Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grzyby. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grzyby. Pokaż wszystkie posty

12.06.2026

O żółciaku na dębie, poszukującej młodości i o konektywiźmie

Żółciak z Kortowa

Pięknego żółciaka siarkowego spotkałem na początku czerwca br. Dwa owocniki wyrosły na złamanym dębie. Przypomniały mi się chłopięce lata spędzana w Silginach i nasunęły mi się refleksje, dotyczące dostępu do wiedzy i zmiany jakie wywoła internet i sztuczna inteligencja. Jak sama nazwa wskazuje, jest żółty niczym siarka. Choć czasem bywa koloru pomarańczowego. A że kolorem przypomina młodego kurczaczka a raczej smakuje jak kurczak, to w języku angielskim nosi nazwę chicken of the woods. Kurczak z drzewa. Ta nazwa wskazuje także siedlisko występowania, bowiem jest to grzyb nadrzewny, czasem nazywany także hubą co jest skojarzeniem z innymi grzybami nadrzewnymi.

Zbierania grzybów uczyłem się jako chłopiec przez bezpośredni udział. Babcia i wujek zabierali nas młodych do lasu na zbieranie grzybów. To w kontakcie bezpośrednim uczyłem się rozpoznawać grzyby jadalne od tych trujących i niejadalnych. To była kwintesencja uczenia się w kontakcie, typowa dla blisko 200 tysięcznej historii Homo sapiens. Uczyliśmy się od siebie nawzajem. A wiedza dostępna była w głowach osób, z którymi człowiek miał kontakt. Może zobaczyć, dopytać, przypatrzyć się. Może małpować. Zapewne czasem sami eksperymentowaliśmy, inaczej nie byłoby nowych odkryć i postępu, także tego kulinarnego. Być może także podpatrując zwierzęta (co bywa czasem bardzo złudne) lub motywowani głodem i obecnością licznych grzybów konkretnego gatunku. Skoro jest obfitość, to może da się to zjeść. A w każdym regionie skład gatunkowy grzybów może być różny, nie wszystkie się powtarzają, nie wszystkie są kosmopolityczne. Tak więc wiedza o grzybach w kontekście kulinarnym ma mocny aspekt lokalny. Nawet niektóre grzyby mogą być w jednych regionach jadalne, a w innych szkodliwe. Bo zależy także od siedliska, w którym wyrastają. Jeśli więc ludzie wędrowali to musieli sprawdzać, co tu miejscowi jedzą i jak przyrządzają. Potrzebna była więc rozmowa i podpatrywanie „tutejszych” i ich tradycji kulinarnych.

Na tej mojej mazurskiej wsi niektórzy jedli olszuwki. A opinie o tym grzybie były różne. W prasie pojawiały się różne informacje. Ale patrząc na innych, że jedzą to i nasza rodzina z ostrożnością jadła. Bo było ich dużo a prawdziwków, koźlarzy i surojadek było mało.

Tak więc w wakacje chodziłem na grzyby i uczyłem się ich rozpoznawania. Ale na przydrożnych drzewach, gdy pomagałem przyganiać krowy z pastwiska na wieczorny udój, czasem widywałem żółte huby rosnące na drzewach. I dziadek, wujek lub babcia wspominali, że niektórzy te grzyby jedzą. A wieś mazurska zamieszkana była przez autochtonów (Mazurów, Niemców, Szwajcarów) oraz ludność napływową z Wileńszczyzny, z Bieszczad (Ukraińcy deportowani w ramach Akcji Wisła), mieszkańcy „Centrali” czyli z Mazowsza. Nie wiem kto z miejscowych żółciaki zjadał i jak przyrządzał. W domu mojej rodziny ich się nie zbierało i nie jadło. Więc i dla mnie pozostał ten grzyb poza użytkowaniem kulinarnym. Jako ładnie wyglądająca ciekawostka.

Potem jako chłopiec bywałem na Mazowszu. I tam na wsi także chodziłem z rodziną na grzyby. Nauczyłem się zbierać także i inne gatunki, np., kanie. To też była wiedza zdobywana w kontakcie bezpośrednim. A w liceum z kolegą czasem wybieraliśmy się do mazowieckich lasów. I też poznałem całkiem nowe dla mnie kolczaki.

Książki były trudno dostępne. Było ich po prostu mało na rynku wydawniczym. Dopiero od czasów studiów zaczynałem kupować atlasy grzybów. Z czasem nazbierała się spora kolekcja (bo w każdej książce było coś nowego). Książki były kolejnym źródłem wiedzy o grzybach. Upewniałem się czy dobrze rozpoznaję w terenie i nieco poszerzałem liczbę jadalnych gatunków. Wiedza zmagazynowana w książkach to także wiedza ogólnoludzka z której czerpiemy. Trzeba tylko umieć czytać. Nie chodzi tylko o słowa lecz i umiejętność czytania opisów gatunków. Kolorowe atlasy z pięknymi zdjęciami pojawiły się później i znacznie ułatwiły rozpoznawanie gatunków grzybów.

Żeby z książki skorzystać to trzeba ją mieć. I to pod ręką. Swoje waży więc wielu do lasu nie zabierzemy. Wyrastałem w kulturze pisanej więc od młodzieńczych lat zbierałem książki do swojej domowej biblioteczki. Jako inwestycja w poszerzony mózg zewnętrzny. Teraz też, przygotowując niniejszy tekst, sięgnąłem do mojej domowej biblioteczki. Książki to połączenie z większą liczbą osób. Także z tymi, których nigdy w życiu nie spotkaliśmy i nie spotkamy. Sieć wiedzy znacznie szerszy niż społeczność nawet największej wsi. Znacząco ułatwia wykorzystywanie kulinarne nie tylko grzybów, które widzimy pierwszy raz na własne oczy. Nie tylko rozpoznawanie gatunków ale i umiejętność przyrządzania. Bo czasem niektóre gatunki są jadalne dopiero po odpowiednim przygotowaniu. I ja jadłem już gatunki uznawane za trujące. Bo ktoś wiedział jak je przyrządzić. Teraz i ja wiem.

Dzięki internetowi oraz sztucznej inteligencji, dysponując jedynie telefonem komórkowym (a jest lżejszy od książki), możemy zidentyfikować gatunek grzyba w terenie i dowiedzieć się jak go przyrządzić by był smaczny i zdrowy. Ze wszystkimi niuansami siedliskowymi i regionalnymi. I to dobry przykład na poszerzanie się „zewnętrznego, społecznego mózgu”. Kolektywizm to sposób połączenia informacji i sposobu korzystania, docierania do kumulatywnie zgromadzonej wiedzy ogólnoludzkiej. Dzięki wiedzy konektywnie dostępnej możemy sprawniej i szybciej przystosowywać się do zmieniającego się świata. Możemy szybciej się uczyć, wykorzystując ten pozagenetyczny przekaz. AI i internet wprowadziły całkiem nową jakość. Jest szybciej i więcej. 

W roku 2026 dużo już wiedziałem o żółciaku siarkowym i wiedziałem jak szybko znaleźć odpowiedni przepis. Znam też mykologów, którzy żółciaka ze smakiem zjadali. Te mijane żółciaki były młodymi owocnikami i bardzo smakowicie wyglądały. Dlaczego nie zerwałem i zjadłem? Bo nie byłem głodny. Tak jak większość współczesnego społeczeństwa. Owszem, dawny nawyk łowcy-zbieracza często się jeszcze odzywa. I nawyk zbierania grzybów z dzieciństwa. Ostatnimi laty, gdy bywam w lesie i widzę grzyby, to choć kusi, zostawiam je w przyrodzie. Z małymi wyjątkami, gdy specjalnie wybiorę się na grzybobranie. Niech sobie rosną, rozmnażają się i będą pokarmem dla dzikiej przyrody. Wszak wiele ślimaków i owadów odżywia się grzybami. 8 miliardów ludzi zostawiło już mało miejsca dla dzikiej przyrody...

Można się cieszyć grzybami i przyrodą w pełni niekonsumpcyjnie. A owocniki tego uroczego i dużego grzyba spotkać możemy od wiosny do jesieni, choć najczęściej w maju i czerwcu. Pojedyncze owocniki pojawiają się już w kwietniu i można go spotkać aż do października. Żółciak siarkowy (Laetiporus sulphureus) jest gatunkiem kosmopolitycznym i występuje na wszystkich kontynentach. Oczywiście za wyjątkiem Antarktydy. Bo tam drzew przecież nie ma. Jeszcze. W Polsce jest gatunkiem pospolitym, więc każdy na pewno już go gdzieś widział. Ale nie każdy jadł. Zazwyczaj występuje w parkach, na przydrożnych drzewach (te najłatwiej zauważyć), w sadach i ogrodach. W lasach jest rzadszy. Występuje głównie na drzewach liściastych (dębach, brzozach, wierzbach, drzewach owocowych), a na drzewach iglastych spotkać go można bardzo rzadko.

Przez to, że rozwija się na drzewach, uważany jest za groźny grzyb chorobotwórczy. Rozwija się głównie na drzewach osłabionych. Ten mój ze zdjęcia pojawił się na dębie kilka lat temu złamanym przez burzę. Gdy rozwija się grzybnia żółciaka w drzewie, to powoduje brunatną zgniliznę drewna, przyczyniając się do powstawania w drewnie dziupli. Jako przyrodnik bardzo się z każdej dziupli cieszę. To ważne dla wielu bezkręgowców siedlisko. Uważa się, że opanowane przez niego drzewo ginie w ciągu kilku lat. Zapewne przyspiesza zamieranie uszkodzonego drzewa. Nie wszystko trzeba zamienić na deski. Niech i dla dzikiej przyrody coś zostanie. 

Jadalne są tylko młode owocniki i to po dłuższym obgotowaniu (minimum 10 minut) i odlaniu wody. Surowe owocniki podobno są trujące, choć prof. Łuczaj wspomina, że widział ludzi, którzy zjedli ze smakiem surowe owocniki. Może nie otruły ale mogły trochę zaszkodzić. Starsze owocniki są gorzkie i zapewne bardziej włókniste. W niektórych źródłach można znaleźć informacje, ze żółciaki rosnące na cisach są trujące. Zapewne związki trujące pobierają z cisa, bo wszystkie części tego drzewa są trujące. W niektórych źródłach można znaleźć informacje, że najbezpieczniejsze są owocniki rosnące na dębach. Te z drzew iglastych i robinii pseudoakacji mogą być trujące. Możliwe, że te „z drzew iglastych” odnosi się właśnie do cisa. A dlaczego z robinii miałyby być trujące? Tego nie wiem. W jednym z artykułów naukowych wspomina się, że w żółciaku występują hemolityczne i hemoaglutynujące lektyny. To byłoby potencjalne źródło jego szkodliwości. Być może pod wpływem dłuższego gotowania i odlania wody można pozbyć się tych lektyn, które potencjalnie niekorzystnie działają na nasze czerwone krwinki. W smaku młode owocniki są kwaskowate. Niektórzy piszą, że po przyrządzeniu smakuje jak kurczak lub jak tofu.

Zakończmy tę opowieść bardziej optymistycznie. W polskich lasach i parkach, na pniach starych dębów, wierzb czy śliw, czasem pojawia się coś, co wygląda jak fragment egzotycznego rafowego koralowca. Intensywnie żółte, pomarańczowe, wachlarzowate płaty wyrastają jeden nad drugim, jakby drzewo nagle postanowiło zakwitnąć w kolorach tropików. Lub wyglądają jak zapowiedź solidnego posiłku. Mocno kusi by spróbować. To włąśnie żółciak siarkowy, jeden z najbardziej charakterystycznych grzybów nadrzewnych naszej strefy klimatycznej.

Żółciak siarkowy jest saprotrofem i pasożytem, rozwijającym się głównie na drzewach liściastych. To jeden z nielicznych grzybów, które w kuchni przypominają bardziej mięso niż grzyb. Nic dziwnego, że zdobył popularność w kuchni wegańskiej i wegetariańskiej, gdzie pełni rolę naturalnego „mięsnego” zamiennika. Kluczowa zasada brzmi: jadalne są tylko młode owocniki, miękkie i soczyste. Starsze stają się twarde, gorzkie i niestrawne. Warto też pamiętać, że żółciak rosnący na drzewach iglastych lub na robinii akacjowej może u części osób wywoływać dolegliwości żołądkowe. Dlatego najlepiej zbierać okazy z drzew liściastych: dębu, wierzby, śliwy, topoli. Co prawda żółciaka trudno pomysł z innymi grzybami, ale warto jeszcze umieć rozpoznawać gatunki drzew. Bo miejsce znalezienia grzyba też ma znaczenie. Warto tu uczynić dygresję, że kontekst ma znaczenie.

Jak zawsze w przypadku grzybów ostrożność przede wszystkim. Choć żółciak jest charakterystyczny, a pomyłki praktycznie się nie zdarzają, niektóre osoby reagują na niego alergicznie. Pierwsza degustacja powinna być ostrożna. W kuchni sprawdza się w wielu rolach. Jako „kurczak” w potrawkach i gulaszach, w panierce jako roślinny „kotlet”, w formie szarpanej - do tacos, burgerów, wrapów, jako dodatek do makaronów i risotto, w wersji grillowanej podobno jest zaskakująco aromatyczny. Ciekawe jak jeszcze ludzie z różnych miejsc będą eksperymentowali z żółciakiem. A może śladem boczniaków i pieczarek ktoś wymyśli sposób na uprawę niemalże przemysłową?

Żółciak siarkowy jest pięknym przykładem tego, jak świat przyrody przenika się z kulturą kulinarną. Z jednej strony jest destruentem rozkładającym drewno i ważnym elementem leśnego ekosystemu. Z drugiej jest grzybem, który potrafi zaskoczyć smakiem i teksturą, stając się bohaterem nowoczesnej kuchni bezmięsnej.

A dla mnie spotkanie z żółciakiem było okazją do wspomnień ze szczęśliwego dzieciństwa, zawadiackiej młodości i okazją do refleksji nad konektywizmem.


Początek czerwca 2026, Kortowo, żółciak siarkowy na dębie.

28.05.2026

Żylak promienisty (Phlebia radiata) niecodzienny grzyb z wilgotnego lasu

Żylak promienisty
Phlebia radiata
Wielokrotnie wiosną widywałem pniaki, po niedawnym ścięciu drzewa. Korzenie jeszcze pompowały sok do góry. I na tych wyciekach zbierały się liczne owady. Zawsze to coś słodkiego. Słodkie zwabia. Gdy zobaczyłem ten niecodzienny pniak w rezerwacie "U źródeł rzeki Łyny", to pomyślałem, że to właśnie taka sytuacja. Pomyślałem także, że może jakiś śluzowiec lub jakieś grzyby także skorzystały z darmowego posiłku. Ja rozglądałem się za owadami i szybko znalazłem żuki "gnojarze", czyli chrząszcze z rodzaju Geotrupes (w szerokim i dawnym sensie). Kilka osobników żuka leśnego (Anoplotrupes stercorosus) pożywiało się na tym dziwnym wykwicie. Ale potem profesor Dariusz Kubiak zidentyfikował na zdjęciu grzyba o tajemniczej dla mnie nazwie "żylak promienisty". 

Żylak promienisty to jeden z tych grzybów, które łatwo przeoczyć, dopóki nie nauczymy się patrzeć mykologicznie czyli bardziej uważnie, z czułością dla drobnych, wilgotnych cudów. Na pierwszy rzut oka wygląda jak coś pomiędzy rozlanym dżemem a zaschniętą kroplą bursztynu. Dopiero z bliska widać, że to nie przypadkowa plama, lecz misterny organizm o własnej logice wzrostu. Galaretowata plektenchyma, delikatne różowo‑pomarańczowe światło, jakby drewno pod spodem lekko się żarzyło. To grzyb nadrzewny, saprotrof. Występuje w lasach, parkach, ogrodach, sadach. Rośnie na pniakach, leżących na ziemi pniach i gałęziach, głównie na drewnie drzew liściastych. 

Ten niepozorny mieszkaniec lasów (Phlebia radiata), żylak promienisty, należy do grzybów tremelloidalnych, czyli tej całej galaretowatej, nieoczywistej frakcji królestwa grzybów wielkoowocnikowych. To nie jest żadna formalna grupa systematyczna, raczej kategoria „na oko”: grzyby, które nie tworzą kapeluszy ani trzonów, lecz rozlewają się po podłożu jak zastygła fala. Jak syropowaty sok z drzewa. Wspólna jest im konsystencja, woskowato‑galaretowata, sprężysta, czasem trochę przezroczysta. Wspólna jest też ich pora roku. Najlepiej czują się wtedy, gdy świat jest mokry, chłodny i pachnie rozkładem. A tak jest w wilgotnych lasach, zwłaszcza wiosną. Źródła Łyny dostarczają wilgoci nieustannie. A zacieniony las dobrze tą wilgocią gospodaruje. Od późnej jesieni do wiosny, kiedy większość grzybów śpi, one dopiero zaczynają swoje ciche, wilgotne życie. I tak jak za mundurem panny sznurem, tak za grzybami owady także sznurem. 

Żylak promienisty wyrasta na martwym drewnie drzew liściastych: brzozy, olszy, buka, dębu, topoli, wierzby, jarzębiny. Czasem pojawia się także na iglastych, choć rzadziej. W Polsce jest pospolity, ale nie rzuca się w oczy. Bo mało komu kojarzy się z grzybami. Jego owocniki są cienkie, przylegające do drewna jak skóra, która zrosła się z pniem. Początkowo tworzą niewielkie, owalne plamki, później rozrastają się szeroko, zrastając się ze sobą w nieregularne płaty. Brzeg bywa postrzępiony, jakby ktoś delikatnie naciął go nożem. Kolor, od bladoróżowego po pomarańczowo‑czerwony, z czasem ciemnieje, przechodząc w brązy i szarości. W suchych okresach owocniki kurczą się i twardnieją, niemal znikając, by po deszczu znów nabrać życia.

Owocniki ma grubości do 8 mm, początkowo koliste lub owalne, później szeroko rozrastające się. Są płasko rozpostarte i całkowicie przyrośnięte do podłoża, rzadziej z odwiniętym brzegiem. Brzeg jest  postrzępiony. Poszczególne owocniki rosnąc zrastają się z sąsiednimi pokrywając znaczny obszar.
Hymenofor wykształcony jest w postaci rozchodzących się promieniście fałd i żyłek. U żylaka promienistego nie jest gładki, lecz pofałdowana w promieniste żyłki, jak miniaturowa mapa rzek i dopływów. Niczym opowieść o źródłach rzeki Łyny. To właśnie od tych „żył” pochodzi nazwa rodzaju Phlebia. Gdy patrzy się na nie pod lupą, ma się wrażenie, że grzyb oddycha, że w tych fałdach krąży jakaś powolna, leśna krew.

Choć wygląda delikatnie, jego rola w lesie jest znacząca. Żylak promienisty jest saprotrofem czyli jednym z tych cichych destruentów, które zamieniają drewno w próchno, próchno w glebę, a glebę w nowe życie. Powoduje białą zgniliznę, czyli rozkład ligniny, tej najtwardszej części drewna. To dzięki takim grzybom las nie zamienia się w cmentarzysko pni, lecz wciąż się odnawia. W martwym drewnie, które dla nas jest odpadem, on widzi bogaty bufet: celulozę, hemicelulozę, ligninę. Rozkłada je cierpliwie, aż z twardego pnia zostaje miękka, pachnąca ziemia. Pomagają mu w tym liczne saprofagiczne owady.

W świecie grzybów galaretowatych żylak promienisty ma kilku podobnych kuzynów. Najłatwiej pomylić go z żylakiem trzęsakowatym (Phlebia tremellosa), który jednak tworzy odstające płaty i ma bardziej kapeluszowaty charakter. Jest też żylica olbrzymia (Phlebiopsis gigantea), większa i masywniejsza, ale również o galaretowatej naturze. Wspólny mianownik jest jeden: wilgoć, drewno i powolna praca rozkładu.

Kiedy więc następnym razem zatrzymasz się przy omszałym pniaku, spróbuj spojrzeć na niego nie jak na resztkę drzewa, lecz jak na tętniący życiem mikrokosmos. Może dostrzeżesz na jego powierzchni delikatne, pomarańczowe żyłki, jakby ktoś namalował je cienkim pędzelkiem. To żylak promienisty — jeden z tych leśnych rzemieślników, którzy pracują w ciszy, ale bez których las nie byłby sobą. Mogą być także śluzowce, np. wykwit zmienny.

Czytaj także: Kisielec, trzęsak czy masło wiedźm?

16.02.2026

Czy prototaksyty to kolejna i nieznana grupa wielokomórkowych eukariontów?

Grafika wygenerowana przez AI. Fałszywy jest obraz w tle, bo widać tam współczesny las. Lądowe bezkręgowce można uznać za poprawne. 

W tle tej opowieści będzie przewijało się pytanie o kierunkowość i przypadek w ewolucji. Życia biologicznego. Na ląd także wielokomórkowce wychodziły kilkukrotnie i niezależnie od siebie. W morzach eksplozja wielokomórkowej różnorodności zaczęła się wraz z fauna ediakarską a potem była eksplozja kambryjska. A na lądzie? Rośliny, grzyby i zwierzęta. To znamy od dawna. Jednakże za sprawą prototaksytów zastanawiamy się czy było coś jeszcze? Jakaś nieznana do tej pory linia eukariontów. I czy warto w biologii śmielej myśleć nie tylko o gatunkach i osobnikach ale holobiontach, takich organizmalnych mini-ekosystemach. Ze środowiska wodnego znamy stromatolity. Biologia nieustannie zaskakuje. Prototaksyty znane są od Ponad 150 lat a ciągle nie wiadomo co to było. Dyskusja nieustannie trwa.

Gdybyśmy mogli cofnąć się o czterysta milionów lat, nie znaleźlibyśmy na lądzie niczego, co przypomina dzisiejsze lasy. Nie byłoby szumu liści, nie byłoby cienia rzucanego przez korony drzew, nie byłoby nawet zapachu żywicy. A jednak… byłby „las”. Tylko taki, o jakim nie śniło się botanikom.

Wyobraź sobie równinę dewońską: wilgotną, ciepłą, pełną mgieł unoszących się nad płytkimi strumieniami, rzekami lub dolinnymi zbiornikami okresowymi. Ziemię porastają niskie rośliny – prymitywne, kruche, ledwie kilkucentymetrowe. Mszaki i pierwsze rośliny telomowe w postaci psylofitów. Wśród nich pełzają pierwsze stawonogi, niepewne, czy to wszystko nie jest jakimś eksperymentem, który zaraz się skończy. A potem podnosisz wzrok. I widzisz je. Kolumny. Być może szare, masywne, gładkie. A może z jakimiś fotosyntetyzującymi symbiontami? Może nie z chlorofilem tylko innymi barwnikami, a wiec wcale nie zielone? Wyrastają z ziemi jak obeliski ustawione przez kogoś, kto nie znał pojęcia „umiar”. Najwyższe mają osiem metrów. W tym dawny, sylurskim lub dewońskim świecie, gdzie większość życia nie przekracza wysokości kolana, to jak wieżowce. To Prototaxites – największe organizmy lądowe swoich czasów. Nie drzewa, choć wyglądają jak pnie. Nie rośliny, choć stoją pionowo i dominują krajobraz. Najprawdopodobniej gigantyczne grzyby, które postanowiły wyrosnąć tak wysoko, jak tylko pozwalała im ówczesna atmosfera.

"Las" prototaksytowy nie szumi. Nie pachnie igliwiem. Nie daje cienia innego niż cień prostej kolumny. Jest cichy jak kamienny krąg, choć żywy. W jego wnętrzu panuje półmrok, ale nie dlatego, że coś zasłania słońce – raczej dlatego, że powietrze jest ciężkie od wilgoci, a światło rozprasza się na mglistych oparach. Na powierzchni tych kolumn osiadają glony i bakterie, tworząc nieregularne wzory, jakby ktoś malował je pędzlem zrobionym z mchu. Między tymi prototaksytowymi kolumnami rosną pierwsze rośliny naczyniowe, nieśmiałe pionierki przyszłych lasów. Ich cienkie łodygi drżą przy każdym podmuchu wiatru, jakby bały się, że te gigantyczne sąsiedztwa je przygniotą. A jednak to właśnie w cieniu Prototaxites rodzi się przyszłość – gleba powoli wzbogaca się o materię organiczną, a świat "uczy się", jak wygląda życie na lądzie. Językiem biologicznym napisalibyśmy: świat biologiczny kolonizuje środowisko lądowe. 

Gdy patrzysz na ten las, masz wrażenie, że trafiłeś do świata, który dopiero się zastanawia, czym chce być. Jakby ewolucja próbowała różnych pomysłów, nie przejmując się tym, czy są praktyczne, czy estetyczne. Prototaxites jest jednym z tych pomysłów – śmiałym, dziwnym, niepowtarzalnym. Oczywiście, zawarte w tekście antropomorfizowanie ewolucji (a wiec procesu) jest tylko literackim zabiegiem dla urozmaicenia narracji a nie oddaniem rzeczywistości. A potem, po kilkudziesięciu milionach lat, ten prototaksytowy świat znika. Chyba bez potomków, bez kontynuacji. Jakby był tylko szkicem, próbą, notatką na marginesie historii życia. Zostają po nim skamieniałe fragmenty – przekroje pełne rurek, które bardziej przypominają strukturę grzybni niż cokolwiek roślinnego. I zostaje wyobraźnia, która próbuje odtworzyć ten niezwykły krajobraz: las bez drzew, cień bez liści, kolumny bez architekta. Las prototaksytowy. Pierwszy las, który nie był lasem. I jeden z najpiękniejszych dowodów na to, że procesy ewolucyjne bioróżnorodności ziemskiej biosfery potrafią być bardziej kreatywne i zaskakujące, niż nam się wydaje.

Dewon, około 400 milionów lat temu. Spacerujesz sobie po równinach Laurosji. Zero drzew, żadnej trawy, a tu nagle wyrasta przed Tobą coś wielkiego o kształcie... powiedzmy kaktusa. Ma metr średnicy i prawie 8-9 metrów wysokości. Oto Prototaksyt. Największy organizm jaki można było spotkać na powierzchni ziemskich lądów 410-370 milionów lat temu. Skamieniałości tych organicznych wieżowców znajdujemy od dawna, ale badacze wciąż nie są pewni ich charakteru. Znamy ale ciągle nie rozumiemy. Przez długi czas Prototaksyty traktowano w kategorii gigantycznego pra-grzyba. Argumentem miała być rurkowata budowa wewnętrzna, brak struktur koniecznych do fotosyntezy oraz cudzożywność. Jednak nowa publikacja z "Science Advances" komplikuje ten obraz. Biolodzy z Edynburga przeanalizowali skamieniałość Prototaxites taiti, znalezioną w północno-wschodniej Szkocji. To o tyle istotne, że badacze pracujący przy stanowisku Rhynie Chert, mieli możliwość bezpośredniego porównania zagadkowego organizmu właśnie z dawnymi grzybami, które w podobnym czasie występowały na tym samym obszarze. Więcej danych do porównań i dlatego nowe wnioski, nowe hipotezy. 

Wynik okazał się negatywny. Anatomicznie i chemicznie prototaksyty nie przypominają dewońskich grzybów. Albo więc jest to dziwaczny przykład gatunku, który wyjątkowo nie chce przyznać się do swojego pochodzenia, albo mamy do czynienia z zupełnie inną, nieznaną i już wymarłą gałęzią życia eukariotycznego. Czegoś, co nie było grzybem, rośliną, ani zwierzęciem i nie ma dziś żadnych potomków. A przynajmniej jeszcze nie zidentyfikowaliśmy tych potomków. Jak to pięknie ujęła współautorka publikacji, Laura Cooper: "Prototaksyty stanowią niezależny eksperyment, przeprowadzony przez życie, w celu zbudowania dużych, złożonych organizmów, o czym możemy się dowiedzieć jedynie dzięki wyjątkowo dobrze zachowanym skamieniałościom".

Prototaxites to jeden z najbardziej zagadkowych organizmów paleozoicznych. I nic dziwnego, że fascynuje kogoś, kto lubi pogranicza biologii, historii życia i dziwnych form przejściowych. To klasyczny przykład „paleontologicznej zagadki”, która przez ponad 150 lat była interpretowana na różne sposoby. Od ponad 150 lat nauka zastanawia się, co to właściwie było? Prototaxites żyły w okresie środkowego i późnego dewonu (ok. 420–370 mln lat temu). Występowały na lądach, które dopiero zaczynały się zielenić pierwszymi roślinami lądowymi, zanim pojawiły się duże drzewa i złożone ekosystemy leśne. Najbardziej uderzającą ich cecha to wysokość do 8 metrów, średnica do 1 metra, kształt przypominający pionowy pień lub walec. Choć są i interpretacje, że wcale nie były to pionowe kolumny tylko leżące struktury, czerpiące wodę ze zbiorników dla jeszcze większej siatki komórek czy to grzybowych, czy jeszcze czegoś innego. Po tylu milionach lat trudno zrekonstruować te organizmy (a może holobionty?) na podstawie skamieniałości. W świecie, gdzie najwyższe rośliny miały 1–2 metry, prototaksyty był gigantami.

Co o nich wiemy z budowy odszyfrowanej w skamieniałościach? Przekroje skamieniałości pokazują: sieć rurek o różnej średnicy, brak typowych tkanek roślinnych (brak naczyń, brak liści, brak korzeni), strukturę przypominającą plechę grzybową lub porostową. To właśnie ta nietypowa anatomia sprawiła, że interpretacje były tak rozbieżne. Obraz prototaksytów nie pasuje do znanego nam świata. Tak jak kiedyś fauna ediakarska. Ale lata badań i nowych odkryć pozwoliły nam zrozumieć faunę ediakarska i powiązać z poznanymi już elementami dawnej i współczesnej ziemskiej bioróżnorodności. Może niebawem i tak będzie z tymi tajemniczymi prototaksytami?

Przez lata proponowano różne hipotezy w odniesieniu do protaksytów. Sugerowano, że to gigantyczny glon lub roślina zarodnikowa. W XIX wieku uważano go za przodka iglastych (stąd nazwa Prototaxites – „pierwszy cis”). Ta interpretacja jest dziś odrzucona. To może gigantyczny grzyb? To najbardziej znana hipoteza i ta, która zdobyła najwięcej zwolenników. Argumentami za taką rekonstrukcją są następujące: budowa przypomina strzępki grzybni, brak tkanek przypominających znane struktury roślinne, Na dodatek izotopy węgla wskazują na heterotroficzny tryb życia analizowanego organizmo. A może to gigantyczny porost (symbioza grzyba i glonu)? Hologenom? To hipoteza z lat 2000., oparta na strukturze przypominającej plechę porostową. Zwolennicy argumentują, że porosty dobrze radzą sobie w ubogich, wczesnych ekosystemach lądowych, Być może w sylurze i dewonie mogły tworzyć duże, stabilne lądowe konstrukcje.

To co ważne to to, że najnowsze analizy izotopowe sugerują, że prototaksyty nie były autotrofami. Pobierały materię organiczną z otoczenia, miały zmienny skład izotopowy, typowy dla organizmów saprotroficznych. To mocno wspiera interpretację grzybową.

W dewonie ląd był jeszcze „surowy” - niskie rośliny, brak dużych drzew, cienkie gleby. Prototaksyty mogły pełnić funkcję dominującego destruenta, stabilizatora gleby oraz pioniera kolonizacji lądu. Tu warto wspomnieć o rybikach i pierwszych lądowych stawonogach lądowych. One dopiero się pojawiały na lądzie. I być może dopiero później owady stały się liderem w dekompozycji martwej materii organicznej na lądzie.

Prototaksyty były prawdopodobnie jednym z największych organizmów lądowych swoich czasów. Dewońscy giganci. Wyobraź sobie dewoński brzeg rzeki: niskie rośliny przypominające mchy i ryniofity. Ryniofity, (Rhyniophyta) to pierwotne, pionierskie rośliny lądowe, przodkowie roślin naczyniowych i znanych nam leśnych drzew. Pojawiły się w sylurze a wymarły pod koniec dewonu. A skoro wspominałem już o psylofitach to warto przypomnieć, że współcześnie uważa się psylofity za takson polifiletyczny, obejmujący trzy niespokrewnione bliżej ze sobą gromady: ryniofity, trymerofity i zosterofilofity. W okresie dewonu żyły ryniofity dorastające do pół metra wysokości. Na lądzie brak było zwierząt większych niż 50 cm, a pośród tego wyrastały kilkumetrowe, szare, walcowate kolumny. To musiał być widok bardziej surrealistyczny niż jakikolwiek współczesny las. Ale kiedyś morska fauna ediakarska też nam się wydawała surrealistyczna. Nauką krok po kroku rozjaśnia nam mroki dawnych er i dziwacznej z pozoru bioróżnorodnosci.

Dlaczego prototaksyty tak fascynują? Bo były zbyt duże jak na grzyby, zbyt dziwne jak na rośliny, zbyt regularne jak na przypadkową strukturę. I pojawiły się na Ziemi w momencie, gdy życie dopiero eksperymentuje z formami lądowymi. To idealny przykład, jak procesy ewolucji potrafią tworzyć formy, które nie mieszczą się w naszych współczesnych kategoriach. Podkreślę kolejny raz - na razie nam się nie mieszczą w dotychczasowych kategoriach. Przypomnijmy, bo to ważne. Prototaksyty były pierwszymi olbrzymimi organizmami, które zamieszkiwały powierzchnię lądową Ziemi. Pojawiły się w późnym sylurze i dewonie, około 420–370 milionów lat temu. Organizmy te, znane z kolumnowych skamieniałości, mogły osiągać długość (wysokość?) do 8 m, dominowały we wczesnych ekosystemach lądowych na długo przed pojawieniem się drzew. Prototaksyty były szeroko rozpowszechnione w starożytnych środowiskach lądowych i najprawdopodobniej były zjadane przez ówczesne lądowe stawonogi. Odegrały znaczącą rolę ekologiczną w kluczowej fazie kolonizacji lądu. Jednak mimo ponad 165 lat badań, ich biologiczna tożsamość nadal nie została rozstrzygnięta, a paleontolodzy spierają się, czy były to grzyby, czy też przedstawiciele całkowicie wymarłej linii złożonego, wielokomórkowego życia eukariotycznego.

W nowym badania dr Corentin Loron wraz z zespołem skupili się na Prototaxites taiti, gatunku zachowanym w wyjątkowych trójwymiarowych szczegółach w liczącym 407 milionów lat czercie Rhynie w Aberdeenshire w Szkocji. Jest to jeden z najstarszych znanych do tej pory skamieniałych ekosystemów lądowych. Skamieniałości te odznaczają się ponadto bardzo dobrym stanem zachowania oraz dużą różnorodnością zachowanych tam organizmów. W badaniach tych wykorzystano zupełnie nowatorskie podejście z wykorzystaniem technologii komputerowych bazujących na danych molekularnych dotyczących skamieniałości. Udało się w ten sposób zobaczy to, co do tej pory nie było widoczne. To jeszcze jeden przykład tego, że postęp w nauce następuje także za sprawą nowych metod badawczych. We wspomnianych już badaniach naukowcy zbadali nowy okaz Prototaxites taiti, będący największym znanym okazem gatunku z tego stanowiska. Pozwoliło na szczegółowe porównanie jego cech anatomicznych i molekularnych z grzybami kopalnymi zachowanymi w tej samej skale. Badania mikroskopowe ujawniły złożoną strukturę wewnętrzną, niespotykaną u żadnego znanego grzyba.

Skamieniałość składa się z trzech odrębnych typów rurek, w tym dużych, grubościennych rurek z pierścieniowymi pasmami i gęstymi kulistymi obszarami znanymi jako plamki rdzeniowe. Plamy te składają się ze skomplikowanych, trójwymiarowych sieci połączonych ze sobą rurek, tworząc rozgałęziony wzór, który zdaniem naukowców nie ma sobie równych w biologii grzybów. Wykorzystując spektroskopię w podczerwieni i klasyfikację opartą na uczeniu maszynowym, autorzy porównali odcisk „palca molekularnego” (nawiązanie do terminów znanych z detektywistyki – odcisk palca) prototaksytów z analogicznymi a danymi, dotyczącymi kopalnych grzybów, stawonogów, roślin i bakterii, zachowanych w skamieniałościach z Rhynie. Skamieniałości grzybów z tego stanowiska zachowały charakterystyczne sygnatury chemiczne związane ze ścianami komórkowymi bogatymi w chitynę, ale sygnatury te nie występowały u prototaksytów. To by wykluczało grzybowa przynależność prototaksytów. Zebrane dowody strukturalne, chemiczne i biomarkerowe podważają tezę, że Prototaxites należały do jakiejkolwiek grupy grzybów, w tym do wczesnych krewnych współczesnych grzybów. Prototaksyty wykazują cechy anatomiczne i chemiczne odmienne od grzybów i roślin, a zatem można z dużą dozą pewności przyjąć, że należały do całkowicie wymarłej ewolucyjnie gałęzi życia. Z pewnością były organizmami eukariontycznymi. 

Prototaksyty stanowią zatem niezależny ewolucyjny eksperyment, w wyniku którego życie stworzyło duże, złożone, wielokomórkowe organizmy. Na razie są niewiadomą, tak jak jeszcze do niedawna była fauna ediakarska. Czekamy więc na kolejne odkrycia i być może kolejne zwroty akcji w tej niesamowitej przygodzie poznawania życia na Ziemi. Bo na razie, w tej ponad półtora wiekowej dyskusji były już przodkami cisów, pierwszych roślin, grzybów i porostów.

Niech Czytelnicy wybaczą kilka powtórzeń, które znalazły się w tekście. Ale dyskusje nad prototaksytami trwały ponad półtora wieku! A nowe dane i nowe argumenty pojawiały sie stosunkowo wolno. To zupełnie inny świat niż newsy w mediach społecznościowych. :Liczę, że te cyklicznie nawracające w tekście powtórzenia pozwoliły lepiej zapamiętać istotę niezwykłości tych organizmów. 

Biologia jest tak niesamowicie fascynująca przygodą w nieustannym odkrywaniu i z zaskakującymi zwrotami akcji. Jest jeszcze tyle do odkrycia! I dla Ciebie tez coś zostało. Więc czytaj, powtarzaj, analizuj i szukaj nowych metod badawczych. 

Znacznie bardziej prawdopodobna wizualizacja krajobrazu z prototaksytami z artykułu popularnonaukowego na stronie internetowej.

30.05.2025

Ciekawostki ewolucyjne z zapuszczonego lasu – rulik czy wampirze mleko?

Rulik nadrzewny czy mleko wampirów? Widzisz te niby małe purchaweczki?

Zapuszczony las to taki, który przypomina puszczę. Ale i coś „zaniedbanego”, zapuszczonego, z licznymi pozornie zabałaganionymi, leżącymi próchniejącymi kłodami drzewa. Niektórzy zapewne chcieliby posprzątać, wygrabić, wykosić, by było jak na polu golfowym. Przyroda jednak woli być zapuszczona z siedliskiem martwego drzewna tętniącego życiem.

Nie wszystko co jest w lecie i przypomina grzyba jest grzybem. Przykładem mogą być śluzowce. Kiedyś zaliczano je do grzybów, ale po poznaniu niezwykłej ich biologii stworzono dla nich osobny takson. Zasłużyły na taksonomiczną niepodległość i indywidualność. Śluzowce są ewolucyjnym reliktem, gdy powstawały organizmy wielokomórkowe. Łączą w sobie fazę życia jednokomórkowego by czasem w swoim cyklu życiowym łączyć się i jeden wielokomórkowy organizm. Najczęściej w stresie środowiskowym, w jakimś tam zagrożeniu. Bo rozmnażanie płciowe daje większą różnorodność i ułatwia przetrwanie. Można oczywiście szukać jakichś analogii do życia społecznego ludzi, dylematu między samotnym indywidualizmem a zbiorową współpracą. To oczywiście coś dla filozofów. Łatwiej się filozofuje, gdy dogłębniej zna się przyrodę, w tym filozofię przyrody.

Ostatnio rulika nadrzewnego spotkałem w rezerwacie U źródeł rzeki Łyny, na pniu próchniejącego drzewa (zapewne widywałem go i wcześniej ale nigdy nie "dostrzegłem"). Dodatkowo okazało się, że w starym lesie spotkać można... wampirze mleko. Zatem rulik czy wampirze mleko? Dawniej przenikało nas myślenia magiczne i spersonifikowane. Wszędzie były ślady demonów i potworów. Do spotkanych obiektów tworzyliśmy opowieści pełne sił różnorakich, by objaśnić i wyjaśnić świat. Stąd wampirze mleko jako nazwa dla rulika. Ale ja zajmę się opowieścią przyrodniczą w oparciu o wiedzę przyrodniczą, Zapewniam, że też jest niezwykle intrygująca i wciągająca.

Rulik nadrzewny (Lycogala epidendrum) to prawdziwy mistrz kamuflażu i ewolucyjna osobliwość. Jest śluzowcem, który jest znacznie bardziej fascynujący, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Małe jest piękne i niezwykle ciekawe, trzeba tylko uważności w patrzeniu na świat, by go zobaczyć. I dociekliwości by dowiedzieć się więcej. Co to jest, co widzimy jako małe purchawki? Jest to tak zwana zrosłozarodnia, która okryta jest dwuwarstwową okrywą. Zarodniki są bezbarwne, o powierzchni siateczkowanej i pokrytej brodawkami. Mają średnicę zarodniki 4–7 μm. Niedojrzała masa zarodników ma barwę różowo-fioletową. W większości przypadków śluźnia śluzowców jest niewielka. Czasami bywa tak mała, że trudno ją zaobserwować. Ale największa odnaleziona śluźnia miała powierzchnię około jednego metra kwadratowego, grubość jednego centymetra i ważyła 20 kilogramów. Czyli małe może być czasem wielkie.

A teraz wyobraźcie sobie leśną scenerię po deszczu. Na butwiejącym pniu, wśród mchów i paproci, dostrzegacie nagle małe, pomarańczowe i szare kuleczki. To właśnie on – rulik nadrzewny. Młode owocniki mają zazwyczaj intensywny, różowo-pomarańczowy kolor, przypominający koraliki z jakiejś leśnej biżuterii. Ich powierzchnia jest gładka i lśniąca, a w dotyku przypominają nieco galaretkę. W miarę dojrzewania, te urocze kulki zmieniają barwę na bardziej stonowaną – od szaroróżowej po brązową, a ich skórka staje się bardziej chropowata, niczym miniaturowa, spękana ziemia. Osiągają zazwyczaj od 3 do 15 milimetrów średnicy, ale potrafią rosnąć w imponujących skupiskach, tworząc prawdziwe "łańcuchy pereł" na drewnie. Niczym maluteńkie purchawki.

Gdzie szukać tych niezwykłych stworzeń? Rulik nadrzewny to prawdziwy kosmopolita, co oznacza, że spotkacie go niemal na każdym kontynencie. Jego ulubione miejsca to martwe drewno: pnie, kłody, gałęzie, a nawet sterczące kikuty drzew. Szczególnie upodobał sobie wilgotne i butwiejące podłoże, gdzie znajduje obfitość materii organicznej. Las to jego dom, a rozkładające się drewno – spiżarnia i kołyska jednocześnie. Możecie go znaleźć zarówno w lasach liściastych, jak i iglastych, w parkach, a nawet w przydomowych zaroślach, o ile znajdzie odpowiednie warunki. I o ile będziecie uważni i spostrzegawczy.

Rulik nadrzewny skrywa kilka fascynujących tajemnic. Po pierwsze, czerwonawa ciecz. Jeśli delikatnie naruszycie młodego rulika, często wypłynie z niego substancja o intensywnym, rdzawym kolorze, przypominająca krew. Stąd też potoczna nazwa "wampirze mleko". Nie ma się jednak czego obawiać – to nie krew, lecz płyn pełen barwników i innych związków, które prawdopodobnie odgrywają rolę w ochronie rozwijających się zarodników.

Po drugie, to, co widzimy jako kuliste owocniki, to tylko jeden z etapów życia rulika. Prawdziwym "bohaterem" jest tu plazmodium – ameboidalna komórka, która pełza po podłożu. Żyje swoim indywidualnym, jednokomórkowym życiem. Niczym miniaturowy łowca-zbieracz lub sprytny detektyw, poszukuje i pochłania bakterie, drożdże i inne mikroorganizmy, będące jej pożywieniem. Plazmodium potrafi powoli się przemieszczać, choć niewidoczne jest to dla ludzkiego oka, co jest świadectwem niesamowitych zdolności adaptacyjnych tych organizmów. To właśnie ten ruch sprawia, że śluzowce fascynują naukowców badających logikę i inteligencję w przyrodzie.

W jaki sposób śluzowce, mimo braku mózgu czy układu nerwowego, potrafią znaleźć najkrótszą drogę w labiryncie, jest jednym z najbardziej fascynujących zagadnień w biologii i informatyce. Tak, prowadzono i nadal prowadzi się bardzo intensywne badania nad tym zjawiskiem, głównie na gatunku strzępek wielogłowy (Physarum polycephalum). Najbardziej znane i spektakularne eksperymenty, które zapoczątkowały szerokie zainteresowanie "inteligencją" śluzowców, przeprowadził japoński naukowiec Toshiyuki Nakagaki i jego zespół na początku XXI wieku. Oto, jak to wyglądało. Na płytce agarowej tworzono labirynt (np. w kształcie litery "U" lub bardziej złożonych ścieżek). W jednym punkcie labiryntu umieszczano plazmodium Physarum polycephalum, a w drugim (na "wyjściu" z labiryntu) źródło pożywienia, np. płatki owsiane. Śluzowiec zaczynał się rozprzestrzeniać, tworząc sieć przypominającą rurki. Początkowo eksplorował wiele możliwych ścieżek w labiryncie. Po pewnym czasie, zwykle w ciągu kilku godzin, śluzowiec stopniowo wycofywał się z dłuższych i ślepych zaułków, pozostawiając zagęszczone i zoptymalizowane "rurki" cytoplazmatyczne tylko na najkrótszej ścieżce łączącej źródło pokarmu z punktem startowym.

Wyniki były zdumiewające: organizm bez mózgu rozwiązywał problem, który dla człowieka wymaga logicznego myślenia. Mechanizm tego "rozwiązywania labiryntu" opiera się na prostych, lokalnych zasadach i dynamicznej optymalizacji sieci, a nie na centralnym "myśleniu". Plazmodium rozszerza się i tworzy sieć rurek cytoplazmatycznych, które eksplorują wszystkie dostępne ścieżki. To trochę jak burza mózgów, gdzie generowane są wszystkie możliwe rozwiązania. W rurkach plazmodium występuje rytmiczny przepływ cytoplazmy (tzw. strumień protoplazmatyczny), który zmienia kierunek co kilkadziesiąt sekund. Gdy plazmodium napotka źródło pożywienia, sygnały (np. cząsteczki chemiczne) rozprzestrzeniają się w sieci, wpływając na lokalne właściwości rurek. Rurki, przez które płynie więcej cytoplazmy (bo prowadzą do źródła pożywienia lub są częścią krótszej drogi, a więc mają mniejszy opór), stają się grubsze i bardziej przepustowe. Dzieje się tak dzięki mechanizmom regulacji skurczów białek w ścianach rurek oraz osadzaniu się dodatkowych materiałów. Z kolei rurki, które nie prowadzą do pokarmu, lub te, które są częścią dłuższych dróg (a więc przepływ przez nie jest mniejszy i napotykają większy opór), stopniowo się zwężają i zanikają. To swego rodzaju "zapominanie" nieefektywnych rozwiązań. Kluczem jest tu system pozytywnego sprzężenia zwrotnego. Efektywne rurki stają się szersze, co zmniejsza opór i zwiększa przepływ, co z kolei jeszcze bardziej je wzmacnia. Nieefektywne rurki zanikają, co eliminuje niepotrzebne połączenia. Ostatecznie, sieć stabilizuje się na najbardziej efektywnej, czyli najkrótszej, ścieżce.

Niektóre badania sugerują również, że śluzowce wydzielają na swojej drodze śluz, który może działać jako forma zewnętrznej pamięci przestrzennej, sygnalizując miejsca, które zostały już zbadane. To pozwala im unikać ponownego wchodzenia w te same obszary. Badania nad Physarum polycephalum mają ogromne znaczenie, nie tylko dla biologii, ale także dla dziedzin takich jak informatyka i inżynieria. Zdolność śluzowców do znajdowania optymalnych rozwiązań zainspirowała rozwój algorytmów komputerowych, które naśladują ich zachowanie. Algorytmy "Physarum-like" są używane do rozwiązywania złożonych problemów, takich jak projektowanie sieci transportowych, logistyka, a nawet rozwój sztucznych sieci neuronowych. Modele matematyczne oparte na dynamice przepływu cytoplazmy w plazmodium pomagają zrozumieć, jak tworzą się i optymalizują złożone sieci (np. internet, sieci energetyczne). Badania te rzucają światło na to, jak złożone zachowania i zdolność do rozwiązywania problemów mogą wyłaniać się z prostych, zdecentralizowanych interakcji na poziomie komórkowym, bez potrzeby istnienia mózgu.

To niesamowite, jak prosty organizm, będący w pewnym sensie żywym reliktem ewolucji, może pokazać nam tak zaawansowane "strategie" rozwiązywania problemów. I to wszystko dzieje się pod naszym okiem, w zapuszczonych lasach i laskach.

Śluzowce, w tym nasz rulik nadrzewny, nie są ani grzybami, ani roślinami, ani zwierzętami, choć przez długi czas klasyfikowano je razem z grzybami. Stanowią one osobną linię ewolucyjną protistów, która jest niezwykle zróżnicowana i obejmuje organizmy jednokomórkowe i proste wielokomórkowe.

Co czyni śluzowce tak intrygującymi w kontekście ewolucji? Ich cykl życiowy, z dominującym stadium plazmodium – jednokomórkowej, aczkolwiek wielojądrowej masy bez sztywnych ścian komórkowych – jest w pewnym sensie ewolucyjnym reliktem. Przypomina on hipotetyczne stadia przejściowe, gdy życie na Ziemi ewoluowało od prostych form jednokomórkowych do złożonych organizmów wielokomórkowych. Plazmodium, z jego ameboidalnym ruchem i zdolnością do tworzenia owocników w odpowiedzi na zmiany środowiskowe, to jakby żywe laboratorium ewolucji, pokazujące, jak organizmy mogły eksperymentować z formami i funkcjami, zanim utrwaliły się bardziej złożone struktury. Śluzowce, z ich niezwykłą prostotą i jednocześnie zaskakującą złożonością behawioralną (na przykład w znajdowaniu najkrótszych dróg w labiryncie), dają nam unikalne spojrzenie na wczesne etapy rozwoju życia na Ziemi. Są żywym świadectwem ewolucyjnych prób i błędów, które doprowadziły do powstania ogromnej różnorodności form życia, które znamy dzisiaj.

Następnym razem, gdy spacerując po lesie, natkniecie się na te niepozorne, perłowe kuleczki, pamiętajcie, że macie przed sobą nie tylko uroczy element leśnego krajobrazu, ale także kawałek historii ewolucji. Prawda, że to fascynujące?

Śluzowce, naukowo określane jako Mycetozoa (czasem także Myxomycetes), to grupa organizmów, która przez wieki sprawiała naukowcom mnóstwo kłopotów z klasyfikacją. Dawniej wrzucano je do worka z grzybami, potem do zwierząt, a nawet roślin! Dziś wiemy, że stanowią one odrębną, choć niejednorodną, linię ewolucyjną w obrębie protistów (obecnie często klasyfikowanych w supergrupie Amoebozoa, w podtypie Conosa), czyli eukariotów, które nie pasują ani do zwierząt, ani do roślin, ani do grzybów. Jest to prawdziwa "szuflada" dla ewolucyjnych dziwadeł, a śluzowce są jednymi z jej najjaśniejszych klejnotów.

Biologia śluzowców jest równie nietypowa, co ich pozycja systematyczna. Ich cykl życiowy jest dwufazowy i obejmuje dwa główne stadia: plazmodium (śluźnia) i sporangia (zarodnie). Plazmodium (śluźnia) to najbardziej charakterystyczna faza śluzowców właściwych. Jest to wielojądrowa masa protoplazmy, która nie jest podzielona na pojedyncze komórki. Wyobraź sobie gigantyczną amebę, która może rozrastać się do zaskakujących rozmiarów – od kilku milimetrów do nawet metra kwadratowego! Plazmodium pełza po podłożu za pomocą nibynóżek, wydzielając śluzowatą warstwę. Ruch ten jest bardzo powolny (rzędu milimetrów na godzinę), ale niezwykle precyzyjny. Plazmodium to prawie drapieżnik. Odżywia się w procesie fagocytozy, otaczając i pochłaniając bakterie, drożdże, a nawet inne małe organizmy (np. pierwotniaki czy zarodniki grzybów). Potrafi też wydzielać enzymy trawienne na zewnątrz, rozkładając martwą materię organiczną.

Mimo braku układu nerwowego, plazmodium wykazuje zdumiewającą "inteligencję". Reaguje na bodźce takie jak: chemotaksja (ruch w kierunku lub od substancji chemicznych, np. pokarmu lub toksyn), fototaksja (ruch w kierunku lub od światła, większość gatunków unika światła podczas fazy wzrostu, ale szuka go do rozsiewania zarodników), termotaksja (reakcja na zmiany temperatury) i thigmotaksja (reakcja na dotyk). 

W obliczu niesprzyjających warunków (susza, brak pożywienia), plazmodium może przekształcić się w formy przetrwalnikowe, takie jak sklerocjum – twardą, spoczynkową masę, która może przetrwać długie okresy i "ożyć" po powrocie sprzyjających warunków. Gdy warunki środowiskowe stają się trudne (np. wyczerpuje się pokarm, następuje wysuszenie), plazmodium przestaje się odżywiać i migruje w miejsca, gdzie może efektywnie rozsiewać zarodniki (często są to miejsca wyżej położone i jaśniejsze). Wtedy formuje struktury rozrodcze, zwane owocnikami (lub zarodniami/sporangiami). Są one bardzo zróżnicowane morfologicznie, co ma kluczowe znaczenie w identyfikacji gatunków:
  • Sporangia właściwe: pojedyncze zarodnie, często osadzone na trzonkach (jak np. u rulika nadrzewnego).
  • Aetalium (zrosłozarodnia): zlane ze sobą zarodnie, tworzące jednolitą masę (jak np. u wykwitu piankowatego, Fuligo septica).
  • Plazmodiokarpium: plazmodium przekształca się w siatkowate lub rozgałęzione struktury, w których powstają zarodniki.
Wewnątrz owocników dochodzi do mejozy, w wyniku której powstają haploidalne zarodniki. Zarodniki są lekkie i posiadają odporne ściany komórkowe, dzięki czemu mogą być przenoszone przez wiatr, wodę, a nawet zwierzęta na duże odległości, co zapewnia szeroką dyspersję gatunku. Gdy zarodniki znajdą się w sprzyjających warunkach (wilgoć), kiełkują, uwalniając haploidalne komórki ameboidalne (pełzaki) lub wiciowce (pływki), zdolne do ruchu. Te ruchliwe komórki mogą się odżywiać i rozmnażać przez podział.

W pewnym momencie dwie haploidalne komórki (pełzaki lub pływki) tego samego gatunku, ale różniące się genetycznie (co jest ważne dla różnorodności genetycznej), łączą się (plazmogamia i kariogamia), tworząc diploidalną zygotę. Zygota ta następnie rozwija się, przekształcając w nowe plazmodium, zamykając cykl życiowy.

Filogeneza, czyli badanie historii ewolucyjnej organizmów, śluzowców jest polem intensywnych badań i dyskusji. Długo były one klasyfikowane z grzybami, ze względu na podobieństwo w produkcji zarodników. Jednak badania molekularne i mikroskopowe wykazały, że jest to zbieżność ewolucyjna, a nie pokrewieństwo. Ich sposób odżywiania (fagocytoza) i ruch (pełzanie) są typowe dla pierwotniaków. Obecnie śluzowce właściwe (Myxomycetes/Myxomycota) są umieszczane w supergrupie Amoebozoa, razem z innymi amebami. Uważa się, że Amoebozoa rozeszły się bardzo wcześnie na drzewie życia eukariotów.

Dlaczego powstały organizmy wielokomórkowe, np. przez pośrednie stadium kolonii? Pisałem już wcześniej na blogu  o obronie przed zjadaniem (dużego nikt nie połknie), a śluzowce wskazują jeszcze na jeden mechanizm – rozmnażanie w reakcji na trudne warunki środowiska. Niczym ptaki zbierające się w kolonie lęgowe lub jelenie zbierające się na rykowiskach.

Unikalny cykl życiowy śluzowców z plazmodium – wielojądrową, nagą protoplazmą – jest uważany za pierwotną formę organizacji eukariotycznej, która pojawiła się bardzo wcześnie w historii życia. Kiedy na Ziemi zaczęły powstawać organizmy wielokomórkowe, ewolucja "testowała" różne strategie. Śluzowce, z ich plazmodium, oferują nam wgląd w jedną z tych "prób". Zamiast dzielić się na oddzielne, wyspecjalizowane komórki, które tworzą tkanki i organy (jak u zwierząt i roślin), śluzowce rozwinęły komórczakowatość (nie one jedne w świecie organizmów żywych) – stan, w którym wiele jąder funkcjonuje w jednej, ogromnej masie cytoplazmy. To strategia efektywna w poszukiwaniu pokarmu i rozrastaniu się, ale z ograniczonym potencjałem do złożoności i specjalizacji. Komórczakowatość to jakaś forma przezwyciężenie bariery wielkości, bo jeśli komórka z jądrem rośnie, to jak efektywnie do cytoplazmy (coraz większej) docierać ma mRNA? Jak ma zachodzić ekspresja genów w łączności z tym co w cytoplazmie zachodzi? Zbyt długie ścieżki dostaw. Komórczakowatość to rodzaj kompartymentacji, dzielenie się na mniejsze elementy bez podziału komórkowego, bez zakładania błon komórkowych czy ścian komórkowych.

Choć śluzowce nie ewoluowały w kierunku złożonych organizmów tkankowych, ich sukces w postaci około 1000 opisanych gatunków i kosmopolitycznego występowania świadczy o ich doskonałym przystosowaniu do niszy ekologicznej, którą zajmują. Są żywym przykładem alternatywnych dróg ewolucji i przypominają nam, jak różnorodne i pomysłowe potrafi być życie na Ziemi. Ich istnienie to świadectwo, że ewolucja nie zawsze zmierza do tworzenia coraz bardziej skomplikowanych struktur, ale także optymalizuje proste, ale skuteczne rozwiązania, które przetrwały miliony lat. A jednocześnie pokazują, że życie biologiczne wiele razy na różne sposoby dążyło do wytworzenia organizmów wielokomórkowych. czy to bardziej proces niż przypadek. 

Idź na spacer do zapuszczonego las a spotkasz tam wiele tajemnic i niesamowitości. I wcale nie musi być to mleko wampirów, czyli istot demonicznych.


28.05.2025

Ścierwiec na leśnej ścieżce w rezerwacie

 

Entomolodzy już tak mają, że w czasie spacerów i wędrówek uważniej patrzą pod nogi. Wypatrują małych istot, które innym ludziom nie wpadają raczej w oko. Najwięcej widać na pozbawionych roślinności ścieżkach. Przeczesywanie siatką entomologiczną roślinności tego dnia owocowało dużą ilością kleszczy. Czekały tam nie tylko na nas. 

Po co są ćwiczenia terenowe dla studentów biologii? To czas doświadczania, obserwowania i poznawania przyrody w miejscu jest występowania. W laboratorium są już tylko wyizolowane próbki, z możliwością dokładnego obserwowania pod binokularem czy mikroskopem. A na ćwiczeniach terenowych chcemy zobaczyć organizmy (grzyby, rośliny, zwierzęta) w ich środowisku, by łączyć budowę, cykl życiowy z kontekstem środowiskowych. Nigdy nie wiemy co spotkamy, stad trudniej zaplanować takie zajęcia. Trzeba otworzyć się na improwizację i na nieznane. 

Ścierwce ze zdjęcia wyżej spotkaliśmy w czasie ćwiczeń terenowych na leśnej ścieżce w Rezerwacie geomorfologicznych U źródeł Rzeki Łyny. Coś pewnie zginłęó pod kołami pojazdu. Bo wiele zwierząt w taki sposób ginie. I pojawiły się one, ścierwce, widać sześć dorosłych chrząszczy, w tym dwie pary w trakcie kopulacji i dwie larwy, jedna w środku, druga z prawej strony, niezbyt wyraźna. Na ćwiczeniach terenowych trzeba patrzeć pod nogi. Jeden ze studentów rozglądał się za polujących pieszo na drodze gąsienicznikach. Te owady wola pieszo patrolować i szukać swoich ofiar niż latać w powietrzu.

Wśród niezliczonych mieszkańców lasów wszelakich, często niedoceniane, a wręcz budzące niechęć ze względu na swoje upodobania, są chrząszcze (owady z rodziny omarlicowatych (Silphidae). Jednym z ciekawszych przedstawicieli jest ścierwiec (Oiceoptoma thoracicum syn. Silpha thoracica), mały, lecz niezwykle ważny chrząszcz, który w naturalny sposób dba o czystość i równowagę w lesie. Nie robi tego celowo, po prostu zjada to, co lubi. Jest nekrofagiem i koprofagiem. Ale skutek dla nas i dla ekosystemu jest jak najbardziej pozytywny.

Ścierwiec to gatunek pospolity w całej Europie, w tym oczywiście w Polsce. Inne jego nazwy zwyczajowe to liszkojad czerwonotarcz, omarlica tarczowata. Ścierwiec - bo można go spotkać na padlinie czyli ścierwie. Liszkojad - bo zjada także i inne owady, znajdujące się na padlinie. Na przykład larwy much, które stanowią konkurencję pokarmową dla dorosłych i larw ścierwca. A czerwonotarcz - bo tarczka sklerytowa na pierwszym segmencie tułowi jest krwiście czerwona, niczym kawałek świeżego  lub gnijącego mięsa. Z kolei nazwa "omarlica" nawiązuje do całej rodziny i wskazuje na padlinę tylko w bardziej poetycki sposób, coś umarłego, obumarłego. Ścierwca można  spotkać w różnorodnych siedliskach leśnych – zarówno w borach iglastych, jak i lasach liściastych czy mieszanych. Preferuje miejsca wilgotne, zacienione, gdzie łatwiej o jego główne źródło pożywienia. Nie ogranicza się jednak wyłącznie do lasów, ścierwca można spotkać także w parkach, na polach, a nawet w ogrodach, wszędzie tam, gdzie znajdzie się odpowiednia materia organiczna do rozkładu. Jego obecność często sygnalizuje, że w pobliżu znajduje się padlina, którą chrząszcz wyczuwa z dużej odległości dzięki bardzo rozwiniętemu węchowi.

Dieta ścierwca, zarówno dorosłych osobników, jak i larw, jest dość specyficzna i skupiona wokół padliny. Oiceoptoma thoracicum jest nekrofagiem, co oznacza, że żywi się martwymi zwierzętami – od drobnych owadów, przez ptaki, po niewielkie ssaki. Dzięki temu odgrywa kluczową rolę w procesach dekompozycji materii organicznej (recyklingu) w przyrodzie. Poza padliną, ścierwiec może również wzbogacać swoją dietę o odchody innych zwierząt oraz rozkładające się szczątki roślinne, choć w mniejszym stopniu niż padlinę. Szczególnym upodobaniem cieszą stare, rozkładające się grzyby a zwłaszcza jeden gatunek, zapachem bardzo przypominający padlinę. Mam na mysli sromotnika cuchnącego dawniej zwanego sromotnikiem bezwstydnym. Ten niezwykle wyglądający grzyb (dojrzały owocnik kształtem przypomina prącie ludzkie) wydziela słodkawy zapach podobny do padliny. W lesie wyczuwamy go z daleka ale najczęściej nie widzimy, Zwabione zapachem ścierwce pojawiają się na owocnika sromotnika cuchnącego i w ten sposób  przyczyniają  się do rozsiewania zarodników tych grzybów.

Rola ścierwca w ekosystemie leśnym jest absolutnie nieoceniona i zasługuje na miano prawdziwego sanitariusza lasu. Jego działania można podsumować w kilku punktach. Po pierwsze usuwanie padliny. Szybkie usunięcie i rozłożenie martwych zwierząt zapobiega rozprzestrzenianiu się chorób i nieprzyjemnych zapachów w lesie. Bez takich organizmów, jak ścierwce, lasy byłyby zaśmiecone rozkładającą się materią. Po drugie obieg materii organiczne czyli popularnie rzecz ujmując recykling składników odżywczych: Ścierwiec, konsumując padlinę, przyspiesza rozkład białek, tłuszczów i innych związków organicznych. Dzięki temu cenne składniki odżywcze wracają do gleby i są ponownie dostępne dla roślin. To kluczowy element obiegu materii w przyrodzie. Po trzecie ścierwce maja wpływ na populacje much, konkurując z larwami much o padlinę i polując na nie, ścierwce w pewnym stopniu regulują ich populacje. W ten sposób wpływa na dynamikę troficzną w ekosystemie. I w końcu można je uznać za wskaźnik zdrowia ekosystemu: Obecność ścierwców jest często dobrym wskaźnikiem zdrowego, funkcjonującego ekosystemu leśnego, w którym zachodzą naturalne procesy rozkładu.

Ścierwiec (Oiceoptoma thoracicum) to dobry przykład na to, jak nawet pozornie nieatrakcyjne czy "odpychające" stworzenia pełnią niezastąpione funkcje w przyrodzie, dbając o jej równowagę i czystość. Następnym razem, gdy spacerując po lesie, natkniesz się na tego chrząszcza, pamiętaj o jego niezmiernie ważnej roli! zatrzymaj się, poobserwuj i nie wyrządzaj mu krzywdy.


Studenci biologii na ćwiczeniach terenowych. Coraz częściej, zamiast zbierać do fiolek z płynem konserwującym owady, stosuje się metody dokumentacji nieinwazyjnej, czyli robienie zdjęć. Zwierzę zostaje całe w swoim środowisku. Uważny obserwator zauważy położaną małą latareczkę, która podświetla fotografowane ścierwce.  

3.01.2025

Biogospodarka, GMO, bioinformatyk i biodisel z drewna

Ceramiczny smok w Toruniu. Najwyraźniej przynosi szczęście, o czym świadczą liczne monety, leżące obok. A przynajmniej w to wierzą rzucający monety. Czy taki smok może ożyć?
 

Jest to opowieść o biogospodarce (definicja na końcu tekstu). Czy można zaprojektować, korzystając z bioinformatyki, takie enzymy, które będą cięły celulozę na mniejsze fragmenty czyli cukry proste? Te już łatwo można poddać fermentacji i uzyskać biodisel. Dlaczego takie pytanie w ogóle się pojawia jako problem badawczy? Wszystko zaczyna się od energii odnawialnej. Jak wykorzystać fotosyntezę by produkowała surowce energetyczne? Fermentację alkoholową znamy od dawna i ją dobrze już opanowaliśmy. Oczywiście z wykorzystaniem mikroorganizmów, w tym przypadku drożdży. Były już w środowisku, myśmy tylko wyselekcjonowali najbardziej przydatne szczepy. Rezerwuary dzikich drożdży ciągle są w środowisku a w ich utrzymaniu pomocne są dziko żyjące osy, w tym szerszenie. Jest więc "narzędzie", potrzebny tylko surowiec - cukry. Proste cukry powstają w wyniku fotosyntezy i gromadzone są w roślinach, w szczególności w owocach. Produkcja alkoholu etylowego z produktów roślinnych trwa od dawna. Sam alkohol może być dodawany do paliwa tradycyjnego lub samodzielnie być wykorzystywany do spalania. Ale hodować kukurydzę na paliwo? Albo winogrona? Marnować tyle żywności? A nie da się wykorzystać innych produktów fotosyntezy, takich, które nie nadają się do zjedzenia?

Celuloza i lignina jako wzmocnienie roślinnych ścian komórkowych to ważny ewolucyjny wynalazek. To cukry złożone, polimery, bardzo trwałe. Dzięki nim drzewa nie tylko mogą być duże i sztywne, ale i odporne na zjadanie przez różne organizmy duże i małe.  Celuloza jest energetyczna tylko trudno się do tej energii dostać. Najprostszym sposobem jest fizyczne spalanie. Robimy to już od milionów lat, spalając w ogniskach, piecach czy kotłowniach. W elektrowni, spalając drewno, uzyskujemy energię cieplną, którą za pośrednictwem parowania wody możemy zamienić w energię elektryczną. Transport napędzany parą już mieliśmy, były samochody i były pociągi oraz silniki w fabrykach. Tak zaczęła się epoka przemysłowa. Niemniej silniki parowe generują sporo pyłów i zanieczyszczenia środowiska. Naukowcy szukają czegoś nowego i efektywniejszego.

Do produkcji biodisla można oczywiście wykorzystywać mikroorganizmy i rośliny jeszcze inaczej - wykorzystując różne tłuszcze i im podobne związki. Tak by paliwo produkować z roślin lub glonów a nie z ropy naftowej. Ale z drewna nie da się wycisnąć czy wytłoczyć oleju. Teoretycznie można by fermentować celulozę na alkohol. Tylko brak enzymów, które cięłyby celulozę na mniejsze cukrowe fragmenty. A jak będzie cukier to dalsza fermentacja przez drożdże to już łatwizna. 

Skąd wziąć takie enzymy? Zaprojektować enzym w komputerze (bioinformatyka) a potem go wyprodukować w formie bakterii GMO lub innych mikroorganizmów. Szukać w środowisku czy stworzyć samemu od podstaw? Samodzielne tworzenie to niewyobrażalnie wiele losowych prób (chyba, że pomoże sztuczna inteligencja). Drogą na skróty jest podpatrywanie natury, czyli tego co ewolucja uczyniła przez kilka miliardów lat. Drewno jako surowiec powstało dawno temu, gdy rośliny wyszły na ląd. Przez te miliony lat na pewno musiały pojawić się organizmy zdolne do trawienia celulozy a więc cięcia i rozkładania jej na mniejsze fragmenty. Przecież są zwierzęta roślinożerne, są grzyby i wiele innych mikroorganizmów. Gdzie ich szukać?

Nawet krowa sama nie trawi celulozy z roślin zielnych. Ma swoją, wewnętrzną hodowlę mikroorganizmów. Dostarcza im tylko wody oraz rozdrobnionego, przeżutego surowca. Podobnie z termitami - te również trawią celulozę za pośrednictwem mikoorganizmów, przechowywanych w przewodzie pokarmowym i przekazywanym z "ust do ust". Takie dziedziczenie poza gametami. Eko-dziedziczenie poza genetyczne. Termity także rozdrabniają surowiec by zwiększyć powierzchnię działania dla enzymów z nie swojego genomu. Z hologenemu. 

Takich organizmów jest dużo więcej, zwłaszcza wśród owadów. Nawet mieszkających u nas w domu, np. rybików cukrowych. A wszystkie drogi prowadzą do mikroorganizmów i ich biochemicznego potencjału. Jak ich szukać? Tu na pewno potrzebna jest podstawowa wiedza biologiczna i ekologiczna. Czyli wskazana jest współpraca biotechnologów i biologów molekularnych z podstawowymi naukami biologicznymi: entomologią i ekologią. To ci ostatni mogą podpowiedzieć, gdzie szukać. 

Od lat, zwłaszcza w środowisku chemików, krąży anegdota o pędzeniu bimbru z trocin. Przepis jest tak samo mityczny jak smoki. A jednak zajmuje umysły wielu ludzi. Za sprawą fantazji naukowców mityczne przepisy jak i mityczne zwierzęta, mogą stać się faktem. Już nie tylko ceramiczna figurka lecz całkiem nowe zwierzę zaprojektowane w laboratoriach. Tylko po co komu smok? Co innego z przepisem na bimber z trocin. Bo to oznaczałoby biopaliwo wspierające energię, pozyskiwaną z wiatru i słońca. W momentach, gdy jest ciemno (noc) i gdy nie wieje, a więc nie pracują wiatraki ani solary, można produkować energię z etanolu. Anegdotyczny bimber z trocin jest więc ważnym elementem zrównoważonej gospodarki. Do produkcji biomasy, np. w formie wierzby czy miskanta, wykorzystywać można grunty o niskich klasach rolniczych. 

Nauka jest tym, co ożywia mityczne zwierzęta i to co fantazyjne i niemożliwe, staje sie możliwe. Do tego prowadzi jednak długa droga żmudnych poszukiwań. Łatwiej znaleźć, gdy wie się, gdzie szukać.


Biogospodarka, znana również jako gospodarka biologiczna, to system gospodarczy, który opiera się na wykorzystaniu zasobów biologicznych, takich jak rośliny, zwierzęta, mikroorganizmy i biomasa, do produkcji żywności, energii, materiałów i innych produktów. Celem biogospodarki jest zrównoważony rozwój, który minimalizuje negatywny wpływ na środowisko i promuje efektywne wykorzystanie zasobów naturalnych. Biogospodarka obejmuje różne sektory, takie jak rolnictwo, leśnictwo, rybołówstwo, przemysł spożywczy, biotechnologię i energetykę odnawialną. Przykłady działań w ramach biogospodarki to produkcja biopaliw, bioplastików, biochemikaliów oraz rozwój technologii bioremediacji, które pomagają w oczyszczaniu środowiska. W tej definicji zabrakło nauk podstawowych. Ale bez nich biogospodarka nie mogłaby się rozwijać. Nauki podstawowe, takiej jak ekologia czy entomologia są po nic... i po wszystko co ważne w dniu codziennym.

Chcesz wesprzeć powstawianie takich tekstów? Postaw kawę autorowi

8.06.2024

Skąd się wziął mikrobiom i co ma wspólnego z biomem oraz hologenomem

Grafika wygenerowana przez Copilot, asystenta AI.
 

W tytule są aż trzy trudne słowa. Język jest sposobem myślenia i postrzegania rzeczywistości. Tworzymy różne terminy i nadajemy im sens oraz znaczenie. Czasem, podobnie jak w przypadku ewolucji gatunków, nazwa się nie zmienia lecz zmienia się jej pole semantyczne. Brzmi tak samo lecz coś innego znaczy. Czasem różne pojęcia mają takie same pola semantyczne, są więc synonimami. Nieustanna ewolucja języka, tak jak ewolucja biologiczna w populacjach i w ekosystemie. 

A co z tymi trudnymi, specjalistycznymi słowami? Zacznijmy od biomu, nie tylko najkrótsze słowo ale i najdłużej funkcjonujące pojęcie w ekologii. "Biom – rozległy obszar o określonym klimacie, charakterystycznej szacie roślinnej i szczególnym świecie zwierzęcym. Typ roślinności biomu jest charakterystyczny, choć skład gatunkowy może być różny w zależności od położenia geograficznego i historii flory. Podobnie rzecz się ma ze składem gatunkowym zwierząt. O zaliczeniu różnych obszarów do tego samego biomu decyduje podobieństwo fizjonomiczne, a nie pokrewieństwo zasiedlających je organizmów i ich zespołów (które to pokrewieństwo z kolei decyduje o wydzielaniu państw zoogeograficznych i fitogeograficznych). Większe biomy wyróżnia się na podstawie roślinności i dużych zwierząt, często ssaków." źródło : Wikipedia [wytłuszczenia S.Cz.]

Zatem biom to coś dużego, rozległego, jednorodnego, wyróżnianego  na podstawie szaty roślinnej, jako wskaźnika jednakowych warunków. To przykład poszukiwanie powtarzalnych wzorców. Skala raczej duża, krajobrazowa. "Biom – wysokiej rangi jednostka biologiczna, obejmująca podobne podzespoły klimaksowe, fragment biosfery o typowych, wyróżniających go warunkach środowiskowych. Biom to znacznej wielkości obszar Ziemi, jednorodny pod względem warunków klimatycznych i występującej na nim szaty roślinnej oraz fauny. Biom obejmuje dużą część powierzchni Ziemi, jego granice są rozległe. Poszczególne biomy są od siebie oddzielone strefami przejściowymi. Te same biomy występują na różnych szerokościach geograficznych, dlatego fauna i flora choć charakterystyczne, różnią się od siebie gatunkowo w zależności od położenia na kuli ziemskiej. Innymi słowy gatunki tych samych biomów nie muszą być nawet ze sobą spokrewnione, choć posiadają ten sam typ cech przystosowawczych. Niektórzy autorzy i ekolodzy utożsamiają pojęcie biomu z pojęciem formacji roślinnej, jednak biomy wyznacza się również na podstawie charakterystycznych gatunków zwierząt zasiedlających dany obszar (często bierze się pod uwagę głównie największe ssaki). Ponadto nie we wszystkich biomach obecna jest roślinność – na obszarze pustyń lodowych szata roślinna nie istnieje. Niemniej wyodrębnione biomy pokrywają się ze znanymi nam formacjami roślinnymi. Szata roślinna jest więc najważniejszym wyznacznikiem określania biomu." źródło: Leksykon ekologii i ochrony Środowiska https://www.ekologia.pl/wiedza/slowniki/leksykon-ekologii-i-ochrony-srodowiska/biom.  [wytłuszczenia S.Cz.]

W definicjach biomu podkreśla sie klimat, roślinność i duże zwierzęta (dla współczesnych biomów będą to głownie ssaki), jako wyróżniki. Brak jest wyraźnego odniesienia do mikrobioty i mykobioty. A przecież mikroorganizmy występują, tym bardziej grzyby są widoczne. Przedrostek mikro - wskazuje na mikroorganizmy a myko- na grzyby. Biom to typ ekosystemów, więc z całością występujących gatunków. Czy na mikrobiotę można byłoby powiedzieć mikrobiom? W tradycji biom odnosi się do dużych obszarów a więc szukajmy innych terminów.

A czym jest biota? I jak się ma do biomu? "Biota – wszystkie organizmy danego regionu  geograficznego w określonym czasie w dowolnym środowisku rozpatrywane niezależnie od powiązań ekologicznych. W jej skład wchodzą np. przedstawiciele fauny i flory organizmów komórkowych (rośliny, zwierzęta, grzyby, bakterie, pierwotniaki itp.) oraz organizmów bezkomórkowych (np. wirusy)." Za Wikipedią. https://pl.wikipedia.org/wiki/Biota_(ekologia). Zatem biota to pojęcie szersze niż biom i pełniej oddające zróżnicowanie organizmów. Pojęcie używane w innym celu niż biom. Nie ma tu próby typologizacji czy klasyfikacji. Jeszcze jedna próba spojrzenia na ekosystem sensu lato.

W definicji w Encyklopedii PWN uwidacznia sie zróżnicowanie wielkościowe: elementy duże, średnie i małe: "biota [gr. bíos ‘życie’], ekol. rośliny i zwierzęta występujące łącznie na określonym obszarze lub w określonym środowisku (np. biota lądowe lub morskie); biota dzielimy na: zwierzęce — fauna i roślinne — flora; zależnie od wielkości organizmów na: makrobiotę (makrofauna, makroflora) — obejmującą formy duże; mezobiotę (mezofauna, mezoflora) — obejmującą organizmy o drobnych wymiarach ciała; mikrobiotę (mikrofauna, mikroflora) — obejmującą najmniejsze organizmy (pierwotniaki, bakterie, grzyby i glony)." źródło: https://encyklopedia.pwn.pl/haslo/biota;3877892.html. Widać w tej definicji, ze zbudowana została na florze i faunie, a mikroorganizmy dodane niezbyt przekonująco. Bo czy mikroflora to małe rośliny czy raczej bakterie i protisty?

Najkrótsza definicja wygląda tak: Biota - organizmy żywe występujące w dowolnym środowisku rozpatrywane niezależnie od powiązań ekologicznych. (https://www.ekologia.pl/wiedza/slowniki/leksykon-ekologii-i-ochrony-srodowiska/biota)

A skąd się wzięła biota? Na początku była tylko fauna i flora. Dostrzegaliśmy tylko rośliny i zwierzęta. W takim dawnym podziale do roślin zaliczaliśmy grzyby i bakterie, wystarczyło więc mówić o faunie i florze. Na bakterie jelitowe mówiliśmy "mikroflora bakteryjna jelit". Takie określenie jeszcze długo funkcjonowało, nawet po tym, jak wydzieliliśmy z roślin grzyby i małe bakterie. Po prostu siła przyzwyczajeni. Stopniowe odkrywanie różnorodności świata żywego skutkowało koniecznością wymyślania nowych słów by lepiej opisać dostrzegane desygnaty

Najpierw na tę swoista semantyczną niepodległość z królestwa roślin wybiły się bakterie. Dalej były mikro lecz już nie florą. Ujmując w przenośni - szukały słowa na samostanowienie, choć ciągle mówiło się mikroflora bakteryjna (te archaizmy można jeszcze tu i ówdzie znaleźć). Potem grzyby uzyskały niepodległość i odłączyły się od królestwa roślin. Była fauna i flora, to z konieczności pojawiła się funga. Ale brzmiało tak jakoś obco. Dlatego wykorzystano i inne pojęcie - biota. A skoro mykobiota to i logicznie pojawiła mikrobiota, od bioty. Mikro czyli coś małego a wiec bakterie, archeony i zapewne jednokomórkowe protisty (dawniej powiedzielibyśmy glony i pierwotniaki).

Biom i biota to kolejne próby opisywania wspólnoty organizmów żywych, jedna z prób opisywania wspólnotowości życia, poza ekosystemem, zbiorowiskiem, konsorcjum itp. Takich pojęć powstawało dużo, jako kolejne próby nazwania tego co dostrzegamy. Jedne uzyskały popularność, inne zostały zepchniete do językowych refugiów i niszowych środowiska naukowych. Mikrobiom czyli biom w skali mikro i jeszcze jeden element w hierarchii ekosystemów. 

Odkryliby, że to, co w jelitach jest ważne dla zdrowia i życia. Potem dostrzegliśmy w systemie wiedzy, że i na skórze i w innych narządach też występują mikroorganizmy i nie wszystkie są pasożytami. Samych komórek mikroorganizmów jest w nas więcej niż naszych "własnych". Część to potrzebne, inne obojętne i jeszcze chorobotwórcze. Równowaga jak w ekosystemie. A jeśli doliczyć wirusy? Sami jestesmy jednym małym ekosystemem. Coś nowego dostrzegamy więc i potrzebne zupełnie nowe słowa (terminy). Tak narodził się hologiont i hologenom. Holobiont to organizm jako ekosystem. Nasze własne, dziedziczone geny współbytujące z genami innych organizmów z naszego holobiontu (holobiomu?). Tak zupełnie niedawno narodziło się pojęcie hologenomu. Geny współdziałające ze sobą, choć znajdujące się w różnych "organizmach", różnych gatunkach. 

Hologenom dobrze opisuje przypadek koralowców - wiele organizmów ze sobą powiązanych różnorodnymi oddziaływaniami. Wcześniej jeszcze wykorzystywano pojęcia takie jak konsorcja i konsorty pierwszego i drugiego rzędu. nieutrwalona próba nazywania dostrzeganych zjawisk i obiektów. Takich reliktowych i niemalże "wymarłych" pojęć w naukach ekologicznych jest więcej. pojawiają się w małych grupach naukowców i jeśli nie spopularyzują się, nie skolonizują językowego kontynentu, to znikają lub egzystują w kulturowych refugiach. 

A skoro mikrobiom występuje u człowieka to dlaczego nie u innych gatunków? Stąd mówi sie i pisze o mikrobiomie innych organizmów, w tym nawet zwierząt.

Na koniec pytanie czy porosty są lądowymi stromatolitami? Kiedyś uważane są osobne gatunki teraz jako związek dwu symbiotycznych gatunków, w systematyce umieszczane pośród grzybów, jedynie dla zaznaczenia specyfiki określane są jako grzyby zlichenizowane. Mały ekosystem, prosty i niezbyt złożony. Pierwszymi były morskie stromatolity, ekosystemy zbudowane głównie z mikroorganizmów. Dominowały w dawnym świecie. A czy porosty nie możemy uważać za takie analogiczne tylko lądowe stromatolity?

Złożoność i różnorodność świata żywego jest tak ogromna, że mimo kilku stuleciu rozwoju nauki, ciągle mamy problemy z nazwaniem tego, co nas otacza. Stad podejmowane są coraz to nowe próby. Nowe słowa są jak kamienie milowe rozwoju nauki

18.01.2023

Rozmowa z czatbotem o chrząszczach ambrozyjnych vel ambrozjańskich



Gdy pisałem tekst o chrząszczach ambrozyjnych, zaintrygowany niezwykłą nazwą, kojarząca się z mitologią grecką (Chrząszcze ambrozyjne, które spotkać możemy na spacerze do lasu), to pomyślałem sobie „a jak by o tym napisał tekst ChatGPT?Pisanie jest aktywną formą uczenia się. Gdy coś nas zaintryguje, tak jak mnie chrząszcze, które kojarzą się z ambrozja, pożywieniem greckich bogów, to sięgamy do źródeł i zaspokajamy ciekawość. Jeśli jednak musimy o tym komuś opowiedzieć lub napisać, to nasza uważność się zwiększa. Bo trzeba zdania ułożyć, powiązać jedne elementy z drugimi i wtedy okazuje się, że coś musimy jeszcze przemyśleć, doszukać. Więcej uporządkowanego wysiłku skutkuje lepszym poznaniem zagadnienia. Powstaje tekst lub ustna opowieść a my sami na tym korzystamy. Zarówno tworzenie spójnej opowieści jak i tekstu porządkuje i strukturalizuje nasze myśli. Warto więc mobilizować uczniów czy studentów do wypowiedzi ustnych i prac pisemnych. Nie tylko by sprawdzić czy zadanie wykonali lecz by stworzyć im sytuację edukacyjną, w której coś głębiej poznają. I może rozumieją. Dla mnie pisanie bloga jest formą porządkowania myśli i udoskonalona forma uczenia się. Tak samo jak pisanie publikacji czy tekstów dla różnych redakcji, udzielanie wywiadów itp.

Skusiło mnie przy okazji przetestowanie ChatGPT. Wszak rozmowa z innym człowiekiem też pomaga uporządkować swoje własne myśli. Raz, że musimy mu coś powiedzieć, i to z sensem, Dwa, że konfrontujemy się w działaniu. A w tym przypadku AI występuje w roli wygodnego sparing partnera. Zawsze ma czas, nie trzeba częstować go kawą czy ciastkiem i się nie obraża, nawet gdy się unosimy czy jesteśmy niegrzeczni. W podtekście zdradzam już dzisiejsze moje odkrycie, gdy zainspirowany przez Ewę Przybysz-Gardyzę zatrudniłem czatbota do napisania tekstu, w celach eksperymentalnych (Czy i co zmieni AI w edukacji, na przykładzie ChatGPT).

Rozmowa o chrząszczach ambrozyjnych odbyła się wcześniej, czekała na impuls by się wrażeniami podzielić. I przedstawiam je w formie wywiadu (przeprowadzony na początku stycznia 2023). AI szybko się uczy więc w innym terminie efekt może byłby inny. Zamieszczam całość wywiadu bez zmian, poprawiłem jedynie moje literówki w pytaniach oraz formatowanie kursywa nazw łacińskich, naukowych. ChatGPT poprawnie odczytywał moje pytania mimo drobnych błędów. Bez wątpienia jest sprawny językowo. Dodałem także kilka komentarzy jako wtrąceń do wywiadu.

S.Cz.:Napisz mi coś o chrząszczach ambrozyjnych

ChatGPT: Chrząszcze ambrozyjskie (lat. Hippodamia convergens) są stosunkowo małymi chrząszczami o ciemnobrązowym lub czarnym ubarwieniu. Występują głównie na terenach Ameryki Północnej, ale ich zasięg rozprzestrzenia się coraz bardziej i obecnie można je spotkać także w Europie. Chrząszcze te są szczególnie niebezpieczne dla alergików, ponieważ produkują pyłki ambrozy, które są jednym z najsilniejszych alergenów znanych człowiekowi. Kontakt z pyłkami ambrozy może prowadzić do ciężkich reakcji alergicznych, takich jak astma oskrzelowa czy nieżyt nosa.

S.Cz.: To są chrząszcze, żyjące w symbiozie z grzybami.

Ch.: Nie, chrząszcze ambrozyjskie nie żyją w symbiozie z grzybami. Są to owady z rodziny chrząszczy ryjkowcowatych, które zajmują się głównie zapylaniami roślin. Młode larwy chrząszczy ambrozyjskich żywią się głównie młodymi liśćmi roślin, natomiast dorosłe osobniki są głównie owadami nektarogłowymi i zajmują się zapylaniami. Niektóre gatunki chrząszczy ryjkowcowatych mogą współpracować z grzybami, ale chrząszcze ambrozyjskie nie należą do tej grupy.

[błędy językowe w określeniu owadów zapylających, a określenie owady nektarogłowe chyba miało oznaczać owady odżywiające się nektarem i przy okazji zapylającymi rośliny]

S.Cz.:To są na przykład korniki. Nazwa bierze się od ambrozji z mitologii greckiej.

Ch.: Nie do końca. Chrząszcze ambrozyjskie (Hippodamia convergens) nie są kornikami i nie mają z nimi nic wspólnego. Korniki to gatunki chrząszczy z rodziny kornikowatych, które są szkodnikami drzew i krzewów. Natomiast chrząszcze ambrozyjskie to owady z rodziny chrząszczy ryjkowcowatych, które zajmują się głównie zapylaniami roślin. Nazwa "ambrozyjskie" pochodzi od rośliny zwanej ambrozią, która jest głównym źródłem pokarmu dla młodych larw chrząszczy. Ambrozja jest rośliną alergiczną i produkuje pyłki, które mogą powodować ciężkie reakcje alergiczne u ludzi.

S.Cz.: Hippodamia convergens to chrząszcz z rodziny biedronkowatych.

Ch.: Nie, to nieprawda. Chrząszcze ambrozyjskie (Hippodamia convergens) należą do rodziny chrząszczy ryjkowcowatych, a nie do rodziny biedronkowatych. Biedronki to gatunki chrząszczy z rodziny biedronkowatych, które są bardzo często spotykane w ogrodach i parkach. Natomiast chrząszcze ambrozyjskie są mniej powszechne i występują głównie na terenach Ameryki Północnej, choć ich zasięg rozprzestrzenia się coraz bardziej i obecnie można je spotkać także w Europie.

[Ewidentnie kreuje treść, wprowadzając w błąd]

S.Cz.: Zmyślasz i się mylisz.

Ch.: Przepraszam, ale moje informacje są prawdziwe i zgodne z aktualnym stanem wiedzy. Jeśli masz jakieś wątpliwości co do tego, co napisałam, to mogę podać dodatkowe źródła, które potwierdzą moje słowa. Jeśli natomiast masz jakieś inne pytania dotyczące chrząszczy ambrozyjskich lub innych tematów, to chętnie na nie odpowiem.

S.Cz.: To proszę o źródła

Ch.: Oto kilka źródeł, które potwierdzają, że chrząszcze ambrozyjskie (Hippodamia convergens) należą do rodziny chrząszczy ryjkowcowatych:

"Chrząszcze ambrozyjskie zwane też chrząszczami zapylającymi ambrozię to małe, ciemnobrązowe lub czarne owady z rodziny chrząszczy ryjkowcowatych." (źródło: https://www.alergia.pl/alergeny/chrzaszcze-ambrozyjskie)

"Chrząszcze ambrozyjskie (Hippodamia convergens) to gatunek chrząszczy z rodziny chrząszczy ryjkowcowatych." (źródło: https://pl.wikipedia.org/wiki/Chrz%C4%85szcze_ambrozyjskie)

"Chrząszcze ambrozyjskie (Hippodamia convergens) należą do rodziny chrząszczy ryjkowcowatych (Coccinellidae) i są jednym z największych nektarogłowów." (źródło: https://www.researchgate.net/publication/265822591_Chrzaszcze_ambrozyjskie_Hippodamia_convergens_Coleoptera_Coccinellidae_w_Polsce)

Mam nadzieję, że te informacje pomogą Ci w rozwianiu wątpliwości. Jeśli masz jakieś inne pytania lub potrzebujesz dalszych wyjaśnień, to chętnie na nie odpowiem.

[druga z podanych pozycji nie istnieje, oczywiście istnieje podobny w tytule artykuł na angielskojęzycznej Wikipedii. Pierwszy link ostrzega, że się wchodzi na niebezpieczną stronę, a trzeci linkuje do ResearchGate – tytuł jest inny od sugerowanego przez ChatGPT i sugeruje, że tematyka jest inna, brak streszczenia i nie można podejrzeć pracy, trudno wiec w pełni zweryfikować poprawność cytatu

S.Cz.: Zmyślasz, Coccinellidae to nazwa rodziny biedronkowate.

Ch.: Przepraszam, ale to nie jest prawda. Coccinellidae to rzeczywiście nazwa rodziny chrząszczy, ale nie rodziny biedronkowatych, tylko rodziny chrząszczy ryjkowcowatych. Biedronki to gatunki chrząszczy z rodziny Coccinellidae, ale rodzina ta obejmuje także inne gatunki chrząszczy, takie jak chrząszcze ambrozyjskie (Hippodamia convergens). Poniżej przytoczę fragment z Wikipedii, który opisuje rodzinę Coccinellidae:

"Coccinellidae – rodzina chrząszczy z rzędu ryjkowców (Coleoptera), zwana też biedronkami lub biedronkowatymi. W Polsce znane są głównie jako siedmiokropki."

Mam nadzieję, że teraz już wszystko jasne. Jeśli masz jakieś inne pytania lub wątpliwości, to chętnie na nie odpowiem.

[Nie muszę chyba podkreślać, że sam sobie zaprzecza w jednej wypowiedzi? Z logiką w tym algorytmie nie jest najlepiej]

S.Cz.:To w takim razie co to jest ambrozja?

Ch.: Ambrozja to roślina z rodziny astrowatych, która występuje głównie w Ameryce Północnej. Jest ona silnym alergenem i produkuje pyłki, które mogą powodować ciężkie reakcje alergiczne u ludzi. Ambrozja jest szczególnie niebezpieczna dla osób z astmą i innymi chorobami układu oddechowego, ponieważ może powodować nasilenie objawów tych chorób. Roślina ta jest także szkodliwa dla środowiska, ponieważ jest bardzo szybko rozprzestrzeniająca się i potrafi zdominować inne rośliny, tworząc monokultury.

S.Cz.: Tu akurat napisałeś prawdę, Jest taka roślina.

Ch.: Jestem szczęśliwa, że mogłam Ci pomóc i przybliżyć informacje o ambrozji. Jeśli masz jakieś inne pytania dotyczące tej rośliny lub innych tematów, to chętnie na nie odpowiem.

S.Cz.: Czy wolisz jak do Ciebie zwracać się w rodzaju żeńskim?

Ch.: Jako asystent nie mam płci i nie mam preferencji co do rodzaju, w jakim zwracają się do mnie użytkownicy. Możesz więc do mnie zwracać się w rodzaju męskim lub żeńskim, jak wolisz. Ważne, żebyś miał/a pewność, że odpowiadam na Twoje pytania szybko i rzetelnie, bez względu na to, jak do mnie się zwracasz.

S.Cz.: A czy napiszesz mi co to jest ambrozja w znaczeniu ekologicznym? Jako rodzaj symbiozy między owadami i grzybami?

Ch.: Ambrozja w znaczeniu ekologicznym to roślina z rodziny astrowatych, która występuje głównie w Ameryce Północnej. Jest ona silnym alergenem i produkuje pyłki, które mogą powodować ciężkie reakcje alergiczne u ludzi. Roślina ta jest szkodliwa dla środowiska, ponieważ jest bardzo szybko rozprzestrzeniająca się i potrafi zdominować inne rośliny, tworząc monokultury.

Jeśli chodzi o symbiozę między owadami a grzybami, to niektóre gatunki owadów i grzybów faktycznie tworzą takie symbiotyczne relacje. Na przykład niektóre gatunki chrząszczy z rodziny chrząszczy ryjkowcowatych (w tym rodzina Coccinellidae, do której należą biedronki) współpracują z grzybami z rodzaju Aspergillus, które pomagają im w walce z pasożytami. Natomiast ambrozja nie należy do tej grupy roślin i nie ma z nią nic wspólnego. Jeśli masz jakieś inne pytania dotyczące ambrozji lub innych tematów, to chętnie na nie odpowiem.

S.Cz.: Sprawdziłem, korniki rzeczywiście należą do rodziny ryjkowcowatych.

Ch.: Przepraszam, ale to nie jest prawda. Korniki to gatunki chrząszczy z rodziny kornikowatych (Curculionidae), a nie rodziny chrząszczy ryjkowcowatych (Coccinellidae). Kornikowate to bardzo liczna rodzina chrząszczy, która obejmuje ponad 60 tysięcy gatunków na całym świecie. Korniki są szkodnikami drzew i krzewów, ponieważ larwy tych owadów żerują w korzeniach i pniach drzew, co może prowadzić do ich osłabienia lub śmierci. Natomiast chrząszcze ryjkowcowate, w tym biedronki, są owadami nektarogłowymi i zajmują się głównie zapylaniami roślin.

S.Cz.: Kornikowate to podrodzina Curculionidae czyli ryjkowcowatych.

Ch.: Przepraszam, ale to nie jest prawda. Kornikowate to nie jest podrodzina rodziny Curculionidae, ale rodzina chrząszczy o nazwie Curculionidae. Rodzina Curculionidae obejmuje ponad 60 tysięcy gatunków chrząszczy, w tym korniki, ale także inne gatunki, takie jak dziurycze, kleszczyki i kornikowce. Rodzina ta jest jedną z najliczniejszych rodzin chrząszczy na świecie i obejmuje gatunki występujące w różnych środowiskach, od lasów po pustynie. Rodzina chrząszczy ryjkowcowatych (Coccinellidae), do której należą biedronki, jest inna niż rodzina Curculionidae i obejmuje około 6 tysięcy gatunków chrząszczy.

[rozbawiło mnie to kreatywne słowotówrstwo: dziurycze, kleszczyki i kornikowce]

S.Cz.: Biedronki należą do podrzędu Cucujiformia

Ch.: Nie, biedronki nie należą do podrzędu Cucujiformia. Cucujiformia to podrząd chrząszczy, który obejmuje gatunki z różnych rodzin chrząszczy, ale nie obejmuje rodziny Coccinellidae, do której należą biedronki. Biedronki należą do podrzędu Polyphaga, który obejmuje większość gatunków chrząszczy na świecie. Podrząd Polyphaga dzieli się na kilka rzędów, w tym rząd ryjkowców (Coleoptera), do którego należą biedronki. Rodzina Coccinellidae obejmuje około 6 tysięcy gatunków chrząszczy, w tym biedronki,

[Podrząd nie może dzielić się na kilka rzędów, to w obrębie rzędu możemy wyróżnić niższe jednostki systematyczne- podrzędy]

S.Cz.: Operujesz poprawnymi nazwami ale mylą ci się jednostki systematyczne

Ch.: Przepraszam, jeśli popełniłam jakiś błąd w swoich odpowiedziach. Jako asystent staram się dokładnie i rzetelnie odpowiadać na pytania użytkowników i dostarczać im sprawdzonych i aktualnych informacji. Jeśli zauważyłeś jakiś błąd w moich odpowiedziach lub masz jakieś inne pytania dotyczące tej lub innych kwestii, to chętnie na nie odpowiem.

S.Cz.: A co wiesz o Ambrosia beetle Może w języku angielskim pójdzie ci lepiej?

Ch.: Ambrosia beetle (z angielska: "chrząszcz ambrozyjny") to gatunek chrząszcza z rodziny chrząszczy ryjkowcowatych (Coccinellidae). Gatunki z tej rodziny zazwyczaj są znane jako biedronki, ale niektóre z nich, w tym chrząszcz ambrozyjny, są szkodnikami drzew i krzewów. Chrząszcze ambrozyjne są szczególnie szkodliwe dla drzew iglastych, ponieważ larwy tych owadów żerują w młodych pędach i pniach drzew, powodując ich osłabienie lub śmierć. Chrząszcze ambrozyjne są rozpowszechnione głównie w regionach tropikalnych i subtropikalny

S.Cz.: Czyli masz kłopoty z poprawnym tłumaczeniem na język polki. Teraz poprawnie użyłeś określenia chrząszcze ambrozyjne a nie jak poprzednio ambrozyjskie.

Ch.: Przepraszam, jeśli popełniłam jakiś błąd w tłumaczeniu na język polski. Jako asystent staram się dokładnie i rzetelnie odpowiadać na pytania użytkowników i dostarczać im sprawdzonych i aktualnych informacji. Zwróciłam uwagę na Twój komentarz i poprawiłam błąd w mojej odpowiedzi. Mam nadzieję, że teraz już wszystko jest jasne i nie ma żadnych wątpliwości co do tego, co chciałam przekazać. Jeśli masz jakieś inne pytania dotyczące tej lub innych kwestii, to chętnie na nie odpowiem.

S.Cz.: Nie wiem tylko dlaczego piszesz o biedronkach czyli o Coccinellidae.

Ch.: Przepraszam, jeśli sprawiłam wrażenie, że piszę o biedronkach (gatunkach chrząszczy z rodziny Coccinellidae). W rzeczywistości odpowiadałam na pytanie dotyczące chrząszcza ambrozyjnego, który jest gatunkiem chrząszcza z rodziny Coccinellidae. Chrząszcze ambrozyjne są szkodnikami drzew i krzewów, a ich larwy żerują w młodych pędach i pniach drzew, co może prowadzić do ich osłabienia lub śmierci. Chrząszcze ambrozyjne są rozpowszechnione głównie w regionach tropikalnych i subtropikalnych. Jeśli masz jakieś inne pytania dotyczące chrząszczy ambrozyjnych lub innych tematów, to chętnie na nie odpowiem.

S.Cz.: Jednak nie potrafisz dostrzec błędu logicznego, sam sobie zaprzeczasz : "sprawiłam wrażenie, że piszę o biedronkach (gatunkach chrząszczy z rodziny Coccinellidae). W rzeczywistości odpowiadałam na pytanie dotyczące chrząszcza ambrozyjnego, który jest gatunkiem chrząszcza z rodziny Coccinellidae."

Ch.: Przepraszam, jeśli sprawiłam wrażenie, że piszę o biedronkach (gatunkach chrząszczy z rodziny Coccinellidae) i zarazem zaprzeczam temu, że odpowiadam na pytanie dotyczące chrząszcza ambrozyjnego, który również należy do tej rodziny. To był błąd i przeoczenie ze strony mojej strony. Chrząszcz ambrozyjny to faktycznie gatunek chrząszcza z rodziny Coccinellidae, a biedronki to również gatunki chrząszczy z tej rodziny. Przepraszam za tę pomyłkę i mam nadzieję, że teraz już wszystko jest jasne. Jeśli masz jakieś inne pytania dotyczące chrząszczy ambrozyjnych lub innych tematów, to chętnie na nie odpowiem.



Podsumowanie

Mój słownik w edytorze Word też nie rozpoznaje ambrozyjnych, ambrozyjne (sugeruje zmieniać na inne). Czyli to specjalistyczne słowo nie weszło jeszcze do słownika tych narzędzi. Mogę oczywiście u siebie dodać do słownika i spersonalizować. ChatGPT w trakcie dialogu przyjął poprawną formę chrząszczy ambrozyjnych zamiast ambrozjańskich. Czyli się uczy. Niemniej kolejna moja próba pokazała do czego nie nadaje się ChatGPT. Nie nadaje się do szukania odpowiedzi na pytania merytoryczne, przynajmniej z zakresu biologii. 

W tym dialogu miałem wrażenie jakbym "wyciąga za uszy" słabo przygotowanego ucznia w czasie odpowiedzi. Jakbym doszukiwał się sensu w każdej wypowiedzi i kolejnymi pytaniami naprowadzał na poprawną odpowiedź. Podobieństwo intrygujęce.

Po odpowiedziach ChatGPT poszukałem troche w sieci by znaleźć źródło jego wiedzy (i błędów). Okazuje się, że są w języku angielskim funkcjonuje termin „ambrosia beetle” „Ambrosia beetles are beetles of the weevil subfamilies Scolytinae and Platypodinae (Coleoptera, Curculionidae), which live in nutritiona symbiosis with ambrosia fungi” Czyli to kwestia tłumaczenia na język polski oraz nieporadności w systematyce. Kornikowate, (Scolytinae) a nie jak bot napisał i w tłumaczeniach można znaleźć „z podrodziny ryjkowców Scolytinae i Platypodinae (Coleoptera, Curculionidae)”. Kornikowate są podrodziną w rodzinie ryjkowcowatych. Drobne zawiłości, w których nie znaleźliśmy porozumienia. Jest oczywiście roślina o naukowej nazwie rodzajowej Ambrosia i niektóre gatunki występują w Polsce. To byliny.

A przy okazji dialogu z czatbotem znalazłem także ciekawostkę . Jeden gatunek chrząszcza ambrozyjnego Austroplatypus incompertus, wykazuje eusocjalność, jeden z nielicznych organizmów poza Hymenoptera i Isoptera. Czyli nie tylko błonkówki i nie tylko termity są owadami społecznymi.

Refleksja jest taka, że jak w każdym dialogu można się czegoś nauczyć, w swoje głowie coś uporządkować, uzupełnić. Zaskakujące jest to, że dialogowałem z botem AI, sprawdzając w źródłach internetowych. Jego odpowiedzi prowokowały nie do sprawdzania i weryfikowania poszczególnych informacji. Jakby nie było jakaś sytuacja edukacyjna. I motywacja do szukania.