24.04.2020

Zdalna edukacja pokazała nam jak ważne są kontakty bezpośrednie

(Park w Kortowie, kampus uniwersytecki, zajęcia i dyskusja na trawniku. Szkoda, że to tylko ciekawostkowa a nie codzienność. Rok 2010 lub 2011). 
Tak, teraz widzimy, że w edukacji kontakty bezpośrednie są bardzo ważne i niezastępowalne w pełni. Zarówno w odniesieniu do szkół jak i uniwersytetów. I nie chodzi mi tylko o zajęcia typowo laboratoryjne i eksperymentalne. Bezpośredni kontakt jest niezbędny do dyskusji i budowania relacji. Zdalne nauczanie może tylko uzupełniać taką edukację. Z pewnością przyszłością jest edukacja hybrydowa (blended learning), w które część przestrzeni mentalnej i edukacyjnej realizowanej przez tradycyjne książki i podręczniki zajmować będą media wirtualne (i e-boooki). Będziemy chodzi do szkoły by się spotykać w grupie rówieśniczej i społecznej, na uniwersytety by się spotykać z innymi młodymi ludźmi i z ekspertami. A nie tylko po to ,by zdobyć informacje (od wykładowcy czy z biblioteki). Nauczyciel i wykładowca bardziej będzie potrzebny nie jako jedyne źródło informacji i wiadomości ale jako ten, który pokaże sens, który pokaże do czego dana wiedza się przyda, pomoże odkryć co już na ten temat wiem, gdzie i jak mogę poszerzyć swoje wiedzą, jakie techniki zastosować by lepiej zapamiętać to, co chcę zapamiętać. Inne role. Czy jestesmy na to przygotowani? Czy już widzimy, że świat się zmienił? Ta zmiana powoli dokonuje się już od kilkudziesięciu lat.... Epidemia COVID-19 i zdalna edukacja w społecznej samoizolacji tylko wyraźniej nam to uwidoczniła. Choć i teraz, wielu nie dostrzeże... bo emocję zakłócają procesy percepcji, refleksji i analizy.

Skoro namacalnie dostrzegamy wagą kontaktów bezpośrednich (to już mocno wybrzmiewa w wielu wypowiedziach rodziców, uczniów, nauczycieli, studentów, akademików), to dlaczego w dotychczasowej infrastrukturze kampusów uniwersyteckich brakuje przestrzeni do bezpośrednich i częstych spotkań pracowników z pracownikami, studentów ze studentami, pracowników ze studentami? Chodzi i o fizyczna przestrzeń, ułatwiającą spotykanie się, dyskutowanie, budowanie relacji i interakcji. Jest dużo budynków, dużo powierzchni ale bardzo mało do interakcji i poznawania czy uczenia się w relacjach z innymi.

Edukacja zdalna nie zastąpi edukacji "tradycyjnej", tej w bezpośrednim kontakcie. Ale ją zmieni i może ją uzupełniać. Inną sprawą jest bardzo zły stan edukacji także na poziomie wyższym. Dydaktyka już dawno została zepchnięta na margines. Nasza tradycyjna dydaktyka jest bardzo słaba. Teraz, w czasie izolacji i zdalnego nauczania, widać to bardzo dobitnie: duże niedoinwestowanie technologiczne i merytoryczne (kapitału ludzkiego), bylejakość. Przynajmniej jeśli chcemy porównywać się z uniwersytetami z całego świata). Od dłuższego czasu liczą się tylko badania naukowe a w zasadzie tylko punkty za publikacje. Punkty mierzone w bardzo krótkiej perspektywie czasowej (do awansu i wskaźników). Dydaktyka toczyła się i toczy siłą rozpędu i przyzwyczajenia. Skupieni jesteśmy na wskaźnikach i tabelkach. Zdalne nauczanie obnażyło słabość zarówno szkoły jak i uniwersytetu. Ze strachu trudno o tym mówić, bo lepiej w sprawozdaniach i relacjach pisać o sukcesie, o 100% frekwencji i realizowaniu zakładanych rezultatów. Tak jest bezpieczniej, po co się wychylać, zaraz będą problemy, komentarze typu "że zły to ptak, co własne gniazdo kala", "że władza mówi o sukcesie więc jest to podważanie władzy i dywersja" itd. Czy i gdzie i jak mierzona jest jakość nauczania? Co uznajemy za jakość? Istnieją na papierze różne procedury, zespoły, komisje. Czy poza istnieniem na papierze coś się sensownego dzieje? Coś, co warto poddać refleksji i dyskusji? 

Kampus uniwersytecki w Olsztynie budowany był i jest blisko 70 lat, głównie w czasach, gdy nie było żadnego e-learningu, żadnej zdalnej edukacji. Gdzie w Kortowie (miasteczku uniwersyteckim) można się spotykać? Jak jest zorganizowana przestrzeń dla pracowników i dla studentów? Jesteśmy poumieszczani niczym w klatkach, brak przestrzeni do swobodnych dyskusji, nawiązywania relacji. Spotykamy się tylko w wyznaczonych planem zajęć wykładach i ćwiczeniach, nieliczny w ramach rad naukowych (bo już nawet rad wydziałów nie ma?), czasem na konferencjach naukowych cyz okazjonalnych sympozjach, komisjach ds przewodów doktorskich. Brak nam dobrego środowiska edukacyjnego, zarówno tego analogowego jak i cyfrowego. Czy dopiero teraz dostrzeżemy wagę przestrzeni w budowaniu dobrego środowiska edukacyjnego? By sami studenci mogli łatwo i często wchodzić w interakcje. Teraz chyba najlepszą taką przestrzenią jest Biblioteka Uniwersytecka. By naukowcy różnych wydziałów i specjalności mieli możliwość spotykania się i dyskutowania? W tym ostatnim to paradoksalnie własnie zdalna komunikacja może pomóc.

Całe Kortowo należałoby zupełnie inaczej zorganizować (przebudować). Z pewnością są to koszty. Ale najtrudniej dokonują się zmiany w naszych mózgach. Bariery nie do przebycia, mury nie do przeskoczenia, rowy nie do zasypania... Mamy duże budynki, wiele z nich to całkiem nowe. A przestrzeni do interakcji, dyskusji nie ma. W każdym razie jest jej bardzo mało, stanowczo zbyt mało co to wyzwań i potrzeb. Nawet w sensie gastronomii, pokojów socjalnych dla studentów (nieliczne jaskółki wiosny nie czynią). Nawet nie mamy zwyczaju siadać na trawie (póki jest jeszcze zielona, a zbliżająca się susza może to zmienić). A kończone inwestycje w rewitalizację parków w Kortowie także i tego nie uwzględniają. Jak w fabryce brojlerów: dobry dojazd samochodami, wszędzie parkingi, byle dobry dostęp do klatek.... Izolowani w swoich gabinetach, pokojach, byliśmy już od dawna. Paradoksalnie poprawa jakości pogorszyła możliwości interakcji. Bo teraz siedzimy osobno, pooddzielani ścianami i nieprzezroczystymi drzwiami.

Co mnie zainspirowało do tej wypowiedzi? Taki mianowicie tekst: "schyłek uniwersytetów jakie znamy" Czy będzie nas stać przynajmniej na dyskusję wybiegającą w przyszłość? I czy jesteśmy w stanie świadomie do takich zmian się przygotowywać?

Jeśli nie dyskutujemy w sieci, to znaczy, że nie mamy nawyku do dyskutowania w przestrzeni analogowej. Izolacja i zdalna edukacja jest jak papierek lakmusowy - wyraźniej pokazuje nam stan naszej edukacji. Także tej na poziomie wyższym.

Owszem, mogę być cicho (emigracja wewnętrzna nie jest taka trudna), mogę potakiwać, wypełniać tabelki i sprawozdania. I tak przeczekać jeszcze te kilka lat do emerytury.... Mogę piać tylko o owadach, roślinach, konektywizmie, filozofii przyrody. To nie jest trudne. Mogę także pisać pod pseudonimem, anonimowo. Przypomnę sobie czasy młodości...

(Spotkanie edukacyjne i budowanie relacji.
Niestety to nie jest uniwersytecki kampus, to Park Centralny w środku miasta)

21.04.2020

Leśne tulipany z Bystrzycy Kłodzkiej (i na Żuławach)

(Bystrzyca Kłodzka, 20 kwietnia 2020, fot. Iwona Sakowicz)
Po opublikowaniu pierwszej informacji o leśnych tulipanach w 2015 roku, przyszło do mnie sporo różnych doniesień o obecności tego gatunku w różnych miejscach Polskie. Wczoraj otrzymałem od pani Iwony Sakowicz zdjęcia i filmiki z małym poletkiem leśnych tulipanów z Bystrzycy Kłodzkiej (południowo-zachodnia Polska, Ziemia Kłodzka). Mały przykład nauki obywatelskiej. Publikuję i to małe doniesienie bo może się przyda botanikom. Przeciętnemu miłośnikowi przyrody łatwiej wyguglać informacje z bloga niż ze specjalistycznych publikacji. Pomysł na aktywność w czasie spacerów: obserwować przyrodę i dokumentować obecność różnych gatunków. Ważne jest to zwłaszcza w czasie zmian klimatycznych i związanych z tym zmian zasięgów występowania wielu gatunków.. Nawet tych "zwykłych".

"Natknęłam.się na Pana teksty o dzikich tulipanach. Wczoraj znalazłam.ich stanowisko w okolicy Bystrzycy Kłodzkiej, gdzie mieszkam. (....) To jest nad Nysą Kłodzką. W tej chwili taki zdziczały teren na obrzeżu miasta. Nie Wiem, co tam było za Niemców. (...) Rosną też lilie złotogłów ale te akurat obserwuję od dawna (...). Przekazałem te informacje botanikom z Wrocławia ale jeszcze nie mam od nich odpowiedzi ."

Na zdjęciach widać leśne tulipany pośród zawilców i innych roślin. "Całość zajmuje ok. 20 m2 (...) Jestem w kilku grupach roślinnych (jestem moderatorem grupy Działka i Ogród Naszą Pasją) ale amatorem, zawód- pedagog szkolny (...) To stanowisko znalazł w ubiegłym roku sąsiad mojej koleżanki w czasie spaceru z psem. Ale nie widziałam wtedy tych kwiatów i myślałam, że to może złoć. A określił to jako podobne do tulipana. Wczoraj koleżanka zadzwoniła, że zaczynają kwitnąć i poszłyśmy tam. Tu w okolicy chyba nikt inny o tym.nie wie. A może po prostu ktoś widział ale nie zainteresował się co to jest . Iwona Sakowicz". 

Jeśli spotkasz gdzieś leśne tulipany, to zrób zdjęcie (by mieć pewność i by można było zweryfikować doniesienie) i umieść gdzieś w widocznych zasobach internetowych. Albo przyślij do mnie. Ja upowszechnię. Dopytaj się także o szczegóły, które pozwolą ustalić czy stanowisko jest stare czy też jest to efekt niedawnego wprowadzenia tej rośliny ze sklepowych cebulek.

fot. Iwona Sakowicz

fot. Iwona Sakowicz

fot. Iwona Sakowicz
PS. (24.04.2020) - stanowiska na Żuławach we wsi Tuja.

(To stanowisko znalazłam w Tuji na Wielkich Żuławach Malborskich. Fot. Wiesława Nowakowska)

20.04.2020

Epidemia a leśne tulipany

(Znalazłam stanowisko dzikiego tulipana w Gdańsku na stoku Biskupiej Górki. Połowa kwietnia 2020 r.
Fot. Wiesława Nowakowska)
Co ma wspólnego epidemia z leśnymi tulipanami? Niewiele. Tylko tyle, że prawdopodobnie dawniej sok z leśnych tulipanów był wykorzystywany jako lekarstwo. Nie wiem nawet na jakie dolegliwości. Teraz też poszukujemy leków na różne choroby, nie tylko na COVID-19. Otaczająca nas różnorodność biologiczna to ogromna "apteka". Warto o nią zadbać by nie wyginęło zbyt dużo gatunków. One mogą się nam przydać. Dzisiaj jeszcze nie wiemy do czego. Ale za jakiś czas już może będziemy wiedzieli. Tak dużo zostało jeszcze do zbadania...

Kilka dni temu otrzymałem od pani Wiesławy Nowakowskiej zdjęcia dzikich, leśnych tulipanów, rosnących na stoku Biskupiej Górki w Gdańsku. Sądząc po liczbie rosnących tam leśnych tulipanów mają się tam dobrze. Ciekawe od kiedy tam się znajdują.

Właśnie jest okres kwitnięcia tych roślin. Dobry czas na poszukiwania. Może ktoś jeszcze wyśledzi u siebie te leśne, tajemnicze tulipany? I sprawdzi ich pochodzenie? Czy jest to dawne stanowisko czy też współczesne nasadzenia? Ja z sentymentu do tych tajemniczych, leśnych tulipanów jesienią dwa lata temu zasadziłem kilka cebulek pod moim blokiem, na tworzonej kwietnej łące. Właśnie po raz drugi zakwitają. Dały się im we znaki marcowe i kwietniowe, nocne przymrozki. Na dodatek gleba jeszcze słaba, z niewielką ilością próchnicy. Ale staram się by jak najwięcej martwej materii organicznej zostało na miejscu. I nie jest łatwo... Ostatnio spora część mojej łąki całkowicie wyschła. Najwyraźniej były wylewane tu jakieś płyny, może po myciu klatki schodowej? Może pływy zawierające środki odkażające? Rosnąca trawa uschła i zniszczone miejsce wyraźnie się odcina od reszty. Tulipany są nieco dalej. Na szczęście.

(Fot. Wiesława Nowakowska)
Kiedy w marcu 2015 roku pierwszy raz pisałem o leśnych tulipanach (O żółtych tulipanach, soku z trujących roślin i zapiskach kucharza), to wydawało mi się, że będzie to pierwszy i ostatni raz. Wspominałem wtedy o zapiskach kucharza, poczynionych na marginesie książki, odnalezionych w aktach administracyjnych junkierskiej rodziny Finckensteinów (Drogosze pod Kętrzynem). Moją uwagę zwrócił przepis na sok z leśnych tulipanów.

Tulipan dziki zwany także tulipanem leśnym (Tulipa sylvestris) jest gatunkiem wieloletnim, występuje w całej Europie i północnej Afryce oraz w Turcji. Populacje dziko rosnące zagrożone są wyginięciem. Według Roślin Polski (Szafer, Kulczyński i Pawłowski, wyd. piąte z 1986 r.) w Polsce prawdopodobnie występują populacje tylko zdziczałe (czyli jako roślina, która „uciekła” z ogrodów). Stwierdzany był na Śląsku i północno-zachodnim podnóżu Tatr. Nie jestem botanikiem i nie wiem, czy leśne tulipany w Polsce występowały w stanie naturalnym. Na pewno były hodowane w ogrodach. Później być może „zdziczały” czyli są gatunkiem zawleczonym przez człowieka. Pozostaje jednak pytanie czy za sprawą człowieka skolonizował nowe tereny czy jedynie powrócił na pierwotne miejsca. Żeby to rozstrzygnąć potrzebne byłyby dedykowane badania łącznie z analizami genetycznymi. Najpierw trzeba by jednak zinwentaryzować miejsca współczesnego występowania. Zaskoczeniem dla mnie były informacje, które wskazują że leśne tulipany występują i to na północ od Śląska i podnóża Tatr. Otrzymałem informacje o utrzymywaniu się tego gatunku i to na północ od naturalnego zasięgu występowania.

Najpierw pojawiła się informacja o występowaniu na Ziemi Lubuskiej – wieś Bożnów, koło Żagania, 50 km pod Zieloną Górą. Potem otrzymałem kilka informacji z Warmii i Mazur, częściowo w pobliżu miejsca pierwszej wzmianki w Drogoszach: Siemki koło Reszla, Smokowo koło Kętrzyna. Ale także w Kajnach nad Łyną i w miejscowości Karwiny, gmina Wilczęta („Pojawiają się w parku koło ruin kościoła i są piękne”) i Wójtowo koło Olsztyna („U mnie są od około 10 lat, Jak sobie kojarzę to Babcia przywiozła cebulki od koleżanki tylko której, albo z Olsztyna ul. Rataja albo z Żabiego Rogu. Nie wiedziałam, że to taki skarb. Są śliczne w słońcu potem się zamykają”). Potem sam znalazłem stanowisko leśnych tulipanów w Silginach (blisko Drogoszy), w miejscu gdzie na pewno od dawna występują, co najmniej kilkadziesiąt lat.

Tulipan dziki rośnie w lasach, na łąkach, w ogrodach, zaroślach i winnicach. Lokalnie zadomowiony, nieinwazyjny (nie ma we współczesnym wykazie roślin synantropijnych Polski), prawdopodobnie kenofit czyli gatunek roślin obcego pochodzenia, nienależący do flory rodzimej, który zadomowił się w ostatnich czasach. Za graniczną datę przyjmuje się odkrycie Ameryki, które zapoczątkowało migrację gatunków na niespotykaną dawniej skalę. W przypadku leśnego tulipana nie przybył on zza oceanu tylko z innych części Europy lub z Azji. Być może badania genetyczne pozwoliłyby ustalić skąd są nasze leśne tulipany.

Tulipan dziki (leśny), pochodzi z Europy południowo-zachodniej. Nie wiadomo kiedy pojawił się na terenie Polski. Może na fali osiemnastowiecznej mody na tulipany wśród arystokracji? Najpewniej był hodowany w ogrodach, z których wnikał do siedlisk częściowo przekształconych przez człowieka.

Sok z leśnych tulipanów, w przepisie kucharza z Drogoszów, sugeruje, że prawdopodobnie była ta roślina wykorzystywana jako lecznicza lub jadalna. Dwa w jednym – i ładna i przydatna gospodarczo.

Przepis na sok z leśnych tulipanów jest następujący: „zerwij leśne tulipany skoro tylko się pojawią [zatem w kwietniu lub maju] zalej je wrzątkiem, odstaw na 36 godzin, po czym wyciśnij z nich sok. Weź trzy kwaterki miodu, gotuj tak długo, aż się wyklaruje, odszumuj. Wlej do tak przygotowanego miodu cztery lub pięć kwaterek soku, dobrze zagotuj, ostudź.” Według przepisu to bardziej „sok z miodu”. Może to taki wiosenny napój? A może coś na kształt ziołomiodu? I dlaczego ten dodatek tulipanów? Czy dla celów smakowych, czy dla leczniczych? A może to miała być trucizna?

W książce prof. Mowszowicza pt. „Przewodnik do oznaczania krajowych roślin trujących i szkodliwych” znalazłem informację o tulipanie ogrodowym (Tullipa gesneriana), zawierającym alkaloid tulipinę. Działanie toksyczne: tulipany działają trująco na konie, bydło, muły (znane są przypadki zatrucia, gdy zwierzęta zjadały tulipany uprawiane w celach dekoracyjnych – krowy w ogrodzie zrobią szkodę nie tylko uprawom ale i sobie). Z informacji moich korespondentów internetowych wynika, że na pewno leśne tulipany były zjadane przez kozy i nic im się złego nie działo. Prawdopodobnie także przez krowy. Czyli, że nie jest trujący tak jak jego krewniak tulipan ogrodowy? Może zawartość tulipiny jest niewielka? Wiele informacji wskazuje, że same kwiaty nie są trujące. Tulipina znajduje się w liściach i cebulce. Aż się prosi „wziąć na laboratoryjny warsztat” leśne tulipany i sprawdzić, co mają w środku (jakie substancje).

Zaciekawia to utracone dziedzictwo i przyrodniczego i kulturowego (kulinarnego). Z dotychczasowej korespondencji wynika, że dzikie tulipany są u nas raczej „poniemieckie” (nie licząc tych, sadzonych współcześnie w ogrodach). Nie wiem z jakiego okresu pochodzą zapiski kucharza z Drogosz. Na pewno przed 1945 rokiem. A może jeszcze wcześniej, prawdopodobnie wiek XVIII. Zatem były na naszym terenie w czasach Prus Wschodnich. Kolejne wzmianki pochodzą z różnych miejscowości. Raczej były sobie przekazywane w celach ogrodniczych. Ale na pewno były stanowiska „zdziczałe”, z których także przenoszono tulipany do ogródków. Drugim intrygującym problemem jest to, gdzie one współcześnie u nas występują. Czy tylko w ogrodach przydomowych czy także w miejscach „dzikich”, wokół siedzib ludzkich, dawnych lub współczesnych.

Właśnie jest okres kwitnięcia tych roślin. Dobry czas na poszukiwania. Może ktoś jeszcze wyśledzi u siebie te leśne, tajemnicze tulipany? Jeszcze o tych tulipanach, z korespondencji, którą kilka lat temu otrzymałem: „pierwszy raz widziałam u sąsiadki w ogródku jakieś 30 lat temu, było ich kilka-kilkanaście, ładne były ale i na czarnoziemie (ta sąsiadka nie żyje od wielu lat, więc się nie dowiem skąd miała, od dawna ich nie ma na tamtym miejscu) więc się nie dziwię, że dobrze rosły, potem mama mi powiedziała, że na naszej łące też takie są. Były i są ciągle, nieco zmieniają „położenie” i zwiększa się obszar, na jakim są widoczne ale ogólnie w tym samym miejscu. Od kilku lat w coraz większej ilości są w innym miejscu – koło kaplicy, przypuszczam, że posadzone przypadkiem wraz z innymi cebulkowymi przez kolejną sąsiadkę (ale o niej za chwilę). Kaplica jest we wsi od 25 lat a wcześniej tam tulipanów na 100 % nie było, codziennie chodziłam tamtędy – obok- do szkoły, więc bym zauważyła. Są jeszcze w trzech ogródkach: u mnie -ale to wykopałam na łące i wsadziłam, u pani (…). w ogródku – też celowo je przesadziła do swojego ogrodu i u pani (…). w sadzie. Moja teoria jest taka, że wszystkie tulipany są z ogródka/sadu pani M.R. Tam jest ich najwięcej i Ona mówiła kiedyś, że są od kiedy pamięta. W tym sadku są jakieś bodajże poniemieckie groby (…) Faktem jest, że nigdzie poza wsią się nie spotkałam z tymi tulipanami, (…) Z tego co zauważyłam, zdecydowanie lepiej rosną na glebach lżejszych i wilgotnych, nasza łąka to glina (…) i tam są raczej małe/nędzne a bliżej rzeczki dorastają do 0,5 m wysokości- sama byłam zdziwiona – bo na górce łąki – z 20-30 cm wysokości łącznie z kwiatem a kilka metrów dalej takie wysokie. Podobnie wysokie rosną koło kaplicy. W ogródku mają średnio 40 cm wysokości. Jak zaczną kwitnąć to porobię zdjęcia łodyg przy np. centymetrze krawieckim aby było widać różnicę.
I moje, zakwitające leśne tulipany na podblokowej łące kwietnej (już przekwitły krokusy): 

(20 kwietnia 2020, fot. S. Czachorowski)

(20 kwietnia 2020, fot. S. Czachorowski)

(20 kwietnia 2020, fot. S. Czachorowski)

19.04.2020

Pisanie bloga? Dlaczego warto? Dlaczego to robię? (odświeżone)


Dlaczego piszę, tu na blogu? Bo jest to sposób na wyrażanie myśli, które po głowie się kłębią i kiełkują niczym wiosenne kwiaty. Tak jak wiele innych osób i ja mam problem z wyrażaniem myśli. Z precyzyjnym formułowaniem, trafnym dobieraniem argumentów. Pisanie to jakaś forma pamięci zewnętrznej, pozaneuronowego zapisu. Kiedyś tylko na papierze a teraz w obwodach i sieciach, w pełni elektronicznie.

Coraz mniej okazji do publicznych dyskusji na uniwersytecie – pozostają tylko te oficjalne, uroczyste a przez to rzadkie. Coraz bardziej brakuje codziennej, spokojne dyskusji. Bo być może brakuje odpowiedniej przestrzeni publicznej oraz zbyt bardzo stajemy się korporacją z wyścigiem szczurów.

Dyskutować? A po co, czy będą z tego jakieś punkty? Punkty żadne ale jest przecież zaspakajanie własnej ciekawości i społeczne obcowanie z innymi… Wiele osób w trakcie dyskusji wie, co chciałoby powiedzieć… tylko jak to ubrać w słowa? Myśl nie znajduje słownej konkretyzacji. Ponadto dochodzi strach, że może niechcący popełni się jakiś błąd językowy i inni będą głośno lub w duchu się śmiać? Przecież tak bardzo lubimy zaocznie obgadywać i wyszydzać innych. Więc milczymy z obawy. Ja także. Wielokrotnie.

Prowadzenie bloga (a w dawnych czasach dziennika-pamiętnika) to praktyka, która czyni mistrza. Ćwiczyć trzeba często a nie tylko na olimpiadzie raz na cztery lata. Takie pisanie wydaje się jałowe – przecież punktów z tego nie ma, żadnych impact factor, żadnego akademickiego uznania i nagród. Być może wzrastają tylko (aż!) umiejętności w formułowaniu myśli, argumentowaniu.

Blogowanie-pisanie zmusza do czytania, poszukiwania, dokształcania się. Efekty w postaci umiejętności formułowania swoich wypowiedzi przydadzą się każdemu. Mnie na pewno. Jakże często dziwię się, gdy ludzie z tytułami, wykształceni mają ogromne trudności z napisaniem krótkiego tekstu, prostej informacji. Lub mają kłopoty ze składną i jasną wypowiedzią ustną, publiczną, na przykład przed kamerą, radiowym mikrofonem czy mediach społecznościowych. Przecież nie dlatego, że mają pustkę w głowie, że nie mają wiedzy i ciekawych przemyśleń. Chyba dlatego, że nie ćwiczą. Piszą tylko w hermetycznym stylu publikacje naukowe. One są niewątpliwie potrzebne. Ale zamykają świat naukowy w specyficznym getcie.

Umiejętność wypowiedzi i składnego formułowania myśli przydaje się każdemu, nawet najbardziej utytułowanemu naukowcowi (a może przede wszystkim właśnie im!), czy to w życiu zawodowym czy też w porozumiewaniu się w rodziną. Bez prawidłowego (jasnego, precyzyjnego, interesującego) wyrażania myśli trudno o dobrą komunikację, zarówno w świecie naukowym czy w komunikacji ze studentami. Bez tej umiejętności rośnie ilość konfliktów, nieporozumień i w konsekwencji stresu. 

Dlatego piszę sobie, tu na blogu, choć wydaje się to bezcelowe i bezproduktywne (zabiera czas, który można byłoby przeznaczyć na robienie zawodowej kariery). Piszę by ćwiczyć się. Piszę, bo uważam, że świat nie jest jedną wielką korporacją. Pisanie niezawodowe, nie przekładające się na wymierny efekt finansowy czy karierę tym bardziej dostarcza satysfakcji. Piszę dla siebie i dla ludzi, nie oczekując gratyfikacji czy poklasku. Piszę by tworzyć i utrzymywać wieź.

Pierwsza wersja tego tekstu ukazała się 6 lat temu. Teraz nieco odświeżona (bo stary adres blogowy już nie istnieje) ukazuje się ponownie.

Pisanie nie jest jedyną formą wyrażania myśli. Malowanie także sprzyja ekspresji, przemyśleniom. A u góry efekty grupowego pleneru w Krośnie pod Ornetą. Efekt społecznej dyskusji nie tylko słowami.

Pisanie jest jakimś dodatkowym sposobem na myślenie. Wymuszona linearność, możliwość powrotu i wielokrotnego "wypowiadania" myśli, poprawianie, rekonstruowania, zmiany szyku a więc i efektu ostatecznego.

Pisanie jest sposobem myślenia, po części zewnętrznego, pozamózgowego. Myślimy neuronami ale zapisujemy na papierze lub w komunikatorach, stronach, blogach. Niejako nasze myśli wychodzą poza nasz mózg i możemy je zobaczyć. Spojrzeć z boku. Zdania i słowa, które chcemy zapisać, inaczej formułujemy niż te, które myślimy dla siebie (w cichości naszych neuronów, w niewidoczny dla innych sposób) lub w by ustnie wypowiedzieć (dla siebie, by usłyszeć swoje myśli lub dla innych). Słowa zapisane są bardziej linearnym myśleniem, uporządkowanym, możliwym do dopracowania. Nasze myśli krążą wokół nich wielokrotnie. Są swoistymi koleinami, do których wpadamy i nimi podążamy.

A teraz, w dobie zdalnego nauczania, jeszcze bardziej przechodzimy na zewnętrzne nośniki pamięci i myślenia. Pisanie bloga pomaga mi myśleć, zapamiętywać, analizować, rekonstruować pojęcia, refleksje i myśli. A jeśli pojawiają się komentarze czy inne relacje, wtedy to myślenie staje się kolektywne i konektywne. Relacje zachodzą między ludźmi ale i ze sztuczną inteligencją (sygnalizowanie błędów literowych czy gramatycznych, korekta itd.), książkami, zasobami internetowymi. Fascynujące, nowe zjawisko cywilizacyjne.

System posiada własności, których nie miały samodzielnie elementy składające się na ten system i relacje.

18.04.2020

Mobilny poster i kształcenie pozaformalne z dygresjami do zdalnego nauczania

Przyszłość już jest. Wystarczy się rozejrzeć. Przygotowując się do zdalnych zajęć ze studentami wyszperałem pomysły i pierwsze realizacje sprzed pięciu lat. Teraz nazwałbym to blended learning, edukacją hybrydową. Te eksperymenty i propozycje sprzed kilku lat (prezentowane m.in. na konferencji Ideatorium w Gdańsku) warte są odkurzenia, ponownego przemyślenia i szerszego wdrażania. Mam nadzieję, że teraz to wieloletnie eksperymentowanie zyska większe zainteresowanie i liczniejsze próby wdrażania, modyfikowania, rozwijania.

W czasie pobytu we Francji (przy okazji innej konferencji poświęconej zasobom wodnym) sprezentowałem „gadającą butelkę”, z QR Kodem, odsyłającym do odpowiedniego filmiku (umieszczony na własnym kanale You Tube). Ku mojemu lekkiemu zaskoczeniu zadziałały szybko i znakomicie. Starsze pokolenie posługuje się smartfomami z dostępnym internetem a młodego pokolenie pokazało jak z tego korzystać. To znaczy jak pobrać bezpłatny dekoder kodów QR i jak uruchomić. Mobilny internet jest bardziej dostępny niż mogłoby się zdawać. A skoro przetestowałem na wystawie fotograficznej (Olsztyńskiej Dni Nauki), na wystawie prezentującej duży projekt badawczy z energią odnawialną, na dachówkach i na butelkach…. to czemu nie wprowadzić jako rozwiązanie do konferencyjnych plakatów naukowych? Tym bardziej, że uczę studentów komunikacji naukowej (referaty, plakaty raporty, eseje). Uczyć ich rzeczy starych, przestarzałych i dostępnych w podręcznikach? Przecież uniwersytet to wspólnota poszukujących… a więc sprawdzam najpierw innowacji na sobie, by potem pokazywać studentom. I powiadać im o własnych błędach, potknięciach, krętych drogach. Niech się uczą na błędach swoich (by lepiej zrozumieć, by doświadczyć) i na błędach moim (wtedy zajdą dalej).

Po co jest poster na konferencji? To forma krótkiego doniesienia, gdy w obliczu dużej liczby uczestników nie dla wszystkich jest czas by po kolei opowiedzieli o swoich odkryciach i aby uczestnicy-specjaliści, spośród dużej różnorodności, wybrali coś interesującego dla siebie… bez konieczności długiego oczekiwania na wybrany raport, nudząc się na tych z nieco innej działki (przecież jak na każdym „targowisku” interesuje nas w pełni jedynie fragment szerokiej oferty – ale każdego co innego). Istotą konferencji są przede wszystkim dyskusje (efektywna komunikacja). Na nie w tłumie zawsze brakuje czasu. Pretekstem (katalizatorem) dyskusji są referaty… i postery. A najciekawsze rzeczy toczą się w czasie dyskusji kuluarowych, w kameralnym nieco gronie.

Krótkie jest życie referatu (nie każdy zdąży usłyszeć), krótkie jest życie plakatu konferencyjnego (można rzucić jedynie okiem lub sfotografować i spokojnie poczytać w dowolnym czasie). Chciałoby się, aby dotarła treść do jak największej liczby odbiorców. Doniesienie żyje więc na długo przed (np. w formie publikacji), i na długo po konferencji. Streszczenia referatów, doniesień, posterów drukowane są w specjalnych tomikach konferencyjnych a od jakiegoś czasu także w formie internetowej. Umożliwia to dostęp nawet tym, którzy na konferencję nie dojechali. Organizatorzy umieszczają także na stronach konferencyjnych nawet miniaturki posterów. A wspomagając ten proces i ja umieszczam miniaturki plakatów na swoim blogu, razem ze streszczeniami. Tym bardziej, że po powrocie będę musiał szybko przygotować zdalny e-wykład… o nowoczesnych formach komunikacji.

Poster z mobilnym internetem czyli hybrydowe formy komunikacji w nauce

Są nie tylko media hybrydowe ale i pojawiają się nowe, hybrydowe formy komunikacji naukowej (upowszechniania wyników), łączące tradycyjny tekst, plakat naukowy z … mobilnym internetem. Wszystkie elementy techniczne są już w zasięgu ręki w większości na wolnej licencji. Komputery i elektronika zmieniły wiele. Tekst już nie musi być linearny. Hipertekstowe przekierowania w jednym dokumencie elektronicznym, jak i odwołania do innych za pomocą internetu, stworzyły zupełnie nowe możliwości. Jednak w korzystaniu z zasobów internetowych łatwo zagubić się w gąszczu pobocznych informacji i stracić kontakt z właściwym tekstem. To, co kiedyś wynikało z ograniczeń, teraz musi być osiągane siłą woli i koncentracją. Zbyt duże możliwości rozpraszają. 

Mobilny internet powszechnie dostępny zmienił jeszcze więcej. Media stały się hybrydowe. Prasa wymieszana została z radiem i telewizją a do tego z namiastką bezpośredniej rozmowy (aktywizujące komentarze i portale społecznościowe). Środowisko akademickie powoli odkrywa te możliwości. Zmieniają się tradycyjne formy komunikacji naukowej. Już nie tylko seminaria, referaty, publikacje i sesje posterowe (a przecież poster to naukowa nowinka, upowszechniona w naukach przyrodniczych zaledwie dociera do nauk humanistycznych). Nawet tradycyjny poster, jako połączenie publikacji naukowej z plakatem można ożywić i ozdobić filmem oraz szybkim dostępem do źródeł. Wystarczy skorzystać z QR Code lub innych aplikacji.

Hybrydowe formy komunikacji w nauce stają się faktem. Dla wielu jeszcze jako mglista fantazja, dla innych – rodząca się innowacja. 

Kształcenie pozaformalne jako wyzwanie dla dydaktyki akademickiej 

Dokonuje się przewrót kopernikański w edukacji. Dydaktyka akademicka najwyraźniej nie bardzo za tym procesem nadąża. Zmienia się rola uniwersytetów w edukacji bo zmienia się paradygmat kształcenia. Coraz bardziej wzrasta znaczenie kształcenia pozaformalnego i nieformalnego czy nawet ustawicznego. Nie zmienia się misja uniwersytetu, zmieniają się jedynie studenci.

Przekaz edukacyjny musi być dostosowany do słuchacza, jeśli ma być skuteczny (a nie tylko pustym rytuałem). Słychać głosy zaniepokojenia, że w dobie niżu demograficznego ubywa nam studentów a uczelniom grozi kryzys. Jednak chętnych do kształcenia jest równie wielu, a nawet może więcej. Zmienia się tylko forma. Powstają różnorodne centra nauki, popularne są pikniki naukowe, uniwersytety trzeciego wieku, wykłady otwarte, kawiarnie naukowe, popularyzatorskie mediach hybrydowych. To nie jest tylko rozrywka lecz formy edukacyjne. Transfer wiedzy odbywa się na wiele innych sposobów. Teraz tego doświadczamy w postaci zdalnej edukacji i to na masową skalę. W dużym stopniu środowiska akademickie (jak i edukacja szkolna) nie były na to przygotowane, ani sprzętowo ani merytorycznie. Mimo tego, że od co najmniej kilku lat byli ludzie, którzy takie formy rozwijają, głośno o tym mówią, pokazują, wdrążają. Przykładem mogą być nauczyciele skupieni w grupie Superbelfrzy RP.

Forma dydaktyki akademickiej musi nadążać za kontekstem miejsca i słuchacza. Zmiana formy kształcenia nie jest jeszcze dostrzegana w algorytmach finansowych, uczelnie dostają pieniądze na liczbę tradycyjnych studentów i typowe publikacje naukowe. Na razie coś ważnego jest gubione i niedostrzegane. Nie możemy patrzeć tylko na prosty efekt finansowy i zamykać tych szkół, wydziałów czy katedr w „niżu demograficznym”.

Coraz częściej szkoła i uniwersytet przestają być postrzegane jako jedyne miejsce, w którym się uczymy, gdyż uczniowie/studenci/słuchacze otrzymują atrakcyjne propozycje edukacyjne spoza tradycyjnych instytucji edukacyjnych. Trzeba podjąć w dydaktyce akademickiej działalność korespondującą z edukacją pozaszkolną. Miejsce edukacji może być w każdym „tu i teraz”, a nie w tylko czterech ścianach uniwersytetu. Po epidemii i niezamierzonym eksperymencie z masowa edukacją zdalną, nic nie będzie w dydaktyce takie jak dawniej.

(Plakat z konferencji Ideatorium w 2019 roku. QR kody nie tylko na plakacie ale i na nietypowych rekwizytach. W tym roku planowaliśmy powtórzyć tamte warsztaty. Niestety, z uwagi na epidemię trzeba przełożyć te plany na bliżej nieokreślona przyszłość)

Po raz pierwszy tekst opublikowałem w 2015 roku: Mobilny poster i kształcenie pozaformalne na konferencji w Gdańsku Teraz pojawia się ponownie w wersji zaktualizowanej.

Więcej o rozszerzonych plakatach: http://czachorowski1963.blogspot.com/search/label/plakaty


14.04.2020

Ścięga łąkowa czyli liczy się progres a nie perfekcja


Liczy się progres nie perfekcja - to trafne stwierdzenie pojawiło się w komentarzu na Facebooku, pod moją wypowiedzią o uczeniu się blended learning. Mimo tego, że od dawna powoli uczyłem się nowych technologii i zdalnego nauczania to okazało się, że wiele się jeszcze muszę się nauczyć. I to szybko, bo wyzwanie i skala zdalnego nauczania okazały się ogromne.

Jednym z elementów mojego uczenia się jest wykorzystywanie Facebooka do tworzenia krótkich opowieści wideo. Codziennie opowieść o malowanej butelce. Przede wszystkim dlatego by oswoić technologie i tremę przy internetowych wypowiedziach publicznych.

Facebookowe opowieści przy butelce mają swoją wersję blogową (Gadające Dachówki). To mój kolejny zeszyt ćwiczeń. Uczę się b-learningu. Najlepiej uczyć się w relacjach i w dialogu. I to, co chcę zaproponować studentom, najpierw sprawdzam na sobie. Mile widzialne wszelkie podpowiedzi, uwagi, komentarze.

Uczę się technologii (po kilku próba już mniej więcej wiem czego mi trzeba od strony sprzętowej), uczę się opowiadać i tworzyć krótkie opowieści, uczę się dykcji, oświetlenia i "szerowania" (udostępniania w innych miejscach, grupach, mediach społecznościowych - nie mylić z szabrowaniem). Typowa nauka przez działanie i nauka na błędach (błąd nie jest porażką, jest droga do sukcesu). Wytrwałość w poprawianiu. To są małe wprawki by potem umiejętności wykorzystać przy tworzeniu treści do e-learningu a raczej do b-learningu.

Nauczeństwo - w nowej rzeczywistość jest się uczniem i nauczycielem jednocześnie. Efektywniejsza nauka jest w dialogu, w dyskusji z innymi, w relacjach. Ćwiczę na sobie by rozumieć i stosować świadomie. Przyświeca mi idea konektywizmu. Sporo się muszę nauczyć. Ale jednocześnie od razu chcę wykorzystywać swoje umiejętności, nawet jeśli są niedoskonałe i pełne niedociągnięć. Można oczywiście inaczej (i tak robiłem w przeszłości): najpierw się uczyć długo a dopiero o osiągnięciu biegłości, zdobyciu dyplomu itd, stosować w praktyce. Tyle, że czasy takie, że świat się nieustannie zmienia. I jaki już się nauczyć... to się okazuje, że już jest to przestałe i niezbyt potrzebne. Lepsza niedoskonała aktywność przynosząca efekty niż ciągłe uczenie się i i nie wykorzystywanie wiedzy czy umiejętności. Jest jak ciągłe kupowanie coraz to nowocześniejszych samochodów, smartfonów itd. Doświadczyłem tego wielokrotnie. Na przykład na początku pracy zacząłem budować bogata bibliografię literatury specjalistycznej na papierowych fiszkach bibliotecznych. Myślałem, że posłuży mi przez wiele lat i zostanie dla następnych trichopterologów lu entomologów. Włożyłem dużo wysiłku i czasu, powstało wiele zapisanych fiszek. Liczyłem że to inwestycja, która zaowocuje w przyszłości. A gdy nadeszła ta przyszłość, cala praca okazała się daremna. Sam z tego nawet nie korzystam. Żeby lepiej sortować rozmącą bazę publikacji (a było to w czasach, gdy było ich znacznie mniej) zacząłem stosować perforowane karty (pierwowzór komputera). Zamówiłem nawet i stolarza specjalne pudło. I też nie wykorzystałem. Bo pojawiły się komputerem i obie wymienione metody okazały się przeżytkiem zanim je ukończyłem. Podobnie było z wieloma programami czy to tekstowymi czy graficznymi. Wszystko to wina zbyt intensywnego rozwoju cywilizacyjnego i ogromnego przyspieszenia.

Pod moim wpisem na blogu taki trafny komentarz się pojawił: "Rzeczywistość jest bezwzględna i nie czeka na dyplomy. Ważne jest tu i teraz. Należy zaczynać z tym co się ma i działać, nawet jeśli nie jest idealnie. Liczy się progres nie perfekcja" (Magdalena Markiewicz). Tak, nie czekaj aż opanujesz jakąś umiejętność do perfekcji. Zacznij działać i wykorzystywać od razu. Bo nie wiadomo jak długo będzie przydatna i adekwatna do otaczającej nas umiejętności.

Dlaczego pokazuję swoje błędy i prace niedoskonałe? Bo błędy są przejawem aktywności, przejawem podejmowanego ryzyka i gotowości do uczenia się. Bo chcę sam najpierw doświadczyć tego, do czego nakłaniam studentów. By powiedzieć "chodźmy" a nie "idźcie".

Na koniec warto kilka słów napisać o samym owadzie, namalowanym na butelce. Ścięga łąkowa (Leptopterna dolobrata) do pluskwiak z rodziny tasznikowatych (Miridae). Dorosłe owady (stadium imago) osiągają wielkość 7-10 mm. Spotkać je można na terenach trawiastych (łąki, nieużytki) oraz na polach ze zbożami. Jak na pluskwiaka przystała swoją kłujką nakłuwa i wysysa soli z liści, źdźbeł i kłosów. Imagines najliczniej występują w lipcu i sierpniu. Zimują w stadium jaja.

Butelka ze ścięgą posłużyła mi to poćwiczenie szablony opowieści typu 1, 2, 3.



Moje inne wideo próby:

To taki mój dzienniczek uczenia się, dzienniczek refleksji z procesu uczenia się. 

11.04.2020

Dlaczego tak ważna jest edukacja?

(Noc Naukowców, jeden z wielu pikników naukowych i sposobów na nowoczesna edukację pozaformalną. Noc Naukowców to pomysł Unii Europejskiej, uczący na dodatek nas współpracy)

10. kwietnia w telewizji i w mediach społecznościowych widziałem ostentacyjną głupotę, tak jak i wiele milionów innych Polaków. Łamanie procedur, buta, arogancja i ogromna głupota. Mózgi zaślepione złymi emocjami: pazernością, samozachwytem, arogancją. Tak, emocje potrafią stłumić w mózgu to, co racjonalne i dobre. To cecha mózgów społecznych, powstałych wiele milionów i setek tysięcy lat temu. W małych grupach, plemionach, hordach. Środowisko społeczne znacząco się zmieniło od tego czasu i niegdysiejsze dobre przystosowania w nowych warunkach są ewidentnie szkodliwe.

Rozmyślam jednocześnie o edukacji, w tym tej zdalnej. Edukacje jest niezwykle ważna. Dobre wykształcenie, oparte na dobrej edukacji może być zaporą dla szkodliwej indywidualnie i społecznie głupoty.  W czasach kryzysu i masowej edukacji zdalnej warto myśleć o tym, że kryzys jest szansą na zmianę. Uczę się edukacji hybrydowej (blended learning, b-learning) także i po to, by na trwała wprowadzić do praktyki akademickiej i szkolnej.

Ewolucja kulturowa trwa wolno, ciągle popełniamy błędy z przeszłości. Dlatego refleksje z przeszłości są w wielu aspektach przydatne i aktualne. Statystki mogłaby nam pokazać procesy i tendencje zmian. Niewątpliwie się zmieniamy. W edukacji także.

I ciągle się dziwimy, nie tylko w Polsce, jak to możliwie? Ta głupota z negatywnymi skutkami dla przyszłych pokoleń... Warto więc przypomnieć kilka odgrzebanych fragmentów "Buntu mas" Ortegi y Gasseta, z małym, entomologicznym akcentem.

 "Durnia nie sposób wyrwać z objęć własnej głupoty, tak samo jak pewnych owadów nie da się wydobyć z otworu, w którym żyją, nie sposób otworzyć mu chociaż na chwilę oczu i zmusić do porównania własnej skrzywionej wizji świata z bardziej subtelnymi i ostrymi sposobami widzenia otaczającej go rzeczywistości. Głupiec jest niezniszczalny i nieprzenikniony. Dlatego Anatol France zwykł był mawiać, że człowiek głupi jest znacznie bardziej szkodliwy niż człowiek zły, a to dlatego, że ten drugi czasami odpoczywa, podczas gdy głupiec nigdy."

Myślenie racjonalne jest nam niezwykle potrzebne w życiu codziennym i społecznym. Kształtowanie tych umiejętności powinno mocno być osadzone w edukacji. Nie encyklopedyczne fakty co umiejętności pracy samodzielnej, motywacji i umiejętności selekcji informacji oraz ich weryfikowania. By umieć w przetrwać w świcie pełnym fałszywych i bezwartościowych informacji. Ewolucja kulturowa bardzo podobna jest do ewolucji biologicznej, podobne systemy, podobne mechanizmy. Pisałem wczesnej o pszczolinkach i pasożytujących na nich koczownicach czy bujankach. Podobnie jest w świecie kultury: faktoidy, fakenewsy, kamuflujące się i przemijające do naszych umysłów, niszczące zasoby i życie, zmieniające nasze zachowanie.

Nie ma jednej, oficjalnej definicji myślenia krytycznego – są rożne spojrzenia, różne konteksty i jest dialog, niezbędny w myśleniu krytycznym. Bo ważniejszy jest proces konektywnego dialogu (nawiązanie do konektywizmu jako teorii poznania i funkcjonowania wiedzy). Ważniejszy niż doraźnie zapisane "fakty"

  • Krytyczne myślenie jest wprawną i aktywną interpretacją i ewaluacją tego, co obserwujemy, komunikatów, informacji i argumentów. (Michael Scriven)
  • Refleksyjne myślenie jest czynnym, wytrwałym i uważnym rozważaniem jakiegoś przekonania lub przypuszczalnej formy wiedzy – ze względu na podstawy, na których się opiera, oraz dalszych wniosków, do których doprowadza. (John Dewey)
  • Myślenie krytyczne to postawa wyrażająca się w gotowości do rozpatrywania w przemyślany sposób problemów i przedmiotów, które wchodzą w zakres doświadczenia, znajomość logicznych metod rozumowania i dociekania, pewna wprawa w stosowaniu tych metod. Postawa krytycznego myślenia wymaga nieustającego wysiłku rewidowania każdego przekonania czy innej przypuszczalnej formy wiedzy w świetle dowodów ją wspierających i dalszych konkluzji, do których ona prowadzi. (Edward Glaser) (cytaty za: za Maciej Winiarek, wyszukane w portalu społecznościowym).

Jeśli więc patrzycie na hipokryzję, głupotę i arogancję, na egoistyczną pazerność i dworski koniunkturalizm, pomyślcie o widocznych trendach w ewolucji kulturowej i społecznej. Zmienia się wiele. Badziewie przemija. Zadbajmy o dobrą edukację... inaczej nie mamy przyszłości....

Kryzys jest znakomitą okazją na dezintegrację pozytywną, na społeczną metamorfozę. Jest wystarczająco silnym bodźcem by się chciało chcieć i znakomitą okazją by zbudować lepszy i mądrzejszy świat. Dla naszych dzieci i wnuków... Jest szansą na zbudowanie lepszej i dostosowanej do potrzeb i wyzwań współczesności,

10.04.2020

Pszczolinka ruda, piaskowa i złocista

(Pszczolinka ruda Andrena fulva, fot. Grzegorz Fiedorowicz)
Trzy nazwy a o tę samą pszczolinkę chodzi. Nie tylko polskie nazwy nie są stałe, te naukowe także czasem ulegają zmianom: Andrena fulva syn. Andrena armata. Zatem w publikacjach i książkach z różnego okresy ten sam gatunek może kryć się pod różnymi nazwami. Niemniej w nauce się dba o jednoznaczność i obowiązuje jedna, poprawna nazwa. A w książkach podawane są także synonimiczne nazwy, by przeglądając starsze opracowania mieć pewność co do konkretnego gatunku.

Pszczolinka ruda (Andrena fulva), zwana także pszczolinką piaskową i pszczolinką złocistą,  uwieczniona na zdjęciu, to pszczoła samotnica, która żyje na terenie ogródków działkowych w zakolu rzeki Łyny. Zupełnie niedaleko mojego domu, razem z innymi wiosennymi pszczolinkami i trzmielami. A także z pasożytujących na pszczolinkach bujankami oraz koczownicąmi  (czyli samotną „pszczolinką” z rodzaju Nomada).

Pszczolinka ruda jest niewielkim owadem o długości ciała 10-13 mm, z bardzo charakterystycznym, rudym owłosieniem ciała. Głowa jest czarna. Spotkać ja można od marca do maja w ogrodach, parkach, widnych lasach oraz na terenach otwartych i murawach kserotermnicznych. Dobrze radzi sobie w warunkach miejskich. Dorosłe odżywiają się nektarem, w tym krzewów porzeczki, agrestu, wielu drzew owocowych oraz roślin ozdobnych. Pszczolinki rude mogą odwiedzić więcej kwiatów niż pszczoła miodna i w rezultacie zapylić więcej kwiatów. Z tego cieszą się ogrodnicy. Penetruje teren do 250 metrów od własnego gniazda.

Wejście do norki z komorami lęgowymi pszczolinki rudej otoczone jest  małym kopczykiem ziemi lub piasku (wysokości ok. 3 cm), wynoszonego w trakcie budowy norki. Dla swojego potomstwa znosi nektar i pyłek kwiatowy. Rozwój trwa około trzech tygodni. Niemniej hibernują w stadium imago, pod ziemią w swoich „kolebkach”. Owad dorosły wychodzi na wiosnę gdy się ociepli. Samce pojawiają się na kilka dni wcześniej, latają nad otworami wylotowymi norek, z których wydostają się samice. Do zapłodnienia dochodzi nad drzewach. Po zapłodnieniu samica rozpoczyna budowę podziemnego gniazda. W cyklu życiowym występuje jedno pokolenia, dorosłe samice żyją 2-3 tygodnie. To, że widujemy je przez ponad dwa miesiące wynika z różnic w wyjściu z norek różnych osobników. Takie zróżnicowanie jest korzystne dla populacji, bo mimo ewentualnych zmian pogodowych jak i obecności pasożytujących bujanek czy koczownic, cześć osobników zawsze pojawi się "w porę” najbardziej sprzyjającą.

Pszczolinki rude swoje norki zakładają w ziemi, na ścieżkach, trawnikach, skarpach. Tunele mają średnicę ok. 9 mm, natomiast komórki larwalne usytuowane są do 50 cm pod ziemią. Na kilku metrach kwadratowych może być zlokalizowanych nawet od kilkudziesięciu do kilkuset gniazd. Każda samica wykopuje własną norkę  lub wykorzystuje tunel wykonany wcześniej przez swoją matkę. Komory lęgowe tapetuje mieszaniną różnych substancji, które mają właściwości hydrofobowe, zabezpieczające przed wilgocią i rozwojem mikroorganizmów. W czasie jednego ciepłego dnia samica potrafi uformować jedną kompletną komorę.  

Bibliografia

06.04.2020

Bujanka, nasz wiosenny, kosmaty prawie koliber

(Na fotografii bujanka większa. Spotkać ją można na wiosennych kwiat oraz kwitnącej wierzbie.
 Fot. Grzegorz Fiedorowicz)
Wiosenna przyroda zachwyca nie tylko kwiatami ale i pojawiającymi się owadami. Na te ostatnie nie zwracamy zbytnio uwagi. A warto nad nimi się pochylić, dosłownie i w przenośni. Wczesną wiosną pojawiają się m.in. pszczolinki, lepiarki oraz nomady. Do takich wiosennych owadów należy także bujanka. Życie pszczolinki nie jest łatwe. Nalata się za pyłkiem i nektarem dla własnego potomstwa i jeszcze musi ukrywać się przed pasożytami. O jednym takim pasożycie, owadziej kukułce, będzie opowieść.

Czytałem o tych niezwykłych owadach już dawno ale dopiero kilka lat temu miałem okazję je zobaczyć w naturze, w Łężanach na plantacji wierzby. Mała włochata kulka, podobna trochę do trzmiela lub do włochatej pszczoły samotnicy, zawisająca w powietrzu jak koliber lub jak muchówka z rodziny bzygowatych. I ta charakterystyczna długa ssawka z przodu. Jest to przystosowanie do spijania nektaru z kwiatów o głębokim kielichu (podobnie jak niektóre motyle). Potem miałem okazję obserwować bujanki w ogrodzie dr Grzegorza Fiedorowicza. Teraz przysłał mi zdjęcia z wiosennego ogrodu, z pszczolinkami, kwitnącymi kwiatami wiosennymi i oczywiście z bujanką.

(Bujanka większa. Fot. Grzegorz Fiedorowicz)
Na zdjęciu jest chyba bujanka większa (Bombylius major) z rodziny bujankowatych (Bombyliidae). Larwy prowadzą pasożytniczy i drapieżny styl życia, dorosłe odżywiają się nektarem. W dziewiętnastowiecznym (z 1894 roku) Słowniku nazwisk zoologicznych i botanicznych polskich, Erazma Majewskiego  przy rodzaju Bombylius można znaleźć takie nazwy: bujanka, trzmiel (to najpewniej efekt pomyłki), wlociesz (może od tego, że owad coś ważnego w locie robi: albo „w locie je” czyli spija nektar, albo w locie składa jaja), z rusińskiego: moszka, obłaczka, po chorwacku skorak, medenik, vunatica. Nazwa bujanka być może nawiązuje to specyficznego lotu. Niektórzy gołębiarze mówią na swoje ptaki, gdy fruwają nad gołębnikiem, że bujają.

Bujanka większa (Bombylius major) jak sama nazwa wskazuje jest stosunkowo duża. Oczywiście jak na bujanki. Ciało dorosłego owada ma długość 9-12 mm. Pokryte jest brunatnymi włoskami. Ssawka – w pozycji spoczynkowej wyciągnięta jest prosto do przodu – jest długa tak jak ciało owada. Gdybyśmy skojarzyli z jakimś owadem krwiopijnym to budziłaby grozę. Ale owady dorosłe odżywiają się nektarem a nie krwią zwierząt. Skrzydła są przezroczyste ale na przedniej krawędzi widoczne jest ciemne przebarwienia (ciemnobrązowy pas, zygzakowato powcinany). Owady dorosłe spotkać można od kwietnia do czerwca na nasłonecznionych skrajach lasów, czasami spotykana jest w ogrodach. Zapewne tam gdzie żyją pszczolinki lub lepiarki.

Są doskonałymi lotnikami. A dlaczego są tak włochate? Może tak jak u trzmieli pomaga to utrzymać wysoką temperaturę ciała, niezbędną do sprawnego lotu. O poranku, gdy jest jeszcze chłodno, podobnie jak trzmiele bujanki wprawiają w wibracyjny ruch swoje mięśnie tułowiowe. Niczym samochód czy samolot rozgrzewający silnik. tak rozgrzana jest gotowa do lotu.

Samica siada na piasku i końcem odwłoka szoruje po powierzchni gruntu (zbierając pył do specjalnego zagłębienia w ciele). W ten sposób obtacza pyłem i drobnym piaskiem jaja, niejako maskując je. Jaja składa (a w zasadzie zrzuca w locie) przed otworami wejściowymi norek pszczół samotnic, zwykle pszczolinek. Takie opylone jaja lepiej się maskują w terenie i są mniej narażone na znalezienie przez inne owady. Być może  pszczolinki znajdując jaja innych owadów przezornie je usuwają. Byłaby to strategia obrony przed pasożytami.

Niezwykle frapujący jest sposób składania jaj przez bujanki. Samice, niczym bombowce, zrzucają jaja w pobliże różnych otworków w ziemi. Nie wiem jak rozpoznaje, które są norkami pszczół samotnic. Zapewne często są także pomyłki bo robi to w pośpiechu. Ale strategią pasożyta jest składanie dużej ilości jaj (duża liczba oznacza, że jaja są małe – to strategia nie na jakość ale na ilość). Samica kołuje nad terenem zasiedlonym przez pszczoły samotnice, np. pszczolinki, zawisa na moment w powietrzu i zrzuca kilka jaj. Są tak małe, że nie zobaczymy ich. Na dodatek są obtoczone pyłem dla kamuflażu. Być może strategia nalotu bombowego i maskowania jaj jest sposobem na niezauważalne podrzucanie jaj, tak by pszczolinka się nie zorientowała.

Świeżo wylęgłe larwy wchodzą do wnętrza gniazda i przekształcają się tam w czerwie. Żywią się najpierw zgromadzonym pyłkiem i nektarem, potem pasożytują na larwie pszczolinki i w końcu ją zjadają. Larwy bujanki większej pasożytują w gazdach taki pszczół samotnic jak: pszczolinka (Andrena) i lepiarka (Colletes).

Dokładniej poznano cykl rozwojowy bujanki Bombylius pumilis, larwy której rozwijają się w gniazdach lepiarki (Colletes daviesanus). Larwa bujanki, wylęgająca się z jaja, ma wielkość 1,5 mm, jest czerwono-żółta, cienka i ruchliwa. Szybko dostaje się do norki i wnika do komórki, zrobionej przez pszczołę samotnicę (z pyłkiem, nektarem i złożonym swoim jajem). Pierwsze stadium larwalne bujanki żyje razem z larwą pszczoły odżywiając się pyłkiem. Można by powiedzieć, że jest prawie komensalem choć pasożytuje na zasobach pokarmowych, podjadając je. Larwa pszczoły rośnie szybciej. Niebawem czerw bujanki usadzania na większej od siebie larwie pszczolinki i zaczyna wieść pasożytniczy tryb życia. Po kolejnym linieniu, gdy już wielkością dorównuje larwie pszczelej,  zmienia się w drapieżnika i całkowicie zjada swego gospodarza. Po czym rozpoczyna się przepoczwarczanie.
(Bujanka większa. Fot. Grzegorz Fiedorowicz)

Bujankowate to rodzina muchówek z grupy prostorysych (Orthorrapha). Do prostorysych należą także bombowce, wojownicy i błysklenie (prawda, że już same nazwy są fascynujące?). Niektórzy naukowcy sugerują, że jest to grupa polifiletyczna więc możemy spodziewać się jakiejś rewizji i zmian w systematyce.

Na świecie żyje ponad 4 tysiące gatunków bujanek, w Europie jest ponad 400 a w Polsce odnotowano występowanie 38 gatunków, spośród których cztery umieszczone są na „Czerwonej Liście Zwierząt Ginących i Zagrożonych w Polsce”. Wielkość ciała owadów dorosłych waha się, w zależności od gatunku, od 0,9 cm do 2 cm. Trudno je więc pomylić z kolibrami, niemniej sposób lotu, sposób spijania nektaru z kwiatów i długa ssawka przypominają zachowania kolibrów oraz motyli nocnych z grupy zawisaków.

Ciało dorosłych bujanek pokryte jest gęstymi włoskami lub/i łuskami (tak jak u motyli), u niektórych gatunków ciało nie ma owłosienia a powłoki są błyszczące. Skrzydła są przezroczyste, czasem przydymione lub z wyraźnym wzorem. Najłatwiej spotkać je w słoneczne dni, gdy odżywiają się nektarem lub wygrzewają się na słońcu. Nie wszystko o muchówkach wiemy, w tym o bujankach. Wiele informacji z ich cyklu życiowego wykonano jeszcze w XIX wieku. O wielu gatunkach wiemy bardzo mało więc może się zdążyć, że niektóre gatunki w swoim cyklu życiowym odbiegają od prezentowanych tutaj danych. Zachęcam zatem do obserwacji i badań terenowych, zawsze coś nowego dla wiedzy można odkryć.

Larwy bujanek są pasożytami lub hiperpasożytami innych owadów: pszczół, grzebaczowatych, os, gąsieniczników, muchówek z rodziny Tachinidae, motyli sówek (Noctunidae) oraz szarańczaków (Saltatoria), niektóre zjadają jaja koników polnych. Mogą pasożytować na pasożytniczych gąsienicznikach (Ichneumonidae) i rączycowatych (Tachinidae). Wybierają gąsienice motyli, które już są zapożyczone przez wspomniane owady i zjadają zarówno gąsienice jak i pasożyta, stając się tym samym hiperpasożytami. Larwy pierwszego stadium aktywnie poszukują żywiciela. Zazwyczaj początkowe stania larwalne eksploatują swojego żywiciela (jak pasożyt) a potem zjadają całkowicie (jak typowy drapieżnik). Przepoczwarczają się w oskórku swojej ofiary. Poczwarka zaopatrzona jest w koce, które pomagają wyjść na zewnątrz.

Bujanki są (lub może, zważywszy na współczesne masowe wymieranie gatunków, były) liczne w przyrodzie a jako pasożyty ogrywają dużą rolę w regulacji liczebności swoich ofiar. Były pomysły wykorzystania ich do redukcji liczebności owadów „szkodliwych”, np. w gospodarce leśnej. Lecz ich hodowla nie została opracowana na tyle dobrze by wykorzystać je w skali przemysłowej.

Bujanka plamkoskrzydła (Bombylius discolor) jest wielkości 10-14 mm, owady dorosłe pojawiają się od kwietnia do czerwca. Jest nieco większa od bujanki większej a skrzydła ma prawie w całości pokryte ciemnymi plamami. Spotyka się w tych samych siedliskach co bujanka większa, niejednokrotnie razem współwystępują.

Bujanka czarna (Bombylius ater), owady dorosłe wielkości 6-11 mm obserwować można od maja do czerwca. Jak sama nazwa wskazuje jest czarna. Spotkać ją można na nasłonecznionych skrajach lasów i muraw kserotermicznych. Jest gatunkiem rzadkim.

Larwy bujanek z rodzaju Villa są parazytoidami larw motyli i chrząszczy. Villa modesta – wyglądem przypomina pszczołę (np. jaką pszczolinkę), z zaokrągloną głową i ciałem pokrytym gęstymi włoskami w kolorze czarnym i żółtym. Słońcóka sówkówka (Villa hottentotta) - owady dorosłe, wielkości 12-16 mm, pojawiają się od lipca do września, są brązowo odbarwione z bardzo długą ssawką. Spotkać je można na kamienistych murawach kserotermicznych. Jest gatunkiem rzadkim. Larwy pasożytują na gąsienicach motyli nocnych z rodziny sówkowatych.

Żałobnica białopasa (Hemipenthes maura), owady dorosłe o wielkości ciała 6-12 mm, spotkać można od czerwca do sierpnia na nasłonecznionych skrajach lasów i muraw kserotermicznych. 

Drogosz żałobny (Hemipenthes morio) – larwy rozwijają się w gąsienicach motyli porażonych parazytoidami. 

(Odpoczywająca bujanka większa. Fot. S. Czachorowski)

Bibliografia

  • Przemysław Trojan, Bujanki Bombyliidae W: Fauna Polski. Charakterystyka i wykaz gatunków, tom II, Muzeum i Instytut Zoologii, PAN, 2007, strony: 91-92. 
  • Marek W. Kozłówski, Owady Polski, Multico, Warszawa 2008. 
  •  George C. McGavin, Kiesonkowy atlas owadów i pajęczaków, Solis, Warszawa, 2008. 
  •  Heiko Bellmann, Owady (seria Spotkania z przyrodą), Multico, Warszawa 2007.

05.04.2020

Ludzkość nigdy wcześniej nie miała takich możliwości współpracy !

(Najczęstsze lokalizacje wejść na bloga Profesorskie Gadanie.
Statystyki Bloggera,  ostatnich dni, stan z dnia 27 lutego 2020 r.)

W ostatnim tygodniu lutego mojego bloga czytano w takich oto miejscach świata (szczegóły na powyższej mapce). W innych tygodnia bywa podobnie. Czy tak rozproszona jest Polonia po świecie czy może tak dobrze działa Google translator? Dzięki nowym technologiom możemy utrzymywać więź i komunikację na nieznaną do tej pory skalę. Fascynujące! Przekraczanie przestrzeni, czasu i bariery językowej. Ludzkość nigdy wcześniej nie żyła w takich warunkach... Docieramy do ludzi, którzy są bardzo daleko. Dzięki translatorom i sztucznej inteligencji kontaktujemy się z ludźmi z innych kultur. Takiego społecznego kontaktu nie mieliśmy nigdy wcześniej.

Epidemia zmusiła nas do samoizolacji i częstszych kontaktów internetowych. Coś nienaturalnego dla nas. To widać także w zdalnej edukacji. Bardzo wiele osób zmuszonych zostało do szybkiej nauki obsługi programów do zdalnej komunikacji. Źle się w tym czujemy nie dlatego, że to nowe środowisko technologiczne. A przynajmniej nie tylko z tego powodu. Przez co najmniej kilkaset tysięcy lat ludzie komunikowali się przez bezpośrednie kontakty, widząc się a nawet czując swoje zapachy. Do takich warunków ewolucyjnie przystosował się nasz mózg. I do znacznie mniejszej liczby znajomych.

Szkoły, uniwersytety i inne placówki edukacyjne nie będą już nigdy takie jak przed epidemią koronawirusa. Ten proces cyfryzacji toczył się już od dawna ale teraz gwałtownie przyspieszył. W jakimś sensie życie przenosi się coraz bardziej do obwodów krzemowych, miedzianych i światłowodowych. A my sami uczymy się "iskać" wirtualnie. Uczymy się nowego języka ciała i nowych informacji zwrotnych od osób, z którymi wchodzimy w dyskusje i relację. Okazuję się, że nie tylko osób lecz i sztucznej inteligencji.

Jesteśmy w punkcie zwrotnym naszej cywilizacji. Zmiany społeczne nabrały przyspieszenia. Jaki będzie ten nowy świat? Po epidemii przyjdą kolejne kryzysowe momenty, m.in. związane z globalnym ociepleniem. Wstrząsy kulturowe i społeczne oraz transformacja trwać będzie jeszcze długo. Tak jak z trzęsienia ziemi wyłaniają się nowe góry, wyspy a może i nowy kontynent. Jest to zarazem fascynujące jak i przerażające. Świat, który znałem i w którym wyrosłem systematycznie znika. Spotykam go we wspomnieniach i w skansenie.


03.04.2020

Kamienna pustynia przed pięknym dworcem


Plac przed pięknym dworcem w Iławie jest modernizowany. Byłem niedawno przejazdem. Jak widać będą i przystanki dla autobusów. To bardzo dobre rozwiązanie, bo dotychczasowy dworzec autobusowy był nieco na uboczu a autobusy zatrzymywały się przy ulicy.

Patrząc na inwestycję chciałoby się z radością przyklasnąć funkcjonalnemu połączeniu węzła komunikacyjnego. Jednak już na początku widać błędy architektoniczne, wynikające z nieuwzględniania zmian klimatu. Nie dość, że wycięto piękne, duże drzewa (dające cień) to nie zaplanowano nowych nasadzeń. Zwykła granitowa pustynia jakich w ostatnim czasie wiele pojawiło się w polskich miasteczkach. Gdy przyjdzie lato, będzie jak na patelni, żadnego cienia, żadnego schronienia przed upałem. Wyjątkowo niekomfortowe warunki dla ludzi. A wystarczyło trochę wiedzy na etapie projektowania lub zatwierdzania projektu by uczynić miejsce przyjaznym dla ludzi. Drzewa dawałyby cień i obniżały temperaturę.

Współczesna choroba projektantów: budowanie beton-placów bez zieleni. Brak wyobraźni i wiedzy. I brak dostosowania do współczesności, w tym ocieplenia klimatu. Drzewa wycina się bardzo łatwo. Z nasadzeniami bywa znacznie trudniej, tym bardziej, że trzeba co najmniej 2030 lat by zasadzone drzewa osiągnęły wystarczająco duże rozmiary by spełniać funkcje poprawy warunków mikroklimatycznych i komfortu życia mieszkańców.

Niekompetencja i brak wyobraźni są bardzo kosztowne.