17.11.2018

Siurek z podwórka


Część wiedzy zdobywamy na podwórku, w grupie rówieśniczej. To świat równoległy, we fragmentach zupełnie odrębny niż świat dorosłych. Dzieci wyrastają ale ich słownictwo, zabawy pozostają w użyciu kolejnych pokoleń. Jak jakaś inna kultura, żyjąca obok nas. Czy jest ciągłość? Ewolucja biologiczna i kulturowa mają wiele wspólnego. Są systemami i dotyczą dziedziczenia oraz rozwoju. Poszukiwanie znaczenie słów jest jak poszukiwanie genów wymarłych gatunków. Gdzieś są, w innych genotypach, pełnią różną funkcję lub są nieaktywne. Czasami pełnią taką samą funkcję lecz w kontekście całości genomu efekty ich działania są zupełnie inne. Etnografia jest jak archeologia i genetyka zarazem.

W moim podwórkowym wieku dziecięcym siurek oznaczał siusiaka. Określenie intymnej części ciała ale nie tak wulgarne jak inne słowa. Było to słowo oczywiste. Ale skąd się wzięło? Czy rodzice tak mówili, czy tylko na podwórku między sobą używaliśmy tego określenia? I czy pochodzi od autochtonów, zaczerpnięte na wsi w Silginach, może na podwórku w Lidzbarku Warmińskim czy w Morągu? A może na wsi na Mazowszu, w Łukoszynie lub w Płocku? Świat dziecięcy jest jak za mgłą, ledwie rozpoznawalny.

Siurkiem nigdy bym się w rozważaniach nie zajmował, gdyby nie pewien drobny fakt. W wieku młodzieńczym przeczytałem książkę. Losy bohaterów toczyły się na tak zwanych Ziemiach Odzyskany. I w tej książce pojawiało się często słowo szurek lub siurek w znaczeniu małego chłopca, chłopaka. Jako słowo neutralne, publiczne i dozwolone. Moim zdziwieniem było odkrycie innego znaczenia, może pierwotnego. I z tym zadziwieniem żyłem kilkadziesiąt lat. Dopiero teraz z tym się ujawniam. Bo przecież na tę część męskiego ciała jakże często mówimy po prosty – mały. Więc może siurek i mały to synonimy? Ale dlaczego w kulturze podwórkowej nabrało nieco nieoficjalnego i brzydkiego znaczenia?

Późniejsze lata przyniosły mi więcej przykładów zmiany znaczenia słów. Gdy czytaliśmy Pana Tadeusza ze zdziwieniem i młodzieńczą radością spostrzegliśmy słowo kutas – na podwórku oznaczające wulgarne określenie na prącie. Tego słowa nie używało się wśród dorosłych, w miejscu publicznym. To dopuszczalny żargon tylko we własnym, chłopackim gronie. A tu masz, lektura szkolna, poważna książka i takie słowo! Można na głos czytać przy nauczycielu! Oznaczające oczywiście zupełnie coś innego, bo wisior. Nazwa dawniej odnosiła się do frędzli noszonych przy pasach szlacheckich kontuszy, dopiero później nabrała znaczenia pejoratywnego. I takie znaczenie  z kontekstu wynikało. Podobnie z nazwą jeziora Płocidupa (teraz brzmi brzydko, ale kiedyś nie miała takiego wydźwięku - czytaj więcej). Znaczniej wulgarniejsze i zakazane znaczenie miało słowo chuj (w moich dziecięcych latach najczęściej pisane przez h, bo i ortografia była słabiej znana). Jeszcze do niedawna myślałem, że słowo pochodzi z łaciny. Moja żona chodziła do klasy humanistycznej z łaciną. Jej koledzy z wielką ochotą odmieniali słowo chuj – on, na lekcjach łaciny. To łacińskie słowo jeszcze w niektórych językach funkcjonuje, np. who, choć już w nieco zmienionym brzmieniu i pisowni. Byłem więc przekonany, że trafiło do ulicznej „łaciny” od warstw wykształconych. Bo gdzieżby chłop znał łacinę?! Ale niedawno w wikisłowniku znalazłem zupełnie inne, i jak najbardziej „chłopskie”, kmieciowo-słowiańskie wytłumaczenie etymologii: "staropolska nazwa osobowa „chuj” wywodzona jest od prasł. *xujь → cierń, kolec (w korelacji z prasł. *xvoja, *xvojь → choina, chojna, gałęzie szpilkowe), od praindoeur. *skhujā → kolec (stąd np. litew. skujà → choinka). ogsłow., por. ros. хуй → chuj • białor. хуй → chuj • ukr. хуй → chuj • bułg. хуй → chuj • czes. chuj → chuj • kasz. chùj → chuj • słc. chuj → chuj (https://pl.wiktionary.org/wiki/chuj).

Gdy zapytałem znajomych z różnych części Polski, to nie wszędzie o siurku (szurku) słyszeli. Znali po prostu siusiaka. Więc może siurek ma jakiś regionalnych, geograficzny i kulturowy kontekst? Czy odnosi się do dawnych Prus Wschodnich i wywodzi się może z języka niemieckiego? A może ze staropruskiego? I cóż to słowo pierwotnie oznaczało i jaka ma etymologię? Tego na razie nie wiem.

Ciekawy efekt dało szukanie siurka w internecie – istnieje w postaci imienia i nazwiska! Skoro tak, to kiedyś nie mogło mieć znaczenia, w jakim używaliśmy je na podwórku. Imię Siurek zostało odnalezione 5 razy (z obszaru USA), a jako nazwisko co najmniej 122 razy, w co najmniej 4 krajach. W Polsce najczęściej w Łódzkiem, a więc w Centralnej Polsce.

Gdy sięgnąłem do słowników, to odkryłem ogromne bogactwo współczesnych synonimów słowa siurek - jako synonim słowa gówniarz (czyli mały chłopiec, pogardliwie). Pełna lista synonimów siurka jest znacznie dłuższa: chłopaczyna, chłopaczysko, chłopczyna, chłopczysko, chłopek, chłopiątko, chłopiec, chłopię, chłoptaś, chłoptyś, chmyz, gnojek, gnój, gołowąs, kawaler, kilkulatek, kilkunastolatek, malec, malizna, małolat, małolatek, młodziak, młodzian, młodzieniaszek, młodzieniec, młodzik, młokos, nastolatek, niedorostek, pacholę, podrostek, przedszkolak, smark, smarkacz, smarkaty, smarkul, smrodek, smród, szczawik, szkrab, usmarkaniec, wyrostek, zasmarkaniec, bachor, bęben, bękart, chłopczyk, chłystek, czort, dziecko, gówniarz, kajtek, knot, maluch, pędrak, pętak, przedszkolaczek, psisko, smyk, srajdek, sraluch, szczeniak, szczyl, zafajdaniec, chłopak, żółtodziób, bąk, berbeć, bobas, bobo, brzdąc, dzidzia, dzidziuś, dzieciak, fąfel, grzdyl, łobuz, nieletni, skrzat, neptek, pętaczyna, bączek, córka, członek rodu, czmych, drobina, dzieciątko, dziecina, dziecior, dzieciuch, infant, istotka, jedynaczka, jedynak, kruszyna, kruszynka, latorośl, maleństwo, maluszek, małe dziecko, mały, mały chłopiec, milusiński, niemowlę, noworodek, odrobina, osesek, pociecha, podopieczny, potomek, smyczek, stworzonko, syn, synek, synuś, szczaw, bobasek, człowieczek, dziatki, dziecię, dzieciszczko, karzełek, neonatus, niemowlak, niewiniątko, nowonarodzony, wcześniak, członek, fallus, interes, penis, prącie, przyrodzenie, ptaszek, siusiak, kuraś, pision, pisiorek, siusiek, susiak.

Synonimy słowa „siurek” z podziałem na grupy znaczeniowe:

  • siurek - np. pogardliwie o młodym chłopcu
  • siurek - np. jako obraźliwe określenie małego chłopca
  • siurek - np. w kontekście lekceważącym o dziecku
  • siurek - np. w odniesieniu do młodego chłopaka
  • siurek - np. w sensie potocznym o małoletnim
  • siurek - np. jako potoczne określenie nieznośnego dziecka
  • siurek - np. jako określenie małego dziecka
  • siurek - np. potocznie o nieposłusznym dziecku
  • siurek - np. jako określenie młodego chłopca
  • siurek - np. w odniesieniu do potocznego określenia niemowlaka
  • siurek - np. w odniesieniu do członka męskiego
  • siurek - np. w sensie potocznym o męskim członku
  • siurek - np. wulgarnie o dziecku

I co było pierwsze w języku polskim: szurek czy siurek? Może kiedyś znajdę odpowiedź na te nurtujące pytania z dzieciństwem i podwórkiem w tle. A może ktoś zna odpowiedź i mnie oświeci?

Moje podwórko w Morągu, rok 2017. Zostały wspomnienia, wszystko inne się zmieniło. Wtedy nie było samochodów, było więcej miejsca dla nas, na zabawy. Tam, gdzie widać nowy blok, w głębi, były ogródki. 

14.11.2018

Rozwój biologiczny człowieka - podręcznik akademicki

Podręcznik akademicki, po który mogą sięgnąć wykształceni rodzice. Bo z podręczników akademickim można korzystać nie tylko w czasie studiów. Przyda się nauczycielom i światłym rodzinom. Lub ciekawym wszystkiego pożeraczom literatury faktu. Zasadniczo podręcznik jest adresowany do studentów kierunków studiów z obszaru nauk przyrodniczych, medycznych i nauk o zdrowiu, humanistycznych i społecznych oraz wszystkich zainteresowanych zmianami fizycznymi dokonującymi się w czasie życia osobniczego człowieka. A dodatkową zachętą do lektury niech będą te słowa: "współczesne odkrycia nie są logiczną konsekwencją tego co wiemy, do tego doszły już miliony badaczy i myślicieli przed nami. W odkrywaniu nowych prawd bardziej pomaga ignorancja niż świadomość znanych prawidłowości, bowiem ich uwzględnianie nie pozwala na większą swobodę wyobraźni."

Rozwój biologiczny człowieka od poczęcia do śmierci autorstwa Marii Kaczmarek i Napoleona Wolańskiego. (ISBN 978-83-01-20062-6), opasłe kompendium, liczące 740  stron, dostępne także w formie elektronicznej (IBUK, EPUB/MOBI). Ukazało się dziewiąte wydanie.  Jakie tematy porusza? Sprawność człowieka, biologia człowieka, fizjologia człowieka, zdrowie, antropometria, gerontologia, dymorfizm płciowy, ontogeneza, psychologia człowieka, auksologia, ekologia człowieka, antropologia rozwój człowieka. Osobiście najbardziej zainteresowany jestem ekologia człowieka. Książka zawiera dużo standardowej już wiedzy ale i sporo nowości, np. dotyczących genetyki i epigenetyki. Jest to jak najbardziej aktualny stan wiedzy, dobrze uporządkowany i przejrzyście podany czytelnikowi.

Podręcznik omawia aspekty rozwoju, genetyczne i poza genetyczne czynniki rozwoju osobniczego człowieka (mnie zaciekawił na przykład dobór małżeński), rozwój struktury i funkcji w ontogenezie wraz z mechanizmami rozwoju, etapy rozwoju osobniczego człowieka od zygoty do śmierci, okresy krytyczne i przejściowe w ontogenezie człowieka i ich powiązania ze zdrowiem i jakością życia, dymorfizm płciowy, cykle i biorytmy w rozwoju ontogenetycznym człowieka, międzypokoleniowe przemiany przebiegu ontogenezy, metody i techniki badań oraz modele rozwoju biologicznego człowieka. Lekturę ułatwia zestawie symboli i skrótów oraz dołączony słownik wybranych terminów z zakresu rozwoju biologicznego człowieka.

W nowym wydaniu autorzy w sposób całościowy starają się odpowiedzieć na niezwykle interesujące pytania: jak i w jaki sposób z pojedynczej komórki, zapłodnionej komórki jajowej rozwija się dojrzały, dorosły organizm ludzki, człowiek zdolny do pełnienia swoich ról biologicznych (zapoczątkowania życia nowego pokolenia) i społecznych. Jak i w jaki sposób człowiek się starzeje? Jaką rolę w procesie rozwoju człowieka odgrywa środowisko i wybrany styl życia? Zebrana w tym podręczniku wiedza z antropologii biologicznej, auksologii i gerontologii przynosi odpowiedzi na te pytania i ma inspirować do dalszego samodzielnego studiowania omawianych w podręczniku zagadnień. A studiować można przecież w każdym wieku i każdym momencie życia.

W obecnym wydaniu, oprócz zaktualizowanej wiedzy, między innymi z genetycznych badań cech ilościowych, pojawiają się dwa nowe rozdziały: eksponujący okresy krytyczne i przejściowe w ontogenezie człowieka ze względu na ich potencjalne skutki dla zdrowia i jakości życia oraz metodyczny, opisujący metody i techniki oraz modele konceptualne i matematyczne stosowane w badaniach nad rozwojem biologicznym człowieka. Ponadto, nowym akcentem jest przeniesienie do oddzielnego rozdziału na końcu podręcznika dyskusji terminologicznych, uwag polemicznych, ciekawostek, odniesień do zasobów internetowych stanowiących uzupełnienie głównych treści podręcznika.

W podręczniku znajdziesz:
  • aspekty rozwoju 
  • genetyczne i poza genetyczne czynniki rozwoju osobniczego człowieka 
  • rozwój struktury i funkcji w ontogenezie wraz z mechanizmami rozwoju 
  • etapy rozwoju osobniczego człowieka od zygoty do śmierci 
  • okresy krytyczne i przejściowe w ontogenezie człowieka i ich powiązania ze zdrowiem i jakością życia 
  • dymorfizm płciowy 
  • cykle i biorytmy w rozwoju ontogenetycznym człowieka 
  • międzypokoleniowe przemiany przebiegu ontogenezy 
  • metody i techniki badań oraz modele rozwoju biologicznego człowieka
Informacja o autorach:
  • Maria Kaczmarek - profesor nauk biologicznych; stanowisko: profesor zwyczajny; Uniwersytet im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, Wydział Biologii, Instytut Antropologii, kierownik Zakładu Biologii Rozwoju Człowieka
  • Napoleon Wolański - antropolog, auksolog i ekolog, emerytowany profesor, wykładowca na wielu zagranicznych uniwersytetach; twórca polskiej auksologii; współtwórca światowej ekologii człowieka, współorganizator wielu światowych konferencji ekologii człowieka; członek rzeczywisty Meksykańskiej Akademii Nauk, członek honorowy wielu towarzystw antropologicznych w Polsce i w świecie. Autor setek publikacji wydanych w Polsce i za granicą.

(Z patronatem medialnym bloga Profesorskie Gadanie)

12.11.2018

Wtyk amerykański, z dygresjami o cenofilogenezie

 Wtyk amerykański, 
Gryfice, zachodniopomorskie, 06.11.2018 , fot. Żaklina Kańczucka
Niezwykłości przykuwają większą uwagę niż rzeczy zwykłe. Dotyczy to także zjawisk przyrodniczych. Piszemy częściej o gatunkach rzadkich, chronionych, czy obcych. O pospolitych piszemy niewiele (w publikacjach, w prasie). Wydają się po prostu oczywiste i pospolite. Podobnie w mediach informacje o wypadkach pojawiają się znacznie częściej niż o bezwypadkowych, bez krwi, nieszczęść czy sensacji. Jednym słowem nadreprezentatywność niezwykłości, sensacji, wyjątkowości.

Niezależnie od tego przyroda wokół nas szybko i znacząco się zmienia. Nie tylko zmieniają się całe ekosystemy za sprawą działalności człowieka, ale wiele gatunków niegdyś pospolitych staje się coraz rzadsze, inne wymierają. Pojawiają się także zupełnie nowe. Czasem były wokół nas ale teraz stają się dużo częstsze i pospolitsze. Czasem przybywają z daleka i są całkowicie nowe dla nas i ekosystemów nas otaczających.

Wtyk amerykański, 
Gryfice, zachodniopomorskie, 06.11.2018 , fot. Żaklina Kańczucka
Wtyk amerykański (Leptoglossus occidentalis) z rodziny wtykowatych (Coreidae), kuzyn naszego pospolitego wtyka straszyka (Coreus marginatus) jest sporym pluskwiakiem, który po raz pierwszy został stwierdzony (czyli zaobserwowany i udokumentowany) w Polsce w 2007 roku (we Wrocławiu u okolicach Krakowa – w Miechowie). Potem pojawiło się więcej doniesień z różnych części kraju o jego obecności. Bo uwaga przyrodników została już ukierunkowana. Na ogół, jak coś spotykamy dla nas nowego, to sięgamy do atlasów, przewodników, kluczy do oznaczania z fauną krajową. Jeśli nie możemy znaleźć, to uznajemy, że może w kluczu tego gatunku nie ma (wiele jest jeszcze luk w opracowaniach fauny krajowej). Albo czasami mniej wprawni obserwatorzy wybierają najbardziej podobny gatunek i uznają, że to właśnie on. Ogromne zmiany przyrody wymuszają poszukiwania w opracowaniach zagranicznych oraz ciągłego aktualizowania zestawień krajowych (czego przykładem jest na przykład niedawno wydany Atlas płazów i gadów Polski).

Wtyk amerykański w swoim naturalnym środowisku (Meksyk, Kanada, USA) jest uważany za szkodnika drzew iglastych. W Europie po raz pierwszy odnotowany został w 1999 roku (we Włoszech). Z ziemi włoskiej do Polski... chciałoby się powiedzieć. U nas także spotkać go można w lasach sosnowych, na zrębach, w ogrodach. Nawet w miastach i na osiedlach, bo tam też są drzewa iglaste, w tym sosny. Dorosłe i larwy wtyka amerykańskiego wysysają nasiona z szyszek sosnowych, prawdopodobnie także innych drzew iglastych (jak będziecie mieli okazje, to poobserwujcie, może coś nowego dla wiedzy uda się zobaczyć). Dlatego uważany jest za szkodnika. Jako gatunek nowy w naszych ekosystemach zapewne nie ma jeszcze "wrogów naturalnych", np wyspecjalizowanych drapieżników czy chorób. Ale to kwestia czasu. Proces takiego "wrastania" w ekosystemy można określić jako filocenogeneza. Nie tylko sukcesja ekologiczna (czyli wymiana gatunków w ekosystemie) ale także ewolucyjne dostosowywanie się (dopasowywanie) gatunków do siebie. Dlatego pojęcie filo- (nawiązujące do filogenezy, w tym przypadku nie grup systematycznych ale całego ekosystemu), ceno- (odnoszące się do zbiorowiska zgrupowania) i -geneza (powstawanie, tworzenie się). I to wszystko dzieje się na naszych oczach na dużą skalę. Jest co obserwować i notować. Bo są to procesy długotrwałe. Potrzebne więc długotrwałe obserwacje i skrupulatne gromadzenie notatek. By za jakiś czas statystycznie analizować duże zasoby danych a nie pojedyncze obserwacje.

Wtyk amerykański należy do gatunków obcych szybko zauważonych a to dlatego, że pojawia się w naszych domach, w których szuka miejsc do zimowania. Zimuje w stadium imago (owada doskonałego). Ze względu na szybko powiększający się areał występowania został zaliczony do gatunków inwazyjnych. A swoją drogą ciekawe jest, kiedy wtyka amerykańskiego ktoś zaobserwuje w Olsztynie.

11.11.2018

Gęsina, św. Marcin i świętowanie (niepodległości)

(Degustacja potraw z gęsiny)

W listopadowy, pogodny weekend w Iławie spotkałem gęś, która łączy. Łączy przez dzielenie się i ułatwia mądre świętowanie. Tylko pozornie wydaje się to paradoksem. Kluczowe jest słowo „się”. Ale od początku, czyli od jajka. Tym razem gęsiego. Na zaproszenie Iławskiego Stowarzyszenia Producentów Gęsi uczestniczyłem w dniach 9-10 listopada w konferencji „Walory smakowe i odżywcze gęsiny”. Nad Jeziorakiem Małym, w pięknych budynkach Starego Tartaku rozmawialiśmy o dziedzictwie kulinarnym i kulturowych, związanym z gęsiną. Zaczął się także rodzić pomysł na współpracę wokół gęsiego szlaku przez Warmię, Mazury i Powiśle. Pomysł musi się uleżeć, tak jak długo pieczona gęś (minimum 7 godzin w piekarniku). Albo jak jajko, wysiadywane długo, zanim się pisklę wykluje. Za jakiś czas może uda mi się napisać coś więcej i bardziej konkretnie.

Gęś jest za duża, by zjeść ją samemu. Swoim jestestwem prowokuje więc i inspiruje by zaprosić innych i podzielić się z bliźnimi. A przy okazji pobyć razem. Tak buduje się wspólnotowość. A przy rozmowach odkrywa się dziedzictwo kulturowe i przyrodnicze.  Z wykładu profesora Jarosława Dumanowskiego z Torunia, jak również z wydawnictw Iławskiego Stowarzyszenia Producentów Gęsi, dowiedziałem się wiele o odradzającej się tradycji gęsiny na świętego Marcina. 11 listopada przypada święto tego patrona. Podobno tego dnia odbył się jego pogrzeb. Ale dużo wcześniej Święty Marcin podzielił się z ubogim połową swego płaszcza. A później narodziła się legenda z gęsiami i gęsiną. Chrześcijańska tradycja nawarstwiła się na wcześniejsze, różnorodne zwyczaje, symbole i jesienne korzystanie z gęsiny. Według jednej legendy, gdy wybrano św. Marcina biskupem, ten schronił się do gęśnika, bo nie chciał zaszczytów. Ale gęsi gęganiem wydały jego miejsce schronienia. Według innej legendy św. Marcin przejadł się gęsiną i zmarł (morał z tego płynął taki, że trzeba dzielić się z innymi a nie jeść tylko samemu). W każdym razie listopadowe konsumowanie gęsiny wiązało się z jesiennym zbieraniem plonów, tworzeniem zapasów i przygotowywaniem się do zimy w społeczeństwie agrarnym. Gęsi w tym czasie były najlepiej podtuczone i najsmaczniejsze. Już od średniowiecza tradycja świętomarcińskiej gęsiny mocno się w Europie zakorzeniła. Dzielenie się dotyczyło nie tylko gęsiny ale i na przykład rogali, znanych w Poznaniu.

W każdym razie gęsina jest zdrową żywnością, bo ptaki te nie dają się zagonić do chowu klatkowego. Muszą żyć na wybiegu i odżywiać się naturalnymi paszami. A że ptak jest duży, to ułatwia dzielenie się z innymi. Zachęca do wspólnej uczty z pieczoną gęsią i zbiorowym świętowaniem. I tu dochodzimy do 11 listopada jako święta narodowego, związanego z odzyskaniem niepodległości. Skojarzenie z indykiem i amerykańskim Świętem Dziękczynienia samo się narzuca. Rozmaicie celebrujemy własne, niepodległościowe święto. Na spotkaniu w Iławie dostrzegłem, że świętowanie przy wspólnej, pieczonej gęsi ma bardzo sensowną perspektywę. Radosnego, wspólnotowego świętowania i jednocześnie dzielenia się. Dzielenia, które ubogaca zarówno darującego jak i obdarowanego. Daje to całkiem nowy asumpt do świętowania narodowego. Taki wspólnotowy, pokojowy patriotyzm dnia codziennego, skromnej pracy, prostych czynności i biesiadowanie z innymi. Mam nadzieję, że tradycja gęsiny na 100 różnych sposobów powróci jako odzyskane dziedzictwo kulturowe i ubogaci także i sposób świętowania 11 listopada. Coś dla tych, co nie przepadają za militaryzmem a cenią sobie urok codziennego, wspólnotowego życia z tłem do pogłębionego dzielenie się z innymi. Na przykład dziedzictwem kulturowym i kulinarnym.

Gęsina w swym głębokim kulturowym dziedzictwie zachęca do odkrywania historii i smaków. Jak również podróżowania po Warmii, Mazurach i Powiślu, odwiedzaniu miejsc nie tylko kulinarnych ale i różnych kontekstów kaligraficznych (wszak kiedyś pisano gęsim piórem), w poszukiwaniu unikalnych produktów, usług i doznań.

(Warsztaty robienia sałatek z gęsina, fot. Wimlandia)

06.11.2018

Nauka dąży do precyzji a sztuka poszukuje piękna


Nauka dąży do precyzji przekazu (wypowiedzi), nawet jeśli odbywa się to kosztem piękna. Sztuka poszukuje piękna (lub innych symbolicznych wartości) nawet kosztem precyzji przekazu. Skupia się na formie a nie komunikatywności przekazu. Dlatego autorzy-artyści często nie są rozumiani przez odbiorców (tak jakby tego chcieli). Coś komuś wydaje się brzydkie, innemu wydaje się wulgarne, jeszcze innemu obraźliwe, obrazoburcze. Bo nie rozumiemy przekazu (czasem nie wykazujemy chęci by zrozumieć). Tak jakbyśmy słuchali opowiadania w obcym, nieznanym języku. Wydaje się nam bez sensu. Czytając rumuńskie teksty można znaleźć słowo „dupa”. Czy na tej podstawie interweniować, że ktoś wypisuje brzydkie słowa? Bo my, w tekście się doszukaliśmy wulgaryzmu? Czasem ludzie wyśmiewają się z nauki (z konkretnych prac czy tematów badawczych). Bo czegoś nie rozumieją, bo wydaje się śmieszne, bezwartościowe.

Sztuka to inny wymiar komunikacji. Warto jednak podkreślić, że nie wszystko, co jest tworzone jest wartościowe. Zarówno w sztuce jak i nauce. Sama forma (sposób wyrazu)  nie nadaje jeszcze wartości. Nauka dąży do precyzyjnego zdefiniowania symboli i znaków, do precyzji i jednoznaczności wypowiedzi. Sztuka to inny sposób przekazywania treści. Sztuka to kontekst i rozumienie (odcyfrowywanie). Tak jak język (pismo): są literki... ale w innym języki słowa są zapisane i czytający nic nie zrozumie. Albo rozumie zupełnie opacznie.

Bez kontekstu niewiele można zrozumieć. Dla jednych sztuka dla innych bazgroły. Kontekst i przekaz są podstawą do rozumienia. Trzeba wykazać jednak gotowość i chęć poznania kontekstu. Nie udaję, że się znam. Tak było niedawno z pracami wystawionymi w pewnej małej, publicznej galerii w mieście z szuwarami i jeziorami. Tu i ówdzie wybuchło święte oburzenie. Doszukiwano się obrazy uczuć religijnych i szargania symboli narodowych. Byłem, widziałem te prace, nie doszukałem się takiej interpretacji. Ale każdy spostrzega świat przez swoje wnętrze, doświadczenia, wyobrażenia o świecie.

Tu mała dygresja ze starą anegdotą o pacjencie, który pojawił się u psychiatry. Ten pokazywał mu różne obrazki, figury, symbole i pytał, co mu to przypomina. Pacjent konsekwentnie opowiadał o erotycznej części ciała. Na pytanie lekarza, dlaczego wszędzie widzi ten aspekt, odparł "bo pan doktor same świństwa mi pokazuje". Zatem nie same symbole i obrazki ale sposób patrzenia i odczytywanie tych obrazków przez samego pacjenta-widza decyduje co on zobaczy. I jak zinterpretuje przez pryzmat własnego wnętrza, pragnień, oczekiwań, własnego modelu świata. Interpretowanie sztuki to nie tylko opowieść o artyście ale także o widzu. To co czuje i dostrzega ten pierwszy jak i ten drugi.

Byłem w tej galerii, prace wystawione widziałem. Nie zachwyciły mnie. Nie rozumiem, nie fascynują mnie, nie podobają mi się, bo nie rozumiem intencji. Kontekstu. Trzeba się zapoznać. Ja zwróciłem uwagę na zupełnie inne detale (przykłady zamieściłem w tym wpisie). Nie rozumiem ale nie potępiam w czambuł, bo nie wykazałem własnego wysiłku by spróbować zrozumieć. Co poeta –artysta miał na myśli? Na górnym zdjęciu (fragment pracy) ja doszukuję się grzyba, fosforyzującego. Ktoś inny w trójkącie być może zobaczy Oko Opatrzności, symbol Boga. Ktoś inny Osobę na krzyżu (trzy krzyże to symbol). I inaczej zinterpretuje poświatę. Ja powiązałem ją z grzybami halucynogennymi. Nawet interpretacja jednego fragmentu może być bardzo różna. A możliwości jest zapewne dużo więcej. Żeby odczytać przekaz trzeba coś dopowiedzieć, uzupełnić obraz wizualny inną, komplementarną formą komunikacji. W nauce jest inaczej, bo tam dążymy do precyzji i jednoznaczności - by każdy odczytał jednakowo. Tyle, że symbole i pojęcia naukowe też trzeba umieć odszyfrować. Do tego potrzebna własna nauka i wysiłek. Żeby zrozumieć symbole matematyczne, logiczne, terminy biologiczne czy chemiczne, trzeba czasami kilku lat pracy. Być może ze sztuką jest podobnie.

We wspomnianej, miejskiej galerii prace powstały w czasie zbiorowego tworzenia. Więc może odczytywać to należy w kontekście społecznych, ulicznych myśli? Ponoć uczestniczyli przechodnie, czyli w części zupełnie przypadkowi ludzie. Całość pewnie się jakoś sumowała i odczytywać to być może trzeba jako odbicie ulicznych myśli tu i teraz. To ich wyraz, ekspresje (ich, czyli przechodniów). Ich trzeba pytać, co chcieli wyrazić i dlaczego. Nieco później odbywały się wybory samorządowe w cieniu seksafery, podejrzenia o gwałt, molestowania. Być może te fallusy narysowane przez przechodniów wynikają z podobnego odczuwania „ulicy”, okalającej tę galerię atmosfery i rzeczywistości społecznej? A może oddają klimat ulicznych bazgrołów w miejscach publicznych? Czy one piękne są? Uładzone, dopracowane, grzeczne?

Sam obraz nie wystarczy, potrzebna dopełniająca opowieść. O intencjach przekazu artystów, opowieść o sytuacji, w której te prace powstawały z udziałem ulicznej publiczności. O tym, co chcieli autorzy osiągnąć i co pokazać. Osądzający nie pytali, wydawali wyroki. Jest takie stare, żydowskie przysłowie „głupiemu nie pokazuj roboty w połowie” (bo nie zrozumie). Dobrze pasuje do takich sytuacji jak ta.

Bo teraz na sztuce zna się każdy. Na nauce także. I na wszystkim. I na szczepionkach, i na klimacie. Ekspertem jest każdy, komu przystawią mikrofon, kogo postawią przed kamerą, kto dorwie się do kredki czy pędzla lub ma możliwość publikowania słów w mediach. "Ekspert" bez refleksji i samokrytyki. Stąd tak liczne wypowiedzi. I nie byłoby nic złego, gdyby nie fakt odsądzania od czci i wiary i domagania się konsekwencji wobec artystów, pracowników wspomnianej galerii, z zawiadomieniami do prokuratury włącznie... . Chęć karania za domniemane winy. I to bez wcześniejszej chęci (nawet próby) zrozumienia. Łatwo i bez wysiłku....


04.11.2018

Zadaję z sensem - akcja nauczycieli


Zadaję z sensem to kampania społeczna, mająca na celu promowanie empatycznego spojrzenia na zadanie domowe, czyli albo unikanie zadawania zadań w ogóle, a jeśli zadajemy, to zgodnie z przemyślaną logiką i świadomością praw dziecka do wolnego czasu (tak, programy są przeładowane). Organizatorzy i pomysłodawcy chcą połączyć tą akcją nauczycieli, uczniów, rodziców oraz media i instytucje, którym na sercu leży dobro młodych ludzi. Dobro edukacji. A więc i dobro naszej przyszłości.

Nauczyciele, którzy zainicjowali tę akcję, chcą zadawać zadania domowe z sensem. Chcą tworzyć szkoły, do których dzieci chętnie uczęszczają. Wiedzą, że obecnie nie jest łatwa sytuacja (duży chaos wywołany zła i pospiesznie wprowadzoną reforma oraz nakładającymi się od wielu lat procesami). Dzielą się pomysłami na ciekawe zadania domowe, wspierają się. Uczą się  jeden od drugiego.

Dwa artykuły ze szczegółowym opisem kampanii (warto zajrzeć by dowiedzieć się więcej):

Więcej na Fan Page: https://www.facebook.com/pg/zadajezsensem/

Wesprzyj, jeśli zależny ci na dobrej edukacji.

03.11.2018

Między pluralizmem i demokracją a dyktaturą

"Prezentujący kwartalnik [chodzi o Aneks] tekst wstępny (....) zbudowaliśmy wokół tezy, że zasadniczy podział w Polsce nie przebiega wedle klas ani na kraj i emigrację, tylko na zwolenników społeczeństwa pluralistycznego i demokratycznego oraz na stronników dyktatury."

Słowa wypowiedziane blisko 50 lat temu, w zupełnie innych czasach i innej sytuacji. A przecież są tak bardzo aktualne i prawdziwe. Dobrze oddają stan polskiego społeczeństwa i procesów, które się nie tylko obecnie dzieją. Być może ten sposób patrzenia na świat (pluralizm, demokracja kontra autorytaryzm i dyktatura) jest bardzo głęboki i ciągle istotny (uniwersalny, nie tylko polski). Zmieniają się ustroje (socjalizm, wolna i liberalna Polska), a spór o wizję świata nie ustaje. Czasem chyba nabiera intensywności w czasie przesileń.

Choroba ma to to siebie, że leżąc w łóżku można więcej poczytać. Właśnie skończyłem lekturę "... bardzo dawno temu, mniej więcej w zeszły piątek...", rozmowę Aleksandry Pawlickiej z Janem Tomaszem Grossem (wydana w 2018). Bardzo pouczająca lektura. Nie czytałem książek Grossa, ani Sąsiadów: historia zagłady żydowskiego miasteczka, ani Strachu, ani Złotych żniw. Teraz chyba do nich sięgnę.

Z każdej lektury można wyczytać coś dodatkowego, niby marginalnego i poza tematem. Dla mnie było na przykład zacytowane wyżej zdanie. W kontekście współczesności wydaje się nad wyraz trafne i ponadczasowe. Te dwie różne postawy wobec świata widać chyba nawet w życiu codziennym, w nawykach zarządzania, podejmowania decyzji, prowadzenia firmy czy nawet zwykłych ludzkich dyskusji.

01.11.2018

Miód z padliny i pszczoły-sępy, czyli o hologenomie, ewolucji i zadziwiającej przyrodzie

(Osy żerujące na świeżej padlinie)
Osy i pszczoły to blisko spokrewnione owady ale znacznie różniące się w sposobie odżywiania własnego potomstwa. Obie grupy są błonkówkami należącymi do sekcji Aculeta – żądłówki. Bez wątpienia żądła je łączą. Obie grupy jako owady dorosłe odżywiają się nektarem kwiatów. Ale osy są myśliwymi, polują na inne owady i odżywiają swoje potomstwo pokarmem mięsnym. Pszczoły to takie osy, które w pełni przeszły na wegetarianizm – ich młode karmione są nektarem i pyłkiem kwiatowym. Ten ostatni dostarcza niezbędnego do rozwoju białka. Nie zgłębiałem się w filogenezę tych owadów i nie wiem, który sposób życia był pierwotny: czy to pszczoły przeszły na wegetarianizm czy też osy to takie pszczoły, które rozsmakowały się w białku zwierzęcym. Zagadnienie to jest ciekawe i zacznę przy okazji szukać odpowiednich publikacji. Ciekawość jest pierwszy krokiem do… wiedzy. W każdym razie pszczoły zbierają nektar oraz pyłek. Dlatego są znacznie mocniej owłosione od os. Włoski i szczecinki znacznie ułatwiają zbieranie i transport pyłku. Osy są drapieżnikami, dlatego czasem można spotkać je żerujące na świeżej padlinie, tak jak na załączonym wyżej zdjęciu. Ale czy pszczoły mogą odżywiać się padliną? I jeszcze z tego robić miód? Przyroda jest tak bogata i różnorodna, że i takie niezwykłości można odszukać.

Kiedy wiele lat temu przeczytałem o pszczołach bezżądłowych, żyjących w krajach tropikalnych, to bardzo pozazdrościłem mieszkańcom tamtych krain. Jakże przyjemniejsze byłoby miodobranie. Dziadek miał pszczoły, ojciec miał pszczoły, zatem w dzieciństwie wiele razy uczestniczyłem w miodobraniu, z bolesnymi tegoż konsekwencjami. Pszczoły bez żądeł wydawały mi się znacznie przyjemniejsze (w Mezoameryce niestety zmniejszają swoją liczebność na skutek wprowadzenia naszej pszczoły miodnej), do czasu, gdy przeczytałem o kilku niezwykłych gatunków ze Środkowej Ameryki.

Pszczoły bezżądłowe, czasem znane jako pszczoły bezżądłe czy melipony (Meliponini) to grupa gatunków (systematycy wyróżniają jako plemię) w rodzinie pszczołowatych (Apidae). Należy do nich około 250 gatunków, występujących w krajach tropikalnej i subtropikalnej strefy Afryki, Azji, Australii i Ameryki. Pośród nich odkryto trzy gatunki z rodzaju Trigona, które określono jako pszczoły-sępy, sępowie pszczoły (vulture bees). Być może nie nazwano ich hienami bo fruwają, zatem ptaki padlinożerne (sępy) były lepszym odniesieniem. Porównanie do sępów odżywiających się padliną wydaje się zaskakujące w odniesieniu do pszczół, które kojarzą się nam ze słodkim i zdrowym miodem. Te bezżądłowe, amerykańskie pszczoły żywią się gnijącym mięsem, a nie pyłkiem lub nektarem jak na pszczoły przystało. O ich niezwykłej biologii wyczytałem w pracach dwóch entomologów: Davida W. Roubika oraz Joāo F. Camargo. Są to jedyne znane do tej pory pszczoły, które nie żywią się wyłącznie produktami roślinnymi. Te niezwykłe zachowania odkryto dopiero w 1982 r., prawie dwa stulecia po pierwszym naukowym opisaniu pierwszego z tych gatunków.

Nekrofagicznymi pszczołami są: Trigona crassipes (Fabricius, 1793), Trigona necrophaga (Camargo i Roubik, 1991), Trigona hypogea z dwoma podgatunkami: Trigona hypogea robustior (Schwarz, 1948), Trigona hypogea hypogea (Silvestri, 1902).

Padliną żywią się sępy i hieny. Wśród owadów też nie brakuje licznych gatunków chrząszczy i muchówek. Są nektofagi obligatoryjne (te które żywią się wyłącznie w ten sposób) i są fakultatywne, żywiące się padliną sporadycznie. Można spotkać czasem osy na martwych zwierzętach, jak się posilają. Ale nie na rozkładającej i cuchnącej się padlinie. Tu mała dygresja do ewolucji człowieka. Przez wiele dziesięcioleci uważano, że nasi przodkowie odżywiali się padliną. Bo przecież takie kruche istoty, bez kłów i pazurów, nie byłyby w stanie upolować dużych zwierząt. A skoro są ślady nacięć na kościach zwierzęcych, to niewątpliwie wskazuje na działalność człowieka. Uważano, że dzięki narzędziom człowiek dobierał się do szpiku kostnego, niedostępnego dla innych zwierząt. Hipotezy te podważono, wskazując między innymi na tabu padlinożerstwa: w żadnej kulturze ludzie nie jedzą padliny. Zabijają zwierzę i dopiero potem najwyżej mięso „dojrzewa”. Zapach padliny jest dla nas odrażający. To też o czymś świadczy. Ponadto nie mamy zbyt dużego stężenia kwasów w żołądku by skutecznie trawić padlinę i niszczyć rozwijające się tam bakterie. Padlina nas odstręcza, trudno więc uznać, że nasi przodkowie odżywiali się takim pokarmem.

Ale wróćmy do niezwykłych, nekrofagicznych pszczół. Pierwsze pytanie jakie się nasuwa, to jak sobie radzą z bakteriami? W naszym słodkim i ulubionym miodzie także znajduje się ślina pszczela o właściwościach bakteriobójczych. Przeżuwają nektar i pyłek a potem wypluwają w postaci miodu (dodatek enzymów i śliny konserwuje i chroni przez rozwojem bakterii i rozkładem w czasie długiego przechowywania – jest to jakiś sposób konserwacji żywności). Tak, znakomite zdrowotne właściwości miodu biorą się z tego wypluwania i pszczelich enzymów. Podobnie robią pszczoły sępowe, wydzielając swoją ślinę na gnijącą padlinę a następnie konsumują, przechowując mięso w specjalnej komorze żołądka. Kiedy pszczoła zbieraczka wraca do gniazda, mięso to zwymiotowuje i dalej przetwarza je pszczoła robotnica, która rozkłada mięso na jadalną substancję, przypominającą miód. Substancja ta jest następnie umieszczana w komórkach na plastrze, tak jak miód w pszczelim ulu. Leżakuje tam, aż nadejdzie czas karmienia larw - niedojrzałych pszczół. W przypadku pszczół nekrofagicznych w opanowaniu bakterii gnilnych pomocne są inne bakterie (mutualistyczne). To dzięki ich aktywności metabolicznej, ich genom i tworzonym substancjom, udaje się zakonserwować przeżutą padlinę. Jeszcze jeden dobry przykład hologenomu. O ile wypluty z wola, przeżuty nektar, w postaci miodu, nie wywołuje w nas żadnych negatywnych wrażeń, o tyle miodu powstającego z padliny raczej byśmy nie tknęli. To pozostałość po naszych przodkach – tabu niejedzenia padliny.

Być może miód pszczół-sępów też jest dobry. Na pewno enzymami i innymi antybakteryjnymi substancjami (w tym także pochodzenia od symbiotycznych bakterii) jest zabezpieczony przez gniciem i rozkładem. Nie wiem czy ktokolwiek z ludzi próbował jak smakuje…. Naukowcy piszą, że jest słodki. Ale czy badali organoleptycznie czy w metodami analitycznymi w laboratorium?

Pszczoła społeczna Trigona necrophaga używa jako materiału białkowego padliny zamiast pyłku. W gniazdach nie ma zmagazynowanego pyłku. Naukowcy znaleźli potwierdzenie takiego trybu życia także w budowie owada – skoro nie ma potrzeby zbierania pyłku, to i nie ma struktur do gromadzenia i zbierania pyłku. Autorzy badań nad tymi gatunkami sugerują, że ewolucję nekrofagii w tropikalnym lesie, tak dziwacznego z naszego punktu widzenia trybu życia, ułatwiło ząbkowane żuwaczek (preadaptacja) oraz agresywne zachowania żerujących robotnic. Kolejną preadaptacją były bakterie uznane za mutualistyczne (symbiotyczne), które metabolizują lipidy i białka, a także wytwarzają antybiotyki, które usuwają bakterie, powodujące psucie mięsa. Ponadto pszczoły z tej grupy wykorzystują (zbierają) wiele różnych zasobów poza nektarem i pyłkiem kwiatowym, w tym wydzieliny z owadów, zgniłe owoce, sok, żywicę, ziemię, kał. Część używana jest do budowy gniazda (np. żywica, ziemia).

Nie znalazłem zdjęcia opisywanych pszczół, więc zamieszczam kuzyna
Trigona spinipes, fot. José Reynaldo da Fonseca, CC BY 2.5,
https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=969999
Trigona necrophaga zakłada gniazda tylko w żywych drzewach o średnicy 46-70 cm. Wejścia do dziupli z gniazdami znajdują się na wysokości od 1,2 do 8,0 m nad poziomem terenu. Wszystkie zbadane gniazda występowały pojedynczo na drzewach i nie były zajęte przez inne pszczoły bezżądłe. Dwa drzewa, w których zagnieżdżono pszczoły, zidentyfikowano jako Lecythis (rodzina czaszniowate - Lecythidaceae - ok. 400 gatunków drzew, rzadziej krzewów, spotykanych w strefie tropikalnej) i Calophyllum longifolium (gatunek z rodziny kluzjowatych, okrętnicowatych –Clusiacaceae, Guttiferae). W pojedynczym gnieździe żyło 1000-3000 robotnic. Według opinii, opisujących te pszczoły naukowców, miód był słodki (71-75% cukru) i względnie czysty. W niektórych kubeczkach (komórkach do przechowywania) znaleziono materię błyszczącą w kolorze czarnym do szarozielonego, bardziej zbitą. W innych zmagazynowana była substancja ciemnopomarańczowa o konsystencji bardziej ciekłej. Trigona necrophaga może mieć dodatkowe mikroorganizmy mutualistyczne, ponieważ tylko ten gatunek ma charakterystyczne szaro-zielone białko i pięć gatunków z rodzaju Bacillus w naczyniach żywnościowych i komórkach zarodkowych. Wszystkie trzy gatunki pszczół sępowych wytwarzają słodki, czysty miód, który zawiera trochę pyłku, ale jest nieznanego pochodzenia. Wszystkie trzy gatunki są obligatoryjnymi nekrofagami. Nekrofagia rozwinęła się tylko raz wśród pszczół w Ameryce Południowej.

Z pracy Mateusa i Nolla dowiedzieć się można, że wbrew dotychczasowym przekonaniom jakoby padlina była jedynym źródłem białka dla tych pszczół, sępowe pszczoły żywią się nie tylko martwymi zwierzętami, ale także żywym potomstwem os i prawdopodobnie innymi podobnymi źródłami. Te nekrofagiczne pszczoły lokalizują niedawno opuszczone gniazda os i w ciągu kilku godzin polują na wszystkie znalezione tam niedojrzałe osobniki. Przykład jeszcze jednego odwrócenia ról. Do tej pory znałem tylko szerszenie (to przecież duża osa), które atakują rodziny pszczele i żywią swoje potomstwo larwami pszczelimi. Co prawda pszczoły-sępy nie zabijają os i nie napadają na aktywne kolonie tylko wyszukują opuszczone iż zamierające by spożytkować pozostałe tam jeszcze larwy. W przyrodzie nic się nie marnuje.

28.10.2018

Konkurs za 2,47 zł czyli o docenianiu, nagrodach i prestiżowych konkursach

Przykładowa nominacja w plebiscycie.
A było to tak. W pewnej nauczycielskiej grupie dyskusyjnej pojawiło się ostatnio kilka informacji o konkursach i plebiscytach dla nauczycieli (w tym akademickich). Reakcje środowiska były zróżnicowane. W jakieś szkole dyrektor się ucieszył i namawiał nauczyciela do udziału (argumentując to promocją samej szkoły), w innej zakazał udziału argumentując, że to nieetyczne, w kilku innych przypadkach sami nominowani zwracali się z prośbą by na nich nie głosować (płatnym esemesem) tylko jeśli ktoś ma takie życzenie by pieniądze przekazać na szczytny charytatywny cel (wskazując od razu przykładowy konkret). Jeszcze inni nauczyciele zachęcali do udziału w takich plebiscytach podkreślając, że jest to jakaś okazja na dostrzeżenie, uznanie, docenienie. Dyskusja trwa. Jak się w tym odnaleźć, jak reagować, gdy dotknie to bezpośrednio nas?

W gruncie rzeczy temat nie jest nowy. Pojawił się już dawno i wiąże się z kilkoma trudnymi tematami. Nie dotyczy tylko środowiska nauczycielskiego. Dużo częściej podobne pozainstytucjonalne plebiscyty dotyczą sportowców, polityków, samorządowców, biznesu, listonoszów, sołtysów itd. Zjawisko powszechne i bardzo niejednoznaczne. Z jednej strony jest potrzeba bycia dostrzeżonym i docenionym a te różnorodne plebiscyty mogą być odbierane jako niezależne od instytucji a przez to bardziej obiektywne. Jest przecież wiele międzynarodowych czy krajowych konkursów i plebiscytów o dużej renomie. Organizacja każdego konkursu czy plebiscytu angażuje organizatorów czasowo i finansowo. Kto ma za to zapłacić? Jeśli to instytucja organizuje lub plebiscyt ma renomę i stałych sponsorów, to nie ma problemów. Czas pracy i cała obsługa będzie sfinansowana. Niektóre gazety czy organizacje lub stowarzyszenia przyjmują na siebie cały ten ciężar finansowy i organizacyjny. Ale jak nie ma dotacji, to może finansowanie w formie jakiegoś crowdfundingu? Na przykład głosujący wnoszą za każdy głos opłatę 2,47 zł od każdego esemesu lub głosu internetowego? Wtedy plebiscyt sam się sfinansuje, będzie całkowicie niezależny od nacisków potencjalnych sponsorów. Tak to można przecież odbierać.

Ale może to bardziej biznes niż plebiscyt? Sprzedaż iluzji doceniania i popularności. Jakaś forma gamifikacji (grywalizacji)? Może żerują na pustce i braku docenienia przez organy edukacyjne? Im większy ruch, im więcej głosów, tym większy zarobek. Nie liczy się obiektywizm, liczy się zwyczajny biznes. Sam nominowany, czując atmosferę docenienia, popularności i grywalizacji, będzie namawiał innych do płatnego głosowania. Albo nawet sam zainwestuje (przecież nie będzie widać, nikt się nie dowie). Przy niektórych takich plebiscytach można od razu wykupić pakiet głosów za 50, 100, czy 250 zł (znalazłem w odniesieniu do plebiscytu na najlepszego wykładowcę). Żeby nie musiał tak dużo razy klikać. A co zrobić, gdy widzi się sympatycznego nauczyciela, samorządowca, listonosza, sportowca w takim plebiscycie? Co tam jakieś 2,47 zł albo i wielokrotność tej sumy? Przecież to grosze a mogę poczuć swoją sprawozdawczość w plebiscycie i być jurorem. Wkręcani są więc zarówno nominowani (dostają powiadomienie o wyróżnieniu bo znaleźli się w konkursie) jak i sami głosujący.

Od lat tego typu plebiscyty organizują różne gazety, rozgłośnie radiowe, agencje. Jedne plebiscyty są sensowne i wiarygodne inne wyraźnie z nastawieniem biznesowym – sprzedają z jednej strony ułudne wrażenie prestiżu, wygranego plebiscytu, z drugiej poczucie sprawstwa u głosujących. Nic dziwnego, że sami nominowani nie są czasem zadowoleni i proszą o kierowanie tych pieniędzy na konkretny cel społeczny. Nauczyciele nie są wyjątkiem w tych plebiscytach. Ale mają rozterki etyczne i otwarcie o tym dyskutują. Chcą wiedzieć, jak się w tym świecie plebiscytowym odnaleźć.

Problem jest stary jak świat i ludzka chęć docenienia. Jakieś 30 lat temu środowisko akademickie w Polsce zostało „zalane” różnymi propozycjami płatnego członkostwa w renomowanych, zagranicznych stowarzyszeniach naukowych, umieszczenie biogramu w „prestiżowych” złotych księgach itd. Móc sobie dopisać w życiorysie przynależność np. do nowojorskiego towarzystwa naukowego lub znaleźć się w jakimś opracowaniu typu „Złota Księga Nauk Przyrodniczy”. Kusi. Jedni odpowiadają na te zachęty i wpłacają spore pieniądze bo dali się nabrać i nie są świadomi, inni całkowicie świadomie uczestniczą by poprawić swój wizerunek jako naukowca (kupują prestiż lub bardziej ułudę prestiżu). Teraz polskie środowisko naukowe bombardowane jest płatnymi ofertami druku w „renomowanych” czasopismach naukowych (specjaliści nazywają je drapieżnymi czasopismami). Naukowcy rozliczani są z punktów za publikacje, w tym międzynarodowe. Może dają się wkręcać bo chcą utrzymać swoje stanowisko pracy (uratować się przez zwolnieniem)? Uwidacznia się potrzeba nowej kompetencji odróżniania prawdziwych od wyłudzających podróbek bo chęć uczestnictwa w upowszechnianiu wolnej wiedzy na licencji Creative Commons może być przez takie czasopisma łatwo wykorzystana. Plebiscyty na najlepszego wykładowcę też się trafiają aczkolwiek dla środowiska akademickiego są mniejszym zagrożeniem. W świecie nieustannej rywalizacji i rankingów takie zjawiska są częste. Wymaga się od nas efektów to je w nieustannej presji kupujemy...

O czym świadczy podatność na tego typu wyłudzające plebiscyty? Czy jest to potrzeba uznania i docenienia, która nie jest zaspokajana przez dobrze działający system, w tym przypadku edukacji na każdym poziomie? Wiele osób z własnego doświadczenia może przytoczyć przykłady przyznawania nagród, medali, wyróżnień itd. po znajomości a nie za realne i rzeczywiste zasługi. Czują niesprawiedliwość takiego systemu i czują słuszne rozgoryczenie. Są więc nauczyciele niedocenieni. A może za mało jest dobrze zrobionych i obiektywnych konkursów i plebiscytów? Bo rzetelne i wartościowe z pewnością są. Może jest ich za mało?

Na koniec małe porównanie biologiczne: takie plebiscyty mają szansę szerzej zaistnieć tylko w systemie rozchwianym i osłabionym. Tak jak organizmy osłabione i wycieńczone są bardziej podatne na pasożyty, infekcje i choroby. Tak więc poza indywidualnym reagowaniem i umiejętnością odróżnienia wartościowego konkursu od wyłudzającej atrapy potrzebne są działania systemowe i instytucjonalne. W tym przypadku organizowane albo przez organ nadzorujący albo niezależne stowarzyszenie i organizacje porządkowe czy eksperckie. A może po prostu to skutek uboczny "wyścigu szczurów" i uzależnienia utrzymania pracy od miejsca w rankingu? Stawka jest duża, nie tylko sukces ale i przetrwanie, więc łatwiej po pokusę drogi na skróty czyli kupienia tego, co potrzebne i wymagane.

W każdym razie jest o czym dyskutować. I rozmyślać.W tym nad ważnymi kompetencjami społecznymi, które są istotne we współczesnym świecie i które powinny być w szkole kształtowane. Także na uniwersytecie.

25.10.2018

Tydzień otwartej nauki (2018)


Dobiega końca Międzynarodowy Tydzień Otwartej Nauki (23 do 29 października 2018). Tradycyjnie w obchody włączyła się Biblioteka Uniwersytecka UWM, niezmiennie wskazując, ze także i w wieku XXI sercem uniwersytetu pozostaje własnie biblioteka. Jest okazja by przypominać o misji uniwersytetu i ideałach nauki - szerokiego upowszechniania i udostępniania wiedzy. W epoce przemysłowej coraz silniej uwidacznia się komercjalizacja. Współczesne prawo autorskie kształtowane jest przez przemysł fonograficzny i informatyczny. Czasem lansowane rozwiązania ograniczają tradycję uniwersyteckiego upowszechniania wiedzy. Dostęp do wiedzy w coraz większym stopniu staje się ograniczony licencjami, abonamentami, koncesjami. O ideałach uniwersyteckich przypomina co roku Tydzień Otwartej Nauki. 

Ruch naukowy open access (Open Access Movement) działa na rzecz budowy otwartego modelu komunikacji naukowej już od lat 90. Ważną jego częścią są otwarte czasopisma naukowe i repozytoria, a także blogi naukowe czy e-laboratoria. Nowy cyfrowy świat wymusza poszukiwania nowych rozwiązań dla utrzymania tradycyjnych wartości.

Open Access Week w Polsce znany jest pod nazwą Tydzień Otwartej Nauki odbywa się  corocznie pod koniec października . W tych dniach na całym świecie odbywają się wydarzenia, promujące otwarty dostęp do treści naukowych (Open Access), organizowane przez instytucje akademickie, biblioteki, ale także przez naukowców czy studentów. Przypomina o wolnym dostępie do wiedzy jak i popularyzuje różnorodne narzędzia umożliwiające tej dostęp.

W Polsce Tydzień Otwartej Nauki koordynuje Koalicja Otwartej Edukacji oraz Stowarzyszenie EBIB. Biblioteka Uniwersytecka Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie po raz czwarty włącza się w obchody, promując idee otwartości w nauce. W tym roku "przespałem" (nadmiar innych obowiązków zawodowych) to święto i nie włączyłem się czynnie. Niech przynajmniej wpis na blogu bedzie mała cegiełką w tym ważnym dziele.

Tegorocznym hasłem przewodnim Open Access Week 2018 jest designing equitable foundaCons for open knowledge, co można przetłumaczyć swobodnie jako: budowanie zbalansowanych fundamentów dla otwartej nauki lub budowanie rzetelnych podstaw otwartej nauki. Temat odzwierciedla system naukowy w okresie przejściowym. Prowadzone są działania na rzecz rozwoju i przyjmowania otwartych polityk i praktyk przez rządy, uniwersytety fundatorów, wydawców i uczonych. Pozostają jednak pytania, w jaki sposób stosować te zasady i praktyki oraz jak zapewnić, że nowe otwarte systemy, które są obecnie opracowywane, będą obejmowały globalną i zróżnicowaną społeczność świata. Niewątpliwie świat się zmienia, także za sprawa nowych technologii. Tradycyjne wartości uniwersyteckie też się musza w tym odnaleźć. Samo się nie "zrobi", potrzebny jest aktywny udział środowiska akademickiego: dyskusje, próby, mniej lub bardziej eksperymentalne działania, implementacja dobrych praktyk.

Więcej informacji o Tygodniu Otwartej Nauki w portalu Uwolnij Naukę https://uwolnijnauke.pl/ oraz na stronach Open Access Week: http://www.openaccessweek.org/

Otwartość w odniesieniu do zasobów cyfrowych może mieć wiele poziomów. Nie zawsze jest to pełna otwartość związana z domeną publiczną czy najmniej restrykcyjnymi wolnymi licencjami. Czasem, tak jak w przypadku modeli open access, bibliotek cyfrowych, repozytoriów czy czasopism otwartych, jest to otwartość wyraźnie zakreślona przez politykę archiwum, a jeszcze częściej wolę autorów. Pojęcie „otwartości” opiera się na założeniu, że wiedza powinna być szeroko rozpowszechniana przez Internet na rzecz globalnej społeczności. 

Dwa najistotniejsze aspekty otwartości to:

  • Dostęp do zasobów bez ograniczeń technicznych oraz prawnych (open access). 
  • Dostęp do zasobów bezpłatny (free of charge).
Z materiałów udostępnianych w otwartym dostępie można skorzystać w Bibliotece Uniwersyteckiej UWM poprzez wyszukiwarkę Primo (dostępna na stronie http://bu.uwm.edu.pl/). Wśród e-zbiorów (http://bu.uwm.edu.pl/pl/e-zbiory) Biblioteki Uniwersyteckiej UWM znajdują się m.in. z publikacje udostępniane poprzez bazy danych, czasopisma i książki elektroniczne oraz zdigitalizowane zasoby Biblioteki Cyfrowej Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie (http://dlibra.bg.uwm.edu.pl/dlibra). 

Treści na niniejszym blogu udostępniam na wolnej licencji Creative Commons (informacja w stopce). Jedna z wielu możliwości. Zachęcam do przyłączenia się do ruchu otwartej nauki... poprzez nawet najmniejsze działania. Zacząć można od zapoznania się z możliwościami, na przykład w czasie  dzisiejszego seminarium w Bibliotece Uniwersyteckiej.

23.10.2018

Jak zaangażować odbiorcę w 15 sekund, czyli spotkanie z inną cywilizacją

Skusił mnie tytuł spotkania "Jak w 15 sekund zaangażować odbiorcę". Spodziewałem się czegoś innego niż doświadczyłem. Przyszło sporo młodych ludzi a prelegentka na początku powiedziała, że opowie... w czasie 50 minut! Po 15 minutach uzmysłowiłem sobie, że znalazłem się w innej cywilizacji. Młoda osoba mówiła po polsku, słowa chyba rozumiałem ale ich sensu domyślałem się z kontekstu (jak imigrant słabo znający język i kulturę).

Było to ciekawe i sympatyczne spotkanie. Ale czułem się jak podróżnik, który odwiedził obcą cywilizację. Niespodziewana bliska wyprawa na spotkanie z tubylcami. Cyfrowymi tubylcami, A ja byłem imigrantem. Cyfrowym imigrantem. Byłem jako dinozaur pośród ssaków, z innego, dawnego  świata. Dowiedziałem się, że jest świat młodych ludzi, który warto odkrywać. Korzystają z innych aplikacji, mają swój język (momentami bardzo hermetyczny), mają swój cyfrowy świat i różne od moich umiejętności. Nie znam tego świata ale wiem, że jest. I wiem, że trzeba będzie sporo wysiłku by się porozumieć. Muszę poznać ten świat, przynajmniej trochę. Tak jak osoba odwiedzająca obcą cywilizację (inna kulturę). Żyjemy w dwu, a raczej dużo większej liczbie swoistych baniek informacyjnych (kulturowych, komunikacyjnych). W jakichś światach równoległych, częściowo na siebie zachodzących. Współczesne społeczeństwo to archipelagach wysp, częściowo izolowanych światów.

Skąd moje nieporozumienie co do spotkania? Niby przeczytałem nie tylko tytuł ale i opis wydarzenia. Niemniej dopiero po spotkaniu, gdy powtórnie czytałem, to więcej zrozumiałem. Opis skierowany był "do swoich", ze skrótami myślowymi, słowami-kluczami. Ja spodziewałem się, że ktoś mi pokaże jak w 15 sekund zaangażować słuchacza. Chciałem nauczyć się/dowiedzieć co powiedzieć na początku wystąpienia, żeby zainteresować. I tę zdobytą wiedzę przekazać swoim studentom. Było coś o filmikach, a więc coś, czego teraz próbuję się sam nauczyć. Okazało się jednak, że prelekcja dotyczyła robienia filmowych relacji na Instagramie (Instastories czy jakoś tak nazywa się ta funkcja). A te 15 sekund to odnosi się chyba do długości trwania "filmiku". Co prawda kiedyś założyłem konto na Instagramie i od wielkiego dzwonu coś tam zamieszczę (fotkę). Ale kiedy prowadząca spotkanie opowiadała o tych "stories" to nie bardzo rozumiałem. To wszytsko jest w tym Instagramie? Gdy trzeba było wykonać proste zadanie, poczułem się kompletnie zagubiony. Miałem telefon i narzędzie ale nie potrafiłem się nim posłużyć. Dla mnie - nowicjusza - było za szybko. Czułem się jak ostatni niedojda. Zdecydowanie nie nadążałem. Odkryłem tylko świat, który muszę ewentualnie powoli i samodzielnie poznawać. Wiem, że jest za oceanem jakiś kontynent. Ale żeby go poznać to potrzeba wyruszyć w długą podróż.

Zdziwiło mnie to, że tak dużo można zrobić na własnym telefonie. Ogromne i nowe dla mnie możliwości. Tylko nauczyć się tego. A kiedy znaleźć na to czas? Może ludzi jest zbyt dużo, żeby wszyscy posługiwali się jednym językiem i żyli w jednej kulturze? Może to ogromne "pobańkowanie" wynika z wielkości społeczeństwa oraz ograniczeń naszego społecznego mózgu. Niezwykle ciekawy problem.

Czy zmarnowałem czas? Nie. Poczułem się jak podróżnik, który odkrywa nieznane lądy. I ten tajemniczy świat jest tuż obok. A jednak na osobnej wyspie.... W osobnej bańce.

Jak było rozreklamowane opisywane spotkanie? Zamieszczam opis:

Jak zaangażować odbiorcę w 15 sekund? - TechKlub Olsztyn.  Zapraszamy was na spotkanie z Olimpią Jenczek, która opowie wam o tym - Jak zaangażować odbiorcę w 15 sekund?  Kilka słów o temacie spotkania... Snapchat, relacje na Facebooku, InstaStories – krótkie formy video pojawiają się już wszędzie. Dla jednych to tylko dziecinne zabawy, dla innych doskonałe narzędzie do zawężenia relacji z odbiorcą! O tym, jak tworzyć angażujące, krótkie formy video opowie Wam Olimpia Jenczek, która w tym roku tworzyła InstaStories na Pol'and'Rock Festival oraz Festiwal Górski im. Andrzeja Zawady. Kilka słów o naszej prelegentce... Uwielbia robić to co kocha. Zawodowo zajmuje się komunikacją i kreowaniem wizerunku w mediach społecznościowych – zarówno marek komercyjnych, jaki i organizacji pozarządowych. Kiedyś współpraca z #ngoplwypełniała życie po pracy, dziś jest ważnym elementem dnia codziennego. Współpracuje z Fundacją WOŚP jako wolontariusz Grupy Centrum Prasowe podczas Finału WOŚP oraz Przystanku Woodstock. Zajmuje się również współtworzeniem Strefy Inicjatyw Społecznych na Slot NGO. Od dwóch lat poznaje coraz większe grono osób związane z 3-cim sektorem, dzięki prowadzeniu szkoleń z zakresu promocji w sieci. Autorka książki „Nie zostawaj w tyle – jak wykorzystywać media społecznościowe do promocji i komunikacji działań NGO” Rozkład jazdy 17:45 - Networking 18:00 - Start 18:05 - Olimpia 19:00 - OLSZTYN 2.0 19:15 - Hydepark 19:30 - Afterparty Pełna agenda oraz więcej informacji na naszej stronie:  http://sektor3-0.pl/techklub/olsztyn/ UWAGA Ze względów organizacyjnych, proszę was o zapisy poprzez oficjalną rejestrację. Pomoże nam to w organizacji spotkania. Tym bardziej, że mamy dla was (a w zasadzie dla pierwszych 20 zapisanych osób) zaplanowaną niespodziankę !

I jeszcze kilka refleksji jakie mi się nasunęły. Umieć coś i być specjalistą (ekspertem) to jedno. Czym innym jest jednak o tym zrozumiale dla słuchacza opowiadać (zwłaszcza słuchacza z innej wyspy, z innej kultury, z innym zasobem wiedzy i umiejętności). I jeszcze czymś innym jest nauczyć tych posiadanych umiejętności. Chyba dlatego ludzkość wymyśliła pedagogikę i dydaktykę. To duża sztuka i duża umiejętność. Trzeba się jej uczyć. Nie wystarczy być ekspertem i mieć wiedzę by być nauczycielem. Dobrym nauczycielem. Biorę to do siebie. I częściej będę myślał o moich słuchaczach (wliczając w to studentów).

Wiedza, przekazywanie wiedzy oraz nauczanie to bardzo różne umiejętności i kompetencje. Tych dwóch ostatnich nie dostrzegamy na co dzień, dlatego nie cenimy i nie szanujemy zawodu nauczyciela. Przeciętnemu zjadaczowi chleba (zazwyczaj wykształconemu, z dyplomem uczelni wyższej) wydaje się, że umiejętności nauczania są proste, że wystarczy tylko coś wiedzieć i na czymś się znać...

20.10.2018

Czernidlak kołpakowaty (Coprinus comatus) spod mojego okna


Na moim przyblokowym trawniku, o przepraszam, na mojej kwietnej łące są i grzyby. Przez cały rok udało się ocalić mały fragment przed koszeniem. Dosiałem trochę gatunków, trochę detrytusu się zebrało. Gleba odetchnęła po byciu przyblokowym klepiskiem. Wyrosły grzyby. To znaczy, że w glebie jest życie, coś się dzieje. Miło popatrzeć nie tylko na kwitnące rośliny naczyniowe, odwiedzające je owady ale i owocniki grzybów. Malutki fragment zieleni pod oknem a tyle się dzieje. Jest co obserwować i nad czym rozmyślać.

A w połowie października wyrósł mi czernidlak kołpakowaty (Coprinus comatus). Grzyb zaskakujący z kilku powodów. Po pierwsze jest jadalny, po drugie wyrabiano z niego kiedyś atrament, a po trzecie jest niezwykle krótkotrwały. Pytanie dlaczego?

Czasem dorasta nawet do 30 cm, często rośnie gromadnie, na nawozie lub glebie próchniczej. Zwłaszcza tam, gdzie opadające z drzew liście tworzą grubszą warstwę. Spotkać go można na silnie nawożonych trawnikach, przy drogach, w ogrodach, rzadziej w lasach łęgowych nad brzegami rzek. Wymaga stanowisk bogatych w azot, można zatem spotkać go także na wysypiskach śmieci i gruzu, obrzeżach pól, łąk i poboczach dróg. Unika jedynie podłoża kwaśnego. Owocniki pojawiają się od maja do listopada – liczniejsze są jesienią.

Czernidlak kołpakowaty jest grzybem jadalnym, czasem nazywany jest lokalnie jako czerniak, gnojówka, gnojak, gnojnik, czernidło. Ale trzeba się spieszyć bo jadalne są tylko zupełnie młode, zamknięte, w całości białe owocniki. Starsze owocniki, ciemno zabarwione, rozpływają się w wyniku autolizy i nie nadają się do spożycia. Niemalże w oczach znikają.
Te same czernidlaki kołpakowate po dwóch dniach.

 Rozkład owocnika w trakcie autolizy trwa zaledwie kilka godzin. Kapelusz przebarwiają się od brzegów, od różowego do koloru czarnego, w końcu od brzegów rozpływa się w formie ciemnej cieczy, przypominającej atrament, która skapuje kroplami po trzonie. W każdej kropli znajdują się tysiące zarodników. Taki sposób samorozkładania się owocników typowy jest dla wszystkich czernidlaków. I tu pojawia się pytanie o sens biologiczny – dlaczego tak szybko znika owocnik i dlaczego pojawiła się zaprogramowana autoliza? Owocniki grzybów mają licznych konsumentów, nie tylko człowieka. Ale są siedliskiem pokarmowym rozproszonym. Rozwijające się w grzybach różne owady, w tym muchówki, muszą odnaleźć to rozproszone siedlisko i dostosować rozwój do szybkiej kolonizacji i szybkiego rozwoju. Być może autoliza jest sposobem na pozbycie się „darmozjadów” – nie mają szansy zdążyć. A co z zarodnikami? Jak są rozprzestrzeniane, skoro szybko spływają po trzonie pod owocnik? Czy tylko dyspersja odbywa się przez wzrost strzępek grzybni w glebie? O może ta lepka, atramentowa ciecz z zarodnikami przylepia się do jakich większych lub mniejszych zwierząt i tak się rozprzestrzenia po świecie? Szukałem odpowiedzi na te pytanie i nie znalazłem. Może ktoś wie?

Z powodu szybkiego rozpadu dla celów spożywczych mogą być zbierane tylko bardzo młode kapelusze, bez śladów czernienia. Pojawić się mogą w ciągu jednego dnia. Wielokrotnie je widywałem ale jeszcze nigdy nie jadłem tego grzyba. Jak można wyczytać w poradnikach czernidlak kołpakowaty nadaje się do zup i ciemnych sosów. Ma subtelny smak i delikatny miąższ. Aby zachować ten jego oryginalny smak, nie należy dodawać czosnku, ani innych mocnych przypraw. W innych poradnikach zalecają jednak sporą ilość przypraw ze względu na niekiedy mdławy smak. Bardzo smaczną przystawkę stanowią jego kapelusze zanurzone w cieście piwnym i przysmażane na tłuszczu. Młode owocniki można także przekroić wzdłuż i smażyć na maśle. Może być dodawany jako przyprawa do mięs (np. do gulaszu), do przygotowywania ekstraktu grzybowego (ze względu na zapach). Nie nadaje się do suszenia. To jeszcze jeden powód by nazywać go grzybem jednego dnia. Sezonowy, lokalny i w pełni okazjonalny.

Czernidlaka kołpakowatego można hodować na nawozie końskim. W dawnym NRD był dopuszczony do handlu (ale tylko grzyby z hodowli). Jak można wyczytać w poradnikach grzybiarskich, owocniki czernidlaka kołpakowatego zawierają substancje obniżające poziom cukru we krwi. Zawartość tych substancji jest większa w owocnikach występujących naturalnie (a nie w hodowlach). Być może te fakty przyczynią się do spopularyzowania tego grzyba w kuchni. Jakkolwiek jako szybko ulegający autolizie trudny jest w pozyskiwaniu i kulinarnym wykorzystaniu. 

W niektórych starszych opracowaniach można znaleźć informację, że spożywanie czernidlaka kołpakowatego wyklucza spożywanie alkoholu (ani w czasie jedzenia, ani przed i kilka dni po - co najmniej 24 godziny przed i 72 godziny po spożyciu nie można spożywać alkoholu). Okazuje się to jednak pomyłką. Takie antyalkoholowe właściwości mają dwaj kuzyni: czernidlak pospolity (Coprinus atramentaria) i czernidlak błyszczący (Coprinus mucaceus) – oba również jadalne. Właściwości te wynikają z obecności w grzybni kopryny. Jest to związek, który blokuje enzymy przeprowadzające metaboliczny rozkład etanolu w kwas octowy. W rezultacie w organizmie w szybkim tempie gromadzi się duża ilość aldehydu octowego. Po spożyciu tych czernidlaków nie można spożywać alkoholu nawet w najmniejszych ilościach. Bardzo charakterystyczne objawy zatrucia pojawiają się już po 1-2 godzinach. Pojawia się zaczerwienienie twarzy (zabarwienie może być nawet fioletowe) i obejmuje także szyję, podnosi się ciepłota ciała, przyspieszone jest bicie serca i przyspieszony puls, występuje silne pragnienie, zaburzenie mowy i wzroku. Czasami mogą występować wymioty i biegunka. Objawy te po jakimś czasie mijają. Ale jak wykazały badania akurat czernidlak kołpakowaty nie zawiera kopryny.

Czernidlaki to liczna gatunkowo grupa grzybów. Tylko niektóre są jadalne. Wszystkie przechodzą autolizę. Być może więc atrament wyrabiano nie tylko z czernidlaka kołpakowatego. Ciekawe jak ten atrament wyrabiano? I czy zachowały się w nim zarodniki. Być może przeglądają stare listy i pisma udałoby się takie zarodniki zidentyfikować.

Czernidlak kołpakowaty występuje na wszystkich kontynentach poza Afryką i Antarktydą. W Europie Środkowej i w Polsce jest grzybem bardzo pospolitym.

Jadalne są także niektóre inne czernidlaki: czernidlak pospolity (Coprinus atramentaria), czernidlak błyszczacy (Coprinus micaceus). Pozostałe gatunki nie są jadalne.

18.10.2018

Edukacyjne pogaduszki czyli Edugadki

(Notatka graficzna streszczająca wywiad, Autorka: Vitia)
Problemem komunikacji jest to, że nie zawsze mówimy (przekazujemy) to co chcemy i planujemy. Myśl jest szybsza niż wypowiadane dźwiękiem słowa a tym bardziej zapisywane pismem. W wypowiedziach ustnych "zjadamy" niektóre słowa, przez co przekaz jest nieczytelny. Skróty myślowe dla nas są oczywiste, dla słuchacza mogą być kompletnie niezrozumiałe. Żeby to dostrzec, trzeba zobaczyć się w lustrze. Usłyszeć i zobaczyć siebie, nagranego, stanąć niejako z boku i zobaczyć z perspektywy odbiorcy. Czasem jest to inny świat.

Jeszcze w wieku szkolnym ze zdziwieniem usłyszałem swój głos nagrany na magnetofonową taśmę - był podobny ale brzmiał inaczej niż słyszany "od środka". Potem to samo było, gdy słyszałem siebie w nagraniach radiowych. Dlaczego brzmi inaczej? Czy nagranie coś zmienia? Ale przecież słuchając głosu innych osób nie dostrzegałem różnicy w dźwięku i charakterze: czy to na żywo, czy to z taśmy (lub radiowego głośnika). Zatem istotą nie były ewentualne zmiany, powstające przy nagraniu na taśmę lub przefiltrowane przez radiowe urządzenia. Po prostu siebie słyszymy także od wewnątrz.

Widziałem kilku profesorów, którzy nagrywali swoje wykłady czy wystąpienia na dyktafon, by potem odsłuchać. Początkowo się dziwiłem, z czasem doceniłem. Wtedy można pełniej ocenić jak poszło i co rzeczywiście było wypowiedziane (i jak). W swoim przypadku dostrzegłem m.in. skróty myślowe, niedokończone zdania, pozjadane słowa. Wiedziałem jaką myśl chciałem przekazać, ale do odbiorcy dotarł przekaz okrojony. Bo szybko biegnąca myśl podążyła za nowym a język nie zdążył wszystkiego wypowiedzieć. W wewnętrznej pamięci wystąpienie pozostaje logiczne i pełne. Jeśli jednak "odsłuchamy się" z boku to dostrzeżemy wszystkie te szumy i niedociągnięcia. Nie jestem na tyle systematyczny by często swoje wystąpienia nagrywać. Nagrywanie się na dyktafon czy kamerą wideo wymaga pewnej odwagi. Widzę to także po studentach. Może to jakiś strach przez zobaczeniem własnych niedociągnięć, braków czy potknięć? Lepiej nie widzieć? Może z braku czasu - bo trzeba jeszcze to potem odsłuchać, obejrzeć. Czasem jednak udaje mi się nagrać lub skorzystać z cudzego nagrania. Dzięki temu dostrzegam różne braki i niedociągnięcia.  Z wielu swoich mankamentów zdaję sobie sprawę i staram się nad tym jakoś zapanować. Mimo to wciąż popełniam te same lub podobne błędy. Podobnie jest w udostępnionym nagraniu "Edu Gadki" - z boku czasem lepiej widać. Tekst można poprawiać wielokrotnie. Słowa wypowiedziane są już "niepoprawialne" Można dodać tylko nowe, objaśnić, ponownie wypowiedzieć. Ale tych wypowiedzianych się nie cofnie. Chyba, że jest to nagranie - wtedy można powycinać, nagrać ponownie, zmontować.

Ale jest jeszcze jeden rodzaj "spoglądania na siebie w lustrze" - to jak nas inni odbierają poprzez nasze wypowiedzi (w mowie, grafice lub piśmie). Ich notatki, interpretacje, wnioski. Każdy patrzy na świat przez pryzmat siebie (swojego światopoglądu, paradygmatu) i swoich doświadczeń. Do wywiadu i podkastowej rozmowy (link zamieszczony niżej) się przygotowałem. Wiedziałem mniej więcej w jakim kierunku się może potoczyć. Przemyślałem i się przygotowałem. Ale dynamika dialogu była nieco inna. O niektórych ważnych sprawach nie zdążyłem powiedzieć, inne się narodziły na gorąco. Taka jest specyfika rozmowy - to dwie strony tworzą wypowiedź-treść. Jest jeszcze w pewnym stopniu nieprzewidywalna dynamika dialogu, całości większej niż suma elementów. Z nagranej rozmowy autorzy wybrali tylko jej część. I tu już jest w jakimś stopniu także ich autorski wkład w to, co uznali za ważniejsze, ciekawsze, czytelniejsze i warte pokazania. Kolejny filtr.

I na koniec wspomnę o notatce wizualnej Vitii (zamieszczona na samej górze). Kolejna osoba, która wysłuchała i wynotowała jej znaniem najistotniejsze fragmenty i skomponowała relacje między tymi treściami w formie graficznej. Jeszcze jeden filtr i kolejna interpretacja. I teraz w pełni można zobaczyć siebie z boku. To co dotarło i jak zostało zinterpretowane.

Dzięki takim "lustrzanym" odbiciom można zobaczyć swój przekaz. To swoista ewaluacja. Pozwala lepiej zrozumieć dane zagadnienie, wydłużyć rozmyślania, uporządkować je i dopracować. A jeśli nie jesteśmy zadowoleni z rezultatu? To trzeba spróbować ponownie ująć tę samą myśl w nową, lepsza formę. I tak nieustanie. Dialog ze sobą i z innymi. Dojrzewanie pomysłu. Dialog ubogaca. Warto więc słuchać innych i... siebie samego.

Żeby dobrze mówić trzeba umieć słuchać. Siebie i innych.


Cały odcinek: http://bit.ly/edugadk25

Link http://edugadki.pl/odcinek-25-2-3-stanislaw-czachorowski-czyli-profesorskie-gadanie-po-edugadkowemu

17.10.2018

Malality II pod młotek


Jest czas malowania, jest czas licytowania. Teraz przyszła pora na licytowanie i to w szczytnej sprawie. 17 października od godziny 18.00 w Hotelu Omega przy ul Sielskiej 4a rozpocznie się licytacja obrazów namalowanych wiosną w ogrodach Pałacu Młodzieży przez artystów plastyków, studentów oraz młodzież. I ja tam byłem swoje dachówki i płytki ceramiczne malowałem (czytaj więcej). Była nawet znaleziona na ulicy deska...

Październik to dla hospicjum wyjątkowy miesiąc, ponieważ obchodzony jest w tym czasie Światowy Dzień Hospicjów i Opieki Paliatywnej. Dlatego też w tym miesiącu  Malality 2 „idą pod młotek”. Cel tej licytacji jest jeden – zbiórka środków na budowę nowego Hospicjum im. Jana Pawła II w Olsztynie. Hospicjum też życie, pomóż aby mogło płynąć w godnych warunkach. Licytacja jest imprezą zamkniętą. Jeśli nie dostałeś zaproszenia, a chcesz wziąć udział w licytacji, zapraszamy do kontaktu pod numerem telefonu: 606 545 245

Więcej na stronie Hospicjum: http://www.hospicjum.olsztyn.pl/

16.10.2018

Jesienny sezon na biedronkę azjatycką - bać się czy nie, oto jest pytanie !

(W pobliżu mojego domu biedronki mają dużo mszyc do zjedzenia - widać je na liściach trzciny.)
Jesień biedronkami się zaczyna. Tak można byłoby zacząć tę opowieść. Od kilku lat jesienią w mediach dużo jest o biedronkach azjatyckich. Widać to także po ruchu w internecie. Dominuje strach i sensacja. Sensacyjne wiadomości lepiej się "sprzedają", bardziej przykuwają naszą uwagę. Biedronka azjatycka, ninja, arlekin pojawiła się u nas niedawno. W Olsztynie obserwowana jest od 2010 roku (mogła być trochę wcześniej, ale nikt znający się na rzeczy nie poinformował publicznie). Teraz występuje masowo - jest gatunkiem pospolitym. I jest bez wątpienia gatunkiem inwazyjnym. Dlaczego wywołuje medialną niemalże panikę? Mamy tu dwa problemy: gatunków obcych i inwazyjnych oraz naszego kontaktu z przyrodą (chwasty i robale?).

Gatunek inwazyjny to taki, który jest obcy dla naszej przyrody, czyli pojawił się zupełnie niedawno. Najczęściej za sprawą zamierzonego lub niezamierzonego przeniesienia (zawleczenia) przez człowieka. Jeśli szybko powiększa areał swojego występowania to nazywany jest inwazyjnym. Jeśli rodzimy gatunek szybko powiększa swoją liczebności i zasięg to nazywamy go ekspansywnym. W przyrodzie nic trwałego. Czy gatunki obce a zwłaszcza inwazyjne są groźne dla naszej przyrody? To zależy. Mogą wypierać nasze rodzime. W lokalnej różnorodności biologicznej nic się nie zmieni, na przykład w rzekach i jeziorach były raki i są raki (co prawda inne gatunki, zamiast raka szlachetnego obecnie jest rak amerykański czyli pręgowany). Ale w skali globalnej zmniejsza się liczba gatunków, bo gatunki obce i tak gdzieś występują (obszar, z którego przybyły) a z biosfery znikać może gatunek lokalny. Czyli globalnie ubywa, mimo że lokalnie liczba i różnorodność może pozostać taka sama. Człowiek ułatwia dyspersje i rozprzestrzenianie się gatunków, doprowadzając do ujednolicania składu gatunkowego ekosystemów. I właśnie to zjawisko ekolodzy oceniają negatywnie. Często jednak gatunki obce wchodzą w pustkę, bo najpierw na skutek innych działań człowieka zanikają lokalne biocenozy i w te pustkę (lukę) wchodzą przybysze z zewnątrz (na ewoulucję, specjację, trzeba byłoby czekać znacznie dłużej). Sama dyspersja jest zjawiskiem jak najbardziej naturalnym i występującym od milionów lat. Teraz jednak za sprawą człowieka uległo to znacznemu przyspieszeniu. Podsumujmy: nie każdy gatunek obcy i inwazyjny to groźne i złe zjawisko.

Drugim problemem jest nieznajomość rodzimej przyrody. Przeciętny człowiek boi się wszystkiego: "robali i chwastów". W mieście i na wsi tępi robale i chwasty bo nie rozumie. Boimy się tego, czego nie znamy i nie rozumiemy (np. brak łąk kwietnych w mieście to efekt "tępienia chwastów" i preferowanie koszarowej estetyki). A nie znamy, bo siedzimy w murach, samochodach, przy telewizorach i smartfonach. Nie wiemy co i dlaczego za oknami się dzieje. I pośród tych wszystkich "bójstw" jest strach przed inwazją biedronek azjatyckich. Widzimy je licznie w szparach okien i panikujemy. Nie wiemy czy to coś złego czy dobrego.

Wczoraj dostałem zapytanie o biedronkę azjatycką z redakcji Gazety Olsztyńskiej z taką informacją: Do naszej redakcji zadzwoniła zaniepokojona czytelniczka: — Tylko w sobotę do mojego domu wleciało 10 biedronek. Doszło do tego, że bałam się otworzyć okno. Biedronki wyglądały inaczej niż zwykle. Były bordowe. Nie widziałam jeszcze biedronek w takiej ilości. Czy one gryzą? — zapytała. Bać się otwierać okno z powodu dziesięciu biedronek? A czyż smog nie straszniejszy? Albo hałas z ulicy? Oba bez wątpienia negatywnie wpływają na zdrowie i jakość życia....

Sądząc po wzmożonym ruchu medialnym to mamy najazd obcych. Imigrantów. Mam na myśli szum wokół biedronki azjatyckiej. Gatunek niewątpliwie obcy w naszej faunie. Strach jednak jest zdecydowanie nadmierny. A wszystko najpewniej za sprawą tekstów w mediach, w tym internetowych. Taki gorący temat. Na dodatek lubimy się straszyć końcami świata i innymi niezwykłościami. W Olsztynie biedronka azjatycka po raz pierwszy zaobserwowana była w 2010 roku . Kilkakrotnie o niej pisałem (a jesienią do tych tekstów wiele osób zagląda, co widać po statystykach i linkach). Ponieważ w ostatnich dniach często pytany jestem o tego uroczego owada, to kolejny raz o nim opowiadam. Niech idzie świat do ludzi ciekawych przyrody wokół nas.

Sensacyjność biedronki azjatyckiej związana jest z ekologią i miastami. Opowieść jednak warta jest uwagi, bo w tle pojawi się potencjalne lekarstwo ma groźne, ludzkie choroby. Nie jest przypadkiem, że jesienią masowo pojawiają się w naszych domach – niczym najazd azjatyckich koczowników lub niczym zalew tanich i tandetnych azjatyckich towarów. W sterylnych warunkach miejskich większa liczba biedronek na ścianie i na oknie wzbudza panikę. Same jednak biedronki mogą dać nam lekarstwo na malarię i gruźlicę. Wymaga to jednak określonych badań naukowych.

Któregoś roku, pewnego, jesiennego ranka zadzwonił pan z Radia Olsztyn z pytaniem czy nie znajdę kilku chwil, bo jest „epidemia biedronek w Olsztynie”. Znaczy jest temat medialny (jest sezon ogórkowy ale jest i sezon biedronkowy). Epidemii oczywiście nie ma. A "inwazja" za kilka lat zapewne minie, tak jak to było z ekspansją szrotówka kasztanowcowiaczka (motyl zjadający liście kasztanowców). Będzie inny, gorący temat. I dobrze, bo o czymś trzeba międzyludzko rozmawiać - o samej pogodzie a tym bardziej o politykach się nie da.

W ostatnich latach sporo było można usłyszeć o biedronce azjatyckiej. Skalę zainteresowania wskazywały pytania wspomnianego już dziennikarza radiowego: czy są krwiożerczymi czy napadają ludzi, skąd się wzięły itd. Strach ma wielkie oczy. W każdym razie masowe pojawy biedronki azjatyckiej są dla nas nietypowe (a przynajmniej do niedawna były nietypowe). Ekolodzy podsycają emocje pisząc o gatunku obcym i zagrażającym naszej bioróżnorodności. Czy jest jakieś zagrożenie? Same biedronki, jako drapieżniki, są w jakimś sensie krwiożercze, ale na ludzi nie napadają i nie atakują. Może tylko ewentualnie mogą u niektórych osób wywoływać alergie – ale co teraz nie jest alergenem? Bać się ich powinny mszyce i inne małe bezkręgowce.

Niniejsza opowieść jest o biedronce Harmonia axyridis, zwanej biedronką azjatycką, arlekinem lub ninja (czyt. nindża). Pochodzi ona z rejonu wschodniej i środkowej Azji, ale do Polski dotarła nie ze wschodu (choć byłoby bliżej), ale przez Europę Zachodnią. Takie to są kręte drogi inwazji gatunków obcych. W zasadzie bardzo podobna jest do biedronki siedmiokropki, naszej rodzimej, więc w panice przed biedronkami wschodnimi możemy wyrządzić krzywdę naszej tutejszej bożej krówce. Tak jak w panicznej obawie przez barszczem Sosnowskiego tępimy czasem arcydzięgla litwora, staroduba czy dzięgiela leśnego.

Historia biedronki azjatyckiej zaczęła się wiele lat temu, gdy poszukiwaliśmy biologicznych metod zwalczania szkodników. Dość szybko ludzie odkryli, że biedronki jako drapieżniki, odżywiające się małymi mszycami, mogą pomagać w zwalczaniu szkodników roślin. Nie środki chemiczne ale właśnie naturalni sprzymierzeńcy w walce ze szkodnikami upraw. Naszą rodzimą biedronkę siedmiokropkę zawieziono w inne miejsca, także do Ameryki czy na Nową Zelandię (tam jest gatunkiem obcym!). Ale biedronek łatwych w hodowli i wygodnych do stosowania w ochronie roślin jest więcej. Pośród wielu innych eksperymentowano także z biedronką azjatycką. Już w 1916 roku biedronkę ninja przewieziono do USA i tam wykorzystywano do walki z mszycami. Trzeba było wielu lat, aby „uciekła” z hodowli i upraw do środowiska naturalnego. Po kilku dziesięcioleciach biedronka azjatycka okazała się gatunkiem inwazyjnym, szybko rozprzestrzeniającym się po świecie – pojawiła się w Ameryce Południowej.

W Europie Zachodniej pojawiła się około 1982, sprzedawana komercyjnie jako biologiczny środek ochrony roślin przed mszycami. wyrządzającymi szkody w uprawach. Ale do Europy została sprowadzona dużo wcześniej, bo w 1964 r. na Ukrainę oraz w 1968 r. na Białoruś. Ekspansja w Polsce zaczęła się jednak od zachodu. Wydaje się to paradoksalne. W 1982 introdukowano ją we Francji ale w warunkach naturalnych zaobserwowano ją tam dopiero w 1991 roku. Potem w kolejnych latach pojawiała się w Belgii, Niemczech, Grecji, porem pojawiła się w Afryce. W Polsce po raz pierwszy zaobserwowano w warunkach naturalnych w 2006 w Poznaniu. W Olsztynie po raz pierwszy informacje o obecności tego gatunku pojawiły się w 2010 roku. Teraz i u nas występuje masowo. Sam ją mogłem na balkonie w dużej licznie oglądać w kolejnych latach.

Są płodne a więc spełniają cechy gatunku, który może łatwo stać się inwazyjnym. Samica w ciągu jednego dnia składa około 25 jaj. Niby niewiele, ale w ciągu swojego życia składa już od 1,5 tys. do 4 tys. jaj. Biedronki azjatyckie żyją przeciętnie od 5 tygodni do trzech miesięcy, ale mogą dożyć nawet 3 lat (w sprzyjających warunkach). W dogodnych warunkach może być do 5 pokoleń w ciągu roku. Szybko więc mogą zwiększyć swoją liczebność. Larwa rozwija się ponad 10 dni, w tym czasie zjada od 90 do 370 mszyc. Dorosłe owady są równie mszycożerne – zjadają od 15 do 65 mszyc dziennie. A jeśli mszyc zabraknie odżywiają się innym, małymi bezkręgowcami, w tym jajami i larwami innych biedronek. Stąd obawa o nasze rodzime gatunki. Ale takie troficzne relacje zachodzą i w drugą stronę. Poza bezkręgowcami biedronki azjatyckie mogą odżywiać się także pyłkiem kwiatowym i nektarem, oraz mogą nadgryzać dojrzałe owoce, np. winogrona, jabłka. Żerują na owocach uszkodzonych przez ptaki i inne owady, trudno więc uznać ją za szkodnika sadów. Bo i inne gatunki biedronek, nasze rodzime, podobnie się zachowują. Być może panikę przed ninja w dużym stopniu wywołały media, szukające sensacji. Tak jak latem szukano pytona nad Wisłą.

Biedronki ninja (nawiązanie do Azji i cichych zabójców) mają ponad 5 mm długości (są różnej wielkości 5-8 mm, zazwyczaj ciut większe od naszej siedmiokropki, ale mniejsze od oczatki), rude głaszczki oraz charakterystyczną plamkę w kształcie litery "M" na przedpleczu. Ta m-kształtna plamka nie zawsze jest widoczna u wszystkich odmian barwnych. Koloru głaszczek raczej nie dostrzeżemy – wymaga to powiększenia (lupy). Pozostaje przypatrzeć się ubarwieniu (od żółtego i pomarańczowego, przez czerwone aż do czarnego) i kropkom - tych jest od zera do 23, w zależności od odmiany barwnej (duża zmienność jest cechą typową dla gatunków inwazyjnych). Larwy mają charakterystyczne pomarańczowe pasy na bokach odwłoka i cztery brodawki grzbietowe (larwy czwartego stadium).

Jesienna inwazja biedronek nie jest przypadkiem. W październiku migrują do miejsc zimowania. Sygnałem do podjęcia wędrówek jest skracający się dzień. W swojej dawnej. azjatyckiej ojczyźnie migrowały w góry, by przezimować w szczelinach skalnych lub pod kamieniami. Miasto, z betonowymi „skałami” bardzo przypomina takie siedlisko, a szczeliny w oknach – szczeliny skalne. Lecą do mieszkań, gdy jest słonecznie i ciepło – bo to najlepszy czas na migrację dla owadów (są zmiennocieplne). Na dodatek jasne elewacje wabią te biedronki. Lubią zimować w naszym pobliżu, przy domach – bo tu jest ciepło. Wybierają szczeliny pod parapetami, szczeliny między oknami, zakamarki pod sufitem czy za meblami. Inne biedronki szukają podobnego schronienia, ale jest ich znacznie mniej i dlatego może nie zwracamy na nie uwagi.

Ekolodzy i entomolodzy podkreślają, że biedronki azjatyckie są zagrożeniem dla naszych rodzimych gatunków - mogą przyczynić się do zmniejszenia lokalnej bioróżnorodności. Może jednak bardziej biedronka azjatycka wchodzi w pustkę ekologiczną i bardziej widoczna jest na terenach przekształconych, antropogenicznych, zurbanizowanych? Byłaby więc raczej skutkiem spadku różnorodności gatunkowej i swoistego „osłabienia” ekosystemów niż przyczyną tych zjawisk. Czyli bardziej objawem choroby a nie jej przyczyną.

Dlaczego ninja tak dobrze sobie radzi i jest ekspansywna? Być może dzięki swojej hemolimfie (zawarty jest w niej związek harmonina) o silnych właściwościach antybakteryjnych. Być może dlatego znacznie sobie lepiej radzi od innych biedronek w środowisku zmienionym przez człowieka. Bardziej więc wchodzi w pustkę ekologiczną niż agresywnie wypiera inne gatunki. Tak więc masowe pojawy traktujmy jako objaw osłabienia ekosystemów. Powód do niepokoju jest. Warto się nad tym zadumać. Czyli jest zagrożenie, ale nie takie o jakim myślimy. 

Harmonina jest silnym antybiotykiem i jest w stanie zablokować rozwój nawet ludzkich patogenów, np. zarodźca malarii czy prątka gruźlicy. Zatem może warto po pierwsze przyjąć pod swój dach na zimę arlekiny i zainteresować się nimi naukowo i medycznie pod kątem produkcji lekarstw przeciw malarii i gruźlicy. Biedronka azjatycka więc nie tyle może przysporzyć nam kłopotów co wspomóc medycynę. Nie ma tego złego, co na dobre nie można byłoby obrócić – ale do tego trzeba po prostu wiedzy.

Naukowcy z Niemiec odkryli, że hemolimfa biedronki azjatyckiej jest toksyczna dla innych biedronek. A sprawcą jest swoista broń biologiczna, bowiem w hemolimfie stwierdzono pasożytnicze mikrosporydia (występują w jajach i larwach biedronek azjatyckich, ale dla swoich gospodarzy są niegroźne). Inne biedronki nie są jednak na te mikrosporidia uodpornione i zjadając jaja biedronek ninja po prostu giną. Tak oto sami korzystaliśmy z biedronek jako broni biologicznej przeciwko mszycom a okazuje się, że i biedronki stosują swoją broń biologiczną. Ciekawe jest tylko czy biedronki azjatyckie swoją broń biologiczna przywiozły ze swojej azjatyckiej ojczyzny czy też zdobyły gdzieś w trakcie przemieszczeń po całym świecie. To drugie tłumaczyłoby fakt przybycia ninja z zachodu a nie z Ukrainy czy Białorusi, gdzie miałyby krótszą drogę (ale może były bez broni biologicznej).

To co nowe wzbudza w nas emocje i zainteresowanie. Czy biedronki azjatyckie stwarzają problemy dla człowieka? Pojawiają się informacje, że czynią szkody w sadach. Być może, że przy dużej liczebności, gdy już zjedzą mszyce, wtedy odżywiają się dojrzałymi owocami. Ale ile może zjeść taka mała biedronka, nawet jeśli jest w większej liczbie? Może to tylko na siłę szukane „haków” na gatunek obcy, nazywany inwazyjnym. Tak jak panikujemy z nawłocią kanadyjską (roślina uznana za gatunek obcy i inwazyjny), a wydaje mi się, że jej ekspansja bardziej wiąże się z brakiem wypasu i wykaszania a nie przez wypieranie rodzimych gatunków. Ale wróćmy do naszej ninja, uciążliwość wynika z faktu pojawiania się w naszych mieszkaniach w okresie jesiennym i przebywania w okresie zimy. Ugryźć raczej nie ugryzie, chyba, że w obronie własnej. Ale tak mały owad raczej nie przegryzie skóry dorosłego człowieka. Bardziej realne są alergie, które stwierdzono u dzieci jak i dorosłych. Ale co teraz nie jest alergenem? Biedronki w obronie własnej wydzielają żółtawą ciecz – jest to hemolimfa. To ona może wywoływać alergie. Może też zostawiać plamy na ubraniach czy ścianach. Czy dla kilku plam na ścianie mamy się pozbywać sympatycznego owada oraz potencjalnego leku na gruźlicę?

Współczesne nasze mieszkania są bardzo sterylne i mało w ich niestety zwierząt i innych organizmów. Badania medyczne ostatnich lat przekonują, że zbytnia sterylność bardziej szkodzi niż pomaga. System odpornościowy naszego organizmu musi się nauczyć poprawnie działać, w innym przypadku „wariuje” alergiami.

Wspólnotowość widoczna jest także w teorii. W biologii coraz głośniej mówi się o hologenomie, wspólnotowości. A w praktyce codzienne sięgamy po probiotyki. Mamy w sobie co najmniej 1,5 kg bakterii… i bardzo dobrze, bo bez nich życie byłoby nie tylko smutne ale i niemożliwe. Tu mała dygresja skierowana do pań, walczących z nadwagą - spokojnie, ze 2 kg można ująć z wagi, bo to przecież bakterie i jak ubrania nie musimy liczyć... Ale i zwierzęta w domu mogą być pożyteczne. Ja pająków nie wyganiam. Dłużej przeżyją jedynie te synantropijne i semisynantropijne. Krzywdy mi nie robią, a komara czasem zjedzą (ku mojej radości spokojnego snu). Niech więc sobie mieszkają. W naszych domach nie ma już za bardzo szpar i niezaimpregnowanego drewna, gdzie mogłyby żyć różne chrząszcze, a owady chronić się na zimę. Biedronki i złotooki kryją się w szpary okien. Moje osy, co za oknem mieszkały (O osie dachowej, co za moim oknem mieszka), po przymrozkach zniknęły (w tym roku ich nie było). Zapewne tylko zapłodnione samice gdzieś poszukały schronienia na zimę. Nikomu krzywdy nie zrobiły a przy śniadaniu było co oglądać (O trzmielówce co do gniazda os się wkrada). Nie ma w mieście miejsc, gdzie mogłyby chronić się na zimę drobne zwierzęta. Tak jak budek lęgowych dla ptaków, tak i dla bezkręgowców potrzeba schronień w nowych miejskich blokowiskach. W części tę funkcję pełnią hotele dla owadów. Ale to za mało. Grabimy liście z trawników, wycinamy spróchniałe i stare drzewa, to gdzie mają się chronić owady i inne bezkręgowce? Zmuszone sytuacją przychodzą do naszych domów.

Człowiek lubi kontakt z przyrodą i potrzebuje do życia kontaktu z roślinami i zwierzętami. Dlatego mamy w domach tyle kotów i psów (czasem trochę świnek morskich, rybek w akwarium i świerszczy w terrarium, a w zasadzie insektarium). Ale jest ich w mieście zbyt dużo – znaczy się kotów i psów. Stanowią obciążenie i dla nas i dla dzikiej przyrody. Taka biedronka, co schroni się w szparze okna, też jest zwierzątkiem sympatycznym. Można poobserwować, poznać cykl życiowy itd. A nie trzeba wyprowadzać na spacer i nie trzeba sprzątać biedronkowych kup z chodnika. Latem pszyce pozjada. Same korzyści. Dla komfortu mieszkańców warto stawiać na osiedlach estetyczne i trwałe karmniki dla ptaków, by ludzie mogli dokarmiać. Teraz i tak to robią, rzucając nieestetycznie chleb na prawnik. Przydałoby się więcej hoteli dla owadów i domków dla biedronek. I karmników dla dżdżownic. A do tego kompostowników na jesienne liście. Raz że przyjazne środowisku, dwa obniżają koszty utrzymania czystości, a po trzecie mają walory edukacyjne (przydomowy, miniogród zoologiczny). Można siąść z dzieckiem (albo i bez) na ławeczce i poobserwować. A potem wymienić się obserwacjami na Facebooku.

My możemy wyciągnąć inny dla siebie morał: że warto coś/kogoś mieć w sobie lub swoim sąsiedztwie. To daje przewagę ewolucyjną. Tak jak te pająki, co komary wyjadają. Albo małe gryzki co pleśń zjadają. Same korzyści. Zatem … „biedronkę przytul zamiast psa”. Psów i kotów i tak jest zatrzęsienie i wyrządzają duże szkody w dzikiej przyrodzie. Koty zjadają (zabijają) bardzo dużo dzikich, małych ptaków.  A biedronkami, motylami czy złotookami prawie nikt się nie opiekuje.

Czytaj także: