27.07.2019

Gliniarz naścienny

Fot. Joan Carles Hinojosa Galisteo,
Wikimedia Commons
Nauka składa się z wielu jednostkowych obserwacji. Wiele z nich jest prosta do wykonania i przez to dostępna dla każdego. Każdy z nas może być współuczestnikiem zbierania materiałów naukowych.

Obecnie w przyrodzie zachodzą bardzo głębokie i szybkie zmiany, m.in. za sprawą globalnego ocieplenia (ale nie tylko z tego powodu). Widać szybkie procesy sukcesji ekologicznej, przebudowy całych ekosystemów, zmiany zasięgu występowania wielu gatunków grzybów, roślin i zwierząt, wymieranie gatunków i ewolucja innych. Potrzebne są liczne i różnorodne obserwacje, by potem przeprowadzać analizy na dużej liczbie danych. Parafrazując można napisać: żniwo wielkie tylko mało jest żniwiarzy. Także i Ty możesz dołączyć. Nauka jest kolektywna i konektywna.

Na przełomie XIX i XX w. na terenie Prus Wschodnich w wielu szkołach prowadzono obserwacje terminu zakwitu różnych roślin zielnych i drzew. Gdyby te obserwacje powtórzyć w tych samych miejscach, byłby wspaniały materiał do porównań i analiz długoterminowych. Podobnie z obserwowaniem owadów - wolontariusze-przyrodnicy mogą zbierać w wielu miejscach proste dane o obecności tych czy innych gatunków, a naukowcy w ośrodkach akademickich mogą te dane profesjonalnie i obiektywnie analizować oraz wyciągać wnioski nie z jednostkowych obserwacji ale z dużego materiału porównawczego.

Jednym z wielu przykładów jest gliniarz naścienny. Warto jednak zaznaczyć, że jest więcej podobnych gatunków, a zatem nie każda gliniana baryłka z pająkami to jego dzieło. Sceliphron destillatorium  czyli gliniarz naścienny należy do rodziny nękowatych (Sphecidae – ta rodzina błonkoskrzydłych jest zdolna do budowy gniazd i opieki nad potomstwem). Znany też pod nazwą formierz oraz szczerklin pająkówek. Jest to bardzo duża i smukła żądłówka o cienkim, żółtym styliku; pozostałe tergity odwłoka są zabarwione na czarno. Tułów także jest czarny. Odnóża są żółtoczarne. Nasadowy człon czułków żółty. te cechy powinny ułatwić identyfikację owadów dorosłych. Ale warto zrobić zdjęcie do dokumentacji, w różnych ujęciach. Wtedy łatwiej o konsultacje ze specjalistą i weryfikację swojej obserwacji.

W Polsce dawniej gliniarz naścienny obserwowany był rzadko, obecnie lokalnie jest pospolity i liczny, zwłaszcza na południu kraju. Sprzyja temu także jego medialna sława, czasem opisywany jako czarny szerszeń (prawda, że nazwa groźna i zwracająca uwagę?). Na czerwonej liście zwierząt wymarłych i zagrożonych znalazł się w kategorii NT. Wobec licznych, nowych stwierdzeń należałoby chyba status zmienić.

W Polsce gatunek tej "osy" niemal wyłącznie występuje w warunkach synantropijnych. Spotkać go można w pobliżu budynków mieszkalnych, lub gospodarczych. Także w miastach. Może dlatego jego obecność tak szybko została odnotowana i utrwalona w mediach? To, co z dala od naszych domów, mniej jest zauważalne. Gliniarz naścienny osiąga wielkość 16-25 mm. Owady dorosłe zobaczyć można od końca  maja do połowy września.

Prawdopodobnie występuje już w całym kraju, ale chyba sprzyjają mu warunki, stworzone przez człowieka. Być może mniejsza jest tu konkurencja i więcej jest luk ekologicznych. A może warunki klimatyczne i pokarmowe są bardziej odpowiednie? Być może jego ekspansja związana jest z ociepleniem klimatu i/lub antropogenicznymi przekształceniami środowiska. Tam gdzie jedne gatunki giną, tam inne znajdują dla siebie dogodną przestrzeń do życia. Dlatego własnie potrzebne sa liczne obserwacje i to na wielu różnych gatunkach, by uogólnienia były bardziej wiarygodne.

Dotychczasowe dane wskazują że najliczniejszy jest w południowo-wschodniej części Polski. Dorosłe odżywiają się nektarem spadzią. Ale dla swojego potomstwa łowią i paraliżują pająki, które umieszczają po kilka w jednej komorze (podobne do nich błonkówki z rodziny nastecznikowatych chwytają po jednym pająku na larwę). Jest to "osa" samotna, nie tworzy rodzin, dlatego porównanie do "czarnego szerszenia" jest nietrafne. Użądlenie (w obronie własnej) gliniarza naściennego nie jest bolesne.

Podobnie wygląda Sceliphron spirifex (nie wykazany jak na razie z obszaru Polski) różni się  czarnymi tegulami i czarnym pierwszym członem czułków.

Komórki z pokarmem dla larwy buduje z gliny, dlatego gliniarze występują w pobliżu zbiorników wodnych. Sparaliżowane żądłem pająki są żywe - dzięki czemu pokarm dla larwy jest cały czas świeży, ale jednocześnie są unieruchomione (sparaliżowane) - dlatego nie uciekają i nie stanowią zagrożenia dla larwy. Wszak było nie było pająki są owadożernymi drapieżcami. W pojedynczej komórce może być nawet 15, zwykle jednak jest ich 4-6 pająków.

Baryłkowate, gliniane komórki często spotkać można w domach i siedzibach ludzkich, na lampach, czasem na torbach itd. "Gniazdo" składa się z kilku (czasami nawet do 30- 65) komórek o średniej długości 3 cm, szerokości 1,4 cm. W  środowisko naturalnym gniazda są zbudowane w niszach skalnych, pod zwisającymi kamieniami, w dziuplach drzew, na spodniej stronie gałęzi drzew, pod mostami, pod dachami i okapami domów i innych budynków. Od górnej strony gniazdo jest pokryte wspólną grubą warstwą gliny i przypomina dużą bryłę gliny przymocowanej do podłoża. W ludzkich siedzibach  mogą być tylko same baryłki, bez wspólnej okrywy. Być może dlatego, że jest bardziej sucho i nic z góry nie kapie. Prawdopodobnie gliniarz naścienny w swym behawiorze ma preadaptacje ułatwiające przystosowanie się do warunków synantropijnych. I to jest kolejny temat do obserwacji - jak następuje przystosowanie się różnych gatunków do warunków miejskich. Bo w miastach procesy sukcesji, synurbizacji i ewolucji przebiegają obecnie bardzo szybkie. Na naszych oczach.

Można go zobaczyć przelatującego wzdłuż ścian budynków, przy oknach, pod dachem, przy krzewach, na łąkach, a także czasem na wilgotnej ziemi – zbierającego glinę na budowę gniazd. Należy bowiem do rodziny grzebaczowatych.

Niżej zdjęcia, które otrzymałem od czytelników mojego bloga, z zapytaniem co to za stwory i skąd się w ich domach wzięły:



Po pierwszej publikacji na moim blogu, informacja rozeszła się po "świecie" i czasem odnajduję liczne ślady:

"Pani Beata znalazła w żyrandolu w kuchni dziwne kokony. Jeden pękł i wysypały się z niego martwe (pozornie) pająki. Coś okropnego! Okazuje się, że to sprawka gliniarza. Zamiast zadzwonić na policję, pani Beata porobiła zdjęcia i napisała do profesora Stanisława Czachorowskiego, który wywiódł z tego zdarzenia taką oto historię. (...)Kokon w żyrandolu (...)  Właśnie w kuchni w żyrandolu znalazłam dwa kokony. Podczas ich usuwania jeden pękł i wysypały się z niego 24 martwe pająki. Do jednego pająka przytwierdzona była żółta larwa. Widok był tak zaskakujący, że zrobiłam zdjęcia. Drugi kokon w stanie nienaruszonym zostawiłam. Pozdrawiam, Basia. Pani Basia się myli: pająki nie są martwe, tylko sparaliżowane. Jedna samica musi zebrać około 100 pająków, żeby wyżywić swoje potomstwo. Ciekawe, czy gliniarze mogą wywrzeć jakiś zauważalny skutek w liczebności pająków? (...)  Inwazja afrykańskiej osy.  Gliniarz naścienny to gatunek dość egzotycznej osy, entomologom znany jest także pod nazwą szczerklina pająkówka. Jest to gatunek południowy, wywodzący się ze środkowej, zachodniej i południowo-zachodniej Azji. Gliniarz naścienny (Sceliphron destillatorum) to osa z rodziny grzebaczowatych (Sphecidae) od jakiegoś czasu obserwowana w Polsce. Areał występowania tego gatunku sięga po Mongolię, Kazachstan, Iran, aż po Chiny. Obecnie obserwowany jest w Afryce a także w Europie w rejonie śródziemnomorskim. W Polsce po raz pierwszy został zaobserwowany w 1968 r. w Czesławicach k. Lublina. Potem widziano go w Bieszczadach i w Beskidzie Niskim, w Ojcowskim Parku Narodowym i Krakowie. W 2013 roku odnotowano jego obecność w Chęcinach koło Kielc, w Hecznarowicach (woj. śląskie), pod Krakowem. W 2014 wyrywkowe informacje dotyczą obecności gliniarza na Śląsku, w Chorzowie, w Mielcu, w Kielcach, w Lubelskiem i w Brodnicy (to już blisko Warmii i Mazur!). Jeśli obserwacja jest poprawna, to byłoby najdalej wysunięte stanowisko na północ. Przedstawialiśmy już tę osę w naszym serwisie. Najprawdopodobniej jego ekspansja wiąże się z ocieplaniem klimatu. Wszystkie powyższe informacje pochodzą z siedzib ludzkich. Nie należy jednak wyciągać z tego wniosku, że gatunek preferuje nasze domy. Bo zbyt mało jest badań i poszukiwać i terenie. Możliwe, że jest u nas gatunkiem synantropijnym, a w naszych domach ma po prostu cieplej. Na pewno dobrze w naszych domach się czuje. Być może rozwiązaniem byłoby stawianie tak zwanych „hoteli dla pszczół” – tworząc dogodne miejsce do budowy gniazd. I wilk byłby syty (znaczy gliniarz naścienny) i owca byłaby cała (czyli my nie bylibyśmy w strachu)."

Po likwidacji serwisu Blox, przeniosłem wpisy ze starego bloga na nowy adres (https://czachorowski.home.blog/ ) ale komentarze przepadły. Dlatego, korzystając z wcześniejsze archiwizacji komentarzy, część z nich zamieszczam niżej. Przez kilka lat sporo się tego nazbierało.

  • W 2013 r. w lipcu pierwszy raz zauważyłam gliniarza w Chęcinach koło Kielc jak zbierał mokrą glinę. Jest dosyć duży więc trudno go nie zauważyć (Anita) 
  • Od lipca tego roku (2013) nie mogę pozbyć się tego paskudztwa. Każdego dnia, przykleja się do pościeli i pozostawia plamy, kokonów na dzień robi od 4 do 6 szt. Ja odkryłam gliniarza dzisiaj (2013) pod dachem, wciska się w szparę między ścianą domu, a drewnianym belkowanym dachem. Trochę mnie przestraszył, mam tylko nadzieję, że nie jest groźny dla człowieka.(Karolina) 
  • W zeszłym roku przypadkiem odkryłam kokony gliniarza naściennego w kartonie w mieszkaniu. Był wielki szok a potem akcja wyrzucenia świństwa i zakładania moskitier w całym mieszkaniu. Niestety właśnie przy jednym (i tym samym) oknie znalazłam już czwartą osę po nie właściwej stronie moskitiery. Jak się tego pozbyć, jak nawet nie wiem gdzie są gniazda?! Pomóżcie, bo wizja mieszkania z osami jest dla mnie zbyt przerażająca. ...
  • A ja właśnie wczoraj wywaliłam takie gniazdo spod kasety na roletę materiałową, w domu na oknie, osa była zła ...jak osa…. i kilkanaście porażonych pająków...niesamowite.... 
  • No cóż, gliniarze nie maja u nas lekko. Nie znając ich zwyczajów i widząc pierwszy raz, boimy się nieznanego. I tępimy. 
  • Robi regularnie gliniane kokony na podstopniu schodów od strony zachodniej - ciepło i sucho. A w środku larwy, na wpół żywe, około 10 za każdym podejściem. Po zlikwidowaniu - 3-4 godziny i jest nowe gniazdo. Uporczywie wraca. Jak pozbyć się intruza, wszak tu mieszkamy i może przenieść się wszędzie? (Brodnica) 
  • Już myślałam, że tylko ja mam taki problem. Dzisiaj myłam okna i po otworzeniu jednego z okien omal zawału nie dostałam. Usunęliśmy dziś kilka kokonów, byłam przerażona bo nie miałam pojęcia z czym mam do czynienia. A więc i u mnie się te osy osiedliły. ( Ewelina) 
  • Czy może mi ktoś powiedzieć jak się tego pozbyć z domu? od 2 lat w lecie mam to samo... wlatują za meble i w inne miejsca. Mam w domu małe dzieci i trochę się boję, że kiedyś je dziabnie i będzie płacz. (Krystian)
  • Właśnie zasuwa po moim oknie. (Irena) 
  • Od tygodnia obserwuję gliniarza ściennego, naszukałam się w internecie, co za cholera mi się na strychu osiedliła, jest dosyć liczna. Jutro poszukam gniazd a później spryskam środkiem owadobójczym. Wolę nie ryzykować swojego zdrowia i dzieci. 
  • Jak widać gliniarza naściennego spotkać można w pobliżu ludzkich zabudowań, a dorosłe osy często widywane są na kwiatach z rodziny baldaszkowatych. Szukają tam swoich ofiar, czyli pająków. Samica lepi gliniane gniazda w postaci pojedynczych, rurkowato-dzbanuszkowanych komórek z gliny, w kształcie kokonu (dzbanuszek z klapką). Po złożeniu jaja do tak przygotowanej komórki, samica znosi pająki, sparaliżowane jadem (nawet do 15-24 sztuki w jednej komórce). Osa swoje ofiary żądli, ale nie zabija, tylko paraliżuje. Nazwę osa wzięła od komórek wykonanych z gliny i przytwierdzanych w różnych miejscach, w tym na ścianach. Starsza nazwa (szczerklina pająkówka) odnosi się do pokarmu. Sparaliżowane ofiary czekają, póki larwa gliniarza ich nie zje. Zapasu musi starczyć na całą zimę. Po przepoczwarczeniu, latem następnego roku wygryza się z glinianego dzbanka i jako owad dorosły rozpoczyna kolejną fazę cyklu życiowego. Gliniarz naścienny (i jemu podobne) to „osy” samotnice, lepią z gliny baryłeczki – komórki dla jednej larwy. A w środku zapas jedzenia. Gliniarz akurat poluje na pająki (czytaj więcej o gliniarzu: Trąba wodna i gliniarz naścienny czyli rozważania o wyciąganiu wniosków z jednostkowych obserwacji.
  • Gliniarz jest gatunkiem obcym u nas. Podobne baryłeczki gliniane buduje nasza rodzima wolnica czarniawa (Auplopus carbonarius), także z rodziny nastecznikowatych (z tej samej rodziny jest gliniarz naścienny). Gliniane komórki lęgowe buduje ponadto inna osa – oska maczugoroga (Celonites abbreviatus). I oczywiście rodzime kopułki (chyba 7 gatunków w Polsce), w tym kopułka wysmukła. Jej gliniana baryłeczka ma wielkość około 1 cm. 
  • Mama wczoraj znalazła u siebie kokony na zasłonce (w załączniku wysyłam zdjęcie). Czy to są kokony gliniarza naściennego? Mieszkamy w Częstochowie. Pozdrawiam serdecznie i bardzo proszę o odpowiedź, Sandra Plaga
  • Od kilku dni słyszałam ciągłe brzęczenie na szafie. Trochę się bałam zaglądać bo czasem wpada jakiś zbłąkany szerszeń (myślałam, że nie może się wydostać i zdechnie). Wczoraj ściągałam torbę od laptopa i zdziwiło mnie to co ujrzałam. Zrobiłam zdjęcia i pozbyłam się owadów. Nie wiedziałam co to jest, ale znalazłam Pana artykuł. Latającego gliniarza jeszcze nie widziałam być może nie zwróciłam uwagi. Larwy były tylko w 2 kokonach. Trzeci kokon był zamknięty ale po rozłupaniu nie było w nim larwy. W załączeniu przesyłam zdjęcia. Małgorzata Lewczuk.

24.07.2019

O malowaniu kamieni na ulicy Rycerskiej - po co, dlaczego i co z tego wynika

(Fot. Anna Wojszel, 20 lipca 2019 r., Orneta
Dwa pytania są niezwykle ważne. Po co - czyli pytanie o cel. Dlaczego - czyli pytanie o powody, przyczyny, genezę. I w końcu można zapytać, co z tego wynika, że ileś tam osób pomaluje polne kamienie, stare dachówki, wyrzucone butelki czy słoiki. Czy jakaś wartość z tego się rodzi?

Po co malować polne kamienie na ulicy, gdzieś w małym miasteczku? Powyższe zdjęcie dobrze ilustruje odpowiedź (choć nieprecyzyjnie). Właśnie dla takich widoków. By był pretekst i powód do wielopokoleniowego spotykania się ludzi w przestrzeni publicznej, na podwórku, w parku, skwerze. Tym razem spotkaliśmy się na ulicy Rycerskiej w Ornecie. Malutka uliczka w malutkim mieście cittaslow. A wielkie sprawy. Przypatrz się uważnie, a dostrzeżesz. 

Małe rzeczy też są ważne i potrzebne. Nie tylko imprezy masowe z głośną muzyką, dmuchanymi reklamami i straganami z balonikami. Kilkugodzinny plener, wiele rozmów, wiele doświadczeń. Dlaczego kamienie? Bo są za darmo, leżą i  nic nie znaczą. Dostępne, więc ich nie szanujemy, nie cenimy. Zawadzają. Albo stare dachówki. Kłopotliwy gruz poremontowy. Nawet jak mają po sto lat, nawet gdy są efektem unikalnej pracy rzemieślniczej, to po zmianie dachu traktowane są jako niepotrzebny śmieć. Wyrzucić gdzieś do rowu, zasypać jakąś dziurę w ziemi, pozbyć się bo bezwartościowe i zawadzają. Tak samo ze starymi butelkami czy słoikami - zbędne opakowania po przebrzmiałej konsumpcji (niejednokrotnie szybkiej i jednorazowej). Ale przez wspólne spotkanie w przestrzeni publicznej, przez pomalowanie, nabierają nowego sensu, nowego znaczenia. Stają się przydatne, łączymy je z nimi emocje. Nabierają wartości. I cały czas przemawiają w przestrzeni publicznej. Przemawiają o wartości człowieka, o konsumpcji i stylu życia. Na przykład w małym, warmińskim miasteczku.

Spotkanie było niewielkie. Łącznie przewinęło się przez plener - uczestników i widzów - jakieś 50-60 osób (czytaj więcej). A jaki to spotkanie wywarło wpływ? Pomocne w tych rozważaniach będą statystyki "eventu", założonego na Facebooku. Na początek ważne zastrzeżenie: nie wszyscy uczestnicy są internetowi i korzystają z Facebooka. Zatem statystyki odnoszą się tylko do części uczestników i fragmentu wywieranego wpływu. 

Łącznie facebookowe wydarzenie dotarło do blisko 6. tysięcy użytkowników. Zatem to z pozoru małe przedsięwzięcie wywiera spory wpływ. Ponadto efektem pleneru są liczne zdjęcia, wrażenia czy ustne relacje, które kiełkują jeszcze wiele dni, miesięcy czy lat po samym jednodniowym plenerze. 


(Słupki niebieskie - mężczyźni, słupki zielone - kobiety)

Na początek spojrzenie demograficzne. Po pierwsze wyraźnie przeważają kobiety, zwłaszcza widoczne jest to w starszych grupach wiekowych. Efekt ten zauważyłem już na kilku innych "eventach", związanych z działaniami edukacyjnymi i artystycznymi. Jak to interpretować? Czy kobiety są bardziej nastawione prospołecznie? Chętniej udzielają się w inicjatywach społecznych? Może bardziej aktywne są internetowo? Może są bardzie wykształcone? Lub bardziej otwarte na innych i na nowe doświadczenia? O ile przewaga kobiet w grupie do 24 roku życia jest niewielka i mieszcząca się w granicach błędu statystycznego, to w grupach 35-64 ich udział jest ewidentnie większy. Gdzie są i co robią w tym czasie mężczyźni?


Ten wykres jest dla mnie trochę zaskakujący. Plener był inicjatywą ludzi z Olsztyna (Artystyczna Rezerwa Twórcza). Niemniej zniknęliśmy w "tumie" ludzi z Ornety, okolic i... turystów z daleka. Nie spodziewałem się tak znacznego odzewu osób z Ornety (lub pochodzących z Ornety). Ogromnie mnie to cieszy. I pokazuje sens tych małych, kameralnych niemalże spotkań.
Z kolei ten wykres pokazuje największa aktywność: po pierwsze w momencie utworzenia "eventu" na Facebooku i rozesłaniu zaproszeń, po drugie w dniu pleneru. To uwaga dla organizatorów. Zadaniem facebookowego wydarzenie jest nie tylko "być utworzonym" ale ciągle "karmionym" kolejnymi informacjami, zdjęciami, linkami. Przygotowanie i oddziaływanie rozpoczęło się dwa miesiące przez samym plenerem (pomijając wewnętrzne przygotowania i organizację, bo sam pomysł narodził się rok wcześniej).
Powyższy wykres pokazuje zasięg (tylko na Facebooku) kamykowego pleneru. Na około 5,9 tys. odbiorców (489 wyświetleń strony) w samym dniu pleneru było ich 1770. Szczerze mówiąc nie spodziewałem się tak dużego odbioru. Nawet nie przypuszczałem, że taki jest duży. Czasem warto zajrzeć do statystyk. A sztuczna inteligencja bardzo nam to ułatwia.

Na dwa sposoby można spojrzeć na sens takich plenerów: 1. przez zamieszczone na górze zdjęcie 2. przez pryzmat statystyk. Emocji uchwyconych na zdjęciu nie uchwyci chyba żadna statystyka. Ale z drugiej strony sam obraz może być bardzo nieprecyzyjny i nie ukazywać skali.

Bardzo bym chciał "zobaczyć" efekty plenerowej wystawy kamieni. Orneta daleko, nie mam możliwości usiąść na ławeczce i przez wiele godzin obserwować. Ale może ktoś z miejscowych lub odwiedzających napisze w komentarzach, co z tej wystawy i z tego pleneru wynika? Nie wszystko da się policzyć, zważyć i zmierzyć.... I nie wszystko da się opowiedzieć. Niemniej próbujmy. Niech poplenerowa dyskusja trwa.

17.07.2019

Weta z Nowej Zelandii czyli opowieść o owadzie z czasów dinozaurów, który przybył do Polski w bucie

 (fot. Łukasz Wirowski
Jak to się stało, że przywędrował do mnie owad z Nowej Zelandii? I to taki niezwykły jak na fotografii wyżej? A było to tak, prawie dziesięć lat temu gościła w Olsztynie i na Wyższej Szkole Ekonomii i Informatyki TWP w Olsztynie (w której w tym czasie miałem gościnne wykłady z edukacji ekologicznej i ekologii ) delegacja z Nowej Zelandii. Miałem wtedy okazję po raz pierwszy zetknąć się z kulturą Maorysów. Ale przedstawiłem także krótki wykład o gatunkach obcy, tych z Nowej Zelandii w Polsce i tych europejskich w Nowej Zelandii (sądząc po późniejszych zdarzeniach zapadł on w pamieć). Przy okazji podarowałem moją malowaną butelkę pani ambasador. Była także wystawa etnograficzna oraz rok później konferencja w Warszawie, na którą zostałem zaproszony, ponownie z tematem o gatunkach obcych.



Co wspólnego ma biolog z Olsztyna z wystawą etnograficzną i kulturą Maorysów? W globalnej wiosce wszystko jest możliwe. Mój głos w czasie sesji naukowej w Warszawie dotyczył bioróżnorodności, gatunków obcych oraz ochrony różnorodności biologicznej i różnorodności kulturowej. Warto dodać, że wystawa miała swoją europejską prapremierę w Olsztynie.

 (fot. Łukasz Wirowski
Owady są małe i łatwo podróżują jako pasażerowie na gapę. Na zdjęciu powyżej to nowozelandzka weta - endemiczny gatunek Orthoptera z Nowej Zelandii. Ten konkretny okaz do Polski przybył w... bucie (w walizce). Nowozelandczycy mają zwyczaj zdejmowania i zostawiania butów przed drzwiami. Tak też zrobiła przed wyjazdem córka pan ambasador. A weta okazała się pasażerem na gapę.  Ten owad nie przeżył podróży. Ale znacznie więcej, mniejszych owadów przywozimy nawet na masce samochodu. Co to oznacza dla entomologa? Że musi znać znacznie więcej niż tylko krajową entomofaunę. Nigdy nie wiadomo co się spotka. Ani kto wypowiedź usłyszy lub przeczyta.


"Bardzo mnie zainteresował Pański wykład na temat migracji polskich owadów do Nowej Zelandii i odwrotnie, z Nowej Zelandii do Polski. Chciałbym podzielić się ciekawostką. Przypadkiem, w spakowanym do walizki bucie, przybył do nas nowozelandzki okaz insekta zwanego "weta". Jest on zamrożony i zamknięty w szczelnym pojemniku."

Weta – to endemiczny rodzaj owada z Nowej Zelandii. Owady – w tym jako gatunki obce – dość łatwo przenoszą się z ludźmi jako pasażerowie na gapę. Ten na szczęście dla lokalnej bioróżnorodności nie skolonizował nowego obszaru.

Weta – w szerokim znaczeniu – to zbiorcza nazwa nadawana ponad 70 gatunkom dużych owadów prostoskrzydłych (szarańczaków) z rodzin Anostostomatidae i Rhaphidophoridae. W węższym znaczeniu jest to rodzaj Weta opisany przez Choparda w 1923. W języku polskim pod tą nazwą opisywane są gatunki z rodzaju Deinacrida. Niestety nie potrafiłem oznaczyć rzeczonego okazu, który przyjechał w bucie, do gatunku. Owady określane nazwą weta są gatunkami reliktowymi (przetrwały w niezmienionej formie od niemal 200 milionów lat) i endemicznymi, występującymi jedynie na Nowej Zelandii. Nazwa pochodzi od maoryskich słów wētā punga, oznaczających "bóstwo brzydoty".

Wety są dużymi owadami – największe gatunki, należące do rodzaju Deinacrida, osiągają długość 10 cm (a wliczając czułki i odnóża, może ona przekraczać 30 cm) i ważą nawet 70 gramów. Wety zajmują w swoich nowozelandzkich ekosystemach nisze zbliżone do niszy gryzoni na innych kontynentach, np. myszy i szczurów, które nie występowały na Nowej Zelandii do momentu pojawienia się tam człowieka. Górskie wety (Hemideina maori) są w stanie przeżyć w temperaturze -10 °C – gdy zamrożeniu uległo ponad 75% płynów w ciele owada, ponieważ ich hemolimfa zawiera specjalne białka, zapobiegające tworzeniu się kryształków lodu w komórkach owadów.

U nas nie brakuje także owadów, które mogę przeżyć w minusowej temperaturze. Natomiast najbardziej zbliżony morfologicznie do wety jest turkuć podjadek, z rzędu prostoskrzydłych (Orthoptera).

Przypadkowe zawleczenia roślin, grzybów i zwierząt ciągle się zdarzają. Tylko nieliczne mają szansę na aklimatyzację. Niemniej warto zwracać uwagę w czasie wakacyjnych podróży by niepotrzebnie nie rozprzestrzeniać gatunków inwazyjnych, które mogą czasem stanowić zagrożenie dla lokalnej bioróżnorodności.

15.07.2019

Leżing czyli o nowej formie wykładania (się)


Nuda jest potrzebna, zwłaszcza dla osób pracujących kreatywnie lub uczących się. W intensywnym i zabieganym życiu mamy na nią coraz mniej czasu. Nuda to czas suszenia sieci. Kiedyś, gdy sieci rybackie były wykonane z włókien naturalnych, musiały być wysuszone po połowie, gdyż w innym przypadku po prostu gniły i rozpadały się. A my mamy coraz mniej czasu na odpoczynek i zwykłą nudę. Zbyt łatwy dostęp do elektronicznej rozrywki w każdym miejscu utrudnia zwykłe nudzenie się. I związaną z tym refleksję. Wyciszyć się "na pustyni".

Gdy umieściłem powyższe zdjęcie na swojej facebookowej tablicy, to zaprzyjaźniony hydrobiolog z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza tak to dowcipnie skomentował: Paweł Michał Owsianny Wiedziałam zawsze Staszku, że jesteś prekursorem! Już od jutra wprowadzam tą nową formę "wykładu" na UAM!!! Skojarzenie wyłożenia się na trawie z bardzo podobnym słowem "wkład, wykładać". Powstało całkiem płodne intelektualnie porównanie z wykładaniem... w formie terenowej i leżącej (leżing w parodii neologizmów młodzieżowych). Nie pomyślałem, że tak można (się ) wykładać. Pomysł Pawła Owsiannego podchwytuję. To będzie leżing jako terenowa forma sofingu (kiedyż żartowałem, że uprawiam sport ekstremalny - sofing... czyli leżenie na sofie).

Sofing i leżing jako pochwała odpoczynku i nudy. Kto umie wypoczywać ten umie pracować. Wiele mądrości w tym przysłowiu. Neurobiolodzy na nowo przedstawiają stare prawdy. Nuda jest potrzebna, bo jest jak cisza (w myślach, w neuronach) - mniej dociera bodźców z zewnątrz i stwarzamy szansę na powstawanie własnych myśli (ja dostrzegam analogię z sukcesją ekologiczna w ekosystemach i cenofilogenezą). Nuda służy wypoczynkowi i kreatywności. Neurobiolodzy mówią o aktywacji (w czasie nudy) tak zwanej sieci spoczynkowej, czyli stanie w którym nasza uwaga skierowana jest na nas samych. W tym stanie rozwijamy poczucie siebie, przetwarzamy nasze doświadczenie (zebrane bodźce), organizujemy myśli, tworzymy nową perspektywę widzenia naszych problemów. W rezultacie stajemy się bardziej kreatywni i bardziej empatyczni. W konsekwencji dzięki nudzie cieszymy się lepszym zdrowiem psychicznym, lepiej wypadamy w testach poznawczych, lepiej rozumiemy czytany tekst i jesteśmy bardziej elastyczni.

Wakacyjna nuda potrzeba jest uczniom i studentom (pracownikom naukowy tym bardziej). Ale ten czas wolny potrzebny jest i w ciągu całego roku. Dajmy młodzieży czas na nudę między lekcjami. Nie obciążajmy ich nadmiarem zajęć dodatkowych, popołudniowych - tych różnych lekcji językowych, jazdy konnej, nauki gry na skrzypcach i wielu innych przydatnych umiejętności. W pogoni za sukcesem i zagwarantowania własnym dzieciom jak najlepszego startu życiowego w dobrej wierze obarczamy ich ogromem zadań szkolnych i pozaszkolnych. W rezultacie nie mają czasu na zwykłą nudę... A nuda jest i ważna i potrzebna!

Nic-nie-robienie jest bardzo potrzebne w edukacji i w pracy. Zatem leżing jako forma wykładu... ma na prawdę sens. Idźcie więc na wykład i poleżcie na łące, wśród ziół różnych i owadów wszelakich. Dlaczego nazywać wykładem zwykłe wyłożenie się na trawie? Dla pracoholików i bardzo ambitnych to alibi - przecież są aktywnie na wykładzie. Coś ważnego robią. A przecież zwykłe leniuchowanie i nudzenie się mogłoby być odebrane jako marnowanie czasu. Natomiast uczestnictwo w wykładzie już zyskuje status sensownej aktywności rozwojowej.

Tak więc wyłóż się urlopowo, wakacyjnie, jako i ja próbuję, i nudź się rozwojowo. Kreatywnie. Stwórz warunki by rodziły się Twoje własne myśli. Człowiek ze swej natury jest twórcą bardzo kreatywnym. Stwórz jedynie ku temu warunki i daj sobie szansę.

Tak, potrzebna jest jeszcze infrastruktura. Na przykład łąki kwietne w miastach, by było gdzie poleżeć blisko domu.

14.07.2019

Czy można podlewać trawnik wodą wodociągową?

Olsztyn, lipiec 2019. Podlewanie trawnika wodą wodociągową...
W Polsce coraz dotkliwiej brakuje wody a jednocześnie marnujemy ją lekkomyślnie. Kto bogatemu zabroni? Jednocześnie mocno krytykowane są łąki kwietne w miastach, a to że kleszcze, że miasto to nie wiocha, że nie ma miejsca na chwasty na trawnikach itd. Estetyka kaprala. A łąka kwietna to skrót myślowy, odnoszący się do ekologicznego podejścia do użytków zielonych, określenie na ekosystemy kształtowane przez człowieka dla zachowania różnorodności biologicznej i ochrony środowiska. Ziołorośla, łąka kwietna to zdanie się na procesy naturalne i umożliwienie wzrostu różnym gatunkom, w tym także znoszącym upały i mniej wody. Łąki kwietnej nie kosimy zbyt często by umożliwić wzrost i rozwój wielu różnych gatunków roślin. I wydanie nasion. By mogły pojawić się w kolejnym roku. Nisko skoszony trawnik (w estety kaprala) by nie wysechł w czasie upałów wymaga podlewania (i nawożenia). Skąd woda? Z wodociągów miejskich. Ogromna rozrzutność. Bo tej wody niebawem będzie nam brakowało. Przypomniała mi się studyjna wizyta w Hiszpanii sprzed blisko 10 lat. Tam skutki braku wody są o wiele bardziej widoczne. Możemy brać przykład z Hiszpanów, tylko czy jesteśmy otwarci na uczenie się i zmianę nieadekwatnych już przyzwyczajeń.

Ekolodzy od dawna ostrzegają przed skutkami antropogenicznego ocieplenie klimatu oraz kurczącymi się zasobami wody w Polsce. Ale gdy zimą trawi się jakiś mroźny dzień lub latem chłodniejszy od razu sypią się gromy na ekologów, za straszenie ociepleniem klimatu.
Według tych krytyków mróz w styczniu to dowód, że pisanie o ocieplaniu klimatu to jakaś spiskowa ściema.

Powolnych zmian w skali globalnej na co dzień na ogół nie dostrzegamy. Dlatego nie jesteśmy gotowi na poważniejsze zmiany w gospodarce, zmierzające do ograniczenia emisji gazów cieplarnianych. Kiedy jednak prognozy się sprawdzą (a widzimy, że się sprawdzają, zarówno co do temperatury i braku wody), na działania będzie za późno, a skutki będą bardzo bolesne przede wszystkim w aspekcie ekonomicznym. Nie jesteśmy w stanie „na oko” zaobserwować podniesienia się średniej temperatury rocznej o jeden stopień. Nieco łatwiej zauważyć podnoszenie się poziomu mórz i oceanów (ale to gdzieś daleko od nas?), topnienie lodowców (może zdjęcia sfałszowano?) czy zmiany zasięgów występowania gatunków roślin i zwierząt (a tu na pewno już ekolodzy coś kręcą). Ale i wtedy raczej sądzimy, że ktoś nas oszukuje, że ekolodzy spiskują i że „jakoś to będzie”.

Podobnie jak lekceważymy ostrzeżenia przed ociepleniem klimatu, tak ignorujemy prognozy dotyczące braków wody w Polsce. Mamy tyle jezior i tak często u nas padają deszcze, że nie bardzo dostrzegamy obniżania się poziomu wód gruntowych. Nie jesteśmy skłonni ani oszczędzać wody ani działaniami wybiegać w przyszłość, myśląc o rosnących potrzebach rolnictwa, przemysłu czy potrzebach komunalnych. Trudno nam sobie wyobrazić demonstrację uliczną, wywołaną brakami wody. A tak dzieje się już w Europie. 10 lat temu, w małej prowincji Hiszpanii – w Murcji – na ulice wyszło około 500 tys. demonstrantów pod hasłami „woda dla wszystkich”. Południowo-wschodnia Hiszpania odznacza się klimatem bardzo ciepłym. Dla turysty wymarzona słoneczna i ciepła pogoda. Ale w ciągu ostatnich 15-20 lat braki wody widoczne są gołym okiem. W rzekach i rzeczkach, w których jeszcze niedawno się kąpano, teraz wody jest zaledwie po kostki.

Woda jest niezbędna zarówno dla rolnictwa jak i potrzeb komunalnych. Dlaczego kiedyś wody starczało a teraz nie? Po pierwsze dlatego, że przybyło w Murcji mieszkańców, po drugie znacząco wzrosło zapotrzebowanie wody dla celów komunalnych, rolniczych i przemysłowych. Brakująca woda sprowadzana jest kanałami z sąsiedniej Kastylii. Ale nawet w obrębie jednego kraju, jednego narodu rodzą się już poważne konflikty o wodę (stąd wspomniana uliczna demonstracja). Kiedy zaczyna jej brakować, zmniejsza się skłonność do dzielenia się tymi zasobami. Jeszcze większe konflikty wybuchać mogą na styku różnych krajów i narodów. Nie bez przyczyny mówi się, że jeśli wybuchnie trzecia wojna światowa, to będzie to wojna o wodę (a nie o ropę naftową, gaz ziemny czy surowce przemysłowe).

Problemów gospodarki wodnej nie jest w stanie wyregulować sama ekonomia. W Murcji nie wolno spuszczać wody z basenu kąpielowego, nawet jeśli się jest bardzo bogatym i można kupić jej tyle, ile się chce. Wodę w basenie należy oczyszczać a nie wymieniać. Nie można także wodą wodociągową podlewać ogródków i trawników. Dlatego w wielu miejscach widać już… „ładne”, zielone, plastikowe trawniki. Nie trzeba ich ani kosić ani podlewać. Czy w takim świecie chcielibyśmy żyć? W świecie, w którym do tej pory powszechne dobra przyrodnicze są reglamentowane jak cukier i mięso w czasach PRL?

W Hiszpanii miałem okazję oglądać innowacyjne, małe „symbiotyczne” oczyszczalnie ścieków, ustawiane na osiedlach jak i przy stacji paliw. W tym pierwszym przypadku ustawiono oczyszczalnię, bazującą na pracy bakterii i pierwotniaków, z dużymi oporami. Mieszkańcy obawiali się nieprzyjemnego zapachu. Oczyszczalnia zlokalizowana jest na terenach rekreacyjnych, tuż przy placu zabaw. Obawy okazały się nieuzasadnione i obecnie wszyscy są zadowoleni, a oczyszczona woda służy do podlewania trawników i ogrodów.

Oczyszczalnia zlokalizowana przy stacji paliw oczyszcza wodę z lokalu gastronomicznego i myjni samochodowej. Odzyskana woda służy do mycia samochodów (myjnia obok mnie wykorzystuje wodę wodociągową...).

Uwidaczniające się globalne i regionalne problemy środowiska mogą być rozwiązywane poprzez zmianę naszych codziennych nawyków oraz innowacyjną gospodarkę. Wymaga to jednak wysiłku i perspektywicznego myślenia. W wielu globalnych problemach środowiskowych zmuszeni jesteśmy do działania solidarnego i wspólnego w skali całej planety czy regionu. Mechanizmy gospodarki rynkowej nie są wstanie zadziałać skutecznie. Potrzebne jest myślenie i działanie wybiegające daleko w przyszłość.

W przyrodzie, tak jak w medycynie, najtańszym sposobem leczenia jest zapobieganie chorobom. W Polsce nie za bardzo widać takiej roztropności. Marnujemy wodę na potęgę, mimo że nasze rzeki wysychają a w wielu miejscowościach brakuje wody w kranie...

12.07.2019

Historia kamienia, który szeptem opowiada historie tej ziemi

Historia o szepczącym kamieniu narodziła się W Szuwarach. To tam postawiono pytanie skąd wzięły się na Warmii tajemnicze kamienie, które potrafią mówić. Szepczą ochrypłym głosem o miłości, przeszłości i tym co się dopiero wydarzy... (czytaj całą historię kamienia W Szuwarach).

Szeptać, gadać, opowiadać - jednym słowem przedstawiać historie. Warto przypomnieć jeszcze jedną wersję o malowanych, szepczących kamieniach.

Szepczące kamienie rodzi ziemia, zwłaszcza ta jałowa, co na niej mało rośnie. Rodzą się nieme i cicho leżą. W trawie, albo między zbożem, albo w redlinach kartofli. I leżą sobie tak dziesiątki lat. Leżą, patrzą i słuchają. Niektóre z nich wiele już w życiu widziały i wiele historii słyszały. To człowiek je zaklina, czasem łzami, czasem złym słowem. Czasem ktoś podnosi z ziemi taki kamień i ... rzuca. By wronę przegonić lub lub człowieka pogonić, skrzywdzić, może i niewiernego małżonka, albo pijaczynę. Ale kamienie cały czas milczą. Dopiero gdy ktoś, czy to panna, czy kawaler, czy to singiel czy babcia lub dziadek, czy to pastuch lub turysta, weźmie w dłoń i ... albo położy na stole, na stercie papierów, albo gdzieś rzuci pod płot. Wtedy uczą się mówić.

Te odważniejsze nazywane bywają gadającymi kamieniami. Żeby gadać, muszą poczuć ciepło dłoni. I muszą być pomalowane. Bo w czasie malowania ludzie rozmawiają, najczęściej życzliwie. To odczarowuje złe zaklęcie jałowej ziemi i ponurych myśli. Bo tak jak panna, gdy na wizytę idzie, czy ona się nie umaluje? To i kamień chce być pomalowany. A jak ktoś Go pomaluje, lub inaczej ozdobi, wtedy czar pryska i kamień może przemówić. Opowie wtedy historie, które widział i które słyszał.

A te, co są nieśmiałe, to szepczą... Bo boją się głośniej mówić. Po prostu nie wierzą, że ktoś chce ich słuchać... I boją się hejtu, słów, które krzywdzą. One potrzebują jeszcze więcej troski. I kiedyś przemówią głośniej.

Nasłucha się taki kamień żalów panienki, albo kawalera. I wtedy znika. Idzie opowiedzieć innej osobie o pannie, lub o kawalerze. A jak opowie tę historię, to poruszy serce i kawaler zapuka do drzwi czekającej panny. Albo rozwódki.

Tak, kamienie szepczące rodzą się w ziemi. Zwłaszcza tej biednej. I nie potrafią na początku mówić. Przemawiają dopiero wtedy, gdy ktoś je pomaluje. Najczęściej opowiadają historie o przyrodzie. Bo przecież długo leżą w szuwarach, to się napatrzą i na biedronki, i na modraszki i na stokrotki. Opowiadają o grzybach, chwastach i owadach ale tak, jakby o ludziach opowiadały. Poszukaj takiego kamienia, otrzyj z kurzu, pomaluj i posłuchaj jego historii. Każdy kamień ma inną. QR kod ułatwi dotarcie do opowieści.

Szepczące kamienie są już w Olsztynie, Ostródzie, niebawem pojawią się w Ornecie. Opowiadają o przyrodzie, o łąkach kwietnych i o ludziach. Możliwe, że spotkasz je także w innych miejscach Warmii i Mazur.

07.07.2019

O grzybach, które kwitną i o ich przebiegłości reprodukcyjnej


Czy u roślin występują choroby weneryczne? Chorobę weneryczną określa się jako chorobę przenoszoną drogą płciową. Nazwę swoją bierze od Wenery - bogini miłości (w mitologii rzymskiej, łac. Venus, gr. Aphrodítē). Dodajmy, że rośliny do zapłodnienia krzyżowego wykorzystują także i inne organizmy, sowicie opłacając je pokarmem. A czasem oszukując - łudząc pięknem kwiatów i obietnicą słodkiego nektaru. Mowa o owadach zapylających, zwabianych do kwiatów słodkim i pożywnym nektarem. A skoro są zapośredniczone kontakty seksualne, to może i jakieś pasożyty chorobotwórcze wykorzystujące ów popęd rozrodczo-pokarmowy, występują w przebogatym świecie przyrody? Bo rośliny chcą się rozmnażać a owady jeść. Świat krąży wokół jedzenia i seksu.

A skąd w tej opowieści grzyby i to takie, które kwitną? W biologicznym sensie nie ma takich, przynajmniej kwitnących samodzielnie. Ale do spółki z roślinami to potrafią zakwitnąć (otaczająca nas przyroda to jedna, wielka wspólnotowość). Owszem, są takie grzyby jak sromotnik bezwstydny czy okratek australijski, które zapachem zwabiają muchy (czyli jest funkcjonalne podobieństwo do roli, jaką spełniają kwiaty). Dodajmy, że ten zapach tylko muchom jest miły, bo przypomina padlinę lub ekskrementy. Ale zwabione muchy roznoszą zarodniki i w ten sposób przyczyniają się do rozprzestrzeniania gatunku (dyspersji). Jednak nie o takich „kwiatach” będzie ta opowieść.

Bohaterem niniejszej opowieści jest sypnik, grzyb z rodzaju Uromyces. Niektóre małe grzyby, zwane rdzami, tworzą ciekawe związki z roślinami naczyniowymi. Same nie mogą zakwitnąć w celach reprodukcyjnych (i dyspersyjnych), to kwitną do spółki z roślinami, niejako je do tego przymuszając. Na przykład spotkać można wilczomlecza sosnka z dziwnymi, rdzawymi liśćmi (na zdjęciach), wyglądającymi jak kwiaty. Pachnące kwiaty z nektarem. Wilczomlecz porażony grzybem Uromyces pisi nie wytwarza kwiatów ale wytwarza czerwonawe liście podkwiatostanowe. A sam grzyb wytwarza … nektar przywabiający owady, roznoszące gamety grzyba (to swoista mimikra udawania kwiata). Grzyb jest w swoistym pasożytem, który „nie pozwala” wytworzyć kwiatów wilczomleczowi, bo sam chce zwabiać owady do pseudokwiatów. Owady te to roznosiciele pyłku i propagul (zwierzęta takie można nazwać polinatorami, ale przydałaby się ładniejsza, polska nazwa).

W interesie grzyba jest aby roślina żywicielska wyprodukowała powabnię bo sam sypnik tego nie potrafi. Uzyskać kuszące piękno za cudzą sprawą… Powabnia, ten psueudokwiat, zwabia owady a te roznoszą zarodniki grzyba na inne rośliny (roznoszą więc chorobę). U grzybów też występują płcie a więc jest to owadzi współudział w rozmnażaniu grzybów (roznosząc gamety między różnopłciowymi plechami umożliwiają zapłodnienie).

Gdyby wilczomlecz sosnka wytwarzał w pełni płodne kwiaty (właściwie rozwinięte, z kolorowymi płatkami i nektarem), to stanowiłby konkurencję dla psueudokwiatów z pseudonektarem i propagulami grzyba. Grzyb się stara jak może a i tak owady w większości wolą normalne kwiaty… Pszczoły i inne zapylacze widać traktują ten grzybi nektar jako „chińską” podróbę.

Tymi grzybowymi psueudokwiatami zapewne za bardzo byśmy się nie interesowali (poza filozofami przyrody) gdyby nie fakt, iż wspomniany grzyb wywołuje chorobę roślin uprawnych – rdzę grochu. Wilczomlecz sosnka jest żywicielem pośrednim. Z tego powodu obecność wilczomlecza w pobliżu plantacji grochu jest niepożądana przez rolników.

Wilczomlecz sosnka był wykorzystywany w medycynie ludowej, bowiem jego sok stosowany był zewnętrznie jako lek na brodawki, kurzajki, piegi oraz wypadanie włosów. Nawet medycyna ludowa wymaga wiedzy i odpowiedniego stosowania i czasem dochodziło do zatruć. Babka z lasu musi znać się na swojej robocie i ziołolecznictwie. Inaczej nie wyleczy a otruje. Chyba znachorka od czarownicy różni się tylko wiedzą w stosowaniu ziół w odpowiedniej dawce.

Wilczomlecz sosnka rośnie na suchych łąkach, pastwiskach, murawach, miejscach ruderalnych, na przydrożach itd. Jest uznawany za gatunek charakterystyczny dla muraw kserotermicznych. Jest rośliną trującą (ale są wyspecjalizowane motyle, których gąsienice bezpiecznie zjadają tę roślinę), zawiera flawonoidy, euforben, kauczuk, żywicę, kwasy organiczne. Toksyczne są rośliny świeże jak i zasuszone (dla rolników to informacja, dotycząca siana). Mleko krów, zatrutych tym wilczomleczem, ma kolor czerwony i zawiera substancje trujące dla ludzi (można więc zatruć się za pośrednictwem krowy, samemu nie spożywając wilczomlecza sosnki).

Owady odgrywają dużą rolę w cyklu życiowym różnych grzybów (np. rodzaje Puccinia i Uromyces) jako wektory (polinatory), przenoszące gamety lub/i przenoszące zarodniki na kolejne rośliny żywicielskie.

Inną rośliną tak niecnie i seksualnie wykorzystywaną przez rdze jest gęsiówka (Arabis sp.). A kolejnym przykładem roślinnych chorób wenerycznych może być bniec biały (niebawem o tym napiszę dokładniej). Otaczająca nas przyroda jest przeogromnym źródłem inspiracji do ciekawych opowieści z różnymi morałami i dygresjami filozoficznymi...

Nie tylko człowiek stosuje różnorodne perfumy i afrodyzjaki w celu nakłonienia innych do czynności sobie potrzebnych. Nie tylko człowiek za sprawą innych gatunków staje się piękniejszym by wabić w celach reprodukcyjnych. W pełni jesteśmy częścią przyrody.

06.07.2019

Diagnostyka bakteriologiczna

Dotarło do mnie nowe, zmienione i poszerzone trzecie wydanie podręcznika akademickiego pt. "Diagnostyka bakteriologiczna". Pierwsze wydanie ukazało się w 2005. Kilkanaście lat i trzeba wprowadzać uzupełnienia. Bo w naukach biologicznych ciągle się wiele zmienia.  A ja mam ciekawą lekturę na wakacje z zakresu literatury faktu. Wiem, wiem, jestem niszowcem. I pasjonuje mnie poznawanie przyrody, życia biologicznego i najnowszych osiągnięć nauki. Ciągle się coś zmienia, pojawiają się nowe pomysły, teorie powstania i ewolucji życia. A ja szukam w tym wszystkim modelu ogólnego, jakieś uniwersalnej zasady organizacji życia na wszystkich poziomach. Książki są dobrym narzędziem do samodzielnego kształcenia ustawicznego i pozaformalnego. Przy okazji wykorzystam na zajęciach, bo prowadzę seminaria i wykłady dla studentów mikrobiologii. Jestem hydrobiologiem od owadów i poziomu ekosystemowego, ale szukam wspólnych przestrzeni z mikrobiologiami.

Wspomniana książka jest jedynym na polskim rynku podręcznikiem, dotyczącym diagnostyki zakażeń bakteryjnych. Publikacja jest kierowana do studentów i osób specjalizujących się w zawodach medycznych, zwłaszcza diagnostów laboratoryjnych a także studentów wydziałów lekarskich, nauk o zdrowiu i farmacji oraz do szerokiego grona studentów mikrobiologii, biotechnologii czy ochrony środowiska. Sądzę, że będzie przydatna także w medycznych laboratoriach diagnostycznych i stacjach sanitarno-epidemiologicznych. Wygodnie mieć pod ręką coś papierowego i zbierającego aktualny stan wiedzy.

Bakterie od dawna sprawiają kłopot biologom. Bo jak na przykład zastosować do nich biologiczna koncepcję gatunki skoro nie rozmnaża się płciowo i trudno mówić o populacji osobników o podobnych cechach, mogących się swobodnie krzyżować i dawać płodne potomstwo? Zmienność genetyczna bakterii uwarunkowana jest zjawiskiem horyzontalnej wymiany genów. Do tego dochodzi "normalna" transpozycja i mutacje. Dlatego odkrycia w świecie archeonów i bakterii są bogata pożywka dla biologii ogólnej, poszukującej ogólnych praw wśród organizmów żywych. W odniesieniu do bakterii ocenia się, że w toku ewolucji prawie wszystkie geny zostały dotknięte horyzontalną wymianą ich fragmentów, a między niektórymi rodzajami to powtórzyło się nawet kilkaset razy. Między innymi z tego powodu trudne jest do zdefiniowania pojęcie gatunku bakterii, A w diagnostyce musza sobie jakość radzić.

W omawianym podręczniku moje szczególne zainteresowanie zyskały dwa rozdziału: 1. Ewolucja, taksonomia i diagnostyka oraz 22. Bakterie w organizmie zdrowego człowieka.

Diagnostyka mikrobiologiczna przedstawiona w kontekście najnowszych badań mikrobiomu człowieka. W książce znaleźć można między innymi:
  • Opis najważniejszych i mniej znanych bakterii związanych z człowiekiem uwzględniający ich aktualną pozycję taksonomiczną, nazewnictwo, znaczenie kliniczne i czynniki ich chorobotwórczości, cechy morfologiczne i hodowlane, różnicowanie względem bakterii pokrewnych lub podobnych. 
  • Bakterie tworzące mikrobiom człowieka – znaczenie dla diagnostyki chorób. 
  • Hodowlane i niehodowlane metody diagnostyczne oparte o najnowsze rekomendacje krajowych i europejskich towarzystw naukowych i zespołów lekarzy i diagnostów Narodowego Programu Ochrony Antybiotyków. 
  • Informacje o sposobach pobierania materiałów klinicznych i ich transportu. 
  • Omówienie diagnostyki zakażeń w obrębie wszystkich narządów i układów. Hodowla, różnicowanie w oparciu o właściwości metaboliczne, cechy biologiczne, serologicznie, a także metody wysokoprzepływowe i molekularne. 
  • Szerokie informacje o zakażeniach przenoszonych przez wektory owadzie.
  • Wskazówki dotyczące badań wirusologicznych i parazytologicznych. 
  • Zakażenia szpitalne, zagrożenia ze strony szczepów wieloopornych i dochodzenia epidemiologiczne. 
  • Obszerny aneks z opisem wszystkich istotnych w diagnostyce i wskazanych w książce podłoży i metod diagnostycznych. 
Autorami tego trzeciego wydania książki jest zespół pracowników naukowych Zakładu Mikrobiologii Farmaceutycznej i Diagnostyki Mikrobiologicznej Uniwersytetu Medycznego w Łodzi, a także takie czołowe postaci polskiej mikrobiologii jak Ewa Augustynowicz-Kopeć, Waleria Hryniewicz i Alina Olender.

Książka z medialnym patronatem bloga Profesorskie Gadanie

04.07.2019

Znalezione w warmińskich szuwarach a wyrosło z nasion z Francji! Na naszej warmińskiej ziemi.


Wyrosło z nasion z Francji! Na naszej warmińskiej ziemi. A teraz wydaje dźwięki. W Szczebrzeszynie chrząszcz brzmi w trzcinie, a co brzmi w szuwarach? Takie oto muzyczne instrumenty. O tych instrumentach i artystyczno-lokalnym sklepie W szuwarach  (wszystkie zdjęcia są tej na stronie robione przez Lidię Dzwolak  i Piotra Wyrzykowskiego) można poczytać na podlinkowanej stronie. W tym roku i ja tykwę oraz dynię francuskiego rodowodu zasadziłem na mojej podblokowej łączce. Cierpliwie czekam na efekty.


Tak rośnie tykwa, z której można zrobić na przykład niepowtarzalny instrument muzyczny,


Anna Wojszel, artystyczny hodowca nie tylko instrumentów muzycznych.




To one mieszają w Szuwarach. Te dwie niżej uwiecznione fotograficznie, pozytywnie zakręcone panie. Pielęgnują, wspomagają i upowszechniają warmińsko-mazurską twórczość i rękodzieło.

"Nie macie czasami wrażenia, że to co nas zachwyca, co jest twórcze i niepowtarzalne, to jedynie czubek góry lodowej ogromu wspaniałych rzeczy, które tworzą ludzkie ręce? Mając takie przekonanie stworzyłyśmy Szuwary – miejsce, w którym spotkać możecie utalentowanych ludzi z Warmii i Mazur oraz ich dzieła. Nieustannie towarzyszy nam uczucie, że ludzie potrafią tworzyć cuda. Naszą pasją jest przeszukiwanie miejsc leżących z dala od głównych szlaków, bo czujemy, że właśnie tam powstają rzeczy wyjątkowe. Ludzie tworzą je nie dla poklasku, lecz z potrzeby serca."




01.07.2019

Przepisy grzybowe Olgi Tokarczuk, czyli o tym jak czytać powieści i literaturę fikcji

Rozsmakowałem się w literaturze faktu. Ale ciągle wracam do literatury fikcji. Bo i fikcja może być prawdziwa. Prawdziwa w tym sensie, że jest modelem, uogólnieniem i też może przekazywać jakąś prawdę ogólną. Inny jest tylko język i inaczej trzeba odkodowywać treść. Oczywiście nie każda literatura fikcji (nie każda powieść) jest mądrze napisana i zawiera jakąś wartościową treść. Podobnie z publikacjami i książkami naukowymi oraz popularnonaukowymi.

Literatura faktu - książki naukowe i popularnonaukowe - stawia na precyzję języka, nawet kosztem piękna. W literaturze fikcji precyzja jest mniej ważna - na pierwszy plan wychodzi piękno. Opowiadanie niedopowiedzeniami, porównaniami i innymi zabiegami utrudnia jednoznaczne "odkodowanie" i odgadnięcie co autor miał na myśli. Zresztą nie to jest ważne co miał na myśli, ale co czytelnik wywnioskuje, sam sobie w głowie stworzy.

W przeczytanej ostatnio książce Olgi Tokarczuk pt. "Dom dzienny, dom nocny" zawarta jest jakaś prawda uniwersalna o wrastaniu w regionalną tożsamość. Autorka pisze o Kotlinie Kłodzkiej ale pasuje także do Warmii i Mazur (ziemie "poniemieckie"). Mieszanie się kultur, ludzi przybyłych i tych, których już nie ma. A także przenikanie do tej tożsamości różnych legend, zwyczajów, ludzkich opowieści. Mieszanie się snu i jawy. Ale nie o tym chcę teraz pisać.

W komentowanej powieści zaintrygowały mnie grzyby. I próba rozszyfrowania intencji autorki. Tknęło mnie dopiero przy borowiku ponurym. Być może dlatego, że akurat teraz wyrosło ich kilka na mojej podblokowej łące kwietnej (w ubiegłym roku były czernidlaki kołpakowate). Poczytałem o nim trochę w literaturze mykologicznej. I zacząłem się zastanawiać o co chodzi z tymi grzybami - czy autorka nie zna się na grzybach, czy myli fakty (jakaś nierzetelność) czy też chce coś nie wprost powiedzieć. W książce pojawiają trzy przepisy kulinarne na grzyby a o jedzeniu kolejnych dwóch gatunkach jedynie wspomina. Modne są książki z przepisami, wtrącanymi nawet w beletrystyce. Ale przepisy grzybowe Olgi Tokarczuk są zwodnicze. Jeśli ktoś je potraktuje dosłownie, grozi śmiertelnym zatruciem...

Najpierw pojawia się flammulina. Nazwa dla mnie obca, przeczytałem i się głębiej nie zastanawiałem co to za grzyb. Dopiero potem poszukałem.  Flammulina to inaczej płomiennica, rodzaj grzybów z rodziny obrzękowcowatych (Physalacriaceae). Inne polskie nazwy, które można odnaleźć w książkach grzybiarskich, to: bedłka, opieńki, kółkorodek, monetka, zimówka. Jest co najmniej kilka gatunków z tego rodzaju w Polsce. Są to grzyby saprotroficzne i pasożytnicze,  nadrzewne, o owocnikach wyrastających zwykle zimą lub wczesną wiosną. Z opisu Olgi Tokarczuk wynika, że chodzi o płomiennicę zimową (Flammulina velutipes), wskazuje na to pora zbioru jak i opis samego grzyba.  Inne nazwy to: kółkorodek aksamitnotrzonowy, monetka aksamitna, opieńka aksamitnotrzonowa i zimówka aksamitna. Owocniki spotkać można od października do grudnia (nie są wrażliwe na mróz), a podczas łagodnej zimy nawet do marca. Wyrasta na pniakach i pniach drzew liściastych, zazwyczaj kępami, najobficiej na topolach i wierzbach. Co ważne płomiennica zimowa jest grzybem jadalnym, smacznym, nadaje się do zup i marynowania. Olga Tokarczuk w "Domu dziennym, domu nocnym" taki podaje przepis na krokiety z  flammuliny: składniki - 10 naleśników, pół kilo grzybów, jedna cebula, dwie kromki czerstwego ciemnego chleba, sól, pieprz, gałka muszkatołowa, dwie łyżki bułki tartej, pół łyżki margaryny, masło do smażenia grzybów, łyżka śmietany, pół szklanki mleka, jedno jajko. "Cebulę trzeba zeszklić na maśle, potem wrzucić drobno pokrojone grzyby, posolić, popieprzyć i dodać gałkę muszkatołową na czubek noża. Smażyć 10 minut. W tym czasie namoczyć chleb w mleku, odcisnąć i zmielić przez maszynkę. Dodać do grzybów z jajkiem i śmietaną. Farsz zawinąć w naleśniki, obtoczyć w bułce tartej i podsmażyć na margarynie". Skoro grzyb jadalny, to może i przepis autentyczny, sprawdzony, osadzony w tradycji regionalnej?

Potem w książce pojawia się fragment o rodzinie, która jadła pieczarki ale raz do garnka trafił się muchomor wiosenny, bardzo podobny z wyglądu ale silnie trujący (w powieści zmarło dziecko). Wiele razy w swoim życiu słyszałem i czytałem o zatruciach tym właśnie grzybem i pomyłkach z pieczarkami. Tuż po tej opowieści pojawia się przepis u Olgi Tokarczuk na muchomora wiosennego w śmietanie. Składniki: pół kilo grzybów, 3 dkg masła, 1 mała cebula, pół szklanki kwaśnej śmietany, 2 łyżki mąki, sól, pieprz, kminek. "Drobno posiekane muchomory dusić około 10 minut razem z podsmażoną na maśle cebulą, solą, kminkiem i pieprzem. Połączyć z mąką, rozrobioną z kwaśną śmietaną. Podawać do ziemniaków lub do kaszy." No i jak to odczytać, jak interpretować? Czy to był przepis na pieczarki, w których trafił się muchomor wiosenny? Przepis na truciznę? Czytelnik chyba od razu się zaniepokoi bo ciut wcześniej autorka pisze o śmiertelnym zatruciu dziecka. Dowcip? Jakaś przenośnia? Co zakodowała autorka i co należy odkodować, czyli "co poeta miał na myśli"? Ale i po tym jeszcze nad grzybami w "Domu dziennym, domu nocnym" nie zastanawiałem się.

Dopiero przepis na borowika ponurego mocno mnie zaniepokoił i zaintrygował. Bo Olga Tokarczuk taki zamieszcza przepis: "Borowika ponurego w winie i w śmietanie robi się tak: około kilograma borowików ponurych, 4 łyżki masła, ćwierć szklanki białego wytrawnego wina (najlepiej czeskie ze słoneczkiem), szczypta pieprzu, szczypta papryki ostrej, sól, szklanka śmietany, pół szklanki utartego oscypka. Grzyby smaży się przez 5 minut na maśle. Dolewa wino i dusi jeszcze 3 minuty. Potem dodaje się pieprz, paprykę i sól, wlewa śmietanę, wsypuje ser i miesza. Podaje się na grzankach albo z ziemniakami." Traktować jak przepis na flammulinę czy jak na muchomora wiosennego?  Bo borowik ponury jest grzybem trującym (w zasadzie). Na pewno jeśli wykonać według zamieszczonego przepisu. Jeśli borowika ponurego obgotować i zlać wodę (chyba nawet więcej niż jeden raz), to usunie się jego trujące substancje. Ale w przepisie nie ma nic o wcześniejszym gotowaniu i zlaniu wody. Nie ma żadnego sygnału ostrzegawczego dla czytelnika by nie brał przepisu zbyt dosłownie (a w niektórych książkach znajdzie informacje, że grzyb może być jadalny). Czy w tym przypadku autorka nie miała pojęcia o czym pisze i nie znała tego grzyba? Czy może to jakiś zabieg celowy?

W tekście pojawiają się także wzmianki o jedzeniu piestrzenicy kasztanowej. To też grzyb uważany za trujący (sam jadłem! i żyję). Ale substancje trujące rozkładają się w czasie gotowania (nie wolno tylko pochylać się nad garnkiem bo można zatruć się oparami). Pisze także o jedzeniu muchomorów. Ale niektóre gatunki muchomorów są jadalne i nawet smaczne. Może o takie jej chodziło. A może i o muchomora czerwonego, który dawniej wykorzystywany był w praktykach szamańskich do wprowadzania się w narkotyczny trans? Czy autorka o tym wiedziała i starała się to aluzyjnie przemycić? Bo przecież w tej książce ciągle przewijają się sny, wymieszane z jawą. Jest też jeszcze mały wątek rodem z literatury fantasy. Odnosi się do Marty, jednej z bohaterek. Niby wprost nic nie napisane, ale aluzjami sugeruje się coś niesamowitego. Dopiero pod koniec książki.

Przeczytałem z przyjemnością. Ale co w tej książce jest jakąś uniwersalną prawdą (modelem rzeczywistości, jakimś uogólnieniem) a co całkowitą fikcją i fantazją? W każdym razie do przepisów kulinarnych proszę podchodzić z dużą ostrożnością. Przepisy na potrawy proszę czerpać z literatury faktu. Bo trzeba się nauczyć odkodowywać treści zawarte w powieściach literatury fikcji. Zupełnie tak, jakby się czytało książkę w obcym języku (ale podobnym) - litery się rozpoznaje, niektóre słowa ale nie za bardzo rozumie się treści.... bo nie potrafimy poprawnie odkodować!

Jak odróżnić jawę od snów? Rzeczywistość wirtualną od tej realnej? Książkę możemy odłożyć, ale jak odróżnić fake newsy z mediów by nie zrobić sobie trującej potrawy z muchomora wiosennego lub borowika ponurego? Pytanie ponadczasowe i bardzo aktualne. Umieć odkodować informacje by się nie zatruć, także i ze skutkiem śmiertelnym.