31.07.2018

Sromotny okratek australijski z ogródka

(Fot. Małgorzata Karmasz, lipiec 2018, Kąty Luteckie koło Rzeszowa)
Po raz pierwszy o okratku australijskim usłyszałem mniej więcej 4 lata temu. Gdzieś na forum dyskusyjnym lub na Facebooku. Sam go jeszcze nie spotkałem w dzikiej przyrodzie (o ile w antropocenie jest jeszcze dzika przyroda). Gatunek nowy w naszych ekosystemach. Pochodzi z Australii, w Europie po raz pierwszy stwierdzony we Francji w 1914 roku. Według jednych zarodniki tego grzyba przybyły na butach lub mundurach australijskich żołnierzy, według innych wraz z glebą ogrodniczą (sadzonkami) roślin. W ubarwieniu i kształcie, przypominającym małą ośmiornicę, jest tak charakterystyczny, że nie sposób przejść obok niego obojętnie. Moja koleżanka także zaskoczona była jego obecnością. Spotkała dwa owocniku „U siostry koło domu (…) w Kątach Luteckich koło Rzeszowa” (zdjęcie u góry). Dodajmy zatem i to stanowisko do stwierdzeń z Polski.

Po raz pierwszy zaobserwowano ten gatunek na południu Polski, ale pojawiają się i inne stanowiska, bardziej na północ położone. Wygląda ładnie ale pachnie nieprzyjemnie, przynajmniej dla człowieka. Zapach przypomina padlinę. Doskonale uzupełnia wygląd (krwisty kawałem mięsa, psujący się i rozkładający). Wyglądem i zapachem zwabia muchy, które normalnie odwiedzają padlinę by składać tam jaja (padlina jako siedlisko życia larw i jednocześnie zasoby pokarmowe). Owady dorosłe siadają na okratku i przy okazji zarodniki grzyba przyczepiają się do odnóży czy tułowia. Potem mucha leci dalej i w ten sposób bierze udział w dyspersji okratka. W naszych ekosystemach występują rodzime grzyby, spokrewnione z okrakiem i stosujące podobną strategię. Dość powszechnie znany jest sromotnik bezwstydny (ugruntowany w etnografii jako czarcie jajo).

Okratek – zwany także kwiatowcem australijskim (jednym przypomina ośmiornicę , innym kolorowy kwiat) – jest gatunkiem obcym i łatwym do zaobserwowania. Tych nowych elementów w naszych ekosystemach jest dużo i tylko niektóre wzbudzają większe zainteresowanie (np. rak amerykański, norka amerykańska, barszcz Sosnowskiego), większość jest niedostrzegana (np. wodożytka nowozelandzka). Gatunki obce wzbudzają mieszane uczucia: czy cieszyć się, że powiększają lokalną bioróżnorodność czy raczej martwić, bo zagrażają rodzimym gatunkom (konkurencyjne wypieranie)? Dlaczego się pojawiają w ostatnich latach w tak dużej liczbie gatunków? I jak odróżnić naturalną dyspersję gatunków (zmiany zasięgów występowania) od przyczyn antropogenicznych?

Badania hydrobiologów na rybach i skorupiakach obcych i inwazyjnych (głównie pochodzących ze zlewni Morza Czarnego) wskazują, że pojawiające się gatunki obce ułatwiają wnikanie kolejnych gatunków obcych. Przyspieszają więc przebudowę biocenoz i ekosystemów.

Można się także zastanawiać czy wnikają w „pustkę” po zanikających (wymierających) gatunkach rodzimych czy same konkurencyjnie wypierają nasze, lokalne gatunki. Ekolodzy analizują strategie życiowe, które sprzyjają ekspansji gatunków obcych (np. zdolność do partenogenezy, szeroka walencja ekologiczna itd.). Ja próbuję wpisać w model sukcesji ekologicznej i model wysp ekologicznych (jako przestrzenne odniesienie do sukcesji i heterogenności środowiska). Ekosystemy środowisk stabilnych w tym modelu są odporniejsze na wnikanie gatunków obcych, w przeciwieństwie do ekosystemów środowisk astatycznych i ekosystemów zaburzanych (w tym drugim przypadku dużą rolę spełnia człowiek ze swoją działalnością). Drugim elementem modelu są alternatywne strategie życiowe. Część rezultatów tych rozważań (łącznie z modelami symulacyjnymi) zostały już opublikowana. Ale chyba warto wrócić do tej tematyki i zweryfikować model w oparciu o współczesne dyspersje gatunków obcych. Ot, taki naturalny eksperyment. Z ciekawości świata i zjawisk, które być może udałoby się wykorzystać praktycznie. Z tym, że ciekawość jest głównym motorem poznawczym. Wykorzystanie w praktyce to osobny temat i osobny problem.
(Model wyspy ekologicznej, opracowany na podstawie badań bezkręgowców małych zbiorników astatycznych)

(Model sukcesji, zachodzący w wyspach ekologicznych, z uwzględnieniem naturalnych siedlisk astatycznych i antropogenicznych zaburzeń)

O okratku czytaj także tu:
Ośmiornica w lesie. Czy obcy przybłęda może być u nas gatunkiem chronionym?

30.07.2018

Cztery zdjęcia i nadmierna konsumpcja towarów jednorazowych


Cztery zdjęcia zestawione razem (to samo miasto, ten sam czas) nabierają symbolicznej wymowy. Wszystkie odnoszę do konsumpcji. Ulica przemawia sama sobą. Tym razem mało słów - niech obrazy nieprecyzyjnie aczkolwiek symbolicznie przemiatają, do wyobraźni.


Przepełniające się śmietniki. widok codzienny (dodac mozna do tego zasmiecone plaże, lasy i jeziora). Raz z powodu naszej nadmiernej konsumpcji, zwłaszcza towarów jednorazowych. Dwa z naszej niedbałości, bo gdyby zgnieść butelki i puszki, toby się zmieściło. Nadmierna konsumpcja to niedbałość o środowisko i świat przyszłych pokoleń.


Bezmyślna produkcja śmieci. Śniadanie w hotelu, w nazwie ma "apartmnets". Styropianowa i jednorazowa tandeta, przynoszona do pokoju. Nadęcie wielkoświatowe.... Ani ładne ani przyjazne dla klienta. A przede wszystkim niepotrzebna produkcja odpadów. O wiele bardziej przyjazne dla klienta jak i środowiska byłoby podanie śniadania na tacy (jeśli nie ma osobnego pomieszczenia na śniadania dla gości), kawa w filiżance lub kubku, wiktuały na półmisku, cukier w cukiernicy, itd. Przenoszenie wzorców ulicznych do pomieszczeń, zupełnie bez sensu i gusty. Oddaje konsumpcyjny i jednorazowy charakter naszej współczesności.


A równocześnie są ludzie nie mający wiele, w tym dachu nad głową...  Tuż obok
Zaśmiecone ulice, zaśmiecone dusze. Umieć się podzielić, np. środowiskiem i to z ludźmi będącymi daleko. Lub tymi, którzy się w przyszłości dopiero urodzą...

Spróbuj to dostrzec wokół siebie, w każdym miejscu, w każdym czasie. Przecież można inaczej i jest to bardzo proste. No, może nie wszystko...

28.07.2018

Po co jest uniwersytet?


Nie tylko w kontekście najnowszej ustawy o szkolnictwie wyższym warto zadać sobie pytanie "Po co nam są potrzebne uniwersytety?" Odnoszę wrażenie, że duża część dyskusji o reformach w nauce i edukacji, także na poziomie wyższym, sprowadza się do namiętnego omawiania szczegółowych rozwiązań, ale bez pytania o cel i sens. Na tytułowe pytanie można udzielić z grubsza trzech różnych odpowiedzi.

1. Uniwersytety są dla prestiżu (narodowego, regionalnego, lokalnego). Niczym duma z klubu piłkarskiego lub drużyny na mistrzostwach w dowolnej dyscyplinie sportowej. Inwestujemy w zawodników by zdobywać puchary (a nie po to, by rozwijać zainteresowanie sportem jako zdrowym stylem życia). Przynajmniej część powodów konieczności reformowania uniwersytetów wynika z faktu, że brakuje polskich uczelni wśród najlepszych, np. wymienionych w rankingu "listy szanghajskiej". Co zrobić, by szybko jakieś polskie uniwersytety znalazły się przynajmniej w pierwszej setce? Był na przykład pomysł by wybrać z Polskiej Akademii Nauk najlepsze instytuty i zrobić jeden nowy uniwersytet (faktycznie rozproszony i działający "na papierze"). Z nadzieją, że znajdzie się wysoko w rankingu. Albo wybrać z polskich uniwersytetów (ze wszystkich miast) najlepszych naukowców i z nich otworzyć  flagowy uniwersytet (przesiedlić ludzi czy stworzyć tylko "księgowa fikcję"?). To tylko kilka pomysłów. Obecna reforma też chce w tym kierunku zmierzać - jako główny cel stawia sobie "podniesienie jakości nauki".... uwidocznionej w rankingach. Czy od takiego szybszego mieszania herbata stanie się rzeczywiście słodsza? Wątpliwe, to tylko "kreatywna księgowość" by to samo inaczej pozestawiać, by dostosować się do wymogów rankingu. Rankingi się jednak zmieniają (zatem za lat kilkanaście taka dostosowawcza struktura będzie nieadekwatna).... Jeśli jednak uznać, że uniwersytety są jak drużyna piłkarska - mają przynosić dumę i wysoką pozycję w rankingu - to działania te są sensowne i dostosowane do celu. Przecież wystarczą dwa-trzy....

2. Uniwersytety kształcą zawodowo. Czyli są kolejnymi szkołami zawodowymi, mającymi przygotować kadry dla gospodarki. I takie trendy też się w dyskusji o szkolnictwie wyższym dostrzega. Nie tylko w odniesieniu do politechnik, szkół medycznych ale i uniwersytetów. Wielokrotnie można usłyszeć argumenty, że uczelnie - zwłaszcza humanistyczne - kształcą bezrobotnych. Tyle tylko, że statystyki pokazują zupełnie inny obraz. Wśród absolwentów uczeni wyższych jest mniej bezrobotnych niż wśród absolwentów zawodówek. Zatem wbrew obiegowym opiniom uniwersytety nie są fabrykami bezrobotnych (nawet humanistów), to typowe szkoły zawodowe w większym stopniu kształcą bezrobotnych. Wynika to chyba ze specyfiki współczesnego rynku pracy - szybkiego postępu, konieczności częstego douczania się i dostosowywania, znaczenia kreatywności we współczesnej gospodarce. Najbardziej pożądaną kompetencją zawodową współczesności jest kreatywność, zdolność do myślenia refleksyjnego, zdolność do uczenia się i pracy w zróżnicowanym kulturowo i zawodowo zespole.  W kategoriach indywidualnych uniwersytety i szkoły wyższe są przedłużeniem młodości, przedłużeniem poszukiwania sensu i jakości życia, zdobywania kontaktów i rozwoju osobistego. System boloński i możliwość studiowania nawet po jednym semestrze na innych uczelniach (np. program MOST oraz ERASMUS) pozwala studentom poznawać świat i ludzi. Jeśli uznać ten cel za ważny to uniwersytety powinny być blisko społeczności lokalnych. Raz, że łatwiej i taniej studiować blisko domu i w miastach tańszych niż Warszawa, dwa, że istotny jest transfer wiedzy do społeczności lokalnych.

3. Uniwersytety podnoszą jakość życia. Zatem są dla rozwoju społeczeństwa w szerokim słowa tego znaczeniu. Służą rozwojowi kapitału ludzkiego, służą rozwojowi społeczności lokalnych, wspomagają transfer wiedzy i idei i oddziałują społecznie. Są jak źródło, które poi zwierzynę z doliny (a więc z bliskiej okolicy). Lub jak drzewa dające cień w upalny dzień. Co nam z wielkiego, prestiżowego drzewa gdy jest ono dalekie i niedostępne (umrzemy, zanim dojdziemy i schronimy się w jego cieniu)? Jeśli uznać ten cel za ważny, to inaczej trzeba mierzyć efektywność działania polskiego uniwersytetu. Tak jak z futbolem - albo nastawiamy się na pucharową reprezentację albo na powszechność sportu wśród społeczności lokalnych. To pierwsze mierzyć możemy wygranymi mistrozstwami, to drugie jakosć zdrowia i liczba osób uprawiających amatorsko sport. Oczywiście jedno z drugim jest powiązane. Ale różne są priorytety. Jeśli nastawimy się na uniwersytety podnoszące jakość życia, to nie będzie presji na szybkie rankingowe rezultaty i nie będzie pokusy na "kreatywną księgowość". Uznania i jakości międzynarodowej i tak się doczekamy, bo wynikać będzie z powolnego i autentycznego rozwoju, niejako przy okazji. To tak jak w szkole jest uczenie się dla ocen i dla siebie samego (są oceny, ale każda z postaw inaczej odnosi się do tych ocen). Z pozoru niewielkie różnice ale w perspektywie długofalowej jakość tych strategii jest widoczna. Bardzo widoczna.

Do tej trzeciej odpowiedzi odnosi się zamieszczone wyżej zdjęcie. Zwykłe życie bez wodotrysków, kamer i rankingowych gali.

Zapewne można postawić jeszcze i inne odpowiedzi na tytułowe pytanie. Ale nawet jeśli zatrzymamy się na tych trzech, wyżej wymienionych, to zapewne wszystkie są istotne. Różnica dotyczy jedynie proporcji i priorytetów.

Brakuje nam szerokiej dyskusji nie tylko w odniesieniu do uniwersytetów i nauki, ale i do edukacji w szerokim słowa tego znaczeniu i wszystkich jej poziomów. Szeroki dialog to możliwość wypracowania dobrych i trwałych wzorców. Obecnie raczej mamy autorytarnie narzucane i efemeryczne rozwiązania. Że niby oświecony absolutyzm jest sprawniejszy i lepszy (bo szybko są rozwiązania)? Moje zdanie jest odmienne. Dyskusja prawdziwa (a nie pozorowana) potrzebna jest nie tylko do wypracowania mądrości zbiorowej (uznaję konektywizm za podstawę tworzenia wiedzy) ale i do przekonania do wspólnej wizji jak najszerszych kręgów społecznych, nie tylko uniwersyteckich. Dialog jako sposób dochodzenia do prawdy (do tego sprowadza się wszak nauka) oraz dialog jako sposób przekonywania, a nie narzucania.

Dyskusja wymaga czasu i cierpliwości.

26.07.2018

Okno - różne spojrzenia


Małe miasteczko gdzieś na "ziemiach odzyskanych". Potencjalnie turystyczne. Dramatycznie zaniedbany dworzec kolejowy i autobusowy, wartościowe zabytki, przerwana historia, zagubiona tożsamość?... Są w tym miasteczku miejsca ładne i takie całkiem zapomniane, wypadłe z obiegu. Tak jak ten wyżej budynek kolejowy.Okno bez szyb, zabite dyktą i pomazane brzydkimi bazgrołami. Stracił swoją funkcję i użyteczność. Dogorywa...

I dwa obrazki z tego samego miejsca. Niżej napis z budynku małego kościółka, na wzgórzu, wśród drzew (miejsce ustronne). Z jakże wymownym napisem. Poczucie marazmu, zwątpienia, braku sensu. Smutno.

I drugi obraz z tej samej miejscowości. Lokalny artysta (emerytowany nauczyciel), który zupełnie inaczej patrzy na te stare okna z rozwalających się ruder. Zbiera i wykorzystuje jako ramy obrazów, malowanych na szkle. Inny widok z tego samego okna...


Stara rama okienna z jakiejś rozwalającej się rudery. Mogła przygnębiać i szpecić. Znalazł się człowiek, który nadal jej nowy sens. I piękno. To jest dla mnie kapitał ludzki, który zmienia świat na lepszy. Dlaczego w jednym miejscu jest go więcej a w innym mniej? Moim zdaniem kluczem jest edukacja. Dlatego szkoły i edukacja są niezwykle ważne. Edukacja szeroko rozumiana (zarówno ta formalna jak i pozaformalna, np. w domach kultury) to wielka inwestycja. Niby niewidoczne ale zmieniają świat.

W ponurym miasteczku mieszka artysta. Maluje na starych oknach. Zapewne zbiera je w walących się ruderach, na śmietnikach, na gruzowiskach. Jego prace można obejrzeć w niedawno powstałym muzeum regionalnym (też najpewniej lokalna inicjatywa i dobry przykład kapitału ludzkiego). Sporo zebranych tam eksponatów i pamiątek, od archeologii po czasy niedawne. Poprzez odzyskiwanie pamięci budowana jest tożsamość...

Ale wróćmy do obrazów malowanych w starych ramach okiennych. Urzekające prace. W starych ramach okiennych ów artysta dostrzegł coś wartościowego. I teraz my też możemy patrzeć przez te okna zupełnie inaczej. Możemy dostrzegać piękno.... które zmienia nasze życie na lepsze..






20.07.2018

O pasikoniku zielonym, który do łóżka się wkrada i prześcieradło niszczy

Lato kojarzy się z cykaniem pasikoników. Jest to także okres, w którym dostaję dużo różnych, trudnych pytań o owady, np. dlaczego niektóre koniki polne są ubarwione w kolorach czerwono-bordowych. Sporo pytań dotyczy owadów, które pojawiają się w domu i czasem przestrach wywołują. Kilka lat temu miałem już pytanie o pasikonika zielonego - zaowocowało to opowieścią pt. Wenus z Willendorfu i kurzajki czyli o pasikoniku zielonym, muzyce, seksie i dobrym jedzonku.  Sam też miewam niezwykłych gości ( Nadrzewek długoskrzydły, terkotliwy drapieżnik podobny do pasikonika zielonego  oraz Długoskrzydlak sierposzcz, czyli o podróżach bliskich i dalekich).
(Fot. Karolina Kulesza)
Tym razem pytanie także dotyczy pasikonika ale było mocno zaskakujące:

"Dobry wieczór, znalazłam Pana bloga w internecie i pozwoliłam sobie napisać. Mam bowiem mały problem teoretyczny, który z czasem może zamienić się w praktyczny. Otóż wczoraj wieczorem na moim łóżku zasiadł prawdopodobnie pasikonik zielony dość sporych rozmiarów (nie wiem jak się tu dostał mieszkam na 10 piętrze) i robił takie ruchy które po dokładnym prześledzeniu internetu, wskazują na to że składał jaja. Czy to jest możliwe żeby taki mały potworek złożył jaja do mojego materaca? Powiem szczerze że od wczoraj śpię na kanapie w obawie że prędzej czy później obudziłabym się w małych pasikonikach. Nie mam pojęcia czy to w ogóle jest możliwe dlatego zwracam się do Pana z prośbą o rozwikłanie tej zagadki. Byłabym bardzo wdzięczna ponieważ, mimo mojej miłości do zwierząt, omijam sypialnie szerokim łukiem. Pozdrawiam serdecznie i przepraszam za "naście". PS pasikonik zostawił w prześcieradle dziurę. Odmówił naprawienia szkody więc został eksmitowany (...) Ewidentnie pani pasikonik pokładełkiem robiła tak jak robi gdy składa jaja a potem zapewne zajęła się konsumpcja prześcieradła.".
(Fot. Karolina Kulesza)
Duże zielone mogą być dwa pasikoniki: pasikonik zielony (Tettigonia viridissima) oraz pasikonik śpiewający (Tettigonia cantans). Oba spotkać można wysoko na drzewa, a w mieście wchodzą na ściany domów i przypadkiem trafiają do naszych mieszkań. W miarę ochładzania się temperatury wieczorem śpiewające samce wchodzą coraz wyżej i wabią swoim cykaniem samiczki. Oba gatunki są drapieżnikami i odżywiaj się innymi małymi owadami. Człowiek na pewno nie znajduje się w ich diecie :). Okazjonalnie mogą spożywać także pokarm roślinny.

Samica pasikonika składa swoim długim pokładełkiem jaja do ziemi. Możliwe więc, że materac został potraktowany jako gleba (zapewne w mieszkaniu lepszy niż podłoga, a być może potrzeba przymusiła). Dziura w prześcieradle, uwidoczniona na zdjęciu jest chyba trochę za duża na zrobioną pokładełkiem. Możliwe, ze samica próbowała składać jaja, ale pewności czy złożyła to nie ma. Jednak bądź co bądź znacząco różne siedlisko.

Czy mogą się wylęgnąć młode pasikoniki i zaskoczyć swą obecnością śpiącą właścicielkę materaca? Niezwykle mało prawdopodobne. Jaja pasikoników zimują w glebie. Jest wiec to okres diapauzy, a którym najpewniej temperatura jest elementem "informacji", kiedy zacząć rozwój. Zmiany temperatury najpewniej uruchamiają określone procesy fizjologiczne, umożliwiające rozwój. W mieszkaniu takich warunków nie ma (pomijając fakt, że materac nie ma takiej wilgotności jak gleba), więc młodych pasikoników wiosna nie będzie.

I na koniec jeszcze zdjęcie domniemanej sprawczyni zamieszania: samica pasikonika zielonego z widocznym, długim pokładełkiem.

(Pasikonik zielony, samica, fot. böhringer friedrich, Wikimedia commons)

17.07.2018

Skójka gruboskorupowa z rzeki Liwny

Rzeka Liwna, widok z mostu w Silginach, lata 70. XX wieku
Na skójkę gruboskorupową (Unio crassus), jako gatunek naturowy, który został objęty państwowym monitoringiem, zwracam uwagę przy każdej sposobności. Ten słodkowodny małż jest gatunkiem chronionym i umieszczonym w Polskiej Czerwonej Księdze Zwierząt w kategorii EN (zagrożone, gatunki wysokiego ryzyka, silnie zagrożone wyginięciem). W „Poradnikach ochrony siedlisk i gatunków Natura 2000 - podręczniku metodycznym”, Tom 6. „Gatunki zwierząt (z wyjątkiem ptaków)”, wydanym w 2004 roku, Warmia i Mazury jawią się białą plamą. W tym samym roku wydana została Polska Czerwona Księga Zwierząt – Bezkręgowce” i tam są zaznaczone punkty z naszego regionu. Niestety wiele z tych stanowisk (puste kółka) to dane sprzed 1950 roku. Część to dane z lat 1951-1975 (w połowie zaczernione kółka). Mało danych dotyczy okresu najnowszego, po 1975 roku. Jako liczna populacja wymieniana jest jedynie w rzece Krutyni.

Liczną populację skójki gruboskorupowej widziałem w rzece Pasłęce, od Bażyn aż po Pelnik (w czasie monitoringu ważki trzepli zielonej). Od lat widuję ją w rzece Łynie, w Lesie Warmińskim, Olsztynie i na wysokości Smolajn. Pojedyncze okazy spotykałem także w rzece Kirsnie. A teraz w rzece Liwnej.

Katarzyna Zając „1032. Skójka grubosporupowa Unio crassus Philipsson, 1788 str,. 145-148,
W: Poradniki ochrony siedlisk i gatunków Natura 2000 – podręcznik metodyczny, Warszawa 2004 r.
 Niebieskie punkty to stanowiska wykazane przeze mnie w ostatnich latach
 (rzeka Liwna, Pasłeka, Łyna, Kirsna)
(Mapka rozmieszczenia skójki gruboskorupowej z Polskiej Czerwonej Księgi Zwierząt, autor rozdziału - Katarzyna Zając)
Kiedy w kwietniu bieżącego roku przejeżdżałem przez Silginy, na chwilę zaszedłem nad rzekę Liwnę. Tam na brzegu zauważyłem muszle skójki gruboskorupowej. Możliwe, że wyrzucone w czasie prac melioracyjnych (musiałyby być w ciągu kilku ostatnich lat - może "czyszczono" rzekę?). W lipcu byłem ponownie i w samej rzece widziałem muszle skójki grubosporopowe oraz skójki malarskiej. Nie były to żadne badania, ot takie okazjonalne stwierdzenie. W każdym razie chyba licznie tu występuje Unio crassus.

Liwna to mała rzeczka, którą pamiętam z wakacji z lat 70. XX wieku kiedy tu często przyjeżdżałem (górne zdjęcie). Rzeka wyglądała zupełnie inaczej. Była mocno zmeliorowana, bez roślinności (na omawianym odcinku), przy brzegach faszyna, w nurcie piasek. Latem wody było po kostki. Małże wtedy widywałem. Nie wiem czy była to skójka gruboskorupowa. Wtedy nie rozróżniałem gatunków. W innych odcinkach rzeki dno było zamulone, wolniejszy nurt i trochę roślinności. Chyba były pojedyncze grzybienie lub grążele, na pewno była strzałka wodna. Z tamtego okresu pamiętam raki szlachetne. Z ryb były kiełbie, płocie (i podobne do nich ryby) miętusy, szczupaki.

Przy moście chyba był dawny bród. W latach 70. w tym miejscu często pojono krowy, wjeżdżano ciągnikami nabierać wodę dla krów na pastwisku, czy nawet myto maszyny. Moja babcia płukała wyprana bieliznę. A myśli brodzili, szukali muszli i innych skarbów (znajdowaliśmy małe skamieniałości w piasku rzecznym). Z szarej gliny, wykopywanej rękoma przy brzegu lepiliśmy zamki.



Rzeka Liwna, Silginy, lato 2005, widok z mostu.
Kiedy odwiedziłem to miejsce po ponad 20 latach, rzeka wyglądała inaczej. Była znacznie bardziej zamulona i zarośnięta roślinnością wodną. Wiosną (a czasem i w innych porach roku), poziom wody zawsze był tu dużo wyższy, nurt niósł dużo osadów różnego typu. W 2018 roku koryto było mocno zarośnięte głównie przez strzałkę wodną. Między kamieniami zobaczyłem gąbki słodkowodne i sporo małych ryb. Na kamieniach wypatrzyłem sieci łowne chruścika z rodziny Polycentropodidae. Nad rzeką latały ważki świtezianki. Koryto rzeczne było dużo bardziej zróżnicowane niż w latach 70. XX wieku. Powolna renaturyzacja (samoistna, w wyniku zaniechań melioracyjnych) przynosi dobre, przyrodnicze efekty. Trudno mi na tym etapie powiedzieć, czy skójka gruboskorupowa wtedy występowała czy dopiero teraz się pojawiła. Na pewno dawniej i współcześnie jest to odpowiednie siedlisko dla tego gatunku. Intensywne melioracje wykonano w czasach "niemieckich" a potem odnawiano w latach 60. i 70. W okresie wiosennym duże fragmenty łąk powyżej Silgin są zalewane (tworzy się "jezioro") - wcześniej zapewne były tam rozlewiska, osuszone przez Niemców. Woda powraca na swoje dawne miejsce.

Z tamtych czasów pamiętam także kłódki z rzeki Liwny. Czyli chruściki, bo tak na nie tu mówią. Łowiąc ryby wędką z kija leszczynowego "na robaka" szukaliśmy różnej przynęty. Czasami były to właśnie larwy kłódek (chruścików). Szukałem ich w faszynie. Pamiętam kształt domków. Biorąc pod uwagę także siedlisko z dużą pewnością mogę napisać, że był to Potamophylax rotundipennis. W 2007 roku w pobliskich Krelikiejmach (ok. 1 km w dół rzeki) w Liwnie zbierany był materiał przez WIOŚ. W materiale oznaczyłem następujące chruściki: Anabolia sp. laevis, Limnephilus flavicornis, L. lunatus, L. rhombicus, Halesus digitatus, H. tesselatus, Hydropsyche angustipennis, Goera pilosa, Hydroptila sp. W rzece Liwnej poniżej jeziora Silec były: Anabolia sp. laevis, Limnephilus flavicornis, L. marmoratus, L. rhombicus, Glyphotaelius pellucidus, Hydropsyche pellucidula. Przydałyby się jakieś intensywniejsze badania trichopterofauny rzeki Liwnie (a także pobliskie Sołki i Gubra). Przy okazji można byłoby sprawdzić obecność skójki gruboskorupowej i raków. Powtórzone w przyszłości mogłyby stanowić punkt wyjścia do dyskusji o zmianach biocenoz wodnych. Na razie trzeba zbierać wszystkie, nawet wyrywkowe dane. I zdjęcia, bo na ich podstawie można cokolwiek dowiedzieć się o siedlisku.

Skójka gruboskorupowa jest relatywnie dużym słodkowodnym małżem. Średnie wymiary muszli mogą różnić się znacznie w zależności od stanowiska, w Polsce znajdowane muszle o wielkości 4,4 do 7,2 cm (K. Zając, „1032 Skójka gruboskorupowa”, Biblioteka Monitoringu Środowiska, i dalsze informacje). Tak dużych muszli nie sposób przeoczyć w czasie badań terenowych, nawet okazów martwych, żyjących wcześniej w danym siedlisku. Wygodne do inwentaryzacji są puste muszle, po martwych małżach. Wyraźnie palcami można wyczuć, że muszla jest grubsza niż u innych skójek. Ma też nieco inny, jajowaty kształt. Wprawne oko bez problemu rozpozna ten gatunek. A w razie wątpliwości zawsze można zrobić zdjęcia i przesłać specjaliście do weryfikacji

Skójka gruboskorupowa jest filtratorem, odżywiającym się sestonem (odfiltrowuje z wody glony, drobne zwierzęta planktonowe, martwą materię organiczna). Na ogół przebywa zakopana w osadach dennych (tylko tylny koniec muszli z syfonami wystaje ponad powierzchnię dna), ale jest widoczna gołym okiem.

Liwna w Silginach, kwiecień 2018.
Dojrzałość płciową osiąga przy długości muszli 30–40 mm. Do rozrodu przystępuje wiosną (kwiecień i maj). Tak jak i inne skójkowate w cyklu życiowym ma pasożytnicze glochidium. Żywicielami glochidiów skójki gruboskorupowej są: ciernik (Gasterosteus aculeatus), cierniczek (Pungitius pungitius), jelec (Leuciscus leuciscus), kleń (Leuciscus cephalus), strzebla potokowa (Phoxinus phoxinus), okoń (Perca fluviatilis), wzdręga (Scardinius erythrophtalamus) i głowacz białopłetwy (Cottus gobio). Inne gatunki mogą być nieodpowiednie – przyczepiające się glochidia mogą być przez system odpornościowy usuwane i uśmiercane.

Z tego co pamiętam, to w latach 70. XX wieku w okolicznych rowach widywałem cierniczki. Okonie w rzece Liwnie występowały, tak jak i teraz. W tamtych czasach klenia i jelca bym nie rozpoznał. A teraz nie prowadziłem takich obserwacji. W każdym razie siedlisko jest odpowiednie i są przynajmniej niektóre gatunki ryb, do których skójkowe glochidia się przyczepiają i za sprawą rym możliwa jest dyspersja.

Sporym kłopotem mogą być gatunki obce i inwazyjne ryb. Układ pasożyt-żywiciel to złożony system, kształtujący się przez wiele lat. Obce gatunki mogą być nieodpowiednim żywicielem dla glochidiów i cykl życiowy skójki gruboskorupowej nie będzie domknięty (w tym i dyspersja). Jeżeli potencjalne ryby żywiciele glochidiów skójki gruboskorupowej występują a skójki brakuje, to najwyraźniej siedlisko jest nieodpowiednie dla przeżycia tego małża. Pasożytowanie trwa zwykle około czterech tygodni, po czym młode małże opuszczają ciało żywiciela i rozpoczynają samodzielne życie. Przez 2–5 lat żyją zakopane w osadach dennych (w tym stadium jest trudne do wykrycia w cieku, bez specjalistycznego sprzętu nie zobaczymy ich w rzece). Starsze osobniki najczęściej tworzą skupienia, składające się z osobników obu płci.

Skójki należą do organizmów długowiecznych. Maksymalna długość życia osobników różni się w zależności od populacji, złożone z osobników krótko żyjących, w których maksymalna długość życia wynosi 8 lat, oraz długo żyjące – 23 lata. W Skandynawii dożywają 70 lat. Można postawić pytanie, czy na Warmii i Mazurach są przyjazne warunki do długiego życia skójek? Wskazane byłyby badania przyżyciowe a przynajmniej inwentaryzacja współczesnych stanowisk tego małża.

Długi okres życia sprawia, że jeśli w danej rzece skójka gruboskorupowa pojawiała się nawet okazjonalnie, to pozostawałyby żywe lub martwe dorosłe osobniki. Stabilność siedliska w skali wieloletniej jest ważna dla przetrwania tego gatunku. Dlatego został wybrany do monitoringu stanu środowiska. Siedliskiem skójki gruboskorupowej są czyste wody bieżące (duże potoki, strumienie i rzeki) z piaszczystym lub piaszczysto-żwirowym dnem, małż ten preferuje rzeki krainy lipienia i brzany. Zdarza się, że występuje także w innych siedliskach, np. w rejonie, gdzie rzeki wpadają do jeziora i w wypływach rzek z jezior. Skójka gruboskorupowa zasiedla rzeki dość szybko płynące w porównaniu do cieków zasiedlanych przez inne gatunki skójkowatych, jednak osobniki tego gatunku występują zazwyczaj w takich miejscach, gdzie prędkość przepływu wody spada, przeważnie w strefie przybrzeżnej.

Jako gatunek wrażliwy na zanieczyszczenia, skójka gruboskorupowa jest bardzo dobrym wskaźnikiem czystości wód. Zatem to zanieczyszczenie wód jest głównym czynnikiem sprawiającym zanikanie tego gatunku z naszych wód. Drugim jest melioracja, czyli bagrowanie rzek (zobacz zdjęcia z poprzedniego wpisu). Dla pogodzenia celów odwodnieniowych i ochrony bioróżnorodności proponuje się etapowe pogłębianie cieków, tak aby z części niebagrowanych organizmy zdążyły przejść do już oczyszczonych. Zwierzęta te prowadzą na ogół osiadły tryb życia. W wypadku, gdy warunki pogorszą się (np. na skutek spadku poziomu wody), skójki mogą przemieszczać się na stosunkowo niewielkie odległości, w ciągu godziny są w stanie pokonać dystans około dwóch metrów. Tak więc dyspersja tego gatunku odbywa się przede wszystkim w stadium larwalnym, w okresie pasożytowania na rybach. O obecności gatunki (kolonizacja, rekolonizacja cieków) w dużym stopniu decyduje obecność odpowiednich gatunków ryb.

Wędrówka małża przez osady denne pozostawia charakterystyczne rowki w podłożu, szczególnie dobrze widoczne w drobnych osadach (cecha ta ułatwia wykrycie obecności gatunku w rzece). Gdy niekorzystne warunki mają większy zasięg w przestrzeni i czasie (np. powódź, zima) małże spowalniają metabolizm, rezygnują z normalnej aktywności i w takim stanie usiłują przetrwać.

W ostatnich kilkudziesięciu latach wiele siedlisk skójki gruboskorupowej uległo degradacji lub daleko idącym przeobrażeniom, głównie na skutek zanieczyszczenia wody oraz regulacji rzek.

Czytaj także:

(Liwna w Silginach, odcinek widoczny z mostu, lipiec 2018)

(Liwna w Silginach, odcinek widoczny z mostu, lipiec 2018)

11.07.2018

Nauka jest jak domek chruścika - kumulatywna i całościowa

(Rysunek wykonany kredkami,. mój wczesny okres popularyzacji nauki)
Nauka jest jak domek chruścika, kumulatywna. Z przodu nieustannie dobudowywana, kumulatywnie rośnie. Ale z tyłu odrzucane są starsze elementy. Domek rośnie, powiększa się, zachowuje kształt. Ale nie jest to pełna kumulatywność. Niektóre zbędne rozwojowo elementy są tracone, odrzucane. Cały czas wiedza naukowa zachowuje swoją całościowość. Mimo rozwoju. Jest przebudowywana, rozbudowywana, modyfikowana a nie burzona i budowana zupełnie od nowa.

A człowiek jest jak chruścik w domku, dobudowuje i odrzuca. Wybiera z otoczenia różne elementy, ziarna piasku, muszelki, wycina fragmenty roślin i je wbudowuje. Dobiera a nie wkleja jak popadnie i co się nawinie. Dodawane elementy muszą pasować do całości.

Chruścik bez domku żyć nie może, przynajmniej dłużej. A sam domek nie powstałby bez chruścika. Człowiek bez wiedzy nie przezyje, a i wiedza bez człowieka nie powstałaby i nie rozwijała by się.

U larw chruścików domkowych na pierwszym segmencie tułowia występują 2-3 wyrostki. Dzięki nim chruścik "czuje" domek. Jeśli larwa urośnie i nie czuje nacisku, to stymuluje ją do dobudowywania domku z przodu. Eksperymentalnie zakładano opaski uciskowe na tę część ciała chruścika - w rezultacie larwa "zapominała" o dobudowywaniu domku od przodu (brak stymulacji do budowy). Na końcu odwłoka znajdują się natomiast włoski-szczecinki czuciowe. Dzięki nim larwa wyczuwa koniec domku i wie, kiedy odgryzać (usuwać) zbędną część. Jeśli wyciąć te włoski, to larwy przestają skracać domek w miarę swojego wzrostu.

W nauce także czasem dochodzi do zaburzeń - larwy-naukowcy zapominają o dobudowywaniu wiedzy lub o odrzucaniu elementów nieaktualnych, przestarzałych.

Porównania mają to do siebie, iż są uproszczeniem. Nawet jak są barwne. Poruszają tylko jeden fragment złożonej rzeczywistości. Ułatwiają dyskusję ale jej nie wyczerpują. Bo na przykład jak wpleść konektywizm? Nie da się tego wątku zmieścić w porównaniu do chruścika i jego domku. Do dyskusji o konektywiźmie trzeba będzie poszukać innego przykładu (analogii).

07.07.2018

Uniwersytety Trzeciego Wieku są jak glebowy bank nasion

(Uniwerytet Trzeciego Wieku w Kętrzynie, 2018 rok, wykład)
Niezwykłe zjawisko rozkwitu różnego typu uniwersytetów trzeciego wieku, wyraźnie intensywniejsze na początku XXI wieku, skojarzyło mi się z glebowym bankiem nasion. W naszym województwie jest chyba już około 30 UTW, w całej Polsce ponad 800. Uniwersytety trzeciego wieku spełniają różne funkcje: edukacyjną, społeczną, integracyjną, kulturalną, itd. Niewątpliwie są pozytywnym społecznie zjawiskiem. Mocno aktywizują tak zwaną prowincję.

Uniwersytety trzeciego wieku są niczym w przyrodzie glebowy bank nasion. Procentuje i ujawnia się to, co w edukacji wydarzyło się kilkadziesiąt lub kilkanaście lat temu. UTW są dobrym przykładem długofalowego wpływu edukacji na życie społeczne.

Co to jest ten glebowy bank nasion? To najogólniej cały zasób nasion, propagul i diaspor, znajdujący się w glebie i potencjalnie umożliwiający kiełkowanie i pojawienie się nowych roślin... i nie tylko roślin (w szerszym rozumieniu odnosi się także do zarodników grzybów).  Nie wszystkie nasiona od razu kiełkują. Czasem spoczynek trwa kilka miesięcy, czasem nawet kilka lub kilkanaście lat. Nie od razu kiełkują wszystkie, czasem nasiona jednej rośliny są zróżnicowane pod względem gotowości do kiełkowania. Leżą w glebie i "ujawniają" się dopiero w sprzyjających warunkach. Sygnały środowiskowe są bardzo różne. Zatem  o tym, co na łące lub w lesie wyrośnie, decyduje wiele czynników: nie tylko aktualnie widoczne rośliny, ale także te, których dawno już nie ma (nie widać). Czasem nasiona są przynoszone wiatr lub przez zwierzęta z terenów sąsiednich (dyspersja).  Podobnie jest chyba z efektem edukacyjnym - ludzie wykształceni "kiełkują" swoją aktywnością w niespodziewanych momentach. Tak jak seniorzy, współtworzący uniwersytety trzeciego wieku (jak i inne formy aktywności społecznej).

Ludzie wykształceni chcą być aktywni i dzielić się wiedzą jak i zdobywać nowa wiedzę. Dla samej wiedzy, przecież nie dla kształcenia zawodowego - pracować już nie muszą. Rozbudzona ciekawość świata procentuje. Po drugie procentują kompetencje miękkie, obywatelskość i chęć działania dla innych. Spotykają się by razem spędzać czas, ćwiczyć ciało i umysł. Nie jesteśmy już społeczeństwem agrarnym, nie spotykamy się przy pracach polowych, darciu pierza, łuskaniu fasoli. Seniorzy nie wspomagają ekonomicznie gospodarstw rolnych. A dalej chcą być aktywnie w społeczeństwie. I są bardzo aktywni.

Bum uniwersytetów trzeciego wieku to efekt edukacji dużej części społeczeństwa, który dokonał kilkadziesiąt lat temu. A może także i kilkanaście lat temu. Jest to także (moim zdaniem) efekt obywatelskiego rozbudzenia przez Trzecią Rzeczpospolitą. Teraz mamy jeszcze większy odsetek populacji kształcącej się na uczelniach wyższych. I tego dodatkowego, pozazawodowego efektu będzie można spodziewać się za lat co najmniej kilkanaście.

Edukacja jest niezwykle ważna dla dobrobytu i jakości życia całego społeczeństwa. Uniwersytety trzeciego wieku są jednym z wielu nieoczywistych tego efektów. Nie widać - tak jak nasion w glebie - a kiełkują i tworzą nowa jakość. Są przykładem długofalowego, pozytywnego efektu edukacyjnego. Nie tylko widoczne są natychmiastowe skutki (np. praca zawodowa, aktywność społeczna). I wskazują, ze edukacja to nie tylko kształcenie-przygotowanie zawodowe. Dlatego niezwykle ważne jest zrównoważone wspieranie rozwoju regionów, w tym poprzez regionalne szkoły wyższe. Moim zdanie obecna Ustawa 2.0 wyraźnie wywrze negatywny wpływ na szkoły wyższe w regionach - będą marginalizowane i wyraźnie osłabiony zostanie regionalny kapitał społeczny (i to na wiele lat).

06.07.2018

Dziupla i etymologiczna tajemnica Jeziora Płocidupa

(Dziupla w starym drzewie)
Jezioro Płociduga, dawniej zwane Płocidupą, już nie istnieje. Zostało osuszone. Pozostała tajemnicza nazwa. O tym miejscu pisałem już kilkakrotnie, ale intrygująca nazwa nie została rozszyfrowana. Dzisiejsze brzydkie słowo „dupa” musiało kiedyś mieć inne, przystojniejsze znaczenie. Jak gdzieś wyczytałem, dawniej dupa oznaczało na przykład dolną część barci (czytaj więcej: Płuciduga Duża czy Płocidupa Duża?). Ale na tym się urwały moje poszukiwania.

Dzisiaj trafiłem na ciekawy blog z etymologicznymi rozważaniami (Czeremchowa -  służę dobrym słowem). I tam znalazłem informację, że słowo "dupa" pochodzi od słowa „dziupla” (czytaj więcej). Wyjaśniałoby to nazwę części barci – przecież barcie dziano, czyli wykuwano dziuple a same dzikie pszczoły (zanim człowiek się miodem nie zainteresował) swoje gniazda zakładały przecież w dziuplach.

Na wspomnianym blogu takie jest wyjaśnienie; „Dupło, dziupło, dupla, dziupla, dupa – to słowa oznaczające wydrążenie, wypróchniałość, dziurę, rysę. W XIII w. dupną mogiłą nazywano wydrążony, próżny, głęboki, niewypełniony grób. Stąd też nie dziwi, że o drzewach wypróchniałych mówiono: dupne, dupiaste, dupniaste. O tym, że słowo było całkiem neutralne, świadczą też częste nazwy osobowe, np. nazwisko Dupa czy Dupka, oraz nazwy miejscowości.” Napływ ludności z Mazowsza i Ziemi Dobrzyńskiej w okolice Olsztyna nasilił się w XV wieku. Zatem sama nazwa Płocidupy być może pojawiła się w tym czasie (lub nieco później). Czy była tłumaczeniem z języka pruskiego i już istniejacej nazwy? Czy też nowym nazwaniem słowiańskich osadników? Tego się pewnie nie uda nam dowiedzieć. W każdym razie nazwa najpewniej nawiązywała do dziupli, jakiegoś wydrążenia, może dziury, jeśli nie w drzewie, to w ziemi. W połączeniu z „płoci” mogło jakoś się odnosić do podmokłego terenu, jeziora.

Wracając do wyjaśnień z bloga „Czeremchowej” - „Czy „dupa” istnieje w innych językach słowiańskich? Tak. Prasłowo *dhoup (czy też *dhoupa) oznaczało tyle co głęboki, a ogólnosłowiańskie doupa to właśnie zagłębienie, jama, dół, nora. Znaczenie słowa poszło w stronę „tyłka” tylko w języku polskim, bułgarskim i serbskim, bo np. czeskie doupnak to dziki gołąb, ukraiński odpowiednik „dupy” oznacza prócz pośladków także tępy koniec jajka, tylną część łodzi i dolną część słupa, a słoweński określa dół, norę, jamę, zagłębienie w ziemi czy jaskinię. Bułgarskie dúpka to otwór, dziura, dół, jama, wnęka.” (źródło)

Zatem wiele wskazuje, że Płocidupa mogło oznaczać zagłębienie w ziemi, a „płoci” mogło wiązać się z terenem podmokłym, płytkim i zalanym wodą. W słowniku etymologicznym języka polskiego Aleksandra Brücknera takie znajduje się wyjaśnienie etymologii słowa pło: „tylko u Cygańskiego r. 1584: »(na czółnie) masz stać przy jakim ple albo przy trzcinie«, »dostaniesz trzcionków (ptak błotny) i na plech«; odmieniało się niegdyś: pło-, *plosa (jak słowo-, *słowiosa), jeszcze dawniej *plesie (jak *słowiesie), i stąd ploso lub pleso zastąpiły pierwotny mianownik pło, który i dalej odmieniano: pło, pła (jak słowo, słowa). Pło, pleso, ploso, nazwa 'wolnej przestrzeni wodnej' (jeziora i t. p.), zachowały się niemal wyłącznie w odwiecznych nazwach miejscowych, więc na Rusi Psków z Plsków, (łac. Plescovia, niem. Pleskau); na Śląsku Pszczyna z Plszcza (niem. Pless); u Słowieńców Pleso (po niem. Teuchen, t. j. 'Teiche', 'Stawy'); Neusiedlersee na Węgrzech za czasów rzymskich lacus Pelsonis. Dziś: tylko na Rusi i u Czechów pleso, 'staw, kałuża'.” Współcześnie mianem plosa określa się płyciznę na jeziorze lub w rzece. Podana etymologia wskazuje na miejsce podmokłe, z wodą. Dobrze określałoby miejsce rzecznego jeziora. Nazwa "Płocidupa" mogła pojawić się dopiero w XV wieku, wraz z napływem polskich kolonizatorów na te ziemie. Czy w języku Prusów rdzeń słowny „pło” miał podobne znaczenie (wywodzące się z języków indoeuropejskich)? I czy Płocidupa w pełni lub częściowo zostało przejęte od dawnych mieszkańców, tak jak i nazwa rzeki Łyna (od Alne, Alina)? Ciągle jest wiele do okrycia i odszyfrowania.

Z Czeremchowych rozważań wynika, że „w XV w. w Polsce zaczęto używać słowa „dupa” jako eufemizmu słowa „rzyć” (pośladek, tyłek, anus), ale także (od XVIII w.) jako określenia żeńskich narządów płciowych (cunnus), na równi z tak ciekawymi słowami, jak „kiep”, „pizda”, „picza” (jest sporo frywolnych staropolskich wierszyków nieprzebierających w słowach, których czytanie rumieni co wstydliwsze studentki polonistyki).” (źródło)

Skoro wulgarnego znaczenia dupa zaczęło nabierać dopiero od XV wieku (poprzez nazywania miejsca nieprzystojnego, najpierw w formie eufemizmu), to można przypuszczać, że nazwa Płocidupa powstała wraz z większą falą osadników, przybyłych z Mazowsza po klęsce Krzyżaków pod Grunwaldem. Aczkolwiek i wcześniej zachodziło polskie osadnictwo z Mazowsza i Ziemi Dobrzyńskiej (to może wtedy?). Ale chyba niewiele później, bo już nabrało w języku znaczenia pejoratywnego. A przecież miejsc publicznych nie nazywano by wulgarnie. Przynajmniej nie w użyciu publicznym.

Słowa zmieniają swoje znaczenie, w tym stają się wulgaryzmami. Lub na odwrót, słowa dawniej uważane ze obraźliwe i wulgarne wchodzą do języka potocznego jako neutralne (na przykład "kobieta"). Badania językoznawcze wiele ciekawych wątków mogą nam wyjaśnić. Znaczenie słów zależy od kontekstu. W tym język podobny jest do układów żywych. W ekologii także wiele zależy od otoczenia i kontekstu środowiskowego.

Interdyscyplinarne poszukiwania humanistów i przyrodników mogą być bardzo ekscytujące i owocne.

04.07.2018

Kij w mrowisko. Kobieto (samico), przy garach lepiej siedź ?

(100-lecie nabycia praw wyborczych przez kobiety, 
w Polsce.)

Wiosną myślimy o kobietach. W kwiaciarni pojawiają się tulipany, w przyrodzie zaczyna kwitnąć leszczyna, przebiśniegi, zawilce. Ze snu budzą się motyle cytrynki latolistki. Najpierw pojawiają się samce. Samiczki potrzebują odrobinę więcej ciepła… Kobietom szarmancko 8. marca wręczamy kwiaty, czasem rajstopy i… do garów. Kobiety oczywiście. Po świętowaniu wraca proza życia.

Wczesną wiosną pojawiają się pszczołowate: pszczoły samotnice, trzmiele itd. Przed moim blokiem pojawiła się pszczolinka, która nawet polskiej nazwy nie ma - Andrena clarkella. Nawiązując do starszych synonimów można byłoby ją nazwać pszczolinką nieparką lub pszczolinką trójbarwną. Samotna matka wychowująca dzieci. Na jej głowie utrzymanie gatunku. Podobnie u trzmieli (społeczne pszczołowate), ta pierwsza, wiosenna samica staje się królową. A samce? Pojawiają się na krótko, trutnie jedne, i tylko jedno im w głowie. Amory. Niewielu się udaje, inne bzyczą nadaremno. Samice pszczolinek, pszczół i trzmieli pracowicie zbierają pyłek kwiatowy i nektar. Można w przenośni powiedzieć, że są „przy garach”. W naszej kulturze dajemy tej czynności niską rangę, podrzędną.

W tym roku świętujemy 100 lecie nabycia praw wyborczych w Polsce przez kobiety. Uzyskały jako jedne z pierwszych w Europie. Czemu tak późno? Lub czemu w ogóle? Jeszcze do połowy XX wieku podkreślano, że kobiety mają mniejszy mózg niż mężczyźni. W domyśle są mniej inteligentne. Zatem nie powinny mieć ani praw wyborczych (polityka to nie na ich głowę), ani takich samych zarobków co mężczyźni. Kobiety do garów? Tak jak u pszczołowatych?

Biolodzy ewolucyjni śledzili wzrost wielkości czaszki (a więc i mózgu) u naszych przodków. Zakładano, że większy mózg to i większa inteligencja. Okazało się jednak, że w przeszłości mózg rósł a narzędzia pozostawały takie same. Gdzież więc ta domniemana, większa inteligencja? Najwyraźniej pojawiła się przy okazji ewolucji hominidów i to nieco później. Jak więc wytłumaczyć powstanie dużego mózgu człowieka? Jedną z koncepcji jest mózg społeczny: więcej neuronów potrzebne było naszym przodkom do… utrzymania szerszych i bogatszych relacji między osobnikami w grupie (kontakty społeczne). Większa grupa to większy sukces i możliwość pokonania nie tylko przeciwności losu ale i konkurentów z innych hord (grup, plemion). Tak odkryto inteligencję społeczną. I okazuje się, że kobiety są w tym lepsze...

Powstanie mowy uważane jest za jedną z ważniejszych innowacji w ewolucji człowieka. Umożliwia on utrzymanie więzi i relacji w dużych grupach. Tak zwane kobiece plotki są bardzo ważne w utrzymywaniu relacji międzyludzkich. Mężczyźni są stanowczo bardziej milczący. I silniejsi fizycznie.

Kolejną bardzo ważną innowacją była termiczna obróbka pokarmu. Czyli gotowanie, pieczenie, przyrządzanie pokarmu w ognisku i w „garach”. Można śmiało powiedzieć, że gotowanie stworzyło człowieka. Niewątpliwie wielka w tym zasługa kobiet. Dochodzimy do analogii z samicami pszczołowatych i wiosennej pszczolinki oraz trzmieli. Skoro kobiety tak dużo wniosły w rozwój człowieka jako takiego i ludzkości jako zbiorowości, to dlaczego tak późno panie otrzymały prawa wyborcze? Bo mężczyźni są silniejsi i do spraw „zewnętrznych”?

W nowej ustawie o szkolnictwie wyższym zanosiło się na dużą zmianę: zrównanie wieku emerytalnego nauczycieli akademickich: kobiet i mężczyzn. Ale ostatnie poprawki zmianę te usunęły. Kobiety naukowcy na emeryturę przejdą jak do tej pory w wieku 60 lat, panowie w wieku 65. Przecież kobiety średnio statystycznie żyją dłużej. To raczej powinno być odwrotnie. Krótszy wiek pracy to uznanie czy dyskryminacja? W każdym razie marnotrawstwo dużego potencjału wiedzy i doświadczenia.

Kobiety mają głos (wyborczy). Już od stu lat. A w zasadzie to „od zawsze”. Mimo, że są „przy garach”. A ja tymczasem wracam do wiosennych obserwacji owadów zapylających. Samice pszczołowatych się krzątają. Bez ich pracy nie byłoby owoców, z których tak obficie czerpiemy. A żeby im się dobrze żyło, to potrzeba nie jednego kwiatka na 8. marca ale całorocznej łąki kwiatowej. W mieście. W każdym mieście.

Tekst ukazała się w  VariArcie, piśmie kulturalno-literackim, 2018 nr 1 (38)

Cały numer pisma można pobrać tu: http://www.wbp.olsztyn.pl/publikacje/variart/variart012018.pdf

03.07.2018

Krosno nad Drwęcą Warmińską - niespodziewane spotkanie tradycji wschodu i zachodu


Przy okazji wizyty w Ornecie, na niedzielną mszę wybraliśmy się do Krosna, położonego nad malowniczą Drwęcą Warmińską. O tym barokowym sanktuarium słyszałem już wielokrotnie. Opowiadał o nim prof. Leszek Szarzyński, gdy koncertował tam wraz z Pro Musica Antiqua. Ale nigdy nie było okazji odwiedzić tego miejsca. I oto nadarzyła się wakacyjna okazja.

Piękny, barokowy zespół w trakcie renowacji, z widocznymi śładami bogatej i złożonej historii tego regionu. Urzeka swą architekturą i ustronnym położeniem. Udaliśmy się z zaciekawieniem, bo na zaproszeniach znalazła się informacja o wystawie ikon. Wystawa sakralnej i społecznej sztuki w świątyni. Piękna, znakomicie zaaranżowana (można oglądać do 29 lipca 2018 r.). Ale to nie był koniec niespodzianek. Muzyczną oprawę do mszy zapewniła Schola Cantorum Warmiensis. Bizantyjskie śpiewy w katolickim kościele i barokowym wnętrzu. Niesamowite spotkanie tradycji wschodu i zachodu. Potem był obrzęd poświęcenia ikon, które powstały w czasie pierwszych warsztatów ikonopisania w Krośnie. Malowane były przez cały tydzień. I oto uroczysty finał. Niezwykłe doświadczenie. Warmińska Pracownia Ikon znajduje się na podolsztyńskiej wsi. Bo i najmniejsze miejscowości mogą promieniować niezwykłymi inicjatywami. Rozproszony kapitał ludzki to znak trzeciej rewolucji technologicznej i wysokiej jakości życia. Niezbędny do tego jest zrównoważony rozwój regionów (to nie puste słowa, to europejska dyrektywa rozwoju). Telewizja i internet nie wystarczą, potrzebna jest stała i codzienna obecność konkretnych ludzi (kapitał ludzki).

Malowanie (pisanie) ikon przez zwykłych ludzi. I ich przeżywanie wspólnego spotkania i wspólnej pracy. Poczucie sprawstwa z uroczystą ceremonią. Zupełnie nowe formy spotkań międzyludzkich w klimacie "darcia pierza", ale zastępowaniem prostych prac rękodziełem i rozmyślaniami. Nie jesteśmy już społeczeństwem agrarnym, poszukujemy nowych form społecznego bycia ze sobą. Tę potrzebę wyraźnie widać także i w lokalnych społecznościach małych miasteczek i wsi.

Uniwersytet Warmińsko-Mazurski przewijał się kilkakrotnie. Spotkałem ludzi z uniwersytetu (m.in. emerytowanych pracowników), którzy od kilku lat uczestniczą w różnych kursach pisania ikon. Teraz przedstawiali swoje prace. Forma wystawy. Główny ołtarz jest w trakcie renowacji właśnie na UWM. A za tydzień koncertować będzie w Krośnie Pro Musica Antiqua, kierowana przez profesora Leszka Szarzyńskiego z Wydziału Sztuki UWM. Drobne przykłady oddziaływania regionalnego uniwersytetu na kapitał ludzki w głębokiej prowincji. Przy takich spotkaniach coraz pełniej odczuwam, że nasz Uniwersytet jest na prawdę Warmińsko-Mazurski. Wielowątkowe wspieranie i budowanie kapitału ludzkiego i wielowymiarowego rozwoju regionu.

Kapitał ludzki wpływa na poprawę jakości życia. Na dalekiej prowincji jest to szczególnie ważne. Uniwersytety regionalne jak i inne szkoły wyższe są bardzo potrzebne, zwłaszcza w kontekście zrównoważonego rozwoju kraju. Nie tylko w centrum, ale i na dalekiej prowincji.

Powszechna edukacja wyższa  i nasycenie "prowincji" ludźmi wykształconymi oraz artystycznie rozbudzonymi procentuje właśnie na prowincji szczególnie wyraźnie. To nie tylko zysk wakacyjny z atrakcjami dla turystów ale i wyższa jakość życia ludzi tu żyjących na co dzień. W Ornecie miałem okazję obejrzeć wystawę grafik Salvadora Dali. Dzieła wielkich mistrzów gdzieś głęboko na prowincji.... Jako uzupełnienie wystaw prac lokalnych twórców. Nie tylko konsumują sztukę, ale ją tworzą. Uczestniczą, przeżywają, aktywnie próbują zrozumieć. Współtworzenie i poczucie sprawstwa. Jednym z przykładów jest wspomniana wystawa ikon w barokowym kościele. I wcześniejsze warsztaty.

Czasem się słyszy, że za dużo mamy wykształconych osób, że nikomu te dyplomy nie są potrzebne, że do zamiatania ulic, zbierania truskawek czy stania na zmywaku wystarczy "zawodówka". To są bzdury. Edukacja jest jedną z najlepszych i najszybciej procentujących inwestycji. Ewidentnie zwiększa się jakość życia i poczucie sensu. Należy zatem zwiększać nakłady na szkolnictwo wyższe i różne pozaformalne wymiary edukacji. Lokalne, wiejskie szkoły są niezwykle ważne, bo to dodatkowo lokalne centra kultury i aktywności społecznej. Proste wskaźniki ekonomicznej "opłacalności" nie są dobrym sposobem na mierzenie ich wartości.  Wszyscy do Warszawy nie pojadą....




02.07.2018

Czy nekrofagi to to samo co padlinożercy i trupojady?

Na tytułowe pytanie można odpowiedzieć zarówno twierdząco jak i przecząco. Nie ma złych odpowiedzi są tylko niedostatecznie (niewystarczająco) uzasadnione. Przyroda wokół nas jest ogromnie złożona i bogata w swej różnorodności. I dlatego proste z pozoru pytania naukowcy mogą pozornie zagmatwać. Pozornie – gdyż nie jest to gmatwanie lecz dogłębne poszukiwanie. Im głębiej w las tym więcej drzew, im pełniej poznajemy rzeczywistość tym więcej terminów i relacji między nimi. Proste staje się złożone.

Nazywamy to, co widzimy i to, co potrafimy umysłem wyróżnić (dostrzec). Eskimosi mają co najmniej 6 określeń na śnieg (my od biedy dorzucić możemy szadź i szron), bo żyją w takim środowisku i od jakości śniegu (zróżnicowania) zależy ich przetrwanie, od umiejętności dostrzeżenia tych subtelności dla nas nieistotnych.

Zanim przejdziemy do nekrofagii, przedstawię kilka znacznie prostszych i łatwiejszych do zrozumienia przykładów. Najdziwniejsze jest zapewne to, że jednocześnie wykorzystujemy wiedzę z różnych paradygmanów, modeli, „z różnych parafii”. I zazwyczaj nie przeszkadza nam to w funkcjonowaniu, porozumiewaniu się. Nie przeszkadza, gdy zdajemy sobie sprawę z tych różnic. W złożonej rzeczywistości możemy rozróżniać pojęcia ze względu na wyabstrahowane, różne cechy. Na przykład możemy wyróżnić ze względu na kształt, ze względu na kolor i na przykład zapach lub fakturę. Każdy przedmiot może przecież mieć te cechy niezależnie od siebie. Dlatego poszczególne elementy mogą należeć jednocześnie do kilku zbiorów.

Ale oprócz klas abstrakcji możemy uporządkować elementy ze względu na klasy dyskrecji (rozdzielności) – w tym systemie każdy element może należeć tylko do jednego zbioru. To pewien sposób porządkowania i klasyfikacji, niezbędny do precyzyjnego komunikowania się. Wymaga starannego doprecyzowywania pojęć, poszukiwania różnic i wyraźnych granic. Klasy dyskrecji i klasy abstrakcji. Innym przydatnym pojęciem są zbiory rozmyte (termin matematyczny).

W nauce najczęściej zaczynami od klas abstrakcji. Potem, w miarę dojrzewania dyskusji, częstości używania pojęć, próbuje się doprecyzować pojęcia i tworzyć klasyfikacje ze względu na klasy dyskrecji. Ale nawet język jest systemem „żywym” – ciągle się zmienia. W miarę obserwowania rzeczywistości pojęcia zmieniają swoje pola semantyczne, synonimy ulegają dywergencji lub dawne różnoznaczne słowa stają się synonimami. W tym ogromie nieustannie zmieniającego się systemu wiedzy i języka czasem trudno się „połapać”.

Przejdźmy do rzeczy czyli do nekrofagów. Producenci, to te organizmy, które za pomocą fotosyntezy lub chemosyntezy produkują związki organiczne i biomasę. W opozycji do producentów można przedstawić destruentów, czyli te organizmy, które w wyniku metabolizmu rozkładają związki organiczne na prostsze. Ale równie dobrze można, w ujęciu ekologicznym, wyróżnić producentów, konsumentów i destruentów. Konsumenci to w jakimś sensie także destruenci. Te dwa podziały na producentów i destruentów jak i na producentów, konsumentów i destruentów są poprawne i uzasadnione. Wynikają z różnych abstrakcji (abstrahowania) i różnego sposobu patrzenia na procesy przyrodnicze.

Kontekst paradygmatu zmienia sposób interpretowania. A że w przyrodzie wszystkie granice są nieostre niech posłuży rosiczka i rośliny owadożerne. Rosiczka, muchołówka czy dzbanecznik jest producentem a jednocześnie… konsumentem? W sumie rośliny owadożerne potrzebują przede wszystkim azotu a nie „mięsa” jako takiego. Podobnie z roślinami pasożytniczymi, nie prowadzącymi fotosyntezy. Ekologicznie pełnią inną rolę niż producenci, ale przecież trudno zaliczyć do konsumentów. Podziały taksonomiczne i filogenetyczne w części przenikają się z podziałami ekologicznymi (ról w ekosystemie). Zatem, próbując uporządkować w jeden system terminologiczny i pojęciowy, destruentów w szerokim sensie można podzielić na konsumentów (roślinożerców, drapieżniki, pasożyty) jak i destruentów-reducentów. Bałagan wynika z tego, że pojęcie destruenci używane jest w różnych znaczeniach. W nauce dąży się do precyzji i różnym desygnatom przypisuje się różne nazwy. Wtedy komunikacja i porozumienie są łatwiejsze. 

Destruenci odżywiają się materią organiczną. Lepszym pojęciem są heterotrofy, w odróżnieniu do autotrofów. Zachowany jest podział ale użyte są inne słowa i dzięki temu nie ma bałaganu. Zatem dla podkreślenia sposobu pozyskiwania energii lepiej (funkcjonalniej) jest używać pojęcia autotrofy i heterotrofy, natomiast dla zjawisk ekologicznych zachować podział na producentów, konsumentów i destruentów (reducentów). Zatem producenci-autotrofy (samożywne organizmy) w opozycji do heteretrofy-„destruenci”. Podział na producentów, konsumentów i destruentów to podział ekologiczny, ze zwróceniem uwagi na rolę w ekosystemie. Podział na autotrofy i heterotrofy to podział organizmów ze względu na sposób pobierania energii. Dwa różne, komplementarne podziały, dwa różne punkty widzenia.

Nekrofagi (do słów greckich nekrós = trup + phágo = jem, pożeram) są bez wątpienia heterotrofami jak i w części konsumentami oraz w części destruentami (w ekologicznym sensie). Pojęcie to używane jest głównie na gruncie rozważań ekologicznych. Oczywiście takie samo słowo odnosi się do różnych dewiacji ludzkich. Dotyczy jednak innej klasy zjawisk, choć częściowo się zazębia znaczeniowo.

Jeszcze jeden ciekawy przykład, saprofity czyli organizmy porastające martwą materię. Końcówka –fity wskazywałaby na rośliny (we współczesnym rozumieniu roślin). Ale rośliny są przecież autotrofami. Kiedyś grzyby były uznawane za rośliny (bo nieruchome, osiadłe, rosnące) i stąd ta nazwa - saprofity (uzasadniona historycznie). Jeśli uznać oddzielność roślin i grzybów w sensie taksonomicznym i filogenetycznym, to termin saprofity traci swój pierwotny sens. Czy da się go zastąpić innym, np. saprobionty? Niezupełnie. Bo słowo już jest wykorzystywane do opisu innego zjawiska, natomiast język nie jest idealnie symetryczny i niektórych potrzebnych „fragmentów” po prostu nie ma. Saprofitów używa się w odniesieniu do grzybów, nie traktując końcówki –fity jako wyznacznika systematycznego ale jako określenie ekologiczne. Czyli saprofity to jak najbardziej poprawne pojęcie ale o nieco zmienionym sensie niż pierwotnie zakładaliśmy. Tym bardziej, że nie ma analogicznej końcówki dla grzybów. Brakuje symetrycznego słowa. Saprobiont oznacza organizm żyjący na martwej materii, obligatoryjnie. To jest jego siedlisko. Zatem może odnosić się także do zwierząt. A i rośliny, mimo że są autotroficzne to potrzebują związków mineralnych, czasem symbiotycznych innych organizmów. W tym podziale, poza sabrobiontami są saprofile (organizmy nieobligatoryjnie związane z martwą materią, lubiące to siedlisko ale występujące i w innych) czy saprokseny (gatunki przypadkowe w siedlisku martwej materii, unikające tego siedliska).

Dodajmy do tego także i to, że siedlisko martwej materii jest bardzo różne i przy dokładniejszych badaniach zachodzi potrzeba dalszego rozróżniania i tworzenia bardziej rozbudowanej terminologii. Wróćmy do nektofagów (w odróżnieniu od nektobiontów i nekrofili – gatunków obligatoryjnie lub fakultatywnie związanych z padliną, jako siedliskiem życia). Jest jeszcze kwestia wielkości. Bo na przykład padlinożerne hieny czy sępy odżywiają się padliną w wielkości porównywalną z ich wielkością ciała. To tylko pokarm (a nie siedlisko). I na dodatek nie ma wyraźnej granicy między drapieżnikiem a padlinożercą. Że drapieżnik zjada samodzielnie upolowaną „padlinę”? Innym też podbiera, a jak znajdzie to też skorzysta (przynajmniej niektóre gatunki drapieżników tak robią). Ponadto cykl życiowy padlinożercy (trupojada) jest znacznie dłuższy niż cykl „dojrzewania padliny” (cykl „życiowy” padliny, sukcesja ekologiczna tego siedliska). Jeszcze jedna mała dygresja – czym się różni drapieżnik od pasożyta? Że pasożyt jest dużo mniejszy od swojej ofiary i nie zjada jej całej? Że drapieżca pasożytuje na populacji (zabija osobnika, populacja trwa) a pasożyt pasożytuje na osobniku (zjada komórki, tkanki, a organizm trwa)? Tu też nie ma ostrej granicy, bo przyroda jest złożona, a dla całej tej złożoności tworzymy dużo różnych słów by poprawnie ją opisać. I nie ma do końca jednego, spójnego, dyskretnego systemu pojęciowego. Bo ciągle coś nowego dostrzegamy, wyróżniamy. System wiedzy ciągle się rozwija, kumulatywnie i systemowo ubogaca.

Owady należą do małych padlinożerców. Ich „padlina” jest często dużo większa od nich samych a cykl życiowym np. muchówek jest krótszy niż cykl „dojrzewania” padliny (trwania siedliska i zasobów pokarmowych). Zatem pokarm i siedlisko w jednym. Na jednej padlinie zdąży rozwinąć się całe nowe pokolenie. W wymiarze przyrodniczym nekrofagiczne chrząszcze czy muchówki to zasadniczo różne zjawiska i obiekty niż padlinożerne sępy czy hieny. Dlatego wykorzystanie potencjalnych synonimów nekrofag-padlinożerca-trupojad do opisu różnych nieco zjawisk ma sens. A wtedy synonimy przestają być synonimami, stają się terminami bliskoznacznymi a czasem nawet zupełnie odrębnymi (dyskretnymi).

W nauce posługujemy się jednocześnie wieloma różnymi paradygmatami i różnymi „językami”. Dlatego można powiedzieć, że nekrofag to nie to samo co padlinożerca. Trzeba tylko uzasadnić w jakim znaczeniu są to różne pojęcia. Albo w jakim są wspólne.

I jeszcze zatrzymajmy się przy muchówkach. Larwy niektórych mogą rozwijać się w trudno gojących się ranach. Zjadają martwe tkanki… żywego organizmu. Wykorzystywane są w medycynie: zjadają martwe komórki a nie ruszają zdrowych, czyli oczyszczają ranę, ułatwiając gojenie. Dodatkowo wydzielają różnego typu antybiotyki (substancje biologicznie czynne, utrudniające rozwój bakterii – w tym przypadku konkurentów pokarmowych). Ale niektóre gatunki pokrewnych muchówek, np. mucha ropuszanka jest w części pasożytem (chyba bardziej parazytoidem). Atakuje zdrowe komórki i doprowadza do śmierci swojego żywiciela. Czymże więc jest: drapieżnikiem, pasożytem, parazytoidem czy nektofagiem?

Wspomniałem już o różnicach w jakości materii martwej. Padlina odnosi się do zwierząt padłych i już ulegających rozkładowi. Ale są jeszcze martwe rośliny (nie nazywamy martwych roślin padliną). Dlatego stosuje się rozróżnienie na zoonekrofagi i fitonekrofagi. Wśród tych pierwszych także można zastosować podział na sapro(nekro)fagi i sarkofagi (a dla historyka sarkofag to zupełnie innym obiekt). Saprofagi to zwierzęta, odżywiające się martwymi szczątkami organicznymi, zarówno pochodzenia roślinnego (fitosaprofagi) jak i zwierzęcego (zoosaprofagi). Należą do nich również nekrofagi jak i koprofagi (zjadacze odchodów). Sarkofagi (sarcophaga) – owady (lub inne zwierzęta), odżywiające się nieżywymi, lecz jeszcze nie rozkładającymi się zwierzętami i roślinami.

A co z detrytusożercami? Żywią się martwą materią organiczną, szczątkami, zarówno zwierzęcymi jak i roślinnymi. Tyle że drobnymi lub różnogatunkowymi? A liście po jesiennym opadzie z drzew? Martwa materia. Owady zjadające liście w sumie zjadają także rozwijające się tam bakterie i grzyby. Są więc i nekrofagami i konsumentami i drapieżnikami.

Terminologia to tylko uproszczenie i wybrane fragmenty rzeczywistość. Ważny jest kontekst, w tym przypadku kontekst dyscypliny, teorii, w której dane pojęcie funkcjonuje (lub prowadzona jest dyskusja). Konieczna jest na pewno definicja, bo to ona określa zakres znaczeniowy pojęcia przez nas używanego (i zapobiega nieporozumieniom). W nauce - ponieważ ma to być system uniwersalny - staramy się dążyć do używania tych samych definicji (unikamy stosowania każdy swojej - choć i tego nie da się uniknąć, bo to element szeroko rozumianej dyskusji).

Czy nekrofagi to to samo co padlinożercy (trupojady)? Każda odpowiedź będzie dobra, jeśli zostanie należycie poparta argumentami. Dlatego w nauce ważna jest umiejętność dyskusji, dowodzenia swoich racji a nie tylko encyklopedyczna znajomość definicji i informacji (faktów). Czy nasza edukacja uczy dyskutowania, argumentowania i uzasadniania? Czy tylko encyklopedycznego odtwarzania wiadomości? I to zarówno na szczeblu podstawowym, średnim jak i wyższym.... Podręczniki i ich zawartość, łącznie z definicjami, szybko się zmieniają. Jaką wartość ma współczesna wiedza encyclopedyczna a jaką dynamiczna z umiejętnością dyskusji? Bez wątpienia i jedna i druga jest bardzo potrzebna. Ważne są proporcje.