Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urbicenoza. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urbicenoza. Pokaż wszystkie posty

8.01.2026

Czy rzeczywiście jemioła jest coraz liczniejsza, a jeśli tak do dlaczego?

Latem, gdy dużo liści na drzewie, jemioła nie rzuca się tak w oczy. Ale i tak widać jak jest liczna. 
 

W czasie jesieni, a zwłaszcza zimy, gdy drzewa liściaste pozbawione są ulistnienia, wyraźnie widać jemiołę na drzewach. I można odnieść wrażenie, że tej jemioły jest więcej a niektóre drzewa są dosłownie oblepione zimozielonymi krzaczkami jemioły. Czy ten roślinny półpasożyt wyrządza jakieś szkody przy takiej liczebności? I czy rzeczywiście mamy ekspansję jemioły w Polsce? A jeśli tak, to z czego to może wynikać?

Jemioła rozprzestrzenia się przez ornitochorię czyli nasiona roznoszą ptaki. A jak jej udaje się uczepić nasionami gałęzi na drzewie? Nasiona są bardzo lepkie. Przekonałem się o tym jakiś czas temu, gdy zostałem zaproszony do jednej z olsztyńskich szkól na zieloną lekcję. Przygotowana była zielona klasa pod dużymi drzewami topoli. Pełnia letnia wegetacja, a w cieniu drzew miły chłód. Ale do butów zaczęło mi się coś przylepiać. Coś, co nie dawało się tak łatwo odczepić. Dość szybko zauważyłem, że na ziemi leży dużo owoców jemioły. Te, które opadły na ziemie nie mają szansy wykiełkować na gałęzi. Skazane są na porażkę i reprodukcyjna klęskę. Ale owoce jemioły są smaczne i pożywne. Zjada je wiele gatunków ptaków a nawet podobno także kuny. Jeśli ptak chce zjeść owoc bez połykania nasionka, to musi pozbyć się jakoś tego klejącego się dodatku. Wtedy będzie ocierał dziób o gałąź i tak zostanie przyklejone nasionko jemioły. W bardzo odpowiednim miejscu do kiełkowania i zapuszczania swoich ssawek. A jeśli w całości połknie, to w czasie defekacji także pozostawi gdzieś na drzewie. Lepkie nasiono nie spadnie z gałęzi. A że ptaki zazwyczaj siadają na drzewach to i bezwiednie rozsiewają tego zimozielonego półpasożyta.

Przecież ptaki nie od dziś ptaki zjadają jemiołę. Dlaczego więc w ostatnich latach możemy obserwować ekspansję tego gatunku? Sięgnąłem do różnym publikacji a efekty tego poszukiwania przedstawiam w niniejszym artykuliku. Jemioła na drzewach liściastych w Polsce wyraźnie znajduje się w ekspansji, rośnie liczba stanowisk i wachlarz gatunków gospodarzy, szczególnie w miastach i w krajobrazie przekształconym. Ekspansję napędzają głównie: ocieplenie klimatu i susze (osłabiające drzewa), struktura nasadzeń (monokultury i topolowe aleje), miejskie wyspy ciepła, ptaki roznoszące nasiona oraz niewielka kontrola w zieleni miejskiej. Przy masowym opanowaniu jemioła może realnie zagrażać topolom, brzozom i innym drzewom liściastym – szczególnie na siedliskach suchych, w miastach i przy powtarzających się suszach. Pojawia się także w lasach na sosnach i jodłach

W Europie występuje jemioła pospolita (Viscum album) oraz kilka jej podgatunków, różniących się preferencjami żywicielskimi. Źródła podają, że Viscum album jest szeroko rozpowszechniona na kontynencie a podgatunek rosnący na drzewach iglastych to Viscum album subsp. austriacum. Ten podgatunek specjalizuje się w sosnach, szczególnie w sośnie zwyczajnej (Pinus sylvestris). Można go spotkać także na jodłach. W literaturze naukowej opisuje się jego negatywny wpływ na drewno sosny oraz rosnące zagrożenie dla lasów Europy Środkowej.

Dlaczego ptaki tak chętnie zjadają owoce jemioły? Owoce jemioły są ważne tylko dla niektórych gatunków ptaków, takich jak jemiołuszka. Sama nazwa tego zimowego ptaka wskazuje na związek z jemiołą. Jemiołuszka w Skandynawii i na Syberii, gdzie odbywa lęgi, zjada małe owady, głównie komary i meszki. Ale, gdy zimą przyleci do nas, na południe, to komarów nie znajdzie. Wtedy zjada owoce jarzębiny (jarzębu pospolitego) i jemioły. Gdy zimą przylatuje do nas to radykalnie zmienia dietę na wegeteriańską i najczęściej żeruje na jarzębinie i właśnie na jemiołach. Do tego dochodzi paszkot Turdus viscivorus. Nazwę łacińska można byłoby przetłumaczyć na drozd jemiołojad. Rzadziej owoce jemioły zjadają kosy, drozdy śpiewaki, rudziki a nawet sikory, sroki i wrony.

Smaczniejsza od owoców jemioły jest jarzębina. I na dodatek bardziej kaloryczna. Ta konkurencja owoców jarzębiny i jemioły jest ważna. Bo być może ważnym elementem ograniczania ekspansji jemioły może być zwiększenie dostępności jarzębiny w czasie zimy. Czyli powinniśmy sadzić więcej tych drzew nie tylko w miastach.  

Prof. Piotr Tryjanowski podkreśla, że jemioła może pełnić również rolę schronienia dla małych ptaków. Bowiem wczesną wiosną, na początku sezonu lęgowego, większość drzew, w tym topole, są jeszcze bezlistne, a jedynie ulistnione krzewy jemioły dają ptaka dobra kryjówkę. Tam mogą ukryć swoje gniazda.

To co dla mnie jest ciekawe, to to, że  w ostatnich latach jemioła coraz bardziej rozprzestrzenia się nie tylko na drzewach w miastach, ale także w lasach. W czasach studenckich, na zajęciach z botaniki, podkreślano nam, że jemiołę niezwykle trudno znaleźć na sośnie. Teraz sytuacja się zmieniła. I najpewniej ma to związek z globalnym ociepleniem klimatu. Ptaki coraz częściej i w większej liczbie nie podejmują kosztowej zimowej wędrówki na południe lecz zimują na miejscu. A że zimą niewiele jest do zjedzenia to chętniej korzystają z owoców jemioły i przyczyniają się ro roznoszenia jej na kolejne drzewa. Viscum album można teraz częściej spotkać w lasach, szczególnie na zachodzie i w centralnej Polsce, gdzie w niektórych nadleśnictwach dokonuje prawdziwego spustoszenia. Jemioła dla drzew iglastych, głównie sosen, a na południu także jodeł, jest zdecydowanie groźniejsza, niż dla gatunków liściastych.

Jemioła jak zimozielony półpasożyt pobiera z drzewa, na którym żyje, wodę wraz ze składnikami mineralnymi. Ponadto prowadzi transpirację przez cały rok. W czasie suszy drzewa nie zawsze są w stanie pobrać tyle wody, by odżywić siebie i jeszcze jemiołę. A w dobie ocieplającego się klimatu mamy coraz więcej okresów suszy i braków wody dla drzew.

Analiza danych Lasów Państwowych z lat 2008–2018 wskazuje, że jemioła stała się istotnym czynnikiem uszkodzeń drzew w Polsce i że jej występowanie wyraźnie wzrosło w tym okresie. Dotyczy to nie tylko sosny, ale także drzew liściastych – rośnie powierzchnia drzewostanów uznanych za porażone oraz udział drzew z jemiołą w wielu nadleśnictwach. Na podstawie szerokiej inwentaryzacji w środkowej Polsce naukowcy wskazują, że jemioła pojawia się w miejscach, gdzie wcześniej nie stanowiła zagrożenia, a liczba pęków jemioły na pojedynczych drzewach jest w wielu drzewostanach wysoka. Choć badania naukowe koncentrują się na lasach (z przewagą iglastych), w wynikach uwzględniane są też liściaste – wskazując, że problem nie jest ograniczony do sosny.

W publikacjach naukowych pojawiają się dane wskazujące nowe dla Polski gatunki gospodarzy Viscum album subsp. album, m.in. dęby i inne drzewa w zieleni miejskiej i w podmiejskich lasach. To dowód, że jemioła poszerza spektrum liściastych gospodarzy w warunkach miejskich i podmiejskich (suburbia). Doniesienia o jemiole na złotokapie czy innych rzadkich gospodarzach wskazują, że w miastach jemioła wchodzi na kolejne, wcześniej rzadko notowane gatunki liściaste, jeśli tylko spełnione są warunki mikroklimatyczne i krajobrazowe. Z przejrzanym publikacji jasno klaruje się wniosek, że ekspansja dotyczy nie tylko wzrostu liczby pęków na „tradycyjnych” gospodarzach, ale również pojawiania się jemioły na nowych liściastych gatunkach drzew, zwłaszcza w miastach i ich otoczeniu.

Jakie są główne przyczyny ekspansji na drzewach liściastych? Jako pierwszy czynnik należy wymienić ocieplenie klimatu, w tym susze oraz łagodniejsze zimy. Jemioła staje się ważnym czynnikiem uszkodzeń drzew w Polsce w ostatniej dekadzie i wiążą to z szeregiem czynników środowiskowych, w tym z coraz częstszymi suszami oraz zmianami klimatycznymi. Łagodniejsze zimy sprzyjają przeżywalności jemioły na granicach zasięgu i w rejonach wcześniej chłodniejszych. Ostatnie lata to okres powtarzających się susz, które ewidentnie szkodzą polskim lasom. W takich warunkach obecność jemioły staje się dla drzewa szczególnie niebezpieczna, ponieważ zwiększa deficyt wody i obciążenie koron. Podczas niedoboru wody obecność jemioły może być szczególnie groźna dla gospodarza. Jest to więc efekt synergii. Ocieplenie klimatu nie działa samo – raczej „otwiera okno” na dłuższy sezon wegetacyjny jemioły, większe tempo rozwoju i przeżywalność młodych rozet. Do tego dochodzi kumulatywny efekt suszy. A na osłabionych drzewach łatwiej jest się osiedlać i rozwijać jemiole.

W lasach gospodarczych duże powierzchnie obsadzone jednym gatunkiem (monokultury) ułatwiają rozprzestrzenianie się jemioły, dlatego że  ptaki mogą „obsiewać” całe fragmenty krajobrazu jednorodnego gatunkowo. W zieleni miejskiej podobną rolę odgrywają aleje topolowe, lipowe czy klonowe. Długie ciągi jednorodnych gospodarzy są szczególnie podatne na rozprzestrzeniania się półpasożytów. Badania pokazują, że jemioła częściej występuje na drzewach starszych, dużych i rosnących w warunkach stresowych (zaburzona gospodarka wodna, zasolenie, ciasne stanowiska korzeniowe), co typowe dla miejskich topól czy brzóz rosnących przy drogach. Na dużych drzewach chętniej siadają ptaki, bo to dla nich bezpieczniejsze siedlisko. Ponadto im drzewo starsze tym więcej czasu wystawione jest na porażenie jemiołą. To czysta statystyka.

Badania z Torunia i innych miast pokazują, że jemioła nadzwyczaj dobrze czuje się w zieleni miejskiej. Miasta to swoiste wyspy ciepła. Panuje tu  cieplejszy mikroklimat, są liczne drzewa liściaste i jest stała obecność ptaków roznoszących nasiona. To sprzyjają szybkiemu rozszerzaniu zasięgu i poszerzania wachlarza gospodarzy. Miejska wyspa ciepła oznacza łagodniejsze zimy, mniej ekstremalnych przymrozków i dłuższy okres wegetacji. Wszystko to faworyzuje jemiołę na liściastych gospodarzach w miastach.

W lasach leśnicy częściej prowadzą zabiegi usuwania silnie opanowanych drzew. natomiast w zieleni miejskiej (zwłaszcza na prywatnych posesjach i w alejach przy drogach) jemioła bywa tolerowana lub traktowana jako element „uroku” zimowego krajobrazu, co ułatwia jej akumulację na topolach, brzozach, klonach czy lipach. Wiele publikacji wskazuje na roznoszenie nasion jemioły przez ptaki (głównie jemiołuszki, paszkoty, drozdy). W krajobrazie z dużą liczbą drzew liściastych w miastach i wsiach (parki, cmentarze, aleje) ptaki skutecznie przenoszą nasiona z drzewa na drzewo, szczególnie na najbardziej eksponowanych gałęziach. To typowe dla topoli i brzóz.

