31.05.2020

Ćma bukszpanowa - nowy gatunek inwazyjny w Olsztynie

(Gąsienica ćmy bukszpanowej. Fot. Grzegorz Fiedorowicz)
Kiedy 9. maja, w czasie audycji Wiktora Niedzickiego w Halo.Radio (czytaj więcej) pojawiło się pytanie o ćmę bukszpanową, koleżanka entomolog (prof. Agnieszka Kosewska) wspomniała, że jest już w Polsce ale u nas to jeszcze nie. Choć należy się jej lada moment spodziewać. Nawet nie wiedziała, że "wykrakała". Niecałe dwa tygodnie później dr Grzegorz Fiedorowicz podesłał zdjęcia wspomnianego motyla. Na Facebooku znalazłem wzmiankę, że jest już w Marcinkowie pod Mrągowem. Skoro wiosną pojawiły się gąsienice, zauważone przez ogrodników, to najpewniej gatunek pojawił się w Olsztynie i okolicach już w roku ubiegłym. Teraz się rozprzestrzenia i zwiększa liczebność.

Ćma bukszpanowa (Cydalima perspectalis) zwana także przezierka bukszpanową jest gatunkiem obcym oraz inwazyjnym. Do Europy została zawleczona z Azji Wschodniej w 2006 roku (Niemcy), w Polsce po raz pierwszy została stwierdzona w roku 2012 w województwie dolnośląskim. Gąsienice żerują na różnych gatunkach bukszpanu (Buxus spp.). Krzew ten też jest u nas gatunkiem obcym. Gąsienice ćmy bukszpanowej zjadają liście i młode pędy. Przy liczniejszym pojawie może mocno uszkadzać roślinę, powodując nawet jej zamieranie. W ciągu jednego sezonu mogą się pojawić 2-3 pokolenia tego motyla (w Azji występują 4-5 pokoleń w roku). Nowy teren, gdzie jest już obfita baza pokarmowa, brak naturalnych drapieżników i chorób oraz do trzech pokoleń w roku może sprawić szybki wzrost liczebności i poszerzanie zasięgu występowania. Ogrodnicy się martwa. Ekolog nie bardzo. Będziemy mogli obserwować przez kilka, może kilkanaście lat wzrost liczebności (gradacja), ale potem najpewniej nastąpi spadek i ustabilizowanie liczebności. Podobnie było ze szrotówkiem kasztanowcowiaczkiem. Pojawią się zarówno patogeny jak i drapieżcy. Najpewniej ocieplenie klimatu sprzyja ekspansji ćmy bukszpanowej.

Ogrodnicy zalecają ręczne zbieranie i niszczenie gąsienic, poprzez pułapki feromonowe lub środki chemiczne.
(Gąsienica ćmy bukszpanowej.
Fot. Grzegorz Fiedorowicz)
Zimuje gąsienica, schowana w kokonie (ciepłe zimy sprzyjają temu gatunkowi). Zaczynają żerować na liściach bukszpanu już od końca marca lub początku kwietnia. Pod koniec kwietnia lub na początku maja pojawiają się motyle (stadium imago). Dorosłe ćmy aktywne są do połowy czerwca, składają jaja i pojawia się kolejne pokolenie. Nie wiem jak daleko mogą fruwać dorosłe ćmy w poszukiwaniu roślin żywicielskich. W dogodnych warunkach temperaturowych cały cykl życiowy zamyka się w ciągu 40 dni. We wrześniu pojawiaj się imagines trzeciego pokolenia. Składają jaja i od końca września oraz w październiku pojawia się kolejne pokolenie gąsienic. Te gąsienice żerują aż do nastania zimy. 

(Gąsienica ćmy bukszpanowej. Fot. Grzegorz Fiedorowicz)
Główną rośliną żywicielską gąsienic ćmy są bukszpany (Buxus spp.). W Polsce, w większości ogrodów dominuje bukszpan wiecznie zielony zwany bukszpanem pospolitym (Buxus sempervirens). Zauważono jednakże, że gąsienice żerują także na innych gatunkach roślin (co jest typowe dla gatunków poszerzających zasięg występowania): na trzmielinie oskrzydlonej (Euonymus alata),  trzmielinie japońskie (E. japonicus), ostrokrzewach (Ilex purpurea), muraji wiechowatej (Murraya paniculata), irdze (Cotoneaster spp.) oraz laurowiśni (Prunus laurocerasus).


Źródła: 

30.05.2020

Jesteśmy wiecznymi uczniami a szkoła jest wszędzie

Przed koniecznością ciągłego uczenia się nie uciekniemy. I przed stresem z tym związanym. A skoro nie da się uniknąć to trzeba się przyzwyczaić. I solidnie przygotować. Czyli nauczyć się nieustannie uczyć.

W czasach izolacji uczę się nowych programów. By połączyć się z radiem czy telewizją. Kiedyś po prostu chodziło się  do studia lub spotykało z ekipą, która przyjeżdża z kamerą i mikrofonem. Teraz czasem trzeb montować studio... w domu. Zatem pojawia się konieczność uczenia nowych umiejętności technicznych, zarówno w obsłudze własnego sprzętu jak i wykorzystywania coraz to innych programów. A skoro już są te nowe umiejętności, to pojawia się pokusa by pójść krok dalej. Może samemu poszerzyć sposób komunikacji ze studentami, słuchaczami, czytelnikami? Może pora na podcasty?

Nieustający stres. Ciągle w szkole. Każdy tak ma. Takie czasy. Trzeba zaakceptować to, że jesteśmy wiecznymi uczniami. I nauczycielami także. Jednym słowem: nauczniami. Dlatego szkoły i edukację trzeba wymyślić na nowo. Adekwatnie do współczesnych wyzwań i potrzeb. Nauczyciel musi być nie tylko przekaźnikiem treści (bo o tę coraz łatwiej w przepastnych zasobach internetowych) ale przede wszystkim tutorem, konsultantem, mentorem i organizatorem środowiska edukacyjnego. Trzeba zatem zmienić system i sposób kształcenia nauczycieli. I to od zaraz.

Bardzo dawno temu, jeszcze w czasach licealnych, udało mi się coś opublikować w Szpilkach (mój debiut prasowy). To były moje pierwsze kroki w uczeniu się współpracy z wydawcami: pisania tekstu, pisania listu, wysyłania itd. Wszystko w pełni analogowo. Nawet maszyny do pisania nie miałem. W czasach studenckich uczyłem się warsztatu w studenckim Radiu Emitor. W pełni poza zajęciami czy programem nauczania. Ale wykorzystywałem istniejące środowisko edukacyjne na uczelni wyższej. Bo było. Nigdy zawodowo w radiu nie pracowałem ale to doświadczenie ze studenckiego radia bardzo przydało mi się w życiu zawodowym. Zarówno w kontakcie z mediami (bo rozumiałem proces) jak i w późniejszym przygotowywaniu różnych materiałów dydaktycznych. Pisania uczyłem się .... redagując szkolną gazetkę ścienną. To było również zajęcie dodatkowe, na zasadzie wolontariatu. Poza programem, poza ocenami i wpisami do świadectwa. Ale z wykorzystaniem stworzonego w liceum środowiska edukacyjnego. 

Czasem ważniejsze jest to, co poza lekcjami, poza systemem oceniania. Szkoła jako miejsce  eksperymentowania. Była taka i dawniej. Teraz trzeba tę cechę szkoły znacznie poszerzyć. Szkoła przede wszystkim jako środowisko edukacyjne. I uczenie się dla siebie, z ciekawości, w zaspokajaniu własnych pasji a nie uczenie się dla stopni w ściśle zdeterminowanym systemie programu nauczania. Uniwersytetu także to dotyczy. 

I teraz tez się tak uczę. Bez ocen, sam dla siebie, z potrzeby chwili, z ciekawości. A w obowiązkowych ocenach pracowniczych jakoś się prześlizguję... bo wiele z tego co robię i doskonalę się, nie jest ujęte w systemie oceniania i awansu zawodowego. Jest za to sporo nieprzydatnych aktywności, tylko "dla oceny".  Kariera czy satysfakcja? A Ty, co wybierasz?

24.05.2020

Homo sapiens czy homo sapiens? O błędach w pisowni nazw gatunkowych

Otworzyć okno i zobaczyć świat. Wyjść z własnego, bezpiecznego pomieszczenia i zadawnionych nawyków. Od dłuższego czasu irytuje mnie błędne i niepoprawne zapisywanie nazwy gatunkowej człowieka. Spotykam w wielu książkach, na wystawach w Muzeum Narodowym, w artykułach. Skąd to się bierze, ta ignorancja humanistów?

Dlaczego polscy humaniści tak deprecjonują Homo sapiens? Czy ma to coś wspólnego z kreacjonizmem? Że wyłączają człowieka ze świata żywego, z wielkiej rośliny bioróżnorodności? Czy winne jest temu internetowe wydanie Słownika Języka Polskiego PWN? Czy aż tak duże i powszechne są braki w wykształceniu przyrodniczym? Już od czasu studiów spotykałem się z przedziwną postawą: naukowcy nauk przyrodniczych raczej wstydzą się swoich braków w znajomości kultury i sztuki, przemilczają nieznajomość mniej lub bardziej ważnych dzieł literackich, bywania w teatrze, filharmonii czy operze. Natomiast wśród humanistów czasem spotykam wręcz dumę i publiczne obnoszenie się z tym, że nie znają się na fizyce, biologii, chemii - wyznają ignorancję przyrodniczą jako swoistą dumę i powód do wskazywania swojej oryginalności a może nawet "wyższości".

Kilkakrotnie już pisałem o błędach w pisowni Homo sapiens, niestety bardzo często spotykanych. Gdy zobaczyłem wywiad ze mną w Gazecie Wyborczej z kolejnym takim błędem, to się mocno zirytowałem. Tekst był autoryzowany. Skąd te zmiany? Redaktor mi wyjaśnił, to nie jego ingerencja lecz korekty. Funkcje te pełnią na pewno filologicznie wykształcone osoby. Nie jest więc to kwestia przypadku czy zaniedbania. Po wymianie porannych maili Redaktor zmienił zapis, wprowadzając poprawną formę. Ufff. Jedno małe zwycięstwo. Ale problem jest głębszy, strukturalny i systemowy. "w tekstach popularnych wyrazy obce pisze się małymi." Nie wiem czy można pisownię nazwy gatunkowej uważać na typowe wyrazy "obce". Niżej zaraz to wyjaśnię dokładniej. W każdy razie cieszę się z jednego, małego sukcesie w poprawieniu nazwy Homo sapiens.

"P. S. Np. prof. Mirosław Bańko [profesor nauk humanistycznych] uważa z kolei tak... "Pisownia Homo sapiens jest zgodna z konwencją pisania łacińskich nazw systematycznych, np. Canis familiaris 'pies (domowy)'. Spotyka się ją w książkach z zakresu zoologii i botaniki oraz w encyklopediach. W innych tekstach piszemy homo sapiens – małymi literami. Kasper Kalinowski". Profesor Mirosław Bańko jest bez wątpienia specjalista od języka. Zapis nazw biologicznych reguluje kodeks nomenklatury zoologicznej i botanicznej. Protestuję przeciw akceptowaniu błędów w tekstach popularnych, książkach wydawanych przez solidne wydawnictwa, np. PWN. Czy w tekstach popularnych jest inny świat wyizolowany od przyrodniczej rzeczywistości?

Skala oderwania od wiedzy przyrodniczej jest tak duża, że nawet nazwy gatunkowe są błędnie zapisywane! Widzę to w wielu książkach, na ważnych wystawach w muzeum. Uprzejmie proszę humanistów, językoznawców, zwłaszcza tych wpływowych i ustalających zapisy w słownikach, z których korzystają tysiące ludzi, by problem zgłębili dokładniej.

I co się dziwić przeciętnemu Kowalskiemu, że wycina drzewa, wypala trawę kosi do gołego łąkę kwietną? Że tak wiele osób daje się uwieźć szkodliwym treściom antyszczepionkowców, że tak dużo jest szkodliwych dla zdrowie i życia treści antynaukowych w mediach wszystkich rodzajów?  Jak widać zaniedbania w edukacji przyrodniczej są ogromne. A od wiedzy i rozumienia procesów przyrodniczych zależy nasze, ludzkości przetrwanie (fizyki, chemii, biologii)! I nie jest to przesada żadna... Teraz widzimy bardzo dobitnie jak ważne jest rozumienie chociażby zjawisk, związanych z epidemiami, zmianami klimatu czy suszą. Niezrozumienie tych procesów nie wiąże się z nieoprawną interpretacją wiersza, utworu muzycznego lecz z błędnymi działaniami, mocno wpływającymi na zdrowie i przeżycie nie tylko pojedynczych ludzi ale całych społeczeństw. Pomylenie surrealizmu z impresjonizmem nie jest tak tragiczne w skutkach jak pomylenie cukru z cyjankiem potasu w czasie słodzenia sobie kawy czy herbaty.

Internetowy Słownik Języka Polskiego PWN taką podaje definicję i jednocześnie sposób zapisu:  "homo sapiens 1. «człowiek jako istota zdolna do myślenia refleksyjnego» 2. «gatunek ssaków z rodziny człowiekowatych, do którego zalicza się człowiek współczesny»" [dostęp 24 maja 2020].
O ile w odniesieniu do pierwszego znaczenia (1.) jest to jak najbardziej prawidłowe (tak samo jako homo ludens, homo faber), to w odniesieniu do 2. jest już błędne. W każdym razie zapis jest nieprecyzyjny i umożliwią błędną interpretację. Najzabawniejsze jest to, że już 2003 roku ktoś pod tym hasłem napisał: "Szanowni Państwo, słowniki: ortograficzny pod red. Polańskiego i języka polskiego pod red. Dubisza podają jedną pisownię homo sapiens, natomiast Leksykon PWN rozróżnia Homo sapiens jako łac. nazwa gatunku i homo sapiens jako 'człowiek rozumny'. Czy dopuszczalna jest pisownia wyrażenia małą literą, czy też należy stosować semantyczne rozróżnienie w pisowni? Serdecznie dziękuję." 17 lat i ciągle z błędem, bez wyjaśnienia w stosunku do umieszczonej uwagi.

Poprawnie jest natomiast na Wikipedii: "Nigdy nie piszemy Homo sapiens czy Homo habilis itp. małą literą (czyli homo sapiens czy homo habilis), to poważny błąd"  [dostęp 24 maja 2020].

Po tych źródłach internetowych, najłatwiejszych w dostępie przez szerokie grono odbiorców, sięgnąłem do książek w podręcznej bibliotece. Oto rezultaty poszukiwań.

Władysław Kopaliński, Słownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych, wydanie XVIII rozszerzone, Wiedza Powszechna, Warszawa 1989: "Homo sapiens człowiek rozumny; gatunek ssaków z rodziny człowiekowatych (hominidów), do którego zalicza się człowiek współczesny i człowiek kopalny z paleolitu mł.; ludzkość." Proszę zwrócić uwagę że słowo "hominidy" jest spolszczone i nie należy mylić z nazwą naukową Hominidae. Trudno niejednoczenie uznać, że homo sapiens to spolszczenie Homo sapiens, bowiem mamy powszechnie używane słowa: człowiek, ludzie.

W Słowniku Kopalińskiego są  także podane (pisane małą literą!): homo ludens, homo novus, homo faber. Tyle tylko, że nie są to nazwy gatunku biologicznego, np. "homo ludens łac., człowiek bawiący się (por. homo faber; ludyczny)". Oczywiście w takim znaczeniu można napisać także homo sapiens - ale znaczenie będzie inne niż nazwy gatunkowej!

Słownik ortograficzny języka polskiego wraz z zasadami pisowni i interpunkcji, wyd. X, PWN Warszawa 1986: "hominidy -dów" [przypomnę, że nazwa naukowa to Hominidae, więc tu jak najbardziej poprawna forma] oraz "homo sapiens ndm" - podana jest pisownia ale nie ma podanego znaczenia. Nie można więc mieć pewności czy odnosi się do nazwy gatunkowej czy określenia "człowiek myślący" (wyżej wyjaśniałem bardziej dokładnie). Przytoczę tylko Słownik wyrazów obcych, wyd. II PIW, Warszawa 1958 r. "homo novus [łac. homo novus dosł. nowy człowiek] dorobkiewicz, parweniusz". Niestety nie ma "Homo sapiens" w żadnej formie. Nie znalazłem także wskazówek w Słowniku poprawnej polszczyzny PWN z 1980 roku (jest tylko "homo- <<pierwszy człon wyrazów złożonych, pisany łącznie, pochodzenia obcego, oznaczający: taki sam, jednakowy, podobny, tego samego gatunku (...)." Nie znalazłem także odpowiedzi na nurtujący mnie problem w Małym słowniku języka polskiego PWN z 1989 (reprodukcja wydania z 1969 r.). Były tylko słowa: homogeniczny, homogenizacja, homogenizator, homogenizować, homologiczny, homonim, homoseksualizm, homunkulus. Ale w haśle "człowiek" takie jest wyjaśnienie: "człowiek 1. <<Homo sapiens [sic!] najbardziej rozwinięta istota żywa z rzędu Naczelnych (....)>>"

Encyklopedia popularna PWN, wydanie dwudzieste, Warszawa 1982: "Człowiek (człowiek rozumny, Homo sapiens), gatunek człowiekowatych żyjący od schyłku plejstocenu (...)." W innych polskich encyklopediach jest podobnie: poprawnie zapisana nazwa gatunkowa Homo sapiens.

Szkoda, że za sprawą nieprecyzyjnych zapisów w serwisach internetowych oraz błędnie zapisywanych nazw gatunkowych, zwłaszcza w stosunku do człowieka, tak mocno się te formy się upowszechniają.

Przypomnę jeszcze na koniec kilka fragmentów z moich wcześniejszych wypowiedzi w sprawie pisowni Homo sapiens.

"Dwujęzyczne wprowadzenie do wystawy ze sztuką koreańską (na ilustracji wyżej). Błąd ortograficzny czyli źle zapisana nazwa naukowa rodzaju Homo. Z małej litery (czy małą literą?). Niestety jest to coraz częściej spotykany błąd nawet w książkach naukowych, tych humanistyczno-historycznych. Świadczy to o coraz większym oderwaniu od przyrody i nauk przyrodniczych, a przynajmniej w ich klasycznym wydaniu. Oburzać się czy machnąć ręką? Przecież zapis ma znaczenie przede wszystkim komunikacyjne. Żeby takie błędy pojawiały się w Muzeum Narodowym? Wiele osób to ogląda i utrwala sobie błędną pisownię. Przecież ma znaczenie czy zapiszemy jeży lub Jerzy, może lub morze (dawniej chróściki obecnie chruściki, czyli zmiany ortograficzne w czasie). Gdy zapiszemy homo faber to inaczej odczytamy tę nazwę. Nie jako kolejną nazwę gatunku człowieka lecz jako określenie społeczne czy kulturowe." (czytaj całość)

"Dla komunikacji ma znaczenie jak się niektóre słowa i zwroty zapisze (że przytoczę klasyczny przykład jest różnica czy zrobisz komuś laskę czy łaskęjedna kreseczka a zmienia sens, podobnie jest w DNA, czasem mała, niepozorna zmiana czyni wiele ). Ma znaczenie czy coś zapiszemy Homo sapiens czy homo sapiens (w niektórych komunikatorach nie można użyć kursywy, ale duże i małe litery zawsze są dostępne). Pierwszy zwrot odnosi się do nazwy gatunkowej (krótsza forma, bo pełna zawiera także nazwisko i rok, tym czasem aspekt ten pomińmy). Na świecie są miliony gatunków. Istnieją więc w zoologii, botanice itd. specjalne kodeksy a sami naukowcy rygorystycznie pilnują, by używać poprawnych, jednoznacznych nazw gatunkowych. Mają być unikalne i niepowtarzalne. W języku potocznym, np. polskim, nazwy nie są już tak rygorystycznie pilnowane. Dany gatunek może mieć kilka, równoprawnych nazw, np. stokrotka, stokrotka pospolita, stokrotka łąkowa, stokrotka trwała. Nazwa naukowa jest jednoznaczna: Bellis perennis. Przy okazji przypomnę, że polskie nazwy gatunkowe piszemy małą literą." (Czytaj całość)

"Przechodząc między półkami w księgarni, pośród wielu interesujących, nowych pozycji (z żalem nie kupiłem… na razie!) , zauważyłem „Sapiens. Od zwierząt do bogów” Yuvala Noaha Harariego. Przejrzałem spis treści – zapowiadał ciekawą lekturę. Zajrzałem na ostatnią stronę okładki… i zmroził mnie notoryczny błąd humanistów „homo sapiens”. Dlaczego w książce, wydanej przez poważne wydawnictwo PWN i PZWL znajdują się tak podstawowe błędy? Przecież naukowa nazwa gatunku człowieka brzmi Homo sapiens ! Pisany z dużej litery i kursywą (tak, wiem popełniłem błąd językowy, poprawnie powinno być dużą literą – razi dusze humanistów i językoznawców?). Czy reklamowany bestseller może zawierać takie błędy? Szybko poszukałem w treści nazw gatunkowych i wyłowiłem poprawnie zapisane Homo erectus, Homo floresiensis itd." (Czytaj całość)

Wynika z tego, że tylko w stosunku do człowieka myślącego powszechnie stosujemy błędną formę zapisu nazwy gatunkowej. Nasi kuzyni zapisywani są już poprawnie. 

22.05.2020

50 twarzy Ryżego Zygmunta czyli aktywne poznawanie przyrody w bibliotece



Spotkania w bibliotece bywają czasem bardzo inspirujące. Nawet jeśli odbywają się on line, za pośrednictwem monitorów i łączy internetowych. W dialogu zawsze rodzi są coś nowego. Taka jest wartość dodana wszystkich spotkań, nie tylko w bibliotece. Na przykład w czasie majowego webinarium dla Miejskiej Biblioteki Publicznej im. Zofii Nałkowskiej w Przasnyszu narodził się pomysł na książkę pt. "50 twarzy Ryżego Zygmunta". Już się pisze. 

Tematem internetowego spotkania z czytnikami przasnyskiej biblioteki było Aktywne poznawanie przyrody czyli co można robić w bibliotece a o czym nie wiedziałeś(aś). Opowiadałem o przyrodzie w małym mieście, niezwykłych owadach i roślinach, w nawiązaniu do literatury podróży, historii i horroru. O szukaniu wiedzy w bibliotece, o malowaniu butelek, płytek poremontowych, wyplataniu gąsienicy i koszyków, malowaniu bajek (kamishibai) i tworzeniu edukacyjnych i przygodowych gier terenowych, w których uczestnicy wykorzystują telefony komórkowe i mobilny internet. Przekonywałem, że nawet w czasie izolacji można być razem i wspólnie przygotować terenowe podchody (np. gra miejska) z wykorzystaniem rękodzieła i zasobów biblioteki. Opowiadałem jak przygotować rekwizyty do gry terenowej, której narracja nawiązuje do przyrody małego miasteczka oraz historii. I jak być razem będąc oddzielnie. Wspominałem jak zmieniają się biblioteki i jak zmienia się społeczeństwo. Były to rozważania o ewolucji komunikacji w popularnym wydaniu.

Opowiadając o przyrodzie i dawnych, słowiańskich wierzeniach, wspomniałem m.in. o pospolitym pluskwiaku - kowalu bezskrzydłym, który lokalnie nazywany bywa ryżym Zygmuntem. I wtedy jedna ze słuchaczek - jak się okazało pisarka - wpadła na pomysł nowej książki o roboczym tytule "50 twarzy Ryżego Zygmunta" (przejrzyj wyżej zamieszczony zapis wideo z webinarium, a w szczególności czat - zobaczysz narodziny tego pomysłu). Już w tytule jest nawiązanie do przyrody oraz współczesnej kultury. W swoim webinarium starałem się nawiązać do przyrody w małym mieście, o owadach, roślinach w nawiązaniu do literatury, o szukaniu wiedzy w bibliotece, możliwych do zrobienia zabaw terenowe. Chciałem zainspirować do lokalnych i zespołowych działań. Nie przypuszczałem jednak, że tak szybko i w takiej formie się to uda. 

Biblioteka to miejsce spotkań ludzi, przez książki. A teraz także przez różne formy aktywności rękodzielniczej, artystycznej czy edukacyjnej. Być może powstanie jakaś gra terenowa w Przasnyszu z nawiązaniem do przyrody. A może kanwą będzie treść powstającej książki? Z niecierpliwością czekam na tę książkę.

Współpraca z różnymi, pozaakademickimi twórcami, w tym pisarzami, zawsze sprawiała mi dużo radości i satysfakcji. Obopólna inspiracja. I bardzo niekonwencjonalne efekty uzyskiwane w edukacji przyrodniczej. Bo za sprawą literatury fikcji wiele treści przyrodniczych dociera do szerokich kręgów społecznych. 

Wcześniej niektóre fragmenty z mojego bloga i opowieści przyrodniczych trafiły już do literatury a to za sprawą pisarek takich jak Katarzyna Enerlich i Renata Kosin:

17.05.2020

O karłątku leśnym z miejskiej łąki w Olsztynie

Karłątek leśny fot. Anna Skrzypińska
W ożywionej dyskusji o łąkach kwietnych w mieście warto wspomnieć o ty, co na nich żyje. lub może żyć. Przypominam tekst, który powstał kilka lat temu, przy okazji otwarcia wystawy w bibliotece Planeta 11. teren zielony w środku miasta z dwoma małymi zbiornikami wodny, ciągle ulega zmianom. Teraz, tuż obok, kończy się budowa wieżowca. Czy karłątki leśne jeszcze tam występują? Jakie rośliny i owady tam tego roku na spacerze będzie można spotkać?

W otaczającym nas krajobrazie ukrytych jest dużo różnorodnych śladów, zarówno zachodzących procesów naturalnych jak i wieloaspektowej działalności człowieka. Szukanie tych śladów i ich odczytywanie może być niezwykłą, nie tylko wakacyjną przygodą.

Wystawa „Krajobrazy Warmii i Mazur”, którą przygotowałem na Olsztyńskie Dni Nauki w 2014 r., była pokazywana m.in. w czasie Nocy Biologów 2017. Teraz znalazła się w bibliotece Planeta 11. Otwarciu wystawy towarzyszył spacer przyrodniczy (Wystawa Krajobrazy Warmii i Mazur w praktyce czyli przyrodniczy spacer wokół Planety 11).

Zamieszczony obok na fotografii motyl karłątek leśny (fot. Anna Skrzypińska) wiąże się z tym spacerem. Ale zanim opowiem o motylu najpierw słów kilka o przemianach krajobrazu. Przy okazji wystawy miałem okazję odwiedzić tereny, które kiedyś nawiedzałem dość często. Sąsiadują z dawną Wyższą Szkołą Pedagogiczną w Olsztynie i Instytutem Biologii i Ochrony Środowiska (teraz mieści się tam Wydział Nauk Społecznych UWM). Przychodziliśmy tu na zajęcia, prowadziliśmy czasem badania. Teren jest więc mi dobrze znany. Po latach niebytności dostrzegłem pewne zmiany. A teraz zmieniło się jeszcze bardziej, gdyż w sąsiedztwie buduje się Centaurus, najwyższy budynek w Olsztynie, z całym zapleczem. Przyroda zmieni się jeszcze bardziej.

Wiele tysięcy lat temu, gdy ustąpił lodowiec, obszar ten stanowił fragment tundry. Potem pojawili się ludzie, najpierw łowcy reniferów. W trwającym interglacjale i sukcesji ekologicznej tundra zmieniła się w las nizinny. Taki mniej więcej jak teraz widzimy w Puszczy Białowieskiej. Zupełnie inna bioróżnorodność. Ale wraz z zwiększeniem liczebności ludzi krajobraz coraz bardziej zmieniany był przez kulturę. W czasach początków Olsztyna był to krajobraz ekstensywnego rolnictwa, leżący na obrzeżach miasta. Kolejna, duża zmiana różnorodności biologicznej i estetyki krajobrazu. 

W wieku XX wkroczyło miasto, zmieniona została także sieć wodna: zanikanie drobnych zbiorników okresowych krajobrazu polodowcowego i małych strumieni. Jeszcze na początki lat 80. XX w. widoczne były ślady małego źródełka, dającego początek małemu strumieniowi. Źródełko i strumień były w pamięci śp. dr. Władysława Sempioła (badania prowadził nad antropogenicznymi zmianami zbiorników wodnych na Warmii i Mazurach) oraz w pozostającej jeszcze roślinności. Źródliskowy wysięk znajdował się poniżej ogrodzenia dawnej szkoły (Budowlanka). Ja sam ślady strumienia (koryta) widziałem jeszcze w jego końcowym biegu i ujściu do rzeki Łyny (w czasie budowy Parku Centralnego ślady tego strumienia zostały zatarte).

Teraz nie ma już żadnych śladów. Poniżej źródełka, nieopodal Planety 11 i Hotelu Relax, w dolinie strumienia od lat znajdują się dwa stałe zbiorniki wodne. Jak powstały? W części przez przegrodzenie doliny, w części najpewniej jako glinianka. Dawne miasto potrzebowało cegły. A do produkcji cegieł potrzebna jest glina. W krajobrazie polodowcowy jest jej dużo, wystarczy poszukać i wykopać. 

Potem powstałe zbiorniki i otaczające je tereny zielone stanowiły zielone tereny rekreacyjne dla powstałych osiedli i OSIR-u. Wypoczywali ludzie, na zawodach biegowych ćwiczyła młodzież. Po jakimś czasie pojawiła się ławka. Teraz jest ich nieco więcej. Na obrzeżach pojawiła się roślinność krzewiasta i zaczęły rozrastać się drzewa. Często trawę koszono, ale zawsze można było spotkać sporo roślin i bezkręgowców, w stawach rozwijały się płazy i gniazdowały ptaki. Były ryby. Kilka lat temu jeden zbiorników kompletnie oczyszczono, usunięto prawie całą roślinność. Zabiegi te miały na celu usunięcie osoki aloesowatej. Po kilku latach ponownie zbiornik zarósł w całości osoką. Ale nie wszystkie gatunki roślin i zwierząt powróciły, bioróżnorodność jest wyraźnie mniejsza. Intencje działań były dobre… ale zabrakło trochę przyrodniczej wiedzy i znajomości procesów ekologicznych. 

Od kilkudziesięciu lat krajobraz kształtowany jest przede wszystkich przez aktywność człowieka: inwestycje budowlane i sposób użytkowania zieleni. Teraz opisywany fragment jest to nieco zapomniany, taki dziki zakątek miasta. Ale w samym centrum. Pozytywnie zaskoczyła mnie wysoka, nieskoszona łąka kwietna. I kurka wodna z udanym lęgiem (gatunek ten gniazduje od wielu lat w tym samym miejscu). Zielona wyspa otoczona przez ruchliwe ulice i dużo betonu. Być może warto zasilać nasionami bioróżnorodność tej miejskiej łąki, by mądrze kształtować różnorodność biologiczną. 

W czasie edukacyjnego spaceru w 2017 r. pogoda była deszczowa, z małym i chwilowym przejaśnieniem. Mało widzieliśmy aktywnych owadów. Jednym z nich jest uwieczniony na zdjęciu karłątek leśny, samiec. Pora więc nieco więcej powiedzieć o naszym tytułowym bohaterze. 

Karłątek leśny, zwanym także karłątkiem ceglastym (Thymelicus sylvestris), to motyl z rodziny powszelatkowatych (Hesperiidae). Jest gatunkiem pospolitym. Występuje w Europie, północnej Afryce i zachodniej Azji (aż po Iran) w strefie klimatu umiarkowanego, Ameryce Północnej. W Polsce spotkać go można w całym kraju. Zasiedla zakrzaczone łąki z wysokimi trawami, skraje lasów, śródleśne drogi, niewielkie polany. Rozwój trwa rok, występuje jedno pokolenie w roku. Dorosłe motyle obserwować można od połowy czerwca do końca lipca. Motylom do życia potrzebne są nie tylko kwitnące rośliny (nektar jako pokarm imagines) ale i rośliny żywicielskie dla gąsienic. Roślinami pokarmowymi gąsienic są różne gatunki traw (m.in. kłosówka wełnista, kłosówka miękka, kupkówka pospolita). 

Wykaszanie trawników kosami żyłkowymi prawie do samej ziemi powoduje, że nie mają gdzie rozwijać się gąsienice wielu gatunków motyli, w tym i karłątka leśnego. Trzeba dać czas motylom na rozwój. W lipcu samica karłątka leśnego składa jaja na źdźbłach traw, w pochewce liściowej (do 30 jaj w jednej pochewce). Wylęg gąsienic z jaja odbywa się tego samego roku (od drugiej połowy lipca). Najpierw młodziutkie gąsienice zjadają osłonki jajowe (przyroda w swym funkcjonowaniu jest bardzo oszczędna, nic nie może się zmarnować), ale nie rozpoczynają żerowania na roślinach. Przędą wokół siebie jedwabne kokony i tak zimują, dodatkowo zabezpieczone pochewką liściową trawy. Wiosną rozchodzą się na różne strony i pojedynczo rozpoczynają żerowanie w rurkach ze zwiniętych liści traw. Są w ten sposób ukryte przed okiem drapieżników. 

Gąsienice są koloru zielonego, co utrudnia ich wypatrzenie w trawie. Przepoczwarczenie, trwające 2-3 tygodnie, następuje w maju i czerwcu (czasem jeszcze na początku lipca), w luźnym oprzędzie, znajdującym się u podstawy rośliny żywicielskiej. Karłatek leśny jest motylem o dziennej aktywności. Dorosłe większość czasu spędzają na wygrzewaniu się lub odpoczynku, z charakterystycznym, półotwartym układem skrzydeł. Tak jak ten na zdjęciu. Karłątki dobrze fruwają, manewrując między wysokimi trawami. I jak przystało na postać doskonalą (imago), za pomocą swojej rozwijanej trąbki, spijają nektar z kwiatów (zazwyczaj pożywiają się koło południa). Zaobserwowano jednocześnie, że poszczególne osobniki preferują kwiaty jednego gatunku. Kwiaty różnych gatunków roślin mają różną budowę a zatem nieco inaczej trzeba dostawać się do nektary. Preferowanie jednego gatunku (zazwyczaj najliczniejszego w danym miejscu) to oszczędność czasu na naukę spijania nektarów z kwiatów różnych gatunków. Ale karłątki zmieniają co jakiś czas preferowaną roślinę kwiatową, zwłaszcza, gdy preferowanej wcześniej kwiatów jest mniej. 

Na spacerze spotkaliśmy samca (widać to po charakterystycznej kresce na skrzydeł). Samce karłątków leśnych są terytorialne. Siedząc na wyższych źdźbłach trawy, kontrolują teren. Podrywają się do lotu, gdy zobaczą innego motyla i go ścigają. Samce przeganiają a samiczki starają się skłonić do amorów. Karłątki leśne są motylami osiadłymi. Większość osobników spędza całe życie w jednym miejscu. Tylko nieliczne migrują dalej ( większość osobników w ciągu dnia przemieszcza się na odległość 20 m, nieliczne do 280 m). Dlatego jeśli wyginą na wspomnianym terenie koło Relaxu i Planety 11, bardzo trudno będzie w naturalny sposób odrodzić tę populację.

Jak wspomniałem teren ten stanowi swoistą zieloną wyspę na „ocenie” betonowego miasta. Naturalnymi korytarzami mogłyby być przydrożne trawniki – ale te zazwyczaj są często i nisko koszone. Kiedy będzie ładna pogoda, poszukaj trawnika lub jeszcze lepiej miejskiej łąki. Siądź w trawie i obserwuj. Teraz nastał czas karłątków. Ale i wiele innych gatunków roślin i zwierząt zobaczysz. Rozejrzyj się wokół i spróbuj rozpoznać ślady różnorodnych procesów, tych wielkoskalowych i tych bardzo lokalnych. Nawet w środku miasta świat przyrodniczy może być bardzo ciekawy. Przed lub po wyprawie zajdź do biblioteki by uzupełnić swoją wiedzę i lepiej zrozumieć, to co się widziało. W Planecie 11 nie ma już wystawy, ale wiedzę możesz czerpać z innych źródeł.j

Otwarcie wystawy w Planeta 11


Poszerzona wersja tekstu z 8 lipca 2017 r.:  https://czachorowski.home.blog/2017/07/08/o-karlatku-lesnym-z-miejskiej-laki/

14.05.2020

Smukwa i storczyki czyli jak kwiaty na dwa sposoby bałamucą (kulinarnie i seksualnie)

Smukwa włochata (Campsoscolia ciliata) i dwulistnik naśladownik (Ophrys speculum)

W satyrycznych i nie tylko satyrycznych komentarzach do purytańskiej edukacji seksualnej i uświadamiania dzieci skąd się biorą dzieci, często pojawia się motyw kwiatu i motyla (lub pszczoły). Nigdy nie rozumiałem na czym polega uświadamianie za pomocą takiego przykładu. Może jako biolog mam jednoznaczne skojarzenia (przecież motyl czy pszczoła nie zapładnia kwiatu w dosłownym słowa tego znaczeniu). Nie wiem czy chodzi o zapylenie i przenoszenie pyłku na znamię słupka, np. przez wiatr lub owady, czy o jakieś alegoryczne fruwanie z kwiatka na kwiatek (w niezamierzony sposób promowałoby liczne kontakty z wieloma partnerami). Czyli kto jest głównym bohaterem: roślina czy owad? W tym pierwszym owad byłby przecież traktowany jako gadżet z sex-shopu (czy o to chodzi uświadamiającym?). Ale czy owady mogą próbować kopulować z kwiatami (relacje seksualne międzygatunkowe)? Okazuje się, że tak. Przyroda jest ogromnie bogata w swej różnorodności. Dlatego odwoływanie się do przykładów z przyrody jest zawsze ryzykowne. W każdym razie wymaga sporej wiedzy i rozumienia procesów.  

Czy owad może kopulować z kwiatem? Okazuje się że może. Przynajmniej może próbować. Od razu rodzi się pytanie po co i jaki to ma sens. Ewolucja prowadzi krętymi ścieżkami by ułatwić rekombinację genetyczną, korzystną dla przystosowania się do zmiennych warunków środowiska. Te i inne zdawało by się dziwactwa spotkać można na wakacyjnych wyprawach blisko i daleko. Przyroda nie przestaje zachwycać. Żeby przeżyć niezwykłą przygodę nie trzeba dalekich podróży. Bo to nie odległość przesądza o przygodzie. Przesądza ciekawość świata, otwartość na ludzi i umiejętność zadziwiania się. Prawdą jest to, że daleka podróż do egzotycznych krajów może ułatwić rytuał przemieniania się w podróżnika (gotowość na spotkanie nowego i nieznanego). Istotą podróży jest jednak gotowość poznania nowego. I owo nowe może czaić się za tuż rogiem. Na przykład wystarczy pójść innymi niż zazwyczaj drogami lub inaczej spojrzeć na świat.

Przyroda znakomicie się nadaje do podróżowania i odkrywania. Poprzez przyrodę można spojrzeć na samego siebie. Inspiruje do refleksji. Jako ekolog doskonale wiem, że przyroda ma wspólnotowy charakter. Tę złożoną wspólnotowość dostrzegają ostatnio także i genetycy oraz biolodzy molekularni, czego świadectwem jest chociażby teoria hologenomu. Liczę, że wniesie to inspirację do rozważań nad urządzaniem życia społecznego we współczesnym świecie, bo współpraca a nie egoizm przesądza o rozwoju. Być może dlatego coraz częściej mówi się o inteligencji zbiorowej, sieciowej, kolektywnej. Istniała od dawna, od początków naszego gatunku, ale teraz ujawnia się wyraziście w internecie i różnych projektach społeczności wirtualnej.

Dwulistnik pszczeli (Ophrys apifera L.)
Wróćmy do przyrody, bo tam szukałem swego czasu inspiracji do kolejnego felietonu dla VariArtu. Tematem była cielesność. Więc szukałem przykładów przyrodniczych po to, żeby był włożony kij w mrowisko (tytułem felietonów jest "Kij w mrowisko"). 

W przyrodzie nie ma nic za darmo – można by powiedzieć sama cielesność. Nic tylko żarcie i prokreacja, tudzież walka o byt. We współczesnej kulturze dominuje seks, wszędzie go pełno. Powiedziałbym, że nadproporcjonalnie do obecności w realnym życiu. Młodość, seks i jedzenie. Rozmnażanie płciowe, którego istotą jest przede wszystkim rekombinacja materiału genetycznego i wytwarzanie zmienności, a nie jakby się zdawało pomnażanie osobników, pojawiło się dość późno na Ziemi. Jakieś 1,5-2 miliardy lat od powstania życia. Jest kłopotliwe i kosztowne z krótkiej perspektywy. Z dłuższej, tej ewolucyjnej i gatunkowej, jest niezwykle korzystne. Czyli – szukając analogii społecznych – nie wszystko jest dobre co przynosi korzyść tu i teraz, ważna jest dłuższa perspektywa. Dobrze to oddaje stare przysłowie, że ten się śmieje, kto się śmieje ostatni.

Dwulistnik pszczeli (Ophrys apifera L.)
Ale wróćmy do kwiatów. Rośliny w swej istocie są nieruchome. Tkwią tam, gdzie wyrosły. Mowa oczywiście o roślinach lądowych. W wodzie gamety mogły się same przemieszczać za pomocą rzęsek lub witek, lub są unoszone prądami morskimi. Na lądzie jest za sucho i inna gęstość powietrza w porównaniu do wody. Trzeba szukać innych rozwiązań. Pyłek może być roznoszony przez wiatr, by trawić na słupek innego kwiatu (a potem do żeńskiej gamety). Są więc rośliny wiatropylne. A że wiatrem nie da się sterować, to pyłku trzeba produkować dużo. Ale odkąd pojawiły się na Ziemi owady, pojawiła się również owadopylność. Jak wykorzystać owada, by przylatywał do kwiatu i niechcący przenosił pyłek na innych kwiat? Oczywiście jedzeniem. Stąd nektar, który przywabia. Kolor i zapach ułatwia odnajdywanie kwiatu z nektarem. I tak z kwiatka na kwiatek owady przenosząc pyłek, ułatwiają rozmnażanie roślin. Jedzenie i seks. To wszyscy wiemy i już w zasadzie nas nie dziwi (przeczytaj o uczepku).

Ostatnio zachwyciły mnie storczyki. A w zasadzie storczyk o nazwie dwulistnik naśladownik (Ophrys speculum). Kwiaty tego śródziemnomorskiego storczyka mają jasnoniebieską plamę, otoczoną kosmatym, rudym owłosieniem. Przypomina to bardzo samicę pewnej osy z rodziny smukwowatych – smukwy włochatej (Campsoscolia ciliata syn. Dasyscolia ciliata), ze złożonymi skrzydłami i wystającymi spod nich odwłokiem. Kusi. Dodatkowo storczyk wydziela zapach, podobny do feromonów samicy smukwy. Wabi więc zapachem i obrazem. Samce smukwy włochatej dają się nabrać i próbują kopulować. Storczykowa „samica”, ta imitowana i udawana, jest nawet ładniejsza, atrakcyjniejsza, to znaczy silniej oddziałuje niż prawdziwe, realne samice. Niczym modelki udoskonalone "fotoszopem". W czasie gdy samiec próbuje kopulować z kwiatem storczyka, do czoła owada przyczepiają się pakiety pyłku (pyłkowiny, porównaj z uczepkiem). Po bezskutecznych próbach samiec odlatuje… zazwyczaj na inny kwiat i tam powtarza swą lubieżną czynność. A przy okazji przenosi pyłek i następuje zapylenie krzyżowe korzystne dla rośliny (w tym przypadku konkretnego gatunku storczyka). Smukwa jest w tym przypadku najzwyczajniej w świecie wykorzystywana.

Dwulistnik muszy (Ophrys insectifera)
Smukwa występuje w zachodniej części rejonu śródziemnomorskiego, więc w czasie wyprawy na Majorkę można ją zaobserwować. Wspomniany storczyk także. No tak, ale to daleko. Nie ma się co jednak zbytnio martwić, bowiem w Polsce występują dwa inne storczyki, które w podobny sposób wykorzystują owady. Wabią nie tyle jedzeniem co udawaną seksualnością. Pierwszy to dwulistnik muszy (Ophrys insectifera), kwitnie od maja do czerwca. Zapylany jest przez samce niektórych błonkówek. Dwulistnik muszy rośnie na górskich kserotermicznych murawach.
Drugi to dwulistnik pszczeli (Ophrys apifera) o zasięgu atlantycko-śródziemnomorskim. W Polsce po raz pierwszy gatunek ten zaobserwowano dopiero w 2010 roku na Śląsku, w nieczynnym kamieniołomie. Jest uznawany za gatunek obcy dla naszej flory. Też jest zapylany przez błonkówki, ale często dochodzi do samozapylenia. Kwitnie od marca do czerwca a w Polsce od połowy maja do czerwca.

W podróżny, tej bliskiej i dalekiej, zobaczymy więcej, jeśli się do tego przygotujemy. Bo na świat patrzymy przez pryzmat własnego wnętrza, własnej wiedzy. Im więcej rozumiemy z otaczającego świata, tym więcej niezwykłości dostrzegamy. Bo jeśli nic o historii czy przyrodzie, np. Egiptu nie wiemy, to zapewne zapamiętamy z wycieczki tylko lotnisko, hotel i basem. Podobnie z otaczającą nas przyrodą – mogą być to tylko robale i zielsko… lub fascynujące cykle życiowe i miliony lat ewolucji. Wiedza ułatwia zachwyt nad światem. Podobnie jak otwarcie się na spotkanie nowego.

I może na koniec przypomnienie o co chodzi z tym bałamuceniem kulinarnym. Roślina wytwarzająca kwiaty, aby zachcieć owada do odwiedzin i niezamierzonego przenoszenia pyłku, produkuje słodki i energetyczny nektar. Owady już od zarania swojej ewolucji odzywały się częściami generatywnymi roślin (ogromna strata dla roślin), w tym pyłkiem. Wytwarzanie nektaru jest więc jakimś sposobem odwracania uwagi od elementów generatywnych, swoistą daniną. A jednocześnie zachęta do odwiedzin kwiatów.

Zdjęcia: dwulistnika naśladownika (autor Pietro Niolu), z kopulującą smukwą (autor Hans Hillewaert, źródło Wikimedia Commons), dulistynik muszy (autorHans Hillewaert Wikimedia Commons), dwulistnik pszczeli (autor Bernd Haynold Wikimedia Commons)

13.05.2020

200 tysięcy wyświetleń, czas na refleksje

(Bajka edukacyjna kamishibai nad jeziorem w Szczytnie)

Kamienie milowe w czasie wędrówki są informacją o postępach w przemieszczaniu się. Są znakiem ułatwiającym orientację a także sygnałem, że można usiąść i odpocząć. I przemyśleć dalszą drogę, zarówno co do celu, wybranej drogi a także tempa. Kiedyś mila to było dużo. Bo podróżowaliśmy pieszo, czasem konno. Dużo wolniej niż obecnie. Ale za to bardziej uważnie. Bo czas nam pozwalał. Od jednego kamienia milowego, do drugiego. Dużo czasu na przemyślenia...

Symbol kamienia milowego na trwałe przeniknął do myślenia projektowego. Odzwierciedla ukierunkowanie na cel i postępy w realizacji. Po czym poznać, że dotarliśmy do celu podróży? Wydaje się oczywiste, ale tylko wtedy gdy dobrze znamy miejsce docelowe. A jak nie znamy (bo idziemy tam pierwszy raz) to szukamy napisów, znaków, pytamy ludzi: czy to jest właśnie już to miejsce. Pamiętam dawne podróże pociągiem na nieznanej trasie i dopytywanie się podróżnych, czy to już będzie stacja, do której jadę? Przecież pociąg krótko stoi, jak się zagapisz, to przepadło. A gdy wykonujemy zadanie, to po czym poznamy, że osiągnęliśmy zamierzony rezultat? 

Czasem wędrujemy bez celu, dla samego wędrowania. Czasem robimy rzeczy dla samej czynności. Ewaluacja jest jakimś sposobem oceniania w jakim jesteśmy miejscu i czy doszliśmy do zaplanowanego celu. Choć w podróży czasem zmieniamy cel, bo dostrzegliśmy inne, atrakcyjne miejsca. Podobnie bywa z projektami. 

Na liczniku wyświetleń niniejszego bloga przekroczona została okrągła liczba 200 000 odwiedzin.  Kolejny kamień milowy lub raczej informacja zwrotna. Innym kamieniem milowym może być liczba napisanych postów (jest ich blisko 350). Ale oddaje to moją aktywność a nie to, czy treść dociera do kogokolwiek. Dwa i pół roku i dwieście tysięcy wyświetleń. To dużo czy mało? Liczba. A co za nią się kryje? Liczba kliknięć nie oznacza tego, że ktoś przeczytał. Ani tego, ile przeczytał i jak to na niego wpłynęło.

W normalnych relacjach bezpośrednich odczytujemy z komentarzy, relacji czy nawet tylko z języka ciała to czy jesteśmy słuchani i jaki wywieramy skutek. A jak uzyskiwać wiarygodne informacje w relacjach internetowych? Może pełniejszą informacją zwrotną będzie liczba i treść zamieszczanych komentarzy? Aktywnych czytelników jest niewielki procent, więc i komentarzy mało (w stosunku do odwiedzin). O wiele łatwiej kliknąć "lajka" niż napisać komentarz. A jeszcze trudniej wyśledzić inne reakcje, np. przedruki, udostępnienia w innych miejscach, inspiracje przeczytanymi treściami i wynikające z nich działania. Niektóre do mnie okrężnymi drogami docierają. 

Niniejszy blog istnieje od lutego 2018 roku. Ale wcześniej istniał pod taką samą nazwą tyle że na innej platformie i z innym adresem internetowym. A jeszcze wcześniej były inne próby wykorzystywania internetu do komunikacji i utrzymywania relacji w postaci poczty elektronicznej, strony www. Niczym sukcesja lub ewolucja w układach biologicznych. Długa droga i zmienne sposoby podróżowania. Ale ciągle to ta sama wędrówka. I to samo uczenie się.

A może teraz zebrać wpisy z bloga i wydać książkę? Czy byłaby to forma refleksji i przystanku w podróży, czy też raczej zmiana formy (środka lokomocji mentalnej? Ewolucja kulturowa jest częścią tego samego procesu co ewolucja biologiczna, tak sądzę.

10.05.2020

Jak jest z frekwencją na zdalnych zajęciach?

(Olsztyńska Wystawa Dalii, nauczanie pozaformalne z kamishibai)

Czy poradziliśmy sobie ze zdalną edukacją (w szkołach i na uczelniach)? Poradziliśmy sobie tak jak było to możliwe. Nie był to zaplanowany wybór lecz reakcja na izolację, wynikającą z pandemii. Co można było zrobić inaczej? Zawiesić naukę i w ogóle zajęć nie prowadzić? Z pewnością byłoby to gorsze rozwiązanie i straty bez porównania dużo większe. Zatem może mniej oceniania a więcej analizowania?

Radzimy sobie tak, jak potrafimy, bo nie było czasu na przygotowania ani techniczne ani merytoryczne. Już nie pojedynczy pracownicy czy nauczyciele w ramach poszukiwań, eksperymentowania ale wszyscy i to w ciągu 1-2 tygodni musieli podjąć się zdalnego nauczania. Szybka nauka i improwizowanie, typowe dla sytuacji "pożaru" czy innej katastrofy. Ale jest to także doskonała ilustracja potrzeb edukacyjnych w wieku XXI: ciągłego uczenia się w szybko zmieniającym się środowisku. Jest to zasadnicza zmiana w stosunku do dawnej szkoły. Już wyjaśniam bardziej szczegółowo.

Poradzilibyśmy sobie dużo lepiej, gdyby: 1. Najpierw wypracować system dobry technicznie i merytorycznie (zdalnej edukacji), zarówno w szkołach jak i na uczelniach. Na to trzeba byłoby co najmniej kilkunastu lat. Dlaczego tak dużo? Bo system jest złożony i zawiera bardzo wiele niezależnie działających elementów. 2. Jak już byśmy mieli dopracowany system, wtedy można byłoby napisać podręczniki, instrukcje i rozpocząć kształcenie kadr, czyli nauczycieli i wykładowców (ale także zaplecza pomocniczego w postaci lokalnych i szkolnych administratorów sieci itd., stworzenie adekwatnych stanowisk i podziału kompetencji). Na koniec egzamin, dyplom czy certyfikat. 3. Tak przygotowane kadry i system działałaby sprawnie i bez zarzutów. Na jego przygotowanie trzeba lat kilkadziesiąt, w najlepszym przypadku lat kilkanaście. Długo? W społeczeństwie o wolnych zmianach, gdy warunki społeczne i cywilizacyjne zmieniają się bardzo powoli, to nie byłoby długo, bo taki system funkcjonowałby lat kilkaset lub kilkadziesiąt. I tak w historii ludzkości działo się przez tysiąclecia. Nasza szkoła tak właśnie funkcjonuje, z uniwersytetami włącznie. Idziesz do szkoły, uczysz się, zdobywasz dyplomy (potwierdzenie umiejętności i kompetencji) i idziesz do pracy, w której niemalże do końca życia nic się nie zmienia. Lub bardzo niewiele. Wiedza wyniesiona ze szkoły starczyła na całą aktywność zawodową. Od dłuższego czasu tak już nie ma. Kiedy dzieci rozpoczynają naukę w szkole, by osiągnąć kompetencje zawodowe, nie ma jeszcze zawodów, w których będą pracowały. To jak je do tego przygotowywać? Czego i jak uczyć? W większości już znamy odpowiedzi: że musi być to umiejętność ciągłego i szybkiego uczenia się a także szybkiego zapominania... nieadekwatnych i niepotrzebnych umiejętności. Że muszą być to kompetencje uczenia się i pracy w ciągle zmieniających zespołach, często w  zespołach wielokulturowych. Itd.

Ciągle pojawiają się pytania czy i jak radzimy sobie ze zdalną edukacją, w tym także na uniwersytetach. Nie jest moim zamiarem ocenianie. Po pierwsze nie ma porównania. Bo co byłoby warunkami referencyjnymi, próbą zerową, z którą moglibyśmy porównywać nasze obecne efekty i działania? Nie mam podstaw do oceniania czy dobrze sobie radzimy (ale mam dane do snucia refleksji). Nawet trudno mi odnieść się do samego siebie. Mieliśmy tydzień, może dwa na przygotowanie się a potem na ciągłe uczenie się w marszu i z popełnianiem oraz korygowaniem błędów, zasypywanie dostrzeżonych luk, na szybko uzupełnialiśmy braki sprzętowe, programowe i własne umiejętności. Ujawniły się (lub nie) zdolność do szybkiego uczenia się i wdrażania zupełnie nowych rozwiązań, umiejętności (lub ich brak) pracy zespołowej i wzajemnego wspierania się (lub rywalizacji), umiejętności zarządzania i motywowania do niestandardowego wysiłku, znoszenia stresu, udzielania wsparcia merytorycznego i technicznego w skali indywidualnej jak i całych zespołów. Nie chcę podejmować oceny bo się nie znam, to nie moja specjalność naukowa i nie mam wystarczających danych by wyciągać jakiekolwiek wnioski. Z całą pewnością potrzebne są refleksie i dyskusja. Refleksja bez oceniania.

Moim wnioskiem jets to, że ... taki kryzys to już mieliśmy i mieć będziemy. To nie jest jednostkowa ale permanentna sytuacja edukacyjna. Nieustające zmiany, czasem gruntowne i nieustające nieprzygotowanie do nowych sytuacji. Już wcześniej było to widoczne ale teraz uświadomiłem sobie te fakty z pełną mocą. Czas na przemyślenia jakie kompetencje rzeczywiście są potrzebne. I jak zmienić szkolę oraz uniwersytet by uwzględnić ten stan wspólnoty uczącej się w działaniu. Jakiś czas temu użyłem neologizmu: nauczeństwo (przemieszane role nauczyciela i ucznia). Nowe zjawiska, nowe desygnaty wymagają nowych słów, by opisywać structurę i procesy i by wyjść z utartych kolein myślenia. 

Tak, jesteśmy wspólnotą uczącą się w szybko zmieniających się warunkach cywilizacyjnych, społecznych i przyrodniczych. To znaczy powinniśmy być wspólnotą, bo inaczej nie poradzimy sobie. Doświadczenia zdobywane w obecnej sytuacji nagłego i kryzysowego wdrażania zdalnego nauczania możemy i powinniśmy wykorzystać do przemyślenia i przebudowania całego systemy edukacji. Nie chodzi o tylko to, by mieć dopracowane narzędzie i procedury na wypadek podobnej sytuacji kryzysowej (zawieszenie kontaktów bezpośrednich), ale by zmodyfikować codzienną praktykę. Doświadczenie i refleksje będą  przydatne do wdrażania nauczania hybrydowego, b-learning. Czyli nauczania wykorzystującego kontakty bezpośrednie jak i kontakty zdalne. Zarówno w aspekcie komunikacji jako takiej (nie tylko szkolnej) jak i dydaktyki.

Jak jest z uważnościa, z odbiorem treści i ze wspólnym myśleniem, w czasie zdalnego nauczania i kontaktów on line? Na spotkaniach bezpośrednich mamy kontakt wzrokowy z publicznością, ze studentami, z uczniami. Możemy na podstawie reakcji i języka ciała mniej lub bardziej trafnie wnioskować czy słuchają, czy rozumieją, czy są zaciekawieni. W czasie zdalnych spotkań jest to trudniejsze, a przynajmniej wymaga uruchomienia zupełnie innych kanałów generowania i odbierania informacji zwrotnych. Sytuacja dla nas w zasadzie nowa. Nie dziwmy się więc naszemu zaniepokojeniu, niepewności, zagubieniu. To normalne. Wynika z sytuacji a nie z naszej nieprzygotowania czy braków edukacyjnych. 

Jest jednak temat który mnie sprowokował to postawienia kilku pytań. Z wielu oficjalnych źródeł napływają informacje, że frekwencja na zdalnych zajęciach (tych synchronicznych) jest bardzo wysoka, nawet wyższa niż na zajęciach (wykładach) tradycyjnych. Czy tak jest naprawdę? Czy ktoś to zbadał, analizował? Czy jest to rzeczywista frekwencja czy tylko reakcja na sprawdzanie obecności? W spotkaniach w realu trzeba być fizycznie na sali by odnotować swoją obecność. Czasem oczywiście dopisywani są nieobecni przez kolegów (wykładowcy liczą liczbę studentów i podpisów by temu zapobiec). Nawet jak są na sali to nie znaczy, że słuchają i są obecni "duchem". Studenci i uczniowie wypracowali różne sposoby kamuflażu. Wróćmy choćby pamięcią do naszych lat szkolnych i studenckich. To pytanie o zasadniczy system: mamy niewolników, podwładnych czy niedojrzałych, złych i oszukujących dlatego wymyślamy coraz sprawniejsze systemy kontroli albo mamy wspólnotę dojrzałych i poszukujących wiedzy osób i to dla nich wymyślamy system edukacji. Dwa, skrajnie różne założenia, ale to one decydują o przyjmowaniu diametralnie różnych rozwiązań: kontrolować czy inspirować?

Najprościej nie sprawdzać listy obecności. Dawną tradycją akademicką jest nie sprawdzanie obecności na wykładach. Bo po pierwsze szkoda czasu (choć czasami jest to sprytne wypełnianie czasu gdy nie ma się wiele do powiedzenia), po drugie z niewolnika nie ma pracownika. Po trzecie odpowiedzialność za własną edukację ponosi student. A co z młodszymi uczniami? Czy są już na tyle dojrzali, że można im dać tę pełnię wolności? Czasem uczniowie trzymani pod dużym rygorem rodziców i nauczycieli, gdy wyjechali do innego miasta na studia, to "urwali się z łańcucha" i ponosili porażkę, bo nie mieli wystarczająco silnej motywacji wewnętrznej. Odnoszę jednak wrażanie, że wiek usamodzielniania przenosi się w górę, a na studiach mamy dużo z rygoru szkolnego. Bo sobie sami nie poradzą? Zupełnie jak z małym dzieckiem, któremu ciągle buciki zawiązuje rodzic. Wyuczona bezradność? Tak, wyuczamy bezradności i moim zdaniem tak to dzieje się w naszym systemie edukacyjnym, łącznie z uniwersytetami. 

Owszem, mogę nie przyjść na zajęcia z lenistwa i nie dowiem się co straciłem. Ale czyż w szkołach wyższych nie powinniśmy wymagać samodzielności w motywacji i odpowiedzialności za własną edukację? Czy nie powinniśmy pozwalać na błędy? Ciągle przymuszać? Przecież to nie są dzieci.  A może to strach przed... pustą salą i taką swoistą ewaluacją? Gdyby wszędzie studenci zapisywali się na zajęcia, to już na tym etapie dokonywaliby wyboru. Własne wybory bardziej się szanuje niż coś narzuconego z góry, coś zastanego, coś danego z zewnątrz. Nie na wszystkich uczelniach jest wybór zajęć, ten realny i szeroki (mniejszy czy większy jest, ale ja bym postulował ten znacznie większy: co do treści, czasu i osoby prowadzącej). Są oczywiście przedmioty obowiązkowe dla danego kierunku... ale przecież mógłby być wybór wykładowcy lub prowadzącego ćwiczenia (co do osoby, koncepcji czy nawet bardziej odpowiedniej pory zajęć). Pozbawiając wyboru utrudniamy wchodzenie w dorosłość i przejmowania odpowiedzialności za samego siebie, za własną edukację.

Na zajęciach zdalnych bardzo łatwo jest podłączyć się (włączyć się on-line) i odejść od komputera lub nawet zupełnie co innego robić w drugim oknie przeglądarki. Sprawdziłem na sobie, nie ma takiej podzielności uwagi by słychać jednego a czytać coś drugiego. To, że się studenci zalogowali, wcale nie jest 100% dowodem, że są obecni na zajęciach (podobnie jak to, że studenci obecni na zajęciach w kontakcie bezpośrednim nie muszą uważać i słuchać). Niemniej to są wszystko hipotezy. Ogromnie ciekawy jestem, czy rzeczywiście jest tak duża frekwencja na zajęciach zdalnych (i jak bardzo uważni są studenci). Czy macie Państwo jakieś własne dane, refleksje, przemyślenia na ten temat? Proszę napisać w komentarzach. Czy uważność przed komputerem może być tak dużą jak w spotkaniach bezpośrednich i jak długo można ją utrzymać?

Z relacji nauczycieli (w szkołach w edukacji zdalnej uczestniczy dużo więcej uczniów i nauczycieli i dłużej trwa, więc i skala doświadczeń jest większa) wynika, że niektórzy uczniowie są bardziej aktywni niż na normalnych lekcjach. U innych odwrotnie. Możliwie, że i wśród studentów jest podobnie. Co utrudnia zaangażowanie się tych pierwszych w kontakcie bezpośrednich a co tych drugim w kontakcie on line?

Sprawa frekwencji na zajęciach, zarówno w szkołach ja i na uniwersytetach, jest delikatna. Bo jeśli przyznamy publicznie, że coś nam nie idzie, to może spotkają nasz różnego typu reperkusje? Ze strony władz, ze strony rodziców, np. pojawią się nieprzychylne komentarze itd. A może my sami uznamy się za niekompetentnych, co pogłębi tylko nasze złe samopoczucie i obniży samoocenę? Więc może lepiej tego tematu nie ruszać?  

Czy mamy odwagę o tym publicznie dyskutować, bo może nie warto podważać tak pięknych statystyk i opinii? Lepiej nie sprawdzać i nie "grzebać" w tym temacie? Żeby się gdzieś nie rozniosło, nie wyszło na zewnątrz i nie posłużyło do wybrzydzania na konkretną szkołę, uczelnie czy nauczyciela (wykładowcę)?

09.05.2020

Od Teamsatorium do hybrydowej dyskusji panelowej

Czas społecznej izolacji, dystansowania się przestrzennego i wymuszona konieczność edukacji zdalnej na dużą skalę jest okresem stresu, poszukiwań, uczenia się. Ale jest także czasem na kreatywność i zupełnie nowe inicjatywy. Tak właśnie narodziła się uniwersytecka społeczność o intrygującej nazwie Teamsatorium UWM. Więcej o tej inicjatywie w wideo wywiadzie niżej.

(Joanna Dziekońska. Lidia Bielinis, Stanisław Czachorowski)

Oraz na stronie Radia UWM FM .

Po kilkunastu dniach funkcjonowania Teamsatorium UWM pojawił się pomysł na wywiad. Materiałem wyjściowym miała być rozmowa (zapisana jak na dyktafonie, żeby potem z tego skorzystać i przygotować tekst). A ponieważ jesteśmy izolowani to możliwa była tylko rozmowa przez jakiś komunikator. Po pierwszych słowach dyskusji narodził się pomysł, żeby nagrać ten wywiad i udostępnić właśnie w takiej formie wideo. Niezależnie od ewentualnego tekstu. 

Ale to był tylko początek inspiracji. Po nagraniu zapis wideo został umieszczony w grupie Teamsatorium UWM, na Facebooku i na stronie Wydziału Nauk Społecznych. I tak narodził się pomysł na hybrydową dyskusję panelową. Hybrydowa, gdyż łączy różne formy komunikacji zdalnej.

1. Najpierw rozmowa (dyskusja) panelistów, kilku osób na zadany temat. To komunikacja zdalna synchroniczna, odbywająca się w tym samym czasie, np. w formie wideokonferencji. Całość zapisana i zarchiwizowana.

2. Krok drugi to udostępnienie tak powstałego materiału w grupie dyskusyjnej (zespół na Teamsach, grupa na Facebooku itp.). Tutaj w dowolnym czasie toczyć się może dalsza dyskusja już w formie asynchronicznej: komentarze, pytania, refleksje, polemiki. W ten sposób do dyskusji dołączyć może dużo więcej osób. 

Prowadzenie wideo konferencje dla kilkunastu lub kilkudziesięciu osób jednocześnie jest praktycznie niemożliwe. Wymagałoby bardzo żelaznej samodyscypliny. W wersji hybrydowej mamy części z wideokonferencją i komunikacją synchroniczną oraz części z dyskusją tekstową i komunikacją asynchroniczną. Być może jest to jakiś sposób na e-konferencje lub dyskusje panelowe. Pomysł jest, teraz trzeba go sprawdzić w działaniu. Sprawdzić "prototyp" w wersji "półprzemysłowej". Bee szukał okazji do takiego eksperymentalnego wdrożenia. A po analizie rezultatów okaze się czy pomysł rokuje nadzieję czy lepiej o nim zapomnieć. 


04.05.2020

Wodosówka (Hydropsyche), która dużego zamieszania narobiła

(Zdjęcia przesłane przez Roberta Kowalskiego z GIOŚ Kiellce, a materiał pochodził z Czarnej Nidy i Bobrzy)

Będzie to opowieść o pułapkach skojarzeniowych i utartych koleinach myślenia. Oraz o zawiłościach badań naukowych. A wydawać się będzie, że jest to opowieść o chruścikach z rodziny Hydropsychidae, po polsku zwanych wodosówkami, czyli wodnymi sówkami. Skąd taka nazwa? Być może wynika z faktu podobieństwa i pokrewieństwa chruścików (Trichoptera) z motylami (Lepidoptera). Sówkowate to rodzina motyli nocnych, ćmami zwanymi. Dorosłe chruściki podobne są do niektórych gatunków motyli. A larwy żyją w wodzie, stąd może i nazwa wodne sówki, wodne sówkowate, wodo-sówki.

Nie tak dawno temu - choć wydaje się, że bardzo dawno - gdy chciało się zweryfikować poprawność oznaczenia jakiegoś gatunku, trzeba było zapakować okaz i wysłać pocztą lub jeszcze lepiej samemu wsiąść do pociągu i pojechać do uznanego specjalisty. Trwało to długo zważywszy, że specjalistów od danej grupy owadów jest w niewielu, na dodatek są porozrzucani po całym świecie. A nie zawsze książki i publikacje z zawartymi tam rycinami i opisami wystarczą. Ale od kilkunastu lat, gdy pojawił się internet i upowszechniły się technologie informatyczne, łącznie z łatwym robieniem zdjęć, konsultacje znacznie są łatwiejsze. Wystarczy zrobić zdjęcie i wysłać mailem (lub poprzez portale społecznościowe) do specjalisty. Podpowiedź może pojawić się w ciągu godziny. Lub najwyżej kilku dni. Niesamowita wygoda i zwiększenie efektywności badań naukowych. Powstały nawet liczne grupy w mediach społecznościowych, skupiające specjalistów i osoby zainteresowane daną grupą owadów. Ucząca się społeczność. Jedni zamieszczają zdjęcia, inni identyfikują uwiecznione na nich gatunki. Tyle tytułem wstępu. Przejdźmy do zasadniczej opowieści.

A było to tak. Jakiś czas temu dostałem od znajomego hydroentomologa - dra Grzegorza Tończyka z Uniwersytetu Łódzkiego - kilka zdjęć z zapytaniem co to za rodzina i czy może to być Ecnomidae (zdjęcia wykonał Robert Kowalski z GIOŚ Kielce, a materiał pochodził z rzek: Czarnej Nidy i Bobrzy). Dr Grzegorz Tończyk prowadzi różne badania, dotyczące monitoringu wód za pomocą makrobentosu, współpracuje w zespole, opracowującym ocenę jakości wód na podstawie bezkręgowców wodnych. Konsultuje i pomaga w poprawnym rozpoznaniu taksonów. Chruściki w tej metodzie wykorzystywane są w randze rodziny. Czyli wystarczy rozpoznać rodzinę a nie rodzaj czy gatunek. Najpewniej wiele współpracujących z dr. Tończykiem hydrobiologów przesyła do niego zdjęcia z prośbą o weryfikację poprawności oznaczeń. A że trudno samemu wszystko wiedzieć to czasem te zdjęcia trafiają dalej.

I w taki sposób zdjęcia chruścików trafiły do mnie. Wydały się znajome, ale zasugerowałem się najwyraźniej wspomnianą w przesyłanej wiadomości rodziną Ecnomidae. W Polsce występuje tylko jeden gatunek - Ecnomus tenellus. Znam go bardzo dobrze, często miałem w próbach  jest więc "opatrzony". Bez sięgania do innych opracowań od razu stwierdziłem, że na pewno nie jest to larwa Ecnomus tenellus. Kształt wydał mi się znajomy. Pierwszym skojarzeniem była rodzina Polycentropodidae. Poprosiłem o przysłanie zdjęcia głowy od strony grzbietowej. Po rysunku na głowie można dość precyzyjnie oznaczyć większość gatunków z tej rodziny. Szybko takie zdjęcie pojawiło się na moim komputerze. I kompletnie osłupiałem. Próbowałem jeszcze przyporządkować do rodziny Psychomyidae - i też bez sukcesu.

Nigdy takiej larwy nie wiedziałem. Może to jakiś mieszaniec międzygatunkowy? Albo gatunek nowy dla fauny Polski? Sensacja była już blisko. Szybko się jednak rozwiała. W toku dyskusji padło pytanie o to czy nie jest to czasem larwa Hydrosyche - wodosówki. I nagłe olśnienie. Rzeczywiście, to jest młoda larwa chruścika z rodziny Hydropsychidae. Jak mogłem nie poznać!

Powody pomyłki były dwa. To młode stadium larwalne a na zdjęciu nie było widać skrzelotchawek. Na dodatek schitynizowane tergity (grzbietowe) na drugim i trzecim segmencie tułowia były słabo widoczne. Drugim powodem było zasugerowanie się rodziną Ecnomidae. Tak więc nawet specjalista może się pomylić, zwłaszcza jeśli podświadomie czymś się zasugeruje i potem brnie jak koła w koleinach. W nauce bardzo ważna jest dyskusja i wymiana zdań, wzajemne recenzowanie się i weryfikowanie.

Kształt ciała larw z rodziny Hydrosychidae jest bardzo charakterystyczny (zdjęcie na górze). Dlatego wydawało mi się bardzo znajome. Przy dokładniejszym przyjrzeniu się widać tergity na wszystkich trzech segmentach tułowia. Na zdjęciu obok pronotum przybrało kształt takiego, jak u Polycentropodidae, co tylko ułatwiło brnięcie w myślowych koleinach. Ale na innych zdjęciach już widać wyraźnie charakterystyczne dla wodosówek  kształty tergitów.

Bez wątpienia wygodniej jest samemu oglądać okazy pod binokularem, bo można dowolnie manipulować owadem i przyglądać się cechom diagnostycznym. Zdjęcia wykonywanie przez nie-specjalistę od danej grupy nie zawsze są zrobione tak, by było widać ważne cechy diagnostyczne. Trzeba prosić o wykonaniem kolejnych zdjęć ze wskazaniem cech istotnych (co na zdjęciu powinno się znaleźć). Ale najważniejsze, że jest to możliwe. Zupełnie nowy i niesamowity aspekt zdalnej komunikacji. 

Na koniec wypada napisać o samych wodosówkach. Imagines są szarobure, niczym szczególnym się nie wyróżniają. Wiele osób pomylić może z małymi "ćmami". Dużo ciekawsze są same larwy. Hydropsychidae należą do chruścików bezdomkowych, to znaczy że larwy nie budują przenośnych domków, z którymi najczęściej kojarzymy chruściki. Budują za to norki, zakończone siecią łowną. Jest to więc jakiś "domek", tylko bardzo stacjonarny i nieprzenośny.

Sieci łowne, wykonane z jedwabiu, służą larwom wodosówek do filtrowania zawiesiny z wody, w tym cząstek detrytusu jak i małych organizmów wodnych. Regularnie chruściki z rodziny Hydropsychidae przeszukują swoją sieć i zjadają nadające się kąski. Są filtratorami (funkcjonalna grupa troficzna). A przez taki sposób odżywiania się mogą żyć tylko w wodach płynących (w wodach stojących "pieczone gołąbki same nie lecą do sieci i gąbki"). Są więc topowymi potamobiontami i rhitrobiontami (różne gatunki zasiedlają strefę strumienia i strefę rzeki).  Rozmieszczenie poszczególnych gatunków jest dość ścisłe w profilu podłużnym rzeki (od źródeł do ujścia). Dlatego na ich podstawie można wiele wywnioskować o stanie cieku. Niejednokrotnie już na podstawie samego składu gatunkowego w próbie można określić wielkość cieku i to, czy wody sa czymś zanieczyszczone. Z tego względu są dobrymi bioindykatorami. 

W behawiorze wodosówek jest jeszcze coś bardzo interesującego. Larwy pod wodą... ćwierkają. Dolna strona puszki głowowej larw jest pofałdowana, z wrębami, niczym tara do prania bielizny. Na odnóżach pierwszej pary występują grube, krótkie szczeciny. Larwa, pocierając nimi o karbowaną stronę głowy, wydaje dźwięki przypominają ćwierkanie świerszcza. Można powiedzieć, że stryduluje. A cały proces przypomina muzyków jazzu tradycyjnego, grających na tarze (tarce) do prania.

Dlaczego larwy wodosówek strydulują? Dźwiękami odstrasza inne larwy, są bowiem terytorialne. Możliwość zbudowania sieci i dostęp do przepływającej zawiesiny ograniczone są przestrzennie. I o tę przestrzeń do dostatniego życia konkurują ze sobą i z innymi wodnymi bezkręgowcami.

Czy można usłyszeć strudulację chruściki? Gołym uchem się nie uda. Chyba, żeby wprowadzić czuły mikrofon pod wodę i tam nagrywać dźwięki podwodnego życia.

03.05.2020

O polskiej nauce i o owadach, z Wiktorem Niedzickim w Halo Radio

W dniu 9. maja 2020 (sobota) o godzinie 17.00 wraz z dr hab. Agnieszką Kosewską, prof. UWM z Katedry Entomologii, Fitopatologii i Diagnostyki Molekularnej oraz dr. Grzegorzem Tończykiem z Uniwersytetu Łódzkiego (zoolog, hydrobiolog) gościł będę na antenie Halo Radio w audycji Wiktora Niedzickiego (Wiktor Niedzicki o polskiej nauce, https://halo.radio/show/wiktor-niedzicki/). Porozmawiamy o owadach i badaniach entomologicznych. I o nauce jako takiej.

Cotygodniowa audycja taką ma zapowiedź: "Czy naukowcy są ponurakami? Dlaczego każdy Polak sądzi, że potrafi leczyć? Skąd się wzięło 230V w gniazdkach? W „Dwóch ciekawych godzinach” z red. Niedzickim będziemy co tydzień rozmawiać o największych osiągnięciach polskiej nauki. W studiu gościmy naukowców, którzy w sposób przystępny opowiedzą o fizyce, chemii, inżynierii czy medycynie.". 

O czym będę chciał opowiedzieć? Przede wszystkim o poszukiwaniu entomologicznego kamienia filozoficznego. Brzmi tajemniczo i nietypowo? Mityczny kamień filozoficzny umożliwiał transmutację (zamianę) innych substancji w złoto. Gwarantował więc bogactwo (nie licząc sławy). A do czego wiedza o owadach potrzebna jest dzisiaj, by mogła przynieść „bogactwo”? I komu? Na to pytanie będę próbował udzielić częściowej choć częściowej odpowiedzi.

Dla nauki i naukowców ważne jest poszukiwanie wiedzy dla samej wiedzy. Zupełnie jak tworzenie mapy. Do czego się ona przyda? Do końca nie wiadomo, ale jak się ma dokładną mapę to w zależności od aktualnych potrzeb możemy sprawnie przemieszczać się i trafić tam, gdzie akurat chcemy. Potrzeby przyszłości nie są za bardzo znane. Możemy przewidywać ale czasem pojawiają się zaskakujące wyzwania. Dlatego ważna jest dobra i rzetelna wiedza podstawowa, nawet jeśli w chwili jej tworzenia nie mamy jeszcze pomysłu jej utylitarnego zastosowania.

Nad czym teraz pracujemy (nauka zawsze jest aktywnością zespołową)? Ja uczestniczę w szerokich, zakrojonych badaniach poznających różnorodność biologiczną owadów, w szczególności chruścików (Trichoptera), w ekosystemach wodnych. A także w poznawaniu bioróżnorodności w uprawach roślin energetycznych (pozyskiwanie energii z biomasy i odpadów rolniczych). Jednym z pytań jest to jak uprawy wierzby i topoli wpływają na różnorodność biologiczną ekosystemów krajobrazu rolniczego i pojeziernego. Kolejnym pytaniem jest to w jaki sposób wykorzystać owady do przekształcanie celulozy i różnych odpadów rolniczych na użyteczną dla człowieka biomasę, np. paszę dla zwierząt lub odnawialne źródła energii. W tych poszukiwaniach niezbędna jest wiedza podstawowa o biologii owadów. Ich zdolności do trawienia celulozy oraz ich związki z innymi organizmami: grzybami, bakteriami, pierwotniakami. Tu dochodzimy do nowej koncepcji biologicznej – hologenomu.

Moje badania podstawowe dotyczyły i dotyczą poznania prawidłowości rozmieszczenia chruścików w ekosystemach: jakie i gdzie występują gatunki, jak zmiany klimatu wpływają na zasięgi występowania gatunków, jak chruściki są rozmieszczone siedliskowo w różnych typach zbiorników wodnych, jak wpływa antropopresja na bioróżnorodność nie tylko w ekosystemach wodnych. Do czego ta wiedza może być wykorzystana? Można ja wykorzystać np. w biomonitoringu ekosystemów wodnych (badania tak zwanego zdrowia ekosystemów). Czyli za pomocą gatunków i różnych charakterystyk ekologicznych próbować określić stan i możliwe zmiany w funkcjonowaniu ekosystemów. Dotyczy to procesów sukcesji i ewolucji.

Będę także chciał opowiedzieć o upowszechnianiu i popularyzacji nauki oraz wspomnieć o Dniu Chruścika i aktualnym projekcie Warmińsko-Mazurskim Uniwersytecie Młodego Odkrywcy 2.0. Bo nauka to przede wszystkim praca zespołowa i nieustanna dyskusja. Dyskusja z innymi specjalistami praz dyskusja z innymi ludźmi nawet jak są amatorami, ciekawymi świata przyrody.

Owady, jak sama nazwa wskazują, wadzą nam. Podgryzają nas różne owady, także wodne owady krwiopijne: komary, kuczmany, meszki, ślepaki. A czy my możemy zjadać owady? Jest to jednym z wyzwań przyszłości. Ja już kosztowałem, wspólnie ze studentami i we współpracy z restauratorami.

Wspomniany udział w audycji Wiktora Niedzickiego w Halo Radio jest dla mnie jeszcze jednym wyzwaniem w poznawaniu współczesnych metod komunikacji i edukacji hybrydowej i zdalnej. poznaję i uczę się.

Być może uda się opowiedzieć o moich osiągnięciach badawczych, taki jak:
  • zbadanie składu gatunkowego oraz poznanie struktury rozmieszczenia larw Trichoptera w jeziorach Polski (zobacz więcej na ten temat),
  • zbadanie składu gatunkowego oraz wyróżnienie podstawowych zgrupowań larw chruścików w drobnych zbiornikach Polski,
  • poznanie składu gatunkowego, struktury dominacji i siedliskowego rozmieszczenia larw w rzekach nizinnych,
  • poznanie składu gatunkowego oraz ocena stopnia związania chruścików ze źródłami Polski,
  • uzupełnienie faunistycznej inwentaryzacji chruścików: na Pojezierzu Mazurskim, Pojezierzu Pomorskim, Nizinie Podlaskiej, Mazowszu, Wielkopolsce, Polesiu Lubelskim, Wyżnie Lubelskiej, Kotlinie Sandomierskiej, Wyżynie Krakowsko-Częstochowskiej, Karkonoszach oraz Nizinie Pruskiej (Rosja), Białorusi, Ukrainie i Łotwie.
  • zaproponowanie modelu wyspy siedliskowej (ekologicznej) dla opisu i interpretacji indywidualizmu gatunkowego drobnych zbiorników wodnych, źródlisk i siedlisk w jeziorze. Model jest rozwinięciem koncepcji MacArthura,
  • zaproponowanie wskaźnika naturalności biocenoz wodnych, jako nowej metody bioindykacji i monitoringu zasobów przyrodniczych (Wns, Wni),
  • opracowanie listy (check-list) chruścików Polski, Białorusi i Ukrainy,
  • wytypowanie gatunków Trichoptera do Czerwonej Księgi Zwierząt Polski oraz Białorusi.
  • opracowanie listy gatunków parasolowych, z których Crunoecia irrorata została włączona do listy gatunków chronionych,
  • zaproponowanie nowego wskaźnika oceny bioróżnorodności w obszarach chronionych (RED, REB)
A jak nie będzie na to czasu (a najpewniej nie będzie)? To będzie motywacja do opowiadania na blogu, tworzenia krótkich wideo opowieści na Facebooku i You Tube oraz może w końcu nauczę się robić podcasty lub vloga (wideo bloga). Człowiek uczy się całe życie a i tak czuje się niekompetentny w wielu potrzebnych dziedzinach.

Link do wideo nagrania z audycji (na Facebooku), link do Podcastu z tej audycji.

02.05.2020

O co chodzi z tymi łąkami naturalnymi w miastach?

(Łąka kwietna, przykład z Francji, posesja prywatna. Koszone są tylko alejki, po których można wygodnie spacerować)
Wzrasta zainteresowanie i społeczna presja na zakładanie łąk w miastach zamiast tradycyjnych trawników. O co chodzi? Dlaczego rezygnować z wieloletniej tradycji częstego strzeżenia trawników w miastach? Przecież było dobrze, po co zmieniać nasze przyzwyczajenia i sposoby zarządzania terenami zielonymi w miastach?

Stare nawyki i wzorce są nieskuteczne w obecnych warunkach społecznych, cywilizacyjnych i klimatycznych, są wręcz szkodliwe i destrukcyjne. Zmiany są globalne i lokalne. Wzrosła ilość terenów zurbanizowanych. Kiedyś miasta były małe i otoczone przyrodą wiejską oraz lasami. Na dodatek mamy globalne zmiany klimatu i wyraźne ocieplenie wraz z towarzyszącą i pogłębiającą się suszą, nawet u nas. Trwanie w dawnych przyzwyczajeniach oznacza klęskę. To tak, jakby ktoś latem nosił kożuch, kalesony i ciepłą czapkę. Bo w zimie jest zimno i trzeba było się ciepło ubierać. Tyle tylko, że nie zauważył zmiany pory roku. Upieranie się przy częstym koszeniu trawników jest właśnie takim niedostrzeganiem zachodzących zmian. Jest działanie nieadekwatnym do aktualnej sytuacji.

Podobnie jest z dbałością o zieleń – bardzo dużo się zmieniło i bezrefleksyjne powielanie dawnych nawyków bywa szkodliwe. Coraz więcej osób dostrzega absurdalność stosowanych praktyk i dlatego coraz głośniej domaga się zmian w gospodarowaniu zielenią miejską. Bezwład społeczny jest duży i ciężko pokonać stare nawyki „bo tak się zawsze robiło”.

Czym się różni łąka kwietna, łąka naturalna od tradycyjnego trawnika? Częstością koszenia. Tradycyjne trawniki kosi się 4-6 razy w roku a łąkę miejską zaledwie 1-2 razy w roku. W warunkach suszy nawet raz na 2-3 lata, przynajmniej w niektórych siedliskach. Zatem nie chodzi o całkowite zaprzestanie koszenia lecz zmniejszenie intensywności.

Dlaczego tak często kosiliśmy trawniki w miastach? Jest kilka przyczyn. Jedną jest nawyk estetyczny i dążenia do modelu pola golfowego: niski trawnik, jednolicie zielony, bez żadnego mniszka czy nawet stokrotki. Dziwna i szkodliwa estetyka, zupełnie nie pasująca do aktualnych potrzeb miejskich. Po drugie częstość koszenia wynikał z wygody i dostępnych maszyn. Na tradycyjnej łące wiejskiej po skoszeniu zostaje siano – czyli biomasa. Rolnik zwoził ją do obejścia i przeznaczał na paszę. Na polu golfowym biomasa jest problemem (łatwo zobaczyć wokół domków jednorodzinnych za płotem wyrzuconą trawę z kosiarek). Częste koszenie powoduje, że fragmenty roślinne są małe i nie trzeba z nimi nic robić. Pełna wygoda. A najlepiej jak nic nie rośnie. Dlatego w wielu miejscach zamiast terenów zielonych są place wyłożone polbrukiem, kostką granitową czy asfaltem. Czasami powierzchnie są zlewane herbicydami…. I problem z głowy. Równie dobrze można leczyć chorą rękę przez amputację: szybko i wygodnie dla chirurga… O to nam chodzi?

W społecznej dyskusji pojawiają się skróty myślowe „nie kosić trawników". Oczywiście nie chodzi o to, żeby w ogóle nie kosić, ale żeby kosić rzadziej, góra 1-2 do roku, w zależności od sytuacji pogodowej i siedliskowej. Potrzebna jest więc szeroka wiedza ekologiczna i ogrodnicza. I takich specjalistów nam teraz potrzeba.

(Łąka kwietna, przykład z Francji, posesja prywatna.
Koszone są tylko alejki,
po których można wygodnie spacerować)
Świat się zmienia, znikają jedne zawody, pojawiają się zupełnie nowe. Nie ma już zapalacza lap ulicznych (gazowych), nie ma dorożkarza i wielu innych profesji. Pojawiły się zupełnie nowe: informatyk, kierowca taksówki, elektromonter. W odniesieniu do zieleni miejskiej bez wątpienia potrzebni nam dobrze wyedukowani ogrodnicy miejscy jak i zatrudniani do opieki nad terenami spółdzielni mieszkaniowych oraz „zieloni” streetworkerzy organizujący aktywność mieszkańców wokół pielęgnacji i użytkowania terenów zielonych). Oraz potrzebny nam jest zielony wolontariat. Bo ludzie chcą być aktywni i mieć kontakt z przyroda. Nie ma możliwości aby wszyscy mieli blisko domu własne ogródki działkowe. Ale przecież mogą uczestniczyć w tworzeniu i pielęgnacji wspólnej, publicznej przestrzeni zielonej. Wymaga to zupełnie innej organizacji i zarządzania. Przed takim społecznym wyzwaniem obecnie stoimy.

Nie ma łąki bez koszenia gdyż w wyniku naturalnej sukcesji ekologicznej szybko pojawią się drzewa (chyba, że na skutek niekorzystnych warunków i suszy klimaksem będzie sucha, kserotermiczna łąka lub półpustynia). W krajobrazie wiejskim postanie terenów łąkowych wiązało się z wypasem bydła oraz corocznym koszeniem łąk by pozyskiwać paszę dla zwierząt. A jeszcze wcześniej aktywność dużych roślinożerców utrzymywało duże obszary otwarte. Koszenie lub zgryzanie przez roślinożerców jest nieodzownym elementem kształtowania takiego zbiorowiska roślinnego jakim jest łąka. Chodzi o to by trawniki kosić rzadziej. Tak rzadko jak to jest potrzebne by mogły rozkwitnąć na nich naturalnie pojawiające się kwiaty. Żadnych z tych czynników nie ma w mieście. Pozostaje więc koszenie lub… wprowadzania wypasu zwierząt do miasta. I tak w wielu miastach europejskich i amerykańskich już jest. Taniej jest wynająć pasterza ze stadem niż mechanicznie kosić by utrzymać dużą różnorodność biologiczną. I dodatkowo jest atrakcja dla mieszkańców. Dodatkowa okazja by mieć kontakt ze zwierzętami bez konieczności trzymania ich w domu.

Oczywiście w obrębie miasta są też obszary, w których regularne koszenie jest i raczej powinno być utrzymywane. Z jednej strony wynika to ze zróżnicowanych funkcji terenów zielonych a z drugiej z potrzeby utrzymania możliwie dużej różnorodności siedliskowej i ekologicznej. Do tego potrzebna jest wiedza i odpowiednie zarządzanie. Celem dla nas jest podnoszenie jakości życia w mieście oraz tak zwane usługi ekosystmemowe.

Przy coraz dotkliwszych wiosennych i letnich upałach oraz coraz dłuższych okresach suszy, krótko przystrzyżone trawniki szybko wysychają, zamieniając się w klepiska. „Zapuszczony” trawnik, łąka kwietna, łąka naturalna to przede wszystkim większa różnorodność gatunkowa roślin. W tym takich, które mają głębsze systemy korzeniowe i takie, które dostosowane są do okresów suszy. Zatem łąki kwietne są trwalsze (nie zapominając o ich urodzie!). Po drugie, w czasie intensywnego deszczu dłużej zatrzymują wodę, spowalniając spływ powierzchniowy a zatem zmniejszają negatywne skutki letnich nawałnic. Czyli zmniejszają liczbę i wielkość podtopień w czasie intensywnych opadów na terenach miejskich. Dłużej zatrzymują wodę, zwiększają przesiąkanie w głąb gleby. I w rezultacie zwiększają małą retencję wody. W ciągu 2-4 lat funkcjonowania takiej naturalnej łąki zwiększa się ilość próchnicy w glebie a więc zwiększa się zdolność do magazynowania wody. Próchnica działa jak gąbka.

Łąka naturalna to wyższa zieleń, bardziej „chaotyczna”. Niektórym się to nie podoba, wolą równiutko przystrzyżone poletka, jednakowe, bez żadnego kwiatka. Nudna monokultura na której niewiele jest gatunków roślin, grzybów i zwierząt się utrzyma.

Często strzyżony trawnik na swoje zalety, jest miękki i wygodnie po nich chodzić boso czy leżeć. W niektórych miejscach takie wypielęgnowane, zielone dywaniki powinny zostać. Pamiętać należy jednak że są kosztowne w utrzymaniu: wymagają częstego podlewania. A skąd brać wodę do podlewania? Z ujęć głębinowych? Kosztem wody dostępnej dla celów komunalnych? Woda będzie coraz droższa. W czasach permanentnej suszy powinien być absolutny zakaz podlewania trawników wodą wodociągową. Można podlewać jedynie wodą z oczyszczalni (np. własnego systemu oczyszczania), wodą zbieraną z dachu, zużywaną wodą z gospodarstwa domowego itd. Temu celowi służą także ogrody wodne, zakładane w miastach.

W warunkach suszy w wielu miejscach mało żyznych oraz suchych i tak niewiele urośnie. Nie ma czego kosić. W parkach można wykaszać jedynie alejki do spacerowania po trawie, za każdym razem inaczej wytyczając takie zielone ścieżki. Przy takim gospodarowaniu wysoka roślinność zielna nie przeszkadza w wygodnym spacerowaniu, leżeniu na trawie itd. Uspokoi także tych, którzy obawiają się kleszczy.

(Łąka kwietna, przykład z Francji, posesja prywatna.
Koszone są tylko alejki, po których można wygodnie spacerować)
Koszone raz lub dwa razy do roku łąki charakteryzują się tym, że znajdują się tam twarde, przycięte łodygi roślin (utrzymują się jakiś czas po koszeniu). Przypomina to trochę rżysko. Po takiej łące przez pewien czas trudniej chodzić boso (trzeba umieć stawiać stopy). I to jest jedyna niedogodność dla mieszkańców.

Rzadziej koszone łąki wymagają zastosowania nieco innego sprzętu, niż ten używany do często i nisko koszonych trawników rodem z pól golfowych. To na pewno niedogodność dla firm. Ale czy to narzędzie ma być dobrane do naszych potrzeb czy też ogon ma kręcić psem?

Pozostaje także problem co zrobić ze skoszoną łąką. Rośliny powinny pozostać co najmniej przez kilka dni (najlepiej kilkanaście), aby zdążyły się wysiać nasiona. Potem „siano” powinno być zebrane i…. przeznaczone na kompost (lub do innych celów gospodarskich). Myślę, że powinno powstać wiele małych kompostowników w mieście by nie wozić zbyt daleko biomasy. A potem wytworzonej próchnicy. Oczywiście, rodzi to pewne problemy organizacyjne i logistyczne. Zmienia się świat i środowisko i dlatego powinniśmy dostosowywać sposoby gospodarowania zielenią do aktualnych potrzeb. Osiedlowe kompostowniki wymagają wiedzy i dyscypliny samych mieszkańców. By nie wrzucali wszystkiego a tylko odpowiednie odpady organiczne. Kluczem jest edukacja i współpraca społeczna. Dlatego wcześniej pisałem zarówno o ogrodnikach miejskich jak i streetworkerach. Zupełnie nowe zawody. Pieniądze zaoszczędzone na zaniechaniu zbędnego koszenia można przeznaczyć na opłacenie tych etatów.

Obecnie głównym zadaniem cywilizacyjnym jest zwiększenie retencji wody, także i w miastach. Jak najmniej betonu i asfaltu (bo tu woda nie wsiąka ale szybko spływa), nawet parkingi powinny być budowane z ażurowych płyt betonowych a nie litej, nieprzepuszczalnej powierzchni. Jak najwięcej trawników, w tym rzadziej koszonych łąk naturalnych, jak najwięcej drzew (dają cień, obniżają temperaturę otoczenia latem). Powinny pojawiać się zielone dachy i wodne ogrody.

Zieleń miejska to także działania przeciw emisyjne. Mam na myśli nie tylko spaliny ale i drobne pyły, które osadzają się na liściach drzew. To naturalne filtry poprawiające jakość powietrza w mieście. Ponadto zieleń tłumi hałas. Starodawną metodą pielęgnacji drzew jest przycinanie ich na „lizaka” – pień jak patyk a na górze korona. Zwłaszcza lipy mają odrosty przy pniu. Nie powinny być one wycinane. Bo i po co? Aleje drzew wzdłuż ulic powinny stanowić szczelny, zielony ekran., A zatem bez przycinania nisko rosnących gałęzi. Ponadto powinny być dosadzone między drzewami krzewy, tak aby wypełniały przestrzeń między glebą a koroną drzew.

Każdy z nas może coś zrobić, nie tylko poprzez petycje do władz i głośne artykułowanie swojej woli i potrzeb. Można od zaraz zadbać o zieleń wokół swojego miejsca zamieszkania, także na publicznych i spółdzielczych trawnikach. Dosiewać różne gatunki dziko rosnących roślin zielnych i bylin (naturalna dyspersja długo trwa), zakładać łąki kwietnie i ogrody deszczowe. Jeśli to możliwe to warto zbierać wodę z mycia naczyń i zamiast odprowadzać do kanalizacji, podlewać nią przydomową zieleń.

Po co nam łąki kwietne? Jest wiele powodów. Po pierwsze człowiek potrzebuje kontaktu z przyrodą (biofilia). Łąki miejskie są jeszcze jedną formą bliskiego kontaktu z przyrodą. Można nie tylko cieszyć oko ale i obserwować różne gatunki roślin, różne owady, poznawać je, fotografować. To jeszcze jedna możliwość organizowania zielonych klas dla przedszkoli, szkół czy nauczania domowego. Można spacerować, cieszyć się aromatem kwitnących kwiatów, leżeć na łące, organizować śniadania na trawie itd., boso chodzić i cieszyć się z bliskiego kontaktu. Te duchowe potrzeby przesądzają o jakości i komforcie życia w mieście. Jest jeszcze wiele powodów bardzo pragmatycznych. Łąki naturalne czyli „zaniedbane” trawniki obniżają poziom hałasu i zanieczyszczeń powietrza. Spełniają funkcje antysmogowe, przyczyniają się do lokalnego obniżenia temperatury i ograniczenia miejskich wysp ciepła (będą uciążliwe w czasie lata). Tereny zielone, w tym i różnego typu łąki kwietne, ogrody wodne itd., mają zdolność do zatrzymywania wody, dzięki temu m.in. zmniejsza ryzyko podtopień w następstwie nawałnic. Zwiększają wilgotność powietrza w swoim bliskim otoczeniu, co działa korzystnie na zdrowie wszystkich mieszkańców.

Parki i łąki naturalne służą także ochronie przyrody (ochronie bioróżnorodności). To właśnie miasta mogą być ważnym obszarem ochrony przyrody. Wydaje się nam to paradoksalne. Po prostu skala zmian w środowisk jest tak duża, że parki narodowe i krajobrazowe (ok. 8-9% powierzchni Polski) nie wystarczają do realizacji aktualnych wyzwań i celów cywilizacyjnych. Na terenach wiejskich, w uprawach stosuje się dużo pestycydów, znacząco ograniczających warunki do życia „chwastom” czyli dziko rosnącym roślinom zielnym i bylinom. Liczba owadów, w tym tych zapylających, gwałtownie spada na terenach rolniczych. Paradoksalnie więc to na terenach miasta takie gatunki mogą znaleźć swoje refugia i „rezerwaty”. Tak zwane chwasty nie będą nam przeszkadzały na łąkach naturalnych i miejskich zieleńcach, na pasach między jezdniami, poboczach dróg. Tak więc łąki kwietne umożliwiają przetrwanie "zapomnianych" gatunków roślin zielnych. Są dodatkowo schronieniem i siedliskiem życia dla drobnych kręgowców takich jak ptaki, jeże, ryjówki, nie zapominając o bardzo licznych bezkręgowcach. Kwitnące cały rok łąki kwietne (możliwe jest to dzięki dużej różnorodności gatunkowej) stają się pożytkiem dla dziko żyjących zapylaczy: pszczolinek, miesierek, murarek, trzmieli, motyli, muchówek, chrząszczy.

Przeczytaj także: http://www.uwm.edu.pl/egazeta/glos-obronie-miejskich-lak