27.05.2019

Lot na Marsa (ekolog na Marsie)

Mam już bilet na Marsa. Wiele lat o tym marzyłem. Praca dla ekologa na Marsie się chyba znajdzie. Odbudowywanie ekosystemu po katastrofie planetarnej. Przyda się takie doświadczenie na ... Ziemi.
Kilka lat temu napisałem tekst na konkurs popularnonaukowy Futuronauta (czytaj więcej). Ukazał się w tomiku prac konkursowych. Warto go przypomnieć. Młode pokolenie ma szansę polecieć na Marsa. Futurystyczne wizje szybko się sprawdzają...

Ekolog na Marsie (zobacz tekst źródłowy)

Nigdy nie lubiłem latać samolotem. To jest jakieś irracjonalne. Dane statystyczne wskazują, że latanie jest bezpieczniejsze niż jazda samochodem czy autobusem. Jako naukowiec, powinienem przecież zaufać rzetelnym i naukowo udowodnionym faktom. A jednak po prostu się boję. Jeśli tylko mogę to wybierałem inny środek transportu lub korzystałem z komunikacji internetowej i telekonferencji. Przecież, żeby uczestniczyć w seminarium naukowym, współpracować w dużym, międzynarodowym zespole, nie trzeba siedzieć w jednym pokoju. Wspólnym biurkiem jest internet i zasoby dostępne on-line. Web 2.0 to dzieciństwo, w którym wyrastałem.

A teraz stoję w kolejce do odprawy. I czeka mnie lot dalszy niż na drugi kontynent. Po prostu lecę na Marsa, na kilkumiesięczne badania naukowe w międzynarodowej stacji badawczej. Wszystkiego przez internet i telekonferencje nie da się zrobić. Konieczne są badania in situ czyli na miejscu. A że badania dotyczą ekologii stosowanej i to na Marsie, trzeba lecieć. Ciekawość i ekscytacja fascynującym eksperymentem przeważa nad irracjonalnym strachem.

Zdobyłem grant na badania w dużym międzynarodowym konsorcjum. Zadziwiające, że tyle miesięcy przygotowań, pisania wniosku, kompletowanie zespołu, dopracowywanie eksperymentu i projektowanie badań, wszystkie te procedury recenzowania i zatwierdzania, nie wlokły się tak jak teraz oczekiwanie na odprawę. Przeszedłem wcześniejsze badania medyczne. No cóż, nie jestem okazem zdrowia. Ale drobne niedomagania da się łatwo i szybko wyeliminować. Wszystko po to, żeby bez problemu przebyć dość długą podróż z przesiadką na stacji orbitalnej, a potem wielomiesięczny pobyt na marsjańskiej stacji badawczej. Pobyt w tych ekstremalnych warunkach nawet dla czterdziestoparolatka nie jest już problemem.

Lecę na Marsa, aby jako ekolog współpracować z biotechnologami, biologami molekularnymi oraz specjalistami od modelowania i biologii syntetycznej. Okazuje się, że GMO (organizmy modyfikowane genetycznie) znalazło swoje powszechne zastosowanie poza Ziemią. Wszystkie te wcześniejsze próby modyfikowania roślin, zwierząt i bakterii, tylko w części udało się sensownie zastosować w rolnictwie i medycynie. To nie tylko sprawa protestów przeciw żywności pochodzącej z organizmów modyfikowanych genetycznie. Przeważyły w wielu przypadkach także względy ekonomiczne. Ale bez tych prób nie osiągnęlibyśmy współczesnej wiedzy o funkcjonowaniu organizmów i zaawansowanej biotechnologii. Tak jak pozornie bezsensowne i „bezużyteczne” są zabawy w dzieciństwie. Bo zabawy nie są marnowaniem czasu i energii. One służą zdobywaniu wiedzy i dojrzewaniu całej osobowości. Bez tego nie da się w życiu dorosłym być dobrym pracownikiem. Podobnie jest w nauce. Pozornie bezużyteczne badania po jakimś czasie dają możliwość zupełnie nieoczekiwanego zastosowania w praktyce.

Urodziłem się w czasie, gdy Polska wstępowała do Unii Europejskiej oraz rozpracowano genom człowieka. Potem coraz szybciej udawało się poznać kompletny zestaw genów kolejnych organizmów. Poznawanie genomów stało się coraz łatwiejsze i szybsze. Większym problemem okazało się poznanie proteomu, czyli wszystkich białek funkcjonujących w komórce, jak i metobolomu – czyli wszystkich produktów metabolicznych, pojawiających się w określonym czasie cyklu życiowego. Biologia molekularna musiała zmierzyć się z problemem, który na długo zastopował rozwój ekologii: prawem wielkich liczb. W ekosystemie występuje bardzo dużo gatunków oraz relacji między tymi gatunkami. Gdy biolodzy molekularni głębiej poznali mikroświat, trudno było dobrze analizować współdziałanie wielu genów, enzymów i innych związków. Biologia molekularna upodobniła się do ekologii. Jednak z pomocą przyszła duża moc obliczeniowa komputerów.

Biologia syntetyczna i modelowanie komputerowe pozwoliły opanować zdawałoby się niemożliwe. Udało się stworzyć wirtualne modele najpierw organizmów a potem całych ekosystemów. W czasie szybszym od rzeczywistego – w przypadku ekosystemów – można było wykonywać różnorodne eksperymenty i sprawdzać warianty oddziaływań, dodawać lub eliminować określone gatunki. Na rezultaty eksperymentów w przyrodzie trzeba czekać nierzadko dziesiątki a nawet setki lat. Bo tak długo trwa sukcesja ekologiczna. Teraz można znacznie szybciej. Takie właśnie badania symulacyjne wykonałem na Ziemi, ale teraz muszę sprawdzić jak przebiegają eksperymenty na Marsie, już na prawdę a nie wirtualnie.

Ostatnie kilka dziesięcioleci to było zmaganie się z efektem cieplarnianym i próby globalnego sterowania atmosferą. Nie ze wszystkich prób jako ludzkość wyszliśmy zwycięsko, ale zdobyliśmy niebagatelną wiedzę o atmosferze i jej uwarunkowaniach. To właśnie na bazie tej wiedzy poważyliśmy się zaprojektować i rozpocząć tworzenie atmosfery na Marsie. Wcześniej udało się znaleźć zasoby wody na tej planecie. Wtedy zapadła decyzja o kolonizacji Marsa i eksploatacji jego surowców. Ale jak żyć na tej niegościnnej „ziemi”? Schować się w zamkniętych stacjach pod gruntem czerwonej planety? Tak, ale tylko na krótko, bo lepszym i wykonalnym rozwiązaniem okazało się stworzenie ochronnej atmosfery.

Biolodzy molekularni zaprojektowali mikroorganizmy o określonych cechach i zdatne do przeżycia w nietypowych warunkach. Ich zadaniem jest nieprzerwana produkcja tlenu, dwutlenku węgla, metanu itd. Żaden gatunek z Ziemi do tego się nie nadawał. To nie było modyfikowanie istniejących gatunków lecz projektowanie, niczym w biurze projektowych nowych maszyn. Organizmy żywe są znakomitymi maszynami: samonaprawiającymi i samopowielającymi się. Na Marsie nie było atmosfery. Trzeba było ją stworzyć. Przygotować odpowiednie organizmy, wysłać i rozmnożyć na Marsie i „uwolnić”, aby zaczęły emitować gazy, tworzące zalążek atmosfery. To powolny proces. Na dodatek, w tych ciągle zmieniających się warunkach, trzeba nadzorować powstawianie (ściślej projektowanie przez biotechnologów) nowych gatunków i ich sukcesyjną wymianę. O ile biotechnolodzy ekscytowali się tworzeniem nowych organizmów, tak nas ekologów, niezwykle podnieca fakt zaprogramowania nowego ekosystemu zupełnie od zera. To tak, jak przygotować program instalacyjny, przenieść go do innego komputera i jednym kliknięciem uruchomić rozpakowanie oraz samoinstalację.

Tworzenie nowej biosfery to coś więcej niż prosta biologia syntetyczna, która nie tak dawno odnosiła swoje pierwsze i spektakularne sukcesy, gdy udało się zaprojektować i zupełnie od zera zbudować żywą komórkę. Biorę udział w dużym eksperymencie tworzenia nowego ekosystemu: biosfery na Marsie. Zupełnie od zera. To wielkie przeżycie i wielkie emocje. W ciągu kilku miesięcy mojego pobytu na marsjańskiej stacji badawczej będę badał tworzące się biocenozy. Będę współpracował z biotechnologami i biologami syntetycznymi w opracowaniu kolejnych gatunków mikroorganizmów, sterujących przebiegiem tej marsjańskiej sukcesji ekologicznej. W pewnym sensie będą asystował narodzinom drugiej Gai. Gaja to dawna hipoteza, traktująca biosferę Ziemi jako swoisty „organizm”, z homeostazą i czynnikami regulującymi.

Niebawem zapakują mnie do promu kosmicznego. Wcześniejsze badania medyczne pozwoliły zindywidualizować i dostosować do mnie uniwersalny komputerowy model organizmu człowieka. Symulacje pobytu w przestrzeni kosmicznej i na Marsie pozwoliły przetestować mój organizm – zupełnie wirtualnie – czy i jak sobie poradzi w tych nowych warunkach oraz czy zaplanowana kuracja zapobiegawcza będzie skuteczna. Teraz stan mojego organizmu jest monitorowany a podawanie kolejnych leków jest kontrolowane (o ile te aktywne biologicznie substancje można nazwać lekami – przecież nie jestem chory).

I zadziwiające, nie boję się strzykawek, wenflonów i tego, co mi aplikują. Ale lotu się trochę boję. Nikomu tego nie mówię. Bo jak tu się przyznać, że naukowiec, obsługujący wyrafinowaną aparaturę, ma jakieś irracjonalne lęki?

26.05.2019

Przybyli migranci z południa i będą się u nas rozmnażać (tylko spokojnie to opowieść o rusałce osetnik)

(Olsztyn, 24 maja, kolekcja kosaćców w szklarni Wydziału Biologii i Biotechnologii UWM  wOlsztynie)

Wraz ze zmianami klimatu nasilą się migracje, zarówno zwierząt jak i ludzi. To drugie ma aspekt społeczny, ja zajmę się tym pierwszym. Co prawda tytuł można odczytywać ze społecznym podtekstem, ale rzecz dotyczy zjawisk przyrodniczych i migracji motyli. I jeszcze jedna myśl, która mi od lat przyświeca: jeśli świat jest całościowym systemem, to przyglądając się jednej rzeczy dostatecznie długo, zrozumieć można całość (cały świat). Aluzje i dygresje społeczne też nie są przypadkowe, bo wytrwale poszukuję systemowej homologii między ewolucją biologiczną a kulturową. Zatem na przykładzie opowieści o jednym gatunku i aktualnie obserwowanym zjawisku, będę próbował opowiedzieć o całym świecie, w poszukiwaniu praw uniwersalnych.

Tej wiosny (2019), w maju, nie tylko w Olsztynie pojawiło się sporo motyli rusałek osetnik (Vanessa cardui). Wyrosły jakby spod ziemi. Nie co roku się je widuje tak licznie. Inwazja migrantów z południa, będzie pretekstem do opowieści o motylu, migracjach i zmianach klimatu. Oraz o tym, że warto prowadzić obserwacje przyrodnicze. Naukowcem może być każdy, wystarczy ciekawość i wytrwałość w zbieramy obserwacji. Może zespołowo, z innymi, wtedy ciekawsze i bardziej wiarygodnie obserwacje powstają. Wiedza powstaje wspólnotowo, z sumowania zespołowych obserwacji. Możesz i ty dołączyć. Na przykład obserwując motyle. A w tym roku rusałkę osetnik.

A ta rusałka osetnik to gatunek nasz czy obcy? W zasadzie jedno i drugie, bo w wyniku polodowcowej rekolonizacji i kolonizacji, wszystkie gatunki, zamieszkujące obszar Polski (łącznie z Homo sapiens), są migrantami. Dyspersja jest immanentną cechą życia. Wobec nieustannie (od milionów lat) zmian środowiska bez dyspersji gatunki by nie przetrwały. W zasadzie są możliwe dwie strategie – albo ewolucyjnie dostosowywać do zmieniającego się środowiska, albo migrować (rozprzestrzeniać się) w poszukiwaniu, innych ale „takich samych” środowisk.

Szybkie zmiany środowiska i nieprzewidywalność (niepowtarzalność) tych zmian sprzyja ekologicznym oportunistom. A takimi oportunistami są gatunki nomadyczne, do których zaliczyć można nasza rusałkę osetnik. Jest to gatunek ubikwistyczny (o dużej tolerancji ekologicznej, eurybiont, może żyć w różnych środowiskach i warunkach, do ubikwistów należą gatunki kosmopolityczne synantropijne). Oczywiście ten ekologiczny oportunizm i kosmopolityzm dotyczy jedynie części parametrów środowiska.

Że ptaki migrują (odlatują na zimę), to wszyscy wiemy. Ale, że małe motyle? Albo inne małe owady (ważki, chruściki)? I dlaczego zwierzęta migrują? Oraz jak do tego przyczyniają się zmiany klimatu. To kilka pytań, wartych poszukiwania odpowiedzi.

Dla niektórych zaskakujące może być to, że nie tylko ptaki odlatują z Polski na zimę do „ciepłych krajów”. Rusałka osetnik to niezwykły, wędrowny motyl, zasiedlający niemalże wszystkie kontynenty. Do Polski przylatują motyle na wiosnę z krajów obszaru Morza Śródziemnego, z południowej Europy i północnej Afryki. W takich wędrówkach ten motyl nie jest osamotniony. Podobne wędrówki odbywa rusałka admirał – przepiękny motyl. A w ubiegłym roku mieliśmy nalot innego nomady – fruczaka gołąbka, z grupy zawisaków (naszego „kolibra” - czytaj więcej).

Gdy motyle przylecą do nas, na przykład w maju, tu składają jaja i rozwija się kolejne pokolenie, które jesienią odlatuje na południe. W sprzyjających okolicznościach mogą być nawet dwa pokolenia. A wraz ze zmianami klimatu, łagodniejszymi zimami, możliwe, że te które „eksperymentalnie” zostaną, to przeżyją i wydadzą rodzime pokolenie, "tutejsze". Podobne zjawiska obserwuje się już u ptaków – niektóre gatunki czy populacje nie odlatują już na zimę. Można powiedzieć, że trwale skolonizowały nasz obszar.

Rusałka osetnik - Vanessa cardui (L.)  - to wędrowny nomada. Nomadzi przelatują gromadą (bo w migrujący w pojedynkę ma mniejsze szanse znaleźć partnera do rozrodu i przetrwać wobec drapieżców i przeciwności losu), składają jaja i w dużej liczbie się rozmnażają. Posiedzą rok albo dłużej (lub krócej) i dalej lecą w poszukiwaniu dogodnego środowiska. Migrują w poszukiwaniu „lądów nieodkrytych”, tam gdzie są obfite zasoby pokarmowe, gdzie mniejsza konkurencja (bo konkurenci wyginęli a jeszcze tam nowi nie dotarli), gdzie mniej pasożytów i chorób (jak zdążyć za takim wędrownym nomada?). Stąd obecność takich gatunków jest widoczna raz jakiś czas. Pojawiają się a potem bez wyraźnych przyczyn znikają. Ale zawsze jakieś pojedyncze zostają, mogą dać początek trwałej, lokalnej populacji. Dodam tylko, że wędrówki odbywają albo w małych grupkach albo większych. W zasadzie to przydałyby się badania, żeby poznać to dokładniej. Niestety nie ma tylu entomologów-lepidopterologów co ornitologów, stąd i nasz wiedza niewielka.

Rusałka osetnik jest pięknym, dużym i charakterystycznym motylem. Skrzydła z wierzchniej strony mają kolor pomarańczowo-różowy z charakterystycznym czarno-brązowym rysunkiem i białymi plamami. Rozpiętość skrzydeł waha się w przedziale 5,5-6 cm. Dorosłe motyle pojawiają się od początku maja do początku czerwca, drugie pokolenie pojawia się zazwyczaj od początku lipca do początku września. Latem latające można spotkać pokolenie rodzicielskich imigrantów (mają bardziej "zlatane" skrzydła) i nowe pokolenie. Spotkać je można na polach, miedzach, ugorach, w ogrodach, terenach ruderalnych, przy drogach (raczej unikają lasów). Imago żywi się nektarem kwiatów tak jak na motyle przystało. Stożkowe jaja są składane przez samice na liściach roślin żywicielskich.

Gatunek polifagiczny, gąsienice żerują od czerwca do września na różnych gatunkach roślin, np.: ostrożeń, oset, popłoch, chmiel i pokrzywa zwyczajna uzupełniającymi łopian, podbiał. Młode gąsienice budują kryjówki ze zwiniętych liści lub ukrywają się w oprzędach u nasady łodyg, starsze poruszają się pojedynczo. Przepoczwarczenie następuje w pobliżu rośliny żywicielskiej. Poczwarka jest koloru szarozielonego.  Dorosłe motyle spotkać można na kwiatach ostu, ostrożnia oraz innych kwitnących roślinach zielnych, żywią się nektarem. Latoś "majowe" osetniki widziałem na kwiatach ogrodowych kosaćców i na kosmaczku.

Rusałka osetnik występuje w całej Polsce (spotkać można do wysokości 3 tys. m n.p.m.). Gatunek zasiedla niemalże wszystkie kontynenty – poza Ameryką Południową. Pierwotnym siedliskiem były jednak kraje równikowe i podzwrotnikowe, gdzie gąsienice żerują na plantacjach pomarańczy. Z południa Europy, wiosną dorosłe motyle lecą na północ, aż do Wysp Brytyjskich i Skandynawii a nawet Islandii. Są to doskonali lotnicy, których można spotkać nad pełnym morzem.

Skąd się wzięły cykliczne wędrówki? 
Najprościej można odpowiedzieć – to skutek zmian klimatu. Przede wszystkim ocieplenia w czasie interglacjału w epoce (epokach) lodowych. Podobne zjawisko dotyczy ptaków i owadów. Wraz z wycofywaniem się lądolodu z obszaru obecnej Polski, wraz z ocieplaniem i sukcesją ekologiczną, zaczęły pojawiać się dogodne warunki do czasowego bytowania. Obfity (latem) pokarm, brak drapieżników itd. Ale zimy za ciężkie i trzeba wracać, po okresie lęgowym (tak jak w przypadku ptaków). Ptaki żyją kilka-kilkadziesiąt lat, zatem te same osobniki podejmują wielokrotnie wędrówki. U owadów jest inaczej, jedno pokolenie wędruje na północ, kolejne na południe. Owady są małe, więc ich przelotów nie widzimy, zwłaszcza gdy lecą na wysokości np. 500 m, wykorzystując sprzyjające wiatry. Owadów ponadto się nie obrączkuje. Jak więc śledzić ich migracje? Trasy i odległość? Znacznie trudniejsze.

Rusałka osetnik najpewniej ewolucyjnie pochodzi z krajów ciepłych. Teraz „nasze” rusałki zasiedlają północna Afrykę i południową Europę. Wiosna jest tam wcześniej a latem robi się gorąco i sucho, czyli niezbyt sprzyjające warunki do życia, rozrodu i przetrwania. Migracja na północ (Europa Środkowa, Europa Północna) umożliwia dotarcie do znakomitych warunków pokarmowych i środowiskowych. Migracji sprzyjają wiatry, wiejące na północ. Ale jeśli na skutek antropogenicznego przegrzania klimatu zmienią się także cykliczne warunki pogodowe, to tradycyjne migracje mogą być utrudnione. Z kolei u nas były (i jeszcze są?) mroźne zimy, które uniemożliwiają przetrwanie takim południowym nomadom. Część osobników zapewne zostaje, ale do tej pory nie przetrwały zimy. Pokolenie „polskie” na zimę odlatuje do ciepłych krajów, wykorzystując korzystne w tej porze roku wiatry. W krajach śródziemnorskich rusałki osetnik (i im podobne gatunki) mają wilgotną zimę i upalne, suche lato, z kolei u nas mają wilgotne lato i mroźną zimę. Na stałe i tu źle i tam niedobrze. Ale gdy podejmowane są sezonowe wędrówki to można być zawsze tam, gdzie lepiej.

U gatunków nomadycznych nie ma regularnych, sezonowych wędrówek. Życie jest u owada krótkie, kilka miesięcy. Co jest sygnałem do rozpoczęcia migracji, i to zazwyczaj grupowej? U owadów te wędrówki są jeszcze bardziej intrygujące niż u ptaków. Informacja o dwóch oddzielnych obszarach życiowych i dwóch różnych kierunkach migracji musi zostać przekazana na kolejne pokolenie. Musi być więc gdzieś zapisana w DNA. Ale jak przełącza się ten mechanizm, że jedno pokolenie wędruje na północ, a drugie na południe? I czy te wędrówki są stałe czy też zmienne? Ostatnio naukowcy wykryli, że rusałki osetnik jak i admirały wędrują podobnymi szlakami co bociany (przynajmniej w zakresie przelotu przez Morze Śródziemne). Jeszcze ciekawsza jest kwestia gatunków wędrujących nieregularnie (typowi nomadzi). Jak to jest w genach zapisane i jakie są środowiskowe sygnały do „przełączania” strategii życia?

A co będzie, gdy klimat dalej się będzie ocieplał? Mamy zmiany zasięgu występowania roślin i zwierząt (w tym roku zachwycamy się powrotem do fauny krajowej „czarnej pszczoły” – zadrzechni, Xylocopa violacea). Czy przy łagodniejszych zimach gatunki takie jak rusałka osetnik, zostaną u nas na stałe? I będą jedynie sezonowo wędrować… ale na północ?

Globalne zmiany klimatu przynoszą ogromne zmiany w przyrodzie. Warto prowadzić obserwacje, zarówno roślin jak i zwierząt. Te luźne obserwacje sumować się mogą w wartościowe dane naukowe. By lepiej zrozumieć co i jak teraz w przyrodzie zachodzi i jakie to niesie skutki dla ekosystemów. Mamy żywe laboratorium z procesami sukcesji ekologicznej i ewolucji. Strategia nomady.

Więcej o rusałce osetnik:
  • Buszko J., Masłowski J., 1993. Atlas motyki Polski. Część I. Motyle dzienne (Rhopalocera). Warszawa. 
  • Lafranchis T., 2007. Motyle dzienne, ponad 400 gatunków motyli dziennych polskich i europejskich. Wyd. Multico, Warszawa 
  • Novak I., Severa F., Motyle. Wyd. Delta, Warszawa, ISBN 83-85817-76-X 
  • Reichholf J., 1993. Obserwujemy motyle. Jak –gdzie –kiedy? PWRiL, Warszawa. 
  • Sielezniew M., I. Dzikańska. Fauna Polski – motyle dzienne. Multico, 2010, Wraszawa

23.05.2019

Przeklęta panna, nietubyć i nieweście psiny - zielnik Jerzego Andrzeja Helwinga

Cykoria podróżnik czyli przeklęta panna.

Warto przypomnieć niezwykłą postać z naszego regionu Jerzego Andrzeja Helwinga, pastora, lekarza i botanika z Węgorzewa. Opisywał rośliny i tworzył unikalny zielnik. Przypomnijmy, to był wiek XVII ! Helwing to taki nasz Linneusz, zajmował się badaniem szaty roślinnej Prus. Opisał wiele gatunków roślin i zanotował ich lokalne, mazurskie nazwy. To ogromne bogactwo etnograficzne. Zielnik Helwinga zachował się i można do niego jeszcze i dziś sięgać.. W Sulicach założył ogród botaniczny, gromadził w swoich zbiorach przyrodniczych, uważanych za największe w Prusach, bogate kolekcje skamielin. ryb, owadów, ślimaków, jaj ptasich, minerałów, bursztynów,

W dawnych, lokalnych nazwach zapisana jest historia postrzegania świata przez człowieka. Nazwy roślin i zwierząt powiązane są różnymi historiami i interpretowaniem przyrody. Bo na przykład dlaczego na cykorię podróżnik (na zdjęciu wyżej) dawniej na Prusach (co zanotował Helwing) mówiono Przeklęta panna? Roślina rośnie przy drogach polnych. Dlatego nazywana jest podróżnikiem. Roślina jadalna o pięknych niebieskawych kwiatach. Z korzeni robiło się kiedyś kawę lub dodawało do kawy zbożowej. Ktoś jeszcze pamięta kawę zbożową z cykorią? Ale dlaczego przeklęta panna? Może wiąże się to z jakąś historią lub zwyczajami? Panny wygnanej ze wsi, przeklętej bo może „zbrzuchaconej” lub inaczej zhańbionej, wygnanej na poniewierkę, obnoszącej się ze wstydem?

Albo dlaczego na kąkol polny mówiono szalonka? To łatwiej odszyfrować. Kąkol to chwast, roślina trująca. Gdy nasiona dostają się do mąki, to chleb bywał gorzki i trujący. Zawarte substancje mogły mieć właściwości odurzające, stąd szalejące osoby po jej zjedzeniu (rośliny lub chleba z maki zanieczyszczonej kąkolem). Roślina szkodliwa także dla zwierząt domowych – to one mogły szaleć (dostawać szalonki).

Albo roślina o nazwie nietubyć (Anthyllis vulneraria - przelot pospolity), mająca chronić od uroku, bronić przeciw czarom. Dla entomologa ta roślina kojarzy się z czymś innym niż magią – jest rośliną żywicielską dla dwóch gatunków modraszków (takie niebieskie, małe motylek). Albo niewieście psiny. Nazwa urokliwa, tylko czy ktoś potrafi odtworzyć genezę tej nazwy i związane z tym historie (tak jak w przypadku ryżych zygmuntów)? Lokalne nazwy szybko przemijają. Być może zostały gdzieś zapisane. Trzeba jednak wytrwałych i uważnych przeglądaczy archiwów by z miejsc nieoczekiwanych wydobyć słowa i historie, zdawałoby się dawno i nieodwracalnie utracone. Skarby wykopać można nie tylko na polu ale i w bibliotece.

A teraz, gdy coraz więcej starych gazet i ksiąg dostępnych jest w wersji cyfrowej, to każdy może przeglądać przepastne zasoby biblioteczne całej ludzkości. Byle by dostęp do internetu i ciekawość poznawcza były. Szukajmy więc starych historii. Można też notować to, co jeszcze funkcjonuje w języku mówionym. Ocalić od zapomnienia dziedzictwo lokalności.

20.05.2019

O nocy świętojańskiej, maści czarownic, lataniu na miotle i kwiecie paproci czyli dawnych i współczesnych gusłach

Germany - Saarland - 05/2006, 
Autor OrchiWikimedia Commons.
Biolodzy odczytują z DNA dawną, zapomnianą przeszłość. Historycy i etnografowie poszukują śladów przeszłości w słowach, zwyczajach, niepozornych okruchach. Niedawno dowiedziałem się skąd się wzięło i co znaczyło powiedzenie "a niech cie dunder świśnie". W dzieciństwie używałem i słyszałem, ale jako puste i nic nie znaczące powiedzenie, zwrot, przerywnik. Poznanie dziedzictwa nawet w tak prostych rzeczach jest bardzo przyjemne. Widzi się więcej i rozumie się więcej. Tak, jakby krótkowidz założył okulary.

Zabobony i gusła to określenia pejoratywne, wskazujące na głupotę, ciemnotę i bezsensowne praktyki, oderwane od rzeczywistości i skuteczności. Wszystko jednak zależy od kontekstu i tego, jaką im przypisujemy wartość (znaczenie). Czy będzie to próba tworzenia surogatu religii czy też etnograficzna próba zrozumienia przeszłości i… współczesności. Odkrywanie dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego może być także elementem budowania ciekawej oferty turystycznej, przygody oraz może być elementem edukacji pozaformalnej. A także przywracaniem utraconego dziedzictwa kulinarnego. O wielu gatunkach roślin jadalnych i przyprawowych już zapomnieliśmy, zachwycając się tymi, sprowadzanymi z daleka. Dostrzeżenie głębszego kontekstu kulturowego w wykorzystaniu chwastów, takich jak bylica czy pokrzywa to nie tylko niezwykła przygoda kulinarna ale i ochrona lokalnej różnorodności biologicznej.

Im mniej wozimy towarów z daleka tym mniejsza jest niepotrzebna emisja gazów cieplarnianych. Pokrzywę udało się w Olsztynie już wprowadzić na wykwintne, gastronomiczne salony. Pora na kolejne zapomniane „chwasty”, np. bylicę pospolitą. „To czego nie rozumiemy głupim nam się wydaje.” Przysłowia, tak jak poezja, są syntetycznym zebraniem doświadczeń różnych społeczeństw. A że zmienia się kontekst przyrodniczy i kulturowy to i niektóre przysłowia wydają się nam głupie, zabobonne. Tak jak i zwyczaje. Ale jeśli rozpocząć podróż etnograficzną, to wtedy w każdym guśle dostrzeżemy jakąś logiczną przeszłość i sposób patrzenia na świat innych ludzi. Inny, przeszły świat. To pogłębiona turystyka – bo dostrzega się nie tylko obce miejsca ale i inne, czasem zaginione kultury.

Aby przeżyć przygodę nie trzeba jechać daleko. Wystarczy się zagłębić w kulturę. Bo na przykład ile jest sensu w odtwarzaniu maści czarownic do latania lub w poszukiwaniu kwiatu paproci? Obie te kwestie w jakimś stopniu wiążą się ze zbliżającą się nocą świętojańską i ziołami, które można spotkać na talerzu. Maść czarownic do latania istniała naprawdę, ale nie chodziło o latanie na miotle, jak to teraz ugruntowało się popkulturze i kreskówkach dla dzieci. O współczesnej maści do latania opowiadałem już kilka lat temu,  w restauracji Cudne Manowce, w noc świętojańską. A poetem przy innych okazjach. Manowcowa maść czarownic do latania jest przykładem tworzenia produktów lokalnych w nawiązaniu do dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego regionu. Zabobony wymyślamy ciągle. Zapewne ze strachu, obaw, próbując wpłynąć i podporządkować sobie rzeczywistość. To nie żadna religia, wierzenia, to natura człowieka. Studniówkowe czerwone podwiązki, przydeptywanie indeksu, zaginanie ostatniej kartki w indeksie papierowym (ten zabobon, zwyczaj, zabawowy rytuał znika, bo znikają indeksy papierowe), przydeptywanie książki lub notatek gdy upada na podłogę, przed egzaminem itd. Ciągle wymyślamy nowe. Przetwarzamy i aktualizujemy to, co wymyślili nasi przodkowie i wymyślamy nowe.

Kultura jest jak ekosystem, ciągle się zmienia a jednocześnie zachowuje ciągłość. Pojawiają się gatunki nowe na drodze dyspersji (gatunki obce), czasem wywołują „zamieszanie” i zmiany w ekosystemach, ale i ewoluują gatunki stare. Jest w tej zmienności ekosystemów sukcesja ekologiczna (wymiana gatunków) jak i cenofilogeneza - koewolucyjne zmiany starych gatunków. Podobnie i w kulturze, ciągłe mieszanie się różnych trendów – rodzimych i obcych - zanikanie niektórych elementów kultury, powstawianie nowych, powracanie „żywych skamieniałości” itd.

Dla zabawy ożywiamy stare gusła, przesądy, „magiczne obrzędy”. Bo chcemy się ze sobą spotykać i być ze sobą częściej i nie tylko przed monitorem komputera. To nie jakaś głębsza wiara czy religia, to forma rytualnych elementów kultury, często powierzchownych, zabawowych, oderwanych od szerszej całości. Teraz wykorzystywanych do urozmaicania zabaw ale i pretekst do poznawania dawnych kultur. Zabobony, które mają charakter edukacyjnych.

Ilustracja nasięzrzała Carl Axel Magnus Lindman -
C. A. M. Lindman  (1917-1926)
Bilder ur Nordens Flora, Tavl. 510,
Wikimedia Commons. 
Każdy przeciętnie wykształcony człowiek wie, że paprocie to rośliny zarodnikowe a więc kwiatów nie mają. Ale w każdej bajce jest ziarno prawdy, ponadto świat istot żywych jest tak różnorodny, że i niemożliwe staje się możliwym. Nie wierzycie? To czytajcie dalej. 

Znamy legendy o świętojańskiej nocy i szukaniu kwiatu paproci. Skąd się ona wzięła? Dawniej wiedza biologiczna nie była tak dokładna jak teraz. Być może więc co innego brane było za kwiat. Paprocie są roślinami, a rośliny mają kwiaty. Są paprocie z wyjątkowo pięknymi kłosami zarodnionośnymi – piękne i ozdobne niczym kwiaty.
Przykładem jest nasięźrzał (Ophioglossum vulgatum), przypominający kwitnącą konwalię, lub długosz królewski (Osmunda regalis) – z kłosami zarodnionośnymi niczym kwiatostany różnych gatunków szczawiu.

Na świętojański kwiat paproci najbardziej pasuje nasięźrzał. Skąd taka dziwna nazwa? Aleksander Brückner wyjaśnia, że nazwa jest bardzo stara, odnotowana już w XV wieku. Pierwotnie zapisana jako nasieźrze (podobnie dziwnie brzmi jak nazwa rośliny nietubyć – ale i język się zmienia), później dopiero jako nasięźrzał. Była to roślina „miłośnicza”, sprawiająca, że na się źrzeć (zerkać, spoglądać) będą. Nic dziwnego, że skoro miała w wierzeniach moc miłosną, to była pilnie poszukiwana w noc Kupały (lub raczej kupalnockę), późnej zwaną świętojańską.

Dawniej nasięźrzał nazywany był także językiem żmii – bo rzeczywiście kłos zarodnionośny języczek tego gada przypomina. Taką też ma nazwę w języku łacińskim (naukową), a pochodząca z języka greckiego: ophis – wąż, glossa – język. Max Toeppen także pisze o zielu wężonym, które kwitnie tylko w noc świętojańską i to bardzo krótko. Ale tłumacz i redaktor nowego wydania z 2014 r. (Oficyna Retman, Moja Biblioteka Mazurska) próbuje przypisać tę nazwę do bylicy estragon (bylica głupich, draganek). Dalej Toeppen, zbierający w książce zabobony (wierzenia) ludu mazurskiego z XIX w., pisze wprost o paproci, która zakwita w noc świętojańską o północy. 

Nasięźrzał jest małą paprocią (od 5 do 30 cm wysokości), ale z wieloma prymitywnymi cechami, nawiązującymi do całkowicie wymarłej grupy staropaproci. Jak wyczytałem, jest to roślina szczególna, bo posiadająca około 1260 chromosomów, co jest niewątpliwie rekordem, przynajmniej wśród roślin. Z pionowego kłącza wyrasta jeden liść na długim ogonku. Z tego liścia, z jego pochwiastej nasady, wychodzi cienki kłos zarodnionośny (zarodnikowanie od czerwca do sierpnia, więc na noc świętojańską pojawia się i „zakwita”). Wygląda to jakby język węża wychodzący z liścia. Nasuwa się analogia z wężem kuszącym Ewę w raju, oraz z Ewą kuszącą Adama. Być może dlatego nasięźrzał był uosobieniem sceny kuszenia i mającą mieć zdolność jednania miłości. Żeby się chłopaki za dziewczynami oglądały.

Afrodyzjak i tajna, magiczna broń kobieca. Tak jak odnotował Zygmunt Gloger w „Encyklopedii Staropolskiej”: 
Nasięźrzale, nasięźrzale, 
Rwę cię śmiale, 
Pięcią palcy, 
szóstą dłonią, 
Niech się chłopcy za mną gonią; 
Po stodole, po oborze, 
Dopomagaj Panie Boże. 

Skąd taka moc miłosnego afrodyzjaku? Czy tylko przez skojarzenie kształtu, czy też może dawniej utrwalone było to jakoś w tradycji i praktykach? Od zapachu, smaku czy czegoś jeszcze? Podobno ten kwiat paproci ujawnia swą moc dopiero wtedy, gdy będzie zebrany w szczególny sposób, bądź jeżeli nad rośliną tą wymówi się magiczną formułę. Dziewczyna chcąc zyskać miłość upatrzonego chłopca musi zdobyć tę paproć w szczególniejszy sposób. A więc upatrzywszy za dnia miejsce, gdzie rośnie nasięźrzał (wilgotne łąki, których coraz bardziej współcześnie brakuje!), musi iść tam o północy nago i obróciwszy się tyłem – żeby jej diabeł nie porwał – rwać go, wymawiając pewną formułę, którą wyżej zamieściłem. Tak przynajmniej odnotował Gloger.

Współcześnie do zwyczajów świętojańskich i kupalnocki przypisujemy mocno znaczenie seksualne. Ale czy tak było dawniej? Na świat patrzymy przez pryzmat własnego wnętrza, a na przeszłość i przyszłość przez pryzmat współczesności. To nasza kultura końca XX wieku i początków XXI jest przesycona seksem, golizna wyziera z każdego miejsca, sprawność i atrakcyjność seksualna jest powszechnie pożądana, co widać w kulturze jak i reklamach. I ten swój współczesny obraz tego, co w życiu najważniejsze, przenosimy na przeszłość. Wątpliwe czy poprawnie. Dawniej ludzie w dorosłość wchodzili znacznie wcześniej. Dziewczyny szykowały się do zamążpójścia już w wieku kilkunastu lat. A w tym wieku – tak jak i obecnie – jedną z najważniejszych rzeczy jest potrzeba akceptacji i atrakcyjności. Najważniejszym problemem jest to czy będzie się kochanym i czy samemu potrafi się kochać. Zatem pragnienie by chłopcy się za dziewczyną gonili (zwracali uwagę) „po stodole, po oborze” wcale nie musi nieść pragnień orgiastycznych. Wyjście za mąż dawało przepustkę do dorosłości, samodzielności, wyższej pozycji społecznej. Młode dziewczęta poszukiwały więc prawdopodobnie kwiatu paproci z chęci łatwego zyskania akceptacji i zamążpójścia (kariera, awans) a nie żadnego rozpasania seksualnego.

W przykładach, jakie zebrał Max Toeppen kwiat paproci ziele wężowe, kwitnące w noc świętojańską, także przynosi szczęście. Ale w dawnych czasach za szczęście (rzecz najważniejszą) uważano bogactwo. Seksualność nie była tak eksponowana jak współcześnie (choć była codziennością). Tak więc kto nosi przy sobie kwiaty tego ziela, temu przekazuje ono cudowną moc. Na przykład pozwala odgadnąć gdzie znajduje się skradziony koń lub można dowiedzieć się o ukrytych w ziemi skarbach. No cóż, dla jednych szczęście to miłość i zamążpójście, dla innych (albo w innych okresach życia) to pieniądze i bogactwo. W tym jesteśmy bardzo podobni do naszych przodków.

Wróćmy jednak do wierzeń ludu mazurskiego, zebranych przez Toeppena. Kwiat paproci przynosi szczęście, ale rzadko kto odważy się wyjść w nocy - by je odnaleźć i zerwać – ze strachu przed diabłem i czarownicami. Siły demoniczne pokonać (obłaskawić) można różnymi rytuałami czy wypowiedzianymi zaklęciami. Tak jak i dzisiaj… zrywamy gałązki brzeziny z ołtarzy z procesji Bożego Ciała, nie stawiamy damskiej torebki na podłodze by pieniądze nie uciekły itd.

Wiemy, że kłosy zarodnionośne pojawiają się od czerwca do sierpnia. Czyli wiemy kiedy szukać kwiatu paproci. Ale gdzie go szukać? Nasięźrzał pospolity (Ophioglossum vulgatum L.) to gatunek umiarkowanie światłolubny, rośnie więc w miejscach umiarkowania oświetlonych (nie zupełnie na słońcu, nie zupełnie w głębokim cieniu). Rośnie na glebach wilgotnych, na łąkach, w zaroślach. A więc kwiatu paproci w lesie raczej szukać nie będziemy, raczej na polanach i to wilgotnych, gdzieś na skraju torfowisk lub w pobliżu wód, na łąkach. A jest to gatunek rzadki, więc trudno go obecnie spotkać. Na dodatek to gatunek chroniony, więc jak nawet spotkamy, to zrywać nie wolno i niszczyć w żaden inny sposób.

W Polsce nasięźrzał jest obecnie rzadko spotykany i jest na Czerwonej liście roślin i grzybów Polski w grupie gatunków narażonych na wyginięcie (kategoria zagrożenia V). Objęty jest ścisłą ochroną gatunkową od 2004. Jako ciekawostkę można jeszcze dodać, że nasięźrzał żyje w mikoryzie z grzybami. Rozmnaża się także przez pączki przybyszowe, powstające na korzeniach. Występuje w Europie, północno-zachodniej Afryce, Azji Mniejszej, na Kaukazie i Bliskim Wschodzie, także w zachodniej Azji, w Japonii i Ameryce Północnej. W Polsce spotkać go można na kilu rozproszonych stanowiskach.

W dawnych mitach kwiat paproci, zakwitał raz w roku, w czasie przesilenia letniego (najkrótszej nocy). A jeśli nie zakwitał tylko jednego dnia, to może warto go było zrywać w tę jedną noc, bo wtedy miał moc magiczną, miłość gwarantującą lub znalezienie skarbu ze złotymi monetami. Według niektórych entobotaników legenda o kwiecie paproci wywodzi się ze zwyczaju smarowania się przez kobiety liśćmi nasięźrzału, w trakcie obchodów nocy świętojańskiej, co miało w magiczny sposób podnieść ich atrakcyjność. Smarowania się, a więc jakiś sok-kosmetyk co urody dodawał lub zapach zniewalający mężczyzn wydzielał po roztarciu. Podobnie działać miało ziele bylicy pospolitej, które zawiązywały kobiety na udzie, by doznania seksualne były silniejsze lub wiły wianki lub przepasywały się bylicą. Zważywszy na higienę dawnych czasów każda roślina aromatycznie i miło pachnąca ułatwiała zbliżenie… Nie musiał być to afrodyzjak w naszym rozumieniu. Możliwe, że moc swoją nasięźrzał miał ze względu na skojarzenia z językiem żmij, węża czy innego gada. Działałby więc jak placebo (a czyż my nie stosujemy masowo leków homeopatycznych?). A może miało to ziele jakieś właściwości, o których już nie pamiętamy, a ze względu na rzadkość rośliny badać już nie będziemy (pod kątem zawartości różnych związków biologicznie czynnych).

Jeśli dobrze poszukać to niemożliwe staje się możliwe i nawet paproć „zakwita”. Wystarczy tylko dobrze poszukać w naszych przepastnych zasobach dziedzictwa kulturowego i przyrodniczego. Skoro istnieje kwiat paproci… to i maść do latania istnieje.

C.d.n.

Nauka w puszce czyli odkrywamy czym jest nauka jako proces i jako produkt


Nie ma infantylnych metod badawczych, są tylko infantylne interpretacje. Albo powierzchowne. W bogato wyposażonych laboratoriach często zapominamy, że podstawowym przyrządem badawczym jest nasz mózg. A mózg nie lubi nudy i rutyny. Na dodatek nawet najnowocześniejszy sprzęt bez myślenia naukowca staje się ozdobnym meblem.

Metoda naukowa poznawania świata bez wątpienia przyczyniła się do znaczącego postępu technologicznego i rozwoju cywilizacji. Ale na czym polega metoda naukowa? Co to jest nauka? Czynności, które wykonują naukowcy w czasie swojej pracy? Filozofowie i metodolodzy nauki od dawna się na tym zastawiają i próbują dociec istoty poznania naukowego. Na uniwersytetach uczymy metody naukowej, niezależnie od dyscypliny. A przynajmniej powinniśmy. Czasem zapominamy, że najważniejszym przyrządem badawczym… jest mózg człowieka.

Jak pokazać czym jest nauka? Jedną z możliwości jest na przykład prosta, edukacyjna zabawa w "odgadywanie" tego, co jest w puszce. Przy okazji obserwując siebie samego w tym procesie. Oczywiście nie jest to zabawowy konkurs i dlatego nie chodzi o odgadywanie jako takie tylko o poznanie zawartości z wykorzystaniem metodologii naukowej. Bardziej więc chodzi by gonić króliczka niż go złapać.

Kilka lat temu (w 2014 r.), w czasie konferencji w Centrum Nauki Kopernik, uczestniczyłem w zajęciach pt. „Nauka w puszce”. Pomysł mi się spodobał. Zmodyfikowałem, rozbudowałem i przećwiczyłem ze studentami, zarówno na studiach licencjackich i magisterskich (Wydział Biologii i Biotechnologii). Przećwiczyłem także na uczniach w ramach różnych zajęć, w tym w ramach Uniwersytetu Młodego Odkrywcy. Refleksje i spostrzeżenia powoli spisuję.

Czym jest poznanie naukowe i z jakimi problemami spotykają się naukowcy w swojej pracy? Na czym polegają metody naukowe? Jak odkryć to, co jest w puszce bez jej otwierania? W czasie zajęć uczestnicy w pracy zespołowej odkrywają, za pomocą prostych i dostępnych metod, zawartość tajemniczych puszek. A co ważniejsze odkrywają metody, jakimi posługują się naukowcy w codziennej pracy. W tym sensie dla samych siebie są królikami doświadczalnymi i obiektem badawczym. Jaki wpływ na obserwacje i wstępne hipotezy ma dotychczasowe doświadczenie i wiedza o świecie? Czy w nauce potrzebna jest kreatywność, umiejętność dyskusji i pracy zespołowej? Czym jest kontekst odkrycia a czym kontekst uzasadnienia?

Wspólna zabawa ma swoją kontynuację w internecie a uczestnicy warsztatów mogą zamieścić swoje raporty z badań zawartości puszki: pt. "Napisz czym jest nauka i metody naukowe, opierając się na ćwiczeniach z puszkami. Zachowaj typowy układ publikacji naukowej (raportu naukowego): Wstęp z celem, zastosowane metody, wyniki, dyskusja (interpretacja wyników, refleksje), piśmiennictwo czyli cytowana literatura.". Wspólnie możemy tworzyć teorię puszkowatości świata (ogólna teoria puszkowatości). Nauka może być fascynująca i przyjemna. Zapraszam (najbliższe zajęcia w czasie Fascynującego Dnia Roślin, 24 maja).

Seminaria dyplomowe, odbywające się w dużych grupach, skupiających studentów z różnych katedr (zróżnicowana tematyka badawcza), sprowadzają się często do referowania tematyki prac dyplomowych (przez studentów) oraz czasem omawiania zagadnień egzaminacyjnych (egzamin dyplomowy). Jest oczywiście czas na wyjaśnienie jak ma wyglądać praca dyplomowa, jak cytować prace, jak uporządkować bibliografię itd. W tle kształtowane mają być umiejętności związane z metodologią naukową oraz komunikacją (różne formy). Ja próbuje cel ten osiągnąć także z wykorzystaniem "nauki w puszce".

Upraszczanie wiedzy od autentycznej nauki do dydaktyki funkcjonuje jak głuchy telefon, gdzie pierwotna informacja ulega zacieraniu, zniekształceniu, uproszczeniu. Czasem następuje mimowolne odchodzenie od nauki jako proces do nauki jako produktu, już bez emocji odkrywania (sam kontekst uzasadnienia). Im dalej od źródła tym obraz coraz bardziej zniekształcony, uproszczony, bez dyskusji i niuansów, bez emocji poszukiwania i rozumienia sensu. Tak jak cykliczne kalkowanie wzoru.

O jakości dydaktyki decydują także emocje, zarówno studenta jak i wykładowcy. W pracy dydaktycznej powielenie tego samego ćwiczenia przez kilka tak powoduje znużenie wykładowcy jak i zanik entuzjazmu. Na uniwersytecie remedium przed nudą i rutyną jest autentyczne uczestnictwo w nauce i pokazywanie nowych wyników badań. Dotyczy to także nowych form dydaktycznych. Celem wprowadzenia nowej formy „nauka w puszce” było dla mnie przede wszystkim zwiększenie motywacji do pracy (mojej i studentów) oraz ukazanie istoty metody naukowej poprzez krótki eksperyment (zaledwie dwa spotkania).

Drugim celem było wypracowanie uczelnianej oferty edukacji pozaformalnej (współpraca ze szkołami i uniwersytetami trzeciego wieku). Bo przecież uczenie racjonalnego myślenia z wykorzystaniem naukowej metodologii przydatne jest na każdym etapie edukacji. Wielokrotnie ale za każdym razem głębiej i dokładniej. Tak jak wchodzenie na wieże po spiralnych schodach. Ciągle wyżej mimo, że co i raz spoglądamy na te same widoki  za oknem. Czy odkrywanie puszkowatości świata umożliwia lepsze zmotywowanie do wysiłku i pracy przy dociekaniu istoty metody badawczej, typowej w naukach przyrodniczych? Mam nadzieję, że tak.

O tym będę chciał opowiedzieć na konferencji (Ideatorium), na która się wybieram. Na razie wspólnie ze studentami eksperymentujemy na sobie. Jak na królikach doświadczalnych :). A jak eksperyment będzie zadowalający to sprawdzimy czy przydatna będzie w edukacji szkolnej. Może na poziomie liceum, może na poziomie gimnazjum. Albo jeszcze wcześniej.

Czasem następuje mimowolne odchodzenie od nauki jako procesu do nauki jako produktu, już bez emocji odkrywania (sam kontekst uzasadnienia). Dzieje się to zwłaszcza w szkołach, na niższych poziomach edukacji. Im dalej od źródła tym obraz coraz bardziej zniekształcony, uproszczony, bez dyskusji i niuansów, bez emocji poszukiwania i rozumienia sensu. Tak jak cykliczne kalkowanie wzoru.

Zebrane przez ostatnie 5 lat doświadczenia staram się upowszechnić także w środowisku nauczycielskim, przygotowując scenariusze zajęć. Mam nadzieję, że będą przydatne. Na pewno dla mnie jest to doskonała okazja by jeszcze raz przemyśleć zarówno czym jest nauka i metoda naukowa jak i przemyśleć proces nauczania. Czy ja sam dobrze rozumiem i czy potrafię to w efektywny sposób pokazać (przekazać) studentom, uczniom i nauczycielom?

17.05.2019

Solastalgia i Park. im. Janusza Korczaka w Olsztynie

Kwiecień 2019
Pod koniec kwietnia wybrałem się na wiosenny spacer do pobliskiego Parku im. Janusza Korczaka. Miałem ze sobą trochę nasion roślin kwiatowych i chciałem dosiać. Teren zielony nosi nazwę parku, ale jest zaniedbany i systematycznie dewastowany. Odradzająca się przyroda ciągle jest niszczona, indywidualnie i instytucjonalnie. Niczym ciągłe rozdrapywana rana. Po ostatnim nawiezieniu ziemi budowlanej w różne zakątki, chciałem dosiać nowych roślin.

Wiele osób tędy przechodzi lub wychodzi na spacery, zwłaszcza z psami. Ostatnio pojawiły się dziki i zbuchtowały fragmenty z topinamburem. Dużo śmieci, miejsca po wypalaniu traw i wyrzucany gruz. Dziki teren. W krzakach widoczne miejsca biesiadowań alkoholowych. Oraz jedno, opuszczone teraz, koczowisko bezdomnych. Wyszedłem na rozległy fragment z niedawno nawiezioną ziemią pobudowlaną. Bolesny widok. Nagi piasek i kamienie.

Gdy podszedłem bliżej posesji salonu samochodowego zauważyłem liczne świeżo wycięte drzewka i krzewy. Ledwo się przyroda nieco zregenerowała a już znowu została zdewastowana. Znaczy znowu będzie jakaś inwestycja kosztem pomniejszania parku. Profilaktycznie wycięto już drzewka, żeby za bardzo nie urosły. Dosiałem na piaszczystej glebie, która wcześniej zasypywano łąkę i drzewka, może coś urośnie. Niemniej przykry widok, niczym stale rozdrapywana rana, nie może się zagoić, krwawi i boli. Niszczenie na raty. Boli, więc piszę. Solastalgicznie.

Solastalgia. A co to jest? Jako pojęcie istnieje od 2003 roku. Jest to neologizm ukuty przez filozofa Glenna Albrechta. Co nie znaczy, że zjawisko nie istniało wcześniej. Dopiero teraz zostało wyraźniej dostrzeżone i nazwane. Świat się zmienia, dostrzegamy nowe zjawiska, rzeczy, procesy (część istniała od dawna, ale nie dostrzegaliśmy). I dla tych nowych desygnatów tworzymy nowe słowa. Tak jak Adam, nazywamy obiekty: smartfon, prekariat, prosumpcja, nauczaństwo i solastalgia. Świat się tworzy, rozwija, ewoluuje więc my ciągle nazywamy pojawiające się obiekty. Musimy im nadać nazwy by dostrzegać i rozmawiać o nich. Czasami są to zupełnie nowe zjawiska, czasami dostrzegamy to, co istniało od dawna. Bo teraz dopiero odczuwamy wagę procesu, dojrzeliśmy by dostrzec. Bo czasem mocno uwiera, niczym kamień w bucie, który dopiero po iluś tam krokach nie daje spokoju i musimy zajrzeć do buta, wyjąć, zobaczyć. I wtedy rozumiemy co nam uwierało.

Solastalgia opisuje formę psychicznego lub egzystencjalnego stresu, spowodowanego przez zmiany środowiska. Dawniej wiązało się to z suszami, erupcjami wulkanów, pożarami itd. Teraz odnosi się do negatywnych skutków globalnego ocieplenia klimatu czy dewastacji krajobrazu na skutek działalności górniczej lub wydobywczej. A ja podaję przykład dewastacji zieleni na terenach miejskich. Park nie-park, rana ekologiczna. I to w dobie zmian klimatu i konieczności pielęgnacji zieleni w każdym miejscu, zwłaszcza w miastach. By na przykład łagodzić negatywne skutki letnich upałów. Lub zapewniać człowiekowi niezbędny dla zdrowia, także psychicznego i duchowego, kontakt z żywą przyrodą.

Neologizm solastalgia został utworzony przez połączenie łacińskiego słowa sōlācium (comfort) i greckiego algia (ból). W odróżnieniu od tęsknoty za domem (nostalgia), solastalgia odnosi się do cierpienia spowodowanego negatywnymi zmianami środowiska .

Generalnie nie doceniamy usług ekosystemowych, czyli korzyści jakie przynoszą nam ekosystemy i tereny zielone (można je wyliczyć w brzęczącej monecie lub szeleszczących banknotach). Wydaje się, że jest za darmo, dlatego nie cenimy.  Można zmniejszać upały w mieście poprzez zieleń.... albo klimatyzatory. Można chodzić w maskach antysmogowych albo sadzić więcej zieleni by wychwytywała pył i dostarczała tlenu (mamy najgorsze powietrze w Europie). I można tak długo opowiadać. Park im. Korczaka to przykład jeden z wielu. Ten akurat problem mocno mnie uwierający. Bo widać z okien. Pogarszająca się jakoś życia, więcej chorób, krótsze życie i gorsze warunki psychiczne. Solastalgia ma konkretne przyczyny...
(Zasypywanie gruzem, rok 2014, jeden z kilku epizodów)
Mamy wielu specjalistów, potrafiących analizować i rozkładać wszystko na czynniki pierwsze ale brakuje nam umiejętności do syntezy i dostrzegania rzeczy w kontekście czasu i sytuacji. Żyjemy jako cywilizacja chwilą, bez praktycznej umiejętności myślenia perspektywicznego. Mam na myśli średnią przeciętną. Negatywne skutki takiego sposobu myślenia i patrzenia na świat widoczne są na co dzień. Przykładem jest lekceważenie usług ekosystemowych. Na przykład sposób patrzenia na zieleń (i parki) w mieście. Olsztyn jest dobrym przykładem choć nie tylko w tym mieście parki są "betonowe" i traktowane jako nieużytki inwestycyjne.

Bo po co jest park w mieście? Lub zielony skwer? Długofalowych skutków ekosystemowych raczej się nie dostrzega - bo trzeba wyjść poza swoją specjalność zawodową i spojrzeć nie tylko w całościowym kontekście ale i dłuższej perspektywie. Trzeba dostrzegać nie tylko inwestycje ale i jakość życia mieszkańców. Kiedy ponad 15 lat temu szukałem mieszkania, brałem pod uwagę dostęp do terenów zielonych (nawet tych, uwzględnionych w planach). Kupiłem sobie mieszkanie na Osiedlu Mleczna. Przed oknami (za ulicą) miałem teren zielony (dawne ogródki działkowe) i rzekę Łynę. W planach nawet ten park in statu nascendi miał nazwę - Park im. Janusza Korczaka. Dość szybko jednak doświadczyłem miejskiego poglądu na tereny zielone. Owszem, zaczęły się inwestycje, ale zupełnie inne niż myślałem.

Najpierw część parku wydzielono i powstał tam salon samochodowy. Potem dwukrotnie w różnym czasie na tereny zielone wjeżdżały spychacze, wyrzucano gruz i ziemię (zapewne z jakieś okolicznej budowy) i całkowicie zdewastowano istniejącą tam zieleń. Pozostały zwały ziemi i goła pustynia, po której wiatr kurz roznosił. Przez moment myślałem, że to może zapowiedź realizacji planów z parkiem. Przecież na planach, opublikowanych w gazetce osiedlowej, były alejki, tereny zielone nawet boiska sportowe (rekreacyjne).

Nic z tych rzeczy. Jedyne działania w ciągu ostatniej dekady to od czasu do czasu wykoszenie wysokiej trawy (miejscami) przycięcie drzewek i podsypanie alejki (bo chodzą tamtędy tłumy ludzi). Po tych pobudowlanych dewastacjach zieleń samoistnie, powoli odrastała. Robiło się nawet sympatycznie choć dziko. Ale potem na osiedlu wybudowano sklep wielkopowierzchniowy. I nie było chętnych do kupna (wynajęcia). Więc kosztem planowanego parku wybudowano duży (kolejny) parking. Owszem, parking zbudowano ale o kilkunastu metrach chodnika zapomniano. Dopiero po kilku latach uzupełniono ten brak. Nieopodal zasypano bagienko i budują kolejny sklep wielkopowierzchniowy. W statystyce to niebawem Olsztyn będzie miastem supermarketów i galerii handlowych a nie miastem-ogrodem....

W ostatnich dwóch latach znowu park im. J. Korczaka zasypywany jest ziemią i gruzem budowlanym. Powstała myjnia samochodowa i kolejny, ogrodzony parking. Jak widać na zdjęciach, wywożony był przede wszystkim gruz i ziemia budowlana. Park traktowany jest jak nieużytek, na który wyrzuca się różne śmieci, a potem przykrywa jakąś inwestycją. A jak coś odrośnie, to się wycina....

Planowa i przemyślana dbałości o zieleń? Trudno to dostrzec... Tereny zielone traktowane są jak "nieużytki" budowlane a nie jako ważny obiekt infrastruktury miejskiej, poprawiający jakość życia mieszkańców. W tym przypadku zasypywana jest dolina rzeki Łyny. W razie wysokiego stanu wody w rzece Łynie... woda po prostu zaleje domy, bo zasypujemy naturalne poldery i dolinę. Kilka lat temu mówiłem znajomym, żeby się powodzi nie obawiali, bo jest szeroka dolina, która przyjmie ewentualną wysoką wodę (rozleje się na terenach zielonych). Dolina rzeki zasypywana jest w Bartągu, powyżej Olsztyna, a teraz w samym Olsztynie. Moje uspokajające słowa trąca na aktualności. Ewidentnie zmienia się klimat i należy oczekiwać intensywniejszych opadów. Wiele europejskich miast przygotowuje się do takich sytuacji, nawet drobnymi inwestycjami. U nas żyjemy chwilą....

To tylko jeden przykład usług ekosystemowych, dewastowanych i zaprzepaszczanych. Planowany park systematycznie kurczy się, zajmowany przez kolejne inwestycje. Terenów do rekreacji coraz mniej.... No tak, ale władza mieszka w domkach z ogrodami, gdzieś pod miastem, a zwykły plebs może mieszkać na parkingu... Chyba, że zadecyduje nogami... i się wyprowadzi. Razem z podatkami. Władze miasta chwalą się Parkiem Centralnym. Tak, to bardzo potrzebna mieszkańcom inwestycja. Teraz Łynostradą pięknie połączony z Parkiem im. Korczaka. To znaczy skrawkiem zieleni, cięgle uszczuplanej, która może kiedyś stanie się parkiem.

Warto przypomnieć, że plany tworzenia parku (gdzie teraz jest Park Centralny) liczą ponad 30 lat i że część terenów wydzielono pod budowę domów i innych obiektów. Początkowo planowany by nawet miejski ogród botaniczny. Więc ocenę Parku Centralnego warto zrobić właśnie w kontekście... kilku dekad oczekiwania, zmniejszenia powierzchni i zaniechania tworzenia ogrodu botanicznego.

Trochę historii:  "W 2000 r. Spółdzielnia przeprowadziła przetarg na wykonanie koncepcji zagospodarowania terenu pomiędzy ulicami Iwaszkiewicza i Obrońców Tobruku a rzeką Łyną, który wygrało Biuro Projektów BPBW. Wykonana koncepcja została przekazana do Urzędu Miasta w styczniu 2001 r. W projekcie parku przewidziano ciągi spacerowe i ławeczki między skupiskami zieleni, oczkami wodnymi i altanami, ścieżkę rowerową, boiska do piłki nożnej, siatkówki, koszykówki i tenisa, górkę saneczkową, kawiarenki i małą gastronomię." http://www.osm.olsztyn.pl/index.php/park-nad-lyna.html 

"W 2002 roku (na kadencję 2002 – 2006) wybrano nowego prezydenta miasta i nowych radnych – radni Klubu Olsztyn Nasz Dom poparli dotychczasowe starania OSM, jednak rządząca koalicja SLD–UP nie uznała budowy parku za pomysł warty realizacji. W tymże roku OSM otrzymała Decyzję nr I o ustaleniu warunków zabudowy i zagospodarowania terenu dla inwestycji „Park Korczaka" w rejonie ulic: Gotowca, Korczaka i Polnej". Szansą był rok 2003 z racji obchodów 650-lecia miasta. W programie obchodów jubileuszowych mogło się znaleźć rozpoczęcie budowy parku nad Łyną. Zarząd Spółdzielni złożył taki wniosek, lecz komitet organizacyjny jubileuszu odrzucił go. Inwestycji nie przyjęto również do budżetu na rok 2004, ale zaświtała nadzieja, że budowa parku Korczaka – Mleczna wejdzie do Wieloletniego Planu Zagospodarowania przestrzennego Miasta. W październiku 2004 roku Rada Miasta podjęła uchwałę nr XXXV/440/04 o przystąpieniu do sporządzenia miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego zespołu parkowego Korczaka – Mleczna. Jednak do beczki miodu dodano łyżkę dziegciu: w projekcie budżetu na rok 2005 przewidziano zbyt małe środki finansowe, żeby osiągnąć znaczący efekt pierwszego etapu budowy – realizacja zaczęła się wlec w żółwim tempie."

16.05.2019

Pojedynek ze sztuczną inteligencją 1:1 (jak nie dać się nabrać na zakupy w internecie)

W przyrodzie na różne sposoby gatunki oszukują inne gatunki, by działały w ich interesie. Najdobitniej na poziomie genetycznym ujął chyba R. Dawkins to w swojej teorii egoistycznego genu. Mimikra upodabnia do innych, groźnych gatunków, by odstraszać potencjalnych konsumentów (w tym pasożyty i drapieżniki). Kwiaty wabią kolorami owady by te roznosiły ich pyłek, niektóre grzyby wabią owady zapachem padliny, by te roznosiły zarodniki. Pasożyty oszukują gospodarza by wniknąć do środka i się rozgościć a następnie wykorzystać zasoby pokarmowe i energetyczne żywiciela. Przykładów są miliony, tak jak bogata jest różnorodność biologiczna. A jak jest w rzeczywistości wirtualnej i ewolucji kulturowej? Tu również jesteśmy na różne sposoby wabieni i oszukiwani.

W internecie różne reklamy, lub inne działania nie tak oczywiste, wabią, podszywają się pod coś innego, namawiają do kupna lub innej aktywności (że nie wspomnę o wirusach, robakach i koniach trojańskich rozprzestrzeniających się w komputerach i wykorzystujących prace komputera do innych, niż nasze cele). Sztuczna inteligencja (za którą stoi człowiek czyli programiści i zleceniodawcy marketingowi, czasem oszuści i złodzieje) rozwija się coraz bardziej. Jak w ewolucji, coraz doskonalsze rozwiązania, nieustanny wyścig. Jak się jednego nauczymy i na oszustwa uodpornimy, to pojawia się nowa generacja.

Jakiś czas temu, sprawdzając statystyki ruchu internetowego, zauważyłem sporo wejść na mojego bloga z zupełnie nieznanego mi adresu. Pomyślałem, że może ktoś na stronie linkuje do wpisu na moim blogu. No i z ciekawości kliknąłem, by sprawdzić. A tam.... strona erotyczna lub pornograficzna (zatrzymałem się na komunikacie, pytającym o wiek). Najpierw niepokój - może ktoś umieścił jakieś spreparowane, kompromitujące materiały? Na początku swojej kariery internetowej wyszukiwałem stron z informacjami o moich ulubionych chruścikach. Wtedy było ich jeszcze niewiele. Po wpisaniu słowa "trichoptera" czasami trafiałem na strony pornograficzne. W żaden sposób nie mogłem wykoncypować dlaczego. Może rdzeń "tricho" odnosił się do jakich włosków lub przyrządu erotycznego? Potem wyszukiwarki nauczyły się omijać strony pornograficzne z wykorzystaniem tego słowa kluczowego. Niejako uodporniły się. Ale teraz, po co strony erotyczne miałyby linkować do jakiegoś bloga? Może pisząc o seksie i płciowości w świecie przyrody, wyszukujący treści erotycznych i na mój blog trafiają? Ale, żeby od razu sporo wejść z jednego adresu? Ktoś mądry podpowiedział mi, że uruchamiane są boty (czyli wirtualne roboty), które masowo wchodzą na różne strony by sprowokować ruch w drugą stronę. Ponoć poprawia to indeksowanie takich stron. Wejścia z różnych adresów uwiarygodniają stronę erotyczną w algorytmach wyszukiwarek. Sprytny mechanizm by generować wejścia. Nadprodukcja "propagul", tak jak u pasożytów - jedno jajo na milion znajdzie ofiarę-żywiciela i to wystarczy. Bo całą aktywność wykonuje sztuczna inteligencja - darmowa praca (nie licząc prądu), bez zmęczenia i związków zawodowych czy znużenia. Jeden raz mi wystarczył, by nauczyć się rozpoznawać takie strony erotyczne i działalność botów. Nie dałem się nabrać i trwale się uodporniłem. Jeden zero dla mnie, w pojedynku ze sztuczną inteligencją.

Drugi przykład, jaki chcę opisać, to moja porażka. Tym razem była to oferta pióra wiecznego. Filmik reklamowy, znaleziony na portalu społecznościowym (reklama upchnięta tam, gdzie się jej nie spodziewałem). Zwykła reklama Facebooka. Na filmiku wyglądało dobrze. A ja w tym okresie chciałem poćwiczyć kaligrafię (sztuczna inteligencja sprytnie szpieguje i podsuwa spersonalizowane reklamy?). Zajrzałem na stronę sprzedawcy. W opisie było, że to jakaś mała rodzinna firma z USA. Wyglądało wiarygodnie i dobrze pasowała to mojego stylu życia (ta lokalność!) Zamówiłem pióro i atrament. Przesyłka nadeszła stosunkowo szybko. Tyle że z Chin... Kiedy ponownie zaglądam na stronę formy, nie ma tam już opisu, że to rodzinna firma z USA, a produkty są ręcznie robione. Dostałem coś tandetnego z Chin. Może cała firma chińska? A może Amerykanie po prostu sprzedają chińskie wyroby? Jednym słowem dałem się nabrać, zwieść.

Po pierwsze dostałem tylko pióro, atramentu nie dostarczono (czyli nie otrzymałem w całości tego, za co zapłaciłem). Po drugie pióro okazało się nie takie, jak na filmiku. Okazało się tandetne (obrazy, nawet w postaci filmu mogą więc oszukiwać nasze zmysły i zdolność oceny sytuacji). Albo na filmiku inny produkt pokazano, albo użyto innego atramentu. W każdy razie był rozdźwięk między tym co na filmiku i tym co otrzymałem, Niemniej reklamację w sprawie nie dostarczenia atramentu, za który zapłaciłem, złożyłem. Oczywiście droga elektroniczną. Szybko pojawiła się kurtuazyjna odpowiedź, że wysyłają (wysłali) w osobnej przesyłce. Najpewniej odpowiadał bot a nie człowiek z krwi i kości. Mijają już chyba dwa miesiące, a obiecanego atramentu nie ma. Tylko ładnie brzmiące odpowiedzi. Że się starają, że to i owo. W tym przypadku dałem się wykiwać sztucznej inteligencji.

Czy zrezygnuje z zakupów w internecie? Nie. Aczkolwiek zawsze jest ryzyko, że dostarczony towar inaczej wygląda niż w internetowej reklamie czy sklepowych zdjęciach. Trzeba się będzie nauczyć. A czyż w realu nie ma picowania i koloryzowania? Było od wieków. Na przykład przy kupnie używanego samochodu, czy miodu na targu? Sprzedawca zachwala i często ukrywa wady lub niedoskonałości, przypudruje, oczarowująca opowieść i uwierzymy. Sztuczna inteligencja to tylko kolejny etap w tych podchodach. Nieustanne uczenie się i ewolucyjna rywalizacja.

Firma, o której pisze to Gizmosified, sklep internetowy z dość szerokim (poszerzającym się?) asortymentem. Tak piszą na swojej stronie: "Witamy w Gizmosified, najlepszym miejscu na zakupy dla najfajniejszych gadżetów na rynku. Wiemy, że jesteś wymagającym klientem, który zasługuje i wymaga tylko najlepszych. Jest to główny powód, dla którego oferujemy tylko najmądrzejsze gadżety, które pomogą Ci zrobić więcej z łatwością i uprościć życie na każdym kroku. Nie tylko oferujemy spryt; oferujemy również stylowość. Każdy z oferowanych przez nas produktów nosi znak zatwierdzenia Gizmosified; aprobata doskonałości, trwałości, funkcjonalności i gładkości. Podczas korzystania z którejkolwiek z naszych ofert produktowych będziesz się obracać. Od gadżetów domowych, gadżetów biurowych, zabawek dla dzieci, po inne podstawowe produkty na co dzień - mamy twoje plecy. Nasze produkty są nie tylko przyjazne dla użytkownika, ale także bardzo przyjazne dla kieszeni. W Gizmosified kierujemy się pasją, aby uprościć życie jak największej liczbie osób, więc przystępność cenowa jest jednym z naszych haseł i jedną z zasad, według których żyjemy. Nigdzie indziej nie znajdziesz go taniej; to możemy śmiało powiedzieć. Więc nie tylko możesz żyć mądrzej i stylowo; możesz to zrobić za cenę, która nie złamie banku. Teraz jest czas na to, na co naprawdę zasługujesz. Pomóżmy przełamać monotonię codziennego życia dzięki naszym wyjątkowym i ekscytującym gadżetom. Podkręćmy swój fajny czynnik. PS: Nie zapomnij podzielić się miłością, udostępniając nasz sklep! Pozdrawiam, zespół Gizmosified". Piękne, niczym oczy psa, który chce wyprosić kolejną porcję smakołyku. Piękne i ważne słowa. Możliwe, że w jakiś sposób spersonalizowane. Tak jak sprytny kupiec, który każdemu powie to, czego akurat klient oczekuje. Nasz klient, nasz pan. Stare jak świat, tylko w nowym społecznie i ewolucyjnie wydaniu. Trzeba się nauczyć i uodpornić. A potem znowu uczyć...

Piszę o tym dlatego, żeby ostrzec. Nie sztuka klienta zdobyć, sztuka by powrócił. Rośliny  porozumiewają się, by ostrzec pobratymców przez roślinożercami  i by zaczęły produkować substancje trujące, lub jak susły na stepie czy pieski preriowe na prerii, które ostrzegają się wzajemnie. W obliczu dostrzeżonego zagrożenia wysyłają sygnały ostrzegawcze. We współpracy i zbiorowości łatwiej uchronić się przez pasożytami czy drapieżnikami. Nieustanny ewolucyjny wyścig.

13.05.2019

Faunifikacja. A co to takiego?

Jestem nałogowym i niszowym pożeraczem książek. To znaczy wyczytuję treści a nie konsumuję celulozę. Książki pozostają całe i nienaruszone w swej fizyczności (jeśli nie liczyć zakreśleń ołówkiem - ale tylko na moich prywatnych). Głównie sięgam po lekturę naukową i popularnonaukową. Wiem, wiem, dziwaczne. Ale wiedza na prawdę jest bardzo ciekawa. Na dodatek w naukach biologicznych dzieje się bardzo dużo, pojawiają się nie tylko nowe odkrycia ale i powstają nowe teorie, paradygmaty, zmienia się wizja zachodzących procesów. Tak jakby zburzyć budowlę z klocków Lego i zbudować z tych samych (i kilku nowych) zupełnie coś nowego. Podobnego ale innego. Zamiast domku z balkonem na przykład statek. Albo samolot. Te same klocki a inna zabawa.

O roli mikroorganizmów, hologenomie czy dziedziczeniu cech nabytych, w ostatnich latach pojawiają się coraz to liczniejsze doniesienia. To tak, jakby biologię zacząć poznawać od nowa. Przyjemniej niektóre jej fragmenty. I to jest właśnie fascynujące. Czyta się jak książki przygodowe. Na przykład to, że odkryto nową oś komunikacji: mózg - jelito - mikroorganizmy. Jak się głębiej zastanowić, to powinniśmy mówić o sobie w liczbie mnogiej...

Od kilku dni przy moim łóżku leży książka, dotycząca roli mikroorganizmów w naszym życiu i zdrowiu: Margit Kossobudzka "Człowiek na bakterie. Jak czerpać energię i zdrowie z jelit", 2018, Wyd. Agora, Warszawa, ISBN 978-83-268-2690-0, 237 str. Czytam z wielką przyjemnością. Ale jak to bywa przy takich lekturach, nie wszystko rozumiem. Pojawiają się różne terminy, nowe dla mnie i przez to niezrozumiałe. Niby można wywnioskować z kontekstu, ale czasem dla autora termin czy zjawisko jest oczywiste lub marginalne, dlatego brakuje szerszego wyjaśnienia. A tu ciekawość zżera. I chciałoby się wszystko dobrze zrozumieć.

Z pomocą przychodzą błogosławieństwa nowych technologii. Nie trzeba nawet z łóżka wstawać (w czasie wieczornej i przedsennej lektury jest to niewygodne) by szukać w książkach lub włączać komputer i przeszukiwać przepastne zasoby internetu. Ale nowych terminów w książkach nie ma co szukać. Próżne wstawanie i wysiłek. A internet? W zasięgu... telefonu! Ciach, prach i już się googla. Niewyobrażalny i szybki dostęp do ludzkiej wiedzy. Po kilku minutach można wrócić do lektury. Chyba, że nieoczekiwanie znajdzie się coś fascynującego i nieznanego. Wtedy telefon nie wystarczy. Ciekawość zmusza do wstania z ciepłego posłania i dalszego poszukiwania w książkach lub internecie. A wiadomo, że łatwiej się szuka i czyta na komputerze (bo większy ekran i łatwiej się literki wystukuje na klawiaturze). I zamiast spokojnej lektury do snu... czasem kilka godzin nocnych poszukiwań i rozgryzania zagadki.

Nie będę streszczał omawianej książki. Wspomnę tylko o jednym terminie (pojęciu) który tam znalazłem. Wcześniej dowiedziałem się czym jest mikrobiom i mikrobiota. Pierwsze odnosi się do genomu i łączy się z hologenomem, drugie do zespołu (ekosystemu?) mikroorganizmów, w tym przypadku związanych z człowiekiem, np. żyjących w jelicie. W niektórych miejscach, w tym i na Wikipedii, mikrobiota i mikrobiom traktowane są jako synonimy. Z książki, którą czytam, wynika coś innego. Potrzeba zrodziła rozdzielenie synonimów na dwa osobne pojęcia. Tak jak ewolucyjna specjacja gatunków sympatrycznych. Skoro uwspólniona (konektywna) ludzka wiedza dostrzega więcej zjawisk, to trzeba znaleźć dla nich osobne terminy. Bez ponazywania rzeczy i gatunków precyzyjna komunikacja międzyludzka nie byłaby możliwa.

Terminologia nie zawsze nadąża za rozwojem wiedzy. Liczne archaizmy jeszcze funkcjonują. Na przykład związki organiczne (materia organiczna). Zupełnie niedawno dowiedziałem się, że termin powstał dawno temu, gdy uważano, że istoty żywe zbudowane są z innych związków chemicznych, specjalnej materii żywej. Nasz pogląd na świat dawno się zmienił a termin dalej funkcjonuje choć w trochę innym znaczeniu (w sensie paradygmatu to całkowicie w innym znaczeniu). Lub inny przykład - mikroflora jelitowa. Pojęcie znakomicie funkcjonowało przez kilkadziesiąt lat, mimo że w tym czasie bakterie zaliczano już do innego królestwa i to rozdzielnego z roślinami. Flora to rośliny a dawno temu do roślin zaliczano grzyby i bakterie. Potem rozdzielono i mikroflora nie oznaczała małych roślin tylko grzyby i bakterie. Teraz dodalibyśmy także archeony oraz jednokomórkowe pierwotniaki. Cały, zróżnicowany ekosystem. I zupełnie niedawno ukuto i wylansowano nowy, bardziej poprawny termin - mikrobiota.

W Człowieku na bakterie Margit Kossobudzkiej trafiłem także na dziwny i całkiem nowy dla mnie termin: faunifikacja. Jak zrozumiałem z kontekstu, faunifikacja to inokulowanie mleka ludzkiego, trafiającego do banku mleka (dla niemowląt) lub sztucznych odżywek, bakteriami wyizolowanymi z piersi karmiących kobiet. Proces ma na celu wzbogacenie mleka synbiotykami (pożądanymi bakteriami i pożywkami dla ich rozwoju). Na skutek pasteryzacji ludzkiego mleka, oddawanego do banków mleka, usuwane są bakterie, korzystnie wpływające na mikrobiotę. Faunifikacja ma za zadanie uzupełnienie odżywek, podawanych niemowlętom, o bakterie probiotyczne. Termin faunifikacja użył naukowiec - dr hab. n. med. Jan Mazela, pediatra i neonatolog z Katedry Neonatologii Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Nie wszystko jest dla mnie jasne a googlanie nie przyniosło zadowalającego rezultatu. W internecie pojęcia tego jeszcze nie ma (trzeba byłoby szukać słowa angielskiego, bo publikuje się głównie po angielsku).

Dlaczego faunifikacja? Słowo kojarzy się z fauną. A przecież mikroorganizmy nie są fauną sensu stricte. A może inny jest źródłosłów tego pojęcia? Może to jakiś żargon laboratoryjny? Ale przecież ukazało się to w książce czyli wypowiedzi publicznej. Wykluczałoby to żargon. Tajemniczy jest dla mnie sam proces. Dlaczego użyto do wyjaśnienia słowa inokulacja?

Ciekawość moja nie została zaspokojona. Jednego się dowiadujesz a rodzą się kolejne pytania. Będę szukał w kolejnych źródłach. Lub zacznę pytać specjalistów. Tymczasem wracam do lektury, bo jest wciągająca. I to mocno.

PS. 1. Nowych i trudnych słów jest znacznie więcej: eubioza, dysbioza itd. Przydałaby się jakaś dobra encyklopedia naukowa, pisana przez naukowców. Powinna być w wersji on-line, bo wiedza nieustannie się rozwija. Zwłaszcza w zakresie nauk biologicznych.

PS. 2. (14 maja 2019) Faunifikacja okazała się znakomitym markerem wyszukiwania linków do mojego bloga. Słowo unikalne, praktycznie nigdzie w internecie jeszcze nie funkcjonujące, dlatego prawie wszystkie trafienia związane są z moim blogiem. Na przykład szybko i znakomicie pokazują, w jakich miejscach mój blog jest linkowany. Niektóre miejsca (blogi, agregatory) znałem ale inne są dla mnie zupełnie nowe. Nie wiedziałem że i tam funkcjonuję (że i tam mnie polecają). Niespodziewany marker do nieoczekiwanych analiz. Zaledwie doba a już są rezultaty. A googlowskie boty "chodzą" i co i raz dorzucają nowe miejsca. 

12.05.2019

Humanitaryzm w świecie przyrody czyli po co są kleszcze na świecie


Znajoma dziennikarka zapytała mnie kiedyś, po co są kleszcze na świecie. Najprostszą odpowiedzią byłoby napisać: bo mogą być, bo jest dla nich miejsce w ekosystemie, to są. Krótkie i proste odpowiedzi nie są satysfakcjonujące, dlatego napisałem obszerniejsze wyjaśnienie.

Człowiek jest częścią przyrody. A może to przyroda jest częścią człowieka? Mniejsze zawiera się w większym a nie odwrotnie - przecież przyroda jest rozleglejsza od ludzkości? To nic, przecież rozważamy o niej w naszych, ludzkich głowach. W sumie mała głowa a cały Wszechświat się tam zmieści (tak przynajmniej nam się, po ludzku, zdaje). Zatem idźmy dalej i zapytajmy: czy przyroda może być humanitarna? To znaczy jaka? Ludzka? Stosująca ludzkie prawa i standardy akceptowalnego postępowania?

Człowiek jest pępkiem świata… w coraz mniejszym stopniu. Ta decentralizacja odbywa się w jakimś stopniu poprzez coraz większe dostrzeganie przyrody w człowieku i człowieka w przyrodzie. Na świat patrzymy przez pryzmat naszych dążeń, wartości czy wyobrażeń. I coraz więcej widzimy człowieka w przyrodzie a przyrody w człowieku. Coraz większa świadomość wspólnoty, szerzej obejmującej kolejne elementy. Rozszerzający się humanizm oraz humanitaryzm.

Na początku byliśmy w centrum świata, w jego pępku. Potem, gdy poznaliśmy Ziemię, to świat był geocentryczny, bo my żyjemy na Ziemi. Więc Ziemia skorzystała i była w środku. Kopernikańska teoria heliocentryczna nas zdetronizowała (i Ziemię). Ciężko było to przełknąć. Niektórym nawet w wieku XXI, trudno zaakceptować taki obraz świata. Potem część wyjątkowości pozbawiła nas darwinowska teoria ewolucji – jeszcze bardziej staliśmy się częścią przyrody, systematycznie pozbawiani ważności. A teraz mówimy o humanitaryzmie w przyrodzie? Znowu coś naszego, wyjątkowego ulega uwspólnianiu, dzielimy się sobą ze światem. Kolejna detronizacja? A może rozszerzanie się naszego świata?

Najpierw był humanizm później humanitaryzm. Kolejne kręgi detronizacji lub rozszerzania człowieczeństwa na inne obiekty przyrody, najpierw innych członków Homo sapiens, a potem inne gatunki biologiczne. Czy jest gdzieś granica? Humanizm narodził się gdzieś na przełomie XV i XVI wieku, w Odrodzeniu (Renesansie). Racjonalne myślenie, troska o potrzeby, szczęście, godność i swobodny rozwój człowieka w jego środowisku społecznym i naturalnym. Humanizm postawił człowieka w roli gospodarza środowiska naturalnego. Niby trochę z boku a jednak w centrum.

Humanizm wyklucza egoizm i postuluje braterstwo i solidarność (ale tylko w stosunku do swoich). Najpierw między mężczyznami, potem także z uwzględnieniem dzieci i kobiet, a także innych mniejszości spośród bogatej różnorodności Homo sapiens, na przykład osób inaczej myślących, inaczej kochających. W humanizmie człowiek (swój lecz wykluczając obcego) jest najwyższą wartością i źródłem wszystkich innych wartości. Taki antropocentryzm (w opozycji do teocentryzmu).

Czy to co dobre dla człowieka jest dobre dla biosfery i życia na Ziemi? Dla innych gatunków? Czy specjecyzm (gatunkizm) nie powinien być zastąpiony przez równość wszystkich gatunków i czy taki antygatunkizm to bardziej rozwinięta forma humanizmu? Nad tym się coraz intensywniej zastanawiamy. A przynajmniej zastanawiają się filozofowie.

Antropogeniczne zmiany klimatu… również przeciw nam się obracają (egoizm czy współczucie wobec dzikiej przyrody?). Więc może humanitaryzm wobec przyrody jest jednocześnie troską o człowieka? I jego przyszłość. Pojęcie dobra i zła jest w przyrodzie bardzo względne, zależy od kontekstu i punktu odniesienia. To cecha wszystkich złożonych i wieloelementowych systemów.

Humanitaryzm narodził się w XIX wieku, we Francji propagującej hasła egalitaryzmu, braterstwa i ciągłego doskonalenia się rodzaju ludzkiego. A może to doskonalenie, poprzez ewolucję, dotyczy całej Gai, całej biosfery i nasz humanizm przepływa teraz powoli ku sztucznej inteligencji? Nas już nie będzie, będą roboty a dalej będzie humanizm i ciągłe doskonalenie się … „rodzaju ludzkiego”? Duchowości? Równość, braterstwo, doskonalenie się, rozwój, wyrozumiałość, życzliwość i szacunek dla człowieka… i zwierząt. Oszczędzanie cierpienia już nie tylko w stosunku do krewnych czy Homo sapiens. Eksterioryzacja (poszerzanie) i moralne uczłowieczanie przyrody, kolejna emancypacja? Czy to proces ciągłego doskonalenia się? Kiedyś była personifikacja przyrody, teraz do kręgu swoich rodzin wliczamy kotki i pieski i inne „pupile”, które traktujemy jako członków własnego stada. I na nich przenosimy prawa nam przynależne, np. humanitaryzm. Swój i obcy. Obcego nie dotyczą wszystkie nasze prawa. Bo my jesteśmy w centrum. Najpierw emancypacja niewolników i ras, etnosów. Potem dzieci i teraz kobiet. Oraz innych mniejszości. I zwierząt. A potem roślin?

Humanizm to wiara w potęgę rozumu ludzkiego, szacunek dla człowieka i troska o jego dobro. A jeśli rozszerzymy na całą przyrodę i podejdziemy do niej humanitarnie, to jak odpowiedzieć na pytanie „do czego potrzebne są kleszcze na świecie?” Pasożyty krwiopijne i jeszcze na dodatek roznoszące liczne, groźne choroby (wirusowe, bakteryjne). Swoi czy obcy? Być wobec nich wyrozumiałym, życzliwym? Braterskim?

Kleszcz, którego przyniosłem nieświadomie
z wyprawy terenowej.
Kleszcze są przedstawicielami pasożytów, jakie nękają nie tylko człowieka. Wwiercają się swoim ryjkiem w skórę, wydzielając jednocześnie substancje znieczulające, i piją naszą krew. Najczęściej takiego kleszcza nie czujemy, podjada nas bezboleśnie. Ale skutki mogą być znacznie bardziej niemiłe niż utrata odrobiny krwi. Są wektorami czyli przenosicielami innych mikroorganizmów, które pobierają wraz z krwią z innych organizmów, w tym zwierząt. Przenoszą więc wirusy i bakterie, które mogą wywoływać kłopotliwe a czasem i śmiertelne choroby. Po co to żyje? Same zagrożenia. Ale może skoro jest, to uda się odszukać jakiś sens, jakieś pożyteczne elementy życia kleszczy w biosferze?

Po co są pasożyty? Bo mogą być, bo w toku ewolucji znalazły dla siebie kawałek przestrzeni i swoją niszę ekologiczną. Bo nikt im nie "zabronił". Wygrały z konkurentami i przeciwnościami losu.

Czy świat bez pasożytów byłby lepszy? Lub bez drapieżników ? W przyrodzie pojęcie zysku i straty jest bardzo względne. Bo trzeba czasem uwzględnić kontekst całej populacji i całego ekosystemu. A przecież i ludzie w swoich społecznościach znają pojęcie kozła ofiarnego, gdy poświęcając jednostkę (lub małą grupę) chcą ratować innych, całą społeczność. Trudne wybory i dylematy etyczne, ale przecież stale obecne w kulturze. Skoro nie potrafimy sami urządzić własnej społeczności bez takich dylematów, to jak byśmy chcieli urządzić cały świat i całą przyrodę?  Jeszcze nie tak dawno (zaledwie kilka dziesięcioleci), po odkryciu bakterii chorobotwórczych, systematycznie eliminowaliśmy wszystkie mikroorganizmy z własnego otoczenia. Okazało się jednak, że środowisko sterylne wcale nam nie służy. Teraz zwracamy uwagę na probiotyki i na mikroorganizmy, żyjące w naszym przewodzie pokarmowym, na skórze itd. Co więcej, wiele danych wskazuje, że dobrze jest mieć jakieś pasożyty, bo wtedy układ odpornościowy prawidłowo funkcjonuje (ma zajęcie i nie "głupieje"). Jakże trudno znaleźć równowagę i najlepsze proporcje w takim świecie. Ciągle wiemy zbyt mało. A skoro kleszcze są na świecie to pojawia się myśl, że być może do czegoś są potrzebne i odgrywają jakąś pożyteczną rolę.  Ale czy wszystko na tym świecie ma jakiś cel i sens? Przecież jest i chaos, przypadek. Niektórzy jednak i w chaosie dostrzegają specyficzny sens i porządek...

Może pasożyty i drapieżniki (te ostatnie obecnie już dla człowieka nie stanowią zagrożenia) czy choroby są ograniczeniem zewnętrznym dla populacji, skoro sami się nie potrafimy ograniczać? Zwiększają śmiertelność i ograniczają liczebność, w tym przypadku ludzi. Taka regulacja w przyrodzie. Na przykład ograniczyliśmy wściekliznę u lisów, to się zbytnio namnożyły i stanowią dla nas problem gospodarczy. I inne pasożyty zaczynają regulować liczebność lisów. Jak nie ten, to inny, w przyrodzie nie ma pustki....

Może krwiopijne i roznoszące groźne, śmiertelne choroby, kleszcze są po to, by ograniczać ekspansywność człowieka? Dla dobra jego samego. Teraz jest nas na Ziemi za dużo lub nasza konsumpcja jest zbyt duża. Ziemia "choruje" na ocieplenie klimatu i masowe wymieranie gatunków. To może my jesteśmy chorobą Ziemi? Wiem, to przesadne określenie. Ale skoro brakuje nam samo-rozsądku i samoograniczenia, to kleszcze (i im podobne istoty) są potrzebne na tym świecie. Tak, wiem, to  nie są pytania poddające się metodologii naukowej. A przynajmniej nie tak łatwo takie myśli sfalsyfikować...

Pokochaj więc kleszcza i bądź dla niego humanitarny. Trudne? Ale czyż życie w ogóle nie jest trudne i skomplikowane? Rozwiązując jedne problemy, docieramy do kolejnych. Wszechświat jest nieskończony (chyba - bo przecież jest tak duży, że nie potrafimy tego sprawdzić), jak i nieskończone są nasze problemy.

PS. Humanitarność wobec kleszczy wcale nie musi oznaczać, że dobrowolnie damy się wysysać. Unikanie i pozbywanie się pasożytów to prawo przyrody, prawo każdej ofiary i żywiciela. 

10.05.2019

Globalne ocieplenie klimatu czyli co się stanie gdy stopnieją lodowce?


Co się stanie, gdy w wyniku antropogenicznego ocieplenia klimatu stopnieją lodowce na Grenlandii i Antarktydzie? O ile metrów podniesie się poziom mórz i oceanów? Czy zmiany będą widoczne w Polsce? Czy statki morskie będą mogły dopłynąć do Bydgoszczy? To pytania postawione i sprowokowane przez młodych studentów Uniwersytetu Dzieci w Olsztynie. W sobotę postaram się im sprostać. I jeśli nie odpowiem na wszystkie pytania w trakcie wykładu, zostawiam miejsce na kontynuację dyskusji w komentarzach niniejszego wpisu.

Nie ma już naukowych wątpliwości, że przyczyną aktualnego, globalnego ocieplenia Ziemi i zmian klimatycznych jest aktywność człowieka. W epoce przemysłowej wpływ ten jeszcze bardziej się uwidocznił. Ocieplenie i wynikające z tego zmiany są już coraz bardziej widoczne. Warto więc zadawać sobie pytanie co się zmieni i jak się do tych zmian przygotować oraz  jak przeciwdziałać globalnemu, antropogenicznemu ociepleniu. Póki nie jest jeszcze za późno.

Susza jest także jednym ze skutków globalnych zmian
klimatu. Na zdjęciu wyschnięty zbiornik okresowy,
jeszcze niedawno prowadziłem tu badania hydrobiologiczne.
Skąd się bierze emisja gazów cieplarnianych? Jakie skutki dla klimatu ma zwiększająca się ilość dwutlenku węgla i metanu w atmosferze? Czy w przeszłości poziom wód oceanów był taki sam czy inny? A jaki będzie w przyszłości? Jakie skutki zmiany klimatu przyniosą biosferze i gospodarce ludzkiej? Czy możemy zatrzymać globalne ocieplenie i co może w tej sprawie zrobić każdy z nas? To ważne pytania a na działania zostało nam bardzo niewiele czasu.

W czasie wykładu postaram się, aby uczniowie poznali odpowiedzi na wyżej postawione pytania. Dodatkowo będą mogli się wypowiedzieć za pomocą telefonów z dostępem do internetu, będą mogli wyrazić swoje zdanie na temat przyczyn i skutków globalnego ocieplenia. Rezultaty tej sondy umieszczę po wykładzie.

Młodzi studenci Uniwersytetu Dzieci dowiedzą się także dlaczego tak trudno fakty o ociepleniu klimatu docierają do opinii publicznej i dlaczego są ruchy zaprzeczające antropogenicznym przyczynom globalnego ocieplenia. Zamykanie oczu wcale nie powoduje, że świat znika. I problemy, których się obawiamy. Czas jest na szybkie i radykalne działania a nie dziecinne chowanie głowy pod poduszkę.

Uczniowie dostali zadanie domowe przed wykładem: Weź dwie szklanki, nalej do nich wody do wysokości ¾, do każdej włóż kilka (tyle samo do każdej) kostek lodu. Jedną szklankę postaw w lodówce (ale nie w zamrażalniku!), drugą w pokoju. Co kilka minut (np. 10) sprawdzaj, czy lód się rozpuścił. Zanotuj czas, w którym cały lód się rozpuści. Porównaj czas ze szklanki w lodówce i ze szklanki w pokoju. Czy w którejś rozpuścił się szybciej? Jeśli tak, to dlaczego? Prosty eksperyment, trudne pytania i jeszcze trudniejsze odpowiedzi.

 A w czasie wykładu wykonamy nieco inne doświadczenie (model zmian klimatycznych i skutków topnienia lodowców). Słuchacze Uniwersytetu Dzieci dostaną także zadanie domowe: Do dwóch kubeczków po jogurcie wlej wodę (tyle samo) i zamroź w zamrażalniku, wyjmij bryłę lodu z pojemniczka. Weź dwie szklane miski/salaterki, wlej do nich wodę. Do jednej miski włóż lód do wody (tak by pływał), zaznacz mazakiem poziom wody. Do drugiej wstaw kubek do góry dnem (tak, żeby wystawał nad powierzchnię wody), na dno kubka połóż drugą bryłę lodu, zaznacz mazakiem poziom wody w misce. Obie miski zostaw w pokoju i poczekaj aż obie bryłki lodu się rozpuszczą. Teraz sprawdź poziom wody w obu miskach. W której podniósł się poziom wody? Spróbuj wyjaśnić dlaczego. I o tych wynikach, wnioskach przemyśleniach można będzie podyskutować w komentarzach niniejszego wpisu blogowego. Metoda naukowa polega na eksperymentalnym weryfikowaniu hipotez.

Co się stanie z Arktyką i Antarktyką gdy klimat się ociepli? Co się stanie gdy lodowce się rozpuszczą? O ile podniesie się poziom wody w oceanach i jak będzie wyglądała wtedy Polska? Bo przecież globalne zmiany klimatu dotyczą także nas.  Ocieplenie klimatu spowoduje m.in. podniesienie się poziomów wód w oceanach i zalanie wielu fragmentów lądu (także i Polski). Zalane zostaną miasta i tereny rolnicze. W skali świata wywoła to ogromne migracje ludzi. Do nas także dotrą migranci klimatyczni. Polecam obejrzeć animację z prognoza zmian poziomu oceanów, gdyby stopniały lądowe lodowce (https://youtu.be/VbiRNT_gWUQ).

Zmiany klimatu wpłyną na przyrodę jak i gospodarkę człowieka.  Jak zapobiegać emisjom gazów cieplarnianych i jakie znaczenie ma pozyskiwanie energii ze źródeł odnawialnych czy  zmniejszenie pogłowia krów (mniejsza konsumpcja mięsa)? Jak globalne ocieplenie wpływa na dziką przyrodę oraz  różnorodność biologiczną?

Nasza przyszłość zależy od działań, zmierzających do zatrzymania globalnego ocieplenia. W największym stopniu negatywne skutki dotkną pokolenie obecnych dzieci. To ich przyszłość. Przyszłość słuchaczy Uniwersytetu Dzieci. 

Na początku wykładu, po krótkim wstępie zadałem pytanie młodym studentom Uniwersytetu Dzieci, niżej odpowiedzi z dwu grup wykładowych:



08.05.2019

Nosema ceranae czyli jak o tym, jak choroba czasem może być dobrodziejstwem

Zjawiska w przyrodzie są najczęściej bardzo złożone: wiele czynników wpływa na jeden efekt i jeden czynnik wpływa na wiele efektów. Z problemem tym od dawna boryka się ekologia (stąd w języku tej dyscypliny swoisty relatywizm i odwoływanie się do kontekstu), a od niedawna także i biologia molekularna. Zauważono bowiem, że wiele elementów oddziałuje na siebie jednocześnie. W badaniach zazwyczaj upraszcza się zadanie i analizuje zazwyczaj jeden (kilka) czynników, zaznaczając, że zjawisko tłumaczone jest danym oddziaływaniem w iluś tam procentach. Ale już w komentarzach, zwłaszcza tym popularnych, upraszcza się przekaz i można odnieść wrażenie, że jeden czynnik decyduje o danym zjawisku. Tyle tytułem wstępu.

Pszczoły są ważne jako zapylacze. W ostatnich latach obserwuje się dużą śmiertelność pszczoły miodnej co budzi uzasadnione obawy (70 % roślin, które zjadamy jest owadopylna). Wiele różnych zespołów badawczych poszukuje przyczyn ginięcia pszczół (chodzi o pszczołę miodną). Ale w domyśle martwimy się i o inne zapylacze dziko żyjące. Zespoły badawcze podają różne przyczyny, ale to nie znaczy, że naukowcy się różnią. Nie ma sprzeczności między tymi badaniami, bo dotyczą różnych aspektów. I warroza, i neonikotyniany i być może jeszcze inne czynniki. Działają one synergistycznie (czasem antagonistycznie).

Jeśli dobrze pamiętam (ale mogę się mylić) to hiszpański lub brytyjski zespół badawczy odkrył czynnik odpowiedzialny za masowe ginięcie pszczoły miodnej (oczywiście nie znaczy że neonikotyniany nie są odpowiedzialne za śmiertelność pszczół). Jest nim pasożytniczy jednokomórkowiec Nosema ceranae. Żyje w przewodzie pokarmowym pszczół. Wywołuje chorobę zwaną jako nosemoza. Choroba ta jest zakaźna i dlatego szybko się rozprzestrzenia. Pasożyt został po raz pierwszy opisany w 1996 r., a w roku 2004 w Hiszpanii został uznany za chorobotwórczy. Powiązano go z czynnikiem wywołującym masowe ginięcie pszczół, ostatnio opisywane za oceanem. Pszczoły mogą umierać (bo dawnym zwyczajem o pszczołach mówi się, że umierają, w przeciwieństwie do innych zwierząt, które zdychają) już po ośmiu dniach po zarażeniu (kontakcie z tym jednokomórkowym pasożytem).

Nosemoza jako choroba pszczół znana jest od dawna, gdyż wywołuje je innym jednokomórkowiec Nosema apis. Ale Nosema ceranae powoduje szybszą śmierć i jest bardziej zjadliwym pasożytem. Krewniak, bo ten sam rodzaj, ale bardziej dla pszczoły niebezpieczny. Choroba jest najgroźniejsza dla robotnic i trutni. Po opuszczeniu kolonii chore pszczoły nie powracają do ula i umierają w znacznej odległości od niego. Pszczelarze więc obserwują znikanie całych rojów, jakby pszczoły poleciały na łąkę i nie potrafiły odnaleźć drogi powrotnej. Nosema ceranae występujący powszechnie w basenie Morza Śródziemnego ale zagraża już pszczołom w północnej Europy. Przyczyniają się do tego sprzyjające warunki klimatyczne (jeszcze jeden negatywny skutek zmian klimatu, a w zasadzie ocieplenia). Jego zjadliwość i pochodzenie wskazuje, że zupełnie niedawno zaatakował pszczołę miodną. Najpewniej pochodzi od innego gatunku owadów i na pszczołę przerzucił się w ostatnich latach.

Nosema apis należy do sporowców (mikrosporidia), pasożytujących w jelicie cienkim pszczół. Występuje przede wszystkim na obszarach intensywnej hodowli pszczół. Zarażenie tym pasożytem następuje po zjedzeniu spor przez pszczołę. W świetle jelita cienkiego następuje uwolnienie amebuli (formy inwazyjnej) z cysty, a następnie atak na komórki nabłonka jelita. Nowe cysty, po procesie rozmnażania (a w zasadzie pomnażania) wydostają się na zewnątrz wraz z kałem. Nosemoza uwidacznia się zwykle wiosną, sprzyja jej podniesienie temperatury w ulu oraz niedobór białka. Rozprzestrzenia się drogą pokarmową i ma najczęściej przebieg utajony. Może też przebiegać z objawami biegunki, zaparcia lub napuchnięcia odwłoka (a co, pszczoły też mają takie problemy), co może prowadzić do masowego umierania pszczół (wtedy zazwyczaj prowadzi to do śmierci całej rodziny).

Mikrosporidia jak się okazało dość często towarzyszą owadom. Występują także u inwazyjnej biedronki azjatyckiej. Naukowcy z Niemiec odkryli, że hemolimfa biedronki azjatyckiej jest toksyczna dla innych biedronek. A sprawcą jest swoista broń biologiczna, bowiem w hemolimfie stwierdzono pasożytnicze mikrosporydia (występują w jajach i larwach biedronek azjatyckich, ale dla swoich gospodarzy są niegroźne). Inne biedronki nie są jednak na te mikrosporidia uodpornione i zjadając jaja biedronek ninja po prostu giną. Kontakt z nowym patogenem jest śmiertelny, tak jak w przypadku pszczoły miodnej i Nosema ceranae. Tak oto sami korzystaliśmy z biedronek jako broni biologicznej przeciwko mszycom a okazuje się, że i biedronki stosują swoją własną broń biologiczną przeciw konkurentom pokarmowym. Ciekawe jest tylko czy biedronki azjatyckie swoją broń biologiczną przywiozły ze swojej azjatyckiej ojczyzny czy też zdobyły gdzież w trakcie przemieszczeń po całym świecie. To drugie tłumaczyłoby fakt przybycia ninja do Polski z zachodu a nie z Ukrainy czy Białorusi, gdzie miałyby krótszą drogę (ale może były bez broni biologicznej).

Tak więc te same organizmy są bardzo chorobotwórcze, mniej chorobotwórcze lub wręcz korzystne. Taka to dziwna jest przyroda. Mikrosporydia to grupa eukariotów o niejasnej pozycji filogenetycznej. Są wyspecjalizowanymi organizmami jednokomórkowymi. Nie mają mitochondriów i peroksysomów, ich rRNA ma pewne cechy prokariotyczne (dlatego stanowią trudność dla systematyków i taksonomów) a ich genomy są najmniejsze spośród wszystkich eukariontów i wielkością odpowiadają genomom bakterii (bakterie to prokarionty). Mniejsza o te zawiłości niezwykle ciekawe dla biologa, ważne że mikrosporidia są obligatoryjnymi wewnątrzkomórkowymi pasożytami innych eukariontów. Infekują żywiciela wbijając w niego specjalną rurkę, przez którą dostają się do wnętrza komórki. Są częstymi pasożytami owadów.

To, co obserwują ekolodzy w ekosystem to to, że długotrwałe oddziaływanie powoduje eliminowanie zjadliwości pasożyta. Właśnie dlatego nowe transfery i nowe kontakty pasożyt-żywiciel zaczynają się bardzo zjadliwie i dramatycznie. Im starsze ekosystemy, tym więcej związków typy mutualizm czy symbioza, mniej zjadliwych pasożytów. Z czasem (w ewolucyjnym kontekście) nawet pasożyty tracą swoją zjadliwość. To naturalne, bowiem te, które nie tracą zjadliwości po prostu giną… śmierć żywiciela jest śmiercią i dla nich. A zawsze się znajdzie jakiś żywiciel wolny od pasożyta, który odbuduje populację. Ale już bez tego pasożyta.

W przyrodzie nie opłaca się być zbyt pazernym i zbyt mocno eksploatować żywicielską populację.

Może z tego wysnuć analogię, że w miarę dogrywania się układu więcej jest miłości i współpracy niż zjadliwej wrogości. Nawet jeśli na początku było mocno krwawo.