Zazwyczaj w umiarkowanym nasileniu jemioła nie stanowi zazwyczaj czynnika bezpośrednio śmiertelnego, natomiast w warunkach powtarzających się susz i przy dużym nasileniu może stać się poważnym zagrożeniem dla drzew.

Jak jemioła szkodzi drzewom? Poprzez zwiększoną transpiracji (jemioła „pije” wodę z ksylemu gospodarza), redukcję aparatu asymilacyjnego drzewa (gałęzie z jemiołą zamierają wcześniej), mechaniczne obciążenie koron (pęki jemioły, śnieg, wiatr) oraz większą podatności na grzyby, szkodniki i inne stresory. Zgodnie z przysłowiem "na pochyłe drzewo kozy skaczą” osłabione drzewa częściej są atakowane przez różnego rodzaju patogeny, pasożyty, grzyby i owady. Słabnie obrona drzew przed tymi agresorami. Także i jemioła z tego korzysta.

Dlaczego tak dużo jemioły widzimy na topolach i brzozach? Topole są łatwym celem dla jemioły. Szybko rosną, często mają kruche drewno i rozległe korony, rosną na siedliskach przekształconych (np. nasypy, brzegi dróg, wały przeciwpowodziowe), często przy deficycie wody w glebie. W takich warunkach intensywne opanowanie przez jemiołę może prowadzić do przyspieszonego zamierania koron, łamania konarów i skrócenia życia drzewa. Czyli do realnego zagrożenia bezpieczeństwa i trwałości takich drzewostanów i alei. W miejskich alejach topolowych i na pojedynczych topolach rosnących w pasach drogowych, jemioła bywa szczególnie obfita. Ptaki chętnie przesiadują na wysokich, eksponowanych konarach. W połączeniu z suszą i solą wysypywaną na drogi w czasie zimowego utrzymania dróg, ryzyko osłabienia, wyłamywania gałęzi i zamierania drzew jest wysokie. Z kolei brzozy są stosunkowo krótkowieczne i wrażliwe na suszę, zasolenie oraz uszkodzenia mechaniczne. Dodanie presji jemioły – czyli utrata części wody i asymilacji oraz dodatkowe obciążenie – może przyspieszyć proces zamierania koron i całych drzew.

W warunkach, gdy tylko pojedyncze pędy jemioły lub nieliczne pęki na dużym, znajdują się na zdrowym drzewie liściastym, gdy panują dobre warunki glebowo-wodne oraz brak jest innych silnych stresorów, wtedy jemioła jest raczej „symptomem dojrzałości ekosystemu” niż zagrożeniem. Ale jeśli są liczne pęki jemioły (kilkadziesiąt i więcej) na jednym drzewie, zajętych jest  większość konarów w górnej i środkowej części korony, a drzewo rośnie na siedlisku suchym, zasolonym lub silnie przekształconym oraz drzewo jest starsze i/lub już osłabione (uboga korona, posusz), to wtedy jemioła może zdecydowanie przyspieszyć obumieranie topól, brzóz, klonów czy lip. I to jest ten poziom, gdzie zaczynamy mówić o realnym zagrożeniu dla trwałości nasadzeń i bezpieczeństwa. Jest to także powód do zmartwień leśników.

Czy areał i liczebność jemioły w Europie rosną? Dane naukowe wskazują, że tak, rośnie areał i liczebność. Możemy więc mówić o ekspansji gatunku rodzimego. Dla wielu regionów Europy Środkowej i Wschodniej mamy mocne przesłanki, że jemioła (zwłaszcza na sośnie i świerku) rozszerza zasięg i zwiększa liczebność populacji. Nie jest to jednak zjawisko całkowicie jednorodne przestrzennie. Obecny zasięg trzech podgatunków V. album jest już dziś szeroki, a roślina określana jest jako znacząco i szybko ekspandująca w Europie, m.in. w drzewostanach iglastych. Wskazuje to na rosnące zagrożenie dla stabilności borów sosnowych, wynikające z intensywnego opanowywania drzew przez jemiołę.

W badaniu kartograficznym naukowcy porównali historyczne występowanie z obecną sytuacją. W XX wieku jemiołę odnotowano w 8 polach siatki, obecnie – w 95 na 378 pól. Jest to ponad 10-krotny wzrost pokrycia. Oznacza to istotne, udokumentowane poszerzenie zasięgu, szczególnie w kierunku północno‑wschodnim. Z kolein analiza rozmieszczenia jemioły w warunkach miejskich wykazała, że gatunek jest w badanych miastach szeroko rozpowszechniony, a jego występowanie silnie związane jest z określonymi cechami krajobrazowymi (układ zieleni, struktura zabudowy). Można więc napisać, że jemioła zajmuje nowe obszary (np. poszerzanie zasięgu regionalnego), zwiększa częstość występowania na drzewach gospodarzy, zwłaszcza w borach sosnowych i w miastach.

 Czy wzrost liczebności jemioły jest związany z globalnym ociepleniem? Na to pytanie również uzyskamy odpowiedź twierdzącą. Istnieje silny, dobrze udokumentowany związek pośredni – ocieplenie klimatu tworzy dla jemioły bardziej sprzyjające warunki termiczne i osłabia gospodarzy, a modele wskazują temperaturę jako główny predyktor zasięgu. Jednocześnie autorzy tych badań podkreślają, że na ekspansję wpływają również inne czynniki takie jak gospodarka leśna, urbanizacja, skład gatunkowy drzew oraz  ptaki jako roznosiciele nasion.

W oparciu o dane występowania i zmienne bioklimatyczne naukowcy modelują obecną i przyszłą niszę klimatyczną V. album. Wprost stwierdzają, że przyszłość jemioły w Europie będzie kształtowana głównie przez temperaturę oraz dostępność żywicieli, a w scenariuszach ocieplenia prognozowany jest dalszy wzrost odpowiednich siedlisk dla podgatunku typowego (subsp. album) i częściowo dla podgatunku V. a. austriacum. Obserwowana w ostatnich latach ekspansja w Europie Środkowej i Wschodniej jest zgodna z kierunkiem zmian klimatu (łagodniejsze zimy, dłuższy sezon wegetacyjny).

Z literatury i interpretacji naukowców można zarysować kilka mechanizmów łączących ocieplenie z ekspansją jemioły:

  • Łagodniejsze zimy: ograniczają uszkodzenia mrozowe jemioły, szczególnie na granicy zasięgu; pozwalają przetrwać młodym osobnikom w regionach wcześniej zbyt chłodnych.
  • Stres cieplny i związany z suszą gospodarzy: drzewa (szczególnie sosny) osłabione suszą i wysokimi temperaturami są bardziej podatne na intensywne opanowanie przez jemiołę i gorzej znoszą jej pasożytowanie. 
  • Zmiany w strukturze drzewostanów: ocieplenie sprzyja przeobrażeniom składu gatunkowego i kondycji drzew, co w połączeniu z gospodarką leśną (monokultury sosnowe, drogi, linie energetyczne) tworzy „korytarze” dla jemioły jako światłolubnego półpasożyta. 

Badania miejskie oraz regionalne sugerują, że ekspansja jemioły jest współkształtowana przez:

  • Urbanizację i wyspy ciepła: miasta są cieplejsze, a jednocześnie obfitują w nasadzenia żywicieli, często w formie drzew osłabionych, nadmiernie przycinanych czy rosnących w stresujących warunkach glebowych.
  • Strukturę krajobrazu: obecność parków, cmentarzy, alej, pojedynczych drzew przydrożnych sprzyja rozprzestrzenianiu się jemioły, szczególnie w miejscach intensywnych przelotów ptaków żywiących się jagodami jemioły.
  • Gospodarkę leśną: monokultury sosnowe i świerkowe stanowią „bank gospodarzy”; ograniczone usuwanie porażonych drzew czy brak systematycznej kontroli w niektórych krajach przyspiesza wzrost liczebności pasożyta.

W podsumowaniu można stwierdzić, że w wielu regionach Europy obserwuje się wyraźny wzrost areału i liczebności jemioły, co dokumentują dane kartograficzne, badania miejskie oraz prace wskazujące na rosnące zagrożenie dla drzewostanów iglastych. Tak, istnieje solidny związek między tym wzrostem a globalnym ociepleniem, choć większość dowodów ma charakter korelacyjno‑modelowy: temperatura jest jednym z głównych predyktorów zasięgu, a scenariusze ocieplenia przewidują dalszą ekspansję, szczególnie ku północy i w wyższe szerokości geograficzne. Jednocześnie trzeba przypomnieć, że ekspansja jemioły jest zjawiskiem wieloczynnikowym i współoddziaływują za nią: urbanizacja, skład gatunkowy nasadzeń, gospodarka leśna i zachowanie ptaków‑roznosicieli. Klimat „otwiera drzwi”, ale to struktura krajobrazu i praktyki człowieka decydują, jak szeroko zostaną one otwarte.

Tak więc nie jest złudzeniem ani przypadkowa, lokalna koincydencja gdy widząc oblepione jemiołą drzewa, mamy wrażenie że jest jej więcej niż kiedyś.

A na koniec coś optymistycznego. Jemiołowy silny klei budzi zainteresowania naukowców. Być może uda się wykorzystać w medycynie do "zszywania" ram po operacjach. A my wykorzystujmy krzaczki jemioły do dekoracji, im więcej będzie gospodarczego pozyskiwania jemioły ze środowiska, tym wolniej będzie przebiegała jej ekspansja. 

2.01.2026

Smacznie śpisz a w tym czasie pluskwa cię podgryza

Stadia rozwojowe pluskwy domowej, grafika wygenerowana przez Copilot. AI nie udało się jedynie dobrze zilustrować pierwszego stadium larwalnego - brakuje jednej pary odnóży oczu i czułków.

Jak sama nazwa wskazuje owady… wadzą. Wiele gatunków sześcionogów wadzi nam w życiu codziennym. Jedne piją naszą krew, inne wyjadają naszą żywność i traktujemy je jako szkodniki, inne łaskoczą nas swoimi odnóżami i roznoszą chorobotwórcze mikroorganizmy. Jeszcze inne są jadowite i żądlące czyli sprawiają nam ból. Ale to tylko cześć owadziej bioróżnorodności, bo znacznie więcej owadów nam nijak nie wadzi a nawet pomaga i sprzyja. I nie mam na myśli tylko pszczoły miodnej. Niemniej, tak jak w mediach, więcej uwagi zwracamy na to co złe i wadzące niż na to co dobre i pożyteczne.

Dzisiaj chcę opowiedzieć (a w zasadzie opisać) o pluskwie domowej, najprawdopodobniej pierwszym miejskim owadzim gatunku synantropijnym, który na stałe do nas przylgnął w siedliskach trwałych domostw. Pluskwy, podobnie jak wiele innych bezkręgowców, uległy synantropizacji, dostosowując się do środowiska zmienionego przez człowieka i ucząc się żyć blisko niego.

Moje pierwsze spotkanie z pluskwą domową (Cimex lectularius) odbyło się w czasie studiów, w akademiku. Chyba sam nie byłem pokąsany, ale pluskwy były i nawet udało się nam złapać jednego owada. Od razu zrobiliśmy preparat mikroskopowy do obserwacji. Bo to pierwsza reakcja młodego i biologicznie zainteresowanego człowieka. Przyjrzeć się i zrobić materiał do dalszych obserwacji. Niech służy innym studentom. Po dezynsekcji akademika pluskwy zniknęły. Potem słyszałem o podróżujących pociągami w pluszowych obiciach nocnych pociągów dalekobieżnych. Na długo zapadła cisza ale w ostatnich latach pojawia się coraz więcej doniesień o ich dokuczliwej obecności wśród nas.

