiegu ontogenezy, metody i techniki badań oraz modele rozwoju biologicznego człowieka. Lekturę ułatwia zestawie symboli i skrótów oraz dołączony słownik wybranych terminów z zakresu rozwoju biologicznego człowieka.

W nowym wydaniu autorzy w sposób całościowy starają się odpowiedzieć na niezwykle interesujące pytania: jak i w jaki sposób z pojedynczej komórki, zapłodnionej komórki jajowej rozwija się dojrzały, dorosły organizm ludzki, człowiek zdolny do pełnienia swoich ról biologicznych (zapoczątkowania życia nowego pokolenia) i społecznych. Jak i w jaki sposób człowiek się starzeje? Jaką rolę w procesie rozwoju człowieka odgrywa środowisko i wybrany styl życia? Zebrana w tym podręczniku wiedza z antropologii biologicznej, auksologii i gerontologii przynosi odpowiedzi na te pytania i ma inspirować do dalszego samodzielnego studiowania omawianych w podręczniku zagadnień. A studiować można przecież w każdym wieku i każdym momencie życia.

W obecnym wydaniu, oprócz zaktualizowanej wiedzy, między innymi z genetycznych badań cech ilościowych, pojawiają się dwa nowe rozdziały: eksponujący okresy krytyczne i przejściowe w ontogenezie człowieka ze względu na ich potencjalne skutki dla zdrowia i jakości życia oraz metodyczny, opisujący metody i techniki oraz modele konceptualne i matematyczne stosowane w badaniach nad rozwojem biologicznym człowieka. Ponadto, nowym akcentem jest przeniesienie do oddzielnego rozdziału na końcu podręcznika dyskusji terminologicznych, uwag polemicznych, ciekawostek, odniesień do zasobów internetowych stanowiących uzupełnienie głównych treści podręcznika.

W podręczniku znajdziesz:
  • aspekty rozwoju 
  • genetyczne i poza genetyczne czynniki rozwoju osobniczego człowieka 
  • rozwój struktury i funkcji w ontogenezie wraz z mechanizmami rozwoju 
  • etapy rozwoju osobniczego człowieka od zygoty do śmierci 
  • okresy krytyczne i przejściowe w ontogenezie człowieka i ich powiązania ze zdrowiem i jakością życia 
  • dymorfizm płciowy 
  • cykle i biorytmy w rozwoju ontogenetycznym człowieka 
  • międzypokoleniowe przemiany przebiegu ontogenezy 
  • metody i techniki badań oraz modele rozwoju biologicznego człowieka
Informacja o autorach:
  • Maria Kaczmarek - profesor nauk biologicznych; stanowisko: profesor zwyczajny; Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Wydział Biologii, Instytut Antropologii, kierownik Zakładu Biologii Rozwoju Człowieka
  • Napoleon Wolański - antropolog, auksolog i ekolog, emerytowany profesor, wykładowca na wielu zagranicznych uniwersytetach; twórca polskiej auksologii; współtwórca światowej ekologii człowieka, współorganizator wielu światowych konferencji ekologii człowieka; członek rzeczywisty Meksykańskiej Akademii Nauk, członek honorowy wielu towarzystw antropologicznych w Polsce i w świecie. Autor setek publikacji wydanych w Polsce i za granicą.

(Z patronatem medialnym bloga Profesorskie Gadanie)

12.11.2018

Wtyk amerykański, z dygresjami o cenofilogenezie

 Wtyk amerykański, 
Gryfice, zachodniopomorskie, 06.11.2018 , fot. Żaklina Kańczucka
Niezwykłości przykuwają większą uwagę niż rzeczy zwykłe. Dotyczy to także zjawisk przyrodniczych. Piszemy częściej o gatunkach rzadkich, chronionych, czy obcych. O pospolitych piszemy niewiele (w publikacjach, w prasie). Wydają się po prostu oczywiste i pospolite. Podobnie w mediach informacje o wypadkach pojawiają się znacznie częściej niż o bezwypadkowych, bez krwi, nieszczęść czy sensacji. Jednym słowem nadreprezentatywność niezwykłości, sensacji, wyjątkowości.

Niezależnie od tego przyroda wokół nas szybko i znacząco się zmienia. Nie tylko zmieniają się całe ekosystemy za sprawą działalności człowieka, ale wiele gatunków niegdyś pospolitych staje się coraz rzadsze, inne wymierają. Pojawiają się także zupełnie nowe. Czasem były wokół nas ale teraz stają się dużo częstsze i pospolitsze. Czasem przybywają z daleka i są całkowicie nowe dla nas i ekosystemów nas otaczających.

Wtyk amerykański, 
Gryfice, zachodniopomorskie, 06.11.2018 , fot. Żaklina Kańczucka
Wtyk amerykański (Leptoglossus occidentalis) z rodziny wtykowatych (Coreidae), kuzyn naszego pospolitego wtyka straszyka (Coreus marginatus) jest sporym pluskwiakiem, który po raz pierwszy został stwierdzony (czyli zaobserwowany i udokumentowany) w Polsce w 2007 roku (we Wrocławiu u okolicach Krakowa – w Miechowie). Potem pojawiło się więcej doniesień z różnych części kraju o jego obecności. Bo uwaga przyrodników została już ukierunkowana. Na ogół, jak coś spotykamy dla nas nowego, to sięgamy do atlasów, przewodników, kluczy do oznaczania z fauną krajową. Jeśli nie możemy znaleźć, to uznajemy, że może w kluczu tego gatunku nie ma (wiele jest jeszcze luk w opracowaniach fauny krajowej). Albo czasami mniej wprawni obserwatorzy wybierają najbardziej podobny gatunek i uznają, że to właśnie on. Ogromne zmiany przyrody wymuszają poszukiwania w opracowaniach zagranicznych oraz ciągłego aktualizowania zestawień krajowych (czego przykładem jest na przykład niedawno wydany Atlas płazów i gadów Polski).

Wtyk amerykański w swoim naturalnym środowisku (Meksyk, Kanada, USA) jest uważany za szkodnika drzew iglastych. W Europie po raz pierwszy odnotowany został w 1999 roku (we Włoszech). Z ziemi włoskiej do Polski... chciałoby się powiedzieć. U nas także spotkać go można w lasach sosnowych, na zrębach, w ogrodach. Nawet w miastach i na osiedlach, bo tam też są drzewa iglaste, w tym sosny. Dorosłe i larwy wtyka amerykańskiego wysysają nasiona z szyszek sosnowych, prawdopodobnie także innych drzew iglastych (jak będziecie mieli okazje, to poobserwujcie, może coś nowego dla wiedzy uda się zobaczyć). Dlatego uważany jest za szkodnika. Jako gatunek nowy w naszych ekosystemach zapewne nie ma jeszcze "wrogów naturalnych", np wyspecjalizowanych drapieżników czy chorób. Ale to kwestia czasu. Proces takiego "wrastania" w ekosystemy można określić jako filocenogeneza. Nie tylko sukcesja ekologiczna (czyli wymiana gatunków w ekosystemie) ale także ewolucyjne dostosowywanie się (dopasowywanie) gatunków do siebie. Dlatego pojęcie filo- (nawiązujące do filogenezy, w tym przypadku nie grup systematycznych ale całego ekosystemu), ceno- (odnoszące się do zbiorowiska zgrupowania) i -geneza (powstawanie, tworzenie się). I to wszystko dzieje się na naszych oczach na dużą skalę. Jest co obserwować i notować. Bo są to procesy długotrwałe. Potrzebne więc długotrwałe obserwacje i skrupulatne gromadzenie notatek. By za jakiś czas statystycznie analizować duże zasoby danych a nie pojedyncze obserwacje.

Wtyk amerykański należy do gatunków obcych szybko zauważonych a to dlatego, że pojawia się w naszych domach, w których szuka miejsc do zimowania. Zimuje w stadium imago (owada doskonałego). Ze względu na szybko powiększający się areał występowania został zaliczony do gatunków inwazyjnych. A swoją drogą ciekawe jest, kiedy wtyka amerykańskiego ktoś zaobserwuje w Olsztynie.

11.11.2018

Gęsina, św. Marcin i świętowanie (niepodległości)

(Degustacja potraw z gęsiny)

W listopadowy, pogodny weekend w Iławie spotkałem gęś, która łączy. Łączy przez dzielenie się i ułatwia mądre świętowanie. Tylko pozornie wydaje się to paradoksem. Kluczowe jest słowo „się”. Ale od początku, czyli od jajka. Tym razem gęsiego. Na zaproszenie Iławskiego Stowarzyszenia Producentów Gęsi uczestniczyłem w dniach 9-10 listopada w konferencji „Walory smakowe i odżywcze gęsiny”. Nad Jeziorakiem Małym, w pięknych budynkach Starego Tartaku rozmawialiśmy o dziedzictwie kulinarnym i kulturowych, związanym z gęsiną. Zaczął się także rodzić pomysł na współpracę wokół gęsiego szlaku przez Warmię, Mazury i Powiśle. Pomysł musi się uleżeć, tak jak długo pieczona gęś (minimum 7 godzin w piekarniku). Albo jak jajko, wysiadywane długo, zanim się pisklę wykluje. Za jakiś czas może uda mi się napisać coś więcej i bardziej konkretnie.

Gęś jest za duża, by zjeść ją samemu. Swoim jestestwem prowokuje więc i inspiruje by zaprosić innych i podzielić się z bliźnimi. A przy okazji pobyć razem. Tak buduje się wspólnotowość. A przy rozmowach odkrywa się dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze.  Z wykładu profesora Jarosława Dumanowskiego z Torunia, jak również z wydawnictw Iławskiego Stowarzyszenia Producentów Gęsi, dowiedziałem się wiele o odradzającej się tradycji gęsiny na świętego Marcina. 11 listopada przypada święto tego patrona. Podobno tego dnia odbył się jego pogrzeb. Ale dużo wcześniej Święty Marcin podzielił się z ubogim połową swego płaszcza. A później narodziła się legenda z gęsiami i gęsiną. Chrześcijańska tradycja nawarstwiła się na wcześniejsze, różnorodne zwyczaje, symbole i jesienne korzystanie z gęsiny. Według jednej legendy, gdy wybrano św. Marcina biskupem, ten schronił się do gęśnika, bo nie chciał zaszczytów. Ale gęsi gęganiem wydały jego miejsce schronienia. Według innej legendy św. Marcin przejadł się gęsiną i zmarł (morał z tego płynął taki, że trzeba dzielić się z innymi a nie jeść tylko samemu). W każdym razie listopadowe konsumowanie gęsiny wiązało się z jesiennym zbieraniem plonów, tworzeniem zapasów i przygotowywaniem się do zimy w społeczeństwie agrarnym. Gęsi w tym czasie były najlepiej podtuczone i najsmaczniejsze. Już od średniowiecza tradycja świętomarcińskiej gęsiny mocno się w Europie zakorzeniła. Dzielenie się dotyczyło nie tylko gęsiny ale i na przykład rogali, znanych w Poznaniu.

W każdym razie gęsina jest zdrową żywnością, bo ptaki te nie dają się zagonić do chowu klatkowego. Muszą żyć na wybiegu i odżywiać się naturalnymi paszami. A że ptak jest duży, to ułatwia dzielenie się z innymi. Zachęca do wspólnej uczty z pieczoną gęsią i zbiorowym świętowaniem. I tu dochodzimy do 11 listopada jako święta narodowego, związanego z odzyskaniem niepodległości. Skojarzenie z indykiem i amerykańskim Świętem Dziękczynienia samo się narzuca. Rozmaicie celebrujemy własne, niepodległościowe święto. Na spotkaniu w Iławie dostrzegłem, że świętowanie przy wspólnej, pieczonej gęsi ma bardzo sensowną perspektywę. Radosnego, wspólnotowego świętowania i jednocześnie dzielenia się. Dzielenia, które ubogaca zarówno darującego jak i obdarowanego. Daje to całkiem nowy asumpt do świętowania narodowego. Taki wspólnotowy, pokojowy patriotyzm dnia codziennego, skromnej pracy, prostych czynności i biesiadowanie z innymi. Mam nadzieję, że tradycja gęsiny na 100 różnych sposobów powróci jako odzyskane dziedzictwo kulturowe i ubogaci także i sposób świętowania 11 listopada. Coś dla tych, co nie przepadają za militaryzmem a cenią sobie urok codziennego, wspólnotowego życia z tłem do pogłębionego dzielenie się z innymi. Na przykład dziedzictwem kulturowym i kulinarnym.

Gęsina w swym głębokim kulturowym dziedzictwie zachęca do odkrywania historii i smaków. Jak również podróżowania po Warmii, Mazurach i Powiślu, odwiedzaniu miejsc nie tylko kulinarnych ale i różnych kontekstów kaligraficznych (wszak kiedyś pisano gęsim piórem), w poszukiwaniu unikalnych produktów, usług i doznań.

(Warsztaty robienia sałatek z gęsina, fot. Wimlandia)

06.11.2018

Nauka dąży do precyzji a sztuka poszukuje piękna


Nauka dąży do precyzji przekazu (wypowiedzi), nawet jeśli odbywa się to kosztem piękna. Sztuka poszukuje piękna (lub innych symbolicznych wartości) nawet kosztem precyzji przekazu. Skupia się na formie a nie komunikatywności przekazu. Dlatego autorzy-artyści często nie są rozumiani przez odbiorców (tak jakby tego chcieli). Coś komuś wydaje się brzydkie, innemu wydaje się wulgarne, jeszcze innemu obraźliwe, obrazoburcze. Bo nie rozumiemy przekazu (czasem nie wykazujemy chęci by zrozumieć). Tak jakbyśmy słuchali opowiadania w obcym, nieznanym języku. Wydaje się nam bez sensu. Czytając rumuńskie teksty można znaleźć słowo „dupa”. Czy na tej podstawie interweniować, że ktoś wypisuje brzydkie słowa? Bo my, w tekście się doszukaliśmy wulgaryzmu? Czasem ludzie wyśmiewają się z nauki (z konkretnych prac czy tematów badawczych). Bo czegoś nie rozumieją, bo wydaje się śmieszne, bezwartościowe.

Sztuka to inny wymiar komunikacji. Warto jednak podkreślić, że nie wszystko, co jest tworzone jest wartościowe. Zarówno w sztuce jak i nauce. Sama forma (sposób wyrazu)  nie nadaje jeszcze wartości. Nauka dąży do precyzyjnego zdefiniowania symboli i znaków, do precyzji i jednoznaczności wypowiedzi. Sztuka to inny sposób przekazywania treści. Sztuka to kontekst i rozumienie (odcyfrowywanie). Tak jak język (pismo): są literki... ale w innym języki słowa są zapisane i czytający nic nie zrozumie. Albo rozumie zupełnie opacznie.

Bez kontekstu niewiele można zrozumieć. Dla jednych sztuka dla innych bazgroły. Kontekst i przekaz są podstawą do rozumienia. Trzeba wykazać jednak gotowość i chęć poznania kontekstu. Nie udaję, że się znam. Tak było niedawno z pracami wystawionymi w pewnej małej, publicznej galerii w mieście z szuwarami i jeziorami. Tu i ówdzie wybuchło święte oburzenie. Doszukiwano się obrazy uczuć religijnych i szargania symboli narodowych. Byłem, widziałem te prace, nie doszukałem się takiej interpretacji. Ale każdy spostrzega świat przez swoje wnętrze, doświadczenia, wyobrażenia o świecie.

Tu mała dygresja ze starą anegdotą o pacjencie, który pojawił się u psychiatry. Ten pokazywał mu różne obrazki, figury, symbole i pytał, co mu to przypomina. Pacjent konsekwentnie opowiadał o erotycznej części ciała. Na pytanie lekarza, dlaczego wszędzie widzi ten aspekt, odparł "bo pan doktor same świństwa mi pokazuje". Zatem nie same symbole i obrazki ale sposób patrzenia i odczytywanie tych obrazków przez samego pacjenta-widza decyduje co on zobaczy. I jak zinterpretuje przez pryzmat własnego wnętrza, pragnień, oczekiwań, własnego modelu świata. Interpretowanie sztuki to nie tylko opowieść o artyście ale także o widzu. To co czuje i dostrzega ten pierwszy jak i ten drugi.

Byłem w tej galerii, prace wystawione widziałem. Nie zachwyciły mnie. Nie rozumiem, nie fascynują mnie, nie podobają mi się, bo nie rozumiem intencji. Kontekstu. Trzeba się zapoznać. Ja zwróciłem uwagę na zupełnie inne detale (przykłady zamieściłem w tym wpisie). Nie rozumiem ale nie potępiam w czambuł, bo nie wykazałem własnego wysiłku by spróbować zrozumieć. Co poeta –artysta miał na myśli? Na górnym zdjęciu (fragment pracy) ja doszukuję się grzyba, fosforyzującego. Ktoś inny w trójkącie być może zobaczy Oko Opatrzności, symbol Boga. Ktoś inny Osobę na krzyżu (trzy krzyże to symbol). I inaczej zinterpretuje poświatę. Ja powiązałem ją z grzybami halucynogennymi. Nawet interpretacja jednego fragmentu może być bardzo różna. A możliwości jest zapewne dużo więcej. Żeby odczytać przekaz trzeba coś dopowiedzieć, uzupełnić obraz wizualny inną, komplementarną formą komunikacji. W nauce jest inaczej, bo tam dążymy do precyzji i jednoznaczności - by każdy odczytał jednakowo. Tyle, że symbole i pojęcia naukowe też trzeba umieć odszyfrować. Do tego potrzebna własna nauka i wysiłek. Żeby zrozumieć symbole matematyczne, logiczne, terminy biologiczne czy chemiczne, trzeba czasami kilku lat pracy. Być może ze sztuką jest podobnie.

We wspomnianej, miejskiej galerii prace powstały w czasie zbiorowego tworzenia. Więc może odczytywać to należy w kontekście społecznych, ulicznych myśli? Ponoć uczestniczyli przechodnie, czyli w części zupełnie przypadkowi ludzie. Całość pewnie się jakoś sumowała i odczytywać to być może trzeba jako odbicie ulicznych myśli tu i teraz. To ich wyraz, ekspresje (ich, czyli przechodniów). Ich trzeba pytać, co chcieli wyrazić i dlaczego. Nieco później odbywały się wybory samorządowe w cieniu seksafery, podejrzenia o gwałt, molestowania. Być może te fallusy narysowane przez przechodniów wynikają z podobnego odczuwania „ulicy”, okalającej tę galerię atmosfery i rzeczywistości społecznej? A może oddają klimat ulicznych bazgrołów w miejscach publicznych? Czy one piękne są? Uładzone, dopracowane, grzeczne?

Sam obraz nie wystarczy, potrzebna dopełniająca opowieść. O intencjach przekazu artystów, opowieść o sytuacji, w której te prace powstawały z udziałem ulicznej publiczności. O tym, co chcieli autorzy osiągnąć i co pokazać. Osądzający nie pytali, wydawali wyroki. Jest takie stare, żydowskie przysłowie „głupiemu nie pokazuj roboty w połowie” (bo nie zrozumie). Dobrze pasuje do takich sytuacji jak ta.

Bo teraz na sztuce zna się każdy. Na nauce także. I na wszystkim. I na szczepionkach, i na klimacie. Ekspertem jest każdy, komu przystawią mikrofon, kogo postawią przed kamerą, kto dorwie się do kredki czy pędzla lub ma możliwość publikowania słów w mediach. "Ekspert" bez refleksji i samokrytyki. Stąd tak liczne wypowiedzi. I nie byłoby nic złego, gdyby nie fakt odsądzania od czci i wiary i domagania się konsekwencji wobec artystów, pracowników wspomnianej galerii, z zawiadomieniami do prokuratury włącznie... . Chęć karania za domniemane winy. I to bez wcześniejszej chęci (nawet próby) zrozumienia. Łatwo i bez wysiłku....


04.11.2018

Zadaję z sensem - akcja nauczycieli


Zadaję z sensem to kampania społeczna, mająca na celu promowanie empatycznego spojrzenia na zadanie domowe, czyli albo unikanie zadawania zadań w ogóle, a jeśli zadajemy, to zgodnie z przemyślaną logiką i świadomością praw dziecka do wolnego czasu (tak, programy są przeładowane). Organizatorzy i pomysłodawcy chcą połączyć tą akcją nauczycieli, uczniów, rodziców oraz media i instytucje, którym na sercu leży dobro młodych ludzi. Dobro edukacji. A więc i dobro naszej przyszłości.

Nauczyciele, którzy zainicjowali tę akcję, chcą zadawać zadania domowe z sensem. Chcą tworzyć szkoły, do których dzieci chętnie uczęszczają. Wiedzą, że obecnie nie jest łatwa sytuacja (duży chaos wywołany zła i pospiesznie wprowadzoną reforma oraz nakładającymi się od wielu lat procesami). Dzielą się pomysłami na ciekawe zadania domowe, wspierają się. Uczą się  jeden od drugiego.

Dwa artykuły ze szczegółowym opisem kampanii (warto zajrzeć by dowiedzieć się więcej):

Więcej na Fan Page: https://www.facebook.com/pg/zadajezsensem/

Wesprzyj, jeśli zależny ci na dobrej edukacji.

03.11.2018

Między pluralizmem i demokracją a dyktaturą

"Prezentujący kwartalnik [chodzi o Aneks] tekst wstępny (....) zbudowaliśmy wokół tezy, że zasadniczy podział w Polsce nie przebiega wedle klas ani na kraj i emigrację, tylko na zwolenników społeczeństwa pluralistycznego i demokratycznego oraz na stronników dyktatury."

Słowa wypowiedziane blisko 50 lat temu, w zupełnie innych czasach i innej sytuacji. A przecież są tak bardzo aktualne i prawdziwe. Dobrze oddają stan polskiego społeczeństwa i procesów, które się nie tylko obecnie dzieją. Być może ten sposób patrzenia na świat (pluralizm, demokracja kontra autorytaryzm i dyktatura) jest bardzo głęboki i ciągle istotny (uniwersalny, nie tylko polski). Zmieniają się ustroje (socjalizm, wolna i liberalna Polska), a spór o wizję świata nie ustaje. Czasem chyba nabiera intensywności w czasie przesileń.

Choroba ma to to siebie, że leżąc w łóżku można więcej poczytać. Właśnie skończyłem lekturę "... bardzo dawno temu, mniej więcej w zeszły piątek...", rozmowę Aleksandry Pawlickiej z Janem Tomaszem Grossem (wydana w 2018). Bardzo pouczająca lektura. Nie czytałem książek Grossa, ani Sąsiadów: historia zagłady żydowskiego miasteczka, ani Strachu, ani Złotych żniw. Teraz chyba do nich sięgnę.

Z każdej lektury można wyczytać coś dodatkowego, niby marginalnego i poza tematem. Dla mnie było na przykład zacytowane wyżej zdanie. W kontekście współczesności wydaje się nad wyraz trafne i ponadczasowe. Te dwie różne postawy wobec świata widać chyba nawet w życiu codziennym, w nawykach zarządzania, podejmowania decyzji, prowadzenia firmy czy nawet zwykłych ludzkich dyskusji.

01.11.2018

Miód z padliny i pszczoły-sępy, czyli o hologenomie, ewolucji i zadziwiającej przyrodzie

(Osy żerujące na świeżej padlinie)
Osy i pszczoły to blisko spokrewnione owady ale znacznie różniące się w sposobie odżywiania własnego potomstwa. Obie grupy są błonkówkami należącymi do sekcji Aculeta – żądłówki. Bez wątpienia żądła je łączą. Obie grupy jako owady dorosłe odżywiają się nektarem kwiatów. Ale osy są myśliwymi, polują na inne owady i odżywiają swoje potomstwo pokarmem mięsnym. Pszczoły to takie osy, które w pełni przeszły na wegetarianizm – ich młode karmione są nektarem i pyłkiem kwiatowym. Ten ostatni dostarcza niezbędnego do rozwoju białka. Nie zgłębiałem się w filogenezę tych owadów i nie wiem, który sposób życia był pierwotny: czy to pszczoły przeszły na wegetarianizm czy też osy to takie pszczoły, które rozsmakowały się w białku zwierzęcym. Zagadnienie to jest ciekawe i zacznę przy okazji szukać odpowiednich publikacji. Ciekawość jest pierwszy krokiem do… wiedzy. W każdym razie pszczoły zbierają nektar oraz pyłek. Dlatego są znacznie mocniej owłosione od os. Włoski i szczecinki znacznie ułatwiają zbieranie i transport pyłku. Osy są drapieżnikami, dlatego czasem można spotkać je żerujące na świeżej padlinie, tak jak na załączonym wyżej zdjęciu. Ale czy pszczoły mogą odżywiać się padliną? I jeszcze z tego robić miód? Przyroda jest tak bogata i różnorodna, że i takie niezwykłości można odszukać.

Kiedy wiele lat temu przeczytałem o pszczołach bezżądłowych, żyjących w krajach tropikalnych, to bardzo pozazdrościłem mieszkańcom tamtych krain. Jakże przyjemniejsze byłoby miodobranie. Dziadek miał pszczoły, ojciec miał pszczoły, zatem w dzieciństwie wiele razy uczestniczyłem w miodobraniu, z bolesnymi tegoż konsekwencjami. Pszczoły bez żądeł wydawały mi się znacznie przyjemniejsze (w Mezoameryce niestety zmniejszają swoją liczebność na skutek wprowadzenia naszej pszczoły miodnej), do czasu, gdy przeczytałem o kilku niezwykłych gatunków ze Środkowej Ameryki.

Pszczoły bezżądłowe, czasem znane jako pszczoły bezżądłe czy melipony (Meliponini) to grupa gatunków (systematycy wyróżniają jako plemię) w rodzinie pszczołowatych (Apidae). Należy do nich około 250 gatunków, występujących w krajach tropikalnej i subtropikalnej strefy Afryki, Azji, Australii i Ameryki. Pośród nich odkryto trzy gatunki z rodzaju Trigona, które określono jako pszczoły-sępy, sępowie pszczoły (vulture bees). Być może nie nazwano ich hienami bo fruwają, zatem ptaki padlinożerne (sępy) były lepszym odniesieniem. Porównanie do sępów odżywiających się padliną wydaje się zaskakujące w odniesieniu do pszczół, które kojarzą się nam ze słodkim i zdrowym miodem. Te bezżądłowe, amerykańskie pszczoły żywią się gnijącym mięsem, a nie pyłkiem lub nektarem jak na pszczoły przystało. O ich niezwykłej biologii wyczytałem w pracach dwóch entomologów: Davida W. Roubika oraz Joāo F. Camargo. Są to jedyne znane do tej pory pszczoły, które nie żywią się wyłącznie produktami roślinnymi. Te niezwykłe zachowania odkryto dopiero w 1982 r., prawie dwa stulecia po pierwszym naukowym opisaniu pierwszego z tych gatunków.

Nekrofagicznymi pszczołami są: Trigona crassipes (Fabricius, 1793), Trigona necrophaga (Camargo i Roubik, 1991), Trigona hypogea z dwoma podgatunkami: Trigona hypogea robustior (Schwarz, 1948), Trigona hypogea hypogea (Silvestri, 1902).

Padliną żywią się sępy i hieny. Wśród owadów też nie brakuje licznych gatunków chrząszczy i muchówek. Są nektofagi obligatoryjne (te które żywią się wyłącznie w ten sposób) i są fakultatywne, żywiące się padliną sporadycznie. Można spotkać czasem osy na martwych zwierzętach, jak się posilają. Ale nie na rozkładającej i cuchnącej się padlinie. Tu mała dygresja do ewolucji człowieka. Przez wiele dziesięcioleci uważano, że nasi przodkowie odżywiali się padliną. Bo przecież takie kruche istoty, bez kłów i pazurów, nie byłyby w stanie upolować dużych zwierząt. A skoro są ślady nacięć na kościach zwierzęcych, to niewątpliwie wskazuje na działalność człowieka. Uważano, że dzięki narzędziom człowiek dobierał się do szpiku kostnego, niedostępnego dla innych zwierząt. Hipotezy te podważono, wskazując między innymi na tabu padlinożerstwa: w żadnej kulturze ludzie nie jedzą padliny. Zabijają zwierzę i dopiero potem najwyżej mięso „dojrzewa”. Zapach padliny jest dla nas odrażający. To też o czymś świadczy. Ponadto nie mamy zbyt dużego stężenia kwasów w żołądku by skutecznie trawić padlinę i niszczyć rozwijające się tam bakterie. Padlina nas odstręcza, trudno więc uznać, że nasi przodkowie odżywiali się takim pokarmem.

Ale wróćmy do niezwykłych, nekrofagicznych pszczół. Pierwsze pytanie jakie się nasuwa, to jak sobie radzą z bakteriami? W naszym słodkim i ulubionym miodzie także znajduje się ślina pszczela o właściwościach bakteriobójczych. Przeżuwają nektar i pyłek a potem wypluwają w postaci miodu (dodatek enzymów i śliny konserwuje i chroni przez rozwojem bakterii i rozkładem w czasie długiego przechowywania – jest to jakiś sposób konserwacji żywności). Tak, znakomite zdrowotne właściwości miodu biorą się z tego wypluwania i pszczelich enzymów. Podobnie robią pszczoły sępowe, wydzielając swoją ślinę na gnijącą padlinę a następnie konsumują, przechowując mięso w specjalnej komorze żołądka. Kiedy pszczoła zbieraczka wraca do gniazda, mięso to zwymiotowuje i dalej przetwarza je pszczoła robotnica, która rozkłada mięso na jadalną substancję, przypominającą miód. Substancja ta jest następnie umieszczana w komórkach na plastrze, tak jak miód w pszczelim ulu. Leżakuje tam, aż nadejdzie czas karmienia larw - niedojrzałych pszczół. W przypadku pszczół nekrofagicznych w opanowaniu bakterii gnilnych pomocne są inne bakterie (mutualistyczne). To dzięki ich aktywności metabolicznej, ich genom i tworzonym substancjom, udaje się zakonserwować przeżutą padlinę. Jeszcze jeden dobry przykład hologenomu. O ile wypluty z wola, przeżuty nektar, w postaci miodu, nie wywołuje w nas żadnych negatywnych wrażeń, o tyle miodu powstającego z padliny raczej byśmy nie tknęli. To pozostałość po naszych przodkach – tabu niejedzenia padliny.

Być może miód pszczół-sępów też jest dobry. Na pewno enzymami i innymi antybakteryjnymi substancjami (w tym także pochodzenia od symbiotycznych bakterii) jest zabezpieczony przez gniciem i rozkładem. Nie wiem czy ktokolwiek z ludzi próbował jak smakuje…. Naukowcy piszą, że jest słodki. Ale czy badali organoleptycznie czy w metodami analitycznymi w laboratorium?

Pszczoła społeczna Trigona necrophaga używa jako materiału białkowego padliny zamiast pyłku. W gniazdach nie ma zmagazynowanego pyłku. Naukowcy znaleźli potwierdzenie takiego trybu życia także w budowie owada – skoro nie ma potrzeby zbierania pyłku, to i nie ma struktur do gromadzenia i zbierania pyłku. Autorzy badań nad tymi gatunkami sugerują, że ewolucję nekrofagii w tropikalnym lesie, tak dziwacznego z naszego punktu widzenia trybu życia, ułatwiło ząbkowane żuwaczek (preadaptacja) oraz agresywne zachowania żerujących robotnic. Kolejną preadaptacją były bakterie uznane za mutualistyczne (symbiotyczne), które metabolizują lipidy i białka, a także wytwarzają antybiotyki, które usuwają bakterie, powodujące psucie mięsa. Ponadto pszczoły z tej grupy wykorzystują (zbierają) wiele różnych zasobów poza nektarem i pyłkiem kwiatowym, w tym wydzieliny z owadów, zgniłe owoce, sok, żywicę, ziemię, kał. Część używana jest do budowy gniazda (np. żywica, ziemia).

Nie znalazłem zdjęcia opisywanych pszczół, więc zamieszczam kuzyna
Trigona spinipes, fot. José Reynaldo da Fonseca, CC BY 2.5,
https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=969999
Trigona necrophaga zakłada gniazda tylko w żywych drzewach o średnicy 46-70 cm. Wejścia do dziupli z gniazdami znajdują się na wysokości od 1,2 do 8,0 m nad poziomem terenu. Wszystkie zbadane gniazda występowały pojedynczo na drzewach i nie były zajęte przez inne pszczoły bezżądłe. Dwa drzewa, w których zagnieżdżono pszczoły, zidentyfikowano jako Lecythis (rodzina czaszniowate - Lecythidaceae - ok. 400 gatunków drzew, rzadziej krzewów, spotykanych w strefie tropikalnej) i Calophyllum longifolium (gatunek z rodziny kluzjowatych, okrętnicowatych –Clusiacaceae, Guttiferae). W pojedynczym gnieździe żyło 1000-3000 robotnic. Według opinii, opisujących te pszczoły naukowców, miód był słodki (71-75% cukru) i względnie czysty. W niektórych kubeczkach (komórkach do przechowywania) znaleziono materię błyszczącą w kolorze czarnym do szarozielonego, bardziej zbitą. W innych zmagazynowana była substancja ciemnopomarańczowa o konsystencji bardziej ciekłej. Trigona necrophaga może mieć dodatkowe mikroorganizmy mutualistyczne, ponieważ tylko ten gatunek ma charakterystyczne szaro-zielone białko i pięć gatunków z rodzaju Bacillus w naczyniach żywnościowych i komórkach zarodkowych. Wszystkie trzy gatunki pszczół sępowych wytwarzają słodki, czysty miód, który zawiera trochę pyłku, ale jest nieznanego pochodzenia. Wszystkie trzy gatunki są obligatoryjnymi nekrofagami. Nekrofagia rozwinęła się tylko raz wśród pszczół w Ameryce Południowej.

Z pracy Mateusa i Nolla dowiedzieć się można, że wbrew dotychczasowym przekonaniom jakoby padlina była jedynym źródłem białka dla tych pszczół, sępowe pszczoły żywią się nie tylko martwymi zwierzętami, ale także żywym potomstwem os i prawdopodobnie innymi podobnymi źródłami. Te nekrofagiczne pszczoły lokalizują niedawno opuszczone gniazda os i w ciągu kilku godzin polują na wszystkie znalezione tam niedojrzałe osobniki. Przykład jeszcze jednego odwrócenia ról. Do tej pory znałem tylko szerszenie (to przecież duża osa), które atakują rodziny pszczele i żywią swoje potomstwo larwami pszczelimi. Co prawda pszczoły-sępy nie zabijają os i nie napadają na aktywne kolonie tylko wyszukują opuszczone iż zamierające by spożytkować pozostałe tam jeszcze larwy. W przyrodzie nic się nie marnuje.