Kiedyś wyczytałem informacje, że pluskwa domowa „przeskoczyła” na człowieka z gołębi i to w starożytnym Rzymie, gdy ludzie mieszkali blisko z tymi ptakami. Artykuł czy książka wydawały się wiarygodne i taką wersje zapamiętałem a nawet upowszechniałem na zajęciach dydaktycznych. To był jeszcze jeden przykład odzwierzęcych chorób i pasożytów, jakie ludzie w rozwoju cywilizacyjnym pozyskali z otaczającej przyrody. Gdy ostatnio zainteresowałem się pluskwą domową to w wyszukanych informacjach jako źródło pluskwy domowej wskazane zostały nietoperze! Dwie, wykluczające się informacje. Trzeba więc było dokładniej sprawdzić i przeanalizować.

Z poszukiwań wyszło, że owszem, jest pluskwa, żyjąca na gołębiach i być może okazjonalnie atakować ludzi. Cimex columbarius, czyli pluskwa gołębia, to gatunek pluskwy pasożytującej głównie na ptakach, szczególnie na gołębiach, ale może atakować również ludzi i inne ssaki, przenosząc się z gniazd ptasich do domów, gdzie może powodować ugryzienia. Chociaż głównym celem są ptaki, pluskwa ta, podobnie jak inne gatunki z rodziny pluskwowatych (Cimicidae), może chwilowo pożywiać się krwią ludzi i innych stałocieplnych żywicieli. Żywicielem  pierwotnym Cimex columbarius gołębie i inne ptaki gniazdujące w budynkach. Potencjalnymi żywicielami, w razie braku ptaków dziko żyjących są ludzie, drób (kury), nietoperze, a nawet gryzonie. Siedliskiem tego gatunku pluskwy są gniazda ptaków, szczeliny w budynkach, strychy, poddasza, a w przypadku inwazji - mieszkania, hotele. Pluskwa gołębia jest w wyglądzie podobna do pluskwy domowej (Cimex lectularius), jest czerwono-brązowa i  spłaszczona. Być może to podobieństwo oraz okazjonalność atakowania człowieka była źródłem tej mojej błędnej informacji o pochodzeniu pluskwy domowej. Niemniej pluskwa domowa ludzi atakuje rzadziej niż Cimex lectularius, ale może powodować swędzące ukąszenia, przenosząc się z miejsc gniazdowania ptaków. Pluskwa gołębia może zasiedlać ogrzewane zimą pomieszczenia, stając się problemem inwazyjnym w miastach, często niezauważonym, dopóki nie zaatakuje ludzi. Jeśli w czasie pobytu w jakimś  mieszkaniu pojawiają się na naszym ciele pluskwopodobne ukąszenia, a w pobliżu są gołębie (np. na parapecie, strychu), a zwłaszcza po zakupie starych mebli, należy rozważyć możliwość obecności także pluskwy gołębiej (Cimex columbarius). Bo jak się okazuje nie każda pluskwa jest pluskwą domową.

Wróćmy jednak do pluskwy domowej (Cimex lectularius). Związek tej pluskwy z człowiekiem jest o wiele starszy, niż mogłoby się wydawać. Sięga czasów paleolitu (2,58 mln – 11,7 tys. lat temu), kiedy nasi przodkowie dzielili jaskinie z nietoperzami. To właśnie wtedy pasożyty, pierwotnie żerujące na nietoperzach, przeniosły się na człowieka i jego przodków. Miliony lat wspólnej ewolucji sprawiły, że pluskwy są perfekcyjnie przystosowane do naszych nawyków i stylu życia.

A dlaczego teraz jest więcej informacji o pluskwach domowych? Wydaje się, że jest ich więcej. W pierwszym odruchu można byłoby połączyć ekspansję pluskwy domowej z globalnym ociepleniem klimatu. Wszak najlepiej rozwija się w temperaturze 20-30 stopni Celsjusza a mróz jej ewidentnie szkodzi. Ale temperatura to tylko dodatkowy i mało ważny element. Główną przyczyną jest to, że częściej podróżujemy. I przewozimy niechcący tego owada w walizkach, plecakach i torbach podróżnych. Spotkać go można nawet w luksusowych hotelach bo pluskwy nie lęgną się z brudu, ani im bród nie sprzyja. Wymagają jedynie obecności człowieka bo w nocy żywią się naszą krwią a na dzień chowają się w różnych szczelinach. Są hematofagami, czyli krwiożercami.

Skąd się wzięły pluskwy jako krwiopijne i zewnętrzne pasożyty człowieka? Udało się to ustalić po różnych badaniach genetycznych. Przeszły na nas z nietoperzy. Badania naukowe (genetyczne) wskazują, że z nietoperzy pluskwa domowa przeszła na ludzi nie później niż 60 tys. lat temu, a prawdopodobnie dużo wcześniej. I stało się to najprawdopodobniej w jaskiniach. Możliwe, że wiele razy i w różnym okresie pluskwy te pożywiały się Homo sapiens czy Homo erectus a może i Homo neandertalensis. Jak wskazuje nam przypadek pluskwy gołębiej wiele razy w naszej ewolucji stykaliśmy się z krwiopijnymi owadami. Czasem bywa to związek okazjonalny i krótkotrwały, a czasem utrwala się i następuje duża specjalizacja pokarmowa. Czyli ewolucyjne dostosowanie się pasożyta do nowego żywiciela.

A że ludzie odwiedzali jaskinie dość rzadko, bowiem najczęściej nasi ciągle wędrujący przodkowie spali gdzież w szałasach, namiotach czy prymitywnych jurtach, to tam nietoperzy nie było. Był więc to kontakt człowieka z pluskwami raczej sporadyczny i uzupełnialiśmy jedynie krew wypijaną z nietoperzy.

Na stałe krwiopijne pluskwy związały się z ludźmi jakieś 13 tys. lat temu, gdy zaczęliśmy mieszkać w stałych miastach i wioskach. To pierwszy miejski pasożyt i miejski gatunek synantropijny. Po ostatnim zlodowaceniu populacja pluskwy żyjąca na nietoperzach nie odbudowała się, i dalej przeżywa populacyjny regres. Ale ta żyjąca na ludziach zanotowała duży sukces i ekspansję. Stałe zamieszkanie ludzi pomogło jej w zaadoptowaniu się do nowych warunków.

W latach 60. XX wieku, dzięki powszechnemu stosowaniu DDT czyli azotoksu (insektycyd), udało się zmniejszyć liczebność ludzkiej pluskwy domowej na całym świecie.  Ale po kilku, kilkunastu latach wróciły już bardziej odporne na pestycydy. Nieustająca wojna pasożyta z jego żywicielem.

Pluskwa domowa (Cimex lectularius) - dla wielu brzmi to jak relikt przeszłości i problem z dawnych, mniej higienicznych czasów. Nic bardziej mylnego. Te pasożyty przeżywają obecnie swój renesans i stają się poważnym, ogólnokrajowym problemem także we współczesnej, bogatej Polsce. Co gorsza, większość naszej wiedzy na ich temat opiera się na szkodliwych mitach.

Obecność pluskiew nie ma absolutnie żadnego związku z brakiem higieny czy czystości. Ich jedynym źródłem pożywienia jest krew, a do żywiciela przyciąga je ciepło naszego ciała i wydychany dwutlenek węgla a nie resztki jedzenia czy kurz. Dlatego można je spotkać wszędzie, od pięciogwiazdkowych hoteli po sterylnie czyste apartamenty.

Pluskwy przez dekady wykształciły znaczną oporność na wiele popularnych insektycydów. Ich szybki cykl życiowy, trwający w optymalnych warunkach zaledwie 6-8 tygodni, sprzyja błyskawicznej ewolucji tej odporności z pokolenia na pokolenie. Ich zdolność do chowania się w głębokich zakamarkach sprawia, że spraye ze środkami owadobójczymi po prostu do nich nie docierają. Co więcej, ich jaja są wyjątkowo odporne na większość substancji chemicznych.

Pluskwy nie latają ani nie skaczą. Są za to mistrzami transportu pasywnego (na gapę). Ich odnóża, wyposażone w pazurki, pozwalają im bez trudu czepiać się tkanin, walizek i mebli, podróżując z nami na ogromne odległości. Zwiększona mobilność ludzi stała się dla nich globalną autostradą. Wcześniej jaskinie z nietoperzami nie przemieszczały się. A wcześni nomadzi nie nosili ze sobą zbyt wielu rzeczy, w których mogłyby znaleźć schronienie pluskwy. Teraz jednak podróżujemy i przeprowadzamy się z całym dobytkiem, niejako z fragmentami jaskiń. Dlatego znacznie łatwiej podróżować takim pasożytom jak pluskwy domowe.

Nam w Olsztynie bardziej jednak dokuczają komary, pluskwy są jeszcze rzadkością. Ale czy nie przywieziemy ich z urlopowych wojaży? Prędzej czy później? Głównym czynnikiem sprzyjającym ekspansji pluskiew jest globalna i lokalna mobilność ludzi. Pluskwy domowe są określane jako „mistrzowie transportu pasywnego” i kochają podróże. Ich rozprzestrzenianiu sprzyja intensyfikacja podróży i turystyki (międzynarodowych i krajowych). Pluskwy mogą być łatwo przeniesione w bagażu, odzieży lub obuwiu. Kolejnym czynnikiem sprzyjającym pluskwom są obiekty noclegowe o wysokiej rotacji gości, które stanowią pierwotne i najczęstsze ogniska infestacji. Należą do nich: hotele (zarówno pięciogwiazdkowe, jak i gościńce), hostele, sanatoria, akademiki i szpitale. Trzecim czynnikiem jest transport publiczny i miejsca publiczne. Pluskwy występują dosłownie wszędzie. Można je nieświadomie przynieść z: autobusów, pociągów (zwłaszcza na trasach dalekobieżnych), komunikacji miejskiej, kin, teatrów i oper. Ich dyspersji sprzyjają także wydarzenia masowe. Przykładowo, problem pluskiew w Polsce nasilił się po 2012 roku, a profesor Stanisław Ignatowicz przewidywał, że organizacja mistrzostw Euro 2012 może przynieść problemy związane z pluskwami przywiezionymi przez kibiców z wielu krajów.

Ostatnio (koniec listopada 2025 r.), gdy ja i żona w ciągu kilku dni zauważyliśmy swędzące ukąszenia na ciele, to pomyśleliśmy o pluskwach. No bo co mogłoby ukąsić i pić krew w zimie? Przypominaliśmy sobie nasze podróże i miejsca hotelowe. Na wszelki wypadem zamontowaliśmy specjalne pułapki, aby ostatecznie rozstrzygnąć, pluskwa w nocy gryzie czy nie pluskwa? Bo jeśli pluskwa, to może przewodami wentylacyjnymi przedostawała się od sąsiadów. Niedawno się wprowadzili nowi lokatorzy wraz z meblami. Tak czy siak odpluskwianiem trzeba byłoby objąć przynajmniej cały pion w bloku. Miesiąc obserwacji nie wykazał żadnej pluskwy. I śladów ukąszeń też więcej nie było. Zatem to raczej jakiś zimujący komar nas tak wystraszył. Komary do rozwoju larw potrzebują innych siedlisk (wodnych) niże te w mieszkami. Więc nie ma potrzeby robić blokowej dezynsekcji. I tak od wiosny z terenów nad rzeką Łyną do nas przylecą nowe pokolenia. Teraz zimują samice gdzieś w piwnicach, przewodach wentylacyjnych czy szparach w oknach. I widać czasem się budzą, gdy jest nieco cieplej. A do dalszego zimowania potrzebują się odżywić...

Pluskwy przedostają się do mieszkań na wiele sposobów, często z powodu nieostrożności i rosnącego rynku wtórnego. Zakup używanych mebli (zwłaszcza materacy, łóżek, tapicerowanych sof i foteli), ubrań i książek obarczony jest wysokim ryzykiem infestacji. Pluskwy łatwo się rozprzestrzeniają, gdy zapluskwiony mebel zostaje wyrzucony na ulicę i zabrany przez inną osobę, zanim trafi do śmieciarki. W końcu do naszego domu pluskwy mogą być przywleczone przez gości.

A jak poznać, że w domu (lub hotelu) są pluskwy? Pierwszym sygnałem alarmowym są swędzące ugryzienia, układające się w zygzakowate linie na ciele. Mogą być one jednak mylące. Najbardziej charakterystyczny wzór to tzw. „ścieżka żerowania” lub „śniadanie, obiad i kolacja” – trzy lub więcej ugryzień ułożonych w linii prostej lub niewielkim skupisku. A jak coś takiego zauważymy w czasie pobytu w hotelu to przed wyjazdem starannie sprawdźmy swój bagaż. Potem po powrocie ponownie sprawdźmy i profilaktycznie wypierzmy wszystkie ubrania. By nie była tam niechcianych pasażerów na gapę.

O wiele bardziej wiarygodnym dowodem infestacji są tzw. bioślady, które można znaleźć w pobliżu kryjówek (głównie wokół łóżka). Szukaj ich uważnie, zwracając uwagę na niewielkie, czarne lub rdzawe plamki na materacu, ramie łóżka czy pościeli. Są to odchody pluskiew (strawiona krew), które w odróżnieniu od zwykłego brudu rozmazują się po przetarciu wilgotną szmatką. Można także zauważyć plamki krwi - drobne smugi lub kropki krwi na prześcieradle. Powstają z dwóch powodów: z miejsca po ugryzieniu, które nie zdążyło się zasklepić, lub – co częstsze – przez przypadkowe zgniecenie przez śpiącą osobę pluskwy świeżo opitej krwią. Możemy także zaobserwować wylinki pluskiew. Są to przezroczyste, jasnobrązowe i puste pancerzyki (egzoszkielety), które owad porzuca w miarę wzrostu. Ich znalezienie to pewny znak, że w mieszkaniu trwa aktywny cykl rozwojowy kolonii. W końcu możemy zaobserwować jaja. Są maleńkie (ok. 1 mm), perłowobiałe, składane w skupiskach w szczelinach i zakamarkach. Są one przyklejane do powierzchni za pomocą lepkiej, cementowej wydzieliny, co czyni je niezwykle trudnymi do usunięcia. Z podróży możemy przywieźć właśnie jaja pluskiew. I zanim się z nich wylęgną żerujące lary mija trochę czasu a my nie skojarzymy ukąszeń na ciele z niedawna podróżą.

Pluskwy domowe są mistrzami podróży i ukrywania się. Ich budowa ciała to ewolucyjny majstersztyk. Ten płaski, owalny kształt, doskonalony przez tysiąclecia ukrywania się w jaskiniowych szczelinach, jest dziś idealnie przystosowany do pęknięć w naszych nowoczesnych meblach i listwach przypodłogowych czy szparach między ściana a tapetami. Co więcej, potrafią przeżyć bez dostępu do krwi żywiciela nawet kilka miesięcy. Zatem głodem ich nie weźmiemy. Nie wystarczy więc wyjechać na długie wakacje by po powrocie zastać mieszkanie wolne od tych krwiopijnych pasożytów. W szczególnie sprzyjających warunkach, na przykład zamknięte w worku, mogą przejść w stan diapauzy (rodzaj hibernacji), co wydłuża ten czas nawet do roku. Oznacza to, że przyniesiony do domu używany mebel czy książka mogą skrywać uśpionego, ale wciąż groźnego pasażera na gapę.

Współczesna pluskwa to nie relikt przeszłości ani oznaka zaniedbania, lecz ewolucyjny majstersztyk, doskonale przystosowany do naszego świata. Jej pradawne pochodzenie z jaskiniowych kryjówek ukształtowało idealne ciało do zasiedlania szczelin w naszych meblach i mistrzowskiego podróżowania w naszych bagażach. Ten sam ewolucyjny pęd, połączony z szybkim cyklem życia, napędza jej rosnącą odporność na nasze domowe sposoby walki. Zrozumienie tego cichego wroga – od jego historii po subtelne ślady, które pozostawia – to pierwszy i najważniejszy krok do odzyskania kontroli. Zapomnij o wstydzie, to problem, który wymaga wiedzy, czujności i profesjonalnego działania.

Wiedząc, jak łatwo pluskwy podróżują, jaką jedną rzecz sprawdzisz następnym razem, gdy zatrzymasz się w hotelu?


Poszerzona wersja felietonu radiowego dla Radia Olsztyn w cyklu Tłumaczymy świat. Premiera felietony odbyła się 31 grudnia 2025 roku. Wersja podcastowa dostępna jest na stronie: https://radioolsztyn.pl/tlumaczymy-swiat-felietony-stanislawa-czachorowskiego/01778309

18.11.2025

Czy kosić trawniki i zieleńce w listopadzie?

Moja łączka kwietna pod blokiem. Mały rezerwat biosfery miejskiej, nie koszone od kilku lat. Czasem trochę przycinane nożyczkami, bo to bardzo mała powierzchnia.
 

17 listopada dostałem takie zapytanie (zobacz niżej) od dziennikarza, Marcina Lewickiego. Dawniej w tym czasie leżałby już śnieg. Teraz mamy pogodę jak w szarugi jesienne. Dlaczego jeszcze raz, tym razem samodzielnie, umieszczam swoją odpowiedź na postawione pytania? Bo sam chcę być kapitanem i okrętem. Kontekst wiele zmienia. A nie wszystko co bym chciał znajduje się zazwyczaj w opublikowanym materiale. Redakcje mają swoje cele i ograniczone miejsce. A ja mam swoje cele, popularyzatorskie. I skoro raz włożyłem wysiłek w odpowiedź, to nie chce by nawet fragmenty znalazły się tylko w szufladzie. 

Dzień dobry Panie Profesorze, jestem dziennikarzem Wirtualnej Polski, dostajemy od naszych Czytelników zdjęcia, na których widać jak pracownicy wynajętych firm koszą trawy i zarośla na warszawskim Ursynowie.
1. Jaki jest sens takich działań? Czy podyktowane jest to estetyką, finansami, a może ma to sens przyrodniczy?
2. Czy koszenie w listopadzie jest lepsze niż np. latem?
3. Dlaczego koszenie w listopadzie wywiera negatywny wpływ na przygodę (jeżeli tak rzeczywiście jest)?” 
Tu jest link to opublikowanego artykułu https://www.o2.pl/informacje/pokazala-zdjecie-z-warszawy-wydaje-sie-niecelowe-7223114228963872a Poprosiłem o zmianę zdjęcia, bo wykorzystana fotka  z konwentu fantasy Warmia i Magia 2025 nie jest odpowiednia do wypowiedzi eksperta w sprawie listopadowego koszenia.

Pisząc odpowiedź nie widziałem nawet zdjęć wspomnianej czytelniczki, tak więc nawet pośrednio nie miałem szansy zapoznać się z kontekstem sytuacyjnym. A trudno odpowiedzieć na te pytania nie znając kontekstu miejsca i zakładanych planów (w opublikowanym materiale nie ma odpowiedzi zlecającego to jesienne koszenie). Działania mogą mieć charakter przypadkowy lub celowy (nie znając faktów moge się tylko domyślać. Koszenie w listopadzie, czyli poza sezonem wegetacyjnym, wydaje się niecelowe. Ale to mogą być pozory. Ważne jest pytanie ile razy w ciągu roku w tym miejscu koszono i jaki jest zamysł krajobrazowy oraz środowiskowy. W trzecim pytaniu zawarta jest sugerowana odpowiedź. 

Koszenie trawników i zarośli (zieleń niska) w listopadzie ma przede wszystkim sens techniczny i ogrodniczy, a nie przyrodniczy. Zabieg ten przygotowuje darń na zimę, ogranicza ryzyko chorób grzybowych (np. pleśni śniegowej) i pozwala trawie szybciej ruszyć z wegetacją wiosną (wzrost różnych traw). Z punktu widzenia przyrody może jednak ograniczać schronienia dla owadów i drobnych zwierząt, które wykorzystują wysoką roślinność jako zimowisko. Czasem kosi się dopiero jesienią by nie kosić w czasie dojrzewania roślin i by dać szansę na wysianie się roślin.  

Zabiegi jesienne mogą wynikać z celów ogrodniczy. Może to być ostatnie koszenie przed zimą, gdy trawa wciąż rośnie, jeśli temperatura utrzymuje się powyżej 5°C. Skrócenie źdźbeł zapobiega ich wyłamywaniu się pod śniegiem (a w dobie ocieplenia klimatu coraz trudniej o zimowy śnieg w Polsce). To jesienne koszenie zapobieganie chorobom bo zbyt długa trawa sprzyja rozwojowi pleśni śniegowej i gniciu darni. Zapewnia także lepszy start wiosną – krótko przycięta trawa szybciej się zazielenia i tworzy gęstą murawę (ważne jeśli zależy nam na trawniku typu pole golfowe). I trzeci cel ogrodniczy - ułatwienie pielęgnacji. Koszenie połączone z grabieniem liści i napowietrzaniem poprawia kondycję gleby.

Inny jest punkt widzenia przyrodnika i ekologa. Wysoka trawa, a zwłaszcza suche byliny i zarośla stanowią zimowe schronienie dla owadów, pajęczaków, drobnych ssaków i ptaków. W suchych łodygach pozostają złożone jaja lub znajdują schronienie larwy lub zimujące stadia imago (owadów dorosłych). Koszenie w listopadzie usuwa te siedliska, co może zmniejszać lokalną różnorodność biologiczną. Po drugie rośliny dzikie w zaroślach często wytwarzają nasiona jesienią. Koszenie w tym czasie ogranicza ich rozsiewanie i regenerację. Ponadto pozostające nasiona na łodygach roślin są pokarmem dla ptaków. Z punktu widzenia przyrody naturalnej, nieskoszone fragmenty są bardziej wartościowe jako „wyspy życia” w monotonnych przestrzeniach miejskich.

Z perspektywy ogrodnika listopadowe koszenie jest praktyczne gdyż chroni intensywnie pielęgnowany trawnik przed chorobami i poprawia jego wygląd wiosną. Z perspektywy przyrody koszenie w tym czasie redukuje zimowe schronienia dla organizmów i ogranicza naturalne procesy ekologiczne.

Rozwiązaniem kompromisowym byłoby zostawienie części trawnika lub zarośli nieskoszonych, aby pełniły funkcję refugium dla owadów i drobnych zwierząt, a resztę przygotować technicznie na zimę. Dla przyrody wartościowa jest mozaika z fragmentami często koszonymi i fragmentami pozostawionymi. Dzięki temu mamy większą różnorodność oraz schronienia i bazę pokarmowa dla różnych gatunków małych i średnich zwierząt.

Wiele owadów korzysta z suchych, pustych lub miękkordzeniowych łodyg jako zimowych kryjówek albo miejsc do zakładania gniazd wiosną. Zatem takie suche „badyle” powinny zostać aż do późnej wiosny a nawet lata. Nie wygląda to możne najpiękniej, sprawia wrażenie terenu zaniedbanego ogrodniczo, ale jest to mądra uprawa bioróżnorodności w mieście. Najbardziej znane są dzikie pszczoły samotnice, ale także inne grupy owadów wykorzystują takie struktury.

Miesierki (Megachile) i inne pszczoły samotne chętnie drążą chodniki w łodygach z miękkim rdzeniem (np. malwy, jeżówki, słoneczniki). Murarki (Osmia) często zasiedlają puste łodygi lub trzcinę, gdzie samice składają jaja i oddzielają komórki gniazdowe przegrodami z gliny. Pszczoły z rodzaju Hylaeus wykorzystują naturalne szczeliny i suche łodygi jako schronienia. Z braku takich suchych roślin (łodyg) musimy budować tak zwane hotele dla owadów. Tyle, że te ludzkie hotele mają mniejszą różnorodność siedlisk i służą nielicznym gatunkom. Na dodatek przez skupienie w jednym miejscu gniazdujących owadów ułatwiają przenoszenie się patogenów i pasożytów, żerujących na tych gatunkach owadów. W ogólnym sensie to niehigieniczne dla takich gniazdujących w „badylach” owadów.

Ponadto różne błonkówki (np. żądłówki), takie jak niektóre gatunki os samotnych również gniazdują w pustych łodygach roślin łąkowych i zaroślowych. Larwy niektórych gatunków chrząszczy rozwijają się w martwych łodygach, korzystając z ich miękkiego wnętrza. Część gatunków muchówek i motyli zimuje w stadium poczwarek, przytwierdzonych do suchych łodyg lub ukrytych w ich wnętrzu. Warto także zostawiać w niektórych miejscach leżące suche liścia (gdy spadną z drzew), bo to miejsce zimowania dla różnych owadów, np. dla motyla cytrynka latolistka.

Dlaczego te suche łodygi są ważne? Bo to naturalne hotele dla owadów – pozostawione w ogrodzie lub na łące suche łodygi pełnią funkcję schronienia podobną do sztucznych „hoteli dla owadów”. Po drugie to zimowiska – owady dorosłe, larwy lub poczwarki mogą przetrwać w nich zimę, chronione przed mrozem i drapieżnikami. Po trzecie wiosną , np.  w marcu–kwietniu, samice pszczół samotnic zaczynają zakładać gniazda właśnie w takich strukturach.

Ważne pytanie jest takie kiedy więc kosić i ile razy w roku? Z punktu widzenia przyrodniczego celem jest utrzymanie jak największej mozaiki siedlisk i utrzymanie procesów sukcesji ekologicznej. Jeśli w ogólne nie kosimy to po kilku-, kilkunastu latach wyrośnie tam las (zagajnik itp.). Siedlisko się diametralnie zmieni. Zabiegami ogrodniczymi powinniśmy naśladować naturalne procesu zgryzania przez duże kręgowce. A częstość koszenia uzależnić od jakości gleby (żyzności) i aktualnych warunków pogodowych. Ponadto warto uwzględnić efekt krajobrazowy, tak by w skali krajobrazu utrzymać możliwie dużą mozaikę siedlisk. Bo to sprzyja większej różnorodności biologicznej.

Późnoletnie koszenie jest zabiegiem eliminującym takie rośliny inwazyjne jak np. nawłoć. Zatem z pozoru proste koszenie trawników i zieleńców wymaga dużej wiedzy i ciągłego monitorowania. Zamiast zleceń koszenia w wyznaczonej liczbie w ciągu roku lepiej byłoby podpisywać umowę z firmami na utrzymanie pożądanego stanu przyrodniczego. I wtedy to firma decyduje czy i kiedy kosić. A jeśli zamówi się 1-2 koszenia (albo i więcej) w danym roku, to praca musi być wykonana… choćby w danym momencie nie miała sensu.

Z tych interwencji czytelników wypływa optymistyczny wniosek – mieszkańcom zależy na przyrodniczej jakości okolic osiedli mieszkalnych i chcą chronić bioróżnorodność.

Wnioski przyrodnicze:

  • Koszenie i usuwanie zarośli w listopadzie pozbawia owady specyficznych kryjówek, co zmniejsza ich szanse na przetrwanie zimy.
  • Pozostawienie fragmentów roślin (np. kęp z suchymi łodygami) wspiera bioróżnorodność i sprzyja zapylaczom na wiosnę.
  • Praktyka ogrodnicza: warto zostawić część rabat i trawników nieskoszoną do wiosny, aby owady miały naturalne siedliska.
Jeśli chcesz wesprzeć twórcę to kliknij i postaw kawę

25.07.2025

Koegzystencja czyli debata o bioróżnorodności na uniwersyteckim trawniku

 

Pod koniec czerwca 2025 r. odbyła się inspirująca debata na trawniku w Kortowie.  Przygotowując się do tej zielonej dyskusji, dostałem kilka pytań. I teraz chcę na nie jeszcze raz, w nieco innej formie, odpowiedzieć. Rzecz warta jest opowiedzenia.

"Dlaczego człowiek musi koegzystować z naturą?"

Bo koegzystencja człowieka z naturą to nie opcja, lecz absolutna konieczność. Człowiek jest Integralną część biosfery. Niepotrzebnie w kulturze popularnej stawiamy człowieka  w kontrze do przyrody: kultura kontra natura. Można porównać człowieka do organu w organizmie. Jesteśmy tak samo nierozerwalnie połączeni z biosferą, jak nerka, żołądek, płuco czy jelito z resztą ciała. Nie jesteśmy zewnętrznym obserwatorem ani władcą przyrody, lecz jej składowym elementem. Ta fundamentalna prawda, często zapominana w pędzie cywilizacyjnym, leży u podstaw zrozumienia naszej roli na Ziemi. Biosfera to nasz dom, nasze siedlisko życia.

Każdy gatunek na naszej planecie zajmuje swoją niszę ekologiczną i odgrywa unikalną rolę w skomplikowanej sieci życia. Człowiek, ze swoim rozwiniętym mózgiem i zdolnością do modyfikowania środowiska, jest tylko jednym z milionów gatunków. Nasze istnienie i dobrobyt zależą bezpośrednio od zdrowia i funkcjonowania ekosystemów, które nas otaczają. Powietrze, którym oddychamy, woda, którą pijemy, żywność, którą spożywamy – wszystko to dostarczają nam usługi ekosystemowe, które natura świadczy bezpłatnie i bezustannie.

Przez wieki ludzkość często podchodziła do natury z pozycji dominacji, traktując ją jako zasób do eksploatacji lub przeszkodę do pokonania. Ta mentalność, niestety, doprowadziła do poważnych kryzysów środowiskowych, takich jak utrata różnorodności biologicznej, zmiany klimatyczne i zanieczyszczenie powietrza w mieście (co przekłada się na obniżanie jakości i długości naszego życia). Zwalczanie przyrody jest jak próba odcięcia własnej ręki, czy nogi  – to działanie autodestrukcyjne. Znacznie mądrzejsze jest zrozumienie zachodzących w niej procesów. To domena przede wszystkim nauki. Filozofia przyrody uczy nas pokory i doceniania złożoności systemów naturalnych. Wiedza naukowa, na przykład ta dotycząca roli zapylaczy w ekosystemach czy znaczenia zdrowej gleby dla rolnictwa, pozwala nam podejmować świadome decyzje.

Przykład łąk kwietnych w miastach jest idealnym odzwierciedleniem tej zmiany paradygmatu. Zamiast energochłonnych i jałowych trawników, które wymagają ciągłego koszenia, podlewania i nawożenia, tworzymy przestrzenie, które wspierają różnorodność biologiczną, zatrzymują wodę, redukują efekt miejskiej wyspy ciepła i są po prostu piękne. To nie jest "walka" z naturą, lecz świadoma współpraca, która przynosi korzyści zarówno ludziom, jak i innym gatunkom.

Koegzystencja z naturą to nie tylko kwestia przetrwania, ale także wzbogacenia naszego życia. Bliski kontakt z przyrodą poprawia nasze zdrowie fizyczne i psychiczne, inspiruje kreatywność i uczy nas cierpliwości oraz pokory. W epoce Antropocenu, czyli w epoce, w której działalność człowieka stała się dominującą siłą kształtującą procesy geologiczne i ekologiczne, spoczywa na nas ogromna odpowiedzialność. Musimy wykorzystać naszą inteligencję i zdolności do innowacji, aby stać się dobrymi zarządcami tej planety, dobrymi ogrodnikami, a nie jej niszczycielami czy konkwistadorami. Przyszłość ludzkości nierozerwalnie wiąże się z naszą zdolnością do życia w harmonii z resztą biosfery.

"Czy istnieje związek pomiędzy regularnym koszeniem trawników a populacją kleszczy i komarów?"

W przyrodzie wszystko jest ze sobą powiązane. To podstawowa zasada ekologii: wszystko ze wszystkim, wszystko ze wszystkiego. Problem często polega na tym, że nasze codzienne rozumienie świata bywa redukcjonistyczne – szukamy prostych przyczyn i skutków, ignorując złożoność i sieć wzajemnych zależności. Przekonanie, że niekoszony trawnik magicznie "generuje" kleszcze lub komary, jest właśnie takim uproszczeniem.

Kleszcze są tam, gdzie są ich żywiciele, bo bez tego nie domkną swojego cyklu życiowego. Kleszcze potrzebują krwi kręgowców, aby się rozwijać i wydać potomstwo. Ich obecność jest nierozerwalnie związana z dostępnością gospodarzy, którymi są przede wszystkim małe i średnie ssaki (myszy, nornice, jeże, lisy, sarny czy nasze psy i koty). Niekoszone trawniki czy wyższa roślinność mogą stanowić dogodniejsze środowisko dla kleszczy, dając im schronienie i ułatwiając dostanie się na przechodzącego żywiciela. Jednak sama wysoka trawa nie jest przyczyną ich pojawienia się. Tak jak muchy nie biorą się z brudu a żaby z mułu (jak głosiła niegdyś teoria samorództwa), tak kleszcze nie biorą się z niekoszonych trawników.

Co więcej, należy zwrócić uwagę na naturalnych wrogów kleszczy. W zdrowych, zróżnicowanych ekosystemach istnieją drapieżniki i pasożyty, które pomagają kontrolować populacje kleszczy. Na przykład, niektóre gatunki mrówek, pająków czy ptaków mogą zjadać kleszcze. W mono-kulturowych trawnikach, pozbawionych różnorodności biologicznej, brakuje tych naturalnych mechanizmów kontroli. Jest jałowo i ubogo. A jak będą kleszcze to i tak sobie poradzą.

W przypadku komarów sprawa ma się podobnie. Ich cykl życiowy wymaga wody stojącej do rozwoju larw. Małych kałuż i zbiorników okresowych bez obecnych tam ryb. Baseny, oczka wodne, kałuże, doniczki z wodą, a nawet rynny mogą być wylęgarnią komarów. Bo komary są znakomitymi kolonizatorami. Wysoka trawa sama w sobie nie jest miejscem ich lęgu, choć może stanowić schronienie dla dorosłych osobników. Paradoksalnie, zwiększona bioróżnorodność, taka jak ta, którą promują łąki kwietne, może przyczynić się do naturalnej kontroli populacji komarów. W takich środowiskach pojawiają się drapieżniki, które żywią się larwami komarów (np. wiele gatunków owadów wodnych, ryby w oczkach wodnych) oraz dorosłymi komarami (np. ważki, niektóre ptaki, nietoperze).

Na pewno kleszczy nie będzie na asfalcie i wybetonowanych placach. Tam po prostu nic nie będzie. Czy mamy zatem wybetonować trawniki?" To tak, jakbyśmy chcieli wyleczyć wrzód na przedramieniu ucinając całą rękę. Pozbędziemy się czyraka ale koszty są zbyt duże. Betonowanie i dążenie do sterylności środowiska jest formą walki z naturą, która prowadzi do zubożenia ekosystemów i eliminacji wszelkich form życia, w tym tych pożytecznych. To rozwiązanie, które rzekomo ma nas chronić, w rzeczywistości odcina nas od fundamentalnych korzyści płynących z natury. Powoduje obniżenie jakości naszego życia w mieście.

Łąki kwietne (to uproszczone lecz popularne określenie na różne ekosystemy z roślinnością niską) są doskonałym przykładem mądrej koegzystencji:

  • Zwiększają bioróżnorodność: przyciągają owady zapylające, ptaki, małe bezkręgowce – w tym te, które mogą być naturalnymi wrogami kleszczy i komarów.
  • Poprawiają retencję wody i tworzą zdrowsze gleby.
  • Są bardziej odporne: wymagają rzadszego koszenia, nawożenia i podlewania, co przekłada się na mniejsze zużycie zasobów i niższe koszty utrzymania.
  • Wzbogacają estetykę miast: zapewniają piękne, zmieniające się krajobrazy.

Wniosek jest taki, że zamiast bać się natury i próbować ją kontrolować poprzez sterylizację, golfizację (zamianę terenów zielonych na pola golfowe a przecież nawet tam w golfa nie gramy!) czy betonozę, powinniśmy dążyć do zrozumienia jej mechanizmów i wspierania naturalnej równowagi. Zdrowy, zróżnicowany ekosystem jest znacznie bardziej odporny na plagi, w tym nadmierne populacje kleszczy czy komarów, niż sztucznie utrzymywany, jałowy trawnik.

"Jeśli nie hotel dla owadów, to co? Jakie są inne skuteczne sposoby na zwiększanie populacji gatunków pożytecznych?"

Zwiększanie bogactwa siedlisk i bazy pokarmowej w miastach jest kluczowe dla ochrony owadów pożytecznych, a hotel dla owadów to jedynie mały element większej układanki. Hotele dla owadów, choć symbolicznie ważne i edukacyjne, są tylko kroplą w morzu potrzeb. Wiele osób myśli o owadach zapylających głównie w kontekście pszczół miodnych, zapominając o ogromnej różnorodności pszczół samotnic, które stanowią większość naszych rodzimych gatunków.

Większość pszczół samotnic gniazduje w ziemi. Potrzebują do tego niezaburzonych, nasłonecznionych skarp, niezagospodarowanych kawałków gruntu, czy nawet nieużywanych ścieżek gruntowych. Zatem, zamiast skupiać się wyłącznie na wieszaniu drewnianych skrzynek, powinniśmy:

  • Zostawiać fragmenty terenu niezagospodarowane. Małe obszary z odsłoniętą ziemią, piaskiem czy gliną, zwłaszcza na nasłonecznionych stanowiskach, mogą stać się cennymi miejscami lęgowymi dla pszczół i innych owadów kopiących norki w ziemi.
  • Tworzyć "piaskownice" dla owadów. W ogrodach czy parkach można wydzielić małe, piaszczyste obszary, które staną się idealnym miejscem do gniazdowania dla wielu gatunków pszczół. Pozornie porzucone fragmenty terenu.
  • Zachowywać martwe drewno i byliny z pustymi łodygami. Niektóre pszczoły samotnice gniazdują w pustych łodygach roślin lub w wywierconych tunelach w martwym drewnie. Zostawianie takich elementów w ogrodzie (np. sterty gałęzi, suche łodygi nieskoszonych roślin, pozostawione na zimę) to prosty i skuteczny sposób na zapewnienie im schronienia. To takie naturalne hotele dla owadów.
  • Ograniczyć zabiegi agrotechniczne i chemiczne. Częste przekopywanie ziemi, koszenie na krótko i stosowanie pestycydów niszczy naturalne siedliska i źródła pokarmu owadów. Mniej interwencji to więcej życia.

To absolutna podstawa! Owady pożyteczne potrzebują ciągłego dostępu do nektaru i pyłku przez cały sezon wegetacyjny, od wczesnej wiosny do późnej jesieni. I tu wchodzimy w sedno problemu: nasze miasta i ogrody często zdominowane są przez gatunki obce, ozdobne, które choć piękne, często nie dostarczają odpowiedniego pożywienia dla naszych rodzimych zapylaczy, lub są uprawiane w taki sposób, że stają się dla nich pułapkami bez pyłku i nektaru (np. róże pełnokwiatowe). Dostrzeżmy piękno rodzimych gatunków "chwastów". Rośliny takie jak mniszek lekarski, koniczyna, ostrożeń polny, chaber bławatek czy facelia błękitna (i setki innych gatunków), często usuwane jako niepożądane, są w rzeczywistości bogactwem dla owadów. Są one doskonale przystosowane do naszych lokalnych warunków i zapewniają pokarm dla owadów, które ewoluowały razem z nimi przez tysiące lat.

Podsumowując, skuteczne zwiększanie populacji gatunków pożytecznych to nie jednorazowa akcja, ale holistyczne podejście do zarządzania przestrzenią. Oznacza to:

  1. Zrozumienie potrzeb owadów.  Wiedza o cyklu życia i wymaganiach poszczególnych gatunków jest kluczowa.
  2. Tworzenie zróżnicowanych siedlisk. Zarówno do gniazdowania, jak i schronienia.
  3. Zapewnienie ciągłej bazy pokarmowej. Poprzez różnorodność rodzimych roślin kwitnących, kwitnących w rożnym okresie.
  4. Ograniczenie stosowania chemicznych środków ochrony roślin i nadmiernej ingerencji. Pozwólmy naturze na samoregulację.

„Czy hotele dla owadów są skuteczne?”

Hotele dla owadów to tylko fragment szerszej strategii ochrony owadów zapylających i pożytecznych. To dobry gest, ale nie panaceum Zacznijmy od tego, że hotele dla owadów, zwłaszcza te popularne, dostępne w sklepach ogrodniczych, są pewnym popkulturowym symbolem świadomości ekologicznej. Są widoczne, często estetyczne i mogą pełnić funkcję edukacyjną, zwracając uwagę na problem spadku populacji owadów. To z pewnością plus. Pozwalają też w prosty sposób zaangażować się w działania proekologiczne nawet osobom z małym ogrodem czy balkonem. Jednak ich skuteczność jest tylko częściowa. Stanowią one siedlisko lęgowe dla bardzo ograniczonej grupy gatunków, np. pszczół murarek które gniazdują w pustych łodygach lub wywierconych otworach. To tylko niewielki ułamek z ogromnej różnorodności owadów zapylających, w tym setek gatunków pszczół samotnic.

Najważniejsze jest zachowanie dobrego stanu siedliska. Żaden, nawet najlepiej wykonany hotel, nie zastąpi naturalnego środowiska, które ewoluowało przez tysiące lat wraz z zamieszkującymi je gatunkami. Aby skutecznie wspierać owady pożyteczne, musimy myśleć o różnorodności i specyficznych potrzebach poszczególnych grup:

  1. Siedliska naziemne (gliniane i piaszczyste skarpy). To jest absolutny fundament, a często pomijany. Większość pszczół samotnic (np. lepiarek, porobnic) gniazduje w ziemi. Potrzebują do tego niezaburzonych, nasłonecznionych skarp, piaszczystych lub gliniastych powierzchni, gdzie mogą kopać swoje norki. Tworzenie takich miejsc w ogrodach, parkach czy na nieużytkach to znacznie bardziej efektywne działanie niż tradycyjny hotel. Można je tworzyć, usypując kopce ziemi czy piasku, które nie będą koszone ani rozdeptywane.
  2. Puste łodygi bylin i martwe drewno. Zamiast sprzątać ogród na błysk jesienią, warto zostawić nieskoszone, suche łodygi bylin (np. roślin baldachowych, ostrożenia, nawłoci itp.), które są idealnym miejscem do zimowania i gniazdowania dla wielu gatunków owadów, w tym tych, które zasiedlają trzcinę w hotelach. Podobnie, pozostawienie sterty gałęzi czy kawałków martwego drewna, stwarza cenne schronienie i miejsce lęgowe dla innych owadów, grzybów i mikroorganizmów.
  3. Łąki kwietne i rodzime rośliny. Sama obecność siedlisk lęgowych to za mało. Owady potrzebują też bazy pokarmowej. Łąki kwietne, złożone z rodzimych gatunków roślin, zapewniają obfitość nektaru i pyłku przez cały sezon wegetacyjny, wspierając różnorodność owadów zapylających, a także owadów drapieżnych, które kontrolują populacje szkodników. Z kolei motyli w fasie larwalnej są fitofagami i zjadają rośliny zielne. Jeśli je wykosimy, to przerywamy ciągłość cyklu życiowego i niszczymy siedlisko życia larw.
  4. Ograniczenie stosowania środków chemicznych. Najlepszy hotel dla owadów straci sens, jeśli w jego pobliżu będą stosowane pestycydy, które są dla owadów śmiertelne. 

Czasem komercyjne hotele dla owadów mogą sprawiać wrażenie, że kupując je, "załatwiamy" problem ochrony owadów.  Słowo "greenwashing" jest tu trafne. Tymczasem prawdziwa, długoterminowa ochrona wymaga zmiany myślenia o przestrzeni – od trawników "na golasa" i sterylnie czystych ogrodów, po tolerowanie "nieładu" natury i tworzenie złożonych, różnorodnych siedlisk. Hotele dla owadów powinny być dodatkiem, a nie substytutem. W ostateczności, jeśli mamy ograniczone możliwości, warto postawić taki hotel – ale zawsze pamiętając o jego ograniczeniach i uzupełniając go o inne działania, takie jak sadzenie rodzimych roślin i pozostawianie dzikich zakątków. Czasem taki hotel to publiczna manifestacja wyznawanych wartości, prawie jak transparent.

Podsumowując: zamiast skupiać się na jednym, gotowym produkcie, powinniśmy myśleć o całości ekosystemu i tworzyć mozaikę różnorodnych, naturalnych siedlisk. W ten sposób zapewnimy prawdziwe wsparcie dla tysięcy gatunków owadów, które są niezbędne dla zdrowia naszej planety.

„Jak powinniśmy edukować w zakresie bioróżnorodności?”

Edukacja w zakresie bioróżnorodności powinna być angażująca, skuteczna i przekładać się na realne zmiany. Zacznijmy od zalecenia: najlepiej edukować przez pokazywanie dobrych praktyk. To jest fundament. Teoria, wykłady i pogadanki są ważne, ale to doświadczenie i namacalny przykład zmieniają perspektywę. Kiedy ludzie widzą, jak kwitnąca łąka kwietna wygląda, jak brzęczą na niej pszczoły, jak zatrzymuje wodę i jak pięknie pachnie, wtedy rozumieją jej wartość znacznie lepiej niż z najbardziej elokwentnej prezentacji.

Dlatego kluczowe jest:

  • Tworzenie łąk kwietnych, ogrodów deszczowych, stref z pozostawionymi suchymi łodygami czy skarp dla pszczół ziemnych w miejscach publicznych (parki, osiedla, tereny szkół, uniwersytetów) to najlepsze "sale lekcyjne".
  • Tablice informacyjne, ale nie te nudne i przeładowane tekstem! Powinny być proste, wizualne, wyjaśniające podstawowe procesy ekologiczne (np. cykl życia owada, rola zapylaczy, retencja wody) i wskazywać na konkretne korzyści.
  • Tworzenie map bioróżnorodności, przedstawiających lokalne siedliska owadów, ptaków, czy rzadkich roślin, które można odwiedzać i obserwować.

Warto włączać uczniów i dorosłych do działań. Edukacja partycypacyjna, w której ludzie nie są tylko biernymi odbiorcami, lecz aktywnymi uczestnikami, jest najskuteczniejsza. Zielony Wolontariat w Olsztynie: To pomysł wart zrealizowania! Organizowanie regularnych akcji sadzenia roślin, pielęgnacji łąk kwietnych, budowania prostych siedlisk dla owadów, czy sprzątania terenów zielonych z udziałem mieszkańców. To buduje poczucie wspólnoty, odpowiedzialności i bezpośredniego wpływu na otoczenie. Zamiast tylko wykładów, możliwe jest organizowanie warsztatów, gdzie uczestnicy mogą samodzielnie przygotowywać mieszanki nasion na łąki kwietne, rozpoznawać gatunki roślin i owadów, czy uczyć się, jak stworzyć prosty ogród przyjazny naturze. To tego nadaje się całe Kortowo jako jedna, wielka, zielona kasa. Kolejną możliwością jest włączanie tematyki bioróżnorodności do programów nauczania poprzez praktyczne projekty terenowe, np. zakładanie szkolnych ogródków zapylaczy, obserwacje ptaków czy monitorowanie lokalnych rzek.

Chcę podkreślić potencjalnie ważną rolę uniwersytetu w Olsztynie. Samo Kortowo to idealne miejsce na wypracowywania i pokazywania dobrych praktyk. Ale ten potencjał trzeba wypełnić konkretnymi działaniami. Teren Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie jest niejako naturalnym miejskim laboratorium. Tworzenie tu wzorcowych łąk kwietnych, siedlisk dla owadów, stosowanie zrównoważonego zarządzania zielenią (w tym wykorzystywanie owiec do utrzymania łąk kwietnych) i otwarte udostępnianie tych rozwiązań mieszkańcom miasta, to możliwe rozwiązania. Organizowanie przez uniwersytet cyklicznych warsztatów (np. "Jak założyć i utrzymać łąkę kwietną?", "Rozpoznawanie roślin z trawnika miejskiego", "Rozpoznawanie owadzich zapylaczy", "Zrównoważone zarządzanie ogrodem") i dni otwartych, gdzie eksperci z uczelni dzielą się wiedzą, to kolejny pomysł wart przemyślenia. Uniwersytet może służyć jako centrum wiedzy dla samorządowców, architektów krajobrazu, czy firm zajmujących się zielenią miejską, szkoląc ich w zakresie nowoczesnych, proekologicznych rozwiązań.

Dobrą edukacyjną praktyką może być  pokazywanie (nazywanie ich nazwami naukowymi jak i regionalnymi i pospolitymi) konkretnych gatunków roślin i zwierząt. Ludzie łatwiej angażują się, kiedy mogą zidentyfikować, nazwać i poznać "bohaterów" bioróżnorodności miejskiej.

Edukacja w zakresie bioróżnorodności to proces ciągły, to edukacja przez całe życie. Nie jest to jednorazowa lekcja, lecz styl życia i sposób myślenia, który powinien być rozwijany od dzieciństwa po wiek dojrzały. W Olsztynie, dzięki zaangażowaniu uniwersytetu i mieszkańców, można stworzyć wzorcowy system, który będzie inspirował inne miasta. Przynajmniej te warmińskie i mazurskie.

Podsumujmy te przemyślenia na temat koegzystencji z naturą i bioróżnorodnością. Skondensuję to w kilka kluczowych punktów, łącząc perspektywę ekologa, filozofa przyrody i popularyzatora nauki.

Człowiek jako część natury - koegzystencja zamiast walki

Jesteśmy integralną częścią biosfery, a nie jej zewnętrznym obserwatorem czy władcą. Nasze istnienie i dobrobyt zależą od zdrowia ekosystemów, które dostarczają nam niezbędnych usług (powietrze, woda, żywność). Próba dominacji nad naturą jest autodestrukcyjna. Zamiast z nią walczyć, powinniśmy dążyć do mądrej koegzystencji, opartej na zrozumieniu procesów ekologicznych. Przykład łąk kwietnych w miastach doskonale ilustruje tę zmianę – z monokultury trawników przechodzimy na zróżnicowane ekosystemy, które służą zarówno ludziom, jak i przyrodzie.

Mity ekologiczne - kleszcze, komary i rola koszenia

Częste koszenie trawników nie eliminuje kleszczy czy komarów, a jedynie zubaża bioróżnorodność. Obecność kleszczy zależy przede wszystkim od dostępności żywicieli oraz braku ich naturalnych wrogów. Komary potrzebują do rozwoju kałuż i niewielkich, okresowych zbiorników wody stojącej. W obu przypadkach, zwiększona bioróżnorodność może paradoksalnie pomóc w naturalnej kontroli populacji tych owadów.

Skuteczne wspieranie bioróżnorodności to coś więcej niż tylko hotele dla owadów

Hotele dla owadów są symbolicznie ważne i mogą mieć wartość edukacyjną, ale ich skuteczność jest ograniczona do niewielu gatunków. Prawdziwa ochrona owadów pożytecznych wymaga kompleksowego podejścia: 1. Tworzenia różnorodnych siedlisk. Większość pszczół samotnic gniazduje w ziemi – kluczowe są niezagospodarowane skarpy gliniane i piaszczyste. Należy również zostawiać suche łodygi bylin i martwe drewno. 2. Zapewnienie ciągłej bazy pokarmowej. Priorytetem są rodzime gatunki roślin kwitnących (w tym "chwasty"), które zapewniają nektar i pyłek przez cały sezon. 3.  Pestycydy są śmiertelne dla owadów i niszczą ich siedliska.4. Częste koszenie uniemożliwia przeżycie stadiów larwalnych wielu zapylaczy. 

Edukacja w zakresie bioróżnorodności

Najskuteczniejsza edukacja to ta przez pokazywanie dobrych praktyk i aktywne włączanie ludzi. Zamiast samych pogadanek twórzmy miejsca demonstracyjne: łąki kwietne, ogrody deszczowe, czy skrzyżowania w Olsztynie, gdzie każdy może zobaczyć i dotknąć pozytywnych zmian. Organizujmy zielony wolontariat i warsztaty praktyczne. Angażujmy uczniów i dorosłych w sadzenie, pielęgnację i rozpoznawanie gatunków. Wykorzystajmy potencjał uniwersytetu w Olsztynie jako wzorcowego kampusu i centrum wiedzy dla mieszkańców i lokalnych władz. Uczmy o konkretnych gatunkach. Pokazując ich historię, rolę i wzajemne powiązania, łatwiej budować świadomość i zaangażowanie.

Ile z tego uda się zrealizować w Kortowie? I kiedy? To pytania otwarte lecz niezwykle ważne. Po wspomnianej debacie pojawił się pewien optymizm i nadzieja na szybkie wdrażanie przynajmniej niektórych pomysłów. 

12.07.2025

Guniak tak, ale czy czerwczyk? Refleksja o przyrodniczej przygodzie w mieście i z AI

Lipcowy guniak czerwczyk na miejskim chodniku.
 

Przyroda w mieście też jest różnorodna. Jeśli jej na to pozwolić (czyli nie zwalczać, nie tępić). Wystarczy być tylko uważnym a przygoda czeka nas w każdym miejscu, Nawet w mieście. Spotkany na chodniku w połowie lipca guniak (prawdopodobnie czerwczyk) stał się dobrym pretekstem do opowieści o rzetelności zarówno tej ludzkiej, analogowej, jak i tej generowanej przez sztuczną inteligencję. W odniesieniu do faktów przyrodniczych, szczegółowych jak i literatury faktu, do treści generowanych przez AI trzeba podchodzić z dużą ostrożnością i wstępnie zakładaną nieufnością. Także co do własnych umiejętności korzystania z tych narzędzi. 

Owadami interesuje się od lat kilkudziesięciu. Zawodowo zajmuję się jedynie wybrana grupą, głównie chruścikami (Trichoptera)  i mniej szczegółowo motylami oraz owadami wodnymi. Inne znam jedynie z poziomu amatorskiego, okazjonalnego. Im więcej się wie, tym się ma większe wątpliwości.

Idąc do sklepu w połowie lipca (2025 roku, w Olsztynie) w deszczowy poranek spotkałem na chodniku znajomego mi chrząszcza. Pierwsza myśl, że to guniak czerwczyk, jeden z rodziny żukowatych i pospolitych chrabąszczy. Z czasów studenckich pamiętam jakąś rójkę, czyli w miarę masowy pojaw, głośno brzęczących chrząszczy w okolicy DS 1, (WSP w Olsztynie, ul. Żołnierska). Wtedy po raz pierwszy go rozpoznawałem i oznaczałem. Wtedy go poznałem, zobaczyłem i rozpoznałem. Zostało coś w pamięci. Zatem w lipcowy poranek spotkałem coś znajomego i pozornie łatwego do identyfikacji. Guniak czerwczyk, ot co. A dlaczego w lipcu skoro się nazywa czerwczyk?

Coś jeszcze miałem w pamięci. Jakieś przeglądane inne książki, znajdujące się w mojej podręcznej biblioteczne i to, że jest więcej podobnych gatunków. Że jest więcej guniaków a nie tylko czerwczyk. Ale zanim dotarłem do domu sprawdziłem w internecie. Najpierw zajrzałem do Wikipedii, bo wiem, że to rzetelne i wielokrotnie sprawdzane źródło. Chciałem przypomnieć sobie informacje o biologii tego gatunku. Potem sprawdziłem, czy AI może być pomocna. Bo teraz coraz więcej osób korzysta z AI jako źródła  wiedzy i informacji przyrodniczych. Fakt, dostaje się szybko, dobrze językowo wyglądającą treść. Dla przejrzystości zacytuję dosłownie uzyskane informacje, zaopatrując je w niezbędny komentarz. Komentarze odzwierciedlają mój sposób myślenia w czasie czytania tych treści. Bo jednak już coś o owadach wiem a ta wiedza ułatwia szybką weryfikację uzyskanych treści.

Wykorzystałem Copilot, bo ten AI ma dostęp do internetu w czasie rzeczywistym. S.Cz.„Czy znasz chrząszcza guniaka czerwczyka?”

Copilot ”(…) Tak, znam tego małego osobnika — guniak czerwczyk (Scarabaeus ferrugineus, dawniej Cetonia aurata subsp. ferruginea) to gatunek chrząszcza z rodziny poświętnikowatych (Scarabaeidae). W Polsce bywa spotykany głównie latem, często w pobliżu stogów siana, kompostowników czy miejsc z rozkładającą się materią organiczną. [S.Cz. Nic tu nie jest prawdą, pierwsza nazwa łacińska to starszy synonim amerykańskiego gatunku Bradycinetulus ferrugineus, nie znałem tej nazwy i była inna niż w Wikipedii, wiec szybko sprawdziłem. Z kolei Cetonia aurata to zupełnie inny gatunek chrząszcza z tej samej rodziny, ale inaczej wygląda i inna jest biologia larw, to miałem w pamięci. Kruszczyca złotawka to zielonkawy, połyskujący, piękny chrząszcz. Larwy tez są pędrakami ale żyją w innym siedlisku niż pędraki guniaka czerwczyk.  wskazany podgatunek Cetonia aurata subsp. ferruginea to być może pełna fikcja. Sprawdzanie i udowodnienie bzdury wymagałoby sporej pracy w przeglądaniu różnorodnych źródeł naukowym, by odkryć źródło tej potencjalnej halucynacji czyli ordynarnego zmyślania.]

🪲 Kilka ciekawostek o guniaku czerwczyku:

  • Wygląd: Ma brązowoczerwony, metalicznie połyskujący pancerz — stąd jego nazwa. [S.Cz. kolor z grubsza mógłby pasować do guniaka czerwczyka, ale nie połyskujący pancerz, Połyskliwe są kruszczyce] Wielkością przypomina znanego wszystkim kruszczyca złocistego [S.Cz. Ewidentnie błędne tłumaczenie na język polski kruszczycy złotawki.], ale ma bardziej zaokrąglone ciało.
  • Tryb życia: Larwy rozwijają się w rozkładającej się roślinności, np. w sianie czy kompoście, co czyni go pożytecznym sprzątaczem natury. [S.Cz. Nie pasuje to do biologii guniaka czerwczyka lecz raczej do innych gatunków, bo są i takie, żyjące w próchnie, trocinach a nawet w kompoście czy stertach słomy lub siana.]
  • Ruchy: Dorosłe osobniki są aktywne w ciepłe, słoneczne dni — często można je zauważyć, jak nieporadnie latają w poszukiwaniu partnerów. [S.Cz. To może pasować do rójki guniaka czerwczyka. Ale i do bardzo wielu różnych gatunków.]
  • Rola w ekosystemie: Pomaga rozkładać martwą materię organiczną, wspierając naturalne procesy biodegradacji. [S.Cz. Raczej pasowałoby do chrząszczy takich jak kruszczyca złotawka ale nie guniak czerwczyk.]

Jeśli chcesz, mogę poszukać jego zdjęcia lub opowiedzieć o innych fascynujących chrząszczach w Polsce. 🐞 Co Cię najbardziej interesuje?”

Spójnie i wiarygodnie w warstwie językowej lecz całkowicie błędnie w aspekcie wiedzy przyrodniczej. To zupełnie nie pasuje do guniaka czerwczyka. Moja dość przeciętna entomologiczna wiedza w zakresie chrząszczy z rodziny żukowatych (poświętnikowatych) od razu pozwoliła mi zidentyfikować ewidentne błędy. Ale to może wina mojego zapytania? Modele językowe uczone były przede wszystkim na zasobach w języku angielskim. O ile wiem, to AI takie jak Copilot, najpierw tłumaczą sobie na język angielski, generują tekst i potem tłumaczą na polski. Wiele osób już pisało o tym, że w zakresie wiedzy lepiej zadawać pytania po angielsku lub używać angielskich terminów (pojęć). Co prawda nie znam angielskiej nazwy guniaka czerwczyka (można to sprawdzić na Wikipedii, jeśli istnieją opracowania danego hasła w innych językach), ale można wykorzystać nazwę naukowa, łacińską. Nazwy naukowe gatunków maja te własność, że są precyzyjne i jednoznaczne. Dlatego pytając AI o gatunki lepiej używać nazw łacińskich, naukowych.

Podjąłem drugą próbę z Copilotem” „Pomyliłeś gatunki, chodzi mi o guniak czerwczyk (Amphimallon solstitiale)."

Copilot: „Masz całkowitą rację, Stanisław — dziękuję za sprostowanie! 😊 Pomieszałem chrząszcze, a przecież guniak czerwczyk to zupełnie inna historia. Pochylmy się nad tym właściwym bohaterem:

🪲 Guniak czerwczyk (Amphimallon solstitiale)

Rodzina: żukowate (Scarabaeidae) Występowanie: bardzo pospolity w Polsce — szczególnie latem, w okresie przesilenia letniego, stąd jego nazwa gatunkowa solstitiale [S.Cz. Analiza językowa nazwy, możliwe że słuszna i historycznie prawdziwa]

🔍 Charakterystyka:

  • Wygląd: dorosły chrząszcz ma długość ok. 20 mm [S.Cz, na podstawie innych źródeł,  ma 14–18 mm długości a więc można uznać że w miarę poprawnie], ciało owłosione [S.Cz. to prawda, ma włoski na całym ciele], barwy żółtobrązowej. [S.Cz. barwa ciała miodowa, żółtobrunatna bądź brunatna.] Dość niepozorny, ale licznie występujący.
  • Tryb życia: dorosłe osobniki pojawiają się masowo wieczorem, często przylatując do źródeł światła — co bywa uciążliwe dla ludzi.[S.Cz.  światła przylatuje większość gatunków, a jeśli akurat jest masowy pojaw to i guniaki przylecą. Jako duże chrząszcze mogą budzić niepokój „mieszczuchów”, ale o uciążliwości to raczej nie ma co mówić, to stanowcza, popkulturowa przesada].
  • Larwy: żyją w glebie przez kilka lat [S.Cz. pędraki żyją 2–3 lata w ziemi, więc bardzo mało precyzyjnie, bo kilka to także 5-7 lat], żerując na korzeniach roślin — mogą powodować szkody w uprawach traw i warzyw.[S.Cz. odżywiają się korzeniami roślin, głównie trawiastych, czyli informacja poprawna.]
  • Zachowanie: typowy „letni żuczek” — często mylony z chrabąszczem majowym, choć mniejszy i pojawia się później. [S.Cz. tak, jest podobny do chrabąszcza majowego, jest mniejszy i pojawia się jakiś miesiąc później]

🌱 Znaczenie:

Choć dorosłe guniaki nie szkodzą, larwy (pędraki) mogą powodować szkody w ogrodnictwie czy rolnictwie. Mimo to są częścią ekosystemu i pokarmem dla wielu ptaków. [S.Cz. Większe szkody mogą wyrządzać larwy wśród młodych roślin, głównie w burakach cukrowych i lnie.]

Chcesz może, żebym pokazał jego zdjęcie albo przygotował ciekawostkowy porównanie z innymi żukami latającymi latem?”

Po podaniu nazwy łacińskiej (naukowej) uzyskałem informacje w miarę poprawne choć ogólnikowe. Wniosek jest taki, że ma znaczenie w jaki sposób pytamy (piszemy polecenie) algorytmowi AI. Drugim wnioskiem jest to, że potrzebna jest nam własna, wewnętrza wiedzy by umieć ocenić wiarygodność uzyskiwanych wyników. Trzecim wnioskiem jest to, że Wikipedia znacznie bardziej przydatna i wiarygodna niż Copilot, nawet z podaniem nazwy łacińskiej. Zatem w zakresie literatury faktu, zwłaszcza dla wąskich i niszowych tematów, AI na razie nie jest silną konkurencja dla encyklopedii, tworzonej przez ludzi w ramach wolontariatu. A taką jest bez wątpienia Wikipedia.

Sięgnąłem do źródeł i analizowałem moje zdjęcie. Czy to rzeczywiście jest guniak czerwczyk? Niestety wiele z cech diagnostycznych nie było widocznych na moim zdjęciu. Pozostawało porównywanie ubarwienia. Część z tych cech wskazuje na guniaka czerwczyka, ale pewności nie ma. Nie wszystko co wygląda jak guniak, guniakem czerwczykiem jest.

Czy ten w Olsztynie spotkany w połowie lipca (9 lipca na osiedlu Mleczna) żyje w okolicy, w mieście, czy też może przyleciał z daleka? Dziki często ryły trawniki, pewnie i takich pędrakowych przysmaków szukają. To kierunki ewentualnych poszukiwań i wartościowych refleksji przyrodniczych. Od guniaka, jak po nitce Ariadny, do poznawania przyrody wokół nas.

Przyroda w mieście też jest różnorodna. Jeśli jej na to pozwolić. Wystarczy być tylko uważnym a przygoda czeka nas w każdym miejscu. Nawet na miejskim chodniku. Co zrobić, by przeżyć wakacyjną przygodę? Bądź uważna(ny) i patrz nawet pod nogi. Zaobserwuj, rozpoznaj, dowiedz się więcej o spotkanym obiekcie (gatunku, zjawisku). Od obserwacji do wiedzy i przygody.

W Atlasie chorób i szkodników buraka zamieszczone są ilustracje trzech gatunków guniaków, wszystkie do siebie bardzo podobne (różnice w czułkach i owłosieniu tarczki). Kupało południowiec, guniak południowiec (Rhizotropus aestivus) ma ciało długości 12-18 mm. O biologii tego gatunki więcej nie napisano. Porównałem także zdjęcia z innych miejsc w internecie. Spotkany przeze mnie guniak raczej nie był tym południowcem. Występuje raczej w Europie Zachodniej i Południowej.

Drugim gatunkiem w Atlasie był guniak rudziak  Miltotrogus aequinoctialis (z innych źródeł internetowych -  Holochelus (Miltotrogusaequinoctialis), stanowiska z Polski podawane nielicznie i z południowo-wschodniej części naszego kraju, czyli u nas raczej nie odnotowany). O jego biologii z Atlasu też się wiele nie dowiedziałem.

Najwięcej było o guniaku czerwczyku. W odróżnieniu od dwóch wcześniej wymienionych, ma pokrywy skrzydłowe jaśniejsze, żółtawe, niezbyt wyraźnie kropkowane i połyskujące z wyraźnymi podłużnymi, gładkimi żebrami, pokrytymi odstającymi włoskami (choć u starszych osobników włoski te mogą być miejscami wytarte). Larwy, czyli pędraki wszystkich trzech wymienionych do tej pory gatunków, pod koniec rozwoju osiągają do 50 mm długości (dla porównania larwy chrabąszcza majowego osiągają wielkość do 65 mm). W Atlasie zaznaczono, że larwy żyją w glebie przez trzy lata i uszkadzają między innymi korzenie buraka cukrowego. Z Wikipedii dowiedziałem się więcej, że postacie dorosłe (imagines) pojawiają się od połowy czerwca (co uzasadnia nazwę czerwczyk), rzadko w lipcu a nawet w sierpniu. Dorosłe aktywne są zwykle o zmierzchu i są  mało wybredna pokarmowo, zjadają liście zarówno roślin iglastych jak i liściastych. „Samica wygrzebuje norkę w ziemi i składa do niej jaja. Czynność ta trwa cały dzień. Wieczorem norkę opuszcza i odlatuje aby żerować. Prawdopodobnie po kolejnym zapłodnieniu czynność powtarza. Wkrótce potem ginie. Pędraki żyją 2–3 lata w ziemi i odżywiają się korzeniami roślin, głównie trawiastych.  (…)Przepoczwarczenie następuje płytko pod powierzchnią ziemi. (…).  W leśnictwie, rolnictwie i ogrodnictwie, ze względu na coraz rzadsze występowanie, szkodnik o lokalnym znaczeniu gospodarczym. Większe szkody mogą wyrządzać larwy wśród młodych roślin, głównie w burakach cukrowych i lnie.”

Z Wikipedii dowiedziałem się także o podobnych guniakach: Amphimallon ochraceum i A. falleni  (brak polskich nazw). Amphimallon ochraceum zasiedla skraje lasów, parki, sady, ogrody, ugory i pola uprawne. Aktywne osobniki dorosłe spotyka się latem. Latają rano i po południu. Pędraki rozwijają się w glebie, żerując głównie na korzeniach drzew liściastych. Wcześniej w Polsce rzadko spotykany, jedynie obecnie w  XXI w., odnotowany został na kilku stanowiskach. Informacji o Amphimallon falleni  na polskojęzycznej Wikipedii jeszcze na razie nie ma.

W popularnym atlasie owadów Jiri Zahradnika (Przewodnik, Owady), wymieniony jest tylko guniak czerwczyk. Znalazłem tam informacje, że rójka odbywa się podczas lipcowych wieczorów. Chrząszcze latają zazwyczaj wokół koron drzew, na łąkach i na skrajach lasów. Natomiast w opracowaniu Heiko Bellmann (Owady. Spotkania z przyrodą), oprócz guniaka czerwczyka zilustrowany i opisany jest także guniak murawowy (Amphimallon atrum). Samce są ciemnobrązowe, prawie czarne, samice natomiast dużo jaśniejsze, podobnie ubarwione jak guniak czerwczyk. Guniaki murawowe pojawiają się w czerwcu i lipcu. Spotkać je można na ciepłych, górskich murawach nawapiennych, w Polsce nie występuje. Skoro nie występuje, to można by automatycznie odrzucić jako nieprawdopodobny do spotkania w Olsztynie. Niemniej na skutek zmian klimatu i granic zasięgów rozmieszczenia wielu gatunków, warto rozważyć i takie gatunki (dokładniej sprawdzić cechy diagnostyczne).

Biorąc pod uwagę datę, miejsce znalezienie i wygląd z dużą dozą prawdopodobieństwa w Olsztynie spotkałem na chodniku guniaka czerwczyka. Ale całkowitej pewności nie mam. Powinienem albo zabrać ze sobą spotkany okaz i po zakonserwowaniu w dowolnym momencie przyjrzeć się cechom diagnostycznym, albo zrobić więcej zdjęć z różnych ująć. Niestety w momencie spotkania nie wiedziałem nic o istotnych cechach diagnostycznych, więc nie wiedziałem na co zwrócić uwagę przy robieniu zdjęć. Następnym razem będę uważniejszy w dokumentowaniu.

Pora na wnioski z tej letniej, miejskiej przygody z chrabąszczem (wszak guniak jest w szerszym sensie chrabąszczem). Po pierwsze ważny jest sposób pytania algorytmów AI. Zapytanie tylko z nazwą polską rodzi duże ryzyko pełnej konfabulacji. Podanie nazwy naukowej jest konieczne. Ale uzyskane informacje są raczej ogólne, mało dokładne. Może, gdyby zadawać kolejne pytanie, to byłoby więcej szczegółów. Ale bym nie zaufał i wszystkie detale dodatkowo sprawdzał. Bo to model językowy a nie logiczna wiedza popularnonaukowa czy naukowa. AI dobra jest do literatury fikcji, bardzo ryzykowna w literaturze faktu. Bo nie myśli logicznie i systemowo, nie analizuje informacji pod kątem spójności i wiarygodności naukowej. Tu człowiek na razie jest niezastąpiony. Ale warto pamiętać, że ludzie też konfabulują, zmyślają, blagują, czasem sami mają wiedzę powierzchowną (i iluzoryczną) i niezweryfikowaną a brakuje im chęci i umiejętności naukowej do rzetelnej weryfikacji. Ludzie także tworzą fake newsy i wygadują lub piszą głupoty. Czasem wynika to z niekompetencji, czasem z premedytacji, dla zysku lub w celu oszustwa, siania zamętu czy jako akt wrogiej dywersji. Do ludzi i źródeł, tworzonych przez ludzi też miejmy dystans i zachowajmy krytyczne myślnie. Jeśli coś jest ważne i istotne (a więc traktujemy jako literaturę faktu) weryfikujmy w kilku różnych źródłach. Że to zajmuje czas? Ale mniej kosztuje niż uleganie oszustwom i fake newsom. I finansowo i emocjonalnie.

Drugi wniosek jest taki, że w mieście też jest okazja na przyrodniczą przygodę. Wystarczy być uważnym i patrzeć pod nogi. Oraz być na tyle dociekliwym by w różnych źródłach poszukać więcej informacji oraz krytycznie przeanalizować i obserwacje i wyszukane informacje.

A, Wy, drodzy czytelnicy, jakie przeżyliście letnie przygody z przyroda w mieście? .


Źródła wykorzystane w tekście: